banner daniela marszałka

Archiwum: '2023b_Tirol (Zillertal)' Kategorie

Tirol (Zillertal)

Autor: admin o 10. listopada 2023

Dwie przeszło dwutygodniowe wyprawy w letnim sezonie stały się moją normą. Taka „świecka tradycja”, którą staram się odpowiednio celebrować. Jakby nie patrzeć co roku mam dobry miesiąc na realizację swych górskich celów. Niekiedy jednak trafiają mi się sezony, w których z rowerem w roli głównej lub drugoplanowej mogę odbyć aż trzy zagraniczne wycieczki. Dotychczas udało mi się to dwukrotnie. Wówczas gdy, między dwoma wyprawami kolarskimi, w moim kalendarzu pojawiały się rodzinne wakacje we Włoszech. Dzięki nim w lipcu 2011 roku zahaczyłem rowerem o Rossfeld w Bawarii, Passo Ghiffi w Ligurii oraz osiem gór na terenie Toskanii. Natomiast na przełomie lipca i sierpnia 2015 roku podczas wczasów nad Lago di Garda poznałem cztery podjazdy w weneckiej prowincji Werona oraz dwa w lombardzkiej Brescii. W minionym roku taka okazja pojawiła się po raz trzeci. Na miejsce swych letnich wakacji wybraliśmy z Iwoną Austrię, a ściślej tyrolską Zillertal. Początkowo mieliśmy wyjechać na pełne dwa tygodnie i podzielić ów czas na turystyczne atrakcje Tyrolu oraz Karyntii. Ostatecznie te śmiałe plany musieliśmy zredukować do „grubego tygodnia” dając sobie osiem dni na poznanie uroków doliny rzeki Ziller oraz jej najbliższych okolic. W środku lata nie mogłem sobie pozwolić na dłuższy rozbrat z rowerem. A to z uwagi na ambitny tak logistycznie jak i sportowo wrześniowy wypad do dalekiej Andaluzji. Dlatego do Tyrolu zabrałem Scotta, aby choć co drugi dzień się na nim przejechać. Założyłem sobie, że w tym czasie zaliczę przynajmniej cztery szosowe wzniesienia.

Musiałem dokonać wyboru spośród z grubsza tuzina ciekawych podjazdów, które zaczynają się w promieniu kilkunastu kilometrów od wioski Aschau in Zillertal. Wioski goszczącej nas w dniach od 5 do 14 sierpnia. Niektóre górki szybko odrzuciłem. Dłużej brałem pod uwagę osiem-dziewięć kandydatur. Po pierwsze mogłem skorzystać z dróg biegnących w głąb każdej z czterech dolin zaczynających się na południe od Mayrhofen. Miejscowości, w której kończy się główna część doliny Ziller. Co ciekawe miasteczko to gościło uczestników Giro d’Italia z 2009 roku, a ja miałem przyjemność komentować w Eurosporcie ów etap wygrany przez ś.p. Michele Scarponiego. We wspomnianych czterech dolinach tzn. Tuxertal, Zamsergrund, Stilluppgrund i Zillergrund znajdują się długie podjazdy o zmiennym nachyleniu. Patrząc z zachodu na wschód. Najpierw Hintertux (1499 m. n.p.m.) czyli 18,1 kilometra o średniej 4,7%. Następnie Schlegeisspeicher (1784 m. n.p.n.) to jest 23 km o przeciętnej 5%. Potem Grune Wand Hutte (1438 m. n.p.m.) czyli 15,5 kilometra o średniej 5%. No i w końcu Speicher Zillegrundl (1850 m. n.p.m.) to jest 21,4 kilometra o przeciętnej 5,7%. Tym niemniej bliżej naszego domu miałem do dyspozycji cztery nieco krótsze, lecz za to znacznie bardziej strome, wspinaczki na oddanej do użytku w roku 1978 wysokogórskiej drodze Zillertaler Hohenstrasse. Na odcinku 12 kilometrów pomiędzy miejscowościami Ried i Hippach mogłem zacząć mordercze podjazdy do: Melchboden vel Arbiskopf (2022 m. n.p.m.) bądź Zirmstadl alias Mizunalm (1799 m. n.p.m.). Poza nimi wszystkimi brałem jeszcze pod uwagę położoną bardziej na północ wspinaczkę do stacji Hochfugen (1475 m. n.p.m.) czyli 13,6 kilometra o średniej 6,8% wykorzystane na Deutschland Tour w 2008 roku.

Po dłuższym namyśle zagrałem va banque czyli wybrałem najtrudniejsze premie górskie w tej okolicy. To znaczy dwa podjazdy do parkingu Melchboden (z początkami w Hippach oraz Zell am Ziller) oraz dwie wspinaczki ku restauracji Zirmstadl (od Ried oraz Aschau). Zdecydowały względy praktyczne, choć nieco ryzykowałem, iż okażą się to wyzwania ponad moje siły. Uznałem jednak, że lepiej będzie zmierzyć się z tymi „Tyrolskimi Potworami” w wieku 47 lat, a nie w przyszłości gdzieś po 50-tce. Poza tym akurat te wzniesienia miałem na tyle blisko domu, że wprost należało ruszać na nie z bazy rowerem. W końcu zaś na trudnej technicznie, a przy tym płatnej dla pojazdów zmotoryzowanych Zillertaler Hohenstrasse spodziewałem się co najwyżej umiarkowanego ruchu samochodowego. Natomiast we wspomnianych dolinach, szczególnie zaś w Tuxertal i Zamsergrund nie mógłbym liczyć na podobny spokój w szczycie letniego sezonu. Ostatecznie tak się jakoś ułożyło, iż ku Melchboden wyprawiałem się z rana (8 i 12 sierpnia), zaś do Zirmstadl popołudniami (10 i 13 sierpnia). Niemniej to nie moje kolarskie podboje były w owych dniach najważniejsze. Na szczycie naszej listy mieliśmy rozmaite miejsca na wschód od Innsbrucku. Jedno nawet poza granicami Tyrolu. Poznaliśmy zatem zamek Tratzberg. Kopalnię srebra w Schwaz oraz wąwóz Wolfsklamm. Muzeum Kryształów Svarowskiego w Wattens oraz miasteczko Hall in Tirol. Jezioro Achensee i góry Karwendel. Kolejkę na Hintertux Gletscher oraz Eis Palast czyli lodową jaskinię w szczytowej partii tego lodowca. Schronisko Olpererhutte zdobyte z buta od jeziora Schlegeis. Mayrhofen i kolejkę Ahornbahn wiodącą ku górskim halom. W końcu zaś górską ścieżkę wzdłuż trzech kaskad wodospadu Krimml. Mocny program. Rzekłbym nie mniej ambitny niż moje kolarskie wypady.

Z przeraźliwymi stromiznami Melchboden oraz Zirmstadl poradziłem sobie lepiej niż mogłem przypuszczać. Niewątpliwie przydała mi się „mocna zaprawa” z pierwszych tygodni tego lata wypracowana na szosach Ticino, Grigioni oraz Lombardii. Każdy z przejechanych na Zillertaler Hohenstrasse podjazdów był nie lada wyzwaniem. Wspinaczką w typie „double-double” czyli o średnim nachyleniu minimum 10% na odcinku co najmniej 10 kilometrów. Mimo tego tylko raz (przy pierwszej próbie) postawiłem stopę na jezdni by dać sobie ponad minutę na zaczerpnięcie powietrza przed dalszą częścią ekstremalnej wspinaczki. Wszystkie cztery przetrwałem w całkiem dobrym stylu. Potrafiłem tu kręcić z VAM na poziomie powyżej 1050 m/h. Kilka tygodni wcześniej nie miałbym najmniejszych szans na tego typu osiągi. Obie wspinaczki pod Melchboden wymagały pokonania w pionie przeszło 1400 metrów, przy czym wersja z Zell am Ziller miała amplitudę brutto niemal 1500 metrów za sprawą terenowej sinusoidy na finałowym odcinku. Niższe podjazdy ku Zirmstadl miały przewyższenia około 1230 metrów, ale na trasie w niczym nie ustępowały swoim wynioślejszym sąsiadom. Co więcej mój „przydomowy” wariant ze startem w Aschau wręcz porażał stromizną o średniej ponad 12%. Tym samym nie może dziwić, iż każde z tych wzniesień zajęło wysokie miejsce w rankingu najtrudniejszych podjazdów z mojej kolekcji. Według strony „climbfinder” najcięższą z tej czwórki była wspinaczka na Melchboden od Zell am Ziller warta aż 1813 punktów. To obecnie premia górska nr 7 na owej liście. Notowana ciut wyżej niż tak „grube sztuki” jak Monte Zoncolan, Prato Maslino czy Monte Varagna.

Poniżej krótka lista moich premii górskich rodem z wysokogórskiej trasy Zillertaler Hochenstrasse.

Mój rozkład jazdy:

8.08 – Melchboden (from Hippach)

10.08 – Zirmstadl (from Ried im Zillertal)

12.08 – Melchboden (from Zell am Ziller)

13.08 – Zirmstadl (from Aschau im Zillertal)

Napisany w 2023b_Tirol (Zillertal) | Możliwość komentowania Tirol (Zillertal) została wyłączona

Zirmstadl (from Aschau im Zillertal)

Autor: admin o 13. sierpnia 2023

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Aschau im Zillertal

Wysokość: 1795 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1225 metrów

Długość: 10 kilometrów

Średnie nachylenie: 12,2 %

Maksymalne nachylenie: 20 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

W sobotę po powrocie z Melchboden pojechałem z Iwoną do Mayrhofen. Miasteczka, które gościło uczestników Giro d’Italia z roku 2009 czyli edycji zorganizowanej na stulecie tej imprezy. Jej trasa była o tyle nietypowa, iż peleton „La Corsa Rosa” odwiedził Alpy już w pierwszym tygodniu, zaś ostateczne rozstrzygnięcia zapadały w Apeninach. Komentowałem wówczas w Eurosporcie dziewięć pierwszych etapów tego wyścigu czyli również szósty wygrany na solo przez ś.p. Michele Scarponiego. Niemniej spacer po ulicach tego górskiego kurortu nie był główną atrakcją naszej wycieczki. Ruszyliśmy w góry. Tym razem w stylu „na leniucha” czyli z wykorzystaniem podniebnego tramwaju Ahornbahn. Ta ponoć największa gondola w Europie może pomieścić max. 160 osób. Leci z poziomu 670 metrów na wysokość 1968 metrów n.p.m. w tempie 10 m/s. Tym sposobem swą trasę o długości 3045 metrów pokonuje w nieco ponad sześć i pół minuty. Z kolei w niedzielny poranek chcąc zaliczyć ostatni punkt naszego wspólnego programu musieliśmy wyjechać z Tyrolu. Pojechaliśmy przez Gerlospass do wioski Krimml w landzie Salzburg by zobaczyć największy z austriackich wodospadów. Ma on łączną wysokość aż 385 metrów, przy czym składa się z trzech progów o wielkości 145, 100 i 140 metrów. Znajduje się na terenie Parku Narodowego Wysokie Taury. Już w XIX wieku wzdłuż lewego brzegu rzeczki Krimmler Ache powstała pierwsza ścieżka turystyczna, którą obecnie odwiedza 400 tysięcy osób rocznie. Aktualna wersja tej trasy ma długość 4,15 kilometra oraz 431 metrów przewyższenia. Po drodze mija się plac widokowy oraz siedem platform, z których można podziwiać różne fragmenty tutejszego cudu natury.

Wczesnym popołudniem byliśmy już w naszym Aschau im Zillertal. Kilka słów o gminie, która gościła nas przez osiem dni i dziewięć nocy. Ma ona niespełna 1900 mieszkańców i powierzchnię nieco ponad 20 km2. Właśnie z tym obszarem związana jest pewna ciekawostka. Otóż Aschau jest jedną z dwóch gmin Zillertal położonych po obu stronach rzeki Ziller. Tą drugą jest wspomniane już wyżej Mayrhofen. Jak wiadomo kościelne jednostki administracyjne mają granice ustalone przed wiekami, niepokrywające się z obszarami wszelakich województw, regionów czy landów. W tym zakątku Alp granica między diecezjami Salzburg oraz Innsbruck biegnie sobie nurtem Ziller. Tym sposobem dwa kościoły z terenu Aschau podlegają różnym biskupom. Proboszcz z Heiliger Leonhard „spowiada się” ze swej działalności w mieście Mozarta, zaś ten z Maria zum Ziege ma zwierzchnika urzędującego w stolicy Tyrolu. Mieszkaliśmy tu dosłownie 170 metrów od ulicy Hohenstrasse, na której zaczyna się południowy podjazd ku Zirmstadl vel Mizunalm. Wyjechałem z domu tuż po czternastej. Dzień był gorący, szczególnie o tej porze. Na starcie wspinaczki mój licznik odnotował 30, zaś w połowie czwartego kilometra nawet 34 stopni. Tymczasem ja w tych warunkach porywałem się na pokonanie jednej z najbardziej stromych gór jakie w życiu widziałem. Niemniej nie było innego wyjścia. Jak mawiają Anglosasi „there was no tomorrow”. Kończyły się nasze tyrolskie wakacje. W poniedziałek musieliśmy już wracać do Polski. Tym samym to była moja ostatnia okazja na zaliczenie tej wspinaczki. Co najwyżej mogłem poczekać parę godzin, ale wolałem nie zwlekać. Wczesnopopołudniowy upał łatwo mógł się przerodzić w późno-południową burzę. Jak się niebawem okazało w tej sprawie miałem rację.

Aby choć „parę razy” przekręcić korbą zanim zacznę ten podjazd dojechałem do jego podnóża nieco okrężną trasą o długości 750 metrów. Krótki odcinek na Dorfstrasse skończyłem skrętem w prawo tuż po minięciu Gasthof zum Lowen. Przed sobą miałem 10-kilometrowe wzniesienie o przeciętnym nachyleniu aż 12,2%! Sprawdziłem czy kiedykolwiek zaliczyłem premię górską o tak wysokiej stromiźnie. Jak ustaliłem tylko wenecka Bocca di Forca była bardziej stroma, acz o niespełna kilometr krótsza. Tamta wspinaczka na południowym zboczu Monte Grappa miała bowiem średnio 12,4% na dystansie „tylko” 9,1 kilometra. Natomiast sławniejszym pojazdom takim jak: Monte Zoncolan (od Ovaro), Punta Veleno czy Kitzbuheler Horn odrobinę brakowało do 12%. Jak zatem w szczegółach wygląda południowy wariant Zirmstadl? Wszystkie kilometry z dwucyfrowym nachyleniem. Najłatwiejszy (jeśli to właściwe słowo) jest kilometr pierwszy z przeciętną 10,5%. Nieco trudniejsze ósmy i dziesiąty z wartością 10,9%. Wszystkie pozostałe trzymają na średnim poziomie od 12,6 do 13,6%. Można nawet powiedzieć, że na tej górze stromizna rzędu 13% to norma. Najtrudniejszy jest kilometr piąty. Na sam początek miałem do przejechania osiemset metrów ulicą biegnącą wzdłuż potoku Aschauerbach. Po około 550 metrach zostawiłem za plecami ostatnie domy we wiosce. Potem droga skręciła w prawo, zaś po 1200 metrach od startu wspinaczki zawinęła się na ciasnym wirażu w lewo. Sto metrów dalej minąłem Embergstrasse. Dróżkę biegnącą wzdłuż zbocza góry, która łączy początki podjazdów z Ried im Zillertal, Kaltenbach oraz Aschau.

Od połowy drugiego do końca czwartego kilometra szlak prowadził głównie pośród łąk. Tu i ówdzie górska osada lub pojedyncze gospodarstwa. Cały czas ostro pod górę. W pewnym momencie pomyślałem, że nie dam już rady z tą stromizną. Niemniej dobrnąłem do czwartego wirażu, na którym planowałem się zatrzymać. Stoi przy nim „budka” poborcy opłat za wjazd na płatny odcinek Zillertaler Hohenstrasse. Gdy do niej dojechałem spostrzegłem, że za zakrętem teren przez chwilę jest ciut łatwiejszy. Przemogłem się, nie stanąłem, pojechałem dalej. Dotychczasowy segment o długości 4,1 kilometra pokonałem w 27:11 czyli z VAM na poziomie 1114 m/h. Tymczasem kolejne trzy kilometry były „najsztywniejszą” częścią wzniesienia. Droga przez cały ten czas biegła w kierunku południowym. Generalnie w terenie zalesionym, przecinając nurt aż pięciu górskich potoków. W końcu dotarła do rozjazdu, na którym w lewo odchodzi szlak ku Hirschbichlalm i dalej ku Melchboden. Zatem ja musiałem tu odbić w prawo. Po 7,1 kilometra dystansu i około 50 minutach jazdy mój VAM spadł do 1084 m/h. Zatem nieco słabłem. Niemniej nabierałem pewności, iż uda mi się pokonać tą górę bez żadnego przystanku. Następnie przez 1400 metrów droga prowadziła mnie na północ, by w połowie dziewiątego kilometra na dobre wyjść z lasu. Po prawej ręce mogłem wówczas dostrzec dolną stację kolejki linowej Wimbachexpress. Na ostatnim dziesiątym kilometrze znów jechałem na północ. Ku mecie ponad stawem poznanej przed trzema dniami. Przeciągnąłem jednak podjazd dojazdem do gospody Zirmstadl. Jak wynika ze stravy segment o długości 10,18 kilometra pokonałem w czasie 1h 09:03 (avs. 8,9 km/h). Tego dnia wspinałem się z prędkością 1064 metrów na godzinę. Tyrolskie wyniki dobrze rokowały przed wrześniową wyprawą do Andaluzji. Forma była już całkiem niezła. Warto było przelać litry potu na szwajcarsko-włoskim pograniczu.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/9640341583

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/9640341583

ZDJĘCIA

Zirmstadl_sud_01

FILM

Napisany w 2023b_Tirol (Zillertal) | Możliwość komentowania Zirmstadl (from Aschau im Zillertal) została wyłączona

Melchboden (Zell am Ziller)

Autor: admin o 12. sierpnia 2023

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Zell am Ziller

Wysokość: 2035 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1458 metrów

Długość: 15,7 kilometra

Średnie nachylenie: 9,3 %

Maksymalne nachylenie: 18 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Pomiędzy drugą i trzecią wspinaczką na Zillertaler Hohenstrasse miałem dzień przerwy od roweru. Niemniej w piątek nie traciłem kontaktu z górami. Można nawet powiedzieć, że zaszedłem wyżej niż dane mi tu było wjechać rowerem. Wybraliśmy się z Iwoną na górski trekking. Najpierw pojechaliśmy samochodem w głąb doliny Zamsergrund, aż po parking obok sztucznego jeziora Schlegeisspeicher (1784 m. n.p.m.). Z tego zaś poziomu jak wielu turystów w ów słoneczny dzień weszliśmy na stromy szlak wiodący do Olpererhutte (2389 m. n.p.m.). Do zrobienia z buta mieliśmy niespełna trzy kilometry z przewyższeniem przeszło 600 metrów. A kiedy już doszliśmy do schroniska to wypadało jeszcze podejść odrobinkę dalej i ustawić się w kolejce do zwodniczych zdjęć na sławnym Panoramabrucke. Kto chce niech sprawdzi w necie na czym owa iluzja polega. Nazajutrz w godzinach porannych wybrałem się powalczyć z Melchboden. Runda druga. Tym razem chciałem zdobyć tą górę północnym szlakiem ze startem w Zell am Ziller. Cały dojazd do podnóża tego wzniesienia poznałem już we wtorek. Jadąc do Hippach minąłem bowiem początek mojej sobotniej wspinaczki. Tym razem w ramach rozgrzewki przed kolejnym ultra-stromym podjazdem miałem raptem 4,6 kilometra. Zell am Ziller to gmina mająca nieco ponad 1700 mieszkańców. Co ciekawe pod względem powierzchni jest najmniejszą w Zillertal. Mimo to uchodzi wespół z Fugen za administracyjną i gospodarczą stolicę owej doliny. Ma tu swą siedzibę sąd rejonowy. Historia tej miejscowości sięga VIII wieku, kiedy to z akcją misyjną zawitali w te górskie strony mnisi z diecezji salzburskiej. Ślad po tym wydarzeniu widać zresztą w aktualnym herbie tyrolskiego Zell. Miasteczko to słynie z „Gauderfest”. Jednego z najstarszych festiwali folklorystycznych w Tyrolu. Trwa on cztery dni i jest organizowany rokrocznie na początku maja.

Zell am Ziller do spółki z ośrodkami w Gerlos i Konigsleiten tworzy od roku 2000 teren narciarski Zillertal Arena. Do dyspozycji narciarzy jest tu w sumie 150 kilometrów tras obsługiwanych przez 52 wyciągi, które są w stanie przewieźć 85 tysięcy osób na godzinę. Nie wiem czy Osterreich Rundfahrt korzystał kiedykolwiek z podjazdów na Zillertaler Hohenstrasse. Niemniej dzięki memoire-du-cyclisme ustaliłem, iż w latach 1991-95 etapy tego wyścigu kończyły się właśnie w Zell am Ziller. Jeden z nich, ten z 1992 roku wygrał Georg Totschnig. Północny podjazd na Melchboden był najdłuższym z sierpniowego kwartetu. Pozornie najłagodniejszym z nich, ale z pewnością nie najłatwiejszym. Przeciętne nachylenie tego wzniesienia to nieco ponad 9%. Co robi wrażenie, acz nie takie jak dwucyfrowe wartości. Średnia ta byłaby znacznie wyższa gdyby nie urozmaicony teren na ostatnich kilometrach tej wspinaczki. Dolna i środkowa tercja tego podjazdu jest nie mniej stroma niż ścieżki z Hippach czy Ried im Zillertal. Na dystansie 10,8 kilometra trzeba tu pokonać przewyższenie 1223 metrów co daje średnią aż 11,3%. Na kilometrach siódmym i jedenastym oscyluje ona w pobliżu 13%. Niemniej sektor górny to już przeplatanka zjazdów i podjazdów z przewagą tych drugich. W teorii do zdobycia pozostaje ledwie 221 metrów na dystansie 4,5 kilometra. Natomiast w praktyce do pokonania w pionie na tej końcówce mamy 256 metrów w trzech kawałeczkach o łącznej długości 2,7 kilometra. Według „cyclingcols” na całej tej górze jest w sumie 9,7 kilometra odcinków o nachyleniu co najmniej 10%, zaś najtrudniejszy 5-kilometrowy segment ma średnio 12%. Tyle wiedziałem o owej górze przed startem. Naiwnie uznałem zatem, iż trzeba będzie przetrwać pierwsze 11 kilometrów wspinaczki, a potem to już względny luzik.

Z Ferienwohnung Maria Lechner podobnie jak we wtorek wyjechałem parę minut po ósmej. Tym razem było nieco cieplej. Na płaskim dojeździe miałem 16 stopni. Po niespełna 11-minutowej rozgrzewce odbiłem od rzeki skręcając w prawo. Na samym początku jazda przez teren zabudowany. Najpierw przejechałem przez Zellberg, zaś nieco wyżej byłem już we wiosce Reisch. Na pierwszym kilometrze dwa wiraże, w pierwszej połowie drugiego kilometra trzy kolejne. Potem długi na 1300 metrów odcinek w kierunku północnym. Jadąc nią w połowie trzeciego kilometra minąłem Herz-Jesu Kapelle. W tej wstępnej fazie wszystkie kilometry w przedziale od 11 do 12,5%, przy czym każdy kolejny sektor trudniejszy od poprzedniego. Za szóstym zakrętem droga zaczęła nieco odpuszczać. Na czwartym i piątym kilometrze nachylenie wynosiło „ledwie” 9,6%. W połowie piątego kilometra minąłem wioskę Burbach. Jakieś czterysta metrów za wirażem nr 8 napotkałem bramkę z poborem opłat. Ten wjazd na płatny odcinek Zillertaler Hohenstrasse znajduje się na wysokości tylko 1100 metrów n.p.m. Powyżej niej droga częściej wiodła wśród drzew niż jak dotąd pośród łąk. Można więc zażartować, iż zmotoryzowani kierowcy płacą tu „myto” za hałasowanie w lesie. Pierwsze 6 kilometrów z małym hakiem czyli cały odcinek do dziewiątego zakrętu, na którym trzeba było pokonać 700 metrów w pionie, przejechałem w 38:23 co oznaczało VAM 1094 m/h. Tu zaczynał się kręty i nadal bardzo stromy sektor leśny. Zanim skończył się dziesiąty kilometr tej morderczej wspinaczki zaliczyłem już osiemnaście wiraży. Na czternastym minąłem dróżkę, którą mógłbym zjechać prosto do Aschau.

Po ostatniej zmianie kierunku jazdy jeszcze jeden bardzo ciężki kilometr. Minąłem na nim zjazd ku gospodzie Grunalm. Niebawem po przebyciu 10,8 kilometra od Zell am Ziller mogłem się w końcu  odprężyć na krótkim odcinku z przejazdem obok Alpengasthof Hirschbichlalm. Ten alpejski zajazd świętował w tym roku swe 50-lecie czyli jest kilka starszy niż asfaltowa wersja Zillertaler Hohenstrasse. Trzysta płaskich metrów do zakrętu nad potokiem Talbach. Po nim króciutki zjazd i ścianka o długości 300 metrów. Potem chwilka płaskiego terenu i kolejny, tym razem przeszło półkilometrowy zjazd. Do tego pod koniec stromy tzn. z ujemnym nachyleniem aż 11%. Następnie jakby dla kontrastu cały kilometr na wschód ostro pod górę ze stromizną niekiedy przekraczającą 15%. Jednym słowem niezła sinusoida. Przyznam, że ten teren góra-dół męczył mnie bardziej niż wcześniejsza bardzo trudna, lecz stała wspinaczka. Ciężko było złapać właściwy swoim możliwościom rytm jazdy. W połowie czternastego kilometra droga skręciła na południe. Przez kolejne 600 metrów teren znów opadał, acz tym razem łagodnie. Na początku piętnastego kilometra zacząłem ostatnią fazę tej wspinaczki. Jeszcze jeden ciężki kilometr z chwilowym maksem 16,5%. Dopiero ostatnie 350 metrów znacznie łagodniejsze. Z rozpędu zjechałem jeszcze ku Jausenstation Melchboden, gdzie byłem świadkiem odjazdu górskich taksówek. Według stravy cały podjazd o długości 15,78 kilometra pokonałem w 1h 33:27 (avs. 10,1 km/h). VAM raptem 929 m/h, ale tzw. prędkość pionowa musiała mocno spaść na ostatnich kilometrach. Dopóki było mocno pod górę trzymałem całkiem zdrowe tempo na poziomie około 1030 m/h.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/9632782716

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/9632782716

ZDJĘCIA

Melchboden_nord_01

FILM

Napisany w 2023b_Tirol (Zillertal) | Możliwość komentowania Melchboden (Zell am Ziller) została wyłączona

Zirmstadl (from Ried im Zillertal)

Autor: admin o 10. sierpnia 2023

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Ried im Zillertal

Wysokość: 1795 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1241 metrów

Długość: 12,3 kilometra

Średnie nachylenie: 10,1 %

Maksymalne nachylenie: 20 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Na swój drugi pojedynek ze stromymi podjazdami na Zillertaler Hohenstrasse poczekałem do czwartkowego popołudnia. W międzyczasie nie sposób było się nudzić, choć pogodę mieliśmy w kratkę. We wtorek po zaliczeniu południowego Melchboden pojechałem z Iwoną do Wattens by obejrzeć kryształowe dzieła zgromadzone w Muzeum Swarovskiego. Nazwisko założyciela tej firmy zdradza jego słowiańskie pochodzenie. Tym człowiekiem był urodzony w 1862 roku w północnych Czechach szlifierz szkła o imieniu Daniel. W wieku 30 lat opatentował on maszynę do szlifowania kryształu, po czym w roku 1895 roku przeniósł się wraz z rodziną do tego tyrolskiego miasteczka. Po Wattens skoczyliśmy jeszcze na spacer po starówce pobliskiego Hall in Tirol. Swoją drogą z ulic obu tych miejscowości można rozpocząć wymagające wspinaczki. Otóż z Wattens można podjechać do Wattener Lizum (1395 m. n.p.m.) robiąc podjazd o długości 11,3 kilometra i przeciętnym nachyleniu 7,5%. Jeszcze ciekawsze opcje daje Hall in Tirol. Jest ono punktem startu do dwóch stromych wspinaczek. Pierwsza z nich to Hinterhorn Alm (1514 m. n.p.m.) czyli 12,4 kilometra przy średniej 7,7%, zaś druga to Herrenhausern (1504 m. n.p.m.) o wymiarach 8,2 kilometra oraz 11,3%. Na tych wakacjach nie miałem na nie czasu, ale przynajmniej dwie z nich chciałbym w przyszłości zaliczyć. W środę pogoda była kiepska, lecz mimo to ruszyliśmy się z domu ku nowym celom. Odwiedziliśmy Pertisau położone na zachodnim brzegu Achensee, po czym z krańca szosy w dolinie Gern udaliśmy się na pieszą wędrówkę po górach Karwendel.

Czwartek zaczęliśmy od samochodowej wycieczki do stacji Hintertux, skąd kolej gondolowa Gletcherbus w trzech etapach wywiozła nas na wysokość aż 3250 metrów n.p.m. w pobliże szczytu Gefroene Wand. Zafundowaliśmy sobie tym sposobem nieco zimy w środku lata, zaś dodatkową atrakcją wizyty w tej krainie wiecznego śniegu była możliwość wejścia do Eis Palast czyli jaskini w lodowcu Hintertux odkrytej całkiem niedawno, bo w 2007 roku. Wróciwszy wczesnym popołudniem do Aschau miałem sporo czasu na realizację drugiego punktu ze swego kolarskiego programu. Ponieważ na pierwszy etap wziąłem Melchboden w wersji południowej to dla kontrastu na drugi wybrałem sobie Zirmstadl w opcji północnej. To zaś oznaczało, iż muszę podjechać rowerem do Ried im Zillertal. To gmina o podobnej wielkości co poznana dwa dni wcześniej Hippach. Mieszka tu niespełna 1300 osób, zaś pierwsze wzmianki o tej miejscowości pochodzą z połowy XII wieku. Z domu przy Waldweg wyjechałem tuż przed piętnastą. Na starcie temperatura 26 stopni, ale niebo poważnie zachmurzone. Tym razem do przejechania w ramach rozgrzewki miałem tylko 4,5 kilometra. Jadąc na północ drogą L300 minąłem gminę Kaltenbach. Miejscowość ta może się pochwalić własnym dworcem kolejowym oraz dolną stacją kolejki gondolowej Hochzillertal. Ta w sezonie zimowym wywozi narciarzy na wysokość 1735 metrów n.p.m. w pobliże Zillertaler Schi-Alm. Mój cel na to czwartkowe popołudnie znajdował się w tej samej okolicy, acz jakieś 60 metrów wyżej niż owa szkółka narciarska. Opuszczając drogę biegnącą wzdłuż rzeki Ziller miałem do pokonania w pionie przeszło 1230 metrów na dystansie nieco ponad 12 kilometrów. Jednym słowem była to kolejna premia górska z kategorii double-double.

Według „cyclingcols” wspinaczka ta (oznaczona jako Mizunalm) liczy tylko 11,2 kilometra przy średniej aż 11,1%. Przy tym aż 7,8 kilometra czyli niemal 70% dystansu ma nachylenie co najmniej 10%. Natomiast najtrudniejszy 5-kilometrowy segment straszy wartością aż 13%. W tym kontekście pierwszy kilometr po skręcie w lewo należałoby uznać za łagodny. Na początkowych 900 metrach nachylenie sięgało bowiem co najwyżej 7,5 %. Dopiero po kilometrze pierwszy raz osiągnęło dwucyfrową wartość. Po przebyciu 1,1 kilometra musiałem odbić w prawo. Tymczasem zrazu pojechałem prosto. Gdybym kontynuował ten kurs wjechałbym wkrótce na Aussere Embergstrasse, która przeniosłaby mnie na podjazd pod Zirmstadl zaczynany w Kaltenbach. Niemniej szybko się zorientowałem, że „nie tędy moja droga”, więc zawróciłem by kontynuować wspinaczkę po właściwym szlaku. Po kolejnych 600 metrach wziąłem wiraż w lewo, zaś na początku trzeciego kilometra znów wyjechałem na otwarty i zamieszkany teren. Aczkolwiek tym razem nie była to już zwarta miejska zabudowana, lecz pojedyncze gospodarstwa rozrzucone na górskim zboczu. Po niespełna czterech kilometrach minąłem pensjonat Schonblick, a zaraz potem po przeciwnej stronie drogi dojrzałem pasące się na ogrodzonej łące stadko danieli. Na trzecim i czwartym kilometrze stromizna była już bardzo poważna. Góra twardo trzymała na średnim poziomie 12%. Jechałem jednak mocno czego dowody znalazłem na stravie. Otóż 4,5 kilometrowy segment z dolnej połówki góry tj. odcinek od połowy drugiego do końca szóstego kilometra przejechałem w 24:46 czyli ze średnią prędkością 11 km/h i VAM 1090 m/h.

Począwszy od piątego kilometra droga coraz częściej zaglądała do lasu. W niektórych miejscach był on jednak wyraźnie przetrzebiony za sprawa jakiejś wichury. Mój szlak jeszcze przed półmetkiem obrał na dobre południowo-zachodni kierunek. Trzykrotnie musiałem przejechać po drewnianym mostkach przerzuconych nad górskimi potokami. Tuż za ostatnim z nich (na Riedbach) moja droga połączyła się z szosą biegnącą z Kaltenbach. Tuż za tym łącznikiem minąłem bramkę poboru opłat za wjazd na płatny odcinek Zillertaler Hohenstrasse. Za plecami miałem sztywny kilometr o średniej 13,3%. Niemniej przed sobą dwa najsztywniejsze o wartościach 14%, a nawet 14,3%. Na moje szczęście mogłem tu skorzystać z przełożenia 34/32. Droga ostatecznie wyszła ponad poziom lasu na wysokości 1630 metrów n.p.m. Nieco wyżej minąłem dwa ostatnie wiraże, w tym ten przy chacie myśliwskiej Neuhuttenalm. Poważna część wspinaczki skończyła się po przejechaniu 11,4 kilometra od drogi L300. To jest w pobliżu Kaltenbacher Skihutte oraz mini-zoo Murmelland. Ostatni kilometr z przejazdem obok osiedla domków letniskowych, gospody Zirmstadl i restauracji Platzlalm to już było „małe piwo” w porównaniu z wcześniejszą wysokoprocentową wspinaczką. Swój podjazd zakończyłem w pobliżu stawu Speicherteich. W miejscu gdzie moja droga łączy się z tą, która jeszcze śmielej wspina się od Aschau. Z tego łącznika rusza szutrowy dukt ku osadzie Mizunalm (1860 m. n.p.m.), która w niektórych bazach podjazdów daje nazwę szosowym wspinaczkom z Ried, Kaltenbach czy Aschau. Według stravy segment o długości 12,32 kilometra pokonałem w 1h 09:18 (avs. 10,7 km/h) z VAM 1072 m/h. Dobre odczucia z Melchboden znalazły swe potwierdzenie. Co więcej, tym razem nie miałem żadnego kryzysu po drodze.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/9620701974

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/9620701974

ZDJĘCIA

Zirmstadl_nord_01

FILM

Napisany w 2023b_Tirol (Zillertal) | Możliwość komentowania Zirmstadl (from Ried im Zillertal) została wyłączona

Melchboden (from Hippach)

Autor: admin o 8. sierpnia 2023

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Hippach

Wysokość: 2035 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1433 metry

Długość: 13,8 kilometra

Średnie nachylenie: 10,4 %

Maksymalne nachylenie: 18 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Na tym wyjeździe kolarskie wspinaczki stanowiły jedynie „lekturę uzupełniającą” tyrolskie wakacje z Iwoną. Na pierwszym planie było wspólne zwiedzanie Zillertal i okolic. Tym samym z pierwszym wyjazdem na rower poczekałem do trzeciego dnia. W deszczową niedzielę 6 sierpnia zwiedziliśmy zamek Tratzberg. Natomiast w poniedziałek 7 sierpnia przy nieco lepszej pogodzie przed południem zajrzeliśmy w czeluście dawnej kopalni srebra w Schwaz. Natomiast po południu pokonaliśmy malowniczą trasę wokół Stans z przejściem przez wąwóz Wolfsklamm. Główną atrakcją wtorku miała być wycieczka do Swarovski Kristallwelten w Wattens. Jednak przed południem miałem swoje trzy godzinki na sportową aktywność. Jak już wspomniałem w artykule wstępnym spośród tuzina ciekawych premii górskich z naszej okolicy wybrałem te najbliższe domu, ale zarazem najtrudniejsze. Celowałem w cztery podjazdy na szosach Zillertaler Hohenstrasse. Ta wysokogórska droga panoramiczna zaczęła nabierać kształtów już na początku lat 60. XX wieku. Początkowo była szutrowa i służyła przede wszystkim rolnikom doglądającym swych pastwisk. W wersji asfaltowej została oddana do powszechnego użytku w roku 1978. Jest zarządzana przez wspólnotę pięciu gmin leżących u jej podnóża. Jak to często bywa w Austrii górne odcinki tej trasy są płatne dla turystów zmotoryzowanych. Obecnie motocykliści za wjazd płacą pięć, zaś kierowcy samochodów osobowych osiem Euro. Oczywiście busy i autokary mają swoje wyższe stawki, przy czym te drugie mogą mieć długość maksymalnie 10,5 metra. W ofercie są też karnety miesięczne i roczne. Najważniejsze jednak, że cykliści mogą przemierzać te szosowe szlaki za darmo. Zwiedzanie rowerem jest zatem bezbolesne dla portfela, ale kosztuje sporo wysiłku ze względu na niebywałą stromiznę każdego z tutejszych podjazdów.

Na Zillertaler Hohenstrasse mamy dwie premie górskie czyli Melchboden na wysokości przeszło 2000 metrów n.p.m. oraz Zirmstadl na poziomie niespełna 1800 metrów. Wspinaczki ku nim można zacząć w pięciu różnych miejscowościach na odcinku 12 kilometrów. Patrząc od strony północnej są to kolejno: Ried im Zillertal, Kaltenbach, Aschau im Zillertal (w niej mieszkaliśmy), Zell am Ziller oraz Hippach. Droga z dwóch pierwszych prowadzi bezpośrednio na Zirmstadl, zaś trasa z ostatniej wiedzie prosto na Melchboden. W przypadku startu z Zell lub Aschau w górnej fazie wspinaczki można sobie wybrać gdzie chcemy ją zakończyć. Szosowych szlaków jest zasadniczo pięć, lecz punkty poboru opłat tylko cztery. Jeden z nich znajduje się bowiem tuż za stykiem dróg z Ried i Kaltenbach na wysokości około 1380 metrów n.p.m. Przyznam, iż nie liczyłem łącznej długości tych wszystkich tras, ani nawet ich płatnych odcinków. Ustaliłem jedynie, iż chcąc przejechać z Ried do Hippach po Zillertaler Hohenstrasse trzeba pokonać dystans 38 kilometrów z przewyższeniem około 1800 metrów. Na co złożyłby się pełen podjazd pod Zirmstadl i górny sektor wspinaczki na Melchboden szlakiem przez Hirschbichlalm. Natomiast w razie jazdy z południa na północ dane byłyby te same, lecz do zrobienia byłby cały Melchboden w wersji południowej i ostatnie kilometry wspinaczki z Aschau do Zirmstadl. Ja nie miałem czasu na przerabianie tego rodzaju tras. Wybrałem sobie do zaliczenia cztery konkretne wspinaczki. Po dwie z finałem na Melchboden i Zirmstadl. Ku tej pierwszej mecie miałem podjechać z Hippach i Zell, zaś ku drugiej zaczynając w Ried i Aschau. Odpuściłem sobie zatem wjazd z Kaltenbach, który zresztą na ostatnich +400 metrach w pionie pokrywa się ze szlakiem z Ried im Zillertal.

Choć wybrałem sobie na te wakacje wspinaczki na Zillertaler Hohenstrasse nie oznaczało to bynajmniej, iż miałem tu kręcić po Alpach Zillertalskich. Jak można się bowiem dowiedzieć z nieocenionej wikipedii górskie szczyty na zachód od rzeki Ziller należą do Tuxer Alpen zaliczanych do Alp Centralnych wchodzących w skład Alp Wschodnich. Ich najwyższy szczyt to Lizumer Reckner sięgający 2886 m. n.p.m. Pasmo to za swych sąsiadów ma Stubaier Alpen (na zachodzie) oraz Kitzbuheler Alpen (na wschodzie). Natomiast na północy za rzeką Inn góry Karwendel (NW) oraz Rofen (NE). Wspomniane Alpy Zillertalskie położone są nieco dalej na południe. Można powiedzieć, że zaczynają się za miasteczkiem Mayrhofen. Od przeszło stulecia biegnie przez nie granica między austriacką i włoską częścią Tyrolu. Na pierwszy rzut spośród czterech wspomnianych podjazdów wybrałem sobie ten z Hippach do Melchboden. Aby dotrzeć do podnóża tej góry z naszego lokum w Aschau musiałem przejechać 7,3 kilometra. Dystans w sam raz na kwadrans rozgrzewki. Dojazd wiódł spokojną drogą L300 na zachodnim brzegu rzeki Ziller. Hippach to gmina licząca niespełna 1500 mieszkańców, składająca się z dwóch miejscowości tzn. Hippach-Schwendberg oraz Laimach. Tym niemniej de facto tworzy ona jeden organizm z sąsiednimi „komunami” Ramsau im Zillertal oraz Schwendau. Urzędy gmin Hippach i Schwendau znajdują się nawet w tym samym budynku, stojącym nieco na południe od ich granicy. Z Hippach związana jest też historia utworu „Cicha Noc” czyli „Stille Nacht”. Ta kolęda z drugiej dekady XIX wieku powstała w okolicach Salzburga. Niemniej to pochodzące z Hippach rodzeństwo Strasserów kilkanaście lat później rozsławiło ją w krajach Rzeszy, skąd poszła dalej w świat.

Z Aschau im Zillertal wyjechałem wcześnie, bo już kilka minut po ósmej. Dzień zapowiadał się słonecznie. W górskiej dolinie po bezchmurnej nocy było więc rześko. Na pierwszych kilometrach miałem tylko 12 stopni. Tą temperaturę odczułem na własnej skórze. Ubrałem się lekko, gdyż nie chciałem taszczyć zbędnych gramów pod stromą górę. Biorąc pod uwagę na jak stromy podjazd się porywam byłem pewien, że i tak się ostro zgrzeję. Cóż mnie zatem czekało począwszy od ósmego kilometra. Dobrze ponad 1400 przewyższenia na dystansie niespełna 14 kilometrów czyli średnie nachylenie o dwucyfrowej wartości. Według cyclingcols miałem tu do pokonania łącznie 8,7 kilometra ze stromizną co najmniej 10% czyli dwie-trzecie podjazdu na tak wysokim poziomie. Przy tym najtrudniejszy 5-kilometrowy segment o przeciętnej aż 12,4%. Nic dziwnego, że „climbfinder” wycenił ten podjazd niemal równie wysoko co wjazd z Solden na lodowiec Rettenbachferner. Wspinaczka zaczyna się na wysokości nieco ponad 600 metrów n.p.m. W miejscu, gdzie płaską Dorfstrasse trzeba zamienić na odchodzącą w prawo drogę L52. Nie było czasu na adaptację do górskiego terenu. Droga niemal od razu poszła ostro do góry i nie zamierzała odpuszczać. Pierwsze dwa kilometry na poziomie 10 i 11,5%. Teren generalnie odkryty czyli wystawiony na promienie słońca. Do początków trzeciego kilometra sześć zakrętów. Na całym wzniesieniu jest ich siedemnaście. Zacząłem mocno jak na swoje możliwości. Pierwsze 5,1 kilometra przejechałem w 27:32 przy średniej nieco ponad 11 km/h. To moim zdaniem przekładało się na VAM nawet wyższy niż 1069 m/h odnotowane przez stravę. Chyba jednak przesadziłem ze swoim tempem, gdyż w połowie siódmego kilometra goniłem już resztkami sił. Przejechawszy 6,6 kilometra od Hippach stwierdziłem, że muszę się zatrzymać by choć odrobinę odpocząć.

Na spokojnie napiłem się z bidonu. Uspokoiłem oddech i po nieco ponad dwóch minutach ruszyłem dalej. Jak się okazało był to mój jedyny tego typu przystanek na Zillertaler Hohenstrasse. Nie tylko tego dnia, ale przy wszystkich czterech testach w trakcie owych wakacji. Na moje szczęście ósmy kilometr tej wspinaczki czyli dojazd do Mosl, choć solidny był wyraźnie łatwiejszy niż dolna połówka wzniesienia. To dało mi czas na wyregulowanie rytmu jazdy. Potem zostało mi jeszcze do pokonania sześć kilometrów, z czego pięć bardzo ciężkich na średnim poziomie od 11 do 13%. Niemniej na nich żaden kryzys już mnie nie dopadł. Po tej stronie góry samochodem można przejechać niemal 11 kilometrów bez płacenia. Bramka z poborem opłat znajduje się bowiem na wysokości blisko 1740 metrów n.p.m. Tuż za zjazdem ku osadzie Schwendberg. Powyżej tego miejsca mija się jeszcze trzy wiraże. Przy ostatnim z nich w lewo odchodzi szutrowa dróżka do Rastkogelhutte (2124 m. n.p.m.). Natomiast szosa do Melchboden skręca w prawo i zawraca ku dolinie Ziller. Ostatnie 1300 metrów prowadzi zatem na wschód. Tuż przed finałem pół-zakręt w lewo. Meta pod szczytem Arbiskopf wysokim na 2133 m. n.p.m. Po lewej stronie szosy plac parkingowy i lokale gastronomiczne czyli Jausenstation Melchboden. Natomiast po prawej przednie widoki na pozostawioną w dole Zillertal. Aby dotrzeć do najwyższego punktu drogi podjechałem dalsze dwieście metrów na północ. Dopiero tam zszedłem z roweru. Według stravy segment o długości 13,46 kilometra przejechałem w 1h 22:20 (avs. 9,8 km/h). Przy amplitudzie 1433 metrów daje to VAM 1044 m/h. De facto wspinałem się nieco szybciej, ale 2 minuty i 6 sekund straciłem na postoju w okolicy półmetka. W każdym razie te wyniki świadczyły o wyższej formie niż na wyprawie z przełomu czerwca i lipca.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/9604799418

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/9604799418

ZDJĘCIA

Melchboden_sud_01

FILM

Napisany w 2023b_Tirol (Zillertal) | Możliwość komentowania Melchboden (from Hippach) została wyłączona