banner daniela marszałka

Valais / Wallis 2017

Autor: admin o wtorek 15. Sierpień 2017

Niespełna siedem tygodni po nadspodziewanie skomplikowanym powrocie z francuskiej Sabaudii na drugi ze swych corocznych wyjazdów wybrałem się do południowo-zachodniej Szwajcarii ku podjazdom zaczynającym się w dolinie górnego Rodanu. Na górskich drogach ponownie towarzyszyli mi Darek Kamiński i Piotr Podgórski, a obok nich debiutant w mojej ekipie Sławek Szymczak. Naszym celem były górskie szosy kantonu Valais-Wallis. Dla mnie była to trzecia wyprawa stricte szwajcarska. Dwie poprzednie zorganizowałem jednak dawno temu, bo w sierpniu 2008 i czerwcu 2009 roku. Potem wpadałem jeszcze do Konfederacji Helweckiej czterokrotnie. Niemniej na krótszy czas – od kilku godzin do kilku dni – przy okazji wyjazdów do Francji, Włoch czy Austrii. Po ośmiu latach przerwy znów 100% swego czasu i sił postanowiłem poświęcić na szwajcarskie wzniesienia, do tego znajdujące się niemal wyłącznie w granicach jednego tylko kantonu. Valais jest istnym rajem dla fanów szosowych wspinaczek. Wymagających gór kolarskich jest tu co nie miara. Spokojnie można by spędzić w tym kantonie całe trzy tygodnie codziennie jeżdżąc po dwie premie górskie pierwszej bądź najwyższej kategorii! My przyjechaliśmy na niecałe 12 dni, więc wstępnie założyłem, iż mogę w tym czasie pokonać 23 nowe wzniesienia. Valais (niem. Wallis) to prawdziwe górskie cudo. Do Konfederacji na dobre przystąpił dopiero w 1815 roku. Jest trzecim pod względem wielkości kantonem Szwajcarii. Dzieli się na 13 dystryktów (tyle ile gwiazd na kantonalnym herbie) i 143 gminy. Ma powierzchnię 5224 km2 i 339 tysięcy mieszkańców, z czego 34 tysiące żyje w stołecznym Sionie. Choć tereny dzisiejszej Szwajcarii były kolebką kalwińskiej Reformacji te akurat okolice pozostały wierne Rzymowi.

Osią wokół której tętni życie tego regionu jest Rodan, na jego górnym odcinku od samych źródeł na wysokości 2209 metrów n.p.m. po wlot do Jeziora Genewskiego (Lac Leman) na poziomie 372 metrów n.p.m. Rzeka ta oddziela dwa potężne pasma górskie czyli Alpy Berneńskie na północy i Alp Pennińskie na południu. Poza tym na zachodnim krańcu owego kantonu są jeszcze Masywy Mont Blanc i Chablais, zaś na wschodnich kresach Alpy Lepontyńskie. W granicach Valais znajduje się aż 46 szczytów o wysokości ponad 4000 metrów n.p.m. Pośród nich najwyższy w Szwajcarii Duffourspitze (4638 m. n.p.m.) oraz ten najsłynniejszy czyli Matterhorn (4477 m. n.p.m.). Mamy tu aż 680 lodowców. W tym długi na 23 kilometry Aletsch, największy w całych Alpach. Co ciekawe kanton jest oficjalnie dwujęzyczny. Zachód i centrum jest frankońskie, zaś wschód germański. Według najnowszych danych dla niemal 63% mieszkańców ojczystym jest język francuski lub jego lokalna odmiana Arpitan, zaś dla przeszło 28% język niemiecki lub dialekt Walser. Wyraźna w statystykach, acz niewidoczna dla oka granica przebiega między miejscowościami Sierre i Salgesch. Co oczywiste do Valais często zagląda Tour de Suisse, zaś Tour de Romandie w środkowo-zachodniej części tego regionu wytycza sobie królewskie odcinki. Warto jednak dodać, iż w stacjach Crans-Montana, Verbier i Finhaut-Emosson bywał też Tour de France, zaś do Leukerbad i Saas-Fee wpadało Giro d’Italia. Współcześnie najbardziej znanymi kolarzami z tego kantonu są: Steve Morabito i Sebastian Reichenbach z FdJ oraz młody-zdolny Kilian Frankiny z BMC.

Ta wyprawa była krótsza od francuskiej, lecz obfitowała w trudniejsze wspinaczki. Bazę noclegową w przystępnej cenie (o co niełatwo w tym kraju) znalazłem w stacji Nendaz powyżej Sionu. Dzień po dniu badaliśmy górski teren Valais-Wallis poczynając od frankońskiego zachodu i centrum, a kończąc na germańskim wschodzie. Moi trzej kompani przedostatniego dnia wjechali też na teren sąsiednich kantonów Ticino i Uri robiąc przeszło 100-kilometrową rundkę przez przełęcze: Nufenen, San Gottardo (via Tremola) i Furka. Dario tą ostatnią zdobył nawet od obu stron! Pogodę mieliśmy na ogół dobrą, lecz nie obyło się bez trzech deszczowych dni. Dlatego poprzestałem na ośmiu pełnowymiarowych etapach i dwóch odcinkach z ledwie jednym podjazdem. Do tego między szóstym a siódmym dniem górskiej eksploracji pozwoliłem sobie na pierwszy od lat wycieczkowy dzień wolny. Przez 10 dni „roboczych” przejechałem w sumie 857,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 26.337 metrów, większym niż na podobnej długości wyjazdach do Lombardii, Sud Tirolu i Trentino z lat 2014-2016. Każde z pokonanych przeze mnie 18 wzniesień miało ponad tysiąc metrów przewyższenia. Siedem z nich tzn. częściowo szutrowy Croix de Couer, Sanetsch, Lac de Moiry, Grande Dixence, Thyon 2000, Mattmark See i Alpe Galm straszyło amplitudą przeszło półtora metrów! Dziewięciokrotnie wjechałem na wysokość powyżej 2000 metrów n.p.m. Najwyższą górą i zarazem największym podjazdem była tu Col du Sanetsch położona w Alpach Berneńskich. Najdłuższymi, podjazdy ku sztucznym jeziorom: Lac de Moiry i Mattmark See w Alpach Pennińskich. Natomiast najtrudniejszym wzniesieniem wspinaczka do górskiej osady Alpe Galm.

Poniżej przedstawiam listę wzniesień, które dzień po dniu udało mi się zaliczyć. Natomiast w kolejnych tygodniach postaram się napisać coś więcej o nich samych jak i moich wrażeniach z ich zdobycia.

Mój rozkład jazdy:

4.08 – Barrage de Mauvoisin & Val Ferret

5.08 – Planachaux & La Creusaz

6.08 – Croix de Coeur & Ovronnaz-Odonne

7.08 – Col de Sanetsch & Lac de Tseuzier

8.08 – Lac de Moiry

9.08 – Barrage de la Grande Dixence & Thyon 2000

11.08 – Siviez

12.08 – Mattmark See & Moosalp

13.08 – Bachalp & Gruben

14.08 – Alpe Galm & Weritzalp

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Valais / Wallis 2017 została wyłączona

Weritzalp

Autor: admin o poniedziałek 14. Sierpień 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 2099 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1459 metrów

Długość: 21,1 kilometra

Średnie nachylenie: 6,9 %

Maksymalne nachylenie: 12,7 %

PROFIL

SCENA

Początek w Gampel (Wallis). To miejscowość w dystrykcie Leuk, która od 1 stycznia 2009 roku tworzy gminę Gampel-Bratsch. Gampel leży na prawym brzegu Rodanu, jakiś kilometr na północ od tej rzeki oraz drogi krajowej nr 9. W gminie tej mieszka niespełna 2 tysiące osób i bezpośrednio graniczy ona z porównywalnej wielkości jednostką Steg-Hohtenn. Gampel położone jest 35 i 10 kilometrów na wschód od Sionu i Susten oraz z drugiej strony 12 i 21 kilometrów na zachód od Visp i Brig. Miasteczko to jest bramą do Lotschental. Największej doliny kantonu Valais-Wallis po północnej stronie Rodanu czyli w Alpach Berneńskich. Ma ona 27 kilometrów długości i biegnie wzdłuż rzeczki Lonza, która wypływa z długiego na 6,5 kilometra lodowca Langgletscher. Otoczona jest szczytami o wysokości ponad 3000 metrów, z których najwyższym jest Bietschhorn (3934 m. n.p.m.). Dolina ta leży w granicach obszaru chronionego Jungfrau-Aletsch, który decyzją UNESCO z grudnia 2001 roku został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa z dziedziny Natura. Główna przeszło 20-kilometrowa droga przez Lotschental biegnie początkowo w kierunku północnym, zaś następnie na północny-wschód. Na szlaku tym mijamy takie miejscowości jak: Goppenstein, Ferden, Kippel, Willer i Blatten. Szosa ta kończy się w osadzie Faleralp na wysokości 1763 metrów n.p.m. Kolarski podjazd na tym szlaku liczy sobie 20,5 kilometra o przewyższeniu 1133 metrów czyli ma średnie nachylenie 5,5%. Chcąc porwać się na coś ambitniejszego ze sportowego punktu widzenia należy podczas przejazdu przez Kippel lub Wiler opuścić tą dolinę. Trzeba tu odbić w lewo i zaliczyć stromą wspinaczkę do jednej z dwóch górskich osad: Lauchernalp (2102 m. n.p.m.) lub Weritzalp (2099 m. n.p.m.). Ta pierwsza od roku 1972 połączona jest z wioską Wiler koleją gondolową, więc można się do niej dostać również metodą „na leniucha”.

Za punkt start do naszej wspinaczki przyjąć można most nad rzeczką Lonza, wyznaczający granicę między gminami Gampel i Steg. Droga nr 509 dość szybko pnie się do góry po serpentynach zmierzając w kierunku miejscowości Hohtenn. Do połowy trzeciego kilometra pokonujemy sześć wiraży, zaś przy drugim z nich mijamy wjazd na Altetalstrasse, także prowadzącą w głąb Lotschental. W początkowej fazie wspinaczki nachylenie wynosi od 5 do 8%, z maksimum 9,2%. Na początku czwartego kilometra trzeba wjechać do długiego na 2600 metrów Mittaltunnel. Na światło dzienne wyjeżdżamy dopiero po przejechaniu 5,8 kilometra. Bardziej stroma jazda po starej drodze zaoszczędziłaby nam jakieś 1300 metrów, lecz jest to obecnie szlak wyłączony z użytku z uwagi na zarwany most nad Lonzą. Długi pobyt w pierwszym tunelu nie jest jedynym na tej górze. Na drodze do Wiler podobnych przepraw jest jeszcze osiem, z czego pięć na odcinku do Goppenstein (8,3 km). Tym niemniej wszystkie pozostałe są znacznie krótsze, co najwyżej półkilometrowe. We wspomnianym Goppenstein znajduje się stacja kolejowa oraz południowe wejście do wiekowego Lotschbergtunnel. Został on wybudowany w latach 1907-1913 i ma długość 14.612 metrów. Tunel ten biegnie na wysokości około 1200 metrów n.p.m. i po północnej stronie Alp Berneńskich kończy się przed miastem Kandersteg. Pociągi kursujące tą przeprawą umożliwiają transport samochodów. Co ciekawe w 2007 roku pod tymi samymi górami, acz kilkaset metrów niżej przekopano nowy, przeszło 34-kilometrowy tzw. tunel bazowy, który łączy Raron w Wallis z Frutigen w kantonie Berno. Wracając z torów na szosę trzeba powiedzieć, iż ósmy kilometr na dojeździe do Goppenstein jest wymagający, gdyż stromizna utrzymuje się tu na poziomie 8%, z max. 8,9%. Wypocząć można za to w drugiej połowie dziewiątego kilometra. Potem przez kolejne 2,5 kilometra nachylenie jest umiarkowane, między 3,5 a 7,5%. W połowie dwunastego kilometra zaczyna się zaś najłatwiejsza część tego wzniesienia. Przez dwa kolejne kilometry jest na dobrą sprawę płasko, więc szybko mijajmy wyrosłe na tym płaskowyżu wioski: Ferden (12 km) i Kippel (13,3 km). Już w centrum tej drugiej miejscowości można odbić w lewo, by stromą Hockenstrasse wspinać się do osady Lauchernalp.

Tym niemniej zmierzając do Weritzalp wypada nam zostać na drodze 509 jeszcze przez blisko półtora kilometra. Na dojeździe do Wiler (14,3 km) szosa ponownie zaczyna się wznosić, acz nachylenie nie przekracza nawet 7%. Niebawem na wysokości przystanku autobusowego Wiler Gschteinat (14,8 km) trzeba opuścić Lotschental. Z tego miejsca do celu pozostaje nam jeszcze 7 kilometrów. Ten sam dystans mielibyśmy do pokonania także przy jeździe do kresu owej doliny. Tym niemniej obie końcówki są diametralnie różne. Droga na wprost czyli do Fafleralp ma nachylenie ledwie 5%. Natomiast górski szlak do Weritzalp jest porównywalny z hardcorowym finałem na Alpe Galm, bowiem trzyma na średnim poziomie niemal 10%. Dwucyfrowa stromizna pojawia się już po 200 metrach od zjechania z głównej drogi. Należy uważać by na trzecim wirażu skręcić w prawo, choć na zakręcie tym zobaczymy tylko znak na Lauchernalp. Dwieście metrów dalej przejeżdżamy pod wiaduktem i zanim zaczyna się stroma droga do nieba. Już na dojeździe do drewnianego mostku stromizna skacze do poziomu 11,9%. W pierwszej połowie siedemnastego kilometra przez 250 metrów trzyma na poziomie co najmniej 12%. Na szczęście na przeszło 3-kilometrowym dojeździe do osady Fischbiel (19,3 km) owa dróżka wspina się po siedmiu serpentynach. Tym samym w razie potrzeby można wziąć zakręt nieco szerzej by złapać głębszy oddech. Na siódmym z owych wiraży trzeba podjąć decyzję co do wyboru mety. Jazda na wprost oznacza finisz w ośrodku turystycznym Lauchernalp, do którego można dotrzeć tędy lub też zachodnim szlakiem z Kippel. Wybierając znacznie skromniejszą osadę Weritzalp skręcamy tu w prawo i nadal jedziemy w kierunku północno-wschodnim. Pokonawszy jeszcze dwa wiraże dojeżdżamy do gospodarstwa Steinegga (20,7 km), w pobliżu którego podjazd na chwilę odpuszcza do zaledwie 4%. Na początku ostatniego kilometra stromizna wraca do poziomu 11%, po czym na ostatnich kilkuset metrach stopniowo maleje. W samej końcówce wjeżdżamy do gminy Blatten. Asfalt kończy się w zakręcie, na wysokości niemal 2100 metrów n.p.m. Z tego wirażu ku Weritzstafel biegną dwie równoległe, szutrowe ścieżki. Lewa lekko w górę, zaś prawa wyraźnie w dół.

AKCJA

Z Alpe Galm do naszego samochodu zjechałem o piętnastej. Po drodze zatrzymałem się na kawkę w restauracji Randevous. Z Susten pojechaliśmy do Gampel robiąc dalsze 10 kilometrów w kierunku wschodnim. Zatrzymaliśmy się na parkingu przy Feldstrasse, jakiś kilometr od podnóża podjazdu pod Weritzalp. Naszą ostatnią sierpniową wspinaczkę rozpoczęliśmy o 16:05. Zakładałem, że w dolnej części wzniesienia pojedziemy starą drogą, by uniknąć przejazdu przez ponad 2-kilometrowy Mittaltunnel. Nadal było gorąco, gdyż tym razem na starcie licznik pokazał mi 33 stopni. Podjazd prowadził południowym zboczem góry, więc na pierwszych trzech kilometrach ta temperatura wzrosła jeszcze o trzy oczka. Darek najwyraźniej odczuwał trudy swego niedzielnego etapu, bo tym razem rozstaliśmy się już po kilkuset metrach jazdy. Na drugim wirażu minąłem coś co wyglądało na Alte Talstrasse, ale uznałem że to chyba za wcześnie na zjazd z głównej drogi. Niebawem wiedziałem już, że straciłem tą szansę i przyjdzie mi zapoznać się ze wspomnianym tunelem. Dojechałem do niego w kwadrans. Pierwsze 3,3 kilometra pokonałem bowiem w czasie 15:05 (avs. 13,1 km/h). W tym długim tunelu dla własnego bezpieczeństwa wolałem jechać przydrożnym chodnikiem. Niemniej i na nim trzeba było uważać, bowiem był on szeroki ledwie na dwa kafle pomiędzy, którymi była szpara. Dodatkowym utrudnieniem były zatoczki rozmieszczone co kilkaset metrów. W tych miejscach mogłem albo zeskoczyć z wysokiego krawężnika, bądź też trzymać się chodnika jadąc wzdłuż ściany i tym samym chwilowo nie po linii podjazdu. Tak jedno jak i drugie rozwiązanie wybijało z rytmu jazdy. Po 27 minutach od startu wyjrzałem na światło dzienne. Potem trzeba było pokonać kolejne podziemne przeprawy, ale te były już znacznie krótsze i dzięki temu „lekkostrawne”. W okolice dworca w Goppenstein dotarłem w niespełna 40 minut. Na kolejnych kilometrach z umiarkowanym nachyleniem jechałem z prędkością około 14 km/h. Przed końcem jedenastego kilometra pokonałem ostatnie tunele. Do Ferden dojechałem w czasie 51:27. Po płaskim jechało się szybko, ale musiałem uważać by nie przeoczyć dróżki do Weritzalp. Podczas przejazdu przez Kippel chwilową  niepewność w moim umyśle zasiała boczna Hockenstrasse. Po chwili namysłu uznałem jednak, że należy jechać dalej prosto.

Następnie przejechałem przez Wiler, gdzie trzeba było powalczyć na delikatnym podjeździe. W końcu na skraju tej miejscowości skręciłem w prawo i zacząłem prawdziwą wspinaczkę. Po przejechaniu 400 metrów na trzecim wirażu odbiłem w lewo. Ta opcja okazała się jednak ślepą ulicą Wildistrasse. Zapytałem właścicielkę jednego z domów o drogę na Weritzalp. Gdy odrzekła, że trzeba się kierować znakami na Lauchneralp wiedziałem już gdzie jechać. Na tej pomyłce straciłem jakieś 3 minuty czasu i dodałem sobie 400 metrów przebiegu. Zatem dopiero pod koniec swego szesnastego kilometra rozpocząłem zmagania ze stromą końcówką wzniesienia. Łatwo nie było, tym bardziej że w nogach miałem już Alpe Galm. Pomyślałem, że tylko spokój może mnie uratować. Stwierdziłem, iż najważniejsze to jechać równym tempem. Udało mi się utrzymywać prędkość w okolicy 9 km/h. Według stravy ostatnie 6,63 kilometra pokonałem w 45:33 (avs. 8,7 km/h z VAM 874 m/h). Niemniej de facto jechałem nieco szybciej, bowiem od tego czasu należałoby mi odjąć blisko trzy minuty. Byłem pozytywnie zaskoczony, że na tak trudnej ścianie nie spotkał mnie żaden kryzys. Nazwa Lauchernalp nic mi nie mówiła, więc na rozjeździe przed Fischbiel skręciłem w prawo. Wkrótce po przejechaniu 21 kilometrów najgorsze miałem już za sobą. Natomiast swój ostatni cel w oddali przed oczyma. Była nim letniskowa osada znajdująca się jakiś kilometr za gospodarstwem Steinegga. Dojechałem do niej po przebyciu 22,27 kilometra w czasie 1h 44:50 (avs. 12,7 km/h). Gdy skończył się asfalt wybrałem lewą z dwojga kamienistych ścieżek i ostatecznie dotarłem na wysokość 2107 metrów n.p.m. Na zjeździe za wszelką cenę wolałem uniknąć przejazdu przez Mittaltunnel, więc odbiłem na „zakazaną” Alte Talastrasse. Ta okazała się być podniszczona i co gorsza „przerwana”. Most nad Lonzą okazał się być zarwany, więc nie chcąc zawracać musiałem ową rzeczkę przejść w bród. Ot mała przygoda na zakończenie wyprawy. Gdy zajechałem na parking zastałem tam czekającego już od dłuższego czasu Darka. Mój towarzysz szukając zapowiadanego przez mnie szlaku z pominięciem tunelu pobłądził i dotarł jedynie na wysokość 1040 metrów n.p.m. w rejonie Ladu. Tymczasem ja na ostatnim etapie przejechałem w sumie 83,5 kilometra z godnym finału przewyższeniem 3041 metrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1133758516

http://veloviewer.com/activities/1133758516

ZDJĘCIA

20170814_061

FILMY

MAH04450

MAH04455

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Weritzalp została wyłączona

Alpe Galm

Autor: admin o poniedziałek 14. Sierpień 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 2234 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1612 metrów

Długość: 19,8 kilometra

Średnie nachylenie: 8,1 %

Maksymalne nachylenie: 14,1 %

PROFIL

SCENA

Początek w Susten (Wallis). To najwyższe i zarazem najtrudniejsze kolarskie wzniesienie na terenie dystryktu Leuk zaczyna się zatem w tym samym miejscu co opisany już podjazd do Bachalp. Dlatego w sprawie podstawowych informacji o Susten i Leuk odsyłam do swego wcześniejszego wpisu. Wspinaczka do Alpe Galm jest minimalnie krótsza od tej do Bachalp, a mimo to na niespełna 20-kilometrowym szlaku trzeba pokonać niemal 300 metrów przewyższenia więcej! Również ten podjazd zaczyna się na szosie nr 211 zbudowanej na antycznym szlaku prowadzącym z Doliny Rodanu na Gemmipass (2270 m. n.p.m.). Współczesna asfaltowa droga dociera jedynie do Leukerbad na wysokość około 1400 metrów n.p.m. Tym niemniej zmierzając do Alpe Galm trzymamy się tego kierunku jedynie przez niespełna 5 kilometrów. Wcześniej na drugim kilometrze objeżdżamy miasteczko Leuk, którego historia sięga czasów wczesnośredniowiecznego Królestwa Burgundii. Potem w połowie czwartego kilometra skręcamy na wirażu w lewo zostawiając za plecami drogę do Erschmatt, która doprowadzić nas może do Bachalp lub Untere Feselalp. My z szosy nr 211 zjeżdżamy nieco dalej czyli po przebyciu 4,7 kilometra. Do tego miejsca średnie nachylenie podjazdu jest umiarkowane i wynosi 5,5%. Wymagające na pierwszych dwóch kilometrach, robi się łagodniejsze po objechaniu wspomnianego Leuk. Na wysokości restauracji Randezvous skręcamy w prawo, by przez kolejne cztery kilometry jechać w kierunku wschodnim. Już po kolejnych kilkuset metrach mijamy krainę talerzy satelitarnych. Na ogrodzonym terenie poniżej drogi znajdują się instalacje systemu Onyx służące przechwytywaniu danych w ramach prowadzonego przez Szwajcarów wywiadu elektromagnetycznego. Budowę tej stacji ukończono pod koniec 2005 roku, zaś jej koszt mógł wynieść nawet 400 milionów CHF. Na nowej drodze jedzie się trudniej. Przez kolejne 7 kilometrów średnia stromizna trzyma bowiem na poziomie od 6,3 do 8,4%. Po przejechaniu 7,4 kilometra mijamy odchodzącą w lewo drogę do osady Thel i wsi Albinen. Ten górski szlak prowadzi do Torrentalp (1934 m. n.p.m.) górującego nad uzdrowiskiem Leukerbad.

My jednak skręcamy w prawo i wjeżdżamy na teren gminy Guttet-Feschel. Na początku dziewiątego kilometra wjeżdżamy do Grachmatten. Po przebyciu 8,8 kilometra na stromym wirażu z nachyleniem 10,5% droga zmienia swój kierunek na północny. Kilometr dalej na wirażu przed, którym powiewają trzy flagi: krajowa, kantonalna i gmina możemy sobie wybrać sposób pokonania kolejnego odcinka. Można pojechać prosto przez centrum wioski Guttet lub też od razu skręcić w prawo i ominąć tą miejscowość. Nie ma to większego znaczenia, bowiem obie drogi schodzą się ponownie 60 metrów wyżej. My wybraliśmy opcję prawą czyli wschodnią. Najtrudniejszy segment wzniesienia zaczyna się 700 metrów za owym łącznikiem. Na leśnym rozdrożu należy odbić w lewo. Od razu robi się stromo. Już na pierwszych metrach tego odcinka stromizna skacze do poziomu 10,6%. W połowie dwunastego kilometra droga skręca na zachód i następnie trzyma ten kierunek przez 1600 metrów. Po przejechaniu 13,8 kilometra mijamy odchodzącą w lewo drogę do osady Chermignon (Tscharmilonga). W tym momencie stromizna na Alpe Galm po raz pierwszy sięga 11%. Jednak wszystko co najciekawsze jeszcze przed nami. Prawdziwe wyzwanie zaczyna się dopiero po przejechaniu 15 kilometrów. Na początku szesnastego kilometra chwilowa stromizna wynosi już 12,7%. To zaś jedynie przedsmak późniejszych wrażeń. Podjazd przez jakieś 3,5 kilometra niemal stale trzyma na poziomie powyżej 10%. Zresztą jest to dobrze widoczne na profilu wzniesienia zaczerpniętym ze strony „cyclingcols”. Na siedemnastym kilometrze „maks” to 12,5%. Najtrudniejszy jest kilometr osiemnasty z przejazdem przez osadę Oberu (17,6 km). Tu nachylenie 11-12% to norma, zaś w dwóch miejscach stromizna przekracza pułap 14%. Nieco łatwiej robi się dopiero za gospodarstwem Teugmatte (18,5 km). Druga połowa dziewiętnastego kilometra jest na tyle łagodna, że przy tym co było wcześniej może wydawać się płaska. Na początku dwudziestego kilometra trzeba pokonać ostatnią 300-metrową stromiznę z nachyleniem do 13,2%. Ostatnie 400 metrów na poziomie od 3 do 6% to już czysta przyjemność po wcześniejszym cierpieniu. Wspinaczka kończy się na małym parkingu o kamienistej nawierzchni. Tym samym do znajdującej się tuż za rogiem Alpe Galm trzeba zjechać po szutrze.

AKCJA

Nie udało się w niedzielę. Na szczęście miałem jeszcze w zanadrzu poniedziałek, gdyż wyjątkowo ostatni dzień wyprawy przewidziałem na dzień powszedni. Wszystko dlatego, iż 15 sierpnia tym razem wypadał we wtorek i dzień świąteczny mogliśmy wykorzystać na powrót do kraju nie tracąc kolejnego dnia urlopu. Do drugiego podejścia pod Alpe Galm lepiej się przygotowałem. Jeszcze poprzedniego wieczora dokładniej przyjrzałem się mapom. Spostrzegłem gdzie zrobiłem błąd. Ustaliłem gdzie powinienem zjechać z drogi 211 oraz jak pokierować jazdą na kolejnych kilometrach. Po raz drugi wybrałem się zatem do Susten. Tym razem tylko w towarzystwie Darka. Dla Piotra i Sławka poniedziałek miał być już czasem relaksu po ekstremalnych doznaniach dnia poprzedniego. Ostatecznie tylko Pedro nie tknął roweru. Sława wybrał się jednak na 35-kilometrową przejażdżkę. W ramach pożegnania z Alpami podjechał do Veysonnaz od strony Pravidondaz oraz do naszej mety w Haute-Nendaz z poziomu Beuson. Tymczasem my przybyliśmy w okolice Leuk kwadrans przed dwunastą. Dzień był upalny. Na starcie pierwszej wspinaczki mój licznik zanotował aż 35 stopni. Co więcej tego rodzaju temperatura niemal przez cały podjazd. Pod górę ruszyliśmy o 11:57. Na drugim kilometrze zdecydowałem się trzymać głównej drogi, wobec czego ominęliśmy centrum Leuk. Na łatwiejszym odcinku za tym miasteczkiem nieco przyśpieszyliśmy. Minęliśmy „feralny” wiraż, który dzień wcześniej zaprowadził mnie w nieznane. Dopiero pod koniec czwartego kilometra wykorzystując łagodniejsze nachylenie wrzuciłem twardsze przełożenie i nieznacznie odjechałem Darkowi. Do zakrętu przy restauracji Randevouz dojechałem w czasie 17:44 (avs. 15,9 km/h). Dario tracił do mnie ledwie 15 sekund. Przed wirażem nieco zwolniłem chcąc się upewnić, że kolega będzie widział w którym momencie skręcam. Po wjechaniu na trudniejszy fragment podjazdu przez kilka pierwszych kilometrach jechaliśmy z podobną prędkością. Na szóstym kilometrze minęliśmy tajemną strefę z wywiadowczymi urządzeniami systemu Onyx.

Po przejechaniu 7,4 kilometra dojechałem do kolejnego ważnego rozjazdu. Musiałem tu odbić w prawo, gdyż jazda na wprost prowadziła zawiodłaby mnie do Torrentalp. Do tego zakrętu dotarłem w czasie 29:28 (avs. 14,9 km/h). Darek nie odpuszczał i tracił ledwie 20 sekund. Widząc go tuż za sobą zakładałem, iż najpewniej przegoni mnie na stromej końcówce wzniesienia. Najwyraźniej zapomniałem jak ciężki etap zafundował on sobie w niedzielne popołudnie. Na dziewiątym kilometrze różnica między nami zaczęła rosnąć. Najwyraźniej Darka dopadło zmęczenie po królewskim etapie. Po 9,7 kilometra od startu byłem już na rozjeździe przed Guttet, gdzie dojechałem w 40:38 (avs. 14,3 km/h). Dario tracił ponad dwie minuty i jak sam przyznał w tej okolicy prąd mu odcięło. Do rozdroża, na którym zaczęła się najtrudniejsza część tej wspinaczki dotarłem w około 47 minut. Zastanawiałem się jak przy swej średniej formie fizycznej wytrzymam ten morderczy finał. Podczas tej wyprawy zaliczyłem już co prawda cztery nieco większe wzniesienia, lecz wedle wszelkich rankingów Alpe Galm miało być tym najtrudniejszym. Co więcej jednym z dziesięciu „najgorszych” w mojej karierze amatora kolarskich wspinaczek. Według „cyclingcols” ostatnie 8 kilometrów na tej górze ma średnio 10,3%. Na moje szczęście ta stromizna rosła stopniowo. Najpierw trzy kilometry z nachyleniem 9-10%. Następnie trzy hardcorowe na poziomie 11-12%. Mogłem złapać swój rytm jazdy po stromej ścianie. Zwątpiłem tylko pod koniec piętnastego kilometra, gdy droga z asfaltowej na krótko stała się szutrowa. Od razu przypomniała mi się ciężka przeprawa z Planachaux. Na szczęście czarna wizja 5 kilometrów super-stromej wspinaczki po takiej nawierzchni szybko się rozwiała. Najtrudniejsze kilometry pokonałem jadąc 8-9 km/h, acz na 14% stromiźnie zwolniłem do 7 km/h. Gdy minąłem Oberu i Teugmatte byłem już w domu. Na kilometr przed finałem po prawej stronie dojrzałem daleko w dole wczorajsze Bachalp. Na łatwej końcówce przyśpieszyłem do 15-17 km/h i zatrzymałem się po przejechaniu 19,78 kilometra w czasie 1h 38:15 (avs. 12,1 km/h). Według stravy najtrudniejszy segment o długości 8,3 kilometra przejechałem w 51:03 (avs. 9,8 km/h z VAM 968 m/h). Darek dotarł na górę po około 15 minutach.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1133758515

http://veloviewer.com/activities/1133758515

ZDJĘCIA

20170814_001

FILMY

20170814_135527

20170814_141925

20170814_150529

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Alpe Galm została wyłączona

Turtmanntal / Gruben

Autor: admin o niedziela 13. Sierpień 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1901 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1273 metry

Długość: 21,8 kilometra

Średnie nachylenie: 5,8 %

Maksymalne nachylenie: 10,2 %

PROFIL

SCENA

Początek w Turtmann (Wallis). To miejscowość na lewym brzegu Rodanu, położona 31 kilometrów na wschód Sionu. Z drugiej strony do najbliższych miast na wschodzie czyli Visp i Brig mamy stąd odpowiednio 14 i 23 kilometry. Turtmann od 1 stycznia 2013 roku wraz z położoną na wysokości 1003 metrów n.p.m. wsią Unterems tworzy gminę Turtmann-Unterems. Należy ona do dystryktu Leuk i wedle ostatnich danych mieszka w niej około 1100 osób. Turtmanntal to najkrótsza ze szwajcarskich dolin w Alpach Pennińskich. Leży pomiędzy Val d’Anniviers (na zachodzie) i Vispertal (na wschodzie). Natomiast na południu ograniczona jest obecnością lodowca Turtmanngletscher, który ma długość 5,1 kilometra i schodzi na poziom 2240 metrów n.p.m. Co ciekawe w dolinie tej drzewa rosną powyżej 2200 metrów n.p.m., co sprawia iż jest najwyższej położona granica lasu w całej Europie. Podjazd do kresu Turtmanntal, acz podobnej długości co pobliskie wspinaczki do Alpe Galm, Bachalp, Untere Feselalp czy Weritzalp z pewnością jest nieco łatwiejszy niż owe wzniesienia w Alpach Berneńskich. Zaczyna się w samym centrum wsi, przy Kantonstrasse czyli szosie nr 9. Rusza się prosto na południe, lecz już po 200 metrach skręcamy na wschód i wyjeżdżamy z Turtmann. Droga biegnie na wschód przez równo kilometr. Po 1200 metrów zawraca na zachód i jeszcze przez 500 metrów trzyma na początkowo wysokim poziomie 8-9%. Na przełomie drugiego i trzeciego kilometra nachylenie spada niemal do zera, zaś my tracimy widok na dolinę Rodanu. W miejscu, gdzie zaczyna się to wypłaszczenie mijamy boczną drogę, która poprzez wsie Eischoll i Burchen doprowadzić by nas mogła do podjazdu na Moosalp. Tymczasem nasza droga niebawem skręca na południe i trzyma ten kierunek przez blisko dwa kilometry. Na dojeździe do mostu nad rzeczką Turtmanna (3,8 km) nachylenie jest zróżnicowane, od 4,1 do 9,7%. Potem kolejne 1100 metrów prowadzi na północny-zachód i doprowadza do zakrętu przed wsią Unterems (5,2 km). Na tym odcinku maksymalne nachylenie to 8,9%.

Po nieco łatwiejszym szóstym kilometrze, następny dość trudny odcinek to segment między 6,1 a 8,4 kilometra od startu. Droga biegnie tu najpierw prosto przez las, zaś następnie trzema serpentynami pośród górskich łąk. Stromizna trzyma na poziomie 7-8%, zaś maksymalnie sięga 9%. Potem na dojeździe do Oberems nachylenie stopniowo siada i w trakcie przejazdu przez tą wieś wynosi już tylko od 3 do 5%. Na tym poziomie utrzymuje się następnie do końca dwunastego kilometra. Wcześniej w połowie jedenastego kilometra szosa chowa się w lesie i pozostaje zacieniona przez kolejne trzy kilometry. Na początku trzynastego kilometra wraca solidna wspinaczka z nachyleniem 6-7%. Po chwili mijamy restaurację Hubschweidi (12,3 km). Cały czas jedziemy lewym brzegiem Turtmanny. W połowie piętnastego kilometra zaczyna się najtrudniejszy fragment całego wzniesienia. To tylko kilometr, acz na poziomie od 8 do 10,2%. Po przejechaniu 15,7 kilometra tą ściankę mamy już za sobą i w zasadzie na tym kończy się prawdziwa kolarska wspinaczka przez Turtmanntal. Według „cyclingcols” najtrudniejszy z sześciu pozostałych kilometrów ma średnie nachylenie tylko 4,1%. Mój licznik pokazał na tym segmencie maksymalną stromizną rzędu ledwie 6,5%. Na takim finale nic już nie może nas zatrzymać. Możemy się cieszyć górskimi widokami dość szybko zmierzając do kresu asfaltowej drogi. Po przejechaniu 17,4 kilometra przejeżdżamy na prawy brzeg wspominanej rzeczki, zaś przeszło kilometr dalej wjeżdżamy do wsi Gruben (18,7 km). Tym niemniej do końca podjazdu pozostają jeszcze trzy łatwe kilometry. Na ostatnim kilometrze mijamy jeszcze maleńką osadę Hungerli Unnerstafel (21,3 km). Zatrzymujemy się po kolejnych 500 metrach w miejscu zwanym Vorders Sanntum, tuż przed kolejnym mostem nad Turtmanną. Za mostem zaczyna się szutrowa droga, która omija dwa sztucznie powstałe jeziorka i dociera na wysokość 2280 metrów n.p.m.

AKCJA

Do Turtmann przyjechałem kilka minut przed czternastą. Nie chciałem jednak od razu rzucać się na drugi podjazd. Wolałem wcześniej coś zjeść i wypić, tym bardziej że w dolinie było gorąco. Na dojeździe do tej miejscowości licznik pokazywał temperaturę 31 stopni. Szczęśliwie na swojej drodze znalazłem piekarnię Wernera Moreillon. Oferta sklepu nie ograniczała się tylko pieczywa. Były też ciastka i napoje chłodzące. Tym samym orzeźwiony i naładowany świeżą dawką cukru o godzinie 14:22 stanąłem u podnóża Turtmanntal. Miejsca startu przy Hotel Post nie można było przegapić. Za najbliższym rondem droga zaczęła się wznosić. Tablica informacyjna zapewniała, iż wszystkie górskie szlaki są otwarte. O tej porze roku i przy tej pogodzie nie mogło być inaczej. Niebawem skręciłem w lewo i tym samym wjechałem na Turtmannstrasse. Przez pierwsze 1700 metrów nachylenie było więcej niż solidne. Potem jednak na rozdrożu trzeba było wybrać prawą „bramkę” i tym samym przez kolejne 600 metrów jechałem niemal po płaskim terenie. Jeszcze w rejonie ostatnich sadów jabłkowych podjazd odżył, więc znów musiałem mocniej popracować na docinku do mostku nad Turtmanną. Za przeprawą nie było wcale łatwiej, ale byłem na to przygotowany. Znałem profil wzniesienia. Wiedziałem, że większość przewyższenia trzeba będzie pokonać do półmetka podjazdu. Poza tym początkowo żwawszą jazdę utrudniał też upał. Na pierwszych czterech kilometrach temperatura utrzymywała się powyżej 30 stopni. Potem dopiero zaczęła dość szybko spadać by pod koniec ósmego kilometra ustabilizować się na czas jakiś na przyjemnym poziomie 23 stopni. Do Unterems (5,2 km) dojechałem w niespełna 23 minuty jadąc ze średnią prędkością 13,6 km/h. Za wsią czekała mnie długa prosta do końca siódmego kilometra, a potem trzy wiraże co 500 metrów. Za nimi kolejny prosty odcinek, tym razem na wschód, po czym na początku dziesiątego kilometra szosa zaczęła delikatnie skręcać na południe w kierunku Oberems. Na tarasie przed hotelikiem Ermshorn gościom przygrywała ludowa kapela, zaś prowadzący imprezę wodzirej widząc mój przejazd zachęcił biesiadników do oklasków dla „sportowca”.

Strava podaje, iż dojazd do Oberems ma długość 9,55 kilometra ze średnim nachyleniem 7%. Pokonałem ten segment w 42:23 (avs. 13,5 km/h z VAM 949 m/h). Kilkaset metrów za tą miejscowością wjechałem do lasu. Nachylenie przez dwa kolejne kilometry trzymało się poniżej 5%, więc bez trudu mogłem jechać z prędkością około 18 km/h. Zrobiło się już nawet rześko, bowiem na tym zacienionym odcinku temperaturka spadła do 20 stopni. Na kilometrze trzynastym, czternastym i w pierwszej połowie piętnastego zrobiło się nieco trudniej. Przy stałym nachyleniu na poziomie 6-7% byłem w stanie jechać 14 km/h. Jednak prawdziwa wspinaczka czekała mnie dopiero na przełomie piętnastego i szesnastego kilometra. Tu przez cały kilometr normą było 9%, zaś momentami stromizna przekraczała nawet 10%. Przebrnąłem ten odcinek w tempie 10-12 km/h i to już był tego dnia ostatni taki wysiłek. Pod koniec szesnastego kilometra droga już na dobre stała się łagodniejsza. Ostatnie kilometry zleciały szybciej. Na takim płaskowyżu mogłem jechać z prędkością 25 km/h, zaś momentami podkręcać do 28-30 km/h. W drugiej połowie dziewiętnastego kilometra przejechałem przez Gruben, lecz zatrzymałem się dopiero trzy kilometry dalej, na samym końcu asfaltowej drogi. Wzdłuż jej końcowego odcinka amatorzy pieszych górskich wędrówek urządzili sobie dziki parking, więc finiszując wolałem mieć baczenie na to czy ktoś akurat nie rusza z postoju. Zatrzymałem się po przejechaniu 21,84 kilometra w czasie 1h 24:13 (avs. 15,6 km/h). Według stravy segment od skrzyżowania w Turtmann po kapliczkę w Gruben czyli dystans 18,33 kilometra pokonałem w 1h 16:06 (avs. 14,5 km/h z VAM 912 m/h). Prędkość pionowa niby skromna, ale nie poszło mi chyba najgorzej zważywszy na fakt, że to na razie ósmy czas pośród 73 dotąd odnotowanych wyników. Na dalszą jazdę po szutrze się nie zdecydowałem. U kresu szosy nie było specjalnie czego podziwiać, więc już po niespełna 10 minutach rozpocząłem spokojny odwrót ku dolinie Rodanu. Lepsze zdjęcia mogłem zrobić w trakcie zjazdu. Po kilku kilometrach zrobiłem sobie przystanek kawowy w przydrożnym barze.

Po zjechaniu do Turtmann ponownie nawiedziłem znajomą ciastkarnię. Na moje szczęście, choć to niedziela ten „słodki lokal” był otwarty nawet po 17-tej. Tym razem nie żałowałem sobie nawet lodów. Tym razem strefę bufetu wyznaczyłem sobie nie pod samym sklepem, lecz w cieniu drzew na miejscowym Kirchplatz. Gdy już się stosownie pożywiłem zacząłem rozmyślać na tym jak mam spędzić kolejne godziny. Dochodziła dopiero godzina 17:30. Chłopacy byli jeszcze daleko od swej mety w Oberwald. Zakładałem, że swój „królewski etap” skończą najwcześniej dziewiętnastej, po czym przynajmniej godzinę zajmie im przejazd do miejsca naszej przedpołudniowej rozłąki. Na początek bardzo powoli postanowiłem się przemieścić cichymi, bocznymi drogami do Susten. Gdy już tam dotarłem stwierdziłem, że niewiele to zmienia to moją sytuację, bowiem i tak musiałbym tu tkwić najbliższe dwie godziny z hakiem. Przy tym byłem chyba zanadto ujechany by przyszło mi do głowy, iż mam dość wolnego czasu na zaliczenie trzeciego podjazdu. Z pewnością zdążyłbym odwiedzić Leukerbad. Niemniej kondycyjnie i psychicznie nie byłem chyba na to gotowy. Postanowiłem jednak nie siedzieć bezczynnie. Niespełna 9 kilometrów dzieliło mnie od Sierre, więc na początek postanowiłem dotrzeć do tego miasta. Poszło szybko, tym bardziej, że na tym odcinku droga prowadziła lekko w dół. Gdy już się tam znalazłem, poszedłem za ciosem i drogą nr 9 przez Saint-Leonard wróciłem do Sionu. Zatrzymałem się dopiero u podnóża Val du Nendaz by poczekać na swą ekipę przez hotelem Chateau Constellation. Przejechałem tego dnia aż 129 kilometrów z przewyższeniem 2989 metrów. Taki dystans po górach ostatni raz zrobiłem w lipcu 2013 roku. Na miejscu byłem kwadrans pod 19-tej. Potem i tak czekałem na kompanów przeszło dwie godziny. Z nudów wykręciłem niezliczoną liczbę ósemek przed wspomnianym hotelem. Pojechałem też na miasto by zrobić małe zakupy na pobliskiej stacji benzynowej. Odwiedziłem jedną z kawiarni. Na koniec podjechałem do drugiego wirażu na Route de Fontaines by ze wzgórza za hotelem oglądać jak Sion pogrąża się w mroku nocy.

Moi koledzy skończyli „pracę” około dwudziestej. Sławek debiutował na trasie z trzema premiami górskimi. Pedro zaliczył dwie podobne rundy już podczas wyprawy z sierpnia 2016 roku. Obaj stanęli na wysokości zadania i przejechali szwajcarski szlak legend w czasie brutto 7 godzin i 37 minut, jadąc ze średnią prędkością niemal 17 km/h. Piotra ten wyczyn wiele kosztował. Świadczy o tym jego wpis na stravie: „Nufenen – guma i pierwsze liczenie, Gotthard – nokaut na rzymskim bruku, Furka – między niebem a piekłem”. Z kolei Dario tego dnia czuł się wyśmienicie. Dlatego też nie tylko nieco wydłużył sobie podjazd pod św. Gotarda, lecz przede wszystkim wjechał na Furkapass z obu stron. Na trzech pierwszych podjazdach nadrobił sporo czasu nad kolegami. Po zjechaniu do Oberwald pokusił się jeszcze o wjazd na Furkę od strony zachodniej. Tym samym przejechał w sumie aż 139 kilometrów z łącznym przewyższeniem 4009 metrów! Wszystko to w tempie 18,4 km/h! Tego na moich „imprezach” dawno nie grano. Chapeau bas!

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1132341603

http://veloviewer.com/activities/1132341603

ZDJĘCIA

20170813_061

FILM

MAH04300

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Turtmanntal / Gruben została wyłączona

Bachalp

Autor: admin o niedziela 13. Sierpień 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1937 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1315 metrów

Długość: 20,2 kilometra

Średnie nachylenie: 6,5 %

Maksymalne nachylenie: 11,3 %

PROFIL

SCENA

Początek w Susten (Wallis). To wieś na lewym brzegu Rodanu, należąca do niespełna 4-tysięcznej gminy Leuk. Susten leży w dolinie, przy drodze krajowej nr 9, na wysokości około 620 metrów n.p.m. Jakieś 25 kilometrów na wschód od Sionu i zarazem niespełna 20 kilometrów na zachód od Visp. Natomiast Leuk znajduje się 2 kilometry na północ od Susten. Leży przy drodze nr 211, jakieś 140 metrów ponad nurtem wspomnianej rzeki. Podobnie jak wizytowane przez nas dzień wcześniej Visp i Brig jest stolicą kantonalnego dystryktu, a zatem ze szwajcarskiego punktu widzenia jest miastem powiatowym. Startując z Susten via Leuk można wytyczyć sobie co najmniej pięć różnych tras wspinaczkowych po południowych zboczach Alp Berneńskich, a kończących się na wysokościach od niespełna 1400 do przeszło 2200 metrów n.p.m. Najbardziej popularną, acz zdecydowanie najłatwiejszą z owych górskich dróg jest podjazd do słynącego z wód termalnych uzdrowiska Leukerbad (1380 m. n.p.m.). W miejscowości tej czterokrotnie kończyły się etapy Tour de Suisse. Przy pierwszej okazji czyli w 1985 roku wygrał tu Belg Rudy Matthijs. Następnie w sezonie 1988 etap ze startu wspólnego jego rodak Luc Roosen, zaś górską czasówkę specjalista od tego typu prób Francuz Jean-Claude Leclercq. Natomiast w 2006 roku najszybciej dotarł tam Szwajcar Steve Morabito. Co ciekawe choć są to tereny germańskie w roku 1983 przyjechał tu nawet wyścig Tour de Romandie. Pierwszy do wspomnianego kurortu dotarł wówczas Włoch Mario Beccia. Niemniej i tak pierwszym wyścigiem etapowym, który wjechał na drogę 211 było wielkie Giro d’Italia i to już w roku 1963. Etap dwunasty ze startem w Bielli, wiodący przez Colle del Gran San Bernardo, wygrał po finiszu z 5-osobowej grupki niezwykle skuteczny na tym wyścigu Vito Taccone. Obszerne fragmenty pozostałych wzniesień tej okolicy nie zostały jak dotąd tknięte przez duże wyścigi kolarskie. Tymczasem każde z nich jest znacznie trudniejsze od wspomnianego Leukerbad. Z pewnością najbardziej ekstremalna jest wspinaczka do osady Alpe Galm (2234 m. n.p.m.). Tym niemniej także kończące się trzysta metrów niżej podjazdy ku Torrentalp (1934), Untere Feselalp (1961) czy Bachalp (1937) na każdej imprezie etapowej zasłużyłyby na miano premii górskich najwyższej kategorii. To będzie opowieść o tej ostatniej.

Podjazd zaczyna się w Susten, na samym początku drogi 211 czyli przy zachodnim z dwojga miejscowych rond. Po przejechaniu 700 metrów możemy nadal trzymać się tej szosy lub skręcić w prawo by w połowie drugiego kilometra wspinaczki przejechać przez starówkę w Leuk. Po minięciu miasteczka skręcamy na wschód. Następnie na najbliższym rozdrożu znajdującym się w odległości 3,3 kilometra od startu, zamiast brać zakręt w lewo, jedziemy prosto opuszczając szosę 211. Tym samym rozstajemy się z możliwością dotarcia do Leukerbad, Torrentalp czy Alpe Galm. Przez kolejne kilometry droga nadal zdecydowanie prowadzi na wschód. Od czasu do czasu delikatnie zakręca. Dwa wyraźne wiraże trafiają się tylko na początku siódmego kilometra. Po przejechaniu ośmiu kilometrów mijamy stromą drogę w dół do miejscowości Getwing. To w niej zaczyna się trudniejszy z dwóch wariantów podjazdu do Untere Feselalp. Nieco dalej po przebyciu 8,4 kilometra skręcamy w lewo i odtąd jedziemy już w kierunku północnym. Na tym wirażu mamy ładny widok na leżącą nieco niżej wioskę Bratsch. Następnie pod koniec dziesiątego kilometra przejeżdżamy przez wieś Erschmatt. Na czwartej serpentynie za tą miejscowością czyli po przejechaniu 13,2 kilometra należy skręcić w lewo. Jazda na wprost wiedzie przez Engersch i Jeizinen do mety w Untere Feselalp. Tymczasem ostatnią wioską na szlaku do Bachalp jest Brentschen, mijana po 14 kilometrach od Susten. Na początku szesnastego kilometra należy zignorować kolejną drogę prowadzącą do Engersch. Skręcamy tu w lewo, zaś dwieście metrów dalej odbijamy w prawo. Ostatnia nawigacyjna pułapka znajduje się w lesie na początku siedemnastego kilometra. Tu trzeba odbić w lewo, bowiem jazda na wprost skończy się już po kilometrze, w anonimowym miejscu pośród leśnej głuszy. Natomiast po zakręcie w lewo wjeżdżamy na najtrudniejszy odcinek naszego wzniesienia, gdzie przez 1800 metrów nachylenie nie schodzi poniżej 9%. Stromizna stopniowo zanika pod koniec osiemnastego kilometra, zaś po zakręcie w prawo trafia się nawet 700-metrowy zjazd, częściowo prowadzący po szutrze. Potem serpentyna w lewo i 250 metrów dalej ostatni na tej górze wiraż, dla odmiany w prawo. Końcówka to 900-metrowa prosta ścieżka przez hale do górskiej osady Bachalpe. Na tym finałowym odcinku maksymalne nachylenie sięga 9%.

AKCJA

W niedzielę znów postanowiłem się odłączyć od swych kolegów. Tym razem nie na parę godzin, lecz praktycznie na cały dzień. Darek, Piotr i Sławek ruszyli na kresy wschodnie kantonu Valais/Wallis do Oberwald. W tej wiosce mieli zacząć i skończyć 100-kilometrową rundę po bodaj najsłynniejszych górskich drogach Szwajcarii. Na swej trasie wiodącej także po kantonach Ticino i Uri musieli pokonać trzy legendarne przełęcze: Nufenen (2478 m. n.p.m.), Sankt-Gotthard (2108 m. n.p.m.) oraz Furka (2429 m. n.p.m.). Pierwsza i trzecia to dwie najwyższe premie górskie, z którymi zmagali się uczestnicy Tour de Suisse zanim wyścig ten zacząć jeździć do Austrii na tyrolskie lodowce Rettenbachferner i Tiefenbachferner koło Solden. Z kolei ta druga to bodaj najsłynniejsza ze wszystkich szwajcarskich przełęczy, zaś jeśli chodzi o historię kolarstwa to najpopularniejszy podjazd w dziejach TdS. Począwszy od roku 1934 pojawiła się na tym wyścigu aż 39 razy. Podczas edycji z 2001 roku zorganizowano na niej górski finisz po „brukowanej” Via Tremola. Etap ten wygrał Rosjanin Dmitrij Konyszew. Przed sierpniowym wyjazdem do Szwajcarii miałem zamiar przypomnieć sobie te wszystkie górskie podjazdy. Poznałem je w sierpniu 2008 roku. Dwa pierwsze na trasie „radmarathonu” Alpenbrevet Gold, zaś Furkę dwa dni po tej imprezie. Niestety załamanie pogody, które dopadło nas w trakcie naszego pobytu pomieszało mi szyki. Jeden dzień zupełnej przerwy, dwa etapy z ledwie jednym podjazdem i zaczęło brakować mi czasu na zrealizowanie swych najważniejszych celów. Chcąc nie chcąc musiałem sobie odpuścić wizytę u św. Gottharda i jego dwóch wysokich sąsiadek. Wolałem pojechać w nieznane by w dwóch ostatnich dniach naszej wyprawy zaliczyć wspinaczki pod: Alpe Galm, Weritzalp, Untere Feselalp i Turtmanntal. Dlatego też z naszego „teamowego” Renault Trafica wysiadłem po 40 kilometrach jazdy „na przystanku” w Susten. Moi trzej kompani pognali dalej na wschód, by zatrzymać się dopiero po kolejnych 70 kilometrach. Ich punkt startu znajdował się na wysokości aż 1377 metrów n.p.m. Co ciekawe Oberwald leży w bezpośrednim sąsiedztwie Rhonegletscher, lodowca w Alpach Urneńskich, z którego wypływają źródła Rodanu.

Gdy kilka minut po godzinie dwunastej Dario i spółka ruszali na swą hardcorową trasę szlakiem szwajcarskich legend, ja od przeszło półtorej godziny błąkałem się już po mało znanych górskich drogach gminy Leuk. Pierwszy akt swych niedzielnych przygód mógłbym zatytułować przewrotnie: „O tym jak zmierzając do Alpe Galm, odkryłem Bachalp”. Tego dnia przede wszystkim chciałem pokonać najtrudniejszy kolarski podjazd w Alpach Berneńskich, ale zagubiłem się w akcji. Wystartowałem o godzinie 10:29 przy słonecznej pogodzie i temperaturze 26 stopni. Po pierwszych siedmiuset metrach zjechałem z drogi 211 na krętą Leukerstrasse, po to by zobaczyć centrum miasteczka, którego historia sięga początków VI wieku. Minąłem miejscowy ratusz, starówkę z kościołem św. Stefana i po przejechaniu 1,8 kilometra wróciłem na szosę 211. Półtora kilometra dalej na wirażu po chwili namysłu pojechałem prosto czyli na Erschmatt i Bratsch, zamiast w prawo na Guttet-Feschel. Wiedziałem, że z drogi 211 już po kilku kilometrach jazdy muszę odbić na wschód. Niestety zrobiłem to przedwcześnie czyli po przejechaniu 3,4 kilometra. Tymczasem powinienem był wytrzymać na niej nieco dłużej i zjechać dopiero na kolejnym rozdrożu po przebyciu 4,7 kilometra. Zmylił mnie chyba znak wskazujący kierunek jazdy na „Leukerbad”, bo wiedziałem że nie po drodze mi z tym uzdrowiskiem. Jadąc na wschód w połowie szóstego kilometra minąłem średniowieczny kamienny most nad głębokim górskim kanionem. Do połowy dziewiątego kilometra po prawej ręce cały czas miałem ładny widok na dolinę Rodanu. Pod koniec dziesiątego kilometra przejechałem przez Erschmatt, wioskę w której pozostało jeszcze wiele drewnianych domów.

Na każdym kolejnym rozjeździe wyglądałem znaków wskazujących drogę do Alpe Galm, ale nigdzie ich nie widziałem. Na kolejnych czterech kilometrach przejechałem dwa rozdroża, na których zrezygnowałem z jazdy do Feschel i Engersch. Po przejechaniu 14 kilometrów znalazłem się w Brentschen. Można powiedzieć, że do tego momentu jechałem wzorowo w kierunku Bachalp. Tyle, że w owym czasie nie miałem pojęcia, iż takie miejsce w ogóle istnieje. O takiej mecie górskiego podjazdu nie było mowy w bogatych zasobach „archivio salite”, „cyclingcols” czy niemieckiej strony „qualdich”. Począwszy od piętnastego kilometra zacząłem się błąkać na tym szlaku. Najpierw tuż za Brentschen pojechałem prosto, ale bardzo szybko zawróciłem, gdy tylko zdałem sobie sprawę, że to ślepa droga. Równo kilometr dalej znów pojechałem prosto, zamiast w prawo. Tym razem błąd kosztował mnie (licząc w obie strony) dodatkowe 1100 metrów i blisko sześć minut czasu. Dojechałem tam do wysokości około 1670 metrów n.p.m. i zawróciłem gdy tylko zobaczyłem, że asfaltowa dotąd droga zmienia się w szutrowy dukt. Wróciwszy do rozdroża miałem już w nogach 16,6 kilometra. Wielkiego wyboru nie było, postanowiłem pojechać w prawo. Szosa schowała się w lesie i jakieś 800 metrów dalej znów zadała mi zagadkę. Tym razem brzmiała ona: prosto czy w lewo? Raz jeszcze postanowiłem pojechać prosto i ponownie „wtopiłem”. Po przejechaniu 950 metrów asfalt skończył mi się pod kołami na wysokości około 1780 metrów n.p.m. Tym razem zły wybór kosztował mnie więc 1900 metrów i ponad osiem minut. Powoli miałem już dość tego błądzenia po omacku. Postanowiłem dać tej górze jeszcze jedną, ostatnią szansę.

Pomyślałem, że zjadę do ostatniego rozdroża i sprawdzę co czekałoby na mnie gdybym skręcił tam w lewo. Niejako z rozpędu wjechałem na stromiznę siedemnastego i osiemnastego kilometra wspinaczki pod Bachalp, acz dla mnie były to już okolice 20-tego i 21-wszego kilometra. Przetrwałem ten stromy odcinek. Na szczęście nie było na nim kolejnych bocznych dróg. Na wysokości 1900 metrów n.p.m. stromizna mocno odpuściła, zaś kilkaset metrów dalej trafił się zjazd. Po lewej stronie zobaczyłem, iż po zboczu sąsiedniej góry biegnie jakaś wąską dróżka. Pomyślałem, że może jednak dojadę po niej do „wymarzonego” Alpe Galm. Wspomniany zjazd był szutrowy, ale postanowiłem go pokonać w nadziei, że dostrzeżona droga mi to ryzyko wynagrodzi. Po 700 metrach zjazdu i 250 metrach podjazdu znalazłem się na niej. Rzeczywiście okazała się być asfaltowa. Przy tym była na tyle wąska, iż pieszych turystów trzeba było prosić o zrobienie miejsca na przejazd. Niestety nie prowadziła do Alpe Galm. Ta górska osada znajduje się bowiem po drugiej stronie górskiego zbocza, które ja miałem tu po swej lewej ręce. Ku swemu zdziwieniu dotarłem do położonej niemal 300 metrów niżej osady Bachalp. Zatrzymałem się po przejechaniu 23,63 kilometra w czasie netto 1h 44:17 (avs. 13,6 km/h). Bez pomyłek mogło to być 20,2 kilometra pokonane w około półtorej godziny. Dodałem sobie nieco zbędnego przewyższenia i łącznie w pionie przerobiłem aż 1486 metrów. Profil tego wzniesienia musiałem sam opracować. Wykonałem go w programie „cyclograph” na bazie danych zrzuconych na veloviewer’a. Na górze zatrzymałem się jakieś 10 minut, po czym rozpocząłem zjazd do Susten. Zjechawszy w dolinę Rodanu od razu wskoczyłem na drogę nr 9 by jak najkrótszym szlakiem dotrzeć do Turtmann, skąd miałem zacząć drugi ze swych niedzielnych podjazdów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1132341577

http://veloviewer.com/activities/1132341577

ZDJĘCIA

20170813_001

FILMY

MAH04203

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Bachalp została wyłączona

Moosalp

Autor: admin o sobota 12. Sierpień 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 2048 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1395 metrów

Długość: 18 kilometrów

Średnie nachylenie: 7,8 %

Maksymalne nachylenie: 11,8 %

PROFIL

SCENA

Początek w Visp (Wallis). Tym razem w samym mieście, a nie jego okolicach jak w przypadku Mattmark See. Visp to miejscowość będąca siedzibą miejscowego „powiatu”, albowiem jest stolicą jednego z pięciu germańskich dystryktów kantonu Wallis. Język niemiecki za swój ojczysty uważa aż 88% miejscowej populacji. Francuski jest tu w głębokiej defensywie, gdyż jest nawet mniej popularny niż serbsko-chorwacki, albański czy włoski. Do Visp dwukrotnie zajrzał wyścig Tour de Suisse. Przy obu okazjach na ulicach tego miasteczka triumfowali kolarze z nieodległej Italii. Najpierw w 1986 roku finisz z 5-osobowej grupki wygrał tu Franco Chioccioli przed Gregiem Lemondem i Robertem Millarem. Czołowa piątka wyprzedziła resztę stawki o ponad 4 minuty, zaś po koszulkę lidera sięgnął Amerykanin Andrew Hampsten. Następnie w 1995 roku zwyciężył tu Giorgio Furlan przed swymi rodakami Davide Rebellinem i Gilberto Simonim. Moosalp to przełęcz w zachodniej części Alp Pennińskich, leżąca na północny-wschód od góry Augstbordhorn (2971 m. n.p.m.), pomiędzy wioskami Burchen i Torbel. W moim odczuciu to kolarskie wzniesienie pod wieloma względami przypomina wcześniej poznane Thyon 2000. Przełęcz ta również znajduje się na zboczu góry, wciśniętej między dwie długie doliny uciekające na południe od doliny Rodanu. Sąsiadkami Moosalp są Turtmanntal (na zachodzie) i Mattertal (na wschodzie). Podobnie jak w przypadku stacji narciarskiej nad Sionem, także do owej „premii górskiej” można dotrzeć co najmniej trzema różnymi szlakami. Zachodnia zaczyna się w miejscowości Turtmann i przez niespełna dwa kilometry prowadzi po tej samej szosie, co wspinaczka do wioski Gruben na krańcu Turtmanntal. Południowa startuje z Ackersand czyli tam, gdzie rozpoczyna się podjazd do Mattmark See. Z szosy nr 212 trzeba jednak zjechać w połowie trzeciego kilometra, na wyjeździe ze Stalden. Swój unikalny start ma jedynie opcja północna. Zaczyna się w południowo-zachodniej części Visp, na lewym brzegu Vispy, niebawem uchodzącej do Rodanu. Dodam przy tym, iż drogi mające swój początek w Turtmann i Visp łączą się z sobą na wysokości około 1320 metrów n.p.m.

Wybrany przeze mnie podjazd północny uchodzi za najtrudniejszy z trzech wyżej wymienionych. Co ciekawe nawet on ma swoje dwa warianty, bowiem środkową część tego wzniesienia można przejechać na dwa sposoby. Klasycznie czyli proponowanym na stronie „cyclingcols” szlakiem przez wieś Burchen. Hipstersko czyli dłuższą o przeszło półtora kilometra drogą przez Zennegen. Ten drugi wariant ma 19,7 kilometra długości, lecz omija to co na północnym szlaku najtrudniejsze. Wspólny dla obu jest przeszło 5-kilometrowy początek i podobnej długości końcówka tego wzniesienia. Po wyjeździe z Visp droga wije się serpentynami w kierunku zachodnim. Do połowy czwartego kilometra mijamy ich aż osiem. Na tym odcinku każdy kolejny kilometr jest trudniejszy od poprzedniego. Na pierwszym nachylenie wynosi 6,8%, zaś na czwartym już 9%. Na piątym jest łatwiej, bo tylko 6,1%. Mijamy zjazd do osady Obere Alpe, bierzemy dwa kolejne wiraże, zaś po przejechaniu 5,3 kilometra ignorujemy skręt w lewo wiodący do Zennegen. Niespełna kilometr dalej należy wziąć wiraż w lewo, zamiast jechać prosto do Vorderried. Na siódmym i ósmym kilometrze stromizna wyraźnie wzrasta. Ten drugi ma średnio aż 9,7%, zaś maksymalnie 10,6%. Pod koniec dziewiątego kilometra droga skręca na południe, zaś my chcąc pozostać na szlaku do Moosalp musimy dwukrotnie odbić w lewo. Wkrótce dojeżdżamy do wioski Zeunhausern (10,1 km), za którą zaczyna się najtrudniejszy odcinek całej wspinaczki. Na początku Ronalpstrasse stromizna przed dobre 1200 metrów trzyma na poziomie od 9 do 11,8%. W połowie trzynastego kilometra w pobliżu przystanku autobusowego Burchen Egga odnajdujemy alternatywny szlak przez Zennegen.  Po chwili wspólna już droga do szczytu na blisko cztery kilometry chowa się w lesie. Wypada z niego dopiero na początku siedemnastego kilometra w miejscu zwanym Burchenalp. Niebawem w okolicy restauracji Panorama (16,8 km) kończy się wspinaczka z prawdziwego zdarzenia. Na finałowym odcinku tylko raz i to na chwilę nachylenie przekracza 7%. Przełęcz okazuje się być wyśmienitym miejscem na piknik. Działają tu dwie restauracje czyli: Dorbia i Moosalp. Do tego patrząc w kierunku południowym mamy piękny widok na ośnieżone szczyty Alp Pennińskich.

AKCJA

Po zjeździe z Mattmark See trochę naczekałem się na przyjazd swych kompanów. Dobre trzy kwadranse, w trakcie których dla zabicia czasu przejechałem się też po centrum Visp. Gdy trzej zdobywcy Simplonpass nadjechali od strony Brig udaliśmy się na mały parking przy Talstrasse by omówić plan działania na najbliższe trzy godziny. Będąc świeżo pod wrażeniem uroków Saastal zareklamowałem Piotrowi i Sławkowi wycieczkę do kresu tej doliny, by sami zobaczyli to co na mnie zrobiło tak duże wrażenie. Mazowszanie mogli sobie pozwolić na tego rodzaju turystyczny wypad. Dla mnie i Darka ósmy etap tej wyprawy jeszcze się skończył. Tradycji musiało stać się zadość czyli trzeba było zaliczyć drugi podjazd. Moosalp był najlepszym wyborem. Mieliśmy go pod nosem i pod każdym względem spełniał nasze sportowe ambicje. Osiemnaście trudnych kilometrów z przewyższeniem blisko 1400 metrów. Kolejna premia górska najwyższej kategorii. Każda 6-kilometrowa tercja z nachyleniem na poziomie powyżej 7%, zaś środkowa ze średnią stromizną blisko 9%. Bardzo dobry teren ku temu by przekonać się czy pewien kryzys formy z początku naszego pobytu w Valais mam już za sobą. Oczywiście chciałem się sprawdzić na tle Darka, który od La Creusaz po Thyon 2000 już kilkukrotnie zostawił mnie daleko w tyle. Tymczasem gdy rozmawiałem z Piotrem ni stąd, ni zowąd Dario oddalił się w nieznanym nam kierunku. Był człowiek i nagle go nie ma. Po chwili postanowiłem sam ruszyć na Kantonstrasse by zobaczyć czy Darek nie czeka już na mnie u podnóża podjazdu. Niemniej tam też go nie było. Znów chwilę poczekałem i o godzinie 15:55 samemu ruszyłem pod górę. Przez kilka pierwszych kilometry zastanawiałem się czy mam Darka przed sobą czy za mną. Gonię kolegę czy jestem goniony? Czy zobaczymy się na tym podjeździe? Jakieś dwie godziny później okazało się, że to ja wystartowałem pierwszy. Dario ruszył o 15:58 i w przeciwieństwie do mnie dotarł na Moosalp blisko 20-kilometrowym, alternatywnym szlakiem przez wioskę Zennegen.

Wystartowałem dość szybko, więc do skrętu na Zennegen dojechałem w 23:39 (avs. 13,4 km/h z VAM 1007 m/h). Darek zaczął spokojniej, gdyż do tego samego miejsca dotarł w czasie 28:18. W tym momencie ja miałem już przejechane siedem kilometrów. Jechało mi się całkiem dobrze, mimo pewnego zmęczenia po Mattmark. Według stravy cały początkowy odcinek na Burchnerstrasse czyli 8,59 kilometra o średniej 7,6% pokonałem w 39:50 (avs. 12,9 km/h z VAM 987 m/h). Pod koniec dziewiątego kilometra wjechałem na węższą drogę prowadzącą do Zenhausern. Tuż za tą miejscowością czekał mnie najtrudniejszy fragment tego wzniesienia. Stromy odcinek na Ronalpstrasse z przejazdem obok klubu MiniGolfa. Tu mnie trochę „przytrzymało”, zaś moja chwilowa prędkość spadła do 9-10 km/h. W połowie dwunastego kilometra na rondzie przy Burchen Station (11,4 km) odbiłem w lewo i zjechałem z „oficjalnej” drogi na Moosalp. Odcinek na Ringstrasse okazał się dość łatwy, ale za to o 700 metrów dłuższy niż końcówka stromizny na Ronalpstrasse. Na tą drugą wróciłem po przejechaniu 12,7 kilometra i długo na niej nie zabawiłem. Już na kolejnym rozjeździe znów „postawiłem na złego konia”. Tym razem skręciłem w prawo, na ślepą Brandeggstrasse. Ten błąd kosztował mnie z kolei dodatkowe 1100 metrów oraz trzy i pół minuty domiaru czasowego. Gdy ponownie wróciłem na właściwą drogę miałem już w nogach 14 kilometrów. Po kolejnych 250 metrach dojechałem do okolicy zwanej Burchen Egga, gdzie schodzą się szosy wiodące przez Burchen i Zennegen. Teraz czekały mnie jeszcze blisko cztery kilometry przez las. Następnie przejazd obok restauracji Panorama, którą upatrzyłem sobie na cichą strefę bufetu podczas późniejszego zjazdu. Stosunkowo łatwy finał już szybko zleciał. Na pełną turystycznego gwaru przełęcz wjechałem po przejechaniu 19,79 kilometra w czasie 1h 29:08 (avs. 13,3 km/h). Swymi pomyłkami nadłożyłem 1800 metrów i w ten sposób moja wspinaczka był równie długa co wersja podjazdu wybrana przez Darka. Mój kolega swą górę „przerobił” w 1h 42:25 (avs. 11,6 km/h). Po wszystkim zjechałem do Visp już dokładnie tak jak „cyclingcols” przykazał. Mimo to po raz pierwszy na górskim szlaku A.D. 2017 zrobiłem ponad sto kilometrów. Dokładnie zaś 102,5 kilometra z łącznym przewyższeniem 2950 metrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1130300616

http://veloviewer.com/activities/1130300616

ZDJĘCIA

20170812_061

FILMY

20170812_174230

20170812_183310

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Moosalp została wyłączona

Mattmark See

Autor: admin o sobota 12. Sierpień 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 2203 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1506 metrów

Długość: 28,1 kilometra

Średnie nachylenie: 5,4 %

Maksymalne nachylenie: 12,3 %

PROFIL

SCENA

Początek w okolicy Stalden (Wallis). Niespełna dwa kilometry przed tą miejscowością przy elektrowni w Ackersand. Patrząc z drugiej strony wspinaczka zaczyna się 6 kilometrów na południe od Visp. To miasto leży 46 kilometrów na wschód od Sionu i ma niespełna 8 tysięcy mieszkańców. Urodził się w nim Sepp Blatter, przewodniczący FIFA z lat 1998-2015. Wszechmocny niegdyś szef piłkarskiej federacji pożegnał się ze swym stanowiskiem w atmosferze korupcyjnego skandalu. Niemniej jako najbardziej znany syn tej ziemi jest patronem tutejszej szkoły podstawowej. Cały blisko 30-kilometrowy podjazd prowadzi drogami nr 212 i 212.1 wzdłuż rzeki Saaser Vispa / Vispa, która jest lewym dopływem Rodanu. Wzniesienie można podzielić na trzy zasadnicze części. Najpierw solidna dolna połówka czyli 14-kilometrowy segment przed Saas Balen. Potem łatwa trzecia kwarta na dojeździe do Saas-Almagell. Powyżej tej wsi teren tylko na początku jest łagodny, zaś ostatnie 4,5 kilometra to już zdecydowanie najtrudniejszy fragment całego wzniesienia. W szczegółach wygląda to następująco. Najpierw pod koniec drugiego kilometra przejeżdżamy przez wspomniane już Stalden. Potem na samym początku czwartego mijamy rondo z wagonikiem kolejki zębatej Gornergrat. Na nim mamy do wyboru dwie drogi. Zachodnią przez Mattertal lub wschodnią w górę Saastal. Ta pierwsza dolina jest zapewne lepiej znana. Rzesze turystów zmierzają do kurortu Zermatt, choćby po to by ujrzeć północną ścianę słynnej góry Matterhorn (4478 m. n.p.m.). Tym niemniej ze sportowego punktu widzenia ta opcja jest mało atrakcyjna, bo jadąc wzdłuż Matter Vispa w ciągu 28 kilometrów zyskamy ledwie 750 metrów przewyższenia, co daje średnie nachylenie poniżej 3%. Jednym słowem to żadne wyzwanie, acz zapewne bardzo przyjemny teren na trening w tlenie. Obie doliny rozdzielone są wysokim i wiecznie ośnieżonym masywem Mischabel. Jego najwyższy szczyt Dom (4545 m. n.p.m.) to trzecia pod względem wysokości góra w całych Alpach. Wyższe są tylko niektóre szczyty w masywach Mont Blanc (na pograniczu Francji i Włoch) oraz Monte Rosa (na granicy Włoch i Szwajcarii).

Za wspomnianym rondem przez pierwsze kilometry droga pozostaje na zachodnim brzegu Saaser Vispa. Od połowy siódmego do połowy dwunastego kilometra podjazdu kilkakrotnie chowa się w galeriach wybudowanych na przełomie lat 50. i 60. Na wjeździe do każdej z nich można przeczytać kiedy powstała. Na ósmym kilometrze przejeżdża się przez wioskę Eisten, która poprzedza najtrudniejszy kilometr w dolnej połowie wzniesienia, na którym to maksymalna stromizna sięga 9,7%. Za nim do pokonania jest 5 kilometrów na poziomie od 4,5% do 7,5%. Na wysokości niespełna 1500 metrów n.p.m. wjeżdża się najpierw do Niedergut (13 km), zaś nieco dalej do znacznie większej Saas-Balen. To tylko pierwsza z trzech dużych wsi na blisko 8-kilometrowym wypłaszczeniu. Druga w kolejności jest Saas-Grund. W trakcie przejazdu przez nią, po 18,4 kilometra od początku wspinaczki, szosa nr 212 skręca w prawo i prowadzi już nie ku Mattmark See, lecz do stacji Saas Fee (1798 m. n.p.m.). Wikipedia podaje, że właśnie w tym ośrodku nakręcono słynny singiel grupy Wham! – „Last Christmas”. Niemniej chcąc dotrzeć do krańca Saastal na rozdrożu musimy pojechać prosto wybierając drogę 212.1. Na końcu „falsopiano” mamy wieś Saas-Almagell. To rodzinna miejscowość słynnego narciarza Pirmina Zurbriggena. Ten znakomity alpejczyk jest mistrzem olimpijskim w zjeździe z Igrzyskach w Calgary (1988). Poza tym wywalczył 4 złote medale Mistrzostw Świata (po dwa w Bormio 1985 i Crans-Montana 1987), w kombinacji i trzech różnych specjalnościach. Dużą kryształową kulę za generalkę Pucharu Świata zdobył 4-krotnie, po raz pierwszy w sezonie 1983/84, zaś ostatni za zimę 1989/90. W  karierze wygrał 40 pucharowych imprez i to przynajmniej raz w każdej z pięciu alpejskich konkurencji. Powyżej Saas-Almagell droga biegnie niemal cały czas na prawym brzegu Saaser Vispa. Początkowo łagodnie, ale to zmienia się po przejechaniu 24 kilometrów. Końcówka jest wymagająca, za wyjątkiem 300-metrowej pauzy na początku przedostatniego kilometra. Zwieńczeniem trudnego finału z siedmioma wirażami jest długa prosta wzdłuż zapory. Ten stromy odcinek liczy sobie 780 metrów i ma nachylenie od 9 do 12%. Umożliwia wjazd na koronę tamy.

Zapora na Mattmarksee powstała w latach 1961-67, między masywami Rimpfischhorn na zachodzie i Stellihorn na wschodzie. Ma  wysokość 120 metrów. Stworzyła jezioro o powierzchni 1,76 km2 i głębokości do 93 metrów. Najwyższym widocznym z niej szczytem jest Strahlhorn (4190 metrów n.p.m.). W trakcie jej budowy, w dniu 30 sierpnia 1965 roku, wydarzyła się tragedia. Osuwisko z lodowca Allalingletscher zeszło do powstającego jeziora i spowodowało śmierć aż 88 robotników, w tym 56 Włochów i 23 Szwajcarów. Ironią losu jest, iż jakieś 3 miesiące wcześniej w dolinie Saastal miało miejsce sportowe święto z włoskim motywem przewodnim. We wspomnianym już Saas Fee zakończył się bowiem 18 etap Giro d’Italia. Ten górski odcinek z przejazdem przez przełęcz Simplon wygrał Italo Zillioli, który o 14 sekund wyprzedził trio: Vittorio Adorni, Franco Bitossi i Marcello Mugnaini. Z kolei wyścig Dookoła Szwajcarii do tego ośrodka zawitał dotychczas czterokrotnie. Po raz pierwszy już w 1961 roku, gdy wygrał tu Szwajcar Kurt Gimmi. Następnie w sezonie 1966 triumfował Włoch Mario Da Dalt. Po wielu latach przerwy Tour de Suisse zajrzało w te strony w sezonie 2003. Etap wygrał Włoch Francesco Casagrande, który o 13 sekund wyprzedził Luksemburczyka Kima Kirchena i o 18 liderującego „Kazacha” Aleksandra Winokurowa. Czwarta wizyta miała miejsce w 2014 roku. Był to ostatni etap 78. edycji tej imprezy. Dzięki etapowej wiktorii Rui Alberto Faria Da Costa zapewnił sobie tu trzeci z rzędu generalny triumf w TdS. Portugalczyk wygrał z przewagą 14 sekund nad Holendrem Bauke Mollemą i 24 nad Szwajcarem Mathiasem Frankiem. Tym samym ówczesny mistrz świata sprzątnął zwycięstwo sprzed nosa Niemcowi Tony Martinowi. Poza tym szwajcarski tour dwukrotnie zatrzymał się też w znacznie niżej położonym Visp. Przy obu okazjach triumfowali Włosi tzn. Franco Chioccioli i Giorgio Furlan.

AKCJA

W piątek zakończyliśmy nasze przeszło tygodniowe Tour de Valais. Podczas ostatnich trzech dni wyprawy, po tradycyjnym zjeździe z Nendaz do Sionu, obowiązującym kierunkiem jazdy miał być wschód, zaś celem codziennych transferów tereny zamieszkane przez germańską część obywateli tego kantonu. Można więc powiedzieć, że od soboty do poniedziałku zrobiliśmy sobie małe Wallis Rundfahrt. W trakcie pierwszego dnia naszych wschodnich wycieczek mieliśmy się przyjrzeć podjazdom w rejonie miast Visp i Brig. Niemniej do tej drugiej miejscowości dotrzeć mieli tylko moi trzej koledzy. Ich pierwszym celem była bowiem słynna przełęcz Simplon (2006 m. n.p.m.) w Alpach Lepontyńskich. Łączy ona wspomniane Brig z włoskim miastem Domodossola w północnym Piemoncie. Biegnie pod nią blisko 20-kilometrowy Tunel Simploński, jedno z arcydzieł XIX-wiecznej inżynierii drogowej. Oddany do użytku w 1906 roku, zaś 15 lat później poszerzony o drugi tor do roku 1982 roku był najdłuższym tunelem kolejowym na świecie. Prowadziła przezeń jedna z tras słynnego Orient Expressu, łączącego Paryż ze Stambułem. Przełęcz Simplon jak dotąd 20 razy została wykorzystana na wyścigu Dookoła Szwajcarii. Po raz pierwszy w 1949 roku, zaś ostatnio na piątym etapie Tour de Suisse 2017 prowadzącym z Bex (Vaud) do Cevio (Ticino). Tego dnia pierwszy na przełęczy był Norweg Lars Petter Nordhaug z Acqua Blue Sport, zaś sprinterski finisz zdecydowanie wygrał Słowak Peter Sagan. Prasa donosiła też, iż na zjeździe z Simplon ku włoskiej granicy kolarze osiągali prędkość 120-130 km/h! Dodam jeszcze, że Simplon 4-krotnie pojawiła się w programie Giro d’Italia. Ostatnio w 2006 roku na etapie Aosta – Domodossola, kiedy to pierwszy na górze był Włoch Fortunato Baliani, lecz na mecie ze zwycięstwa cieszył się Kolumbijczyk Luis Felipe Laverde. Północny podjazd na Simplonpass jest długi, acz nie przesadnie trudny. Liczy sobie 21,9 kilometrów o średniej 6% i ma przewyższenie 1316 metrów. Przez pierwsze 20 kilometrów niemal cały czas trzyma na poziomie od 5 do 8%, jedynie ostatnie 2 kilometry są znacznie łatwiejsze. Tak to wygląda gdy od samego dołu jedzie się po głównej szosie o numerze 9S. Jak zdążyłem się zorientować Dario, Pedro i Sława zadbali o to by od startu mieć trudniej, łatwiej i ciekawiej. Niemniej o tym później.

Ja standardowy północny szlak na Simplon poznałem w czerwcu 2009 roku. Pamiętam, że cały ten podjazd pokonałem w towarzystwie Andrzeja Guża. Dlatego tym razem postanowiłem wysiąść z auta już po dojechaniu do Visp. W końcówce dojazdu wjechaliśmy jednak w niedawno ukończony Tunnel Visp i tym samym po wyjeździe na światło dzienne znaleźliśmy się w Neubruck, nawet bliżej początku mojego podjazdu ku Mattmarksee niż sobie tego życzyłem. W tym miejscu dodam, iż czekającą mnie drogę przez Saastal poznałem tego samego dnia przez ośmiu laty. Niemniej wówczas wraz z Andrzejem jak i Jarkiem Chojnackim (obecnie mieszkającym w Malmo) swą wspinaczkę zakończyliśmy w stacji Saas Fee. Tym razem miałem brnąć pod prąd Saaser Vispy do samego końca. Całe 30 kilometrów do zapory na wysokości ponad 2200 metrów n.p.m. Wystartowałem o godzinie 11:08 z okolic starego romańskiego mostu zwieńczonego kaplicą. Dzień był słoneczny, temperatura właściwa, na starcie 26 stopni. Przez pierwsze 1300 metrów jechałem po płaskim. Szosa zaczęła się wznosić dopiero na wysokości Ackersand. Ze względu na liczne galerie w pierwszej połowie podjazdu licznik mi się kilka razy pogubił. Dlatego strava nie odnotowała moich wyników na żadnych segmentach dłuższych niż 11 kilometrów. Niemniej dowiedziałem się z niej, iż pierwszy fragment podjazdu między 1,3 a 4,1 kilometra od startu tzw. „Brunnen climb” czyli 2,75 kilometra o średniej 5,7% przejechałem w czasie 9:53 (avs. 16,7 km/h z VAM 946 m/h). W takim tempie zacząłem tą długą wspinaczkę. Natomiast rondo w Illas będące bramą do dolin Mattertal i Saastal minąłem po 13:24. Teraz trzeba było już jechać prosto na południe. Początkowo droga trzymała się lewego brzegu Saaser Vispa. Do górnej części wsi Eisten (9,2 km) dojechałem w niespełna pół godziny. Po trudnym dziesiątym kilometrze, można było odsapnąć na łatwym odcinku w pierwszej połowie dwunastego kilometra. Do końca trzynastego kilometra minąłem w sumie pięć galerii o różnej długości. Pod koniec kilometra czternastego nachylenie znacząco spadło. Niebawem dojechałem do Niedergut (14,3 km) i jadąc już po wypłaszczeniu dotarłem do Saas-Balen (15 km). Do półmetka podjazdu dojechałem w czasie 51:44, po czym w centrum tej wsi przejechałem na prawy brzeg rzeczki.

Na stosunkowo długim odcinku od Saas-Balen po Saas-Almagell bez większego wysiłku mogłem jechać z prędkością około 25 km/h. Ten łatwy segment wzniesienia nazwałem „Aleje Jerozolimskie”, gdyż na ulicach trzech kolejnych wsi pośród spacerowiczów najliczniejsi byli nie miejscowi górale czy turyści, lecz ortodoksyjni Żydzi. Najwidoczniej ta dolina przypadła do gustu przedstawicielom tej społeczności i teraz tłumnie nawiedzają ów rejon podczas swych letnich wakacji w rodzinnym gronie. Po przejechaniu 18,2 kilometra byłem już w centrum Saas-Grund, zaś pół kilometra dalej koło hotelu Alpha minąłem skręt ku Saas-Fee. Po niespełna czterech dalszych kilometrach dotarłem do Saas-Almagell (22,5 km). Wielka tablica na wjeździe do tej miejscowości sławiła postacie „Długiego” Pirmina oraz jego siostry Heidi jak i ich dalekiego kuzyna Silvana. Do centrum tej wsi dojechałem w czasie 1h 10:32. Do końca wspinaczki zostało jeszcze 7,5 kilometra. Pierwsza część tego segmentu niezbyt trudna. Niemniej po przebyciu 25,3 kilometra od Neubruck nachylenie wskoczyło już na poziom powyżej 7%. Niespełna 4 kilometry przed finałem droga wróciła na lewy brzeg Saaser Vispa i stromizna podkręciła śrubę do 9%. Szosa zaczęła połykać kolejne metry w pionie za pomocą serpentyn. Na przełomie 28 i 29 kilometra dało się przez moment odpocząć na płaskim dojeździe do kolejnego mostku nad rzeczką. Mając w nogach 28,4 kilometra przejechałem ostatni wiraż i przed sobą ujrzałem – jak mi się wydawało – ostatnią prostą do zapory. Z tego miejsca szosa biegnąca wzdłuż tamy wydawała się płaska. Gdy jakieś 700 ciężkich metrów dalej dojechałem do podnóża tej konstrukcji owo „życzeniowe” złudzenie prysło jak bańka mydlana. Po skręcie w prawo trzeba było pokonać jeszcze 700 metrów z hakiem i to nieco trudniejsze niż poprzedni odcinek. Dłużył mi się ten fragment niemiłosiernie, tym bardziej że przez dobre 400 metrów stromizna trzymała powyżej 10%, a max. wyniosła 12,3%. Wjechawszy na koronę tamy zatrzymałem się po przejechaniu 30,07 kilometra w czasie 1h 43:25 (avs. 17,4 km/h). Finiszowałem w całkiem niezłym tempie. Według stravy finałowy segment za Saas-Almagell czyli 7,17 kilometra o średniej 7,4% pokonałem w 31:19 (avs. 13,7 km/h z VAM 1017 m/h).

Przy jeziorze pojawiłem się kilka minut przed trzynastą. Pogoda pomimo sporej wysokości była bardzo przyjemna. Było słonecznie i dość ciepło czyli 22 stopni. Postanowiłem zatrzymać się w tym miejscu nieco dłużej niż na innych górach. Górna część tego wzniesienia zrobiła na mnie duże wrażenie. Zielona dolina, błękitno niebo, a wkoło cała masa zapewne wiecznie białych szczytów górskich. Pośród nich niemało „czterotysięczników”. Gdzieniegdzie strumienie spływające z lodowców po skałach do tworzącej się na tej wysokości Saaser Vispy. Po koronie tamy spacerowali turyści, którzy dotarli tu swymi samochodami. Od czasu do czasu do kresu wspinaczki docierał zmęczony kolarz. Uznałem, że zasłużyłem sobie na pół godziny przyjemnego wypoczynku. Po mostku rozpiętym nad ostatnim metrami podjazdu poszedłem na kawę i ciastko do miejscowej restauracji. Nieśpieszny zjazd do Visp, wyznaczonego na miejsce naszej zbiórki, rozpocząłem dopiero o 13:31. W tym czasie moi trzej wspólnicy dopiero kończyli swój podjazd na Simplonpass. W pierwszej części zjazdu ku dolinie Rodanu zbyt wiele ślicznych widoków rozpraszało mnie, więc nie byłem skłonny do szybkiej jazdy. Dopiero poniżej Saas-Balen nieco przyśpieszyłem, a raczej zacząłem się rzadziej zatrzymywać. Zjazd był oczywiście nieco dłuższy nim sam podjazd, bowiem miał 33,69 kilometra. Do kantonalnej drogi nr 9 dojechałem tuż przed piętnastą. Usiadłem sobie na ławeczce przy rondzie. Za plecami miałem Vispę, przed sobą biurowiec firmy Coop. To miejsce wydało mi się do najlepszym punktem obserwacyjnym do „złapania” wracających z Brig kolegów. Naczekałem się blisko godzinę. Jak się okazało podjazd pod Simplon zaczęli dopiero około południa. Piotr i Sławek kilka minut przed dwunastą, zaś Dario dał im kwadrans zapasu. Na pierwszych ośmiu kilometrach utrudnili sobie zadanie. Pojechali starą drogą przez miejscowość Ried-Brig i wykorzystali spory odcinek Rosswaldstrasse. Na szosę 9S wrócili dopiero na wysokości 1300 metrów n.p.m. Na przełęcz wjechali w kolejności: Piotr, Darek, Sławek. Dario był rzecz jasna najszybszy. Na swoim austriackim Simplonie dotarł na szwajcarską Simplon w 1h 31 minut. Pedro potrzebował na to m/w 1h 44, zaś Sława 1h 48 minut.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1130300597

http://veloviewer.com/activities/1130300597

ZDJĘCIA

20170812_001

FILMY

MAH04030

MAH04039

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Mattmark See została wyłączona

Siviez

Autor: admin o piątek 11. Sierpień 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1842 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1347 metrów

Długość: 22,4 kilometra

Średnie nachylenie: 6 %

Maksymalne nachylenie: 11,1 %

PROFIL

SCENA

Początek w Sionie (Valais), na lewym brzegu Rodanu. Start w rejonie strefy przemysłowej Chandoline. Dokładnie w tym samym miejscu, gdzie rozpoczęliśmy środowy podjazd do Thyon 2000. Siviez to niewielka stacja narciarska, jedna z sześciu należących do krainy sportów zimowych spod szyldu 4 Vallees. Podjazd wiedzie do kresu asfaltowej drogi przez Val du Nendaz i kończy się półtora kilometra za wspomnianym ośrodkiem. Pierwsza kwarta tej wspinaczki prowadzi w kierunku południowo-zachodnim, niemal równolegle do pozostawionej w dole Doliny Rodanu. Teren jest dość gęsto zamieszkany. Mijamy kolejno miejscowości: Turin (2,1 km), Arvillard (3 km) i Baar (4,4 km). W połowie szóstego kilometra droga skręca na południe i wkrótce dociera do Brignon (6,7 km). Ten kierunek jazdy chwilowo kończy się na wysokości Beuson (7,8 km). Mijamy tu drugi skręt w kierunku stacji Veysonnaz (pierwszy ma miejsce w trakcie przejazdu przez Arvillard). Do tego momentu średnie nachylenie kolejnych kilometrów waha się na umiarkowanym poziomie od 4,3 do 7,5%, zaś maksymalna stromizna sięga 8,9%. Tymczasem za mostem w Beuson szosa zawraca na północ i rozpoczyna najłatwiejszy fragment całego wzniesienia. Niemal na całym odcinku o długości 1600 metrów mamy nachylenie poniżej 3%. Wspinaczka zostaje wznowiona po wjechaniu do Basse-Nendaz w okolicy kościoła Saint-Leger (9,4 km). Kilkaset metrów dalej z naszą szosą o numerze 207 łączy się węższą droga, na której wspinaczkę zaczyna się w miejscowości Aproz. Od wjazdu do Dolnego Nendaz przez kilka kolejnych kilometrów podjazd bezustannie prowadzi w terenie zabudowanym, zaś średnie nachylenie trzyma się na poziomie około 7%. Na dojeździe do Haute-Nendaz droga prowadzi przez pięć serpentyn, lecz chcąc jak najszybciej dotrzeć do Siviez szosę 207 musimy opuścić już na czwartej z nich. To znaczy 600 metrów przed wjazdem do centrum stacji. W ten sposób po przejechaniu 13,8 kilometra wjeżdżamy na cichą Route du Siviez. Do końca asfaltowego szlaku przez Val du Nendaz pozostaje nam przeszło 8,5 kilometra.

Górny segment wzniesienia choć trudniejszy od dotychczasowych ma trzy odcinki, na których można nieco odpocząć. Najpierw przez cały kilometr nachylenie nie przekracza 5%. Następnie na kolejnym równie długim odcinku stromizna jest już całkiem solidna, z maksimum sięgającym 9,2%. Na początku siedemnastego kilometra podjazd ponownie odpuszcza, acz tym razem tylko na 600 metrów. Kolejny trudniejszy odcinek liczy sobie blisko kilometr, zaś maksymalna stromizna na nim znów nieznacznie przekracza 9%. Między połową osiemnastego a dziewiętnastego kilometra raz jeszcze robi się łatwiej. Najtrudniejszy fragment wspinaczki zaczyna się po przejechaniu 18,6 kilometra. Najpierw mamy trudne dwa kilometry na dojeździe do Siviez alias Super-Nendaz, na którym maksymalna stromizna wynosi nawet 10,5%. Potem w samej stacji 200 metrów płaskiego terenu. Przed sobą widzimy hotel Chez Caroline i kasy biletowe do kolejek krzesełkowych. Niemniej nie wjeżdżamy na duży plac z tymi budynkami, lecz tuż przed nim skręcamy w lewo aby przez mostek wjechać na finałowy odcinek. Prowadzi on po wąskiej, ale niezłej jakościowo dróżce, na której stromizna początkowo sięga 9,5%, zaś na ostatnich 500 metrów trzyma na poziomie 10-11%. Półtora kilometra za Siviez droga asfaltowa zmienia się w szutrową, która to biegnie dalej na południe aż ku sztucznemu Lac du Cleuson na wysokości 2180 metrów n.p.m. Do Siviez nie dotarł jak dotąd żaden z wielkich wyścigów kolarskich. Tym niemniej w samym Nendaz trzykrotnie zorganizowano etapowy finisz podczas Tour de Romandie. Za pierwszym razem nie obyło się bez kontrowersji. Pierwszy na „kresce” był Francuz Paul Gutty, lecz został on przesunięty na siódme miejsce i zwycięzcą został Włoch Franco Bitossi. Trzeci tego dnia Gianni Motta został liderem tej imprezy, a następnie wygrał całą Romandię jak i kilka tygodni później Giro d’Italia. W roku 1990 etap wygrał Szkot Robert Millar. Drugi ze stratą 4 sekund był Francuz Charly Mottet, który tym samym przypieczętował swój sukces w całym wyścigu. Natomiast w sezonie 2001 triumfował tu Włoch Gilberto Simoni, który na finiszu ograł Hiszpana Manuela Beltrana i Szwajcara Svena Montgomery. Popularny „Gibo” podobnie jak 35 lat wcześniej Motta niebawem wygrał swój pierwszy wyścig Dookoła Włoch.

AKCJA

Silny wiatr i burzowe chmury ze środowego popołudnia okazały się zwiastunem naszych problemów z pogodą. W czwartek – delikatnie rzecz ujmując – warunki atmosferyczne „nie zachęcały” do jazdy rowerem. Padało nie tylko w Nendaz, lecz na dobrą sprawę wszędzie w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Co gorsza podobnie kiepskie widoki mieliśmy też na piątek. Dlatego też spróbowałem stworzyć ad hoc jakiś sensowny „plan B” na aktywne spędzenie obu najbliższych dni. Przeglądałem w internecie serwisy pogodowe dla górskich rejonów położonych nieco dalej od naszej bazy. Miałem nadzieję, że kosztem dłuższej jazdy samochodem znajdziemy sobie wzniesienie, na którym moglibyśmy się wykazać bez ryzyka przemoknięcia do suchej nitki. Sprawdziłem sytuację po południowej stronie Alp Pennińskich. Niestety we włoskiej Dolinie Aosty aura nie była o wiele lepsza. Potem skupiłem się na prognozach dla miast leżących na wschodnim brzegu Lac Leman (Jeziora Genewskiego). Poważnie myślałem nad wjazdem z Montreux na Col du Jaman (1512 metrów n.p.m.). Ostatecznie i z tego pomysłu nic nie wyszło. W ten sposób trafił mi się pierwszy od pięciu lat „dzień wolny” na wyprawie. Sprawdziłem, tym poprzednim był 21 lipca 2012 roku, przeznaczony na odpoczynek przed startem w Gran Fondo – La Leggendaria Charly Gaul. Tym samym jedynym przejawem aktywności naszej grupy w ten ponury czwartek była samochodowa wycieczka Piotra i Sławka nad Lac de Derborence (1454 m. n.p.m.). Jezioro to leży w Alpach Berneńskich, nieco na zachód od Col du Sanetsch. Co ciekawe powstało w sposób gwałtowny, acz naturalny. To znaczy na skutek kamiennych osuwisk z września 1714 oraz czerwca 1749 roku, które to zablokowały rzeczkę Derbonne.

Nazajutrz wcale nie było lepiej. Niemniej na dwa dni straty nie mogłem już sobie pozwolić. W czwartkowy wieczór przyszło mi do głowy, iż jedynym dość bezpiecznym wyjściem z patowej sytuacji jest pokonanie wzniesienia, które mamy na wyciągnięcie ręki. Mowa o przeszło 20-kilometrowej wspinaczce ze Sionu do Siviez. Przed wyprawą zakładałem, że ten podjazd pojedziemy dopiero ostatniego dnia wyprawy. Tym niemniej „podbramkowa” sytuacja zmusiła mnie do dokonania roszady w planie naszej podróży. Tylko ta góra nadawała się do wykorzystania w deszczowy dzień. Z niej najbliżej było do domu. Poza tym mieszkaliśmy za półmetkiem wzniesienia, więc śmiało mogliśmy wykorzystać manewr wypróbowany przeze mnie trzy dni wcześniej na podjeździe pod Lac de Moiry. Plan był prosty. Najpierw 14-kilometrowy zjazd do Sionu. Następnie wspinaczka do Siviez lub nieco dalej. Na koniec około 8-kilometrowy zjazd do bazy. Od rana zerkaliśmy na web-kamerę ze zmieniającymi się co 15 minut obrazkami z Siviez. Czekaliśmy na korzystne okienko pogodowe. Niestety im bliżej południa tym widoki ze stacji były słabsze. Mimo tego Pedro jako pierwszy już o 12:00 wyjechał z domu by stawić czoło tak znajomej górze jak i wrednej aurze. Gdy 23 minuty później zaczynał swój podjazd w głąb Val du Nendaz temperatura w Sionie wynosiła tylko 11 stopni.  Piotrek w okolice Haute-Nendaz dotarł równo w godzinę, zaś do kresu swej wspinaczki w stacji Super-Nendaz w 1h 35:44. Taki czas podała mu strava na segmencie o długości 20,55 kilometra co oznacza, iż jechał ze średnią prędkością 12,9 km/h i VAM na poziomie 793 m/h. Niestety na mecie znajdującej się na wysokości 1730 metrów n.p.m. wciąż padało i do tego było znacznie zimniej. Piotrka licznik zanotował w Siviez około godziny czternastej temperaturę ledwie 4 stopni. W tych warunkach nasz kolega wolał uniknąć jakiegokolwiek zjeżdżania. Zadzwonił do nas po logistyczne wsparcie, więc Darek ze Sławkiem czym prędzej ruszyli na miejski parking by samochodem odebrać Piotra ze szczytu wzniesienia.

Gdy owa akcja ratunkowa dobiegła końca zaczęliśmy się szykować do naszej próby. Wyjechałem z domu przed piętnastą. Sławek pół godziny po mnie, zaś Darek dopiero po szesnastej. Pogoda ulegała powolnej poprawie. Gdy ruszałem z Haute-Nendaz towarzyszył mi słabnący deszcz. Jadąc po mokrym asfalcie musiałem na siebie uważać, tym bardziej że na szosie nr 207 ruch samochodowy bywał solidny. Na samym dole czyli w Sionie warunki były dość przyzwoite. W chwili mego startu o 15:34 licznik zanotował temperaturę 17 stopni czyli o cztery oczka wyższą przy starcie Piotra. Ruszyłem mocniej niż dwa dni wcześniej ku Thyon 2000. Nic dziwnego, byłem aż nadto wypoczęty. Poza tym wzmożony wysiłek był najlepszą receptą na rozgrzanie się po chłodnym zjeździe. Trzy pierwsze kilometry do Arvillard przejechałem w 11:15. Jakieś 50 sekund szybciej niż w środę. Nieco wcześniej podczas przejazdu przez Turin minąłem się ze zjeżdżającym Sławkiem. Przyznam, że spory kawałek tego wzniesienia znałem nie tylko za sprawą naszych codziennych podróży samochodowych. Przeszło osiem lat wcześniej właśnie tą drogą podjechałem do Veysonnaz, opuszczając drogę 207 dopiero na wysokości Beuson. Teraz do owej wsi dojechałem w niespełna pół godziny. Na segmencie o długości 7,38 kilometra przy średniej 6,3% uzyskałem czas 28:39 (avs. 15,5 km/h z VAM 980 m/h). Na wypłaszczeniu za Beuson znacznie przyśpieszyłem, acz z drugiej strony niewiele metrów w pionie tu zyskałem. Wjechałem do Basse-Nendaz, lecz nadal nie spotkałem Darka. Zacząłem się już zastanawiać czy w ogóle zdążę go spotkać na tej drodze. Ostatecznie minęliśmy się w połowie dwunastego kilometra mojej wspinaczki. Miałem już zatem pewność, że wszyscy członkowie naszej ekipy podjęli to wyzwanie. Pod koniec czternastego kilometra zjechałem z szosy nr 207. Według stravy segment o długości 13,44 kilometra przy średniej 5,6% przejechałem w 50:26 (avs. 16 km/h z VAM 898 m/h).

Jazda po Route de Siviez była przyjemniejsza od dotychczasowych wrażeń. Już w połowie piętnastego kilometra, zostawiłem za plecami Nendaz i znalazłem się na cichym, górskim szlaku o znacznie mniejszym natężeniu ruchu. Teren jak i jego otoczenie były zmienne. Na przemian łatwiejsze i trudniejsze odcinki podjazdu. Raz w terenie zamieszkanym, innym razem wśród leśnej głuszy. Największą miejscowością przy tej drodze była wieś Bleusy na przełomie szesnastego i siedemnastego kilometra. Stromy dojazd do Super-Nendaz zaczął się na wysokości zjazdu ku osadzie Planchouet. W drugiej połowie dwudziestego kilometra minąłem jedyne na tej drodze wiraże. W końcu po 78 minutach wspinaczki dojechałem do Siviez. Segment o długości 6,11 kilometra i średniej 6,7% przejechałem w 25:02 (avs. 14,7 km/h z VAM 984 m/h). Na płaskim odcinku w stacji z rozpędu pojechałem prosto na plac przed hotelem Chez Caroline. Dopiero kręcąc się przed tym okazałym budynkiem spostrzegłem po lewej stronie wąską drogę wzdłuż górskiego potoku. Zawróciłem na mostek przed placem i skierowałem się tam gdzie należało. Na wcześniejszym gapiostwie straciłem półtorej minuty. Finałowy odcinek okazał się trudny, szczególnie na ostatnich 700 metrach. Po dotarciu do tablicy z legendą na temat miejscowego rezerwatu przyrody wziąłem jeszcze dwa wiraże lewo-prawo i zatrzymałem się gdy tylko ujrzałem koniec szosy. Na jazdę po nasiąkniętym dwudniowymi opadami szutrze nie miałem ochoty. Na mecie było rześko, ale bez dramatu czyli 10 stopni. Pojechałem nieźle, a przy tym wytrzymałem podjazd do końca. Na stromym finiszu – o ile można wierzyć danym ze stravy na tak krótkich odcinkach – wykręciłem VAM 1107 m/h. Końcowe 1400 metrów pokonałem bowiem w 6:29 (avs. 13,1 km/h). Wygrałem „korespondencyjny pojedynek” z Darkiem. Na dojeździe do Beuson byłem szybszy o 49 sekund, acz na całym odcinku po szosie 207 tylko o 46. Z kolei u góry między Nendaz i Siviez zyskałem 51 sekund, zaś w samej końcówce jeszcze 33. Zyskałem nadzieję, że w kolejnych dniach nie będę od kolegi odstawał. Zarówno Sławka jak i Darka spotkałem na zjeździe. Tego pierwszego między dwoma serpentynami, zaś drugiego tuż przed swym wjazdem do Haute-Nendaz. Wróciłem na drogę 207 i na sam koniec zafundowałem sobie 800 metrów podjazdu do centrum stacji.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1128605850

http://veloviewer.com/activities/1128605850

ZDJĘCIA

20170811_001

FILM

20170811_181046

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Siviez została wyłączona

Thyon 2000

Autor: admin o środa 9. Sierpień 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 2086 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1596 metrów

Długość: 21,5 kilometra

Średnie nachylenie: 7,4 %

Maksymalne nachylenie: 11,1 %

PROFIL

SCENA

Początek w Sionie (Valais), w południowej części miasta czyli na lewym brzegu Rodanu. Podjazd prowadzi do stacji narciarskiej Thyon 2000 powstałej na północnych zboczach Mont Rouge (2491 m. n.p.m.). Góra ta rozdziela Val de Nendaz (na zachodzie) oraz Val d’Herens z Val d’Heremence (na wschodzie). Na ulicach Sionu wjazd do obu tych dolin na szosach dzieli dystans ledwie kilometra. Zachodnia wspinaczka zaczyna się na drodze nr 207, zaś wschodnia na szosie nr 206. Na samym dole pomiędzy nimi brak trzeciej drogi ku szczytom Alp Pennińskich. Dlatego podjazd do Thyon trzeba zacząć bądź na drodze prowadzącej do stacji Nendaz i Siviez lub też na szlaku prowadzącym do zapory Grande-Dixence lub wioski Arolla. W tym pierwszym przypadku odcinek dzielony z innym wzniesieniem liczy sobie 3200 metrów, zaś w drugim ma aż 7 kilometrów. Zatem chcąc by podjazd ten w możliwie największym stopniu odróżniał się od innych wzniesień w tej okolicy wspinaczkę należy zacząć na Route de Nendaz. Podjazd ma blisko 1600 metrów przewyższenia, więc jest minimalnie mniejszy od wspinaczki ku Grande-Dixence. Niemniej od swej wschodniej sąsiadki jest przeszło 3 kilometry krótszy, co oznacza, że jest bardziej stromy. Na tej górze praktycznie nie ma przerwy we wspinaczce. Jedynym przerywnikiem jest około 200-metrowy zjazd w połowie piętnastego kilometra. Jak przystało na podjazd z najwyższej półki druga połowa tego wzniesienia jest trudniejsza od pierwszej. Na dolnym segmencie o długości 10,4 kilometra średnie nachylenie to solidne 6,4%. Natomiast na górnym (powyżej wsi Les Agettes) stromizna wynosi już średnio 8,4%. Według „cyclingcols” najtrudniejszy jest kilometr w okolicy stacji Les Collons o nachyleniu 10,1%. Jak już wspomniałem nasz podjazd do Thyon 2000 zaczął się na drodze ku Nendaz. Na szosie nr 207 przejechaliśmy pierwsze 3,2 kilometra. W tym czasie przejeżdża się przez miejscowości: Turin (2 km) i Arvillard (2,9 km). Wspinaczka cały czas wiedzie w kierunku południowo-zachodnim bez żadnych wiraży. Tym samym po swej prawej ręce mamy widok na Sion jak i Dolinę Rodanu.

Na początku czwartego kilometra należy skręcić w lewo w kierunku Pravidondaz (4,2 km). Przez kolejne trzy kilometry podjazd trzyma na poziomie co najmniej 7%. W połowie szóstego kilometra docieramy do wsi Salins (5,4 km). Z tego miejsca w prawo odchodzi droga ku stacji Veysonnaz, połączonej z Thyon linią kolei gondolowej. Powyżej Salins następny 3-kilometrowy odcinek ma nachylenie około 6%. Na początku ósmego kilometra droga skręca na południe i odtąd wiedzie serpentynami zmieniając kierunek m/w co 800 metrów. Po przebyciu 10,2 kilometra na wysokości 1150 metrów n.p.m. docieramy do Les Agettes. Trzy wiraże i przeszło dwa kilometry dalej jesteśmy już we wiosce Mayens-de-Sion (12,5 km). Na czternastym kilometrze chwilowa stromizna po raz pierwszy przekracza 10%, zaś szosa niebawem na dobre chowa się w lesie. Potem mamy wspomniany już króciutki zjazd do zbiegu z Route d’Heremence. Potem już finałowe 7 kilometrów o średnim nachyleniu 8,4% z 11 serpentynami po drodze. Trudny jest przede wszystkim dojazd do siódmego wirażu czyli odcinek 4,5 kilometra o średniej 9,2%. W międzyczasie na zakręcie piątym mijamy wjazd do Les Collons (17,6 km). Ostatnie 2,5 kilometra już nieco łatwiejsze, zaś meta wbrew nazwie stacji na wysokości dobrze ponad 2000 metrów n.p.m. Thyon tylko raz zapisał się w annałach Tour de Romandie. Zakończył się tu ostatni etap tego wyścigu z roku 1978. Wygrał go 22-letni wówczas Holender Johan Van der Velde (trzeci kolarz Tour de France z roku 1982), który tego dnia aż o 2:35 wyprzedził Belga Guido Van Calstera i o 3:05 Francuza Pierre’a Bazzo. Dzięki temu sukcesowi Van der Velde odebrał koszulkę lidera i zwycięstwo w całym wyścigu swemu starszemu rodakowi Hennie Kuiperowi. W późniejszych latach wygrał też klasyfikację młodzieżową TdF 1980, Dauphine Libere 1980 oraz trzy razy klasyfikację punktową Giro d’Italia. Niemniej i tak do historii przeszedł jako ten, który na śnieżnym etapie do Bormio z GdI 1988 pierwszy wjechał na Passo del Gavia, po czym „zamarzł” na zjeździe i cały etap skończył ze stratą prawie 47 minut. Zważywszy, że dolna część tego podjazdu pokrywa się z podjazdem do Veysonnaz warto dodać, iż na Tour de Romandie z lat 1997-99 triumfowali w niej: Rosjanin Paweł Tonkow, Szwajcar Laurent Dufaux i Hiszpan Oscar Sevilla.

AKCJA

Zjazd z okolic Barrage de la Grande-Dixence do Sionu zabrał nam niemal półtorej godziny. W dużej mierze za sprawą dłuższego postoju w restauracji Val-des-Dix w Pralong. Poza tym jechaliśmy bardzo spokojnie. Przy słonecznej aurze warto było podziwiać piękne „okoliczności” górskiej przyrody w jej pełnej krasie. Po drugie tak mnie jak i Darka czekał tego dnia jeszcze drugi podjazd z gatunku HC. Dlatego na zjeździe woleliśmy oszczędzać swe wątłe siły na pojedynek z kolejnym gigantem Alp Pennińskich. Na dole uzgodniliśmy plan na dalszą część popołudnia. Przede wszystkim poprosiliśmy kolegów o transportowe wsparcie w drodze powrotnej do domu. Łatwo było policzyć, że kolejna wspinaczka o wymiarach podobnych do Grande-Dixence da nam „dzienny utarg” powyżej 3000 metrów w pionie. Dlatego po drugim zjeździe chcieliśmy uniknąć co najmniej 10-kilometrowego podjazdu do naszej bazy noclegowej. Uzgodniliśmy, że Sławek przyjedzie nas odebrać z Arvillard czyli miejsca, gdzie boczna droga do Thyon 2000 zbiega się z dobrze nam wszystkim znaną szosą nr 207. Krótko po piętnastej nieśpiesznie ruszyliśmy do podnóża Val de Nendaz. Nieco wcześniej to samo uczynił Sława, który postanowił wrócić do bazy na rowerze. Do Haute-Nendaz dotarł w 1h 17 minut jadąc z prędkością VAM powyżej 600 m/h. Tym samym przejechał w sumie 67 kilometrów z przewyższeniem niespełna 2500 metrów. Tymczasem my zaczęliśmy swój drugi podjazd o 15:07. Rzecz jasna wcześniejsza Grande-Dixence wyssała z nas niemało energii. Zaczęliśmy spokojnie, tak z uwagi na 30-stopniową temperaturę jak i przeciwny wiatr wiejący z zachodu. Do wirażu z wjazdem na Route de Salins dotarliśmy w nieco ponad 13 minut. Wkrótce minęliśmy kościół ze strzelistą wieżą (Eglise Saint-Francois) w Pravidondaz. Dario na dojeździe do Salins momentami przyśpieszał, ale na tym etapie wspinaczki miałem jeszcze dość sił by dojechać mu do koła. Według stravy pierwsze 5,4 kilometra tego wzniesienia czyli odcinek ze średnim nachyleniem 6,5% pokonaliśmy w 22:38 (avs. 14,2 km/h z VAM 926 m/h). W połowie szóstego kilometra minęliśmy szosę odchodzącą w prawo ku stacji Veysonnaz. Przed sobą mieliśmy znacznie ambitniejszy cel niż ten stosunkowo nisko położony ośrodek narciarski.

Trzymaliśmy teraz kurs na wioskę Les Agettes, do której dotarliśmy w czasie niespełna 43 minut. Tym samym kolejny segment o długości 4,6 kilometra i średniej 6,1% przejechaliśmy w 19:40 (avs. 14,1 km/h z VAM 859 m/h). Zbliżaliśmy się już do półmetka podjazdu, lecz wszystkie najtrudniejsze fragmenty były jeszcze przed nami. Jak dotąd maksymalne nachylenie wyniosło tylko 8,9%. W połowie trzynastego kilometra minęliśmy Mayens-de-Sion, zaś kilometr dalej boczną Route de l’Ours czyli ostatnią drogę, która na tej górze daje możliwość wyboru „lajtowego” Veysonnaz zamiast „hardkorowego” Thyon. W to miejsce na wysokości 1440 metrów n.p.m. dotarliśmy w mniej niż godzinę, bowiem strava na segmencie 13,3 kilometra przy średniej 6,8% podała nam czas 59:21 (avs. 13,4 km/h i VAM 918 m/h). Razem dojechaliśmy jeszcze do krótkiego zjazdu w połowie piętnastego kilometra. Potem jednak już po kilkuset metrach stromego 7-kilometrowego finału „balonik pękł” i szybko zaczęło uchodzić ze mnie powietrze. Dopadł mnie kryzys z niedoboru cukru, gdy do mety było jeszcze daleko. Do tego stromo, bo z licznymi odcinkami powyżej 10%. Szczęśliwie sama końcówka była już nieco lżejsza. Dalsza jazda „na oparach” była swoistą sztuką przetrwania. Tego lata gorzej czułem się tylko na La Creusaz. Ostatnie 7,1 kilometra przejechałem w 39:59 (avs. 10,7 km/h z VAM 883 m/h). Dario odjechał mi na blisko cztery minuty. Na najdłuższym, niemal 21-kilometrowym segmencie wykręcił czas 1h 40:43. Natomiast ja pokonałem ten sam dystans w 1h 44:31 (avs. 12,0 km/h z VAM 922 m/h). Dochodziła już godzina siedemnasta i na górze było tylko 16 stopni. W dodatku niebo stawało się coraz bardziej zachmurzone. Najwyraźniej zbierało się na deszcz, a może nawet burzę. Zatem po kwadransie zaczęliśmy dość pośpieszny odwrót chcąc uniknąć niemiłej niespodzianki pogodowej. Darek po 7 kilometrach zjazdu zagubił się w akcji i ostatecznie zamiast w umówione miejsce zjechał do Sionu przez znajomą nam z poprzedniej góry wioskę Vex. Ja zatrzymałem się w Arvillard kończąc szósty etap po przejechaniu 90,5 kilometra z łącznym przewyższeniem 3224 metrów. Pod tym względem był to dla mnie najcięższy dzień na rowerze od 30 czerwca 2013 roku! Wtedy to na 129-kilometrowej trasie z Villar do Sestriere zrobiłem w pionie ponad 4100 metrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1125454581

http://veloviewer.com/activities/1125454581

ZDJĘCIA

20170809_051

FILM

20170809_170218

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Thyon 2000 została wyłączona

Barrage de la Grande-Dixence

Autor: admin o środa 9. Sierpień 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 2141 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1641 metrów

Długość: 24,8 kilometra

Średnie nachylenie: 6,6 %

Maksymalne nachylenie: 11,8 %

PROFIL

SCENA

Początek w Sionie. Stolicę kantonu Valais zdążyłem już opisać w artykule poświęconym wspinaczce do Lac de Tseuzier. Z punktu widzenia amatorów kolarstwa szosowego to miasto jest ewenementem na skalę światową. Nie wiem czy jest druga taka miejscowość, z której ulic lub też najbliższych okolic można rozpocząć co najmniej dziesięć różnych podjazdów na miarę pierwszej lub najwyższej kategorii. W trakcie tej wyprawy poznałem „tylko” pięć największych tzn. Sanetsch, Tseuzier, Grande-Dixence, Thyon 2000 i Siviez (Val Nendaz). Nieco łatwiejsze, acz też godne uwagi są też podjazdy do miejscowości: Anzere, Mayens-de-la-Zour, Veysonnaz, Arolla czy Nax. Podjazd pod Barrage de la Grande-Dixence zaczyna się 2,5 kilometra na południowy-wschód od centrum Sionu. Dokładnie zaś w miejscu gdzie droga Route d’Herens styka się z ulicami Rue de Casernes i Route de Bramois. Pierwsze 6,3 kilometra tego wzniesienia, na całym odcinku do Vex, prowadzi po tej pierwszej szosie oznaczonej nr 206. Patrząc na profil owej wspinaczki w dużym skrócie można rzec, iż składa się ona z dwóch ponad 10-kilometrowych segmentów przedzielonych łatwym odcinkiem o długości 4,3 kilometra. Dolny sektor to niemal cały dojazd ze Sionu do miejscowości Heremence (10,9 km). Na początku droga jest szeroka i charakteryzująca się równym nachyleniem w okolicy 7%. W trakcie przejazdu przez Vex trzeba skręcić w prawo, bowiem droga nr 206 leci bardziej na wschód ku wsi Euseigne znanej ze stożkowych formacji skalnych podobnych do tych, z których słynie turecka Kapadocja. Gdybyśmy nią pojechali do kresu stosunkowo łagodnej Val d’Herens to poprzez: Evolene i Les Hauderes dotarlibyśmy do wspomnianej już wsi Arolla (2006 m. n.p.m.). Jadąc ku Grande-Dixence po przejechaniu 7 kilometrów mijamy skręt ku Veyssonaz, zaś tu za nim musimy pokonać trudny ósmy kilometr ze stromizną 8,4%. Kolejne trzy kilometry przed Heremence są już łatwiejsze. W międzyczasie czyli po przebyciu 8,6 kilometra po prawej ręce zostawiamy drogę do Les Collons, która zawieźć nas może także do stacji Thyon 2000. Późniejszy łatwy odcinek za Heremence prowadzi przez wsie: Prolin i Mache, zaś kończy się po przejechaniu 14,8 kilometra tuż za rozjazdem, na którym jest ostatnia okazja ku temu by wybrać Pyramides d’Euseigne i łagodną Val d’Herens.

Trzymając się prawej strony jedziemy dalej w górę potoku La Dixence. Na kilometrach szesnastym i siedemnastym stromizna trzyma na poziomie przeszło 8,5%. Następnie można nieco odpocząć na dwukilometrowym odcinku przed osadą Pralong (19,2 km). Po przejechaniu na lewy brzeg La Dixence najpierw czeka nas solidna wspinaczka na odcinku przeszło kilometra, a za nim ostatnia około 400-metrowa okazja do złapania głębszego oddechu przed trudnym finałem tego wzniesienia. Po przejechaniu 21 kilometrów pozostaje już tylko stroma i kręta droga do mety u podnóża wielkiej zapory. Według „cyclingcols” ostatnie 4 kilometry tej wspinaczki mają średnie nachylenie na poziomie 9,7%. Pierwszy kilometr tego sektora prowadzi prosto na południe. Natomiast potem na odcinku 2700 metrów przed wjazdem w krótki tunel trzeba zaliczyć aż czternaście wiraży. Po wyjeździe z tunelu naszym oczom ukazuje się największa tama Starego Kontynentu. Niemniej droga asfaltowa nie kończy się u stóp tej wielkiej konstrukcji. Szosa tuż przed niebotyczną betonową ścianą zawija się w prawo i dopiero po kolejnej serpentynie w lewo dobiega końca na placu między dolną stacją kolei linowej Dixence i 9-poziomowym Hotel du Barrage. Na koronę zapory czyli wysokość 2364 metrów n.p.m. można dotrzeć stąd drogą szutrową, która zaczyna się tuż za szlabanem. Barrage de Grande-Dixence została wybudowana w latach 1953-61. Na temat jej budowy film nakręcił słynny francuski reżyser Jean-Luc Godard. Ma ona aż 285 metrów wysokości i przez blisko dwie dekady od swego powstania była najwyższą zaporą na świecie. Rekord ten odebrała jej dopiero radziecka Nurek Dam wzniesiona na terenie dzisiejszego Tadżykistanu. Do dziś jednak Grande-Dixence pozostaje najwyższą ze wszystkich tam Europy oraz najwyższą w kategorii zapory grawitacyjne. Jej długość to 748 metrów na koronie oraz 193 metry u podstawy. Utworzyła ona Lac de Dix mające 3,65 km2 i głębokość do 227 metrów. Jest to największe jezioro w Alpach spośród leżących powyżej 2000 metrów n.p.m. Wody tego zbiornika zasilają aż cztery elektrownie o łącznej mocy 2069 MW. Ocenia się, iż jest ona zdolna wyprodukować energię równą rocznemu zapotrzebowaniu 400.000 szwajcarskich gospodarstw domowych.

AKCJA

W środowy poranek niebo nad Nendaz było niemal bezchmurne. Zapowiadał się ciepły i słoneczny dzień. Uśmiech losu zważywszy, iż na ten dzień zaplanowałem sobie dwie wspinaczki kończące się na wysokości ponad 2000 metrów n.p.m. Podobnie jak w niedzielę i poniedziałek najpierw we czterech mieliśmy pokonać pierwszy podjazd, zaś następnie już we dwóch drugie wzniesienie. Ważka różnica polegała jednak na tym, iż tym razem druga góra czyli Thyon 2000 wcale nie wyglądała na łatwiejszą od pierwszej. Obie mieliśmy do swej dyspozycji niemal pod samym nosem. Aby dotrzeć do podnóża Grande-Dixence wystarczyło zjechać do Sionu, na specyficznym rondzie w kształcie ósemki odbić w prawo i pokonać 1200 metrów ulicami Route de Riddes i Rue de Casernes. Na miejscu znaleźliśmy się kilka minut po dziesiątej, a więc dość wcześnie jak na nasze zwyczaje. Podjazd miał mieć około 25 kilometrów, więc aby zgrać się czasowo w rejonie mety wzięliśmy pod uwagę nasze wyniki z Col du Sanetsch. Piotr ze Sławkiem wystartowali zatem o godzinie 10:17, zaś my dopiero o 10:41. W przeciwieństwie do naszych kolegów, którzy rozdzielili się niebawem po starcie, my ruszyliśmy zgodnie. Pogoda dopisywała. Mój licznik na starcie pokazał temperaturę 29 stopni. Na pierwszej kwarcie podjazdu szosa była szeroka. Do połowy piątego kilometra minęliśmy cztery serpentyny. W międzyczasie na początku czwartego kilometra wjechaliśmy na teren rozrzuconego po obu stronach Rodanu górskiego dystryktu Herens. Na tym etapie wspinaczki jechaliśmy ze średnią prędkością 13,5 km/h i po około 27 minutach dojechaliśmy do Vex. Miejscowości będącej stolicą owego „powiatu”, mimo że jest dwukrotnie mniejsza od miasteczka Ayent, które poznaliśmy na drodze do Lac de Tseuzier. Pod koniec siódmego i w połowie ósmego kilometra chwilowa stromizna przekraczała 9%. Potem raz jeszcze wróciła na ten poziom po przebyciu 9,7 kilometra od startu. Według stravy segment ze Sionu do Heremence o długości niemal 10,6 kilometra i średniej 7,3% przejechaliśmy w 47:00 (avs. 13,5 km/h z VAM 981 m/h). Piotr na tym odcinku wykręcił czas 57:17, zaś Sławek tracił do niego w tym miejscu niespełna trzy minuty.

Podjazd ku Grande-Dixence nie został nigdy w pełni czy też większej swej części wykorzystany na Tour de Suisse czy Tour de Romandie. Tym niemniej pierwsze 7 kilometrów tego wzniesienia peleton TdR pokonał właśnie w 2017 roku. Dokładnie zaś około półmetka pierwszego etapu z Aigle do Champery. W drodze na premię górską drugiej kategorii wyznaczoną 3 kilometry za Vex, już na szosie do Salins. Po wyjeździe z Heremence na łatwym środkowym sektorze przez Prolin i Cerise do Mache znacząco przyśpieszyliśmy. Segment o długości 3,7 kilometra przy średniej ledwie 2% pokonaliśmy ze średnią 21,5 km/h. Niebawem w połowie piętnastego kilometra minęliśmy zjazd ku Euseigne. Kolejny niespełna 4-kilometrowy odcinek czyli „Pralong climb” był już trudniejszy, gdyż miał średnio 6,6%. Przejechaliśmy go w tempie 14,2 km/h. Potem po raz pierwszy przeskoczyliśmy na prawy brzeg La Dixence by dojechać do Pralong (19,2 km). W osadzie tej wypatrzyłem otwarty bar z przyjemnym ogródkiem i jak się później okazało pierwszorzędnym widokiem na zaporę. W trakcie zjazdu zatrzymaliśmy się w owym lokalu na ponad pół godziny. Tym niemniej na podjazdach nie ma u nas stref bufetu. Trzeba było wrócić na lewy brzeg wspomnianego potoku i przejechać dość trudny kilometr z maksymalnym nachyleniem do 9,8%. To jednak był ledwie przedsmak do bardzo trudnego finału owej wspinaczki. Ten zaczął się po przejechaniu 21 kilometrów. Na długiej prostej pod koniec 22. kilometra zobaczyliśmy przed sobą Sławka. Ten widok na tyle ożywił Darka, że kilkaset metrów dalej nie byłem już w stanie wytrzymać jego tempa. Puściłem koło, ale tym razem obyło się bez kryzysu. Po prostu Dario był wyraźnie mocniejszy na tej końcówce. Może gdybym we wtorek odpoczywał to miałbym więcej sił na ten stromy i kręty finał. Niemniej mniejsza o to, bowiem warto było poznać Lac de Moiry nawet za cenę większej męki nazajutrz.

Strava nieco zgłupiała w sąsiedztwie wielkiej tamy. Na segmencie 10,6 kilometra z Mache do Grande-Dixence złapała jedynie wyniki Piotra (1h 00:00) oraz Sławka (1h 04:24). Ja „nieoficjalnie” wyliczyłem sobie tu czas poniżej 52 minut. Darek mógł być półtorej minuty szybszy ode mnie, bowiem już przy wjeździe do tunelu wyprzedzał mnie o 1:15. Po wyjechaniu z tunelu, na rondzie trzeba było skręcić w lewo i pojechać wprost na zaporę. Widząc przed sobą zaparkowane autobusy i samochody pomyślałem, że to już ostatnia prosta. Mój licznik kończył odliczać 25. kilometr wspinaczki, co zdawało się potwierdzać moje przypuszczenia. Tymczasem asfaltowa droga tuż przed wielką betonową ścianą skręciła w prawo i skończyła się dopiero po minięciu dolnej stacji kolejki Dixence. Niemniej na placu przed Hotel du Barrage nie spostrzegłem żadnej znajomej postaci. Dlatego po chwili postoju ominąłem szlaban i wjechałem na szutrową ścieżkę prowadzącą ku koronie tamy. Przejechałem jednak jeszcze tylko trzysta metrów, bowiem już za pierwszym wirażem ujrzałem zarówno Piotra jak i Darka. Pedro nie dał się dogonić nawet Darkowi, ale dość prędko zrezygnował z jazdy po „białej drodze” i niejako ad hoc wyznaczył nam wszystkim metę owej wspinaczki w miejscu swego postoju. Ja zatrzymałem się po przejechaniu 25,59 kilometra w czasie 1h 51:47 (avs. 13,7 km/h). Według moich obliczeń dodaliśmy sobie jakieś 24 metry wysokości poza szosą. To oznacza, że  dojechaliśmy najpewniej na wysokość 2165 metrów n.p.m. Wychodzi więc na to, że do wjazdu na koronę Barrage de la Grande-Dixence brakowało nam około dwustu metrów w pionie. Na mapie z veloviewer.com widać kręty szlak z kolejnymi jedenastoma wirażami. Na ile stromy oraz czy aby do końca przyjazny dla rowerów szosowych to pozostanie dla nas zagadką.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1125454583

http://veloviewer.com/activities/1125454583

ZDJĘCIA

20170809_001

FILMY

20170809_124555

20170809_125454

20170809_142741

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Barrage de la Grande-Dixence została wyłączona