banner daniela marszałka

12 etap: La Salle – Champex-Lac

Autor: admin o środa 3. Lipiec 2013

TRASA ETAPU 12 > https://www.strava.com/activities/69725136

Środowy poranek powitał nas pochmurną aurą. Nie nastrajało to pozytywnie do dwunastego etapu naszej wielkiego podróży. Tym bardziej, że mieliśmy do pokonania jedną z najwyższych wzniesień na całej trasie czyli Colle Grand San Bernardo (2473 m. n.p.m.). Wdrapanie się na tą przełęcz nie było kwestią naszego wyboru, lecz wynikało z geograficznej konieczności. Tego dnia mieliśmy już na dobre opuścić Włochy i na jeden dzień wjechać do Szwajcarii. Tymczasem jedyna droga łącząca region Valle d’Aosta na południu z kantonem Valais na północy przebiega właśnie przez Wielką Przełęcz św. Bernarda. Tym samym nasza przyjemność z jazdy w dużym stopniu zależeć miała od warunków pogodowych, które we wtorkowe popołudnie uległy wyraźnemu pogorszeniu. W skrajnej – czytaj zimowej – ostateczności zawsze moglibyśmy się przedostać z Italii do Helwetii samochodem. Niemniej nawet przy założeniu, iż trzy rowery jadą na klapie zaś dwa na dachu auta i tak nie zdołalibyśmy się wszyscy załadować do mojego hatchbaka. Nie było najmniejszych szans na to by całą piątką ze wszystkimi bagażami i dwoma przednimi kołami pomieścić się w średniej wielkości aucie jakim jest Kia Cee’d. Trzeba wtedy było wykonać dwa kursy przez granicę. Na szczęście pogoda, acz kapryśna nie doprowadziła nas do takiej ostateczności. Po sutym śniadanku zaserwowanym nam przez męża Ewy postanowiliśmy poczekać aż niebo nieco się przejaśni. Teoretycznie gościnne progi „Il Portico” mieliśmy opuścić o 11:00. Niemniej nasi gospodarze byli cierpliwi, więc spakowaliśmy się dopiero około południa, gdy aura z lekka tylko się poprawiła. Jako pierwszy tzn. o 12:30 na trasę dwunastego etapu ruszył Darek. Jakiś kwadrans później Piotrek, Adam i ja. Natomiast Romek miał za zadanie pojechać bezpośrednio na bazę noclegową nr 13 w Champex i stamtąd wyjechać nam naprzeciw. W optymistycznej wersji zdobyć Wielkiego Bernarda od szwajcarskiej strony.

Zaraz po starcie mieliśmy półtora kilometra zjazdu do drogi krajowej SS26. Potem zaś 25-kilometrowy odcinek w dolinie, prowadzący generalnie lekko do Aosty, leżącej na wysokości 591 metrów n.p.m. Na dwunastym kilometrze przejechaliśmy przez niepozorną wioskę Arvier. Kolarscy kibice z zacięciem do historii tego sportu wiedzą, że tu właśnie w 1871 roku urodził się pierwszy triumfator Tour de France czyli Maurice Garin. Ten poddany włoskiego króla za młodu wyjechał do Francji i bodajże w roku 1892 uzyskał tamtejsze obywatelstwo. Zanim w 1903 roku zyskał nieśmiertelność dzięki zwycięstwu w pierwszej edycji „Wielkiej Pętli” w ostatniej dekadzie XIX wieku dwukrotnie wygrał Paryż – Roubaix (1897-98), zaś nieco później wielce prestiżowe w owym czasie maratony Paryż-Brest-Paryż (1901) i Bordeaux-Paryż (1902). Na trasie wyścigu Dookoła Francji najszybszy był także w sezonie 1904, lecz wraz z trzema innymi kolarzami ze ścisłej czołówki został zdyskwalifikowany co w praktyce położyło kres jego wielkiej karierze. Jechaliśmy cały czas na wschód mijając rozmaite opcje utrudnienia sobie pierwszej części tego etapu. W moim planie na ten dzień znajdował się podjazd z Avise do Verrogne (1582 m. n.p.m.) czyli 15,1 kilometra o średnim nachyleniu 5,1 % i max. blisko 14 %. Wzniesienie pokonywane przez uczestników lipcowego GF Le Mont Blanc. Planując całą wyprawę trzymałem się, bowiem ogólnego założenia, iż przejeżdżać będziemy trzy wzniesienia dziennie. Niemniej późny start z La Salle i chmury kłębiące się na niebie sprawiły, iż zrezygnowaliśmy z tego wynalazku. Rozsądniej było dotrzeć do Aosty jak najkrótszą drogą, po to by sforsować Colle Gran San Bernardo zanim pogoda naprawdę się zepsuje. Zresztą prawdę mówiąc taki gigant jak Wielki Bernard śmiało może uchodzić za dwa podjazdy w jednym.

Skoro wspomniałem o Verrogne to dodam, że w górnej części Doliny Aosty (L’Alta Valle d’Aosta) nie brak podjazdów ciekawszych od tego, który w ostatniej chwili pominęliśmy. Na dalekim zachodzie mamy przejechane przez nas we wtorek Piccolo San Bernardo i San Carlo, a także Planaval w pobliżu naszego środowego startu oraz Val Veny u podnóża Masywu Monte Bianco (Mont Blanc). Ale to dopiero początek wyliczanki. Na południe od rzeki Dora Baltea odchodzą cztery długie podjazdy w głąb dolin: Valgrisenche, Val di Rhemes, Valsaverenche oraz Valnontey. Ta ostatnia wykorzystana na dwudziestym etapie Giro d’Italia z 1985 roku wygranym przez Amerykanina Andrew Hampstena. Dla odmiany na północ od głównej doliny lecą drogi prowadzące do górskich wiosek: Vedun, Vens, Vetan i Thouraz. Natomiast bezpośrednio z samej Aosty założonej przez cesarza Oktawiana Augusta w 25 roku p.n.e. wyrusza na południe ponad 18-kilometrowy podjazd do stacji Pila wykorzystany na Giro w latach 1987 i 1992. Przeszło 250-kilometrowe etapy włoskiego touru wygrywali w tym miejscu Szkot Robert Millar i Niemiec Udo Bolts. Na północ od stolicy regionu alternatywą dla kultowego Wielkiego Bernarda są trudne podjazdy do Champillon i Valpelline – Diga di Place Moulin. A to jeszcze nie koniec bowiem na wschód od Aosty znaleźć można drugie tyle wzniesień wysokiej klasy. Najciekawszym z nich jest trzykrotnie sprawdzony na Giro 27-kilometrowy podjazd do Breuil-Cervini położonej u podnóża słynnej góry Matterhorn (wł. Cervino). Przed rokiem wygrał na nim Kostarykańczyk Andrei Amador. W lipcu 2010 roku na terenie tzw. Media Valle d’Aosta i Bassa Valle d’Aosta miałem też okazję pokonać wspinaczki do Saint-Barthelemy, Druges, Saint-Pantaleon oraz Champorcher. Na terenie najmniejszego z włoskich regionów (tylko 3.263 km kw.) jest więc co najmniej ze trzydzieści podjazdów najwyższej i pierwszej kategorii. Dla amatora na moim poziomie to „materiał do obróbki” na pełne dwa tygodnie co czyni z Valle d’Aosta wymarzone miejsce na kolarskie wakacje. Szczególnie dla tych cykloturystów, którzy chcieliby ograniczyć samochodowe transfery pomiędzy górami do absolutnego minimum.

Po przejechaniu 26 kilometrów byliśmy już w centrum Aosty, gdzie w okolicy lokalnego szpitala musieliśmy przeskoczyć na drogę krajową SS27 czyli Viale Gran San Bernardo. Tu zaczęła się nasza wspinaczka do pochmurnego nieba, tak długa iż zdawała się nie mieć końca. Pośród około trzystu pokonanych przez mnie dotąd podjazdów Wielki Bernard ma co prawda dopiero piętnaste miejsce na liście najwyższych wzniesień, lecz w rankingu największych (według wysokości względnej) jest dziś drugi i to tylko przy założeniu, iż południową Gavię należy liczyć od Edolo. Aby przedostać się z Valle d’Aosta na teren kantonu Valais trzeba pokonać 34,3 km o średnim nachyleniu 5,5 % przy max. 12 % co oznacza, iż południowy Wielki Bernard ma przewyższenie aż 1882 metrów! Północna droga na tą przełęcz liczona od Orsieres to „tylko” 25,5 kilometra o średnim nachyleniu 6,2 % i max. 15 % co daje amplitudę 1572 metrów, acz doliczając łatwiejszy odcinek między Sembrancher a Orsieres wychodzi w sumie 30,6 kilometra z przewyższeniem 1752 metry. Tak czy owak monstrum znane ludzkości od starożytności. Pierwsza nazwa tej przełęczy to Col de Mont Jupiter, bowiem w czasach rzymskich stała tu świątynia poświęcona Jowiszowi. W roku 1035 wspomniany już przez mnie przy okazji jedenastego etapu Bernard z Menthon założył tu schronisko dla pielgrzymów z Anglii i Francji zmierzających do Rzymu szlakiem Via Francigena. Gdy powstał tu klasztor kanoników regularnych przełęcz nazywano już Col de Mons Joux. Niemniej gdy Bernarda ogłoszono świętym miejsce to bodaj najbardziej związane z jego życiową misję przemianowano na Col du Grand Saint-Bernard. Właśnie tym trudnym szlakiem zmierzał w maju 1800 roku na swą zwycięską II kampanię włoską Napoleon Bonaparte słynny „Bóg Wojny”, niestrudzony prawodawca i budowniczy dróg oraz niedoszły wybawca Narodu Polskiego w jednej osobie. Przymiotnik Wielka dodano tej przełęczy dla odróżnienia od niższej o blisko trzysta metrów przełęczy Małej imienia tego samego patrona, a leżącej dziś na granicy Francji i Włoch.

Peleton Tour de France przejeżdżał przez tą przełęcz w Alpach Pennińskich pięciokrotnie, co wydaje się być wynikiem nie najgorszym zważywszy na fakt, iż leży ona poza granicami Francji. Po raz pierwszy kolarze zajrzeli tu w sezonie 1949 na początku etapu z Aosty do Lozanny. Na premii górskiej pierwszy był Gino Bartali, zaś na mecie etapu jego rodak Vincenzo Rossello. Tak wówczas jak i przy trzech kolejnych okazjach wspinano się od południowej strony. W 1959 roku na odcinku z Saint-Vincent do Annecy pierwszy na górze był Hiszpan Carmelo Morales, zaś zwycięzcą etapu został Szwajcar Rolf Graf. W sezonie 1963 na legendarnym etapie z Val d’Isere do Chamonix wszystkie premie górskie wygrał Hiszpan Federico Bahamontes, lecz na mecie uprzedził go Francuz Jacques Anquetil. Z kolei w roku 1966 na etapie z Ivrei do Chamonix pierwszy na górze był Belg Martin Van den Bossche, lecz z sukcesu etapowego cieszył się Luksemburczyk Edy Schutz. Jednym słowem triumf na tej górze nie przekładał się nic cenniejszego. Przede wszystkim z tej przyczyny, iż była to na ogół pierwsza (raz druga) premia górska dnia zawsze pokonywana na wiele kilometrów przed metą. Podobnie było w 2009 roku, gdy na etapie z Martigny do Bourg-Saint-Maurice jedyny raz wspinano się od północy. Pierwszy na przełęczy był Włoch Franco Pellizotti, zaś na mecie triumfował Bask Mikel Astarloza. Giro d’Italia zaglądało w to miejsce sześciokrotnie (po trzykroć od każdej strony), lecz tylko cztery razy peleton dojeżdżał na samą przełęcz. W sezonie 1996 na stulecie nowożytnych Igrzysk Olimpijskich do programu wyścigu wstawiono nie tylko start w Atenach i całe trzy dni na greckiej ziemi, lecz również dwa odcinki z Aosty do Lozanny i Lozanny do Bielli celem zawitania do siedziby Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Przy obu tych okazjach granicę włosko-szwajcarską pokonano tunelem wykutym na wysokości około 1900 metrów n.p.m.

Giro d’Italia po raz pierwszy zajrzało w te strony w 1959 roku na decydującym o losach całego wyścigu etapie z Aosty do Courmayeur. Najszybciej na pierwszej i trzeciej premii górskiej czyli Wielkim i Małym Bernardzie jak i mecie całego odcinka zameldował się Luksemburczyk Charly Gaul. W sezonie 1963 dla odmiany jechano od północy na etapie z Leukerbad do Saint-Vincent i znów inaczej niż na Tourze sukces na górze przełożył się na triumf w dolinie. Tym razem dublet ustrzelił Włoch Vito Taccone, który na tym wyścigu wygrał aż pięć odcinków, zaś ten z Bernardem był jego czwartym zwycięstwem z rzędu. Podobny, acz dłuższy etap wyznaczono w 1985 roku. Po starcie z włoskiej Domodossoli wjechano do Szwajcarii, przejechano przełęcz Sempione (Simplon) i długi odcinek w Dolinie Rodanu by w końcu zmierzyć się z północnym obliczem Wielkiego Bernarda. Pierwszy na premii górskiej był Kolumbijczyk Rafael Acevedo, lecz do mety dojechało razem aż 53 kolarzy, z których najszybciej finiszował Włoch Francesco Moser. Niemal lustrzanym odbiciem tego etapu był odcinek czternasty z roku 2006. Kolarze pojechali wówczas z Aosty do Domodossoli po pokonaniu Gran San Bernardo od południa i większej części trasy na szwajcarskiej ziemi. Pierwszy na górze był Francuz Sandy Casar, zaś na mecie Kolumbijczyk Luis Felipe Laverde. Na koniec wypada wspomnieć o małym Wielkim Bernardzie czyli niepełnych wspinaczkach z roku 1996. Blisko sześciokilometrowy tunel (5798 metrów) wybudowano w ekspresowym tempie pięciu lat. Uroczystego otwarcia tej przeprawy dokonano 19 marca 1963 roku. Po włoskiej stronie wjeżdża się doń na wysokości 1875 m. n.p.m. w pobliżu wioski Saint-Rhemy-en-Bosses i tu pierwszy był Włoch Mariano Piccoli na etapie do Lozanny wygranym przez Ukraińca Aleksandra Gonczenkowa. Po szwajcarskiej stronie granicy wlot do tunelu znajduje się w okolicy Bourg-Saint-Bernard na wysokości 1918 m. n.p.m. W tym miejscu pierwszy zameldował się Francuz Laurent Roux, lecz na mecie w Bielli musiał uznać wyższość współtowarzysza ucieczki Duńczyka Nicolay’a Bo Larsena.

Jak to zazwyczaj bywa w przypadku podjazdów bardzo długich i ogólnie wielkich nie porażają one swą stromizną. Nie podcinają nóg ostrym ukąszeniem niczym jadowity wąż. Raczej powolutku wysysają ze swych ofiar wszelkie siły witalne niczym potężny dusiciel. Gran San Bernardo jest typowym przedstawicielem tego gatunku górskich podjazdów. Pierwsze 4,5 kilometra ma średnie nachylenie 5,4 %. W tym czasie pod koniec trzeciego kilometra złapaliśmy Darka i na trzy minuty stanęliśmy. Po wznowieniu jazdy Dario nie był w stanie utrzymać naszego tempa, tym bardziej iż Adam w dolnej fazie podjazdu naprawdę zdrowo dokazywał. Po czterech kilometrach minęliśmy zjazd ku Valpelline. Po chwili wypoczynku na łatwiejszym 2,5-kilometrowym odcinku czekał nas fragment solidnego podjazdu między siódmym a dwunastym kilometrem wzniesienia. Tu Adam na tyle podkręcił tempo, iż Piotr chwilowo dał za wygraną. Mi też nie było łatwo, ale postanowiłem sprawdzić jak mocne karty ma najmłodszy członek naszej ekipy. Około dziesiątego kilometra, gdzie nachylenie podjazdu przekraczało 7 % zmieniłem go na prowadzeniu i dorzuciłem nieco paliwa do kotła. Adam szybko strzelił i wkrótce został dogoniony przez Piotra. Tymczasem ja czułem się wyśmienicie. Kto by pomyślał. Jeszcze dwa dni wcześniej w dolnej części Mont Cenis zastanawiałem się czy dam radę ukończyć tak finezyjnie zaprojektowaną eskapadę. Teraz zaś nie tylko nie było śladu po bólu w kolanie, lecz prawie nie czułem łańcucha. Oczywiście owo boskie uczucie potęgował fakt, iż na dojeździe do Etroubles był kolejny łatwy odcinek. We wiosce tej zatrzymałem się by zrobić zdjęcie i tym samym pozwoliłem się złapać. Ponieważ po każdym takim stopie byłem w stanie błyskawicznie dogonić jadących jednostajnie, acz nieco wolniej kolegów postanowiłem, że na tym podjeździe bardziej sumiennie podejdę do roli fotografa.

Za Etroubles (16 km) musieliśmy pokonać kolejny trudniejszy odcinek w sumie cztery kilometry o średnim nachyleniu blisko 6,5 %. Na tym fragmencie podjazdu przejechaliśmy przez wioskę Saint-Oyen (17,5 km), zaś tuż przed końcem dwudziestego kilometra na wysokości 1508 m. n.p.m. trzeba było odbić w prawo na Saint-Rhemy-en-Bosses aby pojechać na przełęcz. Droga w lewo prowadzi ku wiosce Saint-Leonard i dalej do wspomnianego tunelu. Tą opcję wybrał wcześniej Romek w myśl zasady by oszczędzać nasz wóz techniczny na górskim szlaku. Koszt tak wygodnej przeprawy to w przypadku samochodów osobowych 25 Euro. Przy rozjeździe ponownie odjechałem Adamowi. Zakładałem, że pociągnę teraz mocniej przez kolejne dwa kilometry i zatrzymam się na foto-stopa przed Saint-Rhemy (21,7 km – 1611 m. n.p.m.), najwyżej położoną osadą po włoskiej stronie przełęczy. Tym niemniej na dojazd Adama się nie doczekałem. Być może mój kolega sam zatrzymał się nieco wcześniej. Zdecydowałem się więc jechać sam, solidnym tempem bez specjalnego oglądania się za siebie, lecz zarazem stawać na chwile gdy tylko coś ładnego lub ciekawego rzuci mi się w oczy. Po przejechaniu 23,8 kilometra na wysokości 1729 m. n.p.m. przejechałem przez mostek na prawy brzeg pędzącego tą doliną potoku. Po dwóch kolejnych kilometrach śmignąłem pod wiaduktem, którym poprowadzony jest tunel. Po przejechaniu 27 kilometrów byłem już w miejscu zwanym Pra d’Arc, gdzie na wysokości 1952 m. n.p.m. kończy się strefa lasu. Tu przed oczyma podróżnego ukazują się serpentyny, które wywiozą go z zielonej hali w szaro-biały rewir alpejskich turni. Od pewnego czasu padał już niewielki deszcz co nieco potęgowało odczucie chłodu. Niemniej podczas podjazdu to niewielki problem zważywszy, na fakt iż próba sprawnego pokonania takiego wzniesienia potrafi nieźle rozgrzać.

Po blisko dwóch godzinach wspinaczki nie byłem już tak rześki jak w połowie podjazdu. Około trzydziestego kilometra zacząłem odczuwać pewne zmęczenie, acz wciąż trzymałem się nieźle. Być może z rytmu wybiły mnie kolejne przystanki, w tym parę koło zabudowań postawionych niegdyś dla służb drogowych na wysokości 2215 metrów n.p.m. Zresztą ostatnia ćwiartka podjazdu, choć nie tak trudna jak końcówka północnego podjazdu może uchodzić za najtrudniejszy fragment południowego wzniesienia. Ostatnie 8,6 kilometra czyli odcinek od przejazdu pod wiaduktem do samej przełęczy ma średnio 7,1 %, zaś najtrudniejsze 500 metrów trzyma na poziomie 9,5 %. Na przedostatnim kilometrze przejeżdża się przez około dwustumetrową galerię. Granica leży na wysokości 2449 metrów n.p.m. Tym niemniej do przełęczy położonej już na terenie Szwajcarii brakuje stąd jeszcze 500 metrów umiarkowanego podjazdu o nachyleniu 4,8 % wzdłuż zachodniego brzegu niewielkiego jeziorka, które wobec długiej zimy roku 2013 dopiero zaczęło odmarzać. Cztery lata temu byłem na tej przełęczy w połowie czerwca i zastałem bardziej wiosenne warunki, acz nawet wtedy nie brakowało śniegu w bardziej zacienionych miejscach. Na pokonanie 34,3 kilometra z Aosty potrzebowałem 2 godzin 16 minut i 37 sekund. Tym niemniej za sprawą dwunastu przystanków straciłem równo 11 minut, więc sama wspinaczka kosztowała mnie 2h 05:37 przy średniej prędkości 16,4 km/h. Niespodziewanie jako drugi na górze ze stratą kilku minut pojawił się Piotrek. Wstępne harce najwięcej kosztowały Adama, który wykręcił czas brutto 2h 26:22 i netto 2h 11:16, gdyż jak wynika z danych „stravy” również kilka razy przystanął w górnej części podjazdu. Zrobiliśmy sobie kilka zdjęć na samej przełęczy czyli pod łącznikiem spajającym obie części górskiego schroniska. Następnie aby rozgrzać się przed długim zjazdem weszliśmy do hotelowej restauracji. Słynnego likieru św. Bernarda nie skosztowaliśmy, lecz zamówiliśmy po kawce i herbacie. Bodaj najdroższych w naszym życiu. Przede wszystkim jednak w znajdującej się na pierwszym piętrze łazience wysuszyliśmy nasze mokre i spocone ciuchy.

Po ponownym wyjściu na dwór zrobiliśmy sobie zdjęcia pod tablicą po północnej stronie przełęczy, zaś Pietro załapał się jeszcze na fotkę w otoczeniu trzech bernardynów czyli słynnych psów górskich ratowników. Na górze było około 10 stopni Celsjusza, lecz za sprawą wilgoci temperatura odczuwalna nie była tak komfortowa. Pierwsze sześć kilometrów tego zjazdu są strome (średnio 8,9 %). Pamiętam że dały mi nieźle w kość przed czterema laty. Tu nie można było się za bardzo rozpędzać. Za dużo zakrętów. Nieco wiatru. Zmarznięte dłonie. Jednym słowem trzeba było zachować wzmożoną ostrożność. Zjazd upraszcza się i wypłaszcza w rejonie północnego wlotu do tunelu. Tu przystanęliśmy na chwilę by zorientować, którą drogę dalej wybrać. Nieco niżej wjechaliśmy do bardzo długiej, bo liczącej 5,2 kilometra galerii w sporej części biegnącej wzdłuż wschodniego brzegu Lac de Toules. W dolnej części tego niby-tunelu powyżej 1700 metrów n.p.m. spotkaliśmy Romka wspinającego się od Orsieres. Romano bez dłuższego namysłu zawrócił i dołączył do nas. Jak sam przyznał czuł się tego dnia nie najlepiej więc uznał, że zrobione właśnie 15 kilometrów podjazdu plus finałowy do Champex-Lac (1470 m. n.p.m.) czyli 9,3 kilometra przy średniej 6,1 % w zupełności mu wystarczą. Śmiało ruszyliśmy dalej ku Bourg Saint-Pierre. Początkowo trzymałem się lepszych na zjazdach kompanów. Zjazd był łatwy technicznie i szybki, acz nie tak bardzo jak pokazuje to mój profil użytkownika na stravie. Bariery 100 km/h na pewno nie przekroczyłem. Nie wiem czy kiedykolwiek miałem śmiałość złamać 90-tkę. W okolicy Liddes pożegnałem kolegów, gdyż na końcówkę etapu miałem inne niż oni plany. Podobnie jak trzy dni wcześniej przed Sestriere postanowiłem dokonać pewnej wolty. Podjazd do Champex-Lac od strony południowej czyli z Orsieres poznałem już w czerwcu 2009 roku. Teraz dla odmiany postanowiłem się zmierzyć z trudniejszym północnym obliczem tego wzniesienia.

W tym celu po dotarciu w okolice Orsieres musiałem pozostać na drodze nr 21 by dotrzeć do Sembrancher. Tu należało skręcić w lewo ku Martigny by jadąc nadal po tej samej szosie dobić do Les Valettes. W dolinie wiał mocny przeciwny wiatr, więc aby schować się przed nim na wysokości Bovenier wybrałem równoległą boczną dróżkę. Tak dotarłem do Les Valettes wioski, w której przed czterema laty pomieszkiwałem przez tydzień wraz z Łukaszem Talagą, Andrzejem Gużem i Jarkiem Chojnackim podczas naszego alpejskiego Tour de Romandie. U podnóża finałowego podjazdu zatrzymałem się na małym parkingu by zrzucić z siebie ciuchy przydatne na zjeździe, które podczas wspinaczki mogły mnie ugotować. Zresztą sam podjazd przez Val D’Arpette zapowiadał się na taki, który potrafi nieźle rozgrzać. Muszę przyznać, że nie zawiódł tych oczekiwań. Od tej strony wspinaczka po wąskiej i krętej szosie przez łąki i las oraz wioski Bemont i Grangettes kończy się na wysokości 1498 metrów n.p.m. Całe wzniesienie liczy zaś sobie 10,2 kilometra o średnim nachyleniu 8,5 % przy max. 11 % i przewyższeniu 872 metrów. Finałową górę pokonałem w czasie 49 minut i 14 sekund czyli przy VAM 1062 m/h. Całkiem dobrym jak na końcówkę etapu, dwunasty dzień podróży i dalekie od optymalnych warunki pogodowe. W końcówce podjazdu zaczął padać mocny deszcz, więc na górę dotarłem zmęczony, przemoczony i wkrótce zziębnięty. Odczucia miałem więc skrajnie odmienne od tych z 2009 roku, gdy na południowych zboczach Champex wykańczał nas tak niemiłosierny upał, iż po dotarciu na górę zapragnąłem schłodzić nogi w jeziorze. Na szczęście do naszej bazy w Chalet du Jardin-Alpin brakowało mi już tylko  kilometra. Koledzy po południowej stronie Champex mieli nieco lepszą aurę. Ponieważ szybciej zakończyli zjazd i mieli do pokonania krótszy podjazd załapali się na deszcz, lecz zdołali umknąć przed ulewą. Na podjeździe mieli małe rodeo, gdyż musieli się przedrzeć przez żywą blokadę w postaci zmierzającego pod górę stada krów i spojrzeć bykowi prosto w oczy. Cały etap w moim wykonaniu miał 112 kilometrów i 2795 metrów przewyższenia. Pokonałem go w czasie netto 4 godzin 47 minut i 49 sekund przy średniej prędkości 23,3 km/h. Na trasie byłem zaś w sumie sześć godzin bez kilku minut.