banner daniela marszałka

3 etap: La Lechere – Saint-Michel-de-Maurienne

Autor: admin o poniedziałek 24. czerwca 2013

TRASA ETAPU 3 > https://www.strava.com/activities/69725319

Niestety w poniedziałkowe przedpołudnie potwierdziły się pesymistyczne prognozy pogodowe. Niebo było całkowicie zachmurzone i niemal cały czas lżej lub mocniej padało. Z tej przyczyny nie bardzo nam się śpieszyło by ruszać na trasę trzeciego etapu. Z drugiej jednak strony w perspektywie długiego i bardzo trudnego odcinka z owym startem nie mogliśmy czekać bez końca, co najwyżej do południa. Po śniadaniu spakowaliśmy bagaże do samochodu i przebrani w stroje z naszych kolekcji jesiennych zasiedliśmy w hotelowym holu. Dłuższy czas czekaliśmy na pierwsze promienie słońca lub przynajmniej koniec deszczu. W końcu kilka minut przed jedenastą jako pierwszy do boju ruszył Dario, ubrany jak zwykle w takiej okazji w najbardziej nieprzemakalną wersję swego odzienia. Po nim w drogę ruszył Adam, zaś dokładnie o 11:30 ja z Piotrem. Razem z nami wyjechał Romek, który miał za zadanie odstawić nasze bagaże na nocleg nr 4 w Beaune powyżej Saint-Michel-de-Maurienne, po czym zjechać samochodem do Saint-Jean-de-Maurienne i następnie już rowerem dojechać na spotkanie z nami w Saint-Etienne-de-Cuines. Chcieliśmy bowiem w pełnym składzie pokonać podjazdy pod Glandon z Croix de Fer oraz Mollard. Aby nie męczyć samochodu Romano wybrał przejazd dolinami, najpierw wzdłuż Izery drogą N90, a potem w górę Maurienne po szosie N6. Tym samym asystował nam autem jedynie na pierwszych czterech, jeszcze płaskich kilometrach wskazując zarazem, w którym momencie mamy zjechać z głównej drogi w stronę najsłynniejszej w kolarskim światku Magdalenki.

Pierwszym podjazdem trzeciego etapu była bowiem Col de la Madeleine (1993 m. n.p.m.), którą nasz kolega-kierownik przerobił już dzień wcześniej. Klasyczna wersja Route des Grandes Alpes po pokonaniu Cormet de Roselend prowadzi przez Col de l’Iseran via Val d’Isere. Z dwóch względów wybrałem dla nas niższą, acz moim zdaniem wcale nie łatwiejszą wersję owej trasy czyli z przejazdem przez Madeleine. Po pierwsze w przeciwieństwie do północnej „Magdalenki” tak ja, Piotr jak i Darek mieliśmy już okazję poznać północny podjazd na najwyższą przełęcz Sabaudii. Po drugie Iseran i tak mieliśmy jeszcze zdobyć, acz od południa na trasie jedenastego etapu całej wyprawy. Tym sposobem naszym pierwszym wyzwaniem na dzień 24 czerwca było jedno z najtrudniejszych alpejskich wzniesień. Przy tym bardzo popularne w najnowszej historii Tour de France. Po raz pierwszy pojawiła się ona na trasie „Wielkiej Pętli” dopiero w roku 1969 i od tego czasu w ciągu 45 edycji organizatorzy TdF skorzystali z niej aż 25 razy. Trzynaście razy jechano od południa ze startem w La Chambre i dwanaście razy od naszej czyli północnej strony z początkiem w La Lechere. Pierwszym zdobywcą północnej Madeleine został Bask Andres Gandarias. Gdy zaś w 1975 roku przełęcz ta odkryła przed kolarzami swój południowy podjazd jako pierwszy na niej pojawił się inny Bask Francisco Galdos. Ostatni triumfatorzy na tej górze to Słowak Peter Velits (północ w 2012 roku) i Francuz Pierre Rolland (południe w 2013 roku). Jednak największymi bohaterami obu szlaków pozostają: Belg Lucien Van Impe i Francuz Richard Virenque, którzy wygrywali na tej przełęczy trzykrotnie i przy tym co najmniej raz od każdej strony.

Północna Madeleine to podjazd o długości aż 25,2 kilometra o średnim nachyleniu 6,3 % i max. 11,4 %. Jednym czekała nas blisko dwugodzinna wspinaczka. Wystartowaliśmy przy temperaturze około 15 stopni Celsjusza. Na szczęście resztki deszczu towarzyszyły nam tylko na płaskim odcinku dojazdowym. Gdy tylko dotarliśmy do podnóża podjazdu niebo zaczęło się rozpogadzać. Dlatego Piotr ubrany w ciepłą kurteczkę Cofidisu już na pierwszym kilometrze podjazdu musiał ją zdjąć aby się nie zagotować. Ja ubrałem się lżej i nie miałem takich kłopotów. Z początku jechałem spokojnie w nadziei, że kolega do mnie dojedzie. Później nieco przyśpieszyłem postanowiwszy niejako „korespondencyjnie” pościgać się z Romkiem, który w niedzielę zszedł kilka minut poniżej wspomnianych dwóch godzin. Jak widać na załączonym obrazku ta strona Magdalenki jest podjazdem dość nieregularnym. Rodzaj wspinaczki w trzech aktach przedzielonych dwoma niemal płaskimi odcinkami. Po drodze przejazd przez Villard-Benoit, Celliers Dessous i parę pomniejszych osad. Jakieś osiem kilometrów przed szczytem niespodziewanie dogoniłem Darka. Oczywiście nie było szans by złapać Adama. Dojechałem na przełęcz w czasie 1 godziny i 44 minut czyli ze średnią około 14,2 km/h. Uznałem to za niezły wynik i dobry omen w perspektywie dalszych wyzwań. U góry w oczekiwaniu na kolegów postanowiłem zajść do tamtejszej restauracji. Spotkałem tam Adama, zjadłem ciastko i wypiłem kawkę. Wkrótce dołączyli do nas Piotr z Darkiem. Po wyjściu na zewnątrz zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia i czym prędzej udaliśmy się na drugą stronę góry w kierunku doliny Maurienne. Na zjeździe nie mieliśmy przystanków, stąd nawet Darek nie cyknął żadnych fotek z tego odcinka naszej podróży.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na dłużej zatrzymaliśmy się dopiero w La Chambre na końcu drogi D213. Tu nawet w cieniu było co najmniej 20 stopni, więc w końcu mogliśmy zdjąć rękawki, nogawki czy kurtki by ogrzać ręce i nogi w promieniach alpejskiego słońca. Postaliśmy w tym miejscu dobry kwadrans ustalając dalszy plan działań. Uradziliśmy, że Darek z Adamem ruszą jako pierwsi, zaś ja z Piotrem będziemy do skutku czekać na Romka z Saint-Etienne-de-Cuines. Aby tam dotrzeć musieliśmy przedostać się na drugą stronę drogi krajowej N6. Z Romkiem byliśmy w kontakcie telefonicznym. Przyjazd kolegi nieco się przeciągał, więc zrobiliśmy sobie z Piotrem przystanek kawowy w mini-barze przy drodze dojazdowej do podnóża Glandon. Mieliśmy z tego miejsca dobry punkt obserwacyjny na drogę, którą powinien był dojechać Romano. Jako, że wszyscy poza Romkiem startowaliśmy swego czasu w górskim maratonie La Marmotte dane nam było poznać południowy podjazd pod Col du Glandon (1924 m. n.p.m.). Natomiast uchodzący za trudniejszy z dwojga szlak północny zapadł nam w pamięci jako szybki i dosłownie śmiertelnie niebezpieczny zjazd. Teraz czas było się przekonać jak trudny to podjazd. Północny Glandon to na warunki francuskie stromy podjazd. Co prawda suche liczby czyli 19,8 kilometra przy średnim nachyleniu 7,2 % i max. 11 % nie robią oszałamiającego wrażenia, ale trzeba pamiętać iż średnią znacząco zaniża łatwy odcinek w okolicy Saint-Colomban-des-Villards.

Glandon jako premia górska wystąpił na Tourze trzynastokrotnie. Siedem razy zdobywano go od północnej strony. Po raz pierwszy w 1952 roku gdy najszybszy był słynny włoski „Campionissimo” Fausto Coppi, zaś ostatnio w 2001 roku, gdy uciekał Francuz Laurent Roux. Od południa wspinano się sześć razy. Po raz pierwszy w 1983 roku, gdy wygrał Szwajcar Serge Damierre, zaś ostatni raz niespełna miesiąc po naszej wizycie, gdy w tegorocznym Tourze premia ta padła łupem Kanadyjczyka Rydera Hesjedala. Już pierwsza faza północnego podjazdu jest wymagająca, zaś trzecia finałowa po prostu trudna. Przy tym najtrudniejsza w samej końcówce, gdzie stromizna nie schodzi poniżej 10 %. Piotrek zluzował po kilku kilometrach, więc większość podjazdu przejechałem w towarzystwie Romka. Będąc świeższy od nas Romek czuł się bardzo dobrze kręcąc na bardziej miękkim niż moje przełożeniu. Na ostatnich dwóch kilometrach miałem nieco problemów by dotrzymać mu kroku, ale nie pękłem i na przełęcz wjechaliśmy razem. Zastaliśmy tam kilka osób, ale nie było wśród nich Adama czy Darka. Postanowiliśmy poczekać na Piotra około 10 minut w międzyczasie robiąc sobie zdjęcia nie tylko na tle tablicy, ale też wbitej „maillot jaune” na patyku. Na przełęczy było słonecznie, ale niezbyt ciepło. Ponieważ nie ma na niej żadnego „przytułku dla zmęczonych wędrowców” stwierdziliśmy w końcu, że nie czekając dłużej na Piotrka dokręcimy brakujące trzy kilometry do sąsiedniej przełęczy Żelaznego Krzyża i tam na niego poczekamy w razie potrzeby pod dachem miejscowej restauracji.

Odcinek między przełęczami Glandon a Col de la Croix de Fer (2068 m. n.p.m.) to zaledwie 2900 metrów, z czego pierwsze dwieście to króciutki zjazd do rozjazdu przy zamkniętej na cztery spusty restauracji. Z tego miejsca można odbić w lewo i przedłużyć sobie wspinaczkę niezbyt stromym odcinkiem na poziomie 6-7 %, albo też skręcić w prawo w kierunku doliny Romanche i leżącego u podnóża L’Alpe d’Huez miasteczka Le Bourg d’Oisans. Croix de Fer można zdobyć aż od trzech stron tzn. północno-wschodniej z Saint-Jean-de-Maurienne (czego dokonaliśmy z Darkiem w lipcu 2009 roku), południowej z Le Verney oraz od północnego-zachodu czyli właśnie z Saint-Etienne-de-Cuines via Glandon. Na trasie Touru jako premia górska przełęcz ta pojawiła się 16 razy. Po raz pierwszy w 1947 roku, gdy od strony południowej najszybciej wspiął się Włoch Fermo Camellini. Rok później od północnego-wschodu jako pierwszy nadjechał jego słynny rodak Gino Bartali. W sumie od południa jechano sześciokrotnie, od wschodu osiem razy, zaś naszym zachodnim szlakiem tylko dwukrotnie. W obu przypadkach wzniesienie to zdobyli Skandynawowie czyli Duńczyk Michael Rassmussen w 2006 roku i Szwed Fredrik Kessiakoff w 2012 roku. Dojechawszy do wspomnianego rozdroża widzieliśmy w oddali przełęcz Żelaznego Krzyża. Widoki w tym miejscu są nie tylko piękne, ale iście panoramiczne. Po pewnym czasie ujrzeliśmy przed sobą znajomą sylwetkę Darka, więc przyśpieszyliśmy by doszlusować do niego przed przełęczą co prawie nam się udało. Na tym odcinku wspinaczki najbardziej zapadł mi w pamięci leżący na skraju drogi pasterz. Jegomość ów czytając sobie książkę ze stoickim spokojem przy pomocy jednego pieska ogarniał pasące się w dole na hali stado kilku tysięcy owiec.

SAMSUNG

Na przełęczy w końcu byliśmy w komplecie. Piotr przyjechał jako ostatni z niewielką stratą czyli gdybyśmy poczekali jeszcze ze dwie-trzy minuty spotkalibyśmy się już na Glandon. Zbliżała się godzina osiemnasta, więc temperatura spadła już do skromnych 7 stopni. Dlatego przed zjazdem musieliśmy się cieplej ubrać. Pierwsze siedem kilometrów do Saint-Sorlin-d’Arves jest wąskie i kręte, więc choć to najbardziej stromy odcinek po tej stronie góry to i tak nie można było jechać zbyt szybko. Kolejne siedem z przejazdem przez Saint-Jean d’Arves do Pont de Belleville było już łatwiejsze technicznie. Niemniej bardziej płaskie fragmenty trasy zmuszały do kręcenia. Mniej więcej w połowie typowego zjazdu do Saint-Jean-de-Maurienne musieliśmy odbić w prawo by zmierzyć się z podjazdem, który przygotowałem nam na deser. Col du Mollard (1638 m. n.p.m.) to przynajmniej od tej strony podjazd z gatunku drugiej kategorii czyli 5,9 kilometra długości przy średniej 6,8 % i max. 10,5 % na około kilometr przed przełęczą. Na Tourze pojawił się jak dotąd dwukrotnie w latach 2006 i 2012. Przy obu okazjach w swej południowej wersji po wcześniejszym przebyciu przez kolarzy kombinacji Glandon & Croix de Fer. Co ciekawe zwycięzcy tej górskiej premii czyli Rasmussen i Rolland triumfowali później również na mecie etapu w stacji narciarskiej La Toussuire. Dolną część wzniesienia przejechaliśmy w czwórkę. Później Adam z Romkiem na przemian zaczęli podkręcać tempo i Piotr powiedział basta jadę swoim tempem. Przyznam, że skłaniałem się do podobnej decyzji, ale ostatecznie zwyciężyła ambicja aby do samego końca nie odpuszczać koła bardziej żwawym kompanom. Na samej przełęczy powitał nas zerwany asfalt, na szczęście tylko na odcinku około stu metrów.

SAMSUNG

Po przejechaniu półtora kilometra przemknęliśmy przez Albiez-le-Vieux i każdy z nas wybrał opcję skrętu w lewo co oznaczało, iż cały zjazd zakończymy w Saint-Jean-de-Maurienne, a nie Villargondran. Romek i tak musiał zjechać do miasteczka św. Jana by odebrać samochód z parkingu. Niemniej dla pozostałych ze względu na kierunek dalszej jazdy nieco bardziej pasowałaby wschodnia wersja zjazdu do doliny Maurienne. Na zjeździe trzeba było zignorować wywołany robotami drogowymi zakaz przejazdu. Droga była na tyle zwężona, iż stała się nieprzejezdna dla samochodów, ale nam bez trudu udało się przecisnąć. Romek z Piotrem dotarli na dół jako pierwsi następnie obaj już autem przejechali do Saint-Michel-de-Maurienne. Ja zakończyłem zjazd w towarzystwie Adama i zgodnie współpracując pokonaliśmy ostatnie trzynaście kilometrów tego etapu. Nie były one takie najłatwiejsze gdyż na dojeździe do grodu św. Michała trzeba było jeszcze pokonać 177 metrów przewyższenia. Zatrzymaliśmy się w samym centrum tej miejscowości przy skrzyżowaniu głównej drogi z górskimi drogami wiodącymi do Beaune (na północ) i na Col de Telegraphe (na południe). Poszliśmy w czwórkę do najbliższego baru, by godnie się posilić po długim i ciężkim dniu w drodze. Postanowiliśmy poczekać tu na Darka, który dojechał do Saint-Michel około 20:20. Na całe szczęście mieliśmy pod ręką nasz samochód, bo nikomu nie uśmiechała się perspektywa pokonania o własnych siłach podjazdu do wybranej przez Piotra bazy noclegowej. Przejechaliśmy już tego dnia 128,1 kilometra o łącznym przewyższeniu 3909 metrów. Potrzebowałem na to 6 godzin 9 minut i 54 sekund (avs. 20,8 km/h). Dlatego też po kolacji załadowaliśmy trzy rowery na klapę oraz dwa na dach samochodu, aby już „na leniucha” pokonać ostatnie 630 metrów w pionie do schroniska Le Shantone. W przybytku tym musieliśmy zdjąć buty niczym przy wejściu do meczetu. Metraż mieliśmy bardzo skromny, ale też za niewygórowaną cenę 18 Euro od osoby. Spać należało we własnych śpiworach na piętrowych łóżkach. Niemniej po ciężkim dniu w trasie każdy lokal z łóżkiem nam pasował. Problem mieliśmy jedynie z wysuszeniem zawilgoconych ubrań.