banner daniela marszałka

Archiwum dla Lipiec, 2015

Valico Branchetto

Autor: admin o 30. lipca 2015

PODJAZD > https://www.strava.com/activities/362072748

W czwartek o poranku czekało mnie małe dejavu, gdyż dojazd do podnóża czwartej góry miałem niemal identyczny z wtorkowym wypadem pod Malga Lessinia. Jedyna różnica była taka, że mogłem się zatrzymać jakieś trzy kilometry wcześniej. Po dojechaniu do Stallaveny zaparkowałem przy via Prealpi na wysokości miejscowego „orlika”. Tego dnia miałem zaliczyć ponad 26-kilometrowy podjazd pod Valico Branchetto leżące na wysokości 1591 metrów n.p.m. Dłuższy, większy, nieco wyższy i przede wszystkim znacznie trudniejszy od mojej pierwszej przygody w Monte Lessimi. Autorzy „archivio salite” wycenili to wzniesienie na 903 punkty, zaś wtorkową Malga Lessinia tylko na 714 i to łącznie z szutrową końcówką, którą ostatecznie sobie podarowałem. Ponieważ dojazd do Stallaveny miałem już wcześniej opracowany wszystko poszło szybko i sprawnie. Znów około dziewiątej było gotów do jazdy. Do miejsca, w którym wyznaczyłem sobie start tej wspinaczki musiałem podjechać kilkaset metrów. Licznik włączyłem przy zjeździe z Via Prealpi w odchodzą szerokim łukiem w prawo drogę SP6. Po prawej stronie ulicy miałem sklep Carrera Jeans. Kolarskim kibicom z nieco dłuższym stażem tej marki przedstawiać nie trzeba. Napomknę tylko, że ta firma sponsorowała w latach 1984-1996 jedną z najsilniejszych ekip zawodowego peletonu. Przewinęło się przez nią wiele gwiazd, nie tylko włoskiego kolarstwa. Pośród nich Roberto Visentini zwycięzca Giro d’Italia z roku 1986 oraz Irlandczyk Stephen Roche, który w sezonie 1987 wygrał dla tych barw Giro i Tour de France, a poza tym zdobył tytuł mistrza świata. W stylizowanych na dżinsy spodenkach jeździli też Claudio Chiappucci i Marco Pantani. „Diabeł” przez niemal całą swą karierę, zaś „Pirat” przez jej pierwsze cztery lata. Członkiem pierwszej ekipy Carrera był też w latach 1984-85 Czesław Lang.

Pierwsze kilometry podjazdu prowadziły po szerokiej drodze. Stromizny może nie było widać, ale można ją było poczuć w nogach i płucach. Poza tym droga była ruchliwa, więc jechałem przy akompaniamencie samochodowych i motorowych silników. Przez pierwsze dwa kilometry szosa wiodła na południe, po czym skręciła na północny-wschód. W połowie piątego kilometra przejechałem przez Rosaro (4,5 km), zaś na początku siódmego minąłem zjazd ku wiosce Azzago 6,1 km). Jeszcze kilkaset metrów i najtrudniejszą kwartę całego wzniesienia, w tym chwilowe stromizny do 12,5 %, miałem już za sobą. Wkrótce dojechałem do położonego na wysokości 730 metrów n.p.m. Cerro Veronese (8,7 km). Miejscowość ta ma niemal 2,5 tysiąca mieszkańców, zaś jej najsłynniejszym „synem” jest Damiano Cunego triumfator Giro z roku 2004. Chyba wszyscy mamy w pamięci swoistą rewolucję pałacową jaką „Mały Książe” przeprowadził w ekipie Saeco dystansując wówczas nie tylko swych zdeklarowanych rywali, ale też swego nominalnego „szefa” Gilberto Simoniego. Tym niemniej godzi się jeszcze przypomnieć, że Cunego wygrał też trzykrotnie klasyk Giro di Lombardia (2004, 2007 i 2008) oraz został wicemistrzem świata podczas czempionatu rozgrywanego wokół Varese (2008). Okolice Cerro Veronese były zdecydowanie najłatwiejszym odcinkiem tego podjazdu. Trudniej zrobiło się znów pod koniec dwunastego kilometra jeszcze przed dotarciem do Corbiolo (12,5 km). Jadąc dalej główną droga dotarłem w końcu do Santa Margherita (16,2 km) położonej u progu Bosco Chiesanuova, najważniejszej miejscowości na tym szlaku. Już trzykrotnie gościła ona uczestników Giro d’Italia. Po raz pierwszy w 1957 roku gdy czasówkę wygrał Luksemburczyk Charly Gaul. Rok później etap ze startu wspólnego padł łupem Włocha Ercole Baldiniego. W końcu zaś w 1979 roku najszybciej dotarł tu Szwed Bernt Johansson. Co więcej w miasteczku tym urodziła się Paola Pezzo, mistrzyni MTB – złota medalistka olimpijska z Atlanty i Sydney oraz mistrzyni świata z lat 1993 i 1997.

Chcąc przejechać przez centrum tego miasteczka, skręciłem w Via Sant’Antonio i tym samym na jakiś czas rozstałem się z szosą SP6. Dojechawszy do miejscowej starówki (16,9 km) przejechałem plac na wprost kierując się na Via Monti Lessini. W połowie osiemnastego kilometra byłem już z powrotem na prowincjonalnej „szóstce” i wkrótce minąłem osadę Larici (18 km). Dwa kilometry dalej przejechałem obok gospodarstw rolnych przy wiosce Grietz (20 km). Za nią przyszła pora na kilkusetmetrowy zjazd. Ostatnia faza podjazdu zaczęła się około 5 kilometrów przed szczytem. Po drodze było parę malutkich osad: Coville (21 km) i Maregge (21,4 km). Następnie przez dobry kilometr jechałem wzdłuż granic Parco Naturale Regionale della Lessinia, ostatecznie wjechawszy na jego teren na wysokości Tracchi (22,8 km). Po przejechaniu 23,6 kilometra minąłem zjazd w lewo na Rifugio Bocca di Selva. Wyżej było jeszcze parę porzuconych latem zabudowań w połowie 25-tego kilometra. Potem już tylko finałowy odcinek z trzema serpentynami i łagodnym zakrętem w lewo na sam koniec. Kulminację wzniesienia nie sposób przeoczyć dzięki sporych rozmiarów tablicy. Trafił się nawet jakiś dobry człowiek, który zrobił mi zdjęcie na jej tle. Po drugiej stronie przełęczy widać było leżącą na wysokości 1498 metrów n.p.m. stację narciarską San Giorgio. Cały podjazd o długości 26,2 kilometra przejechałem w czasie 1h 30:26 przy średniej prędkości 17,4 km/h i skromnym VAM 862 m/h. Niemniej ów niski wskaźnik tłumaczyło średnie nachylenie na poziomie 5,1 %, w tym kilka niemal płaskich kilometrów. Na stravie nie mam swojego wyniku z całego wzniesienia. Zapewne dlatego, że w okolicy Bosco Chiesanouva zjechałem na ponad kilometr z oficjalnego szlaku. Znalazłem za to dwa większe rezultaty cząstkowe. Po pierwsze odcinek 6,7 kilometra przy średniej 4,8 % między Cerro Veronese a Bosco Chiesanuova, który przejechałem w 21:53 (av. 18,5 km/h). Po drugie 8,5 kilometra przy 5,1 % między Bosco a Valico Branchetto „zrobione” w 30:50 (av. 16,8 km/h). Zważywszy, iż oba fragmenty trasy miały podobne nachylenie stwierdzić muszę po fakcie, że w końcówce nieco osłabłem.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Valico Branchetto została wyłączona

Malga Lessinia

Autor: admin o 28. lipca 2015

PODJAZD > https://www.strava.com/activities/362072745

Po dwóch dniach wspinaczek z widokiem na Lago di Garda zgodnie z wcześniej zakreślonym planem kolejnych wyzwań poszukałem nieco dalej na wschód. Dlatego we wtorek obrałem kurs na Monti Lessini czyli pasmo górskie położone na pograniczu regionów Veneto i Trentino. Na oku miałem dwa najdłuższe i zarazem najwyższe wzniesienia w tej okolicy tzn. Malga Lessinia i Valico Branchetto. Wedle danych z „archivio salite” spośród tej pary Branchetto jest podjazdem nieco dłuższym, nieco większym (pod względem przewyższenia) jak i przede wszystkim trudniejszym. Natomiast Lessinia miała być przynajmniej wyższa, gdyż wedle ściągniętego z „zanibike.net” profilu wspinaczka ku niej miała kończyć się na wysokości 1617 metrów n.p.m. Podobnie jak w przypadku weekendowych wzniesień z masywu Monte Baldo również tu swoje zwiedzanie postanowiłem zacząć od łatwiejszego z dwojga podjazdów. Aby znaleźć się w Bellori, miasteczku u podnóża podjazdu pod Malga Lessinia tym razem musiałem pokonać samochodem niespełna 70 kilometrów. Na wysokości Peschiera del Garda wskoczyłem na autostradę A4. Potem objechałem Weronę korzystając z południowej i wschodniej obwodnicy tego miasta. W końcu zaś zjechałem na drogę SP6 by jadąc na północ przez Quinto i Stallavenę dotrzeć na start swego trzeciego etapu. Ponieważ Stallavena dwa dni później miała być punktem startu do czwartego etapu niejako przy okazji „rozpracowałem” sobie dojazd do podnóża Valico Branchetto.

Wystartowałem tuż przed godziną dziewiątą z małego parkingu przed lokalną pizzerią. Mimo wczesnej pory temperatura była już komfortowa. Na starcie zanotowałem 24 stopnie Celsjusza. Pierwsze półtora kilometra prowadziło w terenie zalesionym po drodze SP14. W połowie drugiego kilometra ta szosa rozszczepiała się na dwa szlaki. Aby kontynuować podjazd musiałem wybrać wariant prawy oznaczony jako SP14a. Na początku piątego kilometra dojechałem do wioski Corso (4,1 km). Kilometr minąłem osadę La Rocca (5,1 km) skąd miałem widok na imponujących rozmiarów skalną ścianę. Kolejną miejscowością na moim szlaku była Cappella Fassani (9,2 km). Podjazd nie sprawiał większych problemów. Jak widać na załączonym obrazku był bardzo regularny, a przy tym prowadził po dobrym jakościowo asfalcie. Zdecydowana większość poszczególnych kilometrów „trzymała” na umiarkowanym poziomie 5-6 %, zaś maksymalna – chwilowa – stromizna na tym wzniesieniu wyniosła ledwie 9,7 %. Za Capella Fassani droga na pewien czas skręciła w kierunku wschodnim ku osadzie Maselli (11,5 km), gdzie na szerokim łuku w lewo minąłem półmetek tej wspinaczki. Niedaleko miałem już do Erbezzo (13,4 km). Ten najwyżej położony ośrodek gminny prowincji Werona, leży u wrót Parco Naturale Regionale della Lessinia. Można tu było się pomylić i przedwcześnie skręcić w prawo. Dwa razy się zawahałem co kosztowało mnie blisko minutę. Na szczęście było się kogo poradzić w sprawie wyboru właściwej trasy. Okazało się, że przez centrum Erbezzo oraz Campagnę należało jechać prosto i dopiero w okolicy Valbusi (14,4 km) odbić w prawo. Główna droga skręcała tu lekko w lewo po czym rozdzielała się wkrótce na dwie nowe, z których jedna prowadzi na przełęcz Fittanze della Sega, zaś druga ku miejscowości Fosse. Z obu tych lokalizacji można by następnie zjechać ku Dolinie Adygi. Niemniej ja na wcześniejszym rozjeździe musiałem wybrać węższą Via Castelberto, prowadzącą ku górze o tej samej nazwie.

Po ostrym wirażu w prawo dojechałem do wioski Sale (15,6 km), skąd miałem dobry widok na położone niżej Erbezzo. Po przeciwnej stronie miałem pobliski szczyt Monte Busimo. Wyżej cywilizacja powoli ustępowała pola naturze. Co najwyżej mijałem znaki drogowe wyznaczające skręty ku schroniskom jak np. Rifugio Dardo. Po przejechaniu 19,6 kilometra wjechałem na teren tutejszego Parco Naturale. Wyprzedziłem rodzinny duet na rowerach, który wyglądał na dziarskiego dziadka oraz wnuka-nastolatka. Pomiędzy pastwiskami tu i ówdzie stały gospodarstwa rolne, zaś przy drodze szwendały się należące do nich krowy. Zanim dojechałem na szczyt niebo zaperzyło się, więc obawiałem się, że zacznie padać. Na górze było pochmurnie i dość rześko tzn. tylko 18 stopni. Swą jazdę zakończyłem kilkaset metrów przed Malgą Lessinia, docierając na wysokość ledwie 1568 metrów n.p.m. Okazało się bowiem, że ostatnie pół kilometra tej wspinaczki prowadzi po szutrze. Przypominał mi on nawierzchnię jaką spotkałem w ubiegłym roku na ostatnich kilometrach Monte Subasio. Od biedy byłby on do przejechania. Niemniej nie zaryzykowałem defektu zostawiając ten teren nadciągającym właśnie amatorom spod znaku MTB. Sam cofnąłem się do znaku drogowego i kamiennej tablicy, gdzie pstryknąłem zdjęcia dokumentujące zdobycie tej premii górskiej. Mój podjazd liczył sobie 23 kilometry o średnim nachyleniu 5,3 % i przewyższeniu 1227 metrów. Dojechałem w to miejsce w czasie 1h 19:37 z przeciętną prędkością 17,3 km/h. Na stravie najdłuższy odcinek jaki znalazłem miał 22,4 kilometra. Pokonałem go w czasie 1h 19:53 z VAM na poziomie 911 m/h, acz odliczając krótkie przerwy w Erbezzo jechałem przez 1h 18:58. Czas brutto daje mi w tej chwili 7 miejsce na dość skromnej liście obejmującej tylko 57 wyników. Znacznie większy „peleton” zarejestrował się na krótszych fragmentach tego wzniesienia. Na dolnym odcinku z Bellori do Erbezzo jestem 29-ty pośród 240 użytkowników tego programu, zaś na górnym między Erbezzo a Pidocchio 40-ty wśród 396 osób.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Malga Lessinia została wyłączona

Monte Baldo sud

Autor: admin o 26. lipca 2015

PODJAZD > https://www.strava.com/activities/362072771

Sobotnia Prada Alta była dobra na rozgrzewkę. Następnego dnia postanowiłem pójść za ciosem i zmierzyć się z nieco poważniejszym wzniesieniem. Na niedzielę wybrałem więc sobie podjazd z Caprino Veronese ku Monte Baldo. Pod tą nazwą kryje się nie tyle pojedyncza góra, co cały masyw górski, z południa na północ długi na 40 kilometrów. Z kolei w układzie południkowym wciśnięty między Lago di Garda na zachodzie a Val d’Adige na wschodzie. Ponoć nazwa tych gór wywodzi się od niemieckiego słowa „wald” czyli las. To całkiem możliwe zważywszy na powikłane losy tych ziem i fakt, iż jeszcze sto lat temu południowo-zachodnie granice Cesarstwa Austro-Wegier opierały się o północny brzeg Gardy. Mi jednak bardziej przypadło do gustu włoskie tłumaczenie słowa „baldo” czyli śmiały, odważny. Czekała więc na mnie góra przeznaczona dla odważnych śmiałków. Najwyższy szczyt tego masywu – czyli wysoka na 2218 m. n.p.m. Cima Valdritta – wznosi się przeszło dwa tysiące metrów ponad wodami pobliskiego Lago di Garda. Oczywiście na sam jej wierzchołek szosowym rowerem wjechać nie sposób. Niemniej po asfalcie można zajechać całkiem wysoko. Od południowej strony na wysokość 1615 metrów, zaś po północnej da się nawet osiągnąć pułap 1779 metrów. Jak dotąd moim jedynym doświadczeniem związanym z masywem Monte Baldo był wjazd z Avio na San Valentino podczas wyprawy do regionu Trentino-Alto Adige z 2010 roku. Teraz przyszedł czas na poznanie weneckiej strony tego masywu. Za punkt startu obrałem sobie miasteczko Caprino Veronese położone na wysokości 254 metrów n.p.m. Aby do niego dotrzeć pokonałem autem niespełna 40-kilometrową trasę przez Castelnuovo del Garda i Affi.

Do wyboru miałem dwie nieco tylko różniące się południowe opcje wjazdu na Monte Baldo. Obie znacznie trudniejsze niż zdobyta dzień wcześniej Prada Alta. Sobotnie wzniesienie w ocenie autorów internetowego „archivio salite” warte było 694 punktów. Tymczasem wspinaczka w okolice Cima Valdritta została wyceniona na tej stronie na 992 lub 1072 punkty w zależności od obranego wariantu. Krótszy ma 23,8 kilometra o średnim nachyleniu 5,7 %, zaś dłuższy 26,3 km o przeciętnej 5,2 %. Teoretyczne przewyższenie tego podjazdu to 1361 metrów, ale faktycznie trzeba ich pokonać przynajmniej 1449. Wszystko za sprawą alternatywnej drogi na środkowym odcinku tego wzniesienia. Podczas przejazdu przez miasteczko Spiazzi można odbić w lewo i unikając zjazdów przed Ferrara di Monte Baldo dotrzeć w pobliże schroniska Novezzina znacznie krótszym i bardziej regularnym szlakiem. Po dojechaniu do Caprino Veronese zaparkowałem jakieś 400 metrów od centrum tego miasteczka. Gdy przy samochodzie szykowałem się do startu przejechała obok mnie spora grupa lokalnych „cicloamatori” w różnym wieku. Na czekającym mnie przeszło 20-kilometrowym wzniesieniu spodziewałem się spotkać raz jeszcze niejednego z nich. Choć wystartowałem o wpół do dziewiątej powietrze już zdążyło się nagrzać do 28 stopni. Ruszyłem w górę SP8 z początku kierując się ku wiosce Pazzon (2,5 km). Mimo sporej odległości od jeziora na niektórych punktach widokowych jezioro Garda było bardzo dobrze widoczne. Pierwsza bardzo regularna i niezbyt trudna część podjazdu skończyła się we wspomnianym już Spiazzi. Tu po przejechaniu 10,4 kilometra chciałem odbić w lewo na SP8dir aby ominąć zjazdy znajdujące się na głównej drodze. Niemniej gdy dojechałem do tego miejsca okazało się, że z powodu osuwisk ziemi na bocznej drodze trwają roboty drogowe i została ona zamknięta dla ruchu kołowego. Gdyby to była jedyna opcja dotarcia na szczyt to zignorowałbym ów zakaz w myśl zasady, że tam gdzie samochód nie wjedzie to rower niemal zawsze się przeciśnie. Jednak skoro nie było takiej konieczności to postanowiłem się trzymać szosy SP8.

Przejechałem jeszcze dwa kilometry i za przydrożnym krzyżem na wysokości Fraine di Sopra (12,5 km) zaczęły się zjazdy o długości 1900 metrów, na których straciłem dokładnie 90 metrów ze zdobytej wcześniej wysokości. Tego rodzaju przerywnik w podjeździe niby pozwala przez chwilę odpocząć, lecz z drugiej strony wybija z rytmu i ostatecznie wcale nie pomaga w dalszej jeździe. Tymczasem tuż za Ferrara di Monte Baldo trzeba było się zmierzyć z trudnym kilometrem, na którym stromizna sięgała 15 %. Wyżej minąłem osadę Albere (16,7 km) i zupełnie anonimową przełęcz Passo del Casello (18,2 km). Dwa kilometry i cztery wiraże dalej dojechałem do zbiegu SP8 i SP8dir przy restauracji „Al Cacciatore”. Stąd niedaleko było już do Rifugio Novezzina (21,8 km) położonego na wysokości 1235 metrów n.p.m. Dopiero za tym schroniskiem miało się zrobić ciekawie czyli trudno. Wkrótce wyjechałem na liczący 1800 metrów prosty odcinek drogi, gdzie w odkrytym terenie mocno wiało z naprzeciwka, a do tego jeszcze podjazd trzymał na stałym poziomie około 9,5 %. Tym samym kolejne dziesiątki metrów powoli mijały pod kołami mojego Ridley’a. Minąłem Rifugio Novezza wybudowane po prawej stronie drogi i dotarłem do Cavallo Novezza (1433 m. n.p.m.) z nadzieją na złapanie tam głębszego oddechu. Tymczasem powitał mnie tu znak drogowy zwiastujący stromiznę do 19 % na kolejnym odcinku trasy. Po lewej stronie straszył już widok stromej szosy wiodącej ku skalnej ścianie Cima Valdritta. W nogach miałem 24 kilometry wzniesienia, a tu taka niespodzianka na deser. Przedostatni kilometr był zdecydowanie najtrudniejszy, licznik pokazał mi max. 18 %. W tym też czasie przekroczyłem granicę regionów Veneto i Trentino (24,7 km). Swą wspinaczkę skończyłem po przejechaniu 26,1 kilometra w czasie 1h 37:31. Na stravie najdłuższy odcinek jaki znalazłem mierzy 25,3 kilometra. Pokonałem go w czasie 1h 35:27 przy średniej 15,9 km/h i VAM 830 m/h. Na ten moment to 33 wynik pośród 348 odnotowanych. Najwyższego punktu tej drogi nie opatrzono żadną tablicą. W zasadzie szosa zaczyna tu wieść po płaskowyżu. Z tego względu „anonimowy” finał tego wzniesienia przypomniał mi podobną końcówkę podjazdu pod Monte Padrio powyżej lombardzkiego Trivigno.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Monte Baldo sud została wyłączona

Prada Alta

Autor: admin o 25. lipca 2015

PODJAZD https://www.strava.com/activities/362072789

Po treningowym wypadku z 7 czerwca musiałem się rozstać z szosą na ponad trzy tygodnie. W tym czasie goiłem rany poddając się fizykoterapii i następnie rehabilitacji. Jeszcze przed jej zakończeniem ostrożnie wsiadłem na rower. Oczywiście musiałem zrezygnować z 16-dniowej wyprawy do północno-zachodnich Włoch zaplanowanej na przełom czerwca i lipca. Na szczęście tą wycieczkę do Ligurii i Piemontu udało mi się przesunąć na wrzesień. Treningi wznowiłem 1 lipca mając nieco ponad trzy tygodnie na złapanie niezłej kondycji przed rodzinnymi wakacjami nad Lago di Garda (24 lipca – 3 sierpnia). Do tego czasu zdążyłem zaliczyć dwanaście treningów, po których mogłem być ostrożnym optymistą co do swej formy przed pierwszym w tym roku górskim testem. W okolicach największego z włoskich jezior miałem mieć kilka okazji do przetestowania nie tylko swych nóg, serca czy płuc, lecz przede wszystkim kontuzjowanego prawego barku. Za swego rodzaju poligon doświadczalny posłużyć mi miało sześć przeszło 20-kilometrowych podjazdów. Na tyle długich by przed kolejnymi trudniejszymi wyprawami wejść w rytm górskiej jazdy. Zarazem jednak niezbyt stromych, aby nie męczyć barku dłuższą jazdą w pozycji stojącej. Do swego menu wybrałem dwa wzniesienia w masywie Baldo na wschodnim brzegu Gardy, dwa kolejne w paśmie Monti Lessini na północ od Werony i w końcu dwa ostatnie u południowych krańców Parco regionale dell’Adamello już nie na terenie Veneto, lecz w lombardzkiej prowincji Brescia. Ponieważ wynajęliśmy apartament między Desenzano a Sirmione (na południowym brzegu jeziora) musiałem być przygotowany na poranne transfery. Na start swych górskich odcinków specjalnych musiałem dojeżdżać samochodem. Pokonując autem od 40 do 90 kilometrów w jedną stronę. Do swego pierwszego celu dotarłem szlakiem wzdłuż wschodniego brzegu jeziora. Po drodze minąłem ufortyfikowaną Peschierę del Garda, parki rozrywki spod znaku Gardaland, pełne turystycznych atrakcji Lazise i w końcu Bardolino, wokół którego wytyczono trasę czasówki podczas Mistrzostw Świata z 2004 roku.

Moim pierwszym wyzwaniem miał być podjazd z Torri del Benaco na Prada Alta (1154 m. n.p.m.). W sumie 22,5 kilometra o średnim nachyleniu 4,8 % i przewyższeniu 1087 metrów. Przy tak umiarkowanym nachyleniu aż trudno uwierzyć, że wzniesienie to dzieli wierzchołek ze słynną Punta Veleno. To znaczy z ekstremalnie stromą wspinaczką wypróbowaną na Giro del Trentino z 2012 roku. Tylko zachodni Zoncolan może stawać znią w szranki o tytuł najbardziej ostrego podjazd, z jakim mieli okazję się zmierzyć współcześni „profi”. Na takie wyzwanie nie byłem gotów ledwie siedem tygodni po twardym lądowaniu przy Leśniczówce w Gołębiewie. Obejrzałem sobie łagodniejsze oblicze tej góry, zaś pojedynek z prawdziwym „potworem” przełożyłem na kolejny sezon. Sobota 25 lipca była dniem ciepłym i słonecznym, jak prawie każdy podczas naszych włoskich wakacji. Na starcie przed godziną dziesiątą miałem już 26 stopni. Ze względu na gęstą sieć szos w tym rejonie nieco obawiałem się o to czy w drodze na szczyt nie pomylę gdzieś trasy. Ruszyłem w górę SP32a znaną jako via per Albisano. Pierwsze 1800 metrów jeszcze na terenie Torri del Benaco, kolejne dwa kilometry tą samą wąską drogą lecz już wśród drzewek oliwnych. Na siódmym wirażu trzeba było skręcić w lewo by zmienić kierunek jazdy z wschodniego na północny. W połowie piątego kilometra minąłem Albisano (4,4 km), po czym między połową szóstego a końcem ósmego kilometra pokonałem kolejny zakręcony odcinek z ośmioma wirażami, w międzyczasie wjeżdżając na SP9. Największą miejscowością na tym szlaku było San Zeno di Montagna (9,8 km). Można tu było skręcić w prawie ku wiosce Lumini lub pojechać na wprost czyli na północ. Wybrałem to drugie rozwiązanie i pod koniec dwunastego kilometra na wirażu nr 18 ponownie odbiłem na wschód. Jak widać na załączonym profilu dopiero w tym miejscu góra nieco przycisnęła, ale nie na długo.

Kolejny trudniejszy odcinek zaczął się w połowie piętnastego kilometra po minięciu Passo dello Sceriffo. Wiódł on przez las od zakrętu na wysokości pomarańczowego hotelu do osady Pra Besterna. Wyżej miałem przed sobą już tylko dwie Prady: Dolną i Górną. To znaczy najpierw Prada Bassa (17,6 km) i następnie pozorny cel mojej wspinaczki czyli Prada Alta (19,6 km). Niemniej gdy dotarłem w to miejsce jeden rzut oka na licznik przekonał mnie, że to jeszcze nie koniec zabawy. Brakowało nieco dystansu jak i solidnej dawki metrów w pionie. Nie bardzo jednak widziałem, gdzie zaczynać się może ta spodziewana dokładka. Szosa szła teraz lekko w dół zamiast dalej piąć się do góry. Musiałem przejechać jeszcze półtora kilometra i stracić 22 metry ze zdobytej wcześniej wysokości by ujrzeć przed sobą ostry finał tego ogólnie łagodnego wzniesienia. Na koniec czekało mnie 1500 metrów wspinaczki o średnim nachyleniu 10,4 % przy maksymalnej stromiźnie powyżej 15 %. Przejechałem ten odcinek z przeciętną 10,5 km/h i kadencją na poziomie 63 rpm. Można powiedzieć, że dopiero tu dało się odczuć bliskość przeraźliwie stromej Punta Veleno. Czaiła się ona po drugiej stronie polany na której zakończyłem swoją wspinaczkę, zaś o jej wrednym charakterze świadczyła tablica wystawiona przez sąsiednią gminę Brenzone. Na pojedynek z tym ekstremalnym wzniesieniem przyjdzie jeszcze czas. Tymczasem w nogach miałem południowo-zachodni podjazd pod Prada Alta, który pokonałem w czasie 1h 14:36 przy średniej prędkości 18,3 km/h. Według dzisiejszej stravy daje mi to 19 miejsce pośród 157 zarejestrowanych zdobywców tej góry. Wskaźnik VAM na wzniesieniu o tak „lekkim” profilu nie miał prawa być wysoki, więc wyszło mi tylko 863 m/h. Niemniej na stromej końcówce było znacznie lepiej tzn. 1146 m/h, z czego wnoszę że jednak całkiem dobrze wytrzymałem ten podjazd.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Prada Alta została wyłączona