banner daniela marszałka

Archiwum dla wrzesień, 2021

Campello Monti

Autor: admin o 6. września 2021

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Omegna (via De Angeli)

Wysokość: 1295 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 989 metrów

Długość: 19,2 kilometra

Średnie nachylenie: 5,2 %

Maksymalne nachylenie: 15 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Każda przygoda kiedyś się kończy, więc i nam przyszło powiedzieć „Arrivederci Italia”. Na „do widzenia” górka była tylko jedna, a przy tym do wyhaczenia prosto z bazy. Ostatnią premią górską naszego Giro-2021 była Campello Monti. Górska osada na krańcu doliny Strona, przez swych pierwotnych mieszkańców nazwana Kampel. To zaś zdradza, że byli nimi Walserowie. Górale wywodzący się z germańskiego plemienia Alemanów. W XIII wieku opuścili oni swą małą ojczyznę w dolinie Goms u źródeł Rodanu i rozpierzchli się po Alpach. Przede wszystkim zasiedlili zaś niektóre aostańskie i piemonckie doliny po południowej stronie masywu Monte Rosa, tym okolice Valsesia. Grupa rodem z Rimelli (Alta Val Mastallone) dała początek osadzie znanej dziś jako Campello Monti. Odkryli oni zalety łąk po drugiej stronie najbliższych sobie gór. To znaczy ziemie na terenie Valle Strona. W XIV wieku postanowili się tu osiedlić. Niemniej przez całe dwa stulecia mieli pewien ważki problem. Chcąc pochować swych bliskich na „uświęconej ziemi” musieli transportować ich ciała do starej doliny Mastallone przez przełęcz Bocchetta di Campello (1924 m. n.p.m.). Własnego cmentarza doczekali się w 1551, zaś kościoła czyli Chiesa di San Giovanni Battista dopiero w 1759 roku. Od roku 1816 Campello Monti było nawet samodzielną „komuną”, po czym w 1928 zostało włączone nowo utworzonej gminy Valstrona. Od połowy XIX wieku przez całe stulecie poza pasterstwem zajmowano się tu również wydobyciem niklu. Dziś dawne Kampel nie ma żadnych stałych mieszkańców. Zimą droga powyżej Forno (888 m. n.p.m.) jest nieprzejezdna. Osada ożywa dopiero w cieplejsze miesiące. Wpadają tu potomkowie dawnych mieszkańców jak i przede wszystkim turyści. Ponoć na halach nadal odbywa się letni wypas. Niemniej magnesem dla gości są piesze szlaki biegnące przez Parco Naturale Alta Val Sesia e dell’Alta Val Strona. Największą atrakcją jest podejście na szczyt Cima di Capezzone (2421 m. n.p.m.) oraz ku leżącemu na wysokości 2100 metrów jeziorku o tej samej nazwie.

Cała nasza wspinaczka miała wieść przez Valle Strona, a przy tym szosami aż pięciu gmin. Powyżej dużej Omegni były to kolejno: Germagno, Loreglia, Massiola i przede wszystkim Valstrona. Tradycyjną działalnością mieszkańców owej doliny była zawsze obróbka drewna. Dlatego niegdyś zyskała sobie ona przydomek „Val di cazzuji”, co w miejscowym dialekcie oznacza „Dolina łyżek”. Wyrób wszelakich łyżek i chochli był bowiem specjalnością miejscowych rzemieślników. Współcześnie miejscowi przerzucili się na produkcję figurek Pinokia, czego dowodem był wystrój jednego z zakładów pracy na tym szlaku. Przed nami był podjazd relatywnie długi, lecz nieszczególnie trudny. Mieliśmy do pokonania z grubsza 1000 metrów przewyższenia na dystansie około 19 kilometrów czyli przy niewygórowanym przeciętnym nachyleniu nieco ponad 5%. Niemniej było to wzniesienie – w mojej prywatnej terminologii – typu „skorpion” czyli pozornie niegroźne, lecz wyposażone w jadowitą końcówkę. Uogólniając wszelkie szczegółowe dane na temat owej góry podane na kartach przewodnika spod znaku „Passi e Valli in Bicicletta” mieliśmy tu najpierw 13,5 kilometra o przeciętnym nachyleniu tylko 3,8%. Po czym powyżej osady Otra (814 m. n.p.m.) zupełnie inne 6 kilometrów o średniej 8,2%. W sumie zaś im dalej, tym trudniej. Na ostatnich 2 kilometrach czyli po minięciu Piana di Forno stromizna wynosiła już 8,9%. Natomiast w samej końcówce wiodącej wąską dróżką przez gęsty las należało się zmierzyć z odcinkiem 500 metrów o wartości aż 13,4%. W książce profil tego wzniesienia podzielono na 39 półkilometrowych odcinków. Przed Otrą tylko 7 z 27 tego typu kawałków miało średnie nachylenie powyżej 5%. Natomiast powyżej tej osady wszystkie 12. Przy tym „najłagodniejszy” sektor liczył sobie 5,8%, zaś 10 z nich miało stromiznę na poziomie co najmniej 7%. Nasz drugi wspólny Wielki Tour wypadało zakończyć „etapem przyjaźni”. Podjazd w typie Campello Monti ze względu na umiarkowane nachylenie idealnie pasował do odegrania tej roli.

W trasę ruszyliśmy o wpół do dziesiątej. Zaraz po starcie musieliśmy pojechać na północ, a nie jak w niedzielę na zachód. Po minięciu centrum miasta wpadliśmy na via De Angeli wiodącą w kierunku Crusinallo. Niemniej po przejechaniu mostu nad potokiem Strona zamiast w prawo do owej dzielnicy musieliśmy odbić w lewo, by dokładnie po przejechaniu 1,3 kilometra od naszej bazy zacząć podjazd. Wjechaliśmy na Via Vallestrona czy jak reklamowała to inna tablica na owym rozdrożu „Le Vie del Legno”. Przez pierwsze kilkaset metrów droga wiodła na południe, po czym skręciła na północny-zachód. Pierwszy kilometr na drodze SP52 całkiem solidny, bo ze średnim nachyleniem 6,3%. Drugi już łatwiejszy o przeciętnej 4,3%. Dokładnie po dwóch kilometrach dojechaliśmy do osady Canova del Vescovo (412 m. n.p.m.), skąd w prawo skręca stroma szosa wiodącą do Alpe Quaggione (1156 m. n.p.m.). My jednak musieliśmy jechać prosto. Przez kolejne półtora kilometra było zupełnie płasko. Potem od połowy czwartego do końca piątego kilometra trafiło się parę odcinków o umiarkowanym nachyleniu. W połowie piątego kilometra droga skręciła wyraźniej na zachód i niebawem minęliśmy Prelo (4,8 km). Na kilometrze szósty, siódmym i ósmym „stromizna” ani na moment nie skoczyła powyżej 5%. Na przełomie siódmego i ósmego kilometra przejechaliśmy przez wioskę Strona di Luzzogno czyli „stołeczny” ośrodek gminy Valstrona o czym świadczył obwieszony trzema flagami budynek lokalnego „sindaco”. W pierwszej połowie dziewiątego kilometra nachylenie było już umiarkowane. Ten odcinek zawiódł nas do Piana di Fornero, gdzie po lewej stronie szosy ostro pracowała stolarnia „pod patronatem” Pinokia. Trzymając się dalej lewego brzegu Strony w połowie dziesiątego kilometra wpadliśmy do Marmo, gdzie na jednym z domów hasały kolejne bajkowe postacie. Pod koniec dziesiątego kilometra mój licznik pierwszy raz zanotował chwilową stromiznę powyżej 8%. W połowie jedenastego szybko minęliśmy osadę Ovasca (683 m. n.p.m.).

W połowie dwunastego kilometra droga skręciła wyraźniej na północ i jednocześnie złagodniała. Za Rosarolo (13 km) na kilkaset metrów przejechaliśmy na prawy brzeg potoku. Tu w połowie czternastego kilometra dotarliśmy do wspomnianej już Otry, za którą nachylenie miało już na stałe przybrać poważniejszych wartości. Na kolejnym kilometrze minęliśmy Preię oraz Forno, znane z kościoła pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła oraz Muzeum Sztuki Sakralnej. Na dojeździe do Cerani (15 km) mój telefon jak widać na linkach z górskich ścieżek skończył nagrywanie. Droga wkrótce skręciła na południe i po 17,1 kilometra od początku podjazdu dotarliśmy do Piana di Fornero. W dole po lewej stronie widać było kościół i budynki owej osady. Natomiast po prawej stronie drogi powitała nas dwujęzyczna tablica m.in. z napisem „Kampelj Walser Land – Wol chomne”. Wjechaliśmy na finałowy odcinek czyli via del Sasso. Z początku jechaliśmy dalej na zachód, po czym droga skręciła nieco na północ i nadal brnąc przez las zaserwowała nam doprawdy wysokie procenty. Na tym finałowym odcinku musiałem się już mocno spiąć by nie puścić koła kolegi w samej końcówce. Po wyjeździe z lasu jeszcze chwila stromizny, po czym płaski finał po kostce do samego Campello Monti. Na poboczu stał samochód „Guardia di Finanza”. Pytanie od kogo ściągają tu podatki, skoro nikt na stałe w Kampel nie mieszka? Dojechawszy do końca brukowanego odcinka zeszliśmy z rowerów i przeszliśmy mostkiem do centrum miejscowości. Dostrzegłem tu miejscowy kościół jak i budynek szkoły podstawowej. Kto by zgadł, że zimą nie ma tu żywego ducha! Najdłuższy 19-kilometrowy segment przejechaliśmy w 1h 08:49 (avs. 16,6 km/h z VAM 826 m/h). Nie jechaliśmy wcale jakoś bardzo oszczędnie. Na odcinku 4,76 kilometra powyżej Forno zdobywaliśmy wysokość w tempie 993 m/h, zaś na ostatnich dwóch kilometrach nawet 1061 m/h. Na zjeździe nigdzie nie zatrzymaliśmy się na dłużej. Do bazy wróciliśmy kwadrans po dwunastej. W sumie można było tego dnia zrobić nieco więcej.

Była ku temu dobra okazja. Mogliśmy bowiem przerwać nasz zjazd w Canova del Vescovo, po czym dorzucić sobie wspinaczkę pod Alpe Quaggione. Z tego poziomu byłyby to dodatkowe 744 metry w pionie czyli podjazd o długości 7,7 kilometra i średniej stromiźnie aż 9,7%. Adrian pewnie „połknąłby” taką premię górską w 40 minut, ja raczej w 45. Parę minut spędzilibyśmy na górze plus nieco czasu zgubili na zjeździe. Zakładam, że wówczas wylądowalibyśmy na stancji około wpół do drugiej. Niemniej z ostrożności i dla lepszego wypoczynku przed długą podróżą do ojczystego kraju „przytrzymaliśmy się” oryginalnego planu. Wyjazd z Omegni zaplanowaliśmy sobie na siedemnastą, więc przesadnie dużo czasu na wypoczynek, obiad oraz spakowanie wszystkich waliz, toreb, plecaków i pomniejszych tobołków wcale nie było. Ostatecznie nasze górskie liczniki stanęły na 28 podjazdach. Adrian przez szesnaście dni przejechał 1082 kilometry, zaś w pionie pokonał 32.659 metrów. Nie wszystkie jego góry były moimi wzniesieniami. Mój ogólny dystans i amplituda zapewne były nieco niższe. Niemniej z racji licznych zakłóceń w kontaktach ze stravą nie podejmuje się orzec „jak daleko i wysoko” tym razem zajechałem. Po powrocie do kraju zakupiłem Garmina Edge530 i mam nadzieję, że ten posłuży mi co najmniej przez osiem lat jak jego starszy „kolega”. Alpe Quaggione na dalszą przyszłość wcale nie jest wykluczone. Może uda mi się kiedyś raz jeszcze pojeździć po górskich drogach: Doliny Aosty, Piemontu i Lombardii. Wówczas pozbieram sobie wszystkie nie poznane wcześniej podjazdy na obszarze od Monte Bianco po Lago di Garda. Niemniej w najbliższych sezonach Bella Italia raczej nie będzie stała na pierwszym planie. Najwyższy czas zmierzyć się z najeżoną stromymi podjazdami Karyntią. Chcę się również przypomnieć francuskim Pirenejom. Poza tym nie zapominam o Szwajcarii i przede wszystkim mam na uwadze Hiszpanię. Górska Iberia to grubszy temat do rozpracowania. Najpewniej wymagał będzie zorganizowania trzech lub czterech wypraw. Oby tylko w ramach Unii wróciła „wolność podróży”.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/5914442883

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/5914442883

CAMPELLO MONTI by Adriano

https://www.strava.com/activities/5914323949

ZDJĘCIA

Campello Monti_01

FILM

Napisany w 2021b_Valle d'Aosta & Piemonte | Możliwość komentowania Campello Monti została wyłączona

Alpe Camasca

Autor: admin o 5. września 2021

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Omegna (via Comoli)

Wysokość: 1211 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 916 metrów

Długość: 11,8 kilometra

Średnie nachylenie: 7,8 %

Maksymalne nachylenie: 15 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Dwie ostatnie góry tej wyprawy mogliśmy zaatakować z „własnego podwórka”. To znaczy z ulic miejscowości, w której pomieszkiwaliśmy już od tygodnia. Omegna ma przeszło 14.300 mieszkańców i jest trzecią pod względem liczby mieszkańców miejscowością prowincji Verbano-Cusio-Ossola. Większe od niej są tylko Verbania i Domodossola. „Nieformalna” stolica rejonu Cusio leży na północnym krańcu urokliwego Lago d’Orta. Prawa miejskie uzyskała dopiero w roku 1939. Z grubsza dekadę po tym jak w latach 1927-28 wchłonęła sąsiednie wsie: Agrano, Cireggio i Crusinallo. Peleton Giro d’Italia w minionym roku przejeżdżał ulicami Omegni. Kolarze zaczynali tu podjazd na Passo della Colma podczas etapu dziewiętnastego do stacji Alpe di Mera. W obecnym stuleciu wyścig Dookoła Włoch podobną „przelotną” wizytę złożył temu miastu także w latach 2003 i 2011. To znaczy na etapach do Cascata del Toce oraz Macugnagi. W poważniejszej, acz w sumie drugoplanowej roli Omegna wystąpiła na Giro tylko w sezonie 1975. W mieście tym zaczął się etap 17a owej edycji, który prowadził do lombardzkiego miasteczka Pontoglio (prov. Brescia). Ten płaski odcinek wygrał znakomity belgijski sprinter Patrick Sercu. Można powiedzieć, że nasza Omegna „załapała” się wówczas na organizację etapowego startu, albowiem odcinek 16 tej imprezy zakończył się w pobliskiej „turystycznej perełce” Orta San Giulio. Panowie zatem nigdy nie ścigali się tu o prestiżowe zwycięstwo etapowe. Co innego panie. Wokół Omegni wytyczono bowiem trasę piątego etapu Giro Rosa z roku 2018. Skuteczną ucieczką na tym 118-kilometrowym odcinku popisały się trzy zawodniczki: dwie Amerykanki oraz Włoszka. Kolarki zza Atlantyku, choć jadące w różnych ekipach, nie dały szans reprezentantce gospodarzy. Triumfowała Ruth Winder o sekundę przed Tyler Wiles i Alice Marią Arzuffi. Peleton finiszował ze stratą 1:17. Dużą grupę przyprowadziła słynna Holenderka Marianne Vos, która w latach 2007-2021 wygrała w sumie 30 etapów Giro Donne vel Rosa.

Naszą przedostatnią wspinaczkę zacząć mieliśmy na ulicach Omegni. Natomiast jej metą miała być leżąca na południowy-zachód od szczytu Monte Mazzoccone (1424 m. n.p.m.) polana Alpe Camasca. Kolejne w tych dniach „alpeggio”. To znaczy górskie pastwisko od XV wieku wykorzystywane przez mieszkańców pobliskiej wsi Quarna. Ta ostatnia miejscowość, a ściślej Quarna Sotto też leżała na naszym górskim szlaku. Quarna to wieś mająca nieco ponad 350 mieszkańców. Reklamuje się jako „Paese per la Musica”, jako że od I połowy XIX wieku słynie z produkcji dętych instrumentów muzycznych. Swoją siedzibę ma w niej firma „Rampone & Cazzani” specjalizująca się w produkcji saksofonów. Z kolei leżąca nieco na uboczu Quarna Sopra (czyli Górna) pochwalić się może tarasem widokowym, z którego roztacza się zjawiskowy widok na Lago d’Orta, Omegnę oraz górę Mottarone piętrzącą się na wschód od jeziora. Czekał nas podjazd niedługi, lecz bez cienia wątpliwości wymagający. Mieliśmy do „przerobienia” przeszło 920 metrów przewyższenia na dystansie niespełna 12 kilometrach. W dużym skrócie: lekki wstęp i ciężkie 10 kilometrów. Na podstawie nieco uogólnionych danych z „massimoperlabici” można na tym wzniesieniu wyróżnić cztery segmenty. Pierwszy 2-kilometrowy o przeciętnym nachyleniu tylko 3,6% na dojeździe do Cireggio (367 m. n.p.m.). Potem solidne i regularne 5,4 kilometra o średniej stromiźnie 8,1% na odcinku do Quarna Sotto (802 m. n.p.m.). Następnie nieco trudniejszy kawałek o zmiennym nachyleniu, a przy tym niepozbawiony kilkunasto-procentowych stromizn. W sumie 2,9 kilometra z przeciętną 8,5%. Na sam koniec zaś półtora kilometra o średniej 11,2%, z tego czym sama końcówka o długości 400 metrów z wartością 12,5%. Po drodze 26 alpejskich zakrętów czyli „tornanti”. Najpierw 11 na dwukilometrowym odcinku za Cireggio. Kolejnych 10 na dwóch kilometrach przed Quarna Sotto. Natomiast 5 ostatnich na finałowym sektorze o długości 1500 metrów. Asfalt na górnym segmencie naszej trasy tj. od Quarny do Alpe Camasca został wylany w roku 1970.

Jak już wspomniałem do tej góry nie przystąpiliśmy z marszu, lecz po dwugodzinnym odpoczynku w naszym apartamencie. Najpierw lekki obiad, potem leżakowanie. Jednym słowem zbawcza dla ciała „akcja-regeneracja”. Niespełna kwadrans po czwartej wypadliśmy na ulice Omegni. Było ciepło, acz nieprzesadnie upalnie. Na starcie przy via Novara mieliśmy 27 stopni, zaś na trzecim kilometrze nawet 30. Najpierw objechaliśmy północny kraniec jeziora, aby wjechać na ciągnącą się wzdłuż jego zachodniego brzegu via L. Comoli. Po 900 metrach od domu szosa zaczęła się delikatnie wznosić. Przez pierwszy kilometr nachylenie utrzymywało się na poziomie od 2 do 4%. Po tym łagodnym odcinku dotarliśmy do ronda przed salonem samochodowym Autocalvi. Byliśmy tu już w minioną, środę gdy samochodem zdążaliśmy ku podjazdom z Valsesia. Wtedy jadąc szlakiem Giro 2021 wybraliśmy tu trzeci zjazd. Tym razem trzeba było wskoczyć na pierwszą uliczkę w prawo prowadzącą do Cireggio. W połowie trzeciego kilometra naszej „wycieczki” wjechaliśmy na szosę SP51 i niebawem minęliśmy pomnik poświęcony pamięci kapitana Filippo Beltramiego. Architekta, który pod koniec II Wojny Światowej dowodził lokalnym oddziałem partyzanckim. Na wylocie z Cireggio nachylenie wzmogło się w okolicy pierwszego wirażu. Po nim zaczęliśmy blisko 3-kilometrowy odcinek wiodący niemal prosto na południowy-zachód. Przerywany pięciokrotnie za sprawą par wiraży pt. „najpierw w prawo, potem w lewo”. Odtąd aż po Quarna Sotto nachylenie było solidne, a przy tym bardzo regularne. Dość powiedzieć, że według mojego książkowego przewodnika na jedenastu kolejnych 500-metrowych odcinkach średnia stromizna utrzymywała się na poziomie od 7 do 8,4%. Jednym zdaniem było tu dość trudno, ale równo. Maksymalne chwilowe nachylenie miało sięgać 10%. Jakiś kilometr przejechaliśmy razem, po czym Adrian odpalił z pełną mocą. Okazało się, że nie tylko jego Honda, lecz również aluminiowy Cannondale caad 10 posiada „szósty bieg”.

Naprawdę wydawało mi się, że jadę mocno. Taki regularny odcinek jak najbardziej mi pasował. Do tego byłem wypoczęty po wizycie na stancji. Tymczasem Adek błyskawicznie mi odjechał. Na przeszło 6-kilometrowym segmencie od ronda przy autosalonie do Quarna Sotto nadrobił nade mną 4:05. Sprawdziłem na bazie prawdziwego przewyższenia (do tego rodzaju danych ze stravy trzeba podchodzić z nieufnością) jak szybko wspinaliśmy się na tym odcinku. Wyszło mi, że ja zyskiwałem wysokość w tempie 1051 m/h. Tymczasem Adi „frunął” z VAM na poziomie aż 1219 m/h! Szacun, równie szybko co ja za najlepszych lat. W połowie ósmego kilometra od domu wjechałem do Quarny, zaś 600 metrów dalej skręciłem ostro w lewo zostawiając za plecami drogę do Quarna Sopra. Po kolejnych 400 metrach w łatwiejszym terenie przejechałem przez niewielki plac i wpadłem na pierwszą ściankę. Na najbliższym rozjeździe trzeba było wybrać prowadzącą do osady Cregno via Camasca. Odtąd już niemal do końca droga wiodła przez las. Jeśli wierzyć źródłom pisanym najpierw biegła w cieniu kasztanów i dębów, zaś wyżej pośród modrzewi. W połowie jedenastego kilometra minąłem dróżkę do osady Alpe Costaccia. Tu zaczął się finałowy sektor o długości półtora kilometra. Łatwo nie było, ale jakoś się wybroniłem na tej stromiźnie. Natomiast mój telefon „poległ” kilkaset metrów przed finałem. Na wysokości Capella Alpina minąłem odpoczywającego już Adriana, który krzyknął że jestem blisko finału. Faktycznie asfalt kończy się 120 metrów za ową kaplicą. Dalsze dróżki są już jedynie kamienistymi duktami. Podjazd skończyłem w czasie poniżej 57 minut od wyjechania z domu. Według stravy przeszło 10-kilometrowy segment od ronda przed Cireggio Adrian przejechał w czasie 43:27, zaś ja w 51:32. Po mojemu miał on długość 10,6 kilometra i przewyższenie 888 metrów. To dałoby mojemu koledze avs. 14,6 km/h i VAM 1226 m/h. Natomiast mi wartości 12,3 km/h i VAM 1034 m/h. Adek na ostatnich 4 kilometrach z hakiem cisnął VAM 1241 m/h! Ze mnie odrobinę zeszło powietrze, bo miałem tu przyzwoite, acz dalekie od rewelacji 1023 m/h.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/5911107185

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/5911107185

ALPE CAMASCA by Adriano

https://www.strava.com/activities/5911173857

ZDJĘCIA

Alpe Camasca_01

FILM

Napisany w 2021b_Valle d'Aosta & Piemonte | Możliwość komentowania Alpe Camasca została wyłączona

Alpe Cheggio

Autor: admin o 5. września 2021

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Villadossola (via San Bartolomeo)

Wysokość: 1493 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1234 metry

Długość: 23,4 kilometra

Średnie nachylenie: 5,3 %

Maksymalne nachylenie: 14 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Trzecią niedzielę owej wyprawy zaczęliśmy od samochodowego wypadu do Villadossoli. Dojazd ten był nieco krótszy niż sobotni, bo 37-kilometrowy. Dzięki niemu mieliśmy poznać jeszcze jeden podjazd w zachodniej części rejonu Ossola. Tym razem chcieliśmy wjechać w głąb Valle Antrona. Niemniej celem całej wspinaczki była górska osada Alpe Cheggio, położona w górnej części Val Loranco. To znaczy w bocznej dolince, która odchodzi na północ od Antrony na wysokości wioski Antronapiana. Czekał nas długi, bo 23 kilometrowy podjazd o bardzo zmiennym nachyleniu. Pierwsze szesnaście kilometrów trzeba było pokonać główną doliną na drodze SP67, zaś ostatnie siedem już na węższej i bardzo krętej szosie SP141. Villadossola jest trzykrotnie mniejsza od nieformalnej stolicy owej okolicy czyli Domodossoli. Ma przeszło 6200 mieszkańców i jak przystało na włoskie miasteczko długą historię. Jej świadectwem jest romański kościół pod wezwaniem San Bartolomeo, którego dzieje sięgają końcówki X wieku. Tą świątynię z okazałą dzwonnicą minęliśmy zresztą tuż po naszym starcie z ronda przed via Idilio Zonca. Jako się rzekło większa część naszej trasy wieźć miała poprzez Valle Antrona. To dolina leżącą między poznaną przez nas w sobotę Val Bognanco a długą Valle Anzasca, którą peleton Giro d’Italia odwiedził w 2011 roku na etapie do stacji Macugnaga. Główna szosa w dolinie Antrona kończy się w osadzie Alpe Russi nad Lago d’Antrona. To jest na wysokości niespełna 1100 metrów n.p.m. Niemniej węższą, bardzo pokręconą dróżką można dotrzeć nieco dalej i wyżej. To znaczy do zapory na Lago di Campliccioli (1356 m. n.p.m.). Ponoć widoki z tego miejsca zapierają dech w piersi. Ja jednak celowałem w najtrudniejsze kolarskie wzniesienie tej okolicy czyli wspomniane Alpe Cheggio. Dlatego główną dolinę musieliśmy opuścić na wysokości około 900 metrów n.p.m. Przy czym odrobinę przedłużając sobie nasz podjazd mogliśmy wjechać na Diga Alpe dei Cavalli (1508 m. n.p.m.) i tym sposobem podziwiać górski krajobraz na tle wód jeziora, acz z poziomu innej tamy.

Alpe Cheggio podobnie jak San Domenico czy Alpe Devero leży na terenie regionalnego parku. W tym przypadku jest to utworzony w grudniu 2009 roku Parco Naturale dell’Alta Valle Antrona. Park ten ma powierzchnię 7444 hektarów i leży w granicach gminy Antrona Schieranco. Najwyższym szczytem jest tu graniczny Pizzo d’Andolla (3656 m. n.p.m.). Innego rodzaju skarbem jest pięć jezior, z których cztery tj. Alpe dei Cavalli, Camposecco, Campliccioli oraz Cingino są sztuczne. Natomiast najniżej położone Lago d’Antrona to dzieło dzikiej natury. Powstało bowiem w lipcu 1642 roku na skutek wielkiego osuwiska, którego zabiło 95 osób i jednocześnie zablokowało potok Troncone. Z kolei górski akwen, do którego my zmierzaliśmy powstał za sprawą zapory grawitacyjnej wybudowanej w latach 1922-26. Samo jezioro położone jest na wysokości 1490 m. n.p.m. i ma maksymalnie 30 metrów głębokości. Jego wody zasilają elektrownię w miejscowości Rovesca. Chcąc do niego dotrzeć z ulic Villadossoli trzeba pokonać m/w 1250 metrów przewyższenia. Podjazd jest długi, więc średnia stromizna wynosi tylko 5,3%. Tym niemniej po drodze spotyka się nachylenia o bardzo różnych wartościach. Autor strony „massimoperlabici” to 23-kilometrowe wzniesienie podzielił aż na dziewięć sektorów. Jego szczegółową analizę można nieco uogólnić. Czego zatem mogliśmy się spodziewać w dolinach Antrona i Loranco? Otóż, na początek mieliśmy do przejechania 4-kilometrowy sektor z Villadossoli do Cresti (512 m. n.p.m.). Solidny kawałek o średniej stromiźnie 6,4%. Następnie luźne 7 kilometrów przez Seppianę, Viganellę do San Pietro (649 m. n.p.m.). Na tym segmencie przeciętne nachylenie wynosi od 1,2 do 2,5% czyli de facto jest to długie „falsopiano”. Potem na 5-kilometrowym odcinku przez Locaskę do Antronapiany (902 m. n.p.m.) stromizna miała stopniowo rosnąć i średnio wynieść 5,1%. Zdecydowanie najtrudniejsza miała być ostatnia „kwarta” czyli 7,1 kilometra już na drodze SP141. Ten finałowy sektor ma stromiznę 8,4% mimo luźniejszego kilometra między Alpe Rasghio i Alpe Campo.

Po przyjeździe do Villadossoli zatrzymaliśmy się na sporym parkingu wytyczonym wzdłuż via San Bartolomeo. Jazdę zaczęliśmy niemal punkt dziesiąta czyli o identycznej porze jak w sobotę. Po dwóch tygodniach współpracy przy realizacji dziennego programu osiągnęliśmy precyzję godną szwajcarskich zegarków. Na pierwszych metrach za rondem pokonaliśmy pagórek kończący się w pobliżu kościółka św. Bartłomieja. Potem przez czterysta metrów jechaliśmy niemal po płaskim terenie w bliskim sąsiedztwie potoku Ovesca, który wyrzeźbił rzeczoną Valle Antrona. Po 600 metrach podjazd odżył i pod koniec pierwszego kilometra zafundował nam pierwszy wiraż. Na drugim i trzecim kilometrze droga trzykrotnie zmieniła kierunek. Jednak co ważniejsze stromizna była tu naprawdę solidna, na poziomie 7-8%. Minęliśmy na tym odcinku miejscowość Noga (1,8 km), po czym dojechaliśmy do Boschetto (2,9 km). Na czwartym kilometrze nachylenie spadło do około 6%. Zakończyliśmy go wjazdem do Cresti na wysokości miejscowego merostwa. Na wylocie z owej osady zaczął się pierwszy zupełnie płaski odcinek. Liczył on półtora kilometra i zawiódł nas do Seppiany (5,9 km). Kolejne 1200 metrów z przejazdem przez Camblione miejscami miało umiarkowane nachylenie. Jednak po siedmiu kilometrach od ronda zaczął się najdłuższy z płaskich sektorów w dolinie Antrona. Pod koniec ósmego kilometra wpadliśmy do Viganelli. To specyficznie usytuowana wioska. Słynie z tego, że przez 83 dni w roku nie dochodzi do niej światło słoneczne! Jej mieszkańcy przez wieki w okresie od 11 listopada do 2 lutego żyli w półmroku. Dopiero w grudniu 2006 roku na pobliskim zboczu górskim zamontowano specjalne lustro o wymiarach 8 na 5 metrów by sprowadzić naturalne światło na ulice tej miejscowości. Pod koniec dziewiątego kilometra przejechaliśmy na prawy brzeg Oveski. W połowie jedenastego kilometra można już było poczuć pewne nachylenie, acz jeszcze długo było ono łagodne. Na początku dwunastego kilometra minęliśmy osadę San Pietro z wiekowym kościołem, rzecz jasna pod wezwaniem św. Piotra.

W połowie trzynastego kilometra skończyła się szybka jazda po płaskim. Nachylenie zaczęło wzrastać, acz stopniowo. Po 13,3 kilometra podjazdu dotarliśmy do Locaski. Dalej zaś na nieco trudniejszym odcinku minęliśmy okazały budynek elektrowni wodnej Rovesca G.B. Pirelli. Ciekawe, że inicjały przed nazwiskiem są tu takie same jak u założyciela słynnej firmy z branży opon pneumatycznych. Przypadek? W połowie piętnastego kilometra zaliczyliśmy dwa wiraże, po czym po 15,1 kilometra od ronda minęliśmy boczną dróżkę do wspomnianej Roveski. Do połowy szesnastego kilometra stromizna trzymała się na poziomie 7-9%. Łatwiej, acz bynajmniej nie płasko zrobiło się na ostatnich kilkuset metrach przed Antronapianą. Po 16 kilometrach „wspinaczki” musieliśmy zjechać z szosy SP67. W drodze byliśmy już od 52 minut, a najciekawsze miało się dopiero zacząć. Jak dotąd jechaliśmy ze średnią prędkością 18,3 km/h, ale z VAM ledwie 754 m/h. Nie mogło być inaczej, skoro do tego momentu średnie nachylenie wynosiło tylko 4,1%. Wpadliśmy do centrum wioski mijając wybudowany po tragedii z połowy XVII wieku kościół pod wezwaniem św. Wawrzyńca (San Lorenzo), a zaraz po nim siedzibę władz „komuny” Antrona Schieranco. W połowie siedemnastego kilometra wyjechaliśmy z wioski i zaczęliśmy się piąć po serpentynach krętym szlakiem na północ przez Val Loranco. Na pozostałych do celu siedmiu kilometrach przyszło nam zaliczyć aż 26 klasycznych wiraży. Droga SP141 była owszem wąska, ale wbrew przepowiedniom z książkowego przewodnika wydanego w 1998 roku całkiem przyzwoitej jakości. Na początek mieliśmy tu do przejechania 3,6 kilometra ze średnią 8,6% i 14 zakrętami na dojeździe do Alpe Rasghio (1210 m. n.p.m.). Potem przejechaliśmy na lewy brzeg potoku Loranco. Odcinek 1100 metrów przed Alpi di Campo (1264 m. n.p.m.) był znacznie łagodniejszy, bowiem ma średnio tylko 4,9%. Wkrótce jednak stromizna znów podskoczyła.

Droga zrazu wiodła szeroką łąką, potem przez las, zaś na koniec znów wpadła na górską halę. Finałowy sektor do Alpe Cheggio miał długość 2,4 kilometra i średnie nachylenie aż 9,7%. Półtora kilometra przed metą zaczęliśmy bardzo pokręcony odcinek z sześcioma zakrętami na zaledwie 500 metrach. Właśnie przedostatni kilometr ze średnią 10,2% był tym najtrudniejszym. Na ostatnim, nieco  łatwiejszym, minęliśmy Rifugio Citta di Novara (1474 m. n.p.m.). Potem jeszcze jedna ścianka i już prawie byliśmy na mecie. Po ostatnim ostrzejszym wirażu zjechaliśmy w kierunku Oratorio di San Bernardo. Natomiast za ową kaplicą skręciliśmy w prawo i jadąc wciąż po asfalcie wjechaliśmy na pełen aut parking. Stąd do zapory na Lago Alpe dei Cavalli brakowało nam już tylko 200 metrów. Ów ostatni odcinek był już de facto kamienistą gruntówką. Po niespełna półtorej godzinie od startu wpadliśmy w końcu na koronę zapory. Nasza nagrodą były piękne widoki na każdą stronę świata. Warto wspomnieć, iż po zachodniej stronie tamy zaczyna się pieszy szlak wiodący wzdłuż jeziorka ku Alpe del Gabbio. Z tej zaś polany ambitniejsi piechurzy mogą się wybrać na wycieczkę do Rifugio Andolla (2061 metrów n.p.m.). Mój telefon oczywiście „nie przetrwał” tak długiego podjazdu. Tym razem ogłosił „fajrant” na ulicach Antronapiany czyli po 16 kilometrach nagrywania. Niemniej dotarłem do mety w towarzystwie Adriana, więc mogłem polegać na jego danych. Jak nam poszło? Na najdłuższym segmencie 22,43 kilometra spędziliśmy 1h 24:52 (avs. 15,8 km/h z VAM 864 m/h). Natomiast na finałowym sektorze 6,64 kilometra uzyskaliśmy czas 32:33 (avs. 12,2 km/h i VAM 1004 m/h). Przed wyjazdem z Alpe Cheggio wpadliśmy jeszcze na kawę do schroniska CAI Novara. Zjazd skończyliśmy kwadrans po trzynastej. Po czym z Villadossoli pognaliśmy prosto do naszej bazy noclegowej. Drugi z niedzielnych podjazdów mieliśmy bowiem zacząć z ulic Omegni. Dlatego wyjątkowo między górami mogliśmy sobie pozwolić na sjestę w prawdziwie włoskim stylu.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/5909286265

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/5909286265

ALPE CHEGGIO by Adriano

https://www.strava.com/activities/5909282831

ZDJĘCIA

Alpe Cheggio_01

FILM

Napisany w 2021b_Valle d'Aosta & Piemonte | Możliwość komentowania Alpe Cheggio została wyłączona