banner daniela marszałka

Archiwum dla lipiec, 2023

Forcola di Livigno

Autor: admin o 8. lipca 2023

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Tirano

Wysokość: 2315 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1875 metrów

Długość: 33,8 kilometra

Średnie nachylenie: 5,5 %

Maksymalne nachylenie: 13 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Góra w sam raz na „gran finale” tej wyprawy. Po pierwsze spore wyzwanie sportowe. Długi podjazd z wysoko usytuowaną metą i olbrzymim przewyższeniem. Po drugie nie mogło być lepszej premii górskiej na zakończenie Giro dei Due Paesi niż wspinaczka ze startem we Włoszech, biegnąca przez Szwajcarię ku mecie na granicy obu tych krajów. Zważywszy, że mieszkając w Tirano mieliśmy ją dosłownie pod naszym nosem pomysł na trasę sobotniego etapu nasuwał się sam. Forcola di Livigno to najwyższa z trzech bram wiodących do wysokogórskiej strefy wolnocłowej Livigno. Gminy mającej niemal 7 tysięcy mieszkańców, choć położonej na wysokości przeszło 1800 metrów n.p.m. Przełęcz Forcola znajduje się w zachodnich Alpach Retyckich, gdzie oddziela Val di Poschiavo oraz Val Lagune w kantonie Gryzonia od Val di Livigno leżącej w Lombardii. Co ciekawe akurat w tym przypadku to szwajcarska dolina znajduje się po południowej stronie Alp. To znaczy w dorzeczu Addy będącej dopływem Padu czyli rzeki zmierzającej do Adriatyku. Natomiast jej włoska sąsiadka wszelkie źródła ze swego terenu wysyła na północ ku rzece Inn, wpadającej do Dunaju kończącego swój bieg w Morzu Czarnym. Ponoć na mapie Włoskiej Republiki są tylko dwa takie przypadki. Drugą jest Passo del Predil na pograniczu Włoch i Słowenii. Zatem wbrew pozorom nie wszystkie ziemie słonecznej Italii leżą po cieplejszej stronie Alp. Droga przez Forcola di Livigno jest otwarta tylko przez pół roku od czerwca do listopada. Przez przełęcz przechodzi granica państwowa, przy czym zastać tu można jedynie włoskich celników. Szwajcarska odprawa celna zlokalizowana jest cztery kilometry dalej na zachód. W La Motta, gdzie rozchodzą się drogi na Forcolę i pobliską Passo del Bernina.

Zdecydowana większość południowego podjazdu na Forcola di Livigno wiedzie przez należący do kantonu Grigioni region Bernina, w którym mówi się po włosku. A ściślej lokalnym dialektem języka lombardzkiego. Wspinaczka zaczyna się w miasteczku Tirano. Niemniej już po przejechaniu 1600 metrów włoską drogą SS38 wjeżdżamy do Szwajcarii. Po drugiej stronie granicy to nadal droga krajowa, lecz z innym numerkiem czyli H29. Blisko 34-kilometrowy podjazd składa się z dwóch sektorów wspinaczkowych przedzielonych długim płaskim odcinkiem. Na początek mamy tu segment z Tirano przez Campcologno i Brusio do Miralago o długości 8,1 kilometra i przeciętnym nachyleniu 6,5%. Potem niemal równie długi kawałek szosy biegnący wzdłuż zachodniego brzegu Lago di Poschiavo i następnie przez Le Prese ku Poschiavo czyli stolicy wspomnianego już regionu Bernina. Na dystansie 7,6 kilometra zyskuje się na nim raptem 52 metry wysokości. Powyżej Poschiavo mamy już niemal stały podjazd o długości 18,5 kilometra i średniej 7%. Zrazu łagodny, lecz dalej już naprawdę solidny. Pierwsze 2100 metrów na dojeździe do San Carlo ma przeciętną tylko 3,8%. Niemniej długi sektor przez Pizzolascio, La Rosa do rozjazdu La Motta to już 12,4 kilometra o średniej 7,7%. Na koniec 4 kilometry przez Val Lagune prowadzące na wschód ku Italii. Całość tej końcówki ma umiarkowaną przeciętną 6,5%. Niemniej ostatnie 2,5 kilometra są trudne. Ich średnia stromizna to 9,1%, zaś przedostatni kilometr trzyma na poziomie 10,1%. W porównaniu z tym wzniesieniem przeciwległy podjazd od strony Livigno jest mikrusem. Ma bowiem mniej niż 500 metrów przewyższenia i de facto ogranicza się do 8 kilometrów wspinaczki z przeciętną 5,2%.

Ostatni podjazd tej wyprawy nie był dla mnie zupełną nowością. Spory jego kawał pokonałem już w sierpniu 2008 roku. Przed piętnastu laty, kilka dni po występie w Alpenbrevet Gold, zatrzymałem się z Łukaszem Talagą na trzy dni w Dolinie Engadyny. Podczas pierwszego z tamtejszych etapów wybraliśmy się na Passo del Bernina (2328 m. n.p.m.). Przełęcz położoną w cieniu Piz Bernina (4049 m. n.p.m.), najwyższego szczytu całych Alp Wschodnich. Podjechaliśmy na nią zarówno od łatwiejszej północnej strony (15,4 kilometra z przeciętną 3,7%) jak i od znacznie trudniejszej południowej z poziomu Poschiavo (17,5 kilometra ze średnią 7,5%). Tym samym „przerobiłem” wówczas 14,5 kilometra i 1040 metrów w pionie z trasy, którą teraz musiałem pokonać chcąc dotrzeć na Forcolę. Ta przełęcz na Giro d’Italia pojawiła się dotychczas tylko raz. Jedynie w 2010 roku na wstępie dwudziestego etapu prowadzącego z Bormio na Passo del Tonale, wygranego przez Szwajcara Johanna Tschoppa. Pierwszy na tą graniczną premię górską dotarł wówczas Australijczyk Matthew Lloyd, który dzięki temu odzyskał prowadzenie w klasyfikacji górskiej 93. Giro. Niemal cały nasz podjazd pokonali też uczestnicy Giro z roku 1954, gdy na etapie z Bolzano do Sankt Moritz podjeżdżali od południa na przełęcz Bernina. Co ciekawe ów odcinek „La Corsa Rosa” też wygrał Helwet, a mianowicie słynny Hugo Koblet. Dodam, iż nieco wcześniej ten sam podjazd przetestowano na dwóch etapach Tour de Suisse z lat 1951 i 1953. Tyle skromnej historii, ale może w przyszłości Giro i TdS będą tu częściej bywać? W październiku tego roku ogłoszono, iż Forcola di Livigno pojawi się na trasie Giro-2024. Jak można przypuszczać w ważniejszej niż uprzednio roli. Na trasie z Manerba del Garda do Livigno-Mottolino kolarze przejadą ją zaledwie 20 kilometrów przed metą piętnastego etapu.

W sobotę mogliśmy ruszyć z domu na rowerach. Do podnóża wielkiej góry mieliśmy tylko półtora kilometra. Wyjechaliśmy z podwórka przed wpół do dziesiątą. Najpierw zjazd do centrum miasteczka, po czym niespełna kilometr na płaskiej Viale Italia. Po paru minutach byliśmy już na rondzie przy Santuario Madonna di Tirano. Ta renesansowa budowla powstała w latach 1505-13. Jest najważniejszą świątynią na obszarze Valtelliny. Uchodzi nawet za jeden z trzech najpiękniejszych kościołów Lombardii po Duomo di Milano i Certosa di Pavia. Sanktuarium szybko minęliśmy wjeżdżając na drogę SS38dirA. Za to drugi z tutejszych skarbów miał nam towarzyszyć niemal do półmetka wspinaczki. Mam na myśli tory kolejowe, po których śmiga Bernina Express. Panoramiczny pociąg kursujący między Tirano i Chur czyli stolicą Gryzonii będącą najstarszym miastem Szwajcarii. Przemykający obok przełęczy Bernina i Albula po najwyżej poprowadzonej trasie kolejowej w Europie. Ma ona długość 144 kilometrów i na całym szlaku aż 55 tuneli oraz 196 mostów. Linia obsługiwana przez Rathischen Bahn (Koleje Retyckie) została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Tory kolejowe na dojeździe do Poschiavo położone są zasadniczo równolegle do drogi asfaltowej. Na zmianę po lewej jak i prawej jej stronie. Niemniej na niektórych odcinkach najwyraźniej zabrakło miejsca w dolinie, bowiem ułożono je na szosie! Ot szwajcarska egzotyka. Podjazd zaczęliśmy przy umiarkowanej temperaturze 22 stopni. Niebo było z lekka pochmurne, więc trudno by zgadnąć jaka pogoda czeka nas na końcu tak długiej wspinaczki. W dodatku niemal dwa tysiące metrów powyżej miejsca startu.

Piotrek zaczął znacznie ostrożniej niż zazwyczaj. Nie wiem czy czuł w kościach swe piątkowe Gran Fondo czy też po wielogodzinnym wysiłku nie wieszczył sobie kolejnego dobrego dnia na rowerze. Na wyjeździe z Italii zarzekał się, że pojedzie spokojnie. Nalegał bym się na niego nie oglądał. Ja wystartowałem umiarkowanym tempem adekwatnym do swych możliwości z początków tegorocznego lata. Mimo to odjechałem koledze i jako pierwszy wjechałem do Szwajcarii. Granica znajduje się w połowie drugiego kilometra wspinaczki, na wysokości 522 metrów n.p.m. Chwilę później manewrowałem już między torami jadąc przez Campocologno. Zarówno szosa jak i tory przeskoczyły tu na lewy brzeg potoku Poschiavino. Pod koniec czwartego kilometra podjazdu byłem już w Campascio, skąd na zachód odchodzi stroma droga do osady Cavaione (9 kilometrów przy średniej 10,3%). Jeszcze w przededniu tego etapu zastanawiałem się czy będzie mnie stać na zrobienie tej wspinaczki po zjeździe z Forcola di Livigno. Po pięciu kilometrach od wyjazdu z Tirano dotarliśmy do Brusio. Wioski, którą rozsławia jeden z najefektowniejszych wiaduktów na trasie Bernina Express. Tymczasem Pietro odzyskał wigor i jeszcze przed końcem dolnej części wzniesienia bez trudu mnie wyprzedził. Cały segment z Tirano do Miralago na południowym krańcu Lago di Poschiavo pokonał w 31:06. Ja w tym momencie traciłem do niego 33 sekundy. Ponieważ drugą (czyli płaską) kwartę trasy na Forcolę potraktowałem ulgowo to do półmetka różnica między nami urosła do dwóch minut. Pomiędzy La Prese i Sant’Antonio trzeba było uważać na tory poprowadzone prawą stroną szosy. Na wylocie z San Carlo straciłem jeszcze kilkadziesiąt sekund czekając na możliwość przejazdu wąską bramą przy kościółku św. Karola Boromeusza.

Po torach kolejowych nie było tu już śladu. Za Poschiavo wybierają one zachodnią stronę doliny by przez Cavaglię i Alp Grum dotrzeć do najwyższej stacji przy Ospizio Bernina (2253 m. n.p.m.). Szosa biegnie zaś wschodnią flanką Val Poschiavo przez teren niemal niezamieszkany. Po niespełna 20 kilometrach wspinaczki minąłem tylko zjazd ku osadzie Pedecosta. Potem widziałem jedynie pojedyncze gospodarstwa, restauracje jak Pozzolascio (23,2 km) i Sfazu (24 km) oraz górski hotel La Rosa (27,2 km). Tym niemniej podjazd prowadził drogą krajową. W dodatku mierzyliśmy się z nim w letni weekend. Zatem obok nas jeździły liczne samochody, motocykle czy nawet busy. Przy drodze H29 swoje przystanki mają autobusy liniowe. Oczywiście nie brakowało też cyklistów i to nie tylko takich jak my amatorów. Na serpentynach między Sfazu a La Rosa śmignęła mi z naprzeciwka spora grupka „profich” z Bahrain-Victorious. Z grubsza tuzin zawodników tej ekipy. Zapewne przebywających na zgrupowaniu w Livigno. Zakładam, że byli dopiero na początku swego sobotniego treningu. Po zjeździe czekała ich jazda pod górę do Bormio i powrót do bazy przez przełęcze Foscagno i Eira. Natomiast wcześniej w Alta Valtellina może jakoweś Mortirolo lub Stelvio? Na wysokości La Rosa można było przez kilkaset metrów odsapnąć. Potem raz jeszcze trzeba było się przyłożyć na dwukilometrowym dojeździe do miejsca, z którego rozchodzą się drogi na Berninę i Livigno. W La Motta musieliśmy skręcić w prawo ku szwajcarskiemu posterunkowi celnemu (29,8 km). W tym miejscu traciłem do Piotra już ze cztery i pół minuty.

Do ostatniej premii górskiej zostały mi jeszcze cztery kilometry. Z tego pierwsze 1500 metrów łagodne, bo z nachyleniem ledwie 2-3%. Dopiero za mostkiem nad Poschiavino czyli od wysokości 2085 metrów n.p.m. zaczyna się ostatnia faza tej wspinaczki. Najpierw długa prosta w otwartym terenie. Potem dwa zakręty i na koniec znów prosto przed siebie, ale ku coraz lepiej widocznej mecie. Po przeszło dwóch godzinach jazdy taki stromy finał mógł nas dobić. Niemniej całkiem nieźle sobie z nim poradziliśmy. Wyliczyłem, że Piotr finiszował z VAM na poziomie 1090 m/h, zaś ja w tempie 1000 m/h. Ostatecznie lider naszego „zespołu” podjechał z Tirano na Forcola di Livigno w 2h 07:05 czyli ze średnią prędkością 16 km/h. Ja na pokonanie góry nr 7 z mojej listy największych potrzebowałem 2h 12:49 (avs. 15,3 km/h). Na całym podjeździe wykręciłem VAM 847 m/h. Niemniej tak mój wynik, jak i Piotrowe 885 m/h było usprawiedliwione faktem, iż w rejonie Poschiavo przez dobry kwadrans trzeba było jechać po płaskim terenie. Na przełęczy było wietrznie i dość pochmurnie, lecz jak na sporą wysokość relatywnie ciepło. Nie mogło zabraknąć okolicznościowych zdjęć. Natomiast darowaliśmy sobie wizytę w tutejszym schronisku czyli Rifugio Tridentina. Jeden mega-podjazd wystarczył nam na zakończenie wyprawy. Obaj tą samą drogą, czytaj najkrótszą z możliwych, wróciliśmy do bazy. Na liczniku uzbierałem 70,5 kilometra z przewyższeniem 1927 metrów. Nierzadko na dwóch górach bywa mniej. Tuż przed Tirano udało mi się jeszcze nagrać przejeżdżające „trenino rosso” czyli Bernina Express. Do Val di Poschiavo wróciliśmy  nazajutrz, bowiem początek naszej długiej drogi powrotnej do ojczystego kraju biegł górskim szlakiem przez Passo del Bernina i Julierpass.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/9411564897

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/9411564897

FORCOLA di LIVIGNO by PIETRO

https://www.strava.com/activities/9410964869

ZDJĘCIA

Forcola_01

FILM

Napisany w 2023a_Ticino & Lombardia | Możliwość komentowania Forcola di Livigno została wyłączona

Rifugio Malghera

Autor: admin o 7. lipca 2023

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Grosio

Wysokość: 1963 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1298 metrów

Długość: 17,9 kilometra

Średnie nachylenie: 7,3 %

Maksymalne nachylenie: ?

PROFIL

SCENA i AKCJA

Po zjeździe z Mortirolo postanowiłem przestawić samochód. Parking przy Via Monte Storile był darmowy tylko przez pierwsze dwie godziny. Ten czas i tak nieco przekroczyłem, więc nie chciałem dłużej kusić losu. Pojechałem na południe, gdzie nowe miejsce znalazłem mu na placu przy Via Milano. W bezpośrednim sąsiedztwie Chiesa di San Giuseppe. W czasie tych przenosin minąłem punkt, z którego miałem zacząć drugi z piątkowych podjazdów. Dlatego po restarcie musiałem zawrócić i przejechać czterysta metrów ku centrum Grosio. Wspinaczka do Rifugio Malghera zaczyna się na styku Via Roma i bocznej Via Valorsa. Wjeżdża się na tą drugą, ale tylko na chwilę, bowiem do wyjazdu z miasteczka służy pnąca się zakosami Via Ezio Vanoni. Ten wstęp i kilka dalszych kilometrów już niegdyś poznałem. W 2014 roku na trzecim od końca etapie Giro della Valtellina przybyłem w te strony wraz z piątką kompanów. Owego dnia najpierw wraz z Adamem Kowalskim zaliczyłem stromą wspinaczkę z Vervio do Alpe di Susen. Po czym w towarzystwie Darka Kamińskiego i Tomka Buszty na ulicach Grosio zacząłem podjazd do Eita. Górskiej osady leżącej na skraju asfaltowej drogi poprowadzonej północnym ramieniem Val Grosina. Przed dziewięciu laty tylko na niej mogliśmy zrobić bez przeszkód kolejne tysiąc metrów w pionie. Dolina ta rozdwaja się na ósmym kilometrze w okolicy osady Fusino. Opcja lewa czyli biegnący ku zachodowi szlak do Rifugio Malghera wówczas był jeszcze zasadniczo szutrowy. Tym niemniej minionej zimy dostałem cynk od wspomnianego już Adama, że obecnie można spokojnie dojechać szosowym rowerem do samego schroniska. Uznałem zatem, iż ten podjazd będzie idealnym uzupełnieniem dnia, w którym po raz trzeci miałem zdobyć sławną Mortirolo.

Anonimowa w kolarskim światku wspinaczka z Grosio do Rifugio Malghera wcale nie okazała się słabsza niż przedpołudniowe Mortirolo w wersji z Tiolo. Miałem tu do pokonania zarówno dłuższy dystans jak i większe przewyższenie. Poza tym pikantniejsze chwilowe stromizny niż na słynnej górze z drugiej strony Valtelliny. Wartość artystyczna też nie mniejsza. Masa ładnych widoczków po drodze. No i rzadkiej urody meta. Cóż zatem mogłem ujrzeć w nagrodę za pokonanie owych 1300 metrów w pionie? Przede wszystkim wybudowane w latach 1888-1919 Santuario della Madonna della Misericordia. Ponoć w sezonie letnim nabożeństwa odbywają się w nim co tydzień. Trzy najważniejsze: na otwarcie i zamknięcie sezonu „halowego” czyli w ostatnią niedzielę maja i drugą niedzielę października, a także 15 sierpnia z okazji Uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Tym sposobem zrobiłem sobie kolarską pielgrzymkę między dwiema świątyniami. Powiedzmy, że w podzięce za generalnie dobrą pogodę podczas tej wyprawy. Po trudach owej wspinaczki mogłem zaś przekąsić i wypić co-nieco przy stole przed wspomnianym Rifugio. To całkiem spore schronisko, którego historia sięga początków XX wieku. Powstało dla potrzeb strudzonych wędrowców. Przede wszystkim tych zmierzających do Santuario della Madonna del Muschio, jak bywa też nazywane tutejsze sanktuarium. Ten trzypiętrowy budynek o powierzchni 800 m2 ma aż 90 miejsc noclegowych. Niemniej pozostaje otwarty tylko w sezonie letnim, od połowy czerwca do pierwszych dni października.

Na drodze do tej pięknej okolicy trzeba było wylać sporo potu. Tym bardziej, że wspinaczka przez Val Grosina wiedzie nasłonecznionym zboczem górskim, zaś dzień był gorący. Na pierwszym kilometrach tego podjazdu kręciłem przy temperaturze 34 stopni. Tymczasem sam początek do łatwych nie należał. Już po 600 metrach z wysokości pierwszego wirażu można ogarnąć wzrokiem niemal całe pozostawione w dole Grosio. W połowie drugiego kilometra wjechałem do sąsiadującej z nim wioski Ravoledo. Za trzecim zakrętem trzeba było pokonać kolejny mocny odcinek. Po trzech kilometrach byłem już poza terenem zabudowanym. W połowie czwartego kilometra szosa wyraźnie skręciła na zachód i niebawem minęła boczną dróżkę zmierzającą do osady Gromo. Druga połowa piątego kilometra z dwoma zakrętami i znów większym nachyleniem. Po niej kilkusetmetrowy dojazd do osady San Giacomo. Za nią szlak skręcił na północ i zaproponował mocniejsze procenty. Powoli zbliżałem się do Fusino. Opcje wskoczenia na drogę ku Rifugio Malghera miałem dwie. Można było zjechać w lewo już po przejechaniu 7,1 kilometra od centrum Grosio. Względnie siedemset metrów dalej tuż przed kościółkiem w Fusino. Ja byłem niecierpliwy i skorzystałem z pierwszego wariantu. Tak czy owak na zachód trzeba było odbić nie docierając do sztucznego jeziorka Bacino del Roasco. Na początek miałem tu kilkaset metrów zjazdu zakończonego przejazdem po koronie Diga di Valgrosina. Następnie stromy kawałek wiodący przez usianą domkami łąkę ku miejscu, gdzie moja dróżka połączyła ze swą północną alternatywą. Odtąd droga była już tylko jedna, zaś kierunek niemal do samego końca zachodni.

Pomiędzy Fusino i Rifugio Malghera trzeba pokonać jeszcze 761 metrów w pionie na dystansie 11,7 kilometra. Średnie nachylenie 6,5 % nie robi żadnego wrażenia. Niemniej na tym szlaku jest sporo niespodzianek. Cała masa odcinków z dwucyfrową stromizną. Zakładam, że niektóre krótsze ścianki miały tu nawet 18 czy 20%. Szosa przez pierwsze osiem kilometrów biegła lewym brzegiem Roasco Occidentale. Zakrętów jak na lekarstwo. Za to mnóstwo pojedynczych gospodarstw i małych osad przy drodze. Jednym słowem było „nieco życia na dzielni”. Na jednym odcinku musiałem ominąć roboty drogowe. W połowie piętnastego kilometra skończył się asfalt i przez następne 2100 metrów trzeba było jechać po szutrze. Niemniej akurat na tym odcinku nachylenie było niewielkie, zaś gruntowa nawierzchnia dobrze ubita. Bez przygód dotarłem do Campo Pedruna (1703 m. n.p.m.), gdzie byłem już na wysokości poznanej przed laty Eity. Tymczasem do tegorocznej mety w Val Grosina zostało mi 2,6 kilometra o średniej 10%. Na szczęście do pokonania po asfalcie. Znów kilkunastoprocentowe ścianki. Na osłodę cztery wiraże, jeden wodospad i bajkowe obrazki po horyzont. Szosa skończyła się przy kamiennym mostku, dwieście metrów przed Malgherą. Jednak bez trudu dało się jechać wyżej po naturalnym dukcie. Za świątynią mogłem pocisnąć jeszcze kilkaset metrów ku mecie przy Casera di Sacco (2008 metrów n.p.m.). Wolałem jednak spocząć przed schroniskiem. Wspinałem się do niego przez 1h 29:09. Średnia prędkość 12,4 km/h i VAM 874 m/h. Ogólnie zrobiłem tego dnia 68 kilometrów z przewyższeniem 2564 metrów. Był to mój drugi najcięższy etap. Zaraz po szwajcarskim, na którym zmęczyłem Alpe Gesero i Prepianto. Gdzież mi jednak było do Piotra. Mój przyjaciel w owym dniu pokonał 132 kilometry z przewyższeniem 4065 metrów. Niespełna 6 godzin i 19 minut jazdy czyli avs. 20,9 km/h. Chapeau Bas!

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/9406786236

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/9406786236

ZDJĘCIA

Malghera_01

FILM

Napisany w 2023a_Ticino & Lombardia | Możliwość komentowania Rifugio Malghera została wyłączona

Passo del Mortirolo (Tiolo)

Autor: admin o 7. lipca 2023

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Tiolo

Wysokość: 1852 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1133 metry

Długość: 13,8 kilometra

Średnie nachylenie: 8,2 %

Maksymalne nachylenie: 15 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Przejaśnienia, które widziałem na zjeździe z Guspessy nie utrzymały się długo. W czwartkowe popołudnie padało. Ja musiałem zrezygnować z wycieczki do Bianzone i podjazdu pod Brattę (1220 m. n.p.m.). Nie zrobiłem go w 2014 roku. Nie starczyło czasu i tym razem. Niemniej to wzniesienie ma 10,3 kilometra przy średniej 8% i przewyższenie 824 metry. Zatem nie było wysoko na liście życzeń. Spędziliśmy kilka godzin pod dachem m.in. oglądając relację z szóstego etapu Tour de France. Michał Kwiatkowski wyglądał na najmocniejszego z uciekinierów. Niestety na finałowym podjeździe do Cambasque do gry wkroczyła dwójka: Pogacar i Vingegaard. Na tych superbohaterów kolarskiego uniwersum nie ma obecnie mocnych, więc polegli wszyscy harcownicy, w tym walczący do końca „Kwiato”. Wieczorem przeszliśmy się po mieście. Udało się pożegnać ostatni w tym dniu skład Bernina Express ruszający ku Szwajcarii. Na szczęście piątek przywitał nas słońcem. Był to zatem idealny dzień na wysokogórskie wspinaczki. Ja co prawda nie planowałem wjazdów ponad poziom 2000 metrów. Niemniej Pietro marzył o dwukrotnym zdobyciu Passo dello Stelvio. Na najwyższą z włoskich premii górskich wjechał już w 2006 roku najtrudniejszym szlakiem od tyrolskiego Prad. Niemniej w przeciwieństwie do mnie nie zaliczył jak dotąd podjazdów z Bormio i wariantu przez Umbrailpass. Postanowił tą sprawę załatwić za jednym zamachem. Przygotował sobie prawdziwą kolarską ucztę. Na pierwsze danie Stelvio po lombardzku. Na drugie po szwajcarsku. Po czym na deser miał jeszcze połknąć polecane przeze mnie Torri di Fraele. Trasa przez dwa państwa, trzy regiony i tyleż stref językowych. Zważywszy, iż w Val Venosta dominuje język niemiecki, zaś w Val Mustair retoromański. Przeambitna wycieczka na miarę mocnego Gran Fondo czyli około 130 kilometrów dystansu i 4000 metrów przewyższenia.

Ruszyliśmy z domu grubo przed dziewiątą. Najpierw musiałem zawieść twardego zawodnika do Bormio. Z Tirano to jakieś 37 kilometrów jazdy po drodze SS38. Zdziwiła mnie duża liczba tuneli na trasie do słynnego ośrodka sportów zimowych. Czyżby przybyło ich od roku 2014? Mniejsza o to. Piotrek wypakował się z auta na parkingu przed Le Corti Superstore Sigma. Następnie udzielił krótkiego wywiadu „korespondentowi z Rzeczpospolitej”. Po czym o wpół do dziesiątej ruszył na północ ku nowej przygodzie. Ja musiałem zawrócić w kierunku „domu” i przejechać samochodem 23 kilometry. Moją bazą wypadową do obu piątkowych wspinaczek było bowiem Grosio. Miasteczko mające przeszło 4400 mieszkańców. Mogące się pochwalić ruinami dwóch średniowiecznych zamków. W tym XIV-wiecznego wybudowanego przez ród Viscontich. Jak również parkiem rytów naskalnych ze skałą Rupe Magna. Z dwóch różnych stron tej miejscowości miałem się wyprawić na Passo del Mortirolo oraz ku Rifugio Malghera. W teorii nieznane mi dotąd wzniesienia. Przynajmniej zasadniczo, albowiem na obu przejechałem przed laty krótsze odcinki. Na Mortirolo trzy finałowe kilometry, na których trasa z Grosio (Tiolo) pokrywa się z tą od Mazzo. Z kolei na szlaku do Rifugio Malghera widziałem wcześniej pierwsze siedem kilometrów, gdy w 2014 roku podjeżdżałem do wioski Eita. Jako się rzekło na pierwszy ogień miało pójść Mortirolo czy też według geograficznych purystów Passo della Foppa. To była moja trzecia kolarska wizyta na tej przełęczy. Pierwsza miała miejsce w 2008 roku na GF Pantani, gdy wspiąłem się na nią od Mazzo in Valtellina. Za drugim razem zaliczyłem wariant z Edolo przez Monno.

Na Passo della Foppa docierają trzy drogi. Niemniej jedna z nich jest płaska, bowiem wspinaczki z Tirano i Lombro de facto kończą się już w pobliżu Monte Padrio. Tym samym w kontekście tej góry możemy mówić jedynie o podjazdach z Valtelliny oraz Val Camonica. Na szczyt dochodzą zatem tylko dwie przeciwległe drogi wspinaczkowe. Tym niemniej jak przekonuje „climbfinder” można nimi zdobyć Mortirolo na osiem różnych sposobów! Strona ta prezentuje aż sześć tras z Valtelliny (w tym dwa warianty z Mazzo) oraz dwa szlaki z Val Camonica (różniące się środkowym odcinkiem powyżej Monno). Poza tym owych podjazdów wcale nie trzeba kończyć na poziomie 1852 metrów n.p.m. Nieco na południe od przełęczy odchodzi bowiem asfaltowa, acz ślepa droga ku Passo Carette di Val Bighera (2130 m. n.p.m.). Skorzystałem z niej w 2020 roku. Passo del Mortirolo to oczywiście słynna góra z tras Giro d’Italia. Najczęściej wykorzystywana na etapach do niedalekiej Apriki. Od roku 1990 peleton „La Corsa Rosa” już piętnastokrotnie wspinał się po jej stromych zboczach. Przy czym na Passo della Foppa raz nie dotarł. Organizatorzy Giro jedenaście razy wykorzystali hardcorowy podjazd z Mazzo in Valtellina (po raz pierwszy w 1991, zaś ostatnio w 2019 roku). Trzy razy łatwiejszy wariant z Edolo (1990, 2017 i 2022). Natomiast raz podjeżdżano z Tovo Sant’Agata, lecz wówczas premia górska była na wysokości 1718 metrów n.p.m., po czym wyścig wrócił do Valtelliny zjeżdżając do Grosio. Mój piątkowy podjazd nie został zatem jeszcze (w swej pełnej wersji) wykorzystany na wyścigu Dookoła Włoch. Trzy razy posłużył za zjazd. Po roku 2012, także w latach 2017 i 2022. A szkoda bowiem jest sportowo trudniejszy od oponenta z Edolo i krajobrazowo ładniejszy od sąsiada z Mazzo.

Po dojechaniu do Grosio zatrzymałem się na małym parkingu przy Via Monte Storile. Wystartowałem kwadrans po dziesiątej. Na początek miałem do przejechania 1400 metrów po drodze SP27. Delikatnie pod górę, bowiem już na tym odcinku zrobiłem niemal 50 metrów przewyższenia. Podjazd z Tiolo zaczyna się od wjazdu na szosę SS42dirA. To start z poziomu 718 metrów n.p.m. Tym samym jest to wariant wspinaczki o najmniejszej amplitudzie z sześciu jakie można wykonać po tej stronie góry. Skromniejsze Mortirolo można sobie zafundować jedynie startując z Val Camonica i dojeżdżając do Monno od strony Ponte di Legno. Dróżki wiodące z Valtelliny na Passo della Foppa są niczym rzeczki, które kolejno łączą się z sobą by ostatecznie dotrzeć do celu jednym korytem. Najniższy punkt startowy znajduje się w Tovo Sant’Agata. Według „climbfinder” na wysokości 539 metrów n.p.m. Potem mamy poziomy 546 i 557 m. n.p.m. w Mazzo, zależnie od tego czy wybieramy klasyczną trasę z Giro czy też początek na Via Orti. Następnie 590 i 666 m. n.p.m. w Grosotto oraz z centrum Grosio. Na koniec ten mój czyli między Vernugą i Tiolo dwoma północnymi dzielnicami gminy Grosio. Najszybciej łączą się z sobą dwa warianty dróg z Mazzo, bo na wysokości 830 metrów n.p.m. Z kolei Grosotto i Grosio „zlewają” się na poziomie 950 metrów, po czym osiągając pułap 1390 metrów wpadają na dróżkę z Tiolo. Ta wspólna już północna droga łączy się z „klasykiem” z Mazzo na wysokości 1573 metrów. Najdłużej swą odrębność utrzymuje super-stromy wariant ze źródłem w Tovo Sant’Agata. On jednoczy się z resztą na poziomie 1718 metrów, zaledwie półtora kilometra przed finałem.

Wspinaczka z Tiolo jest nie tylko najmniejszą od strony Valtelliny, lecz co trzeba obiektywnie przyznać także najłatwiejszą z zaczynanych na szosach prowincji Sondrio. Aczkolwiek słowo „łatwy” i wszelkie jego odmiany czy synonimy nie pasują do żadnej ze wspinaczek pod Mortirolo. Tym niemniej na drodze przeze mnie wybranej pierwsze kilometry uznać można za umiarkowanie trudne. Według „cyclingcols” na odcinku 5,8 kilometra mamy 406 metrów przewyższenia co daje średnią równo 7%. Na samym początku mamy dwustumetrową prostą biegnącą w stronę kolejnego przejazdu pod wiaduktem, na którym spoczywa droga krajowa nr 38. Za nim nasz szlak skręca w prawo i wpada w teren zalesiony. Nachylenie staje się znaczące, ale na pierwsze dwucyfrowe stromizny trzeba poczekać do połowy trzeciego kilometra. Wąska dróżka długo, bo przez niemal dwa kilometry uparcie zmierza w kierunku południowo-zachodnim. Dopiero po przejechaniu 2,1 kilometra od skrętu Tiolo pojawia się pierwszy wiraż. Po nim w ciągu zaledwie kilometra trzeba pokonać pięć kolejnych. Wzdłuż drogi co pół kilometra rozstawione są brązowe tabliczki z danymi podjazdu. Pojawiają się też inne odmierzające aktualną wysokość bezwzględną, co sto metrów w pionie, poczynając od poziomu 800 m. n.p.m. Za szóstym zakrętem na siódmy trzeba czekać dobry kilometr. Droga na tym odcinku po raz pierwszy wypada z lasu. Nieco wyżej pojawia się najłatwiejszy sektor wzniesienia czyli cały kilometr z przeciętną tylko 3,9%. Na otwartym terenie ładne widoczki. Górskie szczyty po wschodniej stronie doliny. Domki z kamienia ulokowane na zielonym zboczu. Osiołki pasące się na łące.

Od połowy szóstego kilometra znów dłuższy odcinek na południe. Jeszcze przed półmetkiem półkilometrowy segment z wartością 11%, a tuż za nim cały kilometr ze średnią 9,5%. Góra po raz pierwszy przypomniała mi, że mam do czynienia z Mortirolo. Następnie nieco poluzowała, by za łącznikiem ze szlakiem od Grosio i Grosotto jeszcze mocniej poprawić. Teraz już całe półtora kilometra ze średnią 11%. Bardzo malowniczy i kręty odcinek z przejazdem między domkami letniskowymi, na którym minąłem kościółek pod wezwaniem Madonna di Pompei. Tym niemniej dopiero na zjeździe można było tym wszystkim oczy nacieszyć. Na podjeździe ów fragment wzniesienia mocniej mnie przytrzymał. Musiałem bardziej powalczyć by przełamać swą słabość. Głębiej odetchnąć mogłem dopiero na początku jedenastego kilometra, gdy minąłem osadę Biorca. Za nią ponowny wjazd do lasu. Jakieś 300 metrów luźniejszego terenu i już byłem na styku z drogą od Mazzo. O ile na szlaku z Tiolo był spokój i sielanka to na niej co chwilę napotykałem cyklistę zmierzającego na Passo della Foppa. Ze wspomnianego wirażu do szczytu pozostaje 3,2 kilometra i niemal 280 metrów w pionie. Trudny odcinek, ale bez przesady. Generalnie na poziomie 9-10% z luźniejszym dojazdem do samej przełęczy. Na tle innych cyckloamatorów wyglądałem całkiem dobrze. Na owych trzech kilometrach zdążyłem minąć jakiś tuzin śmiałków, zaś mnie wyprzedziła tylko jedna osoba. Jak mogłem się zorientować na samej górze większość z tych osób była członkami dość licznej czeskiej ekipy turystycznej. Zapewne razem ruszyli z Mazzo, po czym dokumentnie się rozsypali na trasie legendarnej wspinaczki rodem z Giro.

Finałowe trzy kilometry z przejazdem obok Rifugio Antonio zmęczyłem w niespełna 17 minut. Po około godzinie i 14 minutach od wyjazdu z Grosio po raz trzeci w życiu zameldowałem się na Passo della Foppa. Dodam dla ścisłości, że prawdziwa przełęcz Passo del Mortirolo (1895 m. n.p.m.) znajduje się nieco dalej na północ ukryta za wierzchołkiem Dos Signol. Kolarska Mortirolo była tego dnia oblegana przez rzeszę amatorów kolarstwa. Jakkolwiek dopiero 15 lipca 2023 roku szlak wiodący na tą premię górską miał być całkowicie oddany w ich władanie. Wokół wiaty postawionej na przełęczy kłębiło się kilkadziesiąt osób. Na zdjęcie przy kamiennej tablicy musiałem sobie dłużej poczekać. Łatwiej o okolicznościową fotkę było przy tablicy znajdującej się przeszło sto metrów za najwyższym punktem drogi. Zajechałem nawet nieco dalej. To znaczy na plac, na którym schodzą się drogi biegnące z Mazzo, Edolo i Monte Padrio. Niemniej to miejsce było z kolei opanowane przez głośnych i brzuchatych „harlejowców” z Niemiec. Ty razem nie planowałem przedłużać sobie wspinaczki o dojazd na Col Carette. Podjazd jeszcze dłuższy, wyższy i wcale nie łatwiejszy niż Mortirolo a’la Tiolo czekał mnie popołudniu po drugiej stronie Valtelliny. Czasu na wykonaniu obu miałem dość sporo zważywszy na rozmiar wyzwania na jakie porwał się Piotrek. Niemniej po wszystkim trzeba było jeszcze pojechać do Bormio by odebrać zmordowanego kolegę. Dlatego wolałem bez zbędnej zwłoki wykonać własne zadania w górach wokół Grosio. Według stravy na ponownie zdobycie Mortirolo potrzebowałem 1h 08:50 co oznaczało średnią prędkość 11,9 km/h i VAM 989 m/h. Czas podobny do tego z sezonu 2008. Niemniej w trakcie GF Pantani pokonując Mortirolo robiło się 1300 metrów w pionie. W dodatku mając już w nogach Passo di Gavia.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/9406776980

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/9406776980

PASSO dello STELVIO by PIETRO

https://www.strava.com/activities/9406428580

ZDJĘCIA

Mortirolo_01

FILM

INTERVISTA CON PROTAGONISTA

Napisany w 2023a_Ticino & Lombardia | Możliwość komentowania Passo del Mortirolo (Tiolo) została wyłączona