banner daniela marszałka

Col Visentin / Forcella Zoppei

Autor: admin o piątek 17. Maj 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1420 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1227 metrów

Długość: 14 kilometrów

Średnie nachylenie: 8,8 %

Maksymalne nachylenie: 15,9 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Na sam koniec tej przygody ustawiłem sobie Col Visentin (1764 m. n.p.m.). Górę na terenie Prealpi Bellunesi i pograniczu weneckich prowincji Treviso oraz Belluno, będącą najwyższym wierzchołkiem masywu Monte Cesen & Col Visentin. Już sześć lat wcześniej miałem okazję się jej przyjrzeć, acz od przeciwnej strony. Na dwa dni przed zakończeniem słoweńsko-włoskiej wyprawy zwieńczonej startem w GF Leggendaria-Charly Gaul do ruszyłem wraz z Adamem Kowalskim z parkingu pod Belluno ku owemu, który wysokością niemal dorównuje słynnej Monte Grappie. Naszym pośrednim celem była wtedy znana stacja narciarska Nevegal. Czterokrotnie wykorzystana jako etapowa meta na trasach Giro d’Italia, w tym po raz ostatni dosłownie rok wcześniej kiedy to najlepszy wynik na trasie górskiej czasówki wykręcił tu Hiszpan Alberto Contador. Tym niemniej nie zadowolił nas ledwie 11-kilometrowy podjazd do samego ośrodka sportów zimowych leżącego 1047 metrów n.p.m. Postanowiliśmy dojechać do końca asfaltowej drogi, która ciągnęła się jeszcze przez ponad 5 kilometrów. Naszą wspinaczkę północno-zachodnim szlakiem zakończyliśmy przy Rifugio La Casera na wysokości 1396 metrów. Jednym słowem do szczytu zabrakło nam 367 metrów w pionie. W tym miejscu warto dodać, że po północnej stronie podjazd ku Col Visentin można też rozpocząć w położonej bardziej na wschód miejscowości Cadola (nieopodal Ponte nelle Alpi). Obie te drogi łączą się w pobliżu Nevegal, jakieś 6 kilometrów przed finałem tej szosowej wspinaczki. Skoro nie dało się wjechać na Visentin od północy to teraz chciałem spróbować tam dotrzeć od południa. Co więcej tym razem byłem gotów się nawet bardziej poświęcić i przebrnąć finałowy odcinek po szutrze o ile tylko okazałby się przejezdny dla szosowych kół z oponami o szerokości 23mm. Zastanawiałem się przeto czy górny segment tej góry będzie równie przyjazny jak Colle delle Finestre lub Croix de Couer czy też zdecydowanie wrogi szosowcom niczym Kronplatz kilka lat po wizycie Giro.

Podglądałem nawet te końcowe kilometry w Google-Street View i przyznam, że owe kamieniste odcinki wyglądały całkiem obiecująco. Miałem zatem nadzieję, iż uda nam się dotrzeć do szczytu, na którym stoi Rifugio 5′ V Artigliera Alpina. Południowe zbocza masywu Monte Cesen & Col Visentin uchodzą za bardziej strome od tych północnych. Niemniej to właśnie po nich prowadzą najciekawsze kolarskie podjazdy w tej okolicy. Trzy z nich czyli: Monte Cesen, Casere Budui oraz Pian delle Femene miałem już w nogach. Na deser pozostawiłem sobie ten najwyższy, największy i najtrudniejszy. Zagadką pozostawało jednak czy uda się go „przerobić” w pełnym wymiarze. Na bazie dostępnych mi żródeł mogłem odnieść wrażenie, iż szosowy podjazd na Col Visentin wydłuża się z biegiem lat, nieśpiesznie niczym sieć polskim autostrad. Wspominana przeze mnie niejednokrotnie książka z cyklu „Passi e Valli in Bicicletta” nr 10 czyli „Prealpi Venete – 1″z została wydana w listopadzie 2000 roku. W niej to podjazd zaczyna we wiosce Longhere kończy się już 5,5 kilometra nieopodal osady Menegon, na wysokości 671 metrów n.p.m. Przy czym autor owego przewodnika dodaje, iż asfalt ciągnie się jeszcze przez 1,4 kilometra za miejscem, na którym skończono opis i załączony do niego profil wzniesienia. W każdym razie nawet przy takim założeniu oznaczało to, że u progu XXI wieku ów szosowy podjazd miał niespełna 7 kilometrów i kończył się na wysokości około 800 metrów n.p.m. Tym niemniej w bazie podjazdów „archivio salite” ze strony www.zanibike.net można już od paru lat znaleźć profil całej wspinaczki o długości 17,5 kilometra i przewyższeniu 1571 metrów, na którym wyraźnie zaznaczono, iż koniec asfaltu jest na wysokości 1224 metrów po pokonaniu 11,6 kilometra tego wzniesienia. To już przynajmniej dawało pewność, iż nawet jeśli nie uda nam się dotrzeć na sam szczyt to nasz wysiłek zostanie nagrodzony zaliczeniem kolejnej premii górskiej o amplitudzie przeszło 1000 metrów.

Rzeczywistość okazała się nieco bardziej optymistyczna. Otóż od czasu publikacji owego profilu w internecie „ludzka cywilizacja” połknęła kolejny kawałek tego wzniesienia umożliwiając kolarzom szosowym bezproblemowe dotarcie do Forcella Zoppei czyli na wysokość 1420 metrów n.p.m. Niemniej atak szczytowy przy użyciu „bici da strada” nadal okazał się niemożliwy. Niemniej owego dnia około południa nie wiedzieliśmy jeszcze jak wysoko nas ta droga zawiedzie. Nie ulegało wszakże wątpliwości, iż czeka nas tu niełatwa przeprawa. Postanowiliśmy się do niej zabrać na spokojnie. Po pierwsze obiecałem sobie jak i koledze, iż tym razem pojadę tempem odpowiednim dla Tomka. Przede wszystkim na „do widzenia” chciałem zgarnąć swój 50 górski skalp w tym sezonie, mniejsza o tym w jakim stylu. W przeszłości, a dokładnie w latach 2014-2016 miewałem już „bogatsze” zbiory. Rekordowy pod tym względem był dla mnie rok 2014, w którym na trasach od San Marino po stację Bormio-2000 zaliczyłem w sumie 55 apenińskich i alpejskich podjazdów. Zupełnym przypadkiem wówczas też ostatnią górę drugiej wyprawy poznawałem w towarzystwie Burego. Tym razem po zjeździe z Pian delle Femene nie od razu zabraliśmy się do drugiej roboty. Cofnęliśmy się do Vittorio Veneto, ale nie do centrum czy też na odpoczynek do naszej bazy, lecz jedynie na północne obrzeża miasta. Tamże u styku dróg SP35 i SS51 zatrzymaliśmy się na jakieś dwadzieścia minut w miejscowej Gelateria Rosetta. W ramach osobiście przyznanych sobie nagród za zdobycie pierwszej góry zamówiliśmy sobie po pucharze wyśmienitych lodów, z których wszak słynie Italia. Tego nam było trzeba, skoro temperatura o tej porze dnia oscylowała w okolicy 35 stopni. Po zasłużonym deserze m/w kwadrans przed trzynastą zawróciliśmy w kierunku Longhere na spotkanie z Col Visentin. Od wspomnianej lodziarni do podnóża naszej finałowej góry mieliśmy zaledwie kilometr.

Przejechawszy ten krótki odcinek na wysokości Chiesa della Beata Vergine di Loreto należało skręcić w lewo i wjechać na via Longhere, z której szybko odbiliśmy na Via del Landro. Od razu dało się poznać charakter tego wzniesienia. Na pierwszym kilometrze podjazdu średnie nachylenie wynosi bowiem 9,1%. Jeszcze ciekawiej było na kolejnych 400 metrach o średniej 14%, kończących się przy bocznej drodze do wioski Vizza. Ustawiony obok drogi znak straszył tam nawet nachyleniem rzędu 20%. Niemniej aż tak stromo to tam nie było. Mój licznik zanotował maxa na poziomie 15,2%. Przejechawszy nad potokiem Zuccotti pod koniec drugiego kilometra byliśmy już w osadzie Previda. Droga niekiedy kręta, innym razem prosta wiodła nas zdecydowanie do góry przy stałym nachyleniu około 9-10%. Dopiero po przejechaniu 4,7 kilometra w okolicy Borgo Olivi można było przez chwilę odpocząć na krótkim zjeździe do osady Borgo Menegon. Podjazd odżył na początku szóstego i następnie solidnie trzymał nas do końca ósmego kilometra. Na tym sektorze droga wyraźnie skręciła na zachód. Kolejna okazja do wytchnienia nadarzyła się na początku dziewiątego kilometra. Niemniej był to odcinek ledwie 300 metrów, który szybko przeszedł w stromiznę rzędu 11,5%, a potem nawet 13,5%. Na początku jedenastego kilometra trzeba się było uporać ze ścianką o nachyleniu aż 14,5%. Niebawem śmignął nam z naprzeciwka Darek, który dla odmiany Visentin pojechał w pierwszej kolejności. Jeśli dobrze pamiętam Dario krzyknął nam w przelocie, iż do końca wspinaczki mamy jeszcze trzy kilometry. Teoretycznie już za kilometr miał się zacząć 6-kilometrowy szutrowy odcinek. Tym niemniej gdy dojechaliśmy do wirażu nr 19 (ze znakami na Malga Cor) szosa wcale się nie skończyła. Owszem stan nawierzchni uległ pewnemu pogorszeniu. Stała się ona bardziej chropowata. Można nawet powiedzieć, że była posypana drobnymi kamyczkami, które z biegiem czasu pewnie wbiją się w tutejszy świeży asfalt. Na podjeździe nie miało to większego znaczenia. Jedynie w początkowej fazie zjazdu należało bardziej uważać.

Nasza przygoda zakończyła się na wysokości 1420 metrów n.p.m. W miejscu zwanym Forcella Zoppei. Doskonale było stąd widać wierzchołek Col Visentin. Do szczytu owej góry brakowało nam jeszcze 3,3 kilometra dystansu i jakieś 344 metry w pionie. Jednym słowem pozostał nam do pokonania odcinek o średnim nachyleniu aż 10,4%, lecz po nawierzchni na tyle kamienistej, że przejechanie jej rowerem szosowym nie wydawało się możliwe. To nie było tylko moje i Tomka zdanie. Tuż przed nami z tej samej okolicy zawrócił Darek, zaś cztery dni wcześniej również tu swój odwrót rozpoczął Adam Kowalski. Według stravy segment o długości 14,27 kilometra oraz przewyższeniu 1208 metrów (chyba nieco zaniżonym) pokonaliśmy w 1h 21:10 (avs. 10,6 km/h z VAM 893 m/h). Nieco wolniej niż Dario, który wdrapał się na Zoppei w czasie 1h 18:56, ale szybciej niż Adam, który na to samo potrzebował 1h 24:29. W górnej fazie zjazdu mogliśmy sobie po raz ostatni spojrzeć na wenecki fragment Pianura Padana. Kilka minut przed wpół do czwartą zjechaliśmy do Serravalle, gdzie pod dachem naszego apartamentu zastaliśmy Darka pochłaniającego swój obiad przed wyprawą na Pian delle Femene. Dario ze spotkania z „Panią Partyzantką” wrócił po godzinie osiemnastej. Tym niemniej zdążyliśmy jeszcze zrobić wypad na miejską starówkę i zjeść obiad w Pizzeria Galium. Na tym zakończyliśmy nasze górskie Giro del Veneto, wbrew moim planom przejechane w wąskim 3-osobowym składzie. Około 21-wszej skończyliśmy się pakować, zdaliśmy apartament gospodarzom i rozpoczęliśmy około 15-godzinną podróż przez Wenecję Julijską, Austrię, Czechy a w zasadzie Morawy i całą Polskę do naszego Gdańska. Towarzysko ta wyprawa niespecjalnie mi się udała. Na kilku osobach się zawiodłem. Niemniej pod kątem sportowym zrealizowałem swoje plany, nawet jeśli moja forma pozostawiała nieco do życzenia. Niemal każdego dnia mogłem liczyć na wsparcie Darka i Tomka. Zatem już dziś cieszę się na kolejną wycieczkę z nimi. Tym razem we francuskie Alpy na najtrudniejsze podjazdy departamentów Isere i Hautes-Alpes.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1773999728

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1773999728

ZDJĘCIA

20180815_041

FILMY

VID_20180815_133309

VID_20180815_134406

VID_20180815_142313

VID_20180815_143134

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col Visentin / Forcella Zoppei została wyłączona

Monte Frascone / Pian delle Femene

Autor: admin o piątek 10. Maj 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1126 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 893 metry

Długość: 8,8 kilometra

Średnie nachylenie: 10,1 %

Maksymalne nachylenie: 14,6 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Na sam koniec dwa podjazdy blisko domu. Wygodnie czyli bez żadnych transferów samochodowych. Niemniej wcale nie łatwo, bo oba wzniesienia z przewyższeniem około tysiąca metrów i średnim nachyleniem na poziomie 9-10%. Pierwsza wspinaczka czyli Pian delle Femene wyglądała na krótką, lecz bardzo konkretną. Druga czyli podjazd ku Col Visentin stanowiła pewną zagadkę. Wiedziałem bowiem, że na sam szczyt tej góry nie można wjechać po drodze asfaltowej. Otwartym pozostawało jednak pytanie na jaką wysokość doprowadzi nas szosa oraz jak wygląda szutrowa ścieżka będąca końcowym odcinkiem tego górskiego szlaku. Właśnie z powodu owej niepewności w swych planach ów podjazd zostawiłem sobie na sam koniec. Normalnie większe z dwojga codziennych wzniesień wolałbym pokonać w pierwszej kolejności. Niemniej w tym przypadku wolałem najpierw zaliczyć „cywilizowaną od stóp do czubka głowy” Femene by następnie pozostały czas poświęcić na przejechanie możliwie najdłuższego kawałka z Col Visentin. Oba podjazdy wybrane przeze mnie na pożegnanie z regionem Veneto mieliśmy w zasięgu kilku kilometrów od bazy noclegowej w Serravalle, dzielnicy Vittorio Veneto. Pierwszy mieliśmy zacząć w oddalonym o ledwie cztery kilometry miasteczku Revine, zaś drugi jeszcze bliżej we wiosce Longhere. Wystarczyło ruszyć z miasta w kierunku północnym i po przejechaniu niespełna kilometra skręcić w lewo (na zachód) by prowadzącą nieco pod górę drogą SP35 wkrótce dotrzeć do każdej z tych miejscowości. Oczywiście kolejność pokonania obu tych wzniesień była dowolna. Ja wybrałem wyżej opisane rozwiązanie i do wspólnej eskapady namówiłem Tomka. Nasze ostatnie zmagania z weneckimi górami i miejscowym upałem rozpoczęliśmy o godzinie dziesiątej. Darek, któremu czas do południa płynie dwa razy wolniej niż większości znanych mi ludzi, wybrał się ku tej ostatniej przygodzie w samo południe. Tym razem narzucane przez dyrektoriat wyprawy zasady grupowej solidarności nie obowiązywały. Każdy mógł we właściwym sobie rytmie dobowym zmierzyć się z finałowymi odcinkami naszego Giro del Veneto.

Zatem dla nas pierwszym celem był Pian de le Femene. Płaskowyż na terenie Prealpi Bellunesi, przez który przechodzi górski szlak łączący Nizinę Padańską (Pianura Padana) na południu z doliną Valbelluna na południu. Niestety tylko jego pierwsza część przebiega po drodze asfaltowej, zaś na północ ku miejscowości Limana schodzi jedynie gruntowa ścieżka. Najwyższy punkt tej drogi znajduje się pomiędzy szczytami Il Monte Cor (1322 m. n.p.m.) na północnym-wschodzie oraz Il Monte Boral (1245 m. n.p.m.) na południowym-zachodzie. Oryginalna nazwa tej górskiej mety pochodzi z dialektu weneckiego, zaś w literackim języku włoskim brzmi Pian delle Donne. Tak czy owak miejsce to upamiętnia Waleczne Kobiety, uczestniczki włoskiego ruchu oporu z końcowych lat II Wojny Światowej. U kresu owej szosy stoi zresztą pomnik przedstawiający Bohaterską Niewiastę, zaś nieco dalej budynek, w którym mieści się Museo della Resistenza. Co ciekawe w tych stronach oprócz dwóch odmian kolarstwa uprawia się też jeździectwo oraz łucznictwo, co pasuje do wyobrażeń na temat mitycznych Amazonek. Przeszło 9-kilometrowy podjazd na Monte Frascone zasadniczo prowadzi po drodze SP159. To znaczy po Via San Francesco, przy czym owym patronem jest nie ów słynny święty rodem z Asyżu, lecz młodszy o blisko 190 lat jego imiennik rodem z miasteczka Paola w Kalabrii. Przyjechawszy do Revine można go zacząć na co najmniej na trzech różnych ulicach. Niemniej wszystkie te opcje łączą się w jedną już po kilkuset metrach. Wspinaczka jest stroma od samego początku do końca i daje doprawdy niewiele miejsce na złapanie oddechu. Na pierwszych 4 kilometrach średnie nachylenie wynosi 9,3%, a byłoby jeszcze gdyby nie 200-metrowe falsopiano pod koniec drugiego kilometra. Najtrudniejszy na tym wzniesieniu jest środkowy sektor o długości 2 kilometrów i średniej aż 11,8%, zakończony 500-metrowy odcinkiem ze stromizną 13,4%. Trzecia tercja ma nachylenie zbliżone do pierwszej. Na dystansie 3,12 kilometra średnia stromizna to niespełna 9,2%. Dopiero finałowe 100 metrów z hakiem to już zupełnie płaski teren.

Ostatnimi czasy na trasach Tour de France niezłą karierę robi góra o pokrewnej nazwie tzn. La Planche des Belles Filles. Już trzykrotnie, bo w latach 2012, 2014 i 2017 wyznaczano na niej etapowe finisze, które to wygrywali: Chris Froome, Vincenzo Nibali i Fabio Aru. Za dwa miesiące najlepsi górale światowego peletonu będą się na niej pojedynkować już po raz czwarty tzn. na szóstym odcinku tegorocznej „Wielkiej Pętli”. Nasza „włoska niewiasta” raczej nigdy nie dostąpi podobnego zaszczytu na Giro d’Italia. Trochę szkoda, bo pod każdym względem jest atrakcyjniejsza od swej francuskiej koleżanki. Wszak podjazd w Wogezach to tylko 5,8 kilometra przy średniej 8,6% co daje przewyższenie ledwie 505 metrów. Mnie i Tomka, a nieco później także Artura i w końcu Darka czekało tego dnia poważniejsze wyzwanie. Po opuszczeniu Vittorio Veneto skręciliśmy w drogę SP35. Następnie przejechaliśmy pod wiaduktem, po którym biegnie Autostrada d’Alemagna czyli A27. Po 2 kilometrach jazdy byliśmy już w Longhere, gdzie zobaczyliśmy skąd będziemy zaczynać późniejszy podjazd na Col Visentin. Niemal drugie tyle dystansu trzeba było pokonać by dotrzeć do Revine. Dojechawszy do tego miasteczka na startowy odcinek naszej wspinaczki wybraliśmy „bramkę środkową” czyli Via Cal di Brussa. Plany na ten podjazd mieliśmy odmienne. Mając na uwadze, że Pian delle Femene jest wspinaczką stromą, ale dość krótką chciałem się na niej sprawdzić. Natomiast Tommy wolał ją przejechać oszczędniej, by zostawić sobie zapas energii konieczny do sprawnego pokonania jej większego sąsiada. Nie wystartowałem jednak zbyt szybko. Początkowy odcinek prowadzący po terenie zabudowanym z nachyleniem do 11,7% przejechaliśmy razem. Po około 600 metrach przecięliśmy Via Crusis czyli znaczoną kapliczkami Drogę Krzyżową pnącą się ku Santuario San Francesco da Paola. Pod koniec pierwszego kilometra odjechałem koledze i nieco szybciej niż dotąd zacząłem się wspinać tą krętą drogą, po obu stronach potoku Borrai.

Od czasu do czasu mijałem pojedyncze gospodarstwa oraz opuszczone domki z kamienia. Słońce przypiekało, ale nie był to szczególnie dokuczliwy upał. Tu trzeba było sobie radzić z temperaturą w przedziale od 24 do 28 stopni. Po czterech kilometrach wspinaczki minąłem kościółek Lama delle Crode. Tomek pojawił się w tym miejscu ze stratą tylko 1:20, więc nie można powiedzieć by jechał na „pół gwizdka”, bardziej w „takcie na trzy-czwarte”. Największą stromiznę czyli 14,6% zanotowałem w połowie szóstego kilometra. Naliczyłem tu bodaj dziewiętnaście wiraży. Ostatni z nich znajdował się na początku siódmego kilometra. Kilkaset metrów dalej droga zmieniła kierunek z północnego na zachodni. Na tym odcinku maksymalna stromizna wyniosła 11,9%. Zgodnie z opisem sam końcówka była płaska. Meta znajdowała się tuż za zakrętem w prawo na wysokości Casera Togo. Dzień był świąteczny, pogoda wyśmienita, więc nie brakowało tu innych turystów. Na pokonanie tego wzniesienia potrzebowałem około 52 minut. Według stravy segment „Monte Frascone” o długości 8,41 kilometra przejechałem zaś w 48:54 (avs. 10,3 km/h z VAM 1014 m/h). Jednym słowem nie poszalałem, acz wstydu też nie było. Tomek uzyskał tu czas 54:27. Na górze spędziliśmy przeszło pół godziny. Najpierw wpadliśmy na kawę do miejscowego Rifugio Alpino. Potem przyszła pora na zdjęcia, w tym najważniejsze na tle Partyzantki. Tego dnia jeszcze co najmniej dwa polscy „cicloturisti” wpadli złożyć jej wizytę. Artur dotarł tu przed piętnastą, przy czym przejechał jeszcze spory odcinek szutrowej drogi ku osadzie La Posa. Na naszym segmencie wykręcił zaś wynik 51:37. Wszystkich nas „zmiażdżył” jednak późno-południowy Dario. Ku owej górze ruszył po godzinie szesnastej, zaliczywszy w pierwszej kolejności Col Visentin-Forcella Zoppei. Odpowiednio zregenerowany i odżywiony w porze sjesty „połknął” wspomniany segment z Pian delle Femene w czasie ledwie 45:11 (avs. 11,2 km/h z VAM 1097 m/h). Jednym słowem wrzucił mi tu blisko 4 minuty. Szkoda, że nie zanotowałem co zjadł na ten obiad.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1773999659

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1773999659

ZDJĘCIA

20180815_001

FILMY

VID_20180815_113816

VID_20180815_174028

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Monte Frascone / Pian delle Femene została wyłączona

Rifugio Dolomieu al Monte Dolada

Autor: admin o piątek 3. Maj 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1494 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1099 metrów

Długość: 11,1 kilometra

Średnie nachylenie: 9,9 %

Maksymalne nachylenie: 16,5 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Z Monte Pizzoc do bazy zjechaliśmy kwadrans po czternastej. Po zjeździe z tej wyniosłej góry jadąc przez południowe obrzeża Vittorio Veneto dostrzegłem reklamę hipermarketu nieznanej mi dotąd sieci Emisfero. Tymczasem jeszcze tego samego dnia przed wypadem na drugą górę mieliśmy zrobić nasze tradycyjne zakupy przedwyjazdowe, pod roboczym hasłem „vino & olio d’oliva”. Tym razem nie mogliśmy z nimi czekać do końca, bowiem nazajutrz był 15 sierpnia czyli dzień dwóch włoskich świąt tzn. kościelnego Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny oraz mającego pogański rodowód Ferragosto. Jeszcze przed obiadem udaliśmy się zatem na spożywczo-pamiątkowe „łowy”, z których wróciliśmy nieźle obładowani, chwaląc sobie bogaty asortyment przypadkowo namierzonego sklepu. W porze obiadu dopadła nas natomiast wiadomość o tragedii jaka wydarzyła się pod Genuą. Tego dnia tuż przedpołudniem, podczas gwałtownej ulewy, runął fragment wiaduktu na autostradzie A10 przebiegającej przez stolicę Ligurii. Wybudowany w latach 1963-67 viadotto Polcevera alias Morandi (od nazwiska rzymskiego architekta) miał długość 1182 metrów. Zawalił się na długości około 200-250 metrów. W chwili tej na moście tym znajdowało się około 30 samochodów osobowych i 3 TIRY, które to spadły z wysokości 45 metrów. W katastrofie tej zginęły 43 osoby. Niewykluczone, że w lipcu 2014 i ja miałem okazję przejechać po tej drogowej pułapce, gdy wraz z Darkiem zwiedzałem włoski półwysep poznając najciekawsze kolarskie podjazdy w północnej i środkowej części Apenin. W pobliżu miasta Kolumba zaliczyłem wtedy wspinaczki pod Monte Beigua oraz Madonna della Guardia. Po obiedzie i krótkiej sjeście dobrze po godzinie siedemnastej udaliśmy się na spotkanie z najtrudniejszym wzniesieniem w górskim paśmie Alpago. Dojazd wiódł prosto na północ i liczył sobie 22 kilometry. Po minięciu Lago di Santa Croce, jakieś dwa kilometry za miejscowością La Secca należało zjechać z drogi krajowej SS51-Alemagna.

Po skręcie w prawo przejechaliśmy jeszcze kilkaset metrów zatrzymując się po lewej stronie szosy, na sporym parkingu nieopodal strefy przemysłowej Paludi. Podjazd zaczynał się w bezpośrednim sąsiedztwie naszego postoju, zaraz po przejeździe na wschodni brzeg Canale Cellina. Pierwsze cztery kilometry najtrudniejszej wspinaczki do Rifugio Dolomieu al Monte Dolada wiodą po drodze SP41. Początkowe 300 metrów to niespełna dwuprocentowe falsopiano. Następnie na łuku w lewo droga znacząco się wypiętrza. Kolejne 3,6 kilometra to dojazd do Pieve d’Alpago o średnim nachyleniu 7,9%. Na początku trzeciego kilometra przejeżdża się przez wioskę Tignes. Nazwa wszystkim nam trzem znajoma z racji o rok wcześniejszej wspólnej wspinaczki do francuskiej stacji narciarskiej z okolic Val d’Isere. Po wjeździe do Pieve najpierw mamy ledwie 200-metrowy, ale stromy zjazd o stromiźnie 9%, a potem 500-metrowy odcinek o nachyleniu 7,6% po drodze SP4 biegnącej z Cadoli (na północnym-zachodzie) po Puos d’Alpago (na południowym-wschodzie). Następnie po przejechaniu 4,6 kilometra od Paludi kończy się jazda stosunkowo szerokimi drogami. Należy skręcić w wąską via Guglielmo Marconi ku wiosce Plois i kierować się do celu znakami spod hasła „Rifugi”. Kolejny odcinek tej wspinaczki ma długość 2,9 kilometra i średnie nachylenie 11%. Kończy się on na wysokości restauracji „La Carota”. Dojazd do tej górskiej trattorii poprzedza zaś cały kilometr ze stromizną 13,5%, w tym 500 metrów na poziomie 15%. Dalsze 500 metrów o to ostatni już na tej górze krótki moment na złapanie oddechu. Ten odcinek składa się z 200-metrowego falsopiano i następnie 300 metrów podjazdu o umiarkowanym nachyleniu. Po czym na rozstaju dróg trzeba odbić w lewo i wjechać do lasu, gdzie zaczyna się finałowy (najtrudniejszy) fragment tego wzniesienia. To znaczy 4 kilometry o średnim nachyleniu 11,3%, na którym są dwa 500-metrowe odcinki o średniej 14-15%, zaś maksymalna stromizna wynosi 18%. Ten górny sektor to już bardzo wąska dróżka w całości ukryta w gęstym lesie.

Cała wspinaczka kończy się po 12 kilometrach na niewielkim placu służącym za parking dla pobliskiego schroniska. Rifugio Dolomieu powstało na południowo-wschodnim zboczu Monte Dolada, góry wznoszącej się na wysokość 1939 metrów n.p.m. Cieszy się ona sporą popularnością wśród amatorów górskich wędrówek jak i fanów paralotniarstwa. Patronem schroniska jest Guy de Dolomieu (1750-1801) – francuski wulkanolog i geolog, który swego fachu nauczył się w więzieniu, w trakcie odsiadywania kary za uśmiercenie przeciwnika w pojedynku. To właśnie jemu swą nazwę zawdzięczają słynne w kolarskim światku Dolomity, góry z północno-wschodniej Italii będące częścią tzw. Południowych Alp Wapiennych. Francuz, choć sporo podróżował akurat w tych akurat nigdy nie był. Niemniej badając minerały przysłane mu z tego regionu odkrył, iż różnią się one od większości znanych nauce skał wapiennych. Nie reagowały na polanie kwasem solnym, będąc związkiem węglanów wapnia i magnezu. Oczywiście wyścig Dookoła Włoch nigdy nie dotarł w tak odludne i anonimowe miejsce. Niemniej wspomniane miasteczko Pieve d’Alpago gościło już peleton Giro w 2013 roku na pierwszych kilometrach etapu dwunastego z Longarone do Treviso. W najbliższym czasie po raz drugi będzie w nim wyznaczona premia górska GdI, acz tylko czwartej kategorii. Stanie się tak na odcinku osiemnastym z Valdaora do Santa Maria di Sala. Niemniej podobnie jak przed sześciu laty, gdy wygrał tu Rosjanin Maxim Biełkow, kolarze będą się wspinać do Pieve łagodniejszą drogą SP4. My na nasz bardziej stromy szlak ruszyliśmy dokładnie o osiemnastej. Po popołudniowym deszczu temperatura była umiarkowana. Na starcie mieliśmy 21 stopni. Tylko przez kilkaset metrów jechaliśmy razem. Za drugim wirażem Dario przyśpieszył i szybko nas pożegnał. Czułem się na tyle dobrze, że mogłem na ten pierwszy atak bez trudu odpowiedzieć. Na szczęście tym razem chłodna głowa zapanowała nad gorącym sercem. Wytrzymałbym z nim zapewne do wioski Plois, a potem zapłacił za swój zbytni optymizm na górnej połówce.

Do tej stromej wspinaczki podszedłem zatem z należytym respektem. Pojechałem swoim tempem, które okazało się też w sam raz dla z dnia na dzień mocniejszego Tomka. Pod koniec trzeciego kilometra mój licznik po raz pierwszy odnotował dwucyfrową stromiznę. Na dojeździe do Pieve wyniosła ona maksymalnie 11,8%. Dario na niespełna 4-kilometrowy sektorze wiodącym po szosie SP41 nadrobił nad nami przeszło minutę. Na segmencie o długości 3,47 kilometra wykręcił czas 15:19 (avs. 13,6 km/h z VAM 1087 m/h), zaś my 16:28 (avs. 12,7 km/h z VAM 1011 m/h). Po opuszczeniu drogi SP4 już w połowie piątego kilometra trzeba było sobie poradzić z nachyleniem na poziomie 13%. W sumie dobrze, że te „przyjemności” były dawkowane nam stopniowo. Jadąc z pewną rezerwą wciąż miałem siły na pokonywanie kolejnych, coraz to ostrzejszych, ścianek. Na początku siódmego kilometra, na wylocie z Plois, poradziliśmy sobie ze stromizną rzędu 16,5%. Łatwiejsze kilkaset metrów w okolicy „Rifugio Carota” pozwoliły zaś na złapanie oddechu przed hardcorowym finałem. W lesie było nie tylko stromo i wąsko, ale też mokro. Przy stromiźnie niekiedy przekraczającej 15% trzeba było myśleć jak rytmicznie pokonywać kolejne metry wzniesienia. W tych warunkach stawanie w pedałach mogło się skończyć uślizgiem tylnego koła. Z kolei jadąc na siedząco nie wypadało przenosić ciężaru ciała zbytnio do tyłu. Poradziliśmy sobie z tym wyzwaniem całkiem udanie. Bez przymusowych postojów dotarliśmy na opustoszały parking u kresu szosy. Segment o długości 7,25 kilometra (powyżej Pieve) przejechaliśmy w 45:03 (avs. 9,7 km/h z VAM 1063 m/h). Zaczęliśmy się zastanawiać jak stąd trafić do Rifugio Dolomieu, no i gdzie podział się nam niedościgniony Dario. Dopiero po dłuższej chwili spostrzegliśmy, iż na ostatnim zakręcie należało odbić w lewo i wjechać na 200-metrową szutrową dróżkę prowadzącą do owego schroniska. W jego pobliżu spotkaliśmy Darka, który na całym podjeździe „wrzucił” nam przeszło trzy i pół minuty. Według stravy dystans 11,21 kilometra pokonał w 59:49 (avs. 11,2 km/h z VAM 1054 m/h), zaś my w 1h 03:21 (avs. 10,6 km/h z VAM 995 m/h).

Na górze było pochmurno i doprawdy rześko. Tylko 13-14 stopni. Tak niskiej temperatury na tej wyprawie jeszcze nie widzieliśmy. Poza tym odczucie chłodu wzmagała mżawka. Schronisko mimo późnej pory nie było jeszcze zamknięte. Spędziliśmy przed nim ponad 20 minut. Początek zjazdu wyglądał dość niebezpiecznie. Na tej bardzo stromej i wąskiej szosie trzeba było często hamować. Niemniej na mokrej nawierzchni należało to czynić bardzo ostrożnie. Poza tym ja nie chciałem znów przegrzać obręczy by nie zaliczyć kolejnej „gumy”. Po defektach na Brocon, Bocca di Forca i Pian de Buoi kończył mi się już zapas dętek. Dlatego na co groźniej wyglądających odcinkach wolałem się już przespacerować niż kusić los szarpaną jazdą. Zakładałem, że moi kompani poczekają przez to na dole dłużej niż zwykle. Podczas przejazdu przez Plois i Pieve d’Alpago nieco skróciłem sobie drogę by odrobinę zyskać na czasie. Pamiętam, że w lokalnych kościołach biły dzwony. Bynajmniej nie dlatego, że była już godzina dwudziesta. To było żałobne uczczenie pamięci ofiar genueńskiej tragedii. Na parking w Paludi zjechałem przeszło kwadrans po ósmej. Mocno się zdziwiłem odkrywając, że dotarłem tu pierwszy. Cóż po drodze przytrafiło się moim kompanom? Miałem nadzieję, że nic groźnego. Szybko poznałem rozwiązanie tej zagadki. Okazało się, że Dario & Tommy podczas przejazdu przez Pieve nie spostrzegli, gdzie należy zjechać z drogi SP4. Pojechali nią dalej w kierunku Puos d’Alpago. Ze swej pomyłki zdali sobie sprawę dopiero po niespełna dwóch kilometrach, tuż przed wioską Garna. Tym samym chcąc wrócić na właściwy szlak musieli dorobić dodatkowe kilkadziesiąt metrów w pionie. Do bazy na nocleg wróciliśmy około 21:00. Zmęczeni ale zadowoleni, iż przed zmrokiem udało nam się pokonać ten trudny podjazd w relatywnie korzystnych warunkach pogodowych.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1772357898

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1772357898

ZDJĘCIA

20180814_061

FILMY

VID_20180814_191224

VID_20180814_191804

VID_20180814_192213

VID_20180814_194549

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Rifugio Dolomieu al Monte Dolada została wyłączona

Monte Pizzoc

Autor: admin o niedziela 28. Kwiecień 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1565 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1431 metrów

Długość: 22,3 kilometra

Średnie nachylenie: 6,4 %

Maksymalne nachylenie: 11,6 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Po dwóch dłuższych wycieczkach do krainy Cadore zostały nam jeszcze do zobaczenia najciekawsze wzniesienia w pobliżu Vittorio Veneto. We wtorek i środę mieliśmy się zatem wspinać już tylko po górskich drogach okolicznych masywów: Cansiglio, Alpago i Col Visentin. Zostały nam do zaliczenia cztery premie górskie, z czego trzy znajdujące się na tyle blisko naszej bazy przy Vicolo Burela, że wypadało ku nim ruszyć z domu na rowerach. Jedynie wypad na stromy podjazd do Rifugio Dolomieu w cieniu Monte Dolada musiał zostać poprzedzony krótkim transferem samochodowym. A to z uwagi na przeszło 20-kilometrowy dystans dzielący goszczące nas miasto od podnóża tego wzniesienia. Chcieliśmy by ostatni etap tej wyprawy był możliwie najkrótszy i najłatwiejszy organizacyjnie. Aby tak się stało ten najdłuższy oraz ów najdalszy z czterech pozostałych nam do przejechania podjazdów musieliśmy pokonać już we wtorek. Dlatego na etapie jedenastym mieliśmy zaliczyć przeszło 22-kilometrowy wjazd na Monte Pizzoc oraz wspomnianą już wspinaczkę ku schronisku Dolomieu. Kolejność była właśnie taka. Najpierw przed południem wypad na dłuższy, lecz bliższy nam podjazd w masywie Cansiglio. W porze sjesty obiad i pamiątkowe zakupy. Po czym późnym popołudniem wyjazd do miejscowości Paludi na spotkanie ze stromym wzniesieniem w masywie Alpago. Nasze pierwsze wtorkowe wyzwanie było kolarską górą o przewyższeniu ponad 1400 metrów zbudowaną jakby z dwóch odrębnych podjazdów. Najpierw czekał nas 15-kilometrowy wjazd z Anzano na Passo La Crosetta czyli z poziomu 134 na 1118 metrów n.p.m. Następnie po około kilometrze łagodnego zjazdu finałowy odcinek o długości 6,5 kilometra z wysokości 1098 na 1536 m. n.p.m. Przy czym ten asfaltowy podjazd mogliśmy jeszcze przedłużyć o szutrowy odcinek prowadzący na sam szczyt owej góry.

Tym samym naszym pierwszym, pośrednim celem był wjazd na przełęcz Crosetta czyli na poziom Pian Cansiglio. Płaskowyż ów leży na wysokości od 900 do 1200 metrów n.p.m. na styku prowincji: Belluno, Treviso i Pordenone. A zatem na pograniczu obu Wenecji: Euganejskiej oraz Julijskiej. Prowadzi nań co najmniej kilka szosowych dróg, przy czym bez zbędnego komplikowania tej kwestii należy wyróżnić przynajmniej trzy. Północna zaczyna się w miejscowości Farra d’Alpago. Zachodnia, którą tu sobie wybraliśmy, w Anzano pod Vittorio Veneto. No i w końcu południową zacząć można z Caneva di Sacile. Ten trzeci wariant miałem już zresztą okazję „przerobić” w lipcu 2012 roku, gdy na La Crosetta dotarłem w towarzystwie Piotra Walentynowicza. Wyścig Dookoła Włoch rzecz jasna nigdy nie dotarł do końca „ślepej drogi” pod Monte Pizzoc. Tym niemniej przez Altopiano Cansiglio peleton Giro d’Italia przejechał już sześciokrotnie. Trzy razy wspinano się na ten płaskowyż od strony północnej. Przy takich okazjach linię premii górskiej wyznaczano w Campon na wysokości 1045 metrów n.p.m. Pierwszymi na tej górze byli zawsze Włosi. W 1934 roku Remo Bertoni, w 1966 Pietro Scandelli, zaś w 1968 Lino Farisato. Nasz zachodni szlak również został przetestowany trzykrotnie. Po raz pierwszy już w roku 1933 na etapie z Udine do Bassano del Grappa. Pierwszy na górze był Alfredo Binda, acz późniejszy finisz z dużej grupy wygrał Ettore Meini. Wielki Binda zadowolił się zdobyciem 2 minut bonifikaty za zdobycie Crosetty, zaś dwa dni później świętował swe piąte zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Giro. Drugi raz podjeżdżano tędy w sezonie 1962 na odcinku z Lignano Sabbiadoro do stacji Nevegal nad Belluno. Na premii pierwszy był wówczas Nino Defilippis, zaś na mecie Guido Carlesi. Ostatnim zaś razem, podczas Giro z roku 1978, podjazd ten był pierwszą z czterech premii górskich na długim etapie z Treviso do Canazei. Wygrał go Gianbattista Baronchelli, lecz na przełęcz pierwszy wjechał Szwajcar Ueli Sutter, który na tym wyścigu wygrał klasyfikację górską.

Jak zatem w detalach wygląda La Crosetta a’la trevigiano? To znacz zachodni podjazd na Monte Pizzoc. Najpierw trzeba dotrzeć miejscowości Anzano leżącej nieopodal Vittorio Veneto, jakieś dwa kilometry na wschód od drogi krajowej SS51. Dojechawszy do tego miasteczka na rondzie należy odbić w lewo wybierając szosę SP422. Na pierwszym kilometrze wzniesienia jest odcinek 470 metrów o nachyleniu blisko 8%. Na drugim przejeżdża się przez miejscowość Fratte. Teren jest tu z gruntu płaski, zaś początkowo nawet zjazdowy. Z początkiem trzeciego kilometra zaczyna się już stała wspinaczka. Na dojeździe do Fregony (3,2 km) mija się efektowną rezydencję jakby żywcem przeniesioną z Ameryki Łacińskiej czyli Villa Salvador. Za kolejną miejscowością czyli Mezzavilla (4 km) droga skręca na wschód i niebawem mija zjazd ku miasteczku Osigo. W połowie szóstego kilometra szosa wpada w zalesiony teren, gdzie wspinaczka staje się bardziej wymagająca. Na odcinku między 5,5 a 9 kilometrów od Anzano średnie nachylenie wynosi 8,6%. Najtrudniej jest tuż przed kapliczką Oratorio San Antonio, gdzie na dystansie 560 metrów jest aż 11,4%. Nieco oddechu daje łatwiejszy dziesiąty kilometr. Niemniej po nim trzeba pokonać kolejny trudny sektor. Znów o długości 3,5 kilometra. Tym razem z przeciętnym nachyleniem 8,1%. Na tym odcinku przejeżdża się przez polanę z osadą Valsalega (10,6 km). Po czym na początku dwunastego kilometra droga znów chowa się w lesie. Nachylenie spada do poziomu około 6% dopiero w połowie czternastego kilometra. Po przejechaniu 14,4 kilometra do naszej drogi dołącza z prawej strony julijska SP61 czyli podjazd na Pian Cansiglio rozpoczynany w miejscowości Caneva. Obie wspinaczki mają wspólne ostatnie 830 metrów przed La Crosettą (1118 m. n.p.m.). Ten finisz jest dość łatwy, bo z nachyleniem 4,8%. Jeszcze luźniej jest tuż za przełęczą, bowiem kilometrowy dojazd do „ślepej drogi” na Monte Pizzoc prowadzi lekko w dół. Traci się na nim 20 metrów z wcześniej osiągniętej wysokości.

Finałowy odcinek zaczyna się nieprzyjemnie. Na początek mocne uderzenie czyli 500 metrów o średniej 11,4%. Potem jest już łatwiej. Najpierw półtora kilometra o średniej 6,7%, zaś następnie równie długi sektor o nachyleniu tylko 4%. Droga ta niemal do końca czwartego kilometra prowadzi przez gęsty las, w którym pierwotne buki mieszają się z zasadzonymi przez ludzi drzewami iglastymi. Po wjechaniu między górskie łąki podjazd znów staje się trudniejszy. Ostatnie 2250 metrów tej drogi ma średnie nachylenie 8%. Teren jest odsłonięty, więc w dwóch miejscach mija się punkty widokowe. Szosa dociera na wysokość 1536 metrów n.p.m. w pobliżu Baita Edelweiss. Na jej skraju mamy rozjazd, z którego odchodzą dwie szutrowe drogi. Pierwsza krótsza wiedzie w prawo na sam szczyt Monte Pizzoc (1565 m. n.p.m.). Druga dłuższa biegnie w lewo do nieco niżej położonego Rifugio Citta di Vittorio Veneto. To schronisko na 22 łóżka, otwarte od początku kwietnia do końca października oraz w okresie Świąt Bożego Narodzenia. Co ciekawe w czasach tzw. Zimnej wojny Pizzoc spełniała tą samą rolę co opisana już przez mnie Monte Toraro. W latach 1962-77 tu również funkcjonowały radary będącą częścią lokalnej bazy przeciwlotniczej. Na spotkanie z tą górą ruszyliśmy przed wpół do jedenastą, co oznaczało pewien poślizg względem moich planów. Niemniej znając poranny rytm życia moich kompanów nie było najgorszym czasem. Na początek musieliśmy przejechać przez niemal całe Vittorio Veneto z północy na południe. Po drodze minęliśmy znajomy adres przy via Pagliarin czyli dom, w którym mieszkali nasi koledzy z Mazowsza. Dzień wcześniej w trzyosobowym składzie (bez kontuzjowanego Romka) oni też wybrali się na spotkanie z La Crosettą. W swoim stylu pojechali rundę, lecz sam podjazd zaczęli w Canevie. Pedro przejechał tego dnia 54 kilometry. Natomiast Adam z Arturem blisko 90, bowiem zaliczyli też finałową partię Monte Pizzoc, po czym z płaskowyżu Cansiglio zjechali przez Farra d’Alpago.

My do podnóża podjazdu dotarliśmy po przejechaniu 5,1 kilometra od Vicolo Burela. Start o godzinie 10:40 w pełnym słońcu przy temperaturze 30 stopni. Łatwy wstęp z przejazdem przez Fratte pokonaliśmy razem. Gdy podjazd „odżył” z początkiem trzeciego kilometra zabrałem się za dyktowanie tempa. Dzień wcześniej Dario odjechał mi na Tre Cime di Lavaredo i tego samego spodziewałem się doświadczyć na popołudniowym Rifugio Dolomieu. Niemniej na łagodniejszym Monte Pizzoc mogłem się wykazać. W trakcie przejazdu przez Fregonę zacząłem odjeżdżać kolegom. Jednak początkowo różnica między nami była minimalna. Na pierwszych serpentynach, w połowie szóstego kilometra wciąż było to tylko kilkanaście sekund. Po dziewięciu kilometrach czyli na wysokości Oratorio San Antonio miałem już przewagę 1:20. Jechaliśmy całkiem żwawo, skoro na blisko 8,5-kilometrowym segmencie przez Valsalegą uzyskałem czas 35:45 (avs. 14,2 km/h z VAM 1043 m/h). Natomiast moi dwaj koledzy przejechali ten odcinek w 37:09 (avs. 13,6 km/h z VAM 1004 m/h). Kolejne cztery kilometry też pokonałem szybciej. Na Crosettę wjechałem z przewagą 2:40 nad Darkiem i Tomkiem, ale swego czasu na stravie nie znalazłem, gdyż sygnał z licznika nieco pogubił mi się w lesie. Dario & Tommy przejechali owe 15 kilometrów w 1h 03:30 (avs. 14,2 km/h z VAM 948 m/h). W każdym razie gdy oni mijali przełęcz, ja zmagałem się już ze stromym początkiem drogi na Monte Pizzoc. Na kolejnych leśnych odcinkach jechało się już sprawniej. Nieco mocniej trzeba było jeszcze popracować na ostatnich dwóch kilometrach. Finałowy segment o długości 6,54 kilometra przejechałem w 28:42 (avs. 13,7 km/h z VAM 958 m/h), zaś cały podjazd czyli 22,28 kilometra w 1h 31:58 (avs. 14,5 km/h z VAM 898 m/h). Darek z Tomkiem do końca nie odpuszczali i powyżej przełęczy odrobili do mnie przeszło pół minuty. Ostatecznie do kresu szosowej drogi dotarli ze stratą 2:05. Na Monte Pizzoc nie dane nam było się spotkać, bowiem ja z rozdroża pojechałem na trawiasty wierzchołek góry, zaś oni w kierunku schroniska. Ujrzałem ich dopiero w połowie zjazdu, gdy „dopadli mnie” na jednym z moich foto-przystanków.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1771311551

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1771311551

ZDJĘCIA

20180814_001

FILMY

VID_20180814_122329

VID_20180814_122621

VID_20180814_123833

VID_20180814_124232

VID_20180814_130231

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Monte Pizzoc została wyłączona

Passo di Sant’Antonio

Autor: admin o wtorek 23. Kwiecień 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1489 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 649 metrów

Długość: 8,2 kilometra

Średnie nachylenie: 7,9 %

Maksymalne nachylenie: 12,8 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Z gwarnego schroniska pod Tre Cime di Lavaredo do cichego Cosderouibe zjechaliśmy kilka minut przed siedemnastą. Udało się to zrobić na sucho, choć zachmurzone niebo w dolnych partiach zjazdu straszyło ulewą. Zapakowaliśmy się do auta i zjechaliśmy krótki odcinek na postój w Auronzo di Cadore. Przed tym etapem mocno zastanawiałem się jaki okoliczny podjazd wybrać do roli małego deseru po poniedziałkowym daniu głównym. W grę wchodziły dwa wzniesienia czyli Forcella Cibiana (1530 m. n.p.m.) oraz Passo Sant’Antonio (1489 m. n.p.m.). Ta pierwsza przełęcz pod każdym względem wyglądała nieco ciekawiej od św. Antoniego. Wschodni podjazd na nią rozpoczynany na moście Ponte di Boite nieopodal miejscowości Venas di Cadore ma bowiem 762 metry przewyższenia co na dystansie 9,8 kilometra daje średnie nachylenie rzędu 7,8%. Tym samym ta właśnie wspinaczka byłaby pod każdym względem trudniejsza: wyższa, większa, dłuższa i bardziej stroma. Do tego jeszcze nieco popularniejsza czyli częściej używana na trasach Giro d’Italia, albowiem Cibiana na trasach wyścigu Dookoła Włoch pojawiła się czterokrotnie. Po raz pierwszy w 1966 roku, potem w latach 1970 i 1988, zaś ostatnio w sezonie 2011 na hardcorowym etapie piętnastym, który oprócz niej w swym programie miał też podjazdy pod Piancavallo, Giau, Fedaię i stromy finał przy Rifugio Gardeccia. W normalnych okolicznościach długo bym się nie zastanawiał „na którego konia postawić”. Opcja z Cibianą miała niemal same zalety i tylko jedną wadę. Aby dotrzeć do podnóża tego podjazdu trzeba by zjechać z najkrótszego szlaku łączącego Auronzo z Vittorio Veneto. Odbić w bok na wysokości widzianego dzień wcześniej Lozzo di Cadore i przejechać dodatkowe 19 kilometrów. Potem oczywiście drugie tyle w drodze powrotnej. Jednym słowem należałoby spędzić dodatkowe trzy kwadranse w samochodzie oraz może kwadrans więcej na rowerze co przełożyłoby się lekko licząc na dodatkową godzinę w podróży. Tymczasem pora była późna, moi kompani nieskorzy do drugiej wspinaczki i chcąc uczynić zadość świeckiej tradycji (due salite al giorno) wypadało mi poprzestać na Passo Sant’Antonio.

Do tej góry nie musiałem dojeżdżać. Początek owej wspinaczki widziałem z parkingu, na którym się zatrzymaliśmy po przyjeździe do Auronzo. To znaczy z placu naprzeciw kościoła San Lucano Vescovo. Szosowy szlak na przełęcz św. Antoniego wiedzie drogą SP532 i liczy sobie 9,1 kilometra. Niemniej tak naprawdę liczy się tylko środkowe 6100 metrów o średnim nachyleniu 9,1%. Pierwsze 1300 metrów to łagodny odcinek o średniej 4,5%, zaś ostatnie 1700 to już falsopiano o przeciętnym nachyleniu 2,1%. Na piętnastym etapie ubiegłorocznego Giro ten podjazd był premią górską drugiej kategorii. Pośród pięćdziesięciu nowych wzniesień jakie przejechałem w sezonie 2018 okazał się najmniejszym pod względem przewyższenia. Niemniej nie było co wybrzydzać. Skoro na górskim odcinku do Sappady, zapamiętanym ze zwycięskiego rajdu Simona Yatesa, ów skromny Antoni był w stanie „wykończyć” takiego asa jak Fabio Aru to znaczy, iż wart był zobaczenia. Wspomniana droga nr 532 przez przełęcz św. Antoniego łączy krainy Cadore (Valle d’Ansiei) oraz Comelico (Alta Valle del Piave). Przy czym o ile od południa szlak jest tylko jeden to na stronę północną można zjechać na dwa sposoby. Po pierwsze trzymając się owej szosy pognać w dół do miejscowości Padola. Można też na wysokości około 1470 metrów n.p.m. skręcić w prawo na szosę SP6 by poprzez wioskę Danta di Cadore dotrzeć do Campitello. Ten drugi wariant trasy wybrali organizatorzy 101. Giro d’Italia. Tak czy owak zaczynając podjazd w Auronzo trzeba najpierw pokonać stromy i kręty szlak (z 16 wirażami) prowadzący przez wąską i zalesioną dolinę potoku Diebba. „La Corsa Rosa” jak dotąd trzykrotnie wizytowała Passo Sant’Antonio. Po raz pierwszy w roku 1970, gdy podobnie jak w 2018 podjeżdżano od południa. Działo się to na etapie z Rocca Pietore do Dobbiaco wygranym przez Franco Bitossiego. Na premii górskiej pierwszy zameldował się wówczas Belg Martin Van den Bossche. Następnie w sezonie 2011 na odcinku z austriackiego Lienzu do Monte Zoncolan przetestowano podjazd północny. Na przełęczy najszybciej pojawił się Włoch Gianluca Brambilla, zaś na mecie Bask Igor Anton. Natomiast przed rokiem pierwszy na tą przełęcz wjechał Giulio Ciccone.

Ruszyłem pod górę kwadrans po szóstej, wcześniej umawiając się z kolegami, iż będą na mnie czekać niespełna półtorej godziny. Kalkulowałem, iż potrzebuję około 40, max. 45 minut na sam podjazd. Do tego doliczyłem sobie kilka minut w ramach postoju na przełęczy, no i pół godziny na zjazd z pewną liczbą foto-przystanków. Temperatura była przyjemna czyli 24 stopni na starcie i 18 na przełęczy. Pierwsze 650 metrów w terenie zamieszkanym, a potem skręt w lewo czyli wjazd w las. Już pod koniec pierwszego kilometra (a zatem praktyka rozminęła się z teorią) licznik pokazał chwilową stromiznę na poziomie 12%. Pod koniec drugiego kilometra w dwóch miejscach zanotował już 12,8%. O tym akurat zostałem ostrzeżony, bowiem książka informowała, iż trzeba będzie tu pokonać odcinek 460 metrów o średniej 10,9%. Pierwsze dwa zakręty minąłem po 1100-1200 metrach od startu. Kolejne pojawiły się dopiero na początku trzeciego kilometra. Wszystkie oznakowane tablicą, z numeracją liczoną z góry na dół czyli jako pierwszy pokazał mi się „tornante numero 16”. Droga jak można było przypuszczać okazała się cicha. Z rzadka przemknął jakiś samochód. Aż tu nagle dostrzegłem, iż goni mnie jakiś inny cyklista. Dzielący nas dystans szybko połykał i niebawem pod koniec piątego kilometra ów szczupły jegomość mnie doszedł. Choć forma już nie ta co przed laty to mimo wszystko na razie rzadka jeszcze zdarza mi się być przeganianym przez innych amatorów kolarstwa. Niemniej ten „cicloamatore” był poza moim zasięgiem. Nawet nie miałem co próbować zaczepić się na jego kole. Trzeba było się trzymać własnego rytmu jazdy. Tym bardziej, że początek piątego i początek szóstego kilometra były najtrudniejszymi fragmentami tego wzniesienia. Na pierwszym z tych sektorów trzeba było przejechać 440 metrów o średniej 11,4%, zaś na drugim 380 metrów z przeciętną 11,6%.

Dokładnie po przejechaniu sześciu kilometrów minąłem restaurację Ai Lares. Na tej posesji wisiał jeszcze różowy baner pozdrawiający uczestników Giro 2018. Tuż jej białym budynkiem w prawo odchodziła droga SP6dir dająca pierwszą możliwość zjazdu przez Dantę do Campitello. Od tego rozjazdu do końca prawdziwej wspinaczki zostało mi już tylko 850 metrów. W końcówce przeważał już niemal płaski teren. Owszem trafiły się jeszcze dwa odcinki podjazdu. Niemniej krótkie i o nachyleniu do 7-8%. Możliwe do pokonania z rozpędu. Niespełna 200 metrów przed finałem minąłem drugi skręt na Danta di Cadore. To właśnie tą drogą zjechał w kierunku Comelico peleton Giro d’Italia. Na przełęczy nie spotkałem nikogo. Hotelik Albergo S. Antonio był „zamknięty na cztery spusty”. Cóż było robić? Strzeliłem kilka zdjęć, nagrałem dwa filmiki i zawróciłem do Auronzo zobaczyć jak bawią się koledzy. Podjazd wyszedł mi nie najgorzej. Wedle najdłuższego segmentu znalezionego na stravie dystans 8,51 kilometra przejechałem w 39:14 (avs. 13 kmh z VAM 935 m/h). Prędkość pionowa nie mogła być rewelacyjna choćby z uwagi na końcowe wypłaszczenia. Bardziej konkretnie wyglądał mój wynik na przeszło 6-kilometrowym sektorze „Salita Pura”. Ten przejechałem w 34:04 (avs. 11,1 km/h z VAM 1055 m/h) o ile faktycznie na odcinku 6,3 kilometra było tu aż 599 metrów przewyższenia. Człowiek, który mnie wyprzedził czyli niejaki Mattia Pinosio był o dwie klasy lepszy. Całe wzniesienie przejechał w czasie 32:26 z VAM na poziomie 1131 m/h, zaś stromy środek w 28:09 czyli 1277 m/h. Nawet przed pięciu-dziesięciu laty byłby dla mnie za szybki. Traciłem do niego m/w tyle co z kolei on do asów zawodowego peletonu. Miejscowy KOM należy bowiem do Szwajcara Sebastiana Reichenbacha i Włocha Davide Formolo, którzy ów 6-kilometrowy segment wjechali w 21:47 (avs. 17,4 km/h z VAM 1650 m/h). Z powrotem do miasta wyrobiłem się w ustalonym limicie czasu. Moi kompani stołowali się w Ristorante – Pizzeria Al Rio. Przed wycieczką do Vittorio Veneto za przykładem Tomka zamówiłem sobie do kawy kawałek ciasta Bosco Nero.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1770079608

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1770079608

ZDJĘCIA

20180813_061

FILMY

VID_20180813_185933

VID_20180813_190325

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Passo di Sant’Antonio została wyłączona

Tre Cime di Lavaredo / Rifugio Auronzo

Autor: admin o piątek 19. Kwiecień 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 2320 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1294 metry

Długość: 20,3 kilometra

Średnie nachylenie: 6,4 %

Maksymalne nachylenie: 17,4 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Dziesiątego dnia tej wyprawy wpadłem w odwiedziny do „starej znajomej”. Po przeszło dekadzie od dwóch poprzednich wizyt wybrałem się raz jeszcze na Tre Cime di Lavaredo. Ściślej rzec ujmując naszym celem było pokonanie miejscami bardzo stromej drogi do Rifugio Auronzo. To duże schronisko (dziś na 80 łóżek) otwarto w lipcu 1957 roku, zaś już dziesięć lat później wyznaczono przy nim metę etapu Giro d’Italia. Tre Cime to de facto trzy szczyty czyli patrząc od zachodu: Cima Ovest (2973 m. n.p.m.), Cima Grande (3003 m. n.p.m.) oraz Cima Piccola (2857 m. n.p.m.). Ów majestatyczny masyw w paśmie Dolomiti di Sesto leży na pograniczu prowincji Belluno (Veneto) i Bolzano (Trentino-Alto Adige), więc jak łatwo się domyślić przed stu laty oddzielał Królestwo Włoch od Cesarstwa Austro-Węgierskiego. Dla kolarzy wyzwaniem jest stroma górska szosa z Col Sant’Angelo do Rifugio Auronzo. Warto zauważyć, iż ostatnie 5 kilometrów owej drogi to odcinek płatny. Opłat nie pobiera się tu rzecz jasna od pieszych i cyklistów. Niemniej wygodniejsi turyści za przywilej obejrzenia cudów górskiej natury muszą „wysupłać nieco grosza”. Aktualna stawka to: 15 Euro od motocykla, 25 od samochodu osobowego i 40 za przejazd kamperem. Wspomniane schronisko wybudowano w cieniu Cima Ovest. Z miejscówki tej można ogarnąć wzrokiem masywy: Cadini, Marmarole i Paterno, leżące blisko 600 metrów niżej Lago di Misurina, dolinę rzeki Ansiei aż po Auronzo di Cadore oraz pasmo górskie Dolomiti Ampezzane. Z kolei specjaliści od górskiej wspinaczki spoglądają nie w dal, lecz do góry. Wabi ich przede wszystkim północna ściana Cima Grande, po raz pierwszy pokonana dopiero w roku 1933 przez trzyosobowy zespół w składzie: Emilio Comici oraz bracia Angelo i Giuseppe Dimai.

Dwukrotnie miałem już szczęście zawitać w te piękne strony. W maju 2007 roku nie wymagało to ode mnie żadnego wysiłku. Wybrałem się wtedy w Dolomity na parę dni wraz z Piotrem Mrówczyńskim. Naszym głównym celem był udział w Gran Fondo Dolomiti Stars, na którą to imprezę zaprosił nas Alessandro Tegner (dziś menadżer w ekipie Deceunick-Quick Step). Ciężką trasę na rundzie wokół Arabby z podjazdami pod Duran, Staulanzę, Giau i Falzarego jakoś udało nam się zmęczyć. Piotrowi z lepszym, zaś mi z gorszym skutkiem. Nazajutrz na pokładzie samochodu stacji nSport przejechaliśmy sporą część piętnastego etapu 90. Giro docierając do Tre Cime przed finiszem kolarzy. Rok później opracowaliśmy sobie znacznie dłuższy wyjazd we włoskie Alpy. Nie mogło na nim zabraknąć próby zdobycia owej góry już własnymi siłami. Cały program wyprawy z czerwca 2008 roku został zbudowany wokół naszego udziału w trzech bardzo trudnych wyścigach z gatunku Gran Fondo. Co niedzielę walczyliśmy ze sporym dystansem i pokaźną liczbą premii górskich na trasach: GF Campagnolo (wokół Feltre), GF Marco Pantani (wokół Apriki) i GF Fausto Coppi (wokół Cuneo). W międzyczasie od poniedziałku do piątku pokonywaliśmy pojedyncze podjazdy sporej wielkości. Jedynie trzy kolejne soboty przeznaczając na odpoczynek przed wyścigami. Nazajutrz po ukończeniu pierwszej z tych imprez pojechaliśmy na wschód mając zaplanowaną na wtorek wspinaczkę z Sutrio na Monte Zoncolan. Po drodze chcieliśmy się zatrzymać w Cortina d’Ampezzo i stamtąd ruszyć rowerami na ostatni fragment etapu widzianego w roku 2007. Niestety pogoda nam nie dopisała. W dolinach padał deszcz i było ledwie 12 stopni. Pojechaliśmy zatem do Misuriny by pokonać choć siedem kilometrów finałowej wspinaczki. Tam było już chyba tylko 5 stopni i Piotr zrezygnował z „ataku szczytowego”. Ja podjąłem się tego zadania, ale miałem ten luksus że nie musiałem już wracać rowerem na poziom jeziora. Zapłaciłem bowiem za dojazd swego „dyrektora sportowego” do Rifugio Auronzo, co by nie rozpoczynać zjazdu w temperaturze bliskiej zeru.

Peleton Giro d’Italia po raz pierwszy pojawił się na tej górze 8 czerwca 1967 roku. To był etap dziewiętnasty 50 edycji, którego start wyznaczono w Udine. Owa inauguracja zakończyła się skandalem. Kolarze wspinali zmagali się nie tylko ze stromym wzniesieniem, ale też marznącym deszczem i śniegiem. Poza tym na ostatnim kilometrach jechali we mgle. Tego dnia wielu zawodników mniej lub bardziej skorzystało z pomocy kibiców. Popychanie było nagminne. Ponoć niektórzy momentami trzymali się nawet swych wozów technicznych. Pierwszy na metę wpadł Felice Gimondi, który o 4 sekundy wyprzedził Eddy Merckx i Gianniego Mottę. Piąty finiszował ówczesny lider wyścigu Silvano Schiavon. Złośliwi mówili, że Gimondi wygrał bo miał najszybszy samochód. W każdym razie sędziowie doszli do wniosku, iż na trasie doszło do zbyt wielu naruszeń regulaminu i ostatecznie anulowali wyniki tego górskiego odcinka. Tym niemniej Vincenzo Toriani (dyrektor wyścigu z lat 1949-1992) był człowiekiem upartym i niełatwo rezygnował ze swych pomysłów. Rok później znów posłał kolarzy na stromy szlak pod Tre Cime. Tym razem był to etap dwunasty rozpoczęty przy granicy z Jugosławią w mieście Gorizia. Pogoda była niewiele lepsza niż 12 miesięcy wcześniej, ale przynajmniej walka była uczciwa i wyłoniła wielkiego mistrza. Wygrał Merckx o 40 sekund przed Giancarlo Polidorim i 54 przed swym kolegą i mentorem z ekipy Faema Vittorio Adornim. Gimondi stracił przeszło sześć minut. Tymczasem Belg odebrał koszulkę lidera Michele Dancellemu i utrzymał prowadzenie już do samego końca owej edycji. Tym samym wygrywając pierwszy ze swych 11 Wielkich Tourów. Kolarskie losy bywają jednak przekorne. W tym samym miejscu sześć lat później omal nie przegrał Giro z roku 1974. Etap rozpoczęty w Pordenone był trzecim od końca w owym wyścigu. Wygrał go zdecydowanie Jose-Manuel Fuente, dla którego było to już zresztą piąte zwycięstwo etapowe w tej imprezie. Tymczasem na pozycję lidera (Merckxa) zdecydowany atak przypuścił rewelacyjny młodzian Gianbattista Baronchelli.

„Tista” rok wcześniej wygrał amatorskie Giro oraz Tour de l’Avenir. Debiutując w profesjonalnym Giro miał niespełna 21 lat, a mimo to rzucił wyzwanie wielkiemu mistrzowi z przedmieść Brukseli. Tego dnia był drugi ze stratą 1:18 do Hiszpana. „Kanibal” był dopiero czwarty tracąc 1:47. Ponoć tylko szaleńczy finisz na ostatnich 400 metrach pozwolił Belgowi obronić prowadzenie ze skromnym zapasem 12 sekund. Ostatecznie wygrał swoje piąte Giro, a potem piąty Tour i trzecie złoto Mistrzostw Świata. Bez skutecznej obrony na Tre Cime nie byłoby tego legendarnego hat-tricku. Czwarta wizyta Giro miała tu miejsce w roku 1981. Na etapie dwudziestym z San Vigilio di Marebbe o zwycięstwo etapowe walczyli Szwajcarzy, zaś o różową koszulkę Włosi. Etap wygrał Beat Breu o 10 sekund przed swym rodakiem Josephem Fuchsem. Trzeci na mecie Giovanni Battaglin do zwycięzcy stracił co prawda 50 sekund, ale wyraźnie zdystansował dotychczasowego lidera Silvano Continiego. Dwa dni później Battaglin świętował swój drugi w ciągu ledwie 48 dni triumf w Wielkim Tourze! Tuż przed startem wyścigu Dookoła Włoch wygrał bowiem hiszpańską Vueltę, rozgrywaną wtedy na przełomie kwietnia i maja. W 1989 roku nie było tu mocnych na Kolumbijczyka Lucho Herrerę. Kolarz z dalekich Andów o minutę wyprzedził Francuza Laurenta Fignona i o 1:04 Holendra Erika Breukinka, który utrzymał prowadzenie w wyścigu. Niemniej następnego dnia stracił różowy trykot na rzecz „Okularnika z Paryża” po mroźnym etapie do Corvara Alta Badia. Ostatnie dwa spotkania Tre Cime z Giro miały miejsce już w XXI wieku. W 2007 roku dojechano tu na etapie piętnastym rozpoczętym w Trento. W końcówce dwaj Włosi z zespołu Saunier Duval: Riccardo Ricco i Leonardo Piepoli ograli gości z Ameryki Łacińskiej czyli Kolumbijczyka Ivana Parrę i Meksykanina Julio Alberto Pereza Cuapio. Za ich plecami toczyła się walka o generalkę. Atakował Eddy Mazzoleni, który przez chwilę był nawet „wirtualnym liderem”, zaś ostatecznie awansował z dziewiątej na drugą pozycję. Skutecznie obronił się Danilo Di Luca, który finiszował szósty ze stratą 2:53 przy okazji zyskując prawie minutę nad dotychczasowym „wice” tzn. Andy Schleckiem, rewelacyjnym 22-latkiem z Luksemburga.

Tre Cime na Giro nie ma szczęścia do pogody. Nie inaczej było podczas ostatniej wizyty w trakcie mroźnej edycji z roku 2013. Na tym wyścigu odwołano etap przez Gavię i Stelvio do Val Martello. Trasy trzech innych górskich odcinków mniej lub bardziej zmieniono, w tym etap dwudziesty (przedostatni) z Silandro do Tre Cime di Lavaredo. Aby nie ryzykować życia kolarzy na oblodzonych zjazdach organizatorzy z oryginalnego programu „wycięli” przełęcze: Costalunga, San Pellegrino i Giau. Pozostawiono tylko dwa podjazdy na wschód od Cortiny d’Ampezzo, w tym finałowy na którym „kropkę nad i” postawił Vincenzo Nibali. „Rekin z Messyny” wygrał ten odcinek z przewagą 17 sekund nad Fabio Duarte i 19 nad Rigoberto Uranem. Czwarty był kolejny Kolumbijczyk Carlos Betancur, który dzięki temu awansował z siódmej na piątą lokatę kosztem naszych górali: Przemysława Niemca i Rafała Majki. Tego dnia Rafał był bowiem dziesiąty ze stratą 1:04 do Sycylijczyka. Natomiast Przemek finiszował po kolejnych 10 sekundach, na miejscu dwunastym tuż przed swym liderem z Lampre śp. Michele Scarponim. Finałowy odcinek każdej wspinaczki ku Tre Cime di Lavaredo zaczyna się na niepozornej Col Sant’Angelo (1757 m. n.p.m.) nieopodal wód Lago di Misurina. Ku temu miejscu prowadzą trzy drogi, acz Giro korzystało dotąd tylko z dwóch trudniejszych. Nieznany temu wyścigowi szlak północny rozpoczyna się w Toblach (Dobbiaco). Dojazd ten liczy ponad 19 kilometrów, z czego pierwsze 13 to jedynie falsopiano o średnim nachyleniu poniżej 2%. Dopiero powyżej Schluderbach (Carbonin) można mówić o podjeździe, acz umiarkowanym czyli 6,2 kilometra o średniej 5,3%. Dwie pozostałe opcje to droga zachodnia rozpoczynana w olimpijskim ośrodku Cortina d’Ampezzo, która wiedzie przez Passo Tre Croci (1802 m. n.p.m. o długości 8,6 kilometra przy średniej 6,9%) oraz południowa mająca swój początek na terenie Valle di Ansiei. Tą pierwszą ścieżkę pokonali kolarze uczestniczący w Giro z lat 1981, 2007 i 2013, zaś drugą zawodnicy walczący w latach: 1967, 1968, 1974 i 1989. Oba te szlaki łączą się z sobą na wysokości 1647 metrów n.p.m. Dokładnie 2,6 kilometra przed wspomnianą przełęczą św. Anioła.

Z dwojga tras o porównywalnej trudności wybrałem dla nas wersję południową czyli z początkiem w krainie Cadore. Głównie ze względów osobistych. Po pierwsze na Passo Tre Croci wjechałem już w lipcu 2003 roku, na czwartym etapie swej pierwszej górskiej wycieczki. Poza tym ów szlak zachodni to jakby nie patrzeć bardziej kombinacja dwóch wzniesień niż jedna długa wspinaczka na Tre Cime di Lavaredo. Jedynie start z Valle di Ansiei gwarantował, że będziemy musieli pokonać 1200 czy nawet 1300 metrów przewyższenia bez dłuższych zjazdowych przerywników po drodze. Mając to ustalone kolejną zagadką do rozwiązania było to skąd zacząć ów podjazd. Na „cyclingcols” można zobaczyć profil o długości aż 34 kilometrów z początkiem w Cella (842 m. n.p.m.) tuż przed Auronzo di Cadore. Tym niemniej jego pierwsza połowa składa się z kilometrowych odcinków o nachyleniu od 0,5 do 4% i to z przewagą najłatwiejszych białych kolorów. Natomiast mój książkowy przewodnik sugerował nam start obok Albergo Palus San Marco na wysokości 1111 metrów n.p.m. To znaczy jakieś 17 kilometrów przed Rifugio Auronzo. Najpierw mamy tu łatwe 1200 metrów o nachyleniu ledwie 2%. Potem nieco trudniejszy odcinek długości 2,15 kilometra przy średniej 4,6%. W tym czasie przejeżdża się obok lasu Somadida, który w roku 1463 stał się własnością Republiki Weneckiej i dawał jej materiał na budowę floty kontrolującej sporą część Morza Śródziemnego. Na kolejnym segmencie o długości 6,3 kilometra podjazd staje się już bardzo poważny. Cały ten sektor ma średnią stromiznę na poziomie 8,3%, zaś maksymalnie sięga ona 12%. Potem mamy tu 700-metrowy odcinek wzdłuż zachodniego brzegu Lago di Misurina oraz 300-metrowy dojazd do Col Sant’Angelo. Warto dodać, iż wspomniane jezioro, choć ma powierzchnię tylko 0,14 km2 jest największym naturalnym zbiornikiem wodnym w krainie Cadore. Ponadto tutejsze powietrze znakomicie sprzyja leczeniu problemów z oddychaniem. Dlatego też funkcjonuje tu jedyne w całej Italii centrum leczenia astmy dziecięcej czyli Instytut Piusa XII.

Jak wygląda przeszło 7-kilometrowy finał tej wspinaczki? Najpierw mamy 900-metrowy odcinek o umiarkowanym nachyleniu 5,4%. Potem stromą ścianę długości tylko 500 metrów, ale o średniej aż 12,4%. Wprowadza nas ona na poziom Lago d’Antorno (1868 m. n.p.m.). Z którego to zjeżdża się przez ponad kilometr tracąc 33 metry ze zdobytej wcześniej wysokości. Na tym łatwym odcinku mija się bramki, na których pobierane są opłaty za wjazd na płatny odcinek drogi pod Tre Cime. Po owym zjeździe droga ta przechodzi w 300-metrowe falsopiano. Po czym na moście nad potokiem Longeres czyli w pobliżu Malga Rinbianco zaczyna się finał budzący trwogę w każdym amatorze kolarstwa oraz niepokój w sercu niejednego zawodowca. To znaczy morderczy odcinek o długości 4,06 kilometra i średnim nachyleniu aż 11,7%, gdzie maksymalna stromizna sięga 16-17%. W samej końcówce można pojechać prosto do kresu tutejszych parkingów lub skręcić mocno w prawo by pokonać ostatnie 200 metrów do schroniska Auronzo. Naszą wspinaczkę zaczęliśmy od wjazdu na polanę przed osadą Cosderuoibe. Przeszło 10 kilometrów za Auronzo di Cadore, acz z drugiej strony o 3 kilometry wcześniej i 80 metrów niżej w porównaniu z propozycją rodem z „PeViB – Dolomiti Bellunesi”. Wystartowaliśmy bardzo późno, bo o wpół do drugiej. Owszem z naszej bazy w Vittorio Veneto ruszyliśmy dopiero około jedenastej, ale też sam dojazd okazał się tym razem o blisko godzinę dłuższy niż 80-minutowa prognoza z google-maps. Tuż przed startem zatrzymałem się by zrobić kilka zdjęć, przez co moi koledzy z miejsca uzyskali minutę przewagi. Tomek ruszył spokojnie, więc szybko go wyprzedziłem. Za to Darek od początku jechał mocno i mimo łatwego terenu nie łatwo było mi go dogonić. Dojechałem do niego nie bez wysiłku i to dopiero w połowie czwartego kilometra. Gdy na siódmym kilometrze pojawiły się pierwsze stromizny Dario zaczął dyktować tempo odrobinę za mocne dla mnie i na ósmym kilometrze ponownie mi odjechał. Nie mogłem utrzymać jego koła, więc postanowiłem trzymać się możliwie blisko za jego plecami. Przy skręcie drogi SR48 w kierunku Passo Tre Croci (10,7 km) traciłem do Darka 25 sekund. Tomek dojechał w to miejsce 4:20 po naszym liderze.

Do końca pierwszej fazy podjazdu przy południowym krańcu Lago di Misurina pozostało nam jeszcze półtora kilometra. Na tym odcinku zachowaliśmy status quo. Segment o długości 8,4 kilometra liczony od Caserma Forestale powyżej San Marco Dario pokonał w czasie 35:29 (avs. 14,2 km/h z VAM 1027 m/h), ja w 35:56 (avs. 14,0 km/h z VAM 1015 m/h), zaś Tomek w 39:54 (avs. 12,6 km/h z VAM 914 m/h). Na płaskim odcinku wzdłuż jeziora musiałem złapać głębszy oddech, więc przejechałem go bardzo spokojnie. Dlatego na Col Sant’Agnelo Darek miał już niemal minutę przewagi. Podjazd do Lago d’Antorno przejechaliśmy z podobną prędkością, po czym Darek znów zyskał na zjeździe i płaskim terenie w okolicy punktu poboru opłat. Dzięki temu finałowe 4 kilometry zaczął z zapasem półtorej minuty. Tomek spisywał się całkiem dzielnie, bowiem dotarł w to miejsce niespełna 6 minut po Darku. Została nam do pokonania już tylko piąta część tego wzniesienia, ale za to zdecydowanie najtrudniejsza. W tym stromym terenie ani mi w głowie był pościg za o wiele lżejszym kolegą. Starałem się jedynie dojechać na górę w równym rytmie i uniknąć kryzysu po drodze. Ta trudna sztuka jakoś mi się udała. Do schroniska dotarłem w czasie poniżej 1h 27 minut. Według stravy na stromym nadrobiłem nad Darkiem blisko minutę. Na segmencie długości 3,95 kilometra uzyskałem bowiem czas 26:09 (avs. 9,1 km/h z VAM 1016 m/h). Natomiast Dario 27:05, zaś Tommy 29:28. Niemniej powątpiewam co do rzetelności tych danych. Z aplikacji Flybys wynika, iż na zakręcie przed Rifugio Auronzo – gdzie Dario pojechał prosto, zaś ja w prawo – nadal dzieliło nas półtorej minuty. W każdym razie około piętnastej byliśmy już obaj przed rzeczonym schroniskiem, zaś kilka minut później dołączył do nas Tomek. Na górze spędziliśmy trzy kwadranse. Przeczekaliśmy przelotny deszcz, poszliśmy na stołówkę i przede wszystkim podziwialiśmy górskie krajobrazy z tarasu przed schroniskiem. Tego dnia wokół Rifugio kręciły się setki turystów. Nie brakowało i gości z dalekich Chin. Droga pod Tre Cime di Lavaredo jest bowiem na tyle szeroka, iż dojeżdżają tu duże autokary.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1770079648

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1770079648

ZDJĘCIA

20180813_001

FILMY

VID_20180813_152237

VID_20180813_152709

VID_20180813_155225

VID_20180813_161831

VID_20180813_162015

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Tre Cime di Lavaredo / Rifugio Auronzo została wyłączona

Pian de Buoi

Autor: admin o piątek 12. Kwiecień 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1846 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1093 metry

Długość: 13,9 kilometra

Średnie nachylenie: 7,9 %

Maksymalne nachylenie: 17,9 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Po dłuższej wizycie na Sella Ciampigotto nieśpiesznie zjechaliśmy do Treponti. Ciekawostką był przejazd przez centrum Laggio di Cadore, gdzie podobnie jak w pirenejskim Barreges (po zachodniej stronie Col du Tourmalet) ruch był jednokierunkowy. Dzięki temu mogliśmy zobaczyć nie widzianą w trakcie podjazdu część tej miejscowości. Do samochodu zjechałem tuż przed szesnastą. Przy naszym wozie technicznym spędziliśmy następne pół godziny. Dopiero o 16:30 ruszyliśmy do Lozzo di Cadore na spotkanie z drugą premią górską. Z racji niewielkiego dystansu do pokonania udaliśmy się tam na rowerach, pozostawiając auto na dotychczasowej miejscówce. Jak się okazało do przejechania między górami było tylko 2,6 kilometra płaskiego terenu. W połowie tego odcinka opuściliśmy drogę SS52 i korzystając z Ponte Nuovo przeprawiliśmy się na prawy brzeg Piawy. Niebawem zamieniliśmy szosę SS51bis na via Roma, którą to ulicą dotarliśmy do centrum Lozzo. Podjazd na pastwiska Pian de Boui zaczyna się na Piazza IV Novembre. Według przewodnika „Passi e valli in bicicletta nr 3” czyli książeczki „Dolomiti bellunesi” wzniesienie to ma długość 13,6 kilometra i przewyższenie porównywalne do swej wschodniej sąsiadki czyli 1033 metry. Do pokonania w pionie mieliśmy zatem niemal taką samą ilość metrów co na Ciampigotto, lecz na dystansie o przeszło trzy kilometry krótszym. Jednym słowem czekała nas tu bardziej konkretna wspinaczka. Spoglądając na profil tego podjazdu można było dostrzec, że poza pierwszymi dwoma kilometrami prawie nie ma na niej odcinków o nachyleniu poniżej 6%. Natomiast na najtrudniejsze wyglądały dwa fragmenty wzniesienia o średniej stromiźnie 10,3%. Półtorakilometrowy w środkowej fazie wspinaczki (między km 6,4 a 7,9 od startu) oraz kilometr tuż przed finałem (km 11,9 a 12,9). Ponadto moja lektura ostrzegała, iż ostatnie 500 metrów przed schroniskiem Marmarole (1786 m. n.p.m.) prowadzi po niezbyt przyjemnym szutrze.

Droga ta powstała w początkach XX wieku i początkowo miała znaczenie stricte militarne. Służyła zaopatrzeniu Forte di Col Vidal wybudowanemu nieopodal Pian de Buoi. Zważywszy, że do owego fortu transportowano armaty mające posłużyć do obrony Italii przed spodziewanym atakiem Austro-Wegier dziwić może stromizna owej ścieżki. Pomijając stosunkowo łatwe pierwsze 2200 metrów tego podjazdu pozostała część tej góry ma średnie nachylenie powyżej 8%. Wspomniany bastion na niewiele się Włochom przydał. Wpadł w ręce Austriaków po włoskiej klęsce pod Caporetto (dziś słoweński Kobarid) i został wkrótce wysadzony przez wojska Kaisera. Niemniej po tych niespokojnych czasach pozostała droga, dziś niemal kompletnie wyasfaltowana. Doprowadza ona turystów na płaskowyż z widokiem na szczyty górskiej grupy Marmarole. W tej części Dolomite Cadorine najwyższym wierzchołkiem jest Cimon del Froppa (2932 m. n.p.m.), lecz nad metą owej wspinaczki bezpośrednio góruje Monte Ciaredo sięgająca 2504 metrów n.p.m. Po dotarciu do starówki Lozzo di Cadore moi dwaj kompani niemal z marszu ruszyli pod górę. Ja zatrzymałem się na chwilę by zrobić zdjęcia tej okolicy przy dobrym świetle. Zakładałem bowiem, że po zjeździe wracać będziemy tędy około godziny dziewiętnastej i wtedy mogą być już gorsze warunki do robienia fotek. Na tej decyzji straciłem półtorej minuty i od startu musiałem ich gonić. Gdyby wystartowali równie spokojnie jak pod Sella Ciampigotto to miałbym szansę ich dogonić już w połowie drugiego kilometra. Tym razem jednak obaj znacznie poważniej podeszli do czekającego ich zadania. Oczywiście ruszając w pościg nie miałem pojęcia co dzieje się z przodu. Niemniej miałem motywację by zacząć tą wspinaczkę dość szybko.

Pierwsze metry tego podjazdu prowadziły po kostce. Minąłem pomnik poświęcony miejscowym ofiarom I Wojny Światowej i skręciłem w prawo wjeżdżając na via Col Vidal. Początki w terenie zabudowanym bywają skomplikowane, ale tu wystarczało kierować się znakami na „Pian de Buoi”. Z początku droga zmierzała na północny-wschód. Po 700 metrach na skrzyżowaniu trzeba było przeciąć ulicę via Loreto i jeszcze przez 350 metrów kierować się na wschód. Na początku drugiego kilometra podjazd zmienił kierunek na zachodni. Po lewej ręce miałem teraz widok na pozostawiane w dole Lozzo. W połowie trzeciego kilometra wyjechałem z terenu zamieszkanego i po raz pierwszy przejechałem przez rzeczkę Rio di Festona. Nasza wąska ścieżka wpadła do lasu i bardziej zdecydowanie zaczęła się wznosić. Pod koniec trzeciego kilometra mój licznik zanotował pierwszą dwucyfrową stromiznę czyli wskazanie 10,3%. Odtąd ten górski szlak stał się bardziej kręty. Począwszy od miejsca zwanego Torniche delle Spesse (2,6 km) obrał też stały kierunek północno-zachodni. Na dystansie kolejnych 9,8 kilometra mieliśmy do pokonania aż 27 wiraży czyli średnio niemal trzy na każdym kilometrze. Przy czym owe zakręty nie były równomiernie rozłożone. Gdzieniegdzie jeden od drugiego dzieliło mniej niż sto metrów, innym razem kilkaset, zaś na dwa ostatnie trzeba było czekać aż 1200 metrów. Po 3,7 kilometra w trakcie kolejnej „przeprawy” przez Rio Festona na kilkadziesiąt metrów zabrakło tu asfaltu. Został on w tym miejscu przysypany kamyczkami, zapewne naniesionymi przez górski potok. Pod koniec czwartego kilometra, tuż przed wirażem nr 9, dogoniłem Darka i Tomka. Kolejne kilkaset metrów przejechaliśmy we trzech. Musiałem chwilę odetchnąć po udanej pogoni. Potem w drugiej połowie piątego kilometra, gdzieś w okolicy trzynastego zakrętu, objawy małego kryzysu zaczął zdradzać Dario. Tymczasem Tomek nie miał problemów z dyktowanym przeze mnie tempem i w ten sposób odnowiliśmy sojusz rodem z Passo Campogrosso i Malga Budui.

Dwie-trzecie podjazdu było wciąż przed nami, więc nikt nie zrywał tempa. Wspinałem się cały czas w towarzystwie Burego. Z naprzeciwka od czasu do czasu mijały nas zjeżdżające samochody. Przy czym żadne auto nas tu nie wyprzedziło. Zakładałem, że o tej porze dnia nikomu ze zmotoryzowanych turystów nie opłaca się już jechać na górę. Powód był inny, o czym za chwilę. Kolejne odcinki tej drogi niewiele od siebie się różniły. W końcówce wokół drogi pojawiły się skały, a nawet jeden króciutki tunel w nich wykuty. Las dawał dużo cienia, zaś temperatura dość szybko malała: od 31 stopni na starcie, po 18 na samej górze. Na kilkaset metrów przed spodziewanym finałem zamiast szutru pod kołami naszych rowerów pojawiły się betonowe płyty. Jazda po nich może nie była tak przyjemna jak po asfalcie, ale zawsze był to postęp w porównaniu do warunków drogowych ze zdjęć na Google Street View zrobionych w lipcu 2011 roku. Wkrótce minęliśmy brązową tablicę z napisem Pian de Buoi. Potem drewniane domki po lewej stronie drogi, zaś nieco dalej dwa murowane budynki po prawej ręce. Niebawem skończył się stromy betonowy odcinek i wjechaliśmy na znacznie łatwiejszy sektor, acz prowadzący ścieżką gruntową. Zaczęliśmy się zastanawiać, gdzie też podziało się owo Rifugio Marmarole przy którym mieliśmy zakończyć tą wspinaczkę. Pomny lektury, iż w końcówce czeka nas jazda po szutrze namówiłem Tomka do dalszej jazdy. Tak przejechaliśmy kolejne 600 metrów, w tym czasie mijając bivio Pellegrini, na którym w prawo odchodzi ścieżka do wspominanego Fortu Col Vidal. Po szutrze znienacka pojawiła się szosa, ale za to od tablicy przy której postawiono miejski rower wymalowany na różowo trzeba było pokonać ściankę, na której stromizna dochodziła aż do 18%. Tą przeszkodę jeszcze jakoś zmęczyliśmy. Niebawem droga na moment się wypłaszczyła, ale za małym parkingiem już czaiło się kolejne tego typu „muro”. W dodatku tym razem o nawierzchni raczej kamienistej. To już było dla mnie za dużo. Zaproponowałem Tomkowi by skończyć naszą wspinaczkę. W końcu spodziewane przewyższenie już przerobiliśmy i to z pewną nadwyżką.

Po niespełna trzech minutach dojechał do nas Darek, który też nie miał już większej ochoty na kontynuację. Najdłuższy segment znaleziony na stravie miał 13,37 kilometra i przewyższenie 1013 metrów. Ten dystans przejechałem w 1h 05:21 (avs. 12,3 km/h z VAM 930 m/h). Tommy wykręcił tu czas 1h 06:53, zaś Dario 1h 09:37. Ścieżka, z której zrezygnowaliśmy wiodła do Rifugio Ciareido wybudowanego na wysokości 1969 metrów n.p.m. Jeśli moje wyliczenia są prawidłowe to zabrakło nam do niego w pionie 123 metrów. Niemniej musielibyśmy to zrobić po niepewnym gruncie i na dystansie ledwie 850 metrów czyli na odcinku ze średnim nachyleniem 14,5%. Chyba więc słusznie w tym właśnie miejscu „rzuciłem ręcznik”. Postanowiliśmy za to poszukać „zagubionego” Rifugio Marmarole. Zjechaliśmy zatem blisko kilometr do zabudowań przy betonowym fragmencie wspinaczki. Tam zatrzymaliśmy się na nieco dłużej i dokonaliśmy paru ciekawych odkryć. Jeden z murowanych budynków okazał się być ex-schroniskiem o tej nazwie. Drugim była Caserma di Soracrepa, zaś w głębi bocznej ścieżki krył się jeszcze kościółek Chiesetta della Madonna del Ciareido. Poza tym moją uwagę przykuła tablica, która informowała iż w okresie od początku lipca do końca sierpnia ruch na tej górze przez większą część dnia odbywa się w trybie wahadłowym. To znaczy od godziny 8 do 13 można tylko podjeżdżać, zaś od 14 do 17 tylko zjeżdżać. Jednym słowem system był podobny jak na tyrolskim Passo Stalle powyżej Anterselvy, zaś my na początku naszej wspinaczki nieświadomie jechaliśmy tu „against the rules”. Niemniej najważniejsze było odkrycie dokonane przez Darka, iż ruszając z postoju w Treponti nie zabraliśmy z sobą pewnego gadżetu o „kluczowym” znaczeniu. Wprowadziło to dodatkowy dreszczyk emocji do niełatwego technicznie zjazdu z Pian de Buoi. Moi koledzy ruszyli czym prędzej w dół do samochodu. Natomiast mnie na tym zjeździe dodatkowo spowolnił defekt nr 3 czyli kolejna po Brocon i Bocca di Forca guma w przednim kole. Na szczęście z szybkim powrotem do Vittorio Veneto nie było żadnych problemów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1768151683

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1768151683

ZDJĘCIA

20180812_061

FILMY

VID_20180812_175129

VID_20180812_175753

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Pian de Buoi została wyłączona

Sella Ciampigotto

Autor: admin o wtorek 9. Kwiecień 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1790 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1050 metrów

Długość: 16,3 kilometra

Średnie nachylenie: 6,4 %

Maksymalne nachylenie: 12,7 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Po przenosinach do Vittorio Veneto zostały nam do rozegrania jeszcze cztery górskie etapy. Dwa z dala od nowego domostwa wymagały przeszło godzinnych transferów na północne krańce prowincji Belluno. Pozostałe dwa mogliśmy rozegrać w pobliżu naszej drugiej bazy, niemal bez użycia samochodu. Ponieważ pogoda nadal dopisywała zdecydowaliśmy, iż w pierwszej kolejności zrobimy sobie dwie dłuższe wycieczki ku dolinie Cadore. Po pierwsze tam czekały nas wyższe podjazdy, więc póki było ciepło i słonecznie warto było zwiedzić te górskie rejony. Po drugie w ostatnich dniach przed długim powrotem do kraju lepiej było odpocząć od widoku auta i spędzać czas niemal wyłącznie na rowerze. Na dziewiątym i dziesiątym etapie mieliśmy zatem do przejechania cztery premie górskie na północnych kresach Veneto. Przede wszystkim legendarną Tre Cime di Lavaredo. Stromy podjazd rozsławiony kilkoma występami na trasach Giro d’Italia, a przy tym najwyższy w całym weneckim regionie. Poza tym pewniakami do zobaczenia były dwa wymagające podjazdy w okolicy Lozzo di Cadore tzn. Sella di Ciampigotto oraz Pian de Buoi-Rifugio Marmarole. Ponieważ te dwa zaczynają się w odległości jakiś dwóch kilometrów od siebie nie ulegało wątpliwości, iż przejedziemy je jednego dnia. Do końca wahałem się natomiast jakie wzniesienie dodać do pary ze słynnym Drei Zinnen. W grę wchodziły dwie kandydatury czyli: wykorzystana na Giro 2018 wspinaczka pod Passo di Sant’Antonio oraz nieco trudniejszy, acz położony na uboczu podjazd pod Passo di Cibiana. Ta kwestia miała zostać rozwiązana już na miejscu czyli w trakcie dziesiątego etapu naszej wyprawy. Najpierw czekał nas jednak etap dziewiąty z podjazdami na Sella di Ciampigotto (1790 m. n.p.m.) oraz Rifugio Marmarole al Pian de Buoi (1786 m. n.p.m.). Dwa wymagające wzniesienia z podobną wysokością i przewyższeniem. Niemniej dość różne w swym charakterze. To pierwsze liczy sobie 17 kilometrów i prowadzi na przełęcz. Natomiast drugie ma tylko 13,6 kilometra i kończy się w górskiej głuszy.

Nasi czterej znajomi z Via Pagliarin pojechali tego dnia do Agordo by przejechać tam około 80-kilometrową rundę z podjazdami pod Passo Duran i Forcella Staulanza. Piękna okolica i dość trudne podjazdy, szczególnie ten pierwszy. Ja oba poznałem dwukrotnie. Najpierw w 2007 roku na trasie GF Dolomiti Stars, po czym zmierzyłem się z nimi raz jeszcze na szlaku GF Campagnolo. Niestety na zjeździe z Duran upadł i mocno się poobijał Romek. Jak się później okazało na tym zakończył swój udział w Giro del Veneto. Tymczasem my też ruszyliśmy na północ, lecz wybierając jedną dolinę bardziej na wschód. Mieliśmy do przejechania 68 kilometrów. W korzystnych okolicznościach jest to dystans do przejechania samochodem w około godzinę. Niemniej sierpniowa niedziela we Włoszech gwarantuje zwiększony ruch turystyczny i znacznie wolniejszą jazdę. Nasz dojazd wiódł drogami SS51, SS51bis i SS52, w dużej mierze wzdłuż Piawy, która w swą 220-kilometrową podróż ku Adriatykowi zaczyna w Alpach Karnickich. Jak już napisałem w niedzielę i poniedziałek mieliśmy bawić w krainie Cadore. Ta górska wspólnota obejmuje obszar 21 gmin. Od Ospitale di Cadore na południu po Comelico Superiore na północy i zarazem od Selva di Cadore na zachodzie (po znaną z Giro) Sappadę mna wschodzie. Ta niegdyś biedna górska okolica dzięki turystyce i rzemiosłu przeżywa gospodarczy boom. W dziedzinie wytwórczości ów rejon specjalizuje się w optyce. Stało się to dla nas – nomen omen – oczywiste gdy tylko dojechaliśmy do Domegge di Cadore. Przez kilka najbliższych kilometrów naszej drogi bodaj co drugi sklep czy zakład pracy sprzedawał lub produkował okulary. Żartowaliśmy sobie, że robią tu chyba „binokle” dla całej Italii lub przynajmniej regionu Veneto. Nieco wcześniej minęliśmy też miejscowość Pieve di Cadore, w której urodził się Tiziano Vicelli czyli słynny Tycjan (1490-1576), jeden z najwybitniejszych malarzy włoskiego renesansu.

Z bazy wyjechaliśmy dość późno, więc dopiero wczesnym popołudniem dotarliśmy do Treponti, gdzie zaczyna się podjazd na Sella Ciampigotto. Zaparkowaliśmy pod nieczynnym w tym dniu warsztatem. Przy wyborze miejsca startu kierowąłem się profilem wzniesienia ściągniętym z „archivo salite” oraz opisem z książkowej serii wydawniczej „Passi e Valli in Bicicletta”. Tym razem musiałem zajrzeć do przewodnika nr 3 w swej kolekcji czyli dotyczącego podjazdów spod hasła „Dolomiti Bellunesi”. W tym miejscu dodam, iż jak podaje portal „cyclingcols” wspinaczkę tą można też zacząć też z nieco niższego pułapu w pobliskim miasteczku Pelos di Cadore. Wybór ten nie ma większego znaczenia, bowiem oba początki łączą się z sobą we wiosce Laggio di Cadore, już na wysokości 930 metrów n.p.m. Potem na pozostałym do przełęczy odcinku aż 13,8 kilometra jechać już można tylko drogą SP619. Jakkolwiek na Sella Ciampigotto nigdy wcześniej nie dotarłem to sześć lat wcześniej byłem w tej okolicy. Dokładnie zaś 18 lipca 2012 roku wraz z Adamem Kowalskim i Piotrem Walentynowiczem parę godzin po uporaniu się z zachodnim Monte Zoncolan wyruszyliśmy z naszego domku w Ovaro by pokonać długi, lecz dość łagodny podjazd z Patusery na Sella di Razzo (1739 m. n.p.m.). To całkiem przyjemne wzniesienie o długości 26,7 kilometra i średnim nachyleniu tylko 4,5% było niezłą „odtrutką” dla duszy i ciała po „jadowitym” Zonco. Dzień później ten sam szlak przez Val Pesarina przemierzył też Dario. Przełęcze Ciampigotto i Razzo to w zasadzie dwie strony tego samego medalu. Na górze dzieli je tylko 2,7 kilometra terenu, delikatnie wznoszącego się w stronę zachodnią. Sella Ciampigotto tylko raz „widziała” kolorowy peleton Giro d’Italia. Miało to miejsce w 2013 roku na etapie jedenastym z Tarvisio do Vajont wygranym przez Litwina Ramunasa Navardauskasa. Niemniej wspinano się wtedy od łagodniejszej strony wschodniej, wobec czego premię górską wyznaczono na Sella di Razzo. Jako pierwszy zameldował się na niej Wenezuelczyk Jackson Rodriguez.

Można więc powiedzieć, że oba nasze niedzielne podjazdy nie zostały jeszcze przetestowane przez wyścig Dookoła Włoch. A szkoda, bo przynajmniej Sella Ciampigotto mogła by być niezłą przystawką przed Monte Zoncolan. Dla przykładu etap z Belluno na Zoncolan można by poprowadzić przez przełęcze: Duran, Cibiana i Ciampigotto co dałoby około 3800 metrów przewyższenia na dystansie tylko 154 kilometrów. Zdecydowałem się na start w Treponti, więc nasza wspinaczka zaczynała się dokładnie w miejscu, gdzie biegnąca prosto na północ droga SS52 (Strada Statale Carnica) rozdwaja się dając początek wspomnianej już szosie SP619. Ta zmierza zaś na wschód ku przełęczy Forcella Lavardet (1542 m. n.p.m.), po drodze mijając Sellę Ciampigotto. Dość długa bo 17-kilometrowa wspinaczka na tą przełęcz nie należy do przesadnie trudnych. Niemniej na pewno nie można jej lekceważyć. Jest na niej kilka trudniejszych odcinków i co ważne najtrudniejszy z nich to ostatnia kwarta tego wzniesienia. Pierwszy trudniejszy kawałek zaczyna się już po 600 metrach i ma długość 1,5 kilometra przy średniej 8,3%. W tym czasie mija się wioskę Pinie (1,2 km). Potem trafia się ostry kilometr z przeciętną 9,3% pomiędzy km 5,9 a 6,9 od startu. Druga część tego wzniesienia jest wyraźnie trudniejsza. Najpierw między km 9,2 a 11,4 trzeba pokonać odcinek o średnim nachyleniu 7,3%. Niemniej najtrudniejsze zmagania zarezerwowane są na sam koniec. Na finałowym sektorze o długości 4,7 kilometra droga wije się po serpentynach. Pośród jedenastu wiraży trzeba tam pokonać w pionie 375 metrów, co daje średnią stromiznę rzędu 8%. Warto też mieć na uwadze, iż znakomita większość tego podjazdu biegnie przez niezamieszkane obszary leśne. Najwyżej położona miejscowość na tym górskim szlaku to wspomniane już Laggio (3,2 km), zaś ostatnim miejscem mogącym posłużyć za strefę bufetu jest Chalet al Fogher (5,2 km). Wyżej w razie ewentualnego kryzysu liczyć można już tylko na dwie przydrożne fontanienki. W ostateczności trzeba sobie poszukać wody w płynącym równolegle do drogi potoku Piova.

Wystartowaliśmy bardzo późno czyli niespełna kwadrans przed trzynastą. Bardzo szybko okazało się, że będę miał powtórkę z wczorajszej rozrywki czyli dość długi „solo ride” niczym na sobotniej Monte Cesen. Moi kompani znów nie mieli melodii do szybszej jazdy. Tym samym już na wysokości kościółka w Pinie miałem nad nimi przeszło minutę przewagi, zaś podczas przejazdu przez Laggio di Cadore dzieliły nas już trzy minuty. Można powiedzieć, że wyżej nic się nie zmieniło, bowiem zyskiwałem nad nimi z grubsza minutę na każdym kilometrze. Na stravie zaznaczono dwa około 6-kilometrowe segmenty. Pierwszy z nich (km 3,5-9,5) pokonałem w 21:39 przy średniej 16,8 km.h z VAM 843 m/h. Tomek uzyskał tu 26:13 i był 8 sekund szybszy od Darka. Z kolei na przejechanie drugiego (km 9,6-16,1) potrzebowałem 31:04 – średnia 12,7 km/h i VAM 988 m/h. Tym razem w „grupetto” szybszy był Dario z czasem 38:40, zaś Tommy zanotował na nim równe 39 minut. Podjazd okazał się łatwiejszy od wczorajszego pod Malga Mariech. Przede wszystkim luźniejsza była dolna „połówka” czyli 9,2 km o średniej 5,2%. Mocniej trzeba było popracować w drugiej części wzniesienia, szczególnie na krętym odcinku zaczynającym się 1415 metrów n.p.m. Na starcie mieliśmy temperaturę 31 stopni, zaś na mecie już tylko 20. Zresztą na trasie można było się chować przed słońcem w cieniu rzucanym przez drzewa, jeśli wierzyć książce: ten las zdominowany jest przez jodły i modrzewie. Wspinaczka okazała się nieco krótsza niż jej oficjalne dane. Według mego licznika szosa przestała się wznosić po pokonaniu 16,1 kilometra od rozjazdu w Treponti. Według stravy najdłuższy segment o długości 16,41 kilometra przejechałem w 1h 07:33 (avs. 14,6 km/h z VAM 913 m/h). Darek z Tomkiem wspinali się w trybie ekonomicznym przez 1h 23:41. Na samej przełęczy poza tablicą nie było nic ciekawego, więc pojechałem dalej na wschód z myślą by zatrzymać się dopiero przy jednym ze schronisk na płaskowyżu. Przejechałem tak jeszcze 600 metrów mijając po drodze Ristorante Bar Baita Ciampigotto.

Zatrzymałem się dopiero przy Rifugio „Tenente Giuseppe Fabbro”. Tu postanowiłem zaczekać na swych dwóch towarzyszy. Wokół schronisku było dość gwarno i tłoczno, ale udało mi się zająć dla nas jeden ze stolików przed budynkiem. Niebo było tu dość mocno zachmurzone, ale chyba mieliśmy przeczucie, że obędzie się bez deszczu. Po przyjeździe kolegów spędziłem w tym miejscu jeszcze przeszło pół godziny. Dopiero około 14:50 rozpoczęliśmy zrazu spokojny odwrót do Treponti. Przed samym zjazdem umówiliśmy się jeszcze na postój przy tablicy z napisem „sella Ciampigotto”. Tam spotkaliśmy cykloturystę w dobrze nam znanej żółto-fioletowej koszulce rodem z rajdu Ardechoise. Wespół z Darkiem i sześcioma innymi kolegami w czerwcu 2006 roku brałem udział w tej imprezie. Do dziś w mojej szafie z ciuchami kolarskimi zalega ów pamiątkowy trykot. Napotkany jegomość okazał się Francuzem, który wraz z dwoma swymi nieco starszymi kolegami (w tym momencie jeszcze podjeżdżającymi) wybrał się przeszło tydzień wcześniej na wyprawę z Thonon-les-Bains do Triestu. Jak wynikało z okazanego „programu wyprawy” mieli oni w sumie do pokonania 1180 kilometrów z łącznym przewyższeniem blisko 21 tysięcy metrów. Podjazdy w „menu” mieli najróżniejszej wielkości. Od pagórków po wielkie wzniesienia takie jak: Simplon, San Bernardino, Maloja, Stelvio, Palade, Sella, Giau czy Tre Cime di Lavaredo. Nasza Sella Ciampigotto była przedostatnią większą przeszkodą na ich szlaku. Do portu nad Adriatykiem będącego stolicą Wenecji Julijskiej brakowało im jeszcze 203 kilometrów. Tak mi jak i Darkowi przypomniały się czasy, gdy wraz z Piotrem Mrówczyńskim, Adamem i Romkiem na przełomie czerwca i lipca 2013 roku porwaliśmy się na coś jeszcze dzikszego. Przez równo dwa tygodnie przemierzaliśmy górskie szosy Francji, Włoch oraz Szwajcarii w ramach dubeltowej Route des Grandes Alpes. Podczas owej eskapady na trasie Thonon-Menton-Thonon mój licznik doliczył się wtedy 1772 kilometrów dystansu i przeszło 44 tysięcy metrów amplitudy.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1768151681

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1768151681

ZDJĘCIA

20180812_001

FILMY

VID_20180812_144521

VID_20180812_144640

VID_20180812_150559

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Sella Ciampigotto została wyłączona

Malga Budui

Autor: admin o piątek 5. Kwiecień 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1218 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1032 metry

Długość: 15,3 kilometra

Średnie nachylenie: 6,7 %

Maksymalne nachylenie: 14,7 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Na postój powyżej Valdobbiadene zjechaliśmy tuż przed czternastą. Mieliśmy zatem cztery godziny czasu na dalszą „zabawę” przed umówioną zbiórką organizacyjną w Vittorio Veneto. Od tej miejscowości dzieliło nas tylko 30 kilometrów. W międzyczasie drugie tyle mieliśmy przekręcić w ramach naszego etapu 8b. Tematem tego odcinka miał być podjazd do kolejnego górskiego gospodarstwa. To znaczy przeszło 15-kilometrowa wspinaczka z Folliny do Malga Budui. Nieco łatwiejsza od pierwszego z dwojga sobotnich wzniesień, acz niewątpliwie wymagająca na ostatnich 10 kilometrach. Autor strony „cyclingcols” wycenił tą górę na 793 punkty. Poznana przez nas wcześniej Malga Mariech została przezeń oceniona na 954 punkty. Mając trochę wolnego czasu przed opuszczeniem Valdobbiadene zrobiliśmy jeszcze zakupy spożywcze w miejscowym markecie. Nazajutrz była wszak niedziela. Do tego czekało nas wiele godzin poza domem wobec dłuższej wycieczki na północ regionu. Poza tym nie znaliśmy naszego nowego miasta-gospodarza. Dlatego warto było zawczasu zadbać o swój wikt na kolejne dwie doby tej wyprawy. Po zrobieniu zapasów ruszyliśmy dalej na wschód drogą SP36. Początkowo wiodła ona głównie pod górę. Niemal cały czas wśród winnic, które dają światu słynne wino z rodzaju spumante. Co do tego nie było wątpliwości. Przydrożne tabliczki informowały nas o tym, iż jedziemy szlakiem „Strada del Prosecco”. Po minięciu Combai rozpoczęliśmy delikatny zjazd, który wkrótce mieliśmy poznać od drugiej strony już na rowerach. Dojechawszy do Folliny znaleźliśmy dogodne miejsce do „zacumowania” na miejscowym Campo Sportivo. Niestety nie mieliśmy czasu na zwiedzanie tego miasteczka, choć z pewnością byłoby warto skoro jest ono jednym z dziesięciu weneckich grodów należących do klubu „I Borghi piu Belli d’Italia”. To powstałe w roku 2001 stowarzyszenie skupia obecnie 271 małych miejscowości z historyczną duszą.

Zarówno internetowe „archivio salite” jak i książkowy przewodnik po szosach „Prealpi Venete-1” pod hasłem Casere Budui prezentuje podjazd niespełna 10-kilometrowy, acz o znaczącym przewyższeniu 815 metrów. To dlatego, iż oba te źródła za początek owej wspinaczki przyjmują miejsce, w którym kolarski śmiałek opuszcza krainę wina musującego wjeżdżając na otoczoną gęstym kasztanowym lasem ścieżkę Via Bosco del Madean. Tymczasem my posłużyliśmy się profilem ze strony „cyclingols”. Dzięki temu mogliśmy liczyć na kilka kilometrów rozgrzewki przed zasadniczą częścią wzniesienia. Poza tym startując z poziomu Folliny mogliśmy sobie dopisać do „kolekcji” kolejną premię górską o przewyższeniu ponad 1000 metrów. Tym sposobem na początek czekał nas łatwiejszy teren o długości blisko 6 kilometrów ze średnim nachyleniem ledwie 3,7%. Przy czym półtorakilometrowy odcinek bezpośrednio poprzedzający wjazd do wspomnianego już Combai prezentował się całkiem solidnie. To co na dole było wyjątkiem w dalszej partii tego podjazdu miało być już regułą i to nieźle podrasowaną. Na ostatnich 10 kilometrach średnia stromizna wynosi już bowiem 8,2%. Ostra jazda miała się dla nas zacząć na wysokości 403 metrów n.p.m. Najpierw 1250 metrów ze średnią 8%. Potem jedyne na drodze Madean wypłaszczenie, o długości ćwierć kilometra. Dalej przeszło 7-kilometrowa wspinaczka w odludnym leśnym terenie. Jak podkreślała moja lektura trudna i dość nieregularna. Taka na której niełatwo złapać właściwy sobie rytm jazdy, lecz z drugiej strony znakomita do wymagającego treningu. Odcinki o nachyleniu 7-8% co chwilę mieszają się tu bowiem z tymi na poziomie 12%, zaś w najtrudniejszym momencie stromizna sięga nawet 15%. Podjazd staje się lżejszy dopiero na ostatnich 1300 metrach, po skręcie w lewo na wirażu nr 24. Szosa zmienia tu kierunek z północnego na południowo-zachodni. Ten finałowy odcinek ma już umiarkowane nachylenie 6,5%.

Do niełatwej walki z tym przeciwnikiem wystartowaliśmy o wpół do czwartej. Przynajmniej ja z Tomkiem, bowiem Darek nieco dłużej zabawił przy samochodzie. Potem okazało się, że wystartował o 5 minut później. Jednym słowem na starcie sytuacja była podobna do tej z początku wspinaczki pod Passo Campogrosso. Tu również chciałem pojechać z pewną rezerwą czyli tempem, które byłoby akceptowalne dla mego młodszego kolegi. Niemniej pierwsze dwa kilometry były na tyle łatwe, że startując na twardym przełożeniu dość szybko mu odjechałem. Tommy być może pomyślał, że będę tu jechał na „pełen gaz” i zrazu odpuścił. Tym sposobem w Miane miałem już nad nim jakieś 35 sekund przewagi. Obejrzałem się za siebie i dałem znać, że zwalniam. Tomek wkrótce do mnie dojechał i dał się przekonać do szybszej, acz nieprzesadnie mocnej jazdy. Pierwszy mały test czekał nas jeszcze przed dotarciem do Combai. Czwarty kilometr i pierwsza połowa piątego trzymały na poziomie 6-7%, zaś w najtrudniejszym momencie stromizna sięgnęła 9,9%. Po wyjeździe z miasteczka teren stał się łatwiejszy (niekiedy nawet płaski) i zaczęliśmy się rozglądać za rozjazdem, na którym mamy opuścić szosę SP36. Trzeba było przejechać jeszcze ponad kilometr, ale tego miejsca nie dało się przegapić. Droga w lewo szła pod górę, zaś na nią wskazywały brązowe znaki, w tym najważniejszy dla nas „malga Budui”. Po pokonaniu pierwszych trzech wiraży na nowym szlaku dotarliśmy w pobliże restauracji „da Curzio al Madean” (7,1 km). Ponad dachami tego budynku można było dostrzec szczytowe partie Monte Cesen. Po chwilowym odpoczynku na krótkim falsopiano rozpoczęliśmy najtrudniejszy sektor tego wzniesienia. Na kolejnych siedmiu kilometrach strome ścianki o nachyleniu 12-13% nie należały do rzadkości. Mój licznik zanotował stromiznę 11,8% po 7,7 kilometra od startu oraz 12,2% po przejechaniu 8,6 kilometra. Potem padł rekord czyli 14,6% w odległości 9,3 kilometra od Folliny. Wyżej bywało niewiele łatwiej tzn. 12,5% (km 10,5), 13,6% (km 11,5) oraz 13,5% (12,4 km).

Ciężko było niemal do końca czternastego kilometra. Dopiero za ostatnim wirażem podjazd wyraźniej odpuścił, dzięki czemu finałowy odcinek był dla nas przyjemniejszy. W samej końcówce przejechaliśmy wzdłuż wszystkich zabudowań gospodarskich i na łuku drogi w prawo dotarliśmy do rozdroża. Gdybyśmy pojechali stąd dalej tą samą drogą to po przejechaniu 4,5 kilometra najpierw w terenie pagórkowatym, a potem zjazdowym dotarlibyśmy do znanego nam już ośrodka Pianezze. My jednak odbiliśmy w prawo na betonową drogę, która jest początkiem szutrowej ścieżki o długości 1,7 kilometra biegnącej do Rifugio Posa Puner (1334 m. n.p.m.). Przejechaliśmy nią jednak tylko ze sto metrów zatrzymując się na początku szutrowego odcinka. Tym sposobem zrobiliśmy sobie metę niejako na zapleczu Malga Budui. Mogliśmy z góry zerkać na ludzi goszczących w tym miejscu. Klimat był biesiadny. Z głośników leciał włoski przebój „Lasciatemi Cantare” autorstwa Toto Cutugno. Po kilku minutach dojechał do nas Dario. Tym razem nic nad nami nie nadrobił. Byliśmy minimalnie szybsi. Najdłuższy segment jaki znalazłem na stravie miał 13,02 kilometra i zaczynał się w Miane. Najszybciej pokonał go Tomek uzyskując czas 1h 04:13 (avs. 12,2 km/h z VAM 847 m/h). Ja owe 13 kilometrów przejechałem w 1h 04:40, gdyż na samym początku tego odcinku czekałem na swego kompana. Potem już do samego końca jechaliśmy razem. Darek wykręcił tu wynik 1h 05:17. Pięć dni wcześniej na tym samym podjeździe Romano jechał 1h 08:50, zaś Arturro i Adam ponad 1h 13m. Niebawem zjechaliśmy na postój i zdjęcia przed Casere Budui, skąd roztaczał się widok na leżącą przeszło tysiąc metrów niżej Nizinę Wenecką. Ponoć w szczególnie pogodne dni można stąd dostrzec nawet Lagunę Wenecką jak i samo miasto św. Marka. Na górze spędziliśmy nieco ponad kwadrans. Na przystanek w Follinie zajechałem o 17:48. Tym samym jeszcze przed osiemnastą ruszyliśmy do Vittorio Veneto.

Nasz dojazd wiódł drogami SP35 i SS51. Po drodze minęliśmy Tovenę, gdzie zaczyna się skromny, acz w końcówce efektowny południowy podjazd na Passo di San Boldo. Niemniej to wzniesienie mnie nie interesowało. Baczniej rozglądałem się po okolicy, gdy przejeżdżaliśmy przez Revine i Longhere. Dlatego, że w tych miejscowościach mieliśmy w najbliższą środę zacząć nasze ostatnie podjazdy tej wyprawy. To znaczy strome wspinaczki na Pian delle Femene i Col Visentin. Po wjechaniu do Vittorio Veneto od strony północnej zajechaliśmy na spotkanie z kolegami. W tym mieście nie udało mi się znaleźć jednego noclegu aż dla siedmiu osób. Niemniej na booking.com gospodarz spod szyldu „Appartamenti Vacanze tra Venezia e le Dolomiti” miał w swej ofercie aż pięć lokali, w tym cztery na terenie miasta. Na nasze potrzeby wynająłem dwa 80-metrowe apartamenty. Teraz trzeba się było nimi tylko podzielić. Po ożywionych debatach Mazowszanom przypadło nowoczesne lokum przy Via Pagliarin. Natomiast nam stylowa miejscówka przy Vicolo Burela, na terenie dawnej miejscowości Serravalle. Tym samym nasz zaskakująco zdawkowy kontakt w trakcie pierwszego tygodnia tej wycieczki, w kolejnych dniach urwał się już na dobre. Parkowanie na starówce było bardziej problematyczne, acz z drugiej dawało łatwiejszy wyjazd na wszelkie północne wycieczki. Ja szybko doceniłem cień jaki dawały grube mury naszej wiekowej siedziby. W końcu można było się też normalnie wyspać i tym samym odpowiednio zregenerować po kolejnych górskich etapach. W trakcie zasiedlania naszej nowej bazy włączyliśmy telewizor i zaczęliśmy oglądać relację z lekkoatletycznych Mistrzostw Europy w Berlinie. Tego wieczoru biało-czerwony „wunderteam” XXI wieku sięgnął po aż trzy złote medale. Najpierw Justyna Święty-Ersetic wygrała bieg na 400 metrów, potem Adam Kszczot był najlepszy na 800, zaś na zakończenie nasza świeżo upieczona mistrzyni i jej trzy koleżanki zwyciężyły w sztafecie 4x400m.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1765644209

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1765644209

ZDJĘCIA

20180811_041

FILMY

VID_20180811_164629

VID_20180811_165031

VID_20180811_165851

VID_20180811_170022

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Malga Budui została wyłączona

Monte Cesen / Malga Mariech

Autor: admin o poniedziałek 1. Kwiecień 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1510 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1258 metrów

Długość: 18 kilometrów

Średnie nachylenie: 7,0 %

Maksymalne nachylenie: 11,4 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Sobota 11 sierpnia była dla nas dniem przeprowadzki. Jedynym w trakcie tego wyjazdu. Podobnie bowiem jak w przypadku czerwcowej wyprawy po francuskich Pirenejach górskie „skarby” sierpniowego Veneto udało mi się „ogarnąć” za pomocą dwóch baz noclegowo-wypadowych. Tego dnia mieliśmy się przenieść z Borso del Grappa do Vittorio Veneto. Miasta w północno-wschodniej części prowincji Treviso, mającego przeszło 28 tysięcy mieszkańców. Co ciekawe przez wieki istniała w tym miejscu miejscowość Ceneda. W 1866 roku została ona połączona z pobliskim Serravalle i na cześć Wiktora Emanuela, pierwszego króla zjednoczonej Italii, otrzymała nowe imię czyli Vittorio. Następnie w roku 1923 dodano do niego drugi człon Veneto. Mieliśmy do przejechania autem 58 kilometrów. Nasza trasa w swej drugiej części wiodła równolegle do masywu Monte Cesen. Właśnie w tej części Prealpi Venete znalazłem dla siebie i kolegów dwie wspinaczki ósmego etapu. Pierwszy punkt mojego programu przewidywał przystanek w Valdobbiadene. Owo przeszło 10-tysięczne miasteczko jest stolicą obejmującego 15 gmin winiarskiego rejonu Prosecco di Conegliano-Valdobbiadene. To wytrawne białe wino musujące produkowane jest z winorośli glera. Powstaje metodą Charmata, która w odróżnieniu od techniki szampańskiej zakłada, iż druga fermentacja zachodzi nie w butelce, lecz w zbiornikach ciśnieniowych i dopiero gotowe wino musujące jest butelkowane. Valdobbiadene dwukrotnie wystąpiło w roli gospodarza etapowej mety podczas Giro d’Italia. W 2009 roku sprinterski etap wygrał tu Alessandro Petacchi, zaś w sezonie 2015 na blisko 60-kilometrowej czasówce rozpoczętej w Treviso najmocniejszy okazał się Białorusin Wasilij Kirijenka. Na start naszej wspinaczki 8a dojechaliśmy drogami SP26, SR348 i SP36, w pobliżu Fener przejeżdżając na wschodni brzeg Piawy. Rzeki-legendy z czasów I Wojny Światowej, gdy stała się strategiczną linią włoskiej obrony przed atakującymi wojskami austriackimi.

Do Valdobbiadene pojechaliśmy we trzech. Można rzec stałym składem czyli: ja, Darek i Tomek. Pozostali uczestnicy tej weneckiej eskapady kręcili lub spacerowali w innej okolicy. Adam przejechał 79 kilometrów z podjazdami pod Col Visentin-Forcella Zoppei (1420 m. n.p.m.) oraz Passo La Crosetta (1118 m. n.p.m.). Na tą drugą wspinaczkę podłączył się do niego Arturro, który tego dnia przejechał 42 kilometry. Pedro & Romano poprzestali zaś na długim spacerze po ulicach Vittorio Veneto. Odnośnie naszego nowego miasta-gospodarza warto wspomnieć, iż na jego ulicach zakończyło się aż 9 etapów Giro. Pierwszy w roku 1937, kiedy to najszybszy był Włoch Glauco Servadei. Potem zwyciężali tu jego rodacy Adolfo Leoni (1947), Renato Giusti (1961), Pietro Scandelli (1966), Lino Farisato (1968) oraz Emanuele Bombini (1985). Najważniejsze jednak, iż w sezonie 1988 zakończył się w tym mieście cały wyścig Dookoła Włoch. Rozegrano wtedy dwa podetapy. Sprinterski 21a wygrał Szwajcar Urs Freuler, zaś czasówkowy 21b inny „wąsacz” nasz Lech Piasecki. „Piasek” na tym 43-kilometrowym etapie o 47 sekund pokonał Belga Erica Vanderardena oraz o 1:01 Szwajcara Tony Romingera. Zwycięzca owej edycji Giro Amerykanin Andy Hampsten stracił do Polaka 2:04. Niemniej mimo owych szosowych tradycji najsłynniejszym kolarzem pochodzącym z tej miejscowości jest przełajowiec Renato Longo, 5-krotny mistrz świata w cyclo-crossie między rokiem 1959 a 1967. Na dojazd do Vittorio-Veneto mieliśmy sporo czasu. Zbiórkę i odbiór dwóch zarezerwowanych przez mnie apartamentów przewidzieliśmy na godzinę m/w 18:00. To miało nam dać czas na zaliczenie obu wspinaczek na południowych zboczach Monte Cesen. Najwyższy wierzchołek tego masywu liczy sobie 1570 m. n.p.m. Po szosie można dojechać niemal na sam szczyt. Pod warunkiem, że obierze się kurs na gospodarstwo agroturystyczne Malga Mariech.

Po dotarciu do Valdobbiadene nie szukaliśmy parkingu w centrum miasteczka. Postanowiliśmy znaleźć jakieś ciche i zacienione miejsce na pierwszym kilometrze czekającego nas wkrótce podjazdu, gdzieś przy drodze SP143. Wypakowaliśmy się w willowej okolicy jakieś 800 metrów od Piazza Guglielmo Marconi, na którym zaczyna się ta przeszło 18-kilometrowa wspinaczka. W pogodzie bez zmian. Tym razem na starcie mój licznik zanotował temperaturę 33 stopni. Na placu zrobiłem kilka zdjęć, więc ruszyłem pod górę jakieś dwie minuty po kolegach. W tym momencie byli oni już niemal w połowie pierwszego kilometra. Pierwsze 500 metrów miało być łatwe czyli ze średnim nachyleniem 4%. Niemniej gdy tylko zostawiliśmy za sobą monument poświęcony miejscowym ofiarom I Wojny Światowej „Valdobbiadene ai Suoi Caduti” oraz ostatnie miejskie budynki droga skręciła na północny-zachód i podyktowała znacznie twardsze warunki. Kolejny kilometr prowadzący do wirażu przy Chiesa San Floriano miał już mieć średnio 8,9%. Zaskakująco szybko doszedłem swych obu kompanów, którzy najwidoczniej na tej górze nie mieli zamiaru się umordować. Pierwszy segment długości 1,69 kilometra przejechałem w 6:31 (avs. 15,6 km/h) i już na wysokości wspomnianego kościółka pod wezwaniem św. Floriana byłem na prowadzeniu. Tak Dario jak i Tommy nie spróbowali się podczepić pod „szybszą kolejkę”, więc czekała mnie dłuższa jazda na solo. Czułem się dobrze, więc postanowiłem kontynuować wspinaczkę w wyższym rytmie. Jedynie upał mógł budzić moje obawy. Słonko ostro przygrzewało. Do połowy dwunastego kilometra temperatura niemal nie schodziła poniżej 30 stopni, zaś maksymalnie sięgnęła 34. Zatem istniało niebezpieczeństwo, że gdy „pójdę za mocno” to przegrzeję swój system. Zasadnicza część tego wzniesienia to dość równy, lecz całkiem solidny odcinek z dwunastoma wirażami wiodący po Via San Francesco. Ma on długość 9,7 kilometra przy średniej 7,4% i kończy się w Pianezze (11,2 km) na wysokości 1076 metrów n.p.m. Do tej osady dotarłem w czasie około 51 minut.

Według stravy porównywalny segment „Cronoscalata Mediofondo di Primavera” o długości 10,63 kilometra przejechałem w 49:53 (avs. 12,8 km/h z VAM 977 m/h). Dario i Tommy dotarli do Pianezze jakiś kwadrans później. W tym miejscu trzeba wspomnieć o tym, iż aby kontynuować podjazd do Malga Mariech należało tu wybrać uliczkę przy, której stała wielka niebieska tablica z napisem „Monte Cesen”. Alternatywną opcją wspinaczkową był zaś skręt w prawo i wjazd na „Strada Endimione”, która doprowadzić nas mogła do Casere Budui (1218 m. n.p.m.). Niemniej tą górską metę zostawiłem nam na późniejsze popołudnie. Mieliśmy ją zresztą zdobyć od innej, trudniejszej strony. Z Pianezze do Malga Mariech brakowało nam jeszcze około 430 metrów w pionie i przeszło 7 kilometrów dystansu. To znaczy odcinek drogi o średnim nachyleniu 6%. Niemniej w górach prosta matematyka bywa zwodnicza. Górna część tego podjazdu nie jest regularnym segmentem o umiarkowanej stromiźnie. W dużym uproszczeniu można ją podzielić na łatwy niespełna 3-kilometrowy początek oraz trudny koniec o długości 4,5 kilometra. Niemniej taki opis też jest zbytnim uproszczeniem. Finałowa faza tego wzniesienia ma wszystko. Najpierw łagodny odcinek o długości 1800 metrów i średniej tylko 3,9%. Potem na czternastym kilometrze delikatny zjazd, na którym traci się 15 metrów wysokości. Po czym z owego szybkiego odcinka wpada się od razu na ściankę o stromiźnie sięgającej aż 14%. Ten stromy fragment jest jedynie wstępem do długiego i trudnego sektora, który po wirażu w prawo ciągnie się jeszcze przez ponad dwa i pół kilometra w kierunku wschodnim aż po łuk drogi okalający najeżone masztami wzgórze Monte Barbaria. Ogółem od początku piętnastego kilometra trzeba pokonać odcinek 3,15 kilometra przy średniej 9,3%. Dopiero po minięciu tego miejsca można było złapać oddech na łatwiejszych 400 metrach, po czym na ostatnim kilometrze nachylenie wahało się jeszcze na poziomie od 7 do 12%. Całą wspinaczkę ukończyłem w czasie 1h 20:23 (avs. 13,5 km/h).

Na stravie najdłuższy segment jaki u siebie znalazłem to ten zatytułowany „Valdo-Cesen” o długości 16,46 kilometra z przewyższeniem 1137 metrów. Nie obejmuje on jednak pierwszych 600 metrów podjazdu, zaś kończy się już na zakręcie przy Monte Barbaria. Uzyskałem na nim czas 1h 13:21 (avs. 13,5 km.h z VAM 930 m/h). Tomek wykręcił tu czas 1h 35:43 (netto 1h 32:30), zaś Dario 1h 35:53 (netto 1h 33:13). Tym samym na mecie w pobliżu schroniska Mariech czekałem na obu dobre 20 minut. W tym czasie pogoda szła ku gorszemu. Początkowo na górze było 23 stopni, ale niebawem temperatura spadła do 19. Poza tym nad wspomnianą Barbarią gromadziły się ciemne burzowe chmury. Na mecie nie brakowało innych turystów. Pojawiła się tam chociażby grupka włoskich amatorów kolarstwa górskiego, w wieku dość zaawansowanym. W końcu na horyzoncie dojrzałem sylwetki swych wyluzowanych kolegów. Po skończeniu swego podjazdu Dario rozbawił mnie stwierdzeniem, iż wspinaczka była łatwa. Zakładam, że gdyby się zmobilizował i pojechał moim tempem miałby inne odczucia. Dwukrotny mistrz olimpijski w boksie Jerzy Kulej zwykł mawiać „Nie ma pięściarzy odpornych na ciosy, są tylko źle trafieni”. Przekładając ten aforyzm na język kolarski rzekłbym „Nie ma łatwych gór, są tylko przejechane poniżej własnych możliwości”. Niewątpliwie to wzniesienie może zmęczyć każdego kolarza, tym bardziej zaś cykloamatora lub cykloturystę. Ma spore przewyższenie na miarę premii górskiej najwyższej kategorii. Poza tym niemały dystans, zaś w jego ramach aż 15 kilometrów o co najmniej solidnym nachyleniu. Do tego naprawdę trudną końcówkę. Na tym wyjeździe moja forma była daleka od optymalnej. Nie pojechałem tej góry jakoś rewelacyjnie. Jednak mogłem być z siebie umiarkowanie zadowolony. Pomimo początkowo tropikalnych warunków wytrzymałem tą wspinaczkę do samego końca, o czym świadczy przyzwoity wynik na segmencie „Mariech last 4 km”. Ów odcinek o długości 4,39 kilometra pokonałem w 21:22 (avs. 12,3 km/h z VAM 1008 m/h). Na nasze szczęście pomimo zrazu złych znaków na niebie udało nam się nie zmoknąć na zjeździe do Valdobbiadene.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1765644181

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1765644181

ZDJĘCIA

20180811_001

FILMY

VID_20180811_112737

VID_20180811_130414

VID_20180811_131101

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Monte Cesen / Malga Mariech została wyłączona