banner daniela marszałka

Archiwum: '2007c_Wogezy, Masyw Centralny & Pireneje' Kategorie

Dramatyczny powrót

Autor: admin o 20. lipca 2007

Zgodnie z przedwyjazdowym planem pozostałe dni naszej wyprawy miały wyglądać następująco. Czwartek przejazd do Montpellier i obejrzenie „profich” w akcji na mecie dwunastego etapu Tour de France plus połączenie się z kolegami z Eurosportu w trakcie relacji i komentarz z miejsca wydarzeń. Piątek wspinaczka pod Mont Ventoux od strony Bedoin. Później jeszcze wizyta u przyjaciół Piotra mieszkających nieopodal Grenoble i przejażdżka po wzniesieniach Masywu Chartreuse. W regionie znanym do niedawna z wyścigu Classique des Alpes. W końcu począwszy od sobotniego popołudnia odwrót do Polski. Niemniej będąc świadomi naszych poważnych problemów z samochodem, acz wciąż nie pozbawieni cienia optymizmu, wprowadziliśmy do tego „programu” pewne korekty. Postanowiliśmy wyruszyć w nocy ze środy na czwartek by korzystając z umiarkowanej temperatury przejechać od razu blisko 450-kilometrowy odcinek do Crillon-le-Brave naszej bazy wypadowej pod Mont Ventoux. Z kolei w nocy z czwartku na piątek na podobnej zasadzie przedostać się z Crillon-le-Brave do Saint-Pierre-de-Chartreuse pokonując kolejne 250 kilometrów. W tym regionie chcieliśmy zrobić sobie około 70-kilometrową przejażdżkę z 18-kilometrowym podjazdem pod Col de Porte (1326 m. n.p.m.).

Niestety okazało się, że nasze plany były palcem na wodzie pisane. Wyruszyliśmy z L’Alpage w czwartek tuż po północy i jadąc przez Tarascon-sur-Ariege, Foix, Pamiers, Mirepoix i Fanjeux udało nam się dotrzeć do okolic Montreal zanim samochód odmówił posłuszeństwa i przyszło mi w środku nocy szukać wody w jakimś anonimowym miasteczku. Nad ranem udało nam się dotrzeć do Carcassonne, gdzie niestety nie mieliśmy czasu zwiedzać średniowiecznych zabytków tego miasta, będącego niegdyś jednym z centrów ruchu religijnego Katarów. Cały dzień spędziliśmy na rozmyślaniach i telefonach do kraju szukając sposobów na wyjście z „bagna”, w którym się znaleźliśmy. Natychmiastowa naprawa samochodu na miejscu okazała się nierealna. Początkowo zastanawialiśmy się nad szansą powrotu z samochodem. Kolega z Trójmiasta Piotrek Zakrzewski zobowiązał się nawet zorganizować weekendową ekipę ratunkową, lecz wkrótce uznaliśmy, iż hol przez ponad 2200 kilometrów jest opcją ostateczną. Z kolei Czarek Fabijański dał nam kilka namiarów na „laweciarzy”. Koszt takiej usługi był jeszcze z trudem bo z trudem do przełknięcia tzn. niespełna 4.000 PLN, lecz żaden z naszych rozmówców nie miał gotowego zmiennika do udania się w tak długą wyprawę. Ostatecznie pod koniec dnia Piotr nie bez oporów postanowił „porzucić” samochód we Francji. Wstępnie ustaliliśmy, iż spróbujemy wrócić autokarem z Tuluzy, który miał przejeżdżać przez Carcassonne po godzinie siódmej rano. Jadąc dalej przez Niceę, Włochy, Austrię i Kraków po upływie półtorej doby kończy on swój kurs w Warszawie. Gdyby zaś autokar okazał się być przepełniony to w rezerwie mieliśmy jeszcze pociąg do Lyonu po godzinie ósmej. Noc spędziliśmy w hoteliku położonym tuż obok pięknego średniowiecznego zamku, którego okazałe mury dorównują tym z hiszpańskiej Avili znanej kibicom śledzącym co roku wydarzenia na Vuelcie.

ZDJĘCIA

CARCASSONNE

Nad ranem w piątek zmiana planów. Jedziemy samochodem przynajmniej do Narbonne. Tam w oddziale Europcaru za „bajońską” jak na polską kieszeń sumę wypożyczamy jakieś Renault na przejazd do Lyonu, gdzie z kolei czeka na nas miła niespodzianka. Nasz wspólny kolega Konrad Kucharski załatwił nam kontakt do polskiego przedsiębiorcy rodem z Mazowsza, który planował sprowadzenie samochodu z Francji do Polski. Tym sposobem znaleźliśmy kolejny środek transportu już do samego Pruszkowa dokąd nie bez paru dalszych przygód dotarliśmy wyczerpani około południa w sobotę. Piotr odwiózł jeszcze Volvo na miejsce przeznaczenia. Ja zaś pojechałem na dworzec Warszawa Zachodnia skąd po dalszych pięciu godzinach podróży dotarłem do Sopotu. Tak zakończyła się nasza pełna przygód i problemów „podróż życia” podczas, której przemierzyliśmy szlak grubo ponad 5000 kilometrów. Na rowerze przejechałem w tym czasie 827 kilometrów zaliczając po drodze siedemnaście poważnych podjazdów, z czego czternaście w Pirenejach. Przy okazji pobiłem swój prywatny rekord „górskich wycieczek” pokonując w sumie 18.690 metrów przewyższenia. Za rok nie może być gorzej, ale plany zaczną się krystalizować dopiero po 25-tym października gdy tylko organizatorzy Tour de France ogłoszą trasę kolejnego L’Etape.

W tym miejscu kończę swe przydługie wspomnienia z wakacji. Jednocześnie dziękuję wszystkim znajomym, kolegom i przyjaciołom dzięki którym pomimo wynikłych przeszkód mogę uznać opisana wyżej wyprawę za udaną. Po kolei więc: Czarkowi Fabijańskiemu za przygotowanie sprzętu, Państwu Bogdziewiczom za pomoc w wyrobieniu licencji niezbędnej do startu w L’Etape du Tour, kolegom z ronda Osowa-Castorama za „naciąganie” mnie na wiosnę co wydatnie ułatwiło mi przygotowanie odpowiedniej formy do letnich wyzwań. Konradowi Kucharskiemu za kontakt w postaci „koła ratunkowego” oraz Piotrowi Zakrzewskiemu za gotowość do rzucenia się nam na pomoc pomimo dzielącego nas dystansu. W końcu Alainowi Mompert za pomoc w zamówieniu zdjęć z firmy maindru-photo będących wspaniałą pamiątką z udziału w L’Etape du Tour. Przede wszystkim jednak szczególne podziękowania należą się oczywiście samemu Piotrowi memu wypróbowanemu wspólnikowi w tego rodzaju przedsięwzięciach, bez którego zaangażowania ta śmiała wyprawa jak i szczęśliwy z niej powrót byłby niemożliwy.

Napisany w 2007c_Wogezy, Masyw Centralny & Pireneje | Możliwość komentowania Dramatyczny powrót została wyłączona

Plateau de Beille & Col de Marmare

Autor: admin o 18. lipca 2007

Zgodnie z planem środa 18 lipca miała być naszym ostatnim dniem jazdy po Pirenejach. Przy kolacji we wtorek Allan zaproponował, że zabierze się z nami i pokaże nam swoje ulubione trasy treningowe. Jedna górska kandydatura była poza dyskusją czyli Plateau de Beille. Podjazd, który w tym roku miał być obecny na trasie Tour de France już po raz czwarty począwszy od swego debiutu w 1998 roku. Co ciekawe jak dotąd wygrywali na nim zawsze późniejsi triumfatorzy całej „Wielkiej Pętli” czyli Marco Pantani w 1998 czy Lance Armstrong w 2002 i 2004 roku. Nie inaczej było i tym razem jako, że cztery dni po naszym rekonesansie na tej górze cieszył się ze zwycięstwa Alberto Contador. Można więc powiedzieć, że jest to swego rodzaju góra-wyrocznia. Jedynym minusem takiego planu była konieczność przejechania przeszło 15 kilometrów po wspomnianej już przeze mnie „krajówce” N-20. Tym razem jednak w dół czyli w kierunku odwrotnym niż do Andory po to by dotrzeć do miejscowości Les Cabannes, w której zaczyna się ów bardzo wymagający blisko 16-kilometrowy podjazd na płaskowyż Beille.

To naprawdę bardzo trudny podjazd. Suche liczby nie kłamią 15,9 km przy średnim nachyleniu 7,9 %. Śmiało wzniesienie to można nazwać pirenejskim odpowiednikiem L’Alpe d’Huez. Przyznam, że wdrapanie się na jej wierzchołek poszło nam dość zgrabnie, lecz duża w tym zasługa faktu, iż jechaliśmy tu jeszcze na świeżości. Zupełnie inna sytuacja może tu mieć miejsce jeśli kiedyś na tej górze przyszłoby nam zakończyć którąś z edycji L’Etape du Tour. Podjazd ten w zasadzie od samego początku jest dość konkretny i przez pierwsze 12 kilometrów w zasadzie cały czas „trzyma” na poziomie od 7 do 10 %. Chwilę oddechu można złapać na krótkim płaskim odcinku cztery kilometry przed szczytem, a poza tym jeszcze ostatnie dwa kilometry są nieco lżejszy bo na poziomie 6 %. W zasadzie każdy z nas wspinał się pod nią własnym tempem, bowiem rozbiliśmy się już na pierwszym kilometrze wzniesienia. Udało mi się wjechać w czasie 1 godzina 10 minut i 40 sekund czyli przy przeciętnej około 13,58 km/h. Allan okazał się twardym zawodnikiem i na szczyt wjechał w czasie dwie i pół minuty gorszym. W sumie dobry „występ” naszego gospodarza nie powinien mnie dziwić. Jakkolwiek starszy jest od nas o dobrą dekadę to w przeszłości trenował triatlon, wciąż prowadzi aktywny tryb życia, a poza tym jeszcze mieszkając w okolicy znał już ten podjazd od podszewki. Piotr zaczął podjazd najspokojniej jakby obawiając się o swe siły po wypadku sprzed dwóch dni. Niemniej „pirenejskie szlify” nie wyssały z niego zbyt wielu sił witalnych jako, że na górę wjechał 3 minuty i 40 sekund po mnie czyli na dobrą sprawę tylko minutę po Allanie. Co godne zauważenia mimo, że byliśmy na tej górze cztery doby przed etapem Tour de France to na poboczu drogi już w środę stało co najmniej kilkanaście camperów. Kibice francuscy, ale i liczna rzesza niemieckich fanów ekipy T-Mobile w oczekiwaniu na swych idoli postanowiła się zatrzymać w tych stronach na blisko tygodniowy piknik!

ZDJĘCIA

PLATEAU DE BEILLE

Po zjeździe do Les Cabannes koledzy musieli na mnie nieco poczekać. Od tego miejsca Allan postanowił pokazać nam idealną trasę na spokojny, acz wymagający trening górski. W tym celu trzeba było przejechać nad wspomnianą szosą N-20 do miejscowości Verdun. Z niej zaś wyrastał początkowo bardzo stromy, a następnie bardzo kręty i wąski 4-kilometrowy podjazd o przewyższeniu ponad 300 metrów. Po dojechaniu do rozdroża skierowaliśmy się w prawo by lokalnymi drogami po pofałdowanym terenie mijając senne wioski Caychax i Lordat dotrzeć do Bestiac. Tu czyli w okolicy widocznej na załączonym profilu wioski Caussou zaczynał się w teorii dość łatwy bo niespełna 12-kilometrowy podjazd pod Col du Marmare (1361 m. n.p.m.) o średnim nachyleniu 4,3 %. Wiodła ona urokliwą i kręta drogą zwaną Corniches. Jednak przy wysokiej temperaturze i szorstkiej nawierzchni pokonywanie kolejnych kilometrów tego wzniesienia wcale nie szło nam jak z płatka. Ot po prostu jechaliśmy zgodnie i dość sprawnie co jakiś czas zmieniając się na prowadzeniu w średnim tempie około 20 km/h. Po minięciu tej przełęczy wystarczyło już tylko skręcić w prawo by po kolejnych 2 kilometrach niezbyt wymagającego podjazdu dojechać do Col du Chioula (1431 m. n.p.m.) od przeciwnej strony niż zdarzyło mi się to uczynić poprzedniego wieczora. Stąd zaś czekał nas już tylko dobrze mi znany 8-kilometrowy zjazd L’Alpage. Jakoś nikt z nas nie miał już ochoty odbić w trakcie tego zjazdu na podjazd pod Port de Paillheres czy też zjechać do samego Ax-les-Thermes i z tej właśnie miejscowości wybrać się na „podbój” kolejnego płaskowyżu czyli Plateau de Bonascre alias Ax-3-Domaines. Mieliśmy jednak prawo być zmęczeni tego dnia zrobiliśmy bowiem blisko 92 kilometry przy łącznym przewyższeniu 2335 metrów. Poza tym „rozgrzeszyliśmy się” z Piotrem z naszego lenistwa tą myślą, iż trzeba mieć na przyszłość jeszcze jakieś dobre powody by wrócić w Pireneje.

ZDJĘCIA

COL DE MARMARE

Napisany w 2007c_Wogezy, Masyw Centralny & Pireneje | Możliwość komentowania Plateau de Beille & Col de Marmare została wyłączona

Port d’Envalira & Col du Chioula

Autor: admin o 17. lipca 2007

Po wyczerpującym poniedziałku wtorkowe przedpołudnie postanowiliśmy przeznaczyć na spacer po Ax-les-Thermes i bliższe poznanie tej miejscowości słynącej z najgorętszych wód leczniczych w całych Pirenejach. Zeszliśmy do miasta pospacerować po starówce. Na rynku trwał akurat kilkugodzinny jarmark. Piotr odwiedził też lekarza by uzyskać fachową poradę co do charakteru swych wyścigowych obrażeń i sposobu ich leczenia. Tego dnia mój kolega postanowił sobie odpocząć od roweru. Korzystając z uprzejmości marokańskiego kierowcy pół-ciężarówki pojechał autostopem na turystyczną wycieczkę do Foix. Ja znajdując się szczęśliwie w pełni zdrowia i mając świadomość, że to nasz przedostatni dzień w Pirenejach postanowiłem nie próżnować. Na popołudnie wyznaczyłem sobie randkę z „jej wysokością”. Mam tu na myśli Port d’Envalira czyli przełęcz wznosząca się na wysokość 2407 metrów n.p.m. To znaczy najwyższą „kolarską górę” w całym łańcuchu górskim Pirenejów.

Nie sądzę by można było o niej powiedzieć najtrudniejsza, lecz sama długość tego podjazdu jak i przewyższenie muszą na każdym śmiałku robić wrażenie. Od ronda w centrum Ax-les-Thermes do wierzchołka położonego przeszło 5 kilometrów w głąb terytorium Andory było dokładnie 35,35 kilometra z różnicą wzniesień blisko 1690 metrów. Już z samych tych suchych danych widać, że nie jest to podjazd szczególnie stromy – średnie nachylenie wynosi na nim 4,8 %. Prawdziwy „łagodny olbrzym”, lecz sam dystans sprawia, że podjeżdżając ma się wrażenie nieskończoności owej wspinaczki. Pierwsza 18-kilometrowa połowa podjazdu do miejscowości L’Hospitalet-pres-l’Andorre (1430 m. n.p.m.) jest dość luźna. Nachylenie kolejnych kilometrów waha się między 3 a 5,5 %, więc jako że czułem się tego dnia bardzo dobrze mogłem kręcić ze średnią prędkością około 20 km/h. Raz jeszcze sprawdziło się przysłowie „co cię nie zabije to cię wzmocni” przez co dzień po L’Etape du Tour nie robił na mnie większego wrażenia tego rodzaju podjazd.

Przystopował mnie dopiero odrobinę znacznie trudniejszy kilkusetmetrowy odcinek za samym L’Hospitalet gdzie moje tempo spadło do około 15 km/h. Niemniej kolejne kilometry aż do rozjazdu na przełęcz Puymorens pięły się pod górę przy średnim nachyleniu od 4 do 6 % co pozwalało mi na zachowania dobrego rytmu. Po około 30 kilometrach wzniesienia przekroczyłem w końcu granicę Księstwa Andory w miejscu znanym jako Pas de la Casa (2091 m. n.p.m.) i pojechałem nie niepokojony przez celników dalej podczas gdy samochody stały w niezłym korku w obie strony. Byłem zresztą swego rodzaju „białym krukiem” na tej drodze gdyż cykliści należą tu rzadkości. Niestety jest to w końcu droga krajowa N-20 i zarazem jedyny szlak z Francji do Andory przez co trzeba się na niej liczyć z ciągłą asystą samochodów, w tym również ciężarówek. Ostatnie kilometry miały już średnie nachylenie rzędu 6,5 czy 7 % z niektórymi serpentynami na poziomie 8 % co przy momentami przeciwnym wietrze potrafiło mnie już „przytrzymać” do prędkości 14 km/h. Ostatecznie dojechałem na szczyt w czasie 1h 49:40 (przeciętna 19,34 km/h) czyli grubo poniżej bariery dwóch godzin, której złamanie postawiłem sobie za punkt honoru. Na górze udało mi się złapać jakiegoś człowieka stojącego na parkingu, który strzelił mi dwie fotki, po czym pojechałem jeszcze kilkaset metrów w stronę centrum Księstwa.

ZDJĘCIA

AX-LES-THERMES

Co ciekawe na przełęczy pasło się niemałe stadko koni jakby nie zrażone wysokością i związaną z tym skąpą roślinnością. Na samej przełęczy były też ni mniej ni więcej dwie stacje benzynowe z charakterystycznymi dla tego wolnocłowego państewka cenami paliwa na poziomie o 30% niższym od francuskich. Niżej w okolicy Pas de la Casa pierwsze miasteczko po stronie andorskiej robiło wrażenie jednego wielkiego hipermarketu. Sam zjazd byłby czystą przyjemnością gdyby nie wiatr i ledwie umiarkowana temperatura na pierwszych kilometrach czy też ruch samochodowy na całej długości drogi. W każdym razie droga jest szeroka i raczej dobrej jakości z łagodnymi wirażami. Przy zamkniętym ruchu drogowym byłoby się gdzie rozpędzić, przy czym na niektórych odcinkach trzeba by sobie pomoc w nabraniu szybkości pedałując. Do Ax-les-Thermes zjechałem już po godzinie 19:30, lecz nie zamierzałem poprzestać na czekającym mnie dwukilometrowym podjeździe do L’Alpage.

Droga wiodąca do naszej bazy była bowiem zarazem początkiem dwóch podjazdów tzn. 10-kilometrowego pod Col du Chioula (1431 m. n.p.m.) i 18-kilometrowego pod Port-de-Pailheres (2001 m. n.p.m.). Decyzję który z nich wybrać należało podjąć po pokonaniu około 3,5 kilometrów wzniesienia. Zważywszy, że zbliżała się już godzina 20:00, nie chcąc wracać w ciemnościach nie miałem wielkiego wyboru i na rozdrożu musiałem skręcić w lewo ku górze Signal de Chioula. Podjazd ten jakkolwiek z pewnością stanowił mniejsze wyzwanie niż Paillheres nie należy z pewnością do łatwych. Niemal przez całe 10 kilometrów średnie nachylenie kolejnych kilometrów waha się między 6 a 9 % (przy średniej całego wzniesienia około 7 %), zaś niespełna dwa kilometry przed szczytem jest też bardziej „trzymający” kilkusetmetrowy odcinek o stromiźnie 12 %. Na tą przełęcz dojechałem w czasie równo 40 minut co jak policzyłem dało mi średnią około 15,4 km/h.

ZDJĘCIA

COL DU CHIOULA

Było już niemal szaro, lecz na szczęście i tu nie zabrakło turystów a dokładnie rzecz ujmując pewnej starszej pani z wnukami dzięki czemu mogłem się uwiecznić pod kolejną tablicą. Z przełęczy pozostawało mi już tylko zjechać około 8,5 kilometra wprost do L’Alpage. Tego dnia przejechałem w sumie 92 kilometry pokonując łączne przewyższenie 2330 metrów. Piotr wrócił z Foix niedługo przede mną i opowiedział mi co nieco o zaletach tego miasta jak i specyfice jazdy francuskim autostopem. Okazało się, że aby przejechać powrotne 45 kilometrów musiał skorzystać z pomocy aż trzech kierowców: praktykującej katoliczki, wolontariusza zaangażowanego w L’Etape oraz małżeństwa hippisów. Typowi przedstawiciele francuskiej klasy średniej jakoś nie byli zainteresowani w udzieleniu pomocy bliźniemu.

Napisany w 2007c_Wogezy, Masyw Centralny & Pireneje | Możliwość komentowania Port d’Envalira & Col du Chioula została wyłączona