banner daniela marszałka

Archiwum dla październik, 2024

Passo del Portello

Autor: admin o 6. października 2024

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Gattorna

Wysokość: 1036 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 883 metry

Długość: 14,9 kilometra

Średnie nachylenie: 5,9 %

Maksymalne nachylenie: 11 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

W niedzielę nie było już śladu po słonecznej pogodzie. Wstępnie chciałem tego dnia pokonać dwa podjazdy, w tym jako „wisienkę na skromnym torcie” wspinaczkę pod Passo della Bocchetta znaną z semi-klasyku Giro dell’Appennino. Ostatecznie zaliczyłem tylko to wzniesienie, u którego podstawy zamieszkałem trzy dni wcześniej. Jego po prostu nie mogłem odpuścić. Głupio byłoby darować sobie przełęcz Portello, skoro wjazd na wiodącą ku niej drogę SP21 miałem pod samym nosem. Widziałem ją bowiem z balkonu swego apartamentu. Musiałem tylko znaleźć okienko pogodowe na podjęcie tego wyzwania, aby ów około półtoragodzinny wypad z domu nie okazał się deszczową przygodą. Gwarancji dobrej pogody nie miałem. Ostatecznie zdecydowałem się nie czekać zbyt długo. Wyszedłem z domu jakiś kwadrans po jedenastej. W tym czasie jeszcze nie padało. Niemniej było niezbyt ciepło. U podnóża góry temperatura w okolicy 15 stopni. Przed sobą miałem podjazd mało znany, bo niebywały dotąd na trasach Giro d’Italia. Niemniej wzniesienia o takich wymiarach nie mogłem lekceważyć. Miałem tu do pokonania blisko 900 metrów przewyższenia czyli niemal sto metrów w pionie więcej niż na słynnej wspinaczce z Canazei na Passo Pordoi w sercu Dolomitów. Gdy ów apeniński podjazd trafi kiedyś w końcu do programu wielkiego Giro to z pewnością otrzyma od organizatorów pierwszą kategorię. W ogólnym zarysie stanowił zaś podobne wyzwanie jak sobotnie wspinaczki pod Passo del Bocco czy Valico di Barbagelata. Miał bardzo podobny do nich dystans i średnie nachylenie. Przy tym najtrudniejsza miała być trzecia tercja tej zabawy czyli ostatnie 5 kilometrów ze stromizną 7,9%.

Na wstępie dwa kilometry o umiarkowanym nachyleniu 6,5%. Przy tym pierwsze 600 metrów jeszcze na obrzeżach Gattorny. Na wyjeździe z tej miejscowości minąłem kościół parafialny pod wezwaniem św. Jakuba. Szybko wjechałem w teren okryty gęstym lasem. Po dwóch łatwiejszych kilometrach w połowie czwartego dojechałem do wsi Neirone. Powyżej niej droga choć nadal trzymała kierunek północny wiła się przez kilkaset metrów serpentynami. Na szóstym i siódmym kilometrze nachylenie wzrosło do około 7%. Ten nieco trudniejszy sektor zawiódł mnie do wioski Corsiglia. Potem przez nieco ponad dwa kilometry miałem luz. Mogłem zebrać siły na wymagający finał tego wzniesienia. Zanim mogłem się z nim zapoznać czekał mnie przejazd przez ostatnią już miejscowość osadę na tym górskim szlaku czyli Roccatagliata. Tu moją uwagę przykuły rozstawione wzdłuż drogi postacie z kartonu. Przedstawiające ludzi różnych klas społecznych w strojach powiedzmy z epoki średniowiecza. W połowie dziesiątego kilometra tą „strefę kibica” miałem już za sobą, zaś tuż przed sobą trzy ciężkie kilometry, na których stromizna nie schodziła poniżej 8%. Ostatnie dwa były już nieco łatwiejsze. Na początku czternastego kilometra droga przeszła przez pośrednią przełęcz Sella della Giassina (926 m. n.p.m.) i ominęła niewysoką Monte Carmo. Potem pobiegła już prosto na północny-zachód ku przełęczy zlokalizowanej w pobliżu wierzchołka Monte Corsica (1096 m. n.p.m.). Na pokonanie tej góry potrzebowałem 1h i 1 minutę. Na szczycie było tylko 10 stopni, zaś na zjeździe zaczęło padać. Zatem na zakończenie mało udanej wyprawy miałem kilka kilometrów jazdy w deszczu. Szczęście w nieszczęściu trafiła mi się bardziej mżawka niż ulewa.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/12588872567

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/12588872567

ZDJĘCIA

Portello_01

FILM

Napisany w 2024c_Appennini Nord & Centro vol. I | Możliwość komentowania Passo del Portello została wyłączona

Valico di Barbagelata

Autor: admin o 5. października 2024

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Castagnelo

Wysokość: 1120 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 927 metrów

Długość: 15,4 kilometra

Średnie nachylenie: 6 %

Maksymalne nachylenie: 11 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Po odwiedzeniu „starej znajomej” czyli Passo del Ghiffi wsiadłem do samochodu i zjechałem w stronę Carasco. Następnie odbiłem w prawo wjeżdżając na drogę SS255 do Gattorny. Przy tej krajówce położona jest wioska Monleone, w której zaczyna się biegnąca na północ szosa SP23. Tym samym to z tego miejsca można zacząć wspinaczkę na Valico di Barbagelata. Długą na blisko 20 kilometrów i oferującą przewyższenie ponad 1030 metrów. Tym niemniej podjazd ten zaczyna się bardzo nieśmiało. Pierwsza kwarta tej trasy zmusza do pokonania w pionie zaledwie 115 metrów. Zdecydowałem się pominąć ów łagodny wstęp z kilometrami na poziomie ledwie 2-3%. Wolałem zacząć moją przygodę z tą górą dopiero we wiosce Castagnelo na wysokości około 200 metrów n.p.m. Tym samym zostawiłem sobie do pokonania przeszło 15-kilometrowy odcinek o średnim nachyleniu 6%. Z pozoru podobny do segmentu łączącego Borgonovo Ligure z Passo del Bocco, acz w szczegółach o nieco innej charakterystyce. Na pierwszej z sobotnich gór nachylenie było regularne. Tu zaś mogłem się spodziewać zmiennej stromizny dzielącej ów podjazd na trzy-cztery wyraźne sektory, w tym jeden niewątpliwie wymagający. W skrócie miałem tu niejako na rozgrzewkę pierwsze cztery kilometry na średnim poziomie 4-5%. Potem trzykilometrowy odcinek z nachyleniem już od 6 do 7,5%. Po czym główne wyzwanie dnia czyli cztery kilometry na dojeździe do pośredniej przełęczy Passo della Scoglina (926 m. n.p.m.). To jest sektor o średniej stromiźnie 8,6% i maximum do 14%. Na koniec zaś łatwiejszy odcinek na drodze SP56 czyli trzy kilometry o umiarkowanym nachyleniu i ostatni już niemal płaski.

Valico di Barbagelata tylko raz pojawiła się na trasie Giro d’Italia. Przy czym nie był to podjazd południowy, z którym ja się zmierzyłem. Kolarze uczestniczący w wyścigu Dookoła Włoch z roku 2015 podjeżdżali od znacznie łatwiejszej północnej strony zaczynając swą 8-kilometrową wspinaczkę we wiosce Montebruno. Miało to miejsce na trzecim odcinku 98. Giro, który wiódł z Rapallo do Sestri Levante. Na premii górskiej pierwszy był wówczas Rosjanin Paweł Koszetkow, lecz sam etap należał do Michaela Matthewsa. Australijczyk na finiszu z okrojonego, bo około 70-osobowego, peletonu wyprzedził Włocha Fabio Felline i słynnego Belga Philippe’a Gilberta. Gdy dojechałem do Castagnelo zdecydowałem się pozostawić samochód na małym placu przed miejscowym kościółkiem wzniesionym na lewym brzegu potoku Malvaro. Miejscówka nieco w dole względem drogi SP23, więc pierwszą ściankę musiałem pokonać już na dojeździe do swego „startu ostrego”. Wczesnym popołudniem u podnóża „Zamarzniętej Brody” wbrew nazwie tego wzniesienia było całkiem ciepło. Na starcie miałem 25 stopni. Początek łagodny i cały czas po prawej stronie doliny. W połowie drugiego kilometra minąłem osadę Ortigaro, zaś kilometr dalej wioskę Favale di Malvaro. Następnie w połowie czwartego kilometra droga zaczęła się wić w kierunku zachodnim biorąc kurs na Castello. Pod koniec piątego kilometra czyli tuż przed tą miejscowością mój licznik po raz pierwszy zanotował tu nachylenie o dwucyfrowej wartości. Niemniej cały szósty kilometr miał średnio 7,7%. Siódmy był wyraźnie łatwiejszy, szczególnie w swej pierwszej części.

Za to kilometr ósmy był już początkiem ciężkiego segmentu, przed którym ostrzegały znane mi profile podjazdu rodem z „zanibike” czy „cyclingcols”. Góra stopniowo dokręcała mi śrubę. To znaczy najpierw musiałem sobie poradzić ze średnią stromizną 8,2%, następnie 8,6%, zaś na przedostatnim kilometrze przed Scogliną nawet 9,7%! Do samej przełęczy walczyłem z nielichym nachyleniem, gdyż droga cały czas trzymała na poziomie co najmniej 8%. Tuż przed zjazdem z szosy SP23 minąłem kapliczkę oraz punkt widokowy na pozostawioną za plecami dolinę Malvaro. W pobliżu tablicy drogowej dostrzegłem też pomnik poświęcony miejscowym partyzantom z czasów II Wojny Światowej. W końcu po przejechaniu 10,7 kilometra skręciłem w lewo wjeżdżając na drogę SP56. Do pokonania miałem jeszcze niespełna cztery kilometry, a dokładnie 3800 metrów. Bez dwóch zdań najtrudniejszym z nich był ten drugi. Prawdziwa wspinaczka skończyła się dla mnie w połowie czternastego kilometra. To jest na wysokości około 1110 metrów n.p.m. Powyżej Passo Larnaia zostało mi już tylko szybkie i przyjemne „falsopiano”. Z rozpędu przejechałem „valico” i wpadłem do wioski przejeżdżając w niej dalsze pół kilometra, aby na pewno zaliczyć najwyższy punkt w tej okolicy. Po nawrotce zatrzymałem się na chwilę w pobliżu miejscowego starego kościoła, na którym żółtą farbą wymalowano nazwę Barbagelata oraz nieco zaniżoną wysokość owej przełęczy. Na pokonanie całych 15 kilometrów potrzebowałem 1h i 4 minut, z czego 40 minut zabrało mi przejechanie 8,5-kilometrowego segmentu pomiędzy Favale di Malvaro i Passo della Scoglina.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/12580517946

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/12580517946

ZDJĘCIA

Barbagelata_01

FILM

Napisany w 2024c_Appennini Nord & Centro vol. I | Możliwość komentowania Valico di Barbagelata została wyłączona

Passo del Ghiffi SW

Autor: admin o 5. października 2024

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Borgonovo Ligure

Wysokość: 1090 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 992 metry

Długość: 18,8 kilometra

Średnie nachylenie: 5,3 %

Maksymalne nachylenie: 9 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

W końcu doczekałem się dobrej pogody. W sobotę mogłem wrócić do zgodnego z tradycją moich podróży programu z dwoma premiami górskimi. Trzy ciekawe podjazdy miałem blisko swej bazy w Gattornie. Jedną z nich praktycznie pod domem. Tą akurat zostawiłem sobie na ostatni czyli niedzielny etap. Dzień wcześniej czekała mnie niedługa wycieczka. Najpierw 25 kilometrów dojazdu do Borgonovo Ligure, zaś w drodze powrotnej drugi przystanek w dolinie o rześko brzmiącej nazwie Val Fontanabuona. Moim pierwszym celem była Passo del Bocco (956 m. n.p.m.). Przełęcz na pograniczu Ligurii oraz Emilli-Romagna czy też patrząc szczegółowiej prowincji Genua i Parma. Z Bocco była możliwość skoczyć nieco wyżej na pobliską Passo del Ghiffi (1068 m. n.p.m.), więc nie odmówiłem sobie tej przyjemności. Obie te przełęcze wykorzystywano już na trasach Giro d’Italia. Znacznie częściej tą pierwszą. Bocco po raz pierwszy pojawiła się na „La Corsa Rosa” w 1956 roku i wówczas premię górską na niej wygrał legendarny hiszpański góral Federico Bahamontes. Potem jeszcze sześć razy wystąpiła w tej samej roli, w tym trzykrotnie w XXI wieku. Ostatnim jej zdobywcą został w roku 2022 Holender Bauke Mollema, gdy podjeżdżano na nią ze znacznie łatwiejszej północnej strony na etapie z Parmy do Genui. Ten sam luźny podjazd zafundowano kolarzom na odcinku trzecim z 2011 roku, który łączył Reggio dell’Emilia z Rapallo. Etap ten zapisał się w historii Giro jako jeden z najtragiczniejszych, albowiem po kraksie na zjeździe z Bocco w kierunku Borgonovo Ligure zmarł Wouter Weylandt, belgijski sprinter z ekipy Leopard-Trek.

Z kolei w roku 1994 Passo del Bocco była nawet metą etapową. Osiemnasty odcinek owego Giro był górską czasówką na 35-kilometrowej trasie ze startem w nadmorskim Chiavari. Ów etap prawdy prowadził przez przełęcz Ghiffi podjeżdżaną od wioski Borzonasca i kończył się około 3-kilometrowym zjazdem na przełęcz Bocco. Zawierała ona zatem trudną 13-kilometrową wspinaczkę z trzema ostatnimi na średnim poziomie 10,7%. Tą ciężką próbę czasową wygrał rewelacyjny wówczas Jewgienij Bierzin z drużyny Gewiss-Ballan zasilanej poradami niesławnego doktora Michele Ferrari. Rosjanin o 20 sekund wyprzedził broniącego tytułów z roku 1992-93 Miguela Induraina oraz o 1:37 będącego odkryciem tego wyścigu Marco Pantaniego. Ten ciężki podjazd na drodze SP49 zaliczyłem już w roku 2011 podczas liguryjsko-toskańskich wakacji z Iwoną. Teraz zależało mi przede wszystkim na poznaniu popularniejszej wspinaczki poprowadzonej szosą SP26bis. Na Ghiffi pojawiłem się niejako przy okazji, skoro aura w końcu zachęcała do jazdy. Dzień był słoneczny, ale przesadą byłoby stwierdzić iż ciepły. Około wpół do jedenastej u podnóża pierwszego z sobotnich wzniesień mój licznik zanotował raptem 14 stopni. Wypakowałem się na parkingu przy lądowisku dla helikopterów czyli na prawym brzegu potoku Mogliana. Po czym zjechałem odrobinkę do rozdroża w centrum Borgonovo Ligure. Mimo sił nadwątlonych chorobą nie obawiałem się tej wspinaczki. Niespełna 15-kilometrów jeśli nie liczyć bonusu pod Ghiffi. Umiarkowane nachylenie czyli 6%, a przy tym bardzo regularnie rozłożone. Spodziewałem się zrobić tutejsze 850 metrów w pionie w czasie poniżej godziny.

Poszło nieco gorzej od oczekiwań. Ledwo wyrobiłem się w godzinkę. Pierwsza tercja wzniesienia z całkiem solidną stromizną i dłuższymi odcinkami w okolicy 7%. Po dwóch kilometrach minąłem osadę Isola di Borgonovo. W połowie czwartego kilometra pojawiły się pierwsze wiraże charakterystyczne dla prawdziwie górskich dróg. Na piątym kilometrze nachylenie nieco spadło. Teraz przez trzy kilometry trzymało się w pobliżu 5%. W połowie siódmego kilometra wjechałem do San Siro Foce, gdzie wkrótce minąłem miejscowy kościółek. Droga poleciała stąd na zachód ku osadzie Montemoggio, którą minąłem na początku dziesiątego kilometra. Za nią definitywnie zmieniła kierunek na wschodni. Gdzieniegdzie po prawej ręce otwierał mi się ładny widok na błękitne wody Morza Liguryjskiego za zielonymi wzgórzami pokrytymi gęstym lasem. Na dwunastym i trzynastym kilometrze jeszcze parę zakrętów, a potem już dłużący mi się dojazd do samej przełęczy. Jechało się przyjemnie, ale dość monotonnie. Powyżej Montemoggio nachylenie równe jak od linijki. Cały czas 6,5% za wyjątkiem ostatniego wyraźnie łatwiejszego kilometra. Gdy wjechałem na przełęcz zrazu świadomie przejechałem skręt w stronę Ghiffi. Rozejrzałem się po gwarnej tego dnia okolicy. Na północ czyli ku Emilii można zjechać doliną rzeki Taro, lecz można też pozostać w Ligurii po skorzystaniu z drogi SP27 wiodącej do miasteczka Varese Ligure. Ja zaś zawróciłem by wskoczyć na boczną SP49 i dotrzeć do Ghiffi. Na sam koniec przejechałem ową przełęcz usytuowaną na wysokości 1067 metrów n.p.m., albowiem najwyższy punkt tej drogi znajduje się kilkaset metrów dalej w zupełnie anonimowym miejscu.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/12579017465

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/12579017465

ZDJĘCIA

Ghiffi_01

FILM

Napisany w 2024c_Appennini Nord & Centro vol. I | Możliwość komentowania Passo del Ghiffi SW została wyłączona

Passo del Faiallo

Autor: admin o 4. października 2024

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Voltri

Wysokość: 1061 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1058 metrów

Długość: 22,7 kilometra

Średnie nachylenie: 4,7 %

Maksymalne nachylenie: 10 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Na wzniesienia Toskanii przeznaczyłem sobie dwa dni. W środę chciałem najpierw pokonać przeszło 22-kilometrowy podjazd z Val Fegana do Rifugio Forestale Casentini (1227 m. n.p.m.), zaś po nim zaliczyć niespełna 20-kilometrową wspinaczkę z Massy na Passo del Vestito (1049 m. n.p.m.). Z kolei na trasie czwartkowego transferu do Ligurii zaplanowałem dwa przystanki, aby zrobić 21-kilometrowy podjazd z Fivizzano do Cerreto Laghi (1347 m. n.p.m.) i niespełna 19-kilometrowy do dawnej bazy radarowej NATO na Monte Giogo (1518 m. n.p.m.). To miały być dwa mocne etapy z dystansami po 80 kilometrów i dziennymi przewyższeniami rzędu 2100-2200 metrów. Czy byłbym w stanie je w całości przerobić zaledwie parę dni po wyjściu z choroby? Tego się nie dowiedziałem z uwagi na załamanie pogody. Pochmurne dni z niemal ciągłymi opadami. Dawnymi czasy nawet przy najgorszej aurze starałem się pokonać choć jedno wzniesienie dziennie. Jednak im człowiek starszy, tym bardziej się oszczędza. Poza tym nie byłem jeszcze w pełni zdrów i tym bardziej nie uśmiechała mi się jazda w ulewnym deszczu. W środę wczesnym popołudniem podjąłem jednak próbę. Podjechałem do Val Fegana by zobaczyć warunki u podnóża większego z wybranych na ten dzień podjazdów. Miałem skromną nadzieję, że choć jedną premię górską uda się zaliczyć. Niestety niebiosa były tego dnia nieubłagane. Po bezowocnym oczekiwaniu na przejaśnienie zrezygnowany zawróciłem ku swej bazie noclegowej, po drodze odwiedzając jeszcze znajome uzdrowisko Bagni di Lucca.

W czwartek gdy autostradą A12 zmierzałem na północ niebo na parę chwil się rozpogodziło. Przez moment pomyślałem nawet, że może warto byłoby zjechać do Massy lub też odbić w głąb lądu i dotrzeć do Fivizzano by dać sobie szanse na zrobienia choć jednego toskańskiego podjazdu. Niemniej aura szybko wróciła do podłej w tych dniach normy i nie pozostało mi nic innego jak „grzecznie” dojechać do swej ostatniej bazy noclegowej w miasteczku Gattorna. Prognozy na końcówkę tygodnia nie były jednoznaczne, ale dawały chociaż nadzieję na udane zakończenie tej pechowej wyprawy. Realia okazały się nieco gorsze od oczekiwań, ale przynajmniej nie musiałem oddawać kolejnych dni walkowerem. Na piątek zaplanowałem sobie najpierw 22-kilometrowy podjazd z nadmorskiego Voltri na Passo del Faiallo (1061 m. n.p.m.). Po czym w drodze powrotnej zaledwie 8,5-kilometrowy, ale dość stromy wjazd z Campomorone na Passo del Bocchetta (772 m. n.p.m.) czyli kultowe wzniesienie w historii semi-klasyku Giro dell’Appennino. Ze względu na popołudniowe opady deszczu udało mi się zrealizować tylko pierwszą część piątkowego planu czyli wjechać na Faiallo. Przełęcz, którą tylko raz wykorzystano na trasie Giro d’Italia. W 1997 roku podjeżdżano „moim” szlakiem czyli od południowego-wschodu. Kolarze zmierzyli się z tym podjazdem na etapie dwunastym z La Spezia do Varazze. Pierwszy wjechał na nią Sergio Barbero. Ten sam, który dwa lata później ukończył na drugim miejscu pucharowy klasyk Meisterschaft von Zurich wygrany przez Grzegorza Gwiazdowskiego. Po Faiallo była jeszcze wspinaczka na Monte Beigua oraz techniczne zjazdy ku liguryjskiemu wybrzeżu i ostatecznie ten dzień należało do innego Włocha, a mianowicie Giuseppe di Grande.

Gattornę i Voltri dzieli jakieś 46 kilometrów. Niemniej końcówka tej trasy wiedzie przez obrzeża przeszło 500-tysięcznej Genui, szóstego co do wielkości miasta Italii. Gdy po około godzinie jazdy znalazłem się u styku dróg krajowych SS1 i SS56 zacząłem się rozglądać za miejscem, gdzie mógłbym bezpiecznie, legalnie i najlepiej darmowo pozostawić samochód. Pomyślałem, że znajdę taką miejscówkę przy trasie czekającej mnie wspinaczki, więc zacząłem podjeżdżać autem. Po kilku minutach przestałem się rozglądać po okolicy i uznałem, że podjadę aż na półmetek wzniesienia czyli w rejon tunelu na przełęczy Turchino (535 m. n.p.m.). Tym samym swoją znajomość z Passo del Faiallo zacząłem dopiero tuż przed południem od przeszło 11-kilometrowego zjazdu ku Morzu Liguryjskiemu. Tego, który „profi” co roku u progu wiosny pokonują na trasie klasycznego monumentu Milano – Sanremo. Tym samym pierwszą partię zdjęć zrobiłem tu zanim zacząłem się męczyć pod górę. U podnóża wzniesienia warunki były dość przyjemne. Temperatura 20 stopni i ledwie umiarkowane zachmurzenie. Pierwsze dwa kilometry podjazdu łatwe. Praktycznie falsopiano czyli raptem 2-3%. Kolejne cztery już na poważniejszym poziomie w okolicy 5%. Pierwsze kilometry cały czas w terenie zabudowanym prowadzące równolegle do autostrady A26 z przejazdem pod nią w połowie piątego kilometra. Na siódmym kilometrze średnie nachylenie wzrosło do 6,5%, po czym za wioską Fado znów spadło do 4-5%. Dało się jechać swoim rytmem nawet jeśli forma była daleka od wymarzonej.

W połowie siódmego kilometra minąłem wiraż rozpoczęty przejazdem pod linią kolejową, a kończący się w jednym z krótkich tuneli. Im wyżej jechałem, tym więcej chmur miałem na głową, zaś te przybierały coraz ciemniejsze barwy. Miałem przeczucie, że na sucho tej góry nie wjadę. Druga połowa wzniesienia zaczęła się od kolejnego kilometra na poziomie 6,5%. Na nim trzeba było zjechać z drogi SS56. Tuż przed tunelem Turchino należało odbić w prawo na biegnącą w kierunku zachodnim szosę SP73. Minąłem swój samochód „porzucony” na wysokości nieczynnej tego dnia Ristorante da Mario. Na początku czternastego kilometra minąłem boczną dróżkę wiodącą do Cappelletta di Masone, by nieco wyżej wyjechać poza granicę lasu. To jest na otwarty teren z górskim zboczem po prawej ręce. Niestety zaczęło padać. Przez kilka kilometrów nawet całkiem mocno, a w połączeniu z północnym wiatrem deszcz wręcz ciął po twarzy. Widoki były surowe i w tych warunkach bardziej przypominały obrazki z górskich rejonów Szkocji niż zwykle słoneczną Ligurię. Z wikipedii można się dowiedzieć, że w tych okolicach na wysokości zbliżonej do 1000 metrów n.p.m. mimo bliskości ciepłego Morza Śródziemnego zimą nierzadko zalega „pierzynka białego puchu”. Pod koniec szesnastego kilometra mogłem przez chwilę odsapnąć, tuż przed wjechaniem na 3-kilometrowy sektor o stałym nachyleniu 6-7%. Po jego ukończeniu miałem jeszcze 700-metrowy zjazd i odrobinę płaskiego terenu, zaś na sam koniec solidne 1600 metrów ze stromizną dochodzącą do 8%. Na przełęczy było cokolwiek rześko, tylko 7 stopni. Na dotarcie do niej potrzebowałem 1h i 18 minut przy jeździe ze średnią prędkością 17,3 km/h.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/12572000779

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/12572000779

ZDJĘCIA

Faiallo_01

FILM

Napisany w 2024c_Appennini Nord & Centro vol. I | Możliwość komentowania Passo del Faiallo została wyłączona

Pettino

Autor: admin o 1. października 2024

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Settecamini

Wysokość: 1129 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 898 metrów

Długość: 15,2 kilometra

Średnie nachylenie: 5,9 %

Maksymalne nachylenie: 12,5 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Drugiej wtorkowej górki nie musiałem daleko szukać. Po zjechaniu z Forca Capistrello w rejon wioski Sant’Anatolia di Narco wsiadłem do samochodu by pojechać w kierunku Campello sul Clitunno. Obie miejscowości dzieli raptem 15 kilometrów, więc po krótkiej podróży na północ z wykorzystaniem dróg krajowych SS685 i SS3 tuż po trzynastej byłem już na miejscu. Dodam, że bardzo dobrze mi znanym, bowiem samochód zaparkowałem w bezpośrednim sąsiedztwie Locanda Settecamini. To jest hoteliku, w którym dziesięć lat wcześniej zatrzymałem się na jedną noc podczas swego pierwszego apenińskiego Giro. Już wtedy miałem wyborną okazję by zapoznać się z podjazdem do górskiej osady Pettino, ale z niej nie skorzystałem. Naszym głównym celem na odcinku prowadzącym przez Umbrię była wówczas Monte Subasio, zatem po owym noclegu ani spojrzeliśmy na wschód, lecz wsiedliśmy do auta by czym prędzej dotrzeć na przedpole słynnego Asyżu. Jak widać „co się odwlecze to nie uciecze”. Za drugim razem nie wypadało już pominąć tego wzniesienia. Jednego z większych w swym regionie. Pettino nie zostało nigdy wykorzystane na trasach Giro d’Italia, więc nie jest to znany podjazd. Niemniej jego rozmiary muszą budzić szacunek. Ta wspinaczka ma blisko 900 metrów przewyższenia czyli nieco więcej niż bliska sercom polskich kibiców Pla d’Adet we francuskich Pirenejach. Niemal całą amplitudę trzeba tu pokonać na pierwszych 13 kilometrach. Do tego wyraźnie trudniejsza jest druga „połowa” wzniesienia, albowiem 7-kilometrowy segment powyżej wioski Lenano ma średnie nachylenie 7,7%.

Mimo, że był już początek października na starcie owej wspinaczki było gorąco. Na pierwszych kilometrach podjazdu mój licznik zarejestrował temperaturę 31 stopni. Niestety jak miało się okazać były to już ostatnie podrygi włoskiego lata. Kolejne dni zapowiadały się znacznie gorzej, zaś realia okazały się jeszcze gorsze od marnych zapowiedzi. Tymczasem mogłem się jeszcze nacieszyć słońcem. Aby dotrzeć do swego celu musiałem się trzymać drogi SP458 jadąc początkowo na wschód, a potem już zasadniczo na północ. Po pierwszym umiarkowanie wymagającym kilometrze dojechałem do centrum gminy Campello sul Clitunno czyli „dzielnicy” zwanej La Bianca. Tu przy placu Garribaldiego minąłem miejscowy kościółek. Widać upływ czasu zasypuje podziały ideowe. Wszak ów bohater walki o zjednoczenie Italii bynajmniej nie był przyjacielem Kościoła Rzymskiego. Powyżej wioski czekał mnie długi przejazd pomiędzy polami obsadzonymi drzewkami oliwnymi, albowiem ten rejon słynie z produkcji oliwek. Stromizna do połowy czwartego kilometra utrzymywała się na solidnym poziomie 6-7%. Następnie droga skręciła w kierunku północnym i na cały kilometr zrobiło się luźniej, acz przed samym wjazdem do Lenano znów musiałem mocniej depnąć. W połowie szóstego kilometra przykuła moją uwagę widoczna w dole po lewej ręce warownia czyli otoczona świetnie zachowanymi murami osada Campello Alto, której historia sięga pierwszej połowy XIV wieku.

Luźniejszy segment wzniesienia skończył się pod koniec szóstego kilometra gdy szosa chwilowo skręciła na południe. Normą na kolejnych trzech kilometrach stało się nachylenie na poziomie około 7%. W połowie tego sektora minąłem Fontanelle czyli ostatnią osadę na tym szlaku. Kolejne domy miałem zobaczyć dopiero na szczycie czyli po kolejnych ośmiu kilometrach jazdy. Na przełomie dziewiątego i dziesiątego kilometra zaliczyłem trzy ciasne wiraże, zaś po nich zapoznałem się ze zdecydowanie najtrudniejszym sektorem tej wspinaczki. Mocne 900 metrów przy stałym nachyleniu około 11%. Przy tym trzeba było się zmagać nie tylko z ową stromizną, lecz również z kiepską nawierzchnią. Szosa była chropowata i miejscami mocno przetarta czyli z ubytkami we wierzchniej warstwie asfaltu. Większe trudności skończyły się dla mnie pod koniec dwunastego kilometra. Na trzynastym nachylenie było już umiarkowane. Natomiast ostatnie dwa okazały się już niemal płaskie. Zacząłem się rozglądać za osadą wieńczącą ten podjazd. Jednocześnie z niepokojem spoglądałem w niebo, na którym zbierało się co raz więcej chmur w kolorze stalowo-szarym. Wkrótce dojrzałem swą metę, lecz z rozpędu ominąłem wjazd do niej. Po krótkim namyśle zawróciłem z głównej drogi by zrobić stumetrowy finał w bocznej uliczce. Na miejscu nie spotkałem „żywej duszy”, jeśli nie liczyć dwóch bezpańskich piesków. Już po kilku minutach zacząłem zjazd obawiając się rychłego nadejścia deszczu. Ten dopadł mnie dopiero późniejszym popołudniem, już na szosach Toskanii. To znaczy w trakcie 270-kilometrowego transferu do kolejnej bazy noclegowej nieopodal Capannori w prowincji Lukka.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/12548018551

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/12548018551

ZDJĘCIA

Pettino_01

FILM

Napisany w 2024c_Appennini Nord & Centro vol. I | Możliwość komentowania Pettino została wyłączona

Forca Capistrello

Autor: admin o 1. października 2024

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Palombara

Wysokość: 1217 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 928 metrów

Długość: 16,4 kilometra

Średnie nachylenie: 5,7 %

Maksymalne nachylenie: 12 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Pierwszy dzień mojej solówki po Apeninach zakończyłem na obrzeżach Spoleto. Historia tego umbryjskiego miasteczka sięga VI wieku przed n.e. Ma ono niespełna 36 tysięcy mieszkańców czyli z grubsza tyle co mój rodzinny Sopot. Przenocowałem w mieszkaniu o wiele za dużym jak na potrzeby jednego człowieka. Gospodarz, który przekazał mi do niego klucze (Nunzio) okazał się być miłośnikiem kolarstwa i zapalonym cyklo-amatorem, więc chwilę porozmawialiśmy o tym co już za mną, a co jeszcze przede mną w tej podróży. Spoleto, w którym zatrzymałem się na jedną noc jak dotąd trzykrotnie organizowało etapowe finisze na trasach Giro d’Italia. Co ciekawe za każdym razem wygrywał tu kolarz o zupełniej innej specjalności. Za pierwszym razem włoski góral Mario Beccia w 1977 roku. Przy drugiej okazji w sezonie 2004 australijski sprinter Robbie McEwen, zaś w 2007 „harcownik” rodem Kolumbii Luis Felipe Laverde. Pierwszy z owych etapów zakończył się na wyrastającym po wschodniej stronie miasta wzgórzu Monteluco na wysokości m/w 800 metrów n.p.m. Do tej mety wiedzie około 7-kilometrowy podjazd z przewyższeniem nieco ponad 400 metrów. Wzniesienie to uznałem za zbyt małe by przyjrzeć mu się z bliska. Na wtorek upatrzyłem sobie dwie znacznie poważniejsze „górki” położone kilkanaście kilometrów na wschód od mojej bazy noclegowej. Pierwszą z nich miała być przeszło 16-kilometrowa Forca Capistrello zaczynająca się przy drodze krajowej SS685 nieco poniżej wioski Sant’Anatolia di Narco.

Ta przełęcz dwukrotnie wystąpiła w roli górskiej premii na trasach wielkiego Giro. Można powiedzieć, że uczestnicy „La Corsa Rosa” przetestowali obie strony tego wzniesienia. Łatwiejszą wschodnią wspinając się z Monteleone di Spoleto w 2007 roku na odcinku z Tivoli do Spoleto. Premię tą wygrał wspomniany już Laverde jadący wówczas po swój drugi etapowy triumf w GdI. Z kolei na kilka miesięcy przed moją wizytą „profi” zmierzyli się z trudniejszym zachodnim wariantem owej góry w pierwszej fazie etapu, który zaczął się w Spoleto, a zakończył w stacji narciarskiej Prati di Tivo. Ten podjazd najszybciej pokonał Niemiec Simon Geschke. Ów stosunkowo długi podjazd w całości prowadzi po drodze SP471. Dzieli się na cztery wyraziście zarysowane kawałki. Pierwsza 3,5-kilometrowa kwarta kończąca się całym kilometrem na średnim poziomie 9,1% to mocny wstęp do wspinaczki. Po nim mamy 3-kilometrowy sektor z łagodnym nachyleniem, zaś na dojeździe do Caso nawet odcinek „falsopiano”. Tuż za tą osadą zaczyna się drugi mocny „schodek” czyli 5,5 kilometra ze średnią 7,4% i końcówką znów na poziomie ponad 9%. Na dobrą sprawę ciężka przeprawa kończy się na wysokości około 1150 metrów n.p.m. w pobliżu wioski Gavelli. Niemniej w nogach mamy wtedy dopiero 13 kilometrów. Pozostaje zatem do przejechania jeszcze 3500 metrów. Jednak większa część tego dystansu to szybki, niemal płaski teren. Jedynie na ostatnim kilometrze przed premią górską znów trzeba się nieco wysilić.

Pierwszy dzień października zaczął się słonecznie, więc na tej górze miałem optymalne warunki do jazdy. Podjazd zacząłem w Palombarze nad rzeką Nera czyli miejscowości będącej dolnym fragmentem gminy Sant’Anatolia di Narco. Do jej centralnej części dojechałem po niespełna kilometrze. Za wioską droga pomknęła na południe, przy czym na trzecim kilometrze zafundowała mi cztery wiraże. Do połowy piątego kilometra trzeba było walczyć z solidnym nachyleniem, po czym zgodnie z planem góra dała mi na kilka minut odetchnąć. W trakcie przejazdu przez Caso dostrzegłem jeszcze ślady po majowym wyścigu Dookoła Włoch. Nieco wyżej swą obecność zaakcentowali kibice Giulio Pellizzariego, zaś tuż przed szczytem fani Christiana Scaroniego. Widoczki na podjeździe miałem wyborne. Tak ku okolicznym górskim szczytom sięgającym niemal 1700 metrów n.p.m. Jak i w przeciwnym kierunku, gdy mój wzrok sięgał pozostawionej za plecami dolinie rzeki Nera. Do Gavelli dojechałem w 59 minut. Jedna z przydrożnych tabliczek świadczyła o tym, iż na podjeździe do tej wioski jest organizowana dla amatorów kolarstwa impreza z kategorii „cronoscalata”. Zatrzymałem się w tym miejscu na dłuższą chwilę podczas zjazdu. Na podjeździe od razu pojechałem dalej ku najwyższemu punktowi owej drogi. Najpierw dwa kilometry płaskiego, po czym na sam koniec 1300 metrów podjazdu. Finał na wypłaszczeniu. Minąłem linię górskiej premii i dla pewności dojechałem jeszcze do najbliższego zakrętu. Dopiero w tym miejscu uznałem, że wyżej w tej okolicy już nie wjadę, więc pora zawracać.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/12546787752

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/12546787752

ZDJĘCIA

Forca-Capistrello_01

FILM

Napisany w 2024c_Appennini Nord & Centro vol. I | Możliwość komentowania Forca Capistrello została wyłączona