banner daniela marszałka

Valle d’Aosta & Piemonte

Autor: admin o piątek 26. listopada 2021

W Piemoncie byłem ostatnio we wrześniu 2015 roku. W Dolinie Aosty całkiem niedawno, bo w sierpniu roku 2019. Obie te krainy należą do moich ulubionych górskich rewirów na terenie Włoch. Tym niemniej u progu tegorocznego sezonu wcale nie zamierzałem do nich wracać. O wyprawie do północno-zachodniej Italii nawet nie myślałem. Plan był taki by na początku czerwca pojechać we francuskie Pireneje wschodnie. Po czym wzmocniwszy się tą solidną dawką górskich podjazdów pod koniec sierpnia wybrać się w końcu do austriackiej Karyntii. Niestety znów głównym rozgrywającym na rynku turystycznym był niejaki Covid-19 i swoje śmiałe plany chcąc nie chcąc musiałem mocno zrewidować. Paszporty sanitarne ułatwiające podróże po Europie nabierały mocy praktycznie od 1 lipca, więc czerwcowy wyjazd do Francji trzeba było anulować. Z kolei wyprawa do południowej Austrii na spotkanie z wieloma nieziemsko trudnymi wspinaczkami bez wcześniejszej ostrej zaprawy w Pirenejach wydała mi się misją zgoła „samobójczą”. Wolałem już raczej przełożyć góry Oksytanii na ów sierpniowy termin. Niemniej ostatecznie na to się nie zdecydowałem. Uznałem, że całość swego programu na rok 2021 przełożę na kolejny sezon. Poniekąd we własnym interesie, ale też z uwagi na preferencje mych kompanów. Po pierwsze chcę po wielu latach wybrać się do Francji ze swym „starym druhem” Piotrem Mrówczyńskim. Po drugie koledzy, z którymi zaplanowałem sobie tegoroczną podróż woleli wyjazd nieco bliższy niż ten w Pireneje.

Tym samym do gry wróciła atrakcyjna włoska para: Signore Piemonte & Signora Aosta. Wcale nie byłem zmartwiony tym faktem. Tym bardziej, że pomimo swych kilku wcześniejszych doświadczeń wciąż miałem tam wiele ciekawych wzniesień do zobaczenia. Poza tym jechałem do Włoch w doborowym towarzystwie osób już uprzednio sprawdzonych na górskich szlakach. Z Adrianem przemierzałem rok wcześniej południową część francuskich Alp. Przez trzy-czwarte owej wyprawy mieli nam towarzyszyć Rafał i Krzysiek. Moi dobrzy znajomi z Gorzowa Wielkopolskiego. Ten pierwszy był już ze mną wcześniej na czterech wyjazdach. Poznaliśmy się na szosach włoskiego Tyrolu Południowego w 2015 roku. Natomiast Żbiku był moim wspólnikiem już na dwóch wyprawach. Debiutował zaś w 2018 roku na ziemi francuskiej w Wysokich Pirenejach. Dla siebie i Adka przewidziałem w sumie szesnaście górskich etapów, oczywiście bez żadnych dni przerwy po drodze. Dla całej naszej grupy przewidziałem tylko dwie bazy noclegowe. Pierwszą w Pont-Saint-Martin w Dolinie Aosty, ale przy samej granicy z Piemontem. Z niej przez pierwsze osiem dni mieliśmy poznawać górskie podjazdy nie tylko na terenie najmniejszego z włoskich regionów, ale też w północno-zachodniej części Piemontu. Dziewiątego dnia czekał nas transfer na wschód z dwoma wspinaczkami w okolicy miasteczka Coggiola (prowincja Biella). Drugi lokal wynająłem zaś w Omegni. Miejscowości położonej na północnym krańcu urokliwego jeziora Orta. To miała być nasza brama do podjazdów w północno-wschodniej części Piemontu.

Pierwsze dni owej wyprawy były dla mnie nerwowe. Wpakowałem się w kłopoty techniczne z rowerem. W sumie na własne życzenie, gdyż nie zleciłem wystarczająco dokładnego przeglądu swego Scotta Addicta po powrocie z drugiej wyprawy roku 2020. Na szczęście prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Mogłem liczyć tak na starych jak i nowych znajomych. Jednak przez trzy pierwsze dni tej podróży mój program zwiedzania mogłem realizować jedynie połowicznie. Jedna górka dziennie i to na pożyczonych rowerach. Dopiero fachowcy z piątego odwiedzonego w tym czasie warsztatu uwolnili mnie od zapieczonej „na amen” sztycy podsiodłowej. Począwszy od czwartego etapu mogłem już spędzać te rowerowe wakacje w stylu do którego przez lata przywykłem. Ostatecznie między popołudniem 22 sierpnia a przedpołudniem 6 września zdążyłem poznać 28 nowych podjazdów, z czego jeden na terenie szwajcarskiego kantonu Wallis. Piętnaście z nich miało przewyższenie powyżej 1000 metrów. Dwa największe podjazdy tzn. Simplonpass oraz Valle di Gressoney (Staffal) amplitudę przeszło 1500 metrów. Najwyższą metą była wspinaczka do Cheneil w pobliżu doliny Valtournenche kończąca się na wysokości 2032 metrów n.p.m. Mój jedyny w tym sezonie nowy „dwutysięcznik”, gdyż na Simplona już wcześniej wjechałem od przeciwnej strony. Najdłuższym blisko 38-kilometrowy podjazd z Pont-Saint-Martin do Staffal biegnący przez całą długość doliny Gressoney vel Lys. Na dobrą sprawę szósty pośród najdłuższych w moim życiu. Natomiast do najtrudniejszych zaliczyłbym tercet wzniesień z największym średnim nachyleniem i zarazem przewyższeniem przeszło 1000 metrów. To znaczy Santa Maria Maddalena (Piani di Tavagnasco), Lago di Teleccio oraz Alpe Pescia.

Poniżej przedstawiam listę premii górskich, które poznałem w sierpniu i wrześniu 2021 roku na szlaku od Pont-Saint-Martin po Omegnę.

Mój rozkład jazdy:

22.08 – Valle di Gressoney / Staffal

23.08 – Planaval

24.08 – Thouraz

25.08 – Piamprato & Pian del Lupo

26.08 – Nissod & La Veulla / Monte Avic

27.08 – Lago di Teleccio & Santuario di Prascondu

28.08 – Galleria di Rosazza & Santa Maria Maddalena

29.08 – La Magdeleine & Cheneil

30.08 – Valico di Bielmonte & Alpe Noveis

31.08 – Mottarone E & Monte Ologno

1.09 – Simplonpass (CH) & San Domenico

2.09 – Val Sermenza / Rima & Alpe di Mera

3.09 – Alpe Devero & Alpe Pescia

4.09 – Alpe San Bernardo & Alpe Lusentino / Domobianca

5.09 – Alpe Cheggio & Alpe Camasca

6.09 – Campello Monti

Napisany w 2021b_Aosta & Piemonte | Możliwość komentowania Valle d’Aosta & Piemonte została wyłączona

Campello Monti

Autor: admin o poniedziałek 6. września 2021

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Omegna (via De Angeli)

Wysokość: 1295 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 989 metrów

Długość: 19,2 kilometra

Średnie nachylenie: 5,2 %

Maksymalne nachylenie: 15 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Każda przygoda kiedyś się kończy, więc i nam przyszło powiedzieć „Arrivederci Italia”. Na „do widzenia” górka była tylko jedna, a przy tym do wyhaczenia prosto z bazy. Ostatnią premią górską naszego Giro-2021 była Campello Monti. Górska osada na krańcu doliny Strona, przez swych pierwotnych mieszkańców nazwana Kampel. To zaś zdradza, że byli nimi Walserowie. Górale wywodzący się z germańskiego plemienia Alemanów. W XIII wieku opuścili oni swą małą ojczyznę w dolinie Goms u źródeł Rodanu i rozpierzchli się po Alpach. Przede wszystkim zasiedlili zaś niektóre aostańskie i piemonckie doliny po południowej stronie masywu Monte Rosa, tym okolice Valsesia. Grupa rodem z Rimelli (Alta Val Mastallone) dała początek osadzie znanej dziś jako Campello Monti. Odkryli oni zalety łąk po drugiej stronie najbliższych sobie gór. To znaczy ziemie na terenie Valle Strona. W XIV wieku postanowili się tu osiedlić. Niemniej przez całe dwa stulecia mieli pewien ważki problem. Chcąc pochować swych bliskich na „uświęconej ziemi” musieli transportować ich ciała do starej doliny Mastallone przez przełęcz Bocchetta di Campello (1924 m. n.p.m.). Własnego cmentarza doczekali się w 1551, zaś kościoła czyli Chiesa di San Giovanni Battista dopiero w 1759 roku. Od roku 1816 Campello Monti było nawet samodzielną „komuną”, po czym w 1928 zostało włączone nowo utworzonej gminy Valstrona. Od połowy XIX wieku przez całe stulecie poza pasterstwem zajmowano się tu również wydobyciem niklu. Dziś dawne Kampel nie ma żadnych stałych mieszkańców. Zimą droga powyżej Forno (888 m. n.p.m.) jest nieprzejezdna. Osada ożywa dopiero w cieplejsze miesiące. Wpadają tu potomkowie dawnych mieszkańców jak i przede wszystkim turyści. Ponoć na halach nadal odbywa się letni wypas. Niemniej magnesem dla gości są piesze szlaki biegnące przez Parco Naturale Alta Val Sesia e dell’Alta Val Strona. Największą atrakcją jest podejście na szczyt Cima di Capezzone (2421 m. n.p.m.) oraz ku leżącemu na wysokości 2100 metrów jeziorku o tej samej nazwie.

Cała nasza wspinaczka miała wieść przez Valle Strona, a przy tym szosami aż pięciu gmin. Powyżej dużej Omegni były to kolejno: Germagno, Loreglia, Massiola i przede wszystkim Valstrona. Tradycyjną działalnością mieszkańców owej doliny była zawsze obróbka drewna. Dlatego niegdyś zyskała sobie ona przydomek „Val di cazzuji”, co w miejscowym dialekcie oznacza „Dolina łyżek”. Wyrób wszelakich łyżek i chochli był bowiem specjalnością miejscowych rzemieślników. Współcześnie miejscowi przerzucili się na produkcję figurek Pinokia, czego dowodem był wystrój jednego z zakładów pracy na tym szlaku. Przed nami był podjazd relatywnie długi, lecz nieszczególnie trudny. Mieliśmy do pokonania z grubsza 1000 metrów przewyższenia na dystansie około 19 kilometrów czyli przy niewygórowanym przeciętnym nachyleniu nieco ponad 5%. Niemniej było to wzniesienie – w mojej prywatnej terminologii – typu „skorpion” czyli pozornie niegroźne, lecz wyposażone w jadowitą końcówkę. Uogólniając wszelkie szczegółowe dane na temat owej góry podane na kartach przewodnika spod znaku „Passi e Valli in Bicicletta” mieliśmy tu najpierw 13,5 kilometra o przeciętnym nachyleniu tylko 3,8%. Po czym powyżej osady Otra (814 m. n.p.m.) zupełnie inne 6 kilometrów o średniej 8,2%. W sumie zaś im dalej, tym trudniej. Na ostatnich 2 kilometrach czyli po minięciu Piana di Forno stromizna wynosiła już 8,9%. Natomiast w samej końcówce wiodącej wąską dróżką przez gęsty las należało się zmierzyć z odcinkiem 500 metrów o wartości aż 13,4%. W książce profil tego wzniesienia podzielono na 39 półkilometrowych odcinków. Przed Otrą tylko 7 z 27 tego typu kawałków miało średnie nachylenie powyżej 5%. Natomiast powyżej tej osady wszystkie 12. Przy tym „najłagodniejszy” sektor liczył sobie 5,8%, zaś 10 z nich miało stromiznę na poziomie co najmniej 7%. Nasz drugi wspólny Wielki Tour wypadało zakończyć „etapem przyjaźni”. Podjazd w typie Campello Monti ze względu na umiarkowane nachylenie idealnie pasował do odegrania tej roli.

W trasę ruszyliśmy o wpół do dziesiątej. Zaraz po starcie musieliśmy pojechać na północ, a nie jak w niedzielę na zachód. Po minięciu centrum miasta wpadliśmy na via De Angeli wiodącą w kierunku Crusinallo. Niemniej po przejechaniu mostu nad potokiem Strona zamiast w prawo do owej dzielnicy musieliśmy odbić w lewo, by dokładnie po przejechaniu 1,3 kilometra od naszej bazy zacząć podjazd. Wjechaliśmy na Via Vallestrona czy jak reklamowała to inna tablica na owym rozdrożu „Le Vie del Legno”. Przez pierwsze kilkaset metrów droga wiodła na południe, po czym skręciła na północny-zachód. Pierwszy kilometr na drodze SP52 całkiem solidny, bo ze średnim nachyleniem 6,3%. Drugi już łatwiejszy o przeciętnej 4,3%. Dokładnie po dwóch kilometrach dojechaliśmy do osady Canova del Vescovo (412 m. n.p.m.), skąd w prawo skręca stroma szosa wiodącą do Alpe Quaggione (1156 m. n.p.m.). My jednak musieliśmy jechać prosto. Przez kolejne półtora kilometra było zupełnie płasko. Potem od połowy czwartego do końca piątego kilometra trafiło się parę odcinków o umiarkowanym nachyleniu. W połowie piątego kilometra droga skręciła wyraźniej na zachód i niebawem minęliśmy Prelo (4,8 km). Na kilometrze szósty, siódmym i ósmym „stromizna” ani na moment nie skoczyła powyżej 5%. Na przełomie siódmego i ósmego kilometra przejechaliśmy przez wioskę Strona di Luzzogno czyli „stołeczny” ośrodek gminy Valstrona o czym świadczył obwieszony trzema flagami budynek lokalnego „sindaco”. W pierwszej połowie dziewiątego kilometra nachylenie było już umiarkowane. Ten odcinek zawiódł nas do Piana di Fornero, gdzie po lewej stronie szosy ostro pracowała stolarnia „pod patronatem” Pinokia. Trzymając się dalej lewego brzegu Strony w połowie dziesiątego kilometra wpadliśmy do Marmo, gdzie na jednym z domów hasały kolejne bajkowe postacie. Pod koniec dziesiątego kilometra mój licznik pierwszy raz zanotował chwilową stromiznę powyżej 8%. W połowie jedenastego szybko minęliśmy osadę Ovasca (683 m. n.p.m.).

W połowie dwunastego kilometra droga skręciła wyraźniej na północ i jednocześnie złagodniała. Za Rosarolo (13 km) na kilkaset metrów przejechaliśmy na prawy brzeg potoku. Tu w połowie czternastego kilometra dotarliśmy do wspomnianej już Otry, za którą nachylenie miało już na stałe przybrać poważniejszych wartości. Na kolejnym kilometrze minęliśmy Preię oraz Forno, znane z kościoła pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła oraz Muzeum Sztuki Sakralnej. Na dojeździe do Cerani (15 km) mój telefon jak widać na linkach z górskich ścieżek skończył nagrywanie. Droga wkrótce skręciła na południe i po 17,1 kilometra od początku podjazdu dotarliśmy do Piana di Fornero. W dole po lewej stronie widać było kościół i budynki owej osady. Natomiast po prawej stronie drogi powitała nas dwujęzyczna tablica m.in. z napisem „Kampelj Walser Land – Wol chomne”. Wjechaliśmy na finałowy odcinek czyli via del Sasso. Z początku jechaliśmy dalej na zachód, po czym droga skręciła nieco na północ i nadal brnąc przez las zaserwowała nam doprawdy wysokie procenty. Na tym finałowym odcinku musiałem się już mocno spiąć by nie puścić koła kolegi w samej końcówce. Po wyjeździe z lasu jeszcze chwila stromizny, po czym płaski finał po kostce do samego Campello Monti. Na poboczu stał samochód „Guardia di Finanza”. Pytanie od kogo ściągają tu podatki, skoro nikt na stałe w Kampel nie mieszka? Dojechawszy do końca brukowanego odcinka zeszliśmy z rowerów i przeszliśmy mostkiem do centrum miejscowości. Dostrzegłem tu miejscowy kościół jak i budynek szkoły podstawowej. Kto by zgadł, że zimą nie ma tu żywego ducha! Najdłuższy 19-kilometrowy segment przejechaliśmy w 1h 08:49 (avs. 16,6 km/h z VAM 826 m/h). Nie jechaliśmy wcale jakoś bardzo oszczędnie. Na odcinku 4,76 kilometra powyżej Forno zdobywaliśmy wysokość w tempie 993 m/h, zaś na ostatnich dwóch kilometrach nawet 1061 m/h. Na zjeździe nigdzie nie zatrzymaliśmy się na dłużej. Do bazy wróciliśmy kwadrans po dwunastej. W sumie można było tego dnia zrobić nieco więcej.

Była ku temu dobra okazja. Mogliśmy bowiem przerwać nasz zjazd w Canova del Vescovo, po czym dorzucić sobie wspinaczkę pod Alpe Quaggione. Z tego poziomu byłyby to dodatkowe 744 metry w pionie czyli podjazd o długości 7,7 kilometra i średniej stromiźnie aż 9,7%. Adrian pewnie „połknąłby” taką premię górską w 40 minut, ja raczej w 45. Parę minut spędzilibyśmy na górze plus nieco czasu zgubili na zjeździe. Zakładam, że wówczas wylądowalibyśmy na stancji około wpół do drugiej. Niemniej z ostrożności i dla lepszego wypoczynku przed długą podróżą do ojczystego kraju „przytrzymaliśmy się” oryginalnego planu. Wyjazd z Omegni zaplanowaliśmy sobie na siedemnastą, więc przesadnie dużo czasu na wypoczynek, obiad oraz spakowanie wszystkich waliz, toreb, plecaków i pomniejszych tobołków wcale nie było. Ostatecznie nasze górskie liczniki stanęły na 28 podjazdach. Adrian przez szesnaście dni przejechał 1082 kilometry, zaś w pionie pokonał 32.659 metrów. Nie wszystkie jego góry były moimi wzniesieniami. Mój ogólny dystans i amplituda zapewne były nieco niższe. Niemniej z racji licznych zakłóceń w kontaktach ze stravą nie podejmuje się orzec „jak daleko i wysoko” tym razem zajechałem. Po powrocie do kraju zakupiłem Garmina Edge530 i mam nadzieję, że ten posłuży mi co najmniej przez osiem lat jak jego starszy „kolega”. Alpe Quaggione na dalszą przyszłość wcale nie jest wykluczone. Może uda mi się kiedyś raz jeszcze pojeździć po górskich drogach: Doliny Aosty, Piemontu i Lombardii. Wówczas pozbieram sobie wszystkie nie poznane wcześniej podjazdy na obszarze od Monte Bianco po Lago di Garda. Niemniej w najbliższych sezonach Bella Italia raczej nie będzie stała na pierwszym planie. Najwyższy czas zmierzyć się z najeżoną stromymi podjazdami Karyntią. Chcę się również przypomnieć francuskim Pirenejom. Poza tym nie zapominam o Szwajcarii i przede wszystkim mam na uwadze Hiszpanię. Górska Iberia to grubszy temat do rozpracowania. Najpewniej wymagał będzie zorganizowania trzech lub czterech wypraw. Oby tylko w ramach Unii wróciła „wolność podróży”.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/5914442883

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/5914442883

CAMPELLO MONTI by Adriano

https://www.strava.com/activities/5914323949

ZDJĘCIA

Campello Monti_01

FILM

Napisany w 2021b_Aosta & Piemonte | Możliwość komentowania Campello Monti została wyłączona

Alpe Camasca

Autor: admin o niedziela 5. września 2021

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Omegna (via Comoli)

Wysokość: 1211 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 916 metrów

Długość: 11,8 kilometra

Średnie nachylenie: 7,8 %

Maksymalne nachylenie: 15 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Dwie ostatnie góry tej wyprawy mogliśmy zaatakować z „własnego podwórka”. To znaczy z ulic miejscowości, w której pomieszkiwaliśmy już od tygodnia. Omegna ma przeszło 14.300 mieszkańców i jest trzecią pod względem liczby mieszkańców miejscowością prowincji Verbano-Cusio-Ossola. Większe od niej są tylko Verbania i Domodossola. „Nieformalna” stolica rejonu Cusio leży na północnym krańcu urokliwego Lago d’Orta. Prawa miejskie uzyskała dopiero w roku 1939. Z grubsza dekadę po tym jak w latach 1927-28 wchłonęła sąsiednie wsie: Agrano, Cireggio i Crusinallo. Peleton Giro d’Italia w minionym roku przejeżdżał ulicami Omegni. Kolarze zaczynali tu podjazd na Passo della Colma podczas etapu dziewiętnastego do stacji Alpe di Mera. W obecnym stuleciu wyścig Dookoła Włoch podobną „przelotną” wizytę złożył temu miastu także w latach 2003 i 2011. To znaczy na etapach do Cascata del Toce oraz Macugnagi. W poważniejszej, acz w sumie drugoplanowej roli Omegna wystąpiła na Giro tylko w sezonie 1975. W mieście tym zaczął się etap 17a owej edycji, który prowadził do lombardzkiego miasteczka Pontoglio (prov. Brescia). Ten płaski odcinek wygrał znakomity belgijski sprinter Patrick Sercu. Można powiedzieć, że nasza Omegna „załapała” się wówczas na organizację etapowego startu, albowiem odcinek 16 tej imprezy zakończył się w pobliskiej „turystycznej perełce” Orta San Giulio. Panowie zatem nigdy nie ścigali się tu o prestiżowe zwycięstwo etapowe. Co innego panie. Wokół Omegni wytyczono bowiem trasę piątego etapu Giro Rosa z roku 2018. Skuteczną ucieczką na tym 118-kilometrowym odcinku popisały się trzy zawodniczki: dwie Amerykanki oraz Włoszka. Kolarki zza Atlantyku, choć jadące w różnych ekipach, nie dały szans reprezentantce gospodarzy. Triumfowała Ruth Winder o sekundę przed Tyler Wiles i Alice Marią Arzuffi. Peleton finiszował ze stratą 1:17. Dużą grupę przyprowadziła słynna Holenderka Marianne Vos, która w latach 2007-2021 wygrała w sumie 30 etapów Giro Donne vel Rosa.

Naszą przedostatnią wspinaczkę zacząć mieliśmy na ulicach Omegni. Natomiast jej metą miała być leżąca na południowy-zachód od szczytu Monte Mazzoccone (1424 m. n.p.m.) polana Alpe Camasca. Kolejne w tych dniach „alpeggio”. To znaczy górskie pastwisko od XV wieku wykorzystywane przez mieszkańców pobliskiej wsi Quarna. Ta ostatnia miejscowość, a ściślej Quarna Sotto też leżała na naszym górskim szlaku. Quarna to wieś mająca nieco ponad 350 mieszkańców. Reklamuje się jako „Paese per la Musica”, jako że od I połowy XIX wieku słynie z produkcji dętych instrumentów muzycznych. Swoją siedzibę ma w niej firma „Rampone & Cazzani” specjalizująca się w produkcji saksofonów. Z kolei leżąca nieco na uboczu Quarna Sopra (czyli Górna) pochwalić się może tarasem widokowym, z którego roztacza się zjawiskowy widok na Lago d’Orta, Omegnę oraz górę Mottarone piętrzącą się na wschód od jeziora. Czekał nas podjazd niedługi, lecz bez cienia wątpliwości wymagający. Mieliśmy do „przerobienia” przeszło 920 metrów przewyższenia na dystansie niespełna 12 kilometrach. W dużym skrócie: lekki wstęp i ciężkie 10 kilometrów. Na podstawie nieco uogólnionych danych z „massimoperlabici” można na tym wzniesieniu wyróżnić cztery segmenty. Pierwszy 2-kilometrowy o przeciętnym nachyleniu tylko 3,6% na dojeździe do Cireggio (367 m. n.p.m.). Potem solidne i regularne 5,4 kilometra o średniej stromiźnie 8,1% na odcinku do Quarna Sotto (802 m. n.p.m.). Następnie nieco trudniejszy kawałek o zmiennym nachyleniu, a przy tym niepozbawiony kilkunasto-procentowych stromizn. W sumie 2,9 kilometra z przeciętną 8,5%. Na sam koniec zaś półtora kilometra o średniej 11,2%, z tego czym sama końcówka o długości 400 metrów z wartością 12,5%. Po drodze 26 alpejskich zakrętów czyli „tornanti”. Najpierw 11 na dwukilometrowym odcinku za Cireggio. Kolejnych 10 na dwóch kilometrach przed Quarna Sotto. Natomiast 5 ostatnich na finałowym sektorze o długości 1500 metrów. Asfalt na górnym segmencie naszej trasy tj. od Quarny do Alpe Camasca został wylany w roku 1970.

Jak już wspomniałem do tej góry nie przystąpiliśmy z marszu, lecz po dwugodzinnym odpoczynku w naszym apartamencie. Najpierw lekki obiad, potem leżakowanie. Jednym słowem zbawcza dla ciała „akcja-regeneracja”. Niespełna kwadrans po czwartej wypadliśmy na ulice Omegni. Było ciepło, acz nieprzesadnie upalnie. Na starcie przy via Novara mieliśmy 27 stopni, zaś na trzecim kilometrze nawet 30. Najpierw objechaliśmy północny kraniec jeziora, aby wjechać na ciągnącą się wzdłuż jego zachodniego brzegu via L. Comoli. Po 900 metrach od domu szosa zaczęła się delikatnie wznosić. Przez pierwszy kilometr nachylenie utrzymywało się na poziomie od 2 do 4%. Po tym łagodnym odcinku dotarliśmy do ronda przed salonem samochodowym Autocalvi. Byliśmy tu już w minioną, środę gdy samochodem zdążaliśmy ku podjazdom z Valsesia. Wtedy jadąc szlakiem Giro 2021 wybraliśmy tu trzeci zjazd. Tym razem trzeba było wskoczyć na pierwszą uliczkę w prawo prowadzącą do Cireggio. W połowie trzeciego kilometra naszej „wycieczki” wjechaliśmy na szosę SP51 i niebawem minęliśmy pomnik poświęcony pamięci kapitana Filippo Beltramiego. Architekta, który pod koniec II Wojny Światowej dowodził lokalnym oddziałem partyzanckim. Na wylocie z Cireggio nachylenie wzmogło się w okolicy pierwszego wirażu. Po nim zaczęliśmy blisko 3-kilometrowy odcinek wiodący niemal prosto na południowy-zachód. Przerywany pięciokrotnie za sprawą par wiraży pt. „najpierw w prawo, potem w lewo”. Odtąd aż po Quarna Sotto nachylenie było solidne, a przy tym bardzo regularne. Dość powiedzieć, że według mojego książkowego przewodnika na jedenastu kolejnych 500-metrowych odcinkach średnia stromizna utrzymywała się na poziomie od 7 do 8,4%. Jednym zdaniem było tu dość trudno, ale równo. Maksymalne chwilowe nachylenie miało sięgać 10%. Jakiś kilometr przejechaliśmy razem, po czym Adrian odpalił z pełną mocą. Okazało się, że nie tylko jego Honda, lecz również aluminiowy Cannondale caad 10 posiada „szósty bieg”.

Naprawdę wydawało mi się, że jadę mocno. Taki regularny odcinek jak najbardziej mi pasował. Do tego byłem wypoczęty po wizycie na stancji. Tymczasem Adek błyskawicznie mi odjechał. Na przeszło 6-kilometrowym segmencie od ronda przy autosalonie do Quarna Sotto nadrobił nade mną 4:05. Sprawdziłem na bazie prawdziwego przewyższenia (do tego rodzaju danych ze stravy trzeba podchodzić z nieufnością) jak szybko wspinaliśmy się na tym odcinku. Wyszło mi, że ja zyskiwałem wysokość w tempie 1051 m/h. Tymczasem Adi „frunął” z VAM na poziomie aż 1219 m/h! Szacun, równie szybko co ja za najlepszych lat. W połowie ósmego kilometra od domu wjechałem do Quarny, zaś 600 metrów dalej skręciłem ostro w lewo zostawiając za plecami drogę do Quarna Sopra. Po kolejnych 400 metrach w łatwiejszym terenie przejechałem przez niewielki plac i wpadłem na pierwszą ściankę. Na najbliższym rozjeździe trzeba było wybrać prowadzącą do osady Cregno via Camasca. Odtąd już niemal do końca droga wiodła przez las. Jeśli wierzyć źródłom pisanym najpierw biegła w cieniu kasztanów i dębów, zaś wyżej pośród modrzewi. W połowie jedenastego kilometra minąłem dróżkę do osady Alpe Costaccia. Tu zaczął się finałowy sektor o długości półtora kilometra. Łatwo nie było, ale jakoś się wybroniłem na tej stromiźnie. Natomiast mój telefon „poległ” kilkaset metrów przed finałem. Na wysokości Capella Alpina minąłem odpoczywającego już Adriana, który krzyknął że jestem blisko finału. Faktycznie asfalt kończy się 120 metrów za ową kaplicą. Dalsze dróżki są już jedynie kamienistymi duktami. Podjazd skończyłem w czasie poniżej 57 minut od wyjechania z domu. Według stravy przeszło 10-kilometrowy segment od ronda przed Cireggio Adrian przejechał w czasie 43:27, zaś ja w 51:32. Po mojemu miał on długość 10,6 kilometra i przewyższenie 888 metrów. To dałoby mojemu koledze avs. 14,6 km/h i VAM 1226 m/h. Natomiast mi wartości 12,3 km/h i VAM 1034 m/h. Adek na ostatnich 4 kilometrach z hakiem cisnął VAM 1241 m/h! Ze mnie odrobinę zeszło powietrze, bo miałem tu przyzwoite, acz dalekie od rewelacji 1023 m/h.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/5911107185

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/5911107185

ALPE CAMASCA by Adriano

https://www.strava.com/activities/5911173857

ZDJĘCIA

Alpe Camasca_01

FILM

Napisany w 2021b_Aosta & Piemonte | Możliwość komentowania Alpe Camasca została wyłączona

Alpe Cheggio

Autor: admin o niedziela 5. września 2021

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Villadossola (via San Bartolomeo)

Wysokość: 1493 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1234 metry

Długość: 23,4 kilometra

Średnie nachylenie: 5,3 %

Maksymalne nachylenie: 14 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Trzecią niedzielę owej wyprawy zaczęliśmy od samochodowego wypadu do Villadossoli. Dojazd ten był nieco krótszy niż sobotni, bo 37-kilometrowy. Dzięki niemu mieliśmy poznać jeszcze jeden podjazd w zachodniej części rejonu Ossola. Tym razem chcieliśmy wjechać w głąb Valle Antrona. Niemniej celem całej wspinaczki była górska osada Alpe Cheggio, położona w górnej części Val Loranco. To znaczy w bocznej dolince, która odchodzi na północ od Antrony na wysokości wioski Antronapiana. Czekał nas długi, bo 23 kilometrowy podjazd o bardzo zmiennym nachyleniu. Pierwsze szesnaście kilometrów trzeba było pokonać główną doliną na drodze SP67, zaś ostatnie siedem już na węższej i bardzo krętej szosie SP141. Villadossola jest trzykrotnie mniejsza od nieformalnej stolicy owej okolicy czyli Domodossoli. Ma przeszło 6200 mieszkańców i jak przystało na włoskie miasteczko długą historię. Jej świadectwem jest romański kościół pod wezwaniem San Bartolomeo, którego dzieje sięgają końcówki X wieku. Tą świątynię z okazałą dzwonnicą minęliśmy zresztą tuż po naszym starcie z ronda przed via Idilio Zonca. Jako się rzekło większa część naszej trasy wieźć miała poprzez Valle Antrona. To dolina leżącą między poznaną przez nas w sobotę Val Bognanco a długą Valle Anzasca, którą peleton Giro d’Italia odwiedził w 2011 roku na etapie do stacji Macugnaga. Główna szosa w dolinie Antrona kończy się w osadzie Alpe Russi nad Lago d’Antrona. To jest na wysokości niespełna 1100 metrów n.p.m. Niemniej węższą, bardzo pokręconą dróżką tam można dotrzeć nieco dalej i wyżej. To znaczy do zapory na Lago di Campliccioli (1356 m. n.p.m.). Ponoć widoki z tego miejsca zapierają dech w piersi. Ja jednak celowałem w najtrudniejsze kolarskie wzniesienie tej okolicy czyli wspomniane Alpe Cheggio. Dlatego główną dolinę musieliśmy opuścić na wysokości około 900 metrów n.p.m. Niemniej odrobinę przedłużając sobie nasz podjazd mogliśmy wjechać na Diga Alpe dei Cavalli (1508 m. n.p.m.) i tym sposobem podziwiać górski krajobraz na tle wód jeziora, acz z poziomu innej tamy.

Alpe Cheggio podobnie jak San Domenico czy Alpe Devero leży na terenie regionalnego parku. W tym przypadku jest to utworzony w grudniu 2009 roku Parco Naturale dell’Alta Valle Antrona. Park ten ma powierzchnię 7444 hektarów i leży w granicach gminy Antrona Schieranco. Najwyższym szczytem jest tu graniczny Pizzo d’Andolla (3656 m. n.p.m.). Innego rodzaju skarbami jest zaś pięć jezior, z których cztery tj. Alpe dei Cavalli, Camposecco, Campliccioli oraz Cingino są sztuczne. Natomiast najniżej położone Lago d’Antrona to dzieło dzikiej natury. Powstało bowiem w lipcu 1642 roku na skutek wielkiego osuwiska, którego zabiło 95 osób i jednocześnie zablokowało potok Troncone. Z kolei górski akwen, do którego my zmierzaliśmy powstał za sprawą zapory grawitacyjnej wybudowanej w latach 1922-26. Samo jezioro położone jest na wysokości 1490 m. n.p.m. i ma maksymalnie 30 metrów głębokości. Jego wody zasilają elektrownię w miejscowości Rovesca. Chcąc do niego dotrzeć z ulic Villadossoli trzeba pokonać m/w 1250 metrów przewyższenia. Podjazd jest długi, więc średnia stromizna wynosi tylko 5,3%. Tym niemniej po drodze spotyka się nachylenia o bardzo różnych wartościach. Autor strony „massimoperlabici” to 23-kilometrowe wzniesienie podzielił aż na dziewięć sektorów. Jego szczegółową analizę można nieco uogólnić. Czego zatem mogliśmy się spodziewać w dolinach Antrona i Loranco? Otóż, na początek mieliśmy do przejechania 4-kilometrowy sektor z Villadossoli do Cresti (512 m. n.p.m.). Solidny kawałek o średniej stromiźnie 6,4%. Następnie luźne 7 kilometrów przez Seppianę, Viganellę do San Pietro (649 m. n.p.m.). Na tym segmencie przeciętne nachylenie wynosi od 1,2 do 2,5% czyli de facto jest to długie „falsopiano”. Potem na 5-kilometrowym odcinku przez Locaskę do Antronapiany (902 m. n.p.m.) stromizna miała stopniowo rosnąć i średnio wynieść 5,1%. Zdecydowanie najtrudniejsza miała być ostatnia „kwarta” czyli 7,1 kilometra już na drodze SP141. Ten finałowy sektor ma stromiznę 8,4% i to mimo luźniejszego kilometra między Alpe Rasghio i Alpe Campo.

Po przyjeździe do Villadossoli zatrzymaliśmy się na sporym parkingu wytyczonym wzdłuż via San Bartolomeo. Jazdę zaczęliśmy niemal punkt dziesiąta czyli o identycznej porze jak w sobotę. Po dwóch tygodniach współpracy przy realizacji dziennego programu osiągnęliśmy precyzję godną szwajcarskich zegarków. Na pierwszych metrach za rondem pokonaliśmy pagórek kończący się w pobliżu kościółka św. Bartłomieja. Potem przez czterysta metrów jechaliśmy niemal po płaskim terenie w bliskim sąsiedztwie potoku Ovesca, który wyrzeźbił rzeczoną Valle Antrona. Po 600 metrach podjazd odżył i pod koniec pierwszego kilometra zafundował nam pierwszy wiraż. Na drugim i trzecim kilometrze droga trzykrotnie zmieniła kierunek. Jednak co ważniejsze stromizna była tu naprawdę solidna, na poziomie 7-8%. Minęliśmy na tym odcinku miejscowość Noga (1,8 km), po czym dojechaliśmy do Boschetto (2,9 km). Na czwartym kilometrze nachylenie spadło do około 6%. Zakończyliśmy go wjazdem do Cresti na wysokości miejscowego merostwa. Na wylocie z owej osady zaczął się pierwszy zupełnie płaski odcinek. Liczył on półtora kilometra i zawiódł nas do Seppiany (5,9 km). Kolejne 1200 metrów z przejazdem przez Camblione miejscami miało umiarkowane nachylenie. Jednak po siedmiu kilometrach od ronda zaczął się najdłuższy z płaskich sektorów w dolinie Antrona. Pod koniec ósmego kilometra wpadliśmy do Viganelli. To specyficznie usytuowana wioska. Słynie z tego, że przez 83 dni w roku nie dochodzi do niej światło słoneczne! Jej mieszkańcy przez wieki w okresie od 11 listopada do 2 lutego żyli w półmroku. Dopiero w grudniu 2006 roku na pobliskim zboczu górskim zamontowano specjalne lustro o wymiarach 8 na 5 metrów by sprowadzić naturalne światło na ulice tej miejscowości. Pod koniec dziewiątego kilometra przejechaliśmy na prawy brzeg Oveski. W połowie jedenastego kilometra można już było poczuć pewne nachylenie, acz jeszcze długo było ono łagodne. Na początku dwunastego kilometra minęliśmy osadę San Pietro z wiekowym kościołem, rzecz jasna pod wezwaniem św. Piotra.

W połowie trzynastego kilometra skończyła się szybka jazda po płaskim. Nachylenie zaczęło wzrastać, acz stopniowo. Po 13,3 kilometra podjazdu dotarliśmy do Locaski. Dalej zaś na nieco trudniejszym odcinku minęliśmy okazały budynek elektrowni wodnej Rovesca G.B. Pirelli. Ciekawe, że inicjały przed nazwiskiem są tu takie same jak u założyciela słynnej firmy z branży opon pneumatycznych. Przypadek? W połowie piętnastego kilometra zaliczyliśmy dwa wiraże, po czym po 15,1 kilometra od ronda minęliśmy boczną dróżkę do wspomnianej Roveski. Do połowy szesnastego kilometra stromizna trzymała się na poziomie 7-9%. Łatwiej, acz bynajmniej nie płasko zrobiło się na ostatnich kilkuset metrach przed Antronapianą. Po 16 kilometrach „wspinaczki” musieliśmy zjechać z szosy SP67. W drodze byliśmy już od 52 minut, a najciekawsze miało się dopiero zacząć. Jak dotąd jechaliśmy ze średnią prędkością 18,3 km/h, ale z VAM ledwie 754 m/h. Nie mogło być inaczej, skoro do tego momentu średnie nachylenie wynosiło tylko 4,1%. Wpadliśmy do centrum wioski mijając wybudowany po tragedii z połowy XVII wieku kościół pod wezwaniem św. Wawrzyńca (San Lorenzo), a zaraz po nim siedzibę władz „komuny” Antrona Schieranco. W połowie siedemnastego kilometra wyjechaliśmy z wioski i zaczęliśmy się piąć po serpentynach krętym szlakiem na północ przez Val Loranco. Na pozostałych nam do celu siedmiu kilometrach przyszło nam zaliczyć aż 26 klasycznych wiraży. Droga SP141 była owszem wąska, ale wbrew przepowiedniom z książkowego przewodnika wydanego w 1998 roku całkiem przyzwoitej jakości. Na początek mieliśmy tu do przejechania 3,6 kilometra ze średnią 8,6% i 14 zakrętami na dojeździe do Alpe Rasghio (1210 m. n.p.m.). Potem przejechaliśmy na lewy brzeg potoku Loranco. Odcinek 1100 metrów przed Alpi di Campo (1264 m. n.p.m.) był znacznie łagodniejszy, bowiem ma średnio tylko 4,9%. Wkrótce jednak stromizna znów podskoczyła.

Droga zrazu wiodła szeroką łąką, potem przez las, zaś na koniec znów wpadła na górską halę. Finałowy sektor do Alpe Cheggio miał długość 2,4 kilometra i średnie nachylenie aż 9,7%. Półtora kilometra przed metą zaczęliśmy bardzo pokręcony odcinek z sześcioma zakrętami na zaledwie 500 metrach. Właśnie przedostatni kilometr ze średnią 10,2% był tym najtrudniejszym. Na ostatnim, nieco  łatwiejszym, minęliśmy Rifugio Citta di Novara (1474 m. n.p.m.). Potem jeszcze jedna ścianka i już prawie byliśmy na mecie. Po ostatnim ostrzejszym wirażu zjechaliśmy w kierunku Oratorio di San Bernardo. Natomiast za ową kaplicą skręciliśmy w prawo i jadąc wciąż po asfalcie wjechaliśmy na pełen aut parking. Stąd do zapory na Lago Alpe dei Cavalli brakowało nam już tylko 200 metrów. Ów ostatni odcinek był już de facto kamienistą gruntówką. Po niespełna półtorej godzinie od startu wpadliśmy w końcu na koronę zapory. Nasza nagrodą były piękne widoki na każdą stronę świata. warto wspomnieć, iż po zachodniej stronie tamy zaczyna się pieszy szlak wiodący wzdłuż jeziorka ku Alpe del Gabbio. Z tej zaś polany ambitniejsi piechurzy mogą się wybrać na wycieczkę do Rifugio Andolla (2061 metrów n.p.m.). Mój telefon oczywiście „nie przetrwał” tak długiego podjazdu. Tym razem ogłosił „fajrant” na ulicach Antronapiany czyli po 16 kilometrach nagrywania. Niemniej dotarłem do mety w towarzystwie Adriana, więc mogłem polegać na jego danych. Jak nam poszło? Na najdłuższym segmencie 22,43 kilometra spędziliśmy 1h 24:52 (avs. 15,8 km/h z VAM 864 m/h). Natomiast na finałowym sektorze 6,64 kilometra uzyskaliśmy czas 32:33 (avs. 12,2 km/h i VAM 1004 m/h). Przed wyjazdem z Alpe Cheggio wpadliśmy jeszcze na kawę do schroniska CAI Novara. Zjazd skończyliśmy kwadrans po trzynastej. Po czym z Villadossoli pognaliśmy prosto do naszej bazy noclegowej. Drugi z niedzielnych podjazdów mieliśmy rozpocząć już z ulic Omegni. Dlatego wyjątkowo między górami mogliśmy sobie pozwolić na sjestę w prawdziwie włoskim stylu.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/5909286265

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/5909286265

ALPE CHEGGIO by Adriano

https://www.strava.com/activities/5909282831

ZDJĘCIA

Alpe Cheggio_01

FILM

Napisany w 2021b_Aosta & Piemonte | Możliwość komentowania Alpe Cheggio została wyłączona

Alpe Lusentino (Domobianca)

Autor: admin o sobota 4. września 2021

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Domodossola (Tangenziale Generale dalla Chiesa)

Wysokość: 1089 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 806 metrów

Długość: 10,6 kilometra

Średnie nachylenie: 7,6 %

Maksymalne nachylenie: 14 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

W końcówce zjazdu z Alpe San Bernardo pogubiłem się na ulicach Domodossoli. O mały włos nie wjechałem na tamtejszą starówkę. Niemniej miejscowość jest nieduża, więc szybko znalazłem alternatywny sposób na dotarcie do samochodu. Na postoju spędziliśmy niespełna kwadrans. Przed wpół do drugą znów ruszyliśmy na północ zachodnią obwodnicą miasta. Było ciepło acz nie upalnie czyli 28 stopni. Niemniej zaczynało się już chmurzyć. Nie można było zatem wykluczyć, iż najdzie nas tu popołudniowa burza. Muszę przyznać, iż na tej wyprawie mieliśmy wyjątkowe szczęście do pogody. Mnie na rowerze ani razu nie złapał deszcz. Gdzieś tam trafiło się parę kropel, ale był to opad na tyle skromny i krótkotrwały, że nie pamiętam nawet gdzie to było. Tym razem licznik włączyłem już przy samochodzie czyli pół kilometra wcześniej niż przed południem. Po przejechaniu owych 500 metrów dotarliśmy ronda, na którym należało odbić w lewo. Przeszło 10-kilometrowy podjazd na Alpe Lusentino (Domobianca) zaczyna się od wjazdu na via Ida Braggio del Longo. Znaki drogowe były dobrze widoczne, ale skąd wzięły się dwie nazwy na oznaczenie jednego celu podróży? Otóż pierwsza odnosi się do górskiej łąki położonej na wysokości niespełna 1100 metrów n.p.m. Dziś jest ona najniższym poziomem stacji narciarskiej Domobianca, którą na otwarto w 1978 roku. Ten ośrodek sportów zimowych powstał na północno-wschodnich zboczach góry Moncucco (1896 m. n.p.m.). Funkcjonuje na wysokościach od 1088 do 1845 metrów n.p.m. Pomiędzy połoninami Lusentino i Pianali. Działa tu dwanaście tras zjazdowych o łącznej długości 21 kilometrów. Dwie czyli: Prati i Prel mają sztuczne oświetlenie, więc można na nich jeździć także po zmroku. Całość obsługiwana jest przez sześć wyciągów (4 krzesełkowe i 2 orczyki). Dodam, że Domobianca należy do obszaru narciarskiego Neveazzura, który obejmuje wszystkie 10 stacji prowincji Verbano-Cusio-Ossola. W tym znane mi z wcześniejszych rowerowych wspinaczek: Mottarone, Formazza, Macugnaga, San Domenico i Alpe Devero.

Ośrodek to jak na włoskie standardy niewielki. Niemniej i tak „wychował” narciarskiego asa o międzynarodowej sławie. Urodzony w Domodossoli Massimiliano Blardone (rocznik 1979) swego czasu należał do najlepszych fachowców od slalomu-giganta. W latach 2005-2012 wygrał w sumie siedem zawodów Pucharu świata w tej specjalności. Zarazem całosezonowe zmagania o małą Kryształową Kulę dwukrotnie kończył na drugim i tyleż samo razy na trzecim miejscu. Podjazd na Alpe Lusentino dziwnym trafem nie został opisany na stronie „massimoperlabici”. Tym samym robiąc swój „wywiad” polegałem na profilu i opisie z „Passi e Valli in Bicicletta n. 6”. W książce tej Domobianca została oceniona nieco wyżej niż porównywalnej długości wspinaczka do stacji San Domenico. Na początek mieliśmy mieć tu dwa kilometry o średniej 7,2%. Potem trzeci kilometr z przeciętną tylko 4,8%. Następnie dwa ostre kilometry ze średnią 9% na odcinku przed Andosso. Po nich 500-metrowe falsopiano o nachyleniu 3,4%. Po czym za wioską Vallesone miał się zacząć najtrudniejszy segment tego wzniesienia o długości 2,5 kilometra i średniej 9,6%. Finałowe 2300 metrów wyglądały już na nieco łatwiejsze, acz z solidną przeciętną 8%. Po zjechaniu z ronda przez pierwsze 200 metrów stromizna była znikoma. Niemniej bardzo szybko wyjechaliśmy z miasta i za tablicą „pożegnalną” nachylenie stało się znaczniejsze. Na pierwszym kilometrze minęliśmy trzy wiraże. Jechaliśmy tam przez teren odkryty z ładnymi widokami na Domodossolę i otaczające ją zewsząd góry. Na drugim kilometrze podjazdu droga zaczęła biec w kierunku północnym. Na początku trzeciego zatrzymaliśmy się chwilowo przed kościołem parafialnym San Brizio. Chcieliśmy sprawdzić czy tylne koło mojego roweru nie wymaga bardziej precyzyjnego dopięcia, gdyż znów zaczęło „głośno pracować”. Straciliśmy na tym m/w minutę, lecz nasze zabiegi nie przyniosły pożądanych efektów. Podczas przejazdu przez Maggianigo wzięliśmy szeroki zakręt na wysokości baru Patrizia. Po czym w połowie trzeciego kilometra trafiliśmy na krótkie wypłaszczenie.

Pod koniec trzeciego kilometra szlak osiągnął swój „biegun północny” i przez kolejne 900 metrów prowadził prosto na zachód, równolegle do szosy SP68 przez Val Bognanco. Po przejechaniu 3,7 kilometra od ronda skręciliśmy ostro w lewo i zaczęliśmy kierować się na południe. Minęliśmy zjazd do wioski Prata i jej Oratorio di San Giuseppe (4,1 km). Następnie zaś po pokonaniu trudnego piątego kilometra dotarliśmy do Andosso. Za tą osadą nachylenie faktycznie mocno spuściło z tonu. Szybko dojechaliśmy do rozjazdu przed bardzo ładnie wyglądającą z oddali Vallesone (5,5 km). Teraz znów trzeba było się sprężyć, bowiem przed nami wyrastał najtrudniejszy sektor góry. Przez kolejne dwa i pół kilometra stromizna trzymała z reguły na poziomie 9%, ale często przebierała też dwucyfrowe wartości. Najtrudniej było na samym początku ósmego kilometra, gdzie sięgało ona 13%. Dopiero za wirażem nr 9 nachylenie nieco poluzowało, acz nie na tyle by można było sobie pofolgować. Adriano „wyszumiał się” na pierwszej górze, więc to wzniesienie potraktował nieco ulgowo. Dlatego cały ów podjazd wjechaliśmy razem. Mój telefon tym razem skończył zapis ledwie sto metrów przed finałem. Dzięki temu mój czas został odnotowany na większości segmentów z tej góry. Najdłuższy jaki znalazłem na profilu Adka to „Domodossola – Lusentino” o długości 10,1 kilometra. Wynika z niego, iż górę tą wjechaliśmy w czasie 49:21. Faktycznie jechaliśmy jednak przez 48:11 czyli z VAM na poziomie 970 m/h. Nasza meta okazała się bardzo gwarnym miejscem. Był weekend więc Domobianca tętniła życiem. Jedni turyści wracali z pieszych wycieczek, drudzy opalali się na leżakach. Dzieci bawiły się na różne sposoby. Ktoś tam grał w siatkówkę plażową. My wybraliśmy się do Lusebar na zasłużoną kawę i ciastko. Na górze spędziliśmy przeszło pół godziny. Drugie tyle zajął na spokojny zjazd z licznymi przystankami. Trochę ryzykowaliśmy, albowiem gdy dotarliśmy do Domodossoli chmury nad miastem były już niemal granatowe. Niemniej zaczęło padać, gdy siedzieliśmy już „bezpieczni” w samochodzie zmierzając na stancję do Omegni.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/5903595249

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/5903595249

ALPE LUSENTINO (DOMOBIANCA) by Adriano

https://www.strava.com/activities/5903916658

ZDJĘCIA

Alpe Lusentino_01

FILM

Napisany w 2021b_Aosta & Piemonte | Możliwość komentowania Alpe Lusentino (Domobianca) została wyłączona

Alpe San Bernardo

Autor: admin o sobota 4. września 2021

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Domodossola (Tangenziale Generale dalla Chiesa)

Wysokość: 1631 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1348 metrów

Długość: 18,8 kilometra

Średnie nachylenie: 7,2 %

Maksymalne nachylenie: 13 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

W sobotę sprawa była jednocześnie prosta i skomplikowana. Wygodną częścią planu był fakt, iż tego dnia oba podjazdy mieliśmy rozpocząć z jednego miejsca. To znaczy z ulic Domodossoli, największej miejscowości Val d’Ossola. Trudniejszym elementem całego programu była zaś okoliczność, iż czekały tam nas dwa wymagające wzniesienia. W dodatku pierwsze z nich dość długie i całkiem spore, bo mające ponad 1300 metrów przewyższenia. Mowa o podjeździe na Alpe San Bernardo. Na profilach z „archivio salite” i „cyclingcols” wysokość tej góry została przeszacowana o jakieś 40 metrów. Tym niemniej pod względem skali trudności śmiało można ją porównać ze słynną wspinaczką od Ponte di Legno na Passo di Gavia. Jedyna różnica pomiędzy obiema górami polega na tym, iż w Lombardii wspinaczka zaczyna się i kończy o tysiąc metrów wyżej. Pozostałe parametry są bardzo zbliżone. Nasz dojazd z Omegni liczył 41 kilometrów i biegł szlakiem przetartym już w poprzednich dniach. Po przyjeździe na miejsce wypakowaliśmy się przy Tangenziale Generale Carlo Alberto dalla Chiesa czyli zachodniej obwodnicy tego miasta. Ulica ta upamiętnia wysokiej rangi oficera karabinierów pochodzącego z Piemontu, a zamordowanego w Palermo na zlecenie tamtejszych mafiosów. Domodossola ma niespełna 18 tysięcy mieszkańców i jest drugą (po Verbanii) najludniejszą gminą prowincji Verbano-Cusio-Ossola. Leży u ujścia potoku Bogna do rzeki Toce. Szerzej rzec ujmując na Piana del Toce w centralnym miejscu doliny Ossola u zbiegu dochodzącej do niej bocznych dolinek: Bognanco, Divedro, Antigorio-Formazza, Isorno oraz Vigezzo. Co ciekawe w dniach od 10 września do 23 października 1944 roku miasteczko to było stolicą Repubblica partigiana dell’Ossola czyli obszaru tymczasowo wyzwolonego spod okupacji niemieckiej. Takich chwilowych enklaw wolności w latach 1943-44 na terenie środkowych i północnych Włoch było w sumie 21.

Domodossola dwukrotnie była etapową metą na trasach Giro d’Italia. Pierwszy raz w sezonie 1985, gdy zakończył się w niej krótki i płaski etap osiemnasty. Ten sprinterski odcinek rozpoczęty w Monzy miał tylko 128 kilometrów. Wygrał go Paolo Rosola, który na ostatnich metrach wyprzedził Szwajcara Ursa Freulera oraz swego rodaka Giovaniego Mantovaniego. Z kolei w 2006 roku przyjechano do niej z Aosty. To znaczy znacznie dłuższym i bardziej górzystym szlakiem prowadzącym przez szwajcarski kanton Valais (Wallis). Na czternastym odcinku tej imprezy liczącym aż 220 kilometrów kolarze zaraz po starcie musieli pokonać tunelową wersję Colle del Gran San Bernardo, zaś bliżej mety podjazd na Simplonpass. Uciekło wówczas 11 harcowników. Dwójkowy finisz wygrał Kolumbijczyk Luis Felipe Laverde przed Hiszpanem Francisco Perezem. Parę sekund za nimi w sprincie o trzecie miejsce najszybszy okazał się Włoch Paolo Tiralongo. Rok wcześniej podobną, acz znacznie krótszą trasę ze szwajcarskiego Brig pokonały panie uczestniczące w Giro Donne. Po finiszu z 8-osobowej grupki wygrała tu Rosjanka Swietłana Bubnenkowa, zwyciężczyni kobiecego Giro z sezonu 2002. W wyścigu z roku 2005 triumfowała Szwajcarka Nicole Brandli. Niemniej na ulicach Domodossoli rządziły kolarki ze Wschodu, jako że druga była Białorusinka Zinajda Stachurskaja, zaś trzecia Litwinka Edita Pucinskaite. W pierwszym tygodniu wyprawy przebywając w Dolinie Aosty darowałem sobie obie przełęcze św. Bernarda, gdyż podjechałem na nie przed laty. Niemniej po dwóch tygodniach pobytu w północno-zachodniej Italii i tak dopadła mnie konieczność oddania swego rodzaju hołdu świętemu z Menthon. Widać w tych stronach kult patrona alpinistów, narciarzy, górskich ratowników i turystów jest mocno rozpowszechniony. Dla mnie osobiście miała to być już szósta wspinaczka na górę poświęconą tej postaci. W tym czwarta na terenie Włoch, albowiem we wrześniu 2015 roku przebywając w Alpach Liguryjskich poznałem też Colle San Bernardo di Mendatica (1262 m. n.p.m.).

Autor strony „massimoperlabici” podzielił podjazd z Domodossoli na Alpe San Bernardo aż na osiem części. Pierwsza prowadząca od miasta do Ponte di Torno ma długość 4,3 kilometra i przeciętne nachylenie tylko 3,9%. Druga na odcinku 3,2 kilometra do Fonti di Bognanco ma już średnio 7,1%. Dalej wyróżnione zostały cztery sektory o jednakowej długości 1300 metrów. Niemniej o różnej stromiźnie. Trzeci prowadzący do Possetto, czwarty do Camisanki, piąty do San Lorenzo i szósty do Granigi ze stromiznami rzędu: 8,8% – 9,7% – 5,5% oraz 9,8%. W górnej partii wzniesienia mamy jeszcze dwa trudne odcinki. Najpierw 2,2 kilometra o średnim nachyleniu 9,6% na dojeździe do Alpe Vercengio oraz finałowe 3,6 kilometra z przeciętną 8,6%. W skrócie mamy tu zatem: przeszło 4-kilometrowy łagodny wstęp, niemal 6-kilometrowy mocny sektor z przeciętną 8,1%, krótki odcinek z umiarkowanym nachyleniem i na koniec przeszło 7-kilometrowy ciężki segment ze średnią aż 9,1%. Punkt dziesiąta byliśmy już gotowi do drogi i zrazu nieśpiesznie ruszyliśmy na północ wspomnianą obwodnicą. Licznik włączyłem przy rondzie, z którego popołudniu mieliśmy zacząć podjazd na Alpe Lusentino. Po 500 metrach wjechaliśmy na via Giuseppe di Vittorio, zaś po kilometrze wyjechaliśmy z miasta. Niebawem po przejechaniu 1,3 kilometra minęliśmy Ponte Mocogna i skręciliśmy na zachód wjeżdżając do Val Bognanco. Minęliśmy elektrownie wodną Vagna i wpadliśmy do ciasnej, mocno zalesionej doliny. Po niespełna 3 kilometrach jazdy drogą SP68 minęliśmy Torno, zaś pod koniec piątego kilometra od startu elektrownię wodną Bognanco Dagliano. W połowie szóstego kilometra przejechaliśmy długi wiadukt z widokiem po prawicy na wodospad Cascata Variola. Nieco dalej minęliśmy zaś osady Messasca i Campeglio, po czym na siódmym kilometrze zmierzyliśmy się z pierwszą dwucyfrową stromizną. Ostre nachylenie utrzymywało się też podczas przejazdu przez stację termalną Fonti di Bognanco. Na dziewiątym kilometrze, jeszcze przed Pessetto szlak definitywnie zmienił kierunek z zachodniego na północny.

Zaczął się segment „Hairpins Festival” czyli 13 ciasnych wiraży na kolejnych czterech kilometrach. Nachylenie nierzadko przekraczało 10%. Z coraz większym trudem trzymałem tylne koło Adriana. Na dziesiątym kilometrze rozstaliśmy się więc za „porozumieniem stron”. Niebawem minąłem Camisankę, Boco i po przejechaniu 11,2 kilometrach byłem już w San Lorenzo „stołecznej” części gminy Bognanco. Do kolegi traciłem tu już przeszło 50 sekund. Jakieś 1200 metrów dalej minąłem stromy zakręt przy Albergo Ristorante Da Cecilia we wiosce Graniga. W tym lokalu zatrzymaliśmy się na pół godziny podczas zjazdu. Mój telefon rychło skończył nagrywanie. Tym razem po 12,6 kilometra od startu. Powyżej Granigi niemal przez kilometr szlak biegł prosto na północ. Bez zakrętów, ale wciąż z wysokimi procentami. Następnie po 14 kilometrach należało skręcić w prawo, gdyż droga na wprost była „ślepą uliczką” prowadzącą jedynie do osady La Gomba i kampingu o jakże słowiańskiej nazwie „Yolki Palki”. Nachylenie chwilowo zmalało na wiadukcie ponad Rio Acquamorta. Niemniej szybko wzrosło na dojeździe do Alpe Vercengio. Na finałowym odcinku spora stromizna tylko miejscami odpuszczała. Trafiła nam się jeszcze jedna sekwencja serpentyn. Sześć wiraży na odcinku ledwie kilometra. Za ostatnim z nich do mety między Oratorio San Bernardo oraz miejscowym parkingiem zostało już tylko 700 metrów. Dalej jadąc już po szutrze wpadłem do lasu, gdzie przy dużej drewnianej tablicy czekał na mnie Adrian. W oddali po lewej stronie widać było budynek Rifugio San Bernardo. Natomiast na wprost „szła” szutrowa dróżka, którą po pięciu ciężkich kilometrach można dotrzeć na graniczną przełęcz Monscera (2103 m. n.p.m.). Niemniej do tego zadania trzeba już rowerów górskich. Adriano najdłuższy z segmentów czyli 16,84 kilometra od Ponte Mocogna pokonał w 1h 14:14 (avs. 13,6 km/h i VAM 1015 m/h). Ja wjechałem w czasie poniżej 80 minut. Do swego kompana straciłem przeszło pięć minut. Szkoda, że podobnie jak na San Domenico zgapiłem się i nie nagrałem tu żadnego filmiku.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/5902745673

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/5902745673

ALPE SAN BERNARDO by Adriano

https://www.strava.com/activities/5903180420

ZDJĘCIA

Alpe San Bernardo_01

Napisany w 2021b_Aosta & Piemonte | Możliwość komentowania Alpe San Bernardo została wyłączona

Alpe Pescia

Autor: admin o piątek 3. września 2021

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Masera (SP71)

Wysokość: 1446 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1130 metrów

Długość: 11,7 kilometra

Średnie nachylenie: 9,7 %

Maksymalne nachylenie: 15 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

W oryginalnym planie na tegoroczne zwiedzanie Piemontu zakładałem, że po Alpe Devero będziemy podjeżdżać do stacji San Domenico. Tymczasem kolarską górę św. Dominika poznaliśmy już w środę. Zastąpiła ona bowiem szwajcarską przełęcz Furggu w roli poprawki po wielkim Simplonie. Tym samym do programu na piątek musiałem dodać jakieś nieprzewidziane wcześniej wzniesienie w rejonie Val d’Ossola. Najlepiej zaczynające się w pobliżu naszej drogi z Baceno do Omegni. W tej okolicy było z czego wybierać. Już choćby baza podjazdów z „archivio salite” podsuwała mi pół-tuzina „mocnych” kandydatur na to popołudnie. To znaczy szereg ekstremalnych wzniesień o przewyższeniu co najmniej 1000 metrów i średnim nachylenie rzędu 10% lub więcej. W teorii najtrudniejszą dostępną tu opcją jest wspinaczka z Preglia do Alpe Fuori (1495 m. n.p.m.). Mająca co prawda tylko 9 kilometrów długości, ale średnią stromiznę aż 13,4%! Kolejne miejsca w lokalnej hierarchii „górskich straszydeł” zajmują zaś: Alpe Rossombolmo (1582 m. n.p.m.) z Ornavasso czyli 13,2 kilometra ze średnią 10,4%, Alpe Giovera (1611 m. n.p.m.) z Roledo: 13,2 kilometra x 9,8%, Aleccio (1584 m. n.p.m.) z Crodo: 8,9 kilometra x 11,9% oraz Alpe Coipo (1436 m. n.p.m.) z Pontetto di Montecrestese: 11,4 kilometra x 9,6%. Każda z nich mogła nawet Adriana zmusić do najwyższego wysiłku. Mnie natomiast złamać przy najmniejszym błędzie z mojej strony. Niemniej nie z tego względu żadnej z nich nie wybrałem. Po prostu nie miałem pewności co do jakości czy nawet rodzaju nawierzchni, po której są poprowadzone owe wspinaczki. Wspomniane górskie archiwum jest co prawda bogatym źródłem wiedzy na temat wszelakich podjazdów, ale jednak nie do końca pewnym. Na szczęście na te liście była jeszcze Alpe Pescia. Premia górska o wymiarach bardzo zbliżonych do Alpe Coipo. Przede wszystkim zaś drobiazgowo opisana na stronie „massimoperlabici”. Co do niej jednej mogłem mieć pewność, że jest w niemal w całości asfaltowa.

Podjazd ten zaczyna się w miejscowości Masera leżącej na zachodnim krańcu Valle Vigezzo. Doliny, która dała światu Eau de Cologne czyli wodę kolońską. Jest to gmina mająca niespełna 1,5 tysiąca mieszkańców. Według autora wspomnianej już strony wspinaczka pod Alpe Pescia zaczyna się na wysokości 297 metrów n.p.m. To znaczy z okolic kościoła parafialnego San Martino przy potoku Melezzo Occidentale. Pierwsze 600 metrów biegnie wówczas po szosie SP71 z łagodnym nachyleniem 3,8%. My jednak zjechaliśmy z „krajówki” SS33 już na wysokości Pontetto i ostatecznie nie dojechaliśmy do centrum Masery. Zatrzymaliśmy się na maleńkim parkingu przy via Campeccio. Z tego miejsca zaraz po starcie mogliśmy wpaść od razu na pierwszy stromy sektor wzniesienia. Naszą wspinaczkę zaczęliśmy kilkanaście minut przed czternastą przy temperaturze wyraźnie przekraczającej 30 stopni. Przecięliśmy tylko wspomnianą drogę prowincjonalną i wbiliśmy się na stromą via Rivoira biegnącą po zboczu pełnym winorośli. Na dzień dobry mieliśmy do pokonania odcinek 800 metrów o średniej 9,2% kończący się we wiosce Regna. Podobnie jak dzień wcześniej na Alpe di Mera nie zamierzałem walczyć na „dwa fronty”. Musiałem z miejsca puścić koło Adriana, by ten „nie wykończył” mnie swoim tempem. Taką górę mogłem godnie pokonać tylko jadąc własnym rytmem. Zatem szybko się rozstaliśmy i już w połowie drugiego kilometra traciłem do Adka 24 sekundy. Pod koniec czwartego kilometra w pobliżu Lago d’Onzo (642 m. n.p.m.) różnica między nami wzrosła do przeszło 2 minut. Po krótkim zjeździe na samym końcu pierwszego kilometra podjazd odżył, acz do połowy trzeciego kilometra miał umiarkowane nachylenie na poziomie 6,1%. Na tym odcinku minąłem Bondolo, Casa Brancio i dojechałem do osady San Rocco. Jakieś 150 metrów dalej minąłem rozjazd. Na nim trzeba było pojechać prosto, gdyż lewą opcją byłą ślepa dróżka do Ranco. Potem pod koniec trzeciego kilometra trafił się ostry i kręty kawałek drogi, zanim w połowie czwartego kilometra podjazd znów wyraźnie odpuścił.

Najluźniej zrobiło się w okolicy wspomnianego jeziorka. Nastawiłem się na ostrą wspinaczkę, więc chwilowo naszły mnie wątpliwości czy jestem na właściwym szlaku. Wiarę odzyskałem po przebyciu 4,7 kilometra, gdy droga ta zmieniła kierunek z północnego na wschodni. Zaczęła się odtąd wić krętym szlakiem poprzez gęsty las. Do końca ósmego kilometra musiałem pokonać 15 wiraży na dystansie nieco ponad 3000 metrów. Dalej też ich nie brakowało. Na całym wzniesieniu jest 31 zakrętów. Na odcinku 3,9 kilometra bezpośrednio za Lago d’Onzo wspinaczka miała już średnio 11,5%. Niemniej całkiem nieźle radziłem sobie z taką stromizną. Z każdym kilometrem nabierałem więc pewności, iż pokonam tą górę bez problemów. Nieco łatwiej, acz też ciężko, było na dojeździe do Alpe Mulera (1272 m. n.p.m.). Ten 2-kilometrowy odcinek miał bowiem przeciętną 9,1%. W międzyczasie po przejechaniu 8800 metrów mój telefon skończył nagrywanie. Oczywiście o tej “dezercji” dowiedziałem się dopiero na mecie. Mijając Alpe Mulera wiedziałem, że ta ciężka próba jest już prawie za mną. Kolejny sektor prowadzący do parkingu na wysokości 1327 metrów n.p.m. pozwalał nawet na złapanie odrobiny oddechu. Miał bowiem średnio tylko 6,9% na odcinku 800 metrów. Niemniej owa strefa postoju to obowiązkowa meta jedynie dla kierowców zmotoryzowanych. Kolarscy śmiałkowie mogą dotrzeć do Alpe Pescia na swych “karbonowych rumakach”. Niemniej na niepełnym kilometrze muszą pokonać prawie 120 metrów w pionie! Ostra ściana, ale bliskość mety dodała mi sił. Na finałowych 150 metrach trzeba było jeszcze zachować równowagę podczas przejazdu po płytach chodnikowych przeciętych poprzecznym kanałem odwadniającym. Metą był początek szutru na wysokości kaplicy Madonna delle Neve wzniesionej tu przez ludność Masery. Adrian dotarł do niej w czasie niespełna godziny, zaś ja 8 minut po nim. Na nieco krótszym segmencie o długości 11,89 kilometra Adek spędził 58:57 (avs. 12,1 km/h & VAM 1114 m/h) co dało mu miejsce na podium! Zajmuje trzecie miejsce pośród 96 osób, których wyniki odnotowano na stravie.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/5898683709

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/5898683709

ALPE PESCIA by Adriano

https://www.strava.com/activities/5898648487

ZDJĘCIA

Alpe Pescia_01

FILM

Napisany w 2021b_Aosta & Piemonte | Możliwość komentowania Alpe Pescia została wyłączona

Alpe Devero

Autor: admin o piątek 3. września 2021

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Baceno (SS659)

Wysokość: 1638 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 997 metrów

Długość: 12,8 kilometra

Średnie nachylenie: 7,8 %

Maksymalne nachylenie: 13,3 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Od piątku przez trzy kolejne dni mieliśmy w planach wycieczki na północ ku podjazdom Val d’Ossola. Cały ten rejon obejmuje główną dolinę i osiem bocznych dolinek w dorzeczu rzeki Toce zajmujących teren 37 gmin zamieszkanych przez 66,5 tysiąca osób. To tu, acz na granicy ze Szwajcarią, znajduje się Nordend (4609 metrów n.p.m.) najwyższy szczyt całego Piemontu. Na południe i zachód od drogi krajowej nr 33 piętrzą się Alpy Pennińskie, zaś na północ i wschód od niej Alpy Lepontyńskie. Pierwszy transfer był najdłuższy, bo 58-kilometrowy i zawiódł nas do Baceno u ujścia potoku Devero do wspomnianej już Toce. Dziesięć lat wcześniej byłem już w tej okolicy. Wraz z Darkiem Kamińskim i trójką innych kolegów zajechaliśmy wówczas nieco dalej, bo do San Rocco di Premia. Po to by zaliczyć 22-kilometrowy podjazd do Lago di Morasco (1815 m. n.p.m.) z finałem na północnym krańcu Piemontu. Tamto wzniesienie w swej nieco krótszej wersji czyli z metą przy efektownym wodospadzie Cascata del Toce zostało wykorzystane na dziewiętnastym etapie Giro d’Italia z roku 2003. Tym razem moim celem był podjazd krótszy i nietknięty przez wielkie kolarskie wyścigi, acz niewątpliwie trudniejszy. Trasa dojazdu zasadniczo była nam już znana ze środowego wypadu pod Simplon. Jedynie na wysokości Crevoladossoli należało zjechać z szybkiej SS33 i wjechać na wolniejszą SS659 biegnącą prosto na północ. Po przyjeździe na miejsce zatrzymaliśmy się na Piazza Aldo Moro. Baceno jest stolicą gminy mającej 875 mieszkańców. Może się pochwalić XIII-wiecznym kościołem pod wezwaniem św. Gaudentego (San Gaudenzio). Nasza meta czyli Alpe Devero było niegdyś jedynie górskim pastwiskiem. Dziś jest bazą wypadową do wędrówek po szlakach Parco Naturale Alpe Veglia e Alpe Devero. Funkcjonują tu bowiem dwa schroniska: Rifugio Sesto Calende oraz Rifugio CAI Enrico Castiglioni. Tym niemniej do dziś pasą się w tej okolicy krowy rasy Bruna Alpina, z których mleka produkowany jest ser Bettelmatt.

Zarazem jest to mini-ośrodek narciarski. Dzięki trzem wyciągom (krzesełkowemu i dwóm orczykom) miłośnicy szusowania mogą dotrzeć na wysokość 2190 m. n.p.m. w pobliże szczytu Monte Cazzola. Z kolei amatorzy biegania na deskach mają do swej dyspozycji dwie trasy. Krótszą i łatwiejszą na płaskowyżu (Piana di Devero) oraz dłuższą i trudniejszą prowadzącą pod Lago di Devero Codelago na wysokość 1856 metrów n.p.m. Na szlaku z Baceno na Alpe Devero są dwie wioski tzn. Croveo (814 m. n.p.m.) oraz Goglio (1133 m. n.p.m.). Na stronie „massimoperlabici” podzielono zatem cały niespełna 13-kilometrowy podjazd na trzy nierówne segmenty. Pierwszy o długości tylko 1,7 kilometra z finałem w Croveo ma średnią stromiznę aż 9,3%. Drugi prowadzący do Goglio ma przeciętne nachylenie 6,6% na dystansie 4,8 kilometra. Najdłuższy jest sektor trzeci i ostatni. Liczy sobie bowiem 6,2 kilometra i ma średnio 8%. Z kolei na profilu rodem z „cyclingcols” sam początek nie wygląda aż tak stromo. Niemniej respekt budzi ostatnie 8 kilometrów z przewyższeniem 714 metrów czyli średnim nachyleniem aż 8,9%. Swoją znajomość z tą górą zaczęliśmy od 400-metrowego odcinka na via Roma czyli jeszcze drodze SS659. Na pierwszym wirażu odbiliśmy w lewo wjeżdżając na prowadzącą do Croveo via Prea. Już po chwili minęliśmy Oratorio Beata Vergine Addolorata, a potem wjechaliśmy na prawdziwą Drogę Krzyżową. Przez kolejny kilometr wspinaczki minęliśmy wszystkie stacje Via Crucis czyli w sumie 14 kapliczek. Pod koniec drugiego kilometra dotarliśmy do Croveo. Dwie godzinki później zatrzymaliśmy się tu na kawę podczas naszego zjazdu. Tymczasem na początku trzeciego kilometra skręciliśmy w prawo by objechać wioskę od wschodu, albowiem podjazd po via Buglio był zakazany. Za zakrętem powitała nas przeszło 9% stromizna, ale potem nachylenie łagodniało i po 2600 metrach od startu droga zupełnie się wypłaszczyła. Płaski odcinek skończył się po 700 metrach, tuż za osadą Osso. Potem pod koniec czwartego kilometra minęliśmy Cascata del Rio di Agaro.

W połowie piątego kilometra stromizna chwilowo skoczyła powyżej 11%. Było to na dojeździe do Al Passo (922 m. n.p.m.) w pobliżu ruin średniowiecznej fortyfikacji. Jeszcze ostrzej zrobiło się pod koniec szóstego kilometra. Potem zaś kolejne dwucyfrowe wartości trzeba było pokonać na obrzeżach Goglio (6,6 km). Niebawem kolejny raz przejechaliśmy na lewy brzeg potoku Devero, gdzie minęliśmy miejscową elektrownię wodną. Dalej okolice drogi stały się bardziej dzikie i mocniej zalesione. Pokonaliśmy niemal kilometrową prostą ze sporą stromizną, po czym trzy wiraże na odcinku ośmiuset metrów. W połowie dziesiątego kilometra po niespełna 45 minutach jazdy dotarliśmy do tunelu, który okazał się najbardziej problematycznym odcinkiem tego wzniesienia. Z początku wyglądał na doświetlaną galerię. Niemniej szybko skręcił w lewo i okazał się mroczną czeluścią. Adrian przezeń przebrnął korzystając z oświetlenia przy swoim rowerze. Ja gdy straciłem z nim kontakt zdecydowałem się na spacer by po omacku nie wpaść w jakąś dziurę. Tunel liczył sobie aż 840 metrów, więc trochę czasu mi w nim zeszło. Tym niemniej u wylotu spotkałem cierpliwie czekającego na mnie Adka. Wkrótce pokonaliśmy dwa kolejne zakręty i pod koniec jedenastego kilometra minęliśmy bramki poboru opłat od turystów zmotoryzowanych. Przed sobą mieliśmy jeszcze jeden ciemny tunel, ale już znacznie krótszy i przede wszystkim prosty czyli ze światełkiem na horyzoncie. Po wyjeździe z niego trzeba było zaliczyć trzy serpentyny i na koniec 600-metrową prostą do ostatniego parkingu przed Alpe Devero. Błędem byłoby jednak tam się zatrzymać. Warto było podjechać jeszcze kawałeczek, po płytach chodnikowych wąskimi uliczkami w głąb górskiej osady. Zatrzymaliśmy się po 1 godzinie i 5 minutach „jazdy” w pobliżu Oratorio San Bartolomeo i mostku nad Rio Buscagno. Nagrodą był widok sielankowej górskiej krainy. Adriano korzystając ze swej telefonicznej aplikacji łapał wysokości okolicznych szczytów. Najwyższy pośród widocznych z tego miejsca jest Pizzo Cervandone (3210 m. n.p.m.).

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/5897680399

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/5897680399

ALPE DEVERO by Adriano

https://www.strava.com/activities/5898622723

ZDJĘCIA

Alpe Devero_01

FILM

Napisany w 2021b_Aosta & Piemonte | Możliwość komentowania Alpe Devero została wyłączona

Alpe di Mera

Autor: admin o czwartek 2. września 2021

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Scopello (SP299)

Wysokość: 1537 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 877 metrów

Długość: 9,8 kilometra

Średnie nachylenie: 8,9 %

Maksymalne nachylenie: 14 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Magnesem, który ściągnął nas do Valsesia był zaprezentowany na tegorocznym Giro d’Italia podjazd do Alpe di Mera. Przedpołudniowa Rima była zaś ciekawą rozgrzewką przed tym wyzwaniem. Zjechawszy do Balmucci wsiedliśmy do auta i podjechaliśmy jeszcze 7 kilometrów na zachód do Scopello, gdzie zaczyna się wspinaczka do wspomnianej stacji narciarskiej. Scopello (piem. Scopel, wals. Skuppil) to niewielka gmina, która według ostatnich danych ma tylko 373 mieszkańców. W przeszłości słynęła z odlewni ulokowanej w pobliskiej Val Barbina. Produkowano tu zarówno monety dla królów z dynastii Sabaudzkiej, jak również przygotowano kule armatnie dla wojsk Napoleona Bonaparte do wojny z Prusami (1806-07). Z kolei Alpe di Mera była niegdyś jedynie górskim pastwiskiem. Historia tego ośrodka narciarskiego zaczęła się w roku 1949. Na początku XXI wieku był on na skraju bankructwa, ale uratował go „zastrzyk finansowy” z wielkich funduszy, które trafiły do władz Piemontu na organizację Zimowych Igrzysk Olimpijskich z roku 2006. Nie jest to wielka stacja. Dziś ma 16 tras o łącznej długości 16 kilometrów. Są obsługiwane przez 5 wyciągów: 4 krzesełkowe i orczyk. Dwa z nich docierają na szczyty: Monte Camparient (1742 m. n.p.m.) i Monte Bimella (1722 m. n.p.m.). Asfaltowa droga do Alpe di Mera została zaś ukończona dopiero przed kilkunastu laty. Wcześniej szosa kończyła się na wysokości 1270 metrów n.p.m. przy parkingu Alpe Trogo. Zresztą w sezonie zimowym nadal trzeba się tu zatrzymać, po czym skorzystać z „Koziorożca” czyli wyciągu krzesełkowego Capricorno. Tego przy którym my się zatrzymaliśmy na końcu naszej wspinaczki. Ponoć z Alpe di Mera jest świetny widok na masyw Monte Rosa oraz rejon Alta Valsesia. My nie mieliśmy tu szczęścia do pogody. Owszem po południu aura była nieco lepsza niż w trakcie naszego przejazdu przez Val Sermenza, ale chmury nadal zakrywały najwyższe z okolicznych szczytów. Dostrzec można było co najwyżej górny fragment wspomnianej doliny.

Podjazd ze Scopello do Alpe di Mera jest niedługi, a mimo to bardzo wymagający. Na stronie „cyclingcols” został wyceniony wyżej niż ciężka przecież wspinaczka na „polską” Pla d’Adet. Po kilkuset metrach płaskiego wstępu trzeba tu pokonać 9,5 kilometra stromego wzniesienia. Pierwsze trzy kilometry pozwalają się dobrze rozgrzać, albowiem przeciętne nachylenie sześciu kolejnych 500-metrowych odcinków utrzymuje się na poziomie od 6,5 do 8%. Jednak później już do samej mety jest ostro. Każdy sektor ma średnią stromiznę na poziomie co najmniej 9%, z czego przez 3500 metrów utrzymują się wartości dwucyfrowe. Najtrudniejszy pół-kilometrowy kawałek ma niemal 12%. Zakończył się tu dziewiętnasty etap Giro-2021. Kolarze jechali z Abbiategrasso pod Mediolanem i po drodze mieli do pokonania podjazdy pod Gignese (kat. 4) i Passo della Colma (kat. 3). Na mecie różnice były mniejsze niż na wieńczącej odcinek siedemnasty wspinaczce pod Sega di Ala. Niemniej Mera okazała się dobrą sceną do ciekawego przedstawienia. Najlepszy tego dnia był Anglik Simon Yates, którym na tym wyścigu miewał dni lepsze i gorsze, zaś ostatecznie wywalczył trzecie miejsce na generalnym podium. „Szymon” wyprzedził tu o 11 sekund Portugalczyka Joao Almeidę, który w trzecim tygodniu wyścigu miał już wolną rękę po wycofaniu się nominalnego lidera swej ekipy Remco Evenepoela. Trzeci był zaś jadący w „maglia rosa” Kolumbijczyk Egan Bernal, który do Brytyjczyka stracił 28 sekund. W minucie do triumfatora zmieściło się jeszcze czterech asów. Włoch Damiano Caruso i Rosjanin Aleksander Własow przyjechali po 32 sekundach. Za nimi mieliśmy zaś: Irlandczyka Daniela Martina + 0:42 i „prawą rękę lidera” Kolumbijczyka Daniela Martineza + 0:49. Kolejni zawodnicy stracili już co najmniej minutę i 25 sekund. Żadnych zmian w czołówce nie było. Jedynie Yates zyskał nieco nadziei na odzyskanie drugiej lokaty. Niemniej nazajutrz na etapie do Alpe Motta Caruso odpowiedział mu w najlepszy możliwy sposób.

Do swego pojedynku z Alpe di Mera zabraliśmy się około wpół do drugiej. Na tak stromym wzniesieniu nie było mowy o wdrożeniu scenariusza z podjazdu do Rimy. Ważący około 60 kilogramów Adriano mógł tu mocniej pocisnąć i zrobić sobie prawdziwy test mocy. Ja musiałem znaleźć własny sposób na pokonanie tej góry w przyzwoitym stylu. Na początek z głównego placu w Scopello odrobinę zjechaliśmy do mostu nad Sesią. Gdy po trzystu metrach znaleźliśmy się na prawym brzegu rzeki trzeba było skręcić w lewo. Tak na owym wstępie jak i później na trasie pełno było śladów po majowym wyścigu. Jeszcze na płaskim odcinku Strada del Trogo dostrzegłem tablice świadczące o tym, iż droga do Alpe di Mera jest płatna dla turystów zmotoryzowanych. Po około 500 metrach od startu szlak skręcił na południe i dość szybko zaczął nabierać procentów. Rozstaliśmy się niemal od razu. Nie chciałem w żadnym razie hamować kolegi, ani też szarpnąć się za nim choćby przez kilkaset metrów. Wolałem od początku jechać tempem przystosowanym do moich tegorocznych możliwości i możliwie jak najwięcej energii zachować na środkową i górną część tego wzniesienia. Po przebyciu 1,2 kilometra od parkingu czyli po 700 metrach podjazdu dotarłem do pierwszego zakrętu, przed którym jakiś miłośnik Mottarone zdradził swe uczucia do góry, którą my obejrzeliśmy sobie we wtorek. Trzeba przy tym powiedzieć, że szosa biegnąca do Alpe di Mera wspinając się po zboczu Monte Camparient ochoczo korzysta z serpentyn. Na dystansie niespełna 10 kilometrów są tu aż 24 wiraże. Zaraz za tym pierwszym minąłem kilka domostw osady Ordarino, zaś nieco dalej kaplicę Oratorio di San Bernardo. Drugi zakręt wziąłem w połowie drugiego kilometra wspinaczki, a za nim ujrzałem podziękowania kibiców dla Vincenzo Nibalego. Kariera 37-letniego Sycylijczyka nieuchronnie zbliża się ku końcowi. „Rekin z Messyny” dokonał wielkich rzeczy. Zwyciężył w każdym z trzech Wielkich Tourów i obu włoskich monumentach. Przed nim taki zestaw wygranych zaliczyli tylko: Felice Gimondi i oczywiście Eddy Merckx.

Kolejne wiraże pojawiały się już szybciej. Droga wiodła przez teren zalesiony i okolica dawała nieco cienia. Pod koniec trzeciego kilometra wspinaczki na początku długiej prostej prowadzącej prosto na południe stromizna po raz pierwszy skoczyła ponad 10%. Na czwartym i piątym kilometrze tego typu wartości pojawiały się i znikały. Potem stały się już jednak normą. Zgodnie z przepowiednią „massimoperlabici” za dziesiątym zakrętem miał się zacząć najtrudniejszy segment wzniesienia. Na szosie ślady pozostawiali też fani Bernala i Ganny. Ja zaś minąłem Alpe Colletto i na bardzo sztywnym odcinku drogi za wirażem nr 14 minąłem skręt na parking Alpe Trogo. Trzeba było jednak jechać dalej prosto przed siebie. Stromizna nieco odpuściła dopiero po pokonaniu 7,7 kilometra podjazdu czyli za zakrętem osiemnastym. Była krótka chwila z nachyleniem na poziomie 6-7%, a potem dalej stałe 9-10%. Do szczytu pozostały mi niespełna dwa kilometry. Dróżka wąska, ale raczej dobrej jakości. Poszerzyła się dopiero na ostatniej 300-metrowej prostej, albowiem jej część służy w sezonie letnim za ostatni parking przed Alpe di Mera. Aby wjechać do ośrodka trzeba było minąć szlaban i pokonać dodatkowe 150 metrów. W samej końcówce już po drodze szutrowej. Adek czekał na mnie przy stacji kolejki linowej „Capricorno”. Kolega ładnie sobie poszalał. Na segmencie o długości 9,37 kilometra spędził 43:58 co dało avs. 12,8 km/h i VAM 1147 m/h. KOM należy do Bernala i wynosi 28:28 czyli Yates uwinął się pewnie z grubsza w 28 minut! Ja swego wyniku na tym segmencie nie odnalazłem, bo GPS „zgasł” mi tuż przed końcem tego segmentu, a jakieś 500 metrów przed samą stacją. Na 7 kilometrach ze Scopello do Alpe Trogo straciłem do Adriana 4:41. To mogłoby się przełożyć na jakieś 6:15 na najdłuższym segmencie czyli czas nieco ponad 50 minut. Poszło nieźle. Na najbardziej stromym sektorze 2,79 kilometra Adek wycisnął VAM 1173 m/h, zaś ja uzyskałem przyzwoite 1054 m/h.

Kwadrans po trzeciej byliśmy już na dole. Tego dnia warto było skończyć górskie harce wcześniej niż zwykle. Mieliśmy dwie ważne sprawy do załatwienia w Omegni. Najpierw należało obejrzeć końcówkę osiemnastego etapu Vuelty. Wszak tego dnia kolarski peleton miał poznać asturyjskiego olbrzyma czyli zmierzyć z podjazdem na Altu d’El Gamoniteiru (1770 m. n.p.m.). Przeszło 15 kilometrów ze średnią stromizną 9,6% zapowiadało świetny spektakl. Tą odsłonę górskich zmagań wygrał Miguel Angel Lopez, który o 14 sekund wyprzedził Primoża Roglicza i o 20 sekund swego „kolegę” z Movistaru Enrica Masa. Nikt chyba wtedy nie przypuszczał, że porywczy Kolumbijczyk nie ukończy tego wyścigu. Co więcej, że wycofa się z niego skonfliktowany z szefami swego zespołu. Ledwie dzień przed metą w słynnym Santiago de Compostela. Niemniej Vuelta to jedno. Przede wszystkim trzeba było się pożegnać z naszymi serdecznymi kompanami z Gorzowa, którzy późnym popołudniem chcieli ruszyć w długą drogę do Polski. Dla mnie była już to piąta wyprawa w towarzystwie Rafała i trzecia wespół z Krzyśkiem. Mam nadzieję, że jeszcze co najmniej kilka wspólnych przygód przed nami. Gracias por Anno-2021 Amigos. Nam trójmiejskim szczęśliwcom pozostały jeszcze cztery dni na zwiedzanie górskich zakamarków Piemontu. Na dolinę Valsesia przeznaczyłem tylko jeden dzień, choć warto było też wpaść do nieodległej od Scopello wioski Piode. Z tej miejscowości można bowiem ruszyć do kresu głównej doliny przy wodospadzie Cascata dell’Acqua Bianca. Następnie zaś zaliczyć „bliźniaczy” względem Mery podjazd na Alpe Meggiana (10,2 kilometra przy średniej 8%). W tym roku nie było już na nie czasu. Ciekawsze wyzwania czekały nas gdzie indziej. Mieliśmy jeszcze do zobaczenia pięć trudnych wzniesień w dolinie Ossola. Po czym na sam koniec chcieliśmy zaliczyć dwie wspinaczki rozpoczynające się na ulicach goszczącej nas od poniedziałku Omegni.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/5892900183

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/5892900183

ALPE DI MERA by Adriano

https://www.strava.com/activities/5893122772

ZDJĘCIA

Alpe di Mera_01

FILM

Napisany w 2021b_Aosta & Piemonte | Możliwość komentowania Alpe di Mera została wyłączona

Val Sermenza (Rima)

Autor: admin o czwartek 2. września 2021

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Balmuccia (SP299)

Wysokość: 1413 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 853 metry

Długość: 17,5 kilometra

Średnie nachylenie: 4,9 %

Maksymalne nachylenie: 11 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Jak już wspomniałem na czwartek mieliśmy przewidziane zajęcia w podgrupach. Krzysiek z Rafałem w ostatnim dniu swych włoskich wakacji zamiast kolejnych „górskich czasówek” woleli odbyć krajoznawczą wycieczkę wokół jeziora Orta. Ja parę tygodni wcześniej podobną, acz łatwiejszą przejażdżką zakończyłem swój pobyt nad lombardzkim Lago d’Iseo. Koledzy plany mieli śmiałe. Zakładali dystans 100-kilometrowy i ponowny wjazd na Mottarone, ale od innej niż we wtorek strony. Już parę minut po dziewiątej ruszyli w drogę. Rafał opracował trasę z początkiem na zachodnim brzegu Lago d’Orta czyli pojechali w kierunku odwrotnym do ruchu wskazówek zegara. Zmęczenie wyprawą dało się jednak we znaki i ostatecznie okroili swą trasę do niespełna 61 kilometrów i zebrali 1100 metrów przewyższenia. Bez ponownej wspinaczki pod Mottarone największym podjazdem okazał się wjazd na Pian della Sella (850 m. n.p.m.). Wracając do Omegni wzdłuż wschodniego brzegu jeziora zatrzymali się na trzy kwadranse w miasteczku Orta San Giulio. Wizytę w tym urokliwym miejscu gorąco im zresztą polecałem. Ja z Adrianem na miejsce naszych górskich „odcinków specjalnych” musiałem zwyczajowo dojechać samochodem. Tym razem przewidziane były dwa przystanki. Pierwszy pod miejscowością Balmuccia oddaloną jakieś 38 kilometrów od naszej bazy noclegowej. Dojazd nie był jednak szybki, ani płaski. Początkowo trzeba było bowiem zaliczyć 15-kilometrowy i w drugiej części całkiem solidny wjazd na Passo della Colma (942 m. n.p.m.). Wzniesienie, które w minionym roku znalazło się na trasie dziewiętnastego etapu wyścigu Dookoła Włoch. Premię trzeciej kategorii wygrał tu Amerykanin Larry Warbasse. Natomiast na Giro-1992 wjeżdżano na Colmę od przeciwnej strony i wówczas pierwsze na górze był słynny później Duńczyk Bjarne Riis. Po zjeździe do Varallo byliśmy już w dolinie rzeki Sesia, więc drogą SP299 pognaliśmy dalej na zachód.

Valsesia nosi miano najbardziej zielonej ze wszystkich włoskich dolin. Obejmuje tereny 29 gmin, w tym 26 z prowincji Vercelli i 3 z Novary. Największym jej miejscowością jest 12-tysięczna Borgosesia. Miasteczko, które w sezonie 2021 gościło finisz semi-klasyku Gran Piemonte. Nie ma tu wielkich kolarskich podjazdów. Niemniej można znaleźć kilka wymagających i to dwojakiego typu. U kresu głównej doliny jak i w dolinkach bocznych znajdziemy wzniesienia długie acz łagodne, które dopiero na ostatnich kilometrach nabierają mocniejszych procentów. Mamy tu też strome podjazdy poprowadzone po zboczach górskich, które zapewniają przewyższenia rzędu 700-900 metrów na dystansie tylko 10 kilometrów. Valsesia kończy się w cieniu majestatycznych szczytów masywu Monte Rosa. W tej okolicy najwyższy jest Punta Gnifetti (4554 m. n.p.m.). Niemniej na rowerze szosowym można dotrzeć jedynie do parkingu przy Cascata dell’Acqua Bianca na wysokość 1495 metrów n.p.m. W całej dolinie Sesia najwyższym szosowym wzniesieniem jest Alpe Meggiana (1551 m. n.p.m.). Natomiast najtrudniejszym wspinaczka ze Scopello do Alpe di Mera (1533 m. n.p.m.). Ponieważ ten ostatni zaprezentowano kolarskiemu światu na tegorocznym Giro d’Italia musieliśmy go obejrzeć. Wcześniej jednak należało się zapoznać z długim podjazdem do Rimy. Dojechawszy do podnóża tej góry rozpakowaliśmy się na rozstaju SP299 i SP10. Na parkingu u wrót doliny Sermenza. Wystartowaliśmy kwadrans po dziesiątej i już po czterystu metrach wyjechaliśmy z Balmucci. Początek tego wzniesienia jest łagodny. Pierwsze 3,5 kilometra ma przeciętne nachylenie około 3%. Na początku czwartego kilometra pokręciliśmy się po uliczkach Boccioleto. Przez kolejne 2,5 kilometra stromizna była już solidniejsza, zaś w połowie piątego kilometra przez około 300 metrów trzymała się na poziomie 8-9%. Za Piaggiogną szlak skręcił na północ, zaś podjazd zupełnie odpuścił. Przez następne półtora kilometra jechaliśmy po płaskim, a nawet lekko w dół w trakcie przejazdu przez Fervento.

Podjazd odżył w połowie ósmego kilometra, gdy minęliśmy centralę elektrowni wodnej. Przez kolejne 2500 metrów znów był na zmianę łagodny lub umiarkowany. Nic szczególnie poważnego. Dlatego na tym akurat wzniesieniu mogłem się utrzymać z Adrianem. Po niespełna 10 kilometra dotarliśmy do Ora di Munca przy małej zaporze na Lago di Rimasco. Wzdłuż jeziorka przejechaliśmy pół kilometra, po czym musieliśmy odbić w lewo. Prosto na północ leci stąd szosa SP11 do wioski Carcoforo (1310 m. n.p.m.). Obie dalsze drogi mają długość około siedmiu kilometrów. Niemniej wybrana przez nas opcja była trudniejsza, gdyż meta w Rimie oznaczała finisz ze sto metrów wyżej. Od rozjazdu do pokonania mieliśmy jeszcze 509 metrów w pionie na dystansie 7,2 kilometra czyli ze średnim nachyleniem 7,1%. Spora zmiana zważywszy na fakt, iż dotychczasowe 10,4 kilometra miało przeciętną tylko 3,3%. Droga znów biegła na zachód, od początku dwunastego kilometra prawym brzegiem potoku Sermenza. Po czym przed wioską San Giuseppe (14 km) skręciła bardziej na północ. Przy osadzie Piana minęliśmy Oratorio di Sant’Antonio di Padova. Na początku szesnastego kilometra GPS mi się pogubił, ale tym razem mogłem polegać zapisie z licznika kolegi. Pod koniec szesnastego kilometra wróciliśmy na lewy brzeg Sermenzy, gdzie zaczęliśmy jazdę po serpentynach. W sumie siedem wiraży na odcinku tylko 600 metrów z przejazdem obok kaplicy San Nicolao. Po tej „karuzeli” do mety został nam już tylko kilometr. Do przejechania po świeżutkim asfalcie. Na ostatnich 300 metrach jeszcze parę zakrętów, zaś w samej końcówce wpadliśmy na wąskie uliczki Rimy wyłożone płytami chodnikowymi. Zatrzymaliśmy się powyżej Oratorio di Sant’Anna przy ścieżkach prowadzących do Parco Naturale Alta Valsesia. Według stravy 17-kilometrowy segment pokonaliśmy w 1h 00:14. Rima należy do gminy Alta Sermenza i od XIII wieku zamieszkana jest przez germańskich Walserów. Aby zażyć nieco klimatu tego miejsca udaliśmy się do lokalnego baru na kawę i tartę. Zwyczajowe trofea górskich zdobywców.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/5892208912

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/5892208912

RIMA by Adriano

https://www.strava.com/activities/5892531521

ZDJĘCIA

Rima_01

FILM

Napisany w 2021b_Aosta & Piemonte | Możliwość komentowania Val Sermenza (Rima) została wyłączona