banner daniela marszałka

Archiwum: '2016a_Catalunya & Andorra' Kategorie

Pla de Beret

Autor: admin o 12. czerwca 2016

PODJAZD > https://www.strava.com/activities/609343282

Wzorem praktyk stosowanych przez organizatorów trzech Wielkich Tourów naszą długą podróż po iberyjskiej stronie Pirenejów zakończyliśmy „etapem przyjaźni”. W trakcie piętnastu wcześniejszych dni nie daliśmy sobie zbyt wielu okazji do wspólnej jazdy. Co prawda na ogół razem dojeżdżaliśmy do podnóża kolejnych wyzwań, lecz na miejscu działaliśmy już autonomicznie. Startowaliśmy o różnych porach. Każdy w sobie właściwym tempie walczył z terenem, czasem i własnymi słabościami. Z rzadka miałem sposobność przejechać całe wzniesienie w towarzystwie Darka czy końcówkę podjazdu wespół z Rafałem. Koledzy też nieczęsto asystowali sobie na trasach wspinaczek. Dlatego w ostatnim dniu tej wycieczki chcieliśmy nadrobić to towarzyskie niedopatrzenie i w ten sposób wspólnie uczcić sukces szesnastodniowej eskapady. Aby tak się stało ostatnie wzniesienie musieliśmy przejechać na luzie. To znaczy tempem wygodnym dla Rafała. Jazda w tlenie była też wskazana z uwagi na czekającą nas od niedzielnego popołudnia całodobową podróż powrotną do Polski. Pla de Beret czyli podjazd, który wybrałem na ten etap idealnie nadawał się do takiej towarzyskiej przejażdżki. Jakkolwiek w swej zachodniej wersji ma on blisko 20 kilometrów to jest na tyle łagodny, że można go pokonać równym tempem. Poza tym najlepiej ze wszystkich okolicznych podjazdów nadawał się do przetestowania w ostatnim dniu naszego pobytu. Wspinaczka na wspomniany płaskowyż zaczyna się bowiem w miasteczku Vielha. Dzięki temu mogliśmy ruszyć na rowerach bezpośrednio sprzed naszej bazy noclegowej i wyrobić się z powrotem do niej przed południem. Nasz hotel mieliśmy opuścić o 12:00, lecz liczyliśmy na wyrozumiałość gospodarzy czyli „przymknięcie oka” na godzinny poślizg. Miejsce ku któremu się wybraliśmy jest świetnie znane nie tylko amatorom kolarstwa szosowego. Baqueira-Beret (po arańsku Vaqueira) to największa stacja narciarska w Hiszpanii. Założona została w 1964 roku. Obecnie jej wyciągi są w stanie obsłużyć blisko 60 tysięcy osób na godzinę. Zajmuje ona obszar 2166 hektarów na wysokościach od 1500 do 2510 metrów n.p.m. Na jej terenie jest aż 98 tras zjazdowych o łącznej długości 153 kilometrów.

Kolarska historia Pla de Beret jest nieco krótsza, acz bogata. W ostatnich trzydziestu latach korzystali z tego wzniesienia zarówno organizatorzy Vuelta a Espana jak i Volta a Catalunya. Z sąsiedzką wizytą do tej stacji wpadł także Tour de France. Najwcześniej, bo w 1987 roku zajrzał tu wyścig Dookoła Katalonii. Pierwszym zdobywcą płaskowyżu został Alvaro Pino (zwycięzca VaE 1986). Ten Hiszpan rodem z Galicji rok po swym życiowym sukcesie triumfował również w klasyfikacji generalnej Volta a Catalunya. Liderem owej Volty został po wygraniu kończącego się tu piątego etapu, na którym o 33 sekundy wyprzedził Baska Miguela Induraina i Kolumbijczyka Patrocinio Jimeneza. Koszulę lidera odebrał nie byle komu, bo Irlandczykowi Sean’owi Kelly. Sześć lat później finisz w tej stacji również doprowadził do zmiany lidera. W owych czasach Volta wciąż jeszcze była rozgrywana w pierwszej połowie września. Przedostatni szósty etap wygrał Hiszpan Antonio Martin Velasco, który na finiszu wyprzedził Kolumbijczyków: Oliveiro Rincona i Alvaro Mejię. Kilka tygodni wcześniej cała trójka błysnęła na pamiętnym dla nas TdF 1993. Martin wygrał we Francji klasyfikację młodzieżową. Rincon etap do stacji Pal w Andorze. Natomiast Mejia ukończył „Wielką Pętlę” na czwartym miejscu, do końca walcząc o podium z naszym Zenonem Jaskułą. Po finiszu na płaskowyżu Mejia odebrał tu koszulkę lidera Maurizio Fondriestowi. Przed ostatnim etapem Volty on i Martin mieli 11 sekund zapasu nad Włochem. Pochodzący z regionu Trentino specjalista od klasyków był wówczas w życiowej formie. Wygrał finałowy odcinek czyli 19-kilometrową czasówkę z Les do Vielhy. Niemniej po tym „etapie prawdy” zdołał wyprzedzić tylko Martina. Mejia stracił do niego ledwie 7 sekund i wygrał cały wyścig. Martin obronił trzecią lokatę, choć mocno zbliżyli się do niego Indurain, Claudio Chiappucci i Alex Zulle. Młody Hiszpan podpisał wówczas kontrakt z ekipą Banesto. Niestety nie dożył startów w nowych barwach, albowiem w lutym 1994 roku zginął na treningu będąc potrącony przez samochód. Z kolei hiszpańska Vuelta zajrzała na Pla de Beret aż pięć razy. Tylko dwukrotnie finałowe wzniesienie wyglądało tak jak te, które nam przyszło pokonać. Należy bowiem pamiętać o tym, iż tylko przy dojeździe od zachodniej strony wspinaczka liczy sobie 19,5 kilometra. Jeśli natomiast peleton nadciąga od wschodu to wbija się na drogę ku Pla de Beret podczas zjazdu z Port de la Bonaigua od wysokości 1470 m. n.p.m. W takim przypadku finałowy podjazd jest trzy razy krótszy i ma zaledwie 6,5 kilometra.

Warto też zwrócić uwagę na to, że kulminacja tego podjazdu znajduje się przeszło dwa kilometry przed stacją narciarską. Dlatego kolarz wygrywający tu premię górską, niekoniecznie dwie-trzy minuty później cieszył się ze zwycięstwa etapowego. Vuelta swą pierwszą wizytę miała tu zaplanowaną już w 1991 roku. Niemniej zimowa pogoda w pierwszej dekadzie maja zmusiła wówczas organizatorów VaE do anulowania jedenastego etapu. Rok później 240-kilometrowy etap ze startem w Lleidzie przebiegł już bez przeszkód. Na premii górskiej pierwszy był tu Kolumbijczyk Jose Martin Farfan, lecz na mecie wyprzedził go Bask Ion Unzaga. Trzeci na kresce ze stratą 11 sekund finiszował Zulle. Hiszpan Jesus Montoya utrzymał prowadzenie w wyścigu, lecz ostatecznie i tak uległ Szwajcarowi Tony Romingerowi. Helwet w 1992 roku wygrał swój pierwszy z trzech wyścigów Dookoła Hiszpanii. Z kolei podczas Vuelty 1995 na etapie z Tarregi o długości 197 kilometrów pierwszy na premii jak i mecie był wspomniany już Zulle. Szwajcar wygrał tu po solowej ucieczce z przewagą 3:20 nad kolegą z ekipy ONCE Francuzem Laurentem Jalabertem oraz Włochem Michele Bartolim. „Jaja” umocnił się na prowadzeniu zyskując nad wiceliderem Abrahamem Olano kolejne 22 sekundy. W sezonie 1999 po raz pierwszy podjeżdżano na Pla de Beret z poziomu Vielhy. Etap miał 201 kilometrów i startował w aragońskiej Huesce. O zwycięstwo etapowe rywalizowali tu uciekinierzy. Wygrał Włoch Daniele Nardello, który na finiszu z czteroosobowej grupki wyprzedził Kolumbijczyka Victora Hugo Penię i Hiszpana Felixa Garcię-Casasa. Ten ostatni był pierwszy na wcześniejszej premii górskiej. Liderem pozostał Olano, choć stracił 29 sekund do wicelidera Jana Ullricha. Niemiec odebrał mu prowadzenie po kolejnym etapie z metą w Andorra-Arcalis. Kolejny odcinek z zachodu miał tylko 166 kilometrów i rozpoczął się we francuskim miasteczku Cauterets. Premię jak i sam etap wygrał Katalończyk Joaquim Rodriguez, który na finiszu ograł Baska Aitora Osę. Trzeci ze stratą 51 sekund finiszował Constantino Zaballa. Liderem pozostał Bask Isidro Nozal Vega. W końcu zaś w 2008 roku finiszowano tu na etapie z andorańskiego Escaldes-Engordany. Premię jak i cały 151-kilometrowy odcinek wygrał Davide Moncoutie. Francuz do mety dotarł z przewagą 34 sekund nad Hiszpanami: Alejandro Valverde i Alberto Contadorem oraz Baskiem Igorem Antonem. Nowym liderem wyścigu został Amerykanin Levi Leipheimer, który odebrał tu prowadzenie Włochowi Alessandro Ballanowi.

20160612_001

Tour de France finiszował na Pla de Beret tylko raz w 2006 roku. Etap jedenasty tego wyścigu liczył sobie 206,5 kilometra i ruszył z Tarbes. Po francuskiej stronie granicy peleton przejechał cztery przełęcze tzn. Tourmalet, Aspin, Peyresourde i graniczną Portillon. Na finałowym podjeździe pierwszy tak na premii górskiej jak i linii mety był Rosjanin Denis Mienszow, który na finiszu ograł Amerykanów: Leipheimera i Floyda Landisa. Australijczyk Cadel Evans i Hiszpan Carlos Sastre stracili do tej trójki 17 sekund. Pozostali przeszło minutę. Landis odebrał koszulkę lidera Francuzowi Cyrilowi Desselowi. Późniejszy triumfator „Wielkiej Pętli” Hiszpan Oscar Pereiro stracił tego dnia aż 26 minut i 26 sekund! Galicyjczyk wrócił jednak do gry po odpuszczonej na niemal pół godziny ucieczce do Montelimar. Wyścig Dookoła Francji wrócił do Vielhy 10 lipca 2016 roku. W mieście tym wyznaczono bowiem start do dziewiątego etapu. Przy tej okazji zawodowcy pokonali pierwsze 13 kilometrów podjazdu na płaskowyż Beret jadąc ku premii górskiej na przełęczy Bonaigua. Równo cztery tygodnie przed nimi mieliśmy okazję zmierzyć z całym tym podjazdem. Aby wrócić do bazy przed południem musieliśmy wystartować najpóźniej o godzinie 9:30. Tym razem byliśmy punktualni jak w szwajcarskim zegarku. Po wyjściu z hotelu podjechaliśmy krótki odcinek do ronda, na którym schodzą się drogi N-230 i C-28, po czym skręciliśmy w lewo. Licznik włączyłem dopiero w miejscu, gdzie szosa zaczęła się delikatnie wznosić czyli na wysokości Avinguda deth Solan. Zgodnie z oczekiwaniami pierwsze 9 kilometrów tego wzniesienia były  łagodne. Żaden dłuższy odcinek nie trzymał tu na poziomie powyżej 5 %, acz w paru miejscach chwilowa stromizna skoczyła do 7 czy 8 %. Na dojeździe do Salardu (8,9 km) minęliśmy siedem rond. Niemal każde było już przygotowane na powitanie Tour de France. Przed dotarciem do tego miasteczka minęliśmy kilka pomniejszych miejscowości tzn. Betren (0,4 km), Escunhau (2 km), Casarilh (2,6 km), Garros (3,8 km), Arties (6 km) czy Gessa (7,8 km). Dopiero na kolejnych czterech kilometrach nachylenie ustabilizowało się na średnim poziomie 5-6 %, więc podjazd stał bardziej wymagający. Darek kręcił na wysokiej kadencji bez trudu dostosowując się do tempa Rafała. Ja preferuję twardsze przełożenia, więc od czasu do czasu odjeżdżałem im na 50 czy 100 metrów. Niemniej wystarczyło wykonać kilka zygzaków w poprzek drogi czy trzy kółka na najbliższym rondzie by wrócić do swej kompanii. Za zjazdem do Tredos (10,2 km) pokonaliśmy dwa pierwsze wiraże. Niespełna dwa i pół kilometra dalej minęliśmy rondo nr 8, to z narciarzem. To był znak, że wjeżdżamy już do Baqueiry.

20160612_016

20160612_114015

20160612_113511

Opracowany przez strava.com segment Vielha – Baqueira o długości 12,2 kilometra i średniej 3,8 % przejechaliśmy w 42:53 (avs. 17,2 km/h i VAM 652 m/h). Cztery tygodnie później uczestnicy „Wielkiej Pętli” pokonali go w 25-26 minut i zajmują teraz 24 czołowe miejsca w tym zestawieniu. Liderem jest Thomas De Gendt, który wykręcił tu czas 24:44 (avs. 29,8 km/h i VAM 1131 m/h). Belg na tym odcinku podobnie jak nasz Rafał Majka zabrał się w ucieczkę. Na początku czternastego kilometra trzeba było w końcu zjechać z drogi C-28. Przydrożna tablica kazała skręcić w lewo na szosę C-142-B. Według znanego nam profilu wzniesienia z tego miejsca do końca wspinaczki mieliśmy jeszcze 6,5 kilometra o średniej 6,2 %. Droga nabrała bardziej górskiego charakteru. Przed szczytem pokonaliśmy jeszcze dziewięć wiraży, ostatni w odległości 17,9 kilometra od startu. Wcześniej do połowy siedemnastego kilometra wciąż jeszcze jechaliśmy po ulicach Baqueiry. Mijaliśmy duże hotele i dziesiątki apartamentowców. Łatwo mogłem sobie wyobrazić jak tłoczno i gwarno bywa tu zimą. Niemniej w połowie czerwca zionęło tu pustką. Z ostatniego zakrętu przy punkcie widokowym na Vall d’Aran do końca podjazdu zostało nam jeszcze 1800 metrów. Na dziewiętnastym kilometrze przejechaliśmy pod dwoma galeriami. Wspinaczka skończyła się tuż przed boczną drogą do Apartcament de l’Orri (19,7 km). W pobliżu tego miejsca znajdują się źródła dwóch rzek. Na zachód płynie Arriu Garona, która wkrótce staje się Garonną i po pokonaniu 602 kilometrów wpływa do Atlantyku w okolicy Bordeaux. Z kolei na wschód ucieka stąd 154-kilometrowa Noguera Pallaresa, którą poznaliśmy na trzynastym etapie naszej wyprawy szykując się do wypadu na Port del Canto. Ta rzeka wpływa do większej Segre, która z kolei jest dopływem Ebro uchodzącej do Morza Śródziemnemego. Według stravy górny segment o długości 6,4 kilometra przy średniej 5,8 % pokonaliśmy w 30:31 (avs. 12,6 km/h i VAM 733 m/h). Natomiast najdłuższy sektor obejmujący niemal cały podjazd czyli 18,7 kilometra przy średniej 4,6 % w 1h 14:14 (avs. 15,2 km/h i VAM 696 m/h). Zakładam, że przy jeździe na maksa mógłbym na takim wzniesieniu wykręcić średnią około 20 km/h i czas w pobliżu 56 minut. Do pierwszej „10-tki” i tak by mi trochę zabrakło. Na piątym miejscu znalazłem w niej za to naszego rodaka. Michał Majka z Gliwic uzyskał tu czas 52:23 (avs. 21,5 km/h). Po minięciu górskiej premii przejechaliśmy jeszcze 2100 metrów, na których straciliśmy 25 metrów w pionie. Na szybkiej końcówce przyśpieszyliśmy do 44 km/h. Zatrzymaliśmy się po przejechaniu niemal 21,8 kilometra w czasie 1h 21:02 (avs. 16,1 km/h).

20160612_031

20160612_112724

20160612_112424

20160612_110558

Na górze było wietrznie i dość chłodno. Tylko 13 stopni Celsjusza. Poza tym dochodziła już godzina jedenasta. Dlatego zostaliśmy tam tylko przez kwadrans. W drodze powrotnej spędziłem równo godzinę, z czego niespełna 43 minuty w ruchu. Na płaskowyżu jak i w pierwszej tercji zjazdu nie brakowało widoków wartych uwiecznienia na zdjęciach. Natomiast po wyjeździe na główną szosę zatrzymywałem się już rzadziej. Na ogół przy rondach czy podczas przejazdu przez Vielhę. W sumie na pożegnanie z Katalonią przejechaliśmy tylko 45 kilometrów o skromnym przewyższeniu 949 metrów. Klucze bez stresu i zbytniego pośpiechu zdaliśmy około trzynastej. Przed ruszeniem w długą drogę zjedliśmy jeszcze coś w przyhotelowym barze. Potem po przejechaniu na wschodni brzeg Garonny wpadliśmy jeszcze na zakupy do supermarketu Caprabo w dzielnicy Mijaran. Do granicy francuskiej mieliśmy tylko 24 kilometry. W tych niespokojnych czasach czekała nas na niej tyleż szybka co niespodziewana kontrola graniczna. Nikt z nas nie wzbudził podejrzeń pograniczników. Cała podróż do Trójmiasta złożona z hiszpańskiego prologu i trzech długich etapów: francuskiego, niemieckiego i polskiego zajęła nam aż 27 godzin. Oczywiście Rafał zakończył ją w Gorzowie, więc do swego domu wkroczył „już” około południa. Przesadnie ambitnego planu tej podróży nie wykonałem w stu procentach. Niemniej byłem zadowolony ze swej postawy. W ciągu 16 dni pokonałem 30 nowych premii górskich, z czego 21 na terenie Katalonii, 8 w Andorze i 1 w Aragonii. Przejechałem w sumie 1046 kilometrów z łącznym przewyższeniem 31.554 metrów. Po drodze zaliczyłem 17 podjazdów o amplitudzie ponad 1000 metrów i aż 10 razy wjechałem na wysokość powyżej 2000 metrów n.p.m. Największym wzniesieniem na naszym szlaku było Turo de l’Home w masywie Montseny. Natomiast najwyższym andorańska Envalira, tym razem zdobyta przeze mnie od strony południowej. Moi koledzy również stanęli na wysokości zadania. Ba, obaj spisali się na medal. Darek jak dobre wino czyli im starszy tym lepszy. Pokonał tyle samo co ja podjazdów, przy czym Arinsal zamienił na południową Gallinę. Niejedną górę przejechał moim tempem, zaś na stromych odcinkach potrafił pokazać mi plecy. Do tego dał czadu na dwunastym etapie, gdy na szosach Andory przejechał 117 kilometrów o przewyższeniu niemal 3600 metrów. Z kolei Rafał choć fizycznie najsłabszy w naszym gronie dzięki mocnej psychice okazał się królem tego polowania. Zgarnął aż 31 „górskich skalpów”. Szacun tym większy, skoro na zdobycie każdego z nich musiał pracować o 15-30 minut dłużej niż „liderzy grupy”.

Napisany w 2016a_Catalunya & Andorra | Możliwość komentowania Pla de Beret została wyłączona

Presa de Llauset & Estacio de Boi-Taull

Autor: admin o 11. czerwca 2016

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/606232006

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/606232025

Vielha czyli stolica komarki Vall d’Aran była ostatnim przystankiem w trakcie tej przeszło dwutygodniowej podróży po Katalonii i Andorze. W miasteczku tym mieszka ponad połowa z 10 tysięcy mieszkańców owej doliny. Zatrzymaliśmy się w Aparthotel Nou Vielha przy Avenida Alcalde Calbeto Barra 8. Z tej bazy mieliśmy wyruszyć na dwa ostatnie etapy naszej wyprawy. W cenie 140 Euro wynajęliśmy tu na dwie noce jeden z apartamentów na pierwszym piętrze. Zamieszkaliśmy przy drodze krajowej N-230 biegnącej wzdłuż nurtu Garonny do granicy francuskiej. Dolina Aran jest rejonem odciętym od „hiszpańskiej macierzy”. Łatwiej stąd wyjechać do Francji niż skomunikować się z resztą Hiszpanii. Droga na północ prowadzi doliną wspomnianej rzeki do przejścia granicznego na wysokości niespełna 600 metrów n.p.m. Wyjście zachodnie stanowi niezbyt wysoka Coll de Portillon (1293 m. n.p.m.). Za to naturalne łączniki z resztą Królestwa są znacznie bardziej wyniosłe. Na wschód wyjechać można jedynie przez Port de la Bonaigua (2076 m. n.p.m.). Z kolei droga na południe przez wieki całe była jeszcze trudniejsza. Szlak do Aragonii wiódł bowiem górskim duktem przez Port de Vielha (2424 m. n.p.m.). Ten przejazd znacznie uprościło dopiero wybudowanie w 1948 roku pierwszej drogi z tunelem pod tą przełęczą. Skoro zamieszkaliśmy w tej odizolowanej krainie to najprościej było w niej zostać do końca pobytu w Hiszpanii. To znaczy spędzić tu całą sobotę jak i niedzielne przedpołudnie. Teren do ambitnej jazdy by się znalazł. Obok znanego z kolarskich wyścigów niemal 20-kilometrowego podjazdu na Pla de Beret jest tu kilka mniejszych górek o przewyższeniu 600-700 metrów. Przede wszystkim wspomniana Portillon z podjazdem o długości 8,3 kilometra przy średnim nachyleniu 6,7 %. Przełęcz ta została już 19 razy  przetestowana na trasach Tour de France. Zazwyczaj właśnie w swej wschodniej (hiszpańskiej) wersji. Poza tym na stronie „retocima.webcindario.com” znalazłem cztery podobnej wielkości wzniesienia pomiędzy Vielhą a Bossost. Najbliżej naszego miasta był podjazd z Aubert na Bassa d’Oles (1606 m. n.p.m. czyli 10,2 km o średniej 7,1 %). Następnie te z Pont d’Arros na Saut deth Pish (1552 m. n.p.m. > 10,9 km x 6,3 %) oraz z Es Bordes do Artiga de Lin (1464 m. n.p.m. > 9,1 km x 7,2 %). W końcu zaś wspinaczka z Bossost na Mirador d’Arres (1320 m. n.p.m. czyli 7,5 km x 8,1 %). Ja wolałem jednak poznać dwa trudniejsze wzniesienia znajdujące się po południowej stronie wspomnianego tunelu. Wyższe, większe i dłuższe od „arańskiej piątki” czyli pod każdym względem ciekawsze. Dlatego wybrałem: Presa de Llauset (2193 m. n.p.m.) i Boi-Taull (2052 m. n.p.m.).

Pierwszy z tych podjazdów zaczyna się w aragońskiej wiosce Bono, leżącej 24 kilometry na południe od Vielhy. Aby dojechać do podnóża drugiego czyli katalońskiej Barruery musieliśmy pokonać dwa razy większy dystans. Jednym słowem bez samochodu ani rusz. Także z uwagi na długi tunel na drodze N-230. Ruszyliśmy o wpół do jedenastej. Już po siedmiu kilometrach jazdy dotarliśmy do nowego Tunel de Viella. Pierwsza wersja tego tunelu nosiła imię Alfonsa XIII, króla Hiszpanii z lat 1902-1931. Przeprawa ta miała długość 5260 metrów i przez szesnaście lat czyli do roku 1964 była najdłuższym tunelem drogowym na świecie! Niemniej z biegiem lat stał się on przestarzały i niebezpieczny wobec czego podjęto decyzję o budowie jego nowoczesnej alternatywy. W grudniu 2007 roku otwarto zatem drugi Tunel de Viella. Tym razem o długości 5230 metrów, zaś jego patronem został panujący w latach 1975-2014 Juan Carlos I. W tunelu cały czas jeszcze jechaliśmy pod górę, bowiem jego północna strona leży na wysokości 1396 metrów n.p.m., zaś południowa na poziomie 1593 metrów n.p.m. Półtora kilometra za tunelem wjechaliśmy już do Aragonii. Droga N-230 biegnie tu bowiem wzdłuż granicy między oboma regionami, acz na odcinku 15 kilometrów po jej aragońskiej stronie. Zatrzymaliśmy się na dwunastym kilometrze zjazdu chcąc zacząć „zabawę” od bliższej nam wspinaczki do zapory na zbiorniku Embalse de Llauset. To aragońskie wzniesienie było dla mnie sporą niewiadomą. Dowiedziałem się o nim dzięki „zanibike.net” oraz wspomnianej już „retocima”. O ile włoskie „archivio delle salite d’europa” bywa zwodnicze, o tyle hiszpańska „C.I.M.A.” raczej weryfikuje stan nawierzchni wybranych wzniesień. Bywa nawet, że jej autorzy wyrzucają ze swej listy podjazdy o zbyt słabym stanie drogi. W przypadku Presa de Llauset tak się nie stało, acz wpis na temat tej góry został opatrzony notką z 2013 roku o treści: „asfalt bardzo słaby”. Pomyślałem: „może i kiepski, ale zawsze asfalt”. Poza tym cel tej wspinaczki wart był ryzyka. Po hiszpańskiej stronie Pirenejów nie ma wyższej góry dla kolarzy szosowych! Wkrótce mieliśmy się jednak przekonać, iż przymiotnik „szosowy” z biegiem lat stał się tu mało aktualny.

20160611_001

Po starcie z Bono mieliśmy przejechać 17,2 kilometra o średnim nachyleniu 6,6 %. Do pokonania w pionie było aż 1147 metrów. Maksymalna stromizna miała tu wynieść aż 14 %. Rafał ruszył jako pierwszy o godzinie 11:08. Ja i Darek niespełna 10 minut później. Pierwsze cztery kilometry podjazdu prowadziły po szosie N-230. Stan nawierzchni bez zarzutu. Nachylenie umiarkowane, choć po 1150 metrach od startu stromizna chwilowo skoczyła do poziomu 9,2 %. Kilometr dalej pokonałem niespełna dwustumetrowy tunel. Na początku piątego kilometra trzeba było odbić w prawo i następnie skręcając w lewo przejechać pod wspomnianą „krajówką”. Czterysta metrów dalej byłem już na bocznej drodze do wioski Aneto. Dojazd do niej był stromy (max. 9,6 %) i prowadził po szosie niezłej jakości. Według stravy odcinek z Bono do Aneto o długości 5,1 kilometra przejechałem w 18:09 (av.s 17,1 km/h i VAM 1002 m/h). Rafał uzyskał tu czas 29:49 (avs. 10,4 km/h), więc zdążyłem go już wyprzedzić. Dario inaczej niż my zjechał z drogi N-230 przez co nie zapisał się na tym segmencie. Tymczasem pod koniec szóstego kilometra drastycznie zmieniły się nam warunki drogowe. Budowę zapory do której zmierzaliśmy ukończono w 1983 roku. Asfaltowa droga do niej powstała zapewne w tym samym czasie. Po około trzydziestu ostrych zimach niewiele z niej jednak zostało. Wpadliśmy w zasadzkę i na kolejnych 10 kilometrach zmagaliśmy się nie tyle ze stromizną wzniesienia co z nawierzchnią owej drogi. Asfalt w najlepszym razie był chropowaty. Częściej popękany lub dziurawy. Od czasu do czasu trzeba było jechać po szutrze. Należało uważnie wybierać tor jazdy. Obawiałem się, że złapię gumę lub co gorsza przetnę oponę. Zamiast tych o szerokości 23mm przydałoby się mieć 25-tki. Jeszcze lepiej rower przełajowy, ale boksów do wymiany sprzętu tu nie przewidziano. Cóż było robić? Dopóki dało się jechać brnąłem dalej i wyżej. Zastanawiałem się czy moi koledzy będą tak samo zdeterminowani. Do połowy dziewiątego kilometra po lewej ręce miałem widok na dolinę rzeki Noguera Ribagorcana. Potem wyjechałem na otwarty teren, gdzie na hali powyżej 1600 metrów n.p.m. pasło się spore stado krów. Na przełomie dziesiątego i jedenastego kilometra nachylenie odpuściło na kilkaset metrów. Mógłbym tu odpocząć gdyby nie konieczność ciągłego patrzenia pod koła. Na szczęście opony marki Continental (model 4000s) po raz kolejny zdały test wytrzymałości w off-roadowym terenie.

20160611_021

20160611_133430

Technicznie jakoś sobie radziłem, także na kamienistych odcinkach. Tylko raz po przejechaniu 13,2 kilometra zatrzymałem się, by przejść kilkanaście metrów do najbliższego miejsca skąd znów mogłem ruszyć. Następnie w połowie czternastego kilometra minąłem drewnianą chatkę i parę innych śladów ludzkiej cywilizacji. W oddali ujrzałem przed sobą dwie galerie. Pierwsza okazała się bardzo skromna. Druga po 14,7 kilometra od startu była znacznie solidniejsza i zarazem wielce oryginalna. Miała dwa wyloty, z czego jeden dało się ujrzeć dopiero po nawrocie w lewo. Właśnie ten wyjazd należało wybrać. Teoretycznie do przejechania miałem stąd jeszcze dwa kilometry z hakiem. W praktyce sensowna jazda skończyła po przebyciu 15,6 kilometra od startu. Hardcorowy – z uwagi na jakość drogi – segment za wioską Aneto (10,2 km przy średniej 7 %) przejechałem w 48:41 (avs. 12,7 km/h i VAM 880 m/h). Darek wykręcił na nim czas 58:51, zaś Rafał 1h 13:39. Do kresu wspinaczki prowadził ciemny i mokry tunel o długości 1300 metrów. Wjechałem do niego ostrożnie z nadzieją, że uda się go bezpiecznie pokonać. Niestety jako tako oświetlone były tu tylko krótkie odcinki. Dla mnie zbyt ciemno i ślisko, więc bałem się upadku. Co najmniej sześć razy stanąłem i ogólnie bardziej go przeszedłem niż przejechałem. Do parkingu nad sztucznym jeziorem dotarłem po pokonaniu 16,9 kilometra w czasie 1h 18:10 (avs. 12,9 km/h). Było tam chłodno i mgliście. Licznik pokazał tylko 10 stopni Celsjusza. Chmury snuły się nisko nad taflą wody zakrywając okoliczne góry, w tym pobliską Pico de Villibierna (3056 m. n.p.m.). Byłem u wrót do założonego w 1994 roku Parque Natural Posets-Maladeta. Parking od Pico de Aneto (3404 m. n.p.m.) najwyższego szczytu Pirenejów dzieli ledwie 7 kilometrów. Przynajmniej lotem ptaka czyli w linii prostej. Z miejsca postoju miałem dobry widok na tamę o długości 291 i wysokości 82 metrów. Po niespełna kwadransie z mroków „pirenejskiej Morii” wyłonił się Dario, który na dotarcie w to miejsce potrzebował 1h 31:41. Z rozpędu pokonał jeszcze krótki tunel wykuty w skale po drugiej stronie parkingu i zatrzymał się kilkanaście metrów powyżej mojej mety. Po kolejnych czterdziestu minutach dołączył do nas Rafał, który musiał wymienić dętkę po przebiciu. Tym samym nasze zwycięstwo nad górą, drogą i tunelem stało się kompletne. Teraz trzeba było „tylko” bezpiecznie pokonać zniszczony odcinek 11,5 kilometra między Presa de Llauset a wioską Aneto. Udało się to nam bez kraks czy kolejnego defektu. Do samochodu dotarliśmy bez wszelakich złych przygód o godzinie 14:40. Teraz musieliśmy nim przejechać około 25 kilometrów do podnóża podjazdu ku stacji narciarskiej Boi-Taull.

20160611_036

20160611_125420

20160611_131048

20160611_131327

Ruszyliśmy na południe drogą krajową N-230 by już po kilku minutach jazdy ponownie znaleźć się w Katalonii. Po czternastu kilometrach skręciliśmy na północ w regionalną szosę L-500. Zatrzymaliśmy się w Barruera na wysokości 1105 metrów n.p.m. Wedle znanego nam profilu druga wspinaczka miała się na dobre zaczynać od skrętu w drogę L-501. Tym niemniej uznaliśmy, że lepiej będzie wystartować z najbliższego temu miejscu miasteczka niż z odludnej miejscówki gdzieś na górskim szlaku. Dolina do której zawitaliśmy czyli Vall de Boi słynie z dziewięciu wczesnoromańskim kościółków, które w listopadzie 2000 roku zostały wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Z kolei podjazd do Estacio Esqui Boi-Taull został pięciokrotnie wypróbowany na trasach wyścigu Dookoła Katalonii. Po raz pierwszy Volta zajrzała w te strony we wrześniu 1994 roku. Na górze tej wygrał wówczas Włoch Claudio Chiappucci, który na finiszu pokonał Hiszpanów: Pedro Delgado i Laudelino Cubino. Słynny „Il Diablo” po tym zwycięstwie odebrał koszulkę lidera Szwajcarowi Alexowi Zulle, a trzy dni później wygrał cały wyścig. Kolejny finisz w tym miejscu ten z czerwca 1995 roku miałem okazję obejrzeć w kablówce. W czasach świetności Miguela Induraina państwowa stacja TVE transmitowała bowiem wiele rodzimych etapówek m.in. Volta a Catalunya. Chiappucci znów był tu blisko zwycięstwa, lecz ubiegł go 24-letni Hiszpan Jose-Maria Jimenez. „Diabeł” stracił do niego sekundę, zaś trzeci Felix Garcia-Casas 15 sekund. Czwarty ze stratą 0:40 był Francuz Laurent Jalabert, który spokojnie utrzymał prowadzenie i ostatecznie wygrał te zawody. Po raz trzeci wyścig zawitał tu w 1998 roku. Tym razem najmocniejszy okazał się Kolumbijczyk Hernan Buenahora, który o sekundę wyprzedził Hiszpana Fernando Escartina i o 16 sekund Włocha Francesco Frattiniego. Bask Abraham Olano odebrał wtedy koszulkę lidera Anglikowi Chrisowi Boardmanowi, lecz dzień później stracił ją na rzecz Buenahory po etapie do Andorra-Arcalis. Następnie w 2001 roku wygrał tu jeszcze Włoch Ivan Gotti, który wyprzedził Baska Aitora Kintanę i Hiszpana Aitora Gonzaleza odpowiednio o 5 i 6 sekund. Bask Igor Gonzalez de Galdeano odebrał trykot lidera Marcosowi Serrano, lecz cały wyścig wygrał ich kompan z ONCE Bask Joseba Beloki. To wszystko były etapy ze startu wspólnego.

20160611_051

Natomiast w 2002 roku rozegrano na tej trasie górską czasówkę o długości 10,8 kilometra ze startem w Sant Climent na wysokości 1470 metrów n.p.m. Tą próbę wygrał Bask Aitor Garmendia z czasem 22:16 (avs. 29,1 km/h). Drugi tego dnia Hiszpan Roberto Heras stracił 6 sekund, zaś trzeci Litwin Raimonads Rumsas 18. Heras odebrał koszulkę lidera George’owi Hincapie (swemu koledze z US Postal) i ostatecznie wygrał ten wyścig. Drugi w „generalce” był Garmendia czyli triumfator owej czasówki. Tym razem wystartowałem razem z Rafałem o godzinie 15:32. Darek znacznie dłużej zbierał się do drogi i ruszył dopiero 17 minut później. Pierwsze dwa kilometry były bardzo łagodne. Wystartowałem mocno i niedługo cieszyłem się towarzystwem kolegi. Rafa wolał rozpocząć wspinaczkę swoim tempem. Na trzecim kilometrze stromizna momentami przekraczała już 7 czy 8 %. Do wioski Erill la Vall (3,2 km) dojechałem w niespełna 9 minut jadąc ze średnią prędkością 21,2 km/h. Jazda doliną rzeki La Noguera de Tor skończyła się po czterech kilometrach. Tuż za mostem nad rzeką trzeba było skręcić w prawo i wjechać na szosę L-501. Łatwy piąty kilometr doprowadził mnie do wioski Boi (5,1 km). Dopiero w centrum tej miejscowości podjazd stał się bardziej wymagający. Tuż przed pierwszym wirażem na nowej drodze stromizna sięgnęła 9,5 %. Siódmy kilometr był nieznacznie łatwiejszy od szóstego. O szczegółach tego podjazdu na bieżąco informowały mnie przydrożne tablice w kolorze zielonym. Po przejechaniu 7,8 kilometra minąłem kościółek w Taull oblegany przez grupę turystów. Natomiast w górnej części tej miejscowości szereg czteropiętrowych apartamentowców. Do kresu wspinaczki miałem jeszcze 10 kilometrów, zaś do pokonania w pionie 530 metrów. Przy tym najbliższy kilometr miał mieć średnio 8,1 %. Na początku dziesiątego kilometra minąłem Hotel Romanic (9,2 km). Najtrudniejsza faza tej wspinaczki skończyła się w połowie dziesiątego kilometra. Według stravy odcinek 4,7 kilometra o średniej 7,5 % z początkiem we wiosce Boi przejechałem w 20:27 (avs. 13,8 km/h i VAM 1037 m/h). Na początku jedenastego kilometra podczas przejazdu przez miejscowość Pla d’Ermita (10,1 km) trafiła się krótka chwila zjazdu. Następnie pod koniec dwunastego kilometra przejechałem na południowy brzeg Riu de Sant Marti (11,8 km).

20160611_071

Najłatwiejszy fragment tego wzniesienia to przełom trzynastego i czternastego kilometra od Barruery. Właśnie tu naszła mnie chwilowa mżawka. Niemniej ani przez chwilę nie pomyślałem by zawrócić. Lekki deszcz w trakcie podjazdu to w końcu żaden problem. Zacząłbym się martwić dopiero gdyby zamieniał się on w ulewę tuż przed moim zjazdem. Tym niemniej nawet taki gorszy moment mógłbym przeczekać na terenie ośrodka narciarskiego. Cztery kilometry przed finałem wspinaczka znów stała się poważniejsza. Ostatnia kwarta to całkiem solidny odcinek podjazdu. Droga trzyma tu na stałym poziomie od 6 do 7 %. Na tej wysokości zielone górskie łąki ożywiały swym kolorem jakieś żółte kwiatki, najprawdopodobniej żarnowce. Podjazd wiódł tu najpierw równolegle do potoku Riuet de Molleres, zaś następnie pokonał cztery cztery wiraże z czego ostatni na niespełna 900 metrów przed finałem wspinaczki. Końcowe 4,8 kilometra o średniej 6,2 % pokonałem w czasie 18:01 (avs. 16,1 km/h i VAM 994 m/h). Podobnie jak na niższym odcinku załapałem się tu do trzeciej „10-tki” w gronie przeszło 200 użytkowników stravy. Zatrzymałem się przed biało-czerwonym szlabanem przejechawszy 18,2 kilometra z przewyższeniem 939 metrów w czasie 1h 02:37 (avs. 17,5 km/h). Potem przeszedłem jeszcze pod tą barierką i podjechałem nieco wyżej do końca asfaltu tzn. do nieczynnego o tej porze roku wyciągu narciarskiego. Oczekując na przyjazd obu kolegów zdążyłem zadzwonić do rodziców, którzy od kilku dni oczekiwali na wieści ode mnie. Na stravie najdłuższy oficjalny segment z tej góry ma długość 13,2 kilometra długości co przy 815 metrach przewyższenia daje średnio 6,2 %. Ten odcinek pokonałem w czasie 49:09 (avs. 16,2 km/h i VAM 995 m/h) co dało mi na nim 20 miejsce pośród 171 osób. Darek był niewiele wolniejszy. Wykręcił tu bowiem czas 52:23 (avs. 15,2 km/h i VAM 923 m/h) dzięki czemu złapał Rafała, który pokonał ten sam odcinek w 1h 09:32 (netto 1h 07:00). Na tle tablicy i obu szlabanów zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia. Dość szybko rozpoczęliśmy zjazd. Ja do Barruery zjechałem w niespełna 48 minut, z czego przez 35 byłem w ruchu. W sumie tego dnia przejechaliśmy 70,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 2096 metrów. Po dotarciu do samochodu nie śpieszyliśmy się z wyjazdem do Vielhy. Przed powrotem do bazy zajrzeliśmy jeszcze do miejscowego sklepu spożywczego. Na pamiątkę zakupiłem w nim dwie nalewki sporządzone na bazie miejscowych owoców.

20160611_086

20160611_170816

Napisany w 2016a_Catalunya & Andorra | Możliwość komentowania Presa de Llauset & Estacio de Boi-Taull została wyłączona

Llac de Sant Maurici & Port de la Bonaigua

Autor: admin o 10. czerwca 2016

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/605058810

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/605058860

Po raz trzeci na tym wyjeździe nie musieliśmy dojeżdżać autem do podnóża pierwszej góry. Szosę prowadzącą do jeziora świętego Maurycego widzieliśmy z okna naszego apartamentu. Była niemal na wyciągnięcie ręki. Wciśnięta między głośny potok Riu Escrita i elektrownię wodną korzystającą z mocy tego żywiołu. Lokale spod szyldu Peret de Pereto znajdowały się przy tym na półmetku naszej przedpołudniowej wspinaczki. Postanowiliśmy w pełni wykorzystać to szczęśliwe położenie. Teoretycznie wspomniany lokal mieliśmy opuścić do 12:00. Zaliczając ten podjazd o wczesnej porze po zjechaniu do bazy moglibyśmy się jeszcze odświeżyć. To znaczy wziąć prysznic i zjeść „małe co nieco” przed samochodowym transferem. Przy odrobinie porannej mobilizacji ów plan mógł się udać. Zaplanowałem sobie zatem wyjście na rower przed godziną dziewiątą. Wyszło nawet lepiej, gdyż udało nam się wystartować o 8:37. Nam tzn. piszącemu te słowa oraz Rafałowi. Dario ruszył dopiero o 9:42, ale i tak bez trudu zdążył wrócić przed południem. Na początek trzeba było pokonać 8-kilometrowy zjazd ku regionalnej drodze C-13. Przy tej okazji mogliśmy sobie obejrzeć dolną połowę czekającego nas wzniesienia. Mając spory zapas czasu nie śpieszyliśmy się zbytnio. Poza tym musiałem zrobić zdjęcia tej fazy podjazdu, skoro późniejszy zjazd ze szczytu mieliśmy uciąć w połowie. Pogoda na razie dopisywała. Było słonecznie i mimo wczesnej pory dość ciepło czyli 18 stopni Celsjusza. Gdy dotarliśmy na sam dół Rafa niemal od razu ruszył pod górę. Ja strzeliłem jeszcze kilka fotek z miejsca startu. Po lewej stronie dojrzałem tamę na zalewie Panta de la Terrassa, zaś po prawej miałem stację benzynową lokalnej sieci Cervos Group. Podjazd do Llac de Sant Maurici (1917 metrów n.p.m.) miał mieć 15,8 kilometra długości i przewyższenie netto 977 metrów. Średnie nachylenie umiarkowane bo na poziomie 6,2 %, ale maksymalna stromizna miała tu wynieść aż 18 %. Praktycznie wszystkie strome ścianki przewidziane były za półmetkiem wspinaczki. Głównie na trzeciej zdecydowanie najtrudniejszej kwarcie kończącej się tuż przed wjazdem na teren Parc Nacional d’Aigüestortes i Estany de Sant Maurici. Park ten został założony już w 1955 roku i dziś obejmuje teren przeszło 40 tysięcy hektarów. W jego granicach znajdują się cztery górskie szczyty wysokie na ponad 3000 metrów n.p.m. oraz niemal dwieście jezior. Żyją w nim: kozice, gronostaje, świstaki, daniele, sarny, orły przednie, sępy płowe, orłosępy, głuszce, pardwy, traszki pirenejskie i nawet jadowita żmija żebrowana.

Bogactwo tutejszej fauny i flory jest z pewnością głównym powodem, dla którego do błękitnych wód Llac Sant de Maurici nigdy nie dotarł żaden wyścig kolarski. Tym niemniej położone 600 metrów niżej Espot dwukrotnie widziało uczestników Volta a Catalunya. Po raz pierwszy w sezonie 1979 gdy po solowym rajdzie wygrał tu Josef Fuchs. Szwajcar dotarł do mety z przewagą 5:40 nad Pedro Vilardebo i 6:19 nad Angelem Arroyo. Ten ostatni został wtedy nowym liderem wyścigu, lecz w generalce ostatecznie triumfował Vicente Belda, który na tym etapie był piąty. Z kolei w roku 1988 finisz jednego z górskich odcinków Volty wyznaczono w pobliskim ośrodku Super-Espot (1510 m. n.p.m.). To stacja narciarska położona niespełna trzy kilometry na południowy-zachód od centrum miejscowości. Z etapowego sukcesu ponownie cieszył się niezagrożony przez nikogo samotny uciekinier. Był nim Hiszpan Arsenio Gonzalez, który o 7:27 wyprzedził Laudelino Cubino i o 7:46 grupkę z Marino Lejarretą na czele. Cubino zdobył tego dnia koszulkę lidera, lecz podobnie jak Arroyo jej nie utrzymał. Cały wyścig znów wygrał piąty zawodnik z Espot czyli 24-letni wówczas Miguel Indurain. Dla triumfatora Tour de France z lat 1991-95 było to pierwsze z trzech zwycięstw w Dookoła Katalonii. „Big Mig” w swoim stylu załatwił sobie to zwycięstwo na czasówce wygrywając 30-kilometrową próbę wokół Tremp. Ruszyłem pod górę o godzinie 9:03. Pierwsze dwa kilometry były dość solidne. Pod koniec tego odcinka na dojeździe do trzeciego wirażu wyprzedziłem Rafała. Myślałem, że kolega spróbuje pojechać czas jakiś na moim kole. Była ku temu okazja z uwagi na niemal płaski początek trzeciego kilometra, ale jednak szybko odpuścił. W sumie była to rozsądna decyzja zważywszy na to, że tym razem zjechaliśmy się na początku, a nie pod koniec wspinaczki. Kilometry czwarty i piąty były najtrudniejszymi w dolnej części wzniesienia. Stromizna momentami sięgała tu 9 %. W końcu droga zbliżyła się do Riu Escrita i nachylenie znacząco spadło. Przez trzy kolejne kilometry można było jechać szybciej. Na tym łatwiejszym odcinku minąłem zjazdy na dwa miejscowe kampingi tzn. La Mola (5,2 km) oraz Sol i Neu (6,5 km). Według danych ze stravy dolny segment o długości 6,9 kilometra i średnim nachyleniu 5 % od szosy C-13 do granic Espot przejechałem w 23:56 (avs. 17,4 km/h i VAM 907 m/h). Dario uzyskał tu wynik 26:45 (avs. 15,6 km/h), zaś Rafa 38:02 (avs. 11,0 km/h).

20160610_001

Cały ósmy kilometr prowadził przez Espot. Na wysokości kamiennego mostu trzeba było odbić w prawo i zostawić za plecami alternatywną drogę do stacji Super-Espot. Będąc na wysokości apartamentu zerknąłem w prawo. Dostrzegłem Darka krzątającego się jeszcze na podwórku. Po chwili szosa odbiła w lewo i stała się bardziej stroma. Na dziewiątym kilometrze nie było jeszcze najgorzej. Minąłem tu zjazd do kampingu Voraparc (8,8 km). Nachylenie zbliżało się do 11 %. Znacznie trudniej było na dziesiątym. Ten niemal w całości trzymał na dwucyfrowym poziomie, zaś maksymalna stromizna momentami przekraczała 15 %. W połowie tego odcinka szosa schowała się w lesie. Początek jedenastego kilometra pozwolił na odpoczynek przed kolejną stromą ścianką. Po pokonaniu 11,1 kilometra dotarłem do parkingu Prat Pierro. Tuż za nim musiałem sobie jeszcze poradzić ze ścianką o nachyleniu 13 %, by po przejechaniu 11,6 kilometra wjechać na teren Parku Narodowego. Tu teren był początkowo łatwy. W połowie trzynastego kilometra przedostałem się na lewy brzeg Riu Escrita, gdzie pierwsze 1100 metrów prowadziło w odkrytym terenie. W leśnej końcówce najtrudniejszy okazał się odcinek między 14,6 a 15,3 kilometra od startu. Ostatnie sto metrów do mety przy drewnianej chatce prowadziło po szutrze. Zatrzymałem się po przejechaniu 16 kilometrów z przewyższeniem 957 metrów w czasie 1h 01:59 (avs. 15,5 km/h). Na stravie znalazłem segment o długości 15,5 kilometra i przewyższeniu 930 metrów. Pokonałem go w 1h 00:26 (avs. 15,5 km/h i VAM 923 m/h). Jak dotąd zarejestrowano na nim 57 osób, zaś mi udało się uzyskać drugi wynik. Jedynie wspomniany przy innej okazji Nasi Ortega był poza moim zasięgiem. Dario też ostro tu pocisnął. Uzyskał czas 1h 03:57 (avs. 14,6 km/h i VAM 873 m/h) co daje mu obecnie czwarte miejsce. Zaledwie dwóch sekund zabrakło do „podium”. Takie same miejsca mamy też na krótszym segmencie obejmującym odcinek powyżej Espot (7,8 kilometra przy średniej 7,4 %). Ja przejechałem go w 34:49 (avs. 13,5 km/h), zaś Darek w 35:40 (avs. 13,2 km/h). Rafał do kresu wspinaczki dotarł w 1h 32:33 (avs. 10,1 km/h), z czego trudny górny segment pokonałem w 50:51 (avs. 9,1 km/h). Czekając na niego przez pół godziny mogłem podziwiać piękno okolicznej przyrody. Głównymi atrakcjami było jeziorko Sant Maurici o powierzchni 21 ha oraz piętrzący się za nim szczyt Roca de l’Estany (2608 metrów n.p.m.).

20160610_021

20160610_110655

20160610_111315

Do bazy zjechaliśmy pojedynczo, dzięki czemu w lokalu nie było kolejki do łazienki. Pobyt w Peret de Pereto przedłużyliśmy sobie o blisko godzinę. Wyjechaliśmy około trzynastej. Do podnóża drugiej góry mieliśmy tylko 14 kilometrów. Po ośmiu kilometrach zjazdu wróciliśmy na historyczny szlak Zenona Jaskuły. Ten z szesnastego etapu Tour de France 1993. Najpierw w czwartek zaliczyliśmy Port del Canto, a teraz mieliśmy przed sobą Port de la Bonaigua (2076 metrów n.p.m.). Wspinaczkę na przełęcz „Dobrej Wody” mogliśmy zacząć w Esterri d’Aneu bądź na równoległej drodze C-28. Wybraliśmy to pierwsze rozwiązanie. W trakcie dojazdu zaskoczył nas ulewny, acz szczęśliwie tylko przelotny deszcz. Dlatego dojechawszy do miasteczka nie od razu wyszliśmy z auta. Przygotowania do jazdy można było zacząć o wpół do drugiej. Bonaigua to trzecia pod względem wysokości droga w Katalonii. Wyższe są tylko te prowadzące do stacji Vallter-2000 i na Coll de Pal. To najwyższa w tym regionie Hiszpanii przełęcz szosowa z prawdziwego zdarzenia, gdyż Pal jest wyasfaltowana tylko z jednej strony. Podjazd to bardzo solidny, acz niespecjalnie stromy. Według profilu ze strony „rocobike” ma on długość 19,7 kilometra i przewyższenie 1120 metrów. To daje średnie nachylenie o umiarkowanej wartości 5,7 %. Najtrudniejszy kilometr trzyma na poziomie 7,2 %, zaś maksymalna stromizna to jedynie 8,6 %. Wzniesienie to można zatem pokonać na dość twardym przełożeniu i w równym tempie, o ile tylko wytrzyma się jego spory dystans. Bonaigua jak na razie trzykrotnie została przejechana w trakcie Tour de France oraz siedem razy wypróbowano ją na trasach Vuelta a Espana. Jeśli chodzi o „Wielką Pętlę” to jej historia jest tożsama z opowieścią o Port del Canto. Obie występowały w tej imprezie na tych samych etapach z lat 1974, 1993 i 2016. W dwóch pierwszych przypadkach na obu premiach górskich zwyciężali nawet ci sami kolarze tzn. Bask Domingo Perurena i Szwajcar Tony Rominger. W tym roku po raz pierwszy pokonana od zachodu Bonaigua należała do Francuza Thibaut Pinot. Na Vuelcie zawsze była forsowana od naszej czyli wschodniej strony. Najpierw dwa razy na etapach do Vielhy, potem czterokrotnie na szlaku do Pla de Beret jak i za ostatnim razem gdy metę wyznaczono we francuskiej stacji Peyragudes. Na górze triumfowali kolejno: Juan Fernandez (1980), Alberto Fernandez (1983), Jose Martin Farfan (1992), Alex Zulle (1995), Felix Rafael Cardenas (2003), David Moncoutie (2008) i Nicolas Edet (2013).

 

20160610_041

Tym razem jako pierwszy z nas do boju ruszył Darek, który swój pojedynek z Bonaiguą rozpoczął o 13:46. Ja wraz z Rafałem wystartowałem dziewięć minut później. Licznik włączyłem przy wjeździe na miejscową starówkę. Ten krótki odcinek trzeba było przejechać po kostce, a następnie odbić w lewo na Avinguda Joaquim Morello alias C-28z. Trzysta metrów po zakręcie byliśmy już poza miasteczkiem. Zacząłem szybko, więc rychło się rozstaliśmy. Po przejechaniu kilku wiraży na drugim i trzecim kilometrze dojechałem do wioski Valencia d’Aneu (2,8 km). Na tym początkowym odcinku odrobiłem do Darka 1:15, zaś Rafał stracił do mnie 1:52. Niespełna kilometr dalej dotarłem do drogi C-28. Pierwsze kilometry na tej szosie były najmniej przyjemnym fragmentem całej wspinaczki. Niemal prosty i przy tym szeroki odcinek jezdni. Czułem się jakbym jechał po autostradzie. To teren dobry do szybkiej jazdy samochodem, ale na rowerze można się poczuć jakby się stało w miejscu. Przy tym wcale nie było tu łatwo, gdyż początkowo stromizna przekraczała nawet 8 %. Szosa nabrała bardziej górskiego charakteru dopiero w połowie siódmego kilometra za szerokim wirażem, z którego na północ odchodzi szlak do miejscowości Boren i Isil. Po przejechaniu 10 kilometrów minąłem boczną drogę do Refugi del Gerdar. Dwunasty kilometr okazał się być najtrudniejszym na całym podjeździe, gdyż nachylenie przez 750 metrów utrzymywało się na poziomie od 7 do 8,6 %. Pod koniec dwunastego kilometra ujrzałem w oddali serpentyny wytyczone niejako w poprzek dotychczasowego szlaku. Ów kręty fragment wzniesienia miał się zacząć po pokonaniu 13,3 kilometra. Poprzedzający go środkowy segment o długości 6,4 kilometra i średniej 5,9 % przejechałem w 23:12 (avs. 16,7 km/h). Dario uzyskał tu wynik 25:59 (avs. 14,9 km/h), zaś Rafa 30:37 (avs. 12,7 km/h). Do szczytu brakowało stąd jeszcze 6500 metrów, z czego na pierwszych czterech kilometrach trzeba było pokonać kilkanaście wiraży. Jazda po nich to większa frajda niż na prostej długiej po horyzont. Na każdym zakręcie można odrobinę wypocząć, a nawet nabrać nieco prędkości przy wyjściu z niego. Minąłem tu najpierw restaurację Les Ares (14,7 km), zaś wyżej wyciągi narciarskie spod szyldu Peulla 1900. Tuż przed szczytem wjechałem w chmury, więc widoczność stała się mocno ograniczona. Swoją wspinaczkę zakończyłem po przejechaniu 19,87 kilometra w czasie 1h 10:11 (avs. 17,0 km/h).

20160610_056

20160610_154436

20160610_153242

Darka nie udało mi się dogonić. Dzięki temu jak i przytomności swego kolegi zostałem nagrany na ostatnich metrach. Na górze było wietrznie i wilgotno, ale wciąż dość ciepło. Startowaliśmy przy temperaturze 27 stopni Celsjusza, zaś kończyliśmy przy 19. Obaj potraktowaliśmy to wzniesienie poważnie, więc mocno się spociliśmy. Trzeba się było przebrać na zjazd. Postanowiliśmy zastosować trick Artura czyli zdjąć zawilgoconą koszulę bliższą ciału, po czym ubrać ją na wierzch. Nawet w tymczasowym stroju „topless” chłodny wiatr mniej dokuczał niż w mokrej odzieży. Na przełęczy niewiele było widać. Stanęliśmy przy tablicy na wysokości parkingu. Tymczasem wystarczyło przejechać sto czy dwieście metrów więcej by schować się w cieniu restauracji Cap del Port czy schroniska o niewyszukanej nazwie El Refugi. Rafał nie kazał na siebie długo czekać. Stracił do mnie tylko 19 minut, więc spisał się znacznie lepiej niż na świętym Maurycym. Na stravie znalazłem segment o długości 19,4 kilometra i przewyższeniu 1111 metrów, na którym zarejestrowano 208 użytkowników tego programu. Uzyskałem na nim czas 1h 09:24 (avs. 16,8 km/h i VAM 960 m/h) co niespodziewanie jest tu na razie trzecim wynikiem! Co więcej ledwie pięciu sekund zabrakło mi do drugiej pozycji. Darek pokonał tą trasę w 1h 16:07 (avs. 15,3 km/h i VAM 875 m/h). Natomiast Rafał wspiął się w 1h 28:33 (avs. 13,2 km/h i VAM 753 m/h). Zajmują tu odpowiednio 25 i 71 miejsce. Każdy z nas dobrze wytrzymał to wzniesienie. Ja finałowe 6,5 kilometra o średniej 6,1 % przejechałem w 24:40 (avs. 16,0 km/h). Dario wykręcił na tej tercji czas 25:41 (avs. 15,4 km/h), zaś Rafa 30:28 (avs. 12,9 km/h). Z danych na stravie wyciągnąć można jeszcze jeden wniosek. Większość amatorów kolarstwa zaczyna wschodnią Bonaiguę nie w miasteczku, lecz na głównej drodze. Skąd to podejrzenie? Otóż na segmencie długości 16,1 kilometra zaczynającym się u zbiegu dróg C-28z i C-28 zanotowano wyniki aż 762 osób. Na zjeździe, szczególnie w jego początkowej fazie, nie brakowało miejsc wartych postoju. Miejscówek z których można było nacieszyć swe oczy ładnym widokiem. Do Esterri d’Aneu zjechałem kwadrans po czwartej. Na czternastym etapie przejechaliśmy 70,5 kilometra o przewyższeniu 2096 metrów.

 

20160610_076

20160610_150548

20160610_151029

Po zapakowaniu się do samochodu te same 20 kilometrów musieliśmy pokonać raz jeszcze. Po drugiej stronie przełęczy zastały nas warunki pogodowe godne „krainy deszczowców”. Na zachód od Port de Bonaigua leży Val d’Aran. Ta dolina to rejon ciekawy pod wieloma względami. W przeszłości ścierały się tu głównie wpływy francuskie i aragońskie. Dziś comarka Aran ma własny status autonomiczny w ramach katalońskiej wspólnoty autonomicznej. Na czele lokalnych władz stoi syndyk, co bynajmniej nie oznacza iż powiat ten znajduje się w stanie upadłości. Geograficznie to jedyny obszar Katalonii leżący po północnej stronie Pirenejów. Dlatego wody Garonny i jej dopływów płyną do Oceanu Atlantyckiego, a nie do Morza Śródziemnego jak wszystkich innych katalońskich rzek. Poza tym język kataloński jest w tych stronach ledwie trzecim pod względem popularności po hiszpańskim i arańskim. Tym ostatnim włada 34 % mieszkańców. L’aranes jest spokrewniony z katalońskim, acz stanowi jeden z dialektów języka oksytańskiego. Jest to w zasadzie jego dialekt gaskoński używany na południowym-zachodzie Francji. Można więc rzec, że miejscowi są rodakami D’Artagnan’a – słynnego muszkietera z powieści napisanych przez Alexandre’a Dumusa seniora. Gdy dojechaliśmy do Vielhy nie od razu udaliśmy się do naszej szóstej bazy noclegowej przy drodze N-230. Najpierw za namową Darka udaliśmy się na posiłek. Wybraliśmy położony w centrum miasta bar Mandronius. Niestety dla naszego kolegi tamtejsza pizza była poniżej krytyki. Zdegustowany Dario wpisał ją na ostatnie miejsce swej „wirtualnej” listy smaków. Jeśli dobrze kojarzę to na podium są obecnie posiłki z Morgex w Dolinie Aosty oraz z Bregenz i Zell am See w Austrii. Hiszpania raz jeszcze kulinarnie rozczarowała kolegę. Niemniej od czego mieliśmy kuchnię własną. Towaru nie brakowało, gdyż pod bokiem stał supermarket sieci Mercadona. Rafał nabył w nim pyszne krewetki, więc ja nie miałem powodów do narzekania.

Napisany w 2016a_Catalunya & Andorra | Możliwość komentowania Llac de Sant Maurici & Port de la Bonaigua została wyłączona

Port del Canto & Estacio Port-Aine

Autor: admin o 9. czerwca 2016

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/604223214

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/604223187

W czwartkowe przedpołudnie musieliśmy opuścić Andorę. Choć witała nas chłodem i deszczem to ostatecznie okazała się ciepła i przyjazna pogodowo. Jednak pomimo ogólnie sprzyjającej aury żadnemu z nas nie udało się wykonać planu maksimum, który zakładał zdobycie w ciągu czterech dni aż dziesięciu wzniesień. Niemniej osiem, a w przypadku Rafała dziewięć zaliczeń, wypadało uznać za dobry wynik. Przy tym ja od niedzieli do środy pięć razy wjechałem na wysokość ponad 2000 metrów n.p.m. pokonując zarazem cztery podjazdy o przewyższeniu przeszło 1000 metrów. Do pełni szczęścia zabrakło mi tylko wjazdów na Collada de Beixalis oraz Collada de la Gallina od strony południowej. Dzięki temu mam powód by kiedyś wrócić do tego państewka w sercu Pirenejów. Może trafi się ku temu okazja za lat kilka. Najpewniej w trakcie powrotu z centralnej lub południowej Hiszpanii bądź też wyprawy we wschodnie Pireneje francuskie. Do dwóch wyżej wymienionych wzniesień dodałbym wtedy północny podjazd pod Alto de la Rabassa oraz wspinaczkę do Lac d’Engolasters i już miałbym pretekst do dwudniowej wizyty w tych stronach. Niemniej to tylko melodia niepewnej przyszłości. Tymczasem cztery ostatnie dni naszej Volty anno domini 2016 mieliśmy spędzić na północno-zachodnich kresach Katalonii. W trzynastym dniu naszej podróży czekał nas transfer o długości 112 kilometrów z metą w górskiej stacji Espot. Początkowo jazda na południe po drogach CG-1 i N-145, zaś następnie na zachód szosami N-260 i C-13. Kolejnych kolarskich wyzwań trzeba było szukać na tym szlaku lub w jego bezpośrednim pobliżu. Pośród czterech górskich kandydatur, które podpowiadała ta samochodowa trasa za dwie zdecydowanie najciekawsze uznałem wspinaczki na Port del Canto (1725 m. n.p.m.) oraz do stacji narciarskiej Port-Aine (1967 m. n.p.m.). Pozostało nam jeszcze rozstrzygnąć, którą drogę na przełęcz Canto chcemy obejrzeć dokładniej czyli z rowerowego siodełka. Zarówno podjazd wschodni jak i zachodni oznaczał konieczność pokonania w pionie przeszło tysiąca metrów. Ten pierwszy jest dłuższy i nieco większy. Zaczyna się w miejscowości Adrall (comarka Alt Urgell) i ma długość 25,6 kilometra przy średniej 4,2 % z max. 13 %. Ten drugi wyrusza z Sort (comarka Palars Sobira) i liczy sobie 19,3 kilometra przy średniej 5,4 % z max 10 %. Przewyższenie netto obu wspinaczek to odpowiednio 1084 i 1033 metry. Mimo to wybraliśmy podjazd zachodni uznając go za bardziej konkretny. Po wschodniej stronie przełęczy oprócz początkowych stromizn czekałoby na nas sporo odcinków zjazdowych, płaskich czy też ledwo wznoszących się.

 

20160609_001

Począwszy od połowy lat siedemdziesiątych Port del Canto wielokrotnie została wypróbowana na trasach Vuelta a Espana i Tour de France. Na wyścigu Dookoła Hiszpanii aż czternaście razy. Po raz pierwszy z sezonie 1980 na etapie z Seu d’Urgell do Vielha czyli w swej wersji wschodniej. Wówczas najszybciej na tej przełęczy pojawił się Hiszpan Juan Fernandez. W kolejnych dwudziestu latach na owej premii górskiej triumfowali kolejno: Angel de las Heras (1983), Jose Luis Laguia (1985), słynny Francuz Laurent Fignon (1987), Włoch Rodolfo Massi (1988), Federico Garcia Melia (1992), Włoch Michele Coppolillo (1994), Juan Carlos Vicario (1998) i Juan Manuel Uria (1999). Natomiast już w XXI wieku góra ta należała do kolarzy takich jak: Kolumbijczyk Felix Rafael Cardenas (2003), Katalończyk Joaquin Rodriguez (2005), Belg Jurgen Van Goolen (2007), Bask Juan Manuel Garate (2008) i w końcu Francuz Nicolas Edet w 2013 roku, który dotarł tu pierwszy na etapie z Andory do francuskiej stacji Peyragudes. Z kolei uczestnicy „Wielkiej Pętli” jak dotąd zdobyli tą przełęcz tylko trzykrotnie. Niemniej to właśnie na Tour de France zaliczyła ona swój wielki debiut. Stało się to w 1974 roku podczas szesnastego etapu z Seo de Urgell do Pla d’Adet (alias Saint-Lary Soulan) o długości 209 kilometrów. Wówczas jako pierwszy wzniesienie to pokonał Bask Domingo Perurena, który na tym wyścigu wygrał klasyfikację górską. Sam etap wygrał zaś 38-letni Francuz Raymond Poulidor. Blisko dwie dekady później organizatorzy TdF 1993 zaprojektowali niemal bliźniaczy odcinek. Jedyną różnicą był start w Andorra La Vella przez co trasa miała aż 230 kilometrów. Tym razem pierwszy na górze był Szwajcar Tony Rominger, podobnie jak Perurena zdobywca koszulki w czerwone grochy. Jednak głównym bohaterem tego etapu stał się Polak Zenon Jaskuła, który na ostatnich metrach zdystansował zarówno wspomnianego Helweta jak i liderującego Baska z Nawarry Miguela Induraina. Jakiś miesiąc po naszej obecności peleton TdF miał się pojawić w tym miejscu po raz trzeci. Tym razem kolarze wspinali się od strony zachodniej, bo na etapie z Vielha do Andorra Arcalis. Na czele wyścigu dotarła tu spora grupa uciekinierów, zaś z niej najszybszym finiszem popisał się Belg Thomas De Gendt. Układ trasy Tour de France 2016 było dodatkowym motywem do zmierzenia się właśnie z zachodnim podjazdem na Port del Canto. Dlatego w trakcie naszego transferu pierwszy przystanek wyznaczyliśmy sobie w miejscowości Sort.

20160609_011

Zaparkowaliśmy za mostem na zachodnim brzegu rzeki Noguera Pallaresa. Choć jej źródła znajdują się na odległym płaskowyżu Pla de Beret to jest tu wciąż na tyle rwąca, że można na niej uprawiać kajakarstwo górskie czy rafting. Poza tym Sort po katalońsku znaczy „szczęście” co zwabia do lokalnej loterii Bruxia d’Or (Złotej Wiedźmy) wielu amatorów szybkiego wzbogacenia się. Drugi dzień z rzędu towarzyszył nam upał. Tym razem na starcie zanotowałem 32 stopnie Celsjusza, zaś w środkowej części podjazdu temperatura skoczyła nawet do 34! Tradycyjnie jako pierwszy ruszył Rafał o 13:01. Ja wystartowałem o 13:13, acz bynajmniej w miasteczku szczęścia nie zamierzałem kusić losu. Dario tym razem ruszył pięć minut po mnie. Podjazd ten choć nie wygląda na trudny w upalny dzień może dać się we znaki, bowiem jest długi i niemal w całości prowadzi w odsłoniętym terenie. Licznik włączyłem jakieś dwieście metrów za mostem. Po przejechaniu 1,7 kilometra minąłem stację benzynową na wysokości els Vinyer i zaraz potem pierwszy wiraż na tym podjeździe. W połowie piątego kilometra stromizna chwilowo sięgnęła 9,5 %. Na pierwszych siedmiu kilometrach nachylenie trzymało na stałym poziomie od 6 do 7,5 %. Na czwartym wirażu minąłem ślepą drogę do osady Embonui (6,4 km). Potem po przejechaniu 9,3 kilometra największą miejscowość na tym szlaku czyli Vilamur. Natomiast przeszło kilometr później boczną drogę do Soriguera. Stromizna na poziomie 7 % wróciła na kilometrze czternastym i piętnastym. Pod koniec siedemnastego kilometra droga wypłaszczyła się i po kilkuset metrach w łatwym terenie dojechałem do osady Rubio (17,4 km). W tej okolicy złapałem Rafała, lecz zarazem na przeszło 30 sekund zostałem zatrzymany przez roboty drogowe. Okazało się, że podobnie jak po wschodniej stronie przełęczy również na końcówce zachodniej drogi kładziony jest świeży asfalt na powitanie wyścigu Dookoła Francji. Dlatego cały finałowy odcinek – jakieś 1400 metrów – musiałem pokonać po lewym pasie drogi, który to nie został jeszcze odświeżony. Swoją wspinaczkę zakończyłem po przejechaniu 19,2 kilometra o przewyższeniu brutto 1118 metrów w 1h 05:37 (avs. 17,6 km/h). Na stravie znalazłem za to segment o długości 18,8 kilometra. Pokonałem go w czasie 1h 06:02 (acz netto 1h 05:26) czyli ze średnią prędkością 17,2 km/h i VAM na poziomie 934 m/h. Rafał wykręcił tu czas 1h 19:21, zaś Dario uzyskał tylko 1h 35:47 (netto 1h 24:47) gdyż jechał tylko na pół-gwizdka, nie mogąc się mentalnie przekonać do tak łagodnego wzniesienia. Gdy w końcu dotarł do nas zrobiliśmy sobie zdjęcia pod tablicą, którą najwyraźniej postawił jakiś kataloński „aptekarz”.

20160609_031

20160609_152940

20160609_150023

Do Sort zjechałem wspólnie z Darkiem kilka minut przed szesnastą. Rafał czekał już tam na nas od dwudziestu minut. W miasteczku wciąż ostro dokazywało słońce. Temperaturka na poziomie 35 stopni. Chcąc odetchnąć od tego upału zszedłem na brzeg rzeki by schłodzić swe ręce i twarz w jej bystrym nurcie. Wiaterek znad wody był również przyjemną odmianą. W tych warunkach nie śpieszyło się nam na spotkanie z drugim wzniesieniem trzynastego etapu. Podjazdem równie długim co Port del Canto, lecz obiektywnie trudniejszym. Postanowiliśmy coś zjeść na dojeździe do drugiej góry. Naszej strefy bufetu nie musieliśmy długo szukać. Ruszyliśmy autem ku centrum miasteczka, po czym skręciliśmy w prawo na drogę C-13. Już po chwili stanęliśmy przy Escalarre Rock-Cafe. Restauracja ta w oczach Darka miała jedną podstawową zaletę czyli menu pełne pizz wszelkiego rodzaju. Adekwatnie do nazwy lokalu większość z nich miała swego muzycznego „patrona”. W ofercie była więc pizza: Led Zeppelin, Bob Dylan, Deep Purple, Bob Marley, David Bowie, REM, ZZ Top czy na cześć urodzonego we Francji, acz mającego hiszpańskie korzenie Manu Chao. Zatrzymaliśmy się w tym miejscu na dobrą godzinę. Dopiero odpowiednio nasyceni i napojeni ruszyliśmy w dalszą drogę na północ. Do podnóża Port-Aine mieliśmy niedaleko. Ledwie 6 kilometrów jazdy doliną rzeki La Noguera Pallaresa z przejazdem przez Rialp. Wypakowaliśmy się jakieś półtora kilometra za tą miejscowością korzystając ze sporej zatoczki po lewej stronie szosy. Do początku naszej drugiej wspinaczki mieliśmy może ze dwieście metrów. W każdym razie z naszego postoju widzieliśmy miejsce, w którym się ona zaczyna. Podjazd pod Port-Aine liczy sobie 18,7 kilometra przy średnim nachyleniu 6,6 %. Maksymalna stromizna miała tu sięgać niemal 11 %. Przewyższenie netto 1225 metrów, zaś brutto nawet 1237. Portal „cyclingcols” wycenił to wzniesienie na 841 punktów, podczas gdy zachodnie Port del Canto zasłużyło „tylko” na 623 oczka. Ostatnimi czasy obok podjazdów do stacji Vallter-2000 i La Molina stało się ono najpopularniejszą sceną górskich batalii na wyścigu Dookoła Katalonii. W minionych pięciu sezonach organizatorzy Volta a Catalunya aż trzykrotnie umówili kolarzy na spotkanie z tą górą.

 

20160609_051

Pierwsza randka okazała się niewypałem z uwagi na zimowe warunki pogodowe. Katalońska Volta, niegdyś rozgrywana w letnim terminie (pierwszej połowie września, a potem drugiej połowie czerwca), obecnie toczy się u progu wiosny. Tymczasem w trzeciej dekadzie marca zima potrafi jeszcze o sobie przypomnieć. Tak też stało się 21 marca 2012 roku. Wyścig nie dotarł nawet do podnóża finałowego wzniesienia. Wcześniejszy zjazd z Port del Canto stał się zbyt ryzykowny. Dlatego ad hoc przygotowano linię mety za połową wschodniego podjazdu na tą przełęczą. Na wysokości około 1400 metrów n.p.m. w pobliżu wioski Canturri. O zwycięstwo etapowe rywalizowali uciekinierzy, z których najszybszy okazał się Janez Brajković. Słoweniec minimalnie wyprzedził naszego Michała Gołasia. Trzeci był Włoch Matteo Carrara. Jednak największym wygranym tego dnia był niezły sprinter i specjalista od ardeńskich pagórków Michael Albasini. Gdyby nie przymusowe skrócenie królewskiego etapu to Szwajcar z kantonu Ticino mógłby nie obronić na finałowym podjeździe swej półtora-minutowej przewagi. Najlepsi górale, w tym świetnie jadący w tym wyścigu Sylwester Szmyd, stracili tym samym najlepszą okazję do ataku i Helwet spokojnie wygrał cały ten wyścig. Rok później aura już dopisała. Śmiały i co najważniejsze skuteczny atak przeprowadził Irlandczyk Daniel Martin, który triumfował w Port-Aine z przewagą 36 sekund nad Joaquinem Rodriguezem i Kolumbijczykiem Nairo Quintaną. Dzięki temu sukcesowi Martin odebrał koszulkę lidera Hiszpanowi Alejandro Valverde, po czym trzy dni później święcił generalny triumf na ulicach Barcelony. Obok niego na podium stanęli „Purito” Rodriguez i Włoch Michele Scarponi, zaś nasz Przemysław Niemiec zajął wysokie siódme miejsce. Z kolei w 2016 roku kolarze ścigali się na trasie z Baga do Port-Aine. Etap wygrał znany górski harcownik Thomas De Gendt. Najmocniejsi górale w peletonie ścigali się o drugie miejsce. W końcówce wszystkich urwał Quintana, który nadrobił 15 sekund nad Australijczykiem Richiem Porte i Hiszpanem Alberto Contadorem. Amerykanin Tejay Van Garderen stracił do niego 28. Jak wiadomo fortuna kołem się toczy. Tym razem Daniel Martin stracił tu koszulkę lidera na rzecz Quintany. Kolumbijczyk wygrał generalkę tej imprezy z niewielką przewagą nad Contadorem, Martinem i Portem.

 

20160609_061

Tradycyjnie już daliśmy Rafałowi kilka minut zapasu na starcie. Wystartował o godzinie 17:26, jakieś sześć-siedem minut przed nami. Pierwsze trzy kilometry trzymały na poziomie 8-9 % należąc do najtrudniejszych fragmentów tego wzniesienia. Tuż po starcie odjechałem Darkowi, po czym zaskakująco szybko bo już na czwartym kilometrze wyprzedziłem Rafała. Według stravy pierwsze 4,5 kilometra czyli segment kończący się w pobliżu wioski Roni przejechałem w czasie 19:22 (avs. 14,0 km/h i VAM 1021 m/h). Dario uzyskał tu czas 22:11 (avs. 12,2 km/h), zaś Rafa ledwie 30:53 (avs. 8,8 km/h). Najwyraźniej bardzo dużo kosztował go szybki wjazd na Port del Canto. Kilometry od siódmego do dziesiątego okazały się łatwiejsze od początkowych. W tym czasie minąłem kapliczkę pod wezwaniem San Miguela (8,2 km). Po jedenastu kilometrach po raz pierwszy przejechałem nad potokiem Barranc de Caners. Najłatwiejszym fragmentem całego wzniesienia był zaś początek piętnastego kilometra, gdzie trafił się nawet minimalny zjazd. Niedługo później minąłem dolną część stacji narciarskiej czyli Port-Aine 1650 (14,8 km). Stąd do końca wspinaczki brakowało mi niespełna czterech kilometrów, w tym dwa odcinki o średniej 8,5 %. Oczekiwałem trudnej końcówki i bynajmniej się nie zawiodłem. Na 1400 metrów przed finałem stromizna sięgnęła aż 12 %! Spodziewałem się, że Dario coś tu nade mną nadrobi skoro ulgowo potraktował pierwszy z czwartkowych podjazdów. Tymczasem według stravy ostatnie 3,8 kilometra przejechałem w czasie 17:34 (avs. 13,0 km/h i VAM 1010 m/h), równo o minutę szybciej od Darka. Zatem całkiem dobrze wytrzymałem ten trudny podjazd, który na dobre skończył się po pokonaniu 18,5 kilometra. Ostatnie trzysta metrów były już niemal płaskie, za wyjątkiem samego wjazdu na plac przed wielkim Hotel Port-Aine 2000. Miejsce to było opustoszałe. Po okolicy kręciły się tylko krowy i konie. Swoją wspinaczką zakończyłem przejechawszy 18,8 kilometra z przewyższeniem 1231 metrów w czasie 1h 16:10 (avs. 14,8 km/h). Na stravie znalazłem zaś segment o długości 18,5 kilometra. Uzyskałem na nim czas 1h 15:38 (avs. 14,7 km/h i VAM 983 m/h), zaś Dario 1h 24:25 (avs. 13,2 km/h i VAM 881 m/h).

 

20160609_081

20160609_195247

20160609_194434

20160609_185951

Na Rafała musieliśmy poczekać niemal pół godziny. Nasz kolega przeżywał na tej górze bardzo ciężkie chwile. Na Canto stracił do mnie tylko 13 minut, zaś tu niemal 42. Tym niemniej pokonał swą niemoc i wjechał na szczyt w czasie 1h 57:12 (avs. 9,5 km/h i VAM 634 m/h). Daliśmy mu kilka minut na odpoczynek, po czym zrobiliśmy sobie grupowe zdjęcia pod tablicą stojącą na wysokości linii mety wspomnianych etapów z Volta a Catalunya. Jako ciekawostkę mogę dodać, iż 9 z 10 najlepszych wyników na „stravie” pochodzi z 24 marca 2016 roku. Wszystkie one zostały wykręcone na czwartym etapie ostatniej Volty. Liderem w tym zestawieniu jest Kolumbijczyk Winner Anacona z czasem 49:39 (avs. 22,4 km/h i VAM 1497 m/h). Tuż zanim plasują się Belg Louis Vervaeke, Kanadyjczyk Mike Woods, Francuz Warren Barguil oraz Belg Bart De Clercq. Trzynasty jest nasz Sylwas z wynikiem 56:12, zaś pierwszym z amatorów piętnasty na tej liście Nasi Ortega, który wjechał tu w  57 minut. Oczywiście nie każdy „profi” wrzuca swe dane na popularną „stravę”. Anacona na wspomnianym etapie VaC był ledwie dwunasty. Na samym podjeździe wykręcił dziesiąty wynik, bowiem De Gendt oraz szósty na kresce Holender Pieter Weening mieli na dole zapas czasu wypracowany w ucieczce. Najszybszy był z pewnością Quintana, który swego rodaka wyprzedził na mecie o 1:01. Tyle ciekawostek z wielkiego świata. Odwrót z tej góry rozpoczęliśmy dopiero o 19:32, lecz w czerwcu nie martwiliśmy się o rychłe nadejście nocy. Zjazd był bezpieczny, acz przy wieczornym świetle nie mogliśmy już liczyć na rewelacyjne zdjęcia. Przy samochodzie zjawiłem się o 20:21. Tego dnia przejechałem 76 kilometrów o rekordowym na tym wyjeździe przewyższeniu 2398 metrów. W końcówce zjazdu na przydrożnym murku jakiś miejscowy nacjonalista wyraził swe uczucia wobec Katalonii jak i Hiszpanii. Te drugie były niecenzuralne, więc zdecydowałem się opublikować tylko jedną ze zrobionych fotek. Od miejsca postoju do naszej bazy nr 5 w Espot dzieliło nas 28 kilometrów. Pierwsze dwadzieścia do przejechania szosą C-13 wzdłuż wspominanej już rzeki. Końcówka na lokalnej, górskiej drodze LV-5004. Na miejsce czyli do biura Apartaments Peret de Pereto dotarliśmy po 21:00. Lokal, który wynająłem tu dla nas za cenę 85 Euro był dość skromny. Niemniej miał wszystko co najpotrzebniejsze: kuchnię, łazienkę i trzy łóżka. Znajdował się on w bezpośrednim sąsiedztwie elektrowni wodnej na rzece Escrita. Co najważniejsze stał niemal dokładnie na trasie pierwszego z naszych piątkowych podjazdów.

20160609_212534

Napisany w 2016a_Catalunya & Andorra | Możliwość komentowania Port del Canto & Estacio Port-Aine została wyłączona

Alto de la Rabassa & Collada de la Gallina

Autor: admin o 8. czerwca 2016

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/603083449

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/603083450

Na ostatni dzień pobytu w Andorze zostawiliśmy sobie wypad ku południowym rubieżom pirenejskiego Księstwa. W trakcie dwunastego etapu naszej prywatnej Volty mieliśmy się zapoznać z trzema podjazdami na szosach wokół Sant Julia de Loria. W najbliższej okolicy tego miasteczka jest aż pięć wymagających wzniesień. Biorąc pod uwagę nasze możliwości kondycyjne chcąc poznać je wszystkie musielibyśmy tu przyjechać dwa razy. Tymczasem do swej dyspozycji mieliśmy tylko jeden dzionek. Uznałem więc, że trzeba się skupić na tym co jest tu najciekawsze. Za takie uznałem wspinaczki obiektywnie najtrudniejsze i zarazem znane z tras wyścigu Dookoła Hiszpanii. Zakreśliłem sobie i kolegom wielce ambitny program zwiedzania. Na początek podjazd pod Alto de la Rabassę (2032 metrów n.p.m.) do wykonania południowym szlakiem i następnie dwie wspinaczki na Coll de la Gallina (1910 m. n.p.m.) czyli zarówno od północnej jak i południowej strony. Zważywszy, że każde tych z wzniesień ma przewyższenie około tysiąca metrów wszystko to składało się na iście królewski odcinek tej wyprawy. Przy starcie i mecie we wspomnianej Santa Julia de Loria mieliśmy do pokonania co najmniej 3150 metrów w pionie na dystansie około 85 kilometrów. To było środowe zadanie dla mnie jak i Rafała. Darek postawił sobie poprzeczkę jeszcze wyżej. To znaczy podobnie jak dzień wcześniej do podnóża pierwszej góry zdecydował się dojechać na rowerze, a nie samochodem. Dario lubi sobie dłużej pospać, a potem przygotować się do wyjazdu z bazy w sobie właściwym tempie. Z drugiej strony potrzebuje nieco czasu na rozgrzanie swego „dieslowskiego silnika” do poziomu potrzebnego na sprawne pokonanie trudnego górskiego podjazdu. Tym samym prowadzący niemal cały czas w dół 13-kilometrowy dojazd z Encamp do San Julia nie stanowił dla niego żadnego problemu. Wiedząc, że czeka nas bardzo trudny i dość długi etap chciałem mieć możliwie jak najwięcej czasu na jego pokonanie. Dlatego w towarzystwie Rafała wyjechałem z HolaStays Fontbernat już przed dziesiątą. Niestety pośpiech bywa złym doradcą. Po dojechaniu na miejsce okazało się, że nie zabrałem z sobą butów kolarskich. Musiałem się po nie wrócić do Encamp bądź skopiować ubiegłoroczny wyczyn Darka na szosach Ligurii czyli ruszyć pod górę w adidasach. Wybrałem to pierwsze rozwiązanie, przez co swój podjazd pod Rabassę rozpocząłem dopiero o godzinie 11:33 czyli przeszło godzinę po Rafale, który ruszył do boju już o 10:28.

Zawodowi kolarze po raz pierwszy przetestowali La Rabassę w połowie lat sześćdziesiątych. Tym niemniej podczas Volta a Catalunya z roku 1965 poznali tylko jej niewielką część, bowiem rywalizowali na ledwie 6-kilometrowej czasówce. Tą wspinaczkową próbę wygrał Bask Francisco Gabica, który rok później triumfował już w „generalce” Vuelta a Espana. Blisko trzy dekady później, bo w roku 1994 zajrzała na tą górę Semana Catalana. Na Alto de la Rabassa zakończył się najtrudniejszy etap tej imprezy. Wygrał go Włoch Stefano Della Santa, który o 1:20 wyprzedził Kolumbijczyka Angela Camargo i o 1:22 Szwajcara Laurenta Dufuax. Ten triumf dał mu zdecydowane zwycięstwo w całym wyścigu. Tym niemniej „złote czasy” dla Rabassy miały dopiero nadejść. Na przełomie wieków przez trzy lata z rzędu kończyła się na tej górze Volta a Catalunya. W latach 1999-2001 rozegrano tu bowiem trzy górskie czasówki. Pierwszą na dystansie 14,2 kilometra wygrał Manuel Beltran z czasem 33:31. Drugie i trzecie miejsca zajęli Jose-Maria Jimenez i Joseba Beloki. Rok później rywalizowano na trasie o długości 12,6 kilometra. Tym razem najlepszy był „El Chava” Jimenez, który wykręcił czas 28:27 i pokonał Roberto Herasa oraz Włocha Leonardo Piepolego. W końcu na zakończenie Volty 2001 zaproponowano kolarzom wspinaczkę o długości 13,9 kilometra. Wygrał ją Beloki z czasem 33:47. Bask okazał się lepszy od Fernando Escartina i Igora Gonzaleza de Galdeano. Co godne podkreślenia były to „etapy prawdy” z prawdziwego zdarzenia, bowiem zarówno Beltran, Jimenez jak i Beloki wygrywali tak czasówkę jak i całą Voltę. Z kolei peleton wielkiej Vuelty po raz pierwszy zmierzył się z tym podjazdem w latach 1999-2000 na etapach do Estacio de Arcalis. Na premii górskiej triumfowali wtedy kolejno: Bask Inigo Charreau i Włoch Andrea Peron. Na siódmym etapie Vuelty z 2008 roku wzniesienie to trzeba było pokonać aż dwukrotnie. Najpierw wspinano się na przełęcz do poziomu 1830 metrów n.p.m., po czym zjechano niemal do poziomu miasta i za drugim razem ścigano się już do mety wyznaczonej na wysokości 2050 metrów n.p.m. Na premii górskiej najwyżej punktował Holender Marc de Maar. Tym niemniej bohaterem dnia został Włoch Alessandro Ballan, który jako jedyny z grona uciekinierów odparł pościg faworytów. Kolarz z ekipy Lampre wygrał ten górski odcinek z bezpieczną przewagą 2:42 nad Ezequielem Mosquerą oraz 2:45 nad Alberto Contadorem, dzięki czemu na jeden dzień został liderem tej imprezy. Trzy tygodnie później zdobył tęczową koszulkę na Mistrzostwach Świata w ojczystym Varese. Po raz piąty przetestowano Rabassę na królewskim etapie Vuelty z roku 2015. Przy tej okazji jako pierwszy na tą przełęcz wjechał Imanol Erviti.

20160608_001

Z geograficznego punktu widzenia Alto de la Rabassa to specyficzna góra. Na jej szczyt prowadzą dwie drogi o wspólnym początku i końcówce, choć na przeważającym dystansie rozbieżne. Obie mają start w centrum San Julia de Loria. Potem wspólny pierwszy kilometr na drodze CS-131 i ten sam 4-kilometrowy finał na szosie CS-130. W międzyczasie rozstają się na 12,5 kilometra. Po rozjeździe trasa północna trzyma się drogi CS-131 wiodąc przez wioskę Aixirivall. Natomiast południowa wjeżdża na szosę CS-130 i mija miejscowość Juberri. Według portalu „cyclingcols” ta druga opcja jest minimalnie trudniejsza. Ona też zazwyczaj występuje w roli podjazdu na wyścigach kolarskich. Dlatego też postanowiliśmy się sprawdzić na południowym szlaku. Znając profil tego wzniesienia wiedziałem, że zdecydowanie najcięższe zadanie czekać nas będzie na pierwszych pięciu-siedmiu kilometrach. Począwszy od ósmego kilometra miał być już teren o ledwie umiarkowanym nachyleniu. Jednym słowem zdatny do szybszej jazdy w razie zachowania sobie rezerw energii po ciężkiej przeprawie na dole. Szukając dogodnego miejsca na pozostawienie samochodu pokonaliśmy już niespełna 250 metrów tego podjazdu. Zaparkowałem bowiem ponad centrum, w bocznej uliczce nieopodal restauracji San Telmo. Tym samym na start wspinaczki musiałem zjechać do centrum. Od początku wiedziałem co w tym dniu będzie moim największym rywalem. Nie jestem człowiekiem wielbiącym upały. Tymczasem trafił nam się akurat najgorętszy dzień całej wycieczki. Temperatura męczyła od pierwszych chwil po wyjściu z samochodu. Wcale nie trzeba było kręcić na rowerze aby się spocić. Dość powiedzieć, że w chwili startu licznik pokazywał mi 34 stopnie Celsjusza! Co więcej przeszło godzinę później w ośrodku Naturlandia 2000 położonym dobre 1100 metrów wyżej nadal wskazywał 28! Niezły piekarnik, a do tego jeszcze ta stroma ściana zaraz po starcie. Otóż pierwszy kilometr tego wzniesienia ma średnie nachylenie na poziomie 9,7 % i maksimum sięgające 13 %. Jedynie stojąca przy ulicy tablica „La Rabassa” pocieszała, że ogólnie nie będzie aż tak trudno. Według jej danych miałem do przejechania 17,4 kilometra o średnim nachyleniu „tylko” 6,5 % i przewyższeniu 1127 metrów z finałem całej wspinaczki na wysokości 2037 metrów n.p.m.

20160608_011

Ruszyłem do walki z górą i samym sobą. Po przejechaniu pierwszego kilometra na wysokości wielkiego napisu „Naturlandia 7 km” odbiłem w prawo i wjechałem na drogę CS-130. Tu na znacznie łatwiejszym terenie o długości 700 metrów mogłem odsapnąć po trudach ostrej inicjacji. Za mostem na rzeczce Aubinya wszystko wróciło do początkowej normy. Tym razem na dłuższy czas, bo nachylenie na średnim poziomie powyżej 9 % trzymało się przez ponad trzy kilometry. Na początku piątego kilometra dojechałem do Juberri. Wioska ta ciągnęła się wzdłuż drogi przez następne 900 metrów. Na końcu tego odcinka pojawiła się tablica informująca o tym, iż kolejny odcinek będzie już nieco łatwiejszy. Kilometr szósty i siódmy były jeszcze dość wymagające, acz trzymając na poziomie 7,5 %. Fragment wzniesienia o takim nachyleniu skończył się po przejechaniu 7,3 kilometra. Choć do szczytu pozostało jeszcze 10 kilometrów to większość przewyższenia miałem już za plecami. W połowie dziewiątego kilometra dojechałem do parku rozrywki „Naturlandia 1600”. To dolna część całego ośrodka połączona z górną nie tylko szosą, ale też „saneczkowym” torem o długości 5300 metrów. Kolejne kilometry mijały szybciej skoro długimi odcinkami mogłem jechać z prędkością 18-19 km/h. Na początku trzynastego kilometra minąłem się ze zjeżdżającym Rafałem. Jakiś kilometr dalej dojechałem do zbiegu dróg CS-130 i CS-131. To tu na wysokości 1821 metrów n.p.m. organizatorzy Vuelty zwykli kreślić linię przelotowej górskiej premii. Droga zmieniła kierunek z wschodniego na południowy. Na ostatnich dwóch kilometrach trafiło się jeszcze parę trudniejszych momentów i trzy wiraże na ostatnich 800 metrach. Na końcu asfaltowej drogi znajdował się mały parking dla quadów i innych pojazdów terenowych. Naturlandia 2000 leży wzdłuż drogi gruntowej. Zamiast na nią tuż przed parkingiem odbiłem w prawo i po wąskiej alejce pokonałem ostatnie 140 metrów. Licznik zatrzymałem po przejechaniu niespełna 17,5 kilometra z przewyższeniem 1084 metrów w czasie 1h 09:17 (avs. 15,1 km/h). Na stravie znalazłem dwa ciekawe segmenty z tej góry. Pierwszy to 13,2 kilometra od samego dołu do przełęczy. Uzyskałem na nim czas 55:19 (avs. 14,4 km/h i VAM 988 m/h). Lideruje tu George Bennet, nowozelandzki profi z Lotto NL-Jumbo. Dziesiąty kolarz ubiegłorocznej Vuelty na etapie z 2015 roku wjechał to w 39:18. Z kolei sektor „Naturlandia 1600 – Rabassa” o długości 8,4 kilometra pokonałem w 29:57 (avs. 17,0 km/h i VAM 910 m/h) tracąc do innego króla tej trasy ledwie 7 minut.

20160608_031

20160608_131213

20160608_124922

Środowy upał miał jednak pewną zaletę. Nie trzeba było się cieplej ubierać na zjazd. W końcówce szusowania do Sant Julia de Loria na niespełna 10 minut zatrzymałem się przy samochodzie. Musiałem napełnić bidon aby jakoś przetrwać kolejne dwie godziny w tym afrykańskim klimacie. Po dotarciu do skrzyżowania Carretera de Rabassa z Avinguda Verge de Cannolich mogłem się ostatni raz zastanowić, który z podjazdów pod Collada de la Gallina (1910 m. n.p.m.) zaatakować. Do podnóża południowej Galliny na początku drogi CS-140 przy moście nad rzeką La Valira miałem ledwie 850 metrów. Z kolei do podnóża północnego podjazdu na drodze CG-6 przy rondzie w Aixovall tylko 1300 metrów. Każdy wybór miał swe plusy. Geografia przemawiała za wspinaczką południową. Jest ona nieco większa gdyż ma 1048 metrów przewyższenia, podczas gdy północna „tylko” 988. Wydaje się też być nieco trudniejsza. Według „cyclingcols” ma długość 12,1 kilometra o średniej 8,4 % i max. 14,5 % liczonym na odcinku 100 metrów. Z kolei północna to 11,8 kilometra o średniej 8,3 % i max. 13 %. Krótsze stromizny na obu tych wzniesieniach sięgają nawet 18 %. Natomiast historia była po stronie północnego wzniesienia. Uczestnicy Vuelta a Espana zmagali się z nim dwukrotnie walcząc tu o etapowe zwycięstwa. Był to podjazd finałowy, acz pokonywany w swym niepełnym wymiarze. Etapy z lat 2012 i 2013 kończyły się bowiem przy Santuari de Canolich na wysokości 1530 metrów n.p.m. Za pierwszym razem byliśmy tu świadkami zaciętej walki wielkiej czwórki tego wyścigu. Wygrał Alejandro Valverde przed Joaquinem Rodriguezem i Alberto Contadorem, zaś 15 sekund za nimi przyjechał Chris Froome. Bardzo dobrze spisali się dwaj Polacy. Przemysław Niemiec finiszował dziesiąty ze stratą 42 sekund, zaś Tomasz Marczyński był szesnasty z bagażem 1:24. Rok później samotnie do mety przy barokowym sanktuarium dotarł Włoch Daniele Ratto o blisko cztery minuty wyprzedziwszy grupę faworytów. Drugi był jego rodak Vincenzo Nibali (+ 3:53), zaś trzeci amerykański weteran Chris Horner (+ 3:55). Tym razem nie mieliśmy powodów do zadowolenia. Najlepszy z naszych rodaków Bartosz Huzarski był 39. Co gorsza na zimnym i deszczowym etapie przemarzł Rafał Majka. Góral z Zegartowic stracił tego dnia blisko 20 minut do Nibalego i spółki przez co w „generalce” zleciał z 9 na 26 miejsce. W owym czasie nie można było jeszcze puścić wyścigu przez przełęcz, bowiem końcówka południowego podjazdu była szutrowa.

20160608_051

Brakujący kawałek asfaltu wylano pod koniec 2014 roku i już w następnym sezonie organizatorzy VaE do spółki ze świetnie znającym miejscowe drogi „Purito” Rodriguezem wpletli tą wspinaczką w hardcorowy profil jedenastego etapu swej imprezy. Była to czwarta z sześciu górskich premii na ledwie 138-kilometrowej trasie. Wygrał ją Hiszpan Omar Fraile, który na tym wyścigu skutecznie walczył o zwycięstwo w klasyfikacji górskiej. Wcześniejszego pomysłu nie zmieniłem i ostatecznie wybrałem podjazd północny. Południowego jeszcze nie skreśliłem. Czasu do wieczora miałem wciąż sporo, acz upał gasił mój entuzjazm do dłuższej jazdy. Kilka minut po czternastej na starcie w Aixovall było aż 36 stopni! Cóż było robić? Jechać swoje, ale z umiarem. W takich warunkach zbytnia fantazja mogła bowiem bardzo drogo kosztować. Pierwsza tercja tego wzniesienia prowadzi po CG-6 czyli jednej z głównych dróg Księstwa. Mimo tego nie brak tu stromizn. Cały drugi kilometr ma średnie nachylenie aż 9,8 % przy max. 13 %. Średnią całego dojazdu do Bixessarri (3,6 km przy 7 %) zaniża łatwy początek jak i krótki zjazd na początku trzeciego kilometra. Ten odcinek pokonałem w czasie 13:59 (avs. 15,5 km/h i VAM 1068 m/h). We wiosce trzeba było zjechać z głównej drogi. To znaczy skręcić w lewo i przez mostek nad potokiem Os de Civis wjechać na wąziutką szosę CS-111. Odtąd niemal każdy kilometr trzymał na poziomie od 9 do 10,5 %. Owszem było stromo, ale za to bardzo kręto co zawsze odrobinę pomaga w walce z grawitacją. Na liczącym 4100 metrów dojeździe do Santuari de Canolich było aż 18 wiraży. Do tego cały podjazd jak każdy inny w Andorze świetnie oznakowany za pomocą charakterystycznych tablic. Dzięki temu z góry wiedziałem co czeka mnie na kolejnym kilometrze. Przeszło 4-kilometrowy sektor od Bixessarri do Canolich ze średnią 9 % przejechałem w 22 minuty (avs. 11,4 km/h i VAM 1034 m/h). Lider tego odcinka. Nie byle kto bo David de la Cruz wykręcił tu czas 15:04 (avs. 16,6 km/h). Tuż za kościołem minąłem bar, który w swej ofercie sprzedażowej miał lody. Pomyślałem, że na zjeździe zrobię tu sobie obowiązkowy przystanek. Tymczasem chciałem mieć tą gorącą wspinaczkę jak najszybciej za sobą. Dwa kolejne kilometry były nieco łatwiejsze od reszty. Za to dwa ostatnie wręcz przeciwnie, zatem walczyć trzeba było do samego końca. Udało mi się pokonać Gallinę w czasie poniżej godziny. Podjazd o długości 11,5 kilometra i przewyższeniu 939 metrów przejechałem w 57:15 (avs. 12,4 km/h), zaś 8-kilometrowy odcinek na drodze CS-111 w 42:39 (avs. 11,5 km/h).

20160608_061

Na przełęczy spotkałem Darka szykującego się już do zjazdu na północną stronę. Dowiedziałem się od niego, że ma w nogach obie strony tego wzniesienia, bowiem właśnie pokonał je od południowej strony. Do zrobienia pozostała mu jeszcze Rabassa. Ja miałem już dość jazdy. Pokonały mnie nie tyle góry co klimat. Zrobiłem kilka zdjęć, nakręciłem filmik i przeszedłem się po drewnianej ścieżce na punkt widokowy. Przyjrzałem się jeszcze blaszanej instalacji wystawionej ku czci lokalnego bohatera „Purito” Rodrigueza. Po niespełna kwadransie pogodzony z losem rozpocząłem spokojny zjazd do San Julia. Ciekaw byłem czy Rafał wytrwa w naszym porannym postanowieniu zaliczenia wszystkich trzech podjazdów. Odpowiedź poznałem niecały kilometr przed Bixessarri. Gdy stanąłem na jednym z wiraży z naprzeciwka nadjechał niestrudzony Rafa. W tym momencie do szczytu brakowało mu jeszcze siedem kilometrów, ale wiedziałem że nie odpuści. Swój skrócony występ zakończyłem o 16:12 przejechawszy 61,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 2097 metrów. Plan minimum zrobiłem. Musiałem dłużej poczekać na prawdziwych bohaterów tego morderczego etapu. Przebrałem się przy aucie i schowałem przed słońcem w cieniu dużego drzewa. Pobliska restauracja była niestety zamknięta. Rafał dotarł do samochodu o 17:27. Przejechał w sumie 85 kilometrów o amplitudzie 3176 metrów. Wspinaczki kosztowały go zapewne jeszcze więcej niż mnie czy Darka, ale nie dał za wygraną. Nie będąc optymalnie przygotowany do tej wyprawy pokonał tego dnia trzy strome góry, bezlitosne słońce jak i własne słabości. Rabassę zdobył w 100 minut, zaś Gallinę odpowiednio w 84 i 95.

20160608_081

20160608_151301

Dario przebił jednak nas obu. Wyruszył z Encamp o 11:45 i wrócił do hostelu o 19:01. Całą drogę pokonał na swym Simplonie. Przejechał w sumie 117 kilometrów o przewyższeniu 3592 metrów. Po drodze nieco pobłądził. Na zjeździe z drugiej Galliny rozerwał szytkę w tylnym kole. Cudem uratował się przed upadkiem. Zjechawszy do miasta wpadł na przymusowe zakupy w Jorma-bike. Po tym wszystkim już na rezerwowej gumie wjechał na Rabassę. Oprócz trzech głównych wzniesień na koniec dnia pokonał jeszcze 13-kilometrowy odcinek lekko pod górę z San Julia do Encamp. Poza tym jeszcze w ramach swej pierwszej wspinaczki przeoczył zakręt w Bixessarri i niemal dotarł do hiszpańskiej granicy. Przez to dodał sobie przypadkiem dwa kilometry wspinaczki w kierunku Os de Civis.  Czasy poszczególnych odcinków naszego andorskiego „Króla Gór” to kolejno: 47:51 (avs. 10,2 km/h) na drodze CS-111 z północnej Galliny, 1h 04:26 (avs. 11,3 km/h) na południowej Gallinie oraz 1h 20:39 (avs. 12,9 km/h) na Rabassie. Wielki szacun MIS DOS AMIGOS.

20160608_1

Napisany w 2016a_Catalunya & Andorra | Możliwość komentowania Alto de la Rabassa & Collada de la Gallina została wyłączona

Port de Cabus & Estacio d’Arinsal

Autor: admin o 7. czerwca 2016

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/601614759

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/601614750

Trzeci dzień w Andorze to była druga z rzędu wycieczka do ośrodka narciarskiego Vallnord. Składa się on z dwóch sektorów: Ordino-Arcalis i Pal-Arinsal. Pierwszy odwiedziliśmy w poniedziałek. Zatem we wtorek nie pozostało nam nic innego jak ruszyć na zachód szosą CG-4. Na jedenastym etapie naszej wyprawy mieliśmy wjechać na Port de Cabus (2305 m. n.p.m.) oraz dotrzeć do Estacio d’Esqui d’Arinsal (1905 m. n.p.m.). Idealnym punktem wypadowym do obu wspinaczek była miejscowość La Massana. Dojazd do niej był taki sam jak dzień wcześniej do Ordino z tą różnicą, że o przeszło dwa kilometry krótszy. Tym niemniej aby dotrzeć na to miejsce najpierw należało się skutecznie wydostać z lokum w HolaStays Fontbernat. Tymczasem już pierwszego dnia odkryliśmy, że trzeba uważać na zamek w drzwiach od naszego apartamentu. Nie będąc w posiadaniu klucza w razie zatrzaśnięcia drzwi można je było otworzyć tylko od wewnątrz. Pech chciał, że tego dnia w porannym zamieszaniu Darek zamknął owe podstępne wrota zostawiwszy klucze w kuchni. Znaleźliśmy się więc na hotelowym korytarzu bez dostępu do rowerów i reszty naszych rzeczy. Na nic zdała się interwencja u prowadzącej hostel Hiszpanki, ani też zawezwanie jej znajomego ślusarza. Kolejnym krokiem zdawało się już tylko sprowadzenie miejscowej policji do nadzoru nad siłowym wtargnięciem na pokoje. Z desperacji podjęliśmy jeszcze ryzykowną akcję we własnym zakresie. Otóż każdy apartament miał jedno okno dachowe na wysokości około trzech metrów. My zaś mieliśmy swobodny dostęp do sąsiedniego lokalu. Dario zdecydował się wyjść na dach hostelu by sprawdzić możliwość otwarcia od zewnątrz okna w naszej kuchni. Nie mając do dyspozycji drabiny zbudowaliśmy mu ad hoc chybotliwą konstrukcję ze stołu i krzeseł. Po chwili był już na dachu. Niestety nasze okienko okazało się być skutecznie zablokowane od środka. Na nic zdało się podjęte ryzyko. Na pamiątkę z tej akcji pozostał nam jednak krótki filmik ukazujący Encamp z perspektywy andorskiego kominiarza. Gdy Darek igrał z losem na stromym dachu hostelu ja dalej grzebałem w zamku szukając bezpieczniejszego sposobu na wyjście z kłopotliwej sytuacji. Powoli traciłem już nadzieję, aż tu nagle blokada puściła i ku naszemu zdumieniu mogliśmy wejść do środka. Jak tylko pokonaliśmy tą przeszkodę czym prędzej spakowałem się do wyjazdu. Rafał niebawem też był zwarty i gotowy. Tylko Darek potrzebował więcej czasu, a że nie chciał nas opóźniać stwierdził że dojedzie na start górskiego odcinka rowerem.

20160607_100135

Dojazd samochodem zajął nam ledwie kwadrans, więc tuż przed jedenastą byliśmy już na miejscu. Zaparkowaliśmy przy Avinguda del Ravell na wysokości parku Prat Gran. Trzysta metrów za dolną stacją kolejki górskiej La Massana, gdzie na rozjeździe dróg CG-3 i CG-4 wyznaczyłem nam start jedenastego etapu. W pierwszej kolejności mieliśmy pokonać trudniejszy z dwojga podjazdów czyli Port de Cabus. To wspinaczka o długości 17,7 kilometra i przewyższeniu 1073 metrów co daje średnie nachylenie 6,1 % przy max. 11 %. Ta góra w pełnym wymiarze nigdy nie znalazła się na trasie prestiżowego wyścigu etapowego. Tym niemniej podczas Volta a Catalunya z roku 1977 kolarze pokonali jej najtrudniejszą część zmierzając do mety wyznaczonej na Col de la Botella (2063 m. n.p.m.). Co ciekawe choć tego dnia brylowali hiszpańscy górale to cały wyścig i tak zdominowali kolarze z Niderlandów. Ten górski etap wygrał Jose-Enrique Cima wyprzedzając Manuela Esparzę o 9 i Francisco Galdosa o 13 sekund. Jednak w generalce Volty triumfował Belg Freddy Maertens przed swym rodakiem Johanem De Muynckiem oraz Holendrem Joopem Zoetemelkiem. W kolarskim światku lepiej znany jest skromniejszy podjazd do Estacio del Pal kończący się u kresu drogi CS-420 na wysokości 1900 metrów n.p.m. W tym miejscu zakończył się piętnasty etap Tour de France 1993 wygrany przez Oliveiro Rincona. Kolumbijczyk o 1:50 wyprzedził na nim grupę faworytów, którą przyprowadził Szwajcar Tony Rominger. Nasz Zenon Jaskuła finiszował tu czwarty za Bjarne Riisem, ale przed wielkim Miguelem Indurainem. Vuelta a Espana zajrzała tu czterokrotnie. Po raz pierwszy już w sezonie 1985 kiedy to wyznaczono tu metę 16-kilometrowej czasówki ze startem w Andorra La Vella. Na tym etapie prawdy najlepszy był inny Kolumbijczyk Francisco „Pacho” Rodriguez, który o 10 sekund wyprzedził liderującego Szkota Roberta Millara i o 14 swego rodaka Luisa „Lucho” Herrerę. W późniejszych latach etapy ze startu wspólnego wygrywali tu: Hiszpan Jose-Maria Jimenez (1998 i 2001) oraz Bask Igor Anton (2010). „El Chava” Jimenez za pierwszym razem wyprzedził Fernando Escartina i Roberto Herasa, zaś za drugim ponownie Escartina i swego kolegę z iBanesto.com Juan-Miguela Mercado. Z kolei Anton przed sześciu laty o 3 sekundy wyprzedził z Galisyjczyka Ezequiela Mosquerę i o 10 sekund ś.p. Katalończyka Xabiera Tondo. Dzięki temu sukcesowi kolarz Euskaltel-Euskadi na trzy dni przywdział czerwoną wówczas koszulkę lidera VaE. Stracił ją w dramatycznych okolicznościach po kraksie u podnóża Pena Cabarga w Kantabrii.

20160607_001

Port de Cabus i Estacio de Pal mają wspólne pierwsze 8,5 kilometra co oznacza, iż dolną połówkę pierwszego z naszych wtorkowych podjazdów przemierzali też sześciokrotnie uczestnicy Volta a Catalunya. Jako pierwszy w stacji Pal triumfował Duńczyk Bo Hamburger w sezonie 1997. W jego ślady poszli czterej Hiszpanie: Juan-Antonio Garrido (2002), Miguel-Angel Martin Perdiguero (2004), Julian Sanchez Pimienta (2005) i Alberto Contador (2011) oraz Włoch Leonardo Piepoli (2005). Z kolei na Semana Catalana z roku 1996 najszybciej dotarł tu Szwajcar Alex Zulle. My dwaj skromni amatorzy ruszyliśmy ku kolejnej przygodzie razem o godzinie 11:07. Szybko się rozstaliśmy mimo, że pierwsze kilometry tego podjazdu są dość łatwe. Jak wynika z naszych danych zarejestrowanych na strava.com już na dojeździe do Erts (2,4 km) wyprzedziłem Rafała o niemal dwie minuty. Ten fragment wzniesienia o nachyleniu nieco ponad 4 % jak dla mnie był w sam raz do mocnej rozgrzewki. Aby pozostać na drodze CG-4 musiałem teraz skręcić w lewo. Jadąc na wprost znalazłbym się na szosie CG-5, na której zaczyna się podjazd do stacji Arinsal. Z nim zaś mieliśmy się zapoznać dopiero w drodze powrotnej z Cabus czyli niejako na deser po daniu głównym. W połowie czwartego kilometra dojechałem do wioski o finezyjnej nazwie Xixerella (3,6 km). Za nią przez kolejne półtora kilometra stromizna nie spadała poniżej 7 %. Podjazd stopniowo stawiał coraz wyższe wymagania. Stromizna szła w górę, zaś moja średnia prędkość w dół. O ile na odcinku z La Massana do Erts ze średnią 4 % kręciłem w tempie 19,4 km/h o tyle na sektorze z Erts do Pal przy nachyleniu 6 % już tylko ze średnią 16,4 km/h. Głębiej mogłem odetchnąć dopiero w drugiej połowie szóstego kilometra tuż przed wioską Pal (5,8 km). Jednak najtrudniejszy fragment całego wzniesienia miałem dopiero przed sobą. Siódmy kilometr miał średnie nachylenie 9,7 % i odcinki o stromiźnie sięgającej 11 %. Podobnie jak w poprzednich dwóch dniach wszystko to mieliśmy zresztą drobiazgowo rozpisane na eleganckich tablicach przydrożnych. Tu zaś dodatkowo do połowy dziewiątego kilometra owa informacja była podwójna gdyż dotyczyła zarówno drogi kolarskiej numer 8 Estacio de Pal jak i nr 9 czyli Port de Cabus. Oba szlaki rozdzielają się na wysokości około 1760 metrów n.p.m. Ów rozjazd poprzedza zaś trudny kilometr na średnim poziomie 8,8 %. Dojechawszy do tego strategicznego punktu musiałem skręcić w prawo. Gdybym odbił w lewo do stacji Pal pozostałoby mi tylko 2400 metrów.

20160607_011

20160607_144322

20160607_144108

Tymczasem droga do Port de Cabus była jeszcze długa. Zbliżałem się dopiero do półmetka tej wspinaczki. Końcówka miała być wprawdzie stosunkowo łatwa, lecz najpierw trzeba było pokonać trzy kilometry ze średnią około 8 % na dojeździe do Col de la Botella (12,3 km). Wcześniej bo na początku jedenastego kilometra minąłem narciarskie wyciągi przy El Cubil (10,1 km). Kolejne relikty zimowego sezonu ujrzałem na wspomnianej już Botelli. Odtąd podjazd stał się znacznie łatwiejszy. Na początku czternastego kilometra minąłem niewielki parking i tuż za nim oryginalną instalację pt. „Tempesta en una tassa de te” autorstwa amerykańskiego artysty Dennisa Oppenheima. „Burza w filiżance herbaty” to sztuka na wysokim poziomie i to dosłownie bo wystawiana na wysokości 2100 metrów n.p.m. Minąłem ją w samo południe, więc nie była to jeszcze pora na podwieczorek. Do końca podjazdu brakowało mi wciąż 4600 metrów. Kilometr piętnasty i początek szesnastego były niemal płaskie, więc mogłem przyśpieszyć nawet do 28-29 km/h. Potem droga skręciła na południe i przez około dwa kilometry trzymała na poziomie 6 %. Ten odcinek przejechałem w tempie 15-17 km/h i dopiero na łatwiejszej końcówce pozwoliłem sobie na bardziej energiczny finisz. Wspinaczka na Port de Cabus kończy się na samym krańcu szosy CG-4 tuż pod hiszpańską granicą. Asfaltowa droga przechodzi tu w gruntowy szlak wiodący do wioski Tor. Zmagania z tą górą zakończyłem po przejechaniu niespełna 17,8 kilometra w czasie 1h 08:45 (avs. 15,5 km/h) co przy przewyższeniu 1069 metrów dało VAM na poziomie 933 m/h. Na Rafała czekałem nieszczególnie długo, bo niespełna 20 minut. Przyjechał w towarzystwie innego cyklo-amatora. Na górze spotkaliśmy też młodego okularnika z Kraju Basków, który podawał się za ziomka Iona Izagirre. Dziwnym trafem po okolicy kręcił się też nasz znajomy z Arcalis czyli turysta rodem z Dalekiego Wschodu. Na stravie najdłuższy segment ma 14,4 kilometra i zaczyna się w Xixarella. Liderem na nim jest Daryl Impey z Orica-Greenedge z wynikiem 41:06. Ja uzyskałem tu czas 57:13 (avs. 15,1 km/h i VAM 924 m/h), zaś Rafa 1h 13:06 (avs. 11,8 km/h i VAM 723 m/h). Na ósmym kilometrze zjazdu, na wysokości El Cubil minąłem się z Darkiem. Jechał na maksa, bardzo skupiony i najwyraźniej odpowiednio rozgrzany dojazdem do La Massany. Pokonał to wzniesienie w czasie zbliżonym do mojego czyli 57:44 (avs. 15,0 km/h i VAM 916 m/h). Natomiast na odcinku od rozdroża do mety był ode mnie szybszy o 15 sekund. Ostatnie 9,3 kilometra przejechał w 35:18 (avs. 15,9 km/h). Ja miałem tu 35:33 (avs. 15,8 km/h), zaś Rafa całkiem żwawe 41:31 (avs. 13,5 km/h).

20160607_031

20160607_143245

20160607_141750

W trakcie zjazdu z Port de Cabus rozstałem się z Rafałem już na drugim kilometrze. Miałem w planach zrobienie większej dawki zdjęć z tego wzniesienia, więc nie chciałem wstrzymywać kolegi. Poza tym uznaliśmy, iż najlepiej będzie gdy on zacznie wspinaczkę pod Arinsal z zapasem kilku czy kilkunastu minut. Zatrzymując się po drodze tu i ówdzie dotarłem do ronda w miejscowości Erts tuż po czternastej. Bez pośpiechu rozebrałem się z ciuchów zjazdowych i strzeliłem kilka fotek u zbiegu dróg. Ostatecznie na CG-5 wjechałem o godzinie 14:07. Jak się później okazało niemal 20 minut po swym młodszym koledze. A zatem teoretycznie bez szans na „złapanie zajączka”. Przed nami był krótki, acz dość sztywny podjazd. Mieliśmy do pokonania w pionie 551 metrów po przejechaniu 7,1 kilometra o średniej 7,8 % przy max. 13%. W przeciwieństwie do pobliskich stacji Pal czy Arcalis oczekująca nas Arinsal nie dostąpiła jeszcze zaszczytu goszczenia wyścigów z najwyższej półki takich jak Vuelta a Espana czy Tour de France. Tym niemniej podjazd ten nie jest obcy zawodowym kolarzom. Trzykrotnie ścigali się tu uczestnicy Semana Catalana i raz zawodnicy walczący na trasie Volta a Catalunya. Niegdyś prestiżowy, acz dziś już nie rozgrywany Tydzień Kataloński po raz pierwszy zajrzał w te strony już w sezonie 1979. Wygrał tu wówczas mało znany Hiszpan Salvador Jarque Borras. Po nim wygrywali w tym miejscu jeszcze Pedro Munoz w roku 1981 oraz Włoch Francesco Frattini w sezonie 1995. Ten ostatni jako jedyny w tym gronie dzięki sukcesowi etapowemu wygrał też cały ów wyścig. W bliższych nam czasach do Arinsal dotarł za to wyścig Dookoła Katalonii. Etap czwarty z roku 2007 wygrał tu Oscar Sevilla, który po aferze dopingowej „Operacion Puerto” został przygarnięty przez „drugoligowy” zespół Relax-Gam Fuenlabrada. Popularny „El Nino” wygrał tu z przewagą 33 i 34 sekund nad Australijczykiem Michaelem Rogersem oraz Francuzem Christophem Moreau. Objął nawet prowadzenie w wyścigu, ale stracił je w dniu następnym po górskiej czasówce z Sornas do stacji Arcalis. Na tej imprezie najlepiej bawili się bowiem Rosjanie. Całą Voltę wygrał długowłosy Wladimir Karpiec z Caisse d’Epargne, zaś trzeci był zwycięzca „etapu prawdy” Denis Mienszow z Rabobanku. W klasyfikacji generalnej obu Moskali przedzielił jedynie wspomniany już Rogers.

20160607_051

Arinsal okazał się dość trudnym podjazdem. To znaczy nie dającym zbyt wielu okazji do odetchnięcia. Pierwszy bardziej stromy odcinek zaczął się już po czterystu metrach. Cały dojazd do dolnej stacji kolejki linowej w centrum miejscowości Arinsal (1,7 km) miał średnie nachylenie rzędu 7 %. Tymczasem według profilu wzniesienia cały kolejny kilometr trzymał już na poziomie 8,2 %. W połowie trzeciego kilometra przejechałem na zachodni brzeg rzeczki Arinsal. Na moście skończyła się „krajówka” nr 5 i wspinaczkę trzeba było kontynuować w dzikszej scenerii po drodze CS-413. Szosa zawróciła w kierunku południowym w pobliżu dużego hotelu o chłodnej nazwie Patagonia. Potem minąłem szlaban, który bywa opuszczany zimą przy gorszych warunkach atmosferycznych. Spoglądając w lewo mogłem dojrzeć leżący już głęboko w dole kurort Arinsal. Wkrótce tuż przed drugim wirażem zaczął się zdecydowanie najtrudniejszy fragment tego wzniesienia. Na krętym odcinku o długości niespełna 2,4 kilometra trzeba było pokonać aż 218 metrów w pionie co daje średnią 9,2 %. Dopiero na przełomie szóstego i siódmego kilometra mogłem odpocząć przez jakieś trzysta metrów. Potem musiałem jeszcze pokonać półkilometrowy odcinek z nachyleniem od 7 % do 10 %, by wyjeżdżając z dziesiątego zakrętu ujrzeć już przed sobą zabudowania Estacio d’Esqui d’Arinsal. Stąd do kresu wspinaczki brakowało tylko czterystu metrów. Niespodziewanie w zasięgu wzroku miałem nagle znajomą sylwetkę Rafała. Mój amigo najwyraźniej przeżywał na tej górze ciężkie chwile skoro tracił do mnie blisko trzy minuty na każdym kilometrze. Tym niemniej ostatecznie nie dał się dogonić. Według danych z licznika podjazd o długości niespełna 7,1 kilometra i przewyższeniu 552 metrów przejechałem w czasie 32:50 (avs. 12,9 km/h). Na stravie znalazłem odcinek długi na 6,9 kilometra o amplitudzie 555 metrów czyli o średniej 8 %. Na tym segmencie uzyskałem czas 31:56 co dało średnią prędkość 13,1 km/h i przyzwoity VAM na poziomie 1044 m/h. Rafałowi po dobrej końcówce na Cabus tu najwyraźniej zabrakło już sił. Zanotował bowiem czas 50:57 (avs. 8,2 km/h i VAM 654 m/h). Zrobiliśmy sobie zdjęcia na tle stacji kolejki linowej i nieco niżej przy tablicy wyznaczającej koniec tego wzniesienia. Po kilkunastu minutach odpoczynku rozpoczęliśmy 9-kilometrowy zjazd do La Massany.

20160607_071

Dario odpuścił sobie podjazd do Estacio d’Arinsal. Tym niemniej w drodze powrotnej z Cabus odbił w prawo i po przejechaniu około dwóch kilometrów dotarł do Estacio de Pal. Stacji narciarskiej, która w tym roku już po raz czwarty organizowała zawody Pucharu Świata w kolarstwie górskim (cross-country & downhill). Natomiast rok temu była nawet gospodarzem Mistrzostw świata w tej kolarskiej profesji. W ten sposób Dario nadrobił nad nami sporo czasu i na dole czekaliśmy na niego tylko 10 minut. Ostatecznie przejechał tego dnia niespełna 56 kilometrów o przewyższeniu około 1410 metrów. Ja wraz z Rafałem pokonałem tylko 49,5 kilometra, ale o przewyższeniu 1634 metrów. Kilka minut po wpół do czwartej byliśmy już wszyscy przy samochodzie. Poszliśmy jeszcze na szybką kawę do pobliskiej restauracji. W teorii mieliśmy dość czasu na to by po dojechaniu do naszego hostelu wybrać się późnym popołudniem na pobliską Collada de Beixalis. Niestety około siedemnastej rozpadało się i przeszła mi na to ochota. Czas do wieczora spędziłem zatem na spacerze po uliczkach Encamp i wieczornej wycieczce do Andorra La Vella celem zrobienia zakupów spożywczych o charakterze importowym.

20160607_091

20160607_151123

Napisany w 2016a_Catalunya & Andorra | Możliwość komentowania Port de Cabus & Estacio d’Arinsal została wyłączona

Estacio de Arcalis & Coll d’Ordino

Autor: admin o 6. czerwca 2016

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/600602240

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/600602212

„Anti-clockwise route” tak Anglofoni nazywają trasy Tour de France gdy peleton najpierw wjeżdża w Pireneje, zaś dopiero w trzecim tygodniu wyścigu odwiedza Alpy. Uczestnicy „Wielkiej Pętli” przemierzają wówczas terytorium Francji w kierunku odwrotnym do tego, który pokonują wskazówki na tarczy klasycznego zegara. My poniekąd w taki sam sposób zorganizowaliśmy sobie zwiedzanie Andory. Zaczęliśmy od Port d’Envalira i Els Cortals czyli dwóch podjazdów we wschodniej części Księstwa. Następnie w poniedziałek wybraliśmy się na północ by zmierzyć się z Port de Rat (2363 m. n.p.m.) oraz Col d’Ordino (1981 m. n.p.m.). Ten pierwszy to w zasadzie wspinaczka do stacji narciarskiej Arcalis (2230 m. n.p.m.), wydłużona o dodatkowe 2,5 kilometra szutrowego szlaku. Czekały na nas wzniesienia dobrze znane kolarskim kibicom. Oba wielokrotnie wypróbowane na trasach Vuelta a Espana, Tour de France czy Volta a Catalunya. Do Estacion de Esqui de Arcalis hiszpańska wieloetapówka zajrzała już sześć razy. Natomiast francuski Tour jak na razie trzykrotnie. Po raz trzeci 10 lipca 2016 roku czyli niespełna pięć tygodni po naszej wizycie w tym miejscu. Vuelta po raz pierwszy finiszowała tu w sezonie 1994 czyli podczas ostatniej wiosennej edycji tego wyścigu. Dziesiąty etap tej imprezy wygrał Kolumbijczyk Angel Yesid Camargo z ekipy Kelme, który o 23 sekundy wyprzedził liderującego Szwajcara Tony Romingera i o 25 kolejnego Helweta Alexa Zulle. Następnie w roku 1999 jako pierwszy do etapowej mety w tej stacji dotarł Bask Igor Gonzalez de Galdeano z drużyny Vitalicio Seguros. Za nim ze stratą 40 i 41 sekund finiszowali Roberto Heras i Jose-Maria Jimenez. Natomiast Niemiec Jan Ullrich odebrał prowadzenie w wyścigu Abrahamowi Olano. Rok później ponownie najlepszy w tym miejscu był kolarz baskijski, acz tym razem Roberto Laiseka z zespołu Euskatel-Euskadi. Zdystansował on Carlosa Sastre o 50 sekund i Santiago Blanco o 1:04. Również tym razem zmienił się tu lider wyścigu, gdyż Hiszpan Angel Luis Casero odebrał złotą koszulkę swemu rodakowi Santosowi Gonzalesowi. W sezonie 2001 Vuelta przyjechała tu po raz trzeci z rzędu. Tym razem jednak w Estacion de Arcalis kończyła się górska czasówka rozegrana na dystansie 17,1 kilometra ze startem w Sornas na obrzeżach miasteczka Ordino. Ten etap prawdy wygrał wspomniany już Jimenez z ekipy iBanesto.com. Popularny „El Chava” uzyskał czas 36:38 i o 28 sekund wyprzedził ponownie drugiego Sastre, zaś o 31 Jose-Luisa Rubierę. Siódmy tego dnia Oscar Sevilla utrzymał się na prowadzeniu.

Przy dwóch ostatnich okazjach o etapowe zwycięstwo VaE w stacji Arcalis rywalizowano na finiszach z kilkuosobowych grupek. W 2005 roku najszybszy okazał się Hiszpan Francisco Mancebo z Illes Ballears, który wyprzedził Herasa i liderującego Denisa Mienszowa. Natomiast dwa lata później nie było już mocnych na Mienszowa. Tym razem Rosjanin z holenderskiego Rabobanku okazał się szybszy od Cadela Evansa i Samuela Sancheza. Dzięki temu umocnił się na prowadzeniu w tym wyścigu. Tour de France po raz pierwszy dotarł do Arcalis w sezonie 1997. Podjazd wieńczył iście królewski odcinek „Wielkiej Pętli”. Etap dwunasty miał aż 252 kilometry długości i cztery premie górskie nie licząc finałowej wspinaczki. Większość zawodników zmagała się z tą morderczą trasą przez ponad osiem godzin. Zdecydowanie najmocniejszy tego dnia był Jan Ullrich z Team Deutsche Telekom. Niespełna 24-letni wówczas kolarz rodem z Rostocku zmiażdżył opozycję. Zaatakował niespełna 10 kilometrów przed metą i swych dwóch najbliższych rywali tzn. Marco Pantaniego i Richarda Virenque wyprzedził o 1:08. Pozostali stracili znacznie więcej. Czwarty Francesco Casagrande już 2:01, zaś piąty Bjarne Riis aż 3:23. Rudowłosy „Kaiser” zamienił tego dnia koszulkę mistrza Niemiec na żółty trykot lidera TdF, którego nie oddał już do końca wyścigu. Na siódmym etapie z roku 2009 też było ciekawie, acz o zwycięstwo etapowe walczyli typowi harcownicy. Wygrał Francuz Brice Feillu z ekipy Agritubel, który o 5 sekund wyprzedził Christophe’a Kerna i o 26 Johannesa Frohlingera. Nowym liderem wyścigu został czwarty ne kresce Włoch Rinaldo Nocentini. Za ich plecami trwała „wojna domowa” w obozie Astany. Od grupy faworytów skutecznie odskoczył Alberto Contadora. Hiszpan finiszował dziewiąty ze stratą 3:26 do młodszego z braci Feillu i co najważniejsze o 21 sekund wyprzedził grupę asów, w której przyjechał Lance Armstrong. Dzięki temu „Pistolero” przeskoczył „Bossa” w generalce o dwie sekundy awansując na pozycję wicelidera. W sezonie 2016 też mieliśmy dwa wyścigi w jednym. Upalny etap z burzowym finałem wygrał Holender Tom Dumoulin z drużyny Giant-Alpecin, który o 38 sekund wyprzedził ex-mistrza świata Portugalczyka Rui Alberto Costę i naszego Rafała Majkę. Grupę największych asów przyprowadził do mety Anglik Adam Yates finiszujący na dziesiątym miejscu ze stratą 6:35 do etapowego zwycięzcy. Jego rodak Chris Froome spokojnie utrzymał się na pozycji lidera.

20160606_001

Tyle historii z wielkiego kolarskiego świata. Warto jeszcze w paru zdaniach podsumować wizyty katalońskiej Volty. Było ich co najmniej pięć. Organizatorzy VaC wyznaczyli w Arcalis finisze dwóch etapów ze startu wspólnego oraz mety trzech czasówek. Te pierwsze wygrali Kolumbijczyk Hernan Buenahora (1998) i Hiszpan Carlos Castano (2006). Natomiast te drugie Hiszpan Miguel Martin-Perdiguero (2004), Bask Inigo Cuesta (2005) oraz wspominany już Mienszow (2007). Pierwszy z tych „etapów prawdy” miał tylko 12,4 kilometra, bowiem start wyznaczono w miasteczku Llorts. Natomiast dwa pozostałe rozegrano na dystansie 17,1 kilometra czyli na trasie identycznej z czasówką VaE 2001. Cuesta i Mienszow nie poprawili wyniku Jimeneza. Poza tym w kronikach tego wyścigu można jeszcze znaleźć informację o tym, iż w 1981 roku jeden z górskich etapów Volty zakończył się w pobliżu Llac de Tristaina. To trzy jeziorka leżące nieopodal stacji na poziomie od 2249 do 2306 metrów n.p.m. Już wtedy ścigano się więc na tej samej górze, acz trudno przesądzać do jakiej wysokości. Inne oznaczenie etapowej mety zapewne wynika z faktu, że przed 35 laty ośrodek narciarski Arcalis mógł jeszcze nie istnieć. Ten pionierski odcinek wygrał Holender Johan Van der Velde, który w dwójkowym sprincie ograł Hiszpana Pedro Munoza. Do podnóża obu poniedziałkowych podjazdów czyli miasteczka Ordino dojechaliśmy samochodem. Na miejscu byliśmy już przed dziesiątą. Zaparkowaliśmy na parkingu w pobliżu hotelu La Coma, jakieś trzysta metrów od ronda na drodze CG-3, które wyglądało na punkt startu do obu wspinaczek. W praktyce dodaliśmy sobie kilometr do trasy wspomniane górskiej czasówki. Wystartowaliśmy o godzinie 10:12. Na dojeździe do Sornas w zasadzie nie zyskaliśmy ani metra wysokości. Po małej hopce trafił się krótki zjazd, a potem falsopiano. Zresztą cały dojazd do El Serrat uznać można tylko za rozgrzewkę przed właściwym podjazdem. Stromizna rzadko przekracza tu poziom 5 %, zaś średnie nachylenie całego 7-kilometrowego odcinka to skromne 3,2 %. Droga wiedzie łagodnym szlakiem wzdłuż rzeki Valira del Nord mijając La Cortinadę (2,7 km) i Llorts (5,4 km). Budynki i ronda były już gotowe na przyjazd Touru, lecz na wylocie z tej pierwszej wioski prowadzono jeszcze roboty drogowe, które zatrzymały mnie na około 20 sekund. Mimo owego przystanku ten fragment wzniesienia przejechałem w średnim tempie 20,6 km/h.

20160606_011

Zgodnie z oczekiwaniami prawdziwa wspinaczka zaczęła się tuż przed El Serrat zaraz po minięciu mostu nad Riu de Rialb. Zmiana rytmu jazdy była drastyczna. Nie bez przyczyny skoro pierwszy z dziesięciu pozostałych kilometrów jest najtrudniejszy na całym wzniesieniu. Ten odcinek ma średnio 8,9 %, zaś maksymalna stromizna sięga nawet 12 %. To właśnie w tym miejscu plecy swoim rywalom pokazał „Kaiser” z Meklemburgii. Następne trzy kilometry wiodą niemal prosto na północny-zachód i za wyjątkiem łatwiejszej końcówki trzymają na poziomie 7-8 %. Po drodze przejeżdża się pod dwoma galeriami, która nazwać można niedźwiedzią i narciarską. W połowie trzynastego kilometra przejechałem przez most nad Riu de Tristaina. W oddali widać już było jedyny na całym podjeździe tunel, którego wlot wymalowano na żółto. Pokonawszy dwie serpentyny wjechałem do niego po przejechaniu 13,2 kilometra od startu. Po jego drugiej stronie minąłem dolny parking stacji Arcalis znajdujący się na wysokości niespełna 1940 metrów n.p.m. Powyżej hotelu L’Hortell zaczyna się najbardziej efektowny odcinek tej drogi. Na dystansie 2,5 kilometra trzeba pokonać aż tuzin wiraży. Jeden na każde 200 metrów co nieco ułatwia wspinaczkę. Wjazdu do stacji zdaje się strzec swego rodzaju „Oko Saurona” czyli rzeźba L’Anella d’Ordino. Od niej do finału było jeszcze 500 metrów solidnego wzniesienia i nieco dłuższa, lecz wypłaszczona końcówka. Do stacji dotarłem po przejechaniu 18,3 kilometra w czasie 1h 07:30 (avs. 16,3 km/h). Najdłuższy segment, który znalazłem na stravie ma długość 16,3 kilometra i jego start wyznaczono 1500 metrów za rondem w Ordino. Ten dystans pokonałem w czasie netto 1h 02:03 (avs. 15,8 km/h i VAM 883 m/h). Dario uzyskał na nim czas 1h 08:34, zaś Rafa 1h 29:34. Pięć najlepszych wyników na tym sektorze pochodzi z dziewiątego etapu tegorocznego Touru. Prowadzi Adam Yates z czasem 39:23. Romain Bardet uzyskał tu 39:45, zaś Vincenzo Nibali 40:24. Gdy do stacji dojechał Darek ruszyłem z nim dalej w górę szutrowego szlaku. Po przejechaniu około 700 metrów musieliśmy się jednak zatrzymać, bo na drodze stanęła nam śnieżna zaspa. Tu wspólnie poczekaliśmy na przyjazd Rafała. Następnie obeszliśmy to wspomnienie zimy na piechotę. Nie tyle z konieczności jak trzy lata temu na Col d’Esischie, lecz raczej z ciekawości jak wysoko możemy dotrzeć. Niestety udało nam się przejechać jeszcze tylko trzysta metrów. Ostatecznie dotarliśmy na wysokość 2292 metrów n.p.m. Tym samym Port de Rat na początku czerwca okazał się nieosiągalny.

20160606_031

20160606_113212

20160606_113725

Pierwsze kilometry zjazdu pokonaliśmy razem czyli zachowując ze sobą kontakt wzrokowy. W tym czasie zrobiliśmy sobie trójkowe zdjęcia w różnych miejscach. Pierwsze z nich obowiązkowo jeszcze w samym Arcalis. Zjeżdżając po raz pierwszy napotkaliśmy oldskulowego cyklistę o azjatyckich rysach twarzy. Natomiast gdy staliśmy na parkingu pod L’Hortell minął nas Benat Intxausti. Ten 30-letni Bask z Team Sky zajął trzecie miejsce w lutowej Volta a la Comunitat Valenciana. Potem jednak mocno podupadł na zdrowiu i stracił resztę sezonu. Czerwcowe treningi na szosach Andory nie pomogły mu wrócić do pełni formy. Po raz trzeci i ostatni zatrzymaliśmy się przy wylocie ze wspomnianego już tunelu. Niżej zjeżdżaliśmy już osobno. Ja na końcu stawki dbając o dokumentację fotograficzną. Okupiłem to lekkim prysznicem jaki zgotował mi deszcz w okolicy Llorts. Przed wpół do drugą byliśmy już wszyscy przy samochodzie. Było pochmurno, acz w samym Ordino nie padało. Zaczęliśmy się zastanawiać co dalej robić. Jechać od razu na drugą górę dnia czy przeczekać to pogorszenie pogody licząc na to, że się rozjaśni? Pod uwagę braliśmy jeszcze trzecią opcję czyli wjazd autem na Coll d’Ordino (1980 m. n.p.m.) i rozpoczęcie etapu 10b od zjazdu. Jakby miało się rozpadać za około godzinę to wspinaczka w deszczowych warunkach byłaby lepszym rozwiązaniem niż 10-kilometrowy zjazd na mokro. Darek zaczął rozmyślać nad tym czy w ogóle warto atakować podjazd o przewyższeniu niespełna 700 metrów. Zachodnia wspinaczka pod przełęcz Ordino choć trudniejsza od wschodniej nie mogła nam imponować swymi wymiarami. Na dystansie 9,8 kilometra trzeba tu było pokonać 676 metrów w pionie co daje średnie nachylenie 6,9 % przy max. 12 %. Dla porównania podjazd wschodni od Canillo ma amplitudę tylko 450 metrów co przy długości 8,9 kilometra daje średnio 5,1 %. Obie drogi na przełęcz można jednak znacząco przedłużyć rozpoczynając wspinaczki w centrum Andorra la Vella na wysokości 1030 metrów n.p.m. Wówczas oba podjazdy mają przewyższenie 950 metrów. Taki szlak wschodni liczy sobie 19,6 kilometra, zaś zachodni jest o dwa kilometry krótszy. Jednym słowem Ordino to premia górska co najwyżej pierwszej kategorii, zaś w swej najłatwiejszej wersji (północno-wschodniej) tylko klasy drugiej.

20160606_051

Tym niemniej z racji częstej obecności tego wzniesienia na trasach prestiżowych etapówek chciałem mu się bliżej przyjrzeć. Coll d’Ordino już dziesięć razy pojawiła się na trasach Wielkich Tourów. Ośmiokrotnie skorzystali z niej organizatorzy Vuelta a Espana. Po raz pierwszy 22 lata temu na wspomnianym już wiosennym etapie do Estacio de Arcalis. Taka jest zresztą podstawowa rola tej przełęczy. Tu nie kończą się górskie odcinki Touru, Volty czy Vuelty. Zazwyczaj jest to przedostatnia premia górska na trasie etapu. W razie wczesnego ataku śmiały uciekinier musi jeszcze potwierdzić swą formę na finałowym podjeździe. Te zaś wiodą do jednej z trzech stacji narciarskich powstałych w dolinie Vallnord. W trakcie VaE z roku 1994 jako pierwszy linię górskiej premii na Ordino przeciął Hiszpan Carlos Galarreta ze skromnej ekipy Castellblanch. Potem już na przełomie wieków uczestnicy Vuelty przejeżdżali tędy zarówno na etapach prowadzących do stacji Pal (w latach 1998 i 2001) jak i do Arcalis (w sezonach 1999 i 2000). Pierwsi na przełęczy bywali: Jose Maria Jimenez, Igor Gonzalez de Galdeano, Carlos Sastre i ponownie Jimenez. „El Chava” i młodszy z braci Galdeano połączyli zwycięstwo na premii z rychłym triumfem etapowym. Po nich w 2005 roku na etapie do Arcalis najszybciej na tą przełęcz dotarł Belg Rik Verbrugghe, zaś w 2013 na odcinku do Santuari de Canolich Włoch Daniele Ratto. Ten drugi w stylu Jimeneza i Galdeano wytrwał na prowadzeniu do samej mety. W końcu zaś w roku 2015 na Ordino wyjątkowo podjechano od naszej zachodniej strony. Przełęcz ta była drugą z sześciu premii górskich na królewskim etapie do Els Cortals. Przy tej okazji pierwszy na przełęczy pojawił się Hiszpan Ruben Plaza. Z kolei „Wielka Pętla” odwiedziła tą przełęcz tylko dwukrotnie, acz ze swą pierwszą wizytą o rok wyprzedziła Vueltę. W obu przypadkach na Tourze podjeżdżano od wschodu, po wcześniejszym zjeździe z Port d’Envalira. W sezonie 1993 na etapie do Estacio de Pal swój skuteczny, solowy atak rozpoczął tu Kolumbijczyk Oliveiro Rincon. Cztery lata później na maratońskim odcinku do Estacio de Arcalis w jego ślady próbował pójść Jean-Philippe Dojwa. Jemu ta sztuka się nie udała. Na finałowym podjeździe dzielnego Francuza szybko „połknął” szarżujący Jan Ullrich, a po nim jeszcze osiemnastu innych zawodników.

20160606_071

Licząc na przychylność niebios wespół z Rafałem ruszyłem już o 13:50. Zjechaliśmy do ronda w centrum Ordino, z którego odbiliśmy w lewo wjeżdżając na drogę CS-340. Podjazd na dobre zaczął się tuż za pierwszym zakrętem w odległości 250 metrów od oficjalnego startu. Dalej jeszcze przez 1100 metrów prowadził w terenie zabudowanym. Wspinaczkę tą trudno było uznać za szczególnie wymagającą. Tym niemniej z drugiej strony nie należała ona do łatwych. To regularny podjazd na solidnym poziomie. Dolna połowa wzniesienia jest nieco trudniejsza. Na pierwszych pięciu kilometrach są dłuższe odcinków na poziomie 8 %, zaś maksymalne stromizny w paru miejscach sięgają pułapu 11 i 12 %. W połowie czwartego kilometra przejechałem pod bramą, która mogła nam utrudnić niedoszły wjazd z rowerami na dachu. Pod koniec piątego kilometra dojechałem do punktu widokowego na szóstym wirażu. Z tego miejsca widać było całe Ordino wraz z naszym parkingiem oraz początek podjazdu do Arcalis. Na zjeździe Dario nakręcił w tym miejscu krótki filmik. Pod koniec szóstego kilometra stromizna po raz ostatni chwilowo przekroczyła poziom 10 %. Starałem się utrzymać równe i dość mocne tempo jakie narzuciłem sobie od samego początku wzniesienia. Zakładałem, że na podjeździe o nachyleniu około 7 % mogę się pokusić o wjazd z VAM na poziomie około 1000 m/h. Prawie mi się to udało. Swoją wspinaczkę zakończyłem po przejechaniu 9,8 kilometra w czasie 41:52 czyli ze średnią prędkością 14,1 km/h. Na stravie wyznaczono segment ze startem i metą w dokładnie tym samym miejscu co odczyt z mojego licznika, acz podano że oba punkty dzielił dystans 9,6 kilometra. Według danych z tego programu w pionie kręciłem z prędkością 988 m/h. Co ciekawe identyczną wartość uzyskałem na sektorze „Mirador > Coll d’Ordino” obejmującym końcowe 4,9 kilometra powyżej wspomnianego punktu widokowego. Pogoda nieco się poprawiła i na pobliskiej polanie samochodowi turyści urządzali sobie piknik. Na Rafała czekałem jakiś kwadrans. Mój młodszy kolega na dotarcie do przełęczy potrzebował 58:41 (avs. 9,9 km/h i VAM 705 m/h). Nie doczekaliśmy się przyjazdu Darka, który ruszył dopiero o 14:13. Dario wjechał tu bez przekonania, a zatem bez zwyczajowego zacięcia. W tempie niewiele szybszym od Rafy o czym świadczy wynik 56:35 (avs. 10,3 km/h i VAM 731 m/h). Etap dziesiąty okazał się krótki i stosunkowo łatwy. Przejechałem na nim ledwie 58,5 kilometra o przewyższeniu 1766 metrów.

20160606_153032

Napisany w 2016a_Catalunya & Andorra | Możliwość komentowania Estacio de Arcalis & Coll d’Ordino została wyłączona

Port d’Envalira & Cortals d’Encamp

Autor: admin o 5. czerwca 2016

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/599729287

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/599729258

Andora to miejsce szczególne. Tym pirenejskim księstwem formalnie współrządzą prezydent Republiki Francuskiej i hiszpański biskup Urgell. To państewko o terytorium 468 km2 podzielone jest administracyjnie na siedem parafii. Na stałe mieszka tu 85 tysięcy osób, z czego tylko 32 tysiące to mówiący po katalońsku rodowici Andorczycy. Jest tu w sumie 14 miejscowości mających przynajmniej 1000 mieszkańców. Największą pośród nich jest stołeczna Andorra La Vella, w której mieszka czwarta część tutejszej ludności. Centrum tego miasta znajduje się na wysokości 1023 metrów n.p.m. czyli w dolnej części Księstwa. Mimo to jest ono najwyżej położoną stolicą Europy. Andora nie jest członkiem Unii Europejskiej, więc ceny połączeń telefonicznych w roamingu są tu 10-krotnie wyższe niż w krajach sąsiednich (Francji i Hiszpanii). Tym niemniej lokalną walutą jest Euro. Państwo to dopiero w 1993 roku przystąpiło do ONZ. Z geograficznego punktu widzenia to prawdziwy raj dla kolarzy. Szczególnie dla takich jak my amatorów rowerowych wspinaczek. Księstwo przecięte jest siecią sześciu szos głównych z oznaczeniami od CG-1 do CG-6 oraz kilkunastu dróg bocznych z przedrostkiem CS w nazwie. Znaleźć tu można przynajmniej tuzin kolarskich podjazdów, którym organizatorzy Wielkich Tourów nie wahali by się nadać miana premii górskiej pierwszej lub najwyższej kategorii. Przy naszym tempie zwiedzania (dwie góry dziennie) potrzebowalibyśmy przynajmniej tygodnia by zajrzeć we wszystkie ciekawe miejsca. Tymczasem do swej dyspozycji mieliśmy tylko cztery dni. Mój plan minimum zakładał zatem zaliczenie przynajmniej ośmiu wzniesień. Niemniej łudziłem się że starczy mi czasu, sił i chęci na poznanie dziesięciu. Po prostu dwukrotnie między pirenejskim świtem a zmierzchem musiałbym pokonać aż trzy podjazdy. Biorąc pod uwagę miejsce zakwaterowania na mapie Andory łatwo mogłem nakreślić sobie plan naszego działania. Jeden etap na wschodzie czyli Port d’Envalira i Cortals d’Encamp. Drugi na północy, a więc Estacio Arcalis oraz Coll d’Ordino. Trzeci na zachodnich rubieżach tzn. Port de Cabus i Estacio Arinsal. W końcu czwarty na południu z Alto de la Rabassa i Coll de la Gallina w roli głównej. Plan maksimum zakładał przy tym wjazd na Gallinę od obydwu stron na etapie dwunastym oraz zaliczenie Collada de Beixalis na zakończenie jednego z trzech wcześniejszych dni.

Naszą czwartą bazą stało się lokum w hostelu HolaStays Fontbernat we wspomnianym już Encamp. Lokal znacznie skromniejszy niż wcześniejszy apartament w Baga. Ten przypominał górskie schronisko, acz powodów do narzekania nie było. Niższy standard rekompensowała nam skromna cena. Za 5 nocy musieliśmy zapłacić tylko 300 Euro czyli ledwie 20 Euro za noc od każdego z nas. Na miejscu było wszystko co niezbędne do godnego życia w podróży. To znaczy sypialnia z dwoma pojedynczymi łóżkami i jednym piętrowym. Do tego kuchnia i łazienka. Na dodatek bezpłatne wi-fi, choć płynnie działające jedynie na parterze budynku. Byliśmy bodaj jedynymi użytkownikami całego hostelu, więc de facto mieliśmy tu sporo przestrzeni życiowej. Na swym trzecim piętrze nawet nieoficjalny dostęp do sąsiedniego lokalu. Encamp położone jest na wysokości około 1300 metrów n.p.m. Jakieś 6 kilometrów na północ od centrum Andorra La Vella. Leży ono przy drodze CG-2 czyli na trasie podjazdu pod Port d’Envalira. Zarazem u podnóża dwóch innych podjazdów znanych z tras profesjonalnych wyścigów kolarskich. Jadąc na wschód można dotrzeć do stacji Cortals d’Encamp. Udając się na zachód wjeżdżamy na przełęcz Collada de Beixalis. Wszystkie te wzniesienia można zatem zaliczyć za jednym zamachem. Na nasze szczęście w niedzielne przedpołudnie pogoda była znacznie lepsza niż dzień wcześniej. Dzięki temu zwiedzanie Andory mogliśmy rozpocząć od poskromienia najwyższego z tamtejszych podjazdów. Postanowiliśmy od razu przywitać się z „Królową Pirenejów”. Jej wysokość nazywa się Port d’Envalira i leży na wysokości 2408 metrów n.p.m. Jest to najwyższa droga w całych Pirenejach. Niemal o trzysta metrów wyższa niż legendarny Col du Tourmalet. Na Envalirę można wjechać od dwóch stron, acz trzema trasami. Północne wspinaczki startują we Francji i łączą się ze sobą na 5 kilometrów przed przejściem granicznym w Pas de la Casa. Trudniejsza z dwojga tych opcji zaczyna się w Ax-les-Thermes. To podjazd o długości 35 kilometrów i średnim nachyleniu 4,8 %, mający przewyższenie aż 1687 metrów. Zmierzyłem się z nim 17 lipca 2007 roku. Dzień po starcie w blisko 200-kilometrowym L’Etape du Tour rozegranym na trasie z Foix do Loudenvielle. Nasz tegoroczny czyli południowy podjazd miał być nieco łatwiejszy. Tym razem miałem mieć do przejechania 27,7 kilometra o średniej 5,0 % przy max. 9,4 %. Po starcie z centrum Andorra La Vella w pionie należało pokonać 1377 metrów.

Volta a Catalunya po raz pierwszy wjechała do Andory już w 1934 roku. Natomiast dwa wyścigi wieloetapowe czyli Tour de France i Vuelta a Espana zawitały tu dopiero trzy dekady później. Od razu uczestnicy tych imprez musieli się zmierzyć z Envalirą. W trakcie „Wielkiej Pętli” z roku 1964 nawet dwukrotnie. Najpierw wjechano na nią łatwiejszym z dwóch północnych szlaków na etapie dwunastym z Perpignan do Andory. Pierwszym zdobywcą został Hiszpan Julio Jimenez, który wygrał wygrał ów odcinek z przewagą blisko 9 minut nad niespełna 30-osobowym peletonikiem. Następnie po dniu odpoczynku na terenie Księstwa etap trzynasty do Tuluzy rozpoczął się od południowej wspinaczki pod Envalirę. Tym razem najszybciej na premię górską dotarł „Orzeł z Toledo” czyli Federico Bahamontes. Spory kryzys przeżywał zaś lider wyścigu Francuz Jacques Anquetil, który ponoć za długo balował poprzedniego wieczora. Z kolei hiszpańska Vuelta po raz pierwszy dojechała do Andory przez Envalirę w sezonie 1965. Stało się to na 240-kilometrowym etapie jedenastym, który rozpoczął się w Barcelonie. Skuteczną akcją popisał się wówczas kolejny Hiszpan Esteban Martin. Po solowym rajdzie zgarnął on punkty na premii górskiej oraz sięgnął po etapowe zwycięstwo. Takie były początki. Ogółem peleton Tour de France przejeżdżał przez tą przełęcz 9-krotnie, z czego 5 razy od strony północnej. W latach 1968, 1974 i 1993 jako pierwsi wjechali tym szlakiem Hiszpan Aurelio Gonzalez i Francuz Raymond Delisle na etapach do La Seu d’Urgell oraz Wenezuelczyk Leonardo Sierra na odcinku do Estacio de Pal. W sezonie 1997 znów wjechano na tą przełęcz dwukrotnie. Od strony północnej na górskim etapie do Estacio de Arcalis i od południowej na znacznie łatwiejszym odcinku do Perpignan. Obie te premie górskie wygrał Francuz Richard Virenque. W 2009 roku południowy podjazd na etapie do Saint-Girons najszybciej pokonał jego rodak Sandy Casar. W końcu zaś w sezonie 2016 (kilka tygodni po naszej wizycie) tego samego dokonał Portugalczyk Rui Costa na etapie do Revel. Z kolei uczestnicy Vuelty spotkali się z tym podjazdem w sumie 5-krotnie. Przy trzech pierwszych okazjach podjeżdżano od strony północnej, zaś przy dwóch ostatnich od strony południowej. W latach 1967 i 2001 na etapach do Grau Roig i Estacio de Pal wyczyn Martina powtórzyli jego rodacy: Mariano Diaz i Jose-Maria Jimenez. W sezonie 2003 jedyny raz na Port d’Envalira wyznaczono metę etapu. Podjazd nie okazał się selektywny. Czołową trzynastkę dzieliło tylko 13 sekund. Finisz wygrał Alejandro Valverde, który wyprzedził Włocha Dario Frigo i Baska Unaia Osę. Potem jeszcze w 2013 roku pierwszy na Envalirze pojawił się Belg Philippe Gilbert w trakcie deszczowego etapu z metą przy Santuari de Canolich (Gallina).

20160605_001

W Andorze wszędzie mieliśmy blisko. Wszystkie wybrane podjazdy zaczynały się bowiem w promieniu kilkunastu kilometrów od Encamp. Na dobrą sprawę mogliśmy codziennie ruszać z naszego hostelu na rowerach. Dojazd rzędu 10-15 kilometrów do Ordino, La Massana czy Sant Julia de Loria był do zrobienia w ramach rozgrzewki. W niedzielę na start dziewiątego etapu mieliśmy jeszcze bliżej. Wystarczyło tylko zjechać do książęcej stolicy drogą CG-2, którą mieliśmy w pobliżu. Bez konieczności użycia samochodu mogliśmy też być bardziej autonomiczni w swym działaniu. To znaczy niekoniecznie ruszać z bazy wszyscy o tej samej porze. Jak wiadomo ludzie mają różny rytm dobowy. Dario zdecydowanie jest przykładem sowy, więc późno się budzi i długo zbiera do drogi. Tu każdy mógł działać według własnych reguł. Ja z Rafałem nie musiałem czekać na gotowość Darka, który z kolei mógł wstać o sobie właściwej porze i bez pośpiechu przygotować się do drogi. W niedzielę po raz pierwszy skorzystaliśmy z tej możliwości. Ruszyliśmy z hostelu we dwóch już o godzinie 9:15 i po kilkunastu minutach spokojnej jazdy dotarliśmy do centrum Andorra La Vella. Zatrzymaliśmy się na Avinguda de Tarragona w pobliżu Parc Central czyli już na drodze CG-1. Jakieś 500 metrów na południe od ronda, na którym oficjalnie zaczyna się podjazd pod Port d’Envalira. Rafa wystartował o 9:35, zaś ja minutę później po zrobieniu paru zdjęć w okolicy startu. Na pierwszym kilometrze przejechałem przez trzy ronda, każde już przygotowane na lipcowy przyjazd Tour de France. Pod koniec drugiego kilometra trzeba było pokonać pierwszy trudniejszy odcinek. Zaraz potem czyli po minięciu bocznej drogi CS-200 (do Engolasters) trafił się króciutki odcinek zjazdu. Na kolejnym rondzie minąłem wjazd do Tunel de los Dos Valires prowadzący do dolin w zachodniej części Księstwa. Po przejechaniu 6,3 kilometra minąłem zjazd do naszej części Encamp, zaś trzysta metrów dalej rondo z dwoma fontannami przy którym zaczyna się podjazd do stacji Els Cortals. Zresztą nie tylko ten szosowy, albowiem znajduje się tu również dolna stacja kolejki linowej ośrodka narciarskiego Grandvalira. Kolejne kilometry upływały dość szybko, tym bardziej że w połowie ósmego droga ponownie odpuściła. Dopiero na początku dziesiątego kilometra czyli minięciu drogi do Santuari di Meritxell podjazd stał się bardziej wymagający. Przez niespełna kilometr trzymał na poziomie od 7 do 9 %. Po 11 kilometrach od startu dojechałem do Canillo, zaś nieco wcześniej minąłem jeszcze drogę Carretera de Montaup czyli wschodni podjazd pod Col d’Ordino.

 

20160605_021

20160605_140219

20160605_132319

W połowie trzynastego kilometra minąłem San Joan de Caselles czyli romański kościół z przełomu XI i XII wieku będący jednym z najważniejszych zabytków na terenie Andory. Dwa kilometry dalej minąłem rondo z wielkimi saniami, zaś w oddali widziałem już zabudowania el Tarter (15,8 km). Potem droga na chwilę odbiła na północ by po zatoczeniu wielkiego łuku ponownie zbliżyć się rzeki Valira d’Orient tuż przed wjazdem do Soldeu (18,6 km). Ta położona na wysokości przeszło 1700 metrów n.p.m. wioska na początku lat siedemdziesiątych dwukrotnie gościła uczestników Semana Catalana. Zarówno w 1970 jak i 1971 roku najlepszy okazał się tu Włoch Italo Zilioli, choć tylko ten pierwszy triumf zapewnił mu również generalne zwycięstwo w tym 5-dniowym wyścigu. Po pokonaniu 21 kilometrów dotarłem do ostatniej już na tym podjeździe osady czyli les Bordes d’Envalira, gdzie nachylenie momentami przekraczało 10 %. Kolejny łatwy kilometr prowadził do rozjazdu wyznaczającego początek finałowego fragmentu wspinaczki. Po przejechaniu 22,4 kilometra trzeba było odbić lekko w lewo, bowiem droga na wprost prowadziła do Tunel d’Envalira. Stąd do przełęczy brakowało mi jeszcze 5,4 kilometra. To stosunkowo trudny odcinek zważywszy na dystans jaki ma się już w nogach oraz fakt, że nachylenie trzyma tu na poziomie od 6 do 8,5 %. O stromiźnie informują przydrożne tablice postawione z myślą o cyklistach. Pod tym względem Andora jest znakomicie przygotowana. Poszczególne wspinaczki mają swój numer porządkowy i są rozpisane w najdrobniejszych detalach technicznych. Poza tym z owych tablic można się też dowiedzieć, który z najważniejszych wyścigów etapowych tzn. Tour, Vuelta czy Volta zaliczył już dane wzniesienie. Na finałowym odcinku charakter drogi był już typowo wysokogórski. Trzeba było na nim pokonać osiem wiraży. Ostatni z nich niespełna czterysta metrów przed finałem. Finiszowałem po przejechaniu 27,8 kilometra w czasie 1h 38:23 czyli ze średnią prędkością 17,0 km/h. Na stravie najdłuższy segment jaki znalazłem miał 21,2 kilometra i zaczynał się na wysokości Encamp. Pokonałem go w 1h 16:20 (avs. 16,7 km/h i VAM 827 m/h). Prędkość pionowa skromna z uwagi łagodny profil wzniesienia. Lepiej to wyglądało na górnej części podjazdu. Ostatnie 11,5 kilometra zrobiłem w 45:08 (avs. 15,3 km/h i VAM 1049 m/h).

 

20160605_041

20160605_125200

20160605_124846

Dzień był słoneczny. Na przełęczy mimo sporej wysokości było 16 stopni. Tym samym mogłem spokojnie poczekać na przyjazd Rafała. Zanim przyjechał mój kolega obejrzałem sobie finisz zawodowca z Movistaru, który na górze nawet się nie zatrzymał. Zakręcił o 180 stopni, w locie założył kamizelkę i zjechał do Andory. Oprócz niego pojawiał się tu jeszcze jakiś as w argentyńskich barwach. Trening robił iście wysokogórski kręcąc wyłącznie na odcinku między tunelem a przełęczą. Na górę dotarli też zrzeszeni w jakimś klubie amatorzy, których pojedynczo i grupkami wyprzedzałem w trakcie swej wspinaczki. W końcu do szczytu dotarł też Rafał. Jak zwykle ambitnie kręcący do samego końca i finiszujący w pedałach. Mój kolega na pokonanie całego wzniesienia potrzebował 2h 12:43. Na wspomnianych wcześniej sektorach ze stravy wykręcił czasy: 1h 42:22 (avs. 12,4 km/h i VAM 616 m/h) oraz 57:57 (avs. 11,9 km/h i VAM 817 m/h). Jechał swoim tempem i dobrze wytrzymał ten długi podjazd. Na kilku ostatnich kilometrach robił już VAM na poziomie 907 m/h. Ustaliliśmy, że zjeżdżać będziemy spokojnie. Przy tej pogodzie nie mogłem stracić okazji do zrobienia całej serii zdjęć z tak ważnego podjazdu. Tuż przed wpadnięciem do les Bordes d’Envalira spotkałem podjeżdżającego Darka. Jak później ustaliłem Dario wyjechał z domu po wpół do jedenastej i rozpoczął swą wspinaczkę o 10:51. Na górze, która definitywnie nie była w jego typie spisał się bardzo dobrze. Całe wzniesienie zaliczył w czasie 1h 46:10 czyli stracił do mnie niespełna osiem minut. Na segmencie obejmującym 21,2 kilometra uzyskał czas 1h 22:10 (avs. 15,5 km/h i VAM 768 m/h), zaś na tym o długości 11,5 kilometra 48:07 (avs. 14,4 km/h i VAM 984 m/h). Co więcej na ostatnich czterech kilometrach był ode mnie szybszy o 24 sekundy. Ja w końcówce kręciłem VAM 1042 m/h, zaś on 1069 m/h. W czasie gdy Darek zbliżał się do kresu swej wspinaczki ja wraz z Rafałem cieszyłem się już zjazdem i podziwiałem widoki. Jeszcze przed dojazdem do Encamp chcieliśmy też zatrzymać się gdzieś na kawę. Ostatecznie znaleźliśmy wolny stolik przed barem w Canillo. Mała czarna i ciastko rzadko smakują tak dobrze jak po ostrej robocie w górskich okolicznościach przyrody. Dojechawszy do Encamp nie od razu rzuciliśmy się na trudny Els Cortals. Musieliśmy wrócić na parking przed hostelem by przy samochodzie zatankować swe bidony przed kolejną wspinaczką. Dopiero tak zaopatrzeni w bardzo oszczędnym tempie podjechaliśmy do wspomnianego wcześniej ronda z fontannami.

Wspinaczka pod Cortals d’Encamp (2087 m. n.p.m.) nie ma tak długich związków z kolarskimi wyścigami jak podjazdy do stacji narciarskich Arcalis czy Pal. Niemniej z pewnością jest od nich trudniejsza. Na dystansie 8,8 kilometra trzeba tu pokonać w pionie 752 metry co daje średnie nachylenie 8,5 %, zaś maksymalna stromizna sięga tu 15 %. Szczególnie wymagająca jest pierwsza połówka tego wzniesienia. Odcinek od startu do połowy piątego kilometra ma średnio 9,8 %. Tu stromizna trzyma na poziomie między 8,5 a 11,5 %. Na Vuelta a Espana ten podjazd pojawił się tylko raz i to dopiero przed rokiem. Był jednak godnym zwieńczeniem królewskiego etapu VaE 2015. Na tym niespełna 140-kilometrowym odcinku kolarze musieli pokonać aż sześć premii górskich. Niemal wszystkie kategorii pierwszej lub specjalnej. Zaraz po starcie wschodni Beixalis (kat. 1). Potem zachodnie Ordino (1) oraz południowe wersje Rabassy (1) i Galliny (S). Tuż przed finałem skromną w tym gronie Alto de Comella (2) i na dobicie właśnie Els Cortals (S). Ten jeden z najtrudniejszych górskich odcinków XXI wieku wygrał Bask Mikel Landa, który okazał się zdecydowanie najsilniejszy w gronie uciekinierów. Odjechał swym kompanom już na Gallinie. Pośród faworytów wyścigu najlepiej spisał się kolega Landy z ekipy Astana czyli Włoch Fabio Aru. Późniejszy zwycięzca tej Vuelty stracił do Baska 1:22. Jako trzeci ze stratą 1:40 finiszował drugi z harcowników Amerykanin Ian Boswell z Team Sky. Nasz Rafał Majka przyjechał szósty, tracąc do zwycięzcy 2:10, zaś do Aru 48 sekund. Wyprzedził go jeszcze duet z Katiuszy Daniel Moreno i Joaquin Rodriguez. Ówczesny lider wyścigu Tom Dumoulin był dziewiąty. Holender po raz pierwszy stracił czerwoną koszulkę na rzecz Aru, ale pozostał w grze o najwyższą stawkę. Wypadł z niej natomiast wielki Chris Froome, który po upadku na skutek kontuzji stracił tego dnia do najgroźniejszych rywali sześć-siedem minut. Zanim dotarła tu wielka Vuelta na przełomie drugiego i trzeciego tysiąclecia Cortals aż czterokrotnie wypróbowano na trasie Volta a Catalunya. Pierwszym zdobywcą tej góry w roku 1999 został Hiszpan Roberto Heras, który minimalnie wyprzedził Jose-Marię Jimeneza, Josebę Belokiego i Manuela Beltrana. Ten czwarty wygrał całą imprezę.

Rok później nie było mocnych na „Chabę” Jimeneza. Wygrał ten odcinek z przewagą blisko minuty nad Oscarem Sevillą. W generalce była ta sama kolejność. W sezonie 2001 wygrał tu Włoch Daniele De Paoli wyprzedzając o 1:20 Fernando Escartina i Belokiego. Trzeci tego dnia Bask wygrał ten wyścig. W końcu w roku 2003 triumfował tu inny Bask Aitor Kintana z przewagą 2 minut nad Duńczykiem Michaelem Rasmussenem. Trzeci był Hiszpan Juan-Antonio Pecharroman, który wygrał cały wyścig. Kolarz ten zaskoczył wszystkich w czerwcu 2003 roku. Tu pokonał Herasa, zaś dwa tygodnie wcześniej ograł Belokiego na Euskal Bizikleta. Niemniej ta gwiazda spaliła się szybko niczym meteor. Z kolei w naszym Encamp zakończył się etap Semana Catalana z roku 1982. Wygrał go Silvano Contini, który tamtej wiosny był w życiowej formie. Włoch kilka tygodni później triumfował w Liege-Bastogne-Liege, zaś w maju walczył o zwycięstwo w Giro d’Italia z samym Bernardem Hinault. Wygrał trzy etapy Giro, lecz w generalce musiał się zadowolić trzecim miejscem. Pakiet w postaci bardzo długiego, lecz ogólnie łagodnego podjazdu oraz stromej wspinaczki na dokładkę bywa podstępną kombinacją. Przekonałem się o tym choćby przed rokiem w Piemoncie, gdy po Colle della Maddalena dodałem sobie podjazd do San Bernolfo. Na pierwszym wzniesieniu jedzie się stosunkowo szybko i na dość twardym przełożeniu. To daje złudne poczucie mocy i dobrej formy. Tym niemniej długi podjazd zawsze kosztuje. Cierpliwie wysysa z nas siły. Tymczasem na dobicie trzeba się zmierzyć ze wniesieniem stromym, które od początku stawia ciężkie warunki. Kręci się na nim w zupełnie innym rytmie niż na pierwszej górze, z oczywistych względów wybierając bardziej miękkie przełożenie. Po dotarciu do ronda znów zatrzymałem się by zrobić kilka zdjęć. Rafał ruszył o 13:48, zaś ja dwie minuty później. Dość szybko wyprzedziłem kolegę, lecz nie byłem pewien czy uda mi się pokonać ten podjazd w wysokim rytmie. Pomyślałem sobie, że muszę wytrzymać pierwsze 4,5 kilometra, a potem jakoś już to będzie. Nie było łatwo. W nogach czułem Envalirę, zaś w plecy mocno przypiekało słońce. Podczas całej wspinaczki temperatura oscylowała w granicach 28-30 stopni Celsjusza. Na podjazdach to nie są moje wymarzone klimaty. Gdybym mógł sobie zamówić pogodę to wybrałbym zawsze 15-20 z lekkim zachmurzeniem na podjeździe i słoneczne 25 na zjeździe. Cóż każdemu wolno marzyć, lecz żyć trzeba z tym co Matka Natura zaproponuje.

 

20160605_061

20160605_174538

20160605_173945

Els Cortals od samego początku zmusza do dużego wysiłku. Na pierwszym i drugim kilometrze droga snuje się jeszcze pośród miejskich zabudowań. Momentami po lewej ręce otwiera się ładny widok na Encamp i czający się za tym miasteczkiem podjazd na Collada de Beixalis. Początek trzeciego kilometra to najtrudniejszy kawałek wzniesienia. Trzeba go było przejechać z pewną rezerwą, bowiem do półmetka brakowało jeszcze dwóch kilometrów. Na siódmym wirażu minąłem boczną ścieżkę do jeziora Engolasters (3,0 km). Trzysta metrów dalej wyjechałem na długą prostą, z której miałem piękny widok na najbliższe serpentyny. Na poboczu drogi pasterz doglądał stada swych owieczek. Pasterskie psy nie były mną zainteresowane i całe szczęście, gdyż pod tą górę nie byłbym w stanie znacząco przyśpieszyć. Stromizna puściła zgodnie z planem czyli w połowie piątego kilometra, za jedenastym zakrętem. Tuż za dwunastym przejechałem obok romańskiego Eglesia de Sant Jaume (5,2 km). W drugiej połowie wzniesienia 10 % odcinki pojawiały się na krótko. Najpierw dwa razy po dwieście metrów w połowie szóstego i pod koniec siódmego kilometra. Potem jeszcze cała pierwsza połowa kilometra dziewiątego. Okolica ta jest dobrze zagospodarowana turystycznie. Wzdłuż drogi stoją pojedyncze domy. Jest tu też strefa piknikowa, zaś w oddali widać zabudowania osady Bordes de Rigoder. Ruch drogowy był niewielki, acz na bezdrożach młodzież próbowała swych sił w motocrossie. Pod koniec ostatniej stromizny (8,4 km) minąłem plac zabaw dla dzieci i sporej wielkości skałę dla amatorów klasycznej wspinaczki. Prawdziwy podjazd skończył się tuż za finałowym wirażem w lewo. Dokładnie po przejechaniu 8,8 kilometra od startu. Przejechałem potem jeszcze 250 metrów do końca asfaltu przy stacji wspomnianej kolei linowej. Zresztą nie ostatniej, bo wiedzie ona dalej na wschód, niemal na sam szczyt Cortals (2502 m. n.p.m.). Zatrzymałem się po przejechaniu 9 kilometrów w czasie 46:14 ze średnią 11,7 km/h. Na stravie najdłuższy segment ma 8,4 kilometra. Pokonałem go w czasie 44:53 (avs. 11,3 km/h i VAM 956 m/h). Czekałem na Rafała chłonąc sielską atmosferę tej okolicy. Ludzi można było policzyć na palcach jednej dłoni. Więcej tu było pół-dzikich koni. Rafał na wspomnianym segmencie wykręcił czas 59:52 (avs. 8,5 km/h i VAM 717 m/h). Mój wynik daleki był od ideału. Korespondencyjny pojedynek z Darkiem przegrałem o blisko dwie minuty. Dario wystartował dopiero o 16:21 i uzyskał tu czas 42:59 (avs. 11,8 km/h i VAM 999 m/h). Czując trudy obu wspinaczek zrezygnowałem z wycieczki na Beixalis. Tego dnia poprzestałem więc na przebyciu 78 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2311 metrów.

20160605_081

20160605_172436

20160605_172002

Napisany w 2016a_Catalunya & Andorra | Możliwość komentowania Port d’Envalira & Cortals d’Encamp została wyłączona

Refugi Cap del Rec

Autor: admin o 4. czerwca 2016

PODJAZD > https://www.strava.com/activities/598621517

Po czterech dniach spędzonych na szosach wokół Bagi kolejnych wyzwań trzeba już było szukać z dala od niej. W sobotę czekała nas przeprowadzka do Encamp czyli miasteczka położonego kilka kilometrów na północ od Andorra La Vella. Tym niemniej z najtrudniejszymi wzniesieniami Andory mieliśmy się potykać dopiero od niedzieli. Wcześniej na transferowym etapie ósmym mieliśmy zahaczyć o najciekawsze podjazdy przy trasie naszego przejazdu do pirenejskiego Księstwa. Takowych musiałem szukać wzdłuż drogi krajowej N-260, na odcinku między miastami Puigcerda i La Seu d’Urgell. Potrzebowałem dwóch, a znalazłem nawet trzy. Pośród nich patrząc ze wschodu na zachód czyli wedle kierunku naszej jazdy pierwszym był podjazd z Olopte przez wioskę Meranges do Bosc de Comelles (1907 m. n.p.m.). Niespełna 15-kilometrowa wspinaczka o przewyższeniu 853 metrów ze średnim nachyleniem 5,8 % i max. 14 %. Dalej mieliśmy na swym szlaku podjazd z Martinet de Cerdanya przez Lles de Cerdanya do Refugi Cap del Rec (1986 m. n.p.m.). Tu z kolei w ofercie było 16,4 kilometra podjazdu o amplitudzie 977 metrów czyli ze średnią 5,9 %, na którym maksymalna stromizna miała sięgać 15 %. W końcu tuż przed wjazdem do Andory mogliśmy się jeszcze zatrzymać we wspomnianym La Seu d’Urgell i z tej miejscowości pojechać w kierunku południowo-wschodnim na Coll de Laguen (1492 m. n.p.m.). To znaczy na przełęcz, która dla „zmylenia przeciwnika” bywa też nazywana Coll de Galliner bądź Coll de la Traba. Ta była nieco łatwiejsza od dwóch poprzednich. Na niej trzeba bowiem pokonać w pionie 815 metrów na dystansie 16,9 kilometra co daje średnie nachylenie 4,8 %, przy max. 10 %. Po przemyśleniu sprawy zdecydowałem, że pominiemy wspinaczkę pod Bosc de Comelles. Z Bagi mieliśmy pojechać prosto do Martinet czyli do podnóża najtrudniejszego z trzech wspomnianych wzniesień. Następnie po zaliczeniu Cap del Rec, jeśli tylko starczyłoby nam czasu oraz pogoda dopisała, moglibyśmy jeszcze zahaczyć o Coll de Laguen. Z takim planem podróży opuściliśmy Bagę krótko przed jedenastą. Comarka Bergueda żegnała nas słońcem i niemal bezchmurnym niebem. Po przejechaniu na północną stronę „drogiego naszym portfelom” Tunel de Cadi byliśmy już w rejonie Cerdanya, gdzie aura była niewiele gorsza.

Po niespełna 30 kilometrach jazdy zatrzymaliśmy się w centrum Martinet koło ujścia Riu de la Llosa do większej rzeki El Segre. Z tego miejsca do podnóża podjazdu pod schronisko Cap del Rec było ledwie 600 metrów. Krótki odcinek do przejechania po znanej nam „krajówce”. Zgodnie z naszą świecką tradycją Rafał wystartował jako pierwszy, bo o godzinie 11:36. Ja z Darkiem dopiero tuż przed dwunastą. W samo południe słońce mocno przygrzewało i chyba nikt z nas nie spodziewał się, że są to tylko miłe złego początki. Wspinaczka do Refugi Cap del Rec zaczyna się i przez ponad 9 kilometrów wiedzie po drodze LV-4036. Cały ten podjazd jak dotąd nigdy nie był areną walki kolarzy zawodowych. Tym niemniej na odcinku z Martinet do Lles de Cerdanya (1470 m. n.p.m.) przeprowadzono w sezonie 1996 górską czasówkę Volta a Catalunya. Ten wyścig organizowany wtedy w drugiej połowie czerwca stał pod znakiem dominacji podopiecznych Manolo Sainza z ekipy ONCE. Wspomniany etap prawdy liczył sobie 13,5 kilometra czyli sama wspinaczka musiała być poprzedzona około 4-kilometrowym wstępem na płaskim terenie. Próbę tą jak i cały wyścig zdecydowanie wygrał Alex Zulle. Szwajcarski okularnik uzyskał tu czas 28:39 i wyprzedził swych dwóch kolegów z drużyny: Australijczyka Patrika Jonkera (+ 1:09) i Hiszpana Marcelino Garcię (+ 1:37). Helwet wygrał zresztą wszystkie trzy czasówki na trasie tego wyścigu, zaś podczas królewskiego etapu do Suberbagneres wespół z Jonkerem dobił swych rywali. Według danych z mojego licznika podjazd zaczął się na poziomie 976 metrów n.p.m. czyli przeszło 30 metrów niżej wysokość podana na znalezionym w sieci profilu tego wzniesienia. Internetowe mapy zdają się potwierdzać wskazania mojego Garmina. Tym niemniej z drugiej strony również końcowy pułap tego podjazdu okazał się przeszacowany. Licznik pokazał mi na mecie wysokość 1934 metrów n.p.m., zaś z mapa z programu veloviewer niespełna 1960 m. n.p.m. Tak czy owak troszeczkę brakowało tu do szlachetnej wartości 1000 metrów w pionie.

20160604_001

Pierwszy kilometr wzniesienia trzymał na poziomie bliskim 7 %. Kolejne kilometry były znacznie łatwiejsze. W połowie drugiego kilometra na pierwszym wirażu minąłem basen termalny w osadzie Sanilles (1,5 km). Pod koniec piątego kilometra dotarłem do wioski Travesseres (4,8 km). Niemal od startu jechałem sam, gdyż Dario w swoim stylu wolno się rozgrzewał. W połowie ósmego kilometra czekała nas przykra niespodzianka. Tuż przed rozjazdem, na którym w lewo odchodziła droga do wioski Aranser jak i stacji narciarskiej o tej samej nazwie, skończyła się droga asfaltowa i zaczął teren zgoła przełajowy. Przez kolejne półtora kilometra odcinki słabego asfaltu przeplatane były sektorami, na których został on przykryty warstwą gruntu. Na jednym z wiraży ciężko było utrzymać równowagę jadąc na swych oponkach o szerokości 23 mm. Z ulgą powitałem lepszej jakości asfalt tuż przed wjazdem do Lles de Cerdanya (9,6 km). Z kolei w trakcie przejazdu przez tą miejscowość trzeba było pokonać krótki odcinek bruku. Do szczytu brakowało jeszcze niespełna 7 kilometrów. Górna część podjazdu była bardziej stroma, zaś pierwszy trudniejszy odcinek pojawił się już na początku jedenastego kilometra. Pomiędzy 11-tym a 15-tym kilometrem średnie nachylenie wynosiło 7,9 %, zaś najtrudniejszy na całym podjeździe okazał się odcinek tuż za kampingiem El Cortal del Gral (13,4 km). Ostatnie trzy kilometry prowadziły krętym szlakiem przez las. Bliski koniec wspinaczki zwiastowała murowana brama wjazdowa do ośrodka turystycznego. U kresu asfaltowej drogi stało zaś schronisko, które dało nazwę temu wzniesieniu. Dotarłem do niego w czasie 1h 06:40 co na dystansie 16,5 kilometra oznaczało średnią prędkość 14,9 km/h. Prawie udało mi się dogonić Rafała, który na pokonanie tego wzniesienia potrzebował 1h 29:12. Zrobiliśmy sobie po okolicznościowym zdjęciu i weszliśmy do Refugi by pod jego dachem poczekać na przyjazd Darka. Nie trwało to długo, bowiem Dario wykręcił czas 1h 16:08. Na stravie znalazłem dwa dłuższe segmenty. Dolny czyli 9,3 kilometra na dojeździe do Lles de Cerdanya oraz górny obejmujący końcowe 5,9 kilometra. Czasy całej naszej trójki odnotowano jedynie na tym drugim. Przejechałem go w czasie 27:04 (avs. 13,1 km/h i VAM 973 m/h). Dario potrzebował na to 28:38, zaś Rafa 36:37. Natomiast na dłuższym segmencie dolnym uzyskałem czas 35:18 (avs. 15,9 km/h i VAM 858 m/h).

20160604_021

20160604_131539

Tym razem jednak podjazd był co najwyżej połową naszej przygody. Sporo wydarzyło się tak na zjeździe do Martinet jak i poza nim. Już podczas pobytu w schronisku za oknem zachmurzyło się i zaczęło kropić. Po półgodzinnym odpoczynku zebraliśmy się do zjazdu. Rafał ruszył jako pierwszy i nie oglądał się za siebie. To była słuszna decyzja, gdyż zjechał do Martinet praktycznie na sucho. My dwaj ruszyliśmy dosłownie dwie minuty później, ale z planem robienia zdjęć po drodze. Już po kilkuset metrach złapał nas rzęsisty deszcz. Stanęliśmy pod drzewem na poboczu drogi chcąc przeczekać ulewę. Moja cierpliwość skończyła się po około 20 minutach. Choć deszcz nie ustawał postanowiłem ruszyć w dalszą drogę. Niecierpiący zimna Dario postanowił zostać w tym miejscu i do skutku czekać na poprawę pogody. Zjeżdżałem powoli od czasu do czasu robiąc przystanki na zrobienie zdjęć. W chłodnych i wilgotnych warunkach wymagało to poświęcenia. Nagroda za nie okazała się skromna patrząc na niekiedy rozmyte fotki. Dopiero tuż przed Lles de Cerdanya wyjechałem ze strefy deszczu. Dzięki temu półtorakilometrowy odcinek robót drogowych znajdujący się poniżej tej miejscowości przejechałem w suchych warunkach drogowych. Tym niemniej na horyzoncie straszyła mnie już nadchodząca z zachodu ciemna burzowa chmura. W dobrym humorze dojechałem jeszcze do Travesseres, gdzie zrobiłem parę zdjęć. Niespełna kilometr za tą wioską rozpętało się pogodowe piekło. Naszło mnie wspomniane czarne chmurzysko. Od razu zostałem ostrzelany serią z kulek gradowych. Waliły we mnie z taką siłą, że aż bolało. Poza tym bałem się jeszcze, że zmasakrują mi ramę roweru. Początkowo zatrzymałem się po prawej stronie szosy. Niemniej było to miejsce odsłonięte. Dlatego po chwili zdecydowałem się przenieść w bardziej bezpieczne miejsce. Nie bardzo dało się dalej jechać, bowiem szosa w krótkim czasie została przykryta kulkami lodu. W końcu stanąłem pod drzewem po lewej stronie drogi. Byłem przemoczony i zziębnięty. Temperatura zdążyła już spaść do 9 stopni. W trakcie kilkunastu lat swych górskich wojaży chyba tylko raz znalazłem się w bardziej podbramkowej sytuacji. Mam na myśli wjazd na szwajcarską Albulapass w sierpniu 2008 roku. Na Edelweissspitze w czerwcu 2010 roku czy austriackim wyścigu Kaunertaler Gletscherkaiser rok później warunki też był ekstremalne. Niemniej wszystko miałem pod kontrolą tzn. mogłem sobie samemu poradzić. Tym razem po raz drugi w życiu przyszło mi wykonać „telefon do przyjaciela” z prośbą o szybką akcję ratowniczą.

Zadzwoniłem do Rafała, który siedział sobie spokojnie przy samochodzie w Martinet de Cerdanya. Nie mógł uwierzyć, że ledwie 5 kilometrów od niego warunki są iście zimowe. Ruszył mi na pomoc i po dwudziestu minutach siedziałem już bezpieczny w samochodzie. Teraz trzeba było uratować Darka. Czym prędzej ruszyliśmy pod górę. Nieomal dojechaliśmy do Cap del Rec, ponieważ Darek nie ruszył się z miejsca swego postoju. Dostrzegliśmy go jak w przydrożnym rynsztoku opłukiwał bloki swych butów zabrudzone naleciałościami z leśnej ściółki. Byliśmy już w komplecie. Szczęśliwie cali i zdrowi. Zjechaliśmy do drogi N-260. W dolnej części zjazdu zrobiłem kilka zdjęć do „foto-albumu” z podróży. Na samym dole zatrzymaliśmy się raz jeszcze. Korzystając z okazji pomyślałem by wrzucić do bagażnika przemoczone ciuchy i buty, które dotąd trzymałem między stopami siedząc na miejscu pasażera. Oczywiście po takim laniu i stracie czasu nie mieliśmy już ochoty na kolejną wspinaczkę. Tym samym mój ósmy etap ograniczył się do dystansu 29 kilometrów i 967 metrów przewyższenia. Ruszyliśmy na zachód ku La Seu d’Urgell. Po dojechaniu do wspomnianego miasteczka odbiliśmy na północ wjeżdżając na drogę N-145 wiodącą do Andory. Dopiero tu minął nas samochód, którego pasażerka pokazywała nam swego buta. Nabraliśmy pewnych podejrzeń, więc zatrzymaliśmy się na poboczu drogi. Za nami stanęło inne auto, którego kierowca powiedział, że kilkanaście kilometrów wcześniej coś nam spadło z dachu. Byłem już pewien, że były to moje czarne, nieco już wiekowe, buty Sidi. Szkoda, że dowiedzieliśmy się o tym zdarzeniu tak późno. Mimo tego ruszyliśmy na akcję poszukiwawczą. Przejechaliśmy powoli odcinek z La Seu d’Urgell do Martinet de Cerdanya tam i z powrotem. Cały czas wyglądaliśmy mojej zguby, tak na szosie jak i poza nią. Niekiedy wysiadaliśmy z auta. Wszystko na nic. Na półmetku wyprawy, tuż przed wjazdem do Pirenejskiego Księstwa, zostałem bez kolarskiego obuwia. Na szczęście Rafał znał pewien sklep rowerowy w Sant Julia de Lloria. Po wjeździe do Andory najpierw zatankowaliśmy do pełna tanie paliwo w cenie bardziej polskiej niż hiszpańskiej. Potem od razu podjechaliśmy do Jormabike.com gdzie w cenie 160 Euro zakupiłem nowe Sidi, model Genius (tym razem białe) + bloki SH 11 (żółte) do pedałów SPD-SL. Po tych zakupach nie skierowaliśmy się od razu do Encamp. Wcześniej zatrzymaliśmy się jeszcze na posiłek dnia. To była droga pizza w centrum Andorra La Vella.

20160604_173109

Napisany w 2016a_Catalunya & Andorra | Możliwość komentowania Refugi Cap del Rec została wyłączona

Coll de la Creueta & Coll de Pradell

Autor: admin o 3. czerwca 2016

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/597377750

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/597377744

Piątek był naszym ostatnim dniem na drogach wokół Bagi. Dopiero co odbyliśmy długą wycieczkę do Sant Llorenc de Morunys i z powrotem. Z kolei nazajutrz czekał nas blisko 80-kilometrowy dojazd do Encamp w Andorze. Dlatego projektując trasę siódmego etapu naszej Volty samochodowe transfery chciałem ograniczyć do minimum.

20160603_104756

Na szczęście w pobliżu naszego tymczasowego domostwa pozostały jeszcze do zaliczenia dwa bardzo ciekawe podjazdy. To znaczy przeszło 20-kilometrowa wspinaczka na Coll de la Creueta (1923 m. n.p.m.) oraz ponad 15-kilometrowa na Coll de Pradell (1732 m. n.p.m.). Ta pierwsza długa i o umiarkowanym nachyleniu. Ogólnie dość regularna, mimo paru dwucyfrowych stromizn. Ta druga z pozoru tylko nieco bardziej stroma od pierwszej. W rzeczywistości będąca górą o dwóch skrajnie różnych obliczach. Z początku łagodna, zaś pod koniec bardzo ostra. Z dwojga owych wzniesień jedynie Creueta dostąpiła dotąd zaszczytu goszczenia wyścigów z profesjonalnego kalendarza. Vuelta a Espana już pięciokrotnie przemierzała tą przełęcz. Z jednym wyjątkiem zawsze pierwsi meldowali się na niej Hiszpanie. W roku 1982 najszybciej wjechał tu Pedro Munoz. Rok później po maksimum punktów na premii górskiej sięgnął Jose Luis Laguia, skutecznie walczący o kolejną koszulkę najlepszego górala Vuelty. Następnie w roku 1998 jako pierwszy wspiął się tu Francisco Cerezo. Na przełomie wieków Creueta znalazła się na trasach etapów VaE do Super Molina bądź La Molina. W obu przypadkach zawodnik pierwszy na naszej przełęczy niedługo później triumfował i na mecie we wspomnianych stacjach narciarskich. W 2000 roku dokonał tego Kolumbijczyk Felix Cardenas, zaś rok później Hiszpan Santiago Blanco. Niemniej to nie koniec kolarskiej historii związanej z tą górą. W pół drogi na przełęcz leży mająca mniej niż 200 mieszkańców wioska Castellar de N’Hug. W pierwszej połowie lat 80. gościła ona zarówno uczestników Tygodnia Katalońskiego jak i wielkiej Vuelty. Najpierw w sezonie 1982 kończyła się tu górska czasówka wyścigu Semana Catalana. Na 11-kilometrowej trasie ze startem w miasteczku Pobla de Lillet najlepszy okazał się Hiszpan Alvaro Pino. Ten późniejszy zwycięzca VaE 1986 uzyskał na tej trasie czas 25:34 (avs. 25,8 km/h) wyprzedzając swych rodaków Alberto Fernandeza i Pedro Munoza.

Z kolei w 1983 roku na ulicach Castellar de n’Hug zakończył się piąty etap Vuelta a Espana. Różnice na mecie były niewielkie. Piętnastu czołowych zawodników na kresce dzieliło ledwie 9 sekund. Triumfował Alberto Fernandez, który o 2 sekundy wyprzedził Bernarda Hinault, Marino Lejarretę, Raimunda Dietzena i Munoza. Słynny „Borsuk” odebrał tego dnia koszulkę lidera swemu rodakowi Dominikowi Gaigne, by następnego dnia po maratońskim etapie do Vielhy stracić ją na rzecz Lejarrety. Ostatecznie jednak Bretończyk znalazł sposób na faworytów gospodarzy i po raz drugi w karierze wygrał wyścig Dookoła Hiszpanii. Od La Pobla de Lillet dzieliło nas raptem 12 kilometrów. Mimo to podjechaliśmy tam samochodem. Droga szybka i nieskomplikowana. Najpierw na południe do Guardiola de Bergueda, a potem już prosto na wschód po drodze B-402. Zatrzymaliśmy się w górnej części miasteczka, więc na start wspinaczki trzeba było zjechać do położonego niżej centrum. Start wyznaczyłem na moście nad rzeką El Llobregat. Tym razem każdy z nas wystartował w sobie właściwym momencie. Rafał jak zwykle pierwszy, bo o godzinie 11:28. Ja 9 minut później, zaś Darek 4 minuty po mnie. Jedynie pierwsze 400 metrów podjazdu prowadziło po wspomnianej szosie B-402. Po tym krótkim wstępie trzeba było skręcić w lewo na drogę BV-4031. Pierwsze dwa kilometry były niezbyt trudne, zaś trzeci niemal płaski. Wkrótce po lewej stronie dostrzec mogłem okazałe zabudowania dawnej cementowni zamienionej na Museu del Ciment (2,8 km). Po przejechaniu 3,4 kilometra minąłem boczną drogę do Clot del Moro. Następny kilometr ze średnią około 8,5 % i max. 13 % był bodaj najtrudniejszym na całym podjeździe. Niemniej już w drugiej połowie piątego kilometra stromizna znacząco odpuściła. Natomiast na szóstym droga nawet delikatnie zjechała. Potem przez trzy kolejne kilometry nachylenie trzymało na stałym poziomie około 6 %. Pod koniec tego odcinka minąłem Hostal les Fonts (8,4 km), który swą nazwę zawdzięcza bliskości źródeł rzeki Llobregat. Na kilometrze dziesiątym i początku jedenastego podjazd stał się nieco lżejszy, po czym w okolicy półmetka stromizna skoczyła do poziomu 6,5-7 %. W końcu na początku dwunastego kilometra ujrzałem przed sobą zabudowania Castellar de N’Hug, acz nasza wspinaczka nie prowadziła przez tą miejscowość.

20160603_001

20160603_142453

20160603_141800

Po przejechaniu 11,2 kilometra trzeba było odbić w prawo i ominąć wioskę szerokim łukiem. Tuż za tym zakrętem na stromiźnie sięgającej 11 % złapałem Rafała. Ten jechał całkiem dobrze tracąc dotąd mniej niż minutę na każdym kilometrze. Niemniej do przełęczy brakowało nam jeszcze 10 kilometrów, więc Rafa nie próbował siadać mi na koło. Rozsądnie wybrał jazdę swoim równym tempem. Tymczasem w drugiej połowie wspinaczki nie brakowało trudniejszych odcinków. Najpierw fragment od 13,5 do 15 kilometra i następnie dłuższy kawałek od 16 do 18,5 kilometra. Dopiero w połowie dziewiętnastego kilometra, gdy szosa zmieniła kierunek z północnego na zachodni nachylenie na dobre odpuściło. Końcówka była łatwa zaś 400-metrowy finisz niemal płaski. Tą wspinaczkę spokojnie można kończyć na dużej tarczy. Przydrożne tablice wieściły, że przełęcz leży na wysokości „ledwie” 1888 metrów n.p.m. Niemniej wszystkie znane mi mapy jak i dane z naszych liczników zdają się potwierdzać wysokość wskazaną przez profil wzniesienia ze strony www.rocobike.com. Na ostatnich kilometrach podjazdu uwagę zwracały wszechobecne tyczki przydrożne. Niektóre z nich były nawet 4-metrowej wysokości co daje pewne pojęcie o możliwej skali opadów śniegu w tych stronach. Nam trafiła się jednak letnia aura. Na przełęczy było 21 stopni Celsjusza. Wspinaczkę o długości 21,7 kilometra i przewyższeniu 1097 metrów zakończyłem w czasie 1h 17:57 (avs. 16,7 km/h). Po kilku minutach nadjechał Rafał, zaś po kilkunastu Darek. Tym razem na stravie udało mi się znaleźć segment z niemal całego wzniesienia, bo o długości 21,2 kilometra. Ja przejechałem go w czasie 1h 16:36 (avs. 16,6 km/h i VAM 807 m/h). Dario wykręcił na nim wynik 1h 28:09, zaś Rafa 1h 33:21. Z ciekawości podejrzałem też nasze czasy na segmencie z grubsza pokrywającym się z czasówką na Semana Catalana 1982. Ten odcinek o długości 11,3 kilometra przejechałem w czasie 39:56. Darek miał tu 48:54, zaś Rafał 49:03. Mogło być nieco lepiej, ale trzeba było przecież rozłożyć swe wątłe siły na dwa razy dłuższy dystans. W każdym razie do asów starej daty sporo nam zabrakło. A propos zawodowców: dwójkę współczesnych „profich” z Etixx-Quick Step – w tym Katalończyka Davida de la Cruza – spotkaliśmy na zjeździe. Dario swe spotkanie z nimi uwiecznił na filmie.

20160603_021

20160603_134120

20160603_131759

Przy aucie spotkaliśmy się o wpół do trzeciej. Mogliśmy teraz od razu podjechać do podnóża Coll de Pradell bądź też wrócić do naszego apartamentu na sjestę. Wybraliśmy to drugie, nie da się ukryć, bardziej leniwe rozwiązanie. Następnie po dwugodzinnej przerwie obiadowej opuściliśmy swą bazę około siedemnastej. Dojazd był króciutki, bo ledwie 5-kilometrowy. Bodaj więcej czasu niż na drodze C-16 spędziliśmy na stacji benzynowej Cepsa tankując paliwo na kilka kolejnych dni wyprawy. Dojechawszy na miejsce zatrzymaliśmy w zatoczce naprzeciwko restauracji Collet. Do podnóża podjazdu czyli początku lokalnej szosy B-400 wystarczyło zjechać 200 metrów. Przed sobą mieliśmy wzniesienie o podwójnej naturze. Składające się jakby z dwóch odrębnych podjazdów przedzielonych siodełkiem. Najpierw 7,5-kilometrowy odcinek o umiarkowanym nachyleniu 5,4 %. Następnie blisko kilometrowy zjazd i podobnej długość dojazd lekko pod górę do wioski Vallcebre. Potem zaś hardcorowa końcówka czyli 5,5 kilometra o średniej stromiźnie 11 %, na której pokonać mieliśmy ścianki z prawdziwego zdarzenia. Teoretycznie na takie przeszkody terenowe byliśmy dobrze przygotowani. Przynajmniej od strony technicznej. Każdy z nas miał w swym rowerze kompakt z przodu oraz 10- lub 11-rzędową kasetę o zasięgu do 28 lub nawet 29 ząbków. Tradycyjnie Rafa jako pierwszy usłyszał wystrzał startera i pożegnał nas o 17:20. Ja tym razem wystartowałem razem z Darkiem jakieś 6 minut po naszym młodszym koledze. Na stosunkowo łatwych pierwszych kilometrach ruszyłem szybciej od swego kompana. Tym razem niespecjalnie oglądałem się za siebie. Zakładałem, że zyskam nad nim nieco czasu do półmetka wzniesienia, by mieć później z czego tracić na stromej końcówce. Zważywszy, że na wadze dzieli nas dobre kilkanaście kilogramów nasze role w tym spektaklu były z góry rozpisane. Wiem, że zaprzeczyć prawu ciążenia na kilkunastoprocentowej stromiźnie mogę jedynie będąc w szczytowej formie. Tak stało się choćby na Rifugio Barbara Lowrie we wrześniu 2015 roku. Niemniej w pierwszym tygodniu naszych wojaży po Katalonii nie czułem się jeszcze do tego powołany.

Przez pierwsze dwa kilometry z hakiem szosa wiodła niemal równolegle do rzeczki Riu de Saldes. W połowie czwartego kilometra minąłem Camping El Bergueda znajdujący się na wysokości Carretera del Jou. Po przejechaniu 4,4 kilometra pokonałem most nad Torrent de Bossoms, który to potok w okolicznych skałach wyrzeźbił sobie elegancki kanion. Od tego miejsca droga skręciła na północ. Jadąc w tym kierunku pod koniec szóstego kilometra ujrzałem po swej prawej stronie kościółek Sant Julia de Freixens (5,8 km). Po przejechaniu kolejnego kilometra musiałem zjechać z wiodącej dalej na zachód drogi B-400. Odbiłem w lewo na prowadzącą do Vallcebre szosę B-401, która początkowo okazała się dość stroma. To na tym odcinku wyprzedziłem Rafała. Jednak już po 800 metrach na nowym szlaku zaczął się zjazd. Następne dwa kilometry to była przysłowiowa cisza przed burzą, która zacząć się miała na wylocie z Vallcebre (9,5 km). Tu szosa od razu poszybowała. Zaczęło się od sektora o długości 1800 metrów ze stromiznami sięgającymi 16 %. Potem krótki odpoczynek na złapanie głębszego oddechu czyli płaskie 400 metrów na płaskowyżu w pobliżu gospody Cal Barni. Ten fragment skończył się na wysokości bocznej drogi biegnącej na południe w kierunku Coll de Fumanya. Do szczytu pozostawało stąd jeszcze 3,5 kilometra w poziomie i przeszło 370 metrów w pionie. Najpierw 1100 metrów na dojeździe do Llac de Tumi (12,9 km), gdzie maksymalne nachylenie dochodziło do 15 %. Zbliżając się do tego jeziorka co raz wyraźniej na lewo od niego widziałem niemożliwie stromą „rampę”, która wkrótce miała przetestować moje nogi, płuca, serce i Bóg wie co jeszcze. Z pewnością także głowę, bowiem w trudnych chwilach psychika również ogrywa niebagatelną rolę. Zwątpiłem czy będę to w stanie przejechać. Stromizna zaczęła się na asfalcie, ale wkrótce przeniosła się na nawierzchnię gorszej jakości. Jakiś drogowy „malarz” zasugerował, że trzeba tu mieć przełożenie 34×30. Nie bez powodu, gdyż betonowy odcinek o długości blisko 350 metrów miał średnio 19 % przy max. 23 %! Nie dałem rady. Postawiłem nogę na ziemi. Szczęśliwie akurat na wysokości zatoczki, która wkrótce ułatwiła mi ponowny start w poprzek drogi. Postanowiłem chwilkę odpocząć i poczekać na dojazd ścigającego mnie Darka. Ten nie dał się pokonać stromej ścianie. Tym samym pozwolił mi tylko na 40 sekund postoju.

20160603_041

Zabrałem się razem z nim. Po chwili wróciliśmy na asfalt. Po kolejnych 200 metrach dotarliśmy do dwóch ciasnych zakrętów przy torach dawnej kolejki górniczej. Tu nachylenie sięgało „tylko” 16 %. Stromizna odpuściła jednak dopiero po przejechaniu 14,2 kilometra. Tym niemniej na ostatnim kilometrze czekała nas jeszcze jedna stroma niespodzianka. To znaczy 300-metrowy odcinek z maxem na poziomie 20 %. Na gładkim asfalcie nie stanowił dużego problemu. Natomiast sama końcówka to już była łatwizna. Mój licznik pokazał na mecie 15,3 kilometra dystansu i 1030 metrów przewyższenia, zaś na stravie najdłuższy tutejszy segment ma 14,9 kilometra oraz amplitudę 1019 metrów. Dario przejechał go w czasie 1h 09:26 (avs. 12,9 km/h i VAM 881 m/h), choć mógł jakieś 50 sekund szybciej gdyby nie pogubił się u zbiegu dróg B-400 i B-401. Ja uzyskałem czas brutto 1h 09:27, z czego samej jazdy miałem 1h 08:45. Czekając na przyjazd Rafała zastanawialiśmy się czy zachowa olimpijski spokój przepychając swoje 34×28 na betonowym poligonie. Ostatecznie Rafa wykręcił wynik brutto 1h 27:04 (avs. 10,3 km/h i VAM 702 m/h). Netto wyszło mu zaś 1h 23:27, bowiem musiał dłuższą chwilkę odsapnąć na piekielnym sektorze zwanym „Taxuela cemento Pradell”. Zgodnie z oczekiwaniami do mnie należała pierwsza połowa góry, zaś do Darka druga. Na dolnym segmencie o długości 6,4 kilometra uzyskałem czas 23:59 (avs. 16,2 km/h i VAM 857 m.h). Dario miał tu 26:02, zaś Rafa 30:25. Z kolei górny sektor zdecydowanie najszybciej pokonał Darek na swym ultralekkim Simplonie. Uwinął się tu w czasie 34:27 (avs. 9,9 km/h i VAM 1075 m/h). Ja na przejechanie owych 5,6 kilometra potrzebowałem 37:24, zaś Rafał 47:42. Rafał zjechał do auta bez zbędnych ceregieli. Natomiast ja i Darek igraliśmy z losem. Często zatrzymywaliśmy się na foto-przystanki. Niebiosa były coraz bardziej granatowe. Mimo to przez chmury przebijały się promienie zachodzącego słońca co dawało niesamowite światło do zdjęć. Szykowała się niezła pompa. Ostatecznie na sam dół dotarliśmy kilka minut przed dwudziestą. Mieliśmy przy tym sporo szczęścia. Ledwie wsadziliśmy rowery na dach i wsiedliśmy do samochodu rozpętała się wichura, zaś z nieba lunęło jak z cebra. Takimi oto fajerwerkami zakończył się siódmy etap, na którym przejechaliśmy 74 kilometry o łącznym przewyższeniu 2238 metrów.

20160603_061

20160603_191801

20160603_190410

20160603_185748

Napisany w 2016a_Catalunya & Andorra | Możliwość komentowania Coll de la Creueta & Coll de Pradell została wyłączona