banner daniela marszałka

Valle d’Aosta

Autor: admin o piątek 30. Sierpień 2019

Przebieg czerwcowego Tour de Alpes skłonił mnie do zmiany swych sierpniowych planów. We Francji formę miałem co najwyżej średnią. Za słabą na to by godnie przetrwać wyjazd do Karyntii, najeżonej super-stromymi podjazdami. Wyjazd do Austrii odłożyłem sobie na przyszły rok. Pod koniec lata wybrałem się zatem na wycieczkę krótszą, lecz dla mnie przyjemniejszą. Zaproponowałem Iwonie dziesięciodniowy wypad we włoskie Alpy. Do regionu, w którym przed laty spędziliśmy kilka dni w trakcie naszej pierwszej zagranicznej wycieczki. Valle d’Aosta to jedno z najciekawszych miejsc na górskiej mapie Europy. Najmniejszy z dwudziestu włoskich regionów. Jeden z pięciu, który cieszy się pewnym zakresem autonomii. Na tyle mały, iż nie podzielono go nawet na zwyczajowe prowincje. Składa się on po prostu z 74 gmin. Jego stolicą jest Aosta, miasto pamiętające czasy Cesarstwa Rzymskiego, w którym żyje ledwie 34.110 osób. To jest niewiele więcej niż w moim rodzinnym Sopocie. Mimo to jest ona „olbrzymem pośród liliputów” jako, że żadna z pozostałych gmin tego regionu nie ma nawet 5000 mieszkańców. Te maleństwa pogrupowały się zatem oddolnie w osiem związków komunalnych z siedzibami w Quart, Chatillon, Villeneuve, Verres, Pont-Saint-Martin, La Salle, Gignod oraz Issime. W regionie tym na powierzchni 3261 km2 żyje ledwie 125.666 mieszkańców co daje tylko 38,5 „człowieka” na km2. Tymczasem w całej Italii gęstość zaludnienia wynosi 199,8 osób/km2. Funkcjonują tu dwa języki urzędowe tzn. włoski i francuski. Poza tym przeszło połowa miejscowej ludności zna też „patois” czyli valdostański dialekt języka franko-prowansalskiego.

Rozrzedzenie miejscowej populacji łatwo można wytłumaczyć ukształtowaniem aostańskiego terenu. Ponoć tylko 20% powierzchni Valle d’Aosta znajduje się poniżej 1500 metrów n.p.m. czyli na terenie nadającym się do prowadzenia działalności rolniczej. Średnia wysokość tego regionu to 2106 metrów n.p.m. Same lodowce, których jest tu z grubsza dwieście zajmują 4% jego powierzchni. Znajdziemy tu aż 34 górskie szczyty przekraczające pułap 4000 metrów! Nic dziwnego, że region ten żyje przede wszystkim z turystyki. Mimo to należy do najbogatszych we Włoszech. O Dolinie Aosty można powiedzieć to samo co przed dwoma laty napisałem o szwajcarskim kantonie Valais-Wallis. To istny górski raj. Niemniej tu wszystkie cuda stłoczone są na jeszcze mniejszym obszarze niż u sąsiadów. Rajski przydomek znajduje odzwierciedlenie w nazwie tutejszego parku narodowego. Po północnej stronie italo-helweckiej granicy osią życia jest wielki Rodan. Tu jest nią skromna Dora Baltea tj. 168-kilometrowa rzeka będąca dopływem Padu. Powstaje ona z połączenia potoków Dora di Ferret oraz Dora di Veny i przez ponad połowę swej długości płynie przez ów region. Stworzyła główną dolinę tej zjawiskowej krainy. Zewsząd otoczona jest wysokimi górami. Po jej prawej stronie piętrzą się Alpy Graickie z masywami: Grand Paradiso, Grande Sassiere oraz najwyższym w Europie Zachodniej – Monte Bianco, który zamyka całą tą dolinę od zachodu. Natomiast nad lewym jej brzegiem górują Alpy Pennińskie z takimi masywami jak: Grand Combin, Matterhorn czy największy na Starym Kontynencie – Monte Rosa. Z Doliny Aosty wyjechać można tylko pięcioma drogami. Trzy z nich stworzyła głównie natura, zaś dwie są dziełem człowieka.

Najłatwiej jest stąd „uciec” do Piemontu. Wystarczy się przemieszczać zgodnie z nurtem Dory Baltea. Aby wjechać do Francji należy już pokonać Przełęcz Małą św. Bernarda. Natomiast chcąc się dostać do Szwajcarii trzeba sforsować Przełęcz Wielką św. Bernarda. Stuprocentowo ludzkimi pomysłami są zaś dwa tunele. Oba otwarte w połowie lat sześćdziesiątych. Przeszło 11-kilometrowy pod masywem Mont Blanc (wł. Monte Bianco) oraz niespełna 6-kilometrowy pod „Wielkim Bernardem”. Niemniej lepiej pokonać jedną z owych pięciu „bram” w przeciwnym kierunku i zatrzymać się w Dolinie Aosty na tydzień, dwa lub nawet trzy tygodnie. Geografowie na terenie Valle d’Aosta obok głównej doliny wyróżniają jeszcze 11 większych dolin bocznych. Poniżej stołecznej Aosty są to: Gressoney, Ayas i Valtournenche na lewym brzegu rzeki oraz Champorcher po jej prawej stronie. Na wysokości miasta w stronę północną odchodzą dwie doliny mające wspólny początek tzn. Gran San Bernardo i Valpelline. Natomiast powyżej regionalnej stolicy tego rodzaju doliny znajdują się już tylko na prawym brzegu Dory. Są nimi: Cogne, Valsavaranche, Rhemes, Valgrisenche i Piccolo San Bernardo. Trzy pierwsze wchodzą w skład aostańskiej części Parco Nazionale Gran Paradiso, najstarszego z włoskich parków narodowych. Oczywiście na tych kilkunastu dolinach nie kończą się opcje wspinaczkowe dla ambitnych amatorów dwóch kółek. Nie brak tu pomniejszych dolinek zaczynających się w dolinie głównej lub też jedenastu bocznych. W Dolinie Aosty jest bowiem w sumie 25 górskich potoków. Poza tym mamy tu jeszcze dróżki prowadzące do rozmaitych wiosek lub rzadziej do stacji narciarskich.

Moim przewodnikiem po tym pięknym regionie była dwudziesta książka z serii wydawniczej „Passi e Valli in Bicicletta”. W lekturze tej omówiono 57 kolarskich podjazdów, w tym francuski Col du Petit Saint-Bernard oraz szwajcarski Col du Grand Saint-Bernard. Spośród ujętych w niej 55 włoskich wzniesień aż 54 ma przewyższenie przeszło 500 metrów, zaś 30 amplitudę ponad 1000 metrów. Największym jest Colle di Gran San Bernardo, gdzie różnica wzniesień wynosi aż 1882 metrów. Jedynie pięć tutejszych podjazdów kończy się na wysokości powyżej 2000 metrów n.p.m. Niemniej gdy „poprzeczkę” tą obniżymy o 10% to znajdziemy już 20 wzniesień osiągających pułap 1800 metrów. Także na tej liście pierwsze miejsce zajmuje Przełęcz Wielka św. Bernard o wysokości 2469 metrów n.p.m. Poza tym 28 aostańskich wspinaczek ma długość przynajmniej 15 kilometrów, w tym 12 z nich to podjazdy przeszło 20-kilometrowe. W tym zestawieniu „wygrywa” łagodny podjazd przez Valle di Gressoney, który kończy się w stacji Staffal po przejechaniu aż 37,6 kilometra. Co godne podkreślenia Entreves od Pont Saint-Martin czyli miejscowości położone na zachodnim i południowo-wschodnim krańcu tego regionu dzieli mniej niż 100 kilometrów. Dokładnie zaś 89 km jadąc po autostradzie A5 lub 93 km podróżując po drodze krajowej SS26. Mniej więcej w połowie tej odległości znajduje się Aosta. Tym samym wynajmując lokal w stołecznym mieście lub parę kilometrów na wschód od niego dojedziemy wszędzie autem w 40 minut korzystając z autostrady lub w godzinę wybierając „krajówkę”. Ja dla naszych potrzeb wybrałem Casa del Boschetto w miejscowości Grand Pollein.

Giro d’Italia niezbyt często zagląda do tego regionu, leżącego na północno-zachodniej rubieży Włoskiej Republiki. Valle d’Aosta długo czekała na wizytę wielkiego Giro. Pierwszym z tutejszych miast, które dostąpiło tego zaszczytu była nie Aosta, lecz Saint-Vincent w roku 1952. Co ciekawe miejscowość ta w latach 50. aż czterokrotnie gościła uczestników „La Corsa Rosa”, zaś w sezonie 1959 witała zarówno Giro jak i Tour de France. Co więcej w roku 1987 była metą całego wyścigu Dookoła Włoch! Natomiast w Aoście po raz pierwszy finiszowano dopiero w roku 1970. Znacznie wcześniej, bo w sezonie 1949 przystanek w tym mieście zrobiła sobie „Wielka Pętla”. W XXI wieku Giro zajrzało do Doliny Aosty pięć razy. W 2006 roku górski etap tego wyścigu zakończył się w La Thuile. W latach 2012, 2015 i 2018 finiszowano w stacji Breuil-Cervinia, wybudowanej u podnóża słynnego Matterhornu. W końcu zaś w sezonie 2019 Giro po 60 latach wróciło do Courmayeur. Finisz czternastego etapu wytyczono przy dolnej stacji kolei linowej Skyway Monte Bianco. Odcinek ten ustawił „generalkę” wyścigu, po tym jak Ekwadorczyk Richard Carapaz zyskał blisko dwie minuty nad zapatrzonymi w siebie faworytami: Vincenzo Nibalim i Primozem Rogliciem. Region ten ma także własny kilkudniowy wyścig, organizowany od roku 1962 dla kolarzy do lat 26. Giro delle Valle d’Aosta składa się niemal wyłącznie z mniej lub bardziej górskich etapów. Niektóre z nich rozgrywane są na przygranicznych drogach Francji i Szwajcarii. Dawniej imprezę tą wygrywali tacy mistrzowie jak: Gianni Motta (1963), Ivan Gotti (1989-90) czy Gilberto Simoni (1992). Pośród współczesnych asów zawodowego peletonu triumfowali w nim: Thibaut Pinot (2009), Fabio Aru (2011-12) i Paweł Siwakow (2017).

Tegoroczna wycieczka była moją trzecią kolarską wizytą w Valle d’Aosta. Pierwsza miała miejsce w dniach od 8 do 12 lipca 2010 roku. Zamieszkaliśmy wówczas z Iwoną w Nus, miasteczku położonym 13 kilometrów na wschód od Aosty. Podczas czwartkowego transferu z Varese zaliczyłem podjazd przez Valle di Champorcher, który skończyłem w głównej miejscowości tej doliny na wysokości „tylko” 1417 metrów n.p.m. W następnych dniach „kosiłem” już po dwie premie górskie. W piątek były to: Col Saint-Pantaleon i Druges. W sobotę Pila i Valnontey. W niedzielę Saint-Barthelemy i Breuil-Cervinia. Natomiast w poniedziałek Col San Carlo i Colle del Piccolo San Bernardo. Trzy lata później w Dolinie Aosty bawiłem tylko przez dobę. Wpadłem w te strony wraz z czterema kolegami podczas niezapomnianego „Hannibala”. To znaczy w trakcie naszej dubeltowej Route des Grandes Alpes z sezonu 2013. W końcówce jedenastego etapu tej wyprawy pokonaliśmy przełęcz św. Karola od jej łatwiejszej zachodniej strony. Po czym nazajutrz w pierwszej części dwunastego odcinka zdobyliśmy Wielkiego Bernarda, po przeszło 34-kilometrowej wspinaczce. Miałem zatem na swym koncie już 11 aostańskich wzniesień, w tym 10 o przewyższeniu ponad 1000 metrów. Podczas tegorocznego wyjazdu chciałem ten dorobek podwoić. Plan był prosty. Każdego dnia do południa walczę na solo z wybraną premią górską, zaś ostatniego dnia nawet z dwoma. Natomiast popołudniami we dwoje chodzimy po górskich szlakach oraz zwiedzamy miasteczka Valle d’Aosta jak i sąsiedniego Piemontu. W naszym programie nie mogło też zabraknąć podniebnej przejażdżki kolejką Skyway.

Poniżej przedstawiam listę podjazdów, przejechanych przeze mnie w trakcie sierpniowej wycieczki. Zajrzałem w każdy zakątek tej górskiej krainy. To znaczy zaliczyłem po dwie premie górskie w dolnej i środkowej części Valle d’Aosta, trzy w okolicy stołecznej Aosty oraz cztery w górnej części regionu. W kolejnych tygodniach napiszę o nich więcej i dodam garść swych wrażeń z ich zdobywania.

Mój rozkład jazdy:

21.08 – Valsavaranche (Le Pont)

22.08 – Valgrisenche (Pra de la Teisa)

23.08 – Val di Rhemes (Thumel)

24.08 – Champillon

25.08 – Diga di Place Moulin & Verrogne

26.08 – Vens

27.08 – Plan Coumarial

28.08 – Estoul

29.08 – Colle di Joux & Col Tzecore

Napisany w 2019b_Valle d'Aosta | Możliwość komentowania Valle d’Aosta została wyłączona

Col Tzecore

Autor: admin o czwartek 29. Sierpień 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Saint-Vincent (SR7)

Wysokość: 1623 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1046 metrów

Długość: 14 kilometrów

Średnie nachylenie: 7,5 %

Maksymalne nachylenie: 13,4 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Na sam koniec zostawiłem sobie podjazd na Col Tzecore, która w moim książkowym przewodniku opisana została pod nazwą Col Zuccore. Zachodnie wspinaczka na tą przełęcz zaczyna się na wschodnim krańcu Saint-Vincent i przez blisko 10 kilometrów wiedzie po drodze SR7. Dlatego po zjeździe z Col de Joux musiałem przedostać się na drugą stronę miasteczka. Przeprowadzka była krótka, ale dla własnej wygody postanowiłem skorzystać z samochodu. Przede wszystkim dlatego by po drugiej premii górskiej nie szukać już auta. Przejechawszy przez miasto zaparkowałem nieopodal stacji benzynowej sieci Europam. Miałem przed sobą wzniesienie nieco krótsze od pierwszego, lecz wcale nie łatwiejsze. Potwierdzała to zarówno książkowa ocena czyli „3 z plusem” jak i wycena rodem z cyclingcols.com przyznająca mu 765 punktów. Tzecore może i jest nieco niższe i mniejsze od Joux, lecz owe braki nadrabia większą stromizną. W przeciwieństwie do swej sąsiadki „ma w ofercie” 500-metrowe sektory o stromiźnie powyżej 10%. To znaczy trzy o identycznej wartości 10,4%. Pierwszy pod koniec drugiego kilometra, drugi pod koniec piątego i trzeci na początku jedenastego kilometra wspinaczki. Poza tym jeszcze dziewięć tego rodzaju odcinków o nachyleniu co najmniej 8%. Jednym słowem jakby to wszystko zsumować to okaże się, iż dobre 6 kilometrów z całego podjazdu trzyma tu na poziomie minimum 8%. Tym niemniej podobnie jak w przypadku Joux trudniejsza jest wschodnia droga na tą przełęcz. Wspinaczka rozpoczynająca się w Verres ma długość 16,1 kilometra i średnie nachylenie 7,7%, zaś przewyższenie 1239 metrów. Pierwsze 9,8 kilometra wiedzie przez Vallee d’Ayas. Dolinę tą opuszcza się na wysokości Challand-Saint-Anselme (1029 m. n.p.m.). Na bocznej drodze trzeba przejechać jeszcze 6,3 kilometra o przeciętnym nachyleniu 9,4%, w tym trzy bardzo strome kilometry bezpośrednio za wioską Orbeillaz o średniej aż 11,2%. Środowa wspinaczka do wyżej położonej stacji Estoul odwiodła mnie od tej górskiej ściany. Pozostało mi zaatakować Tzecore od zachodniej flanki.

W przeciwieństwie do swej sąsiadki Col Zuccore przez lata i dekady całe pozostawała nieznana wyścigowi Dookoła Włoch. Żadna z pierwszych stu edycji Giro d’Italia nie zahaczyła o tą przełęcz. Debiut miał miejsce dopiero w 2018 roku na etapie dwudziestym z Susy do Cervinii. Na przedostatnim odcinku ubiegłorocznego Giro wspinano się na Tzecore (vel Col du Mont-Tsęuc) od strony wschodniej. Pierwszy na tej przełęczy pojawił się Giulio Ciccone, który na trasie owej edycji bez powodzenia walczył o niebieską koszulkę „górala”. Klasyfikację górską tej imprezy wygrał niejako przy okazji swego generalnego triumfu Chris Froome, zaś młody Włoch dopiął swego w 2019 roku. Co ciekawe na zjazd z tej premii górskiej zakończył się w zachodniej części Saint-Vincent, co oznacza że wykorzystano spory fragment drogi SR33. Zanim Col Tzecore wypróbowano na wielkim Giro to kilkukrotnie przetestowano ów wschodni podjazd na trasach regionalnego Giro delle Valle d’Aosta. Jeśli chodzi o drugą dekadę XXI wieku to na stronie tego wyścigu znalazłem cztery takie przypadki. Wspinaczka z Verres pojawiła się na trasie piątego etapu z roku 2011, gdy w Torgnon wygrał Amerykanin Joseph Dombrowski. Potem na drugim odcinku w 2013 roku, gdy na mecie w Champorcher triumfował Włoch Davide Villella. W końcu zaś na trzecim etapie z sezonu 2015, gdy w Breuil-Cervinia zwyciężał Rosjanin Matwiej Mamykin. Poza tym na Tzecore od wschodu podjeżdżano też na odcinku trzecim z roku 2018. Jednakże wówczas podjazd ten rozpoczęto z okolic Challand-Saint-Victor, po wcześniejszej 8-kilometrowej wspinaczce na Col d’Arlaz. Etap ten zakończył się w Champoluc (Vallee d’Ayas), gdzie wygrał Włoch Alessandro Fedeli. Zdaje się, że nigdy na tym wyścigu Zuccore nie zdobyto od strony zachodniej. Tym niemniej na trzecim odcinku edycji 2019 wykorzystano środkowy, 8-kilometrowy fragment „mojego” wzniesienia, po czym na wysokości osady Ravet skręcono w kierunku końcówki Col de Joux. Znów działo się to na etapie do Champoluc, gdzie tym razem z cennej wiktorii cieszył się Luksemburczyk Michel Ries.

Na spotkanie z Tzecore ruszyłem o 10:51. To już nie był rześki poranek. Do godziny jedenastej powietrze wokół Saint-Vincent zdążyło się już nagrzać. Na starcie miałem 29 stopni. Na trasie temperatura spadła o 5 oczek. Począwszy od czwartego kilometra wahała się ona już na poziomie od 24 do 26. Przez pierwsze pięć kilometrów jechałem w kierunku bardziej południowym niż wschodnim. Podobnie jak na Col de Joux początek nie był szczególnie wymagający. Pierwsze półtora kilometra z przejazdem przez wioskę Cillian (0,8 km) i osadę Chadel (1,2 km) ma średnie nachylenie na umiarkowanym poziomie czyli 5,1%. Za to końcówka drugiego kilometra należy do najtrudniejszych fragmentów całego wzniesienia. Na samym końcu tego odcinka minąłem zjazd ku Estaod i Champeriou. To znaczy drogę, na której podczas GdVA-2019 na etapie do Champoluc zaczął się podjazd na przełęcz Joux, korzystający ze sporej części szlaku pod Tzecore. Po chwili minąłem tablicę informacyjną złożoną z ośmiu drewnianych znaków. Pokazującą odległości do szeregu miejscowości leżących na tym górskim szlaku. W połowie trzeciego kilometra wjechałem do gminy Emarese, w granicach której miałem pozostać już do końca tego podjazdu. Na czwartym kilometrze szosa pokręciła się na czterech wirażach, po czym znów odbiła na południe. Stromizna była już bardzo poważna tzn. średnio 8,7% na dystansie 3,5 kilometra. Na przełomie piątego i szóstego kilometra przejechałem przez wioskę Emarese (4,6-5,4 km). Za tą miejscowością droga na pewien czas obrała północny kierunek. Na początku siódmego kilometra minąłem kościół parafialny pod wezwaniem św. Pantaleona. Ósmy kilometr na dojeździe do Eresaz (7,6-8,1 km) okazał się znacznie trudniejszy niż zapowiadał to książkowy profil tego wzniesienia. Co ciekawe to właśnie tu na wysokości 1190 metrów n.p.m. znajduje się „municipio” czyli siedziba władz gminy Emarese, a nie w niżej położonej wiosce o takiej właśnie nazwie. Jak wynika ze stravy segment o długości 5,81 kilometra poprzedzający wjazd to tej miejscowości przejechałem w 27:38 (avs. 12,6 km/h z VAM 992 m/h). Tempo nie najwyższe, ale trzymałem poziom z pierwszej czwartkowej góry.

Trzeci sektor wzniesienia (od początku szóstego do końca dziesiątego kilometra) miał przeciętne nachylenie 7,1%. Przy czym dojazd do Eresaz był trudniejszy niż dwa kilometry powyżej tej ślicznej wioski. Pod koniec dziesiątego kilometra musiałem zjechać z drogi SR7. Ta w pobliżu Ravet (9,7 km) skręciła na wschód stając się wspomnianym łącznikiem między podjazdami na Joux i Tzecore. Ja musiałem tu odbić w prawo. Kolejna drewniana tablica informowała, iż do szczytu zostały mi jeszcze cztery kilometry z małym hakiem. To był już początek ostatniego z sektorów wyróżnionych w książce tj. czwartego o średniej stromiźnie 7,4%. Na trudnym początku jedenastego kilometra minąłem zjazd do Chassan (10,1 km). Niemal równie ciężka była druga połowa dwunastego kilometra. Tu i ówdzie otwierał się przede mną widok na dolny odcinek głównej doliny. Natomiast na szosie dostrzegłem separatystyczne napisy o treści „VDA libra”. Główną atrakcją trzynastego kilometra był przejazd przez Sommarese (12,3-12,8 km). Gdy minąłem niewielki parking u kresu tej miejscowości do końca wspinaczki pozostał mi już tylko kilometr. W swej środkowej części dość trudny, bo z nachyleniem 8,4% na odcinku 500 metrów. Jeszcze trochę wysiłku i mogłem zebrać się do finiszu w zacisznej strefie piknikowej Colle Tzecore. W sumie na tej górze przejechałem 13,77 kilometra w czasie 1h 03:18 (avs. 13,1 km/h). Strava znów przesadziła z przewyższeniem pokazując 1110 metrów. Biorąc za podstawę obliczeń oficjalną amplitudę czyli 1046 metrów wychodzi mi, iż pokonałem to wzniesienie z VAM na poziomie 992 m/h. Na przełęczy pojawiłem się o 11:54. Przed południem miałem dwie solidne wspinaczki na swym koncie. Na czerwcowej wyprawie po francuskich Alpach o tej porze dnia nierzadko dopiero zabieraliśmy się do pierwszego podjazdu. Na Tzecore vel Zuccore zakończyłem swój siedemnasty sezon na górskim szlaku. Tym razem zaliczyłem „tylko” 40 nowych wzniesień. To jest najmniej po roku 2013. Jednak sam finał owej zabawy miałem mocny. Jakby nie patrzeć w ciągu doby „uzbierałem” przeszło 3600 metrów przewyższenia. Niemniej nie był to klasyczny hat-trick, skoro między popołudniowym Estoul i porannym Joux mogłem się dobrze wyspać 😉

Na zjeździe z Tzecore zakończyłem tylko kolarską część tej wyprawy. Czwartkowe popołudnie spędziłem w zupełnie innym zakątku Valle d’Aosta i oczywiście w towarzystwie Iwony. Po obiedzie pojechaliśmy do Pre-Saint-Didier. To jest uzdrowiskowej miejscowości, którą poznaliśmy już w lipcu 2010 roku. Wówczas odwiedziliśmy ją jednak przy okazji mojej wspinaczki na Colle del Piccolo San Bernardo. Teraz cel wspinaczkowy mieliśmy pieszy, a zatem wspólny. Już w trakcie naszego pobytu w Grand Pollein dowiedzieliśmy się bowiem o nowej atrakcji w pobliżu tego miasteczka. Jego największym skarbem pozostaje termalne Spa, po raz pierwszy otwarte już w 1834 roku. Tym niemniej przed pięciu laty zyskało ono też podniebną konstrukcje, która skutecznie wabi zastępy żądnych wrażeń turystów. Miejscowa „passarella panoramica” została wybudowana na wysokości 1209 metrów n.p.m. kosztem 400.000 Euro. Jest to „ścieżka panoramiczna” wytyczona dokładnie 160 metrów ponad dnem wąwozu wyrzeźbionego przez potok Dora di Verney. Z miasteczka można do niej podejść nieszczególnie trudną leśną ścieżką o przewyższeniu 180 metrów, w czasie około 40 minut. Wejście do lasu poprzedza przejście przez Termy, zaś piesza wspinaczka zaczyna się nieco dalej w sąsiedztwie kamiennego mostu nad wspomnianą rzeczką. Trasa ta w paru miejscach niemal ociera się o szosę krajową SS26 prowadzącą ku granicy francuskiej na Przełęczy Małej św. Bernarda. Przechadzka po wspomnianej konstrukcji jest rodzajem bezpiecznego spaceru nad przepaścią. Dodatkową zaletą jest możliwość podziwiania okolicznych szczytów. Najlepiej widoczna jest pobliska Mont Cormet (2475 m. n.p.m.). Tym niemniej spoglądając na zachód ujrzeć można liczne wierzchołki z masywu Mont Blanc, choć akurat nie ten najwyższy. Nazajutrz, w dniu naszego wyjazdu z Italii, poranek był słoneczny. Korzystając z przychylnej nam aury postanowiliśmy pożegnać się z Doliną Aosty w możliwie najlepszy sposób czyli wjazdem na Przełęcz Wielką św. Bernarda. Gdy już na nią wjechaliśmy szkoda było od razu zjeżdżać. Zrobiliśmy sobie 15-minutową przerwę w podróży. Dwie dłuższe chwile dla „filmowców i fotoreporterów” zarówno po włoskiej jak i szwajcarskiej stronie granicy.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2668553653

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2668553653

ZDJĘCIA

20190829_055

FILM

VID_20190829_115839

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col Tzecore została wyłączona

Colle di Joux

Autor: admin o czwartek 29. Sierpień 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Saint-Vincent (SR33)

Wysokość: 1640 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1091 metrów

Długość: 16,4 kilometra

Średnie nachylenie: 6,7 %

Maksymalne nachylenie: 10,7 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Etap dziewiąty od samego początku miał być dwuczęściowy. Na ostatni dzień zaplanowałem sobie bowiem poranny wypad do Saint-Vincent. W czwartkowe przedpołudnie miałem pokonać dwa wzniesienia wznoszące się ponad tą uzdrowiskową i zarazem rozrywkową miejscowością. Moimi celami były: Col de Joux i Col Zuccore (Tzecore). Na obie przełęcze można też wjechać z Verres czyli od strony Vallee d’Ayas. Niemniej na tą dolinę miałem ambitniejszy pomysł, który to udało mi się zrealizować w środowe popołudnie. Wybrałem zachodnie wspinaczki na Joux i Tzecore, gdyż są one od siebie całkowicie niezależne. Owszem zaczynają się w tym samym mieście, lecz w różnych miejscach i po drodze się z sobą nie stykają. Tymczasem wschodnie podjazdy ku obu tym górskim przeprawom mają wspólny i to niemal 10-kilometrowy, odcinek na dojeździe do Challand-Saint-Anselme. Miasteczko św. Wincentego powstało na lewym brzegu Dory Baltea. W miejscu, gdzie rzeka ta zmienia kierunek ze wschodniego na południowy. W sensie geograficznym leży ono na wschodnim krańcu subregionu określanego jako La Media Valle d’Aosta. Świadectwem bogatych dziejów tego miejsca jest rzymski most nad potokiem Cillian, który niegdyś był elementem drogi konsularnej Via delle Gallie, wybudowanej za czasów pierwszego cesarza czyli Oktawiana Augusta. Współczesna historia tego miasta wiąże się zaś z odkryciem w roku 1770 właściwości terapeutycznych tutejszych wód termalnych (Fons Salutis). Wedle ostatniego spisu z czerwca 2018 roku w gminie Saint-Vincent mieszka tylko 4584 osób. Niemniej w życiu regionu czy nawet całej Italii miasto to odgrywa ważniejszą rolę niż sugerowałaby jego wielkość. Słynie ono ze swego Casino de la Vallee czyli jednego z zaledwie trzech legalnych kasyn działających na terenie Republiki Włoskiej. Dwa pozostałe funkcjonują w Wenecji oraz San Remo. Zresztą za sprawą łagodnego klimatu Saint-Vincent zyskało sobie przydomek „Riviera delle Alpi”, poniekąd upodabniający go do obu słynnych w całym świecie miast.

Saint-Vincent zapisało też piękną kartę w kronikach Giro d’Italia. Bez porównania bogatszą niż regionalna stolica Aosta. Jest ono z pewnością najmniejszą ze wszystkich miejscowości, w których kiedykolwiek zakończył się cały wyścig Dookoła Włoch. Miało to miejsce w sezonie 1987, kiedy to w „La Corsa Rosa” triumfował Irlandczyk Stephen Roche. Owszem pamiętam, iż edycja z roku 1975 skończyło się wjazdem na Passo dello Stelvio, niemniej najwyższa z włoskich przełęczy drogowych to ostatecznie nie miasto 😉 Po raz pierwszy na ulicach Saint-Vincent finiszowano w sezonie 1952, gdy zakończył się tu odcinek osiemnasty rozpoczęty w Cuneo. Triumfował na nim Pasquale Fornara. Była to zresztą pierwsza wizyta Giro w regionie Valle d’Aosta. Pod koniec lat pięćdziesiątych ze zwycięstw etapowych w GdI cieszyli się tu: Mario Baroni (1957), Alfredo Sabbadin (1959) oraz Hiszpan Salvador Botella. Z kolei podczas edycji z roku 1962 w St. Vincent skończyły się aż dwa etapy. Płaski-dziewiętnasty oraz górski-dwudziesty. Ten pierwszy wygrał Giuseppe Sartore, zaś drugi Alberto Assirelli. Rok później jedną ze swych pięciu etapowych wiktorii odniósł tu Vito Taccone. Kolejnym Włochem, któremu pobłogosławił św. Wincenty był zaś w roku 1968 słynny Gianni Motta. Potem Giro zapomniało o tym mieście na całą dekadę. Po czym w sezonie 1979 triumfował tu wybitny belgijski klasykowiec Roger De Vlaeminck. W roku 1985 w jego ślady poszedł inny specjalista od Paris-Roubaix czyli Francesco Moser. Ostatni etapowy finisz, ten anno domini 1987, był zarazem generalnym finałem. Na zakończenie 70. Giro d’Italia rozegrano 32-kilometrową czasówkę na trasie z Aosty do Saint-Vincent. Ten „etap prawdy” (podobnie jak i cały wyścig) wygrał Roche, który o setne części sekundy wyprzedził Niemca Didi Thurau’a oraz o 45 sekund Słowaka Milana Jurco. Bardzo dobrze pojechali nasi specjaliści od samotnej walki z czasem. Lech Piasecki wykręcił czwarty wynik (+ 0:59), zaś Czesław Lang był szósty (+ 1:16). Tym razem St. Vincent nie było szczęśliwe dla Włochów, bowiem zabrakło ich w top-10 etapu, zaś w „generalce” najlepszy z nich (Flavio Giupponi) był ledwie piąty.

Jak z tego wynika etapy Giro 11-krotnie kończyły się na „Alpejskiej Riwierze”. Trzeba przy tym dodać, iż jeszcze częściej, bo aż 17 razy  zaczynano je w Saint-Vincent. Sprzyjało temu bogate zaplecze hotelowe tego miasteczka. Dlatego niekiedy organizatorzy wyścigu Dookoła Włoch wyznaczali tu start etapu, choć poprzedniego dnia finiszowano gdzie indziej. By nie być gołosłownym wspomnę tylko ostatnie przykłady takich decyzji czyli etap do Sestriere z GdI 2015 czy ten do Courmayeur z roku 2019. Miasto św. Wincentego gościło zresztą nie tylko Giro d’Italia, lecz również Tour de France. Podczas zdominowanej przez Fausto Coppiego i Gono Bartalego edycji 1949 rozpoczął się w nim 265-kilometrowy etap do szwajcarskiej Lozanny. Dziesięć lat później w Saint-Vincent zakończył się osiemnasty odcinek „Wielkiej Pętli” ze startem na Col du Lautaret, który prowadził przez przełęcze: Galibier, Iseran i Petit Saint-Bernard. Najszybciej z 6-osobowej grupki finiszował tu superczasowiec i zarazem ówczesny mistrz świata Włoch Ercole Baldini. Lider Hiszpan Federico Bahamontes odparł zaś ataki skłóconych ze sobą francuskich asów. Nazajutrz peleton TdF ruszył stąd na 251-kilometrową trasę kolejnego górskiego etapu, który przez Szwajcarię wiódł do mety we francuskim Annecy. Jeśli chodzi o wyścig Giro delle Valle d’Aosta to w ostatnich dwóch dekadach tylko raz odwiedził on „Alpejskie Monako”. W sezonie 2007 zakończył się tu szósty i zarazem ostatni etap tej imprezy. Kluczowym fragmentem tego górskiego odcinka był zachodni podjazd na Col de Joux. Ten sam, z którym miałem się właśnie zmierzyć. To na nim skuteczny atak przeprowadził Alex Norberto Cano Ardila. Kolumbijczyk wygrał w Saint-Vincent z przewagą aż 2:31 nad Włochem Vincenzo Ianniello, któremu odebrał koszulkę lidera. Kolarz z Andów trzy dni wcześniej triumfował też na mecie w Gressoney-la-Trinite. Tym niemniej choć latem 2007 roku zawojował Dolinę Aosty, to w przeciwieństwie do wielu swych rodaków nie zrobił później kariery w peletonie zawodowym. O ironio lepiej od niego dał się w nim poznać ostatni w „generalce” tamtej GdVA Belg Jurgen Roelandts.

Col de Joux na łamach „Passi e Valli in Bicicletta – 20” reklamowano jako jeden z najpiękniejszych podjazdów w Dolinie Aosty. Zielony i dobrze nasłoneczniony. Prowadzący przez lasy i ukwiecone łąki. Z widokami na zachód sięgającymi aż po Monte Bianco. „Obraz szczęścia i harmonii”, że zacytuję autora. Wymiary zachodniego podjazdu podałem już na wstępie. Jeśli chodzi o skalę trudności to w książce otrzymał on notę „3”, zaś od cyclingcols 732 punkty. Jak dla mnie to klasyczne wzniesienie pierwszej kategorii. Budzące szacunek, acz nie trwogę. Wschodni podjazd na Joux jest nieco bardziej wymagający. Ma długość 22,5 kilometrów ze średnim nachyleniem 5,6% oraz przewyższenie 1256 metrów. Pierwsze 16,6 kilometra prowadzi przez Valle d’Ayas. Po wyjeździe z niej pierwsze 400 metrów to kontynuacja łagodnego zjazdu z Brusson, zaś ostatnie 5,5 kilometra od mostu nad potokiem Evançon to umiarkowany podjazd o średniej 6,6%. Ta wspinaczka została oceniona na „4 z minusem” oraz 828 punktów. Col de Joux w obu postaciach jak na razie 7 razy pojawiła się na trasach Giro d’Italia. Biorąc pod uwagę skąd-dokąd prowadziły poszczególne etapy z jej udziałem można zakładać, że większą popularnością cieszył się na Giro podjazd wschodni. Wykorzystano go najprawdopodobniej pięć razy. Z pewnością od tej strony podjeżdżano przy ostatniej okazji czyli w 2012 roku. Na etapie czternastym prowadzącym z Cherasco do stacji Breuil-Cervinia, kiedy na Joux pierwszy zameldował się Czech Jan Barta. Przełęcz ta zadebiutowała na GdI równo pół wieku wcześniej. Na dwudziestym (przedostatnim) odcinku z roku 1962. Start i metę tego etapu wyznaczono w Saint-Vincent, zaś na przełęcz Joux wjeżdżano dwukrotnie tj. zaraz po starcie i tuż przed metą. Za pierwszym razem zdobył ją Hiszpan Angelino Soler, a za drugim Alberto Assirelli. W sezonie 1964 na etapie do Bielli jako pierwszy wjechał na nią Arnaldo Pambianco. W 1968 znakomity Hiszpan Julio Jimenez. W 1970 na etapie do Aosty Italo Zilioli. Natomiast w trakcie edycji z roku 1987, na dzień przed kończącą cały wyścig czasówką do Saint-Vincent, jechano tędy do stacji Pila nad Aostą. Premię górską wygrał tu wówczas Massimo Ghirotto.

Miałem wystartować z zachodniej części miasta, w okolicy Grand Hotel Billia. Okazałego gmachu z czasów „Belle Epoque”, wybudowanego w 1908 roku. Tym niemniej samochód „porzuciłem” nie na Viale Piemonte, lecz w wyżej położonej dzielnicy Les Moulins. Dlatego na linię startu musiałem się cofnąć 800 metrów. Wystartowałem o godzinie 8:20 przy umiarkowanej temperaturze 17 stopni. Na trasie wahała się ona na poziomie od 15 do 18, zaś na przełęczy osiągnęła 16. Półkilometrowy początek był dość sztywny, lecz kolejne 300 metrów na dojeździe do „mojego” parkingu już łagodniejsze. Następnie po 300-metrowym zjeździe wjechałem na Viale IV Novembre. Jadąc tą aleją dojechałem do wirażu, na którym minąłem bramę wjazdową do Terme di Saint-Vincent (1,9 km). Z centrum Saint-Vincent do owych łaźni dojechać można nie tylko szosą SR33, lecz także funikularem czyli kolejką linowo-terenową oddaną do użytku już w 1900 roku. Do połowy trzeciego kilometra nachylenie podjazdu było umiarkowane. Ogółem pierwsze 2,5 kilometra tego wzniesienia ma średnie nachylenie tylko 4,8%. Kolejne segmenty były już trudniejsze, acz bez szczególnie stromych odcinków. Jeśli chodzi o stromiznę 500-metrowych sektorów to miałem do pokonania dwa o nachyleniu ponad 9% i pięć o wartości co najmniej 8%. Chwilowy „maks” sięgnąć miał 11%. Pod koniec trzeciego kilometra w końcu wyjechałem z Saint-Vincent. Kolejną miejscowością na tym szlaku była Moron (4,1 km). Na jedenastym zakręcie minąłem zjazd ku wiosce Perriere (5,4 km). Natomiast pod koniec siódmego kilometra przejechałem przez Grun (6,7 km), gdzie znajduje się Sanktuarium Niepokalanej. Za tą wioską droga skręciła na południe i doprowadziła mnie do Salirod (8,1 km). W połowie dziewiątego kilometra minąłem anteny państwowej stacji RAI. Według stravy segment o długości 6,43 kilometra „Terme – Salirod” przejechałem w 26:28 (avs. 14,6 km z VAM 1052 m/h). Moim zdaniem to akurat przesadny optymizm tego programu. Był to raczej dystans 6,1 kilometra z przewyższeniem 439 metrów, który pokonałem ze średnią prędkością 13,8 km/h oraz VAM 995 m/h.

Starałem się jechać w dobrym tempie, lecz zachowując umiar. Wszak musiałem zachować nieco energii na sprawne pokonanie drugiego podjazdu. Tym razem, inaczej niż w niedzielę, nie mogłem liczyć na sjestę pomiędzy dwiema górami. Dokładnie po 9 kilometrach zmieniłem kierunek jazdy na północny i po kolejnych 300 metrach dojechałem do miejsca, w którym miałem ostatnią okazję na ewentualną zmianę planu. Na prawo odchodziła stąd droga SR7 di Eresaz, która na wysokości osady Ravet łączy się z zachodnim podjazdem na Col Tzecore. Pojechałem jednak dalej drogą nr 33 i niebawem pokonałem najtrudniejszy na całym wzniesieniu półkilometrowy sektor o wartości 9,4%. Na początku dwunastego kilometra przejechałem przez dwie części wsi Rhun czyli Petit i Grand. Na kilometrze trzynastym było więcej cienia z uwagi na osłonę lasu. Niemniej o tej porze dnia słońce nie dokazywało jeszcze na tyle, by miało to zbawcze znaczenie. Pod koniec czternastego kilometra przejechałem przez wieś Amay (13,7 km). Natomiast kilkaset metrów dalej minąłem kościółek o dość oryginalnym kształcie czyli Santuario Caduti per la Liberta (14,3 km). Stąd miałem już niespełna dwa kilometry do końca wspinaczki. Okazała się ona nieco krótsza niż w książkowej teorii. Na ostatnim kilometrze najpierw minąłem osiedle wypoczynkowe Les Pleiades (15,3 km). Natomiast w samej końcówce boczną dróżkę do Pallu (15,9 km), gdzie znajduje się niewielki ośrodek narciarski z dwoma wyciągami na północnym zboczu góry Testa Comagna (2105 m. n.p.m.). Zatrzymałem się po przejechaniu 16,18 kilometra w czasie 1h 06:40 (avs. 14,6 km/h). Najdłuższy z oficjalnych segmentów stravy czyli „Cronoscalata Col de Joux” o długości 14,5 kilometra, zaczynający się na wysokości stacji termalnej, pokonałem w 1h 00:19 (avs. 14,4 km/h). Według moich danych wykręciłem tu VAM 1001 m/h. Drewniane tablice na przełęczy już witały mnie w gminie Brusson. Natomiast na lewo od głównej szosy odchodziła dróżka do nieco wyżej położonej restauracji Brean. Na Col de Joux zabawiłem niespełna 10 minut. Przed południem miałem, bowiem jeszcze jedno bojowe zadanie do wykonania.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2668551517

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2668551517

ZDJĘCIA

20190829_001

FILMY

VID_20190829_093100

VID_20190829_094350

VID_20190829_102134

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Colle di Joux została wyłączona

Estoul

Autor: admin o środa 28. Sierpień 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Verres (SR45)

Wysokość: 1889 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1505 metrów

Długość: 24,6 kilometra

Średnie nachylenie: 6,1 %

Maksymalne nachylenie: 11,1 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Podstawą mojej środowej wspinaczki był spory odcinek na obszarze Valle d’Ayas. Dolina ta podobnie jak pobliska Valle di Gressoney (Lys) też biegnie do stóp Góry Matki (Montagna Madre), jak Włosi nazywają olbrzymi masyw Monte Rosa. Obie wespół z trzecią, a mianowicie piemoncką Valsesia tworzą ośrodek narciarski Monterosa Ski. Droga, która na wysokości miasteczka Verres odchodzi w prawo ku wiecznie białym czterotysięcznikom nazywa się SR45. Prowadzi wzdłuż potoku Evançon i liczy sobie 31 kilometrów. Osiąga maksymalny pułap 1685 metrów n.p.m. w miejscowości Saint-Jeaques-de-Allemands. Jest zatem niższa i krótsza niż szlak wiodący przez Valle del Lys. Wciąż jednak była zbyt długa i za płaska, by mogła mnie w tym momencie zainteresować. Trzeba jednak przyznać, iż dolne części Valle di Ayas mogą służyć za spory fragment bardziej konkretnych wspinaczek na Col Zuccore (1623 m. n.p.m.) czy Col di Joux (1640 m. n.p.m.). Trzeba tylko w odpowiednim miejscu skręcić na zachód wybierając jedną z szos wiodących przez owe przełęcze do miasta Saint-Vincent. Jednak ja znalazłem sobie do pokonania wzniesienie jeszcze wyższe i większe od wspomnianej trójki. Najokazalsze na jakie mogłem liczyć w tych stronach. Moim celem był Estoul, a raczej najwyższy punkt asfaltowej drogi kończącej się na wysokości 1889 metrów n.p.m., dwa kilometry za tym niewielkim ośrodkiem narciarskim. Chcąc tam dojechać miałem najpierw pokonać 16,5 kilometra drogą regionalną nr 45 przez dolinę Ayas. Następnie w trakcie przejazdu przez miejscowość Brusson, dokładnie na wysokości 1293 metrów n.p.m., musiałem odbić na wschód i wjechać na boczną dróżkę prowadzącą do wiosek La Croix i Estoul. Tak to opracowałem trasę najtrudniejszego ze swych sierpniowych podjazdów. Przy okazji dając sobie możliwość przejechania całej dolnej czyli zdecydowanie trudniejszej połowy Valle d’Ayas. Tą dolinę dane mi było zatem poznać lepiej niż Valle del Lys. Policzyłem, że w drodze do Estoul przejechałem 53% jej długości i aż 70% dostępnego przewyższenia.

Technicznie rzecz biorąc układ środowej trasy był podobny do tego z wtorkowego etapu. Najpierw odcinek dłuższy, acz ogólnie łagodniejszy w dolinie. Potem krótsze, lecz bardziej strome wykończenie na bocznej drodze. Między Verres a Brusson 16 kilometrów podjazdu z przeciętnym nachyleniem 5,8%. Natomiast powyżej tej drugiej miejscowości jeszcze 8 kilometrów wspinaczki o średniej stromiźnie 7,4%. Obie fazy przedzielone zaś łagodnym, półkilometrowym zjazdem na ulicach Brusson. W teorii miałem do pokonania w pionie 1505 metrów. W rzeczywistości wyszło za sprawą dwóch delikatnych zjazdów wyszło 1526 metrów przewyższenia. O drugim spadku terenu już wspomniałem. Pierwszy zaliczyłem na trzynastym kilometrze, dojeżdżając do Arcesaz. Tak czy owak podjazd do Estoul był zdecydowanie największym jakie w ostatniej dekadzie sierpnia poznałem w Dolinie Aosty. Choć pod względem finałowej wysokości był ledwie siódmym pośród moich jedenastu premii górskich. W całym sezonie 2019 tylko czerwcowe wspinaczki na Col du Galibier i Col du Parpaillon zmusiły mnie do jednorazowego „przerobienia” większej amplitudy. Półtora tysiąca metrów w pionie to brzmi groźnie i dumnie zarazem. Niemniej ten podjazd mógłby być jeszcze większy. Swego czasu istniał bowiem pomysł, aby połączyć Brusson z Gressoney-Saint-Jean poprzez Colle Ranzola (2170 metrów n.p.m.). Szosa kończąca się powyżej Estoul pokrywa większość zachodniej drogi na tą przełęcz. Dalej mamy elegancką szutrową drogę do gospodarstwa Praz-Barmasse (1930 m. n.p.m.) i nieco słabszą ku Alpe Fenetre (2080 m. n.p.m.). Jedynie sama końcówka to już ewidentnie szlak pieszy. Niemniej po wschodniej stronie Ranzoli sytuacja wygląda znacznie słabiej, więc dwustronna asfaltowa droga zapewne pozostanie w sferze marzeń miejscowych cyklistów. A szkoda, bo byłoby to nie lada wzniesienie o przewyższeniu około 1800 metrów z obu stron. Godzi się jednak zauważyć, iż nawet bez dalszej ingerencji w środowisko współczesny podjazd z Verres do Estoul jest w tym regionie numerem 2 pod względem przewyższenia. Liderem jest rzecz jasna Wielki św. Bernard i nawet szosowa Ranzola nie mogłaby go zdetronizować.

W poprzednim odcinku swych górskich opowieści wspomniałem o etapowym finiszu Giro d’Italia na terenie Valle di Gressoney. W tym miejscu dodam, iż Valle d’Ayas jak dotąd nie dostąpiła podobnego zaszczytu. Nie oznacza to wcale, iż wyścig Dookoła Włoch nie zaglądał jeszcze do tej doliny. Co więcej można powiedzieć, że droga SR45 jest tej imprezie znacznie lepiej znana niż SR44, którą uczestnicy Giro d’Italia 1995 podjechali do mety w Gressoney-Saint-Jean. Można powiedzieć, że peleton Giro już osiem razy odwiedził Valle dell’Evançon. Niemniej zawsze wyścig ten był tu jedynie przejazdem. Po pierwsze w latach 1962-2012 przy okazji siedmiu wspinaczek na Col di Joux. Przeszło 16-kilometrowy odcinek w dolinie Ayas zapewne występował w każdej z możliwych ról. To znaczy jako zjazd, gdy kolarze wspinali się od strony Saint-Vincent oraz jako podjazd gdy główną dolinę opuszczano w Verres. Z kolei w sezonie 2018 posłużyła za początek wschodniej wspinaczki na Col Zuccore, która to była pierwszą z trzech premii górskich na długim etapie z Susy do stacji Breuil-Cervinia. O zwycięstwa etapowe walczono za to w rejonie Valle d’Ayas podczas regionalnego Giro delle Valle d’Aosta. Przede wszystkim trzeba wspomnieć o dwóch finiszach w samym Estoul, aczkolwiek miały one miejsce przed kilkunastu laty. Etap czwarty z roku 2000 wygrał tu Włoch Paolo Bono. Działo się to podczas pierwszej z dwóch edycji tego wyścigu wygranej przez wielce utalentowanego Ukraińca Jarosława Popowycza. Na generalnym podium tej imprezy stanął nasz Sylwester Szmyd, który zajął w niej trzecie miejsce. Ten wynik był dla Bydgoszczanina poniekąd „przepustką” do zawodowego peletonu. Cztery lata później w Estoul zakończył się drugi etap GdVA wygrany przez Francuza Juliena Mazet. Razem z nim do mety dojechał Słoweniec Tomaz Nose, który tego dnia został liderem, zaś ostatecznie zwycięzcą tej edycji. Z kolei u spodu doliny czyli w Verres wyznaczono finisz piątego etapu z roku 2001. Wygrał go podobnie jak i cały ten wyścig wspomniany już Popowycz.

W ostatnich dwóch sezonach aostańskie Giro zaglądało za to do wioski Champoluc, gdzie metę wyznaczano na wysokości 1574 metrów n.p.m. To znaczy jakieś 3 kilometry przed końcem drogi SR45. Trzeci etap z roku 2018 wygrał Włoch Alessandro Fedeli, zaś również trzeci z sezonu 2019 Luksemburczyk Michel Ries. Pierwszy młodzian jest dziś kolarzem francuskiej ekipy Nippo Delko, zaś drugi nowym nabytkiem drużyny Trek-Segafredo. Wspomnieć jednak należy, iż te finisze w Champoluc poprzedzane był przejazdem przez Col di Joux. Tym samym finałowy podjazd zaczynał się w Brusson. Do przejechania w Valle d’Ayas było przeszło 11 kilometrów, ale o bardzo skromnym nachyleniu 2,4%. Na pojedynek z Estoul wybrałem się dopiero po obiedzie. Poranek tego dnia był deszczowy. Niemniej miałem wolne popołudnie. Iwona odpoczywała po wtorkowym marszu do Rifugio Benevolo. Tym samym przed południem wyskoczyliśmy tylko do Aosty na zakupy w supermarkecie Gros Cidac. Z Grand Pollein do Verres wyjechałem zatem około czternastej. Po dotarciu na miejsce zaparkowałem w bocznej uliczce nieopodal siedziby miejscowej Straży Pożarnej oraz posterunku Carabinierich. Tym samym za jednym zamachem „ubezpieczyłem” nasze auto od pożaru i kradzieży 😉 Na miejsce startu wybrałem możliwie najniższy punkt czyli znów rondo przy drodze krajowej SS26. Ruszyłem o godzinie 14:48 przy przyjaznej temperaturze 23 stopni. Na trasie mój licznik zanotował maximum 25, zaś na samej górze 17. Na sam początek niespełna 300-metrowe falsopiano na Via Caduti per la Liberta. Jednak tuż przed wjazdem do centrum trzeba było skręcić w lewo i zacząć poważną wspinaczkę. Wedle książki 4-kilometrowy sektor na dojeździe do Targnod (4,3 km) ma średnie nachylenie 7,9%. Jest najtrudniejszym segmentem podjazdu przez dolinę Ayas. Na tym odcinku minąłem siedem wiraży, z czego pięć na dwóch pierwszych kilometrach. Pod koniec pierwszego kilometra minąłem zaś wybudowaną na planie kwadratu warownię Castello di Verres. Historia tego zamku sięga II połowy XIV wieku.

Po 5 kilometrach jazdy byłem już w Challand-Saint Victor, pierwszej z trzech „większych” wsi (ośrodków gminnych) na tym górskim szlaku. Począwszy od połowy piątego do końca dwunastego kilometra nachylenie było co najwyżej umiarkowane. Za najtrudniejszy odcinek w tej części podjazdu uznać należy półtorakilometrowy dojazd do Corliod (7,5 km), na którym średnie nachylenie wynosi 7,3%. Następnie minąłem Tilly (8,3 km), zaś w połowie dziesiątego kilometra byłem już w Challand-Saint Anselme. To w tej miejscowości, po przejechaniu 9,75 kilometra od ronda przy „krajówce”, trzeba odbić w lewo ku wioskom Pesan i Orbeillaz jeśli chce się zdobyć Col Zuccore (Tzecore) od strony wschodniej. Ja postanowiłem dotrzeć na tą przełęcz dopiero w czwartek i to od strony przeciwnej, więc pognałem dalej drogą SR45. Długą wspinaczkę do Estoul zacząłem w całkiem niezłym tempie. Jak wynika ze stravy segment o długości 9,46 kilometra o nazwie „Verres – Quincod” przejechałem w 37:51 (avs. 15 km/h i VAM 1017 m/h). Na kolejnych kilometrach podjazd wyraźnie złagodniał, zaś na trzynastym kilometrze był wręcz nieobecny. Na dojeździe do Arcesaz (12,6 km) były nawet chwile zjazdu. To w tej wiosce przejechałem na lewy brzeg potoku Evançon. Czternasty kilometr był łagodny, więc dopiero dwa następne kilometry o nachyleniu 6,4%, na dojeździe do Brusson (15,7 km) zmusiły mnie do pewnego wysiłku. Segment długości 15,9 kilometra pokonałem w 57:40 (avs. 16,5 km/h z VAM 953 m/h). W centrum tej miejscowości droga najpierw wypłaszczyła się, zaś na początku siedemnastego kilometra przeszła w delikatny zjazd. Zjeżdżałem wolno nie chcąc przegapić miejsca, gdzie miałem opuścić Valle d’Ayas. Wkrótce po przejechaniu niespełna 16,5 kilometra obiłem w prawo na Rue Col Ranzola i zacząłem 8-kilometrowy, finałowy segment tej wspinaczki. Co ciekawe ledwie kilkadziesiąt metrów dalej, lecz po lewej stronie drogi nr 45 zaczyna się finałowy odcinek wschodniego podjazdu na Col di Joux. Na tą przełęcz miałem jednak ten sam plan co w odniesieniu do Zuccore. Obie miałem zdobyć dopiero nazajutrz startując z ulic Saint-Vincent.

Pierwsze 700 metrów na bocznej drodze do Estoul trzymało na poziomie aż 8%. Następne 200 metrów o łagodnym nachyleniu byo ostatnią szansą na złapanie oddechu przed najtrudniejszą częścią całej wspinaczki. Czekał mnie segment o długości 6,3 kilometra i średniej stromiźnie 8,1%. na nim zaś cztery półkilometrowe odcinki o nachyleniu od 9 do 9,8%. Po przejechaniu 17,6 kilometra wyjechałem w końcu z Brusson. Do końca dziewiętnastego kilometra walczyłem z górą w leśnej głuszy. Na dojeździe do Delaz Superiore (20 km) pokonałem stromy i kręty odcinek z pięcioma wirażami. Niespełna półtora kilometra i dwa zakręty dalej byłem już w La Croix (21,4 km), gdzie stosownie do nazwy tej osady minąłem stary kościółek. Według stravy 5-kilometrowy segment „Brusson – La Croix” pokonałem w 22:55 (avs. 13,1 km/h z VAM 1089 m/h). Ot przebłyski dawnej formy pod koniec sezonu letniego. Droga niebawem skręciła wyraźniej na wschód i po przebyciu 22,8 kilometra ujrzałem wyciągi narciarskie w Estoul (należące do ośrodka Monterosa Ski). Odtąd podjazd stopniowo łagodniał, acz wyraźniej odpuścił dopiero po minięciu parkingu czyli jakieś 23,6 kilometra od linii startu. Końcowy odcinek o długości 800 metrów był już lekki i przyjemny, bo z nachyleniem niespełna 3%. Na ostatnim łuku drogi zerknąłem w dół na gospodarstwo Murassaz (24,1 km), po czym pognałem przed siebie do kresu szosy. Zgodnie z planem zatrzymałem się gdy zbrakło mi asfaltu pod kołami, acz po zastanej tam gruntowej drodze można by pojechać nieco wyżej. W sumie przejechałem w 24,38 kilometra w czasie 1h 34:44 (avs. 15,4 km/h). Finałowy sektor o długości 7,98 kilometra pokonałem w 35:08 (avs. 13,6 km/h z VAM 1014 m/h). Najdłuższy segment „opracowany” przez stravę obejmuje tu dystans 22,92 kilometra czyli odległość od zakrętu w Verres do centrum Estoul. Tymczasowo okupuję na nim najniższy stopień podium. Lista rankingowa jest długości tej ze szkolnego dziennika, bo zawiera tylko 28 nazwisk. Mój wynik to 1h 29:15 (avs. 15,4 km/h). Podany w tym zestawieniu VAM czyli 932 m/h wydaje się nieco zaniżony, gdyż wyliczono go na bazie ledwie 1386 metrów przewyższenia. Według mapy z veloviewera powinno być co najmniej 1430 metrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2668548528

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2668548528

ZDJĘCIA

20190828_001

FILMY

VID_20190828_162927

VID_20190828_163243

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Estoul została wyłączona

Plan Coumarial

Autor: admin o wtorek 27. Sierpień 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Pont-Saint-Martin (SR44)

Wysokość: 1497 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1163 metry

Długość: 18,5 kilometra

Średnie nachylenie: 6,3 %

Maksymalne nachylenie: 14,4 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Podczas trzech ostatnich dni pobytu w Dolinie Aosty przemierzałem górskie szosy w południowo-wschodniej części tego regionu. We wtorkowe przedpołudnie i środowe popołudnie testowałem swe siły w dolinach z obszaru La Bassa Valle d’Aosta. Natomiast w czwartek start do obu wspinaczek dziewiątego etapu wyznaczyłem sobie w Saint-Vincent, miasteczku powstałym tam gdzie Dora Baltea skręca na południe, ku Nizinie Padańskiej. We wcześniejszych latach w dolnej części tego regionu poznałem tylko podjazd wiodący przez Valle di Champorcher w Alpach Graickich. Dlatego teraz chciałem koniecznie zobaczyć dwie doliny z lewego brzegu wspomnianej rzeki. Te wchodzące w głąb Alpom Pennińskich, zmierzające w stronę Massiccio del Monte Rosa. Olbrzymiego masywu górskiego słynącego z dwunastu szczytów o wysokości ponad 4000 metrów n.p.m. Miałem jednak pewien problem. Zarówno Valle di Gressoney (znana też jako Valle del Lys) jak również Valle d’Ayas (alias Valle dell’Evancon) są bardzo długie i wnoszą się ku północy raczej łagodnie. Szosowe drogi, które w nich wytyczono to SR44 i SR45. Ta pierwsza ma długość aż 38 kilometrów i średnie nachylenie niespełna 4%. Natomiast druga liczy sobie 31 kilometrów przy średniej 4,2%. Na tej wyprawie niespecjalnie miałem czas na tak długie podjazdy. Poza tym chciałem też uniknąć występujących na nich dłuższych odcinków o znikomej lub żadnej stromiźnie. Jednym słowem chciałem poznać obie te doliny, ale zarazem w możliwie najkrótszym czasie zaliczyć kolejne wspinaczki z prawdziwego zdarzenia. To jest takie o dużym przewyższeniu i zarazem solidnym średnim nachyleniu. Musiałem zatem pokombinować na etapie planowania. Z pomocą przyszła mi lista wzniesień z książki „PeViB-20” autorstwa Franco Cuaza i Stefano Marty. Rozwiązanie tego dylematu okazało się dość proste i podobne dla obu dni. Sprowadzało się ono do pokonania pierwszych 10-15 kilometrów na jednej lub drugiej drodze regionalnej, po czym odbicie w prawo i wykończenie podjazdu na bardziej stromym szlaku kończącym się u kresu szosy w dość anonimowym miejscu, gdzieś w górskiej głuszy.

Jeśli chodzi o wtorkowy etap to pomysł ten oznaczał start w Pont-Saint-Martin i przejechanie 10,7 kilometra drogą SR44 do wysokości 833 metrów n.p.m. Następnie biorąc kurs na południowy-wschód miałem się pokonać dalsze 7,5 kilometra ku mecie na Plan Coumarial (1450 m. n.p.m.). Pierwsza część tej trasy z przeciętnym nachyleniem 4,7%, zaś druga o średniej stromiźnie 8,1%. Rzeczywistość okazała się bogatsza niż książkowa teoria, o czym będzie jeszcze okazja wspomnieć. Zaliczyłem 18,5-kilometrowy podjazd z przewyższeniem grubo przekraczającym 1100 metrów. Tym niemniej co do samej Valle du Lys to poznałem ledwie jej trzecią część, rzec można dolną tercję. Jak obliczyłem pokonałem 27% jej długości i 33% jej przewyższenia. Szosa dociera w niej bowiem na maksymalną wysokość 1835 metrów n.p.m. w osadzie Stafal. Przejechałem kolejno przez gminy: Pont-Saint-Martin, Perloz, Lillianes i Fotainemore. Natomiast nawet nie zahaczyłem o wyżej położone wsie związku komunalnego Walser. Zamieszkane przez górali o germańskim rodowodzie, wywodzonym od plemienia Alemanów. Należą do niego miejscowości takie jak: Issime, Gaby, Gressoney-Saint-Jean i Gressoney-la-Trinite. Tym samym mam dobry powód by jeszcze kiedyś wrócić w te strony. Pont-Saint-Martin to pierwsza miejscowość, którą napotkamy po wjeździe do Valle d’Aosta od strony Piemontu. Swą nazwę zawdzięcza św. Marcinowi, który według legendy podstępem skłonił diabła do wybudowania lokalnego mostu w jedną noc. Miasteczko to w pierwszej dekadzie XXI wieku aż trzy razy gościło finał Giro delle Valle d’Aosta. Z generalnego triumfu w tym wyścigu cieszyli się tutaj: Marco Marzano (2003), Morris Possoni (2005) i Thibaut Pinot (2009). Natomiast ostatnie etapy owych imprez wygrywali: Francesco Gavazzi, Oscar Gatto i Słoweniec Kristjan Koren. Potem w sezonie 2013 na ulicach Pont-Saint-Martin rozegrano 2,5-kilometrowy prolog, w którym rządzili Niemcy, albowiem Jasha Sutterlin o 81 setnych sekundy wyprzedził Maximiliana Schachmanna. Natomiast w roku 2015 drugi etap GdVA wygrał tu Norweg Odd-Christian Eiking.

Regionalne „Giro dla młodych” zaglądało też w głąb Valle di Gressoney. Piąty etap z roku 2009 zakończył się we wsi Fontainemore (765 m. n.p.m.), gdzie triumfował Francuz Alexandre Geniez. Natomiast we wcześniejszych latach młodzi kolarze finiszowali znacznie wyżej, bo w Gressoney-la-Trinite (1624 m. n.p.m.). Piąty odcinek z 2005 roku wygrał w niej Białorusin Branislau Samoilau, zaś trzeci etap w sezonie 2007 Kolumbijczyk Alex Cano, zwycięzca owej edycji GdVA. Przede wszystkim trzeba jednak wspomnieć o jedynej wizycie wielkiego Giro d’Italia. W dolinie tej zakończył się bowiem dwudziesty etap „La Corsa Rosa” z roku 1995. Jego metę wyznaczono w Gressoney-Saint-Jean, na wysokości 1385 metrów n.p.m. po przejechaniu przeszło 27 kilometrów drogą SR44. Walkę o prestiżowe zwycięstwo w gminie św. Jana stoczyli dwaj wyborowi „ucieczkowicze” owych czasów. To znaczy Sierhij Uszakow oraz przyszły mistrz olimpijski z Atlanty Pascal Richard. Ukrainiec dość niespodziewanie, lecz zdecydowanie pokonał Szwajcara. Co więcej w lipcu tego samego roku w podobnej dwójkowego rozgrywce ograł Lance’a Armstronga. W ten sposób skompletował zwycięstwa etapowe w trzech Wielkich Tourach, albowiem na Vuelcie triumfował już 1993 roku. Jeśli zaś chodzi o wspomniany etap 78. Giro to zaledwie osiem sekund po zwycięzcy na metę wpadli czołowi zawodnicy owej edycji czyli: reprezentujący Łotwę Piotr Ugriumow, Rosjanin Jewgienij Bierzin oraz Kolumbijczyk Oliveiro Rincon. Natomiast lider i generalny zwycięzca tego wyścigu Tony Rominger finiszował tu ósmy ze stratą 26 sekund. Helwet przyjechał do mety w grupce, którą przyprowadził Claudio Chiappucci. Do podnóża Plan Coumarial wyjątkowo pojechałem nie sam, lecz w towarzystwie Iwony. Nasz 50-kilometrowy wypad z Grand Pollein do Pont-Saint-Martin był bowiem częścią znacznie dłuższej wycieczki, której celem była miejscowość Orta San Giulio. Piemonckie miasteczko z prowincji Novara, leżące nad malowniczym Lago d’Orta. Osobiste odkrycie Mojej Miłej z lata 2010 roku. Korzystając z okazji zapragnęliśmy je znów zobaczyć.

Po dotarciu do Pont-Saint-Martin zatrzymaliśmy się na parkingu przy Piassa del Boschet. Iwona miała dwie i pół godziny na poznanie uroków miasteczka. Ja zaś udałem się na start do ronda przy drodze krajowej SS26. Jazdę rozpocząłem o 9:12 w przyjaznej temperaturze 23 stopni. Na mecie mój licznik zanotował 19. Pierwsze 400 metrów przejechałem po Via della Resistenza kierując się jakby ku centrum miejscowości. To był łagodny odcinek o nachyleniu niespełna 4%. Następnie trzymając się drogi SR44 skręciłem ostro w prawo, aby rozpocząć wspinaczkę w głąb Valle del Lys. Pierwsze 3 kilometry za owym zakrętem są całkiem solidne. Na tym segmencie trzeba się uporać ze średnią stromizną 7,4%. Droga początkowo wiodła na południe, ale już na wysokości Stigliano Superiore (1,1 km) zawróciła o 180 stopni. Przejechawszy 1,8 kilometra minąłem boczną drogę do wioski Ivery. Na tutejszym przystanku autobusowym natrafiłem na ogłoszenie związane z przebiegiem trasy ostatniej edycji Giro delle Valle d’Aosta. Jak ustaliłem podjazd z Pont-Saint-Martin przez Ivery do Fabiole był premią górską drugiej kategorii na piątym etapie GdVA-2019. Moja droga nr 44 ciut wyżej rozdwoiła się. Pomiędzy dwoma pasami puszczono bowiem trzy rury schodzące ku miejskiej elektrowni wodnej. Podjazd złagodniał w połowie czwartego kilometra, tuż przed 200-metrowym tunelem Rechantez. Po jego drugiej stronie wjechałem do Tour d’Hereres (4,1 km). Natomiast w Barmette (4,5 km) minąłem boczną dróżkę w lewo, którą można dojechać do osady Pesse (1371 m. n.p.m.). To całkiem ostra wspinaczka, albowiem na dystansie 8,5 kilometra trzeba pokonać 706 metrów przewyższenia. Tymczasem ja do początku siódmego kilometra mogłem „odpoczywać” w niemal płaskim terenie. Mój podjazd odżył dopiero na dojeździe do Rouby (6,5 km). Niebawem, na początku ósmego kilometra przejechałem przez wieś gminną Lillianes. Niemniej większe wrażenie zrobiła na mnie Fontainemore (9,4 km) ze średniowiecznym mostem wiodącym do kościoła parafialnego. Tuż za tą miejscowością przejechałem na prawy brzeg Lys. Po tej stronie potoku minąłem osadę Niana (9,8 km) i niespełna kilometr dalej po około 36 minutach jazdy rozstałem się z szosą SR44.

Wróciłem na lewy brzeg Lys i począwszy od wioski Colombit (10,9 km) wznowiłem wspinaczkę. Pierwszy kilometr z przejazdem nad potokiem Pacoulla doprowadził mnie do Pian Pervero (11,9 km). Pod koniec trzynastego kilometra pokonałem stromy wiraż na wysokości Jugeo Ruines (12,8 km). Przez pierwsze trzy kilometry dróżka wiodła niemal prosto na południe. Dopiero za Chuchal (13,8 km) zaczęła się piąć krętym szlakiem po serpentynach w kierunku wschodnim. Kilometr za tą wioską był najtrudniejszym ze wszystkich, gdyż miał średnie nachylenie 10,5%. Bardziej stromo, acz na krótszym odcinku było przy bocznej dróżce do Pillaz (15,4 km), gdzie trzeba było pokonać stromiznę 12,8%. Skręciłem w przeciwną stronę i wkrótce dotarłem do Pra Dou Sas (15,8 km), gdzie działa Ecomuseo della Media Montagna. Po przejechaniu 16,9 kilometra nachylenie spadło z około 9 do 5% i utrzymało się na umiarkowanym poziomie przez kilkaset metrów. Pod koniec tego łatwiejszego odcinka minąłem osadę Goy (17,5 km). Nieco trudniej było na ostatnich metrach przed Plan Coumarial (18 km). Potem przejechałem 200-metrowe „falsopiano” wzdłuż długiego parkingu tej strefy wypoczynkowej. Na jego końcu czekała mnie niespodzianka. Spodziewałem się końca szosy i początku gruntowej ścieżki. Tymczasem asfaltowa droga biegła sobie dalej. Postanowiłem sprawdzić jak wysoko mnie zawiedzie. Finał okazał się stromą 400-metrową ścianką, na której pokonałem dodatkowe 50 metrów w pionie. Prawdziwy „kolec jadowy na ogonie” czyli średnio 12,5% przy max. 14,4%. Zatrzymałem się dopiero po wjeździe na szutrowy szlak wiodący do sztucznego Lago Vargno u granic Rezerwatu Przyrody Mont Mars. Przejechałem dystans 18,57 kilometra w czasie 1h 14:34 (avs. 14,9 km/h). Na całej górze dało to prędkość pionową 936 m/h. Niemniej wobec płaskich odcinków w dolinie Gressoney trudno było o dobry wynik. Tam gdzie nachylenie było wyższe wspinałem się całkiem żwawo. Na pierwszym 3 kilometrach za Pont-Saint-Martin wykręciłem VAM 1017 m/h, zaś na odcinku 7,5 kilometra powyżej Colombit nawet 1046 m/h. Z kolei na segmencie „Plan de Coumarial” ze stravy uzyskałem 18. wynik pośród 184 zarejestrowanych czasów.

Gdy zjechałem do Pont-Saint-Martin niemal od razu udaliśmy się w dalszą drogę. Mieliśmy do przejechania jeszcze blisko 120 kilometrów. Na szczęście w większej części trasa ta wiodła po autostradach. Dopiero w samej końcówce trzeba było skorzystać z drogi SP229. Około wpół do drugiej byliśmy na miejscu. Orta San Giulio to miasteczko z nieco ponad tysiącem mieszkańców, położone na wschodnim brzegu Lago d’Orta. Jezioro to jest wielokrotnie mniejsze od takich alpejskich gigantów jak: Garda, Maggiore czy Como, lecz równie malowniczo położone. Ma tylko 18,1 km2 powierzchni i maksymalną głębokość 143 metrów. Leży na pograniczu dwóch piemonckich prowincji Novara i Verbano-Cusio-Ossola. Największym miastem u jego brzegów jest Omegna. Nasz cel czyli Orta San Giulio jest turystyczną perełką wpisaną na listę „I borghi piu belli d’Italia”. Może się też pochwalić „pomarańczową banderą” przyznaną przez Touring Club Italiano. Miejscowość ta słynie z wąskich uliczek, na których ruch samochodowy został niemal wyeliminowany. Ciekawić może zatem, gdzie zlokalizowano etapową metę z Giro d’Italia 1975. Szesnasty odcinek tej imprezy wygrał tu bowiem Włoch Fabrizio Fabbri. Ponad miastem wznosi się Sacro Monte di Orta wpisane na listę UNESCO w 2003 roku. Iwona odkryła dla nas Ortę w lipcu 2010 roku, gdy ja wspinałem się na pobliską górę Mottarone. W trakcie spaceru po miasteczku w miejscowej galerii kupiliśmy obraz przedstawiający widok na Isola San Giulio. Wtedy jednak nie opuściliśmy stałego lądu i dopiero teraz nadrobiliśmy to niedopatrzenie. Na Piazza Motta poszliśmy na przystań i kupiliśmy bilety (kilka Euro od osoby za kurs w obie strony) na krótki rejs ku wspomnianej wysepce. Swą nazwę zawdzięcza ona św. Juliuszowi z Novary, który wedle legendy przypłynął tu na swym płaszczu i uwolnił ją od obecności smoków i węży. Wyspa jest malutka, ma 275 metrów długości i 140 metrów szerokości. Piesza trasa po jej obwodzie liczy sobie tylko 650 metrów. Tym niemniej Isola jest gęsto zabudowana i stale zamieszkana, w tym przez mnichów benedyktyńskich z Abbazia Mater Ecclesiae. Aczkolwiek jej najcenniejszym zabytkiem jest romańska Basilica di San Giulio, której budowę rozpoczęto w XII wieku.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2656793939

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2656793939

ZDJĘCIA

20190827_001

FILMY

VID_20190827_103033

VID_20190827_103759

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Plan Coumarial została wyłączona

Vens

Autor: admin o poniedziałek 26. Sierpień 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Saint-Pierre (SR22)

Wysokość: 1892 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1217 metrów

Długość: 18 kilometrów

Średnie nachylenie: 6,8 %

Maksymalne nachylenie: 12 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Na odcinku pomiędzy Aostą a Courmayeur na prawym brzegu Dora Baltea znajdziemy aż pięć dużych dolin, w tym trzy pierwsze – licząc od strony stołecznego miasta – wchodzące w skład Parku Narodowego Gran Paradiso. Tymczasem na północ od wspomnianej rzeki brak tego rodzaju naturalnych szlaków górskich. Jest za to gęsta sieć krętych dróg prowadząca do rozmaitych wsi i wioseczek rozlokowanych na słonecznych, południowych stokach Alp Pennińskich. Szosą, którą na tym obszarze dociera najwyżej jest ta zmierzająca ku Vens. Ta górska osada położona jest na poziomie 1735 metrów n.p.m. Tym niemniej asfaltowa droga, którą można do niej dojechać tak naprawdę kończy się niespełna dwa kilometry dalej. To znaczy w pobliżu maleńkiego jeziora na wysokości aż 1892 metrów n.p.m. Przyznam, że 18-kilometrowy z miasteczka Saint-Pierre do Vens spodobał mi się od pierwszego wejrzenia. To jest od zapoznania się z opisem i profilem górki nr 44 w książce „PeViB-20”. Niemały dystans, spore przewyższenie i solidne nachylenie zwróciły moją uwagę. Nieprzeciętna regularność tego wzniesienia była w moich oczach dodatkowym atutem. Wiadomo wszak, iż „góralom wagi ciężkiej” trudniej o zmianę rytmu podczas jazdy. Lepiej pasują nam podjazdy równe i ten był tego niemal podręcznikowym przykładem. Dość powiedzieć, iż na pierwszych 9 kilometrach tej wspinaczki miałem do pokonania 607 metrów w pionie, zaś w trakcie drugiej połowy 610. Różnica nieodczuwalna. Oczywiście były tu zarówno półkilometrowe odcinki o nachyleniu 5% jak i znacznie trudniejsze ze stromizną rzędu 9%. Tym niemniej zdecydowana większość zbliżona była do średniej wartości nachylenie i trzymała na poziomie od 6 do 8%. O wiosce Vens trudno coś więcej napisać. Jak większość tego typu prowincjonalnych górskich wiosek miejscowość ta powoli wymiera. Mamy tu romański kościółek, Hotel Ristoro Vagneur oraz kilkadziesiąt domów, z czego większość opuszczonych. W roku 2012 mieszkało tam ledwie 21 stałych mieszkańców. W każdym razie wioska ta jest świetnym punktem widokowym na cuda natury po przeciwnej stronie rzeki Dora Baltea. To znaczy na szczyt Grivola (3969 m. n.p.m.), okazały lodowiec Rutor oraz doliny Valsavaranche, Val di Rheims i Valgrisenche.

Podjazd miałem zacząć w Saint-Pierre. Miasteczko to poznałem już przelotnie we wcześniejszych dniach. To jest podczas dojazdów do Villeneuve czy Arvier oraz w trakcie naszej wycieczki do Courmayeur na przejazd kolejką Skyway. Wiedziałem już zatem, gdzie trzeba będzie zjechać z drogi SS26. W poniedziałkowy poranek miłą niespodzianką okazał się zaś duży i niemal pusty parking w pobliżu miejsca startu. Miejscowość ta ma bogatą historię, sięgającą średniowiecza o czym świadczy aż dwa ładnie zachowane zamki znajdujące się w jej granicach. Oba wybudowano na lewym brzegu Dory Baltei, acz współcześnie „rozdziela” je wspomniana szosa krajowa. Dzieje Castello di Saint-Pierre sięgają roku 1191, gdy jego budowę na skalistym wzgórzu rozpoczął możny ród De Sancto Petro. Dziś ta efektowna budowla jest własnością gminy Saint-Pierre. Od roku 1975 przy zamku działa regionalne muzeum nauk przyrodniczych. Z kolei Castello Sarriod de la Tour powstało w roku 1420 na miejscu XII-wiecznych budowli tzn. kaplicy oraz wieży z murami obronnymi. Położony jest w pobliżu rzeki i współcześnie należy do regionu Valle d’Aosta. Wystartowałem o godzinie 8:17 z miejsca u podnóża zamku św. Piotra. Mimo tak wczesnej pory na starcie zanotowałem temperaturę na poziomie 20 stopni. Potem sięgnęła ona maksymalnie 21, zaś na samej górze spadła do 18. Pierwsze 8,2 kilometra tej wspinaczki prowadzi po drodze SR22. Ten segment służyć też może za dolną „połówkę” niespełna 16-kilometrowego podjazdu do położonej bardziej na wschód wioski Vetan (1769 m. n.p.m.). Po dwustu-trzystu metrach jazdy minąłem parking, na którym zostawiłem auto oraz budynek spółdzielni rolniczej Cofruits. Przejechawszy przez Pommier (0,5 km) i Ordines (0,8 km) szybko dotarłem do Vereytaz (1,3 km). Za tą osadą szosa zawróciła ku głównej dolinie, na niespełna kilometr biorąc kierunek południowo-zachodni. Następnie na odcinku półtora kilometra musiałem przejechać aż sześć wiraży. Po czym na wysokości skrętu do Rumiod (3,7 km) droga skierowała się wyraźniej na zachód. Niebawem, bo na początku piątego kilometra wjechałem na teren Saint-Nicolas. Gminy, do której przynależy wioska Vens.

Na początku szóstego kilometra, po kolejnej serpentynce, dojechałem do Gratillon (5,4 km). Natomiast kilkaset metrów dalej minąłem osadę Ferrere (6 km). Do tego momentu nachylenie podjazdu było umiarkowane. Na najsztywniejszym półkilometrowym odcinku średnio 7,4%, zaś maksymalnie 9,2%. Trudniej zrobiło się dopiero na dojeździe do Saint-Nicolas / Fossaz (7,8 km). Sektor o długości 1,6 kilometra poprzedzający wjazd do tej miejscowości miał średnio 8,5%, zaś chwilowa stromizna sięgnęła 11,5%. Sam przejazd przez wieś pod wezwaniem św. Mikołaja częściowo prowadził po kostce. Niemniej drobnej i równo położonej, więc ta nawierzchnia nie wybiła mnie z rytmu. Jeśli wierzyć stravie segment z Veyretaz do Fossaz przejechałem w 28:22 (avs. 14,6 km/h z VAM 964 m/h). Niepozorna Saint-Nicolas słynie w regionie jako ośrodek studiów na językiem franko-prowansalskim. Lokalizacja tej „szkoły” nie jest przypadkowa, albowiem w tej miejscowości urodził się Jean-Baptiste Cerlogne. Ten XIX-wieczny duchowny i poeta uchodzi za twórcę gramatyki jak i autora pierwszego słownika w dialekcie patois czyli oryginalnej mowy mieszkańców Doliny Aosty. Po przebyciu 8,2 kilometra czyli na pierwszym wirażu powyżej Fossaz musiałem skręcić w lewo by wjechać na drogę SR26. Rozjazd ten znajduje się na wysokości 1218 metrów n.p.m. Jazda na wprost oznaczałaby wjazd na szosę SR41 (Strada dei Salassi). Tą ścieżką dojechałbym do Verrogne, acz od przeciwnej strony niż uczyniłem to w niedzielne popołudnie. Natomiast skręcając w lewo na wysokości Petit-Sarriod mógłbym też zakończyć podjazd we wspomnianej już wiosce Vetan. Na nowej drodze zabawiłem jednak ledwie przez 800 metrów. W tym czasie w okolicy potoku Gaboe minąłem „calanchi” alias „Le Piramidi di Terra” czyli specyficzne formacje skalne będące wynikiem erozji piaskowca. Na początku dziesiątego kilometra aby kontynuować wspinaczkę musiałem odbić w prawo na cichszą, boczną dróżkę do Vens. Lewa opcja była zjazdowa i zawiodłaby mnie do położonej w głównej dolinie wioski Avise.

Pierwsze dwa kilometry na lokalnej ścieżce czyli dziesiąty i jedenasty okazały się wymagające. Ten odcinek miał średnie nachylenie 8,2%, zaś pierwsze 500 metrów nawet 9%. Natomiast maksymalna stromizna sięgnęła tu 10,9%. Zdecydowanie luźniej zrobiło się za to w połowie dwunastego kilometra na dojeździe do osady Clavel (1480 m. n.p.m.). Potem trzeba było jeszcze solidnie popracować na kilometrze trzynastym oraz w drugich połowach czternastego i piętnastego. Na każdym z tych sektorów średnie nachylenie przekraczało 7%, zaś chwilowa stromizna oscylowała na poziomie od 10,7 do 11,3%. Na początku szesnastego kilometra nachylenie było już umiarkowane. Natomiast na ostatnich 600 metrach przed Vens (16 km) jeszcze bardziej spuściło z tonu wynosząc ledwie 3,3%. Byłby to zatem teren pod całkiem żwawy finisz, gdyby tylko ów podjazd kończył się w tej wioseczce. Niespełna 7-kilometrowy segment od opuszczenia drogi SR26 pokonałem w 28:22 (avs. 14,8 km/h z VAM 1048 m/h). Najmocniejszy kawałek tego wzniesienia był jednak dopiero przede mną. Zamiast pojechać na wprost między wioskowe domki musiałem wziąć zakręt w prawo by rozpocząć finałowy fragment podjazdu. Odcinek o długości 1,9 kilometra przy średniej 8,8% i maksimum 12%. Składał się on z dwóch stromych kawałków przedzielonych 200-metrowym wypłaszczeniem. Pierwszy liczył sobie 700 metrów ze średnią 9,4 %, zaś drugi 1000 metrów z przeciętną 8,5%. Jak wiadomo „koniec wieńczy dzieło”, więc postanowiłem się sprężyć. Udało mi się przejechać ten sektor w 8:49 (avs. 12,7 km/h) co jest obecnie 9. pośród 138 wyników odnotowanych na stravie. Natomiast na najdłuższym segmencie obejmującym 17,77 kilometra spędziłem 1h 15:15 (avs. 14,2 km/h z VAM 969 m/h). Gdy skończył się asfalt przejechałem jeszcze ze sto metrów drodze gruntowej, aby zerknąć na miejscowe „laghetto” z północnej strony. Ten szutrowy szlak wiedzie na Col du Mont Joux (1930 m. n.p.m.), a nawet wyżej ku gospodarstwu Bettex. Z przydrożnej tablicy dowiedziałem się, że gmina Saint-Nicolas zimą wabi biegaczy narciarskich. O śnieg mogą się oni pomodlić w wybudowanym nieopodal jeziorka Chiesa della Madonna delle Nevi.

Wjazd do kresu szosy ponad Vens nie był moją jedyną wspinaczką w tym dniu. Kolejna była znacznie krótsza, bo około 4-kilometrowa. Niemniej tym razem przeszło 450 metrów w pionie trzeba było pokonać z buta. Postanowiłem bowiem zrealizować pomysł, na który wpadłem w piątkowy poranek. Pojechaliśmy do Val di Rhemes. Zatrzymaliśmy się na ostatnim parkingu w tej dolinie tj. na wysokości około 1850 metrów n.p.m. Celem naszej pieszej wędrówki było Rifugio Gian Federico Benevolo czyli górskie schronisko wybudowane na wysokości 2296 metrów n.p.m. Najpierw przeszliśmy szosą 700 metrowy odcinek do kresu drogi SR24. Na granicy lasu rozpoczęliśmy wspinaczkę szlakiem nr 13. Trasa zróżnicowana, albowiem składająca się zarówno ze stromych podejść jak i niemal płaskich odcinków wiodących przez górskie łąki. Wedle informacji turystycznej obliczona na pokonanie w ciągu 95 minut. Widoki mieliśmy przepiękne. Poruszaliśmy się wszak wzdłuż zachodniej granicy Parku Narodowego Gran Paradiso. Najpierw minęliśmy gospodarstwo Fos, potem ruiny osady Alpe Barmaverain. Obok naszego szlaku szumiały wody potoku Dora di Rhemes. Po przeszło godzinie marszu wyszliśmy na drogę szutrową w rejonie Gran-Golettaz. Tu wraz z innymi piechurami zatrzymaliśmy się na kilka minut by podziwiać imponujący wodospad. Gdy na wspomnianym szlaku gruntowym ujrzałem samochód doszedłem do wniosku, iż to dalszy ciąg szutrowej drogi zaczynającej się tam, gdzie ja w piątek zakończyłem swoją kolarską wspinaczkę. Na dobrą sprawę dróżka ta wyglądała na tyle przyzwoicie, iż można się chyba pokusić o dotarcie do Rifugio Benevolo rowerem szosowym, a tym bardziej trekkingowym, przełajowym czy gravelowym. Od wodospadu do schroniska można było dojść dłuższym szlakiem po wspomnianej drodze bądź też skrócić sobie ten odcinek w dwóch miejscach wspinając się stromą ścieżką po górskim zboczu. W końcówce przeszliśmy przez pastwiska Lavassey i dokładnie o godzinie piętnastej zameldowaliśmy się na mecie. Schronisko miało w tym czasie bez mała kilkudziesięciu gości. Nie pokonaliśmy tylu metrów w pionie co podczas wypraw na Śnieżkę (2013) czy Śnieżnik (2016). Nie weszliśmy równie wysoko jak w trakcie niedokończonego trekkingu do Rifugio Savoia. Niemniej dotarliśmy do celu i to był nasz wspólny sukces.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2652528538

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2652528538

ZDJĘCIA

20190826_001

FILMY

VID_20190826_093630

VID_20190826_095330

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Vens została wyłączona

Verrogne

Autor: admin o niedziela 25. Sierpień 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Aosta / Brenlo (Via G. de Chevreres)

Wysokość: 1582 metry n.p.m.

Przewyższenie: 980 metrów

Długość: 13,8 kilometra

Średnie nachylenie: 7,1 %

Maksymalne nachylenie: 12,1 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Tej góry nie miałem w planach. Nie wpisałem jej na listę dziesięciu podjazdów, które koniecznie muszę w tych dniach zobaczyć. Wpadła do programu w ostatniej chwili i nieco z przypadku. Iwonie odnowiła się kontuzja stopy, więc w niedzielne popołudnie wolała wypocząć w przydomowym ogrodzie nie opuszczając Grand Pollein. Zasugerowała bym znalazł sobie jakieś sportowe wyzwanie na te parę godzin. Jednym słowem dostałem dyspensę, dzięki której mogłem odrobić swą wtorkową zaległość. Nie wybrałem jednak podjazdu do Blavy (1468 m. n.p.m.), który wówczas odpuściłem. Pomyślałem za to o innej wspinaczce zaczynającej się na ulicach Aosty, acz po zachodniej stronie miasta. Pojechałem na spotkanie z Verrogne, która w sezonie 2019 zadebiutowała na Giro d’Italia. Na czternastym etapie tego wyścigu była drugą z pięciu premii górskich. Organizatorzy przyznali temu wzniesieniu pierwszą kategorię, zaś kolarze pokonali ją na 80 km przed metą w Courmayeur. Przez tą górską wieś przebiega droga SR41. Znana jako strada dei Salassi. Szosa ta swą obiegową nazwę zawdzięcza celtyckiemu plemieniu, które w starożytności władało ziemiami nad Dora Balteą. Salassi zostali podbici przez Rzymian w 25 roku p.n.e. Wtedy też właśnie żołnierze cesarza Oktawiana Augusta u zbiegu wspomnianej rzeki i potoku Buthier założyli warowne miasto Augusta Praetoria Salassorum, znane dziś jako Aosta. Do Verrogne wjeżdża się z dwóch stron, lecz wspinaczkę ku niej można zacząć w aż pięciu różnych miejscach znajdujących się przy drodze krajowej SS26. Po pierwsze w Avise tak jak na zachodnim profilu z „cyclingcols”. Wówczas pierwsze kilometry podjazdu prowadzą po SR26, zaś cały podjazd ma długość 15,6 kilometra przy średniej 5,1%. Można też wystartować z Saint-Pierre rozpoczynając podjazd na drodze SR22. Ta opcja została wykorzystana na Giro w roli zjazdu. Oba zachodnie szlaki łączą się na wysokości 1220 metrów n.p.m. w pobliżu Saint-Nicolas. Pamiętam, że w 2013 roku opracowując trasę dwunastego etapu Route des Grandes Alpes rozważałem wykorzystanie podjazdu z Avise do Verrogne. Ostatecznie się na to nie zdecydowałem i dobrze, bowiem wielka Colle di Gran San Bernardo mogłaby być „ciężkostrawna” po jakiejkolwiek przystawce.

Wspomniana strona „cyclingcols” początek wschodniej wspinaczki widzi w miasteczku Sarre. To najbardziej stroma opcja, bo o długości 12,4 kilometra i średniej 7,8%. Pierwsze kilometry tego podjazdu wiodą lokalnymi drogami, po czym na poziomie około 800 metrów n.p.m. ścieżka ta łączy się ze szlakiem wykorzystanym przez wyścig Dookoła Włoch. „Profi” rozpoczęli swą wspinaczkę w aostańskiej dzielnicy Brenlo, skąd mieli do pokonania 13,8 kilometra z przeciętnym nachyleniem 7,1%. Na premii górskiej pierwszy zameldował się Włoch Giulio Ciccone z ekipy Trek, który na Giro 2019 wygrał klasyfikację górską oraz etap z metą w Ponte di Legno. Piąty pomysł na podjazd do Verrogne podsuwała zaś książka „PeViB-20”. Jej autor początek wspinaczki umiejscowił na drodze Via Gran San Bernardo. Według niego dwa pierwsze kilometry należy przejechać po szosie SS27, zaś cztery kolejne po regionalnej SR38. Na początku siódmego kilometra wjeżdża się potem na wspomnianą już SR41. Strada dei Salassi jest bowiem górską drogą biegnącą na wysokości ponad 1000 metrów n.p.m. od Arpuilles na wschodzie po okolice Saint-Nicolas na zachodzie. Równolegle do głównej doliny i z najwyższym swym punktem w Verrogne. Piąta opcja wspinaczki łączy się z trzecią i czwartą nieopodal osady Caillod, na wysokości około 1200 metrów n.p.m. Jest najdłuższa, bo ma w sumie 19 kilometrów przy średnim nachyleniu 5,2%. Mocno zaniżonym za sprawą przeszło 4-kilometrowego odcinka z Lin Blanc do Ville sur Sarre, na którym traci się 89 metrów ze zdobytej wcześniej wysokości. Zwyciężyła magia Giro d’Italia, więc ruszyłem do Verrogne szlakiem kolarskich asów. Teoretycznie podjazd ten w przeciwieństwie do wszystkich pozostałych z mojej sierpniowej listy nie miał 1000 metrów przewyższenia. Według profilu rodem z oficjalnej strony Giro pomiędzy główną ulicą Aosty a Verrogne różnica poziomów wynosi „tylko” 980 metrów. Tym niemniej do pokonania w pionie jest de facto 1001, albowiem trzeba odzyskać wysokość straconą na kilkusetmetrowym zjeździe w dolnej partii wzniesienia. Ja „załatwiłem” sobie amplitudę nawet 1038 metrów, po tym jak w połowie trzeciego kilometra na skutek błędu zamiast pojechać prosto do Pleod, zrazu odbiłem w prawo do Oveillan.

Podjazd rodem z Giro zaczął się na Via Gilles de Chevreres. Dojechałem w to miejsce samochodem, który zostawiłem na pustym w tym dniu parkingu przy zakładzie oponiarskim Delta Pneumatici. Słońce ostro grzało, na starcie licznik zanotował 34 stopni. Po doświadczeniach z górskich szos w okolicy Grenoble obawiałem się czy w tak cieplarnianych warunkach dobrze wytrzymam tą wspinaczkę. Poszło nadspodziewanie gładko. Klucze do tego sukcesu były dwa. Po pierwsze przedpołudniową wspinaczkę pod Diga di Place Moulin odbyłem przy umiarkowanej temperaturze. Po drugie między dwiema górami wpadłem do bazy na obiad czyli przed kolejnym wysiłkiem naładowałem „akumulatory”. Dzięki temu upał mnie nie zmógł, choć bardzo się starał. Średnia temperatura z całego podjazdu to 33 stopni, max. 36, zaś na szczycie w Verrogne niespecjalnie rześkie 30. Jednym słowem – niezły piekarnik. Tymczasem wzniesienie, z którym miałem się zmierzyć było całkiem poważne. Można je podzielić na trzy fragmenty podjazdu i jeden, krótki odcinek zjazdowej pauzy. Najpierw 2,55 kilometra do bivio Oveillan ze średnią 7,9%. Potem 600 metrów luzu na dojeździe do Pleod. Po czym 5,2 kilometra o przeciętnym nachyleniu 8,1% na dojeździe do Ville-sur-Sarre (Caillod). Na koniec zaś 5,45 kilometra ze średnią niespełna 7% na wspomnianej drodze SR41 o celtyckim przydomku. Wystartowałem o godzinie 15:04 czyli w porze sjesty. Po przebyciu pierwszych 800 metrów pokręciłem się chwilę w kółko nie będąc pewnym gdzie dalej jechać. Ostatecznie skręciłem w lewo ku wiosce Pont d’Avisod co okazało się słuszną decyzją. Śladów po Giro nie brakowało. Mijałem rozmaite napisy na szosie czy też różowe „rowerki” przyczepione do płotów lub balkonów. Już na początku drugiego kilometra musiałem się zmierzyć ze stromizną przekraczającą 12%. Kilometr dalej minąłem osadę Champlan. Niemniej chyba za bardzo skoncentrowałem się na podjeździe. W połowie trzeciego kilometra trzeba było rozpocząć kilkusetmetrowy zjazd. Tymczasem ja wziąłem wiraż w prawo i pocisnąłem dalej pod górę ślepą drogą do wioski Oveillan. Tym sposobem nadrobiłem półtora kilometra dystansu i straciłem blisko sześć i pół minuty czasu.

Wróciwszy na właściwą drogę sturlałem się do Pleod. Po wznowieniu wspinaczki jechałem prosto na zachód. Dopiero pod koniec szóstego kilometra droga wybrała kierunek północny. Środkowy segment podjazdu wiódł krętym szlakiem przez osiem wiraży, z których ostatni oznaczał wjazd na panoramiczną SR41. Zanim do niej dotarłem minąłem wioskę Vareille (7,7 km) i wybudowany na jej skraju kościółek pod wezwaniem San Pietro – Madonna dei Angeli. Trzecia tercja tego wzniesienia wiodła już po Strada dei Salassi i miała swe trudne kawałki. Jeden półkilometrowy odcinek o średniej stromiźnie 9,2% oraz trzy o przeciętnym nachyleniu 8,2%. Po lewej ręce otwierał się niekiedy wspaniały widok na górskie szczyty piętrzące się po południowej stronie głównej doliny. Przede wszystkim na górę Monte Emilius (3559 m. n.p.m.) bezpośrednio górującą nad stołeczną Aostą. Po minięciu osady Bellun (11,9 km) droga bardziej zdecydowanie obrała zachodni kierunek. W połowie trzynastego kilometra swej omyłkowo wydłużonej trasy wjechałem na teren gminy Saint-Pierre, do której przynależy wioska Verrogne. Na początku czternastego kilometra minąłem osadę Homene Dessus. Gdy zostawiłem za plecami boczną dróżkę do osady Combellin miałem do przejechania jeszcze półtora kilometra. Przydrożna tablica kusiła zjazdem do La Barmaz, lecz ja postawiłem przed sobą wyższy cel, który miałem już niemal na wyciągnięcie ręki. W końcu po przejechaniu 14,8 kilometra minąłem biały kościółek i towarzyszącą mu dzwonnicę, a także tablicę z napisem „Verrogne 1595 m. s.l.m.”. Tym niemniej licznik wyłączyłem nieco dalej, na wysokości małego parkingu po lewej stronie drogi. Najdłuższy segment ze stravy zatytułowany „Salita Giro d’Italia 2019” obejmował ostatnie 10,46 kilometra. Przejechałem go w czasie 47:24 (avs. 13,2 km/h z VAM 1017 m/h). Zatem całkiem żwawo jak na drugi podjazd dnia. Z grubsza 60 najlepszych wyników pochodzi z 25 maja 2019 roku czyli czternastego etapu ostatniego Giro. Giulio Ciccone się tu nie zapisał. KOM należy do Damiano Caruso, który tą część podjazdu pokonał w 32:09. Grupa liderów z Rogliczem, Nibalim i Carapazem dopiero „rozgrzewała swe silniki” wspinając się w czasie 33:21.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2650901673

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2650901673

ZDJĘCIA

20190825_075

FILMY

VID_20190825_161415

VID_20190825_162631

VID_20190825_163652

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Verrogne została wyłączona

Diga di Place Moulin

Autor: admin o niedziela 25. Sierpień 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Moulin / Rhins (SR28)

Wysokość: 1982 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1199 metrów

Długość: 24,4 kilometra

Średnie nachylenie: 4,9 %

Maksymalne nachylenie: 10,7 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Weekend był początkiem 6-dniowej sesji w Alpach Pennińskich, po ich północnej stronie zwanych Alpami Walijskimi od nazwy szwajcarskiego kantonu Valais (z niem. Wallis). Od soboty do czwartku dane mi było zaliczyć w sumie osiem kolarskich podjazdów w tych majestatycznych górach o szczególnej skali nawet jak na Alpy. Dzieli się ono na szereg masywów, z których najpotężniejszy i najwyższy jest Monte Rosa z kulminacją na Dufourspitze (4634 m. n.p.m.). Według polskiej wikipedii w Alpach Pennińskich jest aż 41 szczytów o wysokości ponad 4000 metrów n.p.m. Co oznacza, iż co drugi alpejski „czterotysięcznik” znajduje się na ich terenie. Dokładnie zaś między Col du Petit Ferret (2490 m. n.p.m.) na zachodzie a Simplonpass (2005 m. n.p.m.) na wschodzie. Poprzedni raz bawiłem w tych górach dwa lata wcześniej. W sierpniu 2017 roku, gdy przez 11 dni naszą bazą była stacja Nendaz ponad Sionem. W trakcie tamtej wyprawy pokonałem 18 dużych wzniesień, w tym 10 po południowej stronie Rodanu. Pośród nich były mające przeszło 1500 metrów przewyższenia wspinaczki pod Croix de Couer, Lac de Moiry, Barrage de la Grande-Dixence, Thyon 2000 i Mattmark See. Po włoskiej stronie granicy na równie wielkie wyzwania nie mogłem liczyć. Jedyną „premią górską”, która tu mogła usunąć w cień wszystkie wyżej wymienione jest Colle del Gran San Bernardo z amplitudą niemal 1900 metrów. Tą przełęcz miałem już jednak w swej kolekcji, więc nie wpisałem jej na tegoroczną listę. Na niej największym był podjazd do Estoul z różnicą wzniesień 1505 metrów. Przeznaczony na środę czyli przedostatni dzień naszego pobytu w Dolinie Aosty. Pozostałe też trzymały wysokie standardy. Każdy z podjazdów, które w tych dniach wybrałem, na trasach Touru de France czy Giro d’Italia otrzymałby co najmniej pierwszą kategorię. W książce podjazd z Variney do Diga di Place Moulin wyceniono na „czwórkę”. Podobnie jak moją piątkową wspinaczkę przez Val di Rhemes czy czterokrotnie przetestowany na Giro wjazd na Colle de Saint-Panthaleon.

W niedzielę przejechałem całą Valpelline. A przynajmniej tą jej część, którą przemierza regionalna droga SR28. Ponownie wyznaczyłem sobie start przy moście nad potokiem Artanavaz. Tym samym pomijając trzy zupełnie płaskie kilometry od Variney do Moulin. Pomimo tej redukcji i tak zostało mi do przejechania niemal 25 kilometrów przez cztery gminy tzn. Roisan, Valpelline, Oyace i Bionaz. Dolina Valpelline została ukształtowana przez 40-kilometrowy Buthier, lewobrzeżny dopływ Dory Baltea, wpadający do tej rzeki w stołecznej Aoście. Potok ten powstaje na wysokości ponad 3000 metrów n.p.m. z wód Ghiacciaio des Grandes Murailles. Lodowca, który schodzi z południowych zboczy góry Dent d’Herens (4134 m. n.p.m.). W marcu 1964 roku pierwsze zimowe wejście na ten szczyt przypłacił życiem polski alpinista Krzysztof Berbeka. Ojciec Macieja, który w 2013 roku zginął podczas zejścia z Broad Peak w Karakorum. Potok Buthier nie spływa swobodnie ku swemu ujściu. W jego górnym biegu stoi bowiem wysoka na 155 metrów i szeroka na 678 metrów Diga di Place Moulin. Zapora wybudowana w latach 1955-65. Tutejszy zbiornik napełniono w roku 1967. Tak powstałe sztuczne Lago di Place Moulin słynie z wody o turkusowej barwie. Należy do największych w regionie Valle d’Aosta. Ma powierzchnię 1,76 km2, długość 4 kilometrów i maksymalną głębokość 143 metrów. Wzdłuż jego północnego brzegu biegnie gruntowa droga ku Rifugio Prarayer (2005 m. n.p.m.). Z tego co udało mi się ustalić żaden większy wyścig nigdy nie dotarł w pobliże owej tamy. Giro delle Valle d’Aosta rzadko zagląda w te okolice. W XXI wieku wyścig ten miał tylko dwa etapowe finisze w rejonie Valpelline. W sezonie 2005 dotarł do Doues, miejscowości leżącej na drodze do Champillon. Nieco dalej zabrnęli tu kolarze na trzecim etapie z roku 2002. Przejechali wówczas pierwsze 9 kilometrów tej doliny, po czym skręcili w SR30 ku mecie we wiosce Ollomont. Triumfował tam Ukrainiec Rusłan Griszczenko, który o sekundę wyprzedził Włocha Domenico Pozzovivo. Trzeci ze stratą 24 sekund finiszował zaś Marco Marzano, który wygrał tak 39. jak i 40. edycję tego wyścigu.

Tego dnia miałem więcej czasu na rower, więc o poranku pozwoliłem sobie na półgodzinny poślizg względem wcześniejszych planów. Wystartowałem o godzinie 8:57. Niemniej nie miało to żadnego wpływu na komfort jazdy. Temperatura na całej trasie mego podjazdu była umiarkowana czyli w przedziale od 15 do 20 stopni. Jak dla mnie w sam raz. Pod względem długości i nachylenia podjazd ten prezentował się podobnie do środowego Valsavaranche. Licznik znów włączyłem na rozjeździe w Rhins. Tym razem pojechałem w prawo trzymając się drogi SR28. Pierwszy kilometr był niemal płaski. Na drugim i trzecim średnie nachylenie wynosiło 4,2%, więc był to już łagodny podjazd. W połowie czwartego kilometra minąłem osadę Fabbrizia (Fabrique), zaś na początku piątego wjechałem do głównej wsi na terenie gminy Valpelline. Po przejechaniu 4,5 kilometra minąłem budynek lokalnego merostwa, zaś na wysokości osady La Clayva (4,9 km) musiałem pokonałem ściankę ze stromizną dochodzącą do poziomu 10,3%. Niebawem czyli po przebyciu 5,2 kilometra od Rhins zostawiłem za sobą, odchodzącą w lewo szosę SR30 do Ollomont. W połowie szóstego kilometra teren znów się wypłaszczył. Przez kolejne półtora kilometra droga praktycznie się nie wznosiła. Podjazd odżył, acz zrazu nieśmiało, gdy wyjechałem z Thoules (6,9 km). Na ósmym kilometrze nachylenie było łagodne (3,6%), zaś na dziewiątym już umiarkowane (5,5%). Po przejechaniu 8,6 kilometra definitywnie wróciłem na prawy brzeg potoku Buthier i tym samym wjechałem do gminy Oyace. Na początku dziesiątego kilometra zacząłem najtrudniejszy fragment wzniesienia czyli odcinek o długości 5,5 kilometra przy średniej 7,5%. W trzech miejscach stromizna przekroczyła 10%, maksymalnie sięgając poziomu 10,7%. Od połowy dziesiątego do połowy trzynastego kilometra wspinaczka wiodła krętym szlakiem przez szereg miejscowości, w tym Voisinal (10,2 km) i Oyace (11,9 km). Potem minąłem jeszcze Close (13 km) i Balmes (14 km), zanim nachylenie znów odpuściło tuż przed Dzovennoz (14,8 km). Na stravie znalazłem niespełna 5-kilometrowy segment z tej części podjazdu „Frazione Ru Climb”, który przejechałem w 21:46 (avs. 13,5 km/h z VAM 1044 m/h).

Przejazd przez Dzovennoz był początkiem płaskiego sektora o długości 2,1 kilometra. Kończył się on przejazdem przez słabo oświetlony 400-metrowy tunel La Clusaz, tuż przed osadą Perquis. Po przebyciu 16,6 kilometra dotarłem do rozdroża, na którym prawa opcja oznacza rychły wjazd do Bionaz. Aby zmierzyć się z przedostatnim schodkiem na długiej drodze do sztucznego jeziora musiałem tu skręcić w lewo. Podjazd trzymał przez następne półtora kilometra na średnim poziomie 7,7%. Na tym odcinku minąłem boczną dróżkę do Alpe Rebelle. Potem na początku dziewiętnastego kilometra rozpocząłem delikatny zjazd o długości 1200 metrów. Natomiast po nim przejechałem podobnej długości odcinek podjazdu o łagodnym nachyleniu. Na nim po przejechaniu 20,4 kilometra minąłem miejsce, w którym niegdyś istniała wioska Chamin. Pogrzebana przez błotną lawinę z 8 czerwca 1952 roku. Ostatnia faza wspinaczki zaczęła się, gdy miałem już w nogach 20,7 kilometra. Finałowy sektor miał długość 3,2 kilometra przy średniej znów 7,7%. Na dwa kilometry przed finałem ujrzałem cel swej wspinaczki czyli potężną zaporę na Lago di Place Moulin. W połowie 23. kilometra pokonałem dwa ostatnie wiraże na tym szlaku. Na ostatnim kilometrze minąłem zaś zjazd ku restauracji Locanda Place Moulin (23,4 km). W samej końcówce nie zjechałem ku tamie, lecz odbiłem w lewo na nieco wyżej położony Parkplatz. Miałem stąd świetny widok na zachodni kraniec jeziora. Całą wspinaczkę zakończyłem po przejechaniu 23,95 kilometra w czasie 1h 26:21 (avs. 16,6 km/h). Według stravy najdłuższy segment „Valpelline – Place Moulin” o długości 20,06 kilometra i przewyższeniu 1023 metrów pokonałem w 1h 14:35 (avs. 16,1 km/h z VAM 823 m/h). Na górze było sporo turystów. Większość amatorów pieszych wędrówek rusza stąd na spacer do Rifugio Prarayer. Ci ambitniejsi biorą jednak kurs na Rifugio Nacamuli al Col Collon (2818 m. n.p.m.) lub Rifugio Capanna Aosta (2788 m. n.p.m.). Na zjeździe z wieloma przystankami spędziłem ponad półtorej godziny. Gdy o godzinie 12:20 dotarłem do samochodu było już gorąco. Temperatura sięgała 33 stopni. Stało się jasne, że na drugim z niedzielnych wzniesień upał będzie moim dodatkowym przeciwnikiem.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2649690968

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2649690968

ZDJĘCIA

20190825_001

FILMY

VID_20190825_103322

VID_20190825_105352

VID_20190825_111406

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Diga di Place Moulin została wyłączona

Champillon

Autor: admin o sobota 24. Sierpień 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Moulin / Rhins (SR28 & strada Doues)

Wysokość: 2080 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1297 metrów

Długość: 19,9 kilometra

Średnie nachylenie: 6,5 %

Maksymalne nachylenie: 11,7 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Sobota była dniem „wysokich lotów”. Przed południem zmierzyłem się z podjazdem na Champillon. Jedynym podczas tego wyjazdu, który zaprowadził mnie na wysokość ponad 2000 metrów n.p.m. Natomiast popołudniu pojechaliśmy do Courmayeur, by jak głosi reklama dotknąć nieba. To znaczy wjechać kolejką linową Skyway na Punta Helbroner (3466 m. n.p.m.), skąd przy dobrej pogodzie z całkiem bliska można ujrzeć Mont Blanc alias Monte Bianco. Jak wiadomo najwyższy szczyt Alp i całej Europy Zachodniej. Od środy do piątku zaliczyłem trzy wspinaczki w granicach i okolicach Parku Narodowego Gran Paradiso. Na weekend wybrałem sobie dwa poważne podjazdy znajdujące się na północ od stołecznej Aosty. To znaczy Champillon (2080 m. n.p.m.) oraz Diga di Place Moulin (1982 m. n.p.m.). Książka z serii „Passi e Valli in Bicicletta” linię startu tych wspinaczek widzi w miejscowości Variney na wysokości 782 metrów n.p.m. Zdaniem innych źródeł oba te podjazdy można zacząć niemal 200 metrów niżej. To znaczy w samej Aoście, z okolic regionalnego szpitala im. Umberto Pariniego. Ten początek z przejazdem przez wioskę Signayes jest zbieżny z pierwszymi kilometrami drogi na Colle di Gran San Bernardo. Darowałem sobie ten poznany w 2013 roku odcinek.  Jak również trzy zupełnie płaskie kilometry bezpośrednio za Variney. Postanowiłem wystartować z miejsca, gdzie droga ponownie zaczyna się wznosić. To jest z mostu nad potokiem Artanavaz, przy skręcie do osady Moulin. Pomimo takiego wyboru, podyktowanego oszczędnością czasu, w ten weekend i tak miałem do pokonania dwa przeszło 20-kilometrowe wzniesienia. W sobotę tylko pierwsze kilkaset metrów przejechałem szosą SR28. W niedzielę ta regionalna droga była moją przewodniczką od początku do samego końca wspinaczki. Pierwsze trzy-cztery kilometry sobotniego wzniesienia wiodły przez gminę Roisan, zaś wszystkie kolejne już po ziemiach należących do „komuny” Doues.

Champillon podobnie jak i Lago (Diga) di Place Moulin pozostaje w cieniu swej wielkiej sąsiadki pod wezwaniem św. Bernarda. Przeprawy należącej do grona najsłynniejszych alpejskich przełęczy i znanej najbardziej prestiżowym wyścigom kolarskim. Peleton Tour de France przejeżdżał ją pięć razy w latach 1949-2009. Natomiast uczestnicy Giro d’Italia mierzyli się z nią sześciokrotnie między rokiem 1959 i 2006, acz niekiedy była to wspinaczka w wersji „light” czyli z finałem w tunelu. Te dwa wielkie wyścigi nigdy nie zajrzały jednak do leżącej bardziej na wschód doliny Valpelline. Przez miejscowych zwanej „Conca Fredda” z racji szczególnie niskich temperatur w sezonie zimowym. W poszukiwaniu kolarskiej historii moich weekendowych podjazdów musiałem poszukać głębiej. To jest przyjrzeć się trasom dwudziestu ostatnich edycji wyścigu Giro delle Valle d’Aosta. Na hasło Champillon nie natrafiłem, ale odkryłem iż czwarty etap tego wyścigu z roku 2005 zakończył się w Doues czyli największej miejscowości na moim sobotnim szlaku. Młodzi kolarze jechali wtedy ze szwajcarskiego Sionu czyli przed finałowym podjazdem musieli pokonać północną stronę Wielkiego Bernarda. Co ciekawe najlepszy na tym górskim odcinku był 20-letni wówczas Branislau Samoilau. Wysoki Białorusin, który przez cztery sezony swej zawodowej kariery (2014-17) ścigał się w barwach CCC-Sprandi. Podczas GdVA 2005 wygrał on dwa górskie etapy z rzędu. Na wspomnianym czwartym triumfował na solo z przewagą 59 sekund nad grupką, którą przyprowadził Belg Gianni Meersman. Piąty finiszował tu Włoch Morris Possoni, zwycięzca owej edycji. Na upatrzone miejsce startu dotarłem samochodem wykorzystując długi tunel na drodze krajowej SS27. Tuż po wylocie z niego odbiłem w prawo na lokalną SR28. O czekającym mnie wzniesieniu wiedziałem tyle ile wyczytałem z włoskiej lektury. Przyznano mu w niej ocenę „4 z plusem”. Taką samą jak znanym z Giro wspinaczkom do stacji Breuil-Cervinia oraz Pila. Według autora książki mało znany Champillon należy do najpiękniejszych szosowych podjazdów w Dolinie Aosty. Dodałbym, iż jest on tu trzeci pod względem wysokości. Wyższy pułap osiągają bowiem jedynie asfaltowe drogi prowadzące na Wielkiego i Małego Bernarda.

Wyznaczając sobie start na wspomnianym moście miałem do przejechania 20,5 kilometra z przewyższeniem netto 1305 metrów. Niemniej faktycznie musiałem pokonać w pionie 1348 metrów, albowiem trzeba było jeszcze „odzyskać” 43 metry stracone na całkowicie zjazdowym kilometrze siódmym. Wystartowałem o godzinie 8:23 czyli z grubsza o tej samej porze co w środę i piątek. Dzień był słoneczny. Niemniej o poranku upał mi nie groził. Na starcie miałem 17 stopni. W trakcie podjazdu temperatura wahała się na poziomie od 14 do 19 stopni, zaś na mecie licznik pokazał 16. Pierwsze pół kilometra na drodze SR28 było zwykłym „falsopiano”. Podjazd zaczął się na dobre, gdy na rozjeździe przed osadą Rhins odbiłem w lewo, biorąc kurs na wspomniane już Doues. Dopiero w tym miejscu włączyłem „odliczanie”. Pierwsze cztery kilometry z umiarkowanym nachyleniem 6,1% zaprowadziły mnie krętym szlakiem z ośmioma wirażami do Le Chanet. Dopiero kolejne półtora kilometra zmusiło do większego wysiłku. Ten sektor miał już średnią stromiznę na poziomie 8,8%, zaś pierwsze 700 metrów za wioską nawet 9,9%. Ta faza wspinaczki skończyła się w Champsavinal po przejechaniu 5,5 kilometra. Ów segment wzniesienia przejechałem w 22:40 (avs. 14,7 km/h z VAM 1006 m/h). Potem był kilometrowy zjazd i kolejny półtorakilometrowy odcinek, acz tym razem o łagodnym nachyleniu 3,6%. Po niespełna ośmiu kilometrach od rozdroża byłem już w Doues (7,9 km). Dodam, że dystans między Le Chanet a Doues można pokonać szybciej, gdy w tej pierwszej miejscowości skręci się w prawo. Wówczas zamiast czterech kilometrów o zmiennym ukształtowaniu terenu mamy do pokonania trzy na stałym podjeździe o średnim nachyleniu 4,8%. Ja jednak postanowiłem się trzymać wskazówek swego „podręcznika”. W Doues skręciłem w lewo. Jedna z przydrożnych brązowych tablic wskazywała, iż miałem jeszcze do przejechania 11,8 kilometra. Wedle książki Doues od Champillon dzieli równo 12 kilometrów, przy czym 10 z 24 półkilometrowych sektorów ma średnie nachylenie co najmniej 8%. Do tego trzy najtrudniejsze solidarnie straszą stromizną rzędu 10,6%.

Mimo tego wspinaczka ta należała do przyjemnych. Jakość drogi bez zarzutu. Ruch samochodowy minimalny. Mijane wioski i osady śliczne jak z obrazka. Przed każdą elegancka tabliczka z nazwą własną, aktualną wysokością bezwzględną i gminnym herbem. Pogoda dopisała, więc na widoki też nie mogłem narzekać. Owszem tu i ówdzie trzeba było mocniej depnąć z pedały. Niemniej z drugiej strony było też kilka sektorów z umiarkowanym nachyleniem około 5-6% czyli dających nieco wytchnienia. Droga wiodła naprzemiennie w dwóch kierunkach: zachodnim i północnym. Jak na podjazd z prawdziwego zdarzenia przystało szosa wiła się po serpentynach. Pomiędzy Doues a Champillon zaliczyłem w sumie 13 wiraży. Do połowy jedenastego kilometra minąłem dwie kolejne wioski: Aillan (9,1 km) oraz La Cerise (10,5 km). Im wyżej tym napotykane osady były coraz mniejsze. Na zdjęciu uwieczniłem jeszcze Chatellair (11,2 km). Z czasem były to już jedynie samotne gospodarstwa. Jak choćby Alpe Vorbe (17 km), przy którym na późniejszym zjeździe wypatrzyłem biegające świstaki. Starałem się je nagrać telefonem. Efekt widoczny jest na jednym z filmików. Wspomniałem już o trzech sektorach z dwucyfrową wartością nachylenia. Wszystkie te strome ścianki znajdowały się na finałowych siedmiu kilometrach. Trzecia kończyła się na 2 kilometry przed metą. Niemniej nawet na ostatnim kilometrze były jeszcze ostry kawałek ze stromizną 11,4%, na około 650 metrów przed końcem szosy. Wjechawszy na górę minąłem parking i przejechałem ze dwieście metrów po całkiem dobrym szutrze. Gdybym pojechał jeszcze dalej to niebawem dotarłbym do gospodarstwa Champillon oraz kapliczki Notre Dome de la Neige (Matki Boskiej Śnieżnej). Segment powyżej Doues o długości 11,7 km przejechałem w 54:40 (avs. 12,8 km/h z VAM 993 m/h). Cały podjazd od rozdroża w Rhins zabrał mi zaś 1h 24:16 (avs. 13,8 km/h). Po lewej stronie szutrowej drogi widziałem początek pieszego szlaku ku Rifugio Adolphe Letey (2465 m. n.p.m.) i przełęczy Champillon (2705 m. n.p.m.). Niestety chmury pozbawiły mnie widoku Le Grand Combin (4314 m. n.p.m.). Góry wznoszącej się już po szwajcarskiej stronie granicy. Uważanej za najwyższą i najpiękniejszą pośród tych widocznych z ulic Aosty.

Bardzo wczesnym popołudniem udaliśmy się do Courmayeur zobaczyć jakież to cudo wielkim nakładem sił (trzy lata robót) i środków (110 milionów Euro) wybudowali Włosi po swej stronie Białej Góry. Przyznam, że o istnieniu Skyway dowiedziałem się dopiero przy okazji czternastego etapu Giro d’Italia 2019. Włoski Tour po równo 60 latach wrócił do miasteczka na zachodnim krańcu Doliny Aosty. Podobnie jak w sezonie 1959 roku etap do Courmayeur wyłonił zwycięzcę La Corsa Rosa. Wówczas był to odcinek 21 (przedostatni) o długości aż 296 kilometrów. Wygrał go Charly Gaul z przewagą 36 sekund nad Włochem Imerio Massignanem. Przede wszystkim jednak aż 9:48 do triumfatora stracił lider Jacques Anquetil. Dzięki temu luksemburski „góral” wygrał cały wyścig z zapasem ponad 6 minut nad francuskim „czasowcem”. W tym roku do Courmayeur przyjechano jakby o tydzień wcześniej. Ekwadorczyk Richard Carapaz wygrał z przewagą 1:32 nad Simonem Yatesem. Co jednak najważniejsze (wliczając bonifikatę) nadrobił przeszło dwie minuty nad Primozem Roglicem oraz Vincenzo Nibalim. Zdobył różową koszulkę lidera, której nie oddał do mety w Weronie. Na dobrą sprawę dolna stacja „podniebnej” kolei linowej znajduje się w Entreves. Jakieś 3 kilometry za Courmayeur. Wybudowano ją w pobliżu wschodniego wjazdu do tunelu pod Mont Blanc. Nową trasę otwarto 30 maja 2015 roku. Pełny i dwustronny przejazd kolejką Skyway do tanich nie należy (bilet kosztuje 52 Euro). Niemniej post factum zgodnie uznaliśmy, iż wart jest swej ceny. Wjazd z poziomu 1300 na 3466 metrów n.p.m. przebiega dwuetapowo czyli z przesiadką na stacji Pavillon du Mont Frety (2173 m. n.p.m.). Wagon jest przestronny i z wolna obrotowy o pełne 360 stopni. Można zatem stać przy swoim odcinku szyby, a i tak zobaczy się wszystko dookoła.

Na górnej stacji do dyspozycji gości jest taras widokowy na dachu budowli. Z widokiem na Rifugio Torino i szczyt Dente del Gigante po prawej stronie, lodowiec w dole, spiczaste wierzchołki Aguille du Midi na wprost oraz samą Monte Bianco z lekka po lewej ręce, acz przy bezchmurnej aurze. Od francuskiej strony czyli z Chamonix dojeżdża w to miejsce kolejka gondolowa starszej daty. W środku znajdziemy zaś księgarnię z książkami głównie o tematyce górskiej oraz salę z górskimi kryształami. Jeszcze więcej atrakcji czeka na turystów na wspomnianej stacji pośredniej. Można tu zwiedzić ogród botaniczny czyli Giardino Alpino Saussurea, w którym zgromadzono w sumie 900 gatunków górskich roślin z różnych stron świata. Z Pavillon jest ładny widok na dolinę Val Veny. W samym budynku można skorzystać z winiarni lub zrobić zakupy w sklepie z pamiątkami. Jest nawet sala kinowa na 150 miejsc. W hali l’Hangar 2173 można poznać historie tej trasy i zobaczyć też jak wyglądała poprzedniczka Skyway. To znaczy kolej gondolowa, która od roku 1954 woziła ludzi niewielkimi wagonikami przeznaczonymi dla max. 8 osób. Na zewnątrz dostępny jest też plac zabaw dla dzieci oraz trawnik z leżakami dla amatorów opalania się w górskim słońcu. Natomiast w pobliskim Rifugio Romilda e Toni Gobbi można funkcjonują bar i restauracja. Czas szybko nam zleciał. To były niezapomniane trzy godziny wrażeń na wysokim poziomie. Potem podjechaliśmy jeszcze do Courmayeur, na krótki spacer po tym renomowanym kurorcie. Miasteczko jakoś specjalnie mnie nie zachwyciło. Poniekąd przypominało mi widziane w 2014 roku Bormio. Tym niemniej nie wróciłem z niego z pustymi rękoma. Dzięki wizycie w miejscowej księgarni wzbogaciłem swą domową biblioteczkę o tematyce kolarskiej.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2647645323

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2647645323

ZDJĘCIA

2090824_001

FILMY

VID_20190824_095456

VID_20190824_101131

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Champillon została wyłączona

Val di Rhemes / Thumel

Autor: admin o piątek 23. Sierpień 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Villeneuve / Champagne (SR23 & SR24)

Wysokość: 1910 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1219 metrów

Długość: 22,8 kilometra

Średnie nachylenie: 5,3 %

Maksymalne nachylenie: 13,6 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

W piątkowy poranek wróciłem na miejsce środowego „rozładunku”. Tego dnia miałem bowiem zdobyć Val di Rhemes. Trzecią z aostańskich dolin wchodzących w skład Parco Nazionale Gran Paradiso. Podjazd ku osadzie Thumel leżącej na południowym krańcu szosy SR24 zaczyna się zaś w Champagne koło Villeneuve czyli na drodze SR23. Tej samej po której wiedzie wspinaczka doliną Valsavaranche. Parking dla naszego Opla miałem już wypróbowany. Miejsce startu z góry upatrzone. No i w końcu szóstą część tego wzniesienia zdążyłem już też poznać. Wystartowałem szybciej niż na pierwszym etapie, bo o godzinie 8:16. Mimo tak wczesnej pory na starcie miałem temperaturę 20 stopni. Niemniej na mecie tylko rześkie 11. Początek tego wzniesienia po szlaku już przetartym. Znajome widoczki. Kapliczka na pierwszym wirażu w Villes Dessous (1,2 km). Park zwierząt górskich przy skręcie do Les Combes (2 km). Potem mostkiem nad Dora di Rhemes wjechałem do wioski Introd (2,6 km), będącej siedzibą lokalnej gminy i mogącej się pochwalić takimi zabytkami jak: Castello d’Introd, Cascina Mediavale L’Ola, Chiesa Conversione di San Paolo czy Cappella di San Lorenzo. Po kolejnym kilometrze raz jeszcze ujrzałem gminną reklamę nawiązującą do letnich wizyt Jana Pawła II czy Benedykta XVI. Jednym słowem doświadczyłem tu kilkunastominutowego „dejavu”. To francuskie słówko na terenie Valle d’Aosta jest jak najbardziej na miejscu. O ile bowiem język włoski króluje na ulicach tego regionu to nazwy miejscowych miast, wiosek, rzek, dolin czy przełęczy mają zdecydowanie francuski wydźwięk. Początkowy odcinek czyli 3,9 kilometra do rozjazdu w Delliod pokonałem w 14:42 (avs. 15,8 km/h z VAM 1011 m/h) czyli o 9 sekund wolniej niż przed dwoma dniami. Tym razem musiałem tu odbić w prawo by wjechać na SR24 będącą moim drogowym przewodnikiem po Val di Rhemes. Podjazd do szosowego kresu tej doliny jest nieco krótszy niż ten wiodący przez Valsavaranche. Kończy się na nieco niższej wysokości.

Niemniej czy jest łatwiejszy od swego sąsiada? Raczej nie. Na stronie „archivio salite” Val di Rhemes wyceniono na 836, zaś Valsavaranche na 817 punktów. Natomiast w książce „Passi e Valli in Bicicetta – vol. 20” pierwszy zasłużył sobie na ocenę „4”, zaś drugi otrzymał „4 z minusem”. W minionych dwudziestu latach wyścig etapowy Giro delle Valle d’Aosta tylko raz wjechał w głąb Val di Rhemes. Pierwszy etap tej imprezy z roku 2018 zakończył się w miejscowości Rhemes-Notre-Dome (zwanej Noutra Dama de Rema w lokalnym dialekcie) czyli na wysokości 1729 metrów n.p.m. Do mety z przewagą przeszło minuty nad najbliższymi rywalami dojechała dwójka kolarzy tzn. Kevin Inkelaar oraz Matteo Bellia. Holender wygrał ów etap, zaś Włoch został liderem tego wyścigu. Warto jednak wspomnieć, iż rok wcześniej finałowy podjazd na drugim etapie GdVA zaczął się w miejscowości Introd, przy czym metę wytyczono we wiosce Les Combes. Ten górski odcinek wygrał Belg Harm Vanhoucke. To samo wzniesienie wystąpiło też na czternastym etapie Giro d’Italia 2019, lecz w nieco krótszej postaci jako premia górska (kat. 2) Truc d’Arbe wygrana przez Włocha Giulio Ciccone. Na podjeździe przez Val di Rhemes łatwo określić, który fragment tego wzniesienia jest najtrudniejszy. Jest to niewątpliwie odcinek 2,5 kilometra o średniej aż 10% następujący niebawem po wyjechaniu z Rhemes-Saint-Georges. Jak dla mnie rozpoczął się on w połowie dziesiątego kilometra. Zanim do niego dojechałem minąłem przysiółek Tache (5,9 km) i nieco większą osadę Sarral (7,3 km). Do wioski pod wezwaniem św. Jerzego dotarłem pod koniec dziewiątego kilometra. Przez cały ten czas droga prowadziła prawym brzegiem potoku Dora di Rhemes. Długa ściana za tą miejscowością naprawdę mogła podciąć nogi. Na wspomnianym sektorze najostrzejszy 500-metrowy odcinek ma średnio 11,6%. Natomiast dwa inne „męczą” nachyleniem na poziomie 10,6%. Na tym trudnym odcinku minąłem dwie boczne dróżki wiodące ku: Frassiney (10,6 km) i Proussaz (11,5 km). Cały ten segment o długości 2,63 kilometra przejechałem w 14:18 (avs. 11,1 km/h z VAM 1059 m/h).

Momentami ciemno robiło się przed oczyma. Niemniej nie z powodu wzmożonego wysiłku, lecz przyczyn obiektywnych. Podobnie jak w trakcie przejazdu dolinami Valsavaranche i Valgrisenche także w tej dolinie musiałem przebrnąć przez kilka tuneli bądź galerii. Trzy nawet całkiem sporych rozmiarów. Najdłuższy o długości 850 metrów znajdował się na trzynastym kilometrze. Kilometry czternasty i piętnasty były niemal płaskie. Tym samym zleciały mi szybciej od pozostałych. W tym czasie minąłem osadę Melignon (14,4 km), za którą wróciłem na prawy brzeg towarzyszącego mi potoku. Na szesnastym kilometrze podjazd był łagodny. Minąłem Brenan (15,7 km) i niebawem dotarłem do Artalle (16,1 km). Za tą osadą przemknąłem przez kolejny płaski odcinek. Sytuacja zmieniła się, acz na krótko, gdy w połowie siedemnastego kilometra znów przejechałem na lewy brzeg Dora di Rhemes. Za Carre (16,6 km) czekał mnie bowiem półkilometrowy sektor ze stromizną dochodzą do 9,5%. Niemniej potem znów zrobiło się luźniej. Do wioski Chavaney (17,6 km) wpadłem nawet z prędkością około 40 km/h, albowiem trafił mi się lekki zjazd. Następnie do połowy dziewiętnastego kilometra podjazd jakkolwiek odczuwalny, miał co najwyżej umiarkowane nachylenie. Z kolei trzystumetrowy dojazd do Bruil, największej miejscowości w ramach gminy Rhemes-Notre-Dome, był zupełnie płaski. Na wlocie do tej wioski przykuły moją uwagę wyrzeźbione w drewnie postacie chłopca i dziewczynki bawiących się w chowanego. Z kolei przejazd pod specyficznym wiaduktem na końcu owej wioski oznaczał początek kolejnej ścianki. Tym razem musiałem sobie poradzić ze ścianką o długości 800 metrów i nachyleniem sięgającym 11,3%. Gdy minąłem zjazd ku Chaudanne (19,8 km) teren znów odpuścił. Pół kilometra dalej minąłem Pellaud (20,3 km). Dalej znów kilkaset metrów umiarkowanego podjazdu i dobry kilometr płaskiego terenu. Mając w nogach 21,9 kilometra dotarłem do parkingu, na którym swe samochody „porzuca” większość pieszych turystów ruszających na okoliczne górskie szlaki.

Po minięciu tego miejsca do kresu drogi SR24 miałem już tylko 650 metrów. To był niemal prosty odcinek drogi przez Prato delle Marmotte czyli Łąkę Świstaków. Szosa wiodła na wprost ku pojedynczemu gospodarstwu i bynajmniej nie po płaskim terenie. Na sam koniec musiałem z siebie wykrzesać jeszcze odrobinę energii. Na finałowych czterystu metrach stromizna nie schodziła bowiem poniżej 7%, zaś maksymalnie sięgnęła 13,6%. Ostatnie metry przejechałem już po szutrze i wspinaczkę zakończyłem na wirażu tuż za wspomnianym domostwem. W dole po lewej stronie widziałem zabudowania osady Thumel. Dotarcie do tej mety zabrało mi 1h 23:30 co przy dystansie 22,75 kilometra daje średnią prędkość 16,3 km/h. Najdłuższy segment znaleziony na stravie czyli „Champagne – Rhemes ND” o długości 18,84 kilometra i przewyższeniu 991 metrów pokonałem w 1h 10:04 (avs. 16,1 km/h z VAM 848 m/h). Amatorzy pieszych wędrówek w tym miejscu wchodzili na górski szlak wiodący, chociażby do Rifugio Gian Federico Benevolo (2285 m. n.p.m.). To odkrycie podsunęło mi pomysł na jedną ze wspólnych wycieczek w kolejnych dniach tej wyprawy. Piątkowe popołudnie spędziliśmy zaś na innym górskim szlaku. Po obiedzie znów udałem się do Villeneuve. Potem przejechaliśmy kolejne 26 kilometrów zatrzymując się dopiero na końcu drogi SR23. Iwona zobaczyła z czym zmagałem się w środowy poranek, zaś ja ponownie obejrzałem sobie Valsavaranche, acz z innej perspektywy. Celem naszej pieszej wycieczki było Rifugio Savoia, schronisko po aostańskiej stronie przełęczy Nivolet. Początek tej trasy jest stromy. Prowadzi wąską ścieżką przez modrzewiowy las i strome półki skalne aż po Croce Roley na wysokości 2314 metrów n.p.m. Z tym trudnym odcinkiem jakoś sobie poradziliśmy. Przeszliśmy też ładny kawałek szlaku po płaskowyżu. Zawróciliśmy w pół drogi, albowiem niebo się zachmurzyło. Było to akurat dzień po tragedii na Giewoncie, więc nie mogłem przekonać swej towarzyszki na dalszy spacer pod burzowymi chmurami. Mimo przyśpieszonego odwrotu na owym szlaku i tak spędziliśmy przeszło trzy godziny. Jowisz nie ciskał tego dnia w ziemię piorunami. Niemniej ledwie umknęliśmy ulewie, która naszła parking w Le Pont.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2644498133

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2644498133

ZDJĘCIA

20190823_001

FILM

VID_20190823_094108

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Val di Rhemes / Thumel została wyłączona