banner daniela marszałka

Archiwum: '2015c_Liguria & Piemonte' Kategorie

Colle del Nivolet

Autor: admin o 20. września 2015

PODJAZD > https://www.strava.com/activities/396603104

Cierpliwość jednak popłaca. Na sam koniec wyprawy trafił nam się słoneczny weekend. Mieliśmy idealne warunki do tego by ledwie dobę po wjechaniu na Colle delle Finestre (2178 m. n.p.m.) pójść za ciosem i ostatniego dnia pokonać 40-kilometrowy podjazd na Colle del Nivolet (2612 m. n.p.m.). Tą wyniosłą przełęcz z pogranicza Doliny Aosty i piemonckiej prowincji Torino miałem na swym celowniku od kilku lat. W sumie do roku 2011 zaliczyłem niemal wszystkie najwyższe premie górskie na Starym Kontynencie. Do kompletu wzniesień o wysokości powyżej 2500 metrów n.p.m. brakowało mi jedynie andaluzyjskiej Estacion Sierra Nevada (najlepiej z finałem na Pico Veleta) oraz piemonckiej Colle del Nivolet. O ile wyprawa do Grenady ze względu na dystans dzielący Trójmiasto od ostatniej stolicy Maurów pozostaje sprawą dalszej przyszłości, o tyle atak na Nivolet wydawał się jedynie kwestią czasu i sprzyjających okoliczności. Teraz się one nadarzyły i owego wyzwania nie mogło zabraknąć w programie naszej wycieczki po zachodnich rubieżach Italii. Podjazd z Locany na przełęcz Nivolet miał być najdłuższym i zarazem największym w moim życiu. Wedle danych z „archivio salite” miał liczyć 40,5 kilometra o średnim nachyleniu 4,9 % i mieć przewyższenie 1999 metrów. Dotychczas moim najdłuższym podjazdem była północna wspinaczka na Col d’Iseran we francuskich Alpach. Natomiast najbliższy „zrobienia” 2000 metrów w pionie byłem o dziwo nie w Alpach, lecz w Apeninach gdy z abruzyjskiego miasteczka Scafa wjechałem na Blockhaus w masywie Majella. Teraz mogłem pobić oba te prywatne rekordy za jednym zamachem. Darek był w podobnej sytuacji. Dlatego wystarczającym magnesem do przyciągnięcia nas w te strony były już same walory fizyczne tego wzniesienia. Przełęcz Nivolet łączy piemoncką dolinę Valle d’Orco z aostańską Valsavarenche. Położona jest w Alpach Graickich na terenie najstarszego z włoskich parków narodowych czyli Parco Nazionale del Gran Paradiso. Okolice tej przełęczy cieszą się dużą popularnością w świecie astronomii z uwagi na znikome „zanieczyszczenie” sztucznym światłem. Liczący 18,5 kilometra finałowy odcinek drogi na tą przełęcz czyli fragment powyżej Ceresole Reale powstał w 1931 roku. W latach siedemdziesiątych planowano go połączyć z asfaltową drogą dochodzącą do miejscowości Pont w Dolinie Aosty. Niemniej ostatecznie projekt ten upadł ku uciesze ekologów.

Dziś asfaltowa droga SP 50 urywa się po aostańskiej stronie jakiś kilometr za przełęczą. Tym samym podjazd pod Nivolet, choć prowadzi na przełęcz de facto jest ślepą drogą. Ku Dolinie Aosty zjechać nie sposób. Ze sportowego punktu widzenia można by tu zrobić jedynie metę górskiego etapu lub jeszcze lepiej górskiej czasówki. Niestety w dziejach kolarstwa to miejsce nadal ma czystą kartę. Żaden ważny wyścig nigdy nie dotarł do kresu Doliny Orka. Aczkolwiek dolną połowę tego wzniesienia przejechano już dwukrotnie. Najpierw na Giro delle Valle d’Aosta 2009 i następnie na Giro Rosa z 2011 roku. Przy obu okazjach etapową metę wyznaczano w miejscowości Ceresole Reale. Na wyścigu młodzieżowców triumfował tu Niemiec Dominik Nerz przed Francuzem Nicolasem Edet, zaś blisko dwie minuty stracili do nich ledwie 19-letni wówczas Thibout Pinot i Nairo Quintana. Dwa lata później na kobiecym Giro d’Italia najszybciej dotarła tu Holenderka Marianne Vos, która wyprzedziła Angielkę Emmę Pooley i Niemkę Judith Arndt. Ta sama kolejność była też w klasyfikacji generalnej tej imprezy. Chociaż podjazd pod Nivolet rozpoczyna się w Locanie to my postanowiliśmy dojechać autem nieco dalej czyli do Rosone. W tej drugiej miejscowości zaczyna się bowiem bardzo stromy 12-kilometrowy podjazd do sztucznego Lago di Teleccio na końcu Vallone di Piantonetto. W przypływie sportowego entuzjazmu uznałem zawczasu, iż warto dodać tą skrajnie trudną wspinaczkę do arcydługiego podjazdu pod Nivolet. W ten sposób jednego dnia moglibyśmy przejechać przeszło 100 kilometrów z łącznym przewyższeniem grubo ponad 3000 metrów. Dojazd do Rosone miał być niemal 70-kilometrowy i zająć nam nieco ponad godzinę. Mimo tego z San Mauro Torinese wyruszyliśmy około jedenastej. W niedzielny poranek zdążyłem jeszcze zrobić wypad do pobliskiego supermarketu, aby przywieźć nieco włoskich specjałów do ojczystego kraju. Pierwsza część trasy samochodowej wiodła po poznanej w piątek autostradzie A5. Na wysokości San Giorgio Canavese skręciliśmy na SP53 ku Cuorgne. Gdy byliśmy już na drodze SP460 zatrzymały nas korki. Przez chwilę obawialiśmy się, że dobra pogoda przywiodła w te strony tysiące zmotoryzowanych turystów. Na szczęście powodem całego zamieszania były jedynie dwudniowe targi Fiera di San Matteo organizowane rokrocznie w miasteczku Ponte Canavese. Za tą miejscowością podróżowaliśmy już dalej bez żadnych przeszkód. Po dojechaniu na miejsce zatrzymaliśmy się w centrum Rosone na dużym placu przed miejscową stolarnią.

Na start naszej wspinaczki musieliśmy zjechać do Locany czyli pokonać prowadzący delikatnie w dół odcinek 3,9 kilometra. Dario ruszył około 12:20, zaś ja m/w 10 minut później. Gdy byłem na trzecim kilometrze dojazdu spotkałem mojego kolegę powoli rozgrzewającego swój „dieslowski silnik” na pierwszych kilometrach podjazdu. Jako, że tak na zjeździe jak i w centrum Locany robiłem zdjęcia ostatecznie pod górę wystartowałem niemal kwadrans po Darku. Gdy szykowałem się do startu minął mnie jeszcze wycieniowany włoski amator. Na starcie miałem więc dwie zagadki. Primo czy będę w stanie odrobić wielominutową stratę do Darka? Secundo czy w moim zasięgu będzie ten nieznajomy „italiano”? Początek był łatwy bo zaledwie 2-procentowy. Dlatego ruszyłem na twardym przełożeniu z łańcuchem na dużej tarczy. Odcinek poniżej Rosone pokonałem w tempie 26,5 km/h. Na kolejnych 10 kilometrach teren wznosił się już na poziomie 4-5 %, choć nie brakowało momentów zjazdu. Siłą rzeczy ten fragment podjazdu przejechałem nieco wolniej bo z prędkością 20-23 km/h. W połowie czternastego kilometra dojechałem do Noaski. Dopiero za tą wsią czeka na kolarskich śmiałków pierwszy zaiste trudny sektor całego wzniesienia. Muro di Noasca liczy sobie ledwie 800 metrów, ale o średnim nachyleniu 11%. W pierwszej połowie tego segmentu są do przejechania cztery wiraże. Trzeba było nie tylko zrzucić łańcuch na małą tarczę, ale też wybrać na kasecie przynajmniej 24 ząbki. Taka nagła zmiana rytmu jazdy potrafi nieźle podciąć nogi. Tym niemniej z tym stromym stopniem uporałem się całkiem sprawnie, bo w czasie 4:09 (avs. 11,7 km/h i VAM 1317 m/h). W drugiej połowie piętnastego kilometra nachylenie znacznie odpuściło. Jednak już wkrótce czekało na mnie innego rodzaju wyzwanie. To znaczy przejazd przez tunel Ceresole o długości aż 3535 metrów i średnim nachyleniu powyżej 7%. Nawet przy całkiem szybkiej jeździe oznaczało to 15-minutowy pobyt w klaustrofobicznym otoczeniu, gdzie samochodowe i motocyklowe silniki słychać nazbyt długo i głośno. W tunelu złapałem i wyprzedziłem Włocha z Locany, co uznałem za znak, iż jadę całkiem żwawo. Później dowiedziałem się, że przed-tunelowe 15,2 kilometra przejechałem w czasie 42:57 (avs. 21,3 km/h) co na stravie daje 18 miejsce pośród 525 zarejestrowanych osób. Najwyraźniej momentami gubił mi się tu sygnał z licznika, więc choć na przełęczy pokazał mi dystans 40,4 kilometra to strava złapała z tego niespełna 39,3 kilometra.

2015_0920_001

Po wyjechaniu z tunelu miałem już w nogach około 19 kilometrów, a nie był to jeszcze półmetek wzniesienia. Przejechawszy kolejne dwa kilometry z hakiem, w tym nieco trudniejsze odcinki na wysokości osad Prese i Broc, dotarłem do wschodniego krańca Lago di Ceresole. Wzdłuż północnych brzegów tego jeziora miałem przejechać kolejne 3400 metrów. Początkowo mniej lub bardziej pod górę do centrum Ceresole Reale (22,6 km). Następnie delikatny zjazd i długi niemal zupełnie płaski odcinek kończący się dopiero na wysokości Chiapili di Sotto (27,2 km). Na takim dystansie większość poważnych alpejskich podjazdów zdążyłaby się już skończyć i to dwukrotnie. Tymczasem wspinaczka pod Colle del Nivolet miała się dopiero zacząć na dobre! Do przełęczy pozostało mi bowiem 13 najtrudniejszych kilometrów o przewyższeniu przeszło 900 metrów. Na początek umiarkowanie trudny odcinek do Chiapili di Sopra (28,8 km) poprowadzony w otoczeniu coraz rzadszego lasu. Co ciekawe przez większą część roku szosą SP50 można dojechać co najwyżej do tego miejsca, bowiem w okresie od 15 października do 15 czerwca droga ta powyżej wysokości 1750 metrów n.p.m. jest zamknięta. Dalej krajobraz jest już typowo wysokogórski. Po obu stronach drogi ostatnie domy z kamienia, zaś na wprost w oddali widać już serpentyny prowadzące ku tamie nad sztucznym Lago di Serru. Wraz z początkiem trzydziestego kilometra rozpoczyna się prawdziwie ostra jazda. W trakcie kolejnych pięciu kilometrów (między 29 a 34 km od startu) trzeba pokonać w pionie 464 metry co daje tu średnie nachylenie na poziomie 9,3%. Droga wspina się śmiało wykorzystując 10 wiraży i mija pasterskie gospodarstwa: Alpe Brengiat, Alpe Pilocca, Alpe Brencie i Alpe Renada. Gdy po raz ostatni przejechałem na północny brzeg potoku Orco jakieś dwa piętra drogi wyżej dostrzegłem sylwetkę Darka, który tego dnia podobnie jak ja przyodział się w czerwoną koszulkę rodem z Route des Grandes Alpes. Dario też mnie dostrzegł i postanowił, że nie da się dojść. Ja jechałem na wysokich obrotach już od około 100 minut i nierozważnie na tak długi podjazd nie wziąłem z sobą nic do jedzenia. Tymczasem mój kolega zaczął tą wspinaczkę bardziej ekonomicznie i rozsądnie zabrał z sobą odrobinę prowiantu, z którego zdążył już skorzystać. Poza tym stromy teren odpowiadał mu znacznie bardziej niż stosunkowo łagodne dwie pierwsze tercje tego wzniesienia. Zerkając od czasu do czasu w górę szybko zdałem sobie sprawę, iż dogonienie Darka będzie bardzo trudne, o ile w ogóle możliwe.

2015_0920_026

20150920_150428

20150920_153033

20150920_153217

Tym niemniej na liczącym 9,6 kilometra odcinku między Ceresole Reale a Lago di Serru zdołałem odrobić przeszło trzy minuty. Pokonałem ten segment w czasie 41:52 czyli ze średnią prędkością 13,8 km/h (27. wynik na 920 osób), zaś Dario uzyskał tu 45:13 (76. czas). W okolicy Lago di Serru (34,6 km) trzeba było minąć pięć kolejnych wiraży o bardziej łagodnym nachyleniu, a potem pokonać jeszcze kilkaset metrów podjazdu do gospodarstwa Agnel (35,4 km). Następnie można było chwilę odpocząć przed finałową fazą tej maratońskiej wspinaczki. Czekał nas bowiem niemal półkilometrowy zjazd do grobli nad Lago Agnel. Straciliśmy na nim 34 metry z dotychczas zdobytej wysokości. Jechałem już blisko dwie godziny. Bez jedzenia i de facto na jednym bidonie. Nic dziwnego, że zaczęło mi brakować „paliwa”. Pozostało tylko mieć nadzieję, że na ostatnich czterech kilometrach nie odetnie mi prądu. Skoncentrowałem się na tym by jechać równo w możliwie solidnym rytmie. Porzuciłem wszelkie nadzieje na złapanie swego ambitnego przyjaciela. Na szczęście dla mnie odcinek powyżej Lago Agnel był łatwiejszy od tego poniżej Lago di Serru. Jak zwykle pewnym ułatwieniem podczas wspinaczki były też wiraże. Tu nad wyraz liczne. Było ich w sumie czternaście plus zakręt z punktem widokowym tuż przed wyjazdem na finałową prostą. Darka oczywiście nie dogoniłem, dzięki czemu zostałem przezeń nagrany na mecie. Tym niemniej całkiem nieźle wybroniłem się z „podbramkowej sytuacji”. Ostatni segment czyli 6,1 kilometra między Lago di Serru a Colle del Nivolet przejechałem w czasie 26:22 (avs. 14,0 km/h). Dario był na nim o 35 sekund szybszy uzyskując 25:47 (avs. 14,4 km/h). Daje to nam odpowiednio 56. i 40. czas pośród 967 zarejestrowanych osób. Z rozpędu minąłem tablicę na przełęczy i dojechałem do końca prostej zatrzymując się na zakręcie w lewo. Po prawej ręce miałem widok na pobliskie Rifugio Citta di Chivasso (2604 m. n.p.m.), zaś na wprost w dole na Rifugio Albergo Savoia (2534 m. n.p.m.) i otaczające je górskie jeziorka. Nie miałem już sił i chęci by tam zjechać i zwiedzać aostańską stronę przełęczy. Byłem w pełni zadowolony z tego czego dokonałem. Podjazd o długości 40,4 kilometra i przewyższeniu brutto 2073 metrów przejechałem w czasie 2h 17:01 (avs. 17,7 km/h). Zawróciłem ku tablicy na wspólną sesję fotograficzną i naradę ze swym kompanem. Dario wjechał na przełęcz w czasie 2h 29:37 (avs. 16,2 km/h). Nadrobiłem przeszło 12 minut, lecz bardzo dużo mnie to kosztowało.

2015_0920_051

20150920_154357

20150920_155948

20150920_160747

Mój kolega dotarł na szczyt w lepszej kondycji i wciąż był w bojowym nastroju. Ani myślał rezygnować ze skrajnie trudnej wyprawy na Lago di Teleccio (1918 m. n.p.m.). Ja zaś uznałem, że wjazd na Colle del Nivolet będzie dla mnie godnym finałem tej wielkiej wyprawy. Nie chciałem gnać do podnóża drugiego podjazdu po to by zdążyć z tą wspinaczką przed dość wczesnym u progu jesieni zachodem słońca. Wolałem się nacieszyć przepięknymi widokami czekającymi na mnie w drodze powrotnej do samochodu oraz jak najlepiej uwiecznić na zdjęciach to rzadkiej urody wzniesienie. Dlatego postanowiłem spokojnie sturlać się do Rosone i po drodze zatrzymywać się tyleż razy i ile tylko będę miał na to ochotę. Na dłużej „zacumowałem” jedynie pod barem La Baita na wysokości kampingu Piccolo Paradiso. Tymczasem Dario nie tracił czasu i o godzinie 17:13 zaczął wspinaczkę, która sama w sobie (nawet bez wcześniejszego spotkania z olbrzymem Nivolet) byłaby dla każdego kolarskiego amatora nie lada wyzwaniem. Mój „amico” musiał pokonać podjazd o długości 11,8 kilometra ze średnim nachyleniem 10,4%! To znaczy po niebotycznej premii górskiej o przewyższeniu przeszło 2000 metrów dokręcić w pionie kolejne 1233 metry! Według danych ze strony „cyclingcols” zaraz po starcie miał do pokonania trzy strome kilometry o nachyleniu kolejno: 11,5, 12 i 10,5%! Następnie chwilę oddechu na dwóch znacznie łatwiejszych kilometrach rzędu 6,5 i 4%. Potem znów cztery trudne kilometry o stromiźnie 11, 9, 11 i 11,5%. W końcu na dobicie trzy mordercze „kilometrówki” o nachyleniu 13, 13,5 i 12,5% poprowadzone po betonowych płytach czy nawet krótkich odcinkach bruku. Jednym słowem masakryczna atrakcja pod wieloma względami podobna do znanej nam obu wspinaczki pod lombardzkie Prato di Maslino. Dario dzielnie sprostał temu zadaniu i przed zmierzchem pokonał to strome wzniesienie w czasie 1h 11:34 (avs. 10,2 km/h i VAM 1011 m/h), który do dziś pozostaje siódmym wynikiem pośród 63 śmiałków, którzy dotarli do tamy u kresu Vallone di Piantonetto. W ostatnim dniu wrześniowej podróży przejechał 100,1 kilometra o łącznym przewyższeniu aż 3270 metrów! Tym sposobem przebił swój wyczyn z poniedziałku 14 września jakim było podwójne zdobycie Colle delle Morti (Fauniera) tzn. tak od Ponte Marmora jak i Pradleves. Ja na zakończenie przejechałem tylko 79,6 kilometra o łącznej amplitudzie 2159 metrów wliczając drobne hopki na zjeździe. Nie pozostaje mi nic innego jak wrócić tu kiedyś i wdrapać się na Diga di Teleccio, a przy okazji zaliczyć jeszcze pobliskie Santuario di Prascondu.

2015_0920_071

20150920_183132

20150920_190251

20150920_190720

Napisany w 2015c_Liguria & Piemonte | Możliwość komentowania Colle del Nivolet została wyłączona

Colle delle Finestre & Fregiusia-Jafferau

Autor: admin o 19. września 2015

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/395683058

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/395683031

Mój młodszy brat Tomek w swych przedszkolnych latach miał swoje kulinarne motto. Pytany przez dorosłych czemu w trakcie obiadu zrazu nie konsumuje kotleta czy innego mięska odpowiadał ze szczerością właściwą dziecku „najdobrejsze na końcu”. Powiedzonko to znakomicie pasuje do sytuacji w jakiej znaleźliśmy się w trakcie naszej wrześniowej podróży po północno-zachodnich Włoszech. Za sprawą kapryśnej piemonckiej pogody dwa najlepsze kąski w górskim menu (przy całym szacunku dla niesamowitej Fauniery) przyszło nam „skonsumować” dopiero na sam koniec wyprawy czyli w dniach 19-20 września. Dopiero wtedy niebiosa się do nas uśmiechnęły. Weekend miał być słoneczny i stosunkowo ciepły jak na tą porę roku. Bez obaw mogliśmy ruszyć do ataku na szutrową Colle delle Finestre jak i niebotyczny Colle del Nivolet. Na sobotę wybraliśmy sobie pierwszą z wyżej wymienionych przełęczy. Niemniej Finestre miała być owszem głównym, lecz nie jedynym wyzwaniem tego dnia. Do programu czternastego etapu wrzuciłem też inny lokalny podjazd sprawdzony na trasach Giro d’Italia. Tym dodatkiem miała być krótka, acz stroma wspinaczka z Bardonecchii do stacji Fregiusia na zboczach masywu Jafferau. Valle di Susa odwiedziliśmy już trzy dni wcześniej biorąc na celownik podjazdy do stacji narciarskiej Frais i na Colle del Lys. Pierwsze ze środowych wzniesień zaczynaliśmy nawet na via Meana czyli ulicy na której zaczyna się podjazd na przełęcz Finestre. Dzięki temu dojazd do podnóża pierwszego z sobotnich podjazdów mieliśmy rozpracowany w najdrobniejszych szczegółach. Zawczasu wiedzieliśmy gdzie mamy zjechać z autostrady, jaką ulicę wybrać, gdzie skręcić i zaparkować auto aby w spokoju się przebrać i przygotować rowery do jazdy. Poprzedniego dnia daliśmy z siebie wszystko na bardzo ciężkich podjazdach pod Monte Scalaro i Alpe Buri. Do tego wróciliśmy do bazy bardzo późno bo około 21:00. Tymczasem wedle danych z „archivio salite” Colle delle Finestre miała być jednym z najtrudniejszych wyzwań w naszym kolarskim życiu. Trzeba było się odpowiednio zregenerować. To znaczy dobrze zjeść i porządnie się wyspać. Tak też uczyniliśmy spokojnie spędzając sobotni poranek. Ostatecznie z San Mauro Torinese wyjechaliśmy dopiero po wpół do dwunastej by około 12:25 pojawić się u podnóża góry, która w krótkim czasie stała się kultowym podjazdem na kolarskiej mapie świata.

Droga na Colle delle Finestre (2176 metrów n.p.m.) wiedzie przez Parco Naturale Orsiera-Rocciavre i łączy Valle di Susa z położoną bardziej na południe Val Chisone. Nawet bez blisko 8-kilometrowego odcinka szutrowej nawierzchni to bardzo ciężki podjazd. Z pewnością jeden z najtrudniejszych jakie pojawiają się współcześnie na trasach najważniejszych wyścigów etapowych. Według „cyclingcols” to wzniesienie ma długość 18,2 kilometra o średnim nachyleniu 9,3% i max. 14%. Trzeba na nim pokonać przewyższenie aż 1692 metrów. Jak dotychczas wystąpiło w wyścigu Dookoła Włoch trzykrotnie. Za każdym razem na przedostatnich etapach Giro, które niezmiennie kończyły się w Sestriere. Po raz pierwszy zaprezentowano je kolarskiemu światu w 2005 roku czyli na dwa lata przed pierwszą edycją kultowego dziś semi-klasyku Strade Bianche. Dyrektorem „La Corsa Rosa” był wtedy Angelo Zomegnan. Postanowił on przetestować współczesnych „tytanów szos” na „białej drodze”. To znaczy na nawierzchni, po której peleton Giro d’Italia jeździł w czasach gdy na górskich szlakach brylowali Fausto Coppi i Gino Bartali. Ten pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Włoska telewizja RAI w nawiązaniu do złotej epoki włoskiego kolarstwa pokazywała zmagania współczesnych mistrzów mieszając obraz kolorowy z czarno-białym. Natomiast kibiców kolarstwa rozpalała zacięta walka o generalne zwycięstwo w 88. edycji Giro. Przed decydującym etapem lider Paolo Savoldelli miał 2:09 przewagi nad Gilberto Simonim oraz 3:00 nad rewelacyjnym Wenezuelczykiem Jose Rujano i 3:08 nad Danilo di Luką. Tym niemniej słynący z popisów na zjazdach „Il Falco” był góralem dobrym, lecz z pewnością nie wybitnym. Poza tym miał słabą drużynę czyli drugi garnitur kolarzy Discovery Channel. Naczelnym celem tej ekipy było bowiem siódme z rzędu zwycięstwo Lance’a Armstronga w Tour de France. Dlatego też najlepsi robotnicy byli oszczędzani i wszelkimi możliwymi środkami szykowani do pomocy Teksańczykowi na trasie „Wielkiej Pętli”. Savoldelli w górach Giro musiał sobie radzić sam. Tercet Di Luca – Simoni – Rujano szybko go zdystansował i na przełęczy miał przewagę aż 2:18! Niemniej „Sokół” jechał swoim równym tempem oraz znalazł sobie (w innych ekipach) paru przyjaciół w potrzebie. Poza tym mocno finiszował na łagodniejszym podjeździe do Sestriere. Ostatecznie do zwycięzcy etapu czyli Rujano stracił 1:55 (+ 20 sekund bonifikaty), zaś do Simoniego ledwie 1:29 (+ 12″). Dzięki temu obronił prowadzenie w wyścigu i dzień później triumfował z zapasem 29 sekund nad Simonim i 45 nad Rujano.

Sześć lat później zabrakło wielkich emocji. Na dwa dni przed Mediolanem wyścig był praktycznie rozstrzygnięty. Alberto Contador miał ponad 5 minut przewagi nad Michele Scarponim i Vincenzo Nibalim. Etap rozpoczęty w Verbanii nad Lago di Maggiore liczył sobie aż 242 kilometry. Zanim kolarze dojechali do Susy pokonali płaski odcinek o długości 196 kilometrów. Peleton pozwolił na odjazd tuzina uciekinierów, którzy u podnóża Colle delle Finestre mieli ponad 6 minut zapasu. Wobec pasywnej jazdy liderów bohaterem tego odcinka został Wasilij Kirijenka. Obecny mistrz świata w jeździe na czas, jeżdżący jeszcze wówczas w ekipie Movistar łatwo zgubił towarzyszy ucieczki i z dużą przewagą nad górskimi asami dotarł do mety w Sestriere. Linię mety przekroczył o 4:43 przed Rujano i 4:50 przed Joaquinem Rodriguezem. Scarponi i Contador przyjechali razem ze stratą 5:58 do Białorusina, zaś Nibali stracił do nich 22 sekundy. Hiszpan triumfował w stolicy Lombardii, lecz to zwycięstwo później mu odebrano. Jak wiadomo wpadł na kontroli antydopingowej podczas Tour de Framce 2010 i po zakończeniu trwającej naście miesięcy procedury dyscyplinarnej ostatecznie zdyskwalifikowano go na dwa lata z mocą wsteczną od dnia wpadki na „Wielkiej Pętli”. Po tym werdykcie „Pistolero” stracił zwycięstwa w Volta a Catalunya i Giro d’Italia z pierwszej części sezonu 2011. Po raz trzeci podjazd pod Finestre pojawił się na trasie Giro w 2015 roku na blisko 200-kilometrowym etapie z Saint-Vincent w Dolinie Aosty. Contador ponownie przystąpił do tego rodzaju próby z bezpieczną przewagą nad najbliższymi rywalami czyli kolarzami Astany: Fabio Aru (+ 4:37) i Mikelem Landą (+ 5:15). Jednak tym razem przeciwnicy nie zamierzali li tylko asystować mu na drodze do generalnej wiktorii. Zaatakowali i to skutecznie na szutrowym odcinku Finestre. Contador miał kryzys, ale mądrze się obronił. Na przełęczy pierwszy był Landa. Niemniej sam etap wygrał Aru, który dzień wcześniej był też najlepszy w Cervinii. Z sekundowymi stratami do Włocha finiszowali: Ryder Hesjedal (+ 18″), Rigoberto Uran i Landa (+ 24″) oraz Steven Kruijswijk (+ 34″). Contador przyjechał ledwie szósty ze stratą 2:25 do kolarza z Sardynii, lecz spokojnie obronił prowadzenie w wyścigu.

2015_0919_001

Szykując się do własnej potyczki z tą górą o szorstkiej powierzchowności zastanawiałem się jakie zastaniemy na niej warunki drogowe. Ledwie cztery tygodnie wcześniej zmierzyliśmy się z inną szutrową legendą Giro czyli podjazdem pod Plan de Corones. Na finałowym odcinku tyrolskiej „ściany płaczu” nie wszędzie dało się jechać. Momentami musiałem po prostu prowadzić rower po nazbyt sypkim gruncie. Tym niemniej Kronplatz po raz ostatni został użyty na wyścigu Dookoła Włoch przed pięciu laty i od tego czasu droga uległa znacznej degradacji. Tymczasem Finestre gościła uczestników Giro zaledwie cztery – co ważne letnie – miesiące przed naszym przybyciem. Była więc spora szansa na to, że przejedziemy się po takiej samej jakości nawierzchni co „profi” pod koniec maja. Wystartowaliśmy o godzinie 12:43 przy słonecznej pogodzie i temperaturze 25 stopni. Początek podjazdu poznaliśmy już w środę. Najpierw łatwe 400 metrów i po zakręcie w prawo znacznie trudniejsze 900 metrów do przejazdu pod wiaduktem kolejowym. Trzy dni wcześniej po dotarciu w to miejsce odbiliśmy w prawo do Frais. Tym razem musieliśmy trzymać się odchodzącej w lewo drogi SP172. Pobliski mur zdobił okazały mural o tematyce kolarskiej. Zacząłem szybko i już na pierwszym kilometrze odjechałem Darkowi. Na kilometrze drugim minąłem cyklo-amatora, który zaczął wspinaczkę jakąś minutę przed nami. Po przejechaniu 1700 metrów skończyła się pierwsza stromizna. Droga skręciła w prawo ku centrum Meana di Susa (2,1 km). Pod koniec trzeciego kilometra skończył się przejazd przez teren zabudowany. Droga stała się węższa i otoczona coraz gęstszym lasem. Podjazd trzymał na stałym poziomie 9%, ale jechało mi się bardzo dobrze. Przyznam, że wolę zmagać się ze stromizną w takich warunkach niż na otwartym terenie jadąc po szerokiej szosie. Pod koniec piątego kilometra wjechałem na zdecydowanie najbardziej zakręcony odcinek tej wspinaczki. Na dystansie 3000 metrów trzeba było pokonać aż 26 wiraży. Ja jechałem na tym odcinku z prędkością około 12 km/h. Zakładam, że jadący znacznie szybciej zawodowcy mogą mieć tu problemy z rozpędzeniem się pomiędzy kolejnymi zakrętami. Na kolejnych trzech kilometrach szlak był już znacznie prostszy. W końcu po przejechaniu 10,7 kilometra dotarłem do miejsca zwanego Il Coletto (1452 m. n.p.m.). Tu trzeba się było w końcu rozstać z gładką szosą i wjechać na naturalne podłoże. Do przełęczy pozostało jeszcze przeszło 700 metrów przewyższenia i niemal 8 kilometrów podjazdu z grubsza o tak samo ostrym nachyleniu jak dotąd.

Gruntowa nawierzchnia okazała się w pełni przejezdna, choć trzeba było sobie ciągle właściwej szukać ścieżki do płynnej jazdy. Szutrowa droga niekiedy wychodziła z lasu i mijała pojedyncze domostwa (po 11,5 i 14,2 km od startu). Na 3,5 kilometra przed finałem ostatecznie wyjechałem ponad górną granicę lasu. Pozostało mi jeszcze do pokonania osiem wiraży. Zważywszy na stromiznę tego odcinka na niektórych z nich musiałem uważać wybierając tor jazdy. Minąłem tu „mielącego w miejscu” górala oraz dwóch starszych szosowców z wyraźną nadwagą. Z trzeciego od końca zakrętu, na 600 metrów przed finałem, złapałem niezły widok na wybudowany w 1891 roku fort Colle delle Finestre. Jeszcze trochę wysiłku i po przejechaniu 18,8 kilometra w czasie 1h 34:05 byłem u celu. Na górze zastałem kilku motocyklistów. Po prawej stronie drogi ujrzałem fontanienkę, zaś po lewej tablicę drogową i monument poświęcony pierwszemu zdobywcy tego wzniesienia, kontrowersyjnemu Danilo Di Luce. Na szczycie (w słońcu) było aż 20 stopni. Po niespełna 10 minutach oczekiwania nagrałem finisz Darka. W programie strava segment z całej tej góry ma długość 17,8 kilometra o średniej 9% i przewyższeniu 1683 metrów. Bliższa analiza danych ze stravy doprowadziła mnie do bardzo ciekawych odkryć. Okazało się, że jechałem w tempie „pasażerów autobusu” z Giro d’Italia 2015! Cały ten odcinek pokonałem w czasie 1h 33:25 (avs. 11,5 km/h i VAM 1081 m/h) co dało mi 68 miejsce na 1023 zarejestrowanych osób. Do natchnionego Kruiswijka straciłem co prawda niemal pół godziny. Niemniej do Iljo Keijsse ledwie 5 sekund, zaś do Jussi Veikkanena, Maartena Tjallingi, Moreno Hoflanda czy Luki Mezgeca mniej niż minutę. Szosowe 9,8 kilometra przejechałem w czasie 51:12 (avs. 11,5 km/h i VAM 1143 m/h) co było 83. wynikiem na 1115 odnotowanych. Byłem tu nieco szybszy od kilku profich. Z kolei szutrowy kawałek o długości 7,9 kilometra przejechałem w 41:36 (avs. 11,5 km/h i VAM 1037 m/h) co jest 69. rezultatem wśród 1294 zanotowanych. Nawet najwolniejsi uczestnicy Giro byli nieco szybsi ode mnie. Zresztą to porównanie traktować mogę jedynie jako ciekawostkę. Ja startowałem wszak na świeżości i jechałem na maksa. Oni byli po przejechaniu 150 kilometrów dwudziestego etapu i jechali w trybie oszczędnym chcąc jedynie zmieścić się w limicie czasu. Wspomniany Keijsse robił to na tyle skutecznie, że dzień później wygrał finałowy etap na ulicach Mediolanu. Dodam jeszcze, że Dario uzyskał tu czas 1h 43:22 (avs. 10,4 km/h i VAM 977 m/h – 132 miejsce). Na szosie stracił do mnie 7:20, lecz na szutrze już tylko 2:34.

2015_0919_031

20150919_142658

20150919_144632

20150919_150112

20150919_153425

Z podjazdem poradziliśmy sobie całkiem sprawnie. Inna sprawa to zjechać po szutrze. Na szczęście „biała droga” na Finestre okazał się być w świetnym stanie. Przy zachowaniu pewnej dozy ostrożności można było zjechać bez przymusowych przystanków. W zasadzie stawałem tylko tam gdzie chciałem aby wykonać zdjęcia do „albumu z wyprawy”. Około półmetka zjazdu stanęliśmy też by nakręcić filmiki z Valle di Susa w roli głównej. Do samochodu dotarłem kwadrans po szesnastej. Teraz czekała nas około 40-kilometrowa wycieczka na zachód ku Bardonecchi. Dla Darka była to niemiła niespodzianka. Nie zapoznał się z programem czternastego etapu i oczekiwał kolejnej wspinaczki w okolicy Susy. Uważał iż Monte Jafferau (1908 metrów n.p.m.) nie jest warte dodatkowego transferu. Zdania w ekipie były podzielone. Podjazd ten ma przewyższenie tylko 648 metrów. Trzeba je pokonać na dystansie ledwie 7 kilometrów co daje średnio niemal 9,3%. Maksymalna stromizna przekracza tu 12%. Krótkie lecz trudne, ale czy na tyle wartościowe by trafić na naszą listę? Gdybym brał pod uwagę tylko owe walory techniczne to raczej bym z niego zrezygnował. Tym niemniej ta góra miała też swoją kolarską historię co w moich oczach przeważyło na jej korzyść. Dwukrotnie ścigali się na niej uczestnicy Giro d’Italia. Po raz pierwszy w 1972 roku na 256-kilometrowym etapie ze startem w Savonie. Na wschodnim podjeździe do Sestriere zaatakował znakomity góral z Asturii Jose-Manuel Fuente. Jednak tym razem „El Tarangu” przeliczył się z siłami. Wyczerpał go przeciwny wiatr wiejący w dolinie pomiędzy Cesana Torinese i Bardonecchią. W teorii na podjeździe tak stromym jak Jafferau nie miałby godnych rywali. Tym razem jednak dopadł go i wyprzedził lider wyścigu Belg Eddy Merckx. „Kanibal” wygrał ten maratoński odcinek w czasie 8 godzin i 8 minut (!) z przewagą 26 sekund nad Włochem Wladimiro Panizzą i 47 nad Fuente. Kolejny raz wyścig Dookoła Włoch dojechał w te strony w 1984 roku, lecz finisz wytyczono w Bardonecchi. Wygrał Norweg Dag-Erik Pedersen. Na drugą batalię pod Jafferau kibice musieli poczekać do roku 2013. Najlepiej z deszczem, chłodem i stromizną poradził sobie podejrzanie mocny owej wiosny Mauro Santambroggio. Wyprzedził on minimalnie lidera wyścigu Vincenzo Nibalego oraz o 9 sekund Kolumbijczyka Carlosa Alberto Betancura. Nasi górale: Rafał Majka (jedenasty) i Przemysław Niemiec (piętnasty) stracili około minuty. Sława nowego triumfatora była krótkotrwała. Tydzień po zakończeniu Giro ogłoszono, że Santambroggio wspomagał się EPO.

Do Bardonecchii dotarliśmy około siedemnastej. Dario nie znalazł motywacji do wspinaczki pod tak skromne wzniesienie jak Monte Jafferau. Czekała mnie więc solowa potyczka z tym stromym podjazdem. Nie wiedziałem jednak w której części miasteczka się on zaczyna. Pierwszy strzał okazał się chybiony. Po niespełna siedmiu minutach jazdy dotarłem na położonej przeszło sto metrów ponad Bardonecchią dolnej stacji kolejki linowej na Monte Jafferau. Zapytałem o właściwą drogę napotkanego przechodnia. Musiałem wrócić do miasteczka, znaleźć ulicę Via Sommelier i zjechać z niej w lewo na drogę SP238. Ostatecznie wystartowałem więc o godzinie 17:27. Po chwili przejechałem nad potokiem Rochemolles i pod krajówką SS335. Gdy skończył się płaski wstęp włączyłem licznik. Co raz bardziej stroma dróżka szybko przeszła pod autostradą A32, lecz niemal do końca pierwszego kilometra biegła równolegle do niej. W tym czasie dojechałem do wioski Millaures (0,9 km), zaś po przejechaniu 1800 metrów minąłem pierwszy z ledwie siedmiu wiraży na tej górze. Drugi kilometr ma tu średnie nachylenie 10,5%. Drugi zakręt minąłem w połowie trzeciego kilometra, zaś niespełna kilometr dalej byłem już we wiosce Gleise (3,4 km). Trzeci wiraż minąłem po przejechaniu 4 kilometrów od startu. Teraz miało być już tylko ciężko czyli każdy z trzech ostatnich kilometrów na poziomie około 10% czyli 10,5 – 9,8 – 10,3. Droga zrobiła się węższa i po pokonaniu 6,1 kilometra raz jeszcze wjechała w zalesiony teren. Kilometr dalej pokonałem dwa położone blisko siebie ostatnie wiraże i zaraz potem boczną uliczkę, na której wyznaczono finisz etapu Giro z roku 2013. Jakieś 150 metrów dalej skończył się asfalt, więc zatrzymałem stoper swojego licznika. Niemniej droga wiodła jeszcze wyżej po szutrze całkiem niezłej jakości. Wjechałem nią do lasu i zatrzymałem się dopiero przed hotelem Jafferau stojącym tuż obok górnej stacji kolejki Bardonecchia-Fregiusia. To była moja meta, acz na rowerze górskim po kamienistej ścieżce można by pewnie dotrzeć niemal na sam szczyt Monte Jafferau (2805 m. n.p.m.). Według zapisu na stravie mój podjazd miał długość 7,3 kilometra. W programie tym znalazłem kilka co najmniej 6-kilometrowych segmentów. Najdłuższy o długości 7,1 kilometra i przewyższeniu 662 metrów nazwano „fine asfalto”. Pokonałem go w czasie 35:02 (avs. 12,2 km/h, VAM 1133 m/h) co jest 23. wynikiem pośród 128 zarejestrowanych. W sumie na czternastym etapie przejechałem 57 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2416 metrów.

2015_0919_061

Napisany w 2015c_Liguria & Piemonte | Możliwość komentowania Colle delle Finestre & Fregiusia-Jafferau została wyłączona

Monte Scalaro (Vancale) & Alpe Buri

Autor: admin o 18. września 2015

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/394998952

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/394998944

Po trzech dniach z coraz gorszą pogodą w końcu doczekaliśmy się jej poprawy. Piątek zapowiadał się całkiem nieźle, zaś weekend jeszcze lepiej. Sugerując się takimi prognozami rozpisaliśmy sobie program na trzy ostatnie dni naszej wyprawy. Najlepsze warunki mieliśmy mieć w niedzielę, więc tego dnia postanowiliśmy zdobyć najwyższy z wyznaczonych sobie celów czyli Colle del Nivolet. Dzień wcześniej główną atrakcją miała być dobrze znana z Giro d’Italia szutrowa Colle delle Finestre. Tym samym w piątek nie pozostało nam już nic innego jak ruszyć na północ ku podjazdom pod Monte Scalaro (1450 m. n.p.m.) i Alpe Buri (1525 m. n.p.m.). Z tego co wiem żadna z nich nie została jeszcze odkryta przed organizatorów profesjonalnych wyścigów. Tym niemniej na pobliskim Piani di Tavagnasco zakończył się jeden z etapów Giro delle Valle d’Aosta 2012 wygrany przez Fabio Aru. Sardyńczyk wyprzedził na tym odcinku innych współczesnych „profich” tzn. Manuela Boungiorno i Davide Formolo. Jakkolwiek stosunkowo niewysokie oba te wzniesienia zapowiadały się bardzo ciekawie. Czekała nas ciężka przeprawa na dwóch bliźniaczo podobnych wzniesieniach. Według danych ujawnionych na stronie zanibike.net (archivio delle salite d’europa) wspinaczka pod Monte Scalaro to 13 kilometrów o średnim nachyleniu 8,9% i przewyższeniu 1159 metrów. Z kolei podjazd pod Alpe Buri to 14 kilometrów o identycznej stromiźnie i amplitudzie 1242 metrów. Jednym słowem na dystansie ledwie 54 kilometrów mieliśmy mieć do zrobienia jakieś 2400 metrów przewyższenia. Ta pierwsza góra przez autorów „archivio salite” została wyceniona na 1105, zaś druga nawet na 1173 punkty. Te suche dane niewiele wyjaśniają. Dlatego godzi się wspomnieć jak w tej samej skali wypadają niektóre spośród najbardziej znanych podjazdów „używanych” na trzech Wielkich Tourach. Kultowe L’Alpe d’Huez oceniono tu na 913, Covadongę na 935, Fedaię-Marmoladę na 966, zaś Tourmalet na 1013 w wersji wschodniej i 1076 punktów w nieco trudniejszej opcji zachodniej. Tymczasem ruszając na start trzynastego etapu miałem w nogach 90 kilometrów z poprzedniego dnia, zaś Darek dla kontrastu dobę pełnej regeneracji. Mając to na uwadze zastanawiałem się ile może mnie kosztować czwartkowa wycieczka do krainy deszczowców. To znaczy czy będę w stanie nadążyć za swym wypoczętym kompanem. Tym bardziej, że strome premie górskie to teren wymarzony dla kolarza o sylwetce rasowego górala.

Gościnne progi Apartamento Mercedes opuściliśmy dopiero po wpół do jedenastej. Nie musieliśmy się zanadto śpieszyć bowiem od podnóża pierwszej góry czyli miasteczka Quincinetto (vel Quisne w dialekcie piemonckim) dzieliło nas 60 kilometrów do pokonania niemal w całości po drogach szybkiego ruchu. Tym razem z turyńskiej obwodnicy zjechaliśmy wcześniej niż zwykle kierując się na Aostę. To znaczy wybierając autostradę A5. Jakkolwiek nie mieliśmy w planach opuszczać Piemontu to postój wypadał nam niemal na pograniczu z miniaturowym regionem Valle d’Aosta. Po zjeździe z autostrady wjechaliśmy na Via 4 Novembre i po przejechaniu kilkuset metrów w kierunku południowym zatrzymaliśmy się na wielkim żwirowym placu w pobliżu Via Scalaro. Pomimo sporej przestrzeni i tak musieliśmy poszukać sobie miejsca na skraju tego parkingu, albowiem miejsce to spełniało rolę placu manewrowego dla wielkich ciężarówek. Wystartowaliśmy przy słonecznej pogodzie o godzinie 11:44, lecz po chwili Dario zawrócił do naszego wozu technicznego by ostatecznie ruszyć pod górę o 11:50. Tym samym na Monte Scalaro mogłem sobie zrobić co najwyżej górską czasówkę. Według danych zarejestrowanych na stravie start tej wspinaczki znajdował się na wysokości 282 metrów n.p.m. Na początek blisko 600 metrów po prostej. Potem pierwszy wiraż, następnie szeroki łuk w prawo i po przejechaniu 850 metrów już byłem w lesie. Jak widać na załączonym obrazku podjazd ani na moment nie odpuszczał. Niemal cały czas trzymał na poziomie powyżej 8%, zaś cały drugi kilometr miał średnie nachylenie aż 10,8%. Trasa była kręta. Autor wpisu ze strony salitomania.it na 13 kilometrach tego wzniesienia naliczył aż 34 wiraże. Wydawało mi się, że nie mam najlepszego dnia. Męczyłem się, ale miałem ku temu dobre powody. Po prostu góra była bardzo trudna. Po zapoznaniu się z jej profilem utkwił mi w głowie przede wszystkim żółty kolor. Dlatego zacząłem odważnie. Szło mi ciężko, ale jechałem na swych wysokich obrotach. Dolny odcinek o długości 6,2 kilometra przy średniej 9% pokonałem w 31:20 (avs. 11,9 km/h i VAM 1131 m/h). Ten segment kończy się na wysokości Ristoro Alpino przy osadzie Santa Maria. Liderem jest czyniący obecnie szybkie postępy w zawodowym peletonie Louis Vervaeke z Lotto-Soudal. W sezonie 2012 jeszcze jako 19-letni młodzieżowiec młody Belg przejechał ten segment w ledwie 25:42.

2015_0918_001

W górnej połowie wzniesienia jechałem równie mocno. Zaraz po minięciu bocznej drogi do wioski Lechia (7 km) rozpoczyna się najtrudniejszy fragment „oficjalnej” wersji tego podjazdu. Następne półtora kilometra trzyma na średnim poziomie 11,2%, zaś maksymalna stromizna pod koniec ósmego kilometra sięga aż 15%. Po przejechaniu 8,8 kilometra przejechałem na prawy brzeg Rio Renanchio, która bynajmniej nie przypomina rzeki lecz wartki górski potok. Najtrudniejsza część zakładanej wspinaczki skończyła się na wysokości Agriturismo „Le Capanne” (11,3 km). Na stravie zaznaczono segment od Santa Maria o długości 5,1 kilometra przy średniej 10%. Przejechałem ten fragment wzniesienia w 26:50 (avs. 11,5 km/h i VAM 1173 m/h) czyli w poziomie nieco wolniej, zaś w pionie nawet szybciej niż dolną połówkę. W teorii z tego miejsca końca podjazdu miało nam pozostać ledwie półtora kilometra. Najpierw 500 metrów dość solidnej wspinaczki, następnie równie długie falsopiano i na sam koniec półkilometrowy odcinek delikatnie w dół do wioski Scalaro. Tymczasem jakieś 800 metrów za wspomnianą agroturystyką czekała na mnie interesująca niespodzianka. Zamiast jechać na wprost ku Area Picnic Scalaro mogłem wziąć wiraż w lewo i kontynuować wspinaczkę w nieznane na drodze niewidzialnej dla google-maps. Ciekaw byłem jak wysoko mnie doprowadzi. Przejechałem kolejne 1400 metrów i dotarłem do osady Alpe Fuma’ Inferiore (13,5 km), ale na tym nie koniec. Odbijając w prawo wjechałem na węższą dróżkę do Fuma’ Superiore (14 km). Dojechawszy tam byłem już na wysokości 1600 metrów n.p.m. Pomimo tego asfaltowa ścieżka wciąż wiła się przede mną. Brnąłem więc dalej przed siebie mijając kolejne gospodarstwa pasterskie: Alpette (14,3 km) i Cavanna Nouva (14,8 km). W końcu dotarłem do Vancale (15,4 km) gdzie asfalt był niemal brązowy po przejściu stadka krów. Musiałem jechać slalomem, nie tyle z powodu sporej stromizny co chcąc uniknąć poślizgu na świeżym nawozie. Minąłem to gospodarstwo, po chwili wziąłem ciasny zakręt w lewo i jakieś 120 metrów dalej w końcu się zatrzymałem, gdyż pod kołami skończył mi się asfalt. Co prawda w oddali pośród chmur majaczył jeszcze jakiś zagubiony odcinek asfaltu, lecz nie chciało mi się już sprawdzać czy aby wzrok mnie nie zawodził ze zmęczenia.

2015_0918_021

20150918_135610

20150918_140811

20150918_144356

Tym samym zakończyłem swoją wspinaczkę na wysokości 1809 metrów n.p.m. po przejechaniu 15,7 kilometra w czasie 1h 20:18 (avs. 11,7 km/h). Mój podjazd pod Monte Scalaro + Alpe Vancale miał przewyższenie aż 1527 metrów. Biorąc pod uwagę uzyskany czas wykręciłem tu VAM na poziomie 1141 m/h. Przyznam, że nie przypuszczałem, iż stać mnie jeszcze na taki wyczyn. Owszem przed kilku laty na odpowiednio stromych premiach górskich potrafiłem nawet przeskoczyć pułap 1200 m/h. Niemniej działo się to na znacznie krótszych podjazdach typu Cuvignone czy Kitzbuheler Horn (Alpenhaus), których pokonanie zajmowało mi 40 czy 50 minut. Tymczasem na dotarcie do Alpe Vancale potrzebowałem aż 80 minut co oznacza, że musiałem kręcić z podobną mocą niemal dwa razy dłużej. Darek na tej górze nie ujawnił pełni swych możliwości. Po przejechaniu 12 kilometrów również skusił się na dalszą wspinaczkę w nieznane. Co więcej przebrnął nawet odcinek gruntowej drogi powyżej Vancale i wjechał na dodatkowy odcinek szosy. Zatrzymał się dopiero na ostatecznym krańcu tej asfaltowej drogi przy znakach wskazujących pieszy szlak na pobliski szczyt Cima Battaglia. Tym samym Dario dotarł na wysokość aż 1842 metrów n.p.m. pokonawszy 16,2 kilometra w czasie netto 1h 38:42 (avs. 9,9 km/h). Ze stravy wynika, iż mało kto zabrnął na tej górze równie daleko co my. Dla przykładu na najdłuższym z moich segmentów o długości 15,2 kilometra zanotowano wyniki tylko dziewięciu osób. Można powiedzieć, że na razie tu rządzimy. Ja uzyskałem na nim czas 1h 18:57 (avs. 11,6 km/h i VAM 1144 m/h) zaś Darek 1h 32:08 (avs. 10,0 km/h i VAM 980 m/h) co daje nam pierwsze i trzecie miejsce na tej bardzo krótkiej liście rankingowej. Na profilu mojego kolegi strava zapisała wynik z jeszcze dłuższego odcinka o długości 15,7 kilometra. Przed Darkiem cały ten segment pokonały tylko dwie osoby. Aby jakoś sensownie porównać się z innymi cykloamatorami musieliśmy zerknąć niżej czyli na wyniki z segmentu obejmującego klasyczną wersję podjazdu pod Monte Scalaro. Na odcinku 12,1 kilometra od startu w Quincinetto do wirażu na wysokości Area Picnic Scalaro zarejestrowano wyniki 82 osób. Ten fragment wzniesienia pokonałem w czasie 1h 01:24 (avs. 11,9 km/h i VAM 1091 m/h) co dało mi 11 miejsce. Darek uzyskał na nim 33. wynik czyli 1h 10:14 (avs. 10,4 km/h i VAM 954 m/h). Po ledwie paru minutach rozpocząłem zjazd do Quincinetto. Jadącego z naprzeciwka Darka spotkałem jakieś półtora kilometra za Alpe Vancale.

Zjechawszy niespełna cztery kilometry zatrzymałem się na przeszło kwadrans przy drewnianym budynku Area Picnic Scalaro. Chciałem tu poczekać na Darka, lecz ten znacznie dłużej zabawił na samej górze. Ostatecznie choć zjeżdżałem przeszło półtorej godziny to i tak do auta dotarłem jako pierwszy. Przy samochodzie spędziliśmy dłuższą chwilę zanim ruszyliśmy ku Settimo Vittone. Od tego miasteczka dzieliły nas ledwie cztery kilometry. Wystarczyło przejechać pod autostradą A5, dalej mostem na lewy brzeg rzeki Dora Baltea i pokonać krótki odcinek na południe po krajowce SS26. Dość szybko znaleźliśmy boczną drogę SP72, na której zaczyna się podjazd do Trovinasse i Alpe Buri. Przy okazji wypatrzyliśmy otwarty do godziny 19:30 supermarket i uznaliśmy, iż po zjeździe z drugiej góry warto będzie w nim zrobić zakupy przed ostatnim weekendem. Zatrzymaliśmy się na parkingu przed kościołem pod wezwaniem św. Andrzeja. Poszliśmy na spacer by znaleźć coś gorącego do zjedzenia przed drugą wspinaczką. Niestety te poszukiwania nie zakończyły się sukcesem, więc musiały nam wystarczyć zapasy, które przywieźliśmy z sobą. Ostatecznie podjazd pod Alpe Buri rozpoczęliśmy dopiero o godzinie 16:33. Wystartowaliśmy dość spokojnie. Od startu czułem, że wspinaczka pod Monte Scalaro wyssała ze mnie sporo energii. Pierwsze 500 metrów było jeszcze stosunkowo łagodne. Niemniej już kolejne pół kilometra na dojeździe do kościoła Madonna delle Grazie stało się zapowiedzią tego jak to wzniesienie będzie wyglądać. Pod koniec drugiego kilometra musieliśmy opuścić szosę SP72 zmierzającą do Nomaglio i Andrate. Musieliśmy skręcić w lewo biorąc kurs na Cornaley i Trovinasse. Na tym zapoznawczym odcinku wykręciliśmy VAM na stosunkowo niskim poziomie 930 m/h. Niemniej powoli rozkręcaliśmy się. Spora w tym zasługa Darka, który nie wyjechał się na pierwszej górze i teraz mobilizował mnie do żwawszej jazdy. W połowie trzeciego kilometra rozpoczęliśmy stromy odcinek na dojeździe do Cornaley (3,9 km). Jeśli wierzyć danym z krótszych odcinków na stravie to tą stromiznę przejechaliśmy już w tempie 1260 m/h. Powyżej tej wioski minęliśmy Hotel Il Falco e La Volpe (Sokół & Lis), zaś przy osiemnastym wirażu niedawno odrestaurowaną kapliczkę. Pod koniec szóstego kilometra Dario zaatakował po raz pierwszy. Niemniej zrobił to tuż przed krótkim zjazdem. Na nim rozpędziłem się na dużej tarczy i dopadłem go na początku kolejnej fazy wspinaczki. Po tej próbie sił przejechaliśmy razem jeszcze jakieś półtora kilometra kręcąc VAM na poziomie 1140 m/h.

2015_0918_041

Pod koniec ósmego kilometra Darek ponowił swój atak. Na ten mocny skok nie byłem już w stanie zareagować. Tymczasem teren mi nie sprzyjał. Ostatnie 6 kilometrów powyżej osady Valcauda miało bowiem średnio 9,6%. Mogłem się tylko mądrze bronić czyli jechać równo i mocno w granicach własnych możliwości. Pozostało mi liczyć na to, że atakujący nieco przeliczy się z własnymi siłami jak na Passo delle Erbe. Zaczęła się ostra walka: „Quintana” z przodu, „Froome” z tyłu. O’K żarty na bok. Niemniej tak zacięty pojedynek chciałbym widzieć na każdym z górskich odcinków Tour de France. Istne przeciąganie liny. Żaden z nas nie chciał odpuścić. Cały czas mieliśmy ze sobą kontakt wzrokowy. Pomiędzy 8 a 11 kilometrem na stravie wyznaczono segment o długości 2,8 kilometra przy średniej 12%. Przejechaliśmy go w około 16 minut, przy czym Darek nadrobił nade mną 12 sekund. On wykręcił tu VAM 1271 m/h, zaś ja 1257 m/h. Minęliśmy Alpe Surro (10,5 km) i wciąż otwarty Camping Nosy zbliżając się do ostatniej wioski na tym szlaku czyli Trovinasse (12,4 km). Czułem, że jeszcze trochę sił mi zostało. Różnica między nami cały czas wahała się w granicach 10-15 sekund. Wolałem zbyt wcześnie nie przyśpieszać ponad „stan wrzenia” by za taki zryw nie zapłacić. Postanowiłem zaczekać z kontratakiem na ostatni kilometr czy nawet 500 metrów. Jechaliśmy na granicy swych możliwości. Pomiędzy 11 a 14 kilometrem na stravie zaznaczono dwa odcinki o łącznej długości 2,7 kilometra i średnim nachyleniu 11%. Przejechałem ten fragment w czasie 13:37 i odrobiłem do Darka kilka sekund. Na tym finałowym odcinku swoją prędkość w pionie czyli sławetny VAM rozkręciliśmy do poziomu 1330 m/h! Za ostatnim 29. wirażem mieliśmy jeszcze do pokonania 200 metrów do mety na rozdrożu gdzie skończył się asfalt. Dario dotarł do tego miejsca pierwszy odnosząc zasłużone zwycięstwo. Przegrałem po walce. Według stravy segment o długości 13,9 kilometra obaj przejechaliśmy ze średnią prędkością 12,2 km/h. Przy czym Darek pokonał go w czasie 1h 08:21 (VAM 1051 m/h), zaś ja potrzebowałem na to 1h 08:27 (VAM 1049 m/h). To dało nam 9 i 10 miejsce wśród 50 zarejestrowanych osób. Do Settimo Vittone zjechaliśmy tuż po dziewiętnastej. Zakupy zrobiliśmy w pośpiechu z czego wynikła nam dodatkowa (nerwowa) akcja poszukiwawcza. Dzień mogliśmy uznać za bardzo udany. Stosunkowo krótki etap trzynasty okazał się bardzo konkretny. Przejechałem na nim 60 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2747 metrów. Zrobiliśmy sobie bardzo mocne przetarcie przed weekendowymi wyprawami na dwa olbrzymy.

2015_0918_061

20150918_175116

20150918_181605

20150918_184744

Napisany w 2015c_Liguria & Piemonte | Możliwość komentowania Monte Scalaro (Vancale) & Alpe Buri została wyłączona