banner daniela marszałka

Archiwum dla lipiec, 2023

Forcola di Livigno

Autor: admin o 8. lipca 2023

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Tirano

Wysokość: 2315 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1875 metrów

Długość: 33,8 kilometra

Średnie nachylenie: 5,5 %

Maksymalne nachylenie: 13 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Góra w sam raz na „gran finale” tej wyprawy. Po pierwsze spore wyzwanie sportowe. Długi podjazd z wysoko usytuowaną metą i olbrzymim przewyższeniem. Po drugie nie mogło być lepszej premii górskiej na zakończenie Giro dei Due Paesi niż wspinaczka ze startem we Włoszech, biegnąca przez Szwajcarię ku mecie na granicy obu tych krajów. Zważywszy, że mieszkając w Tirano mieliśmy ją dosłownie pod naszym nosem pomysł na trasę sobotniego etapu nasuwał się sam. Forcola di Livigno to najwyższa z trzech bram wiodących do wysokogórskiej strefy wolnocłowej Livigno. Gminy mającej niemal 7 tysięcy mieszkańców, choć położonej na wysokości przeszło 1800 metrów n.p.m. Przełęcz Forcola znajduje się w zachodnich Alpach Retyckich, gdzie oddziela Val di Poschiavo oraz Val Lagune w kantonie Gryzonia od Val di Livigno leżącej w Lombardii. Co ciekawe akurat w tym przypadku to szwajcarska dolina znajduje się po południowej stronie Alp. To znaczy w dorzeczu Addy będącej dopływem Padu czyli rzeki zmierzającej do Adriatyku. Natomiast jej włoska sąsiadka wszelkie źródła ze swego terenu wysyła na północ ku rzece Inn, wpadającej do Dunaju kończącego swój bieg w Morzu Czarnym. Ponoć na mapie Włoskiej Republiki są tylko dwa takie przypadki. Drugą jest Passo del Predil na pograniczu Włoch i Słowenii. Zatem wbrew pozorom nie wszystkie ziemie słonecznej Italii leżą po cieplejszej stronie Alp. Droga przez Forcola di Livigno jest otwarta tylko przez pół roku od czerwca do listopada. Przez przełęcz przechodzi granica państwowa, przy czym zastać tu można jedynie włoskich celników. Szwajcarska odprawa celna zlokalizowana jest cztery kilometry dalej na zachód. W La Motta, gdzie rozchodzą się drogi na Forcolę i pobliską Passo del Bernina.

Zdecydowana większość południowego podjazdu na Forcola di Livigno wiedzie przez należący do kantonu Grigioni region Bernina, w którym mówi się po włosku. A ściślej lokalnym dialektem języka lombardzkiego. Wspinaczka zaczyna się w miasteczku Tirano. Niemniej już po przejechaniu 1600 metrów włoską drogą SS38 wjeżdżamy do Szwajcarii. Po drugiej stronie granicy to nadal droga krajowa, lecz z innym numerkiem czyli H29. Blisko 34-kilometrowy podjazd składa się z dwóch sektorów wspinaczkowych przedzielonych długim płaskim odcinkiem. Na początek mamy tu segment z Tirano przez Campcologno i Brusio do Miralago o długości 8,1 kilometra i przeciętnym nachyleniu 6,5%. Potem niemal równie długi kawałek szosy biegnący wzdłuż zachodniego brzegu Lago di Poschiavo i następnie przez Le Prese ku Poschiavo czyli stolicy wspomnianego już regionu Bernina. Na dystansie 7,6 kilometra zyskuje się na nim raptem 52 metry wysokości. Powyżej Poschiavo mamy już niemal stały podjazd o długości 18,5 kilometra i średniej 7%. Zrazu łagodny, lecz dalej już naprawdę solidny. Pierwsze 2100 metrów na dojeździe do San Carlo ma przeciętną tylko 3,8%. Niemniej długi sektor przez Pizzolascio, La Rosa do rozjazdu La Motta to już 12,4 kilometra o średniej 7,7%. Na koniec 4 kilometry przez Val Lagune prowadzące na wschód ku Italii. Całość tej końcówki ma umiarkowaną przeciętną 6,5%. Niemniej ostatnie 2,5 kilometra są trudne. Ich średnia stromizna to 9,1%, zaś przedostatni kilometr trzyma na poziomie 10,1%. W porównaniu z tym wzniesieniem przeciwległy podjazd od strony Livigno jest mikrusem. Ma bowiem mniej niż 500 metrów przewyższenia i de facto ogranicza się do 8 kilometrów wspinaczki z przeciętną 5,2%.

Ostatni podjazd tej wyprawy nie był dla mnie zupełną nowością. Spory jego kawał pokonałem już w sierpniu 2008 roku. Przed piętnastu laty, kilka dni po występie w Alpenbrevet Gold, zatrzymałem się z Łukaszem Talagą na trzy dni w Dolinie Engadyny. Podczas pierwszego z tamtejszych etapów wybraliśmy się na Passo del Bernina (2328 m. n.p.m.). Przełęcz położoną w cieniu Piz Bernina (4049 m. n.p.m.), najwyższego szczytu całych Alp Wschodnich. Podjechaliśmy na nią zarówno od łatwiejszej północnej strony (15,4 kilometra z przeciętną 3,7%) jak i od znacznie trudniejszej południowej z poziomu Poschiavo (17,5 kilometra ze średnią 7,5%). Tym samym „przerobiłem” wówczas 14,5 kilometra i 1040 metrów w pionie z trasy, którą teraz musiałem pokonać chcąc dotrzeć na Forcolę. Ta przełęcz na Giro d’Italia pojawiła się dotychczas tylko raz. Jedynie w 2010 roku na wstępie dwudziestego etapu prowadzącego z Bormio na Passo del Tonale, wygranego przez Szwajcara Johanna Tschoppa. Pierwszy na tą graniczną premię górską dotarł wówczas Australijczyk Matthew Lloyd, który dzięki temu odzyskał prowadzenie w klasyfikacji górskiej 93. Giro. Niemal cały nasz podjazd pokonali też uczestnicy Giro z roku 1954, gdy na etapie z Bolzano do Sankt Moritz podjeżdżali od południa na przełęcz Bernina. Co ciekawe ów odcinek „La Corsa Rosa” też wygrał Helwet, a mianowicie słynny Hugo Koblet. Dodam, iż nieco wcześniej ten sam podjazd przetestowano na dwóch etapach Tour de Suisse z lat 1951 i 1953. Tyle skromnej historii, ale może w przyszłości Giro i TdS będą tu częściej bywać? W październiku tego roku ogłoszono, iż Forcola di Livigno pojawi się na trasie Giro-2024. Jak można przypuszczać w ważniejszej niż uprzednio roli. Na trasie z Manerba del Garda do Livigno-Mottolino kolarze przejadą ją zaledwie 20 kilometrów przed metą piętnastego etapu.

W sobotę mogliśmy ruszyć z domu na rowerach. Do podnóża wielkiej góry mieliśmy tylko półtora kilometra. Wyjechaliśmy z podwórka przed wpół do dziesiątą. Najpierw zjazd do centrum miasteczka, po czym niespełna kilometr na płaskiej Viale Italia. Po paru minutach byliśmy już na rondzie przy Santuario Madonna di Tirano. Ta renesansowa budowla powstała w latach 1505-13. Jest najważniejszą świątynią na obszarze Valtelliny. Uchodzi nawet za jeden z trzech najpiękniejszych kościołów Lombardii po Duomo di Milano i Certosa di Pavia. Sanktuarium szybko minęliśmy wjeżdżając na drogę SS38dirA. Za to drugi z tutejszych skarbów miał nam towarzyszyć niemal do półmetka wspinaczki. Mam na myśli tory kolejowe, po których śmiga Bernina Express. Panoramiczny pociąg kursujący między Tirano i Chur czyli stolicą Gryzonii będącą najstarszym miastem Szwajcarii. Przemykający obok przełęczy Bernina i Albula po najwyżej poprowadzonej trasie kolejowej w Europie. Ma ona długość 144 kilometrów i na całym szlaku aż 55 tuneli oraz 196 mostów. Linia obsługiwana przez Rathischen Bahn (Koleje Retyckie) została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Tory kolejowe na dojeździe do Poschiavo położone są zasadniczo równolegle do drogi asfaltowej. Na zmianę po lewej jak i prawej jej stronie. Niemniej na niektórych odcinkach najwyraźniej zabrakło miejsca w dolinie, bowiem ułożono je na szosie! Ot szwajcarska egzotyka. Podjazd zaczęliśmy przy umiarkowanej temperaturze 22 stopni. Niebo było z lekka pochmurne, więc trudno by zgadnąć jaka pogoda czeka nas na końcu tak długiej wspinaczki. W dodatku niemal dwa tysiące metrów powyżej miejsca startu.

Piotrek zaczął znacznie ostrożniej niż zazwyczaj. Nie wiem czy czuł w kościach swe piątkowe Gran Fondo czy też po wielogodzinnym wysiłku nie wieszczył sobie kolejnego dobrego dnia na rowerze. Na wyjeździe z Italii zarzekał się, że pojedzie spokojnie. Nalegał bym się na niego nie oglądał. Ja wystartowałem umiarkowanym tempem adekwatnym do swych możliwości z początków tegorocznego lata. Mimo to odjechałem koledze i jako pierwszy wjechałem do Szwajcarii. Granica znajduje się w połowie drugiego kilometra wspinaczki, na wysokości 522 metrów n.p.m. Chwilę później manewrowałem już między torami jadąc przez Campocologno. Zarówno szosa jak i tory przeskoczyły tu na lewy brzeg potoku Poschiavino. Pod koniec czwartego kilometra podjazdu byłem już w Campascio, skąd na zachód odchodzi stroma droga do osady Cavaione (9 kilometrów przy średniej 10,3%). Jeszcze w przededniu tego etapu zastanawiałem się czy będzie mnie stać na zrobienie tej wspinaczki po zjeździe z Forcola di Livigno. Po pięciu kilometrach od wyjazdu z Tirano dotarliśmy do Brusio. Wioski, którą rozsławia jeden z najefektowniejszych wiaduktów na trasie Bernina Express. Tymczasem Pietro odzyskał wigor i jeszcze przed końcem dolnej części wzniesienia bez trudu mnie wyprzedził. Cały segment z Tirano do Miralago na południowym krańcu Lago di Poschiavo pokonał w 31:06. Ja w tym momencie traciłem do niego 33 sekundy. Ponieważ drugą (czyli płaską) kwartę trasy na Forcolę potraktowałem ulgowo to do półmetka różnica między nami urosła do dwóch minut. Pomiędzy La Prese i Sant’Antonio trzeba było uważać na tory poprowadzone prawą stroną szosy. Na wylocie z San Carlo straciłem jeszcze kilkadziesiąt sekund czekając na możliwość przejazdu wąską bramą przy kościółku św. Karola Boromeusza.

Po torach kolejowych nie było tu już śladu. Za Poschiavo wybierają one zachodnią stronę doliny by przez Cavaglię i Alp Grum dotrzeć do najwyższej stacji przy Ospizio Bernina (2253 m. n.p.m.). Szosa biegnie zaś wschodnią flanką Val Poschiavo przez teren niemal niezamieszkany. Po niespełna 20 kilometrach wspinaczki minąłem tylko zjazd ku osadzie Pedecosta. Potem widziałem jedynie pojedyncze gospodarstwa, restauracje jak Pozzolascio (23,2 km) i Sfazu (24 km) oraz górski hotel La Rosa (27,2 km). Tym niemniej podjazd prowadził drogą krajową. W dodatku mierzyliśmy się z nim w letni weekend. Zatem obok nas jeździły liczne samochody, motocykle czy nawet busy. Przy drodze H29 swoje przystanki mają autobusy liniowe. Oczywiście nie brakowało też cyklistów i to nie tylko takich jak my amatorów. Na serpentynach między Sfazu a La Rosa śmignęła mi z naprzeciwka spora grupka „profich” z Bahrain-Victorious. Z grubsza tuzin zawodników tej ekipy. Zapewne przebywających na zgrupowaniu w Livigno. Zakładam, że byli dopiero na początku swego sobotniego treningu. Po zjeździe czekała ich jazda pod górę do Bormio i powrót do bazy przez przełęcze Foscagno i Eira. Natomiast wcześniej w Alta Valtellina może jakoweś Mortirolo lub Stelvio? Na wysokości La Rosa można było przez kilkaset metrów odsapnąć. Potem raz jeszcze trzeba było się przyłożyć na dwukilometrowym dojeździe do miejsca, z którego rozchodzą się drogi na Berninę i Livigno. W La Motta musieliśmy skręcić w prawo ku szwajcarskiemu posterunkowi celnemu (29,8 km). W tym miejscu traciłem do Piotra już ze cztery i pół minuty.

Do ostatniej premii górskiej zostały mi jeszcze cztery kilometry. Z tego pierwsze 1500 metrów łagodne, bo z nachyleniem ledwie 2-3%. Dopiero za mostkiem nad Poschiavino czyli od wysokości 2085 metrów n.p.m. zaczyna się ostatnia faza tej wspinaczki. Najpierw długa prosta w otwartym terenie. Potem dwa zakręty i na koniec znów prosto przed siebie, ale ku coraz lepiej widocznej mecie. Po przeszło dwóch godzinach jazdy taki stromy finał mógł nas dobić. Niemniej całkiem nieźle sobie z nim poradziliśmy. Wyliczyłem, że Piotr finiszował z VAM na poziomie 1090 m/h, zaś ja w tempie 1000 m/h. Ostatecznie lider naszego „zespołu” podjechał z Tirano na Forcola di Livigno w 2h 07:05 czyli ze średnią prędkością 16 km/h. Ja na pokonanie góry nr 7 z mojej listy największych potrzebowałem 2h 12:49 (avs. 15,3 km/h). Na całym podjeździe wykręciłem VAM 847 m/h. Niemniej tak mój wynik, jak i Piotrowe 885 m/h było usprawiedliwione faktem, iż w rejonie Poschiavo przez dobry kwadrans trzeba było jechać po płaskim terenie. Na przełęczy było wietrznie i dość pochmurnie, lecz jak na sporą wysokość relatywnie ciepło. Nie mogło zabraknąć okolicznościowych zdjęć. Natomiast darowaliśmy sobie wizytę w tutejszym schronisku czyli Rifugio Tridentina. Jeden mega-podjazd wystarczył nam na zakończenie wyprawy. Obaj tą samą drogą, czytaj najkrótszą z możliwych, wróciliśmy do bazy. Na liczniku uzbierałem 70,5 kilometra z przewyższeniem 1927 metrów. Nierzadko na dwóch górach bywa mniej. Tuż przed Tirano udało mi się jeszcze nagrać przejeżdżające „trenino rosso” czyli Bernina Express. Do Val di Poschiavo wróciliśmy  nazajutrz, bowiem początek naszej długiej drogi powrotnej do ojczystego kraju biegł górskim szlakiem przez Passo del Bernina i Julierpass.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/9411564897

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/9411564897

FORCOLA di LIVIGNO by PIETRO

https://www.strava.com/activities/9410964869

ZDJĘCIA

Forcola_01

FILM

Napisany w 2023a_Ticino & Lombardia | Możliwość komentowania Forcola di Livigno została wyłączona

Rifugio Malghera

Autor: admin o 7. lipca 2023

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Grosio

Wysokość: 1963 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1298 metrów

Długość: 17,9 kilometra

Średnie nachylenie: 7,3 %

Maksymalne nachylenie: ?

PROFIL

SCENA i AKCJA

Po zjeździe z Mortirolo postanowiłem przestawić samochód. Parking przy Via Monte Storile był darmowy tylko przez pierwsze dwie godziny. Ten czas i tak nieco przekroczyłem, więc nie chciałem dłużej kusić losu. Pojechałem na południe, gdzie nowe miejsce znalazłem mu na placu przy Via Milano. W bezpośrednim sąsiedztwie Chiesa di San Giuseppe. W czasie tych przenosin minąłem punkt, z którego miałem zacząć drugi z piątkowych podjazdów. Dlatego po restarcie musiałem zawrócić i przejechać czterysta metrów ku centrum Grosio. Wspinaczka do Rifugio Malghera zaczyna się na styku Via Roma i bocznej Via Valorsa. Wjeżdża się na tą drugą, ale tylko na chwilę, bowiem do wyjazdu z miasteczka służy pnąca się zakosami Via Ezio Vanoni. Ten wstęp i kilka dalszych kilometrów już niegdyś poznałem. W 2014 roku na trzecim od końca etapie Giro della Valtellina przybyłem w te strony wraz z piątką kompanów. Owego dnia najpierw wraz z Adamem Kowalskim zaliczyłem stromą wspinaczkę z Vervio do Alpe di Susen. Po czym w towarzystwie Darka Kamińskiego i Tomka Buszty na ulicach Grosio zacząłem podjazd do Eita. Górskiej osady leżącej na skraju asfaltowej drogi poprowadzonej północnym ramieniem Val Grosina. Przed dziewięciu laty tylko na niej mogliśmy zrobić bez przeszkód kolejne tysiąc metrów w pionie. Dolina ta rozdwaja się na ósmym kilometrze w okolicy osady Fusino. Opcja lewa czyli biegnący ku zachodowi szlak do Rifugio Malghera wówczas był jeszcze zasadniczo szutrowy. Tym niemniej minionej zimy dostałem cynk od wspomnianego już Adama, że obecnie można spokojnie dojechać szosowym rowerem do samego schroniska. Uznałem zatem, iż ten podjazd będzie idealnym uzupełnieniem dnia, w którym po raz trzeci miałem zdobyć sławną Mortirolo.

Anonimowa w kolarskim światku wspinaczka z Grosio do Rifugio Malghera wcale nie okazała się słabsza niż przedpołudniowe Mortirolo w wersji z Tiolo. Miałem tu do pokonania zarówno dłuższy dystans jak i większe przewyższenie. Poza tym pikantniejsze chwilowe stromizny niż na słynnej górze z drugiej strony Valtelliny. Wartość artystyczna też nie mniejsza. Masa ładnych widoczków po drodze. No i rzadkiej urody meta. Cóż zatem mogłem ujrzeć w nagrodę za pokonanie owych 1300 metrów w pionie? Przede wszystkim wybudowane w latach 1888-1919 Santuario della Madonna della Misericordia. Ponoć w sezonie letnim nabożeństwa odbywają się w nim co tydzień. Trzy najważniejsze: na otwarcie i zamknięcie sezonu „halowego” czyli w ostatnią niedzielę maja i drugą niedzielę października, a także 15 sierpnia z okazji Uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Tym sposobem zrobiłem sobie kolarską pielgrzymkę między dwiema świątyniami. Powiedzmy, że w podzięce za generalnie dobrą pogodę podczas tej wyprawy. Po trudach owej wspinaczki mogłem zaś przekąsić i wypić co-nieco przy stole przed wspomnianym Rifugio. To całkiem spore schronisko, którego historia sięga początków XX wieku. Powstało dla potrzeb strudzonych wędrowców. Przede wszystkim tych zmierzających do Santuario della Madonna del Muschio, jak bywa też nazywane tutejsze sanktuarium. Ten trzypiętrowy budynek o powierzchni 800 m2 ma aż 90 miejsc noclegowych. Niemniej pozostaje otwarty tylko w sezonie letnim, od połowy czerwca do pierwszych dni października.

Na drodze do tej pięknej okolicy trzeba było wylać sporo potu. Tym bardziej, że wspinaczka przez Val Grosina wiedzie nasłonecznionym zboczem górskim, zaś dzień był gorący. Na pierwszym kilometrach tego podjazdu kręciłem przy temperaturze 34 stopni. Tymczasem sam początek do łatwych nie należał. Już po 600 metrach z wysokości pierwszego wirażu można ogarnąć wzrokiem niemal całe pozostawione w dole Grosio. W połowie drugiego kilometra wjechałem do sąsiadującej z nim wioski Ravoledo. Za trzecim zakrętem trzeba było pokonać kolejny mocny odcinek. Po trzech kilometrach byłem już poza terenem zabudowanym. W połowie czwartego kilometra szosa wyraźnie skręciła na zachód i niebawem minęła boczną dróżkę zmierzającą do osady Gromo. Druga połowa piątego kilometra z dwoma zakrętami i znów większym nachyleniem. Po niej kilkusetmetrowy dojazd do osady San Giacomo. Za nią szlak skręcił na północ i zaproponował mocniejsze procenty. Powoli zbliżałem się do Fusino. Opcje wskoczenia na drogę ku Rifugio Malghera miałem dwie. Można było zjechać w lewo już po przejechaniu 7,1 kilometra od centrum Grosio. Względnie siedemset metrów dalej tuż przed kościółkiem w Fusino. Ja byłem niecierpliwy i skorzystałem z pierwszego wariantu. Tak czy owak na zachód trzeba było odbić nie docierając do sztucznego jeziorka Bacino del Roasco. Na początek miałem tu kilkaset metrów zjazdu zakończonego przejazdem po koronie Diga di Valgrosina. Następnie stromy kawałek wiodący przez usianą domkami łąkę ku miejscu, gdzie moja dróżka połączyła ze swą północną alternatywą. Odtąd droga była już tylko jedna, zaś kierunek niemal do samego końca zachodni.

Pomiędzy Fusino i Rifugio Malghera trzeba pokonać jeszcze 761 metrów w pionie na dystansie 11,7 kilometra. Średnie nachylenie 6,5 % nie robi żadnego wrażenia. Niemniej na tym szlaku jest sporo niespodzianek. Cała masa odcinków z dwucyfrową stromizną. Zakładam, że niektóre krótsze ścianki miały tu nawet 18 czy 20%. Szosa przez pierwsze osiem kilometrów biegła lewym brzegiem Roasco Occidentale. Zakrętów jak na lekarstwo. Za to mnóstwo pojedynczych gospodarstw i małych osad przy drodze. Jednym słowem było „nieco życia na dzielni”. Na jednym odcinku musiałem ominąć roboty drogowe. W połowie piętnastego kilometra skończył się asfalt i przez następne 2100 metrów trzeba było jechać po szutrze. Niemniej akurat na tym odcinku nachylenie było niewielkie, zaś gruntowa nawierzchnia dobrze ubita. Bez przygód dotarłem do Campo Pedruna (1703 m. n.p.m.), gdzie byłem już na wysokości poznanej przed laty Eity. Tymczasem do tegorocznej mety w Val Grosina zostało mi 2,6 kilometra o średniej 10%. Na szczęście do pokonania po asfalcie. Znów kilkunastoprocentowe ścianki. Na osłodę cztery wiraże, jeden wodospad i bajkowe obrazki po horyzont. Szosa skończyła się przy kamiennym mostku, dwieście metrów przed Malgherą. Jednak bez trudu dało się jechać wyżej po naturalnym dukcie. Za świątynią mogłem pocisnąć jeszcze kilkaset metrów ku mecie przy Casera di Sacco (2008 metrów n.p.m.). Wolałem jednak spocząć przed schroniskiem. Wspinałem się do niego przez 1h 29:09. Średnia prędkość 12,4 km/h i VAM 874 m/h. Ogólnie zrobiłem tego dnia 68 kilometrów z przewyższeniem 2564 metrów. Był to mój drugi najcięższy etap. Zaraz po szwajcarskim, na którym zmęczyłem Alpe Gesero i Prepianto. Gdzież mi jednak było do Piotra. Mój przyjaciel w owym dniu pokonał 132 kilometry z przewyższeniem 4065 metrów. Niespełna 6 godzin i 19 minut jazdy czyli avs. 20,9 km/h. Chapeau Bas!

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/9406786236

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/9406786236

ZDJĘCIA

Malghera_01

FILM

Napisany w 2023a_Ticino & Lombardia | Możliwość komentowania Rifugio Malghera została wyłączona

Passo del Mortirolo (Tiolo)

Autor: admin o 7. lipca 2023

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Tiolo

Wysokość: 1852 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1133 metry

Długość: 13,8 kilometra

Średnie nachylenie: 8,2 %

Maksymalne nachylenie: 15 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Przejaśnienia, które widziałem na zjeździe z Guspessy nie utrzymały się długo. W czwartkowe popołudnie padało. Ja musiałem zrezygnować z wycieczki do Bianzone i podjazdu pod Brattę (1220 m. n.p.m.). Nie zrobiłem go w 2014 roku. Nie starczyło czasu i tym razem. Niemniej to wzniesienie ma 10,3 kilometra przy średniej 8% i przewyższenie 824 metry. Zatem nie było wysoko na liście życzeń. Spędziliśmy kilka godzin pod dachem m.in. oglądając relację z szóstego etapu Tour de France. Michał Kwiatkowski wyglądał na najmocniejszego z uciekinierów. Niestety na finałowym podjeździe do Cambasque do gry wkroczyła dwójka: Pogacar i Vingegaard. Na tych superbohaterów kolarskiego uniwersum nie ma obecnie mocnych, więc polegli wszyscy harcownicy, w tym walczący do końca „Kwiato”. Wieczorem przeszliśmy się po mieście. Udało się pożegnać ostatni w tym dniu skład Bernina Express ruszający ku Szwajcarii. Na szczęście piątek przywitał nas słońcem. Był to zatem idealny dzień na wysokogórskie wspinaczki. Ja co prawda nie planowałem wjazdów ponad poziom 2000 metrów. Niemniej Pietro marzył o dwukrotnym zdobyciu Passo dello Stelvio. Na najwyższą z włoskich premii górskich wjechał już w 2006 roku najtrudniejszym szlakiem od tyrolskiego Prad. Niemniej w przeciwieństwie do mnie nie zaliczył jak dotąd podjazdów z Bormio i wariantu przez Umbrailpass. Postanowił tą sprawę załatwić za jednym zamachem. Przygotował sobie prawdziwą kolarską ucztę. Na pierwsze danie Stelvio po lombardzku. Na drugie po szwajcarsku. Po czym na deser miał jeszcze połknąć polecane przeze mnie Torri di Fraele. Trasa przez dwa państwa, trzy regiony i tyleż stref językowych. Zważywszy, iż w Val Venosta dominuje język niemiecki, zaś w Val Mustair retoromański. Przeambitna wycieczka na miarę mocnego Gran Fondo czyli około 130 kilometrów dystansu i 4000 metrów przewyższenia.

Ruszyliśmy z domu grubo przed dziewiątą. Najpierw musiałem zawieść twardego zawodnika do Bormio. Z Tirano to jakieś 37 kilometrów jazdy po drodze SS38. Zdziwiła mnie duża liczba tuneli na trasie do słynnego ośrodka sportów zimowych. Czyżby przybyło ich od roku 2014? Mniejsza o to. Piotrek wypakował się z auta na parkingu przed Le Corti Superstore Sigma. Następnie udzielił krótkiego wywiadu „korespondentowi z Rzeczpospolitej”. Po czym o wpół do dziesiątej ruszył na północ ku nowej przygodzie. Ja musiałem zawrócić w kierunku „domu” i przejechać samochodem 23 kilometry. Moją bazą wypadową do obu piątkowych wspinaczek było bowiem Grosio. Miasteczko mające przeszło 4400 mieszkańców. Mogące się pochwalić ruinami dwóch średniowiecznych zamków. W tym XIV-wiecznego wybudowanego przez ród Viscontich. Jak również parkiem rytów naskalnych ze skałą Rupe Magna. Z dwóch różnych stron tej miejscowości miałem się wyprawić na Passo del Mortirolo oraz ku Rifugio Malghera. W teorii nieznane mi dotąd wzniesienia. Przynajmniej zasadniczo, albowiem na obu przejechałem przed laty krótsze odcinki. Na Mortirolo trzy finałowe kilometry, na których trasa z Grosio (Tiolo) pokrywa się z tą od Mazzo. Z kolei na szlaku do Rifugio Malghera widziałem wcześniej pierwsze siedem kilometrów, gdy w 2014 roku podjeżdżałem do wioski Eita. Jako się rzekło na pierwszy ogień miało pójść Mortirolo czy też według geograficznych purystów Passo della Foppa. To była moja trzecia kolarska wizyta na tej przełęczy. Pierwsza miała miejsce w 2008 roku na GF Pantani, gdy wspiąłem się na nią od Mazzo in Valtellina. Za drugim razem zaliczyłem wariant z Edolo przez Monno.

Na Passo della Foppa docierają trzy drogi. Niemniej jedna z nich jest płaska, bowiem wspinaczki z Tirano i Lombro de facto kończą się już w pobliżu Monte Padrio. Tym samym w kontekście tej góry możemy mówić jedynie o podjazdach z Valtelliny oraz Val Camonica. Na szczyt dochodzą zatem tylko dwie przeciwległe drogi wspinaczkowe. Tym niemniej jak przekonuje „climbfinder” można nimi zdobyć Mortirolo na osiem różnych sposobów! Strona ta prezentuje aż sześć tras z Valtelliny (w tym dwa warianty z Mazzo) oraz dwa szlaki z Val Camonica (różniące się środkowym odcinkiem powyżej Monno). Poza tym owych podjazdów wcale nie trzeba kończyć na poziomie 1852 metrów n.p.m. Nieco na południe od przełęczy odchodzi bowiem asfaltowa, acz ślepa droga ku Passo Carette di Val Bighera (2130 m. n.p.m.). Skorzystałem z niej w 2020 roku. Passo del Mortirolo to oczywiście słynna góra z tras Giro d’Italia. Najczęściej wykorzystywana na etapach do niedalekiej Apriki. Od roku 1990 peleton „La Corsa Rosa” już piętnastokrotnie wspinał się po jej stromych zboczach. Przy czym na Passo della Foppa raz nie dotarł. Organizatorzy Giro jedenaście razy wykorzystali hardcorowy podjazd z Mazzo in Valtellina (po raz pierwszy w 1991, zaś ostatnio w 2019 roku). Trzy razy łatwiejszy wariant z Edolo (1990, 2017 i 2022). Natomiast raz podjeżdżano z Tovo Sant’Agata, lecz wówczas premia górska była na wysokości 1718 metrów n.p.m., po czym wyścig wrócił do Valtelliny zjeżdżając do Grosio. Mój piątkowy podjazd nie został zatem jeszcze (w swej pełnej wersji) wykorzystany na wyścigu Dookoła Włoch. Trzy razy posłużył za zjazd. Po roku 2012, także w latach 2017 i 2022. A szkoda bowiem jest sportowo trudniejszy od oponenta z Edolo i krajobrazowo ładniejszy od sąsiada z Mazzo.

Po dojechaniu do Grosio zatrzymałem się na małym parkingu przy Via Monte Storile. Wystartowałem kwadrans po dziesiątej. Na początek miałem do przejechania 1400 metrów po drodze SP27. Delikatnie pod górę, bowiem już na tym odcinku zrobiłem niemal 50 metrów przewyższenia. Podjazd z Tiolo zaczyna się od wjazdu na szosę SS42dirA. To start z poziomu 718 metrów n.p.m. Tym samym jest to wariant wspinaczki o najmniejszej amplitudzie z sześciu jakie można wykonać po tej stronie góry. Skromniejsze Mortirolo można sobie zafundować jedynie startując z Val Camonica i dojeżdżając do Monno od strony Ponte di Legno. Dróżki wiodące z Valtelliny na Passo della Foppa są niczym rzeczki, które kolejno łączą się z sobą by ostatecznie dotrzeć do celu jednym korytem. Najniższy punkt startowy znajduje się w Tovo Sant’Agata. Według „climbfinder” na wysokości 539 metrów n.p.m. Potem mamy poziomy 546 i 557 m. n.p.m. w Mazzo, zależnie od tego czy wybieramy klasyczną trasę z Giro czy też początek na Via Orti. Następnie 590 i 666 m. n.p.m. w Grosotto oraz z centrum Grosio. Na koniec ten mój czyli między Vernugą i Tiolo dwoma północnymi dzielnicami gminy Grosio. Najszybciej łączą się z sobą dwa warianty dróg z Mazzo, bo na wysokości 830 metrów n.p.m. Z kolei Grosotto i Grosio „zlewają” się na poziomie 950 metrów, po czym osiągając pułap 1390 metrów wpadają na dróżkę z Tiolo. Ta wspólna już północna droga łączy się z „klasykiem” z Mazzo na wysokości 1573 metrów. Najdłużej swą odrębność utrzymuje super-stromy wariant ze źródłem w Tovo Sant’Agata. On jednoczy się z resztą na poziomie 1718 metrów, zaledwie półtora kilometra przed finałem.

Wspinaczka z Tiolo jest nie tylko najmniejszą od strony Valtelliny, lecz co trzeba obiektywnie przyznać także najłatwiejszą z zaczynanych na szosach prowincji Sondrio. Aczkolwiek słowo „łatwy” i wszelkie jego odmiany czy synonimy nie pasują do żadnej ze wspinaczek pod Mortirolo. Tym niemniej na drodze przeze mnie wybranej pierwsze kilometry uznać można za umiarkowanie trudne. Według „cyclingcols” na odcinku 5,8 kilometra mamy 406 metrów przewyższenia co daje średnią równo 7%. Na samym początku mamy dwustumetrową prostą biegnącą w stronę kolejnego przejazdu pod wiaduktem, na którym spoczywa droga krajowa nr 38. Za nim nasz szlak skręca w prawo i wpada w teren zalesiony. Nachylenie staje się znaczące, ale na pierwsze dwucyfrowe stromizny trzeba poczekać do połowy trzeciego kilometra. Wąska dróżka długo, bo przez niemal dwa kilometry uparcie zmierza w kierunku południowo-zachodnim. Dopiero po przejechaniu 2,1 kilometra od skrętu Tiolo pojawia się pierwszy wiraż. Po nim w ciągu zaledwie kilometra trzeba pokonać pięć kolejnych. Wzdłuż drogi co pół kilometra rozstawione są brązowe tabliczki z danymi podjazdu. Pojawiają się też inne odmierzające aktualną wysokość bezwzględną, co sto metrów w pionie, poczynając od poziomu 800 m. n.p.m. Za szóstym zakrętem na siódmy trzeba czekać dobry kilometr. Droga na tym odcinku po raz pierwszy wypada z lasu. Nieco wyżej pojawia się najłatwiejszy sektor wzniesienia czyli cały kilometr z przeciętną tylko 3,9%. Na otwartym terenie ładne widoczki. Górskie szczyty po wschodniej stronie doliny. Domki z kamienia ulokowane na zielonym zboczu. Osiołki pasące się na łące.

Od połowy szóstego kilometra znów dłuższy odcinek na południe. Jeszcze przed półmetkiem półkilometrowy segment z wartością 11%, a tuż za nim cały kilometr ze średnią 9,5%. Góra po raz pierwszy przypomniała mi, że mam do czynienia z Mortirolo. Następnie nieco poluzowała, by za łącznikiem ze szlakiem od Grosio i Grosotto jeszcze mocniej poprawić. Teraz już całe półtora kilometra ze średnią 11%. Bardzo malowniczy i kręty odcinek z przejazdem między domkami letniskowymi, na którym minąłem kościółek pod wezwaniem Madonna di Pompei. Tym niemniej dopiero na zjeździe można było tym wszystkim oczy nacieszyć. Na podjeździe ów fragment wzniesienia mocniej mnie przytrzymał. Musiałem bardziej powalczyć by przełamać swą słabość. Głębiej odetchnąć mogłem dopiero na początku jedenastego kilometra, gdy minąłem osadę Biorca. Za nią ponowny wjazd do lasu. Jakieś 300 metrów luźniejszego terenu i już byłem na styku z drogą od Mazzo. O ile na szlaku z Tiolo był spokój i sielanka to na niej co chwilę napotykałem cyklistę zmierzającego na Passo della Foppa. Ze wspomnianego wirażu do szczytu pozostaje 3,2 kilometra i niemal 280 metrów w pionie. Trudny odcinek, ale bez przesady. Generalnie na poziomie 9-10% z luźniejszym dojazdem do samej przełęczy. Na tle innych cyckloamatorów wyglądałem całkiem dobrze. Na owych trzech kilometrach zdążyłem minąć jakiś tuzin śmiałków, zaś mnie wyprzedziła tylko jedna osoba. Jak mogłem się zorientować na samej górze większość z tych osób była członkami dość licznej czeskiej ekipy turystycznej. Zapewne razem ruszyli z Mazzo, po czym dokumentnie się rozsypali na trasie legendarnej wspinaczki rodem z Giro.

Finałowe trzy kilometry z przejazdem obok Rifugio Antonio zmęczyłem w niespełna 17 minut. Po około godzinie i 14 minutach od wyjazdu z Grosio po raz trzeci w życiu zameldowałem się na Passo della Foppa. Dodam dla ścisłości, że prawdziwa przełęcz Passo del Mortirolo (1895 m. n.p.m.) znajduje się nieco dalej na północ ukryta za wierzchołkiem Dos Signol. Kolarska Mortirolo była tego dnia oblegana przez rzeszę amatorów kolarstwa. Jakkolwiek dopiero 15 lipca 2023 roku szlak wiodący na tą premię górską miał być całkowicie oddany w ich władanie. Wokół wiaty postawionej na przełęczy kłębiło się kilkadziesiąt osób. Na zdjęcie przy kamiennej tablicy musiałem sobie dłużej poczekać. Łatwiej o okolicznościową fotkę było przy tablicy znajdującej się przeszło sto metrów za najwyższym punktem drogi. Zajechałem nawet nieco dalej. To znaczy na plac, na którym schodzą się drogi biegnące z Mazzo, Edolo i Monte Padrio. Niemniej to miejsce było z kolei opanowane przez głośnych i brzuchatych „harlejowców” z Niemiec. Ty razem nie planowałem przedłużać sobie wspinaczki o dojazd na Col Carette. Podjazd jeszcze dłuższy, wyższy i wcale nie łatwiejszy niż Mortirolo a’la Tiolo czekał mnie popołudniu po drugiej stronie Valtelliny. Czasu na wykonaniu obu miałem dość sporo zważywszy na rozmiar wyzwania na jakie porwał się Piotrek. Niemniej po wszystkim trzeba było jeszcze pojechać do Bormio by odebrać zmordowanego kolegę. Dlatego wolałem bez zbędnej zwłoki wykonać własne zadania w górach wokół Grosio. Według stravy na ponownie zdobycie Mortirolo potrzebowałem 1h 08:50 co oznaczało średnią prędkość 11,9 km/h i VAM 989 m/h. Czas podobny do tego z sezonu 2008. Niemniej w trakcie GF Pantani pokonując Mortirolo robiło się 1300 metrów w pionie. W dodatku mając już w nogach Passo di Gavia.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/9406776980

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/9406776980

PASSO dello STELVIO by PIETRO

https://www.strava.com/activities/9406428580

ZDJĘCIA

Mortirolo_01

FILM

INTERVISTA CON PROTAGONISTA

Napisany w 2023a_Ticino & Lombardia | Możliwość komentowania Passo del Mortirolo (Tiolo) została wyłączona

Passo di Guspessa

Autor: admin o 6. lipca 2023

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Sernio

Wysokość: 1850 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1296 metrów

Długość: 12 kilometrów

Średnie nachylenie: 10,8 %

Maksymalne nachylenie: 17,5 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Przeprowadzka z Porlezzy do Tirano bynajmniej nie oddaliła nas od Szwajcarii. Wręcz przeciwnie z centrum miasteczka do granicy mieliśmy raptem trzy kilometry, zaś z jego północnych rubieży ledwie kilometr. Niemniej Helvetia mogła na nas poczekać. Mieliśmy do niej wrócić dopiero na ostatnim czyli sobotnim etapie. Wcześniejsze dwa dni przeznaczyłem nam na podjazdy z Valtelliny. Już po raz trzeci zawitałem do tej rozległej doliny, pełnej wielce wymagających premii górskich. Za pierwszym razem w czerwcu 2008 roku wespół z Piotrem. Naszą pierwszą górą w tym rejonie było kultowe Mortirolo od Mazzo pokonane na trasie Gran Fondo Pantani. Trzy dni po tym wyścigu dołożyliśmy sobie jeszcze długą wspinaczkę na Passo di San Marco. Następnie w sezonie 2014 w towarzystwie pięciu kolegów wpadłem do Bianzone. Wioski położonej 7 kilometrów na południe od Tirano. Z niej to wyprawialiśmy się zarówno na zachód jak i wschód by poznawać najciekawsze wzniesienia Valtelliny. Często na przekór kapryśnej pogodzie. Łowy były pomyślne. W ciągu dziesięciu sierpniowych dni udało mi się wówczas zaliczyć aż 21 solidnych podjazdów na sporym obszarze od Morbegno po Bormio. Jeden z tych etapów spędziłem na szosach wokół Tirano. Wjechałem stąd na Pra Campo (12,8 kilometra przy średniej 10%) oraz Monte Padrio via Trivigno (18,5 kilometra z przeciętną 7,7%). W tym roku miałem poznać kolejne cztery górki na skromniejszym odcinku od Tresendy po Grosio. Z kolei Pietro jeden z najbliższych dni chciał przeznaczyć na dwukrotne pokonanie Passo dello Stelvio. Na dużej rundzie wokół Bormio mógł wjechać na dach kolarskiej Italii zarówno od strony lombardzkiej jak i gryzońskiej. Jednak realizacja owych planów zależała od warunków pogodowych.

Tymczasem prognozy na czwartek nie były optymistyczne. Dzień zapowiadał się pochmurnie, a nawet deszczowo. Mój kolega powstrzymał się zatem od kolarskich praktyk. Kumulował energię na swój Wielki Piątek. Ja spróbowałem szczęścia przed południem. Wyskoczyłem z domu o wpół do dziesiątej na spotkanie z super-stromą Passo di Guspessa. Odkryłem ją całkiem niedawno. Owszem zdawałem sobie sprawę z tego, iż między Tirano a Tovo di Sant’Agata jest jeszcze jedna droga wspinaczkowa po wschodniej stronie Valtelliny. Niemniej znikąd nie wynikało, iż dociera ona na wysokość aż 1850 metrów n.p.m. Według książki „Passi e Valli in Bicicletta tom. 23” podjazd z Sernio ma tylko 9,45 kilometra i kończy się na poziomie 1490 metrów n.p.m. Niespełna pół kilometra za osadą Le Piane. Wyżej dociera wykres widoczny na mapach google. Dzięki usłudze „street view” można było podejrzeć, iż ta asfaltowa dróżka osiąga pułap 1680 metrów n.p.m. Jednak na tym koniec. Do dziś owej mapy nie zaktualizowano. Oczy na nowe możliwości otworzyły mi dopiero wydarzenia na trasie Giro d’Italia Giovanni Under-23 z sezonu 2022. Trzeci (najtrudniejszy) odcinek tej imprezy poprowadzono z Pinzolo do San Caterina Valfurva. Na jego profilu wyróżniał się stromy podjazd z Tirano na Passo Guspessa. Premia górska najwyższej kategorii na niespełna 60 kilometrów przed metą. Nie ulegało zatem wątpliwości, iż ostatnimi czasy ścieżkę z Sernio pociągnięto jeszcze wyżej. Tym samym łącząc ją z drogą biegnącą po płaskowyżu z Trivigno do Passo del Mortirolo. Na wspomnianym etapie Giro U-23 najszybciej pod Guspessę wspinał się Francuz Lenny Martinez. Niemniej na mecie pierwszy i to z przewagą blisko 5 minut nad najbliższym z rywali zameldował się Anglik Leo Hayter. Dzięki tej akcji młodszy brat Ethana wygrał cały ów wyścig i kilka tygodni później rozpoczął udany staż w ekipie INEOS Grenadiers.

Tirano to miasteczko bywałe na trasach Giro d’Italia. Zakończyły się w nim trzy etapy „La Corsa Rosa”. W latach 1967, 2008 i 2011 zwyciężali tu wyłącznie Włosi tzn. kolejno: Marcello Mugnaini, Emanuele Sella i Diego Ulissi. Natomiast odcinek Giro Rosa z sezonu 2016 wygrała Amerykanka Mara Abbott. Zamieszkaliśmy w apartamencie Vento del Nord. W trzypiętrowym budynku przy Via Monte Massuccio. Nieopodal tej bazy noclegowej zaczynałem przed laty swe zmagania ze stromą Pra Campo. Chcąc się zmierzyć z Guspessą musiałem ruszyć w przeciwnym kierunku. Najpierw krótki zjazd ku najstarszej części miasteczka, gdzie po Ponte Vecchio przejechałem na lewy brzeg Addy. Na dole włączyłem licznik i ruszyłem na północ. Pierwszy kilometr płaski niejako pod prąd wspomnianej rzeki. Na tym odcinku minąłem miejski stadion, gdzie mecze ligi regionalnej rozgrywa zespół U.S. Tiranese. Na drugim i trzecim kilometrze już miałem pod górkę. Co prawda właściwy podjazd zaczyna się na wysokości 551 metrów n.p.m. Niemniej już na dojeździe z Tirano trzeba pokonać pierwsze sto metrów w pionie. Przez półtora kilometra musiałem korzystać z ruchliwej drogi SS38. Z krajówki zjechałem tuż przez Valchiosą wjeżdżając na boczną SP26dirA. Ta meandrując szybko wprowadziła mnie do Sernio. Podjazd już był odczuwalny, ale na razie jeszcze z umiarkowanym nachyleniem 6-7%. Ostra wspinaczka miała się zacząć po przebyciu 1800 metrów od drogi krajowej. Ja pierwszą ostrą ściankę zapewniłem sobie nieco wcześniej, gdy po pięciu kilometrach jazdy zamiast w lewo pojechałem prosto wąską uliczką między jabłonkami. Tym samym na podjeździe ominąłem Biolo. Wpadłem do tej osady na zjeździe. Tak czy owak szybko wróciłem na właściwy szlak. Nie było innej opcji. Od wysokości 690 metrów n.p.m. w stronę Guspessy leci już tylko jedna asfaltowa ścieżka.

Wspinaczka pod Guspessę w dużej mierze prowadzi przez teren zalesiony. Niemniej tego dnia nie musiałem się chować przed słońcem. U podnóża podjazdu miałem raptem 19 stopni i niebo zasnute chmurami. Na górze tylko 12 i odrobinę mżawki. Jak widać na załączonym profilu z „climbfinder” półkilometrowe segmenty z jednocyfrową stromizną należą tu do rzadkości. Więcej było kawałków z wartością od 12 do 14%. Jakiś kilometr za Biolo minąłem pierwszy zakręt. Na całym podjeździe jest ich aż 33. Wszystkie „tornanti” elegancko oznaczone. To znaczy z własną tabliczką, na której podane są informacje na temat: aktualnej wysokości, dystansu pozostałego do premii górskiej i średniego nachylenia na odcinku do kolejnego zakrętu. Jednym słowem wiedziałem co mnie czeka za rogiem. Technicznie też byłem przygotowany na tego rodzaju wyzwanie. Mała tarcza 34. Na kasecie tryby 28 i 32, Ten drugi na najczarniejszą godzinę. Dałem radę bez większego problemu. Owszem na trzecim kilometrze od końca musiałem się dwukrotnie zatrzymać. Ale tylko po to by obejść „zasadzki przygotowane” przez drogowców czyli ciężarówkę i koparkę tarasujące drogę. Jakiś kilometr przed finałem trzeba było przejechać krótki odcinek po nawierzchni betonowej. Stromizna trzymała niemal do samego końca. Meta była oznaczona stosowną tabliczką. Co ciekawe prawdziwa przełęcz Guspessa leży nieco na wschód od tego miejsca, na wysokości „tylko” 1830 metrów n.p.m. Niespełna sto metrów za linią premii górskiej wjazd na drogę Mortirolo-Trivigno, którą przemierzyliśmy startując w GF Pantani 2008. Niemniej na szosie dojrzałem ślad po innych zawodach tego typu czyli GF Stelvio Santini. Całą górę zmęczyłem w około 80 minut, acz nieco czasu straciłem na błędach w nawigacji i blokadach drogowych. Na ostatnich 10 kilometrach powyżej Biolo de facto jechałem przez 1h 08:13. Czyli ze średnią prędkością 8,8 km/h i VAM 1014 m/h.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/9398275120

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/9398275120

ZDJĘCIA

Guspessa_01

FILM

Napisany w 2023a_Ticino & Lombardia | Możliwość komentowania Passo di Guspessa została wyłączona

Alpe Motta

Autor: admin o 5. lipca 2023

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Chiavenna

Wysokość: 1863 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1533 metry

Długość: 22,4 kilometra

Średnie nachylenie: 6,8 %

Maksymalne nachylenie: 14 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Druga środa była dniem jedynej przeprowadzki w trakcie tej wyprawy. Nie każdy z moich górskich projektów pozwala na taką wygodę logistyczną. Dość powiedzieć, że na naszym ubiegłorocznym szlaku od Pic de Nore przez wschodnie Pireneje po Mont Ventoux potrzebowaliśmy nie dwóch, lecz pięciu baz noclegowych. Teraz musieliśmy się przenieść tylko raz. Mianowicie do Tirano w dolinie Valtellina. To blisko 9-tysięczne miasteczko w lombardzkiej prowincji Sondrio, położone jest południowym krańcu słynnej linii kolejowej Bernina Express. Najkrótsza trasa samochodowa z Porlezzy do Tirano liczy 107 kilometrów i prowadzi drogami krajowymi SS340 oraz SS38. Bezpośredni przejazd zabrałby nam co najwyżej dwie godziny. Po drodze było jednak sporo okazji do dobrej zabawy na rowerze. Zatem trzeba było sobie odpowiedzieć na kilka pytań. Zaliczamy dwie premie górskie, czy z racji transferu tylko jedną? Jeśli dwie górki to czy na obie ruszamy z tej samej miejscówki? No i w końcu: Jaki podjazd lub podjazdy wstawić do środowego programu? Jednym słowem: Gdzie robimy przystanek? Długo i na poważnie myślałem o tym by zatrzymać się w Sondrio. Piotr mógłby z tego miasta (niczym ja w 2014 roku) ruszyć w górę Val Malenco: najpierw do Chiareggio, a potem na Lago di Campo Moro. Ja zaliczyłbym w tym czasie podjazdy Val Fontana oraz Dalico powyżej miasteczka Chiuro. Niemniej ostatecznie zaproponowałem swemu kompanowi wypad do Chiavenny. Co wydłużało naszą samochodową trasę o przeszło 40 kilometrów. Niemniej uradziliśmy, że zaliczamy tylko jeden podjazd, więc czasu było w bród. Mieliśmy ruszyć razem w głąb Val di San Giacomo, ale ku różnym celom. Pietro miał dotrzeć na Passo dello Spluga (2117 m. n.p.m.), zaś Daniele do stacji Alpe Motta. On miał do zrobienia w pionie blisko 1800 metrów, zaś ja przeszło 1500.

Ze względu na długość jak i rozmiar owych wzniesień postanowiliśmy poprzestać na jednej wspinaczce. Choć w pobliżu Chiavenny bez trudu można było znaleźć coś na smaczną dokładkę. Wycieczka na Passo del Maloja (1815 m. n.p.m.) była za długa na tą okazję. Idealną propozycją na środowe drugie danie mógł być za to podjazd z Gordony do Menaroli (1199 m. n.p.m.) czyli 10,9 kilometra o średniej 8,2%, mający przeszło 890 metrów przewyższenia. Niemniej postanowiliśmy zaoszczędzić nieco energii na trzy ostatnie etapy tej wyprawy. Cóż zatem mieliśmy do zobaczenia w środę? Piotrowa Passo dello Spluga to przełęcz w samym środku Alp. Leży między szczytami Pizzo Tambo (3275 m. n.p.m.) i Surettahorn (3027 m. n.p.m.). Ten pierwszy należy do Alp Lepontyńskich, zaś drugi już do Alp Retyckich. Tym samym biegnie przez nią granica między Alpami Zachodnimi oraz Alpami Wschodnimi. Szlak przez tą przełęcz używany był już w epoce rzymskiej. Nieco zapomniany w średniowieczu odżył w dobie renesansu. Natomiast pierwszą nowożytną drogę przez Splugę opracował w latach 1821-23 inżynier z Brescii Carlo Donegani. Ten sam, który parę lat później zaprojektował przeprawę przez Passo dello Stelvio. Co ciekawe nad obiema pracował na zlecenie Habsburgów, którzy wówczas rządzili Lombardią. Trasa przez Splugę łączy Chiavennę z wioską Splugen w Gryzonii. Ma długość blisko 40 kilometrów i jest prawdziwym cudem drogowej inżynierii. Na tym szlaku są aż 72 górskie wiraże, z czego 52 na przeszło 30-kilometrowym włoskim odcinku. Do tego pokaźna liczba tuneli i galerii. Południowa jej część to włoska droga krajowa SS36, zaś północna to szwajcarska H567.

Z dwóch podjazdów prowadzących na Passo dello Spluga zdecydowanie trudniejszy jest ten południowy. Północna wspinaczka to teoretycznie tylko 9 kilometrów ze średnim nachyleniem 7,3% i przewyższeniem 661 metrów. Niemniej dojeżdżając do Splugen od wschodu można do tej końcówki dołożyć jeszcze 25-kilometrowy odcinek o przeciętnej 2,9% zaczynający się w miasteczku Thusis. Wówczas do pokonania w pionie mamy blisko 1400 metrów na dystansie aż 34,6 kilometra. Z kolei klasyczny szlak południowy ma długość 30,2 kilometra. Przy czym w środkowej fazie można skorzystać z nowszej (nieco okrężnej) drogi wokół Lago di Isola i wówczas cała włoska trasa liczy sobie 32,8 kilometra. Tak czy owak różnica wzniesień między Chiavenną a przełęczą to 1785 metrów netto. Natomiast brutto czyli z odzyskami po mini-zjazdach 1813, a nawet 1845 metrów. Autor strony „massimoperlabici” bardzo szczegółowo opisał krótszy z włoskich wariantów tego wzniesienia. Uproszczając jego podział owej góry na liczne kawałeczki można powiedzieć, że wjazd na Splugę drogą SS36 to trzy sektory solidnej wspinaczki przedzielone dwoma niemal płaskimi odcinkami. Najpierw mamy tu 11,3 kilometra o przeciętnej 6,5% z Chiavenny przez San Giacomo Filippo, Gallivaggio, Lirone, Cimagandę aż do Prestone (1065 m. n.p.m.). Następnie 2,5 kilometra luzu w postaci falsopiano i lekkiego zjazdu wokół Campodolcino. Drugi fragment podjazdu to 10,2 kilometra o średniej 7,7% prowadzące przez Pianazzo aż po Diga dello Steutta na Lago di Montespluga. Po nim mamy przeszło 3-kilometrowy płaski odcinek wzdłuż wschodniego brzegu jeziorka. Po czym za wioską Montespluga finałowe 3 kilometry ze stromizną 7,1%. To wszystko było zadaniem dla Piotra. Niemniej ja też przez co najmniej 17,5 kilometra musiałem się trzymać drogi SS36.

W kierunku Alpe Motta mogłem skręcić dopiero po dotarciu do Pianazzo (1401 m. n.p.m.) bądź nieco wyżej korzystając z Galleria Madesimo. Bez wahania wybrałem tą pierwszą opcję. Tym samym po opuszczeniu drogi krajowej zrazu miałem do pokonania 1,1 kilometra o średniej 10,8% po Vecchia Strada Pianazzo-Madesimo. Potem 600 metrów z przeciętną 4,3% między Scalcoggią i Madesimo. Na koniec zaś jeszcze dwa konkretne odcinki. Primo 2,1 kilometra ze średnią 9% do Alpe Motta (1722 m. n.p.m.) i secundo finałowe 1,3 kilometra ze stromizną 9,9% do mety na rozstaju dróg w Motta Alta. Spluga i Alpe Motta wystąpiły w duecie na dwudziestym etapie Giro d’Italia 2021. Ostatni górski odcinek 104. edycji tego wyścigu wygrał Włoch Damiano Caruso z przewagą 24 i 35 sekund nad Kolumbijczykami: Eganem Bernalem i Danielem Martinezem. W XX wieku etapowe finisze Giro dwukrotnie wyznaczano zaś w Madesimo. W 1965 roku podobny do tego sprzed dwóch lat odcinek przez Passo di San Bernardino oraz Splugenpass wygrał Włoch Vittorio Adorni. Natomiast etap z sezonu 1987 zakończono podjazdem z Chiavenny. Triumfował na nim Francuz Jean-Francois Bernard. Spluga po dwakroć pokazała się na trasach Giro oraz Tour de Suisse. Zawsze w roli bramy do ojczyzny danego wyścigu. Tym samym w trakcie GdI podjeżdżano na nią jedynie od strony szwajcarskiej, zaś na TdS tylko z ziemi włoskiej. Premie górskie z Giro wygrywali wspomniany już Adorni (1965) oraz Australijczyk Michael Storer (2021). Natomiast podczas szwajcarskiego Touru Niemiec Lothar Friedrich (w 1957 roku na odcinku do Vaduz) oraz Czech Pavel Padrnos (w sezonie 1998 na etapie do Lenzerheide). Niemal cały włoski podjazd zaliczyli też uczestnicy Giro do lat 23 w sezonie 2020. Etap do Montesplugi podobnie jak cały ów wyścig wygrał Tom Pidcock.

W górę Val di San Giacomo ruszyliśmy kwadrans po jedenastej. O tej porze w Chiavennie było ciepło (około 30 stopni), ale akurat tego dnia gwarancji na słońce nie było. Ponieważ od przyjazdu nad Lago di Lugano moja forma nieco wzrosła miałem nadzieję przejechać z Piotrem dłuższy kawałek środowego wzniesienia. Może nawet utrzymać się z nim do rozjazdu w Pianazzo. Nic z tych rzeczy. Po Alpe Gesero & Prepianto nogi miałem umęczone. Pietro po swym relatywnie lekkim wtorku tryskał energią. W swoim stylu ruszył mocno, bez oglądania się za siebie i szybko mnie urwał. Wolałem się nie szarpać. Ten egzamin trzeba było po prostu zaliczyć. Choćby tylko na „szkolną trójkę”. Plus był taki, że jadąc wolniej niż przed dwunastu laty mogłem się tej okolicy lepiej przyjrzeć. Droga cały czas biegła wschodnią stroną doliny czyli lewym brzegiem potoku Liro, który tuż za Chiavenną wpada do rzeki Mera schodzącej ku temu miastu doliną Bregaglia. W połowie czwartego kilometra, tuż za pierwszą sekcją zakrętów, dotarłem do San Giacomo Filippo. W połowie szóstego kilometra minąłem dwie pierwsze galerie. Pod koniec siódmego kilometra zmęczyłem trudny przejazd przez Gallivaggio ze stromizną sięgającą 11-12%. Ta wioska słynie z maryjnego sanktuarium o przeszło 400-letniej historii oraz stojącej nieopodal 52-metrowej dzwonnicy. Po ośmiu kilometrach byłem już w Lirone, zaś niespełna kilometr dalej w Cimaganda. Wszystkie miejscowości jak z obrazka, warte uwiecznienia na zdjęciach. Pod koniec jedenastego kilometra ciężki wjazd do Prestone, na którym nachylenie sięga 10,5%. Potem odcinek falsopiano wzdłuż miejscowego jeziorka i na dojeździe do Campodolcino. Według stravy segment o długości 12,6 kilometra pokonałem 50:44 czyli około 5 minut wolniej niż w sezonie 2011.

W połowie trzynastego kilometra na łuku w lewo minąłem miejscowy kościół pod wezwaniem Jana Chrzciciela, po czym zacząłem delikatny zjazd. Ten skończył się na rozdrożu, z którego w lewo odchodzi droga SP1. Jak ustaliłem traciłem tu do Piotra już 5 minut. Można więc powiedzieć, iż mój amico jechał podobnym tempem co ja w wieku 35 lat. Być może poprawiłby czas mój i Piotrka Walentynowicza z sezonu 2011 czyli 1h 55:33. Niestety tego się nie dowiemy, bowiem właśnie w tym miejscu wybrał dłuższy szlak przez Isolę. Pomimo tego i tak dotarł na Splugę w równo dwie godziny. Ja pojechałem prosto mijając po chwili dolną stację kolejki linowo-terenowej, która łączy Campodolcino z Alpe Motta. To Funicolare Campodolcino alias Sky Express pokonująca 639 metrów przewyższenia na dystansie ledwie 1,4 kilometra. Miałem już w nogach 13,5 kilometra i właśnie zaczynałem najciekawszy fragment klasycznego podjazdu na Passo dello Spluga. Segment poniżej Pianazzo o długości 3,7 kilometra i średniej 8,5%. Nie tylko ciężki, ale też bardzo efektowny. Po drodze aż 10 wiraży na dystansie ledwie 1200 metrów. Liczne galerie, niektóre będące zadaszeniem zakrętów. Za ostatnią z nich wjazd do Pianazzo. Tam po lewej stronie w dole wodospad Cascata di Scalcoggia wysoki na 180 metrów. Natomiast w prawo moja odskocznia z szosy SS36 czyli wjazd na wąską i z początku bardzo krętą Vecchia Strada do Madesimo. Ta cicha dróżka, wykorzystana zresztą na Giro-2021, umożliwiła mi ominięcie tunelu o długości 556 metrów. Na główną drogę do stacji wyjechałem tuż ponad nim. Po kolejnych 250 metrach byłem już przy zaporze na Lago di Madesimo. Do centrum ośrodka nie wjeżdżałem. W połowie dziewiętnastego kilometra musiałem odbić w prawo. W pobliżu budynku Skiarea Valchiavenna i wyciągu krzesełkowego do Lago Azzuro zacząłem finałowy odcinek wspinaczki do Alpe Motta.

Pod koniec dziewiętnastego kilometra wjazd do lasu i ponad kilometr z solidną stromizną. Gdy z wyjechałem na łąkę byłem już na prostej do Motta di Sotto, w której organizatorzy Giro-2021 wyznaczyli metę dwudziestego etapu. Profi kończyli swe zmagania na wysokości 1723 metrów n.p.m. Ja mogłem pocisnąć do końca szosy. Dlatego w połowie 21-wszego kilometra skręciłem w lewo, aby skończyć swą wspinaczkę w Motta Alta. Za zakrętem chwila luzu, po czym ciężki kilometr z dwoma wirażami. Dopiero mając w nogach 21,6 kilometra dotarłem do planowanej mety na rozstaju dróg. Dojechałem do niej w czasie 1h 41:08 czyli ze średnią prędkością 12,8 km/h i VAM około 910 m/h. Niemniej sprawdziłem jeszcze obie dalsze ścieżki. Najpierw lewą, potem prawą. W obu przypadkach asfalt szybko znikał, co skłaniało mnie do powrotu na rozdroże. Szkoda zwłaszcza tej drugiej końcówki, bowiem ten szlak prowadzi pod Santuario di Nostra Signora d’Europa (1925 m. n.p.m.). Do ekumenicznej świątyni otwartej w 1958 roku celem pojednania narodów Starego Kontynentu. Na zjeździe nie musiałem się śpieszyć. Mój podjazd był znacznie krótszy, więc miałem spory zapas czasu nad Piotrem. Poniżej Madesimo złapał mnie deszcz. Na szczęście tylko przelotny. Pietro dopadł mnie stojącego na serpentynach poniżej Pianazzo. Nastąpiło uroczyste przekazanie kluczy do teamowego samochodu. Dalej mogłem się już z wolna turlać do Chiavenny, robiąc tyle fotek ile dusza zapragnie. Po zapakowaniu się do auta trzeba było dotrzeć w rejon Colico i następnie wjechać na drogę SS38. Do Tirano dotarliśmy dość wcześnie. Na tyle szybko, że udało nam się obejrzeć końcówkę relacji z piątego etapu Tour de France. Na pirenejskim szlaku do Laruns dwie pieczenie na jednym ogniu upiekł Jay Hindley. Natomiast Jonas Vingegaard zadał pierwszy celny cios Tadejowi Pogacarowi.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/9394423303

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/9394423303

PASSO dello SPLUGA by PIETRO

https://www.strava.com/activities/9392690116

ZDJĘCIA

Motta_01

FILM

Napisany w 2023a_Ticino & Lombardia | Możliwość komentowania Alpe Motta została wyłączona

Prepianto

Autor: admin o 4. lipca 2023

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: San Vittore

Wysokość: 1486 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1204 metry

Długość: 12,1 kilometra

Średnie nachylenie: 9,9 %

Maksymalne nachylenie: 16,5 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Passo di San Bernardino oraz Alpe di Gesero to z pewnością dwa najznamienitsze podjazdy kolarskie w gryzońskim regionie Moesa. Tym niemniej na bocznych drogach wokół Val Mesolcina jest jeszcze parę wzniesień dobrej jakości. Dlatego też cały dziewiąty etap Giro dei Due Paesi postanowiłem spędzić w tej okolicy. Podobnie jak dwa dni wcześniej po zjeździe z Val Malvaglia również tu musiałem dokonać wyboru drugiej góry spośród kilku ciekawych kandydatur. Jedną z nich był krótki, ale bardzo treściwy podjazd na Alp de Bec (1517 m. n.p.m.). Wspinaczka o długości 9,4 kilometra i średnim nachyleniu 10,1%. Niemniej zaczyna się ona pod wioską Soazza, jakieś 18 kilometrów na północ od Roveredo. Z tej racji najszybciej z niej zrezygnowałem. Tym łatwiej, iż znacznie bliżej pierwszej góry miałem trzy inne górki znaczących rozmiarów. Trzeba się było tylko zdecydować czy jechać dwa-trzy kilometry na wschód czy też może taki sam kawałek w kierunku zachodnim. W tym pierwszym przypadku drugi ze swych wtorkowych podjazdów rozpocząłbym w miejscowości Grono położonej na wejściu do Val Calanca. Wspinaczka do kresu owej dolinki kończy się na wysokości 1667 metrów n.p.m. Trzeba tam przejechać 25,8 kilometra z przeciętną 5,2%, co daje aż 1330 metrów przewyższenia. Wymagający początek i trudna końcówka, ale też dwanaście luźnych kilometrów w środkowej części. Kto woli się wspinać krócej, ale cały czas z konkretnym nachyleniem może po pierwszych czterech kilometrach odbić na wschód ku wiosce Santa Maria in Calanca. Ta szosa kończy się na poziomie 1223 metrów n.p.m. po niespełna 11 kilometrach od wyruszenia z Grono. Wówczas do zrobienia w pionie jest niespełna 890 metrów, ale przy średniej stromiźnie 8,1%.

Niemniej ja byłem gotów zrobić najtrudniejsze „górskie combo” w regionie Moesa. Dlatego już rano zdecydowałem, iż na drugie danie najpewniej wezmę podjazd z San Vittore na Prepianto. Relatywnie dobry występ na Alpe di Gesero dodał mi tylko wiary, że również z tą stromą wspinaczką sobie poradzę. Na Prepianto stromizna miała być niemal równie wysoka co napotkana przed południem. Jedyna różnica polegała na tym, iż podjazd od św. Wiktora jest o trzy kilometry krótszy od zaczynanego z ulic Roveredo. Czekał mnie zatem krótszy wysiłek, ale za to w zdecydowanie trudniejszych warunkach atmosferycznych. Otóż gdy zjechałem z Gesero do samochodu było już parę minut po trzynastej. Jednym słowem zaczynała się najgorętsza pora dnia. Ten zaś był słoneczny i nasza gwiazda zdążyła już mocno nagrzać całą okolicę. Dlatego przez opuszczeniem miasteczka raz jeszcze wpadłem do COOP-a by się dobrze nawodnić. Następnie zdecydowałem się podjechać do San Vittore autem, choć do podnóża drugiej góry miałem naprawdę blisko. Niemniej przy 37 stopniach Celsjusza w cieniu wolałem, choć odrobinę ułatwić sobie całe przedsięwzięcie. Przejechawszy na północną stronę głównej doliny skręciłem na zachód i już po paru chwilach byłem u celu. Na miejscu zatrzymałem się na parkingu z widokiem na kościół pod wezwaniem dwojga partonów czyli św. Jana Chrzciciela i św. Wiktora. San Vittore to najniżej położona gmina w Gryzonii. Według ostatniego spisu mieszkają w niej raptem 864 osoby. Niemniej może się ona pochwalić trzecią największą strefą przemysłową w kantonie Grigioni. Na jej terenie znajduje się też dawne lotnisko wojskowe obecnie służące miłośnikom szybownictwa.

Po opuszczeniu parkingu musiałem przejechać kilometr po drodze kantonalnej nr 13. Początek podjazdu do Prepianto znajduje się bowiem na zachodnim krańcu San Vittore. Skręciłem w prawo wjeżdżając na stromą Strada dei Monti. Przez pierwsze sześć kilometrów biegnie ona w kierunku północno-wschodnim. Do półmetka pośród półkilometrowych segmentów przeważają „dziewiątki”, acz „dziesiątek” też nie brak. Najsztywniejsza jest końcówka pierwszego kilometra z wartością 11%. Na siódmym i ósmym kilometrze teren nieco łagodnieje. Mamy tu trzy „ósemki” i jedną „siódemkę”. Niemniej po niej pojawia się najtrudniejsza tercja wzniesienia, gdzie stromizna już niemal cały czas jest dwucyfrowa. Najbardziej wymagająca końcówka dziewiątego kilometra ma wartość 13%. Podjazd prowadzi południowym stokiem góry, acz są na nim miejsca zalesione czyli dające nieco cienia. Na samym dole nasłonecznione zbocze pozwala rolnikom na uprawę winorośli. Na całym wzniesieniu jest szesnaście wiraży, z czego tuzin poniżej osady Giova. Ta w przeciwieństwie do Prepianto nie należy do San Vittore, lecz sąsiedniej gminy Buseno. Na przedostatnim kilometrze leśne skrzaty strzegły drogocennej w tym upale wody pitnej, zaś po mej prawej ręce roztaczał się ładny widok na Piano di Magadino oraz dolinę Mesolcina. W połowie dwunastego kilometra minąłem jeden po drugim dwa ostatnie zakręty i trzysta metrów dalej byłem już u kresu wspinaczki. Meta przy ogrodzonym oczku wodnym. Z rozpędu pojechałem nieco dalej. Niemniej za zakrętem w lewo droga była już szutrowa, a przy tym wznosiła się minimalnie. Przejechałem zatem tylko dwieście metrów i zatrzymałem się przy biało-czerwonym szlabanie. Misja zakończona, człowiek przeżył. Według stravy na pokonanie tej góry potrzebowałem 1h 14:55. Średnia prędkość 9,3 km/h i VAM 956 m/h czyli osiągi słabsze niż na Alpe Gesero. Jednak sukcesem był sam fakt, że jednego dnia zrobiłem 2791 metrów przewyższenia i to w terenie wysokoprocentowym.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/9387796051

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/9387796051

ZDJĘCIA

Prepianto_01

FILM

Napisany w 2023a_Ticino & Lombardia | Możliwość komentowania Prepianto została wyłączona

Alpe Gesero

Autor: admin o 4. lipca 2023

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Roveredo

Wysokość: 1816 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1522 metry

Długość: 15,1 kilometra

Średnie nachylenie: 10,1 %

Maksymalne nachylenie: 15 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Ta góra była dla mnie jedną z trzech głównych atrakcji owej wyprawy. Szosowe podjazdy z gatunku double-double czyli o średnim nachyleniu ponad 10% na dystansie co najmniej 10 kilometrów to rzadkość. W ciągu dotychczasowych dwóch dekad swych górskich podróży zaliczyłem takich raptem trzynaście. Listę tą mógłbym nieco wydłużyć dodając strome i długie wzniesienia o nieco niższej średniej, lecz kryjące w sobie 10-kilometrowy odcinek o tak wysokiej stromiźnie. Pierwszą wspinaczką z tej kategorii była legendarna Passo del Mortirolo od Mazzo, pokonana na trasie Gran Fondo Pantani z 2008 roku. W minionym sezonie dodałem do swej kolekcji aż pięć takich sztuk. Alpe di Gesero była pierwszą z nich. Kolejną zaliczona dwa dni później Passo di Guspessa. Natomiast trzy pozostałe dorzuciłem w trakcie sierpniowych wakacji w tyrolskiej Zillertal. Jeszcze trudniej wśród wszystkich wspinaczek znaleźć takie, które dwucyfrową średnią stromiznę utrzymują przez co najmniej 15 kilometrów! Jak dotąd jedynym takim okazem w moim dorobku była ubiegłoroczna Grosser Speikkogel (15,3 kilometra przy średniej 10,9%). Nieco łatwiejsza Alpe di Gesero też spełniała te wielce wyśrubowane kryteria. Aby móc się zmierzyć z tym gigantem musiałem podjechać do Roveredo. Miasteczka w dolnej Val Mesolcina. Liczącego sobie niespełna 2600 mieszkańców i będącego stolicą regionu Moesa w kantonie Grigioni. To nadal „włoska część” Konfederacji, albowiem w Szwajcarii język włoski czy lombardzki dominuje nie tylko w Ticino, lecz także w trzech zakątkach na południowych krańcach Gryzonii. To znaczy w dolinach położonych na południe od przełęczy: San Bernardino, Maloja i Bernina.

Po wyruszeniu z Porlezzy miałem do przejechania samochodem 57 kilometrów. Trasa niemal w całości już wcześniej przerabiana. To jest najpierw kurs na Lugano i następnie jazda autostradą A2 w kierunku Bellinzony. Dopiero kawałek za stolicą Ticino coś nowego. Do wyboru: droga krajowa nr 13 lub A13 lecąca do tunelu pod Passo di San Bernardino. Niemniej nie było się co rozpędzać, bowiem Roveredo leży tuż za granicą obu wspomnianych kantonów. Zjazdu nie przegapiłem i na miejscu zameldowałem się już o wpół do dziesiątej. Przyjechałem tu bez Piotra, który we wtorek wrócił do Val d’Intelvi. Tym razem po to by z San Fedele wjechać na Alpe di Colonno (1323 m. n.p.m.). Jak na swoje możliwości nie przemęczał się. Tego dnia przejechał 51,5 kilometra, robiąc 1202 metrów w pionie. Na mnie po szwajcarskiej stronie granicy czekał podobny dystans, lecz zarazem przeszło dwukrotnie większe przewyższenie. Do pary z Alpe di Gesero wybrałem sobie niemal równie stromą 12-kilometrową wspinaczkę z San Vittore na Prepianto. To dubeltowe wyzwanie było ciężkie. Rzekłbym na granicy moich możliwości. Tymczasem na skutek porannego gapiostwa dodatkowo je sobie utrudniłem. Wypakowując się z auta na parkingu powyżej Via de la Grida odkryłem, iż nie zabrałem w tą podróż bidonów. Owszem zdarzało mi się w przeszłości robić przeszło godzinny podjazd „o suchym pysku”, ale niekoniecznie chciałem powtarzać te doświadczenia. Szczególnie na najcięższym etapie wyprawy. Na szczęście był wtorek czyli sklepy otwarte. Podszedłem do pobliskiego COOP-a kupić wodę mineralną w pękatej butelce. Ta była nieco za wąska, więc by nie latała w koszyku wykorzystałem jeszcze plastikowy kubek. Dopiero ta kombinacja zdała egzamin, aczkolwiek przy każdym łyku trzeba się było chwilę pobawić z nakrętką.

Mając ten temat załatwiony około dziesiątej byłem gotowy do drogi. Przed sobą miałem być może najtrudniejszy szosowy podjazd całej Szwajcarii. Na listach rankingowych rodem ze stron „cyclingcols” oraz „climb finder” zajmuje on drugie miejsca. Na tej pierwszej nieco wyżej wyceniono tylko 32-kilometrowy podjazd z Chalais do Lac de Moiry (Valais) o przewyższeniu brutto aż 2045 metrów. Natomiast na drugiej królują dwie wspinaczki na Alpe di Gesero, przy czym „numerem uno” jest ta z miasteczka Arbedo w Ticino (15,4 kilometra przy średniej 9,7%). Tym niemniej ona akurat na przeszło dwukilometrowym finałowym odcinku jest szutrowa. Dlatego też wolałem zdobyć ową górę szlakiem zaczynającym się w Val Mesolcina. Jak dotąd w regionie Moesa tylko raz bawiłem na rowerze. W 2011 roku wraz z czterema kolegami podjechałem autem w okolice Lostallo, aby z poziomu około 430 metrów n.p.m. wyprawić się na Passo di San Bernardino (2065 m. n.p.m.). To akurat przełęcz dobrze znana kolarskim wyścigom. Organizatorzy Tour de Suisse skorzystali z niej już 22 razy, acz tylko dwukrotnie w XXI wieku. Dwa razy przejechali przez nią również uczestnicy Giro d’Italia. Ostatnio w 2021 roku na etapie z Verbanii do Alpe Motta. Na San Bernardino było do zrobienia ponad 1630 metrów w pionie na przeszło 30 kilometrach. Natomiast na Alpe di Gesero niewiele mniejsze przewyższenie skumulowane jest na dwukrotnie krótszym dystansie. Tylko pierwsze 1200 metrów za centrum Roveredo ma umiarkowane nachylenie 6,7%. Następnie mamy tu dziewięć bardzo ciężkich kilometrów na dojeździe do osady letniskowej Laura. Każdy o stromiźnie od 10 do 12%. Cały ten sektor ma średnią 10,8%. Nieco łatwiejsze finałowe pięć kilometrów ma zaś przeciętną 9,6%. Meta u wlotu do mrocznego tunelu niczym na francuskiej Col du Parpaillon.

Tunnel del Cadolcia liczy sobie 250 metrów i jest prościutki, więc u wejścia widziałem jego wylot po stronie Ticino. Wykuto go dla celów wojskowych w niespokojnym roku 1940. Jak wiemy Szwajcaria w obu wojnach światowych zachowała neutralność. Niemniej widać Helweci mieli ograniczone zaufanie do Italii rządzonej przez Mussoliniego i postąpiły tu w myśl zasady „Si vis pacem, para bellum” czyli „Chcesz pokoju, szykuj się do wojny”. Ja swoją ciężką batalię z Alpe di Gesero zacząłem od zjechania do centrum Roveredo. Tu musiałem wjechać na Strada di Magistri i następnie przejechać pod wiaduktem kolejowym. Na końcu owej uliczki trzeba było skręcić w lewo wybierając Strada de San Fedee. Ta przez kilometr prowadziła przez teren gęsto zamieszkany. Na wysokości restauracji Santana nachylenie drogi stało się znaczące. Minąłem parking przy drodze prowadzącej do kościółka św. Anny, a po chwili ostatnie domy w San Fedee. Szosa skręciła nieco na zachód i niebawem przejechałem nad tunelem, w którym ukrywa się autostrada A13. W połowie drugiego kilometra wiraż nr 1 w osadzie Campion. Na zakręcie jakiś drewniany stwór w kolorowym kapeluszu. Nieco wyżej kolejne dzieła tutejszych rzemieślników. Już w tej okolicy mogłem się przekonać, że dodatkowym utrudnieniem owej wspinaczki będzie wątpliwej jakości nawierzchnia. W wielu miejscach podniszczona, a na niektórych odcinkach wręcz fatalna. Niemniej przy tutejszej stromiźnie moja prędkość była nieznaczna, więc miałem na ogół dość czasu by ominąć wszelakie dziury czy innego rodzaju pułapki. Poza tym o upał nie musiałem się martwić. Co prawda na starcie miałem już 26 stopni, lecz akurat ta wspinaczka prowadzi północnym zboczem góry. Mocno zalesionym, więc słońce nie miało tu zbyt wielu okazji by mi dopiec.

Stromizna podjazdu jak już wspomniałem wysoka, ale przynajmniej równo rozłożona. Trzeba było wybrać przełożenie takie by nóg sobie nie podciąć oraz kręcić nimi w stałym rytmie pozwalającym na równy oddech. Droga wąziutka, niekiedy z drewnianą barierką na poboczu. Gdzieniegdzie świeże placki asfaltu dopiero co wylane celem załatania dziur. W jednym miejscu napotkałem robotników przy pracy i musiałem się zatrzymać zanim mnie przepuścili. Pod koniec siódmego kilometra zostawiłem po lewej ręce drogę ku osadzie Roggiasca. W połowie dziewiątego kilometra napotkałem wąski, ciemny tunel o gliniastym podłożu czyli Galleria Monte Laura. Ze względów bezpieczeństwa częściowo go przeszedłem. Dopiero na zjeździe zorientowałem się, że piesi i cykliści mogą tu sobie włączyć „światło na żądanie”. Niespełna kilometr dalej wjazd do Monte Laura. Osady na słonecznej polanie ciągnącej się wzdłuż szosy przez blisko kilometr. Po drodze hotelik, kościółek, bar i liczne chaty letniskowe. Powyżej niej jeszcze cztery kilometry odrobinę łatwiejszej niż dotąd wspinaczki. Droga na tym odcinku biegnie już równolegle do granicy kantonów Ticino i Grigioni. Na przedostatnim kilometrze dwa ostatnie wiraże. Meta z ładnym widokiem na Val Mesolcina. Utrzymałem swój rytm jazdy i zakończyłem wspinaczkę w czasie o kilka minut lepszym niż zakładałem. Według stravy przeszło 15-kilometrowy segment pokonałem w 1h 32:37. Tym niemniej biorąc pod uwagę postój na robotach drogowych oraz spacer przez tunel de facto jechałem tu przez 1h 30:27. To zaś oznaczałoby średnią prędkość 10,1 km/h i VAM na poziomie 1010 m/h. Na mecie spotkałem parę starszych turystów, więc było komu zrobić mi zdjęcie na tle tunelu. Dodam jeszcze, iż jedynym użytkownikiem stravy, który zdobył Alpe Gesero w czasie poniżej godziny jest Marcel Wyss. Ex-profi o którym wspomniałem już przy relacji z Lago del Naret.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/9387773938

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/9387773938

ALPE di COLONNO by PIETRO

https://www.strava.com/activities/9386134410

ZDJĘCIA

Gesero_01

FILM

Napisany w 2023a_Ticino & Lombardia | Możliwość komentowania Alpe Gesero została wyłączona

Monti di Breglia

Autor: admin o 3. lipca 2023

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Menaggio

Wysokość: 1080 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 872 metry

Długość: 10,2 kilometra

Średnie nachylenie: 8,5 %

Maksymalne nachylenie: 15 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Nasz poranny wyjazd w góry powyżej Val d’Intelvi zakończyliśmy około wpół do dwunastej. Piotr zaliczył na nim dwa solidne wzniesienia, więc po sjeście w Villa Caterina wolał się już nie męczyć. Popołudniu wybrał się zatem na plażę w Porlezzy, aby popływać w Lago di Lugano. Ja coś tam zjadłem, odpocząłem półtorej godziny i kwadrans po trzynastej wsiadłem do samochodu biorąc kurs na Menaggio. Drugą z poniedziałkowych gór miałem bowiem zacząć nad brzegiem Lago di Como. Ponieważ o tej porze dnia było gorąco wolałem nie tracić sił na 10-kilometrowym dojazd rowerem. Cały zapas energii postanowiłem zachować na krótki, ale bardzo konkretny podjazd na Monti di Breglia. Po zachodniej stronie jeziora Como we wcześniejszych latach poznałem kilka ładnych górek. W sierpniu 2020 roku zaliczyłem Valle San Iorio, Alpe di Colonno, Monte Bisbino oraz San Bartolomeo di Bugiallo. Natomiast rok później dodałem do tej listy podjazd z Gravedony do Bodone. Tegoroczny „rodzynek” miał więc być moją szóstą wspinaczką nad Lario Occidentale. Mające przeszło 3 tysiące mieszkańców Menaggio powstało u ujścia potoku Sanagra do Lago di Como. Uchodzi za najpopularniejszym letni kurort na tym brzegu Lago di Como. Promem można się stąd przeprawić do Praedo lub Varenny na drugą stronę akwenu. Jak również do Bellagio leżącego na cyplu rozcinającym wody najgłębszego z alpejskich jezior. Droga łącząca naszą Porlezzę z Menaggio została oddana do użytku już w 1839 roku. Niespełna pół wieku później oba miasteczka połączyła nawet linia kolejowa. Niemniej ta funkcjonowała jedynie do wybuchu II Wojny Światowej. Zakładam, że to ona dała nazwę ulicy przy której od ponad tygodnia mieszkaliśmy czyli Via Ferrovia.

Jadąc do Menaggio minąłem wioskę Cardano. W niej zaczyna się podjazd na Alpe Erba (1025 m. n.p.m.). Podobnej długości co ten przeze mnie wybrany, ale wyraźnie łagodniejszy. Na dystansie 10,4 kilometra trzeba bowiem zrobić tylko 662 metry w pionie co daje średnie nachylenie 6,4%. Zapewne na pierwszych etapach tej wyprawy byłby on dla mnie idealny w roli drugiej wspinaczki dnia. Niemniej po tygodniowej „zaprawie” w Alpach mogłem już sobie pozwolić na coś trudniejszego. Przynajmniej taką miałem nadzieję. Wiary dodawał mi fakt, iż dzień wcześniejszej po ciężkiej Val Malvaglia poradziłem sobie ze „sztywną” Monte di Gana. Zmierzając do Menaggio nie planowałem zjeżdżać autem na sam dół. Wzdłuż wybrzeża mógłbym długo szukać miejsca na pozostawienie samochodu. Dogodne miejsce upatrzyłem sobie nieco wyżej. Na małym parkingu przy Largo Fossato. W miejscu, gdzie od Via Luigi Cadorna odchodzi na północ droga SP7. Dlatego chcąc zacząć wspinaczkę z najniższego miejsca w okolicy musiałem zjechać rowerem niecały kilometr by dotrzeć w rejon Marina di Menaggio. Przed sobą miałem mało znany, lecz ciężki podjazd. Rzekłbym „rozwojowy” czyli taki, na którym każdy kolejny sektor był trudniejszy od poprzedniego. Po lekturze „Passi e Valli in Bicicletta – Lombardia 1” wiedziałem, iż moim dodatkowym przeciwnikiem może być upał, jako że droga na szczyt prowadzi tu południowym zboczem góry. W dodatku przez pierwsze siedem kilometrów niemal cały czas w terenie wystawionym na promienie słońca. Na cień mogłem liczyć jedynie w lesie powyżej wioski Breglia. Niemniej tam stromizna miała być zdecydowanie największa, więc istniały inne powody ku temu by się porządnie zgrzać. A co do temperatury. Na starcie miałem 31 stopni, zaś na trzecim i czwartym kilometrze nawet 34.

A jak ten podjazd wygląda w detalach? Pierwsze półtora kilometra poniżej Loveno relatywnie łatwe z przeciętną 4,9%. Potem dwukilometrowy dojazd do Piazzo solidniejszy, bo ze średnią 7,5%. Następne dwa kilometry czyli odcinek biegnący przez Logo i Ligomenę aż po Plesio na poziomie 8%. Natomiast ostatnie 2000 metrów przed Breglią nierówne. Pierwszy kilometr tylko 6,3%, lecz drugi już z wartością 9,2%. Dwieście metrów po wjeździe do wioski skok w bok czyli wjazd na wąską dróżkę prowadzącą przez las. Według książki wydanej w 2002 roku szosa na zboczu Monte Grona (1736 m. n.p.m.) kończy się 976 metrów n.p.m. Jednak świeższy profil z „cyclingcols” sugerował, iż w minionych dwóch dekadach wylano tam kolejny odcinek asfaltu. Dodając wzniesieniu 900 metrów dystansu i 107 metrów wysokości. Po starcie musiałem się wydostać z ruchliwej SS340. Podjechawszy 900 metrów skręciłem w prawo. Na drodze SP7 było już spokojniej. Jednak szosa coraz śmielej wiła się pod górę. Tu i ówdzie po wirażach. Na całym wzniesieniu jest ich aż 27. Na szóstym kilometrze objechałem Plesio. Po dojeździe do Breglia na wysokości cmentarza odbiłem w lewo. Jeszcze „tylko” stromy finał czyli 2,5 kilometra o średniej 12,5%. Osiem dni wcześniej na Passo Forcora łatwiejsza końcówka tej samej długości kompletnie mnie rozbiła. Tym razem nie było o tym mowy. Uporałem się z hardcorową końcówką w niespełna 19 minut. Mozolna wspinaczka ze średnią prędkością 8,9 km/h i VAM 1058 m/h. Na cały podjazd potrzebowałem zaś 53 minut. Obecnie asfaltowa droga kończy się na parkingu, z którego można wyruszyć na pieszą wędrówkę ku Rifugio di Menaggio (1383 m. n.p.m.). Z niżej położonej „dawnej mety” przy polanie Monti di Breglia roztacza się przepiękny widok na „trójpalczaste” Lago di Como i rozmaite szczyty w jego otoczeniu. Wycieczki na Orimento i Breglia oznaczały kolejne 60 kilometrów dystansu i 1975 metrów przewyższenia.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/9380541586

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/9380541586

ZDJĘCIA

Breglia_01

FILM

Napisany w 2023a_Ticino & Lombardia | Możliwość komentowania Monti di Breglia została wyłączona

Bocchetta d’Orimento

Autor: admin o 3. lipca 2023

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Osteno

Wysokość: 1286 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 996 metrów

Długość: 14 kilometrów

Średnie nachylenie: 7,1 %

Maksymalne nachylenie: 17,5 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Po niemal całym tygodniu spędzonym na szosach Ticino darowałem sobie kolejną wycieczkę do Szwajcarii. Tego dnia chciałem zaliczyć wzniesienia „wyrastające” z wód Lago di Lugano oraz Lago di Como. Wzorem Piotra ruszyć rowerem z domu. Przynajmniej na pierwszą z wybranych gór. Tą miała być wspinaczka z pobliskiego Osteno na Bocchetta d’Orimento. Jej dolną połówkę poznałem trzy lata wcześniej przy innej okazji. Wówczas cały sektor poniżej wioski San Fedele d’Intelvi był dla nas początkiem podjazdu na Balcone d’Italia alias Monte Sighignola. Nowością miał być zatem jedynie górny odcinek Orimento o długości 6,5 kilometra. Val d’Intelvi to miejsce, w którym rozstrzygały się losy niejednej edycji Giro di Lombardia. Tutejsze podjazdy miały kluczowe znaczenie na starych trasach do Como. Powiedzmy w epoce Eddy Merckxa i Bernarda Hinault. Dolina ma powierzchnię 101 km2 i obejmuje teren aż dwunastu gmin. Na mapach przybiera kształt litery Y. Jej dwie odnogi zostały wyrzeźbione przez potoki: Telo di Osteno oraz Telo di Argegno, spływające w przeciwne strony tj. do jezior Lugano i Como. Trzecia tworzy zaś płaskowyż, na którym znajduje się miejscowość Lanzo d’Intelvi. San Fedele leżące na wysokości 735 metrów n.p.m. jest centrum administracyjnym i geograficznym tej krainy. Można z niego ruszyć wyżej na trzy różne strony. Ku górskim metom na wysokościach około 1300 metrów n.p.m. Jedna opcja to Monte Sighignola z widokiem na eksklawę Campione d’Italia. Drugą jest Alpe di Colonno czy nawet Rifugio Venini (1576 m. n.p.m.) na szlaku powyżej wioski Pigra. Natomiast trzecią nieznana mi do tego roku Bocchetta d’Orimento, leżąca na północnych zboczach granicznej góry Monte Generoso (1701 m. n.p.m.).

Namówiłem Piotra by w poniedziałek zaliczył dwie z owych trzech lokalizacji, zaś we wtorek dodał sobie do kompletu Alpe di Colonno. Kolega grzecznie posłuchał, po czym w swoim stylu czyli z samego rana przystąpił do realizacji tego programu. Z Porlezzy wyjechał już o wpół do ósmej by w pierwszej kolejności dotrzeć na Balcone d’Italia. Następnie miał zjechać do San Fedele i z tego poziomu zaatakować Bocchettę. Umówiliśmy się, że ja ruszę z domu godzinę później. Przy tym od razu na jego drugą premię górską. To dawało szansę na zjechanie się przy schronisku Baita di Orimento. Nie do końca nam to wyszło, ale i tak spotkaliśmy się na trasie. Zanim to się stało Pietro dodał sobie przeszło 10 kilometrów dystansu. Otóż po 18-kilometrowym podjeździe na Monte Sighignola zjechał przez San Fedele aż do Castiglione d’Intelvi. Skąd do Orimento musiał podjechać łagodniejszym 11-kilometrowym szlakiem. Ten połączył się z moją „drogą krzyżową” 3700 metrów przed szczytem. Ja miałem skorzystać z krótszego wariantu, więc musiałem być przygotowany na ostre ścianki w trzeciej kwarcie swej wspinaczki. Pierwsze kilometry tego etapu były mi znane. Na rozgrzewkę płaski odcinek po drodze SP14 wzdłuż Lago di Lugano. Na początku siódmego kilometra dotarłem do bram Osteno. Niemniej na wizytę w tej malowniczej wiosce miałem czas. Teraz trzeba było zawinąć w lewo i rozpocząć podjazd do San Fedele. Na przeszło 5-kilometrowym dojeździe do Laino całkiem solidny. Najpierw kilka segmentów z nachyleniem 6-7%. Potem sześć półkilometrowych kawałków ze stromizną nawet 8-9%. Dopiero ostatnie dwa kilometry znacznie luźniejsze. Ten przeszło 7-kilometrowy „odcinek powtórkowy” pokonałem w 29 minut czyli o 1:45 wolniej niż w 2020 roku.

Przy wjeździe na drogę SP13 tym razem pojechałem w lewo. Po czym już po 150 metrach musiałem odbić w prawo na stromą Via Monte Generoso. Pierwsze trzy kilometry na tym szlaku ze średnią 10,9%. W tym piąty kilometr od końca na poziomie 13,6%. Pierwsze ścianki jeszcze przed osadą Cavagnolo. W połowie dziewiątego kilometra wspinaczki wjechałem do lasu, gdzie zaczął się najtrudniejszy fragment wzniesienia. Mozoląc się pod górę minąłem samochód, którego silnik zgasł na przeszło 17%-owej stromiźnie. Jego kierowca nie miał pomysłu jak ruszyć dalej z tego położenia. Udało mi się przetrwać ten morderczy sektor i po 10 kilometrach od jeziora dotarłem do polany Alpe Grande. To tutaj na wysokości blisko 1050 metrów n.p.m. łączą się obie opcje podjazdu z doliny Intelvi. Najgorsze miałem już za sobą. Skręciłem w prawo. Pierwsze kilkaset metrów za łącznikiem stosunkowo łagodne. Jednak potem niemal dwa kilometry ze stromizną od 7 do 9%. Natomiast finałowy kilometr zrazu łagodny, zaś na ostatnich kilkuset metrach płaski. Według stravy blisko 14-kilometrowy segment z Osteno przejechałem w 1h 03:56, co daje mi 10 miejsce pośród 71 osób. Górny sektor o długości 6,56 kilometra zabrał mi 34:10 (avs. 11,5 km/h). Na mecie całkiem gwarno. Niemała grupa młodzieży szykowała się do pieszej wędrówki. Być może ich celem była Monte Generoso. Piotra tu nie zastałem. Czekałem bez skutku. Zobaczyliśmy się po trzech kilometrach mego zjazdu. Pietro skończył swój podjazd i następnie dogonił mnie poniżej Laino. Razem wpadliśmy na kwadrans do uroczego Osteno, zanim po płaskim wróciliśmy do domu. Mój kompan przed południem miał już swój ósmy etap zaliczony. Przejechał blisko 75 kilometrów z przewyższeniem 1877 metrów. Ja miałem w nogach ledwie 40 kilometrów i jeszcze jedną górę do zobaczenia.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/9379212755

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/9379212755

MONTE SIGHIGNOLA & BOCCA D’ORIMENTO by PIETRO

https://www.strava.com/activities/9379271510

ZDJĘCIA

Orimento_01

FILM

Napisany w 2023a_Ticino & Lombardia | Możliwość komentowania Bocchetta d’Orimento została wyłączona

Monti della Gana

Autor: admin o 2. lipca 2023

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Cugnasco

Wysokość: 1280 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1047 metrów

Długość: 12 kilometrów

Średnie nachylenie: 8,7 %

Maksymalne nachylenie: 15,5 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Zjeżdżając z Cusie ku Valle di Blenio miałem ostatnie chwile do namysłu w kwestii wyboru drugiego z niedzielnych wzniesień. Jak już wspomniałem były aż cztery opcje do rozważenia. Pierwszą wypad w głąb Val Pontirone. Wówczas nie musiałbym nawet kończyć tego zjazdu. Na wysokości 640 metrów n.p.m. wystarczyło skręcić w lewo. Mógłbym tam zrobić nie jedną, a dwie trudne wspinaczki. Najpierw 9,2 kilometra z przeciętnym nachyleniem 7,5% z finałem w osadzie Fontana (1329 m. n.p.m.). Potem dość krótki i niestety szutrowy zjazd, na którym straciłbym przeszło sto metrów wysokości. Na koniec bardzo ciężkie 7,3 kilometra ze średnim nachyleniem aż 10,8% i metą na polanie Alpe Cava (2004 m. n.p.m.). Gdybym się na to porwał dodałbym sobie blisko 1600 metrów przewyższenia, wliczając krótki podjazd w drodze powrotnej. Do tego musiałbym jeszcze znaleźć jakąś fontannę z wodą pitną, co by nie paść po drodze z wycieńczenia. Owszem mogłem uzupełnić bidony przy samochodzie, ale wówczas startując z niższego poziomu miałbym do przerobienia grubo ponad 1800 metrów w pionie czyli przeszło trzy „tysiaki” na całym siódmym etapie. U progu lata moja forma fizyczna była zbyt „dyskretna” na takie wyczyny. Znacznie łatwiejszy i bezproblemowy organizacyjnie był pomysł drugi. Musiałbym tylko przejechać rowerem na prawy brzeg rzeki Brenno do wioski Semione. W niej mogłem bowiem zacząć wymagający, ale niezbyt długi podjazd do Alpe di Gardosa (1336 m. n.p.m.) czyli 11,6 kilometra o średniej 7,9%. Dodałbym sobie tylko 923 metry przewyższenia. Nieco trudniej wyglądał wariant trzeci. Podjechałbym autem na północ do Acquarossy, a stamtąd rowerem pod Pro Marsigal (1566 m. n.p.m.). Gdybym spośród trzech dróg prowadzących na tą górę wybrał szlak przez Leontikę to miałbym do pokonania 12,3 kilometra z przeciętną 8,6% i jakieś 1055 metrów w pionie.

De facto były to poszukiwania mojej ostatniej górki w Ticino, choć czekały nas jeszcze trzy noclegi w Porlezzy. Niemniej na dwa najbliższe dni miałem już „zabukowane” pomysły nie związane z tym kantonem. W poniedziałek chciałem pokręcić po włoskiej stronie granicy i zaliczyć po jednym podjeździe z okolic Lago di Lugano oraz Lago di Como. Natomiast we wtorek miałem zmęczyć dwie bardzo trudne wspinaczki w szwajcarskim regionie Moesa. Jak najbardziej włoskojęzycznym, lecz należącym do sąsiedniej Gryzonii (canton Grigioni). Z kolei środa była już przeznaczona na transfer do Tirano, a po drodze wspinaczki z ulic Chiavenny. Patrząc wstecz od poniedziałku zaliczyłem już 9 premii górskich w Ticino. Po trzy w dolinach Leventina i Blenio. Po jednym w dystryktach Vallemaggia, Bellinzona i Lugano. Wypadało więc jeszcze zobaczyć coś ładnego w okolicy Locarno. Dlatego na dole wsiadłem do samochodu i słuchając (bez zrozumienia) audycji radiowej prowadzonej nie po włosku, lecz w języku retoromańskim wziąłem kurs na południowy-zachód. Drugi przystanek wyznaczyłem sobie w niespełna 3-tysięcznej gminie Cugnasco-Gerra. Położonej kilka kilometrów na wschód od ujścia rzeki Ticino do Lago Maggiore. Z jej ulic miałem zacząć bardzo wymagającą wspinaczkę na Monti della Gana. Niezbyt długą, ale „sztywną” niemal na całej swej długości. Do zrobienia było tam przeszło 1000 metrów w pionie na dystansie tylko 12 kilometrów. Według strony „climbfinder” na tym podjeździe trzeba pokonać aż osiem półkilometrowych segmentów o stromiźnie co najmniej 10%. Z najtrudniejszym o wartości 12% miałem się zmierzyć pod koniec siódmego kilometra. Z kolei jedynie na szóstym kilometrze mogłem liczyć na kilkaset metrów luźniejszego terenu.

Dojazd do Cugnasco zabrał mi nieco więcej czasu niż zakładałem, gdyż przeoczyłem zjazd z autostrady A2 na drogę krajową N13. Pojechałem za daleko na południe i następnie błądziłem po dróżkach na równinie Piano di Magadino. Swego celu szukałem instynktownie tj. bez wsparcia samochodowej nawigacji. Wolałem nie pobierać danych komórkowych pod szwajcarskim niebem. Ceny usług telefonicznych w tym kraju są dla nas wielokrotnie wyższe niż na terenie Unii Europejskiej. Ostatecznie jakoś przedostałem się na północny brzeg Ticino i tuż po czternastej zatrzymałem się na parkingu przy Via Riarena. Ulicy biegnącej wzdłuż potoku o tej samej nazwie. Na miejscu powitała mnie iście tropikalna aura. Wczesnym popołudniem słońce grzało na maksa. Moja wspinaczka miała zaś prowadzić południowym (nasłonecznionym) zboczem Cima di Sassello (1899 m. n.p.m.). Wspomnę więc, że na pierwszych czterech kilometrach tego wzniesienia Garmin pokazywał mi temperaturę 38-40 stopni! W tych warunkach nawet jazda po płaskim nie byłaby przyjemna. A co dopiero mozolny wjazd pod stromą górę. Poza tym świeżutki tu nie przybyłem. Niemało energii zostawiłem bowiem na szlaku przez Val Malvaglia. Nic to. Sam zgotowałem sobie ten los. Mój wybór. Trzeba się było przemóc i ruszyć pod górę. Pierwszym celem było przetrwanie do półmetka. Liczyłem, że na wyższej wysokości będzie nieco chłodniej. Autor strony „massimoperlabici” rozbił to wzniesienie na trzy sektory. Tercja pierwsza do Medoscio czyli 3,4 kilometra o średniej 9%. Druga przed Monti di Ditto 4 kilometry o przeciętnej 8,2%. No i trzecia o długości 4,7 kilometra i stromiźnie 9%. Jednym słowem „ciężki orzech do zgryzienia”. Podjazd zacząłem z poziomu drogi N13. Po 250 metrach przejechałem na prawy brzeg potoku i minąłem budynek tutejszej podstawówki.

Tuż za nim rozpoczęła się ostra wspinaczka. Pierwsze dwa kilometry z hakiem w terenie zabudowanym z przejazdem przez Agarone. Szlak kręty z ośmioma wirażami do połowy trzeciego kilometra. Potem dłuższa prosta do Medoscio (3,3 km), gdzie kończy swą trasę lokalna linia autobusowa. Powyżej tej wsi kolejna seria zakrętów na dojeździe do Curogni (5,1 km). Na tym podjeździe naliczono w sumie 28 wiraży, z czego 18 znajduje się na pierwszych pięciu kilometrach. Wjechałem na wyczekiwany luźniejszy odcinek. Mocno zalesiony, więc przyjemnie zacieniony. Po drodze mostek nad kanałem Riazzino. Dalej szlak wiódł mnie na zachód aż po ładniutką osadę Monti di Ditto (7,1 km). Stąd wyraźniej skręcił na północ by cztery zakręty wyżej dotrzeć do ważnego rozjazdu. Prosto biegnie stąd niemal płaska droga do osady Monti di Motti (1062 m. n.p.m.). Ta meta, skądinąd opublikowana na „cyclingcols”, mnie nie interesowała. Skręciłem zatem w prawo. Musiałem pojechać zrazu na południe, a później w kierunku północnym i wschodnim. Ostatnie kilometry w cieniu drzew i przyjemnej temperaturze 20-kilku stopni. W dwóch miejscach trzeba było się przeprawić przez brody, na których jezdnia wyłożona była „kocimi łbami”. Taki flandryjski akcent w sercu Alp. Za drugim z nich pozostało mi 700 metrów do premii górskiej. Finał na łuku w lewo. Meta na nasłonecznionej polanie. Z niej zaś piękne widoki na Lago Maggiore i otaczające je góry, w tym na Monte Tamaro (1961 m. n.p.m.). Nie było łatwo, ale poradziłem sobie nie najgorzej. Według stravy segment o długości 11,92 kilometra pokonałem w 1h 04:33 (avs. 11,1 km/h). Mój VAM 973 m/h. Ogółem w niedzielę zrobiłem prawie 60 kilometrów z przewyższeniem 2408 metrów. Dystans standardowy, ale amplituda jak dotąd najwyższa na tej wyprawie.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/9375895346

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/9375895346

ZDJĘCIA

Gana_01

FILM

Napisany w 2023a_Ticino & Lombardia | Możliwość komentowania Monti della Gana została wyłączona