banner daniela marszałka

Plan Coumarial

Autor: admin o wtorek 27. Sierpień 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Pont-Saint-Martin (SR44)

Wysokość: 1497 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1163 metry

Długość: 18,5 kilometra

Średnie nachylenie: 6,3 %

Maksymalne nachylenie: 14,4 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Podczas trzech ostatnich dni pobytu w Dolinie Aosty przemierzałem górskie szosy w południowo-wschodniej części tego regionu. We wtorkowe przedpołudnie i środowe popołudnie testowałem swe siły w dolinach z obszaru La Bassa Valle d’Aosta. Natomiast w czwartek start do obu wspinaczek dziewiątego etapu wyznaczyłem sobie w Saint-Vincent, miasteczku powstałym tam gdzie Dora Baltea skręca na południe, ku Nizinie Padańskiej. We wcześniejszych latach w dolnej części tego regionu poznałem tylko podjazd wiodący przez Valle di Champorcher w Alpach Graickich. Dlatego teraz chciałem koniecznie zobaczyć dwie doliny z lewego brzegu wspomnianej rzeki. Te wchodzące w głąb Alpom Pennińskich, zmierzające w stronę Massiccio del Monte Rosa. Olbrzymiego masywu górskiego słynącego z dwunastu szczytów o wysokości ponad 4000 metrów n.p.m. Miałem jednak pewien problem. Zarówno Valle di Gressoney (znana też jako Valle del Lys) jak również Valle d’Ayas (alias Valle dell’Evancon) są bardzo długie i wnoszą się ku północy raczej łagodnie. Szosowe drogi, które w nich wytyczono to SR44 i SR45. Ta pierwsza ma długość aż 38 kilometrów i średnie nachylenie niespełna 4%. Natomiast druga liczy sobie 31 kilometrów przy średniej 4,2%. Na tej wyprawie niespecjalnie miałem czas na tak długie podjazdy. Poza tym chciałem też uniknąć występujących na nich dłuższych odcinków o znikomej lub żadnej stromiźnie. Jednym słowem chciałem poznać obie te doliny, ale zarazem w możliwie najkrótszym czasie zaliczyć kolejne wspinaczki z prawdziwego zdarzenia. To jest takie o dużym przewyższeniu i zarazem solidnym średnim nachyleniu. Musiałem zatem pokombinować na etapie planowania. Z pomocą przyszła mi lista wzniesień z książki „PeViB-20” autorstwa Franco Cuaza i Stefano Marty. Rozwiązanie tego dylematu okazało się dość proste i podobne dla obu dni. Sprowadzało się ono do pokonania pierwszych 10-15 kilometrów na jednej lub drugiej drodze regionalnej, po czym odbicie w prawo i wykończenie podjazdu na bardziej stromym szlaku kończącym się u kresu szosy w dość anonimowym miejscu, gdzieś w górskiej głuszy.

Jeśli chodzi o wtorkowy etap to pomysł ten oznaczał start w Pont-Saint-Martin i przejechanie 10,7 kilometra drogą SR44 do wysokości 833 metrów n.p.m. Następnie biorąc kurs na południowy-wschód miałem się pokonać dalsze 7,5 kilometra ku mecie na Plan Coumarial (1450 m. n.p.m.). Pierwsza część tej trasy z przeciętnym nachyleniem 4,7%, zaś druga o średniej stromiźnie 8,1%. Rzeczywistość okazała się bogatsza niż książkowa teoria, o czym będzie jeszcze okazja wspomnieć. Zaliczyłem 18,5-kilometrowy podjazd z przewyższeniem grubo przekraczającym 1100 metrów. Tym niemniej co do samej Valle du Lys to poznałem ledwie jej trzecią część, rzec można dolną tercję. Jak obliczyłem pokonałem 27% jej długości i 33% jej przewyższenia. Szosa dociera w niej bowiem na maksymalną wysokość 1835 metrów n.p.m. w osadzie Stafal. Przejechałem kolejno przez gminy: Pont-Saint-Martin, Perloz, Lillianes i Fotainemore. Natomiast nawet nie zahaczyłem o wyżej położone wsie związku komunalnego Walser. Zamieszkane przez górali o germańskim rodowodzie, wywodzonym od plemienia Alemanów. Należą do niego miejscowości takie jak: Issime, Gaby, Gressoney-Saint-Jean i Gressoney-la-Trinite. Tym samym mam dobry powód by jeszcze kiedyś wrócić w te strony. Pont-Saint-Martin to pierwsza miejscowość, którą napotkamy po wjeździe do Valle d’Aosta od strony Piemontu. Swą nazwę zawdzięcza św. Marcinowi, który według legendy podstępem skłonił diabła do wybudowania lokalnego mostu w jedną noc. Miasteczko to w pierwszej dekadzie XXI wieku aż trzy razy gościło finał Giro delle Valle d’Aosta. Z generalnego triumfu w tym wyścigu cieszyli się tutaj: Marco Marzano (2003), Morris Possoni (2005) i Thibaut Pinot (2009). Natomiast ostatnie etapy owych imprez wygrywali: Francesco Gavazzi, Oscar Gatto i Słoweniec Kristjan Koren. Potem w sezonie 2013 na ulicach Pont-Saint-Martin rozegrano 2,5-kilometrowy prolog, w którym rządzili Niemcy, albowiem Jasha Sutterlin o 81 setnych sekundy wyprzedził Maximiliana Schachmanna. Natomiast w roku 2015 drugi etap GdVA wygrał tu Norweg Odd-Christian Eiking.

Regionalne „Giro dla młodych” zaglądało też w głąb Valle di Gressoney. Piąty etap z roku 2009 zakończył się we wsi Fontainemore (765 m. n.p.m.), gdzie triumfował Francuz Alexandre Geniez. Natomiast we wcześniejszych latach młodzi kolarze finiszowali znacznie wyżej, bo w Gressoney-la-Trinite (1624 m. n.p.m.). Piąty odcinek z 2005 roku wygrał w niej Białorusin Branislau Samoilau, zaś trzeci etap w sezonie 2007 Kolumbijczyk Alex Cano, zwycięzca owej edycji GdVA. Przede wszystkim trzeba jednak wspomnieć o jedynej wizycie wielkiego Giro d’Italia. W dolinie tej zakończył się bowiem dwudziesty etap „La Corsa Rosa” z roku 1995. Jego metę wyznaczono w Gressoney-Saint-Jean, na wysokości 1385 metrów n.p.m. po przejechaniu przeszło 27 kilometrów drogą SR44. Walkę o prestiżowe zwycięstwo w gminie św. Jana stoczyli dwaj wyborowi „ucieczkowicze” owych czasów. To znaczy Sierhij Uszakow oraz przyszły mistrz olimpijski z Atlanty Pascal Richard. Ukrainiec dość niespodziewanie, lecz zdecydowanie pokonał Szwajcara. Co więcej w lipcu tego samego roku w podobnej dwójkowego rozgrywce ograł Lance’a Armstronga. W ten sposób skompletował zwycięstwa etapowe w trzech Wielkich Tourach, albowiem na Vuelcie triumfował już 1993 roku. Jeśli zaś chodzi o wspomniany etap 78. Giro to zaledwie osiem sekund po zwycięzcy na metę wpadli czołowi zawodnicy owej edycji czyli: reprezentujący Łotwę Piotr Ugriumow, Rosjanin Jewgienij Bierzin oraz Kolumbijczyk Oliveiro Rincon. Natomiast lider i generalny zwycięzca tego wyścigu Tony Rominger finiszował tu ósmy ze stratą 26 sekund. Helwet przyjechał do mety w grupce, którą przyprowadził Claudio Chiappucci. Do podnóża Plan Coumarial wyjątkowo pojechałem nie sam, lecz w towarzystwie Iwony. Nasz 50-kilometrowy wypad z Grand Pollein do Pont-Saint-Martin był bowiem częścią znacznie dłuższej wycieczki, której celem była miejscowość Orta San Giulio. Piemonckie miasteczko z prowincji Novara, leżące nad malowniczym Lago d’Orta. Osobiste odkrycie Mojej Miłej z lata 2010 roku. Korzystając z okazji zapragnęliśmy je znów zobaczyć.

Po dotarciu do Pont-Saint-Martin zatrzymaliśmy się na parkingu przy Piassa del Boschet. Iwona miała dwie i pół godziny na poznanie uroków miasteczka. Ja zaś udałem się na start do ronda przy drodze krajowej SS26. Jazdę rozpocząłem o 9:12 w przyjaznej temperaturze 23 stopni. Na mecie mój licznik zanotował 19. Pierwsze 400 metrów przejechałem po Via della Resistenza kierując się jakby ku centrum miejscowości. To był łagodny odcinek o nachyleniu niespełna 4%. Następnie trzymając się drogi SR44 skręciłem ostro w prawo, aby rozpocząć wspinaczkę w głąb Valle del Lys. Pierwsze 3 kilometry za owym zakrętem są całkiem solidne. Na tym segmencie trzeba się uporać ze średnią stromizną 7,4%. Droga początkowo wiodła na południe, ale już na wysokości Stigliano Superiore (1,1 km) zawróciła o 180 stopni. Przejechawszy 1,8 kilometra minąłem boczną drogę do wioski Ivery. Na tutejszym przystanku autobusowym natrafiłem na ogłoszenie związane z przebiegiem trasy ostatniej edycji Giro delle Valle d’Aosta. Jak ustaliłem podjazd z Pont-Saint-Martin przez Ivery do Fabiole był premią górską drugiej kategorii na piątym etapie GdVA-2019. Moja droga nr 44 ciut wyżej rozdwoiła się. Pomiędzy dwoma pasami puszczono bowiem trzy rury schodzące ku miejskiej elektrowni wodnej. Podjazd złagodniał w połowie czwartego kilometra, tuż przed 200-metrowym tunelem Rechantez. Po jego drugiej stronie wjechałem do Tour d’Hereres (4,1 km). Natomiast w Barmette (4,5 km) minąłem boczną dróżkę w lewo, którą można dojechać do osady Pesse (1371 m. n.p.m.). To całkiem ostra wspinaczka, albowiem na dystansie 8,5 kilometra trzeba pokonać 706 metrów przewyższenia. Tymczasem ja do początku siódmego kilometra mogłem „odpoczywać” w niemal płaskim terenie. Mój podjazd odżył dopiero na dojeździe do Rouby (6,5 km). Niebawem, na początku ósmego kilometra przejechałem przez wieś gminną Lillianes. Niemniej większe wrażenie zrobiła na mnie Fontainemore (9,4 km) ze średniowiecznym mostem wiodącym do kościoła parafialnego. Tuż za tą miejscowością przejechałem na prawy brzeg Lys. Po tej stronie potoku minąłem osadę Niana (9,8 km) i niespełna kilometr dalej po około 36 minutach jazdy rozstałem się z szosą SR44.

Wróciłem na lewy brzeg Lys i począwszy od wioski Colombit (10,9 km) wznowiłem wspinaczkę. Pierwszy kilometr z przejazdem nad potokiem Pacoulla doprowadził mnie do Pian Pervero (11,9 km). Pod koniec trzynastego kilometra pokonałem stromy wiraż na wysokości Jugeo Ruines (12,8 km). Przez pierwsze trzy kilometry dróżka wiodła niemal prosto na południe. Dopiero za Chuchal (13,8 km) zaczęła się piąć krętym szlakiem po serpentynach w kierunku wschodnim. Kilometr za tą wioską był najtrudniejszym ze wszystkich, gdyż miał średnie nachylenie 10,5%. Bardziej stromo, acz na krótszym odcinku było przy bocznej dróżce do Pillaz (15,4 km), gdzie trzeba było pokonać stromiznę 12,8%. Skręciłem w przeciwną stronę i wkrótce dotarłem do Pra Dou Sas (15,8 km), gdzie działa Ecomuseo della Media Montagna. Po przejechaniu 16,9 kilometra nachylenie spadło z około 9 do 5% i utrzymało się na umiarkowanym poziomie przez kilkaset metrów. Pod koniec tego łatwiejszego odcinka minąłem osadę Goy (17,5 km). Nieco trudniej było na ostatnich metrach przed Plan Coumarial (18 km). Potem przejechałem 200-metrowe „falsopiano” wzdłuż długiego parkingu tej strefy wypoczynkowej. Na jego końcu czekała mnie niespodzianka. Spodziewałem się końca szosy i początku gruntowej ścieżki. Tymczasem asfaltowa droga biegła sobie dalej. Postanowiłem sprawdzić jak wysoko mnie zawiedzie. Finał okazał się stromą 400-metrową ścianką, na której pokonałem dodatkowe 50 metrów w pionie. Prawdziwy „kolec jadowy na ogonie” czyli średnio 12,5% przy max. 14,4%. Zatrzymałem się dopiero po wjeździe na szutrowy szlak wiodący do sztucznego Lago Vargno u granic Rezerwatu Przyrody Mont Mars. Przejechałem dystans 18,57 kilometra w czasie 1h 14:34 (avs. 14,9 km/h). Na całej górze dało to prędkość pionową 936 m/h. Niemniej wobec płaskich odcinków w dolinie Gressoney trudno było o dobry wynik. Tam gdzie nachylenie było wyższe wspinałem się całkiem żwawo. Na pierwszym 3 kilometrach za Pont-Saint-Martin wykręciłem VAM 1017 m/h, zaś na odcinku 7,5 kilometra powyżej Colombit nawet 1046 m/h. Z kolei na segmencie „Plan de Coumarial” ze stravy uzyskałem 18. wynik pośród 184 zarejestrowanych czasów.

Gdy zjechałem do Pont-Saint-Martin niemal od razu udaliśmy się w dalszą drogę. Mieliśmy do przejechania jeszcze blisko 120 kilometrów. Na szczęście w większej części trasa ta wiodła po autostradach. Dopiero w samej końcówce trzeba było skorzystać z drogi SP229. Około wpół do drugiej byliśmy na miejscu. Orta San Giulio to miasteczko z nieco ponad tysiącem mieszkańców, położone na wschodnim brzegu Lago d’Orta. Jezioro to jest wielokrotnie mniejsze od takich alpejskich gigantów jak: Garda, Maggiore czy Como, lecz równie malowniczo położone. Ma tylko 18,1 km2 powierzchni i maksymalną głębokość 143 metrów. Leży na pograniczu dwóch piemonckich prowincji Novara i Verbano-Cusio-Ossola. Największym miastem u jego brzegów jest Omegna. Nasz cel czyli Orta San Giulio jest turystyczną perełką wpisaną na listę „I borghi piu belli d’Italia”. Może się też pochwalić „pomarańczową banderą” przyznaną przez Touring Club Italiano. Miejscowość ta słynie z wąskich uliczek, na których ruch samochodowy został niemal wyeliminowany. Ciekawić może zatem, gdzie zlokalizowano etapową metę z Giro d’Italia 1975. Szesnasty odcinek tej imprezy wygrał tu bowiem Włoch Fabrizio Fabbri. Ponad miastem wznosi się Sacro Monte di Orta wpisane na listę UNESCO w 2003 roku. Iwona odkryła dla nas Ortę w lipcu 2010 roku, gdy ja wspinałem się na pobliską górę Mottarone. W trakcie spaceru po miasteczku w miejscowej galerii kupiliśmy obraz przedstawiający widok na Isola San Giulio. Wtedy jednak nie opuściliśmy stałego lądu i dopiero teraz nadrobiliśmy to niedopatrzenie. Na Piazza Motta poszliśmy na przystań i kupiliśmy bilety (kilka Euro od osoby za kurs w obie strony) na krótki rejs ku wspomnianej wysepce. Swą nazwę zawdzięcza ona św. Juliuszowi z Novary, który wedle legendy przypłynął tu na swym płaszczu i uwolnił ją od obecności smoków i węży. Wyspa jest malutka, ma 275 metrów długości i 140 metrów szerokości. Piesza trasa po jej obwodzie liczy sobie tylko 650 metrów. Tym niemniej Isola jest gęsto zabudowana i stale zamieszkana, w tym przez mnichów benedyktyńskich z Abbazia Mater Ecclesiae. Aczkolwiek jej najcenniejszym zabytkiem jest romańska Basilica di San Giulio, której budowę rozpoczęto w XII wieku.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2656793939

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2656793939

ZDJĘCIA

20190827_003

FILMY

VID_20190827_103033

VID_20190827_103759

«