banner daniela marszałka

Archiwum: 'Route des Grandes Alpes' Kategorie

Epilog: Route des Grandes Alpes

Autor: admin o 6. lipca 2013

W nocy z piątku na sobotę mogliśmy się w końcu wyspać do woli. Podczas planowania tej wyprawy mieliśmy z Piotrem różne pomysły co do sposobu spędzenia weekendu rozpoczynającego się nazajutrz po pokonaniu trasy Route des Grandes Alpes. Ja zastanawiałem się nad możliwością startu w niedzielnym L’Etape du Tour na trasie wokół Annecy, po wcześniejszym odpoczynku w sobotę. Tym niemniej miałem już za sobą trzy, zaś Piotr i Darek po dwa starty w tej imprezie. Co prawda w przeciwieństwie do innych „gran fondo” i „cyclosportive” odbywa się ona co roku na innej trasie, więc i tak stanowiła pokusę. Jednak i na to znalazł się sposób. Piotr zaproponował przejechanie całej 125-kilometrowej trasy tego wyścigu dzień wcześniej, turystycznym tempem we własnym pięcioosobowym gronie. W ten sposób mogliśmy zaoszczędzić sobie po 100 Euro i zmierzyć się z tym samym wyzwaniem na spokojnie, bez wyścigowego stresu i niebezpieczeństw. Uznałem rację swego kolegi i na starcie naszego dwutygodniowego touru taki właśnie był nasz plan na sobotę z zastrzeżeniem, iż ostateczną decyzję podejmiemy u kresu wyprawy na podstawie tego jak ją kondycyjnie wytrzymamy. Dopuszczaliśmy jeszcze możliwość pokonania krótszej rundki wokół Annecy obowiązkowo z finałowym podjazdem. Tym niemniej jak należało oczekiwać pokonanie zaprojektowanej przeze mnie trasy każdego z nas kosztowało wiele sił. Po czternastu górskich etapach o średniej długości blisko 130 kilometrów nie mieliśmy wielkiej ochoty na piętnasty z rzędu odcinek tego typu. Zamiast tego pozwoliliśmy sobie na leniwe przedpołudnie przeznaczone na zakupy w Allinges oraz turystyczny wypad do Thonon-les-Bains, który stał się obowiązkowym punktem sobotniego programu po tym jak w piątek nie dane nam było wspólnie stanąć do pamiątkowego zdjęcia w punkcie oznaczającym początek Drogi Wielkich Alp.

Do miasta służącego nam za punkt startu i linię mety naszej wersji Route des Grandes Alpes zjechaliśmy kilka minut przed jedenastą. Przeszliśmy przez park, w którym stoi pomnik pochodzącego z Thonon Josepha Marie hrabiego Dessaix, generała wojsk napoleońskich, zwycięzcy bitwy pod Wagram i uczestnika wyprawy na Moskwę. Następnie wstąpiliśmy do biura informacji turystycznej w pobliskim Chateau de Sonnaz. Tu podobnie jak Adam i Darek tu kosztem bodaj 35 Euro nie odmówiłem sobie przyjemności kupna pamiątkowej koszulki kolarskiej dokumentującej nasz wielki wyczyn. Stąd było już tylko kilkanaście kroków do głównego celu naszej ponownej wizyty w tym mieście czyli placu przed budynkiem merostwa. Tu nadzialiśmy się na swego rodzaju „wieczór panieński”. Jedna z dziewczyn wyrwała do tańca Piotra, a następnie zrobiła nam wszystkim zdjęcie na tle rozety dzięki czemu nie musieliśmy się zmieniać w roli fotografa lub nagabywać o tego rodzaju przysługę innych przechodniów. Po opuszczeniu placu poszliśmy jeszcze na półgodzinny spacer po centrum tej miejscowości. Godzi się wspomnieć, że to niespełna 35-tysięczne miasteczko podobnie jak pobliskie Evian-les-Bains nie raz gościło uczestników Tour de France. Dokładnie zaś osiem razy wyznaczano tu metę jednego z etapów „Wielkiej Pętli”. Jako pierwszy w 1955 roku wygrał tu Holender Jos Hinsen. Po nim wygrywali Jacques Anquetil, Hiszpan Fernando Manzaneque, Holender Jan Janssen, Włosi Michele Dancelli i Marino Basso, Francuz Bernard Quilfen (późniejszy dyrektor sportowy ekipy Cofidis), zaś jako ostatni w sezonie 1981 dzisiejszy komentator brytyjskiego Eurosportu, zaś w latach 80-tych najwszechstronniejszy kolarz zawodowego peletonu Irlandczyk Sean Kelly. Na koniec naszej południowej wizyty w Thonon zjedliśmy jeszcze mały posiłek, po czym wróciliśmy na nasze wzgórze w L’Ermitage.

Niedługo później pożegnaliśmy się, bowiem każdy z poddziałów naszej drużyny miał własny sposób na spędzenie pozostałej części tego weekendu. Mazowszanie postanowili zostać w Le Chalet Armoy do północy i w sobotnie popołudnie przejechać się wzdłuż brzegów jeziora do Genewy i z powrotem. Nogi odmówiły im jednak posłuszeństwa i zakończyli swój pobyt we Francji ledwie 30-kilometrową przejażdżką. Tymczasem mój pomorski oddział wyruszył samochodem w kierunku południowo-zachodnim do Annecy i Culoz by przed powrotem na ojczyzny łono zaliczyć jeszcze parę przepięknych podjazdów na pograniczu Alp i Jury. Podobnie jak nasi koledzy goniliśmy już resztkami sił, więc ograniczyliśmy do dwóch niedługich wycieczek. Wspólnym dla nas wszystkich usprawiedliwieniem tego weekendowego lenistwa był bagaż doświadczeń z poprzednich dwóch tygodni. Ilość i przede wszystkim jakość przemierzonego dystansu, który przedstawiam poniżej na bazie odczytów z własnego licznika.

Route des Grandes Alpes anno domini 2013 by Daniel Marszałek

Łączny Dystans > 1772,1 / 1786,7 kilometra (z dwoma dojazdami na kwatery i prologiem)

Łączne Przewyższenie > 44.069 metrów

Łączny Czas Jazdy > 80h 52:03

Średnia Prędkość > 21,913 km/h

Najdłuższy etap > czternasty czyli 154,7 kilometra

Najkrótszy etap > piąty czyli 98,9 kilometra

Najtrudniejszy etap > dziewiąty czyli 4129 metrów przewyższenia

Najłatwiejszy etap > szósty czyli 2380 metrów przewyższenia

Czternaście przełęczy o wysokości powyżej 2000 metrów n.p.m. czyli: Croix de Fer, Galibier, Izoard x 2, Vars, Bonette, Fauniera, Sampeyre, Agnello, Sestriere, Mont Cenis, Iseran, Petit Saint-Bernard oraz Gran San Bernardo.

Osiemnaście podjazdów o przewyższeniu ponad 1000 metrów czyli: Colombiere, Roselend, Madeleine, Croix de Fer, Galibier, Izoard (nord), Vars, Bonette, Saint-Martin, Turini, Fauniera, Sampeyre, Agnello, Izoard (sud), Mont Cenis, Petit Saint-Bernard, Gran San Bernardo i Forclaz.

Najwyższy podjazd: Iseran > 2770 metrów n.p.m.

Największy podjazd: Gran San Bernardo > 1882 metrów przewyższenia.

Najdłuższy podjazd: Gran San Bernardo > 34,3 kilometra.

Najbardziej stromy podjazd: Corbier > średnio 8,61 %.

Najbardziej stromy pośród gigantów: Sampeyre / via Vallone d’Elva > średnio 8,24 %.

Najtrudniejszy podjazd (według skali Archivio Salite na stronie www.zanibike.net): Fauniera / via Valcavera > 1387,51 punkta.

Tak wygląda podsumowanie mojej autorskiej trasy. Mniej więcej w 95 % pokrywa się ona z dokonaniami moich trzech kolegów. Z Thonon-les-Bains do Menton wszyscy pojechaliśmy tym samym szlakiem, aczkolwiek Dario jako jedyny spośród nas na dojeździe do Morza Śródziemnego zahaczył jeszcze o wzgórze Castillon. W drodze powrotnej nad Lac Leman każdy z nas miewał już swe oryginalne pomysły na pokonanie tego czy innego odcinka. Pietro zrezygnował z Fauniery i Sampeyre na ósmym etapie zadowalając się podjazdem pod Madonna del Colletto. Ja zafundowałem sobie inne niż koledzy finałowe podjazdy na etapach dziewiątym i dwunastym do Sestriere i Champex-Lac. Z kolei Piotr w inny sposób niż ja, Adam czy Darek pokonał ostatnie kilometry przed Combloux. Na tym samym trzynastym etapie Pietro i Dario odpuścili sobie wspinaczkę pod przełęcz Lein. Z oryginalnych dodatków do głównego szlaku wymienić można jeszcze: moje Sauze d’Oulx czy zdobycz Adama i Darka w postaci szutrowej przełęczy Basset i w końcu samotną wspinaczkę tego drugiego pod Rifugio Martin al Monte Fraiteve – wszystko na etapie dziesiątym. Godzi się również dodać, iż Romano służąc nam co dzień nieocenioną pomocą natury transportowej sam znalazł siły i czas na pokonanie w sumie 23 wzniesień. Niekiedy we wspólnym towarzystwie, innym razem na solo, zaś w razie konieczności od przeciwnej niż my strony. Jako jedyny podjechał też do bazy noclegowej nr 5 we wiosce Roya. Wspominając nasze przygody z lata 2013 roku żywię nadzieję, iż na tym nie koniec wspólnych przygód. Podobnego typu wyzwanie czeka na nas w Pirenejach. Jakkolwiek na sezon 2014 mamy już wszyscy inne plany, być może w tym samym lub lekko rozszerzonym składzie dotrzemy na francusko-hiszpańskie pogranicze już w 2015 roku. Podobna do tej alpejskiej trasa przez Pireneje – znad Morza Śródziemnego po Ocean Atlantycki i z powrotem – została już przeze mnie wytyczona. Pozostaje nam tylko zgrać swe sportowe plany i terminy urlopów.

Napisany w Route des Grandes Alpes | Możliwość komentowania Epilog: Route des Grandes Alpes została wyłączona

14 etap: Combloux – Thonon-les-Bains

Autor: admin o 5. lipca 2013

TRASA ETAPU 14 > https://www.strava.com/activities/69725139

Słoneczna pogoda i błękit nieba nad Górną Sabaudią był dla nas nagrodą za wytrwałość okazaną podczas wszystkich dotychczasowych dni podróży. Lepszej pogody na ostatni dzień tej śmiałej eskapady nie mogliśmy sobie wymarzyć. Pierwszym prezentem od losu była możliwość zrobienia zdjęć masywu Mont Blanc z okien naszego lokalu. Drugim tym najwartościowszym miał być widok błękitnych wód jeziora Genewskiego na końcu czternastego etapu tej podróży. Teoretycznie od Lac Leman dzieliło nas ledwie 80 kilometrów. Gdybyśmy pojechali którymś z dwóch najprostszych szlaków tzn. zachodnim przez Bonneville lub wschodnim przez Les Gets dotarlibyśmy do Thonon-les-Bains w około trzy godziny. Niemniej mój autorski pomysł na podwójne Routes des Grandes Alpes był stricte górskim projektem. Dlatego również ostatni odcinek naszego wielkiego touru musiałem odpowiednio podrasować. Na trasie musiały się znaleźć przynajmniej trzy solidne podjazdy, najlepiej z odpowiednią kartą w przebogatej historii Tour de France. Ostatecznie zaprojektowałem ponad 150-kilometrowy etap z czteroma premiami górskimi, w tym dwoma pierwszej kategorii w okolicy dobrze znanego kolarskimi kibicom miasteczka Morzine. Wspólnie z Darkiem spędziłem w tej okolicy jeden upalny dzień w lipcu 2009 roku. Teraz postanowiłem zabrać w te strony pozostałych kolegów, a przy okazji wyrównać rachunki z niepozorną górą, która nieźle dała mi w kość przed czteroma laty. Zanim jednak ruszyliśmy w długą drogę ku największemu z alpejskich jezior postanowiliśmy zażyć trochę miejscowej atmosfery udając się około 8:30 na małe zakupy do centrum Combloux. Po powrocie z miasteczka już po raz ostatni zaczęliśmy pakować wszystkie graty do jednego auta. Nie wszystkim szło to jednak równie sprawnie i ostatecznie wystartowaliśmy na raty. Najpierw ja z Piotrkiem o 10:19. Potem Adam dokładnie o wpół do jedenastej. Na końcu Darek równo pół godziny po pierwszym oddziale. Z Romkiem umówiliśmy się na spotkanie w okolicy Morzine.

Na początek czekał nas 9-kilometrowy zjazd do Sallanches w dużej mierze po drodze D1212. To zaledwie 15-tysięczne miasteczko aż dwa razy gościło uczestników kolarskich Mistrzostw Świata. Poza wspomnianym przez mnie już wcześniej rokiem 1980 ścigano się tu również w olimpijskim roku 1964. Wtedy jeszcze w obu kategoriach. Na nieco innej rundzie niż szesnaście lat później wśród „profich” triumfował Holender Jan Janssen, zaś w gronie amatorów ledwie 19-letni Eddy Merckx. W sezonie 1968 na pobliskim wzniesieniu Cordon zakończył się tez jeden z etapów TdF wygrany przez Anglika Barry Hobana. Dojechawszy do centrum miejscowości wjechaliśmy na drogę D1205. Niemniej zanim na dobre zabraliśmy się do pokonania 16-kilometrowego odcinka do Cluses na wylocie z miasta po lewej stronie ulicy zauważyliśmy sporych rozmiarów sklep rowerowy. Na życzenie Piotra wstąpiliśmy w bogate progi tego kolarskiego sezamu na około 10 minut. Po ponownym starcie dość sprawnie pokonaliśmy z gruntu płaski odcinek z przejazdem przez wioskę Magland. Wjechawszy do Cluses musieliśmy odnaleźć prowadzącą na północ drogę D902. Miasto to wielokrotnie gościło peleton TdF, acz tylko dwukrotnie w latach 1994 i 2002 kończyły się tu etapy „Wielkiej Pętli” wygrane przez łotewskiego Rosjanina Piotra Ugriumowa i Włocha Dario Frigo. Tuż za miastem rozpoczęliśmy pierwszy podjazd czyli Chatillon-sur-Cluses (740 m. n.p.m.). Skromne 5,8 kilometra przy średniej 4,4 % i max. niespełna 7 %. Przez to miejsce Tour przejeżdżał 14 razy, w tym 10-krotnie od strony Cluses. Po raz pierwszy w 1978 roku gdy wygrał Francuz Rene Bittinger. Po raz ostatni w sezonie 2006 gdy pierwszy na górze był Amerykanin Floyd Landis. Górka na twarde przełożenie i dość szybką jazdę. Zaczęliśmy mocno, a gdy ujrzeliśmy przed sobą Adama jeszcze przyspieszyłem. Piotr wytrzymał na moim kole i pod koniec wzniesienia udało nam się dogonić kolegę odrobiwszy podczas tej wspinaczki ponad minutę. Adamo najwyraźniej minął nas na trasie w momencie gdy przeglądaliśmy półki i wieszaki z kolarskimi dobrami. Niespełna 10-kilometrowy odcinek pomiędzy Cluses a Taninges obok drogi przez Col d’Izoard był jedynym, który podczas tej całej dwutygodniowej wyprawy przyszło nam pokonać dwukrotnie i to z przeciwnych stron.

Po krótkim zjeździe musieliśmy skręcić na wschód i przejechać kolejny płaski fragment trasy. Tym razem niemal 12-kilometrowy po drodze D907 do Samoens, u podnóża słynnego podjazdu Joux-Plane (1691 m. n.p.m.). Jak na francuskie standardy to stroma góra. Nie tak sztywna jak niektóre włoskie czy hiszpańskie monstra, lecz w gronie kultowych podjazdów TdF z pewnością wyróżniająca się pod tym względem. Joux-Plane słynna choćby z „kryzysu głodowego” Lance’a Armstronga podczas Tour de France z 2000 roku wystąpiła w tym największym z wielkich wyścigów już jedenastokrotnie. Zawsze pokonywano ją od południowej strony. Niemal za każdym razem bezpośrednio przed metą etapu wyznaczoną w Morzine. Pewnym wyjątkiem był tu jedynie szlak z 1981 roku, kiedy to etap również kończył się w Morzine, lecz dopiero po wykonaniu dodatkowej rundy wokół tego miasteczka z przejazdem przez przełęcz Joux-Verte. W tej znanej stacji narciarskiej kończyło się dotąd trzynaście etapów TdF. Jedenaście z nich wiodło w końcówce przez Joux-Plane. Co ciekawe w każdym przypadku zwycięzca premii górskiej stawał się wkrótce triumfatorem etapu. Góra ta zadebiutowała na „Wielkiej Pętli” z roku 1978 gdy dzień należał do Francuza Christiana Seznec. Dwa lata później jego wyczyn powtórzył inny reprezentant gospodarzy Mariano Martinez. W trakcie wspomnianej edycji z roku 1981 najlepszy był ich rodak Robert Alban. Podjazd na stałe wszedł do programu i w latach 1982-84 zwyciężali tu: znany z Wyścigu Pokoju Holender Peter Winnen, kolejny Francuz Jacques Michaud oraz Hiszpan Angel Arroyo. Po krótkiej przerwie tzn. w sezonie 1987 etap należał do Hiszpana Eduardo Chozasa, zaś na niebezpiecznym zjeździe do mety Irlandczyk Stephen Roche urwał 19 sekund ze skromnej przewagi lidera wyścigu Hiszpana Pedra Delgado. W 1991 roku znów cieszyli się francuscy kibice. Swój wielki dzień miał Thierry Clayerolat. W sezonie 1997 swój powrót do światowej czołówki po ciężkiej kontuzji potwierdził Włoch Marco Pantani. W roku 2000 najlepszy był Francuz Richard Virenque, zaś w 2006 niesławny Floyd Landis, który dotarł tu samotnie po wielokilometrowym śmiałym rajdzie jakby żywcem wyjętym z innej epoki.

Południowy podjazd na Joux-Plane można zacząć w paru różnych miejscach stąd długość jego wariantów waha się od około 11 do 13,5 kilometra. W wykorzystywanej na Tourze wersji południowo-zachodniej liczy on sobie 11,6 kilometra przy średnim nachyleniu 8,6 % i max. 13,8 %. Tym szlakiem wspinałem się w 2009 roku. Tym razem chcąc ominąć roboty drogowe w centrum zajechaliśmy dalej na wschód w pobliże potoku Le Clevieux. To oznaczało dla nas, iż cały podjazd przejedziemy po drodze D354 i tym samym zaliczymy na początek trzy stosunkowo łagodne kilometry. Natomiast na wspólną dla wszystkich opcji stromiznę wjedziemy dopiero na wysokości około 820 metrów n.p.m. Nie dane nam było jednak zacząć wspinaczki ze startu lotnego, gdyż Piotrek na przybrudzonej remontem drodze przebił gumę w tylnym kole. Pietro spokojnie zabrał się do wymiany, a skończywszy robotę cofnął się jeszcze do miasta by w sklepie sportowym napompować koło do optymalnego ciśnienia, którego nie dało się uzyskać naszym podręcznymi pompkami. Do przejechania zostało nam jeszcze ponad 100 kilometrów i jazda na miękkim kole nie wchodziła w grę. Adam nieco zniecierpliwił się tą długą przerwą i po kilkunastu minutach ruszył na górę solo. Ja poczekałem na powrót Piotra i jakieś 10 minut później podążyliśmy śladem naszego młodszego kolegi. Zgodnie z dżentelmeńską umową jechaliśmy razem. Na tym etapie wyprawy oznaczało to dla mnie jazdę z odrobiną rezerwy. Od czasu do czasu mogłem sobie też pozwolić na krótki przystanek i pstryknięcie fotki. Końcówka podjazdu nieco mi się dłużyła. Nie podejrzewałem, iż ta wersja podjazdu będzie niemal dwa kilometry dłuższa od klasycznej (13,4 kilometra przy średniej 7,4 %). Podjazd pokonałem w czasie netto 59:04 (1h 00:58 wliczając pięć przerw). Ponieważ Adam wykręcił czas 1h 02:40 nie było najmniejszej szansy by go złapać w trakcie wspinaczki. Pozostało mieć nadzieję, że odnajdziemy się wszyscy po drugiej stronie góry.

Na górze przystanęliśmy na kilka minut pod tablicą. Potem jeszcze na kilka chwil na płaskowyżu. Po dotarciu do Joux-Plane nie od razu można przystąpić do zjazdu. Najpierw trzeba pokonać blisko trzykilometrowy odcinek pomiędzy tą przełęczą a jej sąsiadką Col du Ranfolly (1655 m. n.p.m.). Na początku przejeżdża się koło malutkiego jeziorka Lac du Joux-Plane, potem delikatnie w dół do poziomu około 1620 m. n.p.m., dalej 600 metrów solidnego podjazdu i niespełna pół kilometra pofałdowanego terenu do Ranfolly. Dopiero w tym miejscu zaczyna się prawdziwy zjazd do Morzine. Stromy i bardzo techniczny. Tylko 7,7 kilometra długości, ale o średnim nachyleniu 8,7 %. Najbardziej stromy, przedostatni kilometr przed miastem ma średnio aż 11,5 % i max. 15 %. Do tego droga jest kręta i wąska. To taki rodzaj zjazdu, na którym dobry zjazdowiec może zyskać parę cennych sekund. Pamiętam, że gdy w 2009 roku zjeżdżaliśmy z Darkiem do Morzine dobrą zabawę na tym odcinku drogi mieli chłopaczkowie specjalizujący się w górskim downhillu. Widać, że nawet amatorzy tego rodzaju górskich wrażeń nie gardzą owym zjazdem. O tym jak może być one podstępny przekonał się choćby Hiszpana Roberto Heras na etapie TdF z 2000 roku, gdy wpadł w barierki na jednym z ostatnich zakrętów próbujących utrzymać koło Francuza Richarda Virenque’a. Dojechawszy do miasteczka nie spotkaliśmy Adama. Nasz kolega w dolnej części zjazdu wybrał zapewne inną z uliczek dojazdowych i wpadł do Morzine w innym miejscu. Z Romkiem też nie było kontaktu. Stojąc na Avenue Joux-Plane ustaliliśmy, iż Piotr ruszy teraz na wschód i pokona klasyczny, południowo-zachodni podjazd do stacji Avoriaz via Joux-Verte. Ja zaś pojadę w kierunku Montriond by wjechać na Col de Joux-Verte (1750 m. n.p.m.) alternatywnym północno-zachodnim szlakiem. Oba podjazdy mają zbliżoną skalę trudności. Północny liczy sobie 14,4 kilometra przy średnim nachyleniu 6 % i max. 12,1 %. Natomiast południowy 12,4 kilometra o średniej 6,4 % i max. 10 %. Oba można zwieńczyć dodając jeszcze 1300 metrów wspinaczki do Avoriaz o umiarkowanym nachyleniu 4,9 %.

Mając już na swym koncie podjazd od strony Morzine szukałem dla siebie nowego wyzwania. Dlatego też podjechałem w kierunku Route des Grandes Alpes czyli drogi D902. Tu na wysokości Hotel de Savoie skręciłem w prawo by dojechać do Montriond. Jednak jak miało się nieco później okazać popełniłem błąd zjeżdżając z tej drogi już na rondzie w Pied de la Plagne. Tym sposobem wbrew swym planom znów wjechałem do Morzine, acz od przeciwnej strony. Przejechałem przez zatłoczone miasteczko i zatrzymałem się przy barze nad potokiem La Dranse de la Morzine. Tu za ostatnie „grosze” wzięte na drogę kupiłem sobie ożywczy sok, po czym ruszyłem na wschód by w swym mniemaniu pokonać nieznany mi dotąd szlak na Joux-Verte. Niemniej już po paru minutach jazdy biorąc szeroki wiraż w lewo koło Chalet Manava nabrałem podejrzeń, że popełniłem poważny błąd w nawigacji i czeka mnie powtórka wrażeń sprzed czterech lat. Długo biłem się z myślami czy pojechałem zgodnie ze swymi intencjami. Gdybym zgodnie planem wybrał drogę D228 już na trzecim kilometrze podjazdu mógłbym zobaczyć po swej prawej ręce wody jeziora Lac de Montriond. Mijały kolejne kilometry a wraz z nimi wracały wspomnienia pamiętnej wspinaczki z lipca 2009 roku. Wtedy to wykończył mnie niemiłosierny upał i do przełęczy Joux-Verte dotarłem dosłownie ostatkiem sił. Gdy w połowie wzniesienia ujrzałem znajomą przecinkę wśród drzew z widokiem na Morzine i trasę kolejki linowej byłem już pewien, iż po raz drugi jadę południowo-zachodnim szlakiem czyli po drodze D338. Uznałem zatem, iż skoro na własne życzenie pozbawiłem się możliwości pokonania nowej góry to tym razem przynajmniej w lepszym niż przed laty stylu zdobędę starą znajomą. Zamiast zakończyć wspinaczkę na Joux-Verte zdecydowałem się jak najszybciej i bez żadnego przystanku na owej przełęczy dojechać do samej stacji Avoriaz (1814 m. n.p.m.).

Wyścigowa historia Col de Joux-Verte jest niemal nierozerwalnie związana ze stacją Station de Ski Avoriaz. Nie może być inaczej skoro obie drogi do tego kurortu prowadzącą przez przełęcz. Tour de France jak dotąd ośmiokrotnie zaglądał w te strony. Siedmiokrotnie mety etapów wyznaczano w Avoriaz za każdym razem rozpoczynając podjazd na ulicach Morzine. Jedynie w 1981 roku puszczono kolarzy na Joux-Verte od strony Montriond i wtedy to etap zamiast w pobliskiej stacji zakończył się zjazdem do Morzine. Ten dzień należał do Francuza Roberta Albana, który cały ów wyścig zakończył na trzecim stopniu podium. Znajomość Touru ze stacją Avoriaz datuje się na rok 1975 i edycję pamiętną z dramatycznego pojedynku Francuza Bernarda Thevenet z wielkim Belgiem Eddym Merckxem. Siedemnasty odcinek tej imprezy po długiej ucieczce wygrał Hiszpan Vicente Lopez-Carril z przewagą 2:11 nad najlepszym pośród czterech możnych tego wyścigu Belgiem Lucien’em Van Impe. Ten znakomity belgijski góral powetował sobie ów nieudany pościg już w 1977 roku gdy wygrał 14-kilometrową czasówkę z Morzine do Avoriaz w czasie ledwie 33 minut i 49 sekund. Dla porównania pokonanie wytyczonego na „stravie” odcinka o długości 13,5 kilometra zajęło mi 54:55, zaś Adamowi sądząc po międzyczasie na Joux-Verte około 59 minut. Van Impe nie miał sobie równych również na kolejnej górskiej czasówce w roku 1983. Tym razem na 15-kilometrowej trasie uzyskał czas 35:09 o 36 sekund dystansując Irlandczyka Stephene Roche’a. Innego rodzaju „etap prawdy” kończył się tu w roku 1979. Na trasie 54,2 kilometrów ze startem w Evian-les-Bains nad Jeziorem Genewskim zdecydowanie najlepszy był Bernard Hinault, który drugiego Holendra Joopa Zoetemelk wyprzedził o 2 minuty i 37 sekund! Po raz czwarty i ostatni Avoriaz z jazdą indywidualną na czas skojarzono w roku 1994. Czasówkę długości 47,5 kilometra ze startem w Cluses i przejazdem przez Chatillon-sur-Cluses oraz Les Gets zdecydowanie wygrał reprezentujący Łotwę Rosjanin Piotr Ugriumow. Natomiast pozostałe etapy ze startu wspólnego wygrali: Kolumbijczyk Luis „Lucho” Herrera w sezonie 1985 oraz Luksemburczyk Andy Schleck w 2010 roku.

Dojechawszy na Col de Joux-Verte spostrzegłem zjeżdżającego już od strony Avoriaz Piotra. Zapytałem czy poczeka na mnie jakiś kwadrans w tym miejscu, bowiem nie miałem zamiaru zrezygnować z dokończenia całej tej wspinaczki. Pietro nie ma jednak w zwyczaju robić sobie zbędnych postojów na trasie. Stwierdził, że jedzie prosto do Montriond. Na szybko ustaliliśmy, iż spotkamy się ponownie na Col du Corbier (1237 m. n.p.m.). Założyłem, że końcówka podjazdu do Avoriaz, krótki pobyt na szczycie i zjazd z powrotem do Joux-Verte zajmą mi około dziesięciu minut. Kilka dalszych minut miałem do stracenia na zjeździe do Montriond, zatrzymując się na robienie zdjęć. Z drugiej strony parę minut mogłem odrobić na płaskim odcinku za Montriond i samym podjeździe pod Corbier. „Strzeliłem” więc, żeby poczekał na mnie tej ostatniej przełęczy przynajmniej przez 10 minut. Początek północnego zjazdu z Joux-Verte jest dość dziki i kręty, acz nie tak niebezpieczny jak ten z Joux-Plane. Przez dobre cztery kilometry jedzie się przez las. Przerzedza się on dopiero w okolicy Les Lindarets. Miejsce to mocno kontrastowało z leśną głuszą. Na uliczkach tłoczno i gwarno. Sporo samochodów i atmosfera iście piknikowa. Dodatkowo trzeba było uważać na kozy w pełni oswojone z widokiem ludzi i swobodnie przechadzające się po wiosce. Przez to całe zamieszanie trudno było się połapać którędy dalej biegnie ów zjazd. Na chwilę wyjechałem nawet poza drogę D228 wjeżdżając na przydrożny placyk służący turystom za parking. Po chwili wróciłem na szlak, po czym kolejny raz zatrzymałem się nad pięknym Lac de Montriond i nieco dalej w samej miejscowości robiąc zdjęcia turkusowego jeziorka i górującej ponad nim skalnej ściany. Za Montriond czekał mnie jeszcze krótki odcinek drogi po szosie D229 i już z powrotem byłem na Route des Grandes Alpes.

Do podnóża ostatniego podjazdu na naszym szlaku miałem tylko 7,5 kilometra z przejazdem przez wioskę Saint-Jean-d’Aulps w połowie tego odcinka. W pewnym momencie zatrzymałem się na skraju drogi było zrobić zdjęcie tablicy poświadczającej to jakim szlakiem jedziemy. W tym momencie wyprzedził mnie pewien starszy jegomość. Szybko udało mi się go dogonić, a że wiatr mieliśmy przeciwny z szacunku dla wieku mojego chwilowego kompana postanowiłem go chwilę poholować. Trochę obawiałem się czy nie przeoczę miejsca, w którym rozpoczyna się podjazd pod Col du Corbier. Dlatego uważnie pilnowałem znaków po prawej stronie drogi. Na lekkim zjeździe tuż za zakrętem szosa nagle się rozdwoiła dając początek drodze D332 w kierunku wioski Le Biot, Col du Corbier i doliny Abondance po wschodniej stronie przełęczy. Mój towarzysz z marszu ruszył pod górę. Ja natomiast zatrzymałem się na rozjeździe na dwie-trzy minutki by przed ostatnią przeszkodą na swym szlaku skonsumować batonik. Do pokonania pozostał mi co prawda podjazd krótki, lecz za to sztywny, a zatem wymagający. Południowy Corbier liczy sobie zaledwie 6 kilometrów, ale o średnim nachyleniu 8,6 %. Podjazd trzyma od początku do samego końca. Każdy kilometr na poziomie od 8 do 9,5 %. Peleton TdF jechał przez tą przełęcz sześciokrotnie w latach 1977-1988. Trzy razy wspinano się od naszej południowej strony. W sezonie 1977 najszybciej wspiął się tędy Belg Paul Welles, rok później Francuz Mariano Martinez, zaś w 1984 roku Kolumbijczyk Patrocinio Jimenez. W ostatnim ćwierćwieczu wielki Tour jakby o tej przełęczy zapomniał, lecz oto w sezonie 2013 wspinaczka ta znalazła się w programie pierwszego etapu Criterium du Dauphine wokół szwajcarskiego Champery. Pokonanie tego podjazdu po 115 kilometrach trasy i dwóch wzniesieniach z „wysokiej półki” nie należało to łatwych zadań. Pod koniec drugiego kilometra wyprzedziłem jednak swego znajomego z doliny, zaś na szczyt dotarłem w przyzwoitym czasie 29 minut i 7 sekund ze średnią prędkością 12,4 km/h i VAM 1065 m/h. Znów wygrałem korespondencyjny pojedynek z Adamem, który uzyskał czas 32:40. Przyznam, że przed całą wyprawą nie spodziewałem się, iż wytrzymam ją kondycyjnie nieco lepiej od tej klasy „kolarskich maratończyków” co Piotr czy Adam.

Na przełęczy powitał mnie Piotrek. Wedle jego słów wdrapałem się na Col du Corbier dokładnie dziesięć minut po nim. Jednak ma się ten kalkulator w głowie. Szkoda tylko, że kompas mi tego dnia nie zadziałał. Na górze w Stadion de Drouzin Le Mont doczekaliśmy się dojazdu starszego jegomościa, który w rozmowie z Piotrem „in lingua franca” okazał się Belgiem na wakacjach u swych południowych sąsiadów. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia. Piotr na fotce pokazał „zero” czyli liczne podjazdów jaka została nam do końca wyprawy, ja zaś zaprezentowałem swą „klatę” mocno wychudzona po 14 dniach górskiej przeprawy. Do mety pozostało nam jeszcze ponad 30 kilometrów. Na szczęście wszystkie one już dół lub w najgorszym przypadku po płaskim. Na początek szybki zjazd przez Bonnevaux do drogi D22, na którą wpadliśmy na wysokości wioski La Solitude. Oczywiście na zjeździe Piotr mnie zdecydowanie odstawił, więc na płaskim odcinki do Vacherres musiałem się nieco wysilić by go dogonić. Gdy już jechaliśmy razem z naprzeciwka pojawił się Romek, który na długo przed nami zaliczył podjazd do Avoriaz, po czym pojechał do naszej bazy start-meta w L’Ermitage koło Armoy i stąd powrócił na trasę by zdobyć Corbier od północno-wschodniej strony. Romano krzyknął do nas, iż północny odcinek drogi D22, którym chcieliśmy wrócić na Route des Grandes Alpes został wyłączony z ruchu publicznego, acz w praktyce jest w pełni zdatny do przejazdu rowerami. Bez wahania skorzystaliśmy z opcji szybkiego przejazdu po pustej drodze żartując, że miejscowe władze przygotowały świeży asfalt na przejazd wojsk Hannibala. Wróciwszy na D902 mieliśmy jeszcze do pokonania finałowe 11 kilometrów, prowadzące lekko w dół z Bioge do Thonon-les-Bains. Bliskość mety zdopingowała mnie do szybkiej jazdy mimo, choć już dawno włączyła mi się „rezerwa”.

Zjechawszy do miasta zatrzymaliśmy się tuż przed metą na zakupy w miejscowym sklepie sieci Carrefour. Dopiero po tej dłuższej wizycie w tej strefie bufetu zjechaliśmy nad jezioro i przy fontannie około godziny 18:20 spotkaliśmy Adama. Nasz kolega długo i bezowocnie czekał na nas w Morzine i ostatecznie zaczął podjazd do Avoriaz znacznie później niż my dwaj. Tym samym ostatni fragment etapu musiał pokonać samotnie mijając kolejne punkty na trasie m/w kwadrans po mnie. Z parku przejechaliśmy na znany nam plac z rozetą przed budynkiem magistratu. Tu po niedługim czasie dojechał do nas Romek. Na Darka nie mogliśmy się doczekać. Jak się później okazało w tym czasie zjeżdżał on dopiero do Montriond. W sumie czternasty odcinek naszej wielkiej przygody okazał się najdłuższym ze wszystkich etapów. Tym niemniej przyjazd do Thonon-les-Bains nie oznaczał kresu naszych wysiłków. Trzeba było jeszcze dojechać do naszej bazy noclegowej w Armoy. Oznaczało to dodatkowe 4,3 kilometra podjazdu na deser. Na szczęście stosunkowo łagodnego bo o amplitudzie około 130 metrów. Łącznie musieliśmy tego dnia pokonać 154,7 kilometra o niebagatelnym przewyższeniu 3055 metrów. Ja przejechałem ten dystans w czasie netto 6 godzin 22 minut i 3 sekund czyli ze średnią prędkością 24,3 km/h. Dojechawszy na dziedziniec Le Chalet Armoy nie od razu odstawiliśmy rowery do piwnicy. Najpierw skierowaliśmy się w stronę basenu, gdzie Piotrek wykonał „rytualny skok do wody” o którym marzył od kilku ładnych dni. Dopiero wówczas poszliśmy wypocząć na pokoje. Gdy już się odświeżyliśmy Piotr przygotował do toastu szampan produkcji Francesco Mosera. Tym trunkiem mieliśmy świętować nasz wspólny sukces. Rzecz jasna postanowiliśmy z tym poczekać na przyjazd Darka. Marzyła nam się degustacja na balkonie w promieniach słońca zachodzącego nad Lac Leman. Tym niemniej Dario dotarł do Thonon-les-Bains o godzinie 21:13, więc w naszej bazie zjawił się już po zmroku. Ale to szczegół. Najważniejsze że wszyscy dotarliśmy do mety cali i zdrowi odnosząc piękne zwycięstwo nad własnymi słabościami. Dla każdego z nas była to podróż życia. O krótkie podsumowanie naszych dokonań postaram się w następnym, bardziej statystycznym niż opisowym odcinku owej „powieści”.

Napisany w Route des Grandes Alpes | Możliwość komentowania 14 etap: Combloux – Thonon-les-Bains została wyłączona

13 etap: Champex-Lac – Combloux

Autor: admin o 4. lipca 2013

TRASA ETAPU 13 > https://www.strava.com/activities/69725118

Noc ze środy na czwartek spędziliśmy w śpiworach na co zresztą byliśmy przygotowani. Nasz drewniany domek z pierwszej połowy XX wieku czyli Chalet du Jardin Alpin był miejscem chłodnawym i przesiąkniętym wilgocią. Warunki były dość spartańskie, acz nie brakło łazienki by się odświeżyć oraz kuchni, w której można było sobie ugotować kolację. Niewiele spałem, więc rano nie czułem się wypoczęty. Czwartkowy ranek nie różnił się od środowego popołudnie. Podobnie więc jak na starcie w La Salle mogliśmy się martwić o pogodę. Nad jeziorem Champex zalegała gęsta mgła. Adama od rana swędziała noga, więc w porze śniadaniowej pojechał na krótką przejażdżkę po okolicy. Zaliczył jakiś niewielki, acz bardzo stromy podjazd o przewyższeniu przeszło 150 metrów i ściankami o nachyleniu ponad 20 %. Zanim ruszyliśmy w dalszą drogę ja wybrałem się z Darkiem na spacer i zakupy do wioski. Na rowery wsiedliśmy około 11:30. Czekał nas wszystkich wyjazd ze Szwajcarii szlakiem przez przełęcz Forclaz. Natomiast już na terenie Francji przejazd przez słynny kurort Chamonix i na sam koniec podjazd do Combloux, nieopodal Megeve. To były pewne punkty naszego programu. Podstawowy wariant tej trasy zakładał co prawda pokonania trzech wzniesień, lecz tylko jedno z nich zasługiwało na miano podjazdu pierwszej kategorii. Pozostałe były co najwyżej klasy drugiej. Profil w sam raz dla najbardziej zmęczonych członków naszej ekipy czyli Piotra i Darka. Niemniej dość ubogi jak na ustalone w ostatnich dniach wysokie standardy tej wyprawy. Dlatego pomimo zmęczenia zdecydowałem się uszlachetnić ten odcinek dorzucając na wstępie jeszcze jeden podjazd solidnych rozmiarów. Do realizacji tego pomysłu bez trudu namówiłem Adama.

Na początek czekał nas 11-kilometrowy zjazd do Orsieres. Jednym słowem jazda w przeciwnym kierunku do wspinaczki pokonanej przez chłopaków w końcu dwunastego etapu. Piotr pomknął najszybciej. Ja podobnie jak Adam czy Darek parę razy się zatrzymałem by zrobić jakieś ładne zdjęcia. Okazało się bowiem, że jakimś dziwnym zrządzeniem losu mgła i chłód wybrały sobie na siedzibę jedynie najbliższe okolice Champex-Lac. Po kilku kilometrach zjazdu mogliśmy się już grzać w promieniach słońca. W dolinie Entremont było już 25 stopni Celsjusza. Dojechawszy do drogi nr 21 mieliśmy teraz do pokonania przeszło 5-kilometrowy odcinek łagodnego zjazdu do Sembrancher. Ten sam, który musiałem pokonać dzień wcześniej chcąc dojechać do Champex-Lac od północnej strony. Na samym końcu tego zjazdu ze spokoju wyrwał nas huk jaki wydała się z siebie pęknięta opona w rowerze Darka. Zdaniem naszego kolegi ucierpiała ona mocno już trzy dni wcześniej na szutrowych stokach Fraiteve i Basset. Jakimś cudem przeżyła długi odcinek z Sestriere do Sembrancher, w tym pięć poważnych podjazdów i tyleż zjazdów. Teraz zaś dokonała swego żywota. Na szczęście dla Darka w dość bezpiecznych miejscu. Za sprawą tego defektu zatrzymaliśmy się z Adamem na kilkanaście minut by upewnić się, że Dario poradzi sobie ze sprzętowym problemem i złapie kontakt z Romkiem. Romano zamierzał bowiem zjechać z Champex-Lac do Le Valettes moim północnym szlakiem i z tego miejsca ruszyć na rowerze w kierunku Martigny i przełęczy Forclaz. W tym samym kierunku udać miał się wkrótce Darek i była szansa, że obaj spotkają się jeszcze na parkingu by razem zmierzyć się z tą górą. Tymczasem dla mnie i Adama było to dopiero drugie danie dnia, bowiem wcześniej umówiliśmy się na spotkanie z Col du Lein (1658 m. n.p.m.). Na dobry początek czekała nas więc 13-kilometrowa wspinaczka o średnim nachyleniu 7,2 % i przewyższeniu 943 metrów.

Na drodze z Sembrancher do Martigny mogłem sobie skomplikować życie na kilka różnych sposobów. Najpoważniejszym konkurentem dla Lein był podjazd pod Col des Planches (1411 m. n.p.m.), przełęcz która w przyszłym roku pojawi się na trasie Tour de Romandie. Niemniej to wzniesienie, acz od jego trudniejszej północnej strony zdobyłem już w czerwcu 2009 roku. Dlatego zdecydowałem się zobaczyć coś zupełnie nowego. Na rozjeździe pożegnawszy się z Darkiem ruszyłem wraz z Adamem na wschód. Przejechawszy zaledwie pół kilometra na wysokości osady Etiez musieliśmy odbić w lewo ku wiosce Volleges (1,8 km). Pierwsze dwa kilometry wzniesienia miały średnie nachylenie około 7 %. Sieć górskich dróg na terenie Helweckiej Konfederacji jest nad wyraz gęsta więc u miejscowego gospodarza wolałem się upewnić, że wybraliśmy właściwą drogę. Gdy ten dylemat został rozstrzygnięty ruszyliśmy już żwawiej pod górę. W połowie czwartego kilometra minęliśmy osadę Cries (3,4 km). Jechaliśmy po południowym zboczu góry, wiec słońce nieźle nas grzało. Na liczniku pokazało mi się nawet 29 stopni Celsjusza. Cóż za kontrast z miejscem naszego nocleg oddalonym o niespełna 30 kilometrów. Ostatnia osadą na tym górskim szlaku jest leżąca w połowie dziewiątego kilometra wioska Levron (8,4 km). Nieco wcześniej mija się odchodzący na zachód szlak ku Col du Tronc (1606 m. n.p.m.). Szosa powyżej Levron jest już bardzo wąska i coraz trudniejsza. Na trzecim kilometrze od końca średnie nachylenie wynosi 9,5 %. Nie byłem pewien czy do samego końca będzie nas prowadził asfalt. Jak się okazało moje obawy nie były zupełnie bezpodstawne. Na ostatnich kilkuset metrach trzeba już było jechać po utwardzonej drodze naturalnej. Niemniej jak na „gruntówkę” była ona w znakomitym stanie i naszym szosowym oponkom o grubości 23mm nie sprawiła najmniejszych problemów. Cały podjazd pokonałem w czasie 56 minut i 52 sekund czyli ze średnią prędkością 13,7 km/h. Adam stracił do mnie niespełna minutę.

Przełęcz leży na górskiej polanie i przy dobrej pogodzie można się w tym miejscu poopalać. Tego dnia panowała tu iście piknikowa atmosfera, więc i my skusiliśmy się na krótki postój. Postanowiliśmy chwilkę odpocząć by przegryźć coś na spokojnie. Po kwadransie ruszyliśmy w dół ku Martigny. Ledwie rozpoczęliśmy zjazd i zaszło słońce. Po północnej stronie góry zastał nas cień i mżawka, zaś temperatura chwilowo spadła poniżej 20 stopni. Jeszcze przez trzy kilometry z hakiem musieliśmy się zmagać z szutrem. Momentami gorszej jakości. Na zjazdach taka nawierzchnia to już pewien problem, więc od czasu do czasu wolałem wypinać nogę z pedału by się asekurować. Na przyjazny nam asfalt wjechaliśmy ponownie dopiero na wysokości Col des Planches. Stąd do Martigny brakowało nam około dziesięciu kilometrów technicznego i stromego zjazdu przy maksymalnym spadku powyżej 16 %. W dolnej części tej drogi jest kilka miejsc z pięknym widokiem na Martigny i spory kawał doliny Rodanu. Rzeka biorąca swój początek z lodowca w Alpach Urneńskich właśnie w tym miasteczko zmienia swój kurs. Do Martigny biegnie ze wschodu na zachód, tu zaś skręca na północ w kierunku Jeziora Genewskiego. Po drugiej stronie miasta znakomicie widać wyznaczone pośród uprawami winorośli pierwsze kilometry podjazdu pod Col du Forclaz (1526 m. n.p.m.). Największe wrażenie robi niekończąca się prosta do pierwszego wirażu. Zakładałem, że ma ona około kilometra. Wyszło na to, że pamięć ma bywa zawodna. Ten wstęp do przełęczy Forclaz jest dwukrotnie dłuższy! Niemniej po zjechaniu do Martigny nie było nam śpieszno na kolejną gorę. Była pora sjesty, więc i my ulgowo podeszliśmy do tematu. Zatrzymaliśmy się na mały posiłek i drinka w pizzerii La Botte.

Forclaz w przeciwieństwie do Lein jest przełęczą bywałą na wielkich kolarskich wyścigach. Sześciokrotnie została wykorzystana na trasach Tour de France. Po raz pierwszy w sezonie 1948 gdy jechano ją od łatwiejszej zachodniej strony na etapie z Aix-les-Bains do Lozanny. Był to trzeci z rzędu górski odcinek wygrany przez Włocha Gino Bartalego, który dziesięć lat po swym przedwojennym triumfie pewnie zmierzał po drugie generalne zwycięstwo w „Wielkiej Pętli”. Tym niemniej na premii górskiej pierwszy był Francuz greckiego pochodzenia Apo Lazarides. Przy pozostałych sześciu okazjach wspinano się już zawsze od wschodu czyli ze startem w Dolinie Rodanu. W 1959 roku na etapie do Annecy pierwszy na górze był Francuz Georges Saint (na mecie Szwajcar Rolf Graf). Cztery lata później na wspominanym już przeze mnie etapie do Chamonix Hiszpan Federico Bahamontes (na mecie Francuz Jacques Anquetil). Dopiero w roku 1966 pierwszy tak na przełęczy jak i mieście pierwszych Zimowych Igrzysk Olimpijskich był ten sam kolarz tzn. Luksemburczyk Edy Schutz. W sezonie 1969 pierwszy w obu miejscach był Francuz Roger Pingeon, który w całym wyścigu zajął drugie miejsce ze stratą blisko 18 minut do debiutującego w tej imprezie Belga Eddy Merckxa. Przy dotychczas ostatniej okazji czyli w 1977 roku znów jechano do Chamonix. Na górze pierwszy był Hiszpan Antonio Menendez, lecz w mieście Niemiec Didi Thurau. Folarz pojawiła się tez jeden razy na trasie Giro d’Italia oraz Tour de Suisse. W tym pierwszym wyścigu na legendarnym etapie Aosta – Courmayeur z roku 1959. Etap jak i wyścig plus premie górskie na obu Bernardach wygrał Luksemburczyk Charly Gaul, lecz na Forclaz najszybciej wspiął się Niemiec Hans Junkermann. Podczas TdS z roku 1970 przejeżdżano tędy na etapie do Finhaut, malutkiej wioski na zachodnich rubieżach Szwajcarii. Ten wyścig zdominowali Włosi. Na premii górskiej pierwszy był Franco Bitossi, na mecie etapu Felice Gimondi, zaś cały wyścig wygrał ich rodak Roberto Poggiali.

Ja miałem okazję zmierzyć się z Forclaz cztery lata wcześniej dokładnie 20 czerwca 2009 roku. Wtedy to podczas ostatniego etapu 10-dniowej podróży po frankofońskich kantonach Szwajcarii udało mi się pokonać ten podjazd w czasie 53 minut i 15 sekund przy średniej prędkości 14,6 km/h i VAM 1158 m/h. Wtedy to była jednak jedyna wspinaczka dnia, zaś podczas całej podróży miałem przejechane około 750 kilometrów. Teraz po dwunastu dniach naszej alpejskiej eskapady miałem już na liczniku 1500 kilometrów, zaś świeżo w nogach wymagający podjazd pod Col du Lein. Obiektywnie więc patrząc nie miałem najlepszych warunków do porównania się z Danielem Marszałkiem anno domini 2009. Sam podjazd jest niemal równie długi co Lein, acz nieco trudniejszy tzn. liczy sobie 12,9 kilometra przy średnim nachyleniu 8 % i max. 10 %. Podczas naszego dwutygodniowego touru miało to być ostatnie wzniesienie o przewyższeniu powyżej tysiąca metrów, dokładnie zaś o amplitudzie 1027 metrów. Na początek długa prosta do restauracji Le Virage. Cały czas z pięknym widokiem na dolinę Rodanu. Po szerokim zakręcie w lewo jeszcze dłuższa prosta (aż 3400 metrów) cały czas na południowy-zachód do Martigny-Combe. Na czwartym kilometrze Adam dał mi znać bym się zanim nie oglądał i pojechał swoje. Od tego momentu stwierdziłem, że spróbuję zawalczyć ze swoim czasem sprzed czterech lat. Za osadą Les Fratses są cztery wiraże na kolejnych trzech kilometrach, a potem jeszcze 2700 metrów do samej przełęczy. Ogólnie serpentyn mało, a podjazd cały czas trzyma na dobrym poziomie. Na szczęście równo, praktycznie każdy kilometr między 7 a 8,5 %. W górnej części podjazdu minąłem się z wracającym do samochodu Romkiem. To oznaczało, że mamy z Adamem pewne szanse na to by dogonić na trasie Darka. Na zdobycie wschodniego Forclaz potrzebowałem 56 minut i 39 sekund przy średniej prędkości 13,6 km/h i VAM 1087 m/h. Jak na moje możliwości i późny etap całej podróży to był całkiem niezły wyczyn. Na Adama czekałem tym razem kilka minut dłużej.

Z przełęczy do francuskiej granicy brakowało już tylko 8300 metrów. W tym siedem kilometrów zjazdu do Gietroz, w którym od głównej szosy nr 203 odchodzi boczna droga do wspomnianego Finhaut i sztucznego jeziora Emosson. Pierwsze trzy kilometry zjazdu do wioski Trient bardzo szybkie, bo droga świetna i spadek dość stromy. Tuż przed granicą zaczyna się zrazu bardzo delikatnie podjazd na Col des Montets (1461 m. n.p.m.). Tu na chwilę przystanęliśmy by paroma zdjęciami uwiecznić ostatnie na naszym szlaku przejście graniczne. W ciągu ostatniego tygodnia już po raz siódmy zmienialiśmy kraj pobytu. Zaczęło się od przełęczy Tende, potem były przejazdy przez: Agnello, Montgenevre, Mont Cenis, Petit Saint-Bernard i Gran San Bernardo i na koniec Le Chatelard. Wioska ta leży na wysokości 1120 metrów n.p.m., więc była najniższą z wszystkich siedmiu przepraw. Podjazd na przełęcz Montets wraz ze szwajcarskim wstępem liczy sobie w sumie 7,7 kilometra o średnim nachyleniu 4,8 %. Najtrudniejszy jest ostatni kilometr na poziomie 7 %. Rzecz jasna Col des Montets występowała na TdF podczas tych samych okazji co Col de Forclaz czyli na etapach do Annecy i Chamonix z lat 1959, 1963, 1966, 1969 i 1977. W czterech przypadkach na obu tych przełęczach zwyciężali ci sami kolarze czyli: Saint, Bahamontes, Schutz i Pingeon. Jedynie na Tourze z roku 1977 Menendeza na prowadzeniu zmienił słynny Belg Lucien Van Impe. Podjazd na Montets jest łatwy, lecz robi nadrabia wrażenie ładnymi widokami. Przejeżdża się przez wioski Vallorcine i Le Buet, zaś nad drogą górują sięgające niemal trzech tysięcy metrów szczyty Aguilles Rouges. W połowie wzniesienia dogonił nas Romek jadący prosto do Combloux by zdążyć tam przed Piotrem. Tymczasem na ostatnim kilometrze podjazdu ujrzeliśmy w oddali znajomą sylwetkę Darka. Zabrakło czasu by złapać kolegę jeszcze przed przełęczą, więc spotkaliśmy się już na samej górze. Chwilę przed nami dotarły tam dwie szwedzkie cyklistki świadczące o tym, iż turystyczny podbój Alp nie należy tylko do brzydszej części ludzkości.

Na przełęczy zameldowaliśmy się około 16:20, zaś do Combloux brakowało nam blisko 50 kilometrów. Postanowiliśmy cały ten dystans przejechać razem. Tym sposobem podobnie jak na siódmym etapie mogliśmy pomóc Darkowi w szybszym dotarciu do mety. Do Chamonix prowadził 12-kilometrowy zjazd. Ten odcinek można podzielić na trzy tercje. Pierwsze cztery kilometry do Argentiere i Le Chosalets to typowy zjazd z kilkoma zakrętami. Następne cztery to zjazd już bardziej łagodny i łatwy bo na wprost. Na koniec odcinek już niemal zupełnie płaski z przejazdem przez wioskę Les Praz. W mieście uchodzącym za światową stolicę alpinizmu postanowiliśmy się zatrzymać na dłużej by zjeść główny posiłek dnia. Wjechawszy do centrum rozpoczęliśmy poszukiwania restauracji, przy której można by coś smacznie przekąsić i dłuższy czas odsapnąć. Ostatecznie wybraliśmy lokal o nazwie Cafe Valentino. Adam zamówił naleśniki z bitą śmietaną, zaś ja z Darkiem wziąłem po pizzy. Cena była o parę Euro wyższa niż w innych miejscowościach, a smak nie umywał się do pizz z prawdziwego zdarzenia. Niemniej głodny nie wybiera sprzątnęliśmy wszystko z naszych talerzy. Po godzinnym postoju znaleźliśmy drogę wylotową z miasta w okolicy tamtejszego dworca. Nadzialiśmy się jednak na zerwany odcinek szosy co nieco nas spowolniło. Mieliśmy za to piękny widok na imponujący lodowiec schodzący z masywu Mont Blanc. Kilka kilometrów za miastem, jeszcze przed dojazdem do Les Houches wjechaliśmy na drogę krajową N205 przegapiając spokojną Avenue les Alpages. Zaletą „krajówki” było to, iż leciało się w dół do Saint-Gervais-les-Bains z prędkością blisko 70 km/h. Wadą duży ruch samochodowy. Wkrótce okazało się, że byliśmy w tym miejscu nieproszonymi gośćmi. Nie była to co prawda autostrada, lecz odpowiednik włoskiej superstrady. Kierowcy samochodów dawali nam o tym znać klaksonami. Potem ktoś nas zadenuncjował i nasz superszybki zjazd zakończył się przed Servoz. Pracownicy służb drogowych nas zatrzymali i uprzejmie, acz stanowczo poprosili o zjechanie w boczną drogę.

Kolejne dziewięć kilometrów spędziliśmy więc na spokojnej Route de Servoz czyli drodze D13. Niemniej o ile samochodów było tu jak na lekarstwo to nie dało się szybko jechać. Trzeba było dokonać nie zliczona ilość krótkich podjazdów podcinających nasze zmęczone nogi. Taki teren najbardziej wybijał z rytmu Darka. Jechaliśmy więc spokojnie poszukując miejsca, w którym można zjechać w dolinę i przedostać się na południowy brzeg rzeki L’Arve. W końcu zjechaliśmy przez wioskę L’Ile i w okolicy supermarketu Intermarche wjechaliśmy na drogę Route de Fayet czyli D1205. Na kolejnym rondzie w okolicy Letraz chwilę pokręciliśmy się w kółko, po czym odbiliśmy w lewo ku wiosce Domancy. Trochę z przypadku na koniec dnia trafił nam się podjazd wykorzystany na trasie Mistrzostw Świata z roku 1980. Ponieważ był to rok olimpijski na światowy czempionat zjechali wtedy tylko zawodowcy. „Profi” musieli się zmierzyć z jedną z najtrudniejszy tras w historii, bowiem trzeba było pokonać 20 rund po 13,4 kilometra wokół miasta Sallanches. Na każdej z nich zaś sztywną ściankę Cote de Domancy (796 m. n.p.m.) czyli 2,7 kilometra o średnim nachyleniu 8 % i max. 17 %. Spośród 107 uczestników tej imprezy, wyścig ukończyło tylko piętnastu zawodników. Po jedyną w swej karierze tęczową koszulkę w wielkim stylu sięgnął patron ówczesnego peletonu Francuz Bernard Hinault. Jedynym rywalem, który do ostatniego okrążenia próbował nawiązać z nim walkę był Włoch Gianbattista Baronchelli. Jednak i jego „Borsuk” urwał na Domancy by wygrać z przewagą 1:01. Finisz o brąz z 7-osobowej grupki wygrał Hiszpan Juan Fernandez tracąc 4:25. Skalę trudności tej trasy najlepiej chyba oddaje średnia prędkość zwycięzcy czyli zaledwie 35,55 km/h.

Na początku tego wzniesienia odjechałem swym kolegom, ale w środkowej części Adam bardzo sprawnie mnie doszedł. Do szczytu dotarliśmy już razem wzajemnie mobilizując się do możliwie najszybszej jazdy. Według danych ze „stravy” podjazd ten pokonałem w czasie 12:02 przy średniej prędkości 12,2 km/h i ładnym VAM 1231 m/h. Wiadomo na stromych, acz krótkich hopkach najłatwiej o wysokie wartości tego rodzaju. Dojechawszy do drogi D1212 stanęliśmy pod tablicą by poczekać na Darka. „Profi” w tym miejscu skręcali w prawo by pokonać szybki zjazd do Sallanches. My zaś po krótkiej sesji fotograficznej skręciliśmy w lewo by kontynuować nasz finałowy podjazd na drodze do Megeve. Aby dostać dokładne wskazówki w sprawie dojazdu do Le Floralp zadzwoniliśmy do Romka i Piotra, którzy byli już na kwaterze. Dojechawszy do centrum Combloux skręciliśmy więc w stronę Le Pelloux by już na drodze D311 wspinać się przez kolejne 1300 metrów w kierunku Plommaz (1030 m. n.p.m.). Dopiero tu przy skręcie w wiodącą do hotelu Rue de Beus skończyła się dla nas wspinaczka o łącznej długości 6,9 kilometra i średnim nachyleniu 6,7 %. Dobre 464 metrów przewyższenia na deser, z czego dolna część podjazdu na szlaku kolarskich mistrzów. Dowiedzieliśmy się wkrótce, iż Piotr dojechał do Combloux od przeciwnej strony pokonawszy podjazd za Saint-Gervais-les-Bains po drodze D909. Dla mnie i Adama ten etap liczył 123,4 kilometra o łącznym przewyższeniu 2878 metrów. Pokonałem go w czasie netto 5 godzin 29 minut i 45 sekund ze średnią prędkością 22,4 km/h. Niemniej wobec ulgowego nastawienia czyli licznych postojów (dwóch dłuższych i kilku krótszych) na trasie spędziłem ponad trzy godziny więcej. W naszym hotelu zameldowaliśmy się dopiero około 20:15. Warunki na miejscu były komfortowe, zaś z okien roztaczał się widok na ośnieżoną kopułę Mont Blanc. Niemniej wobec zapadającego powoli zmroku ze zrobieniem efektownych zdjęć musieliśmy poczekać do piątkowego przedpołudnia.

Napisany w Route des Grandes Alpes | Możliwość komentowania 13 etap: Champex-Lac – Combloux została wyłączona

12 etap: La Salle – Champex-Lac

Autor: admin o 3. lipca 2013

TRASA ETAPU 12 > https://www.strava.com/activities/69725136

Środowy poranek powitał nas pochmurną aurą. Nie nastrajało to pozytywnie do dwunastego etapu naszej wielkiego podróży. Tym bardziej, że mieliśmy do pokonania jedną z najwyższych wzniesień na całej trasie czyli Colle Grand San Bernardo (2473 m. n.p.m.). Wdrapanie się na tą przełęcz nie było kwestią naszego wyboru, lecz wynikało z geograficznej konieczności. Tego dnia mieliśmy już na dobre opuścić Włochy i na jeden dzień wjechać do Szwajcarii. Tymczasem jedyna droga łącząca region Valle d’Aosta na południu z kantonem Valais na północy przebiega właśnie przez Wielką Przełęcz św. Bernarda. Tym samym nasza przyjemność z jazdy w dużym stopniu zależeć miała od warunków pogodowych, które we wtorkowe popołudnie uległy wyraźnemu pogorszeniu. W skrajnej – czytaj zimowej – ostateczności zawsze moglibyśmy się przedostać z Italii do Helwetii samochodem. Niemniej nawet przy założeniu, iż trzy rowery jadą na klapie zaś dwa na dachu auta i tak nie zdołalibyśmy się wszyscy załadować do mojego hatchbaka. Nie było najmniejszych szans na to by całą piątką ze wszystkimi bagażami i dwoma przednimi kołami pomieścić się w średniej wielkości aucie jakim jest Kia Cee’d. Trzeba wtedy było wykonać dwa kursy przez granicę. Na szczęście pogoda, acz kapryśna nie doprowadziła nas do takiej ostateczności. Po sutym śniadanku zaserwowanym nam przez męża Ewy postanowiliśmy poczekać aż niebo nieco się przejaśni. Teoretycznie gościnne progi „Il Portico” mieliśmy opuścić o 11:00. Niemniej nasi gospodarze byli cierpliwi, więc spakowaliśmy się dopiero około południa, gdy aura z lekka tylko się poprawiła. Jako pierwszy tzn. o 12:30 na trasę dwunastego etapu ruszył Darek. Jakiś kwadrans później Piotrek, Adam i ja. Natomiast Romek miał za zadanie pojechać bezpośrednio na bazę noclegową nr 13 w Champex i stamtąd wyjechać nam naprzeciw. W optymistycznej wersji zdobyć Wielkiego Bernarda od szwajcarskiej strony.

Zaraz po starcie mieliśmy półtora kilometra zjazdu do drogi krajowej SS26. Potem zaś 25-kilometrowy odcinek w dolinie, prowadzący generalnie lekko do Aosty, leżącej na wysokości 591 metrów n.p.m. Na dwunastym kilometrze przejechaliśmy przez niepozorną wioskę Arvier. Kolarscy kibice z zacięciem do historii tego sportu wiedzą, że tu właśnie w 1871 roku urodził się pierwszy triumfator Tour de France czyli Maurice Garin. Ten poddany włoskiego króla za młodu wyjechał do Francji i bodajże w roku 1892 uzyskał tamtejsze obywatelstwo. Zanim w 1903 roku zyskał nieśmiertelność dzięki zwycięstwu w pierwszej edycji „Wielkiej Pętli” w ostatniej dekadzie XIX wieku dwukrotnie wygrał Paryż – Roubaix (1897-98), zaś nieco później wielce prestiżowe w owym czasie maratony Paryż-Brest-Paryż (1901) i Bordeaux-Paryż (1902). Na trasie wyścigu Dookoła Francji najszybszy był także w sezonie 1904, lecz wraz z trzema innymi kolarzami ze ścisłej czołówki został zdyskwalifikowany co w praktyce położyło kres jego wielkiej karierze. Jechaliśmy cały czas na wschód mijając rozmaite opcje utrudnienia sobie pierwszej części tego etapu. W moim planie na ten dzień znajdował się podjazd z Avise do Verrogne (1582 m. n.p.m.) czyli 15,1 kilometra o średnim nachyleniu 5,1 % i max. blisko 14 %. Wzniesienie pokonywane przez uczestników lipcowego GF Le Mont Blanc. Planując całą wyprawę trzymałem się, bowiem ogólnego założenia, iż przejeżdżać będziemy trzy wzniesienia dziennie. Niemniej późny start z La Salle i chmury kłębiące się na niebie sprawiły, iż zrezygnowaliśmy z tego wynalazku. Rozsądniej było dotrzeć do Aosty jak najkrótszą drogą, po to by sforsować Colle Gran San Bernardo zanim pogoda naprawdę się zepsuje. Zresztą prawdę mówiąc taki gigant jak Wielki Bernard śmiało może uchodzić za dwa podjazdy w jednym.

Skoro wspomniałem o Verrogne to dodam, że w górnej części Doliny Aosty (L’Alta Valle d’Aosta) nie brak podjazdów ciekawszych od tego, który w ostatniej chwili pominęliśmy. Na dalekim zachodzie mamy przejechane przez nas we wtorek Piccolo San Bernardo i San Carlo, a także Planaval w pobliżu naszego środowego startu oraz Val Veny u podnóża Masywu Monte Bianco (Mont Blanc). Ale to dopiero początek wyliczanki. Na południe od rzeki Dora Baltea odchodzą cztery długie podjazdy w głąb dolin: Valgrisenche, Val di Rhemes, Valsaverenche oraz Valnontey. Ta ostatnia wykorzystana na dwudziestym etapie Giro d’Italia z 1985 roku wygranym przez Amerykanina Andrew Hampstena. Dla odmiany na północ od głównej doliny lecą drogi prowadzące do górskich wiosek: Vedun, Vens, Vetan i Thouraz. Natomiast bezpośrednio z samej Aosty założonej przez cesarza Oktawiana Augusta w 25 roku p.n.e. wyrusza na południe ponad 18-kilometrowy podjazd do stacji Pila wykorzystany na Giro w latach 1987 i 1992. Przeszło 250-kilometrowe etapy włoskiego touru wygrywali w tym miejscu Szkot Robert Millar i Niemiec Udo Bolts. Na północ od stolicy regionu alternatywą dla kultowego Wielkiego Bernarda są trudne podjazdy do Champillon i Valpelline – Diga di Place Moulin. A to jeszcze nie koniec bowiem na wschód od Aosty znaleźć można drugie tyle wzniesień wysokiej klasy. Najciekawszym z nich jest trzykrotnie sprawdzony na Giro 27-kilometrowy podjazd do Breuil-Cervini położonej u podnóża słynnej góry Matterhorn (wł. Cervino). Przed rokiem wygrał na nim Kostarykańczyk Andrei Amador. W lipcu 2010 roku na terenie tzw. Media Valle d’Aosta i Bassa Valle d’Aosta miałem też okazję pokonać wspinaczki do Saint-Barthelemy, Druges, Saint-Pantaleon oraz Champorcher. Na terenie najmniejszego z włoskich regionów (tylko 3.263 km kw.) jest więc co najmniej ze trzydzieści podjazdów najwyższej i pierwszej kategorii. Dla amatora na moim poziomie to „materiał do obróbki” na pełne dwa tygodnie co czyni z Valle d’Aosta wymarzone miejsce na kolarskie wakacje. Szczególnie dla tych cykloturystów, którzy chcieliby ograniczyć samochodowe transfery pomiędzy górami do absolutnego minimum.

Po przejechaniu 26 kilometrów byliśmy już w centrum Aosty, gdzie w okolicy lokalnego szpitala musieliśmy przeskoczyć na drogę krajową SS27 czyli Viale Gran San Bernardo. Tu zaczęła się nasza wspinaczka do pochmurnego nieba, tak długa iż zdawała się nie mieć końca. Pośród około trzystu pokonanych przez mnie dotąd podjazdów Wielki Bernard ma co prawda dopiero piętnaste miejsce na liście najwyższych wzniesień, lecz w rankingu największych (według wysokości względnej) jest dziś drugi i to tylko przy założeniu, iż południową Gavię należy liczyć od Edolo. Aby przedostać się z Valle d’Aosta na teren kantonu Valais trzeba pokonać 34,3 km o średnim nachyleniu 5,5 % przy max. 12 % co oznacza, iż południowy Wielki Bernard ma przewyższenie aż 1882 metrów! Północna droga na tą przełęcz liczona od Orsieres to „tylko” 25,5 kilometra o średnim nachyleniu 6,2 % i max. 15 % co daje amplitudę 1572 metrów, acz doliczając łatwiejszy odcinek między Sembrancher a Orsieres wychodzi w sumie 30,6 kilometra z przewyższeniem 1752 metry. Tak czy owak monstrum znane ludzkości od starożytności. Pierwsza nazwa tej przełęczy to Col de Mont Jupiter, bowiem w czasach rzymskich stała tu świątynia poświęcona Jowiszowi. W roku 1035 wspomniany już przez mnie przy okazji jedenastego etapu Bernard z Menthon założył tu schronisko dla pielgrzymów z Anglii i Francji zmierzających do Rzymu szlakiem Via Francigena. Gdy powstał tu klasztor kanoników regularnych przełęcz nazywano już Col de Mons Joux. Niemniej gdy Bernarda ogłoszono świętym miejsce to bodaj najbardziej związane z jego życiową misję przemianowano na Col du Grand Saint-Bernard. Właśnie tym trudnym szlakiem zmierzał w maju 1800 roku na swą zwycięską II kampanię włoską Napoleon Bonaparte słynny „Bóg Wojny”, niestrudzony prawodawca i budowniczy dróg oraz niedoszły wybawca Narodu Polskiego w jednej osobie. Przymiotnik Wielka dodano tej przełęczy dla odróżnienia od niższej o blisko trzysta metrów przełęczy Małej imienia tego samego patrona, a leżącej dziś na granicy Francji i Włoch.

Peleton Tour de France przejeżdżał przez tą przełęcz w Alpach Pennińskich pięciokrotnie, co wydaje się być wynikiem nie najgorszym zważywszy na fakt, iż leży ona poza granicami Francji. Po raz pierwszy kolarze zajrzeli tu w sezonie 1949 na początku etapu z Aosty do Lozanny. Na premii górskiej pierwszy był Gino Bartali, zaś na mecie etapu jego rodak Vincenzo Rossello. Tak wówczas jak i przy trzech kolejnych okazjach wspinano się od południowej strony. W 1959 roku na odcinku z Saint-Vincent do Annecy pierwszy na górze był Hiszpan Carmelo Morales, zaś zwycięzcą etapu został Szwajcar Rolf Graf. W sezonie 1963 na legendarnym etapie z Val d’Isere do Chamonix wszystkie premie górskie wygrał Hiszpan Federico Bahamontes, lecz na mecie uprzedził go Francuz Jacques Anquetil. Z kolei w roku 1966 na etapie z Ivrei do Chamonix pierwszy na górze był Belg Martin Van den Bossche, lecz z sukcesu etapowego cieszył się Luksemburczyk Edy Schutz. Jednym słowem triumf na tej górze nie przekładał się nic cenniejszego. Przede wszystkim z tej przyczyny, iż była to na ogół pierwsza (raz druga) premia górska dnia zawsze pokonywana na wiele kilometrów przed metą. Podobnie było w 2009 roku, gdy na etapie z Martigny do Bourg-Saint-Maurice jedyny raz wspinano się od północy. Pierwszy na przełęczy był Włoch Franco Pellizotti, zaś na mecie triumfował Bask Mikel Astarloza. Giro d’Italia zaglądało w to miejsce sześciokrotnie (po trzykroć od każdej strony), lecz tylko cztery razy peleton dojeżdżał na samą przełęcz. W sezonie 1996 na stulecie nowożytnych Igrzysk Olimpijskich do programu wyścigu wstawiono nie tylko start w Atenach i całe trzy dni na greckiej ziemi, lecz również dwa odcinki z Aosty do Lozanny i Lozanny do Bielli celem zawitania do siedziby Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Przy obu tych okazjach granicę włosko-szwajcarską pokonano tunelem wykutym na wysokości około 1900 metrów n.p.m.

Giro d’Italia po raz pierwszy zajrzało w te strony w 1959 roku na decydującym o losach całego wyścigu etapie z Aosty do Courmayeur. Najszybciej na pierwszej i trzeciej premii górskiej czyli Wielkim i Małym Bernardzie jak i mecie całego odcinka zameldował się Luksemburczyk Charly Gaul. W sezonie 1963 dla odmiany jechano od północy na etapie z Leukerbad do Saint-Vincent i znów inaczej niż na Tourze sukces na górze przełożył się na triumf w dolinie. Tym razem dublet ustrzelił Włoch Vito Taccone, który na tym wyścigu wygrał aż pięć odcinków, zaś ten z Bernardem był jego czwartym zwycięstwem z rzędu. Podobny, acz dłuższy etap wyznaczono w 1985 roku. Po starcie z włoskiej Domodossoli wjechano do Szwajcarii, przejechano przełęcz Sempione (Simplon) i długi odcinek w Dolinie Rodanu by w końcu zmierzyć się z północnym obliczem Wielkiego Bernarda. Pierwszy na premii górskiej był Kolumbijczyk Rafael Acevedo, lecz do mety dojechało razem aż 53 kolarzy, z których najszybciej finiszował Włoch Francesco Moser. Niemal lustrzanym odbiciem tego etapu był odcinek czternasty z roku 2006. Kolarze pojechali wówczas z Aosty do Domodossoli po pokonaniu Gran San Bernardo od południa i większej części trasy na szwajcarskiej ziemi. Pierwszy na górze był Francuz Sandy Casar, zaś na mecie Kolumbijczyk Luis Felipe Laverde. Na koniec wypada wspomnieć o małym Wielkim Bernardzie czyli niepełnych wspinaczkach z roku 1996. Blisko sześciokilometrowy tunel (5798 metrów) wybudowano w ekspresowym tempie pięciu lat. Uroczystego otwarcia tej przeprawy dokonano 19 marca 1963 roku. Po włoskiej stronie wjeżdża się doń na wysokości 1875 m. n.p.m. w pobliżu wioski Saint-Rhemy-en-Bosses i tu pierwszy był Włoch Mariano Piccoli na etapie do Lozanny wygranym przez Ukraińca Aleksandra Gonczenkowa. Po szwajcarskiej stronie granicy wlot do tunelu znajduje się w okolicy Bourg-Saint-Bernard na wysokości 1918 m. n.p.m. W tym miejscu pierwszy zameldował się Francuz Laurent Roux, lecz na mecie w Bielli musiał uznać wyższość współtowarzysza ucieczki Duńczyka Nicolay’a Bo Larsena.

Jak to zazwyczaj bywa w przypadku podjazdów bardzo długich i ogólnie wielkich nie porażają one swą stromizną. Nie podcinają nóg ostrym ukąszeniem niczym jadowity wąż. Raczej powolutku wysysają ze swych ofiar wszelkie siły witalne niczym potężny dusiciel. Gran San Bernardo jest typowym przedstawicielem tego gatunku górskich podjazdów. Pierwsze 4,5 kilometra ma średnie nachylenie 5,4 %. W tym czasie pod koniec trzeciego kilometra złapaliśmy Darka i na trzy minuty stanęliśmy. Po wznowieniu jazdy Dario nie był w stanie utrzymać naszego tempa, tym bardziej iż Adam w dolnej fazie podjazdu naprawdę zdrowo dokazywał. Po czterech kilometrach minęliśmy zjazd ku Valpelline. Po chwili wypoczynku na łatwiejszym 2,5-kilometrowym odcinku czekał nas fragment solidnego podjazdu między siódmym a dwunastym kilometrem wzniesienia. Tu Adam na tyle podkręcił tempo, iż Piotr chwilowo dał za wygraną. Mi też nie było łatwo, ale postanowiłem sprawdzić jak mocne karty ma najmłodszy członek naszej ekipy. Około dziesiątego kilometra, gdzie nachylenie podjazdu przekraczało 7 % zmieniłem go na prowadzeniu i dorzuciłem nieco paliwa do kotła. Adam szybko strzelił i wkrótce został dogoniony przez Piotra. Tymczasem ja czułem się wyśmienicie. Kto by pomyślał. Jeszcze dwa dni wcześniej w dolnej części Mont Cenis zastanawiałem się czy dam radę ukończyć tak finezyjnie zaprojektowaną eskapadę. Teraz zaś nie tylko nie było śladu po bólu w kolanie, lecz prawie nie czułem łańcucha. Oczywiście owo boskie uczucie potęgował fakt, iż na dojeździe do Etroubles był kolejny łatwy odcinek. We wiosce tej zatrzymałem się by zrobić zdjęcie i tym samym pozwoliłem się złapać. Ponieważ po każdym takim stopie byłem w stanie błyskawicznie dogonić jadących jednostajnie, acz nieco wolniej kolegów postanowiłem, że na tym podjeździe bardziej sumiennie podejdę do roli fotografa.

Za Etroubles (16 km) musieliśmy pokonać kolejny trudniejszy odcinek w sumie cztery kilometry o średnim nachyleniu blisko 6,5 %. Na tym fragmencie podjazdu przejechaliśmy przez wioskę Saint-Oyen (17,5 km), zaś tuż przed końcem dwudziestego kilometra na wysokości 1508 m. n.p.m. trzeba było odbić w prawo na Saint-Rhemy-en-Bosses aby pojechać na przełęcz. Droga w lewo prowadzi ku wiosce Saint-Leonard i dalej do wspomnianego tunelu. Tą opcję wybrał wcześniej Romek w myśl zasady by oszczędzać nasz wóz techniczny na górskim szlaku. Koszt tak wygodnej przeprawy to w przypadku samochodów osobowych 25 Euro. Przy rozjeździe ponownie odjechałem Adamowi. Zakładałem, że pociągnę teraz mocniej przez kolejne dwa kilometry i zatrzymam się na foto-stopa przed Saint-Rhemy (21,7 km – 1611 m. n.p.m.), najwyżej położoną osadą po włoskiej stronie przełęczy. Tym niemniej na dojazd Adama się nie doczekałem. Być może mój kolega sam zatrzymał się nieco wcześniej. Zdecydowałem się więc jechać sam, solidnym tempem bez specjalnego oglądania się za siebie, lecz zarazem stawać na chwile gdy tylko coś ładnego lub ciekawego rzuci mi się w oczy. Po przejechaniu 23,8 kilometra na wysokości 1729 m. n.p.m. przejechałem przez mostek na prawy brzeg pędzącego tą doliną potoku. Po dwóch kolejnych kilometrach śmignąłem pod wiaduktem, którym poprowadzony jest tunel. Po przejechaniu 27 kilometrów byłem już w miejscu zwanym Pra d’Arc, gdzie na wysokości 1952 m. n.p.m. kończy się strefa lasu. Tu przed oczyma podróżnego ukazują się serpentyny, które wywiozą go z zielonej hali w szaro-biały rewir alpejskich turni. Od pewnego czasu padał już niewielki deszcz co nieco potęgowało odczucie chłodu. Niemniej podczas podjazdu to niewielki problem zważywszy, na fakt iż próba sprawnego pokonania takiego wzniesienia potrafi nieźle rozgrzać.

Po blisko dwóch godzinach wspinaczki nie byłem już tak rześki jak w połowie podjazdu. Około trzydziestego kilometra zacząłem odczuwać pewne zmęczenie, acz wciąż trzymałem się nieźle. Być może z rytmu wybiły mnie kolejne przystanki, w tym parę koło zabudowań postawionych niegdyś dla służb drogowych na wysokości 2215 metrów n.p.m. Zresztą ostatnia ćwiartka podjazdu, choć nie tak trudna jak końcówka północnego podjazdu może uchodzić za najtrudniejszy fragment południowego wzniesienia. Ostatnie 8,6 kilometra czyli odcinek od przejazdu pod wiaduktem do samej przełęczy ma średnio 7,1 %, zaś najtrudniejsze 500 metrów trzyma na poziomie 9,5 %. Na przedostatnim kilometrze przejeżdża się przez około dwustumetrową galerię. Granica leży na wysokości 2449 metrów n.p.m. Tym niemniej do przełęczy położonej już na terenie Szwajcarii brakuje stąd jeszcze 500 metrów umiarkowanego podjazdu o nachyleniu 4,8 % wzdłuż zachodniego brzegu niewielkiego jeziorka, które wobec długiej zimy roku 2013 dopiero zaczęło odmarzać. Cztery lata temu byłem na tej przełęczy w połowie czerwca i zastałem bardziej wiosenne warunki, acz nawet wtedy nie brakowało śniegu w bardziej zacienionych miejscach. Na pokonanie 34,3 kilometra z Aosty potrzebowałem 2 godzin 16 minut i 37 sekund. Tym niemniej za sprawą dwunastu przystanków straciłem równo 11 minut, więc sama wspinaczka kosztowała mnie 2h 05:37 przy średniej prędkości 16,4 km/h. Niespodziewanie jako drugi na górze ze stratą kilku minut pojawił się Piotrek. Wstępne harce najwięcej kosztowały Adama, który wykręcił czas brutto 2h 26:22 i netto 2h 11:16, gdyż jak wynika z danych „stravy” również kilka razy przystanął w górnej części podjazdu. Zrobiliśmy sobie kilka zdjęć na samej przełęczy czyli pod łącznikiem spajającym obie części górskiego schroniska. Następnie aby rozgrzać się przed długim zjazdem weszliśmy do hotelowej restauracji. Słynnego likieru św. Bernarda nie skosztowaliśmy, lecz zamówiliśmy po kawce i herbacie. Bodaj najdroższych w naszym życiu. Przede wszystkim jednak w znajdującej się na pierwszym piętrze łazience wysuszyliśmy nasze mokre i spocone ciuchy.

Po ponownym wyjściu na dwór zrobiliśmy sobie zdjęcia pod tablicą po północnej stronie przełęczy, zaś Pietro załapał się jeszcze na fotkę w otoczeniu trzech bernardynów czyli słynnych psów górskich ratowników. Na górze było około 10 stopni Celsjusza, lecz za sprawą wilgoci temperatura odczuwalna nie była tak komfortowa. Pierwsze sześć kilometrów tego zjazdu są strome (średnio 8,9 %). Pamiętam że dały mi nieźle w kość przed czterema laty. Tu nie można było się za bardzo rozpędzać. Za dużo zakrętów. Nieco wiatru. Zmarznięte dłonie. Jednym słowem trzeba było zachować wzmożoną ostrożność. Zjazd upraszcza się i wypłaszcza w rejonie północnego wlotu do tunelu. Tu przystanęliśmy na chwilę by zorientować, którą drogę dalej wybrać. Nieco niżej wjechaliśmy do bardzo długiej, bo liczącej 5,2 kilometra galerii w sporej części biegnącej wzdłuż wschodniego brzegu Lac de Toules. W dolnej części tego niby-tunelu powyżej 1700 metrów n.p.m. spotkaliśmy Romka wspinającego się od Orsieres. Romano bez dłuższego namysłu zawrócił i dołączył do nas. Jak sam przyznał czuł się tego dnia nie najlepiej więc uznał, że zrobione właśnie 15 kilometrów podjazdu plus finałowy do Champex-Lac (1470 m. n.p.m.) czyli 9,3 kilometra przy średniej 6,1 % w zupełności mu wystarczą. Śmiało ruszyliśmy dalej ku Bourg Saint-Pierre. Początkowo trzymałem się lepszych na zjazdach kompanów. Zjazd był łatwy technicznie i szybki, acz nie tak bardzo jak pokazuje to mój profil użytkownika na stravie. Bariery 100 km/h na pewno nie przekroczyłem. Nie wiem czy kiedykolwiek miałem śmiałość złamać 90-tkę. W okolicy Liddes pożegnałem kolegów, gdyż na końcówkę etapu miałem inne niż oni plany. Podobnie jak trzy dni wcześniej przed Sestriere postanowiłem dokonać pewnej wolty. Podjazd do Champex-Lac od strony południowej czyli z Orsieres poznałem już w czerwcu 2009 roku. Teraz dla odmiany postanowiłem się zmierzyć z trudniejszym północnym obliczem tego wzniesienia.

W tym celu po dotarciu w okolice Orsieres musiałem pozostać na drodze nr 21 by dotrzeć do Sembrancher. Tu należało skręcić w lewo ku Martigny by jadąc nadal po tej samej szosie dobić do Les Valettes. W dolinie wiał mocny przeciwny wiatr, więc aby schować się przed nim na wysokości Bovenier wybrałem równoległą boczną dróżkę. Tak dotarłem do Les Valettes wioski, w której przed czterema laty pomieszkiwałem przez tydzień wraz z Łukaszem Talagą, Andrzejem Gużem i Jarkiem Chojnackim podczas naszego alpejskiego Tour de Romandie. U podnóża finałowego podjazdu zatrzymałem się na małym parkingu by zrzucić z siebie ciuchy przydatne na zjeździe, które podczas wspinaczki mogły mnie ugotować. Zresztą sam podjazd przez Val D’Arpette zapowiadał się na taki, który potrafi nieźle rozgrzać. Muszę przyznać, że nie zawiódł tych oczekiwań. Od tej strony wspinaczka po wąskiej i krętej szosie przez łąki i las oraz wioski Bemont i Grangettes kończy się na wysokości 1498 metrów n.p.m. Całe wzniesienie liczy zaś sobie 10,2 kilometra o średnim nachyleniu 8,5 % przy max. 11 % i przewyższeniu 872 metrów. Finałową górę pokonałem w czasie 49 minut i 14 sekund czyli przy VAM 1062 m/h. Całkiem dobrym jak na końcówkę etapu, dwunasty dzień podróży i dalekie od optymalnych warunki pogodowe. W końcówce podjazdu zaczął padać mocny deszcz, więc na górę dotarłem zmęczony, przemoczony i wkrótce zziębnięty. Odczucia miałem więc skrajnie odmienne od tych z 2009 roku, gdy na południowych zboczach Champex wykańczał nas tak niemiłosierny upał, iż po dotarciu na górę zapragnąłem schłodzić nogi w jeziorze. Na szczęście do naszej bazy w Chalet du Jardin-Alpin brakowało mi już tylko  kilometra. Koledzy po południowej stronie Champex mieli nieco lepszą aurę. Ponieważ szybciej zakończyli zjazd i mieli do pokonania krótszy podjazd załapali się na deszcz, lecz zdołali umknąć przed ulewą. Na podjeździe mieli małe rodeo, gdyż musieli się przedrzeć przez żywą blokadę w postaci zmierzającego pod górę stada krów i spojrzeć bykowi prosto w oczy. Cały etap w moim wykonaniu miał 112 kilometrów i 2795 metrów przewyższenia. Pokonałem go w czasie netto 4 godzin 47 minut i 49 sekund przy średniej prędkości 23,3 km/h. Na trasie byłem zaś w sumie sześć godzin bez kilku minut.

Napisany w Route des Grandes Alpes | Możliwość komentowania 12 etap: La Salle – Champex-Lac została wyłączona

11 etap: Bonneval-sur-Arc – La Salle

Autor: admin o 2. lipca 2013

TRASA ETAPU 11 > https://www.strava.com/activities/69725162

Postój w Bonneval-sur-Arc oznaczał drugą z rzędu noc na sporej wysokości tzn. blisko 1800 metrach nad poziom morza. Nazajutrz mieliśmy opuścić Sabaudię i po raz kolejny wjechać do Italii. Niemniej tym razem już nie do Piemontu, lecz do najmniejszego z dwudziestu włoskich regionów czyli Doliny Aosty (Valle d’Aosta). Jedyna sensowna droga do tej pięknej krainy prowadzi przez przełęcze: Iseran i Petit Saint-Bernard. Tym samym już po raz piąty w trakcie tej śmiałej wyprawy byliśmy zmuszeni jednego dnia pokonać dwa dwutysięczniki. Co więcej na skutek pamiętnej śnieżnej blokady na Col de la Bonette właśnie podczas jedenastego etapu przyszło nam zdobyć naszą „Cima Coppi” czyli najwyższe wzniesienie na całej trasie. Zaraz po starcie mieliśmy bowiem sforsować wspomnianą już Col d’Iseran, przełęcz w Alpach Grackich wznoszącą się na wysokość aż 2770 m. n.p.m. Co prawda część źródeł podaje jako jej wysokość pułap 2762 lub też 2764 m. n.p.m., lecz nawet przy takim założeniu jest ona o kilka-kilkanaście metrów wyższa od włoskiej Passo dello Stelvio czy granicznej Colle dell’Agnello. To czyni z niej najwyższą naturalną przełęcz drogową w Alpach i w zasadzie całej Europie. Owszem po asfalcie na terenie Starego Kontynentu można wjechać jeszcze wyżej. Przede wszystkim na Pico de Veleta (3380 m. n.p.m.) w andaluzyjskich górach Sierra Nevada. Poza tym na lodowce Tiefenbachferner / Rettenbachferner (2829 / 2795 m. n.p.m.) powyżej tyrolskiego miasteczka Solden czy też w samej Francji na Cime de la Bonette (2802 m. n.p.m.), leżącą na granicy Alp Prowansalskich i Nadmorskich. Niemniej dwie pierwsze wspinaczki to tzw. ślepe drogi, zaś trzecia w sposób naturalny kończy się na wysokości 2715 m. n.p.m., zaś wyżej dojeżdża się wykonując dodatkową pętlę wokół wierzchołka góry.

Pomysł wybudowania szosy przez tą przełęcz narodził się już w roku 1912. Niemniej wkrótce wybuchła Wielka Wojna i za budowę tej drogi wzięto się ostatecznie dopiero w 1929 roku. W końcu 10 lipca 1937 roku Prezydent Republiki Albert Lebrun dokonał jej uroczystego otwarcia co zarazem zwieńczyło cały projekt drogowy pod dumnie brzmiącą nazwą Route des Grandes Alpes. Pierwszy dyrektor Tour de France Henri Desgrange jakby tylko na to czekał, bowiem już rok później przejazd przez Iseran wrzucił do programu „Wielkiej Pętli”. Na liczącym sobie aż 311 kilometrów etapie piętnastym z Briancon do Aix-les-Bains kolarze musieli zdobyć Iseran od południa mając już w nogach słynny Galibier. Pierwszy na szczycie był Belg Felicien Vervaecke, zaś na mecie etapu jego rodak Marcel Kint. Niemniej ich poczynania spokojnie kontrolował lider wyścigu Włoch Gino Bartali. Rok później organizatorzy TdF poszli za ciosem i podobny do zeszłorocznego, tym razem 294-kilometrowy etap z Briancon do Annecy podzieli na trzy podetapy. Drugą tercją morderczego szesnastego etapu była zaś pierwsza w dziejach Touru górska czasówka. Etap prawdy wyznaczono na trasie 64,5 kilometra z Bonneval-sur-Arc do Bourg-Saint-Maurice. Było to w zasadzie kilkanaście kilometrów podjazdu pod Iseran oraz kilkadziesiąt kilometrów zjazdów i płaskich odcinków po północnej stronie przełęczy. Próbę tą zdecydowanie wygrał późniejszy triumfator wyścigu Belg Sylvere Maes (w czasie 1h 55:41) o przeszło cztery minuty dystansując swego rodaka Edwarda Vissersa i Francuza Pierre’a Gaillen. Po II Wojnie Światowej „Jej Wysokość” Col d’Iseran powróciła na trasę Touru jeszcze pięć razy. W latach 1949, 1959 i 1963 zdobywali ją od południa: Francuz Pierre Tacca, Austriak Adolf Christian i Hiszpan Fernando Manzaneque. Natomiast w sezonach 1992 i 2007 jako pierwsi od północy meldowali się tu Włoch Claudio Chiappucci i Ukrainiec Jarosław Popowicz. W swej północnej postaci miała się jeszcze pojawić na Tourze w 1996 roku na etapie do Sestriere. Niemniej jak wiadomo pogoda w górach zmienną jest, więc w obliczu śnieżnej zawiei całą kolumnę wyścigu spakowano do samochodów i przewieziono do Le Monetier-les-Bains.

Całe szczęście my we wtorkowe przedpołudnie mieliśmy pogodę jak marzenie. Nad nami błękit nieba i pomimo sporej wysokości aż 28 stopni Celsjusza. W tak pięknych okolicznościach przyrody serca rwały się do drogi. Śniadanko w oberży, krótki spacer po wiosce, następnie pakowanie dobytku do auta i około dziesiątej byliśmy gotowi do drogi. Trzej spośród nas byli już wcześniej na Col d’Iseran. Ja i Piotr wjechaliśmy na tą przełęcz w lipcu 2005 roku. Darek zdobył ją cztery lata później, gdy z naszego postoju w Bourg-Saint-Maurice wybrałem się na południowy Roselend oraz do stacji Les Arc. Tym niemniej żaden z nas nie miał okazji do poznania południowego podjazdu pod Iseran. Jako pierwszy na szlak wyruszył Adam. Kilka minut po nim wystartowałem i ja w towarzystwie Piotra. Natomiast Darek z Romkiem dali sobie pół godziny więcej czasu. Wyjechaliśmy z wioski na drogę D902, gdzie po trzystu metrach delikatnego wstępu zaczął się ów podjazd do nieba. W sumie 13,1 kilometra o średnim nachyleniu 7,3 % i przewyższeniu 959 metrów. Na pierwszych trzech kilometrach mieliśmy jeszcze piękny widok na opuszczaną przez nas dolinę jak i samą wioskę Bonneval. Jako, że startowaliśmy z wysoka szybko zostawiliśmy za plecami ostatnie drzewka i wjechaliśmy na górskie hale. Umówiłem się z Piotrem na wspólną jazdę, więc będąc w nieco lepszej kondycji mogłem jechać z małą rezerwą. Po niespełna pięciu kilometrach minęliśmy Chapelle Saint-Barthelemy (4,8 km) i przejechaliśmy na lewy brzeg potoku Ruisseau de la Lenta. Tu powyżej 2250 metrów n.p.m. co raz szybciej zaczęło ubywać roślinności i wkrótce wspinaliśmy się już pośród skał coraz mocniej przyprószonych śniegiem zalegającym tu jeszcze od zimy. O dziwo na tak dużej wysokości ruch samochodowy był niemały i do tego nie-stricte osobowy. W obie strony jeździły też ciężarówki z materiałem budowlanym. Pełen szacunek dla umiejętności i zimnej krwi ich kierowców, którzy musieli się wymijać na tak wąskiej dróżce.

Na przełęcz wjechaliśmy w czasie 1 godziny 9 minut i 12 sekund. Odliczając niespełna trzy minuty, które spędziłem na robieniu zdjęć wyszedł mi więc czas netto 1h 16:24 i średnia prędkość 11,8 km/h. Tymczasem Adam, który na tym odcinku mocniej przycisnął wyrobił się w czasie 1 godziny i 30 sekund. Na przełęczy panowała piknikowa atmosfera. Wciąż pełnia słońca i przyjemne 19 stopni Celsjusza. Adama nie udało nam się zastać na górze. Było za to wielu turystów, którzy dostali się w to miejsce na swych rowerach, motorach czy samochodami, a nawet autobusem. W odległości kilkudziesięciu metrów od drogi stoi tu kościółek Chapelle Notre-Dame-de-Toute-Prudence. Po przeciwległej stronie szosy krótka alejka biegnie na położony nieco wyżej parking, ponad którym powiewają flagi departamentu Savoie i gminy Bonneval. Natomiast tuż przed początkiem zjazdu do Val d’Isere po lewej stronie szosy znajduje się niewielkie schronisko. W nim zaś na parterze znajduje się sklep z pamiątkami, w którym zakupiłem okolicznościowy magnes na lodówkę. Na długim bo 44-kilometrowym zjeździe do Seez chciałem sobie zrobić przynajmniej kilka foto-przystanków. Dlatego ustaliliśmy z Piotrem, że każdy z nas pokona ten odcinek solo, po czym spotkamy się ponownie na podjeździe pod Petit Saint-Bernard lub najpóźniej na samej francusko-włoskiej granicy. Tym niemniej dojazd do Seez to nie samo „szusowanie”. Odcinku zjazdu przeplatają się tu z płaskim terenem, na którym trzeba nieco popracować. Najpierw 15 kilometrów zjazdu. Technicznego na odcinku 11,2 kilometra do mostku nad Izerą (Pont Sant-Charles), potem bardziej na wprost już na prawym brzegu rzeczki. W trakcie przejazdu przez Val d’Isere już tylko delikatnie w dół przez około dwa kilometry. Ta słynna stacja narciarska była gospodarzem alpejskich Mistrzostw Świata w roku 2009, zaś siedemnaście lat wcześniej gościła uczestników Zimowej Igrzysk Olimpijskich w Albertville. W sezonie 1996 wyznaczono tu metę górskiej czasówki TdF, którą wygrał Rosjanin Jewgienij Bierzin. Kolarz Gewissu w pokonanym polu pozostawił samych asów tzn. Bjarne Riisa, Abrahama Olano, Tony Romingera, Miguela Induraina i młodziutkiego Jana Ullricha.

Za Val d’Isere trzeba było pokonać siedmiokilometrowy odcinek płaskiego terenu. Ten fragment drogi w dużej części poprowadzony jest przez ciemne i mokre tunele oraz galerie wzdłuż brzegów Lac de Chevril. Kończy się on przy tamie na północnym skraju sztucznego jeziora. Po tej zaporze można przejechać na zachodnią stronę całego akwenu i spróbować swych sił na 5-kilometrowym podjeździe do stacji narciarskiej Tignes. Stanowi ona wraz z Val d’Isere podstawową część kompleksu narciarskiego Espace Killy mogącego się pochwalić 300 kilometrami tras zjazdowych i 44 kilometrami tras biegowych. Do Tignes również zajrzała już „Wielka Pętla”. Było to w roku 2007, gdy po śmiałej akcji z przewagą blisko trzech minut nad najbliższym z rywali wygrał Duńczyk Michael Rassmussen. „Kurczak” z Rabobanku po tym etapie wyszedł na prowadzenie, lecz jak wiemy nie dowiózł żółtego trykotu do Paryża, choć na górskich odcinkach tej imprezy nie było na niego mocnych. Do Tignes nie było nam jednak po drodze. Ruszyłem więc dalej na północ aby pokonać kolejne 15 kilometrów zjazdu tym razem z finałem we wiosce Viclaire. Potem trzeba było jeszcze pokonać kolejny płaski odcinek, tym razem długości 5 kilometrów. Trudny, ze względu na mocny przeciwny wiatr wiejący w tej dolinie. Przy wjeździe do Seez spotkałem jadącego z naprzeciwka Adama, który coś do mnie zagaił, lecz nie do końca zrozumiałem co. Później okazało się, że obaj przejechaliśmy już skręt ku Col du Petit Saint-Bernard (2188 m. n.p.m.) i mój kolega szukał właśnie właściwej drogi. Tymczasem ja spodziewałem się ją znaleźć nieco niżej, najpewniej przy dużym rondzie tuż poniżej miasteczka i dopiero zjechawszy w to miejsce doszedłem do tych samych wniosków co Adam. Jako, że w końcówce zjazdu zmęczył mnie upał i przeciwny wiatr postanowiłem tu kilka minut odpocząć i przy tej okazji odchudzić nieco zawartość kieszonek w swej koszulce. Zawracając w kierunku centrum Seez w poszukiwaniu szosy D1090 zakładałem, że zacznę podjazd pod Małego Bernarda ze stratą około dziesięciu minut do Adama i dwudziestu do Piotra.

Tym niemniej profil podjazdu był moim sprzymierzeńcem. Petit-Saint-Bernard to podjazd długi, acz łagodny czyli 27,7 kilometra o średnim nachyleniu 4,6 % i przewyższeniu 1284 metrów. Najtrudniejszy kilometr (trzeci od końca) na poziomie tylko 6,5 %. Jednym słowem góra w sam raz na jazdę w stałym rytmie i na twardym przełożeniu. Na całym podjeździe niczym na L’Alpe d’Huez jest 21 wiraży. Dziewiętnaście z nich w początkowej i środkowej fazie wzniesienia przed stacją La Rosiere (19,5 km – 1836 m. n.p.m.). Na drugim i trzecim kilometrze przejeżdża się przez bliźniacze wioski Villard Dessus i Villard Dessous. Wyżej mija się hotel Belvedere (11 km – 1462 m. n.p.m.). Natomiast na wysokości Hauteville (15,3 km – 1653 m. n.p.m.) jest możliwość zjazdu w kierunku Montvalezan i powrotu do Val d’Isere, z której to opcji skorzystano na wspomnianym przeze mnie etapie TdF do Tignes. Sam zaś Petit-Saint-Bernard został wykorzystany na Tour de France czterokrotnie. Trzy razy w naszej zachodniej wersji. Dokładnie zaś w latach 1949, 1959 i 1963. Dwa razy w pakiecie z Iseran na etapach do Aosty i Saint-Vincent. Za trzecim razem na początku słynnego etapu z Val d’Isere do Chamonix podczas, którego zacięty pojedynek stoczyli Jacques Anquetil i Federico Bahamontes. Zdobywcami tej premii górskiej byli Włosi: Gino Bartali i Michele Gimondi oraz Bahamontes właśnie. Natomiast w 2009 roku na etapie do Bourg-Saint-Maurice najszybciej na tą przełęcz od wschodniej strony dotarł inny Włoch Franco Pellizotti. Z Małego Bernarda skorzystało również Giro d’Italia. Co ciekawe tak jak Tour w sezonie 1959. Miało to miejsce na 296-kilometrowym etapie z Aosty do Courmayeur przez Grand Saint-Bernard, Forclaz i Petit-Bernard czyli wiodącym po szosach trzech państw. Pierwszy na premii górskiej był tego dnia Luksemburczyk Charly Gaul, który wygrał też etap z przewagą 36 sekund nad Włochem Imerio Massignan’em. Co najważniejsze jednak „Anioł Gór” blisko 10 minut dołożył przeżywającemu ciężki kryzys Anquetilowi i w ten sposób odebrał Francuzowi różową koszulkę lidera na dzień przed zakończeniem wyścigu.

Jechałem cały czas mocno aby nadrobić jak najwięcej czasu nad kolegami i spotkać ich na przełęczy. Zastanawiałem się też czy Romek, który z Iseran zawrócił do Bonneval-sur-Arc po samochód zdąży mnie minąć na tym długim podjeździe. Jechać można było niemal cały czas na przełożeniach 34×19 i 34×17, zaś na najbardziej łagodnych odcinkach nawet wrzucić dużą tarczę czyli 50-tkę. Podczas jazdy towarzyszyła mi słoneczna pogoda, dopiero nad samą przełęczą zaczęły gromadzić się chmury. wszyscy skończyliśmy ta wspinaczkę około 14:30. Na podjeździe Adam przegonił Piotra i jako pierwszy zameldował się na kolejnej górskiej premii. Jak podejrzałem na „stravie” wjechał w czasie 1 godziny 34 minut i 43 sekund. Ja uwinąłem się w czasie netto 1 godzina 32 minuty i 13 sekund przy średniej 17,8 km/h. Do oficjalnego czasu doliczyły mi się równo dwie minuty spędzone na dwóch foto-przystankach. Pierwszym przy wjeździe do La Rosiere i drugim w samej końcówce przed pomnikiem Bernarda z Menthon. Ten urodzony nad jeziorem Annecy wędrowny kaznodzieja założył w XI wieku schronisko dla wędrowców na Col de Mons Joux znanej obecnie jako Col du Grand Saint-Bernard. Dziś jest świętym oraz patronem mieszkańców Alp i alpinistów, zaś jego imię nosi kilka alpejskich przełęczy w tym aż trzy dwutysięczniki. Na wysokości Hospice Petit Saint-Bernard byłem już prawie na kole Piotra, który zbliżał się właśnie do przełęczy. Od schroniska do granicy przy megalitycznym kamieniu Le Cromlec’h trzeba było przejechać jeszcze 1200 metrów. My zatrzymaliśmy się nieco wcześniej bo przy stojącym po prawej stronie drogi Bar de Lancebranlette. Ledwie zdołaliśmy się rozsiąść przy stolikach tej jadłodajni a dojechał do nas Romek. Naszego „dyrektora” w barwach grupy Mróz-Action namówiłem na to by po dojechaniu do bazy w La Salle wskoczył na rower i wyjechał nam naprzeciw. Tym sposobem do pokonanego przed południem Iseran mógł dorzucić bardzo trudny podjazd pod Colle San Carlo od północnej strony.

Tymczasem Dario, który z Iseran zjeżdżał z licznymi przystankami przez około półtorej godziny dopiero kończył swój blisko godzinny przystanek w Seez. Załamanie pogody złapało go już w pierwszej połowie podjazdu. Temperatura szybko spadła z 30 do 14 stopni. Aby cieplej się ubrać Darek zrobił sobie dwa w sumie piętnastominutowe przystanki. Niemniej na siedemnastym kilometrze lało już tak mocno, iż przed deszczem musiał się schować w lesie i pod drzewami przeczekać najgorsze. Tu na wysokości około 1600 metrów n.p.m. spędził kolejne dwadzieścia minut. Góra ogólnie nie przypadła mu do gustu. Dario woli kręcić na miękkim przełożeniu, w wysokim rytmie co niekiedy daje dobre efekty na stromych podjazdach. Ta szkoła nie mogła się jednak sprawdzić na Petit Saint-Bernard i jak sam przyznał ten podjazd dłużył mu się niemiłosiernie. Dodatkowo za sprawą kiepskiej aury na pokonanie Małego Bernarda potrzebował niemal trzech godzin, choć na rowerze spędził w tym czasie 2 godziny i 15 minut. Włoski podjazd na Piccolo San Bernardo jest nieco krótszy, lecz odrobinę bardziej solidny niż jego francuskie odbicie. Droga z Pre Saint-Didier liczy sobie 22,9 kilometra przy średniej 5,2 % i przewyższeniu 1180 metrów. Niemniej w myśl zasady, że żadna góra nam nie straszna na deser przyszykowałem dla nas jeszcze podjazd pod San Carlo od strony La Thuile. Tym samym nasz zjazd ograniczyć się miał do 13 kilometrów. Znając tą stronę góry z lipca 2010 roku chciałem na niej zrobić kilka zdjęć m.in. przy Ristorante Lo Riondet i wiosce Le Serrand. Dlatego nie próbowałem utrzymać kontaktu z Piotrem i Adamem. W paru miejscach trzeba było bardziej uważać, gdyż trwały tam właśnie roboty drogowe w wyniku, których szosa nie tylko była zwężana, lecz zamieniała się w podstępną dla naszych opon kamienistą tarkę. Po dotarciu do La Thuile zatrzymałem się na „tankowanie” w barze dla cyklistów.

Południowe San Carlo to nie taki potwór jak jego północny większy brat, który ma 10,5 kilometra przy średniej 9,8 %. Po tej stronie przełęczy licząc od La Thuile podjazd ma tylko 7 kilometrów przy średnim nachyleniu 7,1 %. Niemniej składa się on z dwóch diametralnie różnych odcinków. Pierwszy łagodny liczy sobie 2,8 kilometra przy mizernej średniej 3,6 %. Drugi o połowę dłuższy czyli 4,2 kilometra za osadą Preillon ma średnio 9,5 % przy max. aż 15 %. Przełęcz ta dwukrotnie pojawiła się na Giro d’Italia. Po raz pierwszy w 1973 roku na etapie z Genewy do Aosty. To Giro zaczęło się prologiem w belgijskim Verviers i w następnych dniach odwiedziło jeszcze Kolonię, Luksemburg i Strasburg by wjechać do Italii tunelem pod Mont Blanc dopiero piątego dnia wyścigu. Na przełęcz św. Karola wspinano się wówczas od strony północno-zachodniej czyli z wykorzystaniem 10-kilometrowego odcinka między Pre Saint-Didier a La Thuile czyli dolnej części podjazdu na Piccolo San Bernardo. Na premii górskiej pierwszy był Juan Manuel Fuente, lecz na mecie w Aoście tak on, jak też Włoch Giovanni Battaglin i drugi Hiszpan Gonzalo Aja musieli uznać wyższość Eddiego Merckxa, który w tej imprezie prowadził od startu do mety przez całe trzy tygodnie. Z kolei podczas Giro z 2006 roku metę etapu ze startem w Alessandrii wyznaczono w La Thuile i kolarze musieli się zmierzyć z północnym San Carlo. Jako pierwszy na przełęcz wjechał Leonardo Piepoli tuż przed Ivanem Basso, obaj w czasie 34:55. Ponieważ było zimno i mocno padało Basso będący zdecydowanym liderem tego wyścigu nie ryzykował na zjeździe i Leo wygrał ten odcinek z przewagą 44 sekund nad Ivanem. Tymczasem ja stoczyłem kolejny zacięty, acz „korespondencyjny” pojedynek z Adamem. Mój kolega pokonał ten podjazd w czasie 28 minut i 22 sekund. Natomiast ja teoretycznie w czasie 29 minut, lecz odliczając kilkadziesiąt sekund straconych na zdjęcie kurtki przed stromizną wspinałem się przez 28 minut i 18 sekund przy średniej prędkości 12,9 km/h. Jednym słowem etap jedenasty wytrzymaliśmy w bardzo podobnej kondycji.

Na zjeździe około trzy kilometry przed Morgex spotkałem wspinającego się od północnej strony Romka. W tym momencie jeszcze nie padało, lecz w drugiej części wspinaczki Romano nie miał tyle szczęście i na przełęcz dotarł już w strugach deszczu. Po zjechaniu w dolinę musiałem śladami Piotra i Adama pokonać 1800 metrów po głównej drodze SS26 i na pierwszym rondzie odbić w lewo ku La Salle. Tu czekało mnie jeszcze 1600 metrów podjazdu do B&B „Il Portico” przy Via Innocenzio 51. W sumie 130 metrów dodatkowego przewyższenia. Taka hopka na dobicie, będąca faktycznie pierwszym fragmentem 11-kilometrowego podjazdu do Planaval (1762 m. n.p.m.). Etap ten liczył sobie 124,2 kilometra oraz 2940 metrów przewyższenia. Ów dystans przejechałem w czasie netto 5 godzin 31 minut i 20 sekund ze średnią prędkością 22,5 km/h. W trasie byłem przez blisko niemal siedem godzin. Pod dachem „Il Portico” zastaliśmy bardzo dobre warunki lokalowe czyli dwa przestronne pokoje i elegancką łazienkę. Naszym gospodarzem była Ewa pochodząca z Krakowa, która dla strudzonych i spragnionych wędrowców przyszykowała na powitanie kilka kartonów „życiodajnego” soku Bravo. Gdy nieco odsapnęliśmy, po przyjeździe Romka, późnym popołudniem podjechaliśmy samochodem na zakupy do Morgex. Natomiast wieczorem dzięki uprzejmości naszej rodaczki wypraliśmy nasze brudne kolarskie ciuchy robiąc sobie jakże cenny zapas czystej odzieży na ostatniej trzy dni wyprawy. Dario dotarł do „Il Portico” tym razem jeszcze za dnia, acz dopiero na kwadrans przed 21-wszą. Tym niemniej trudy podróży powetowała mu wyśmienita kolacja w pobliskiej restauracji. Według Darka zaserwowana mu „piemontina” w kategorii „najlepsza pizza na kolarskim szlaku” zdetronizowała liderujące dotąd ex-aequo potrawy z Zell Am See oraz Bregencji.

Napisany w Route des Grandes Alpes | Możliwość komentowania 11 etap: Bonneval-sur-Arc – La Salle została wyłączona

10 etap: Sestriere – Bonneval-sur-Arc

Autor: admin o 1. lipca 2013

TRASA ETAPU 10 > https://www.strava.com/activities/69725186

Po skrajnie trudnym odcinku dziewiątym czekał nas znacznie łatwiejszy etap dziesiąty do Bonneval-sur-Arc u podnóża Col de l’Iseran, najwyższej z francuskich przełęczy drogowych. Po sześciu dniach wracaliśmy do Sabaudii. Na trasie musieliśmy pokonać przeszło 25-kilometrowy podjazd na przełęcz Mont Cenis. Niemniej otwartym pozostawało pytanie w jaki sposób dojedziemy do Susy miasteczka, w którym zacząć miała się ta największa wspinaczka. Owszem można było po prostu zjechać do Cesana Torinese, po czym pokonać już łagodniejszy, lecz wciąż wiodący w dół odcinek przez Val di Susa. Niemniej wówczas mielibyśmy do pokonania tylko jeden konkretny podjazd co znacznie odbiegałoby od wysokich standardów jakie zwykliśmy sobie wyznaczać na każdy dzień tej górskiej przygody. Ambitny wczesny plan zakładał przeto przejazd przez sławną, acz znaną tylko z dwóch występów na Grio d’Italia przełęcz Colle delle Finestre (2176 metrów n.p.m.). Wystarczyłoby ruszyć od razu na wschód i po niespełna 17 kilometrach zjechać z drogi krajowej SS23 w kierunku północnym. Tu moglibyśmy zacząć podjazd pod Finestre od przeciwnej strony, niż czynili to w roku 2005 i 2011 kolarze jadący w Giro. Niestety na tym właśnie polegał nasz problem. O ile południowa strona Finestre jest w całości pokryta asfaltem, o tyle trudniejsza północna, która nam służyć by miała za zjazd jest na górnych ośmiu kilometrach szutrowa. Zgodnie uznaliśmy, iż o ile wspinaczka po tak sypkiej nawierzchni byłaby ciekawym wyzwaniem i kłopotem możliwym do przełknięcia o tyle zjazd po tak niepewnym gruncie stanowiłby zbyt wiele ryzyko dla naszego zdrowia i sprzętu.

Znacznie rozsądniejszym wyjściem było rozpoczęcie tego etapu od zjazdu do Cesana Torinese. Niemniej śmiałkowie żądni pewnej dawki szutru mogli się przeprawić do Oulx przez Col de Basset (2424 m. n.p.m.), przełęcz leżącą na słynnej wysokogórskiej drodze gruntowej Strada dell’Assietta. Ja czułem się o poranku niewiele lepiej niż poprzedniego dnia wieczorem. W nocy prawie nie spałem, więc trudno powiedzieć bym choć częściowo mógł się zregenerować. Na dodatek zaczęło mnie boleć prawe kolano. Miałem prawo zacząć się martwić o to jakim cudem przetrwałem kolejne circa 120 kilometrów po alpejskich drogach. Dlatego bez żalu odpuściłem sobie wypad na przełęcz Basset. Naszymi reprezentantami na tym dzikim szlaku mieli zostać Adam i Darek. Z kolei Piotrek, który jako pierwszy ruszył na trasę sprzed boiska wypełnionego juniorskim narybkiem Juventusu Turyn uznał, że tego dnia przejedzie tylko to co absolutnie konieczne. Ja na starcie tego etapu czyli około południa czułem się tak padnięty, iż nawet na 11-kilometrowym zjeździe stanowiącym skądinąd przyjemny wstęp nie miałem siły kręcić. Po prostu sturlałem się do Cesana Torinese w tempie 40-45 km/h zastanawiając się co będzie później, gdy trzeba już będzie trochę pokręcić nogami. W tym samym kierunku, acz samochodem udał się Romek. Nasz dyrektor sportowy chciał tego dnia pokonać dwa spore wzniesienia. Na dobry początek Sestriere tym samym szlakiem, który dzień wcześniej przebyli Piotr, Adam i Darek. Następnie zaś już po dojechaniu do bazy w Bonneval-sur-Arc miał zamiar dokręcić kilkadziesiąt górskich kilometrów po francuskiej stronie granicy.

Tymczasem ja dojechawszy do Cesana Torinese miałem jeszcze około dwadzieścia minut na zastanowienie czy zmierzam do Susy najłatwiejszym ze szlaków wybranym przez Piotra czy też może na przekór własnej kondycji fizycznej utrudniam sobie to zadanie na wysokości Oulx. W miasteczku tym zaczyna się ledwie 5-kilometrowy, acz dość stromy podjazd do stacji narciarskiej Sauze d’Oulx (1505 m. n.p.m.), który na Giro wypróbowano w 1986 roku. Na czternastym etapie triumfował wówczas Irlandczyk Martin Earley o 20-30 sekund wyprzedzając swych dwóch towarzyszy z ucieczki oraz doborowe grono możnych tego wyścigu z liderem Roberto Visentinim na czele. Stwierdziłem, że muszę dotrzeć przynajmniej do tego kurortu, choć wiedziałem iż asfalt kończy się dopiero na wysokości 1865 metrów n.p.m. Instytucie Zootechnicznym położonym powyżej osady Bonafous. W normalnych warunkach spróbowałbym pewnie dotrzeć jeszcze wyżej. Jeśli nie na samą Col de Basset to przynajmniej do osady Sportinia leżącej na wysokości 2137 metrów n.p.m. Zrealizowałem swój plan minimum zjechawszy z szosy SS24 tuż przed Oulx i zaczynając ów podjazd na poziomie około 1110 m. n.p.m. Niemal na samym początku trzeba było przejechać przez czterystumetrowy tunel św. Marka. Kilometr dalej dojechałem do osady San Marco (1,6 km). Ponieważ wspinaczka była solidna chcąc oszczędzać bolące kolano pedałowałem na swych najluźniejszych przełożeniach 34×24 i 34×28. Przejechawszy 4,3 kilometra odbiłem z drogi SP214 w ulicę via Assietta, na której wkrótce spotkałem Adama zjeżdżającego już z Col de Basset. Ostatecznie poprzez Via Triplex przebywszy 5,3 kilometra o średnim nachyleniu 8,1 % dojechałem do miejsca, które uznałem za swego rodzaju centrum Sauze d’Oulx kończąc tą wspinaczkę na poziomie około 1540 m. n.p.m.

Po chwili dojechałem do mnie Adam, który zobaczywszy mnie z naprzeciwka wykonał w tył zwrot i dołączył do mnie w miejscu mojego postoju z widokiem na pierwsze metry bardzo groźnie wyglądającej szosy SP236. Uczciwie przyznam, że widok tej węższej i jeszcze bardziej stromej asfaltowej ścieżki skutecznie odwiódł mnie od dalszej. Zmaganie się ze stromiznami typu 10-12 % i więcej mogłoby się dla mnie źle skończyć, a przecież z tego miejsca do mety miałem jeszcze do pokonania około 90 kilometrów. Postanowiliśmy chwilę pozwiedzać Sauze d’Oulx. Zjechaliśmy do drogi SP214, po czym pokonaliśmy siedmiusetmetrowy odcinek w górę Via Monfol kończąc go w okolicy kina Sayonara. Podczas naszego kilkunastominutowego postoju w centrum nawiązaliśmy kontakt telefoniczny z Darkiem. Nasz ironman błąkał się gdzieś wysoko po szutrowych bezdrożach. Z informacji jakie przekazywał Adamowi, których wszak przybył właśnie z tych stron nie wynikało by zdołał już dotrzeć na Col de Basset. Okazało się, że niechcący wsadziłem swego kolegę na niezłą minę. Adam prawidłowo odrobił zadanie domowe z kartografii i z naszego lokum ruszył w kierunku północno-wschodnim. Ja nie planując wypadu na Basset nie przyjrzałem się na planie miasta, którędy trzeba z niego wyjechać by dotrzeć na tą przełęcz. W dobrej wierze zasugerowałem Darkowi jedyną znaną sobie asfaltową uliczkę wiodącą w górę na północny-zachód. Dario w zaufaniu do mych zdolności nawigacyjnych śmiało nią podążył. Tym sposobem po przejechaniu i przejściu (ze względu na niezdatną do jazdy jakość części tej drogi) 6,1 kilometra o średnim nachyleniu 7,1 % dotarł do około 13:00 Rifugio Martin na wysokość 2485 metrów n.p.m. Za ciosem poszedł nawet kilkadziesiąt kilometrów wyżej w kierunku Monte Fraiteve (2701 m. n.p.m.), ale nigdzie nie znalazł drogowskazów na Col de Basset. Dlatego też zawrócił i jak sam ironicznie przyznał „o 15:00 byłem z powrotem na starcie w Sestriere, a zjadłem już wszystkie bułeczki”. Na szczęście za drugim razem znalazł właściwy szlak przebyty trzy godziny wcześniej przez Adama, dzięki czemu poprzez Basset (5,1 km przy średniej 8,2 %), Sportinię, Bonafous i Sauze d’Oulx dotarł w końcu do Oulx około 17:00.

Nie wiem jak o tej porze, ale gdy parę godzin wcześniej wraz z Adamem przemierzałem 24-kilometrowy odcinek w dół Val di Susa jazda wcale nie był atak łatwa i przyjemna jak sugeruje to profil tego terenu. Już na samym wstępie obolałe ścięgna w mym kolanie nadwrężył przydługi odcinek bruku i chodnika przy przejeździe przez centrum Oulx. W zasadzie przez cały ten dystans mocno dawał nam się we znaki porywisty i generalnie przeciwny wiatr. Poza tym nie cały ten odcinek prowadził w dół. Po drodze trzeba było też pokonać półtorakilometrowy hopek w okolicy Deveys o średnim nachyleniu 7,1 %. Ponieważ kolano nadal mnie bolało zrezygnowałem z twardych przełożeń. Adam choć mógłby jechać szybciej w geście solidarności zdecydował się asekurować mej Via Dolorosa. W okolicy Exilles minęliśmy imponujących rozmiarów fort będący obok tych z Fenestrelle i Vinadio największym na terenie Piemontu. Co ciekawe początki militarnego budownictwa w tym miejscu aż VII wieku. Dalej przemknęliśmy przez Chiomonte i Mollare, na czym skończyło się męczące „falsopiano” i cały ów odcinek zakończył szybki 4-kilometrowy zjazd do Susy. Zjechaliśmy z drogi krajowej SS24 i ulicami Via Montegrappa i Via XX Settembre dotarliśmy do centrum tego miasta. Tu na niemal pół godziny zatrzymaliśmy przed restauracją tłumnie obleganą przez turystów, w tym cyklistów z różnych stron świata. W tym gwarnym miejscu nieopodal mostu nad rzeką Dora Riparia wyznaczyliśmy sobie strefę bufetu. Kawka i ciasteczko plus cola miały nas wzmocnić przed głównym tego dnia wyzwaniem. Po drugiej stronie rzeki czekał nas bowiem jeden z najdłuższych i największych podjazdów całej wyprawy czyli „Góra Popiołów” – Col du Mont-Cenis (2094 m. n.p.m.). Jedyny dwutysięcznik na naszym szlaku, o który dotychczas nie udało mi się zahaczyć.

Przełęcz ta wyznacza granicę między Alpami Kotyjskimi (na południu) i Grackimi (na północy). Już w średniowieczu szły tędy pielgrzymki do Rzymu, bowiem odcinek miedzy Lanslebourg i Susą leżał na szlaku Via Francigena. Pierwszą droga z prawdziwego zdarzenia powstała tu w latach 1803-1810 z inspiracji Napoleona Bonaparte. Szła tedy nawet linia kolejowa, rozebrana po tym jak w 1871 roku wykuto nieopodal tunel Frejus. Kiedyś była na przejściem granicznym, jednak od czasu Traktatu Paryskiego z roku 1947 leży już wyłącznie na terenie Francji, choć jadąc od południa pierwsze 18 kilometrów i ponad 1200 metrów przewyższenia wiedzie jeszcze przez terytorium Włoch. Południowy podjazd pod Mont Cenis (wł. Moncenisio) liczy sobie 25,4 kilometra przy średnim nachyleniu 6,3 % i max. 11 %. Co daje przewyższenie niemal 1600 metrów! Na Tour de France przełęcz tą wykorzystano dotychczas pięciokrotnie. Po raz pierwszy w sezonie 1949 na etapie z Briancon do Aosty wygranym przez Fausto Coppiego. Tego dnia „Campionissimo” po raz pierwszy założył żółtą koszulkę lidera. Tym niemniej zanim do głosu doszli faworyci na drugiej tego dnia premii gorskiej jako pierwszy zameldował się mało znany Francuz Pierre Tacca. Siedem lat potniej przełęcz ponownie zdobywano od południa i tym razem pierwszy doleciał tu „Orzeł z Toledo” czyli Federico Bahamontes. W roku 1961 po raz pierwszy jechano od północy gdy na etapie z Grenoble do Turynu uciekali Francuzi: Guy Ignolin i Manuel Busto. Ten pierwszy wygrał etap, zaś drugi premię górską. Północne Mont Cenis powróciło jeszcze na Tour w 1992 roku na słynnym maratonie z Saint-Gervais do Sestriere wygranym w cuglach przez Claudio Chiappucciego. „Il Diablo” wygrał wówczas wszystkie premie górskie na trasie. W końcu zaś w sezonie 1999 na odcinku z Sestriere do L’Alpe d’Huez od południowej strony najszybciej wjechał tu Rosjanin Dmitrij Konyszew. O dziwo Giro d’Italia wykorzystało tą przełęcz po raz pierwszy dopiero w 2013 roku. Niemniej od razu z obu stron tzn. od południa na etapie piętnastym do Col du Galibier i od północy na etapie szesnastym do Ivrei. Na premiach zwyciężali: Stefano Pirazzi i Wenezuelczyk Jackson Rodriguez.

Po przejechaniu na północny brzeg rzeki szybko znaleźliśmy się na drodze krajowej SS25, która w tym okolicach zmienia swe miejskie nazwy jak dama rękawiczki. Najpierw zowie się Corso Stati Uniti, w samym centrum miasta przybiera szyld Corso Inghilterra by w raz początkiem podjazdu na Mont Cenis przybrać wiele mówiący tytuł Corso Francia. Jakkolwiek sam pojazd nie jest szczególnie stromy to jego pierwsze sześć kilometrów jest dość wymagające. Normalnie na takim odcinku używałbym przełożenia 34×21. Ponieważ nadal bolało mnie kolano wrzuciłem tryb 24, a potem 28. Jechaliśmy więc luźno i tym samym wolno jak nasze co prawda niewygórowane, lecz chyba mimo wszystko ponadprzeciętne możliwości. Ból w kolanie stawał się szczególnie dokuczliwy w chwilach gdy co kilkaset metrów próbowałem wstawać w pedałach by dać odpocząć plecom. Każda próba podkręcenia tempa kończyła się dla mnie kłującym ostrzeżeniem. W tym czasie po przejechaniu 1,4 kilometra minęliśmy zjazd ku wiosce Novalesa i chwilę później wjazd na autostradę A32. Pod ta drogą szybkiego ruchu mieliśmy następnie parokrotnie przejechać na czwartym i piątym kilometrze w okolicy Giaglione. Po dziesięciu kilometrach zatrzymaliśmy się na chwilę by odebrać telefon. Dzwonił Piotr informując nas iż jest już na mecie. Pietro może i wybrał najkrótszą z tras, acz prawdę mówiąc bodaj tylko ze 12-kilometrów krótszą od mojej wersji, lecz uwinął się z nią nad wyraz sprawnie. Wystartował znacznie szybciej od pozostałych członków ekipy i na ile go znam prawie nie stawał po drodze. Tym sposobem do Bonneval-sur-Arc dotarł przed 16:00 uprzedzając nawet podróżującego samochodem Romka. Dojechawszy tak szybko do bazy Piotrek miał czas by wybrać się na zakupy do miasta. Taki plan odpowiadał Romkowi, który przekazał stery mojej Kia swemu krajanowi z Mazowsza i dał się podwieźć do Lanslevillard. Tym samym Romano zdobył Mont Cenis od północnej strony przeszło godzinę przed nami, a następnie wrócił do Bonneval wspólnym dla wszystkich szlakiem przez Petit Col de la Madeleine (1746 m. n.p.m.).

Tymczasem ja z Adamem minęliśmy po przejechaniu 11,8 kilometra zjazd ku wiosce Moncenisio i dokładnie dwa kilometry dalej zatrzymaliśmy się by zaczerpnąć wody z fontanny na zakręcie w osadzie Bar Cenisio. Nie wiem czy woda ta miała cudowne właściwości lecznicze, ale właśnie w połowie podjazdu ból w kolanie ni stąd ni zowąd zniknął. Na Górze Popiołów odrodziłem się niczym mityczny Feniks. Znów mogłem jechać swoje tzn. w stylu mi wygodnym i na tyle szybko na ile mnie jeszcze było stać. Przejechawszy 17 kilometrów wjechaliśmy na teren Francji o czym w tych spokojnych czasach informują tylko tablice drogowe. Posterunki graniczne opuszczono przed dwoma dekadami, zaś przygraniczne forty wyludniły się jeszcze wcześniej. Już po francuskiej stronie granicy znaleźliśmy się na płaskim jak stół odcinku drogi przy Pas de Paradis. Na blisko kilometrowej długości prostej z oddali widać było piętrzące się przed nami kolejne serpentyny. Mylnie zakładałem, że po przebyciu tych kilku wiraży będziemy już na wysokości sztucznego Lac du Mont Cenis. Tymczasem po przebyciu dwudziestu kilometrów byliśmy dopiero w La Grande Croix na poziomie 1870 metrów n.p.m. Do przełęczy brakowało jeszcze ponad pięciu kilometrów, lecz już przy bardzo umiarkowanym nachyleniu. Przydrożne tablice informowały nas, iż znaleźliśmy się w krainie sera Beaufort. W końcu na wysokości 2094 metrów n.p.m. ta długa wspinaczka skończyła się w Le Fontainettes. Wjazd nieśpieszny za sprawą mych wcześniejszych kłopotów z kolanem zajął nam blisko dwie godziny (1h 52:27) przy średniej prędkości 13,5 km/h. Rozpoczął się teraz około pięciokilometrowy odcinek na płaskowyżu. Mieliśmy już w nogach ponad 85 kilometrów, więc zdecydowaliśmy się stanąć w przydrożnym barze z widokiem na jezioro i charakterystyczny kościółek-piramidę, wybudowany w roku 1968 dla upamiętnienia egipskich podbojów Napoleona. Posiliwszy się ruszyliśmy w dalszą drogę ku miejscu gdzie oficjalnie znajduje się przełęcz. Zatrzymaliśmy się raz jeszcze przy tablicy z widokiem na Chapelle Saint-Pierre. Niemniej tym razem na krótko, bowiem nad płaskowyżem zbierały się chmury i na wszelki wypadek warto było szybko zjechać na niższy pułap do doliny Maurienne.

Zjazd na północ drogą D1006 liczy sobie 9,9 kilometra o średnim nachyleniu 6,9 % i kończy się w Lanslebourg na wysokości 1399 metrów n.p.m. Tym niemniej można również pominąć dwa ostatnie kilometry i odbiwszy w prawo po przejechaniu 9,3 kilometra o średniej 6,5 % dotrzeć do Lanslevillard na wysokości 1474 m. n.p.m. Ten wariant drogi wykorzystał Romek przy forsowaniu północnego Mont Cenis. Skorzystaliśmy z niego i my skracając sobie drogę do mety o trzy kilometry. Zjechawszy do Lanslevillard niemal od razu rozpoczęliśmy kolejny podjazd. Na skromny deser pozostała nam bowiem wspinaczka trzeciej kategorii pod tzw. małą Magdalenkę. Wspinaczka krótka o długości 4,2 kilometra przy średniej 6,5 %, lecz na pierwszych dwóch kilometrach wymagająca. Dodatkowo przy wyjeździe z miasteczka trzeba było uważać na grząską nawierzchnię czyli małe kamyczki wysypane na szosę w ramach jakiegoś remontu. Cały ów podjazd zajął nam niespełna dwadzieścia minut. Z niego do bazy zostało już tylko 13 kilometrów, w większości wiodących po kolejnym „altopiano” czyli płaskim terenie. Na ostatnim odcinku przejechaliśmy przez Bessans mekkę narciarstwa biegowego. Wioskę liczącą sobie około 350 mieszkańców, w której zanotowano niegdyś europejski rekord opadów śniegu czyli 1720 mm w ciągu 19 godzin! W końcu kilka minut po dziewiętnastej dotarliśmy do Bonneval-sur-Arc zroszeni w samej końcówce kilkoma kroplami nieśmiałego deszczu. Nasza meta nr 10 okazała się uroczą wioską pełną starych domów z kamienia. Naszą przystanią była Auberge d’Oul. Sypialnia z trzema piętrowymi łóżkami była jeszcze mniejsza niż ta w Beaume po trzecim etapie. Łazienka i toaleta również w dość spartańskich warunkach. Niemniej miejsce miało swój miły klimat, a poza tym jak przystało na oberżę do jadalni mieliśmy ledwie kilka kroków przez korytarz. Do późna czekaliśmy na przyjazd Darka, który dotarł do mety o 22:30. W sumie przejechał tego dnia 122,6 kilometra. Dla porównania szlak Piotra liczył sobie 101 kilometrów. Adam był na trasie o długości 105 kilometrów. Natomiast ja pokonałem w sumie 117,3 kilometra o łącznym przewyższeniu 2742 metrów w czasie netto 5 godzin 11 minut i 44 sekund przy średniej prędkości 22,7 km/h.

Napisany w Route des Grandes Alpes | Możliwość komentowania 10 etap: Sestriere – Bonneval-sur-Arc została wyłączona

9 etap: Borgata Villar – Sestriere

Autor: admin o 30. czerwca 2013

TRASA ETAPU 9 > https://www.strava.com/activities/69725249

Po ciężkim nie tylko ze względu na ciężkie podjazdy, ale przede wszystkim warunki drogowe ósmym etapie przyszedł czas na odcinek dziewiąty, który w teorii wyglądał na królewski. Podobnie jak etap siódmy miał on mieć trans-graniczny charakter, przy czym tym razem granicę między Italią a Francją przekroczyć mieliśmy dwukrotnie. Po starcie we Włoszech trzeba było przejechać około 60 % całego odcinka na ziemi francuskiej, po czym wrócić na „terra italiana” już po przejechaniu trzeciej przełęczy, Początkowo przewidywałem metę tego etapu w Cesana Torinese, lecz przy szukaniu dla nas noclegu okazało się, iż znacznie łatwiej znaleźć lokum w górskiej stacji Sestriere. W ten sposób wydłużyłem ów odcinek o ponad 10 kilometrów i lekką ręką dodałem do naszego programu blisko 700 metrów przewyższenia. Tymczasem nawet bez owej finałowej wspinaczki ów etap po Alpach Kotyjskich z łącznym przewyższeniem około 3500 metrów i przejazdem przez przełęcze: Agnello (2748 m. n.p.m.), Izoard (2361 m. n.p.m.) oraz Montgenevre (1854 m. n.p.m.) zaliczałby się do grona tych bardziej wymagających na całym naszym szlaku. Wrzucając do naszego menu dodatkowe wzniesienie stworzyłem potwora, który dał nam dawkę wspinaczek godną ciężkiego „granfondo”. Całe szczęście, że dwie najtrudniejsze przeszkody na niedzielnej trasie mieliśmy pokonać w pierwszej połowie tego ekstremalnego etapu. W zasadzie każdy z czterech podjazdów zdążyłem już poznać podczas swych wcześniejszych wypraw, więc zdawałem sobie sprawę ile sił będzie nas kosztować samo dotarcie do Briancon. Pozostało mieć nadzieję, że zostanie nam po tym jeszcze trochę mocy na wyjechanie z Francji i dobicie do Sestriere.

Darek przy asyście Adama zdołał się uporać ze swym sprzętowym problemem ostatecznie wymieniając piastę w tylnym kole swego roweru. Piotr na trasę ruszył jako pierwszy. Darek zanim, po czym około 10:30 przyszła pora na mnie i Adama. Romek stwierdził, że tego dnia podjedzie przede wszystkim legendarny czyli południowy Izoard oraz jeśli starczy czasu finałowy podjazd do Sestriere. Po krótki zjeździe do drogi SP105 ruszyliśmy w górę Valle Varaita. Przez pierwsze osiem kilometrów do Casteldelfino mieliśmy do pokonania ledwie 260 metrów przewyższenia. Był to więc jedynie delikatny wstęp do prawdziwej wspinaczki. Kilkaset metrów za tą miejscowością na wirażu należało skręcić w prawo, by opuścić dolinę Varaita i pojechać na północ w kierunku przełęczy Anielskiej. Gdybyśmy zjechali w lewo i pojechali dalej na zachód nasza przejażdżka skończyłaby się w Sant’Anna di Bellino (1842 m. n.p.m.) u kresu wspomnianej doliny. Tamże zakończył się siedemnasty etap Giro d’Italia z 1993 roku wygrany przez Marco Saligariego. W okolicy Casteldelfino, gdzie wraz z Piotrem zaczynałem pięć lat wcześniej swe pierwsze spotkanie z Colle dell’Agnello złapaliśmy Darka. Przez moment zwolniliśmy starając się wyczuć czy Dario będzie tego dnia jechać naszym tempem, choćby tylko w pierwszej, łatwiejszej fazie tego podjazdu. Cały podjazd od Villar miał mieć 29,5 kilometra o średnim nachyleniu 5,8 % czyli przy przewyższeniu 1714 metrów. Niemniej zdecydowanie najtrudniejsze są ostatnie 9,5 kilometra za wioską Chianale. Tym niemniej Dario dał nam znać, że nie czuje się najlepiej, więc uznaliśmy że pojedziemy swoje i najwyżej poczekamy na samej przełęczy lub już po francuskiej stronie Agnello w dolinie Queyras. Warto przy tej okazji wspomnieć, iż Colle dell’Agnello jest najwyższą graniczną przełęczą drogową pomiędzy Włochami a Francją. O blisko czterysta metrów przerasta ona drugą pod tym względem Colle della Lombarda.

Na wyścigu Giro d’Italia pojawiła się dotąd trzykrotnie, za każdym razem w swej południowej czyli włoskiej opcji. Po raz pierwszy w 1994 na etapie do Les Deux Alpes. Co ciekawe ojcem chrzestnym tego morderczego podjazdu został nie żaden wybitny góral, lecz wszechstronny sprinter Stefano Zanini. Następnie w latach 2000 i 2007 na etapach do Briancon jako pierwsi linię górskiej premii przekraczali tu Kolumbijczyk Chepe Gonzalez i mało znany Francuz Yoann Le Boulanger. Na swój debiut w Tour de France przełęcz ta czekała kilkanaście lat dłużej, ale za to szybko odkryła przed uczestnikami tej imprezy obie swe strony. Najpierw w 2008 roku na etapie do piemonckiego Pratonevoso jechano od północy i najszybszy był Bask Egoi Martinez. Natomiast trzy lata później na etapie do Col du Galibier, pamiętnym ze śmiałego ataku Andy Schlecka, pierwszy od południa wspiął się tu Kazach Maksim Igliński. Po pokonaniu trzech dość wymagających kilometrów dotarliśmy do sztucznego jeziora czyli Lago di Castello. Tuż za nim znajduje się miejscowość Pontechianale, w której zakończono skrócony przez lawinę etap Giro z roku 1995. Za nią jeszcze jeden trudniejszy kilometr już po drodze SP251. Następnie cztery łatwe kilometry pozwalające złapać głębszy oddech przed finałem, który stanowi o trudności tego olbrzyma. Ostatnie 9,5 kilometra tej wspinaczki ma ni mniej ni więcej 910 metrów przewyższenia. Oznacza to średnie nachylenie 9,6 %, zaś maksymalna stromizna wynosi tu aż 15,5 %. To na tym odcinku w czerwcu 2008 roku kleiłem się wraz z Piotrkiem do świeżego asfaltu wykładanego tuż przed wizytą „Wielkiej Pętli”. Nie jeden cały kilometr wznosi się tu przy średniej powyżej 10 %. Tym bardziej przyjemnym dla mnie prognostykiem był fakt, iż bez problemów byłem w stanie przejechać go w tempie swego znacznie lżejszego kolegi. Pokonanie 20,6 kilometra od Casteldelfino zajęło nam przeszło półtorej godziny, dokładnie zaś 1h 37:30 przy prędkości 12,6 km/h.

Przełęcz ta jest numerem pięć pośród najwyższych podjazdów kolarskiej Europy. Nieco wyżej kolarze wjeżdżali jedynie podczas zdobywania: Bonette, Iseran, Stelvio w trakcie Touru lub Giro oraz Kaunertaler Gletcherstrasse podczas Osterreich Rundfahrt (wyścigu Dookoła Austrii). Co ciekawe po raz pierwszy przetestowano ją nie na Wielkich Tourach, lecz podczas etapu Tour de l’Avenir z Sampeyre do Embrun / Les Orres wygranego przez Szweda Tommy Prima, który kilka lat później brylował już na trasach Giro d’Italia. Trafił nam się w tym dniu piękna, czytaj słoneczna pogoda, więc nawet na tej wysokości temperatura była przyjazna oscylując w rejonie 19 stopni Celsjusza. Na przełęczy było gwarno. Nie brakowało tu motocyklistów jak i kolarzy nadjeżdżających z obu stron. Nie doczekaliśmy się na przyjazd Darka, lecz nasz kolega znalazł sobie przyjemne towarzystwo. Do żwawszej jazdy na ostatnich kilometrach tego wzniesienia zmobilizowała go pewna włoska ragazza. W czasie gdy Dario pozował do zdjęć ze swą nową koleżanką wraz z Adamem byłem już na ponad 20-kilometrowym zjeździe do doliny Queyras. Pierwsze osiem kilometrów dość strome, później już nieco łagodniejsze. Na pierwszych 15,3 kilometra do Molines-en-Queyras mknęliśmy przez piękne górskie pustkowie. Jedyne ślady cywilizacji do Refuge Agnel 1900 metrów za przełęczą oraz Bergerie des Tioures po 6600 metrach zjazdu. Zjechawszy do samego dołu wyznaczyliśmy sobie pierwszą tego dnia strefę bufetu w przydrożnej restauracji na terenie Ville-Vieille. Postanowiliśmy poczekać w tym miejscu na Darka. Trochę czasu nam na tym zeszło, a potem jeszcze kolejnych dwadzieścia-kilka minut w towarzystwie naszego kolegi. Niemniej skoro trasa etapu była nieco na wyrost warto było zabrać się do jej pokonania z rozwagą czyli jechać w tempie na trzy-czwarte oraz jeść i odpoczywać gdy tylko nadarzy się ku temu okazja. O godzinie 14:30 ruszyliśmy w dalszą drogę do podnóża słynnego Col d’Izoard. W trakcie ponad 4-kilometrowej przejażdżki po drodze D947 minęliśmy Chateau-Queyras z pięknym widokiem na górujący ponad wioską fort powstały na bazie zamku, którego budowę rozpoczęto już w roku 1260.

Mniej więcej w tym samym czasie Piotr i Romek byli już na szczycie Izoard. Na początku naszej wspinaczki pod Izoard mocno dawał nam się we znaki przeciwny wiatr. Darek szybko od nas odpadł rozsądnie decydując się na jazdę we własnym rytmie. Po drodze spotkaliśmy zjeżdżającego z naprzeciwka Romka. Wkrótce czyli po dojeździe do Arvieux rozpoczęliśmy najtrudniejszą środkową fazę tego podjazdu czyli 8 kilometrów o średnim nachyleniu 8,2 %. Najpierw stroma 3-kilometrowa prosta do Brunisard, zaś potem 5 kilometrów po serpentynach do magicznego miejsca rodem z księżyca czyli Casse Deserte. Tu zatrzymaliśmy się na dwie minutki m.in. przed pomnikiem Coppiego i Bobeta, chcąc zrobić zdjęcia przy lepszym świetle niż udało nam się wykonać wieczorową porą na czwartym etapie. Louison Bobet, który w latach 1953-55 jako pierwszy kolarz w historii wygrał Tour de France trzy razy z rzędu jest też jednym asem, który w trakcie „Wielkiej Pętli” trzykrotnie jako pierwszy zameldował się na tej przełęczy. Tour przejeżdżał przez Izoard 33 razy, z czego 27 razy od strony południowej. Po raz pierwszy w sezonie 1922 gdy wygrał tu trzykrotny zwycięzca Touru Belg Philippe Thys. Szlak przez Izoard wiódł na ogół do mety Briancon. Etapy te w pionierskich czasach zaczynały się na francuskiej riwierze, zaś później ich start przeniesiono do Gap. Wśród dwukrotnych zdobywców tego wzniesienia są też Włosi: Bartolomeo Aymo, Gino Bartali i sam Fausto Coppi oraz słynny Hiszpan Federico Bahamontes. Natomiast ostatni jako pierwszy przejechał przez nią w 2011 roku wspomniany już przy okazji Colle dell’Agnello Kazach Maksim Igliński. Południowy Izoard w latach 1949-2007 pojawił się też siedem razy na trasie Giro d’Italia. Przy tej okazji triumfowali na niej tej klasy górale co: Coppi, Franco Bitossi, Lucien van Impe, Marco Pantani, Pascal Richard, Gilberto Simoni i odchodzący dziś w niesławie „dopingowy recydywista” Danilo Di Luca. Warto jeszcze wspomnieć, iż Coppi, Van Impe oraz Richard jako jedynie mieli fantazje wygrać na południowym Izoard zarówno podczas Touru jak i Giro.

Dla mnie było to już trzecie spotkanie z tą górą liczącą sobie 15,9 kilometra o średnim nachyleniu 6,9 % i max. 10,8 %. Była ona moim pierwszym francuskim wzniesieniem w lipcu 2005 roku, po czym zmierzyłem się ponownie rok później w pierwszej fazie wyścigu L’Etape du Tour ze startem w Gap i metą w L’Alpe d’Huez. Tym razem jej pokonanie zajęło mi blisko 70 minut tzn. 1h 09:48 przy średniej prędkości 12,5 km/h. Na przełęczy było aż 26 stopni, a jako że brak tam wszelkiej roślinności słońce bardzo mocno dawało się we znaki. W oczekiwaniu na przyjazd Darka przysiedliśmy więc na ławeczce w pobliżu sklepiku korzystając z odrobiny cienia dawanej przez ten drewniany domek. Spędziliśmy tak dobre pół godziny zbierając siły na dalszą część etapu. Nie zadbaliśmy o zrobienie większej ilości zdjęć z uwagi na fakt, iż przełęczy tej przyjrzeliśmy się już bliżej pięć dni wcześniej. Około 16:30 rozpoczęliśmy blisko 20-kilometrowy zjazd do Briancon. Zanim na dobre zabraliśmy się do śmigania zatrzymaliśmy się już po przejechaniu kilometry, aby w tamtejszym Refuge Napoleon nabrać zimnej wody do bidonów. Potem czekał nas stromy i początkowo techniczny zjazd do Cervieres. Za tą miejscowością łagodniejsze sześć kilometrów, na których trzeba było nieco pokręcić i w końcu ostatnie trzy szybkie kilometry z finałem w dolnej części Briancon. W najnowszej historii Touru, Giro czy Criterum du Dauphine kolarze uporawszy się z Izoard muszą jeszcze poradzić sobie z liczącym około 1300 metrów stromym podjazdem do górującego nad miastem fortu. My mając przed sobą jeszcze dwie premie górskie drugiej i pierwszej kategorii darowaliśmy sobie tego typu wycieczkę po zabytkach francuskiej wojskowości. Zamiast tego zatrzymaliśmy się na trzy kwadranse w barze Piccola Italia na pizzę inne przysmaki w ramach bufetu numer dwa. Traf chciał, że załapałem się tam na ostatnie kilometry relacji z drugiego etapu Tour de France. W korsykańskim Ajaccio wygrał dzielny uciekinier Belg Jan Bakelants, a tuż zanim jako pierwsi ze sporej grupy finiszowali Peter Sagan i nowy mistrz Polski Michał Kwiatkowski.

Syci i napojeni ruszyliśmy w dalszą drogę około 17:50. Do przejechania zostało nam około 350 kilometrów, w tym dwa podjazdy o łącznym przewyższeniu około 1350 metrów. Najpierw popularna brama do Italii czyli zachodnia strona Col de Montgenevre. Podjazd 8-krotnie wykorzystany na Tour de France i 7-krotnie bywały na szlaku Giro d’Italia. Na Tourze w latach 1992 i 1999 przełęcz tą zdobywano też od wschodniej czyli włoskiej strony. Tymczasem zachodnia Montgenevre została odkryta już w sezonie 1949. Najpierw na Giro podczas legendarnego etapu do zdobył ją Fausto Coppi. Niedługo później na Tourze podczas etapu z Briancon do Aosty pierwszy dojechał tu Gino Bartali. W późniejszych latach na Giro wygrywali tu m.in. Bitossi, Van Impe czy Richard. Natomiast w 2000 roku podjazd ten w trakcie czasówki z Briancon do Sestriere najszybciej przejechał Czech Jan Hruska. Na Tourze brylowali tu m.in. Coppi, Julio Jimenez, Bjarne Riis i Richard Virenque. Natomiast Holender Joop Zoetemelk w sezonie 1976 wygrał tu 24 godziny po swym triumfie na L’Alpe d’Huez. Wtedy to jedyny raz zorganizowano w tej stacji narciarskiej metę etapu, a nie tylko linię górskiej premii. Podjazd wiodący po drodze krajowej N94 składała się z trzech części. Najpierw trzykilometrowy objazd starej części miasta, potem podobnej długości płaski odcinek do La Vachette. Dopiero za tą wioską zaczyna się zasadnicza część wzniesienia czyli 7,7 kilometra o średniej 6,4 %. W sumie do przejechania jest 13,2 kilometra przy średniej 4,9 % i przewyższeniu 651 metrów, z czego 494 metry za La Vachette. Pierwszą część tego podjazdu przejechaliśmy razem. Niemniej na końcu płaskiego odcinka Darek zrobił sobie postój by zaczerpnąć wody pitnej. Ja z Adamem pojechałem dalej umawiając się na kolejnej spotkanie z Darkiem przy rondzie w centrum Montgenevre. Przejechanie około 8-kilometrowego odcinka za La Vachette w tempie 14,2 km/h zajęło nam 35 minut. Góra jest stosunkowo krótka i łatwa, więc tym razem na spokojnie jadącego Darka czekaliśmy tylko kwadrans.

Z ronda do granicy mieliśmy 2300 metrów. Na chwilę musieliśmy opuścić drogę N94 i objechać niedostępny dla kolarzy tunel jadąc przez centrum miejscowości. Po prawej stronie drogi jeszcze po francuskiej stronie granicy znajdują się dwa wysokogórskie pola golfowe: Golf de Montgenevre i Golf Club Claviere. Ta druga nazwa wzięta została od pierwszej włoskiej miejscowości jaką turysta napotyka na swej drodze wkroczywszy do Italii. Zjazd nieśmiało zaczyna się jeszcze przed przejściem granicznym. Po wjechaniu do Włoch zjeżdża się drogą krajową SS24 do Cesana Torinese. Ten szybki odcinek liczy sobie 7,3 kilometra i wiedzie przez trzy galerie. Na samym dole musieliśmy skręcić w prawo by po trzystu metrach dotrzeć do ronda w centrum tej miejscowości. Z tego miejsca do Sestriere wiodą dwie drogi. Podstawowa to via Pinerolo wiodąca przez Champlas du Col o długości 11,5 kilometra o średnim nachyleniu 5,9 %. Ta droga wykorzystana została na Giro jeszcze przed wybuchem I Wojny Światowej. Dokładnie zaś w 1914 roku podczas rozgrywanego w apokaliptycznych warunkach 468-kilometrowego etapu z Mediolanu do Cuneo. Druga opcja to łagodniejszy bo blisko 14-kilometrowy podjazd przez Bousson drogą SP215. W sumie 13,9 kilometra o średniej 5 %, bardzo popularny wśród organizatorów Giro i Touru w ostatniej dekadzie XX wieku. „Wielka Pętla” zawitała do Sestriere po raz pierwszy w sezonie 1952. Na etapie z Bourg d’Oisans przez Croix-de-Fer, Galibier i Montgenevre wielki Fausto Coppi wygrał wszystkie premie górskie i dotarł do Sestriere z przewagą ponad siedmiu minut nad drugim tego dnia Hiszpanem Bernardo Ruizem. Podczas kolejnych sześciu wizyt peleton Tour de France zatrzymywał się tu tylko trzykrotnie w latach 1992, 1996 i 1999. W pozostałych przypadkach meta etapu znajdowała się znacznie niżej tzn. w Pinerolo lub dalekim Turynie. Z etapowego sukcesu w Sestriere cieszyli się więc tylko: Claudio Chiappucci, Bjarne Riis i Lance Armstrong, zaś z kompletu punktów na górskiej premii Charly Gaul, Julio Jimenez i jako ostatni Bask Ruben Perez.

Z kolei na Giro d’Italia w ostatnim półwieczu wspinano się do Sestriere w sumie trzynaście razy, z czego siedmiokrotnie od zachodu. Po zwycięstwa etapowe tym szlakiem sięgali: Hiszpan Eduardo Chozas w 1991 oraz Pascal Richard w 1994 roku oraz wspomniany już przez mnie czeski czasowiec Jan Hruska. Na tym wyścigu po raz ostatni od zachodu podjeżdżano w 2009 roku na etapie do Pinerolo. Pierwszy na premii górskiej był Stefano Garzelli celujący w zieloną koszulkę najlepszego górala. W ostatnich latach popularniejszy stał się dojazd wschodni by wymienić tylko długą czasówkę z roku 1993 wygraną przez Miguela Indurain oraz etapy przez szutrową Colle delle Finestre wygrane w latach 2005 i 2011 przez Wenezuelczyka Jose Rujano i Białorusina Wasilija Kirijenkę. Ponieważ w lipcu 2010 roku udało mi się pokonać dwa główne podjazdy do Sestriere tym razem chciałem poznać tą trzecią czyli południowo-zachodnią przez Buosson. Tym niemniej podobnie jak moi koledzy byłem już u kresu sił, więc kusiło mnie by pojechać wraz z nimi krótszym szlakiem przez Champlas du Col. Zwyciężyła jednak we mnie dusza odkrywcy i ruszyłem wzdłuż rzeki do Bousson i Sauze di Cesana. Pierwsze 7 kilometrów o średnim nachyleniu niespełna 3 % pomimo zmęczenia nie nastręczyło mi większych problemów. Druga połówka wzniesienie to już był prawdziwy podjazd o średnim nachyleniu 7,1 %. Pokonanie całych 14 kilometrów zajęło mi niespełna 54 minut (53:54) przy średniej prędkości 15,6 km/h. Zatrzymałem się tylko na chwilę by zrobić kilka zdjęć na wysokości Grangesises. W ostatniej fazie podjazdu miałem dobry widok na via Pinerolo, na której ujrzałem swym kolegów jadących zgodnie tempem, które pasowało Darkowi. Spotkaliśmy się u zbiegu obu dróg i wjechaliśmy do Sestriere o godzinie 20:15. Kolejny kwadrans zszedł nam na znalezienie noclegu. Było to o tyle utrudnione, iż naszych przybyłych wcześniej kolegów poproszono o zameldowanie się w Chalet Edelweiss nie przy głównej Via Cesana, lecz w innym oddziale tej hotelowej sieci przy Strada Azzuri d’Italia. Do celu dobiliśmy po blisko dziesięciu godzinach, choć samej jazdy miałem 6 godzin 42 minuty i 21 sekund. Tyle czasu potrzebowałem na pokonanie 128,9 kilometra o łącznym przewyższeniu 4129 metrów przy średniej 19,2 km/h. O ile po każdym z wcześniejszych etapów byłem zmęczony to do Sestriere dotarłem naprawdę wyczerpany. Ledwie znalazłem siły na to by udać się wraz z Romkiem na obiadokolację do pobliskiej restauracji.

Napisany w Route des Grandes Alpes | Możliwość komentowania 9 etap: Borgata Villar – Sestriere została wyłączona

8 etap: Borgo San Dalmazzo – Borgata Villar

Autor: admin o 29. czerwca 2013

TRASA ETAPU 8 > https://www.strava.com/activities/69725207

Pierwszy tydzień naszej wyprawy niemal w całości spędziliśmy na francuskiej ziemi. Ósmego dnia przyszedł czas na to by naszej przygodzie nadać bardziej międzynarodowy wymiar. Czekać nas miał stosunkowo krótki, bo około 105-kilometrowy odcinek w całości poprowadzony drogami południowo-zachodniego Piemontu. Mieliśmy się zapuścić w górskie ostępy prowincji Cuneo. W wysokie góry rzadko odwiedzane przez Giro d’Italia, które pomimo swego krótkiego stażu w tej imprezie zapadły w pamięć kolarskich kibiców i szybko zyskały sobie należny im prestiż. Przyznam, iż choć w ciągu dziesięciu lat swych górskich podróży poznałem już każdy z alpejskich regionów Włoch ten zakątek Italii darzę szczególnym sentymentem. Przybyłem tu po raz pierwszy w czerwcu 2008 roku wraz z Piotrkiem. Miałem wówczas okazję pokonać podjazd do stacji Pratonevoso oraz zdobyć przełęcz Agnello. Natomiast na zakończenie całej wyprawy, którą rozpoczęliśmy przeszło dwa tygodnie wcześniej w Południowym Tyrolu wzięliśmy jeszcze udział w GF Fausto Coppi. Na blisko 250-kilometrowej trasie pokonaliśmy pięć wzniesień, w tym południowo-wschodni podjazd pod przełęcz Sampeyre. Dwa lata później gdy tym razem z moją Iwoną ponownie odwiedziłem okolice Cuneo podjechałem pod Monviso, Faunierę (od Pradleves), Lombardę i Tendę. Większość tych podjazdem to około 20-kilometrowe wspinaczki niezbyt popularne wśród samochodowych turystów, a przy tym poprowadzone przez tereny mało tknięte duchem cywilizacji. Dzięki temu można na nich w ciszy zmagać się ze sportowym wyzwaniem najwyższej klasy jak i swoimi słabościami, a przy tym podziwiać zapierające dech w piersiach górskie piękno stworzone przez Matkę Naturę.

Na sobotnim etapie mieliśmy pokonać tylko dwa wzniesienia, ale za to jakie! Najpierw Colle dei Morti (2481 m. n.p.m.), lepiej znaną jako Fauniera. Tą drugą nazwę wzięto od wierzchołka pobliskiej góry wznoszącej się na wysokość 2515 metrów. Podjazd o przewyższeniu około 1700 metrów. Następnie zjazd i niemal od razu podjazd pod Sampeyre (2284 m. n.p.m.) południowo-zachodnim szlakiem przez Vallone d’Elva czyli przeszło 1350 metrów wspinaczki. We wstępnych hurra optymistycznych planach program tego dnia zakładał również „na rozgrzewkę” podjazd po Madonna del Colletto od południa. Od Valdieri to 6 kilometrów wspinaczki o średniej 8,8 % i max. 18 %. Niemniej ostatecznie uznałem, że skoro zdobyłem już ów podjazd w końcówce wspomnianego GF Coppi to nie będę siebie i kolegów nim zamęczał w obliczu znacznie poważniejszych wyzwań w dalszej części tego etapu. Dzień wstał pogodny i znacznie bardziej słoneczny niż piątkowe popołudnie. Było to o tyle istotne, iż po dwóch dniach przerwy znów mieliśmy kręcić się na wysokościach grubo przekraczających pułap 2000 metrów n.p.m. Na starcie etapu mieliśmy temperaturę 23 stopni. Jako pierwszy kilka minut po godzinie jedenastej ruszył Darek. Wspólnie uznaliśmy, iż będzie to dobra zagrywka taktyczna, gdy najsłabszy w naszym gronie ruszy z pewnym zapasem czasu. Ja, Adam i Piotr mieliśmy ruszyć razem około południa. Natomiast Romek początkowy odcinek miał przejechać samochodem, po czym zaparkować auto w Festionie. Tam zaś poczekać na nas abyśmy razem pokonali blisko 25-kilometrowy podjazd pod Faunierę od strony Demonte.

Tym niemniej szybko okazało się, iż organizacja i zgranie nie było tego dnia naszą mocną stroną. Ruszyłem wraz z Adamem m/w kwadrans po dwunastej. Piotr odrobinę dłużej zabawił przed B&B Il Melograno niemniej miał nas dogonić na drodze SP21 wiodącej w głąb Doliny Stura. Tymczasem okazało się, że Pietro miał zakodowany w głowie mój stary plan ósmego etapu. Dlatego zamiast na zachód udał się na południe ku Valle Gesso by drogą SP22 dojechać do Valdieri i przypomnieć sobie po latach podjazd pod Madonna del Colletto. Niestety na tym krótkim, acz stromym wzniesieniu potwierdziły się jego obawy co do stanu swej kondycji i po zjechaniu do Festiony zrezygnował z ataku na Faunierę czy Sampeyre. Potrzebował luźniejszego dnia, więc w nadziei na odzyskanie utraconej świeżości do Borgata Villar pojechał ponad 70-kilometrowym, równinnym szlakiem przez Buskę. Tymczasem ja i Adam po przejechaniu pierwszych 15 kilometrów zjechaliśmy z SP21 w kierunku Festiony, gdzie na parkingu zastaliśmy nasz samochód, lecz bez Romka. Chwilę poczekaliśmy rozglądając się po najbliższej okolicy i nie widząc naszego kompana uznaliśmy, że musiał już ruszyć w stronę Demonte. Dlatego też zawróciliśmy licząc na to, iż Romano nie zacznie wspinaczki zbyt mocno i będziemy mogli go dogonić w trakcie około dwugodzinnego podjazdu. Wedle lokalnego języka oksytańskiego południowy szlak pod Faunierę zaczyna się nie w Demonte, lecz w Edmount jak nazywają to dwutysięczne miasteczko tubylcy. Co prawda Giro nie miało jeszcze okazji forsować tego podjazdu, lecz owa droga została już ochrzczona przez wyścig w roku 1999, gdy kolarze tędy zjeżdżali.

Wtedy to Fauniera zadebiutowała na trasie GdI i została zdobyta od swej najtrudniejszej strony czyli szlakiem z Pradleves w dolinie Grana. Premię górską wygrał będący w ucieczce Gabriele Missaglia. Niemniej w pamięci kibiców zapisał się przede wszystkim Marco Pantani, po ataku na ostatnich 10 kilometrach wspinaczki. Przegrany tego dnia Jose Maria Jimenez nazwał ów podjazd najtrudniejszym jaki w życiu jechał, acz działo się to na cztery miesiące przed jego zwycięstwem na debiutującym w Vuelcie Alto de Angliru. Niemniej sam etap należał wówczas do „Sokoła” czyli Paolo Savoldellego, który zaatakował właśnie na zjeździe i dojechał do mety w Borgo San Dalmazzo z przewagą 1:47 nad Pantanim, Danielem Clavero i Ivanem Gottim. Słynny „Pirat” musiał się zadowolić odzyskaniem koszulki lidera, którą odebrał Francuzowi Laurent Jalabertowi. Tym samym szlakiem w 2001 roku miał być poprowadzony etap do Sant’Anna di Vinadio, lecz plany organizatorów pokrzyżowała policja swym wieczornym nalotem na hotele kolarzy w San Remo. Południowa droga na Colle dei Morti jest tylko nieznacznie łatwiejsza od wschodniej. Bardzo surowa w swych ocenach seria wydawnicza „Passi e Valli in Bicicletta” daje temu wzniesieniu szkolną czwórką, zaś wspinaczce od Pradleves cztery z plusem. Startując z Demonte trzeba pokonać 24,5 kilometra o średnim nachyleniu 7 % i max. 13 %. Łączne przewyższenie wynosi nawet 1711 metrów za sprawą krótkiego obniżenia terenu na początku czwartego kilometra. Kilometry trzynasty, czternasty, dwudziesty oraz ostatnie osiemset metrów przed Colle Valcavera (2416 m. n.p.m.) mają średnie nachylenie na poziomie 10 % i więcej. Jak zwykle w przypadku tak długich wzniesień po drodze spotyka się co najmniej trzy pietra górskiej flory. W tym przypadku do wysokości około 1600 metrów n.p.m. łąki, trochę drzew i krzewów. Na ostatnich jedenastu kilometrach już tylko teren otwarty. Najpierw trawiaste hale, zaś w samej końcówce gołe skały czyli krajobraz niczym z księżyca. Ostatnie ludzkie zabudowania to Gias Cavera po przejechaniu 16,7 kilometra na wysokości 1880 m. n.p.m.

Jechało nam się całkiem dobrze, acz na pierwszych kilku kilometrach trudno było złapać dobry rytm jazdy z uwagi na bardzo nieregularny teren. Strome ścianki przeplatają się tu z momentami wypłaszczeń czy nawet mini-zjazdów. Ostatni taki łatwy kawałek znajduje się na dziewiątym kilometrze. Za osadą San Giacomo wspinaczka przybiera już na tyle konkretnych i regularnych kształtów, że pozwala na dobranie odpowiedniego przełożenia niejako na stałe i skupienie się na samej jeździe, w tym kontrolowaniu oddechu. Jakieś pięć kilometrów przed finałem na długiej i bardzo wietrznej prostej do nieba dojrzeliśmy przed sobą Darka. Nasz kolega spędził na tej górze w sumie trzy bite godziny. Niemniej nie z racji tego, że nie mógłby szybciej pojechać. Mając nad nami spory zapas czasu skupił się na jak najlepszym udokumentowaniu piękna tutejszej przyrody. Potem przytrafił mu się kolejny defekt roweru. Wieczorem ustalił, że tym razem rozsypało się mu łożysko w tylnej piaście. Nie znając jeszcze dokładnej przyczyny tego problemu wiedział, że musi jechać ostrożnie pedałując na miękkim przełożeniu, a przy tym rytmicznie i co ważne nie przestawać również na czekających nas później zjazdach. Złapawszy Darka na tych paru ostatnich kilometrach nieco zwolniliśmy aby mu nie odjeżdżać. Ponieważ po pewnym czasie nieco go zdystansowaliśmy zrobiliśmy sobie postój na Colle Valcavera. Z tego miejsca odchodzi w lewo bardzo już zdegenerowana droga na Colle del Mulo (2527 m. n.p.m.). My ruszyliśmy dalej przed siebie i po przejechaniu jeszcze 1700 metrów na łuku w lewo dobiliśmy do Colle dei Morti. Jak wynika z zapisu na Garminie wspinaliśmy się z Adamem niemal dwie godziny (dokładnie 1h 57:29) w średnim tempie 12,5 km/h. Przełęcz Umarłych zwana jest tak od czasu gdy w 1744 roku żołnierze sabaudzcy w tych górskich ostępach zmasakrowali połączone siły francusko-hiszpańskie.

W drodze na szczyt, ani też na samej górze nie spotkaliśmy Romka. Okazało się, że czekał na nas dłużej w Festionie, lecz poza zasięgiem naszego wzroku. Ostatecznie ruszył na górę jako ostatni z naszej czwórki i dotarł na przełęcz już po nas. My na przełęczy w cieniu pomnika, na którym uwieczniono w akcji ś.p. Marco Pantaniego spędziliśmy m/w dwadzieścia minut. Mogliśmy sobie na to pozwolić, gdyż jak na tak dużą wysokość było ciepło tzn. 18 stopni. Za plecami mieliśmy właśnie pokonany przez nas podjazd. Przed nami był zjazd ku Val Grana. Niemniej nie tam mieliśmy się udać. Po przebyciu ledwie 1400 metrów trzeba nam było odbić w lewo na Colle d’Esischie (2370 m. n.p.m.), by następnie zamiast na wschód zjechać na północ ku Valle Maira. Tymczasem jednak czekała nas niemiła niespodzianka, która hasłu „górska przeprawa” nadała dosłowne znaczenie. Otóż droga na północ została zablokowana zaspą śnieżną trzymetrowej wysokości i długą na około sto metrów. Objazd owej blokady poprzez Valle Maira i miasteczko Dronero raczej nie wchodził w grę, gdyż wydłużałby naszą trasę aż o 45 kilometrów. W tej niespodziewanej sytuacji trzeba było szukać nadzwyczajnych rozwiązań. Nadzieję dawał fakt, iż zbocza góry po obu stronach zaspy były wolne od śniegu. Postanowiłem wspiąć się na jedno z nich by z góry zobaczyć jak szeroka jest ta biała zasłona. Okazało się, że ma w głąb może ze 30 metrów i bez większego trudu można ją obejść pieszą ścieżką po zboczu góry. Nie mając innego wyjścia wzięliśmy rowery na swe barki i z buta pokonaliśmy przeszkodę. Po drugiej stronie zaspy przystanęliśmy na przełęczy Esischie, która pojawiła się na Giro w 2003 roku. Podjeżdżano wówczas tak samo jak w 1999 roku czyli od strony Pradleves. Jednak ponieważ metę etapu wyznaczono w położonej na północy prowincji wiosce Chianale wspinaczka tym razem nie dotarła na Colle dei Morti. Z ucieczki w której uczestniczył m.in. reprezentujący CCC-Polsat Dariusz Baranowski najszybciej finiszował Kolumbijczyk Fredy Gonzalez.

Czekał nas teraz ponad 20-kilometrowy zjazd do Ponte Marmora. W 2008 roku droga ta została zniszczona przez majową lawinę błotną wobec czego GF Coppi, które wraz z Piotrem ukończyliśmy z konieczności wiodło trasą inną od klasycznej. Z naszego grona północną stronę Esischie miał okazję poznać jedynie Adam, który startował w tym samym wyścigu w sezonie 2010. Na początku zjazdu minęliśmy polanę z jednym domem i kilkoma zabudowaniami gospodarskimi będącą zapewne letnią siedzibą tutejszego pasterza. Człowieka, który najwyraźniej cenił sobie kontakt z cywilizacją o czym świadczyła antena satelitarna na ścianie domostwa. Wkrótce mieliśmy sobie uświadomić, iż napotkana przed Esischie śnieżna blokada nie do końca była tworem samej natury. Najwyraźniej wiosenne deszcze ponownie dały się we znaki piemonckim drogowcom i raz jeszcze podmyły drogę. Po niespełna dwudziestu minutach ostrożnego zjazdu natknęliśmy się na rumowisko czyli wyrwę na naszym szlaku. Woda podmyła tu ziemię i asfalt runął wraz z nią po zboczu góry. Droga po kilku latach znów była więc nieprzejezdna dla samochodów i dlatego zapewne zasypano zakręt na górze by nikt nie próbował przejazdu tą szosą. Zadbano tylko o odśnieżenie drogi z Pradleves do Colle dei Morti, gdyż już 7 lipca miała tędy przemknąć kolejna edycja GF Fausto Coppi. Nas owa luka w twardej nawierzchni zmusiła jedynie do zejścia z rowerów i pokonania kolejnego krótkiego odcinka na pieszo. W dalszej części zjazdu nie było już takich niespodzianek, aczkolwiek w dwóch miejscach asfalt został przykryty nieprzyjemną dla szosowych kół chropowatą powłoką z naniesionych przez wodę kamieni. Na tej głębokiej prowincji również dachy domostw w mijanej przez nas wiosce były w kiepskiej kondycji. Starając się utrzymać kontakt z Adamem zjechałem do Ponte Marmora w dolinie Maira. Tu w barze u styku dróg SP113 i SP422 postanowiliśmy zrobić sobie jedyną na tym etapie strefę bufetu. Przede wszystkim jednak chcieliśmy poczekać na Darka, który z konieczności musiał zjeżdżać bardzo ostrożnie by utrzymać swą maszynę przy życiu.

Z tego miejsca do końca etapu pozostało nam około 35 kilometrów, przy czym połowa tego dystansu prowadziła pod górę. Już po przejechaniu niespełna kilometra na wysokości kampingu musieliśmy skręcić w lewo i wjechać na widowiskową drogę SP104. Przed nami był południowo-zachodni podjazd pod przełęcz Sampeyre. We wspomnianym już przez mnie podręczniku dla górskiego cykloturysty oceniony na piątkę! Osobiście nie jestem przekonany co do tego czy jest on trudniejszy od obu znanych mi wspinaczek pod Faunierę. Niemniej długość 16,3 kilometra przy średnim nachyleniu 8,3 % i max. 15 % musi robić wrażenie. Na całym naszym szlaku był to najbardziej stromy z wielkich podjazdów. Na trasie Giro podjazd ten pojawił się dwukrotnie. Najpierw w 1995 roku na etapie, który miał się zakończyć we francuskim Briancon, lecz z uwagi na lawinę która zeszła w okolicy Colle dell’Agnello skończył się w Chianale. Premię górską wygrał wówczas Kolumbijczyk Nelson „Cacaito” Rodriguez, zaś cały odcinek przyszły mistrz olimpijski z Atlanty Szwajcar Pascal Richard. Osiem lat później etap już zgodnie z planem zakończono w Chianale. Pierwszy na tej górze był triumfator tamtej edycji Gilberto Simoni, lecz po zwycięstwo etapowe sięgnął niesławny Dario Frigo. Dariusz Baranowski, który tego dnia jechał aktywnie stracił do niego blisko siedem minut zajmując trzynaste miejsce. Przede wszystkim jednak „Ryba” awansował wówczas w generalce z czternastej na jedenastą pozycję i przez chwilę mieliśmy nadzieję, iż zastępczy (po wycofaniu się Pawła Tonkowa) lider ekipy z Polkowic skutecznie zawalczy o top-10 w 86. Giro d’Italia. Południowe drogi na Sampeyre są dwie. Drugą zaczyna się przeszło trzy kilometry dalej na wschód we wiosce Stroppo. Ten nieco dłuższy i łagodniejszy wariant podjazdu poznałem na wyścigu Coppiego. Obie drogi łączą się z sobą na wysokości około 1940 metrów.

Na południowo-zachodnim zboczu góry największe wrażenie robi pierwsza tercja o długości 5,5 kilometra. Spora jej część prowadzi po wąskiej drodze na półce skalnej. Droga wije się raz stromo, innym razem łagodniej cały czas przytulona do górskiego zbocza. Po prawej ręce wysoka ściana, która dawałaby cień nawet w najbardziej słoneczny dzień. Po lewej barierka zabezpieczająca podróżnych przed przepaścią, której widok mógłby strwożyć osoby cierpiące na lęk wysokości. Zakładam, że Giro nigdy nie będzie tędy zjeżdżać. W razie jakiegoś fatalnego wypadku nawet wstawiennictwo miejscowej Matki Boskiej mogłoby nie uratować nieszczęśnika. Odcinek ten kończy się serią aż dziesięciu tuneli wykutych w skale. Na ogół króciutkich, za wyjątkiem pierwszego który liczy sobie 200 metrów. Po jego przejechaniu droga zrobiła się szersza. Na dojeździe do osady Serre d’Elva (1640 m. n.p.m.) trzeba pokonać sześć serpentyn. Mimo, że przy drodze nie brak drzew łatwo sobie wyobrazić, iż w ciepły letni dzień na tym wystawionym na południe zboczu góry słońce może przypiec. My nie mieliśmy tego zmartwienia. Mogliśmy się skupić na walce ze stromizną, która za osadą Gorio Subirano już niemal do końca wzniesienia trzymała się na stałym poziomie 9-10 %. Niespełna cztery kilometry przed szczytem dojechaliśmy do łącznika z drogą od Stroppo. Powyżej tego miejsca wspinaczka wiodła przez otwarty teren, tak iż złudzenie optyczne nie oddawało realnej stromizny. Prawdziwymi gospodarzami owej krainy były świstaki. O ile zazwyczaj stworzenia te znacznie łatwiej usłyszeć niż zobaczyć to tu naliczyłem ich chyba kilkanaście. Jedna para w ogóle się nami nie przejęła. Na tyle zaciekle się goniła, iż niemal wskoczyła pod przednie koło Adama. W takiej oto spokojnej i nieco dzikiej scenerii dotarliśmy na przełęcz kwadrans przed dziewiętnastą w czasie niespełna półtorej godziny (1h 29:21) przy średniej prędkości 10,9 km/h.

Na górze było tylko 12 stopni, lecz mimo tego postanowiliśmy do skutku poczekać na Darka, który odpadł od nas na pierwszych kilometrach tego wzniesienia. Wiedząc o jego problemach z rowerem mieliśmy zamiar go ubezpieczać na zjeździe do Sampeyre by upewnić się, że nie tylko dotrze, ale przede wszystkim dojedzie do mety tego etapu. Tym sposobem na owym górskim pustkowiu z kolejną figurą Matki Boskiej i paroma tablicami drogowymi spędziliśmy w oczekiwaniu na kolegę pół godziny. Niemniej Dario nie nadjeżdżał, zaś próby nawiązania z nim kontaktu telefonicznego zawodziły. W końcu zdecydowaliśmy rozpocząć zjazd w dwójkę nie tracąc nadziei, że zobaczymy naszego druha w dobrym zdrowiu pod dachem B&B „La Calendula”. Czekał nas teraz ponad 16-kilometrowy, trudny technicznie zjazd, na którym podczas Giro z 2003 roku upadli Stefano Garzelli i Marco Pantani. Dodatkowo droga była bardzo kiepskiej jakości, więc w obawie o własne bezpieczeństwo i stan roweru nie należało przekraczać prędkości 40 km/h. Można by wymienić całą listą zarzutów względem stanu nawierzchni. Nawet na dole po minięciu wioski Sant’Anna droga zaskakiwała nas coraz to nowymi pułapkami. Tym samym przyjemności z jazdy prawie nie było, zaś jedynym naszym życzeniem było aby dotrzeć do Sampeyre cało i w miarę możliwości bez żadnego defektu. Na szczęście udało się nam się przetrwać ów odcinek specjalny bez strat. Po wjechaniu do Sampeyre musieliśmy skręcić w lewo i przejechać kolejne trzy kilometry po drodze SP105. Na sam koniec czekało nas jeszcze troszkę wspinaczki do naszej kolejnej nocnej przystani. Ot 750 metrów przy średniej 9,2 % i max. 20 % tak na dobicie. Do bazy, w której czekali już na nas Piotr z Romkiem dotarliśmy około godziny dwudziestej. Darek dołączył do nas pół godziny później. Jednym słowem etap choć krótki okazał się nad wyraz ciekawy i trudny. Dystans 104,7 kilometra z przewyższeniem 3475 metrów przejechałem w czasie netto 5 godzin 43 minut i 41 sekund czyli ze średnią ledwie 18,3 km/h! Za wyjątkiem pierwszych kilkunastu kilometrów prawie nie było na nim płaskiego odcinka. Z tego względu jak i przede wszystkim za sprawą kiepskiej jakości dróg na zjazdach był to dla mnie najwolniejszy ze wszystkich czternastu etapów.

Napisany w Route des Grandes Alpes | Możliwość komentowania 8 etap: Borgo San Dalmazzo – Borgata Villar została wyłączona

7 etap: Menton – Borgo San Dalmazzo

Autor: admin o 28. czerwca 2013

TRASA ETAPU 7 > https://www.strava.com/activities/69725235

W czwartkowy wieczór po paru niespodziewanych przygodach dobrnęliśmy do brzegów Morza Śródziemnego. Trasę z Thonon-les-Bains do Menton pokonaliśmy mniej więcej wedle klasycznej wersji Route des Grandes Alpes. Dokonałem jedynie trzech jej korekt wymieniając Iseran na Madeleine oraz dodając podjazdy pod Ramaz i Glandon / Croix-de-Fer. Tymczasem droga powrotna nad Jezioro Genewskie miała być już moim oryginalnym pomysłem zbudowanym na założeniu, iż tam gdzie to tylko możliwe ominiemy przełęcze już przejechane od strony północnej. Tym samym szlak znad Cote d’Azur po Lac Leman musiał być bardziej kręty i prowadzić także przez szosy Włoch (Piemont i Dolina Aosty) oraz Szwajcarii (kanton Valais). Będąc dłuższym niż droga na południe szlak na północ został przeze mnie podzielony na osiem odcinków. Na pierwszy ogień pójść miał etap z Menton do okolic Cuneo w południowym Piemoncie. Przy projektowaniu trasy siódmego etapu długo zastanawiałem się czy nie można by wytyczyć tego odcinka po włoskiej stronie granicy. To znaczy pokonać szlak w Alpach Liguryjskich poprzez przełęcze: Langan, Teglia, Nava i Casotto. Niemniej jakbym nie sprawdzał etap ten wydłużał się na mapie ponad granice zdrowego rozsądku. Dlatego jedynym praktycznym wyjściem było wyznaczenie szlaku przez francuskie Alpy Nadmorskie i wjechanie do Italii dopiero pod koniec dnia. Zważywszy na uwarunkowania terenowe opracowałem trasę długą, lecz o stosunkowo umiarkowanym stopniu trudności. W programie siódmego etapu znalazły się przeto cztery niezbyt wysokie wzniesienia tzn. Col de la Madone (927 m. n.p.m.), Col de Braus (1002 m. n.p.m.), Col de Brious (879 m. n.p.m.) i graniczną Col de Tende (1279 m. n.p.m.). Tym samym miał to być jedyny etap podczas całej wyprawy, na którym nie wdrapiemy się na wysokość przynajmniej 1500 metrów n.p.m.

Niemniej zanim ponownie ruszyliśmy w trasę by podziwiać piękno górskich krajobrazów i walczyć z własnymi słabościami postanowiliśmy spędzić piątkowe przedpołudnie na francuskiej riwierze. Przede wszystkim jak magnes przyciągało nas pobliskie Monako. Z Menton do granic Księstwa mieliśmy ledwie osiem kilometrów. Żal byłoby nie skorzystać z okazji i nie wpaść do tego mini-państewka choćby na godzinkę. Dlatego wszyscy za wyjątkiem Romka wstaliśmy z samego rana by już około ósmej być gotowi do krótkiej przejażdżki samochodem. Z pozoru niedługi dojazd do Monako po zatłoczonych drogach D 6007 i D 6098 zajął nam około 50 minut. Już na terenie Księstwa Darek będący fanem Formuły 1 wyglądał zza okien naszego bolidu odcinki z trasy słynnego Grand Prix. W jednym z tuneli byliśmy świadkami niebywałego kunsztu kierowcy pewnego tir-a, który na wąskiej ulicy zawracał w taki sposób, iż niczym pies goniący swój ogon zawinął cały swój pojazd wokół mini-ronda. Po znalezieniu miejsca do zaparkowania w dzielnicy La Condamine swe pierwsze kroki skierowaliśmy do supermarketu Casino na małe zakupy. Następnie poszliśmy w kierunku Portu Herkulesa. Przechodząc przez przejście dla pieszych na Bulwarze Alberta I niemal otarłem się o wyjeżdżającego właśnie na trening ex-mistrza świata Thora Hushovda. Norweg po nieudanej dla siebie pierwszej części sezonu nie pojechał na Tour de France. Zamiast wybrać się na Korsykę trenował w domu przed Osterreich Rundfahrt i Tour de Pologne. W obu wyścigach sięgnął wkrótce po zwycięstwa etapowe, u nas triumfując w Rzeszowie i Zakopanym. W porcie podziwialiśmy zacumowane jachty, a także byliśmy świadkami przygotowań do zawodów hippicznych i bynajmniej nie w kategorii koników morskich. Na koniec korzystając z uprzejmości napotkanego Szkota zrobiliśmy sobie grupowe zdjęcie na tle wzgórza mieszczącego Pałac Książęcy (Palais Princier) i miejscową katedrę (Catedrale de Monaco).

Po powrocie do Menton trzeba było się spakować, a następnie wrzucić wszystkie bagaże do samochodu. Gdy krzątałem się przy swym aucie przejechał obok mnie kolarz w stroju CCC-Polsat. Jego sylwetkę ujrzałem tylko od tyłu, ale bez dwóch zdań był to włoski weteran Davide Rebellin, w tym roku niekwestionowany lider ekipy z Polkowic. Około 11:50 byliśmy gotowi do drogi. Najpierw pojechaliśmy w stronę nadmorskiego bulwaru. Zrobiliśmy sobie zdjęcia na Promenade du Soleil, zaś Piotr w naszym imieniu przeprowadził swego rodzaju zaślubiny z Morzem Śródziemnym. Następnie po przejechaniu niespełna kilometra pożegnaliśmy się z promenadą skręcając w drogę D23 tzn. Route du Val de Gorbio. W tym momencie rozpoczęliśmy z razu spokojny podjazd pod Col de la Madone. Przełęcz rozsławioną przed kilkunastu laty przez niesławnego dziś Lance’a Armstronga w czasach gdy Teksańczyk mieszkał i trenował w okolicy Nicei. Po przejechaniu około dwóch kilometrów zatrzymaliśmy się na rozstaju dróg zastanawiając się czy jechać dalej tą szosą w stronę wioski Gorbio czy odbić w prawo ku Sainte-Agnes. Miejscowi nie bardzo byli w stanie pomóc nam w wyborze właściwej drogi. Ostatecznie pojechaliśmy w prawo i to okazało się trafnym wyborem. Od tego miejsca wąska szosa wiła się w górę serpentynami przy średnim nachyleniu około 8 %. Od czasu do czasu po prawej stronie mieliśmy piękny widok na morze i „wiszącą” w powietrzu autostradę A8. Po przejechaniu siedmiu kilometrów od rozjazdu w towarzystwie Adama i Romka dotarłem do okolic wioski Sainte-Agnes. Tu trzeba było skręcić w lewo i po jeszcze węższej i słabszej jakościowo ścieżce dokręcić pozostałe do przełęczy 5200 metrów. W sumie ów podjazd o wymiarach 14,4 km przy średnim nachyleniu 6,3 % i max. 9,4 % pokonaliśmy w niespełna godzinę. Piotr i Darek w drodze na górę zabawili chwilę w Sainte-Agnes, a następnie na finałowym odcinku wzniesienia stoczyli zacięty pojedynek z dwoma Brytyjczykami.

W każdym razie dystans między nami i naszymi dwoma kolegami był na tyle duży, iż w ciągu 10-15 minutowego postoju nie doczekaliśmy się ich przyjazdu. Romek ruszył w dół jako pierwszy. Ja wraz z Adamem nieco później. Zjazd był wąski i techniczny, acz w sumie krótki. Po przejechaniu zaledwie 3700 metrów byliśmy już na Col du Saint-Pancrace, gdzie należało skręcić w prawo aby już po płaskim terenie dojechać do Peille. Tu popełniłem strategiczny błąd i zamiast trzymać się drogi D53 namówiłem Adama do jazdy w kierunku L’Escarene przez 17-kilometrową Route du Col de Blanquettes. To okazało się drogą przez mękę. Niezależnie do tego czy szlak wiódł nas w górę czy w dół nie sposób było przekroczyć prędkość 30 km/h. Krótkie, acz strome podjazdy przeplatały się z technicznymi zjazdami po wąskiej szosie o fatalnej jakości. Niezliczone zakręty sprawiały wrażenie, iż wcale nie przybliżamy się do podnóża kolejnego podjazdu. Jakimś cudem udało nam się jednak dojechać cało i zdrowo przejechać ten odcinek. W końcu dotarliśmy do drogi D21, na której jednak tylko przez chwilę cieszyliśmy się gładką szosą. Tuż po wjeździe do L’Escarene natknęliśmy się na roboty drogowe przy kładzeniu nowego asfaltu. Zatrzymaliśmy się w tej miejscowości by zrobić sobie strefę bufetu przy sklepie spożywczym. Jak się później okazało zamykaliśmy już nasz 5-osobowy peleton. Nie tylko Romek, lecz również Piotr i Darek obrawszy krótszy i lepszy odcinek drogi między Peille a L’Escarene byli już dawno przed nami. Wkrótce i my rozpoczęliśmy podjazd pod przełęcz Braus, która aż 23 razy gościła na trasie Tour de France. Co godne podkreślenia w latach 1919-1939 była ona stałym punktem programu „Wielkiej Pętli”. Dwukrotnie wygrywali na niej: Firmin Lambot, Ottavio Bottecchia i Benoit Faure, zaś jako ostatni w sezonie 1961 Włoch Imerio Massignan. Poza tym w roku 1955 zawitało tu po sąsiedzku Giro d’Italia na długim etapie z Turynu do Cannes. Podjazd to solidny o długości 10,1 kilometra przy średnim nachyleniu 6,4 % i max. 10 %. Przyznam, że w środkowej części tej wspinaczki Adam dyktował na tyle mocne tempo, że z trudem jechałem na jego kole. Niemniej przetrwałem ów lekki kryzys i razem dojechaliśmy na tą zapomnianą przez TdF przełęcz w czasie niespełna 40 minut.

Po krótkiej sesji fotograficznej śladami naszych kompanów ruszyliśmy w kierunku Sospel. Tego samego miasteczka, które dzień wcześniej przywitało nas chłodem i deszczem zmuszając do dłuższego postoju pod dachem sklepu spożywczego. Nie wszyscy jednak tam dotarliśmy. Jak się okazało Romek pokonawszy zgodnie z planem dwa pierwsze wzniesienia w połowie tego 11-kilometrowego zjazdu znalazł sobie szybszą drogę powrotną do Menton. Na wysokości Col Saint-Jean zjechał z drogi D2204 i poprzez Vallon de Saint-Quen mało uczęszczaną, acz pagórkowatą drogą D54 dotarł do Col de Castillon. Stąd do naszego samochodu miał już tylko z górki. Tymczasem my zjechawszy do miasta w dobrze nam znanej okolicy napotkaliśmy nieco zagubionego i zmarzniętego Darka. Nasz „amico” zatrzymał się tu na pół godziny i ujrzawszy nas bardzo się zdziwił, że miał jeszcze kogoś za plecami. Postanowiliśmy wesprzeć go w dalszej drodze do Borgo San Dalmazzo. Dochodziła już godzina 16:30, zaś do mety etapu brakowało nam około 80 kilometrów. Zaraz za Sospel czekał nas blisko 12-kilometrowy podjazd pod Col de Brouis. Od strony zachodniej jest on dość łagodny licząc sobie 11,6 kilometra przy średniej 4,5 %. Na Tour de France przełęcz ta pojawiła się dwukrotnie w latach 1952 i 1961. W obu przypadkach w swej krótszej i bardziej stromej wersji wschodniej. Wygrywali tu Jean Dotto i wspomniany już Massignan. Przejechaliśmy ten podjazd spokojnie w tempie około 16 km/h by nie zrywać z koła Darka. Około 17:10 byliśmy na przełęczy, a tuż za nami nadjechał Romek. Z tego faktu najbardziej ucieszył się Dario, gdyż dzięki temu mógł wziąć z naszego wozu technicznego cieplejsze ciuchy na dalszą drogę. Na przełęczy zabawiliśmy blisko 40 minut racząc się ciastkami, kawką czy sokami w tamtejszej oberży.

Po niedługim i dość szybkim zjeździe dobiliśmy do drogi D6204 tuż przed wioską La Giondola tj. na wysokości 310 metrów n.p.m. Teraz trzeba było skręcić w lewo i rozpocząć blisko 30-kilometrowy podjazd pod Col de Tende. Ponieważ na całym tym dystansie mieliśmy do pokonania w pionie tylko 970 metrów trudno byłoby cały ten odcinek nazwać podjazdem. Pierwsze siedem kilometrów prowadzące do Fontan było niemal płaskie, acz zdecydowanie najpiękniejsze pod względem scenerii. Przejeżdżaliśmy przez Gorges de Saorges czyli kanion wyrzeźbiony w skałach przez rzekę Roya. Droga zaczęła przypominać łagodny podjazd dopiero na kilka kilometrów przed Saint-Dalmas-de-Tende. Na tym odcinku zatrzymaliśmy się na chwilę aby poczekać na Darka, który dzielnie starał się nam dotrzymać kroku, acz miał nieco utrudnione zadanie jadąc z lekkim plecakiem. Po 19 kilometrach od La Giondola dotarliśmy do urokliwego miasteczka Tende ze starymi domostwami piętrzącymi się na zboczu góry. Dopiero na ostatnich sześciu kilometrach trzeba się było nieco bardziej wysilić. Około 300 metrów przed wjazdem do tunelu minęliśmy odchodzącą w lewo szutrową drogę na prawdziwą Col de Tende (1871 m. n.p.m.). Ta ścieżka liczy sobie 7,5 kilometra o dodatkowym przewyższeniu 610 metrów, lecz jest przydatna dla kolarzy spod znaku MTB. Inaczej sprawa wygląda po stronie włoskiej, gdzie po asfalcie nieco tylko zrytym w samej końcówce można dojechać na sam szczyt. W 2005 roku kończono tam, acz na wysokości 1795 metrów n.p.m. siedemnasty etap Giro d’Italia wygrany przez Ivana Basso. We wcześniejszych latach zarówno na Giro i Tourze kolarze dwukrotnie przejeżdżali Col de Tende przez tunel. Na Tourze zawsze od strony włoskiej z premią górską na wysokości 1321 m. n.p.m., zaś na Giro od obu stron czyli również od naszej francuskiej. Miało to miejsce w sezonie 1998 gdy „La Corsa Rosa” wystartowała z Nicei i jej pierwszy etap do Cuneo wygrał Mariano Piccoli, zaś na premii górskiej pierwszy był Marzio Bruseghin.

Gdy dobiliśmy do końca wzniesienia było już kilka minut po wpół do ósmej. Nie podlegało żadnej dyskusji, że przemycamy się do Włoch przez tunel. Nie rozglądałem się po znakach drogowych i nawet nie przyszło mi na myśl, że jest w nim zakaz jazdy rowerem. Tunel jest wąski i obowiązuje w nim ruch wahadłowy. Gdy wieczorem dotarliśmy na nocleg Piotrek powiedział nam, iż on przejechał przez tunel na pace samochodu dostawczego. Dotarł w to miejsce około godziny osiemnastej gdy był tu większy ruch i urzędowali jeszcze celnicy, więc nie mógł przedrzeć się przez granicę na rowerze. My nie mieliśmy z tym żadnych kłopotów, acz staraliśmy się to zrobić szybko i sprawnie by podczas liczącej niemal 3200 metrów przeprawy nie hamować ruchu samochodowego. Po drugiej stronie tunelu zrobiliśmy sobie kilkuminutowy postój aby cieplej się ubrać, gdyż o tej porze dnia było tu tylko 13 stopni. Na koniec czekał nas ponad 30-kilometrowy dojazd do Borgo San Dalmazzo po drodze SS20. Najpierw 7-kilometrowy zjazd do Limone Piemonte bardzo kręty w okolicy Tutti Mecci. Niżej coraz bardziej łagodny odcinek drogi, na którym zrobiłem sobie jedynie krótki przystanek w Vernante znanym z murali w temacie Pinokia. Ponieważ tym razem wyjątkowo zjeżdżałem szybciej od kolegów musiałem na nich poczekać w okolicy Tetto Cascina. Dojechawszy do Borgo San Dalmazzo mieliśmy kłopot z namierzeniem „B&B Il Melograno”. Po telefonicznych konsultacjach z Romkiem i Piotrem, którzy byli już na miejscu oraz przy pomocy miejscowych mieszkańców udało się to nam po dłuższej chwili. Tym sposobem dopiero około 21-wszej wylądowaliśmy na miejscu. W sumie przejechałem 145,2 kilometra przy łącznym przewyższeniu 3365 metrów w czasie netto 6 godzin 37 minut i 13 sekund (avs. 21,9 km/h). Gospodarz Pier Angelo okazał się praktykującym cyklistą z zacięciem do ambitnych eskapad na rowerze górskim. Niespodziewanie pod jego dachem zastaliśmy naszego rodaka z Kanady. Mike przyjechał do Europy ze stanu Ontario, aby na swym magicznym Cervélo zdobyć L’Alpe d’Huez oraz obejrzeć TdF na drużynówce w Nicei.

Napisany w Route des Grandes Alpes | Możliwość komentowania 7 etap: Menton – Borgo San Dalmazzo została wyłączona

6 etap: Roya – Menton

Autor: admin o 27. czerwca 2013

TRASA ETAPU 6 > https://www.strava.com/activities/69725232

W czwartek mieliśmy zrealizować pierwszy z głównych celów naszej wyprawy. Rano obudziliśmy się w Roya, cichej górskiej wiosce u bram Parku Narodowego Mercantour, zaś już popołudniu lub najdalej wieczorem mieliśmy się znaleźć w Menton, mieście na gwarnym Lazurowym Wybrzeżu. Od kresu klasycznej Route des Grandes Alpes dzielił nas dystans około 130 kilometrów i wedle mojego projektu dwa solidne wzniesienia oraz jedno znacznie mniejsze na sam deser. Po śniadaniu znalazłem jeszcze czas na krotki spacer w górę wioski do ostatnich zabudowań tej osady położonej w cieniu góry Las Donnas (2474 m. n.p.m.). Następnie zapakowaliśmy bagaże do samochodu i umówiliśmy się z Romkiem na spotkanie w okolicy Saint-Sauveur-de-Tinee by wspólnie pokonać pierwszą premię górską szóstego etapu tzn. podjazd od zachodniej strony pod przełęcz Saint-Martin (1500 m. n.p.m.). Około 9:45 ruszyliśmy w dół krętej i wąskiej Vallon de Roya by dotrzeć do D 2205, głównej drogi w dolinie rzeki Tinee. Na zjeździe naszym głównym zmartwieniem była kiepska jakość tej ścieżki. Trzeba było uważać na dziury i kamienie, aby nie przebić dętki już na samym początku przygody. Piotr z Adamem szybciej uporali się z tym zjazdem. Tym bardziej, że ja i Darek zrobiliśmy sobie parę przystanków celem uwiecznienia na zdjęcia uroków tego miejsca. Gdy dotarliśmy do Le Bourguet nasi dwaj koledzy byli już pewnie ze dwa-trzy kilometry z przodu. Na dole skręciliśmy w prawo i ruszyliśmy w pościg za nimi. Ja wcieliłem się w rolę robotnika, zaś Dario siadł mi na kole.

Do podnóża przełęczy św. Marcina mieliśmy blisko 28 kilometrów i ponad 560 metrów wysokości do stracenia. Po przejechaniu pierwszej tercji tego odcinka minęliśmy wioskę Isola. W niej zaczyna się podjazd pod Col de Lombarde (2351 m. n.p.m.) i zarazem do stacji Isola 2000, która w 1993 roku gościła uczestników Tour de France. Chociaż wiatr w dolinie był niesprzyjający to opadający teren sprawił, iż jechaliśmy całkiem żwawo tzn. ze średnią prędkością 35,7 km/h. Piotra i Adama złapaliśmy tuż przed Saint-Sauveur. Niedługo później dołączył do nas Romek i ostatnie kilometry łagodnego zjazdu pokonaliśmy już razem. Cztery kilometry za miastem skończyła się sielanka. W tym miejscu od zmierzającej na południe D 2205 odchodzi w lewo pod kątem 180 stopni droga D 2565 ku Col Saint-Martin. Czekało nas teraz 16,5 kilometra solidnego podjazdu o przewyższeniu 1018 metrów ze średnim nachyleniem 6,2 % i max. 10 %. Przełęcz św. Marcina tylko dwukrotnie znalazła się na trasie „Wielkiej Pętli”. Organizatorom TdF wpadła w oko przed czterdziestu laty. Najpierw w 1973 roku na etapie z Embrun do Nicei zdobył ją od naszej zachodniej strony Hiszpan Pedro Torres. Dwa lata później jechano od nieco łatwiejszej południowo-wschodniej flanki. Była pierwszym z pięciu wzniesień na legendarnym etapie z Nicei do Pra Loup. Na odcinku tym Francuz Bernard Thevenet znokautował wielkiego Eddy Merckxa, zaś kolarze poza Saint-Martin i podjazdem finałowym mieli do pokonania również przełęcze: Couillole, Champs i Allos. Premia górska u św. Marcina padła zaś łupem słynnego Belga Lucien’a Van Impe.

Przed ruszeniem do góry zrobiliśmy sobie kilkuminutowy postój aby zdjąć z siebie ciuchy, które były przydatne na niezbyt ciepłym zjeździe w ten pochmurny dzień. Około jedenastej sygnał do ataku dał Romek, lecz wkrótce okazało się, że nie miał w czwartek najlepszego dnia. Pierwsze dwa kilometry tego wzniesienia były w zasadzie najtrudniejsze na całej górze. Prowadziły krętą drogą po półce skalnej z pięknym widokiem na prawo przez rzekę w kierunku Col de la Sinne (1440 m. n.p.m.). Czułem się dobrze i szybko okazało się, że podczas tej wspinaczki mogę liczyć tylko na towarzystwo Adama. Droga była dobrze oznaczona. Co kilometr informacja ile kilometrów i zarazem metrów przewyższenia zostało nam do przełęczy. Według tablic miejscowość Valdeblore zdawała się nie mieć końca. Niemniej w praktyce byłą to gmina złożono z szeregu wiosek. Po kolei mijaliśmy La Bolline, La Roche, Saint-Dalmas by w końcu na samej przełęczy dotrzeć do La Colmiane. Przy przejeździe przez Bolline musiałem lekko zwolnić aby nie zerwać z koła Adama. Wolałem nie przesadzać. Moc na pierwszej górze czasami bywa złudna. Na przełęcz dojechaliśmy razem. Zastaliśmy tam kilka brzydkich hoteli, sporej wielkości parking i na nasze szczęście kilka otwartych barów. Postanowiliśmy powtórzyć wczorajszy manewr z przełęczy Vars i po zrobieniu pierwszych zdjęć zamówiliśmy sobie po kawce i ciastku. Oczekiwanie na kolegów nieco nam się dłużyło, bowiem tak Piotr, Romek jak i Darek potraktowali ten podjazd raczej ulgowo. Strzeliliśmy kolejne fotki do archiwum z podróży, po czym Romek rozpoczął zjazd do samochodu, zaś Piotr jako pierwszy ruszył na wschód w kierunku Saint-Martin-de-Vesubie.

Czekał nas przeszło 20-kilometrowy zjazd do podnóża Col de Turini (1607 m. n.p.m.). na pierwszych ośmiu kilometrach do wspomnianego miasteczka dość szybki. Z kolei na kolejnych dwunastu na tyle łagodny, iż wymagał od nas pedałowania. Ja wraz z Adamem i Darkiem rozpocząłem zjazd dopiero kilka minut przed trzynastą. Niemniej zjeżdżaliśmy bez zbędnej zwłoki, robiąc sobie po drodze jedynie parominutowy postój w Roquebiliere. Miasteczko było puste niczym po wybuchu bomby. Najwyraźniej wszyscy mieszkańcy rozpoczęli już sjestę. Tymczasem temperatura wzrosła 26 stopni, więc zasadne było zdjęcie kamizelki, rękawków czy nogawek założonych na zjazd. Cztery kilometry dalej trzeba było skręcić w lewo aby wjechać na drogę D 2566. To w tym miejscu miał się zacząć podjazd pod znaną bardziej z rajdu Monte Carlo niż Tour de France przełęcz Turini. Na „Wielkiej Pętli” pojawiała się ona tylko trzykrotnie. Dwa razy tuż po II Wojnie Światowej. W tych czasach brylowali nich idole francuskich kibiców czyli Louison Bobet i Jean Robic. Po dłuższej przerwie przypomniano sobie o niej w 1973 roku na wspomnianym już przez mnie etapie do Nicei. Jechano wówczas od czekającej i nas zachodniej strony, zaś jako pierwszy na premii górskiej pojawił się rodak Torresa – Vicente Lopez-Carill. Do pokonania mieliśmy 15,3 kilometra o średnim nachyleniu 7,2 % i max. 10 %. W sumie 1107 metrów przewyższenia. Jak nam się wydawało miała to być ostatnia większa przeszkoda przed upragnionym widokiem lazurowych wód Morza Śródziemnego.

Na początku wzniesienia spotkała nas miła niespodzianka. Darek rozpoczął wspinaczkę w wielce bojowym nastroju. Zaczął ten podjazd w stylu na jaki nie było stać w poprzednich trzech sezonach. W tym roku Dario nareszcie solidnie przepracował wiosnę. Dzięki temu był w stanie poradzić sobie z każdym etapem tej arcytrudnej wyprawy. Co więcej jak miało się okazać przy dobrym dniu, przyjaznej sobie temperaturze i odpowiednim nastawieniu był w stanie zmusić do większego wysiłku swych młodszych i na co dzień mocniejszych kompanów. Na pierwszym kilometrze Turini poszedł tak mocno, iż praktycznie zerwał nas z koła. Od razu przypomniał mi się ostatni taki atak Darek – u podnóża Col du Granon w lipcu 2009 roku. Jakkolwiek mogłem się zmobilizować by za wszelką cenę utrzymać jego tempo, ale nie byłaby to dla mnie komfortowa jazda i za tego typu zryw mogłem nieco wyżej zapłacić. Adam był najwyraźniej podobnego zdania i dotrzymywał mi kroku, nie próbując gonić za Darkiem. Na pierwszych trzech kilometrach utrzymywaliśmy kontakt wzrokowy z naszym kolegą dojeżdżając do miasteczka La Bollene-Vesubie ze stratą około 20-30 sekund. Tu spotkał mnie pewien problem na skutek mej niefrasobliwości. Ponieważ nie chciałem zapocić nogawek i rękawków zamiast do kieszonek włożyłem je pod siodełko. Te zaś na jednym z tzw. śpiących policjantów wypadły po czym wkręciły się pomiędzy łańcuch i tryby kasety. Musiałem się zatrzymać. Adam poczekał na mnie i pomógł poradzić sobie z owym kłopotem. To dało Darkowi dodatkowe dwie minuty zapasu. Dario choć przyznał się do lekkiego kryzysu w górnej partii wzniesienia do końca jechał dzielnie i w sumie równo. Choć jechaliśmy dość mocno to ponownie ujrzeliśmy go przed sobą dopiero na ostatnich dwóch kilometrach. Niemniej nie zdołaliśmy dogonić osiągając przełęcz jakieś kilkanaście sekund po nim.

Na Turini było gwarno i to nie tylko za sprawą turystów, w tym podobnych nam amatorów kolarstwa. Pewien pasterz, prowadził akurat przez przełęcz liczne niczym peleton TdF stadko owiec. Zresztą dość rozległy plac wybudowany na tej przełęczy wydaje się miejscem, które nie narzeka na brak gości. Na przełęcz wiodą w końcu nie dwie, lecz trzy drogi łączące się dopiero na samej górze. Co więcej z przełęczy tej w kierunku północno-wschodnim odchodzi jeszcze kolejna, ślepa droga w kierunku Circuit de l’Authion osiągająca maksymalny pułap 2016 metrów n.p.m. Według luźnych ustaleń na Turini mieliśmy spotkać się z Piotrem. Niemniej ponieważ nad przełęczą zbierały się coraz to gęstsze i ciemniejsze chmury Pietro najwyraźniej wolał się salwować ucieczką w dolinę ku cieplejszym klimatom. Z tego samego powodu i my nie mogliśmy tu zabawić dłużej. Przejechawszy na drugą stronę placu minęliśmy odchodzący w prawo zjazd do Luceram via Peira-Cava. Następnie w niewielkich odstępach czasu rozpoczęliśmy nasz zjazd do Sospel. Niestety w górnej części zjazdu nie udało nam się uniknąć przelotnych opadów deszczu. Taki opad w połączeniu z temperaturą ledwie 11 stopni przeszywał nas chłodem. Liczący sobie ponad 24 kilometry, kręty i trudny technicznie zjazd zdawał się nie mieć końca. Tym bardziej, że za Moulinet nie był już tak szybki i zmuszał do kręcenia. Mimo nie najlepszej pogody nie sposób było zaprzeczyć urokom tej krainy. Dlatego żałowałem, że na foto-stopa zatrzymałem się tylko raz w pobliżu kaplicy Notre-Dame de la Menour. W środkowej i dolnej części zjazdu zdążyłem wyschnąć, acz temperatura urosła tylko do skromnych na tej szerokości geograficznej 16 stopni.

Jakkolwiek podróżowaliśmy każdy w tempie sobie właściwym mieliśmy się odnaleźć w Sospel by razem pokonać ostatni pagórek na trasie do Menton i wspólnie dojechać do tej mety nad Morzem Śródziemnym. Jako pierwszy do punktu zbornego dojechał oczywiście Piotr. Potem Adam, który minął mnie na zjeździe. Mi też udało się umknąć przed deszczem, choć dojechałem do miasta z ciemnymi chmurami na karku. Gdy około 15:50 dojechał do nas Darek rozpadało się już na dobre. Do tego było tylko 14 stopni. Postanowiliśmy przeczekać załamanie pogody. Niestety aura sprzysięgła się przeciwko nam. Rozpadało się na dobre i tym sposobem utknęliśmy pod dachem gościnnego sklepu spożywczego na dobre dwie godziny. Swoją drogą cóż za ironia. Od soboty do tego miejsca przebyliśmy 654 kilometry pokonując szesnaście solidnych podjazdów, w tym pięć dwutysięczników. Tymczasem najwięcej czasu potrzebowaliśmy na pokonanie ostatnich 20 kilometrów przed Cote d’Azur. Zaskoczył nas chłód i deszcz, którego najmniej się spodziewaliśmy w miejscu kojarzonym ze słonecznym wypoczynkiem. Postanowiliśmy zawezwać telefonicznie Romka aby przybył nam z odsieczą tzn. dodatkową partią ciuchów, które mieliśmy w naszym samochodzie. Romano po zjechaniu z Col Saint-Martin wsiadł do samochodu i dojechał nad Lazurowe Wybrzeże najkrótszą możliwą drogą czyli przez D 6202. Dotarł na wybrzeże około godziny czternastej na wysokości Nicei i następnie skręcił na wschód by dobić do Menton. Oczywiście nie pozostawił nas w potrzebie i zjawił się w Sospel z koniecznym wsparciem.

Ponieważ nadal lało zaprosiliśmy kolegę pod dach i tym sposobem już w piątkę kontynuowaliśmy „okupację” sklepu spożywczego. Romek stanął na bramce wcielając się w role odźwiernego. Piotr zabawiał sprzedawców i gości konwersacjami. Adam co chwilę robił rundkę po sklepie kupując co raz to nowe zakąski. Darek jak zwykle bawił towarzystwo dowcipami. Ja zaś aby nas rozgrzać przed dalszą drogą zakupiłem mała buteleczkę Porto Cruz (0,2 litra) co by każdy łyknął sobie łyczka i rozgrzał się dla kurażu przed pozostałym nam do pokonania mokrym odcinkiem drogi. W końcu po osiemnastej przeszliśmy się pod stojący nieopodal sklepu wielki biały namiot gdzie narzuciliśmy na siebie cieplejsze i przede wszystkim suche rzeczy. Tak zaopatrzeni byliśmy w końcu gotowi dokończyć szósty etap. Ruszyliśmy w stronę Castillon (707 m. n.p.m.) podjazdu, który w odróżnieniu od Saint-Martin i Turini aż 21 razy pojawiał się na trasie Tour de France. Niemniej jego sława już dawno przeminęła. Był niemal obowiązkowym punktem na trasie „Wielkiej Pętli” w latach 1919-1936, po czym przypomniano sobie o nim jeszcze czterokrotnie tuż po II Wojnie Światowej w latach 1947-1948, 1950 i 1952. Szesnastokrotnie zdobywano go od strony północnej, najczęściej na etapach do Nicei. Wśród zdobywców tego wzniesienia mamy takich kolarzy jak: Firmin Lambot i Philippe Thys (obaj dwukrotnie) czy też inni triumfatorzy Touru jak Ottavio Botecchia, Lucien Buysse, Andre Leducq czy Louison Bobet. Ostatni zwycięzcą górskiej premii w tym miejscu był Francuz Jean Dotto. Ponieważ w ostatnich dziesięcioleciach TdF jak ognia unika wizyt na Cote d’Azur w szczycie sezonu turystycznego nie wydaje się możliwe by wyścig wrócił na ten szlak w najbliższej przyszłości. Start całego wyścigu w Monaco przed czterema laty czy tegoroczna drużynówka w Nicei to ledwie skromne wyjątki od tej wieloletniej reguły.

Wspomniany podjazd pod Castillon to od strony Sospel ledwie 6,7 kilometra wspinaczki o średnim nachyleniu 5,3 % i max. tylko 8 %. Niemniej my omyłkowo zamiast starej drogi D 2566 wybraliśmy nową D 2566A nie mając świadomości, że z miasta w stronę Menton wychodzi jeszcze jedna szosa nieco dalej na wschód. Nasza wersja Castillon okazała się podjazdem bardzo łatwym. Jechałem na dużej tarczy, używając przełożeń 50 x 19 i 21. Po przejechaniu 4,8 kilometra na wysokości około 570 metrów n.p.m. wjechaliśmy do 700-metrowego tunelu Le Muret, przebiegającego pod starą drogą do Castillon. Nasz podjazd skończył się wraz z tunelem na wysokości około 610 metrów n.p.m. Dwieście metrów dalej mieliśmy dalej nasza droga łączyła się ze starą D 2566, więc odkrywszy nasz błąd mogliśmy jeszcze dotrzeć do Castillon niejako pod prąd. Niemniej przy tej deszczowej pogodzie chcieliśmy już czym prędzej dotrzeć do naszej nadmorskiej mety. Jedynym niezłomnym twardzielem w naszym gronie okazał się Darek, który straciwszy z nami kontakt na podjeździe postanowił do końca trzymać się rozkładu jazdy i skręcił w lewo dodając sobie ponad dwa kilometry wzniesienia. My w tym czasie rozpoczęliśmy już zjazd ku Menton. Niestety nie obyło się bez złych przygód. Najpierw ja przebiłem dętkę w tylnym kole i w strugach deszczu musiałem sobie radzić z wymianą ogumienia, znajdując dach nad głową w ruderze stojącej nieopodal feralnego dla mnie wirażu. Nieco niżej Piotrek zaliczył upadek na mokrej szosie, na szczęście niegroźny. Gdy jako ostatni w naszym gronie dotarłem do Hotelu Lemon na ulicy Alberta I było już kilka minut po dwudziestej. Przejechałem w sumie 132,6 kilometra o łącznym przewyższeniu „tylko” 2380 metrów w czasie netto 5 godzin 42 minut i 10 sekund (avs. 23,3 km/h). Niemniej doliczając wszystkie dobrowolne i przymusowe przerwy na trasie spędziłem ponad 10 godzin. Po wzięciu pryszniców i przebraniu się w cywilne ciuchy po 21-wszej udaliśmy się na miasto. Zeszliśmy na kamienistą plaże aby nasz sukces przypieczętować zamoczeniem nóg w falach Morza Śródziemnego. Następnie weszliśmy do jednej z restauracji przy nadmorskim bulwarze zjeść jakże zasłużony obiad w porze kolacji.

Napisany w Route des Grandes Alpes | Możliwość komentowania 6 etap: Roya – Menton została wyłączona