banner daniela marszałka

Tonale & Pejo

Autor: admin o wtorek 1. czerwca 2010

We wtorkowe popołudnie 1 czerwca dane mi było odwiedzić dwa górskie ośrodki, które ledwie przed paroma dniami miały sposobność gościć uczestników Giro d’Italia  i to w zaszczytnej roli finiszów etapowych. Pierwszym z nich była położona na granicy Trentino i Lombardii przełęcz Tonale, na której zakończył się etap dwudziesty wygrany przez Szwajcara Johan Tschoppa. Natomiast drugim  słynący z wód leczniczych kurort Peio Terme, gdzie na siedemnastym odcinku Giro triumfował Francuz Damien Monier. Tym niemniej obie te góry postanowiłem pokonać w inny sposób niż uczynili to „profi’ podczas tegorocznej edycji włoskiego touru. Po pierwsze uznałem, iż większym wyzwaniem dla mnie, a przez to cenniejszym „skalpem” będzie zdobycie Tonale od strony wschodniej czyli w wersji ponad 15-kilometrowej. Po drugie jako turysta-solista nie byłem poddany żadnym ograniczeniom natury logistycznej, więc finał drugiej tego dnia wspinaczki mogłem sobie wyznaczyć w dowolnym miejscu – chociażby we wiosce Peio położonej trzy kilometry dalej i przede wszystkim dwieście metrów wyżej niż meta, do której dotarli zawodowcy.

Dzień zacząłem od długiej walki z „podstępnym” licznikiem. Raz jeszcze musiałem pobawić się w wymianę baterii i sprawdzenie wszystkich opcji, aby odkryć co stanowi problem. Poza wymienioną dzień wcześniej baterią licznika mogła też nie domagać bateria odbiornika czyli podstawy pod licznik lub bateria nadajnika na przednim widelcu roweru. Metodą prób i błędów udało mi się w końcu zwalczyć złośliwość rzeczy martwych i około jedenastej mogliśmy ruszyć w drogę. Idealnym miejscem do zorganizowania wypadu zarówno na Tonale jak i Peio było pogranicze położonych na zachodnim skraju Val di Sole miasteczek Cusiano i Fucine. Czekał nas zatem 57-kilometrowy dojazd samochodem, który w teorii nie powinien był zająć więcej jak godzinę. Niemniej okazało się, iż problem stanowiła przepustowość krajówki SS-43 na odcinku wiodącym przez Val di Non. Gdy na wąskiej, krętej drodze na dłuższy czas przyblokował nas TIR na holenderskich numerach rejestracyjnych przypomniały mi się podobne kłopoty komunikacyjne sprzed dwóch lat, kiedy to wraz z Piotrkiem Mrówczyńskim przenosiliśmy się z Panchii w Trentino do Capo di Ponte w Lombardii. Przy tej okazji właśnie po raz pierwszy wjechałem wówczas na Passo del Tonale, lecz za sprawą koni mechanicznych swego samochodu.

 

Teraz nadszedł czas by zrobić to porządnie czyli mocą sił własnych. Jadąc już po drodze SS-42 minęliśmy miasteczko Male w Dolinie Słońca, gdzie w 2008 roku zorganizowano Mistrzostwa Świata w kolarstwie górskim. Nieco dalej zaś Dimaro, gdzie zaczyna się północny podjazd pod naszą „wczorajszą” przełęcz Campo Carlo Magno. Potem jeszcze tylko Mezzana oraz Pellizzano i znaleźliśmy się już u wrót Fucine. Tu zatrzymaliśmy się na przed salonem dilerskim Volkswagena, Skody i Seata. Właśnie zaczynała się pora sjesty, więc nie było obaw, iż przeszkodzimy komuś w pracy. Na rowery wsiedliśmy dopiero kilka minut przed trzynastą przy temperaturze 32 stopni. Czekał nas podjazd stosunkowo długi i wysoki, lecz o umiarkowanym stopniu trudności. Przede wszystkim regularny i bez stromych uniesień. Poza tym góra ze sporym bagażem doświadczeń na trasach Giro d’Italia. Po raz pierwszy tytani szos przemknęli tędy w 1939 roku na odcinku z Trento do Sondrio. Premię górską jako pierwszy zdobył wielki Gino Bartali, lecz na mecie miał zapewne nie tęgą minę. Etap ten wygrał bowiem i to z przewagą 5:32 Giovanni Valetti, który odebrał prowadzenie w wyścigu liderowi drużyny Legnano. Co ciekawe już na trzynaście lat przed tegoroczną edycją „La Corsa Rosa” na przełęczy Tonale zlokalizowano finisz jednego z etapów. Jechano wówczas od naszej czyli wschodniej strony, albowiem peleton wyruszył z Brunico. Liderzy Giro z 1997 roku (Ivan Gotti, Paweł Tonkow i spółka) odpuścili wtedy na ponad 10 minut liczną grupę harcowników, z których zdecydowanie najmocniejszy okazał się Kolumbijczyk „Chepe” Gonzalez.

Zaraz po starcie musieliśmy przebrnąć przez roboty drogowe na głównej ulicy Fucine. Zresztą na całej długości podjazdu nie brakowało odcinków o kiepskiej nawierzchni. Pierwsze kilometry wzniesienia w dużej mierze wiodły po długich prostych. Pierwszy trudniejszy fragment zastał nas na ulicach Vermiglio. Jednak za ową wioską można było chwilkę wypocząć na około 300-metrowym odcinku falsopiano. Pierwsze 4500 metrów miało średnie nachylenie 6,2 %. Kolejne tercje od strony technicznej wyglądały podobnie. Najtrudniejszy okazał się być kręty odcinek na początku dziesiątego kilometra wspinaczki, gdzie droga omijała ruiny fortu Strino. Druga część (od km 4,5 do 9,3) miała średnią stromiznę 6,5 %, lecz maksymalna stromizna nawet we wspomnianym „strategicznym” punkcie nie przekroczyła poziomu 9 %. Co rusz trzeba było przejeżdżać przez mostki nad kolejnymi górskimi potokami. Po drodze minąłem trzy galerię, z czego dwie na dwunastym kilometrze podjazdu. W jednej z nich zdarto asfalt i trzeba się było trudzić po bardziej chropowatej, bo betonowej nawierzchni. W górnej fazie wspinaczki po lewej ręce miałem ładny widok na zaśnieżony szczyt Presanella (3556 m. np.m.). Podjazd na dobrą sprawę skończył się po pokonaniu niespełna trzynastu kilometrach. Trzecia tercja wzniesienia (od km 9,3 do 12,9) miała średnie nachylenie 6,4 %. W końcu po minięciu paru wyniszczonych upływem czasu budynków wyjechałem na łatwiejszy teren z panoramicznym widokiem na zabudowania ośrodka narciarskiego, w tym na brzydkie wieżowce nie pasujące do górskiej okolicy.

 

Licząca sobie 2200 metrów końcówka podjazdu nie była co prawda zupełnie płaska, ale przy średnim nachyleniu 3,3 % pozwoliła mi na jazdę w tempie od 20 do 27 km/h. Jednym słowem finisz nader szybki jak na moje możliwości w alpejskich warunkach. Na miejsce zakończenia swej górskiej czasówki obrałem punkt na wysokości mauzoleum włoskich żołnierzy poległych w trakcie I Wojny Światowej. Podjazd do tego miejsca miał 15,13 kilometra długości co przy 918 metrach przewyższenia przełożyło się na 6,06 % średniego nachylenia. Wspinaczka zajęła mi 53 minuty i 54 sekundy. Jechałem ze średnią prędkością 16,842 km/h i przy wskaźniku VAM 1022 m/h. Na przełęczy widać jeszcze było ślady po sobotniej wizycie Giro. Najbardziej rzucał się w oczy nowiusieńki asfalt położony po lombardzkiej stronie przełęczy. Spokój tego miejsca zakłócała hałaśliwa włoska młodzież kopiąca piłkę nożną na głównej ulicy ośrodka. Ponieważ na górze było „tylko” 21 stopni w oczekiwaniu na Darka musiałem się cieplej przyodziać. Dario podobnie jak na Campo Carlo Magno podjeżdżał spokojnie i z pięcioma przystankami po drodze, więc na górę dotarł w czasie ponad 80 minut. Nadal czuł się zmęczony po niedzielnym wyścigu i zastanawiał się nad rezygnacją z drugiego podjazdu. Po kilku minutach odpoczynku i powolnej przejażdżce po ulicach stacji rozpoczęliśmy odwrót ku dolinie. Jednak zanim jeszcze na dobre zaczęliśmy zjeżdżać, po przebyciu niespełna kilometra stanęliśmy na foto-sesję pod dużą tablicą z nazwą przełęczy.

 

Do Fucine zjechałem jako pierwszy pomimo standardowej liczby przystanków. Darek zjeżdżał jeszcze spokojniej nie mając raczej w planach drugiej wspinaczki. Po drodze zatrzymał się też na dłuższą chwilę w Vermiglio. Ja tymczasem po dotarciu do samochodu zdjąłem ubrane na sam zjazd kurtkę i nogawki, po czym zostawiłem je w aucie. Uznałem, że przy temperaturze 27 stopni w dolinie tego typu odzież nie będzie mi przydatna na kolejnym zjeździe, nawet jeśli na górze w Pejo będzie o kilka stopni chłodniej. Nie tracąc zbędnego czasu ruszyłem ku drugiemu wzniesieniu. Po przebyciu niespełna 200 metrów na mostku nad potokiem Noce skręciłem w lewo ku Val di Pejo co oznacza, iż podjazd ten zacząłem z poziomu 965 metrów n.p.m. tj. niespełna kilometr później niż sugeruje to załączony do tego tekstu profil. Pierwsze 800 metrów o nachyleniu ledwie 2 % byłyby bardzo łatwe gdyby nie mocny przeciwny wiatr. Wkrótce i teren o sobie przypomniał. Przez kolejne 2500 metrów podjazd był już całkiem solidny tzn. o średniej stromiźnie 5,3 %, lecz przy umiarkowanym maksimum 7 %. Niemniej jeszcze przed Celledizzo nachylenie drogi znów się uspokoiło i aż do wyjazdu z Cogolo mogłem liczyć na szybką jazdę po odcinku „falsopiano”. Średnie nachylenie drogi na tym fragmencie wzniesienia (od km 3,3 do 6,2) wyniosło zaledwie 1,5 %. Nie tylko można więc było jechać szybciej na twardszym obrocie, ale też rzucić okiem na ładną okolicę i architektoniczne uroki obu mijanych osad.

Podjazd na dobre zaczął się na mostku za Cogolo od zakrętu w lewo o 180 stopni i wjazdu w las. To tutaj dopiero ta kolarska góra nabiera alpejskiego charakteru. Przez trzy kilometry do centrum Pejo Terme droga pnie się do góry przy średnim nachyleniu 6,7 % i maksimum 10 %, choć jeden ze znaków drogowych cokolwiek przesadnie sugerował nawet pułap 13 %. Nie zabrakło tu paru klasycznych serpentyn. Przede wszystkim jednak jazdę po niełatwym terenie ułatwił mi nienagannej jakości asfalt, równie świeży co ten z zachodniej strony Tonale. Ot magia wielkiego Giro d’Italia, na której skorzystać tez może skromny kolarz-amator z dalekiego kraju. Z murków na wirażach nie zdjęto jeszcze niektórych banerów reklamowych, zaś na drodze dobrze widoczne były napisy zrobione przez kibiców. W ten sposób na siedemnastym etapie „tifosi” zagrzewali do walki m.in. Ivana Basso i Cadela Evansa, lecz najwięcej tego rodzaju przejawów popularności zebrał kończący swą karierę „Gibo” Simoni. Jak wiemy żaden z nich nie należał do pierwszoplanowych postaci na tym etapie Giro. Rządzili liczni harcownicy, zaś etap wygrał wspomniany już prze mnie Monier z Cofidisu, który o trzydzieści-kilka sekund wyprzedził Niemca Danilo Hondo i Holendra Stevena Kruiswijka.

 

Podobnie było wiele lat wcześniej gdy w 1986 roku Giro po raz pierwszy zawitało w te strony, zaś etap zakończył się zwycięstwem wszechstronnego Holendra Johana Van der Velde, który w samej końcówce zdystansował Włochów: Ennio Salvadora i Emanuele Bombiniego. Czterej wielcy liderzy tamtej edycji czyli Włosi: Roberto Visentini, Giuseppe Saronni, Francesco Moser i Amerykanin Greg Lemond przyjechali na mete ze strata przeszło półtorej minuty. Natomiast gdy po ponad dwóch dekadach wzniesienie to przetestowano na Giro del Trentino w 2008 i 2009  roku, to w kurorcie tym wygrywali najlepsi „sprinterzy” pośród włoskich górali czyli Stefano Garzelli i Danilo Di Luca. Wniosek z tych wydarzeń taki, iż podjazd ten nie zmusza największych asów do szczególnie aktywnej jazdy, przez co różnice między kolarzami z czołówki bywają co najwyżej sekundowe. Moim zdaniem nieco inaczej mogłoby być w razie przedłużenia owej wspinaczki o dalsze dwa kilometry, lecz tu na przeszkodzie staje „pojemność” uroczego miejsca do którego dociera asfaltowa droga.

 

Miałem się bowiem przekonać, że najtrudniejszy fragment podjazdu zaczyna się dopiero za Pejo Terme. Aczkolwiek jeszcze na głównej ulicy tej stacji stromizna przekroczyła po raz pierwszy poziom 11 %. Jakieś 500 metrów za centrum znalazłem zakręt w prawo, który poprzez ulice Via di Noval Cauda oraz Via di 24 Maggio miał mnie zaprowadzić do Pejo. Przejechałem pod wiaduktem i do pokonania pozostało mi jeszcze 1800 metrów o średnim nachyleniu 7,6 %. Najtrudniejszy był ostatni kilometr z maximum na poziomie 11,4 %, jakieś 400 metrów przed finałem. Zatrzymałem się na maleńkim placyku jak sądzę w samym centrum tej osady. Tuż przed barem i nieopodal kapliczki poświęconej Matce Boskiej. Tablice przy wjeździe do wioski zachęcały turystów do zwiedzenia muzeum Pejo z czasów I Wojny światowej. Dotarłem prawdopodobnie do wysokości 1560 metrów n.p.m. czyli nieco niżej na wykresie. Podjazd o długości 11,59 kilometra zajął mi 38 minut i 27 sekund co daje całkiem ładną średnią 18,085 km/h, wydatnie podrasowaną przez łatwiutki środek tego wzniesienia. Przy optymistycznym założeniu, że pokonałem całe 614 metrów przewyższenia mój VAM wyniósłby i tak ledwie 958 m/h, acz trzeba wziąć pod uwagę skromne średnie nachylenie tego podjazdu czyli 5,29 %.

 

Na zjeździe zatrzymywałem się wedle uważania, lecz na dłuższą chwilkę tylko przy głównej tablicy, skąd rozciągał się piękny widok na położone w dolinie Cogolo.  Sam zjazd chcąc nie chcąc skróciłem sobie do siedmiu kilometrów. W Celedizzo przed sklepem sieci Coop przechwycił mnie Darek, który w to miejsce zajechał samochodem. Trzynasty etap trydenckich wojaży zakończyłem więc po przejechaniu 49,8 kilometra z dziennym przewyższeniem 1482 metrów. Trudniejsze dni i wyzwania były jeszcze przed nami. Tymczasem w drodze powrotnej przez zakorkowane Cles przypadkiem wpadliśmy na sklep firmowy lokalnego bohatera czyli Maurizio Fondriesta. Na wystawie sklepowej pośród współczesnych karbonowych ram (modele TF 2 i TF 3) stał też czasowy rower Włocha z sezonu 1991, kiedy to jeździł on w barwach holenderskiej grupy Panasonic. Zapewne na tej machinie mistrz świata z sezonu 1988 wystąpił podczas Finału Pucharu Świata w Bergamo zapewniając sobie swój pierwszy generalny sukces w pucharowej rywalizacji.