banner daniela marszałka

Giogo della Bala

Autor: admin o niedziela 2. Sierpień 2015

PODJAZD > https://www.strava.com/activities/362072781

Na ostatni dzień zostawiłem sobie najwyższe z sześciu uprzednio wybranych wzniesień. Jedyny „dwutysięcznik” znajdujący się w rozsądnej odległości od Lago di Garda. Wybierając profile z „archivio salite” wpisałem ów podjazd na swą listę życzeń jako Dosso dei Galli (2103 m. n.p.m.). Dopiero na miejscu okazało się, że po szosie można tam wjechać nieco wyżej i dotrzeć niemal do Giogo della Bala (2129 m. n.p.m.). Tak czy owak w całej prowincji Brescia jest tylko jedna wyższa droga asfaltowa. To znaczy ta biegnąca ku słynnej Passo di Gavia. Za przywilej zaliczenia tak wysokiej góry musiałem jednak więcej zapłacić. Walutą owej płatności był czas potrzebny na pokonanie przeszło 80-kilometrowej trasy do miasteczka Collio u podnóża tego podjazdu. Miało mi to zająć około półtorej godziny. Tym razem po minięciu Desenzano del Garda musiałem jechać na zachód, na szczęście po dość szybkich krajówkach: SS11dir i SS45bis. Następnie około półmetka wskoczyć na zachodnią obwodnicę Brescii i skierować się na północ. Po objechaniu miasta wjechałem na drogę SP345 i ruszyłem w górę Val Trompia. Jadąc tą dolinę przejechałem przez Sarezzo, Gardone (gdzie minąłem siedzibę producenta broni Beretta), Tavernole sul Mela i Bovegno. Po jednodniowym załamaniu pogoda wróciła do swej słonecznej normy. Nie zdziwiło mnie więc, że co chwila mijałem zmierzających ku górom amatorów kolarstwa. Ludzi w różnym wieku i obojga płci. Na solo, w parach i grupkami. Ze wszystkich napotkanych tu osób spokojnie mógłbym złożyć pół peletonu. Po dojechaniu na miejsce zaparkowałem na Via Gaetano Castiglione, nie dojeżdżając do centrum Collio. Wspinaczkę postanowiłem zacząć nieco niżej, bo przy mostku na rzeką Mela.

Czekał mnie podjazd, który swego czasu uchodził za kluczowy na trasie wyścigu Brixia Tour. W latach 2006-2011 wieńczył on królewskie odcinki tej lipcowej etapówki. W 2006 roku pierwszym zdobywcą tej góry został Kolumbijczyk Felix Cardenas. Po nim wygrywali tu Ukrainiec Rusłan Pidgorny oraz Włosi: Santo Anza, Giampaolo Caruso i Domenico Pozzovivo. Ten ostatni dwukrotnie, rok po roku. Na etapie z sezonu 2009 bliski zwycięstwa był nasz Przemysław Niemiec, który finiszował drugi sześć sekund za zwycięzcą. Dodać można, że „profi” kończyli swą rywalizację na wysokości około 1800-1900 metrów n.p.m. Ja zaś mogłem sobie obejrzeć to wzniesienie w jego pełnym wymiarze. Według profilu podjazd na Dosso dei Galli miał mieć długość 20,2 kilometra przy średnim nachyleniu 6,3 % i przewyższeniu 1269 metrów. Tym razem ruszyłem około wpół do dziesiątej. Na starcie było już 25 stopni Celsjusza Po przejechaniu 500 metrów byłem już w centrum Collio przy kościele Santi Nazario e Colso. Pierwsze trzy kilometry prowadzące wzdłuż Meli były łatwe, więc posłużyły za teren do rozgrzewki. Na tym odcinku minąłem dwie drobne osady: Busanę (1,8 km) i Dalaidi (2,4 km). Podjazd dość drastycznie zmienił swój charakter, gdy tylko dojechałem do wioski San Colombano (3,2 km). Dodatkowo utrudniłem sobie zadanie kierując się wskazówkami pewnego staruszka. Otóż zjechałem z via Maniva i pojechałem przez tą miejscowość na skróty po bardzo stromej Via Dosso Alto. Do początków szóstego kilometra droga wiodła w kierunku północnym ku osadzie Cornel (5,1 km). Tu skręciłem na wschód by na kolejnych trzech kilometrach minąć osady: Stable di Mezzo (6,7 km), Roccarolo (7,8 km) i Cornei (8,1 km). Podjazd cały czas trzymał za solidnym poziomie, za wyjątkiem krótkiego zjazdu w okolicy ósmego kilometra. Następnie na niespełna trzykilometrowym odcinku między Pian della Pietra di Fondo (9,1 km) a skrętem w prawo ku Passo Maniva (12 km) trzeba było zaliczyć aż dziewięć wiraży. Ostatnia prosta do stacji wybudowanej na tej przełęczy (1664 metrów n.p.m.) wyglądała na bardzo stromą. Niemniej mój cel leżał znacznie wyżej, więc pojechałem prosto, by po minięciu Pian dell’Avesso (12,3 km) i Pian della Pietra Alto (13 km) dotrzeć do wirażu przy Rifugio Bonardi (13,4 km).

Następnie po 14 kilometrach minąłem szutrową dróżkę odchodzącą w prawo na szczyt Monte Maniva. W połowie szesnastego kilometra mogłem odpocząć na krótkim zjeździe, lecz już po chwili musiałem się nieźle namęczyć na stromym i wietrznym odcinku ze stromizną dochodzącą do 15 %. Podjazd trzymał, choć już nieco słabiej, jeszcze przez kolejne dwa kilometry. Łatwiej zrobiło się dopiero po dotarciu na Passo Dasdana (18,2 km – 2086 m. n.p.m.). Kolejny odcinek prowadził delikatnie w dół ku Goletto di Ravenola (18,9 km – 2071 m. n.p.m.), a potem krócej acz bardziej stromo pod Dosso dei Galli. Na szczycie tej góry w latach 1969-1995 znajdowała się baza NATO, po której do dnia dzisiejszego pozostały wielkie radary. Dalej szosa odbiła w lewo by po kolejnym, niezbyt trudnym kilometrze dotrzeć na Sella di Auccia (20,6 km – 2103 m. n.p.m.). Gdyby znajdująca się w tym miejscu brama była otwarta mógłbym dotrzeć na szczyt Dosso dei Galli (2197 m. n.p.m.) niejako od zaplecza. Tak jednak nie było, więc pozostałem na drodze SPBS345 i po przejechaniu jeszcze 700 metrów zatrzymałem się na skraju asfaltu. Według danych z Garmina mój podjazd liczył sobie 21,3 kilometra o przewyższeniu netto 1279 metrów (w wersji brutto nawet 1333 metry). Pokonałem go w czasie 1h 28:31 przy średniej prędkości 14,4 km/h. Nie zaryzykowałem dalszej jazdy po gruntowej drodze ku Passo Crocedomini, uczęszczanej przez samochody i motocykle. Tym samym w zasadzie nie dotarłem do Giogo della Bala. Biorąc pod uwagę, iż koniec mojego szlaku znajdował się 24 metry powyżej Sella di Auccia (na profilu nazwanej Dosso dei Galli) zatrzymałem się na wysokości 2127 metrów n.p.m. Ponieważ przy przejeździe przez San Colombano zjechałem na chwilę z głównej drogi to na stravie nie znalazłem swego wyniku z całego wzniesienia. Dolny odcinek czyli 8,4 km przy średniej 8 % od San Colombano do bivio Maniva przejechałem w czasie 40:57 (15 wynik na 124 osoby). Natomiast górny czyli 8,3 km przy średniej 5 % od bivio Maniva do Sella di Auccia „zrobiłem” w 35:16 (20 wynik na 221 osób). Całkiem nieźle jak na rekonwalescenta. Przed zaplanowaną na drugą połowę sierpnia wyprawą do włoskiego Tyrolu mogłem być ostrożnym optymistą.