banner daniela marszałka

Archiwum dla Czerwiec, 2017

Sabaudia 2017

Autor: admin o 17. czerwca 2017

Po czterech latach przerwy postanowiłem wrócić do Francji. Ostatni raz przemierzałem górskie szlaki tego kraju w trakcie niezapomnianej, podwójnej Route des Grandes Alpes z przełomu czerwca i lipca 2013 roku. Eskapady, która na zawsze pozostanie jedną z najtrudniejszych i najbardziej śmiałych przygód w historii moich rowerowych wypraw. Od tego czasu wybierałem się niemal wyłącznie do pięknej Italii. Zwiedzałem środkowe i północne Apeniny, lombardzką Valtellinę, okolice Lago di Garda, Sud Tirol, Ligurię z zachodnim Piemontem czy w końcu Trentino. Jedynym wyjątkiem od tej włoskiej reguły była ubiegłoroczna Volta po szosach Katalonii i Andory. Rzecz jasna w trakcie transferu na półwysep Iberyjski spędziłem nieco czasu między zachodnim brzegu Renu a północną stroną Pirenejów, lecz na francuskiej ziemi stawałem tylko na stacjach benzynowych. W 2017 roku postanowiłem nadrobić owe zaległości. Podarowałem sobie kolejne wycieczki do Włoch, aby przypomnieć się górskim regionom Francji i Szwajcarii.

Na okres od 1 do 16 czerwca zaplanowałem przegląd kolejnych podjazdów w północnej części Alp francuskich. Tym niemniej swój “rewir łowiecki” ograniczyłem tylko do terenu dwóch departamentów: Haute Savoie oraz Savoie. Jedyny wyjątek uczyniłem dla położonego tuż za francuską granicą szwajcarskiego podjazdu do Barrage d’Emosson. Tak z racji bliskości jak i faktu, że został on przetestowany na francuskich wyścigach czyli: Criterium du Dauphine Libere 2014 i Tour de France 2016. Adekwatnie do liczby kolarskich atrakcji w każdym z departamentów na Górną Sabaudię przeznaczyłem tylko cztery dni, zaś na Sabaudię „właściwą” aż dwanaście. Na wyjazd w pełnym 16-dniowym wymiarze namówiłem dwóch kolegów z Gdańska tzn. Darka Kamińskiego oraz Tomka Busztę. Naszą pierwszą bazą w trakcie tej wyprawy było miasteczko Cordon leżące powyżej Sallanches, znanego z roli gospodarza kolarskich Mistrzostw Świata z lat 1964 i 1980. Piątego dnia  tj. w trakcie przeprowadzki do Sabaudii dołączyli do nas kompani z Mazowsza: Piotrek Podgórski i Romek Abramczyk. Po czym już w 5-osobowym składzie zameldowaliśmy się w drugiej bazie noclegowej. We wiosce Les Emptes leżącej powyżej Aigueblanche, nieopodal Moutiers. Z tego miejsca wyprawialiśmy się na podbój kolarskich wzniesień w dolinach: Beaufortain, Tarentaise oraz Maurienne.

Przy okazji naszego wyjazdu przyjrzeliśmy się asom światowego peletonu. Profesjonalistów zobaczyliśmy w Albertville przed startem do ostatniego, ósmego etapu Criterium du Dauphine. Natomiast kilka dni później w Termignon ujrzeliśmy ich następców, ruszających na trasę drugiego odcinka młodzieżowego Tour de Savoie. W trakcie owych 16 dni podjeżdżałem pod sabaudzkie przełęcze i płaskowyże. Ku stacjom narciarskim i zaporom wodnym. W końcu zaś do gospodarstw rolnych wciąż prowadzonych bądź już porzuconych pośród górskich hal. Poznałem w sumie 30 nowych podjazdów, z których 18 miało przewyższenie ponad 1000 metrów. W tym czasie przejechałem 998 kilometrów z sumą przewyższeń 33.369 metrów. Zatem w pionie wyszło mi o 1800 metrów więcej niż przed rokiem w Katalonii i Andorze. Tylko trzy razy wjechałem na wysokość ponad 2000 metrów n.p.m., przeto ciężko było uciec przed 30-stopniowym upałem, który w owych dniach nawiedził Sabaudię. Największym i zarazem najtrudniejszym wzniesieniem na mojej liście był Lachat. Najdłuższym podjazdem pod względem długości (acz niekoniecznie czasu) Col du Joly. Natomiast najwyższą metą wszystkich wspinaczek Plan du Lac (Bellecombe) na terenie Parc National de Vanoise – najstarszego parku narodowego Francji.

Plan podróży jak zwykle w moim przypadku był mega-ambitny i hurra-optymistyczny. W trakcie wyprawy zarówno górska pogoda jak i moja niedoskonała kondycja nieco zweryfikowały wstępne zamierzenia. Poniżej przedstawiam listę wzniesień, które dzień po dniu udało mi się zaliczyć. Natomiast w kolejnych tygodniach postaram się napisać coś więcej o nich samych jak i moich wrażeniach z ich zdobycia.

Mój rozkład jazdy:

1.06 – Col de la Pierre Carree & Romme-sur-Cluses

2.06 – Plateau de Saix & Les Gets / Le Mont Chery

3.06 – Plateau de Solaison & Le Mole

4.06 – Barrage d’Emosson (CH) & Le Bettex

5.06 – Col de l’Arpettaz & Col des Cyclotouristes

6.06 – Val Pelouse

7.06 – Col du Joly & Col du Pre

8.06 – Signal de Bisanne & Col des Saisies

9.06 – Meribel-Mottaret & Col du Pradier

10.06 – Tignes-le-Lac & Cormet d’Areches / Plan Pichu

11.06 – Lachat & Valmorel / Club Med

12.06 – Frumezan & Col du Grand Cucheron

13.06 – La Toussuire & Col du Chaussy via Lacets de Montvernier

14.06 – Barrage de Plan d’Amont & Valfrejus

15.06 – Col du Mollard & Lac de Pramol

16.06 – Plan du Lac

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Sabaudia 2017 została wyłączona

Plan du Lac

Autor: admin o 16. czerwca 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 2362 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1060 metrów

Długość: 14,3 kilometra

Średnie nachylenie: 7,4 %

Maksymalne nachylenie: 11,3 %

PROFIL

SCENA

Początek w Termignon (Sabaudia). To wieś w górnej części Doliny Maurienne na wysokości około 1300 metrów n.p.m. Jej centrum znajduje się pomiędzy regionalną drogą D1006 a zakolem rzeki L’Arc. Termignon położone jest odpowiednio 48 i 17 kilometrów na wschód od miast takich jak: Saint-Jean-de-Maurienne czy Modane, zaś patrząc z drugiej strony 6 kilometrów na zachód od miejscowości Lanslebourg, w której rozpoczyna się podjazd do włoskiej granicy via Col du Mont-Cenis. We wsi tej mieszka około 400 osób. Wraz z sąsiednimi miejscowościami: Bramans, Lanslebourg, Lanslevillard i Sollieres-Sardieres od 1 stycznia 2017 roku tworzy gminę Val-Cenis. Z turystycznego punktu widzenia Termignon należy do domeny narciarskiej Val Cenis Vanoise obejmującej 125 kilometrów tras zjazdowych i 27 kilometrów tych biegowych. Jeszcze więcej jest tu letnich szlaków turystycznych wytyczonych na terenie Parku Narodowego Vanoise, którego spora część leży właśnie na ternie tej gminy. Podjazd na wysokogórski płaskowyż Plan du Lac wypada rozpocząć w centrum wsi na Rue de la Parrachee. Pierwsze 500 metrów prowadzi po wspomnianej już drodze D1006 biegnącej do Lanslebourga i dalej na przełęcz Mont-Cenis. Tym niemniej na pierwszym wirażu za Termignon trzeba pojechać prosto czyli kontynuować jazdę w kierunku północnym. Wjeżdżamy na węższą szosę D126 o typowo górskim charakterze. Wzniesienie od samego początku jest trudne. Już na pierwszych kilkuset metrach nachylenie sięga 9,1%. Natomiast po przejechaniu 1200 metrów od startu chwilowa stromizna po raz pierwszy przekracza poziom 10%. Na pierwszych czterech kilometrach regułą jest nachylenie w przedziale od 8,5 do 10%. Po chwili wytchnienia w pierwszej połowie piątego kilometra stromizna wraca na równie wysoki poziom. Na szóstym kilometrze trzy razy dociera do 11%. Podjazd wyraźnie odpuszcza dopiero po przejechaniu 8,3 kilometra. W połowie dziewiątego kilometra można chwilę odpocząć na przeszło 400-metrowym zjeździe w kierunku potoków Ruisseau de Sallanches i Ruisseau de la Chira.

Droga po raz pierwszy ociera się tu o Parc National de la Vanoise, po czym definitywnie wkracza na jego teren na wysokości 2050 metrów n.p.m., gdy mamy już przejechane 9,6 kilometra. To najstarszy i bodaj najsłynniejszy z francuskich Parków Narodowych. Został utworzony w 1963 roku i ma powierzchnię 528 km2. Na wschodzie sąsiaduje z włoskim Parco Nazionale del Gran Paradiso również położonym w Alpach Graickich. Razem tworzą one największy alpejski obszar chroniony, o łącznej powierzchni blisko 1240 km2. Najwyższym szczytem na terenie tego francuskiego parku jest Grande Casse (3855 metrów n.p.m.), zaś jego symbolem Koziorożec alpejski. Ostatnie kilometry wspinaczki wiodą w terenie odsłoniętym pośród hal, a czasem swego rodzaju tunelami między skałami. Na przełomie dwunastego i trzynastego kilometra mija się zabudowania osady pasterskiej, wciąż używane w sezonie letnim. Po przejechaniu 13,2 kilometra na wysokości 2307 metrów n.p.m. znajdujemy obszerny Parking du Bellecombe. Na nim kończy się wszelki ruch zmotoryzowany. Niemniej szosa biegnie znacznie dalej i początkowo także nieco wyżej. Do kresu wspinaczki brakuje jeszcze kilometra. Najpierw trzeba pokonać ostatnie dwa z piętnastu serpentyn na tej górze. Potem droga stopniowo zbliża się do potoku Ruisseau de la Chaviere. Podjazd kończy się na zakręcie w lewo tuż przed jeziorkiem, które dało nazwę tej pięknej okolicy. Tymczasem górska szosa, która nas tu przywiodła ciągnie się przez sześć dalszych kilometrów. Początkowo na północny-wschód, potem skręca na zachód. Zrazu po płaskim terenie, a następnie zdecydowanie w dół. Po drodze zajść można do schronisk: Plan du Lac, Plum Fine lub też Entre Deux Eaux. Utwardzona droga kończy się na wysokości 2030 metrów n.p.m., tam gdzie dwa górskie strumyki tworzą potok Doron de Termignon. Podjazd na Plac du Lac spełnia wszelkie kryteria premii górskiej najwyższej kategorii. Na parkingu Bellecombe jest dość miejsca na zorganizowanie finiszu górskiego etapu Tour de l’Avenir czy Criterum du Dauphine. Niemniej ze względów ekologicznych zapewne nigdy nie zawita tu żaden wyścig kolarski. Niewątpliwie jednak ta meta przecudnej urody jest godna polecenia wszystkim amatorom kolarstwa jak i fanom górskiej przyrody.

AKCJA

W ostatnim dniu naszego pobytu w Sabaudii zrobiliśmy sobie najdłuższą wycieczkę. Udaliśmy się na wschodni kraniec Valle de la Maurienne aby zwiedzić najwyżej położone tereny owej doliny. Samochodowy dojazd do Lanslebourga zabrać nam miał około godzinę i 40 minut. Naszą bazę w Les Emptes od owego miasteczka dzieliło bowiem aż 137 kilometrów. Na szczęście większość tego dystansu mogliśmy pokonać szybkimi drogami N90 i A43, po czym dopiero za Modane wskoczyliśmy na nieco wolniejszą regionalną szosę D1006. W tak długą podróż autem zabraliśmy się we czterech. Darka nie było co namawiać na tak czasochłonny wypad. Nasz kolega miał już zresztą swój własny pomysł na ostatni etap tej wyprawy. Otóż podjechał samochodem do Aime. Po czym na górskiej trasie do Beaufort i z powrotem dwukrotnie wjechał na Cormet d’Areches (2108 m. n.p.m). Najpierw od południowej i następnie od północnej strony. Za każdym razem pokonał w pionie około 1400 metrów. Do tego jeszcze w końcówkach obu wspinaczek musiał poradzić z niełatwą szutrową nawierzchnią. Wyczyn godny uznania, acz ja już nie takie „duble” w wykonaniu Darka widziałem. Wystarczy, że wspomnę sobie podwójną Faunierę lub Nivolet z Diga di Teleccio na wyprawie do Piemontu z września 2015 roku. Czy też andorański hat-trick w postaci podwójnej Galliny oraz jednej Rabassy (mimo wcześniejszego defektu) z czerwca 2016 roku. Nasz kwartet nie miał aż tak ambitnych celów na piątek. Niemniej i nasza wycieczka zapowiadała się bardzo ciekawie. Piotr z Tomkiem mieli zaliczyć Col de l’Iseran (2770 m. n.p.m.) na 32-kilometrowym szlaku z Lanslebourga czyli po drodze z wjazdem na małą Col de la Madeleine (1746 m. n.p.m.). Ich celem była zatem najwyższa drogowa przełęcz Sabaudii, Francji jak i całej Europy. Bowiem jakby nie patrzeć nieco wyższe Cime de la Bonette i Rettenbachferner oraz niebotyczna Pico del Veleta z różnych względów nie podpadają pod definicję przełęczy. Ja i Romek mieliśmy już tą przełęcz w swej kolekcji. Od północy wjechałem na nią w 2005 roku, zaś od południa osiem lat później na jedenastym etapie Route des Grandes Alpes. Przy tej drugiej okazji zaliczył ją również Romano.

Dlatego dla nas przewidziałem podjazd na Plan du Lac (2362 m. n.p.m.) będący trzecim najwyższym wzniesieniem kolarskim w Sabaudii. To znaczy ustępujący wysokością tylko wjazdom na wspomniany Iseran oraz Col du Galibier (2642 m. n.p.m.). Następnie po powrocie do Lanslebourga mieliśmy jeszcze skoczyć na Col du Mont-Cenis (2081 m. n.p.m.) co wydawało się wykonalne zważywszy, że od francuskiej strony to ledwie 9,9 kilometra podjazdu o średnim nachyleniu 6,9%. Wybierając się 16 czerwca do Doliny Maurienne musieliśmy mieć na uwadze, iż przez niemal całą jej długość przeleci tego dnia peleton 19. Tour de Savoie-Mont Blanc. Po czwartkowym finiszu w Aussois, start do drugiego etapu tej imprezy wyznaczono właśnie w Lanslebourgu. Stwierdziliśmy, iż skoro i tak spotkamy ten wyścig na swej drodze to warto pośpieszyć się na tyle by dojechać do wspomnianego miasteczka przed wystrzałem startera. Dzięki temu moglibyśmy zobaczyć na starcie honorowym przyszłe gwiazdy zawodowego peletonu. Dojechaliśmy zatem na miejsce około południa. Samochód zaparkowaliśmy za mostem nad rzeką L’Arc. Na poboczu drogi D1006, dosłownie na pierwszych metrach podjazdu pod przełęcz Mont-Cenis. Zanim przebraliśmy się w kolarskie stroje, zeszliśmy „po cywilnemu” do centrum by zobaczyć młodych asów. Tomkowi zwróciłem uwagę na Egana Bernala z ekipy Androni-Giocattoli. Okazało się, że miałem nosa. Dzień wcześniej ten wielce utalentowany Kolumbijczyk poniósł pewne straty względem zwycięskich Belgów. Niemniej na piątkowej mecie w Cluses cieszył się już z pierwszego zwycięstwa etapowego, zaś dzień później po wygranej czasówce na podjeździe do stacji Valmeinier praktycznie rozstrzygnął wyścig na swą korzyść. Jedynym Polakiem uczestniczącym w tej imprezie był Przemysław Kasperkiewicz, który jednak nie dojechał do mety w Moutiers. W tym miejscu warto wspomnieć, że 12 lat wcześniej trzecie miejsce w generalce sabaudzkiego Touru zajął 19-letni wówczas Paweł Cieślik, który to od sezonu 2018 ma reprezentować zespół CCC Sprandi.

Gdy kolorowy peleton ruszył w stronę Cluses miasteczko szybko ucichło i opustoszało. Przyszykowaliśmy się do jazdy i godzinie 12:42 niemal równocześnie rozjechaliśmy się w dwie przeciwne strony. Piotr z Tomkiem na wschód, zaś ja z Romkiem na zachód do Termignon. Zakładałem, że ten około 6-kilometrowy dojazd będzie przyjemną rozgrzewką. Niestety tego dnia na terenie Haute Maurienne bardzo mocno wiało. Z naszego punktu widzenia niekorzystnie, bo w górę doliny. Tym samym nasi koledzy musieli mieć niezły wicher w plecy na pierwszych kilometrach swej eskapady. My nie chcąc się męczyć przed czekającą nas wspinaczką nawet nie próbowaliśmy walczyć z tym żywiołem. Na pierwszych pięciu kilometrach kręciliśmy w tempie około 21,5 km/h. Średnia wzrosła dopiero na ponad kilometrowym zjeździe do Termignon. Zatrzymaliśmy się  na głównej ulicy pomiędzy budynkami merostwa i lokalnej poczty. Pod górę wystartowaliśmy o godzinie 12:59 przyjmując za punkt startu początek długiej prostej na wylocie z tej miejscowości. W tym samym czasie od strony Modane nadjechało kilku cykloturystów. Niemniej wszyscy oni kilkaset metrów dalej skręcili w prawo czyli jak można było przypuszczać zdążali na Iseran, względnie Mont-Cenis. Romek ruszył bardzo spokojnie. Ja początkowo dostosowałem się do jego tempa. Liczyłem na to, że po kilku minutach spokojnej rozgrzewki zaczniemy kręcić mocniej. Niestety okazało się, że dla mojego kompana wolna końcówka na Lac de Pramol nie była chwilowym kryzysem, lecz objawem przemęczenia po całej serii wspinaczek. Romano na Plan du Lac też również jechał „na rezerwie”. Z jednej strony zaskoczył mnie in minus, bowiem raczej siebie podejrzewałbym o podatność na taki kryzys. Tym bardziej, że dla mnie był to już szesnasty dzień wyprawy, zaś dla niego „tylko” dwunasty. Z drugiej strony zaimponował mi siłą charakteru. Mimo, iż gonił resztkami sił nie odpuścił i zaliczył jeszcze te dwa ostatnie wzniesienia z gatunku HC. W tym miejscu pozwolę sobie na kulinarny żarcik dla wtajemniczonych. Poranne omlety szefa kuchni okazały się paliwem wystarczającym na 10 dni. Przed kolejną 12-dniową wyprawą (tym razem do włoskiego regionu Veneto) trzeba będzie dopracować ich recepturę 😉

Romano lojalnie dał mi znać, iż tego dnia nie będzie w stanie zmusić się do większego wysiłku. Zatem w połowie drugiego kilometra ruszyłem żwawiej do przodu. Dolna część podjazdu okazała się jednak na tyle wymagająca, iż przez kolejne siedem kilometrów jechałem ze średnią prędkością nieco ponad 11 km/h. Od początku trzeciego do połowy dziesiątego kilometra szosy biegła na ogół w cieniu lasu. Niemniej słońce potrafiło się przedrzeć przez tą osłonę. Mimo sporej wysokości było tu ciepło. Na starcie mieliśmy 31 stopni, zaś w dolnej fazie wspinaczki minimum 26. Dopiero na płaskowyżu temperatura spadła do 20 stopni. Las definitywnie skończył się wraz z wjazdem na teren Parku Narodowego. Górny fragment tej wspinaczki okazał się nieco łatwiejszy, bo z nachyleniem na poziomie około 7%. Odcinek o długości 5,3 kilometra zaczynający się po 9 kilometrach od startu przejechałem ze średnią prędkością 13 km/h. Na wysokości dawnej osady pasterskiej pasły się stada krów. Niebo było błękitne. Wiatr specjalnie nie dokuczał. Ruch samochodowy umiarkowany. Krajobraz momentami sielankowy. Innym razem typowo górski: spora przestrzeń oraz wysokie, przyprószone śniegiem szczyty. Gdy dojechałem do parkingu Bellecombe cieszyłem, że szosa równie dobrej jakości biegnie również na płaskowyż. Jeszcze kilka minut wysiłku i byłem u kresu wspinaczki. Na stravie najdłuższy segment to 12,4 kilometra pomiędzy zjazdem z drogi D1006 a parkingiem Bellecombe. Pokonałem go w 1h 01:59 (avs. 12,1 km/h z VAM 920 m/h), zaś Romano wykręcił na nim czas netto 1h 16:29.   Cel naszej wspinaczki czyli Plan du Lac bardzo mi się spodobał. Do pewnego stopnia przypomina włoskie Campo Imperatore ze środkowych Apenin. Gdy dotarłem na szczyt przejechałem sobie jeszcze 1200 metrów po płaskim terenie zanim zawróciłem. Chętnie pojechałbym dalej, ale nie wiedziałem ile straci do mnie Romek, a nie chciałem byśmy się szukali na tak obszernym terenie. Podjechałem zatem do ostatniego zakrętu na podjeździe, aby zobaczyć zobaczyć kolegę na finałowym odcinku powyżej wspomnianego parkingu. Potem razem zrobiliśmy sobie piknik nad miejscowym jeziorkiem. Romano w swoim stylu postanowił sprawdzić temperaturę wody na własnej skórze. Wokół gwizdały świstaki, zaś na pobliskim zboczu góry młodsze osobniki toczyły zapaśnicze pojedynki.

Niespecjalnie chciało mi się ruszać z tego zjawiskowego miejsca. Podziwialiśmy wysokogórską faunę i florę przed dobre 20 minut. Jednak w swych planach mieliśmy jeszcze wjazd na Col du Mont-Cenis. Dlatego kilka minut przed piętnastą zaczęliśmy w końcu powolny odwrót w stronę Lanslebourga. Do naszego samochodu zajechaliśmy o godzinie 15:55. Wkrótce dowiedzieliśmy się jednak, że Pedro i Tommy są już na zjeździe z Iseran. Nam wcześniej planowana wyprawa na Mont-Cenis z pewnością zabrałaby przeszło godzinę. Tymczasem Romano był już wykończony. Ja również nie paliłem się do kolejnej wspinaczki. Co najmniej z dwóch względów. Po pierwsze gdybym sam wybrał się na przełęcz to koledzy musieliby czekać na mój powrót przynajmniej pół godziny. Po drugie zdobyłem już to wzniesienie cztery lata wcześniej od znacznie trudniejszej włoskiej strony. Ostatecznie mogłem więc odżałować sobie tą wycieczkę, zaś zyskany czas wolny przeznaczyć na zakupy spożywczo-upominkowe dla siebie i rodziny. Tym samym moje sabaudzkie konto zamknęło się na liczbie 30 wzniesień. Tego dnia przejechałem zatem tylko 43 kilometry z przewyższeniem 1247 metrów. Natomiast w trakcie wszystkich 16 dni przejechałem niemal 1000 kilometrów pokonując przeszło 33 tysiące metrów w pionie. Nie wszystkie przedwyjazdowe plany udało mi się zrealizować. Spośród ostatecznie pominiętych wzniesień najbardziej żal mi tych najtrudniejszych czyli Chalet de l’Ebaudiaz i Croix de Dormiaz. Niemniej to dodatkowy powód by kiedyś wrócić do Sabaudii. W piątkowe popołudnie nie wiedziałem też jeszcze, że to nie koniec moich przygód na tej wyprawie. Awaria Fiata Scudo pod Genewą wydłużyła mój i Tomka powrót do kraju o przeszło dobę. Zamiast w niedzielny poranek autem dotarliśmy do Gdańska autokarem linii Sindbad w poniedziałkowe popołudnie. Dario miał jeszcze gorzej. Po zawezwaniu znajomego mechanika z nową turbiną na Ojczyzny łono dotarł dopiero we wtorkowy wieczór. Bez dwóch zdań ten feralny transfer do Trójmiasta zmęczył nas bardziej niż najtrudniejsze z rowerowych etapów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1039859357

http://veloviewer.com/activities/1039859357

ZDJĘCIA

20170616_001

FILMY

MAH03062

MAH03064

MAH03097

MAH03101

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Plan du Lac została wyłączona

Lac de Pramol

Autor: admin o 15. czerwca 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1728 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1138 metrów

Długość: 14,5 kilometra

Średnie nachylenie: 7,8 %

Maksymalne nachylenie: 10,6 %

PROFIL

SCENA

Początek na drodze D81 na wschodnim skraju wioski Les Resses (Sabaudia). Od centrum Villargondran to miejsce oddalone jest o niespełna trzy kilometry, zaś od najbliższego miasta czyli Saint-Jean-de-la-Maurienne nieco ponad pięć. Wspinaczkę tą można też zacząć z mostu na rzece L’Arc w pobliżu zakładów metalurgicznych FerroPem czyli z poziomu około 640 metrów n.p.m. Niemniej wówczas pierwszy kilometr z małym hakiem trzeba przejechać po szosie D81a. Oba szlaki schodzą się we wsi Le Bochet na wysokości 700 metrów n.p.m. Z naszej perspektywy ten łącznik znajdował się po przejechaniu 1,6 kilometra. Podjazd do jeziora Pramol jest nieco bardziej wymagający niż może to sugerować profil zaczerpnięty z „archivio salite”. Każdy z trzynastu kilometrów powyżej wspomnianej miejscowości Le Bochet trzyma na poziomie co najmniej 7,4%. Góra jest stosunkowo stroma, ale przynajmniej równa. Dwa najtrudniejsze kilometry znajdują się jeszcze przed półmetkiem wspinaczki i mają średnio 8,8%. Na całym podjeździe mamy 16 serpentyn. Największą miejscowością w drodze na szczyt jest Montricher-Albanne (7,9 km). To wieś gminna zamieszkana przez niespełna 480 osób, lecz mogąca się pochwalić na francuskiej wersji wikipedii rozbudowanym wpisem godnym niemałego miasta. Górną część wspinaczki do Lac de Pramol można pokonać na dwa sposoby. Otóż niespełna kilometr za Montricher. To znaczy w miejscu oddalonym 8,7 kilometra od naszego startu droga D81 skręca w lewo i biegnie w kierunku Col d’Albanne (1657 m. n.p.m.). Następnie nieznacznie opada ku stacji narciarskiej Albanne i w końcu łagodnie podjeżdża do wspomnianego jeziorka od strony południowej.

My postanowiliśmy się trzymać trudniejszej wersji owego wzniesienia. Jest to tzw. szlak północny prowadzący przez nieco większy od Albanne ośrodek sportów zimowych Les Karellis. Nazwie budzącej skojarzenia z zimnym pograniczem fińsko-rosyjskim. Zbieżność zapewne przypadkowa, acz w stacji tej są dwa ośrodki wypoczynkowe o wschodniosłowiańskich szyldach tzn. Azureva i Odesia. Les Karellis to stacja otwarta w grudniu 1975 roku. Położona jest na wysokości od 1550 do 1620 metrów n.p.m. W sezonie zimowym dla amatorów białego szaleństwa oferuje 28 tras zjazdowych o łącznej długości 60 kilometrów, a także 30 kilometrów szlaków przeznaczonych dla fanów biegów narciarskich. Maksymalna wysokość, z której można zjechać na nartach w tym ośrodku to 2495 metrów n.p.m. Nasz podjazd nie kończy się jednak w tej stacji. Po dojechaniu do centrum ośrodka należy kontynuować wspinaczkę w kierunku dolnej stacji wyciągu Vinouve. Potem trzeba zaś odbić w lewo na drogę położoną już na terenie Leśnictwa Valloire. To znak, że lotem ptaka niewielki dystans dzieli nas stąd od słynnej w świecie kolarskim wioski między przełęczami Telegraphe i Galibier. Ostatnie półtora kilometra na dojeździe do Lac Pramol prowadzi więc po węższym i bardziej zacienionym szlaku. Kres owej wspinaczki znajduje się przed niewielkim jeziorkiem (wielkości stawu), użytkowanym przez lokalne towarzystwo wędkarskie. Szosa skręca tu w lewo i objeżdża ów akwen kierując się do wspomnianej już stacji Albanne. Natomiast po prawej stronie jeziorka startuje gruntowa dróżka prowadząca w jeszcze wyższe partie okolicznych gór. Podjazd do Lac de Pramol czy choćby Les Karellis nie zapisał się jak dotąd w annałach, któregoś z ważnych wyścigów etapowych. Górski finał nad samym jeziorem trudno sobie wyobrazić. Tym niemniej wspomniana stacja byłaby w stanie ugościć finisz poważnych zawodów. Przy tym dojazd do niej gwarantowałby kolarskim asom wyzwanie większe niż pobliskie wspinaczki do stacji: Valfrejus, Valmeinier czy wielce popularnej ostatnimi czasy La Toussuire.

AKCJA

Po zjechaniu z Col du Mollard do Villargondran zastanawialiśmy się czy w ogóle warto ruszać samochód z miejsca naszego postoju. Ostatecznie uznaliśmy jednak, iż rozpoznanie terenu zrobimy autem. Dojechaliśmy do drogi D81 i ruszyliśmy na południe w kierunku wioski Les Resses. Zatrzymaliśmy się po przejechaniu ledwie półtora kilometra, jeszcze na płaskim odcinku szosy biegnącym równolegle do kolejowej Ligne de la Maurienne. Tomek postanowił zrezygnować z drugiej czwartkowej wspinaczki. Dla niego tak jak i dla mnie był to już piętnasty dzień mocowania się z sabaudzkimi Alpami. Mimo lekkiej kontuzji kolana i słabszej niż w 2014 czy 2015 roku kondycji do tego momentu zaliczył już 22 premie górskie. Odrobinę pozostałej mu jeszcze energii wolał zaoszczędzić na piątek, kiedy to wraz z Piotrem miał się wyprawić na „niebotyczną” Col de l’Iseran. Tym samym na podjeździe do Lac de Pramol mogłem liczyć tylko na towarzystwo Romka. Wystartowaliśmy kwadrans po piętnastej przy temperaturze 34 stopni. Znów niebiosa nas nie oszczędzały. Już na pierwszej ściance o długości 700 metrów trzeba było się nieco wysilić, bowiem nachylenie sięgnęło tu 10,6%. Potem na pół kilometra podjazd znacznie złagodniał, po czym na dojeździe do Le Bochet stromizna znów wróciła do dwucyfrowego wymiaru. Tym razem licznik pokazał mi 10,4%. Po przejechaniu 1600 metrów nasz szlak połączył się z biegnącą ze wschodu szosą D81a. Powyżej wspomnianej wioski wjechaliśmy w teren zalesiony, lecz zielone tło nie dało nam żadnej osłony przed słońcem. Betonowe mury wybudowane wzdłuż szosy przypominały mi nieco „piekarnik” na dolnym odcinku podjazdu pod słynną L’Alpe d’Huez. Nachylenie też prawie się zgadzało, acz po raz trzeci wyskoczyło ponad 10% dopiero w połowie piątego kilometra. Jechaliśmy zgodnie z prędkością około 12 km/h. Zmęczeni tak pierwszym wzniesieniem jak i kolejnymi godzinami w ponad 30-stopniowym upale. Cel mieliśmy jeden. Zaliczyć kolejny podjazd najwyższej kategorii w tempie takim na jakie będzie nas stać. Do połowy czwartego kilometra miewaliśmy jeszcze widok na porzuconą w dole Dolinę Maurienne. Kolejne setki metrów i serpentyny przenosiły nas na coraz wyższy poziom.

Po przebyciu 7,7 kilometra dotarliśmy do położonego na wysokości około 1200 metrów n.p.m. Montricher. Według stravy 6-kilometrowy segment z przewyższeniem 500 metrów na odcinku między Le Bochet a Montricher pokonaliśmy w 29:54 (avs. 12,1 km/h z VAM 1003 m/h). Kilometr dalej na zakręcie jedenastym zawinęliśmy się w prawo, zgodnie z planem wybierając drogę D81b. Niestety Romkowi tym razem sił starczyło jedynie na 9 kilometrów. Ja postanowiłem jechać dalej w dotychczasowym tempie. O tym jak strome będą kolejne kilometry informowały mnie charakterystyczne biało-żółte kamienie przydrożne. Pod koniec dwunastego kilometra, tuż po minięciu czternastego wirażu wjechałem na teren stacji Les Karellis. Nie wiedziałem jak bardzo osłabł Romek. Postanowiłem na niego zaczekać na dużym parkingu w dolnej części owego ośrodka. Zatrzymałem się zatem po przejechaniu 12,3 kilometra. Minęła minuta, dwie i trzy, a po koledze ani śladu. Okazało się, że tym razem całkiem mocno odcięło mu prąd. Na nieco ponad trzech kilometrach stracił do mnie blisko 7 minut. Strava notuje wyniki na segmencie Le Bochet – Les Karellis o długości 10,2 kilometra. Ja miałem na nim czas 50:53 (avs. 12,2 km/h z VAM 980 m/h), zaś Romano już 57:37 (avs. 10,7 km/h). Kolejne czterysta metrów do centrum stacji pokonaliśmy razem w bardzo spokojnym tempie. Tu zapytałem swego kolegę czy da radę dojechać do Lac de Pramol. Mimo wyraźnego kryzysu nie złamał się. Odrzekł, że poradzi sobie, ale żebym się na niego nie oglądał. Tym samym finałowy leśny odcinek pokonaliśmy osobno. Ja końcowe 1,5 kilometra przejechałem w 7:16 (avs. 12,4 km/h z VAM 942 m/h) czyli z grubsza trzymałem swój rytm jazdy. Romano wjechał to „na oparach” w niespełna 10 minut. Nagrodą był sielankowy widok na mecie wspinaczki. Mogliśmy też schłodzić nogi w jeziorku pełnym ciekawskich rybek. Miejsce to wydało nam się bardzo przyjemne, więc spędziliśmy tam przeszło 20 minut. Dopiero równo o siedemnastej rozpoczęliśmy zjazd do strzeżonego przez Tomka samochodu. Swój piętnasty etap zakończyłem po przejechaniu 68,5 kilometra z łącznym przewyższeniem 2192 metrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1038331774

http://veloviewer.com/activities/1038331774

ZDJĘCIA

20170615_061

FILM

MAH02994

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Lac de Pramol została wyłączona

Col du Mollard

Autor: admin o 15. czerwca 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1630 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1088 metrów

Długość: 19,4 kilometra

Średnie nachylenie: 5,6 %

Maksymalne nachylenie: 9,2 %

PROFIL

SCENA

Początek na drodze D81 poniżej wsi Villargondran (Sabaudia). To miejscowość położona ledwie 3,5 kilometra na południowy-wschód od Saint-Jean-de-Maurienne. Leży na lewym brzegu L’Arc i zarazem na południe od autostrady A43 i kolejowej trasy Ligne de la Maurienne. Według danych z 2015 roku mieszka tu około 870 osób. Trzeba przyznać, że gmina ta jest bardzo zadbana. Zatem nie bez racji przed paroma laty otrzymała trzy kwiatki w 4-stopniowej skali ogólnokrajowego konkursu „Villes et Villages Fleuris”. Przez wieś biegnie regionalna droga D80, po której niemal w całości prowadził nasz podjazd pod Col du Mollard. Trzeba jednak zastrzec, że na przełęcz tą prowadzą trzy równie ciekawe szlaki. Każdy z nich zmusza do pokonania w pionie przeszło tysiąca metrów. Wszystkie zaczynają się w dolinie Maurienne, lecz tylko dwa docierają na przełęcz od strony północnej. Dwie ścieżki czyli wedle nomenklatury rodem z „cyclingcols”: południowa i północno-zachodnia zaczynają się w tym samym miejscu, bo na ulicach miasta św. Jana Chrzciciela. Tym niemniej rozstają się już po przebyciu 400 metrów czyli na rondzie reklamującym noże firmy Opinel. Szlak południowy prowadzi zasadniczo po drodze D926 i przez pierwsze 15 kilometrów jest zbieżny z północno-wschodnią wspinaczką na słynną Col de la Croix de Fer. Dopiero na wysokości 1230 metrów n.p.m. w pobliżu osady Belleville trzeba odbić w lewo czyli wjechać na szosę D80. Kolejne 6 kilometrów wspinaczki doprowadzi nas na przełęcz Mollard, acz strony południowej. Z kolei ścieżka północno-zachodnia przez niemal całą długość owego podjazdu pozostaje wierna drodze D110. Szosa ta początkowo biegnie wzdłuż potoku L’Arvan, po czym skręca na wschód w kierunku wioski Albiez-Montriond, gdzie łączy się z północno-wschodnim szlakiem na Col du Mollard. To znaczy tym zaczynającym się poniżej Villargondran. Wspólny dla obu podjazdów finałowy odcinek o długości 1600 metrów prowadzi już po szosie D80.

Północno-wschodnia wspinaczka na przełęcz Mollard ma nieco większe przewyższenie od wariantów podjazdu zaczynających się w Saint-Jean-de-Maurienne. Niemniej różnica to raptem 21 metrów. W skali przeszło tysiąca metrów to „zwycięstwo” o włos. Mimo to uchodzi ono za najłatwiejsze z całej trójki. Zapewne dla tego, że jest najbardziej regularne. Tylko jeden kilometrowy odcinek ma tu średnie nachylenie powyżej 8%. Ostatnie 1000 metrów ma przeciętną 8,1%. Większość tego typu odcinków trzyma na poziomie od 6 do 7,5%. Podjazd ten jest za to niewątpliwie jednym z najbardziej zakręconych we francuskich Alpach. Myślałem, że nic nie może dorównać serpentynom na mglistej Col de l’Arpettaz, a jednak myliłem się. Od wjazdu na drogę D80 do poziomu wioski Albiez-le-Jeune (1370 metrów n.p.m.) naliczyłem 47 wiraży, z czego aż 36 na niespełna 8-kilometrowym odcinku między początkiem piątego a końcem dwunastego kilometra wspinaczki! Niestety tej karuzeli kibice Tour de France jeszcze nie oglądali. Co prawda na Col du Mollard „Wielka Pętla” wjechała już trzy razy tzn. w latach 2006, 2012 i 2015, na etapach prowadzących do mety w stacji La Toussuire. Premię górską wygrywali tu: Duńczyk Michael Rasmussen i dwukrotnie Francuz Pierre Rolland. Niemniej na przełęcz tą zawsze wjeżdżano od strony południowej, po ledwie 6-kilometrowej wspinaczce prosto po górnej fazie zjazdu z przełęczy Żelaznego Krzyża. Z kolei zjazd do Saint-Jean-de-Maurienne prowadził po mniej skomplikowanej i krótszej drodze D110. Tym niemniej oba północne podjazdy na Mollard zostały w ostatnich latach przetestowane na Tour de l’Avenir. Nasza wspinaczka od Villargondran po drodze D80 została pzejechana w początkowej fazie ostatniego etapu tej imprezy z roku 2014. Natomiast wjazd drogą D110, acz jedynie do poziomu wsi Albiez-Montrond (1520 m. n.p.m.), z kolei na finałowych kilometrach „Touru Przyszłości” z roku 2017. Sukces święcili tu dwaj zawodnicy, którzy od sezonu 2018 jeździć będą w Team Sky. Etap w pięknym stylu wygrał urodzony we Włoszech i wychowany we Francji Rosjanin Paweł Siwakow. Z kolei Kolumbijczyk Egan Bernal kontrolował poczynania swych najgroźniejszych rywali i finiszował tego dnia czwarty, zapewniając sobie generalne zwycięstwo w TdF dla kolarzy do lat 25.

AKCJA

Na czwartą wycieczkę do Vallee de la Maurienne udaliśmy się tylko we trzech. Darek już wcześniej postanowił ograniczyć swe  samochodowe dojazdy do Doliny Tarentaise. Tego dnia udał się jedynie do pobliskiego Moutiers, by z tego miasta podjechać na Col du Pradier. Wzniesienie, które ja z Romanem zaliczyłem sześć dni wcześniej po wspinaczce do Meribel-Mottaret. Jedna premia górska w najbliższej okolicy bazy nie była szczególnie ambitnym wyzwaniem. Niemniej skoro była jedyna to Dario postanowił z nią „pójść na całość”. To znaczy nie zatrzymał się jak my u kresu szosy, lecz przedłużył sobie tą wspinaczkę o dwa szutrowe odcinki. Dotarł na wysokość około 1820 metrów n.p.m. Dzięki temu zyskałem kilka ciekawych zdjęć ze strefy „off-road” na tej górze. Z kolei Piotr w czwartek chciał odpocząć przed ostatnim etapem naszej wyprawy. W trakcie pierwszych 10 dni swego pobytu w Sabaudii zdołał pokonać dziesięć podjazdów pierwszej bądź najwyższej kategorii, w tym takie giganty jak: Val Thorens, Madeleine, Croix de Fer czy Galibier. W jego programie przysłowiową „truskawką na torcie” miała być piątkowa wspinaczka na Col de l’Iseran (2770 m. n.p.m.). To znaczy na najwyższą drogową przełęcz Francji jak i całej Europy. Niemniej jak sam stwierdził kolarstwo nie zapomniało o nim. Gdy około południa w poszukiwaniu bagietki zjechał rowerem w rejon Aigueblanche trafił na młody peleton szykujący się do walki na pierwszym etapie Tour de Savoie-Mont Blanc. Pierwszy etap tej imprezy startował w tym roku z La Lechere, gdzie wyznaczono start honorowy. Prawdziwe ściganie miało się zacząć po starcie ostrym w Moutiers. Kolarze mieli pojechać najpierw wschód, a potem skręcić na południe by sforsować wspomnianą przełęcz Iseran. Metę pierwszego odcinka przygotowano w stacji Aussois ponad Modane. Gdy w trakcie pobytu w Les Emptes poznałem program tego wyścigu musiałem dokonać korekt w naszym planie zajęć. Początkowo założyłem sobie wyjazd na Col du Mollard i Lac de Pramol w środę 14 czerwca, zaś wypad na Plan d’Amont i Valfrejus dzień później. Nie chcąc się znaleźć na „kursie kolizyjnym” z sabaudzkim Tourem musiałem dokonać roszady w swym kalendarzu.

Tym samym górskie okolice Modane obejrzałem sobie w środę, zaś nazajutrz przyszła pora m.in. na Col du Mollard. Przełęcz, która bywa używana na Tour de France, acz na razie w niepełnym swym wymiarze. Za sterami Renault Traffica zasiadł Romano, zaś na pokład oprócz mnie wsiadł Tomek. Czekała nas przeszło 90-kilometrowa, acz dość szybka wycieczka w rejon Saint-Jean-de-Maurienne. Przejazd drogami N90 i A43 poszedł jak zwykle sprawnie. Niemniej końcówka owego transferu nieco nam się wydłużyła, po tym jak pierwszy znaleziony przejazd pod torami kolejowymi okazał się „na oko” zbyt niski dla naszego auta. Trzeba było pojechać parę kilometrów dalej na wschód by przeskoczyć na południową stronę Ligne de la Maurienne w okolicy miasteczka Saint-Julien-Mont-Denis. Tym samym do Villargondran dojechaliśmy od wschodu drogą D81. Na miejscu zaparkowaliśmy na pustym i zacienionym parkingu przed miejscową salą gimnastyczną. Do podnóża naszego pierwszego podjazdu musieliśmy zjechać kilkaset metrów. Wystartowaliśmy o godzinie 11:54 z równoległej względem linii kolejowej szosy D81. Jednak już po przejechaniu 600 metrów, wskoczyliśmy na drogę D80, której trzymać mieliśmy się do samego końca owej wspinaczki. Zacząłem jak mi się wydawało dość spokojnie, lecz szybko zostałem sam na prowadzeniu. Dlatego na pierwszym rondzie zrobiłem kółeczko by koledzy do mnie dojechali. Obaj byli jednak nieskorzy do żwawej jazdy od samego dołu, więc od drugiego kilometra znów jechałem sam. Trzeba od razu dodać, że sytuacja pogodowa w Sabaudii po deszczu ze środowego popołudnia szybko wrócił do gorącej normy. Tu na starcie mieliśmy 32 stopni. Na podjeździe temperatura sięgnęła maximum 34, potem spadła do 25, by na ostatnich kilometrach znów wzrastać aż do 30 stopni na samej przełęczy. Przez pierwsze trzy kilometry trwał przejazd przez Villargondran. Już ten odcinek był dość kręty, bowiem do wyjazdu ze wsi pokonaliśmy osiem serpentyn. Pod koniec czwartego kilometra minąłem punkt widokowy na dolinę Maurienne.

Niebawem okolica stała się bardziej zalesiona, zaś droga zaczęła się wić co chwila zmieniając kierunek. Tak na piątym jak i szóstym kilometrze trzeba było pokonać sześć serpentyn. Ogółem między wspomnianym punktem widokowym, a leśną osadą Les Villards (6,7 km) minąłem piętnaście wiraży. Na kolejnych pięciu kilometrach ta sama zabawa, która z czasem zaczęła mnie nużyć. Wszystkie serpentyny ciasne i w zasadzie wybijające z rytmu. Wiraże na górskich drogach z reguły są przez mnie mile widziane. Bywa, że dają odrobinę oddechu podczas wspinaczki, szczególnie gdy góra jest sztywna, tak na 8-10% lub więcej. Niemniej tu nachylenie trzymało się na poziomie tylko 6-7%. Jedynie pod koniec siódmego kilometra stromizna przekroczyła 9%. W takim terenie sprawniej jechałoby mi się po dłuższych prostych odcinkach. Tymczasem powyżej Les Villards trzeba było pokonać jeszcze 22 wiraże na dystansie ledwie pięciu kilometrów, w tym aż osiem na kilometrze dziewiątym. Na początku trzynastego kilometra wyjechałem z lasu i po kilkuset kolejnych metrach dotarłem do wsi Albiez-le-Jeune (13 km). Tu nasza droga skręciła w lewo i stała się bardzo nieregularna. Na czternastym kilometrze była niemal płaska, zaś na piętnastym wznosiła się delikatnie. Trudniejszy kilometr trafił się między połową szesnastego i siedemnastego kilometra, po czym sam dojazd do Albiez-Montrond (17,8 km) okazał się stosunkowo łatwy. Pomiędzy tymi wszystkimi fazami wspinaczki nie brakowało krótkich odcinków zjazdu. Jednym słowem trudno było tu złapać dobry rytm jazdy. W centrum Albiez-Montrond trzeba było dwukrotnie skręcić w lewo, by jeszcze przed końcem osiemnastego kilometra zacząć finałowy odcinek o długości półtora kilometra. Ta końcówka jest całkiem solidna. Ostatni kilometr ma średnio 8%, zaś chwilowa stromizna trzy razy sięga na nim 9,2%. Wspinaczkę skończyłem po przejechaniu 19,4 kilometra w czasie 1h 13:27 (avs. 15,9 km/h). Na stravie najdłuższy segment ma 17,6 kilometra i przewyższenie 1015 metrów. Ten odcinek pokonałem w 1h 06:53 (avs. 15,8 km/h z VAM 910 m/h). Romano dojechał do mnie po około 10 minutach. Na przyjazd Tomka poczekaliśmy dobry kwadrans.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1038331740

http://veloviewer.com/activities/1038331740

ZDJĘCIA

20170615_001

FILM

MAH02921

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col du Mollard została wyłączona

Valfrejus

Autor: admin o 14. czerwca 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1960 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 904 metry

Długość: 15,1 kilometra

Średnie nachylenie: 6 %

Maksymalne nachylenie: 11,5 %

PROFIL

SCENA

Podjazd pod Valfrejus podobnie jak wspinaczka do Barrage de Plan d’Amont rozpoczyna się w Modane. Tym samym czuję się zwolniony z „obowiązku” przedstawienia tej miejscowości, jako że zrobiłem to w poprzednim odcinku swych sabaudzkich opowieści. Wspinaczka do kresu szosy w dolinie Frejus zaczyna się w sąsiedztwie supermarketu Casino. Na rondzie ozdobionym kabiną kolejki gondolowej. Miejsce to oddalone jest ledwie 300 metrów od podnóża podjazdu na Plan d’Amont. Tym razem jednak trzeba ruszyć z miasta w kierunku południowym, w stronę masywu Mont-Cenis. Pierwsze dziewięć kilometrów prowadzi do stacji narciarskiej Valfrejus regionalną drogą D216. Natomiast ostatnie sześć biegnie wąską górską ścieżką Route du Seuil, na której momentami brakuje asfaltu. Cały podjazd kończy się przed osobliwą budowlą, którą jest wylot szybu wentylacyjnego obsługującego Tunnel Routier du Frejus. Ten blisko 13-kilometrowy tunel to niestety jedyna przeprawa drogowa z Francji do Włoch w bezpośrednim sąsiedztwie Modane. Graniczna Col du Frejus (2542 m. n.p.m.) jest przełęczą dostępną jedynie dla górskich wędrowców. Na rowerze szosowym nie da się tu wjechać powyżej 2000 metrów. Trzy pierwsze kilometry na szosie D216 są stosunkowo łatwe. Droga prowadzi bardziej w kierunku zachodnim niż południowym. Na tym segmencie nie brak płaskich odcinków, zaś maksymalne nachylenie wynosi tylko 5,7 %. Podjazd staje się solidny dopiero na początku czwartego kilometra za wiaduktem nad autostradą A43. Tu droga skręca na południe i serpentynami wspina się do stacji Valfrejus. Na przestrzeni kolejnych 3500 metrów trzeba pokonać aż dwanaście wiraży. Przez pięć kolejnych kilometrów nachylenie trzyma na średnim poziomie od 6 do 9%. Najtrudniejszy w tej fazie wspinaczki jest kilometr siódmy o średniej 9,1%. Stromizna nieco odpuszcza dopiero na ostatnim kilometrze przed Valfrejus. To ośrodek narciarski otwarty dopiero w 1983 roku czyli stacja narciarska tzw. czwartej generacji. Na jej obszarze znajdują się 23 trasy zjazdowe o łącznej długości 65 kilometrów. Najwyższa startuje ze szczytu Punta Bagna (2737 m. n.p.m.).

Dwukrotnie kończyły się tu etapy Criterium du Dauphine. W sezonie 1987 był to szósty etap Criterium du Dauphine Libere. Ta nazwa wyścigu pochodziła od regionalnego dziennika, który do roku 2009 był tytularnym sponsorem tej alpejskiej etapówki. Odcinek ten wygrał Kolumbijczyk Henry Cardenas. Za nim przyjechali dwaj Francuzi: Charly Mottet ze stratą 40 sekund i Thierry Claveyrolat „spóźniony” o 1:19. Mottet tego dnia odebrał koszulkę lidera Szwajcarowi Erichowi Maechlerowi i dwa dni później po raz pierwszy cieszył się z generalnego zwycięstwa w tej imprezie. Sukces ten powtórzył w latach 1990 i 1992, dzięki czemu jest dziś jednym z pięciu współrekordzistów na liście triumfatorów „Delfinatu”. Z kolei całkiem niedawno, bo w roku 2015 zakończył się tu cały ten wyścig. Metę wyznaczono na wysokości 1553 metrów n.p.m. po pokonaniu podjazdu o długości 8,4 kilometra i średnim nachyleniu 5,7%. Wzniesienie jakkolwiek niewielkie dostarczyło sporo emocji. Chris Froome urwał prowadzącego po siedmiu etapach Amerykanina Tejay’a Van Garderena. Lider ekipy Sky wygrał ostatni etap 67. CdD z zapasem 18 sekund nad trzema najbliższymi rywalami. Drugi był Anglik Simon Yates, trzeci Portugalczyk Rui Alberto Faria da Costa, zaś czwarty pokonany Jankes o niderlandzkich korzeniach. Valfrejus to ostatnie miejsce na tej górze, gdzie można rozstawić finisz tak dużego wyścigu. Ze stacji wyjeżdża się na początku jedenastego kilometra i droga stopniowo ginie w górskiej głuszy. W połowie jedenastego kilometra szlak skręca na wschód w kierunku skrytego pod skałami tunelu. Zanikają ślady ludzkiej cywilizacji, a momentami nawet sama asfaltowa droga. Po przejechaniu 11,8 kilometra mija się jeszcze górny przystanek wyciągu Charmasson, zaś po 12,6 kilometra domostwa w La Seuil. Trzynasty kilometr ma średnio 9%, z max. 11,5% na wysokości wspomnianej osady. Dwa ostatnie, choć nieco łatwiejsze na dobicie proponują chwilowe stromizny po 9,5 i 9%. Droga kończy się przy potoku Ruisseau du Grand Vallon. To miejscówka z widokiem na wspomniany wylot szybu oraz szczyt Pointe du Frejus (2934 m. n.p.m.).

AKCJA

Zjazd z Plan d’Amont skończyliśmy na rondzie z „antycznym” welocypedem. Następnie w centrum Modane zabawiliśmy nieco ponad kwadrans. O czternastej wjechaliśmy na drogę D216 by poznać największe wzniesienie po południowej stronie tego miasta. W dolinie Maurienne wciąż było słonecznie i gorąco. Na starcie mieliśmy temperaturę rzędu 33 stopni, która to na trzecim kilometrze podjazdu wzrosła nawet do 37! Początek wspinaczki okazał się łatwy. Pokonaliśmy dwa pierwsze wiraże i wjechaliśmy na szlak prowadzący równolegle względem wszystkich tutejszych arterii komunikacyjnych. Po prawej stronie mieliśmy rzekę L’Arc i regionalną drogę D1006, zaś po lewej początkowy fragment autostrady A43. Na tym odcinku minęliśmy osobliwy monument o tematyce kolejowej. Składa się on z lokomotywy i wagonu ustawionych na tle oryginalnego wjazdu do Tunnel Ferroviaire du Frejus. Następnie po przebyciu 3,1 kilometra wjechaliśmy na wiadukt nad autostradą. Podjazd z prawdziwego zdarzenia zaczął się dwieście metrów dalej. Droga zaczęła się wić po zalesionym zboczu góry. Od tego miejsca do końca siódmego kilometra musieliśmy zaliczyć tuzin serpentyn. Na tym segmencie wzniesienia jeden wiraż wypadał średnio co 300 metrów. Na początku szóstego kilometra nachylenie po raz pierwszy przekroczyło 10%. Jednak znacznie trudniejszy okazał się kilometr siódmy, na którym stromizna w trzech miejscach była dwucyfrowa i to z max. 11,4%. Przy każdym z zakrętów stała tablica z nazwą wzniesienia, numerem wirażu i aktualną wysokością nad poziom morza. Numeracja zgodna z kolarskimi tradycjami czyli na pierwszej tablicy cyfra najwyższa. Przy niektórych serpentynach, na ogół po wewnętrznej stronie szosy, stały kapliczki. Na siódmym kilometrze wspinaczki wjechaliśmy na bardzo świeży asfalt. Obawiałem się, że przy panującym tu upale zaczniemy się lepić do tej czarnej jak smoła nawierzchni. Przeżyłem już coś takiego podczas wspinaczki na Colle delle Agnello w czerwcu 2008 roku. Na szczęście asfalt nie był aż tak „grząski”. Tym niemniej w powietrzu dało się wyczuć nieprzyjemny zapach.

W drugiej połowie ósmego kilometra minęliśmy dwa ostatnie wiraże przed Valfrejus. Na kilometrze dziewiątym nachylenie wyraźnie odpuściło, zaś po wjeździe do stacji przez sześćset metrów jechaliśmy po zupełnie płaskim terenie. Dojazd do tego ośrodka narciarskiego zabrał nam około 36 minut. Według stravy wymagający segment o długości 5,4 kilometra i średniej 6,8% przejechaliśmy w 23:49 (avs. 13,8 km/h z VAM 934 m/h). Liderem jest tu Romain Bardet, który podczas wspomnianego etapu ósmego CdD 2015 był szósty i przejechał ten odcinek w 13:47 (avs. 23,8 km/h). Niewidoczny dla wspomnianego programu Chris Froome był szybszy od Francuza o 28 sekund. Powyżej stacji szosa stała się węższa, gorsza jakościowo i na ogół bardziej stroma. Pierwszy trudniejszy odcinek liczył sobie 1300 metrów i skończył się po przejechaniu 10,7 kilometra. Tam gdzie droga stawała się żwirowa jechało mi się trudniej i z trudem utrzymywałem koło Romkowi. Na przełomie jedenastego i dwunastego kilometra przemknęliśmy przez ostatni łatwy odcinek. Na dwunastym nachylenie było umiarkowane, lecz w połowie trzynastego stromizna poszybowała do poziomu 11,5%. Na ostatnich trzech kilometrach co jakiś czas zmienialiśmy się na prowadzeniu co wyglądało jak „przeciąganie liny”. Ostatecznie odjechałem Romanowi na kilkanaście sekund. Niestety nie mogliśmy dojechać do samego końca szosy. Zabrakło nam 250, może 300 metrów. Pozostały do szybu odcinek drogi został przysypany kamieniami i gałęziami, co skutecznie zniechęciło nas do dalszej jazdy. Na stravie stworzono segment obejmujący niemal cały ten podjazd. Zmierzono wyniki ledwie 16 śmiałków na dystansie 14,7 kilometra. Przejechałem ten sektor w 1h 00:34 (avs. 14,6 km/h ze skromnym VAM 824 m/h). Romano wykręcił tu czas netto 1h o0:50. Liderem jest tu inny Romek, a mianowicie Romain Hardy z ekipy Fortuneo, który dosłownie trzy dni wcześniej pokonał całą górę w 49:20.

Na końcu drogi postaliśmy ledwie kilka minut. Niebo było coraz bardziej zachmurzone. Zanosiło się na pierwszy deszcz od ośmiu dni. Trzeba było się czym prędzej ewakuować w niższe rejony. Roman ruszył prosto do Modane. Ja po drodze chciałem jeszcze zrobić zdjęcia, więc ryzykowałem. Już po kilku minutach złapał mnie deszcz, a wkrótce rozpadało się na dobre. Wtedy postanowiłem się skupić już tylko na bezpiecznym zjeździe do Valfrejus. Temperatura zleciała do 19 stopni. Pomyślałem, iż jeśli opady będą mocne i potrwają dłużej to przeczekam je w stacji. Tymczasem musiałem na siebie uważać, szczególnie na fragmentach drogi zniszczonych przez naturę. Gdy tylko dotarłem do Valfrejus schowałem się pod pierwszym lepszym zadaszeniem czyli drewnianą konstrukcją przerzuconą ponad szosą. Na szczęście deszcz wkrótce osłabł i mogłem kontynuować zjazd. Przez ośrodek przejechałem inaczej niż jadąc pod górę. To znaczy wybrałem Rue du Cheval Blanc, zamiast Rue de Bettets. Poniżej Valfrejus czekało na mnie jeszcze jedno niebezpieczeństwo. Nowiutki asfalt. Lepki i śmierdzący w upale, po deszczu mógł się okazać nad wyraz śliski. Zjeżdżałem po nim bardzo ostrożnie, wręcz „z duszą na ramieniu”. Nic złego się nie wydarzyło. Spotkaliśmy się 500 metrów przed centrum Modane i postanowiliśmy nie kończyć tego zjazdu. Odbiliśmy w lewo na drogę D215 w kierunku Fourneaux. Chcieliśmy bowiem jak najszybciej dojechać do Saint-Michel-de-Maurienne. Do pokonania zostało nam przeszło 16 kilometrów, lecz ze spadkiem wysokości o jakieś 350 metrów. U św. Michała mieliśmy spotkać Piotra i Tomka czyli zdobywców Col du Galibier. Zastanawialiśmy się jak poradzą sobie na zjeździe z tak wysokiej przełęczy po załamaniu pogody. W dolinie szosa była śliska, momentami wciąż padało, a nawet grzmiało. Po dotarciu na miejsce przejechaliśmy na lewy brzeg L’Arc, gdzie u podnóża Col du Telegraphe odszukaliśmy nasz samochód. Niestety nie mieliśmy do niego klucza, więc skryliśmy się na przystanku autobusowym. Na moim czternastym etapie przejechaliśmy 75.5 kilometra o łącznym przewyższeniu 1827 metrów. Tymczasem nasi koledzy na dystansie około 70 kilometrów zrobili w pionie co najmniej 2250 metrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1036602806

http://veloviewer.com/activities/1036602806

ZDJĘCIA

20170614_061

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Valfrejus została wyłączona

Barrage de Plan d’Amont

Autor: admin o 14. czerwca 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 2078 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1021 metrów

Długość: 14,9 kilometra

Średnie nachylenie: 6,9 %

Maksymalne nachylenie: 11,5 %

PROFIL

SCENA

Początek w Modane (Sabaudia). To miasteczko w górnej części Valle de la Maurienne, leżące nad rzeką L’Arc. Miejscowość ta wraz z okolicznymi wioskami ma niespełna 3200 mieszkańców. Położona jest między górskimi masywami Vanoise (na północy) i Mont Cenis (na południu) przy drodze regionalnej D1006 i zarazem na końcu Autoroute de la Maurienne czyli autostrady A43. Miasto to, choć niewielkie jest ważny punktem na drogowej mapie Francji. To tutaj znajduje się północny kraniec dwóch tuneli Frejus łączących francuską Sabaudię z włoskim Piemontem pod górami wspomnianego już masywu Mont-Cenis. Rzecz jasna jako pierwszy powstał tunel kolejowy. Budowano go przez 14 lat i otwarto we wrześniu 1871 roku. Liczy on sobie aż 13688 metrów i łączy Modane z Bardonecchią na terenie włoskiej Val di Susa. Tunel ten biegnie na średniej wysokości 1123 metrów n.p.m. z tendencją zwyżkową w kierunku Italii. Tak powstała bezpośrednia łączność kolejowa między Lyonem a Turynem. Dziś dzięki temu podziemnemu odcinkowi można pojechać z Paryża do Mediolanu szybkim pociągiem TGV. Z kolei tutejszy tunel drogowy został otwarty w lipcu 1980 roku. Jest nieco krótszy od kolejowego, bowiem ma długość 12895 metrów. Jest to najdłuższa tego typu przeprawa na granicy francusko-włoskiej i zarazem dziewiąta najdłuższa na świecie. Corocznie korzysta z niej przeszło półtora miliona kierowców. Przed rokiem w Modane zakończył się trzeci etap Tour de Savoie-Mont Blanc wygrany przez Francuza Pierre-Luca Perrichon z ekipy Fortuneo. Jednak do większych wyścigów kolarskich miasto to nie miało dotychczas szczęścia, choć leży pomiędzy wielkimi przełęczami Iseran i Galibier. Tour de France gościł tu „stacjonarnie” tylko dwa razy. Niemniej w obu przypadkach czyli w latach 2011 i 2015 miał tu miejsce jedynie start do dynamicznych górskich etapów, kończących się po przejechaniu około 110 kilometrów w słynnej stacji L’Alpe d’Huez.

Barrage de Plan d’Amont to jedna z dwóch tam wybudowanych w latach 50. ubiegłego wieku „u bram” do Parku Narodowego Vanoise. Najpierw w roku 1951 na wysokości 1970 metrów n.p.m. „wyrosła” tama tworząca dziś sztuczne jezioro Plan d’Aval. Pięć lat później ponad sto metrów wyżej ukończono budowę zapory na Le Plan d’Amont. Podjazd z Modane do podnóża wyższej z owych konstrukcji ma niemal 15 kilometrów i ponad 1000 metrów przewyższenia. Pierwsze siedem kilometrów tej wspinaczki prowadzi cały czas w kierunku północno-wschodnim po regionalnej szosie D215. Na tym odcinku wzniesienia nachylenie jest umiarkowane, acz zmienne tj. na średnim poziomie od 4,5 do 8%. Na początku ósmego kilometra droga skręca na północ i przez kolejne 1200 metrów wiedzie przez stację narciarską Aussois. W miejscowości tej dzień po naszej wizycie zakończył się pierwszy etap Tour de Savoie. Dubletem wygrali go młodzi Belgowie tzn. Jimmy Janssens z przewagą 21 sekund nad Bjorgiem Lambrechtem. Faworyzowany Kolumbijczyk Egan Bernal był ledwie dziesiąty ze stratą 1:54, lecz w kolejnych dniach z nawiązką odrobił tą stratę. W trzech poprzednich edycjach tego wyścigu Aussois bywała jedynie premią górską na etapach do Valmeinier czy Modane. Po zmianie D215 na górską drogę D108 stromizna znacznie wzrasta. Pięć kolejnych kilometrów od początku dziewiątego do końca trzynastego trzyma na średnim poziomie od 9 do 10%. Szlak ten trzykrotnie przecina wyciąg narciarski Grand Jeu. Po przejechaniu 13,4 kilometra dojeżdża się do punktu widokowego nad Plan d’Aval. Czternasty kilometr podjazdu jest bardzo łatwy, zaś na początku piętnastego trafiamy na rozjazd. W lewo i lekko w dół prowadzi szutrowa. Natomiast w prawo mamy stromy, acz szosowy wjazd na parking. Wspomniany zjazd po gruntowej drodze kończy się w połowie piętnastego kilometra. Na ostatnich 400 metrach znów czeka wspinaczka. Niezbyt trudna bo z nachyleniem do 7,4%, lecz prowadząca po kamienistym podłożu. Finał znajduje się na kolejnym małym parkingu, w cieniu okazałej konstrukcji z betonu.

AKCJA

Na trzecią z rzędu wycieczkę do Doliny Maurienne udaliśmy się we czterech. Darek zirytowany wydarzeniami wtorkowymi jak i znużony długimi dojazdami do najbardziej południowej z dolin Sabaudii postanowił trzymać się już do końca owej wyprawy „naszej” Vallee de la Tarentaise. Nadal miał tam kilka ciekawych miejsc do odkrycia. Na środę wybrał sobie Les Arcs czyli zespół stacji narciarskich położonych na południe od miasta Bourg-Saint-Maurice. Ośrodek ten, a dokładnie Arc 1800, gościł Tour de France w roku 1996. Etap siódmy z Chambery prowadzący po 200-kilometrowej trasie i przełęcze: Madeleine i Roselend wygrał tu Francuz Luc Leblanc. Finałowy podjazd został zapamiętany jako ten, na którym poległ wielki Miguel Indurain. Bask z Nawarry wygrał pięć wcześniejszych edycji „Wielkiej Pętli” i był faworytem również tego Touru. Tymczasem na ostatnich kilku kilometrach pierwszego górskiego odcinka spuchł niemiłosiernie tracąc do zwycięzcy aż 4:17. „Profi” finiszowali wówczas na wysokości 1700 metrów n.p.m. Tymczasem Dario (podobnie jak ja w lipcu 2009 roku) postawił sobie poprzeczkę znacznie wyżej. To znaczy pokonał 24-kilometrowy podjazd do stacji Arc 2000 znajdującej na wysokości 2144 metrów n.p.m. Gdy Darek ruszał do niej z miasta św. Maurycego ja i Roman mieliśmy już w nogach swe pierwsze z dwóch środowych wzniesień. Natomiast Piotr z Tomkiem od przeszło pół godziny wspinali się północnym szlakiem na Col du Galibier (2642 m. n.p.m.) czyli ku najbardziej legendarnej pośród wszystkich kolarskich przełęczy w Alpach francuskich. Ja od tej właśnie strony na mityczny Galibier wjechał już w sumie trzy razy. Najpierw w 2005 i 2006 roku biorąc udział w szosowym maratonie La Marmotte, a potem raz jeszcze w 2013 roku na czwartym etapie naszej Route des Grandes Alpes. Dlatego też na 14 czerwca 2017 roku wybrałem sobie inne cele. Na moje szczęście Romano przed czterema laty również wspiął się tą przełęcz, dzięki czemu w odkrywaniu dla siebie wzniesień mogłem liczyć na jego zacne towarzystwo.

Pedro i Tommy swoje zmagania z Col du Galibier i zarazem Col du Telegraphe (1566 m. n.p.m.) musieli zacząć w Saint-Michel-de-Maurienne, miejscowości oddalonej o równo 100 kilometrów od naszej bazy w Les Emptes. Z kolei oba „moje” podjazdy znajdowały się jeszcze 16 kilometrów dalej na wschód to znaczy po północnej i południowej stronie miasteczka Modane. Koledzy zaoszczędzili nam rozgrzewki w dolinie na odcinku ze stałą tendencją zwyżkową i dowieźli nas do podnóża naszych premii górskich. Potem zawrócili do miasta św. Michała by rzucić wyzwanie górze, która na trasie TdF po raz pierwszy pojawiła się już w roku 1911. W programie „Wielkiej Pętli” wystąpiła już 60-krotnie, z czego 34 razy po II Wojnie Światowej. Natomiast w 2011 roku stała się też najwyżej położonym etapowym finiszem w dziejach Touru, acz przy tej okazji wjechano na nią od łatwiejszej południowej strony. Godzi się przy tej okazji zwrócić uwagę, iż północny Galibier to dwie góry w jednej. Dystans między rzeką L’Arc a przełęczą to 35,1 kilometra. Przewyższenie netto wynosi tu 1928 metrów, lecz brutto aż 2095! Najpierw trzeba pokonać 12-kilometrowy Telegraphe ze średnim nachyleniem 7%, zaś następnie po 5-kilometrowy zjeździe do stacji Valloire, 18-kilometrowy Galibier ze średnią 6,8%, acz na ostatnich ośmiu kilometrach wynosi ona 8,3%! To niewątpliwie jedna z najtrudniejszych gór pośród tych, które zwykli pokonywać uczestnicy Wielkich Tourów. Na tle wyzwania jakie czekało naszych kompanów podjazdy, które sobie wybrałem prezentowały się niezbyt efektownie. Acz jedno z nich gwarantowało pokonanie w pionie przeszło 1000 metrów i zarazem wjazd na wysokość ponad 2000 metrów n.p.m. Tym trudniejszym z dwojga miał być Barrage de Plan d’Amont. W ocenie „cyclingcols” bije on swego sąsiada z południa czyli Valfrejus na punkty, w stosunku 771 do 602. Dlatego też zgodnie z utartym zwyczajem w pierwszej kolejności – dokładnie zaś o godzinie 11:30 – ruszyliśmy na mocniejszego „przeciwnika”.

Z auta wysiedliśmy na parkingu przed supermarketem sieci Casino. Z tego miejsca trzeba było podjechać 300 metrów w kierunku wschodnim do ronda u zbiegu dróg D1006 i D215. Na starcie jak co dzień od tygodnia było upalnie. Tym razem 35 stopni, acz tym razem niebo już częściowo zachmurzone. Na samym początku przejechaliśmy na prawy brzeg L’Arc. Po chwili skręciliśmy w prawo i minęliśmy miejscowe kamieniołomy. Przez pierwsze siedem kilometrów mieliśmy jechać niemal cały czas w kierunku wschodnim. Na początku trzeciego kilometra minęliśmy ronda przed miejscowością Villarodin-Bourget (2,1 km). Niemniej z nią samą było nam nie po drodze, gdyż musieliśmy się trzymać szosy D215. Na piątym i szóstym kilometrze pobocza naszej drogi stały się zalesione. Niemniej niewiele z tego było dla nas pożytku czyli cienia, zaś temperatura nadal utrzymywała się na startowym poziomie. Maksymalnie osiągnęła tu 36 stopni i w zasadzie dopiero na ostatnich trzech kilometrach zaczęła szybko spadać do 25 stopni w cieniu zapory. Jechaliśmy zgodnie, bez żadnego zrywania tempa. Na siódmym kilometrze po prawej stronie gdzie cały czas widać było Valle de la Maurienne, dodatkowo pojawił nam się widok na Fort Marie Christine. To znaczy XIX-wieczną warownię, dziś przerobioną na Gite czyli schronisko z wyżywieniem. Skończywszy siódmy kilometr znaleźliśmy się w Aussois. Według stravy segment o długości 6,6 kilometra ze średnią 5,9% przejechaliśmy w 25:54 (avs. 15,3 km/h z VAM 902 m/h). Liderem na tym odcinku jest pochodzący z Brześcia nad Bugiem Andrei Krasilnikau, mistrz Białorusi z roku 2013, który to podczas Tour de Savoie 2014 przejechał ten sektor w 16:41 (avs. 23,8 km/h). W połowie ósmego kilometra skończyła się droga D215. Skręciliśmy w lewo na D108, która wkrótce przybrała wymowna nazwę Rue des Barrages.

Dalej już było tylko trudniej. Mając w nogach 8,2 kilometra zostawiliśmy za plecami ostatnie domy w Aussois. Po przebyciu 9,3 kilometra stromizna po raz pierwszy stała się dwucyfrowa. na razie było jeszcze 10,5%. Niemniej kilkaset metrów dalej licznik dwukrotnie zapędził mi się na pułap 11,5%. Na dziesiątym pokonaliśmy trzy wiraże, po czym ponownie wjechaliśmy w bardziej zalesioną okolicę. Pod koniec jedenastego kilometra droga skręciła na zachód. Kilometr dalej po raz ostatni przemknęły nad nią kanapy wyciągu Grand Jeu. Stromy podjazd trzymał zaś do początków czternastego kilometra. Tu przejechaliśmy przez „bramę” zwiastującą bliskość zapór wodnych z Aussois. Jeszcze dwieście coraz łatwiejszych metrów i już byliśmy na zakręcie w prawo przy punkcie widokowym na dolne jezioro. Według stravy segment o długości 5,6 kilometra i średniej 8,9% między Aussois a Plan d’Aval przejechaliśmy w 30:29 (avs. 11,1 km/h z VAM 986 m/h). Po zakręcie 450 metrów jazdy w niemal płaskim terenie, zanim pojawił się rozjazd. Odbiliśmy w prawo, bo tylko tak mogliśmy pozostać na twardej nawierzchni. Trafiliśmy na sztywną ściankę o stromiźnie do 11,5%, która doprowadziła nas parking już o szutrowym podłożu. Zatrzymaliśmy się tu na kilka minut, ale w końcu uznaliśmy iż jeszcze trochę do tamy na Plan d’Amont nam jeszcze trochę brakuje. Ruszyliśmy zatem dalej zjeżdżając po szutrze na druga stronę parkingu i już wkrótce znaleźliśmy się na kamienistej ścieżce, którą nieco wcześniej sobie darowaliśmy. Do mety przy drugim z tutejszych parkingów pozostało nam jeszcze niespełna 600 metrów. Końcówka prowadziła zrazu po płaskim, a potem pod górę, lecz przy umiarkowanym nachyleniu. na dobre zatrzymaliśmy po przejechaniu 14,9 kilometra w czasie netto 1h 06:41 (avs. 13,4 km/h). Po wielokroć cytowana tu przez mnie „strava” orzekła, iż najdłuższy z tutejszych segmentów o długości 13,5 kilometra i średniej 6,9% pokonaliśmy w 1h 00:28 (avs. 13,5 km/h z VAM 919 m/h).

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1036602813

http://veloviewer.com/activities/1036602813

ZDJĘCIA

20170614_001

FILMY

MAH02762

MAH02776

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Barrage de Plan d’Amont została wyłączona

Col de Chaussy (via Lacets de Montvernier)

Autor: admin o 13. czerwca 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1533 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1033 metry

Długość: 13,8 kilometra

Średnie nachylenie: 7,5 %

Maksymalne nachylenie: 11,6 %

PROFIL

SCENA

Początek w Pontamafrey-Montpascal (Sabaudia). To wioska na prawym brzegu L’Arc, powstała w miejscu gdzie do owej rzeki wpływa Torrent de la Ravoire. Miejscowość ta leży po wschodniej stronie linii kolejowej biegnącej przez Vallee de la Maurienne, ledwie 6 kilometrów na północ od Saint-Jean-de-Maurienne. W całej gminie o tej samej nazwie mieszka ledwie 318 osób.  Co ciekawe składa się ona z dwóch geograficznie odrębnych jednostek. To znaczy Pontamafrey (w dolinie) i Montpascal (dobre 900 metrów wyżej) przedzielonych ziemiami gminy Montvernier. Col du Chaussy to górska przeprawa między szczytami Pointe de l’Armelaz (1840 m. n.p.m.) na zachodzie i Cret Lognan (2696 m. n.p.m.) na wschodzie. Okoliczne tereny wchodzą w skład Espace Nordique du Grand Coin, więc zimą służą amatorom narciarstwa biegowego. Rowerem szosowym można tu dotrzeć na trzy sposoby. Szlak północno-zachodni zaczyna się w miejscowości La Chambre i na pierwszych kilometrach jest zbieżny z południowym podjazdem na Col de la Madeleine. Droga południowa startuje z Pontamafrey, zaś południowo-wschodnia z Hermillon, przy czym obie łączą się na wysokości niespełna 800 metrów czyli we wiosce Montvernier. Każda z trzech wersji wspinaczki na Col du Chaussy zmusza do pokonania przeszło tysiąca metrów w pionie. Dwie z nich mają długość ponad 15 kilometrów. Wybrana przez nas opcja środkowa jest krótsza, więc zapewnia nieco bardziej intensywną wspinaczkę. Poza tym posiada magnes, który przyciąga do niej rzesze cykloturystów, zaś od niedawna także profesjonalne wyścigi kolarskie. Ową atrakcją są Lacets de Montvernier czyli serpentyny na drodze D77b malowniczo wykute w niemal pionowej górskiej ścianie. Nie licząc pierwszego łagodnego zakrętu w lewo jest tu aż 17 ciasnych wiraży na przestrzeni ledwie 2000 metrów. Cały podjazd z Pontamafrey do Montvernier liczy sobie 3,6 kilometra i ma średnie nachylenie 8%. Wspomniana „karuzela” znajduje się między połową pierwszego i trzeciego kilometra wspinaczki.

Na Tour de France z roku 2015 to niewielkie wzniesienie otrzymało status premii górskiej drugiej kategorii. Budowę tej drogi ukończono w kwietniu 1933 roku. Przeto dziwić może, że tak późno została odkryta przed kolarskim światem. Być może stało się tak z uwagi na problemy logistyczne jakie stwarza tak ciasny i pokręcony odcinek szosy. Dość powiedzieć, że podczas wspomnianej „Wielkiej Pętli” na ten 2-kilometrowy fragment podjazdu ze względów bezpieczeństwa nie wpuszczono kibiców. Uczestnicy TdF 2015 zmierzyli się z nim w końcówce 18-tego etapu. Szczyt tego wzniesienia znajdował się ledwie 10 kilometrów przed finiszem wyznaczonym w Saint-Jean-de-Maurienne. Pierwszym tak na premii górskiej jak i mecie był Francuz Romain Bardet. Oczywiście zanim ten podjazd pojawił się na trasie wyścigu Dookoła Francji został najpierw sprawdzony na mniejszych imprezach. Regionalny Tour de Savoie wykorzystał go już ponoć trzykrotnie. Niemniej za próbę generalną przed Tourem posłużył ostatni etap 67. Criterium du Dauphine. Przy tej okazji najszybciej na szczycie wzniesienia pojawił się samotny uciekinier Niemiec Tony Martin. Jednak do mety w stacji Valfrejus brakowało mu jeszcze 50 kilometrów i ostatecznie to Chris Froome cieszył się ze zwycięstwa etapowego jak i w całym „Delfinacie”. We wspominanym sezonie 2015 ASO wsadziło Lacets de Montvernier w program każdej ze swych alpejskich etapówek. Podjazd z Pontamafrey do Montvernier pojawił się bowiem również w końcówce ostatniego etapu Tour de l’Avenir zmierzającego do stacji Les Bottieres. W przyszłym roku po raz drugi ma pokazać się na trasie TdF. Dokładnie zaś w połowie dwunastego odcinka, prowadzącego z Bourg-Saint-Maurice do L’Alpe d’Huez.

Tym niemniej wjazd do poziomu wioski Montvernier jakkolwiek bardzo efektowny stanowi ledwie czwartą część całej południowej wspinaczki na Col de Chaussy. Na pozostałych do przełęczy 10 kilometrach wyzwań również nie brakuje. Wszystkie kilometrowe odcinki trzymają tu na poziomie od 6 do 9%. Dziesiąty kilometr jest równie trudny co najbardziej pokręcony kilometr trzeci, bowiem też ma średnie nachylenie 8,9%. Poza tym również prowadzi po wąskim i niebezpiecznym odcinku drogi. Po lewej ręce mamy tu pionową górską ścianę, zabezpieczoną metalową siatką dla bezpieczeństwa podróżnych. Z kolei po prawej stronie za wysokim ledwie na kilkadziesiąt centymetrów murkiem czai się głęboka na kilkaset metrów przepaść. Na początku trzynastego kilometra dojeżdża się do górskiej wioski Montpascal leżącej na wysokości 1420 metrów n.p.m. Jednak do końca wspinaczki pozostaje jeszcze wymagające półtora kilometra. Przede wszystkim zaś odcinek 440 metrów na wysokim poziomie od 9 do 11,3%. Łatwiej robi się dopiero na ostatnich stu metrach przed płaskowyżem, na którym to znajduje się plac z restauracją i kapliczką. Przełęcz Chaussy zadebiutowała w Tour de France, jakże by inaczej, podczas edycji z roku 2015. Stało się to nazajutrz po wspomnianej wizycie Touru na Lacets de Montvernier. Dziewiętnasty etap 102. „Wielkiej Pętli” prowadził z Saint-Jean-de-Maurienne do La Toussuire. Zaraz po starcie kolarze musieli wjechać na Col de Chaussy. Wspinaczka rozpoczęła się w Hermillon, więc w całości prowadziła po drodze D77 (z pominięciem serpentyn). Wzniesieniu przyznano pierwszą kategorię, zaś najszybciej pokonał je „Purito” czyli Joaquin Rodriguez. Następnie peleton zjechał przez Montaimont do La Chambre czyli drogami D99 i D213. Oczywiście nawet ten debiut w TdF miał już swój wyścigowy precedens, bowiem dwa lata wcześniej podjazd ten znalazł się na trasie czwartego etapu Tour des Pays de Savoie.

AKCJA

Z La Toussuire do Saint-Jean-de-Maurienne zjechałem kilka minut przed piętnastą. Tomek uznał, że niedługi odcinek do podnóża Col de Chaussy pokona na rowerze. Ja wraz z Romkiem wsiadłem do Renault oszczędzając sobie tych kilkunastu minut jazdy w przeszło 30-stopniowym upale. Naszego młodszego kolegę minęliśmy na drodze D1008 tuż przed wjazdem do Pontamafrey. Po dotarciu do wioski zaparkowaliśmy w pobliżu miejscowej biblioteki i mostku nad potokiem Ravoire. Chcieliśmy schować auto w cieniu wysokiego żywopłotu. Niemniej i tak na starcie do drugiej wspinaczki nagrzany licznik pokazał mi 41 stopni. Owszem było bardzo gorąco, ale czy aż tak? W każdym razie jeszcze w połowie podjazdu temperatura trzymała się na poziomie 35 stopni, zaś na mecie choć była już niemal godzina siedemnasta i wjechaliśmy przeszło tysiąc metrów wyżej stanęła na poziomie 30 stopni! Ot urok wspinaczki po południowym stoku góry. Aby ją zacząć z najniższego punktu zjechaliśmy w kierunku rzeki L’Arc. Dokładnie zaś do przejazdu pod torami kolejowymi Ligne de la Maurienne. Podjazd od samego początku prowadził po szosie D77b. Po przejechaniu pierwszych 150 metrów trzeba było skręcić w lewo na Rue de Lacets i od razu naszym oczom ukazał się widok na to co nas wkrótce czeka. Kilkanaście serpentyn gęsto skręconych na skale, a ponad nimi mała kapliczka tzn. Chapelle de la Balme, którą minąć mieliśmy dopiero na początku czwartego kilometra wspinaczki. Dopiero po chwili na wysokości szkoły podstawowej przypomniało mi się, że trzeba włączyć licznik. Dlatego też wykres z mojej górskiej ścieżki nie obejmuje pierwszych dwustu metrów. W połowie pierwszego kilometra wyjechaliśmy z Pontamafrey.

Niebawem na pierwszym łagodnym wirażu w lewo stromizna po raz pierwszy przekroczyła 10%. Dwieście metrów dalej zaczęliśmy jazdę po prawdziwym korkociągu. Kolejny zakręt jest tu gwarantowany co 150, a czasem nawet co 100 metrów. Jechaliśmy spokojnie, a mimo ciężko mi było złapać wygodny rytm jazdy, gdyż po każdym ciasnym zakręcie trzeba było odzyskiwać prędkość. Stromizna na poziomie od 6,5 do 9,5%. Droga wąska ze śladami po wizycie Touru. Najwięcej farby na tutejszym asfalcie zostawili fani bliźniaków Yates. Podjeżdżałem wespół z Romkiem, zaś Tomek nieznacznie odstawał. Gdy dojechaliśmy do Montvernier spotkaliśmy czekającego na rozdrożu Piotra, z którym zamieniliśmy parę słów. Pedro podjechał na Chaussy tym samym co my szlakiem, a teraz zamierzał zjechać do Hermillon, po czym na sam koniec chciał przejechać kilka płaskich kilometrów wzdłuż rzeki. W sumie wyszło dokładnie 40 kilometrów jazdy przy temperaturze dochodzącej do 40 stopni. Według stravy dojazd do Montvernier (3,7 km) zajął nam niespełna 20 minut. Z tego około dwanaście spędziliśmy na segmencie „Les Lacet de Montvernier switch backs” o długości 2,2 kilometra. Romano uzyskał na nim czas 11:50 (avs. 11,6 km/h), ja 11:53 (avs. 11,5 km/h), zaś „Bury” 12:37 (avs. 11,1 km/h). Jechaliśmy zatem wolno z VAM na poziomie poniżej 800 m/h. W dalszą drogę ruszyliśmy w niewielkich odstępach czasu. Ja pierwszy, potem Tomek i jako ostatni Roman. Już przed Le Noiret (4,9 km) każdy jechał sam, przy czym Roman wyprzedził Tomka. Na dojeździe do Montbrunal (6,5 km) moja przewaga nieco wzrosła, poniekąd dlatego iż Romek poczekał na „Burego”. Koledzy jechali zgodnie niemal do końca ósmego kilometra. Potem „Romain” rzucił się w pogoń za liderem. W tym momencie miał do odrobienia niespełna półtorej minuty. Szło mu całkiem dobrze i powoli odrabiał stratę.

Tymczasem ja pod koniec dziesiątego kilometra, w trakcie przejazdu po stromym i wąskim odcinku na półce skalnej nagle ujrzałem przed sobą spadającą na asfalt żmijkę. Dobrze, że nie jechałem tu 2-3 sekundy szybciej, albowiem ów gad wykonawszy swoje „salto mortale” wylądowałby wtedy na moich plecach lub karku. Gdy wyjechałem z tej niebezpiecznej strefy kolejny odcinek na dojeździe do Montpascal (12,4 km) okazał się znacznie łagodniejszy. Tymczasem Romano w owej górskiej wiosce tracił do mnie już tylko minutę. Ta różnica między nami utrzymała się do samej mety. Tym niemniej nasze realne czasy na segmencie o długości 9,7 kilometra między Montvernier z Col du Chaussy były niemal identyczne. Ja przejechałem ten odcinek w 47:57, zaś Romek w 47:59. Tomek długo trzymał się dzielnie i osłabł dopiero na ostatnich kilku kilometrach, wykręcając czas 53:04. Piotr przed nami pokonał ten sektor w 1h 04:22. Natomiast Dario jadący z przymusu „wieczorową porą” uzyskał tu wynik 52:09. Co ciekawe na stravie odnotowano już wyniki blisko 12.300 osób z całego podjazdu na Chaussy oraz ponad 13.100 użytkowników na dolnej ćwiartce poniżej Montvernier. Mało która kolarska góra może się pochwalić podobną popularnością. Darek nakręcił się zdrowo po tej okolicy, bowiem Col de Chaussy podjechał od strony południowo-wschodniej, po czym z przełęczy zjechał do Pontamafrey. Dopiero wtedy w ramach osobnej rozrywki wjechał do Montvernier po serpentynach i na koniec zjechał do Fiata porzuconego w okolicy Hermillon. Można więc powiedzieć, że przerobił ten sam górski program co uczestnicy TdF 2015, acz w odwrotnej kolejności. W sumie przejechał tego dnia 76 kilometrów. Tomek blisko 72. Natomiast mój i Romka łączny dystans wyniósł 66 kilometrów z przewyższeniem 2205 metrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1035060385

http://veloviewer.com/activities/1035060385

ZDJĘCIA

20170613_061

FILMY

20170613_191940

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col de Chaussy (via Lacets de Montvernier) została wyłączona

La Toussuire

Autor: admin o 13. czerwca 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1705 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1140 metrów

Długość: 19,1 kilometra

Średnie nachylenie: 6 %

Maksymalne nachylenie: 9 %

PROFIL

SCENA

Początek w Saint-Jean-de-Maurienne (Sabaudia). To największa miejscowość w całej Vallee de la Maurienne, acz licząca sobie niespełna 7900 mieszkańców. Jej patronem jest św. Jan Chrzciciel. Miasteczko to leży 62 kilometry na południe od Albertville, na lewym brzegu rzeki L’Arc, tam gdzie wpada do niej potok L’Arvan. Urodzili się w nim dwaj znani alpejczycy. Jean-Pierre Vidal – mistrz olimpijski w slalomie z Salt Lake City (2002) oraz Jean-Baptiste Grange – dwukrotny mistrz świata w slalomie z lat 2011 i 2015. Kolarskie wyścigi często odwiedzają Saint-Jean-de-Maurienne, acz na ogół są to jedynie wizyty przelotne. Dopiero ostatnimi czasy pojawiły się odstępstwa od tej reguły. W latach 2010 i 2015 zakończyły się tu bowiem górskie etapy Tour de France. Oba okazały się szczęśliwe dla Francuzów. Przy pierwszej okazji Sandy Casar ograł na finiszu z 7-osobowej grupki m.in. Hiszpana Luisa Leona Sancheza oraz Włocha Damiano Cunego. Natomiast pięć lat później po solowym rajdzie triumfował tu Romain Bardet, finiszując z przewagą 33 sekund na swym rodakiem Pierre’m Rolland. W międzyczasie na przeszło 5-kilometrowej trasie wokół miasta zorganizowano prolog Criterium du Dauphine z roku 2011. Ten wstęp do 63. edycji prestiżowego „Delfinatu” wygrał Holender Lars Boom. La Toussuire to ośrodek sportów zimowych położony na terenie gminy Fontcouverte-La Toussuire, będący jedną z sześciu części narciarskiej domeny Les Sybelles. To jedna z najstarszych stacji narciarskich we Francji, bowiem pierwsze zawody rozegrano w niej rozegrano już w styczniu 1923 roku. Obecnie są tu 33 trasy zjazdowe o łącznej długości 55 kilometrów oraz 25 kilometrów tras biegowych.

Drogi z Saint-Jean-de-Maurienne do La Toussuire zasadniczo są dwie. Niemniej cała prawda jest bardziej skomplikowana. Sam podjazd zaczyna się na styku drogi miejskiej D906 i górskiej D110. Pierwsze czterysta metrów prowadzi po Avenue des Clapeys. Niemniej już na drugim rondzie należy odbić w prawo na drogę D926. Ta jednak prowadzi na Col du Croix de Fer. Dlatego chcąc dotrzeć do La Toussuire już wkrótce należy raz jeszcze zboczyć w prawo. Od naszego wyboru zależy jak szybko to uczynimy. Po raz pierwszy możemy to zrobić już po przejechaniu 850 metrów. Wówczas wybieramy drogę D78d biegnącą przez wioskę Jarrier. Drugi stosowny moment przychodzi na wysokości kamieniołomów czyli po trzech kilometrach od startu. Gdy tu skręcimy w prawo wjedziemy na szosę D78c prowadzącą przez miejscowość Saint-Pancrace. W końcu ostatnią okazją do wybrania La Toussuire jest jazda na wprost na wysokości Pierre-Pin Dessous czyli po przebyciu czterech kilometrów. Gdy tak zrobimy wjedziemy na drogę D78, która ku naszej stacji zmierza przez miejscowość Fontcouverte. Wspomniana szosa D926 w tym miejscu odbija lekko w lewo, trzymając się blisko spływającego do miasta górskiego potoku. Niemniej to koniec drogowych kombinacji. Otóż drogi nr D78d i D78c łączą się z sobą na wysokości 1165 metrów n.p.m., nieco poniżej stacji Les Bottieres. Z kolei droga D78 na wysokości 1280 metrów n.p.m. daje nam dwie alternatywy. Możemy trzymać się jej do końca czyli skręcić w prawo na Les Anselmes. Niemniej wówczas szybko połączymy się z drogą D78d czyli zachodnim podjazdem przez Jarrier bądź Saint-Pancrace. Można też do końca trzymać się najbardziej wschodniej ścieżki, ale wtedy trzeba odbić w lewo na szosę D78a, która doprowadzi nas do mety poprzez wioskę Villarembert i stację Le Corbier. Przy tylu opcjach „podróży” nie dziwi, że portal „cyclingcols” podaje zainteresowanym aż cztery różne wersje podjazdu do La Toussuire, o długości od 16,2 do 18,7 kilometra.

W ostatnich dwunastu sezonach La Toussuire stała się bardzo popularną metą w programach rozmaitych wyścigów etapowych. Przyjechały tu już bodaj wszystkie francuskie etapówki, których trasy zahaczają o Alpy. Począwszy od imprezy największej z wielkich (Tour de France), poprzez renomowaną tygodniówkę (Criterium du Dauphine), kultowy wyścig młodzieżowy (Tour de l’Avenir) czy też regionalny (Tour de Savoie). Na wzniesieniu tym ścigali się też dwukrotnie cyklo-amatorzy biorący udział w L’Etape du Tour 2012 i 2015. O wszystkich tych wizytach wspomina stylizowana na „kamień milowy” biało-żółta tablica ustawiona w rejonie tutejszego finiszu. Chcąc wymienić wszystkich zwycięzców w tej stacji wypada zacząć od bohaterów „Wielkiej Pętli”. W 2006 roku zakończył się tu etap 16-ty wygrany przez Duńczyka Michaela Rasmussena, który o blisko dwie minuty wyprzedził Hiszpanów Carlosa Sastre i Oscara Pereiro. Ponad 10 minut do zwycięzcy stracił lider Floyd Landis. Amerykanin spadł na jedenaste miejsce, ale dzień później „wrócił do gry” po niesamowitej szarży na etapie do Morzine. Ten rajd był już jednak napędzany przesadną dawką testosteronu, co zaskutkowało dyskwalifikacją triumfatora z Champs-Elysees. W 2012 roku na etapie 11-tym triumfował Francuz Pierre Rolland z przewagą 55 sekund nad Thibout Pinot i Chrisem Froome’m. Na finałowym wzniesieniu Włoch Vincenzo Nibali bezskutecznie próbował urwać liderów Team Sky. Froome był tego dnia mocniejszy od Bradley’a Wigginsa, ale szefostwo ekipy przywołało go do porządku. Z kolei na odcinku 19-tym z roku 2015 zwyciężył Nibali, który tym razem miał nieco więcej swobody po stratach poniesionych w Pirenejach. Sycylijczyk dojechał do mety z przewagą 44 sekund nad Kolumbijczykiem Nairo Quintaną i 1:14 nad Froome’m. Należy przy tym dodać, iż w każdym z tych trzech przypadków do La Toussuire jechano wschodnim szlakiem przez Fontcouverte i Le Corbier. Natomiast finałowy podjazd był zawsze poprzedzany północno-zachodnią wspinaczką na Col du Croix de Fer (via Glandon) oraz krótkim wjazdem od południa na Col du Mollard.

Podobnie jak wielki Tour także Criterium du Dauphine trzykrotnie przetestowało już La Toussuire. Po raz pierwszy w 2006 roku czyli niejako w ramach próby generalnej przed debiutem tego wzniesienia na trasie „La Grande Boucle”. Przy tej okazji najszybciej na górę wjechał Bask Iban Mayo. Dwa lata później ze zwycięstwa cieszył się tu Duńczyk Chris Anker Sorensen, zaś czwarty finiszował nasz Sylwester Szmyd. Natomiast w 2011 roku w swoim stylu czyli po mocnym ataku w końcówce wspinaczki triumfował tu Katalończyk Joaquin Rodriguez. Z kolei młodzieżowy „Tour Przyszłości”, choć w latach 2014-2016 bywał na tej górze corocznie to skutecznie unikał szlaku przez Fontcouverte. W sezonie 2014 do La Toussuire dojechano zachodnią drogą przez Jarrier, zaś etap wygrał Belg Louis Vervaeke. Rok później finiszowano w Les Bottieres na wysokości ledwie 1250 metrów n.p.m. i podjeżdżano szlakiem przez Saint-Pancrace. Na tym 9,5-kilometrowym podjeździe zwyciężył Rosjanin Matwiej Mamykin. Natomiast w 2016 roku nasza stacja po raz pierwszy wystąpiła w roli przelotowej premii górskiej usytuowanej m/w w połowie górskiego etapu. Podjechano wtedy do niej przez Jarrier, zaś zjechano przez Fontcouverte. Metę ostatniego etapu ubiegłorocznego Tour de l’Avenir wyznaczono zaś na przełęczy Żelaznego Krzyża, gdzie triumfował Amerykanin Neilson Powless. Jednak najczęściej wpadała w te strony regionalna etapówka Tour de Savoie-Mont Blanc. Etapowe finisze tego wyścigu organizowano tu już czterokrotnie, w latach 2008-2010 i 2013. Przy trzech pierwszych okazjach była to zarazem meta całej sabaudzkiej imprezy. Za każdym razem jako pierwsi linię mety w La Toussuire przekraczali Francuzi jeżdżący obecnie w peletonie zawodowym. Byli to kolejno: Guillaume Bonnafond, wspomniany już Pinot, Nicolas Edet i Clement Chevrier.

AKCJA

We wtorek po raz pierwszy do podnóża wybranych wzniesień musieliśmy jechać przeszło godzinę. Podobnie jak na dojeździe do Saint-Etienne-de-Cuines skorzystaliśmy z szybkich dróg N90 i A43. Niemniej tym razem nasz przedpołudniowy transfer liczył sobie już 87 kilometrów. Po dojechaniu do Saint-Jean-de-Maurienne zdecydowaliśmy się zaparkować powyżej centrum, już na trasie podjazdu do La Toussuire. Dogodne miejsce na postój znaleźliśmy przy drodze D926 na Avenue Samuel Pasquier, w połowie pierwszego kilometra czekającej nas wspinaczki. Do wspomnianej stacji narciarskiej mieliśmy podjechać we czterech. Potem zaś w tym samym składzie chcieliśmy przeskoczyć na prawy brzeg L’Arc by zaliczyć podjazd pod Col du Chaussy, prowadzący przez słynne od niedawna Lacets de Montvernier. Jedynie Piotr po dwóch długich i upalnych wspinaczkach na Madeleine i Croix de Fer uznał, iż potrzebuje nieco spokojniejszego programu zajęć. Dlatego zdecydował się poprzestać na jednym, bardziej widowiskowym wzniesieniu, acz poprzedzonym płaskim dojazdem do Pontamafrey. Afrykańskie upały nadal nie opuszczały Sabaudii. Tym razem na starcie mieliśmy 33 stopni Celsjusza. Ta pogoda miała chyba wpływ na poziom naszej koncentracji. Wyprawa do miasta św. Jana okazała się w pewnym sensie komedią pomyłek, z której jednak nikomu nie było do śmiechu. Najpierw po przyjeździe na miejsce okazało się, że Dario nie zabrał w sobą ciuchów kolarskich. W desperacji czym prędzej ruszył do miasta mając nadzieję, że w dzień powszedni znajdzie jakiś sklep sportowy i kupi w nim choć spodenki i koszulkę. Ja, Roman i Tomek w tym momencie byliśmy już niemal gotowi do jazdy, ale postanowiliśmy zaczekać aż nasz kolega zrobi zakupy. Czekamy 15, 20, 25 minut, a po Darku ani śladu. Dzwonimy, ale brak odzewu. W końcu zdecydowaliśmy się nie czekać dłużej uznając, iż najwyższy czas ruszać na La Toussuire.

Na początku zjechaliśmy jeszcze w kierunku centrum miasteczka. Zarówno po to by zacząć podjazd najniższego miejsca, jak również mając nadzieję, że po drodze spotkamy naszego kolegę. Sami jednak nie byliśmy na tyle przytomni by przewidzieć, iż Dario nie zabrał z sobą tak telefonu jak i kluczyków od samochodu. Nie sprawdziliśmy czy zostały one we Fiacie Scudo. Koniec końców o godzinie 12:24 ruszyliśmy pod górę we trzech i współwinni całego zamieszania usadziliśmy Darka w Saint-Jean-de-Maurienne na co najmniej dwie godziny. Pierwsze kilkaset metrów jechaliśmy po drodze D110, która zasadniczo prowadzi na Col du Mollard. Dlatego też już na drugim rondzie z dużą rzeźbą noża miejscowej firmy Opinel musieliśmy skręcić w prawo. Wkrótce minęliśmy nasze „wozy techniczne” i jechaliśmy dalej w kierunku południowo-zachodnim. Ze wszystkich dostępnych opcji tego wzniesienia zaproponowałem moim kompanom wspinaczkę po szlaku testowanym na Tour de France. Tym samym przez pierwsze cztery kilometry musieliśmy się trzymać drogi D926. Upał znów był niemiłosierny. Na początku czwartego kilometra temperatura sięgnęła już 37 stopni! W tych warunkach nikt nie miał ochoty na jazdę na pełnych obrotach. Wespół z Romkiem zdecydowałem się na wspinaczkę w tempie wygodnym dla Tomka. W sumie jak dotąd nie było ku temu okazji. W pierwszych dniach naszej wyprawy „Bury” jeździł spokojnie z uwagi na bolące kolano. Potem zaś gdy byliśmy już w komplecie, ja zazwyczaj „pojedynkowałem się” z Romkiem, zaś Tommy na podjazdach towarzyszył Piotrowi, względnie Darkowi. Jadąc zgodnie i w porozumieniu minęliśmy kamieniołomy przy bocznej drodze na Saint-Pancrace i kilometr dalej, na wysokości 820 metrów n.p.m. zjechaliśmy z szosy nr 926. Te cztery początkowe kilometry były mi znane, bowiem w lipcu 2009 roku od tej właśnie strony wjechałem wraz z Darkiem na Col du Croix de Fer.

Dopiero od piątego kilometra czekała mnie wyprawa w nieznane. Wkrótce przejechaliśmy przez Pierre-Pin Dessous (4,2 km). Kolejną miejscowością na naszym szlaku była przyozdobiona na powitanie TdF wioska La Bise (5,3 km). Za nią co kilkaset metrów zmienialiśmy kierunek jazdy, po czym mając już w nogach 7,6 kilometra dotarliśmy do La Suel. Po przejechaniu 8,8 kilometra od startu byliśmy już w Fontcouverte. Tu znajduje się merostwo gminy Fontcouverte-La Toussuire i zapewne dlatego „Wielka Pętla” zawsze trzyma się wschodniego szlaku do stacji. Stromizna na drodze D78 jest nieco niższa niż na trudnym odcinku prowadzącym po D926. W połowie jedenastego kilometra trzeba było odbić w lewo na szosę D78a. Na dwunastym kilometrze trafiły się nam dwa odcinki zjazdowe. Ten drugi tuż za wioską Villarembert (11,9 km). Niemniej już wkrótce stromizna z owego dołka wskoczyła na poziom 7-9%. Romek jechał z pewną rezerwą, więc raz czy dwa znalazł w sobie siły na „skok” w stylu prawdziwego profesjonała. Były to jednak zagrania pod publiczkę i po chwili znów jechaliśmy razem. Po przebyciu 14 kilometrów wjechaliśmy na teren stacji Le Corbier obchodzącej w tym roku swe 50-lecie i rozciągniętej na przestrzeni kolejnych dwóch kilometrów. Po krótkim zjeździe na początku siedemnastego kilometra, za potokiem Ruisseau de Garney skręciliśmy na północ. W końcu po przejechaniu 17,9 kilometra nasz szlak połączył się z porzuconą wcześniej drogą D78. Wjechaliśmy na prowadzącą do finiszu ulicę Rue de Marche. Nachylenie tylko na samym początku wynosiło 7-8%, wkrótce znacząco spadło. Dlatego też pozwoliliśmy sobie na sprint w kierunku mety. Na owym wypłaszczeniu rozpędziłem się nawet do 33 km/h. Minęliśmy wymalowaną na szosie finiszową „kreskę” i zatrzymaliśmy się dopiero 500 metrów dalej. To znaczy za rondem przy Rue de Chasseurs Alpins. Przejechaliśmy 19,1 kilometra w czasie 1h 21:53. Na stravie znalazłem zaś segment o długości 17,8 kilometra, który pokonaliśmy w 1h 18:28 (avs. 13,6 km/h z VAM 839 m/h). Dwie i pół godziny później Dario – przymusowo w stroju „cywilnym” – wykręcił na tym odcinku czas 1h 23:52 (avs. 12,7 km/h).

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1035060419

http://veloviewer.com/activities/1035060419

ZDJĘCIA

20170613_001

FILMY

20170613_162129

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania La Toussuire została wyłączona

Col du Grand Cucheron

Autor: admin o 12. czerwca 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1188 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 807 metrów

Długość: 12,8 kilometra

Średnie nachylenie: 6,3 %

Maksymalne nachylenie: 9,8 %

PROFIL

SCENA

Początek w Saint-Pierre-de-Belleville (Sabaudia). To niewielka wioska w dolnej części Vallee de la Maurienne, leżąca nad potokiem Nant Bruant uchodzącym do rzeki L’Arc. Według ostatnich danych mieszka w niej ledwie 174 mieszkańców. Na niektórych mapach występuje ona pod nazwą La Corbiere. Miejscowość ta leży 48 kilometrów na południe od Albertville i zarazem 27 kilometrów na północ od Saint-Jean-de-Maurienne. Dojeżdżając do niej od strony południowej autostradą A43 należy wykorzystać zjazd nr 25. Natomiast gdy poruszamy się drogą regionalną D1006 musimy przeskoczyć na lewy brzeg L’Arc zaraz po przejechaniu miasteczka Epierre. Na przełęcz Grand Cucheron prowadzącą co najmniej trzy drogi. Jedna zachodnia i dwie wschodnie. Wykorzystany przez nas podjazd to szlak południowo-wschodni. Prowadzi on po drodze D207 i na dobrą sprawę zaczyna się jakieś 150 metrów za rondem, przy którym owa szosa styka się ze wspomnianym zjazdem z Autoroute de la Maurienne. Według „cyclingcols” i „archivio salite” wzniesienie to ma długość 11,7 kilometra i średnie nachylenie 6,9%. Jednak te dane nie wydają się być precyzyjne, albowiem podjeżdżając cały czas po D207 trzeba przejechać o ponad kilometr więcej. Początkowo wiedzie ona w kierunku północnym. Na początku trzeciego kilometra mijamy dolną część rozległej wioski Saint-Alban-de-Hurtieres. Po przebyciu 3,3 kilometra na wysokości około 520 metrów n.p.m. nasz szlak łączy się z szosą D73. Biegnie ona od miejscowości Aiguebelle, w której zaczyna się północno-wschodni szlak na Col du Grand Cucheron. Od tego miejsca istnieje już zatem tylko jeden wschodni podjazd na tą przełęcz. Przez kolejne 2,5 kilometra stosunkowo łagodny i prowadzący w otwartym terenie. Z kolei na ostatnich 7 kilometrach, za wioską Le Champ, dla odmiany wymagający i ukryty w gęstwinie lasu.

Jak już wspomniałem Col du Grand Cucheron można podjechać z trzech stron. Najdłuższy jest szlak zachodni, rozpoczynający się w miejscowości La Rochette, której zachmurzone i spłakane deszczem oblicze poznaliśmy przy okazji wyprawy na Val Pelouse. Ten podjazd ma aż 18,5 kilometra długości, ale o średnim nachyleniu tylko 4,6%, za sprawą aż 6-kilometrowego wypłaszczenia w drugiej fazie tej wspinaczki. Tyle jest dróg prowadzących bezpośrednio na tą przełęcz. Poza tym można tu jeszcze podjechać od strony północnej poprzez Col de Champ-Laurent (1116 m. n.p.m.). Wówczas trzeba najpierw pokonać to 10-kilometrowe wzniesienia, skądinąd sprawdzone na Tour de France w roku 1980. Następnie po krótkim zjeździe należy jeszcze przejechać ostatnie 4 kilometry zachodniego podjazdu na Grand Cucheron. Ten kombinowany wariant wspinaczki wypróbowano całkiem niedawno tzn. na szóstym etapie Criterium du Dauphine z roku 2016. Na trasach Tour de France przełęcz Grand Cucheron pojawiła się pięciokrotnie. Po raz pierwszy 45 lat temu. Biorąc pod uwagę skąd dokąd zmierzały etapy wyścigu, na których umieszczono ową górską premię przyjąć należy, iż trzykrotnie podjeżdżano na nią od strony zachodniej, zaś dwukrotnie od wschodu. Zapewne w obu przypadkach od południowego-wschodu. Po raz pierwszy w 1972 roku na etapie 14b z Valloire do Aix-les-Bains. Etap ten wygrał Francuz Cyrille Guimard, lecz na przełęcz pierwszy wjechał wówczas nie kto inny jak Belg Eddy Merckx. Po raz drugi z podjazdu skorzystano w 2012 roku, w początkowej fazie 12 etapu z Saint-Jean-de-Maurienne do Annonay. Przy tej okazji pierwszy na górze był Chorwat Robert Kiserlovski, lecz ostatecznie najmocniejszy z 5-osobowej ucieczki okazał się Szkot David Millar. W międzyczasie zachodni szlak na Grand Cucheron przetestowano w latach 1974, 1983 i 1998.

AKCJA

Do Saint-Etienne-de-Cuines zjechałem kwadrans przed szesnastą. Na nieco szybszą jazdę mogłem sobie pozwolić dopiero od poziomu Saint-Colomban-de-Villars, bowiem wcześniej trzeba było zjeżdżać bardzo ostrożnie z uwagi na kiepski stan drogi. Szczęście nam dopisało i wróciliśmy z Frumezan bez defektów. Na dole poczekaliśmy jeszcze na trzech zdobywców Żelaznego Krzyża. Nasi koledzy uznali jednak, że jedna długa wspinaczka przy temperaturze sięgającej nawet 38 stopni Celsjusza w zupełności ich tego dnia zadowala. Tym samym na oględziny południowo-wschodniego podjazdu pod Col du Grand Cucheron pojechaliśmy tylko we dwóch. Do Saint-Pierre-de-Belleville podjechaliśmy drogą D1006, biegnącą wzdłuż torów kolejowych Ligne de Maurienne. Gdy dotarliśmy na miejsce było już po wpół do piątej, a mimo to upał nie dawał za wygraną. Gdy o godzinie 16:51 ruszaliśmy do boju z ronda przed wioską św. Piotra mój licznik pokazywał 32 stopni, po czym szybko nagrzał się do 34-35 i dopiero na siódmym kilometrze gdy na drugiej połówce wzniesienia droga schowała w lesie temperatura stopniowo zaczęła spadać do minimum 24 na samej przełęczy. Wystartowaliśmy niemal razem. Na starcie dzielił nas jedynie czas jaki potrzebowałem na zrobienie dwóch zdjęć. Początek tego podjazdu jest stosunkowo łatwy. Na pierwszych trzech kilometrach wspinaczki maksymalne nachylenie wyniosło ledwie 6,5%. Dlatego szybko dogoniłem Darka, zaś na początku drugiego kilometra wysunąłem się na prowadzenie. Wzniesienie nie było długie i nie zapowiadało się na szczególnie trudne, więc spróbowałem jazdy na nieco wyższych obrotach. Po przejechaniu 3,4 kilometra czyli chwilę po tym jak zbiegły się oba wschodnie szlaki na Grand Cucheron stromizna skoczyła do poziomu 8,5%. Niemniej po dwóch kolejnych zakrętach, jeszcze przed końcem czwartego kilometra nachylenie znacząco odpuściło. Wjechałem na około dwukilometrowe wypłaszczenie prowadzące pośród łąk i gospodarstw rolnych w górnej części wioski Saint-Alban-de-Hurtieres. Słoneczko zdrowo tu grzało, nachylenie było niewielkie z rzadka przekraczając poziom 4%. Jechało się łatwo i przyjemnie, bowiem widoki były przednie.

Mając już w nogach 4,9 kilometra minąłem La Chapelle Notre-Dame-de-Salette. Matka Boska pod tym wezwaniem ma we francuskich Alpach spore sanktuarium, nieopodal miasta Corps w departamencie Isere. Chcąc do niego dotrzeć trzeba wjechać na wysokość 1758 metrów n.p.m., pokonując 11,5 kilometrowy podjazd z przewyższeniem 773 metrów. Kiedyś warto będzie odwiedzić i to miejsce. Tymczasem mogłem jedynie zerknąć okiem w kierunku skromnej kapliczki. Przejechawszy kolejny kilometr dotarłem do wirażu za wioską Les Champ. Zaraz po delikatnym łuku w prawo zmienił się krajobraz jak i charakter tego wzniesienia. Siódmy kilometr był jeszcze ostrożnym wprowadzeniem w trudniejszą połowę owej wspinaczki. Począwszy od kilometra ósmego stromizna już niemal cały czas trzymała powyżej 6%, momentami skacząc ponad 9%. Najtrudniejszym fragmentem całego wzniesienia była końcówka ósmego kilometra. Do tego czasu droga już na dobre schowała się w lesie. Przydrożne kamienie informujące o tym na jakiej wysokości jesteśmy oraz jaki dystans dzieli nas od przełęczy podawały też średnie nachylenie kolejnego kilometra. Na ostatnich pięciu kilometrach regułą był poziom 8-9%. Mimo to udało mi się utrzymać swój rytm do samego końca wspinaczki. Skończyłem ją po przejechaniu 12,9 kilometra w czasie 53:03. Na stravie znalazłem segment o długości 12,3 kilometra, który pokonałem w 52:11 (avs. 14,2 km/h z VAM 919 m/h). Dario przejechał go w 1h 01:11. Liderem na nim jest Amerykanin Levi Leipheimer, którego wynik 32:53 pochodzi jeszcze ze wspomnianego etapu Tour de France 2012. Zgodnie ze swymi odczuciami całkiem nieźle pojechałem trudniejszą „połówkę” podjazdu. Na górnym sektorze o długości 6,8 kilometra i średniej 8,1% strava zanotowała mi czas 32:04 (avs. 12,8 km/h i VAM 1036 m/h). W sumie zaś na swym dwunastym etapie w Sabaudii przejechałem 66,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 2231 metrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1033552530

http://veloviewer.com/activities/1033552530

ZDJĘCIA

20170612_061

FILMY

20170612_175642

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col du Grand Cucheron została wyłączona

Frumezan

Autor: admin o 12. czerwca 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1836 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1386 metrów

Długość: 18 kilometrów

Średnie nachylenie: 7,7 %

Maksymalne nachylenie: 11,3 %

PROFIL

SCENA

Początek w Saint-Etienne-de-Cuines (Sabaudia). To niewielka miejscowość licząca niespełna 1200 mieszkańców, położona w dolnej części Vallee de la Maurienne, na wschodnim skraju masywu górskiego Chaine de Belledonne. Miasteczko to skupia się wokół drogi regionalnej D927, zaś jego centrum znajduje się o kilometr na południe od autostrady A43 zwanej Autoroute de la Maurienne. Od sąsiedniej wioski Saint-Marie-de-Cuines odgradza jej potok Le Glandon, który nieco niżej wpływa do rzeki L’Arc płynącej przez całą długość doliny Maurienne. Względem najbliższych miast miejscowość ta znajduje się 54 kilometry na południe od Albertville i zarazem 12 kilometrów na północ od Saint-Jean-de-Maurienne. Podjazd pod Frumezan wykazuje dużo cech wspólnych ze zdobytym przez nas dzień wcześniej wzniesieniem Lachat. Dolna część tej wspinaczki czyli cały odcinek po wspomnianej już szosie D927 również biegnie po drodze dobrze znanej rzeszom kolarskich kibiców. Jest to po prostu pierwsza połowa północnego podjazdu na słynną Col du Glandon (1924 m. n.p.m.). Przełęcz ta 14-krotnie wystąpiła w Tour de France w roli górskiej premii. Po raz pierwszy w 1947 roku, gdy wygrał na niej nasz rodak Edward Klabiński, a po raz ostatni w sezonie 2015 gdy pierwszy wjechał tu Francuz Romain Bardet. Niemniej w obu tych przypadkach podjeżdżano od południa czyli z doliny Romanche. Tym niemniej sześć premiowanych podjazdów na Glandon wiodło też naszym północnym szlakiem. Działo się to zawsze na etapach zmierzających do stacji narciarskiej L’Alpe d’Huez. Trzy razy pierwszy na tej premii był wówczas Belg Lucien Van Impe (1977, 1981 i 1983), a poza nim jeszcze Holender Steven Rooks (1988) oraz Francuzi: Thierry Claveyrolat (1990) i Laurent Roux (2001). Ten ostatni etap został zapamiętany przede wszystkim z racji kryzysu udawanego przez Lance’a Armstronga. Dodać przy tym trzeba, że północny Glandon niekiedy bywa przejeżdżany w ramach wspinaczki na nieco wyższą Col de la Croix-de-Fer (2064 m. n.p.m.) i wtedy w annałach „Wielkiej Pętli” pozostaje anonimowy.

Według strony „cyclingcols” podjazd pod Frumezan zaczyna się na wysokości 483 metrów n.p.m. czyli w centrum Saint-Etienne-de-Cuines. Tym niemniej można go zacząć również z jedynego ronda między wspomnianą autostradą i rzeką czyli z poziomu około 450 metrów. Wówczas na rozgrzewkę dodamy sobie łagodny kilometr o nachyleniu niespełna 3%. Kolejny kilometr prowadzi po długiej prostej do południowych krańców owego miasteczka. Dopiero pod koniec trzeciego kilometra wjeżdżamy w bardziej zalesiony teren. Na czwartym i piątym mijamy zjazdy do osad: Le Mollard, La Rochette i Les Pied des Voutes. Na kilometrze szóstym spotyka się dwa pierwsze wiraże, zaś po przejechaniu 6,9 kilometra na prawo od naszego szlaku odchodzi boczna D927e do wioski Saint-Alban-des-Villards. Kolejny skok w bok zawieźć nas może do Plan Champ (8,7 km). Natomiast tuż przed zjazdem z drogi D927 mijamy jeszcze Le Martinan (9,9 km). Drogę na Glandon trzeba opuścić na wysokości 1115 metrów n.p.m., tuż przed wjazdem do wioski Saint-Colomban-des-Villards. W tym momencie mamy już w nogach 10,4 kilometra o średnim nachyleniu 6,4% i maksymalnej stromiźnie 9,9%. Teraz należy odbić w prawo czyli w kierunku zachodnim. Na górską ścieżkę, która na co dzień służy przede wszystkim leśnikom i pasterzom. Do końca wspinaczki pozostaje niespełna osiem kilometrów, lecz zarazem przeszło połowa przewyższenia. Podobnie jak na Lachat górna część podjazdu do Frumezan jest znacznie bardziej stroma niż segment dolny, a przy tym wiedzie po drodze wąskiej i krętej. Prowadzi głównie przez las i trzeba na niej pokonać 14 serpentyn. Ten fragment wzniesienia ma długość 7,7 kilometra przy średniej 9,4% i max. 11,3 %. Z pozoru wydaje się więc ciut łatwiejsza niż dojazd do Lachat. Tym niemniej dodatkowe wyzwanie stwarza na niej bardzo kiepski stan nawierzchni drogowej. Sam podjazd kończy się zaś na mini-parkingu u kresu szosy. Jedyny postawiony w tym miejscu budynek pełni zapewne rolę składzika na narzędzia gospodarcze.

AKCJA

Nowy tydzień, nowe wyzwania w nowej dolinie. Od poniedziałku zaczęliśmy zwiedzanie kolarskich podjazdów na obszarze Vallee de la Maurienne. Na pierwszy dzień w tym terenie wybrałem wzniesienia najbliższe naszej bazy noclegowej. Niemniej i tak czekał nas transfer dłuższy każdego z wcześniejszych. Dojazd z Les Emptes do Saint-Etienne-de-Cuines liczy sobie bowiem 80 kilometrów. Na szczęście prowadził on szybkimi drogami N90, A430 i A43, więc zajął nam mniej niż godzinę. Po dotarciu na miejsce zatrzymaliśmy się w cieniu drzew na prawym brzegu potoku Le Glandon. Znów musieliśmy się chować przed słońcem. Mój licznik na starcie zanotował 33 stopni. Potem zaś na pierwszych sześciu kilometrach podjazdu temperatura wzrosła nawet do 37! Około 12:10 wsiedliśmy na rowery aby szosą D94 dojechać do miasteczka św. Stefana. Tym niemniej w centrum Saint-Etienne odbiliśmy w prawo czyli w kierunku rzeki L’Arc, po to by zacząć nasze wspinaczki z możliwie najniższego punktu. Podobnie jak na niedzielnym etapie plany w naszej grupie były rozpisane na dwa kierunki. Piotr z Tomkiem chcieli zdobyć Col de la Croix-der-Fer, rzecz jasna szlakiem przez Col du Glandon. To było nie lada zadanie. Według „cyclingcols” mieli do pokonania 22,7 kilometra o średniej 7% z przewyższeniem brutto 1605 metrów. Faktycznie nawet nieco więcej, bowiem naszą jazdę zaczęliśmy niżej. Natomiast ja z Darkiem i Romkiem miałem zjechać z drogi D927 po około 10 kilometrach. Chcieliśmy sprawdzić swe siły na Le Fremezan czyli kolejnej bocznej ścieżce prowadzącej w nieznane większości cyklistów górskie pustkowie. Wszyscy trzej dotarliśmy już bowiem na przełęcz Żelaznego Krzyża (od tejże strony północnej-zachodniej) już cztery lata wcześniej. Dokonaliśmy tego na trzecim odcinku naszej Route des Grandes Alpes czyli na etapie z La Lechere do Saint-Michel-de-Maurienne.

Wysoka temperatura jak i mocne niedzielne występy najwyraźniej podziałały na Darka bardzo motywująco. Ruszył mocno od samego startu, który to wyznaczyliśmy sobie przy rondzie około kilometr przed Saint-Etienne-de-Cuines. Jak sądzę to mocne uderzenie „tuż po gongu” było wymierzone przede wszystkim w Romka. Moi koledzy mają bowiem swoje sportowe porachunki od czasu wyprawy do Południowego Tyrolu z roku 2015, kiedy to toczyli zacięte boje m.in. na Passo delle Palade czy Passo delle Erbe. Ponieważ przed startem pozwoliłem sobie na okolicznościowe zdjęcia musiałem od samego początku gonić Darka by odrobić 30 sekund zanim zacznie się poważniejsza faza wspinaczki. Doszedłem go dopiero na drugim kilometrze. Romanowi ta sztuka się nie udała i niebawem zwolnił na tyle, że pod koniec trzeciego kilometra na chwilę dojechał do niego Tomek. Potem z kolei Tommy został by wspomóc Pedra, zaś Romano jechał swoim tempem. Niemniej po siedmiu kilometrach znudziła mu się jazda na solo i niczym legendarny Rene Vietto w TdF 1934 zawrócił aby na trasie odnaleźć swych kolegów. W tym momencie Romek zmienił też chyba swe poniedziałkowe plany, bowiem ostatecznie zdecydował się raz jeszcze zobaczyć Col de la Croix de Fer. Tymczasem na przedzie ja musiałem najpierw wyrównać oddech po pogoni za Darkiem, a potem zastanowić czy stać mnie na jazdę z kolegą w upale, który zazwyczaj bywa jego sprzymierzeńcem. Szczęśliwie była do pierwsza góra dnia, więc miałem spory zasób energii. Kręciło mi się dobrze i dość niespodziewanie pod koniec szóstego kilometra to ja „urwałem” Darka. Na płaskowyż przed Saint-Colomban-de-Villards (9,8 km) wjechałem z przewagą około dwóch i pół minuty. Według stravy odcinek 8,6 kilometra od centrum Saint-Etienne do tego miejsca pokonałem w 36:19 (avs. 14,3 km/h z VAM 1017 m/h). Na tym segmencie daje to obecnie 1235 miejsce pośród 14037 osób!, co poświadcza jak bardzo popularny pośród kolarskiej braci jest podjazd. Liderem z czasem 23:43 jest tu Laurens Ten Dam, zaś wynik Holendra pochodzi z jedenastego etapu TdF 2012 kiedy to ową premię górską wyznaczono na Croix-der-Fer.

W tym miejscu zaczęły się jednak moje problemy z orientacją w terenie. Mając przejechane 10 kilometrów i widząc przed sobą tablice z napisami „Saint-Colomban-de-Villards” oraz „stacja zimowa na wysokości 1100 metrów n.p.m.” zacząłem się rozglądać za boczną dróżką w prawo, po której moglibyśmy dokończyć nasz podjazd ku Le Fremezan. Najpierw odbiłem w prawo na wysokości miejscowego baru, lecz ten trop okazał się mylny. Była to jedynie uliczka prowadząca do wioski Le Martinan. Szybko wróciłem do drogi głównej i postanowiłem zaczekać w tym miejscu na kolegów. Wkrótce nadjechał Darek, a że po Romku nie było śladu zaczęliśmy szukać dalszej drogi we dwóch. Pojechaliśmy przed siebie czyli w stronę Col du Glandon, pokonując w ten sposób około półtora kilometra. Tu zatrzymaliśmy się na kilka minut i gdy podjęliśmy decyzję by zawrócić spotkaliśmy jadących z naprzeciwka Piotra, Romka i Tomka. Oni twardo zmierzali na Col de la Croix de Fer, zaś my dwaj postanowiliśmy wypróbować boczną drogę ku wiosce Les Roches. Początkowo ten podjazd wyglądał obiecująco. Droga wiodła do góry i to nawet dość ostro czyli z maxem na poziomie 10%. Niestety jednak biegła równolegle do szosy D927, podczas gdy wspinaczka ku Le Fremezan miała zakosami uciekać od niej w kierunku zachodnim. Z przecinki między drzewami ujrzeliśmy nawet swych trzech kolegów zgodnie zmierzających w kierunku Glandon. W końcu po przejechaniu 1200 metrów, tuż przed osadą Valmaure, droga zaczęła prowadzić w dół, więc prysły nasze złudzenia iż jesteśmy na właściwym szlaku. Od napotkanej przy drodze kobiety usłyszeliśmy, że „naszej zguby” powinniśmy szukać w centrum Saint-Colomban w okolicy kościoła. Cóż było robić? Zawróciliśmy we wskazanym kierunku. Uliczka przed kościołem okazała się krótka i ślepa. Druga, tuż za nim, zdawała się docierać tylko na przykościelny parking. Poza tym na tablicy informacyjnej nie było ani słowa o Le Fremezan.

Na bezowocnych poszukiwaniach straciliśmy już pół godziny, a kończyły się nam opcje wyboru. Trzeba było sprawdzić także ten ślad. Podjechaliśmy do parkingu, a za nim pojawiła się węższa dróżka, nieco przyprószona żwirem i prowadząca prosto do lasu. Po około trzystu metrach znów nabrałem wątpliwości, bowiem jakość nawierzchni szybko się psuła. Dodatkowo w poprzek drogi ustawiono prowizoryczny płot, który okazał się być przeszkodą dla wypasanych tu owiec. Dario nie zastanawiał się długo i rozmontował tą barierę. Po chwili ruszyliśmy w dalszą drogę, choć ta przez kolejny kilometr była bardziej gruntowo-szutrowa niż asfaltowa. Bałem się, że wyżej będzie jeszcze gorzej. Niemniej kto widział Presa de la Llauset czy Kronplatz (kilka lat po Giro d’Italia) ten może wiele ścierpieć. Z czasem na tym wąziutkim szlaku pojawiło się więcej asfaltu, acz bardzo marnej jakości. Sporo było w nim dziur, pęknięć czy wybrzuszeń. Poza tym był bardzo chropowaty i przybrudzony naleciałościami z lasu. Niemniej utwardzona droga dawała nadzieję na to, iż dojedziemy do kolejnego wyznaczonego sobie szczytu. Na tej nawierzchni ciężko było złapać swój rytm jazdy. Każdy z nas radził sobie jak mógł. Dario chyba szybko zniechęcił się do szybszej jazdy w tych ciężkich warunkach. Rozstaliśmy się kilkaset metrów za „owczą zaporą”. Czułem się dobrze, więc starałem się jechać na tyle mocno na ile było to możliwe. Ta droga ma sporo wiraży, co stanowi pewne urozmaicenie. Przez blisko sześć kilometrów schowana jest w gęstym lesie, co przy panującym upale było wybawieniem. Dopiero na 1300 metrów przed finałem wyjechałem na otwarty teren z widokiem na górskie szczyty masywu Belledonne. Tu jednak było już nieco chłodniej. Na mecie miałem „tylko” 27 stopni. Do mety dotarłem po przejechaniu 23,4 kilometra czyli błądząc po drodze D927 dodaliśmy sobie do przebiegu niemal 5,5 kilometra. Według stravy finałowe 7,6 kilometra przejechałem w 48:02 (avs. 9,5 km/h z VAM 894 m/h). To i tak drugi wynik pośród ledwie sześciu „straceńców” odnotowanych na tym segmencie. Darek wykręcił tu czas 1h 00:34. Tymczasem anonsowany Le Fremezan, ostatecznie okazał się o 4 metry niższym Frumezan’em.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1033552569

http://veloviewer.com/activities/1033552569

ZDJĘCIA

20170612_001

FILMY

20170612_143338

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Frumezan została wyłączona