Monte Nerone NW
Autor: admin o niedziela 27. lipca 2025
DANE TECHNICZNE
Miejsce startu: Pian di Molino
Wysokość: 1506 metrów n.p.m.
Przewyższenie: 1086 metrów
Długość: 16,2 kilometra
Średnie nachylenie: 6,7 %
Maksymalne nachylenie: 11 %
PROFIL > archivio salite
OPIS
Monte Nerone to wapienna góra wznosząca się na wysokość 1525 metrów n.p.m. niemal 1200 metrów ponad dno doliny wyrzeźbionej przez potok Biscubio. Podobnie jak Monte Carpegna ona też znajduje się w prowincji Pesaro e Urbino, ale należy już do pasma Appennino Umbro-Marchigiano. Jak można się domyślić nazwa tego szczytu pochodzi od Nerona. Niemniej nie od niesławnego cesarza, który w I wieku n.e. prześladował chrześcijan, lecz od żyjącego znacznie wcześniej konsula Gaio Claudio Nero, rzymskiego bohatera z okresu II wojny punickiej. Ponoć wojska tego dowódcy po zwycięskiej bitwie nad rzeką Metauro (207 rok p.n.e.) miały ścigać Galów sprzymierzonych z Kartaginą aż pod szczyt owej góry. Dziś na jej wierzchołku umieszczone są anteny nadawcze telewizji RAI oraz urządzenia należące do włoskiego Ministerstwa Obrony. Dzięki temu szosą można tu dotrzeć na wysokość 1505 metrów czyli pod bramę strzegącą tego miejsca. Monte Nerone zaliczyłem już na wyprawie z 2014 roku. Wówczas wspinałem się na nią od południowego-wschodu startując z wioski Pianello. Przy tym dotarłem jedynie na wysokość 1417 metrów czyli do linii górskiej premii rodem z Giro 2009. To był podjazd o długości 13,2 kilometra i średniej 7,8% z przewyższeniem 1026 metrów. Tym razem moim celem był najwyższy drogowy punkt na zboczach tej góry i miałem do niego dotrzeć szlakiem północno-zachodnim, zaczynając swą wspinaczkę przy drodze krajowej SS257.
Wspomniałem już o Giro d’Italia z roku 2009. Ten wyścig Dookoła Włoch miał bardzo nietypową trasę. Peleton Giro najpierw przemierzył wtedy Alpy, by dopiero około półmetka dotrzeć na półwysep Apeniński. Najtrudniejszym odcinkiem owej edycji rozegranej na stulecie „La Corsa Rosa” był 240-kilometrowy etap w regionie Marche z metą na Monte Petrano nieopodal miasteczka Cagli. Na jego trasie znalazły się cztery premie górskie, w tym trzy pierwszej kategorii. Monte Nerone była pierwszą z tych większych będąc ulokowana na 81 kilometrów przed metą. Zwycięzcą owej premii górskiej został Włoch Francesco De Bonis. Tym niemniej na finałowym podjeździe o triumf walczyli już czołowi kolarze tego wyścigu. Triumfował Hiszpan Carlos Sastre, który o 25-26 sekund wyprzedził liderującego Rosjanina Denisa Mienszowa oraz wicelidera Włocha Danilo Di Lukę. Tego dnia peleton Giro wspinał się od strony Pianello, a następnie zjechał do tej wioski przez Serravalle di Carda korzystając jedynie z górnej części mojego tegorocznego szlaku na Monte Nerone. Inny pomysł na wykorzystanie owej góry mieli organizatorzy Giro d’Italia Women 2025. Przedostatni odcinek tej imprezy kończył się wspinaczką z Pian di Molino czyli biegł właśnie tą trasą, lecz ku mecie na wysokości 1396 metrów n.p.m. Ponieważ etap ten rozegrano zaledwie 15 dni przed moim przybyciem w te strony, to na szosie widziałem wiele śladów po tym wydarzeniu. Wygrała go Australijka Sarah Gigante, najlepsza góralka i trzecia zawodniczka w generalce. Druga była tu Włoszka Elisa Longo Borghini, która wliczając bonifikatę zyskała 38 sekund nad Szwajcarką Marlen Reusser, dzięki czemu odebrała jej różową koszulkę liderki wyścigu.
Wspomniałem już o sobotniej wycieczce do Rimini. Wracając z niej odwiedziliśmy miasteczko San Leo (niegdyś stolicę Księstwa Montefeltro). Klimatyczne miejsce „strzeżone” przez imponujący fort powstały w XV wieku. W niedzielny poranek opuściliśmy Carpegnę. Tuż po wyjeździe zahaczyliśmy jeszcze o śliczną wioseczkę Frontino. Turystyczną perełkę wpisaną na listę „I Borghi piu belli d’Italia”. Następnie pojechaliśmy do Urbino, miasta które jest jedną z dwóch stolic prowincji z północnego krańca regionu Marche. Jego historyczne centrum w 1998 roku wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO, więc było tam co oglądać. Dodam, że w owej miejscowości urodził się Rafael Santi malarz i architekt zaliczany do trójki najwybitniejszych artystów renesansu (obok Leonardo De Vinci i Michała Anioła). Dopiero po tej części kulturalnej przyszedł czas na moje drugie spotkanie z Monte Nerone. Podjechaliśmy do Serravalle di Carda, na parking który poznałem rok wcześniej, gdy na tą górę ruszał Mateusz. Ponieważ była to miejscówka na półmetku podjazdu, to tak jak dzień wcześniej zacząłem wszystko od zjazdu. Zatem mogłem sobie raz jeszcze obejrzeć dolną połowę tego wzniesienia. Pod względem sportowym nie było to wielkie wyzwanie. Najpierw segment o długości 6,1 kilometra z przeciętnym nachyleniem 5,6% i przejazdem przez wioskę Colombara pod koniec drugiego kilometra. Potem bardzo łagodny kilometr przez Pian di Trebbio do miejsca, w którym trzeba było w końcu zjechać z drogi SP28.
Skręt w lewo na samym początku ósmego kilometra był wstępem do znacznie trudniejszej górnej części wzniesienia, na której musiałem pokonać 8,8 kilometra ze średnią stromizną 8,4%. Na pierwszych trzech kilometrach tego segmentu minąłem kilka efektownych serpentyn. Teren był z grubsza otwarty, więc widoki przednie. Za to nie było się jak schować przed słońcem. Tymczasem u podnóża tej wspinaczki miałem temperaturę na poziomie 33-34 stopni, zaś na samej górze 25. W połowie trzynastego kilometra wyjechałem już pomiędzy górskie łąki, na których pasły się krowy i konie. Powyżej Serravalle di Carda najłatwiejszy kilometr ma przeciętne nachylenie 7,1%, zaś na trzech ostatnich stromizna trzyma już na poziomie 8,5-9%. Pod koniec piętnastego kilometra przeciąłem linię etapowej mety z tegorocznego Giro d’Italia Women. Za nią pozostało mi do przejechania jeszcze 1200 metrów. Chwilę później minąłem drogę SP140, którą mógłbym dotrzeć do miejsca gdzie skończyłem swą wspinaczkę z roku 2014. Skręciłem tu jednak w lewo by dotrzeć na szczyt góry. Na finałowym kilometrze miałem do pokonania jeszcze trzy wiraże. Na ostatnim z nich minąłem punkt widokowy. Potem miałem do pokonania już tylko ciężki 300-metrowy finisz, na którym stromizna sięgała 11%. Meta pod zamknięta bramą stacji nadawczej, na terenie której stoją cztery wysokie maszty. Widoki ze szczytu zrobiły na mnie spore wrażenie. Cóż w najbliższej okolicy nie ma wyższej góry. Tej trzeba szukać na południu. Jest nią Monte Catria (1701 m. n.p.m.) czyli „koleżanka” Nerone ze wspomnianego etapu Giro 2009. Dzięki temu wzrokiem mogłem tu ogarnąć naprawdę spory teren.
GÓRSKIE ŚCIEŻKI
https://www.strava.com/activities/15252674460
https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/15252674460
ZDJĘCIA
FILM

