banner daniela marszałka

Archiwum: '2019a_Isere & Hautes Alpes' Kategorie

Chamrousse (Roche Beranger)

Autor: admin o 5. czerwca 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Uriage-les-Bains (D 111)

Wysokość: 1721 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1310 metrów

Długość: 17,6 kilometra

Średnie nachylenie: 7,4 %

Maksymalne nachylenie: 13,2 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Zjechawszy do Allevard zapakowaliśmy się do samochodu by jak najszybciej przedostać się do podnóża drugiego ze środowych wzniesień. Pokonaliśmy dość skomplikowaną trasę o długości 46 kilometrów, która to do Uriage-les-Bains zawiodła nas drogami D525, A41, N87 i w końcu D524. Wspomniane miasteczko okazało się pięknym uzdrowiskiem. Położone jest na pograniczu gmin Saint-Martin d’Uriage oraz Vaulnaveys-le-Haut. Jego historia sięga starożytności, gdyż pierwsze łaźnie założyli w tym miejscu Rzymianie. Tutejsza woda termalna zawiera siarczki oraz chlorek sodu i ma właściwości anty-reumatyczne. Ponoć jej budowa molekularna zbliżona jest do stężenia surowicy ludzkiej krwi dzięki czemu może być ona aplikowana bezpośrednio poprzez zastrzyki domięśniowe. Niemniej Uriage było jedynie bramą do naszego celu czyli stacji narciarskiej Chamrousse. Ten ośrodek sportów zimowych jest starszy i pod każdym względem większy od poznanego nieco wcześniej Super-Collet d’Allevard. Pierwszy klub narciarski powstał tu już w roku 1929. Stacja ta połączona jest z Uriage-les-Bains dwoma niezależnymi szosami, z których każda pokonuje przewyższenie ponad 1300 metrów. Decyzję o budowie drogi południowej przez Belmont, Montgardier i Premol podjęto już w roku 1937. Do wybuchu II Wojny Światowej położono pierwsze 11 kilometrów do poziomu przełęczy Luitel. Jej górny odcinek ukończono w roku 1949. Droga północna biegnąca przez Saint-Martin d’Uriage powstała w latach 1954-56. Nieco wcześniej, bo w roku 1952 doprowadzono tu pierwszą kolej linową. Obecnie Chamrousse składa się z czterech terenów narciarskich, którym przyporządkowano stosowne do wysokości liczby. Chamrousse 1600 to de facto Domain de l’Arselle, Chamrousse 1650 znana jest lepiej jako Le Recoin, Chamrousse 1700 zowie się Bachat Bouloud. No i w końcu nasza kolarska meta czyli Chamrousse 1750 to po prostu Roche-Beranger. Natomiast najwyższym punktem całego narciarskiego kompleksu jest wierzchołek Croix de Chamrousse (2253 m. n.p.m.).

Na fanów „białego szaleństwa” czekają tu 42 trasy zjazdowe o łącznej długości 90 kilometrów. Obsługiwane przez 11 orczyków, 8 wyciągów krzesełkowych oraz kolej gondolową. Z kolei amatorzy narciarstwa biegowego mają do swej dyspozycji 9 tras o długości w sumie 44 kilometrów. W trakcie Igrzysk Olimpijskich w Grenoble (1968) to właśnie w Chamrousse rozegrano wszystkie konkurencje narciarstwa alpejskiego, których wówczas było tylko sześć. Panowie walczyli o medale w Roche-Beranger, gdzie swój złoty hat-trick „ustrzelił” Jean-Claude Killy. Panie rywalizowały zaś w pobliskim Le Recoin. Wspomniałem, iż z Uriage-les-Bains do Chamrousse prowadzą dwie drogi. Ich początki oddalone są od siebie o ledwie 1200 metrów. Północny szlak jest dłuższy, lecz łagodniejszy co oczywiste zważywszy na fakt, iż oba mają identyczne przewyższenie. Zaczyna się on na szosie D280, która za Saint-Martin-d’Uriage przechodzi w D111. Ten wariant podjazdu ma długość 20,5 kilometra z przeciętną nachylenia 6,4%. Niemniej na pierwszych 7 kilometrach jego stromizna wynosi aż 8,9%. Południowy w całości prowadzi po szosie D111 i również na dole jest trudniejszy niż u góry. W sumie liczy sobie 17,7 kilometra o średnim nachyleniu 7,4%. Początkowe 8 kilometrów ma przeciętną na poziomie 8,2%, zaś finałowe 9 kilometrów jedynie 7%. Oba segmenty przedzielone są ledwie 300-metrowym „falsopiano” w pobliżu Maison Forestiere de Premol. Na „cyclingcols” za trudniejszą uznano drogę południową, która to uzyskała 981 punktów, podczas gdy północnej przyznano 888 oczek. Tym niemniej warto dodać, iż południowy podjazd może być jeszcze trudniejszy. Można go bowiem zacząć z doliny rzeki Romanche od miasteczka Sechilliene. Wówczas przez pierwsze 9 kilometrów wspinamy się stromą ścieżką na Col du Luitel (1264 m. n.p.m.) i dopiero za tą przełęczą wbijamy się na szerszą południową drogę do Chamrousse. Taki kombinowany wariant podjazdu został „wyceniony” przez autora wspomnianej strony na aż 1157 punktów. Tym niemniej Luitel i tak mieliśmy pokonać na ósmym etapie, więc w środę poprzestaliśmy na starcie z Uriage-les-Bains.

Południowy czy raczej południowo-zachodni podjazd do stacji Chamrousse dwukrotnie został wypróbowany na trasach Tour de France, choć co nietypowe nie został wcześniej przetestowany na Criterium du Dauphine (Libere) bądź Tour de l’Avenir. W 2001 roku znalazł się na jedenastym odcinku „Wielkiej Pętli”, którym była 32-kilometrowa czasówka ze startem w Grenoble. Pierwsze 13,5 kilometra tej próby prowadziło w terenie pagórkowatym przez Eybens i Brie-et-Angonnes. Natomiast kolejne 18,5 kilometra już po trasie wybranego przeze mnie podjazdu. Ten „etap prawdy” z czasem 1h 07:27 wygrał zdyskwalifikowany po latach Amerykanin Lance Armstrong. Teksańczyk równo o minutę wyprzedził Niemca Jana Ullricha oraz o 1:35 Baska Josebę Belokiego. Dziesiąty tego dnia Włoch Stefano Garzelli był wolniejszy już o 3:08, zaś 23. nasz Tomasz Brożyna o 5:05. Niespodziewany lider tamtego TdF Francuz Francois Simon stracił do „Jankesa” równe 7 minut, zaś ówczesny wicelider śp. Andrej Kiwiliew z Kazachstanu 6:07. Z kolei w sezonie 2014 peleton TdF dotarł tu na etapie trzynastym rozpoczętym w Saint-Etienne. Finałowy podjazd został poprzedzony zaliczonym już przez nas podjazdem na Col de Palaquit. Najmocniejszy na tym odcinku okazał się Włoch Vincenzo Nibali, późniejszy zwycięzca tej edycji. Sycylijczyk wyprzedził naszego Rafała Majkę o 10 i Czecha Leopolda Koniga o 11 sekund. Ciężkie straty poniósł tego dnia wicelider Richie Porte, który po kontuzji Chrisa Froome’a mógł wejść w buty lidera ekipy Sky. Tymczasem Australijczyk rodem z Tasmanii dotarł do mety w Chamrousse ze stratą aż 8:48 do zwycięzcy. Zważywszy na to co stało się podczas naszej „inspekcji” tego wzniesienia można powiedzieć, że podzieliłem jego losy 😉 Początkowo nic nie zapowiadało większych problemów, acz przyznam, iż na starcie nie czułem się dobrze. Ruszyliśmy razem, kilka minut po piętnastej przy temperaturze 30 stopni z ronda przy polu Golf de Grenoble Uriage.

Znów było upalnie. Przez pierwsze kilometry jechaliśmy w terenie odkrytym i mój licznik już na trzecim kilometrze zanotował 35 stopni! Taka wartość utrzymała się do końca piątego kilometra, zaś poniżej 30-stu spadła dopiero na dwunastym. Tym niemniej początkowo wytrzymywałem tempo Darka. Tommy trzymał się za nami z minimalną (taktyczną) stratą. Paliwa zaczęło mi brakować już pod koniec czwartego kilometra. Odpadłem od naszego lidera i po chwili wspinałem się czas jakiś w towarzystwie Tomka. Dodam, iż niezbyt długo. Na początku siódmego kilometra musiałem dać za wygraną czyli puścić koło młodszego kolegi. Fatalna kombinacja w postaci serii prawie nieprzespanych nocy oraz upalnych dni szybciej niż zwykle wysysała pokłady mojej energii. Znów zapowiadała się walka o przetrwanie i to długa, bo resztki sił musiałem rozłożyć aż na 11 kilometrów. Tomek rzucił się w pogoń za Darkiem, zaś ja traciłem do obu coraz więcej. Do wypłaszczenia w Premol (9,4 km) Dario dotarł z przewagą minuty nad Tomkiem i 2:20 nade mną. Przy łączniku z Col du Luitel (11 km) Tommy tracił do lidera tylko 30 sekund, zaś ja już 3:45. Tomek dopadł Darka na początku trzynastego kilometra. Na ostatnim z czternastu wiraży czyli w połowie piętnastego kilometra miałem do nich stratę 6:45. Gdy moi koledzy wjeżdżali do centrum stacji ja miałem do pokonania jeszcze półtora kilometra. Podjazd kończyłem „na oparach” energii i tak cud, że ani razu po drodze się nie zatrzymałem. Poprzestałem na wjeździe na Place de Trolles, przy którym to placu stoi budynek lokalnego merostwa. Moi dwaj kompani zgodnie z naszym zwyczajem poszukali jeszcze najwyższego punktu „zdobytej” stacji, docierając do końca Route de la Croisette na wysokość blisko 1800 metrów n.p.m. Na przejechanie tego wzniesienia potrzebowałem aż 1h 35:15 (avs. 11,3 km/h z VAM ledwie 820 m/h). Do kolegów straciłem jakieś 8:40, bowiem Tomkowi strava policzyła czas 1h 26:36. Na liście rankingowej moich czerwcowych „dróg krzyżowych” ta wspinaczka może się bić o miejsce drugie z podjazdem na Palaquit. Jeszcze na zjeździe byłem półprzytomny. Tymczasem trzeba było uważać na mocne podmuchy wiatru.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2426597082

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2426597082

ZDJĘCIA

20190605_039

FILMY

VID_20190605_165233

VID_20190605_170934

Napisany w 2019a_Isere & Hautes Alpes | Możliwość komentowania Chamrousse (Roche Beranger) została wyłączona

Super Collet

Autor: admin o 5. czerwca 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Allevard (D 525A & D109)

Wysokość: 1635 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1170 metrów

Długość: 15,3 kilometra

Średnie nachylenie: 7,6 %

Maksymalne nachylenie: 12,1 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Po przeszło czterech dniach kręcenia po alpejskim przedgórzu w końcu wjechaliśmy w teren, który geografowie nazywają Alpami właściwymi. Na piątym etapie mieliśmy bowiem poznać dwa podjazdy w paśmie Belledonne należącym do Alp Delfinackich. Tutejsze góry z najwyższym szczytem Gran Pic de Belledonne (2977 m. n.p.m.) sięgają niemal trzech tysięcy metrów. Natomiast wierzchołki w masywach Vercors i Chartreuse, które zwiedzaliśmy od piątku do wtorku co najwyżej nieznacznie przekraczają wysokość dwóch tysięcy. W naszych warunkach byłyby równe tatrzańskim szczytom. Niemniej w Alpach ich rozmiar nie robi wrażenia i tym samym oba pasma otaczające Grenoble zaliczane są do grup górskich z kategorii Prealpes. Tym niemniej z naszego (szosowego) punktu widzenia niewiele się zmieniło. Okoliczne góry może i były wyższe, ale nasze oba środowe wzniesienia kończyły się na wysokości podobnej do tej z Source de la Moliere czy Charmant Som. Na pierwszy ogień poszła wspinaczka do stacji Super Collet, rozpoczynająca się w miasteczku Allevard położonym z grubsza w połowie drogi z Grenoble do Chambery. Natomiast w drodze powrotnej do bazy zatrzymaliśmy się w pobliżu Uriage-les-Bains, by pokonać jeden z dwóch tamtejszych podjazdów do znanego z tras Tour de France ośrodka narciarskiego Chamrousse. To drugie wzniesienie było dłuższe i większe, więc nieco zaryzykowałem proponując swym kolegom taką właśnie kolejność zwiedzania. Od razu dodam, iż słono zapłaciłem za swój wybór, ale na szczegóły przyjdzie czas w kolejnym odcinku tej opowieści. Jak dotąd niewiele miałem okazji do kolarskiej wspinaczki w masywie Belledonne, z czego po zachodniej stronie tego pasma poznałem tylko jedno wzniesienie. Przed dwoma laty na wyprawie po Sabaudii zaliczyłem przeszło 16-kilometrowy wjazd z La Rochette do upadłej stacji Val Pelouse. Podjazd ten „zrobiłem” w towarzystwie Romka Abramczyka. Niemniej Dario i Tommy też pokonali wtedy tą ciężką górę. Wszystkim nam najbardziej dał się jednak wówczas we znaki chłodny zjazd w ulewnym deszczu.

Tym razem prognozy były słoneczne. Martwić się mogłem jedynie o to by nie było zbyt ciepło. Przeszło 15-kilometrowy podjazd do Super-Collet jest niewątpliwie wymagający, szczególnie w środkowej fazie, gdzie trzeba pokonać 7-kilometrowy odcinek ze średnim nachyleniem aż 9%. Stacja Collet d’Allevard powstała już w roku 1955, ale swe aktualne rozmiary wraz z ośrodkiem Super-Collet osiągnęła dwadzieścia lat później. W przeciwieństwie do La Ruchere służy fanom narciarstwa alpejskiego. Jest tu w sumie 28 tras zjazdowych o łącznej długości ponad 35 kilometrów. Teren obsługują 4 linie kolei krzesełkowej, 6 orczyków, zaś w budowie jest kolejka gondolowa. Szusować można na wysokościach od 1450 do niemal 2078 metrów n.p.m. Tour de France nigdy nie testował tej góry. Niemniej do poziomu Collet d’Allevard ścigano się tak na Tour de l’Avenir jak i przede wszystkim Criterium du Dauphine Libere. Na „Tourze Przyszłości” w roku 1976 zorganizowano tu 12-kilometrową czasówkę, którą z czasem 35:19 wygrał Francuz Gilbert Chaumaz. Natomiast popularny „Delfinat”, będący dziś najbardziej prestiżową tygodniową etapówką, wizytował to wzniesienie aż trzy razy. Dwa razy w pierwszej połowie lat 90-tych i po raz trzeci u progu aktualnej dekady. W roku 1992 etap do Collet d’Allevard wygrał Kolumbijczyk Martin Farfan, który na finiszu wyprzedził Francuzów Luka Leblanca i Charliego Motteta. Ten drugi wygrał potem cały ów wyścig po raz trzeci w swej karierze. Z kolei w sezonie 1994 najszybciej do mety dotarł tu po solowej akcji 30-letni „neo-profi” Francuz Pascal Herve. Wyprzedził on swych rodaków: Ronana Penseca oraz Richarda Virenque’a. Na szóstym miejscu finiszował późniejszy triumfator wyścigu Szwajcar Laurent Dufaux. W końcu zaś w 2011 roku nie było mocnych na Katalończyka Joaquina Rodrigueza. „Purito” o 31 sekund wyprzedził Holendra Roberta Gesinka i o 39 Belga Jurgena Van den Broecka. Tymczasem lider Bradley Wiggins przyjechał szósty, ale zadowolony bo o 15 sekund powiększył przewagę nad swym najgroźniejszym rywalem Cadelem Evansem.

Ciekawostkę stanowi fakt, iż wspomniany etap CdDL z roku 1994 rozpoczynał się w naszym Echirolles. Dzień wcześniej etap do miasta pełniącego rolę naszego gospodarza wygrał Francuz Emmanuel Magnien przed takimi sławami jak Sean Kelly i Greg Lemond, zaś piąty finiszował nasz Cezary Zamana. Po dojechaniu do Allevard zatrzymaliśmy się na samym początku podjazdu. W zatoczce przylegającej do pierwszego zakrętu na drodze D525a. Tym niemniej start wspinaczki wyznaczyliśmy sobie nieco niżej, bo na moście ponad rzeczką Le Breda. Dla odmiany od scenariusza z dwóch poprzednich dni tym razem to ja ruszyłem pierwszy. Wystartowałem niemal kwadrans po jedenastej, przy niezbyt przyjemnej dla mnie temperaturze 30 stopni. Tomek początkowo chciał pognać za mną po kolejnych 3 minutach, ale ostatecznie poczekał na Darka. Tym samym obaj ruszyli niespełna 10 minut po mnie. Pierwsze 1400 metrów tego podjazdu prowadzi po szosie 525a. Następnie na wysokości dokładnie 555 metrów n.p.m. dojeżdża się do rozjazdu. Wspomniana droga wiedzie dalej prosto (opcja prawa) do stacji narciarskiej Le Pleynet – les Sept Laux (1445 m. n.p.m.). To długi, lecz łagodny podjazd o długości 22,3 kilometra i średnim nachyleniu ledwie 4,4%. Zdecydowanie łatwiejszy od naszego „faworyta”. Niemniej to właśnie on z dwojga zaczynających się w Allevard ma chrzest na TdF za sobą. W 1981 roku w owej stacji zakończył się etap osiemnasty, wygrany podobnie jak i cały ten wyścig, przez dominatora Bernarda Hinault. Przymierzając się do tej wyprawy uznałem jednak, iż na Le Pleynet przyjdzie jeszcze czas w dalszej przyszłości. Na razie trzeba zaś sobie stawiać ambitniejsze cele. Chcąc dotrzeć do Super-Collet należało tu odbić w lewo i wjechać na szosę D109. Warto przy tym było rzucić okiem na pierwszą z serii zielonych tablic informujących co nas czeka na kolejnych 14 kilometrach. Droga wiła się po dość rzadko rozrzuconych wirażach. Na dojeździe do Collet d’Allevard było ich łącznie jedenaście. W połowie trzeciego kilometra minąłem boczną dróżkę do osady Le Guillet, zaś kilkaset metrów dalej wjechałem w teren zalesiony.

Na piątym kilometrze miał się zacząć najbardziej wymagający, środkowy segment tego wzniesienia. Stromizna tego sektora z pewnością nie zawiodła. W praktyce było jeszcze trudniej niż w teorii, bowiem pech chciał, iż trafiliśmy na remont drogi. Otóż na okres od 4 do 17 czerwca czyli dzień przed naszym przybyciem wysypano grys, mający przyszłościowo wzmocnić tą szosę. Na razie jednak był on luźny, więc wspinaczka po takiej nawierzchni bardziej przypominała jazdę po szutrze niż asfalcie. Jednym słowem jechało się tu ostrożniej i co za tym idzie wolniej, z uwagi na słabszą przyczepność opon do nawierzchni. Tego rodzaju kamyczkami potraktowano aż 4-kilometrowy odcinek drogi od połowy piątego do połowy dziewiątego kilometra. Przetrwałem tą niemiłą niespodziankę i w niezłym rytmie po około godzinie jazdy dotarłem do Collet d’Allevard (11,3 km). Według stravy ten segment pokonałem w czasie 1h 00:13. Tomek, który w połowie drugiego kilometra zaczął odjeżdżać Darkowi potrzebował na dotarcie w to miejsce 59:14, zaś Dario który dość szybko odpuścił i uzyskał tu wynik 1h 13:00. Pod koniec dwunastego kilometra na wylocie z owej stacji można było odsapnąć na 400 metrach łatwiejszego terenu. Wraz z początkiem trzynastego kilometra podjazd odżył. Najpierw przez półtora kilometra nachylenie było umiarkowane rzędu 6%, by w końcówce po minięciu drogi do małej stacji Pre Rond przez kolejny kilometr trzymać już na poziomie 7,8%. Ostatnią kwartę tego wzniesienia pojechałem spokojniej by nieco energii zachować na drugi z podjazdów. Wszelkie wymagania skończyły się pod koniec piętnastego kilometra. Finałowe 400 metrów prowadziło już po płaskim, a miejscami nawet lekko w dół. Na dotarcie do Super-Collet potrzebowałem 1h 18:17 (avs. 11,8 km/h). Tomek dojechał na górę po sześciu minutach czyli odrobił do mnie blisko cztery, z czego większość na ostatnich 4 kilometrach. Na Darka czekałem przeszło 24 minuty, więc de facto nadrobiłem niemal kwadrans. Niemniej Dario wyraźnie oszczędzał tu siły, by swą ripostę zaprezentować nam podjeździe do Chamrousse.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2426596864

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2426596864

ZDJĘCIA

20190605_001

FILMY

VID_20190605_111204

VID_20190605_130200

Napisany w 2019a_Isere & Hautes Alpes | Możliwość komentowania Super Collet została wyłączona

Col de Preletang

Autor: admin o 4. czerwca 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: okolice Pont-en-Royans (D 292)

Wysokość: 1267 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1034 metry

Długość: 16,3 kilometra

Średnie nachylenie: 6,3 %

Maksymalne nachylenie: 9,7 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Jakkolwiek naszym głównym wyzwaniem na czwartym etapie była Col du Mont-Noir to rzecz jasna na niej tego dnia nie poprzestaliśmy. Drugie z wtorkowych odcinków specjalnych również musiało być wzniesieniem pokaźnych rozmiarów. Najlepiej takim o przewyższeniu ponad 1000 metrów. Z logistycznego punktu widzenia najłatwiej byłoby po prostu „zwiedzić” obie strony Czarnej Góry. Wówczas po dotarciu na przełęcz od strony Saint-Gervais zjechalibyśmy ku dolinie Isery drogą D31 lub D22, po czym wrócilibyśmy do punktu wyjścia podjeżdżając na Mont-Noir szlakiem zachodnim lub północnym. Tym niemniej zamiast zdobywać dwukrotnie tą samą górę wolałem poszukać sobie i kolegom innego celu w niedalekiej okolicy. Mój wybór padł na Col de Pra-l’Etang, przełęcz znaną też pod nazwą Preletang. Prawdę mówiąc gdy się na nią decydowałem nie zdawałem sobie sprawy z faktu, iż jeden z podjazdów prowadzących na nią w dużej mierze pokrywa się z południową wspinaczką na Mont-Noir. Gdybym wcześniej odkrył tą zbieżność to być może darowalibyśmy sobie dalszy transfer samochodowy. A tak po zjeździe do Saint-Gervais wsiedliśmy do samochodu by drogami D1532 oraz D35 ruszyć na południowy-zachód ku miejscowości Pont-en-Royans. Oba szosowe podjazdy na Col de Preletang zaczynają się w dolinie rzeki La Bourne, na pograniczu departamentów Isere i Drome. W obu przypadkach na przełęcz rusza się zatem od strony południowej. Szlak południowo-zachodni zaczyna się na styku szos D531 i D292, jakiś kilometr na wschód od Pont-en-Royans. Do półmetka wiedzie on drogą D292 w kierunku Presles. Niemniej tuż przed tą wioską należy odbić na wschód. Natomiast wariant południowo-wschodni zaczyna się w miasteczku Choranche. Początkowo prowadzi szosą nr 531, następnie wybiera D35, by za miejscowością Rencurel skręcić na południowy-zachód i bocznymi dróżkami dotrzeć na przełęcz. Trasa wschodnia jest dłuższa, lecz ogólnie łatwiejsza. Ma długość aż 18,2 kilometra przy średnim nachyleniu 5,5% i amplitudzie 992 metrów.

Natomiast zachodnia, choć o dwa kilometry krótsza, oferuje większe przewyższenie. Dlatego wybrałem właśnie tą opcję. Patrząc na profil tego 16-kilometrowego wzniesienia można je podzielić na trzy segmenty. Najtrudniejszy z nich jest fragment pierwszy czyli 7-kilometrowy odcinek o wymagającej stromiźnie 7,7%. Po nim mamy środkowy sektor o długości 3 kilometrów i średniej tylko 3,1%. Swego rodzaju „falsopiano” biegnące po równinnym terenie na wysokości przeszło 800 metrów n.p.m. Solidny podjazd wraca na ostatnich 6 kilometrach, gdzie przeciętne nachylenie wynosi 6,5%. Do Pont-en-Royans dotarliśmy po godzinie piętnastej. Tym niemniej przejechaliśmy przez to miasteczko i zatrzymaliśmy się dopiero u podnóża zachodniego Preletang. W miejscu z widokiem na wspomnianą już rzekę oraz początek czekającego nas wkrótce podjazdu. Upał o tej porze był niemiłosierny, dobrze powyżej 30 stopni. Wcześniejszy wjazd na Col du Mont-Noir kosztował mnie sporo energii. Tym samym nie miałem serca do kolejnej walki z górami masywu Vercors. Zamiast dosiadać Ridleya i w towarzystwie kolegów zdobywać kolejne wzniesienie chętniej ruszyłbym w przeciwną stronę. To znaczy w dół po skarpie by schłodzić się w bystrym nurcie La Bourne. Moje nastawienie na starcie tej wspinaczki było zdecydowanie nie bojowe. Moje rokowania pesymistyczne. W pamięci miałem swe ciężkie doświadczenia z weekendowych podjazdów na Col de Palaquit czy Col de la Charmette. Tymczasem w tych cieplarnianych warunkach tego rodzaju przykra historia mogła się łatwo powtórzyć. Dlatego moja taktyka na pokonanie Col de Preletang od samego początku była ultra-ostrożna. Założyłem sobie jazdę z rezerwą, przynajmniej do czasu aż temperatura otoczenia odczuwalnie nie spadnie. Tymczasem na starcie słonko podgrzewało powietrze do 33 stopni, zaś na przełomie trzeciego i czwartego kilometra mój licznik pokazał nawet 36! Ruszyliśmy razem i nikt nie wyrywał się do przodu. Przyznam, że nawet nie starałbym się przyśpieszyć, gdyby któryś z kolegów zdobył się na podkręcenie tempa.

Sytuacja na trasie była bardzo stabilna. Ja prowadziłem grupkę. Dario siedział mi na kole od czasu do czasu dając zmianę. Natomiast Tommy ze stoickim spokojem trzymał się kilka metrów za nami. Najpierw przez 1600 metrów jechaliśmy na wschód, potem zmieniliśmy kierunek i po przejechaniu 4,1 kilometra dotarliśmy na Col de Toutes Aures (560 m. n.p.m.). Ta niewysoka przełęcz była najdalej na zachód wysuniętym punktem tej wspinaczki. Monotonię jazdy ubarwiały nam za to widoki na okoliczne szczyty. Najładniej było na przełomie siódmego i ósmego kilometra, gdzie szosa wpadała w krótkie tunele i wiodła po półce skalnej. Ten odcinek zwieńczony punktem widokowym na dolinę La Bourne skończył się po przebyciu 7,4 kilometra. Na dotarcie w to miejsce potrzebowaliśmy blisko 44 minut przy jeździe ze średnią prędkością 10 km/h i VAM na poziomie ledwie 761 m/h. Tu skręciliśmy w lewo by przez kolejne 1700 metrów zmierzać po płaskim terenie w stronę Presles. Następnie skręciliśmy w prawo czyli znów na wschód. Łatwy teren skończył się pod koniec dziesiątego kilometra. W połowie jedenastego minęliśmy wioskę Charmeil. Nieco wyżej wpadliśmy w gęsty las, który przynajmniej dawał nieco cienia. Pod koniec czternastego kilometra na rozjeździe należało odbić w prawo. Następnie zawrócić na południe by po dwóch kilometrach znaleźć się na Preletang. Natomiast opcja lewa po czterech kilometrach doprowadziłaby nas na Col du Mont-Noir. Ostatnie 8 kilometrów naszego wzniesienia czyli górną połówkę pokonaliśmy w 41 minut (avs. 11,8 km/h, lecz VAM tylko 635 m/h). Jednym słowem totalna turystyka. Na przełęcz wjechaliśmy w słabym czasie 1h 27:55. Zakładam, że będąc w formie, jadąc na pełnej świeżości i w przyjaznej temperaturze mógłbym tą górę „łyknąć” w godzinę. Niemniej tu nie liczył się styl, lecz samo zaliczenie. Poza tym był to jedyny podjazd na tej wyprawie, który w całości przejechaliśmy we trzech. Na górze zabawiliśmy tylko pięć minut, gdyż przegoniły nas z niej natarczywe muchy. Zresztą ładniejsze widoki czekały na nas w połowie zjazdu, więc dopiero tam zatrzymaliśmy się na dłużej.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2423656036

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2423656036

ZDJĘCIA

20190604_053

FILMY

VID_20190604_170054

VID_20190604_172906

Napisany w 2019a_Isere & Hautes Alpes | Możliwość komentowania Col de Preletang została wyłączona

Col du Mont Noir

Autor: admin o 4. czerwca 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Saint-Gervais (D 35)

Wysokość: 1421 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1231 metrów

Długość: 17,4 kilometra

Średnie nachylenie: 7,1 %

Maksymalne nachylenie: 11,7 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Po prologu i trzech etapach miałem na rozkładzie pięć wzniesień z obszaru grupy górskiej Chartreuse oraz dwa podjazdy w paśmie Vercors. Tą jawną dysproporcję należało nieco wyrównać. Dlatego cały czwarty etap naszej podróży postanowiłem poświęcić na zwiedzanie tego drugiego masywu. Leży on na pograniczu departamentów Isere oraz Drome, na zachód od Alp Delfinackich. Jego najwyższym szczytem jest wierzchołek Le Grand Veymont (2341 m. n.p.m.). Góry te zbudowane są ze skał wapiennych, więc ze względów geologicznych zasłużyły sobie na przydomek – Francuskie Dolomity. Wapień jest podatny na erozje pod wpływem wody, więc tutejsze rzeki przez miliony lat wydrążyły w nich głębokie kaniony. Jeden z najciekawszych mieliśmy tego dnia zobaczyć. Dwa dni wcześniej zaliczyliśmy wspinaczkę do Source de la Moliere. Najwyższą, największą i z pewnością najdłuższą w owych górach. Niemniej z uwagi na ogólnie łagodne nachylenie z pewnością nie najtrudniejszą w tym rejonie. Na to miano bardziej zasługuje Col du Mont-Noir. Na stronie internetowej „cyclingcols” zaprezentowane są aż cztery drogi wiodące na przełęcz Czarnej Góry. Umownie oznaczono je nazwami czterech stron świata. W rzeczywistości trzy docierają ku tej górskiej przeprawie od zachodniej, zaś jedna od strony wschodniej. Ta ostatnia, poprzez pośrednią Col du Romeyere (1069 m. n.p.m.). Każdy z owych podjazdów ma długość od 16 do 18 kilometrów i przewyższenie od 1150 do 1230 metrów. Trzy z nich mają średnie nachylenie na poziomie około 7%. Za najtrudniejszy uchodzi wariant wschodni z początkiem w miejscowości Saint-Gervais. Minimalnie łatwiejszy jest szlak zachodni rozpoczynany na drodze D31 poniżej wioski Saint-Pierre-de-Cherennes. Poza tym mamy tu jeszcze opcję północną na szosie D22 Cognin-les-Gorges łączącą się z zachodnią na wysokości około 1290 metrów n.p.m. Jest też wersja południowa wiodąca drogą D292, która na pierwszych 14 kilometrach pokrywa się z podjazdem na Col de Pra-l’Etang (1267 m. n.p.m.), zaś z dwoma poprzednimi dzieli tylko ostatnie 800 metrów.

Nie wszystkie te podjazdy, choć trudne pod kątem sportowym i spektakularne widokowo, nadają się do wykorzystania na wyścigu kolarskim. Na drodze wschodniej trzeba pokonać ciemny tunel o długości 500 metrów strzegący dostępu do zjawiskowego kanionu Ecouges. Trzy krótkie tuneliki wykute w dolnej części szlaku północnego nie sprawiają aż takiego problemu. Niemniej na tym odcinku szosa została poprowadzona po tak wąskiej i wysoko zawieszonej półce skalnej, że puszczenie tędy kolarskiego peletonu byłoby mocno ryzykowne już w przypadku podjazdu, zaś wyścigowy zjazd byłby igraniem z życiem zawodników. Spośród dwóch pozostałych opcji bardziej wymagający jest podjazd zachodni, który przed rokiem wykorzystano na czwartym etapie Criterium du Dauphine. Finisz tego odcinka wyznaczono powyżej stacji narciarskiej Lans-en-Vercors. Na premii górskiej pierwszy był wówczas Włoch Dario Cataldo, zaś 38 kilometrów dalej na mecie najszybciej finiszował Francuz Julian Alaphilippe. Po wjechaniu na Col du Mont-Noir mamy 5-kilometrowy zjazd na przełęcz Romeyere, z której to każdy wyścig musi odbić na południe ku miejscowości Rencurel. Po dotarciu do drogi D531 organizatorzy mogą już swobodnie wybierać czy skończyć ściganie w Villard-de-Lans, wspomnianym Lans-en-Vercors czy też zjazdem do Grenoble. Jak na razie przełęcz Mont-Noir nie zagościła na trasie Tour de France. Niemniej trzykrotnie zaszczyt ten spotkał niższą Col de Romeyere. Z przełęczą tą związana jest nawet jedna z legend „Wielkiej Pętli”. Zarówno w 1954 jak i w 1959 roku zdobył ją Hiszpan Federico Bahamontes. Przy pierwszej okazji debiutował on w TdF i nastawił się na zwycięstwo w klasyfikacji górskiej. Uciekał tu wraz z Francuzem Jeanem Le Guilly, którego wyprzedził na tej premii. Niemniej do mety w Grenoble pozostawało jeszcze 67 kilometrów. Kastylijczyk nie wierzył w powodzenie tej akcji i postanowił poczekać na peleton. W oczekiwaniu na dużą grupę schłodził się jedząc loda i mocząc stopy w strumieniu. „Orzeł z Toledo” swój pierwszy z siedmiu etapów TdF wygrał dopiero w sezonie 1958, cały ten wyścig rok później, zaś koszulkę najlepszego górala zdobył na Tourze aż sześć razy.

Dla nas wybrałem podjazd wschodni. Ten rozpoczynający się w Saint-Gervais na drodze D35. Po pierwsze najtrudniejszy z całej czwórki. Po drugie położony najbliżej naszej bazy noclegowej w Echirolles. Po dojechaniu na miejsce z wykorzystaniem autostrady A49 i regionalnej drogi D1532 zatrzymaliśmy się w pobliżu lokalnego przedszkola. Na ulicy o nazwie stosownej dla takiego sąsiedztwa czyli Route de l’Ecole. Start wspinaczki wyznaczyliśmy sobie nieco dalej, bo w centrum miasteczka. Jako pierwszy wystartował Dario, zaś ja i Tommy dwie minuty później. Zaczynaliśmy przy temperaturze 26 stopni, ale bliżej szczytu było nawet 32. Pierwsze 9,5 kilometra tego wzniesienia mocno trzyma. Średnie nachylenie na każdym kilometrze oscyluje na poziomie od 7,2 do 9,2%. Postanowiłem się sprawdzić na tym trudnym odcinku i zacząłem mocno. Tuż po starcie odjechałem zatem Tomkowi, który nie zwykł od razu wchodzić na wysokie obroty. Darka złapałem i wyprzedziłem już pod koniec drugiego kilometra. W połowie trzeciego kilometra droga przeskoczyła nad potokiem Tourtonniere, zaś na początku szóstego nad rzeczką La Drevenne, w największym stopniu odpowiedzialną za rzeźbę tego górskiego terenu. Wysoki rytm jazdy utrzymałem przez sześć kilometrów, potem musiałem odrobinę zluzować. W połowie ósmego kilometra dojechałem do głównej przeszkody na tym szlaku czyli Tunnel des Ecouges. Według stravy na dotarcie w to miejsce potrzebowałem niespełna 36 minut (avs. 12,6 km/h z VAM 1012 m/h). Nie widziałem szans na przejazd przez  długi na pół kilometra, a przy tym nieco skręcający czyli kompletnie ciemny tunel. Przeszedłem go powolutku, bo niemal po omacku. Wiele przepraw tego rodzaju widziałem w swej „turystycznej karierze”. Do najbardziej mrocznych zaliczyłbym krótki, lecz pokręcony tunel na podjeździe Preda Rossa w lombardzkiej Valtellinie oraz długi i słabo oświetlony w samej końcówce nieco off-roadowej wspinaczki na Presa de Llauset z pogranicza Katalonii i Aragonii. Jednakże ten w masywie Vercors przebił wszystkie dotychczasowe.

Tym niemniej nagroda za pokonanie tej czeluści była zacna. Po drugiej stronie czekał nas 300-metrowy odcinek przez wspaniały Canyon des Ecouges. Ten odcinek skończył się przy bocznej ścieżce prowadzącej do wodospadów Cascade de Tuf. Następnie trzeba było pokonać długą na 1200 metrów prostą, zawierającą w sobie najtrudniejszy kilometr całego wzniesienia. W połowie dziesiątego kilometra rozpoczął się znacznie łatwiejszy, a momentami nawet płaski, dojazd do Col de Romeyere leżącej w cieniu góry Roche de Meaudre (1628 m. n.p.m.). Dodam, że oprócz Bahamontesa na trasie TdF jako pierwszy na tej przełęczy zameldował się jeszcze Belg Hendrik Devos w roku 1985. Po przejechaniu 12,2 kilometra musieliśmy tu odbić w prawo na boczną drogę Cerviaux prowadzącą już wprost na Col du Mont-Noir. Do przejechania zostało nam 4,8 kilometra i 342 metry w pionie. Jednym słowem solidny finał o średnim nachyleniu 7%. Tym niemniej przeprawa przez mroczny tunel wytrąciła mnie z rytmu i rozwiała myśli o zrobieniu dobrego czasu na całej górze. Finałowe kilometry przejechałem zatem w trybie ekonomicznym, co było dobrym pomysłem jako, że upał coraz mocniej doskwierał. Przejechanie tego odcinka zajęło mi przeszło 24 minuty (avs. 11,9 km/h z VAM tylko 859 m/h). Podobna była prędkość pionowa na całej górze, z uwagi na straty poniesione w tunelu. Według stravy uzyskałem czas brutto to 1h 25:56, zaś netto 1h 17:46. Co oznacza, iż 8 minut i 10 sekund spędziłem w „jaskiniach Morii”. Za moimi plecami Tomek stopniowo zbliżał się do Darka i ostatecznie doszedł starszego kolegę na odcinku pomiędzy Canyon des Ecouges i Col de Romeyere. Potem już razem zmierzali do celu, który osiągnęli z grubsza dziesięć i pół minuty po mnie. Na pewno jednak zostawili sobie więcej sił na pokonanie odcinka specjalnego o numerze 4b. Na szczycie spędziliśmy razem przeszło 20 minut. W tym czasie od przeciwnej strony na przełęcz dotarła grupka kolarskich weteranów rodem z Hiszpanii. Nie zabawili tu długo, bowiem szybko pognali ku przełęczy Romeyere. Ciekawe czy ściągnęła ich w te strony legenda Bahamontesa?

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2423656155

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2423656155

ZDJĘCIA

20190601_001

FILMY

VID_20190604_130735

VID_20190604_133509

VID_20190604_135000

Napisany w 2019a_Isere & Hautes Alpes | Możliwość komentowania Col du Mont Noir została wyłączona

La Ruchere / Chemin du Habert

Autor: admin o 3. czerwca 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Saint-Christophe-sur-Guiers (D 520C)

Wysokość: 1135 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 734 metry

Długość: 10 kilometrów

Średnie nachylenie: 7,3 %

Maksymalne nachylenie: 13,5 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Po zjeździe z Charmant Som wsiedliśmy ponownie do samochodu by jadąc drogą D520 wzdłuż zachodniego skraju Massif de la Chartreuse podjechać nieco dalej na północ. Mieliśmy do pokonania skromny dystans siedmiu kilometrów dzielący Saint-Laurent-du-Pont od Saint-Christophe-sur-Guiers. Biorąc pod uwagę jak zlaicyzowanym państwem jest współczesna Francja dziwić może to ile jest w niej „świętych” miejscowości. Od liczącego przeszło 170 tysięcy mieszkańców Saint-Etienne po maleńkie wioseczki. To bogactwo nazw pochodzących od kanonizowanych patronów jest świadectwem dawnej, przedrewolucyjnej przeszłości tego kraju. Czasów, w których Królestwo Francji było nazywane „najstarszą córą Kościoła”. A co nas skłoniło do wycieczki od św. Wawrzyńca do św. Krzysztofa? Tym magnesem był podjazd do lokalnej stacji narciarskiej La Ruchere. Wspinaczka relatywnie krótka i niewysoka, lecz bardzo trudna w swej drugiej części. Do tego wypróbowana przed 35 laty na trasie Tour de France. Jednym słowem wzniesienie, które miało przynajmniej dwa „argumenty” za tym by pojawić się w programie tej wyprawy. Poza tym dogodną okolicznością był fakt, iż nie musieliśmy go długo szukać, acz na dojeździe nieco się pogubiliśmy, zahaczając o miasteczko Les Echelles. La Ruchere to przede wszystkim „centre de ski nordique” czyli ośrodek narciarstwa klasycznego. Stacja ta zawdzięcza swą nazwę pobliskiej przełęczy Col de la Ruchere (1407 m. n.p.m.), na którą to dotrzeć można tylko piechotą. Jest tu w sumie 35 kilometrów tras biegowych wyznaczonych na wysokości od 1165 do 1450 metrów n.p.m. Natomiast fani ski-alpinizmu mogą stąd dotrzeć na szczyt najwyższej okolicznej góry Petit Som (1770 metrów n.p.m.). Szosowy podjazd do La Ruchere ma dwa, zupełnie różne, oblicza. Łagodne w dolnej i strome w górnej swej części.

Najpierw mamy tu odcinek 5,2 kilometra o średniej ledwie 4,7% wiodący po szosie D 520C biegnącej na wschód ku Saint-Pierre-d’Entremont. To znaczy do miejscowości położonej w samym centrum masywu Chartreuse, na granicy Sabaudii i departamentu Isere. Niemniej do św. Piotra się nie wybieramy. Na wysokości około 650 metrów n.p.m. trzeba opuścić Route de Entremonts i odbić w prawo na stromą drogę D 102A. Kolejne 5 kilometrów tego wzniesienia to raj dla typowych górali, albowiem średnie nachylenie tego segmentu wynosi aż 10,2%. Kolejne kilometry trzymają bardzo wysoki poziom, kolejno: 11,5 – 11,4 – 10,6 – 9,6%. Dopiero ostatni jest nieco luźniejszy, mając wartość „tylko” 7,7%. Na „Wielkiej Pętli” z 1984 roku ten podjazd miał status premii górskiej najwyższej kategorii (HC). Znalazł się na szesnastym etapie tej imprezy, zdominowanej przez śp. Laurenta Fignona. Była to 22-kilometrowa czasówka ze startem we wspomnianym już Les Echelles i metą w La Ruchere na wysokości 1160 metrów n.p.m. Przy tym dystansie jasnym jest, że sam podjazd został poprzedzony nieco dłuższym odcinkiem w dolinie. Jak można się dowiedzieć z obrazka i opisu na stronie memoire-du-cyclisme. Pierwsze 11,5 kilometra wiodło po płaskim terenie, po trasie wytyczonej na osi południe-północ z nawrotem w Saint-Laurent-du-Pont. Kolejne 10,5 kilometra to był już „nasz” podjazd z razu łagodny, zaś w finale morderczy. Fignon wygrał ten „etap prawdy” w czasie 42:11 (avs. 31,291 km/h). Niemniej zwycięzcą samej premii górskiej, został rewelacyjny Luis Herrera. Na trasie całej czasówki Francuz wyprzedził Kolumbijczyka o 25 sekund. Poniżej minuty do zwycięzcy stracili jeszcze tylko: Hiszpan Pedro Delgado 0:32, Bernard Hinault 0:33 i Bask Julian Gorospe 0:41. Co godne podkreślenia na 6 ostatnich kilometrach filigranowy kolarz z Andów odrobił do Paryżanina aż 40 sekund! Dzień później „Lucho” poszedł za ciosem i dał Kolumbii jej pierwsze etapowe zwycięstwo na trasach TdF, triumfując na mecie w L’Alpe d’Huez.

Zanim podjazd do La Ruchere trafił na trasę największego Touru został przetestowany na etapówce niższej rangi. W roli poligonu doświadczalnego wystąpił i to dwukrotnie wyścig Tour de l’Avenir. Najpierw w sezonie 1981 zakończył się tu etap ze startu wspólnego wygrany przez Patricka Bonnet. Mało znany Francuz wyprzedził wówczas najlepszego „amatora” przełomu lat 70. i 80. czyli mistrza olimpijskiego z Moskwy Rosjanina Siergieja Suchoruczenkowa oraz przyszłą gwiazdę zawodowego peletonu Irlandczyka Stephena Roche’a. Rok później zorganizowano tu czasówkę, na dystansie 21,5 kilometra czyli niemal identycznym co później na TdF. Wygrał ją Amerykanin Greg Lemond przed Kolumbijczykiem Rafaelem Acevedo oraz Szkotem Robertem Millarem. Oczywiście w naszym przypadku każdy miał zagwarantowane miejsce w pierwszej trójce 😉 Po dojeździe na miejsce zatrzymaliśmy w polu już za miasteczkiem. Dlatego na start cofnęliśmy się z Tomkiem do centrum Saint-Christophe-sur-Guiers. Darek ruszył z okolic samochodu i przeszło trzy minuty wcześniej. Można więc powiedzieć, że powtórzyliśmy manewr z pierwszej góry. Dla naszej dwójki podjazd zaczął się po przejechaniu 400 metrów. Szybko odjechałem Tomkowi, który rozpoczął w iście dieslowskim stylu. Pierwszy kawałek wzniesienia z maksymalną stromizną 9,3% skończył się w połowie drugiego kilometra, po dotarciu do wioski Berland. Kolejny czyli odcinek wiodący do osady Le Chatelard (3 km) był już nieco łatwiejszy. Dość szybko odrabiałem stratę do Darka, zaś Tomek miał do mnie w tym momencie 40-50 sekund straty. Ostatecznie doszedłem naszego „lidera” pod koniec piątego kilometra w pobliżu Tunnel du Frou. Gdy już jechaliśmy we dwóch nieco zwolniliśmy oszczędzając siły na ciężką górną połówkę wzniesienia.

Bez szczególnego pośpiechu wjechaliśmy na stromą szosę D 102A, gdzie czekała nas niespodzianka. Tommy wykorzystując lekki spadek terenu tuż przed zakrętem nabrał takiej prędkości, że na pierwszej ściance minął nas z taką prędkością, że wzbudził wiatr, który niemal strącił nas z rowerów. Od razu zyskał nad nami kilkadziesiąt metrów przewagi. Ani mi było w głowie odpowiadać na ten śmiały i niespodziewany atak. Na czekającej nas stromiźnie musiałem zachować spokój jeśli chciałem dotrzeć na górę w jednym kawałku. Szósty kilometr przejechałem jeszcze w towarzystwie Darka, ale na początku siódmego musiałem dać za wygraną. Dario zdecydował się pognać za Tomkiem i ostatecznie dopiął swego, gdyż ten miał wszystko pod kontrolą i odrobinę poczekał na kolegę. Na mnie nie było sensu czekać, gdyż jechałem zbyt wolno. W połowie ósmego kilometra, acz nie w tym samym czasie, minęliśmy kościół we wsi La Ruchere (7,4 km). Potem każdy wiraż oznaczał wizytę w kolejnej osadzie. Minęliśmy zatem: Les Reverdys (8,2 km), Le Grand Village (8,7 km) i w końcu Les Jolys (8,9 km), gdzie skończył się najbardziej stromy fragment tego wzniesienia. W tym momencie traciłem do swych kolegów 1:50. Tymczasem oni dojeżdżali już do hoteliku Le Clayet, gdzie zjechali z głównej drogi w kierunku bagien Granges Molliat. Po przejechaniu 900 metrów dotarli do mety przy miejscowym tartaku. Równie dobrze mogliśmy zostać na drodze D 102A by po kolejnych 800 metrach finiszować w centrum stacji przy budynku lokalnego merostwa. Naszą wspinaczkę skończyłem w czasie 52:40 co oznaczało średnią prędkość 11,4 km/h. Do kresu drogi dotarłem ze stratą 2:20 do swych kompanów. Najważniejsze jednak, że drugiej góry na trzecim etapie nie musiałem pokonywać na raty.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2420797363

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2420797363

ZDJĘCIA

20190603_057

FILMY

VID_20190603_164603

VID_20190603_171104

Napisany w 2019a_Isere & Hautes Alpes | Możliwość komentowania La Ruchere / Chemin du Habert została wyłączona

Charmant Som

Autor: admin o 3. czerwca 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Saint-Laurent-du-Pont (D 520B)

Wysokość: 1668 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1240 metrów

Długość: 22,4 kilometra

Średnie nachylenie: 5,5 %

Maksymalne nachylenie: 12,4 %

PROFIL

  

SCENA i AKCJA

Po tym jak w niedzielę wdrapaliśmy się na Source de la Moliere, najwyższy szosowy podjazd Massif du Vercors w poniedziałek poszliśmy za ciosem. Pierwszym celem trzeciego etapu tej wyprawy było zdobycie Charmant Som, najbardziej wyniosłej kolarskiej mety w sąsiednich górach Chartreuse. Jako, że każdy szosowy szlak wiodący na ten górski szczyt prowadzi przez Col de Porte był to zarazem nasz powrót do pierwszej z sobotnich górskich premii. Oczywiście ponowny wjazd na tą przełęcz od południowej strony nie miałby większego sensu. Dlatego tym razem wdarliśmy się autem do wnętrza Massif de la Chartreuse, by poznać podjazdy w środkowej części tej górskiej grupy. Pierwszą wspinaczkę zacząć mieliśmy z miejscowości Saint-Laurent-du-Pont. Tym samym na dojeździe mieliśmy do pokonania 36-kilometrową trasę przez miejscowość Voreppe i niepozorną przełęcz Placette (587 metrów n.p.m.). Na miejscu czekał nas blisko 24-kilometrowy podjazd o średnim nachyleniu 5,2%. W praktyce to długie wzniesienie składa się jednak z trzech wcale niełatwych sekcji wspinaczek, przedzielonych dłuższym i krótszym odcinkiem niemal płaskiego terenu. Pierwsza tercja to 10-kilometrowy sektor z Saint-Laurent-du-Pont do La Diat prowadzący po drodze D520B wzdłuż rzeczki Guiers Mort. Wymagający od połowy czwartego do końca siódmego kilometra, gdzie najtrudniejsze 500 metrów ma średnie nachylenie 8,4%. W Le Diat skręca się w prawo i wjeżdża na drogę D512 biegnącą na południe ku przełęczy Porte. Ten fragment wzniesienia liczy 8,3 kilometra. Jest tu kilka co najmniej 8%-owych odcinków, zaś najsroższy przez pół kilometra trzyma na poziomie 9%. Zarówno na pierwszym jak i drugim segmencie podjazdu maksymalna (chwilowa) stromizna sięga 11,5%.

Niemniej najcięższe zadanie czeka na śmiałków podczas trzeciego aktu tej wspinaczki. Co prawda pierwsze 1200 metrów za przełęczą Porte jest z grubsza płaskie. Niemniej potem trzeba pokonać trzykilometrowy odcinek o średniej 10%, prowadzący po szosie D57e powstałej w latach 1932-37. Trud jej budowniczych został uwieczniony na licznych tablicach, które stoją na poboczu tej drogi. Poważne wyzwanie dla cyklistów kończy się tu na wysokości kapliczki Oratoire d’Orgeval. Ostatni kilometr podjazdu jest już znacznie łatwiejszy. Meta znajduje się przed oberżą, za którą to piętrzy się wierzchołek góry Charmant Som, przerastający górską gospodę o niemal 200 metrów. Tak u kresu owej wspinaczki jak i w wielu niższych miejscach, spoglądając na wschód dojrzymy charakterystyczny wierzchołek góry Chamechaude (2082 m. n.p.m.). Najwyższego szczytu w paśmie Chartreuse, który pod względem wybitności (deniwelacji względnej) z „wynikiem” 1769 metrów uchodzi za czwartą górę metropolitalnej Francji. Wspomniałem, że Charmant Som zawiera w sobie północny podjazd na Col de Porte. To znaczy szlak, który już 10 razy znalazł się na trasach Tour de France. Można go przemierzyć tak w wersji dłuższej czyli od miasteczka Saint-Laurent-du-Pont lub znacznie krótszej z miejscowości Saint-Pierre-de-Chartreuse. Na „Wielkiej Pętli” każdy z tych wariantów przećwiczono dotąd po pięć razy. Ten pierwszy w latach 1907-10, gdy na górę pierwsi wjeżdżali: Emile Georget, Georges Passerieu, Francois Faber i Charles Crupelandt oraz w 1963 roku, gdy premię górską wygrał Federico Bahamontes. Natomiast opcja druga (poprzedzana zjazdem z sąsiedniej przełęczy Col du Cucheron) była testowana na Tourze z lat 1947, 1961, 1968 oraz 1970 i 1971 gdy najszybciej wspinali się: Jean Robic, Charly Gaul, Roger Pingeon, Eddy Merckx i Luis Ocana. W sezonie 2020 roku peleton TdF po raz dziewiętnasty przejedzie Col de Porte. Organizatorzy początek jedenastej, północnej wspinaczki na tą przełęcz wyznaczyli w mieście św. Wawrzyńca.

My po dojechaniu do Saint-Laurent-du-Pont nie znajdując dogodnego miejsca na „porzucenie” auta wjechaliśmy na podjazd by poszukać szczęścia gdzieś przy trasie przyszłej wspinaczki. Tak przejechaliśmy niemal dwa kilometry, zatrzymując się dopiero w zatoczce pod lasem, tuż przed pierwszym z tuneli i naprzeciwko dawnej destylarni. Potem już na rowerach nieco zjechaliśmy. Niemniej obejrzawszy początkowy odcinek drogi D520B uznaliśmy, iż nie ma sensu zawracać aż do miasteczka. Ostatecznie ruszyłem w towarzystwie Tomka z miejsca równo o kilometr oddalonego od centrum Saint-Laurent. Darek wystartował siedem minut wcześniej i nieco wyżej, bo z osady Fourvoirie. Po niespełna kilometrze jazdy minęliśmy nasz postój, by po chwili zniknąć w długim na 270 metrów tunelu. Na przełomie drugim i trzecim mieliśmy po prawej ręce tory kolejki wąskotorowej. Niemniej największą atrakcją pierwszej tercji tego wzniesienia okazał się przejazd przez urokliwy przełom rzeki czyli Gorges du Guiers Mort, na piąty i szóstym kilometrze wspinaczki. Jak głęboki jest to kanion można się przekonać spoglądając z pobliskiego punktu widokowego Belvedere des Sangles. Tommy nie mógł się zdecydować czy jechać ze mną czy też nieco wolniej. Natomiast Dario zaczął spokojnie i szybko tracił swą początkową przewagę. Tym samym na początku siódmego kilometra, dojeżdżając do mostu Pont Saint-Pierre, ujrzałem go przed sobą jak sposobi się do wjazdu na drogę D103. Taki wybór pozwoliłby mu zobaczyć klasztor Grande Chartreuse (główną siedzibę Zakonu Kartuzów), lecz jednocześnie zmusiłby Dariusza do nadrobienia 700 metrów. Krzyknąłem, więc iż trzeba odbić w prawo i po chwili już we trzech wjechaliśmy na bodaj najłatwiejszy fragment tego podjazdu. Pierwsza połowa tego odcinka nadal wiodła między skałami. Krajobraz zmienił się dopiero, gdy minęliśmy Porte de l’Enclos.

Pod koniec dziewiątego kilometra dotarliśmy do La Diat wjeżdżając na drogę D512, tą samą po której dwa dni wcześniej wspinaliśmy się na Col de Porte od południa. Na początku dziesiątego kilometra minęliśmy miejscowy park rozrywki „zaopatrzony” w tor wyścigowy dla specjalistów od BMX-ów. Na drugiej tercji dość szybko się rozjechaliśmy. Darek odstał wyraźnie, lecz Tomek trzymał kontakt wzrokowy z moimi plecami. Do końca czternastego kilometra jechaliśmy przez łąki i tereny zamieszkane, mijając kolejne osady jak choćby Martinere czy Les Guillets. Potem szosa wpadła w las dając nam więcej cienia. Dzień znów był gorący. Na starcie mieliśmy 26 stopni, ale na szóstym kilometrze już 30, zaś w połowie wspinaczki nawet 33. O tym co nas czeka informowały eleganckie zielone tablice z aktualną wysokością bezwzględną, odległością do Col de Porte i nachyleniem najbliższego kilometra. Na długiej prostej do przełęczy zorientowałem się, iż Tomek ponownie zaczął odrabiać dystans, więc po zakręcie w prawo nieco zwolniłem by szybciej mnie doszedł. Zakładałem, że jak tylko będzie chciał to i tak mnie złapie na stromej końcówce. Wolałem złapać głębszy oddech by później spróbować utrzymać jego koło na stromiźnie przed Charmant Som. Poszło mi lepiej niż się spodziewałem. Nawet byłem tu w stanie dyktować warunki. Według stravy najbardziej stromy fragment o długości 3,7 kilometra pokonaliśmy ze średnią prędkością 10,5 km/h i VAM na poziomie 969 m/h. Żaden wyczyn i tempo ledwie umiarkowane. Niemniej pod koniec przeszło 20-kilometrowej wspinaczki, nazajutrz po niedzielnej gehennie z Col de la Charmette dało mi to nadzieję, że lepsze czasy jeszcze przyjdą. Cały podjazd zabrał nam 1h 34:34 (avs. 13,4 km/h). Zasiedliśmy przed oberżą, zamawiając po kawie i ciastku. Po 11 minutach dojechał do nas Darek. W tych górskich okolicznościach przyrody pozwoliliśmy sobie na 40-minutową sjestę.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2420797478

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2420797478

ZDJĘCIA

20190603_001

FILMY

VID_20190603_133517

VID_20190603_140226

Napisany w 2019a_Isere & Hautes Alpes | Możliwość komentowania Charmant Som została wyłączona

Col de la Charmette

Autor: admin o 2. czerwca 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Saint-Egreve (D 105)

Wysokość: 1261 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1028 metrów

Długość: 12 kilometrów

Średnie nachylenie: 8,6 %

Maksymalne nachylenie: 11 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

W trakcie pierwszych pięciu dni tej wyprawy każdy z drugich podjazdów był dla mnie kryzysowy. Niemniej pośród nich tym zdecydowanie najgorszym był etap 2b, który przyszło nam „rozegrać” na podjeździe do Col de la Charmette. Czemu akurat ten podjazd mnie znokautował? Owszem mało spałem poprzedniej nocy i znów musiałem się zmagać z wysoką temperaturą, którą słabo znoszę. Jednak te dwa czynniki nękały mnie również w kolejnych dniach, acz nie do tego stopnia. Zakładam, że podstawową przyczyną mojej klęski na tym akurat wzniesieniu była długość poprzedniego podjazdu. Zdecydowana większość premii górskich jakie zwykliśmy poznawać w trakcie swych podróży liczy sobie od 10 do 20 kilometrów. Nie inaczej było w okolicach Grenoble. Jednak opisany już podjazd do Source de la Moliere miał aż 34 kilometry. Nie był szczególnie trudny, lecz na jego pokonanie potrzebowałem aż dwóch godzin. Doliczając postój na szczycie i czas potrzebny na zjazd oznaczało to, iż do drugiej niedzielnej wspinaczki przystępowałem mając za sobą blisko 70 kilometrów dystansu oraz dobre trzy i pół godziny spędzone pod palącym słońcem. Tymczasem czekał nas podjazd, na którym przeszło 1000 metrów przewyższenia trzeba było zrobić na przestrzeni niespełna 12 kilometrów. Bardziej stromy niż słynna L’Alpe d’Huez. Jednym słowem wymagający odpowiedniej mocy w nogach. Na świeżości mógłbym się z nim dziarsko zmierzyć. Niemniej tego popołudnia u podnóża owej góry miałem zdecydowanie za mało paliwa w baku. Odcinek pomiędzy obiema górami przejechaliśmy samochodem. Nie był on długi bowiem Sassenage od Saint-Egreve dzieli ledwie 7 kilometrów. Zatrzymaliśmy się na parkingu w zielonej okolicy, w pobliżu Parc de Vence. Około godziny szesnastej upał był wciąż niemiłosierny. Niebawem na starcie wspinaczki mój licznik zanotował temperaturę 34 stopni. Z miejsca postoju podjechaliśmy 800 metrów na start górskiego odcinka do dzielnicy La Monta.

Na mapie bez odpowiedniego powiększenia szlak na Col de la Charmette wygląda niczym strzała. Jakkolwiek nie brak na nim paru wiraży i zakrętów niemniej pierwsze wrażenie znajduje potwierdzenie w praktyce. Przez pierwsze 500 metrów wspinaczka ta prowadzi wzdłuż potoku La Vence, tym samym szlakiem co zachodni wariant podjazdu na Col de Palaquit. Ten prowadzi stąd dalej w kierunku wschodnim drogą D105a. Natomiast nasz szlak D105 odbija tu w lewo by piąć się na północ wzdłuż strumienia Le Tenaison. Na pierwszych siedmiu kilometrach mijamy szereg osad i wiosek. Zdecydowanie największą jest Proveysieux leżąca w połowie czwartego kilometra. Na dojeździe do niej odnajdujemy: Moretiere i Le Mollard. Natomiast powyżej mamy jeszcze do zobaczenia: Le Gua, Savoyardiere oraz Pomarey Dolne i Górne. Po przebyciu 6,7 kilometra droga na dobre gubi się w leśnej głuszy, gdzie wita nas brama wysoka na cztery metry. Na tym podjeździe niemal brak luźniejszych odcinków. Wspomnieć można tylko o dwóch: krótszym na wysokości Le Mollard i dłuższym w pierwszej połowie szóstego kilometra. Tym niemniej większość kilometrowych odcinków trzyma tu na poziomie 8-9%. Najtrudniejszym jest szósty od końca, na którym średnie nachylenie wynosi 10,3%. Wspinaczka kończy się w dość anonimowym miejscu u wylotu z lasu. Przełęcz leży pomiędzy szczytami Grande Sure (1920 metrów n.p.m.) na zachodzie i Charmant Som (1867 metrów n.p.m.) na wschodzie. U kresu szosy stoi kamienna kapliczka Oratorio San Bruno, która w dalekiej przeszłości wyznaczała południową granicę rozległych posiadłości mnichów z klasztoru Grand-Chartreuse. Żaden większy wyścig nigdy nie zawitał na przełęcz Charmette. Za mało tu miejsca na wyznaczenie kolarskiej mety. Do roli górskiej premii też słabo się nadaje, skoro jedynie z południowej strony dojechać na nią można po asfalcie. Teoretycznie tylko 11 kilometrów dzieli ją od położonej na północy miejscowości Saint-Laurent-du-Pont. Niemniej pierwsze 8 kilometrów tego szlaku to ledwie gruntowa ścieżka do Chartreuse-de-Curiere.

Przed nami było zatem 12 stromych kilometrów na drodze D105. W La Monta poczekałem z Tomkiem na przyjazd Darka. Wkrótce razem ruszyliśmy pod górę. W połowie pierwszego kilometra skręciliśmy w lewo ignorując czerwony znak „droga zamknięta” (route ferme). Początkowo nic nie zapowiadało mojej zapaści. Nie czułem się dobrze, ale miałem nadzieję, że w przyzwoitym stylu z umiarkowaną prędkością jakoś uda mi się dotrzeć do celu. Dario odpadł od grupki pod koniec pierwszego kilometra. Ja dyktowałem niewygórowane tempo, raz to jadąc sam, innym razem z Tomkiem. Pierwsze objawy kryzysu poczułem po trzech kilometrach, zaś pod koniec czwartego musiałem pożegnać się z młodszym kolegą. Według stravy pierwsze 5,3 kilometra Tommy przejechał w 27:39. Ja traciłem do niego 48 sekund, zaś Darek 1:41. Niemniej siły szybko mnie opuszczały, zaś upał nadal gnębił. W połowie podjazdu mój licznik zanotował 31 stopni. Po przejechaniu 6,3 kilometra w trakcie przejazdu przez Pomarey-les-Bas zatrzymałem się po raz pierwszy, chcąc się schłodzić wodą z przydrożnego kranu. Zanim ruszyłem dalej minęły dwie i pół minuty. W tym czasie minął mnie Darek, który pokrzepił się faktem, iż ktoś męczy się bardziej od niego. Niestety ten przystanek na niewiele mi się przydał. Na ratunek było już za późno. W połowie ósmego i dziewiątego kilometra ponownie się zatrzymywałem. Z biegiem czasu było ze mną coraz gorzej. Ogółem stawałem siedem razy. Dwa razy niejako przymusowo. Najpierw z uwagi na płot blokujący przejazd, następnie by przebrnąć przez strefę robót drogowych z początku jedenastego kilometra. W końcu zaś na ostatnim kilometrze złapał mnie jeszcze skurcz. W sumie na wszystkich przystankach straciłem 11 minut. Na szczyt dowlokłem się w słabiutkim czasie 1h 23:02, ze średnią prędkością ledwie 8,5 km/h. Tomek czekał na mnie przeszło kwadrans, z czego 11 minut już w towarzystwie Darka. Taki ślimaczy wjazd zdecydowanie nie napawał mnie optymizmem przed kolejnymi etapami. Na szczęście poniedziałkowy odcinek 3b miał być jednym z najkrótszych na tej wyprawie.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2418515318

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2418515318

ZDJĘCIA

20190602_059

FILMY

VID_20190602_175206

Napisany w 2019a_Isere & Hautes Alpes | Możliwość komentowania Col de la Charmette została wyłączona

Source de la Moliere

Autor: admin o 2. czerwca 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Sassenage (D 531)

Wysokość: 1632 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1429 metrów

Długość: 34 kilometry

Średnie nachylenie: 4,2 %

Maksymalne nachylenie: 11,7 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Piątkowy prolog przejechaliśmy w masywie Vercors. Z kolei sobotni pierwszy etap spędziliśmy na drogach Massif de la Chartreuse. Z kolei na niedzielę opracowałem plan mieszany, który zakładał wspinaczki w obu tych pasmach górskich. To znaczy zarówno na lewym jak i prawym brzegu Isery. Najpierw bardzo długi, lecz dość łagodny podjazd z Sassenage ku Source de la Moliere. Potem o wiele krótszy, ale za to stromy wjazd z Saint-Egreve na Col de la Charmette. Od pierwszego z niedzielnych wzniesień dzieliło nas tylko 10 kilometrów. Z Echirolles do Sassenage podjechaliśmy jednak samochodem. Zatrzymaliśmy się na zacienionym parkingu przed szkołą podstawową Vercors Gua. Do ronda przy Place Jean Prevost pozostało nam przejechać 500 metrów główną ulica tego miasteczka (Avenue de Valence). Wspomniane rondo przyozdobione jest skałą zapewne mającą przypominać w cieniu jakich gór się tu znajdujemy. Podjazd do Source de la Moliere przez pierwsze 18,5 kilometra wiedzie po drodze D531 wytyczonej wzdłuż potoku Le Furon. Pierwsze 12 kilometrów do osady Les Jaux w pobliżu wsi Engins to równy podjazd o umiarkowanym nachyleniu od 4 do 6%. Mój licznik na tym sektorze wzniesienia zanotował maksymalną stromiznę o wartości ledwie 7,7%. Dojazd do Engins to szeroka szosa z długimi prostymi i tylko pięcioma wirażami. Kolejne 6,5 kilometra to jeszcze łatwiejszy odcinek, którego główną atrakcją jest przejazd przez malowniczy kanion Les Gorges du Furon, na początku siedemnastego kilometra. Ten fragment podjazdu kończy się na rondzie Hameau de Jaume (18,6 km) w pobliżu znanej z kolarskich wyścigów miejscowości Lans-en-Vercors. Zakończył się w niej wspominany już przeze mnie morderczy etap dwunasty Tour de France z roku 1985, który to wygrał Fabio Parra przed swym rodakiem Luisem Herrerą. Dwaj Kolumbijczycy o 38 sekund wyprzedzili wówczas 15-osobową grupkę, którą na metę przyprowadził Irlandczyk Sean Kelly.

Oczywiście „Wielka Pętla” jeszcze parokrotnie przejeżdżała przez Lans-en-Vercors. Zazwyczaj na szlaku prowadzącym do położonego nieopodal (nieco większego) ośrodka narciarskiego Villard-de-Lans. Tak samo będzie też na szesnastym etapie przyszłorocznego TdF, gdy kolarze miną Lans na 13 kilometrów przed finiszem w Villard. Godzi się jednak wspomnieć, iż przed rokiem na Criterium du Dauphine metę czwartego etapu zorganizowano w pobliżu Lans-en-Vercors, w tamtejszej stacji na wysokości 1409 metrów n.p.m. Odcinek ten wygrał Francuz Julian Alaphilippe przed Irlandczykiem Danem Martinem i Walijczykiem Gerraintem Thomasem, który trzy później wygrał cały ten wyścig. Różnice na mecie były sekundowe. Niemniej Michał Kwiatkowski stracił koszulkę lidera na rzecz swego kolegi z Team Sky Gianniego Moscona. Gwoli ścisłości dodam, iż tego dnia do Lans-en-Vercors dojechano jednak od innej strony, szlakiem przez Col du Mont-Noir oraz miejscowości Rencurel i Villard-de-Lans. Tyle tytułem pobocznego wątku, albowiem chcąc dotrzeć do Source de la Moliere na wspomnianym rondzie trzeba odbić w prawo i wjechać na szosę D106. Na tej drodze należy pokonać kolejne 3,7 kilometra i 215 metrów przewyższenia czyli fragment ze średnim nachyleniem 5,8%. Nasz wspinaczkowy szlak zawraca tu w kierunku północnym. Ten fragment podjazdu kończy się na Col de la Croix-Perrin (1218 m. n.p.m.). Przełęcz ta tylko raz znalazła się na trasie Touru. W roku 1986 na samym początku etapu dziewiętnastego z Villard-de-Land do Saint-Etienne. Niemniej w skromnej roli premii górskiej trzeciej kategorii, którą wygrał Hiszpan Jose-Luis Laguia. Ten sam, który w latach 80. aż pięciokrotnie wygrywał klasyfikacje górską Vuelta a Espana.

Kto ceni sobie komfort jazdy może skończyć wspinaczkę właśnie w tym miejscu czyli po przejechaniu 22,5 kilometra z przewyższeniem 1013 metrów. Można się tu posilić w Auberge de la Croix-Perrin i następnie zawrócić lub też pojechać na drugą stronę przełęczy ku miejscowości Autrans, gdzie podczas Igrzysk Olimpijskich z roku 1968 rozegrano zawody na średniej skoczni. Niemniej chcąc zawojować najwyższy, największy oraz najdłuższy szosowy podjazd w masywie Vercors trzeba być gotowym na odrobinę poświęcenia. Wówczas tuż za wspomnianą oberżą należy skręcić w prawo i wjechać na wąską Route Forestiere Barthelemy. Do przejechania pozostaje 11,6 kilometra o amplitudzie 414 metrów. Mamy więc przed sobą długi, acz łagodny odcinek o średnim nachyleniu 3,6%. Niemniej jazda po tej leśnej dróżce wcale nie należy do lekkich i przyjemnych. Przede wszystkim jej nawierzchnia pozostawia wiele do życzenia. Szosa jest ogólnie kiepska, a miejscami mocno zniszczona. Nie brak miejsc, gdzie asfalt jest w stanie w zaniku. Poza tym nachylenie tego sektora jest zmienne. Na pierwszych trzech kilometrach umiarkowane na poziomie 5,5%. Dalej niższe, w typie „falsopiano”, acz nie bez niespodzianek. Na jednej ściance stromizna sięga tu 9%. Za to finał całego wzniesienia o długości 1200 metrów mocno kontrastuje z wcześniejszymi kilometrami. Jest stromy i prowadzi po jak najbardziej gładkiej nawierzchni. Na tym odcinku średnie nachylenie wynosi 8,9%, zaś w trzech miejscach zbliża się do 12%. W samej końcówce na wysokości parkingu trzeba ominąć szlaban by dotrzeć do końca szosy na placu w cieniu wzgórza Charande (1709 m. n.p.m.). Znajduje się tam punkt widokowy, z którego dojrzeć można górskie szczyty w masywach: Chartreuse, Beaufortain czy Belledonne.

Ten wjazd w naszym wykonaniu wyglądał podobnie jak sobotni pod Col de Porte. Ośmielony umiarkowanym nachyleniem podjazdu postanowiłem się na nim sprawdzić. Tym samym z moimi kolegami rozstałem się już na początku drugiego kilometra. Darek i Tomek jechali oszczędnie i tym razem przez cały czas razem. W pobliżu Engins miałem nad nimi już blisko 8 minut przewagi, na wysokości Lans-en-Vercors przeszło 9, zaś na Col de la Croix-Perrin 12:30. Co więcej na przełęczy oni nie od razu skręcili w prawo. Z początku pojechali prosto, więc zanim zawrócili i wjechali na leśną ścieżkę mieli do mnie już kwadrans straty. Ostatecznie u kresu wzniesienia czekałem na nich 21 minut. Cała wspinaczka zajęła mi z grubsza dwie godziny. Strava na najdłuższym swym segmencie o długości 33,7 kilometra zmierzyła mi czas 1h 59:15 i średnią prędkość 17 km/h. Mocniejszy rytm jazdy utrzymałem do Croix-Perrin, gdzie dotarłem w czasie godziny i 16 minut. Jednak gdy zobaczyłem jak wygląda nawierzchnia trzeciej tercji tego wzniesienia to odpuściłem. Przestawiłem się na tryb turystyczny. Jedynym celem stało się dla mnie dotarcie do szczytu i uniknięcie defektu, o który na tego typu gorszej drodze było łatwiej. Tak czy owak ów podjazd okazał się wymagający. Siły musiałem rozłożyć na pełne dwie godziny. Łatwo się było przeliczyć. Tym bardziej, że znów dokuczał nam upał. Już na starcie w Sassenage było 28 stopni. Potem w okolicach Engins czy Croix-Perrin nawet 33-34! Dopiero na leśnym odcinku temperatura zaczęła szybko spadać. Niemniej nawet na szczycie wciąż wynosiła 25 stopni. Przeszło trzy godziny spędzone w takich warunkach (wliczając przeszło godzinny zjazd) nie pozostały bez wpływu na moją kondycję. Tak naprawdę o tym ile kosztował mnie podjazd na Source de la Moliere dowiedziałem się na kolejnym podjeździe, o czym będzie wkrótce okazja opowiedzieć.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2418515506

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2418515506

ZDJĘCIA

20190602_001

FILMY

VID_20190602_131916

VID_20190602_132026

VID_20190602_133950

VID_20190602_143856

Napisany w 2019a_Isere & Hautes Alpes | Możliwość komentowania Source de la Moliere została wyłączona

Col de Palaquit

Autor: admin o 1. czerwca 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Grenoble (D 57)

Wysokość: 1154 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 931 metrów

Długość: 14,5 kilometra

Średnie nachylenie: 6,4 %

Maksymalne nachylenie: 11,7 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Po zjeździe z Col de Porte nie wsiedliśmy do auta, albowiem także nasz drugi sobotni podjazd mogliśmy zacząć z ulic Grenoble. Miasta będącego stolicą departamentu Isere. Dziś bez gromady satelickich miejscowości ma ono 160 tysięcy stałych mieszkańców. Niemniej jest jednym z głównych francuskich centrów naukowych. Kształci się tu 60 tysięcy studentów, albowiem miasto posiada trzy uniwersytety oraz politechnikę. W dniach od 6 do 18 lutego 1968 Grenoble było organizatorem X Zimowych Igrzysk Olimpijskich. Imprezy, której największą gwiazdą został Jean-Claude Killy. Francuski alpejczyk, który na narciarskich stokach zdobył komplet złotych medali triumfując zarówno w slalomie, slalomie gigancie jak i zjeździe. Po szybkim posiłku przy samochodzie o 14:20 ruszyliśmy na poszukiwanie drogi D57. Podjazd na Col de Palaquit prowadzi tymi samymi trzema drogami, które opisałem w poprzednim wpisie jako południowe warianty wjazdu na wyższą o 172 metry Col de Porte. Należy zakładać, że peleton Tour de France już dziewięć razy przejeżdżał przez Palaquit. Niemniej w ośmiu przypadkach celem kolarskiej wspinaczki była wówczas przełęcz Porte. Można więc powiedzieć, że w latach 1948-98 Col de Palaquit znajdowała się w podobnej sytuacji jak wschodni podjazd na Col du Soulor, leżącej w cieniu wyższej przełęczy Col d’Aubisque. Dopiero przy ostatniej okazji czyli w 2014 roku Palaquit wystąpiła w roli samodzielnej premii górskiej. Stało się tak na etapie trzynastym prowadzącym do stacji Chamrousse. Miała status premii pierwszej kategorii. Kolarze rozpoczęli wówczas wspinaczkę w Saint-Egreve co oznacza, iż organizatorzy wybrali dla nich najbardziej zachodnią opcję startową. My wybraliśmy środkową, zaś do wspomnianej miejscowości udaliśmy się już następnego dnia by zacząć w niej podjazd na Col de la Charmette.

Przed pięciu laty pierwszym zdobywcą Palaquit na „Wielkiej Pętli” został Alessandro De Marchi. Na podjeździe tym rozbiła się wczesna 9-osobowa ucieczka, w której wziął udział m.in. nasz Bartosz Huzarski. Włoch na szczycie wzniesienia wyprzedzał Belga Jana Bakelantsa o 1:15, zaś peletonik z faworytami wyścigu o 2:45. Na nieszczęście dla dzisiejszego kolarza ekipy CCC z premii górskiej do mety brakowało jednak 45 kilometrów, więc ostatecznie został on dogoniony przez najlepszych górali na finałowym podjeździe. Etap ten wygrał Vincenzo Nibali, który o 10 sekund wyprzedził Rafała Majkę. Nasza wersja tego podjazdu w całości poprowadzona po drodze D57 uchodzi za nieco łatwiejszą od przetestowanej przez Tour. Składa się z dwóch fragmentów wspinaczki przedzielonych przeszło półtorakilometrowym zjazdem. Pierwszy „odcinek górski” liczy sobie 5,3 kilometra i kończy się we wiosce Clemencieres, leżącej 627 metrów n.p.m. Drugi ma długość ponad 7 kilometrów. Jest trudniejszy od pierwszego, bowiem zawiera 4-kilometrowy sektor o średnim nachyleniu aż 9,3%. Z uwagi na wspomniany zjazd mamy tu wyraźną rozbieżność pomiędzy przewyższeniem netto i brutto wzniesienia. Według „cyclingcols” amplituda między Grenoble a przełęczą Palaquit wynosi 931 metrów. Niemniej de facto trzeba pokonać w pionie aż 991 metrów. Odejmując odcinek zjazdowy okazuje się, że owo przewyższenie mamy do zaliczenia na dystansie niespełna 13 kilometrów. Gdy ruszaliśmy na spotkanie z tym niełatwym podjazdem upał w Grenoble był niemiłosierny. Mój licznik zanotował temperaturę na poziomie 38 stopni! Niewiele pomagał fakt, iż pierwsze dwa kilometry przejechaliśmy wzdłuż Isery, początkowo korzystając też z nadrzecznego bulwaru. Na wysokości Place Aristide Briand niepotrzebnie pojechaliśmy prosto wzdłuż torów tramwajowych. Tym samym na drogę D1075 czyli Route de Lyon wjechaliśmy od strony północnej. Ostatecznie po przejechaniu przeszło 2,5 kilometra znaleźliśmy początek podjazdu.

Z uwagi na iście tropikalny upał już u podnóża tego podjazdu czułem się „ugotowany”. Dlatego taktykę na ten podjazd miałem konserwatywną. Zamierzałem pojechać z rezerwą, umiarkowanym tempem, byleby tylko przetrwać do samej przełęczy. Trudno powiedzieć byśmy w tych ciężkich warunkach ścigali się z sobą. Niemniej na trasie wiele się działo i ostatecznie zatriumfowała młodość. Z początku jechałem razem z Tomkiem, zaś Darek trzymał się z tyłu z niewielką stratą. Następnie Dario doszedł nas na początku trzeciego kilometra. Dyktowałem tempo w naszej grupce, z której na początku czwartego kilometra zaczął powoli odstawać Tommy. Na wysokości Lachal (3,5 km) tracił już nawet pół minuty. Wkrótce jednak przyśpieszył i przed Clemencieres dołączył do nas. Tu czekał nas wspomniany zjazd kończący się w miejscu, gdzie z drogą D57 łączy się zachodni szlak z Saint-Egreve. Ja pokonałem zjazdowy odcinek bardzo spokojnie. Tym samym gdy podjazd odżył miałem do swych kolegów stratę 25 sekund. Zabrałem się za odrabianie strat, ale chyba zbyt energicznie. Darka złapałem i wyprzedziłem dość szybko. Mocno zbliżyłem się też do Tomka, lecz ciężko mi było go dojść. Dłuższy czas jechałem w niewielką stratą do młodszego kolegi. Ostatecznie jednak ciężko zapłaciłem za swój niepotrzebny zryw. Zaczęły mnie łapać skurcze. W połowie dwunastego kilometra musiałem się pierwszy raz zatrzymać. Skończyła się dla mnie koleżeńska rywalizacja, a zaczęła walka o przetrwanie. Rozstałem się z myślami o ponownym wjeździe na Col de Porte. Dotarcie na Col de Palaquit stało się jedynym, w dodatku dość niepewnym celem. Niespełna kilometr dalej znów musiałem stanąć. W sumie na obu postojach straciłem 2:10. Dowlokłem się jakoś do wioski Sarcenas, po czym już bardziej siłą woli niż mięśni pokonałem ostatni kilometr tej wspinaczki. Na finałowym odcinku 3,5 kilometra jechałem ze średnią prędkością ledwie 10 km/h, zaś wliczając przymusowe przystanki było to ledwie 9 km/h. Cały podjazd pokonałem w 1h 11:05 czyli o 6 minut wolniej niż większą Col de Porte.

Tomek nadrobił nade mną 4:45. Jakim cudem dotarłem do Palaquit o 2:40 przed Darkiem nie wiem. Najwidoczniej Dario też czuł się nieszczególnie. Niemniej w przeciwieństwie do mnie był w stanie pojechać dalej na Col de Porte. Zdążyłem mu tylko krzyknąć, że ja się wyżej nie wybieram i zaczekam na nich na niższej przełęczy. Skurcze długo mnie trzymały, gdyż mocno się odwodniłem. Krótki podjazd na zjeździe też musiałem pokonać na raty. Po dotarciu do Grenoble miałem dość kolarstwa. Do wspinaczki pod La Bastille nikt by już mnie tego popołudnia nie przekonał. Gdybym czuł się dobrze to na pewno spróbowałbym pokonać te przeraźliwie strome dwa kilometry. Podjazd ów wygląda na równie trudny co znane z monumentalnego klasyku Giro di Lombardia wzniesienie Muro di Sormano. W latach 1977-2000 Bastylia aż siedem razy znalazła się na trasach Criterium du Dauphine Libere, tak podczas etapów ze startu wspólnego jak i krótkich czasówek. W latach 1977 i 1979 wygrywał u jej bram słynny Bernard Hinault. Niestety moje nogi nie nadawały się do kolejnej wspinaczki. Tym bardziej takiej, gdzie średnie nachylenie wynosi 14, zaś maksymalna stromizna aż 23%!

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2415287197

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2415287197

ZDJĘCIA

20190601_041

FILMY

VID_20190601_160311

Napisany w 2019a_Isere & Hautes Alpes | Możliwość komentowania Col de Palaquit została wyłączona

Col de Porte

Autor: admin o 1. czerwca 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Grenoble / La Tronche (D 512)

Wysokość: 1326 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1107 metrów

Długość: 15,7 kilometra

Średnie nachylenie: 7,1 %

Maksymalne nachylenie: 10,5 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Do programu pierwszego etapu wybrałem dwa podjazdy w południowej części masywu Chartreuse. Na pierwsze sobotnie danie wspinaczkę pod Col de Porte, zaś na drugie wjazd na położoną w jej pobliżu Col de Palaquit. Taki był nasz plan minimum, bowiem chętni odpowiednio przedłużając sobie drugie wzniesienie mogli ponownie zameldować się na swej pierwszej mecie. Po długiej podróży do Francji pozwoliliśmy sobie na dłuższy sen niż zazwyczaj. Tym samym w teren wyjechaliśmy jeszcze później niż zwykle. Co do sposobu przedostania się na północny kraniec Grenoble zaufaliśmy telefonicznej nawigacji. Ta poleciła nam wykorzystać drogę krajową N87 okrążającą to miasto od wschodniej strony. Objechawszy aglomerację zatrzymaliśmy się na prawym brzegu Isery w pobliżu Pont de Chartreuse. Stąd mieliśmy ruszyć ku naszej pierwszej przełęczy, startując w kierunku miejscowości La Tronche. Strona „cyclingcols” publikuje aż cztery profile przedstawiające rozmaite podjazdy na przełęcz Porte, z czego aż trzy to opcje południowe. Podstawowa czyli północno-wschodnia biegnie po szosie D512. Sąsiednia (południowa) niemal cały czas wiedzie szlakiem D57 aż po przełęcz Palaquit, na której łączy się z tą pierwszą. Natomiast trzecia (południowo-zachodnia) zaczyna się w miejscowości Saint-Egreve na drodze D105a, mija wioskę Quaix-en-Chartreuse, by już po siedmiu kilometrach dobić do wspomnianej D57. Wybrałem dla nas tą pierwszą ścieżkę, zaś druga miała nam posłużyć za trasę etapu 1b. Po cichu liczyłem jeszcze na to, iż pomiędzy dwoma głównymi podjazdami bądź na sam koniec pierwszego etapu uda się nam też pokonać krótką, lecz bardzo stromą wspinaczkę do górującego nad miastem fortu czyli La Bastille (o długości 1,9 kilometra ze średnim nachyleniem ponad 14%).

Col de Porte jest przełęczą o bogatej karcie w dziejach Tour de France. Na trasie największego z Wielkich Tourów wykorzystaną ją już 18 razy (przy czym 8-krotnie podjeżdżano od południa). Przejechano przez nią już w 1907 roku na odcinku z Lyon do Grenoble o długości 311 kilometrów. Jako pierwszy zdobył ją Francuz Emile Georget. Niemniej tak w debiucie jak i na analogicznych odcinkach w kolejnych trzech latach na przełęcz tą zawsze wjeżdżano od łatwiejszej, północnej strony. Podobnie było w roku 1947, gdy po długiej nieobecności Col de Porte wróciła na trasę „Wielkiej Pętli”. Nasz „południowy klasyk” przetestowano na TdF dopiero w sezonie 1948 na maratońskim etapie czternastym z Briancon do Aix-les-Bains. Odcinek ten miał aż 263 kilometry, zaś kolarze poza wkrótce tradycyjnym tryptykiem: Porte–Cucheron–Granier musieli wcześniej pokonać podjazdy pod Galibier i Croix-de-Fer. Tego dnia nie było mocnych na Włocha Gino Bartalego. Toskańczyk wygrał z przewagą blisko 6 minut nad Belgiem Stanem Ockersem i odebrał koszulkę lidera Francuzowi Louisonowi Bobet. W późniejszych czasach jeszcze czterokrotnie (1951, 1958, 1962 i 1965) jechano przez Porte na etapach prowadzących z Briancon do Aix-les-Bains. Jednak były one nieco krótsze i łatwiejsze niż pierwotny, albowiem trzy podjazdy w masywie Chartreuse poprzedzano wspinaczkami na przełęcze Lautaret i Luitel. Z nich najbardziej pamiętny był odcinek 21-wszy z 1958 roku. Charly Gaul wygrał go z przewagą niemal 8 minut nad Belgiem Janem Adriaensensem, zaś do lidera Raphaela Geminianiego odrobił prawie kwadrans. Gaul po swym solowym rajdzie wrócił do gry o żółtą koszulkę, którą ostatecznie wywalczył dwa dni później na 74-kilometrowej czasówce do Dijon. Dodać też można, że Luksemburczyk do dziś pozostaje jedynym dwukrotnym zwycięzcą premii górskiej na Col de Porte, bowiem wygrał ją też na TdF z 1961 roku.

Lista zdobywców tej przełęczy na trasach Tour de France wręcz „poraża” jakością. Oprócz Gaula i Bartalego są na niej inni generalni zwycięzcy tego wyścigu jak i górale najwyższej klasy. Wszak już w 1909 roku pierwszy dotarł na nią Luksemburczyk Francois Faber. Natomiast po II Wojnie Światowej: Francuzi Jean Robic (1947) i Raymond Poulidor (1962), Hiszpanie: Federico Bahamontes (1963) i Julio Jimenez (1965), Francuz Roger Pingeon (1968), wielki Eddy Merckx (1970) czy kolejni Hiszpanie: Luis Ocana (1971) i Pedro Delgado (1989). Ostatnim zwycięzcą tej premii górskiej był zaś Francuz Stephane Heulot, na etapie do Albertville z roku 1998. Przyjmując za punkt startu do tej wspinaczki okolice mostu Chartreuse i bramy św. Wawrzyńca pierwsze 800 metrów na drodze D512 jest niemal płaskie. Na tym odcinku mijamy odchodzącą stromo w lewo uliczkę Chemin de la Bastille. Nasz podjazd de facto zaczyna się dopiero pod koniec pierwszego kilometra, gdy wspomniana droga odbija w lewo przybierając nazwę Route de la Chartreuse. Po czterech kilometrach mijamy elegancką wioskę Corenc z kościołem św. Piotra i Pawła, zaś pod koniec ósmego kilometra docieramy na pośrednią przełęcz Col de Vence leżącą na wysokości 782 metrów n.p.m. Jesteśmy już niemal na półmetku wzniesienia mając jego trudniejszą część za sobą, w tym dwukilometrowy sektor o średnim nachyleniu 9,2%. Potem jest nieco łatwiej, bowiem na pozostałym do szczytu odcinku 8,5 kilometra przeciętna wynosi 6,5%. Pod koniec jedenastego kilometra na wysokości Croix Saint-Bruno mijajmy skręt ku Fort du Saint-Eynard (1332 m. n.p.m.). To ciekawa alternatywa wobec Col de Porte. Meta parę metrów wyżej niż ta na przełęczy i przede wszystkim trudniejsza 4-kilometrowa końcówka, z ostatnimi trzema na średnim poziomie 10,6%. Trzymając się szosy D512 w połowie dwunastego kilometra wjeżdżamy do kolejnej ładnej wioseczki czyli Le Sappey-en-Chartreuse. Dwa kilometry dalej jesteśmy już na Col de Palaquit (1159 m. n.p.m.), skąd do końca wspinaczki brakuje nam już tylko 2,5 kilometra.

Na przełęczy po wschodniej (prawej) stronie drogi wita nas wyborny widok na Chamechaude (2082 m. n.p.m.), najwyższy szczyt Massif de la Chartreuse. Zmęczeni cykliści mogą się tu zatrzymać na popas w restauracji Le Cartusia. Natomiast niestrudzeni powinni z owej przełęczy odbić w lewo i pokonać kolejne ponad 440 metrów w pionie drogą do mety przy Chalets de Charmant Som. My mieliśmy ten finał w programie etapu 3a, po wcześniejszym zaliczeniu północnego podjazdu na Col de Porte. Dlatego w sobotę poprzestaliśmy na poziomie 1326 metrów. Do tej przeszło 15-kilometrowej wspinaczki podszedłem ambitnie. Zacząłem ją dość mocno i szybko rozstałem się ze swymi kompanami. Jednak warunki pogodowe były trudne (aż 33 stopni na starcie) i po sześciu-siedmiu kilometrach poczułem, że „przegrzałem swój system”. Zwątpiłem nawet czy zdołam w dobrym tempie przejechać cały ten podjazd. Ostatecznie jakoś się wybroniłem, w czym zapewne nieco pomogła mi łatwiejsza górna połówka tego wzniesienia. Według stravy zasadniczą część podjazdu pokonałem w 1h 05:05. Moi koledzy pojechali spokojniej. Tomek dotarł na przełęcz ze stratą przeszło 10 minut (byłoby nieco mniej, gdyby nie dwa przystanki na samym dole). Dario finiszował po kolejnych trzech minutach. Zważywszy jednak na upalną aurę obaj dobrze zrobili oszczędzając swe siły na tym podjeździe. Ja miałem wkrótce zapłacić za swe śmiałe harce.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2415287198

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2415287198

ZDJĘCIA

20190601_001

FILMY

VID_20190601_131259

VID_20190601_132510

VID_20190601_133428

VID_20190601_135015

Napisany w 2019a_Isere & Hautes Alpes | Możliwość komentowania Col de Porte została wyłączona