banner daniela marszałka

Archiwum dla listopad, 2022

Karyntia

Autor: admin o 18. listopada 2022

Austria to jeden z pięciu europejskich krajów moim zdaniem zasługujących na miano „górskiego raju”. To znaczy takich, które są wymarzonym terenem poznawczym dla miłośników szosowych wspinaczek. Za pozostałe uważam: Francję, Hiszpanię, Szwajcarię i oczywiście Włochy. Tak się składa, że pośród tej piątki dawna domena dynastii Habsburgów ma najmniejsze tradycje kolarskie. Acz wypada pamiętać, iż już trzykrotnie gościła szosowe Mistrzostwa Świata. Z drugiej jednak strony jest to kraina, do której nam Polakom najbliżej. Nawet z mojego rodzimego Trójmiasta do serca Tyrolu czyli Innsbrucka dojechać można samochodem w 13 godzin, zaś w okolice Salzburga czy Graz jeszcze szybciej. Pomimo to jak dotąd na austriackiej ziemi bywałem sporadycznie, zaś po raz ostatni przed ponad dekadą. Niemniej to właśnie w tej części Alp Wschodnich zaczęła się moja wielka przygoda polegająca na eksploracji najtrudniejszych szosowych podjazdów Starego Kontynentu. Zarówno tych słynnych czyli bywałych na trasach Wielkich Tourów, jak i niemal anonimowych czyli znanych jedynie ambitnym cykloturystom. Dla mnie wszystko zaczęło się w lipcu 2003 roku na 140-kilometrowej trasie wokół tyrolskiego miasteczka Imst. Pierwszego dnia owej pięciodniowej wyprawy wjechałem od wschodu na przełęcz Pillerhohe, po czym zaliczyłem strasznie długi i wielki podjazd do kresu doliny Kaunertal. Kolejne trzy dni spędziliśmy wówczas na szosach Italii. Po czym finał owej wycieczki wyznaczyliśmy sobie po austriackiej stronie granicy. Była to południowa wspinaczka na przełęcz Hochtor w pobliżu szczytu Grossglockner, najwyższej z austriackich gór.

Po raz drugi pojawiłem się w Austrii dopiero w czerwcu 2010 roku i znów wpadłem tam zaledwie na dwa dni. Było to w drodze powrotnej z blisko dwutygodniowych wojaży po szosach włoskiego regionu Trentino-Alto Adige. Przy tej okazji zaliczyłem najpierw śnieżno-mroźny wjazd na wysoką Edelweissspitze (górską metę nieopodal wspomnianego już Hochtora) oraz nazajutrz stromą i dla odmiany słoneczną wspinaczkę do Alpenhaus pod szczytem Kitzbuheler Horn. W sezonie 2011 na Austrię poświęciłem już więcej czasu. Gościłem w niej dwukrotnie i podobnie jak rok wcześniej w towarzystwie Darka Kamińskiego. Najpierw pod koniec czerwca pojechaliśmy do Tyrolu na przeszło tydzień. Bawiliśmy w zachodniej części tego kraju związkowego poświęcając czas tak na „prywatne” wspinaczki jak i występy w wyścigach organizowanych dla amatorów kolarstwa szosowego. Zaliczyliśmy wówczas m.in. podjazdy na Kuhtai Sattel, Rettenbachferner oraz Bielerhohe. Przede wszystkim zaś wzięliśmy udział w górskim „sprincie” pod hasłem Kaunertaler Gletscherkaiser oraz transgranicznym radmaratonie o nazwie DreilanderGiro, którego trasa prowadziła przez słynną Passo dello Stelvio. Ciekawym dodatkiem do austriackich gór były dwa szwajcarskie wzniesienia, w tym wówczas jeszcze częściowo szutrowa Umbrailpass. W sierpniu 2011 roku zrobiliśmy sobie w Austrii kolejny dwudniowy finał wyprawy rozpoczętej na włoskiej ziemi. Tym razem wpadliśmy do Vorarlbergu, gdzie zaliczyłem wspinaczkę pod Furkajoch i wziąłem udział w maratonie Highlander.

Od tego czasu Austrię oglądałem już tylko „przelotnie” czyli zza szyb samochodów lub z terenu stacji benzynowych. To znaczy podczas rozmaitych podróży do Italii, których celem były włoskie podjazdy we wschodnich Alpach czy też Apeninach. Dopiero w sezonie 2019 zapragnąłem wrócić na szosy Naddunajskiej Republiki. Moim celem miały być wielce wymagające podjazdy landu Karyntia. Jednak z owych planów nic nie wyszło i w sierpniu 2019 roku znów udałem się do Włoch (na górskie drogi Doliny Aosty). Do Karyntii przymierzałem się też w kolejnych latach, ale ostatecznie „odpuszczałem temat” nie czując się na siłach do walki z bardzo stromymi podjazdami, z których słynie ten austriacki region. W minionym roku moja forma fizyczna bynajmniej nie była lepsza niż uprzednio. Niemniej uznałem, że skoro „lat mi nie ubywa” to czas najwyższy zmierzyć się z najtrudniejszymi i zarazem najpiękniejszymi górami południowej Austrii. Podobnie jak przy drugich wyprawach z lat 2020 i 2021 tak i tym razem mogłem liczyć na udział i pomoc Adriana Zdrojewskiego. Zakładałem, że przynajmniej mój 60-kilogramowy kompan będzie się dobrze bawił na tak „nieludzkich” stromiznach. Zaplanowałem nam 15-dniową wyprawę z około trzydziestoma trudnymi wspinaczkami. Obszar do zwiedzania był nieduży, gdyż Karyntia ma powierzchnię 9,5 tysiąca km2. Zatem wystarczyło nam znaleźć jedynie trzy bazy noclegowe. Pierwszą mieliśmy w Maildorf (Wolfsberg) na wschodzie landu. Drugą w Arriach, jak się okazało w geograficznym centrum Karyntii. Natomiast trzecią w Tresdorf (Rangersdorf) na zachodnim krańcu owej krainy.

Program wycieczki był standardowy. Zakładałem zasadniczo dwie góry dziennie, o ile nasze (czy raczej moje) siły na to pozwolą. Niepewną zmienną była też alpejska aura pod koniec kalendarzowego lata. Mimo pogodowych perturbacji, dokuczliwych szczególnie w drugim tygodniu wyprawy, udało nam się jednak zrealizować zdecydowaną większość zakreślonego przeze mnie planu. Zrobiliśmy zatem osiem typowych etapów z dwoma podjazdami od poranka do wieczora. Jeden ambitniejszy z trzema wspinaczkami. Na najdłuższym odcinku polegającym na przejechaniu Nockalmstrasse z obu stron zmęczyliśmy zaś cztery wzniesienia. Niestety deszczowa końcówka drugiego tygodnia pozwoliła nam na zapoznawanie się z ledwie jedną premią górską dziennie. Natomiast 31 sierpnia okazał się dniem przymusowego odpoczynku od wszelkiej rowerowej aktywności. Ogółem między 28 sierpnia a 11 września udało nam się zaliczyć 27 wzniesień, w tym 26 o amplitudzie ponad 500 metrów. Zdecydowaną większość, bo aż 25 pokonaliśmy w granicach Karyntii. Pozwoliliśmy sobie też na dwa wypady do sąsiadujących z nią krajów związkowych. Dzięki nim poznaliśmy jeszcze podjazdy pod Gaberl Sattel w Styrii oraz Hochsteinhutte we wschodnim Tyrolu. Na trasach w sumie 14 górskich etapów „zmęczyliśmy” 16 wspinaczek o przewyższeniu co najmniej tysiąca metrów, w tym dwa olbrzymy o amplitudzie ponad 1500 metrów. Największym z nich był podjazd pod Hochwurtenspeicher (1698 metrów, a brutto nawet 1880!). Niewiele mniejszy był Grosser Speikkogel (1662 metry), zaś trzeci pod tym względem okazał się być Grosssee (1406 metrów).

Austriackie podjazdy były zasadniczo krótsze od tych, które trzy miesiące wcześniej poznawałem na szosach Oksytanii i Prowansji. Tym niemniej wyraźnie górowały one nad francuskimi pod względem wysokości i przede wszystkim stromizny. W Karyntii aż 8-krotnie „wdrapałem się” na wysokość ponad 2000 metrów n.p.m. Najwyższą metą była wspomniana już Hochwurtenspeicher (2421 m. n.p.m.), a drugą jej ciut niższa sąsiadka Grosssee (2417 m. n.p.m.). Trzecie miejsce przypadło znanej z Giro d’Italia Franz-Josef Hohe (2369 m. n.p.m.). Nierówna Hochwurtenspeicher alias Weisssee była również najdłuższym ze wszystkich podjazdów tej wyprawy. Jedynym o długości ponad 20 kilometrów, bo liczącym 22,8 kilometra. Niemniej jak już wspomniałem w owej krainie nie dystans, lecz stromizny stanowiły o skali trudności podjętych przez nas wyzwań. Dość powiedzieć, że 10 spośród naszych premii górskich miało średnie nachylenie na poziomie co najmniej 9%, zaś połowa z nich wartości dwucyfrowe! Przy tym używając języka rodem z koszykarskiej ligi NBA trzy sztuki tzn. Grosse Speikkogel, Gerlitzen Alpenstrasse i Hochsteinhutte to były góry klasy „double-double” czyli o stromiźnie co najmniej 10% i zarazem długości przeszło 10 kilometrów! Acz również środkowa faza Hochwurtenspeicher oraz zasadnicza część podjazdu pod Gerlitzen Gipfel również zasługują na to miano. Nie dziwi zatem, że aż osiem wspinaczek z tej podróży trafiło do pierwszej „setki” najtrudniejszych wzniesień z 20-letniej historii moich wojaży. Przy tym Hochwurtenspeicher i Grosser Speikkogel na sam szczyt owej listy rankingowej, zaś Hochsteinhutte i Grosssee na lokaty wyższe niż tej klasy wzniesienia co: Punta Veleno, Monte Grappa, Mortirolo czy Stelvio.

Poniżej przedstawiam listę premii górskich, które poznałem w sierpniu i wrześniu 2022 roku na szlaku od Wiesenau po Lienz.

Mój rozkład jazdy:

28.08 – Klippitztorl & Gaberl Sattel

29.08 – Weinebene & Koglereck

30.08 – Grosser Speikkogel & Eisenkappler Hutte

1.09 – Turracher Hohe, Falkert See & Gerlitzen Gipfelstrasse

2.09 – Villacher Alpenstrasse * & Gerlitzen Alpenstrasse

3.09 – Nockalmstrasse (von Ost nach West und zuruck)

4.09 – Tschiernock & Gerlitzen Kanzelhohe

5.09 – Malta Hochalmstrasse & Maltaberg

6.09 – Wollaner Nock & Goldeck Panoramastrasse

7.09 – Grosssee & Franz-Josefs Hohe

8.09 – Egger Alm

9.09 – Marterle

10.09 – Hochwurtenspeicher

11.09 – Hochsteinhutte

Napisany w 2022b_Karyntia | Możliwość komentowania Karyntia została wyłączona