banner daniela marszałka

Archiwum: 'Bez kategorii' Kategorie

Col d’Azet

Autor: admin o 20. stycznia 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1580 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 785 metrów

Długość: 10,6 kilometra

Średnie nachylenie: 7,4 %

Maksymalne nachylenie: 12,2 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Z Col de Portet na parking w Saint-Lary-Soulan zjechałem kilka minut przed wpół do trzeciej. Zanim wszyscy zebraliśmy się przy samochodach upłynęło jeszcze trochę czasu. Przed kolejną górską potyczką warto było się posilić, zmienić lub „odchudzić” stroje oraz przynajmniej powierzchownie obmyć swe rowery, które zebrały sporo błota w górnej części pierwszego wzniesienia. Drugie czekało na nas po przeciwnej stronie Vallee d’Aure. Mieliśmy bowiem ruszyć na wschód ku przełęczy Azet. Na czwartkowym etapie duch w naszej drużynie był bojowy. Każdy chciał tego dnia zaliczyć trzy podjazdy. Ja w ramach trzeciej rundy miałem jeszcze do zobaczenia Station de Peyragudes. Stację narciarską znaną z tras Tour de France, acz nie tylko. Na wyprawę ku niej namówiłem Darka. Tą trzecią wspinaczkę musieliśmy jednak zacząć po wschodniej stronie Col d’Azet. To zaś rodziło pewien problem natury logistycznej. Przede wszystkim umówiliśmy się z Piotrem, że Renault zostanie na tym parkingu do czasu jego przyjazdu. Teoretycznie można było wjechać i zjechać z Azet, po czym poczekać na Pedra i razem z nim podjechać samochodem do podnóża trzeciej góry. Niemniej trudno było przewidzieć ile czasu będziemy oczekiwać na kolegę. A poza tym on musiałby następnie czekać na nas „bawiących się” na swym trzecim podjeździe. Lepiej było podjechać zachodni Azet, następnie zjechać na wschód, pokonać płaski odcinek wokół Lac de Genos-Loudenvielle, po czym z okolic Armenteule rozpocząć wspinaczkę do Peyragudes. Decydując się na to rozwiązanie daliśmy Piotrowi znać by po ukończeniu swego etapu wybrał się autem do Doliny Louron i tam przechwycił nas po zjeździe ze wspomnianej stacji. Krzysiek i Rafał porzucając samochód bez kierowcy na parkingu w Saint-Lary-Soulan nie musieli kombinować. Chcąc zaliczyć tego dnia aż trzy wzniesienia musieli wybrać najprostsze rozwiązanie. To znaczy zwiedzić obie strony przełęczy Azet.

Col de Val Louron-Azet to górska przeprawa stosunkowo młoda wiekiem jak i stażem na trasach „Wielkiej Pętli”. Po raz pierwszy peleton Tour de France przejechał przez tą przełęcz w sezonie 1997. Dotychczas odwiedził ją zaś ośmiokrotnie. Zabrakło więc jej na odcinku do Pla d’Adet z roku 1993 czyli w dniu pierwszego polskiego triumfu na trasach TdF. Kolarze po przekroczeniu Col de Peyresourde dotarli wówczas do Saint-Lary-Soulan dolinami Louron i Aure. To znaczy pokonując blisko 30-kilometrowy odcinek z przejazdem przez miasteczko Arreau. Tym niemniej godzi się wspomnieć, iż spory kawałek wschodniego podjazdu pod Azet przetestowano na Tourze już w sezonie 1991. W dodatku na etapie, który w dużej mierze rozstrzygnął o losach tamtego wyścigu. Odcinek trzynasty tej imprezy kończył się w stacji narciarskiej Val-Louron (1455 m. n.p.m.). Zaczął się zaś w aragońskim miasteczku Jaca i liczył aż 232 kilometry. Uczestnicy TdF wyjechali z Hiszpanii poprzez Col du Pourtalet. Następnie zmierzyli się z przełęczami Aubisque, Tourmalet i Aspin by na sam koniec pokonać 6-kilometrowy podjazd ze startem we wiosce Genos. To znaczy jakieś 80% wschodniej wspinaczki pod Col d’Azet. Na tym szlaku do głosu doszło młodsze pokolenie kolarskich asów. Etap wygrał Włoch Claudio Chiappucci. Razem z nim przyjechał wielki Miguel Indurain, który tego dnia po raz pierwszy w swej karierze przywdział koszulkę lidera TdF. Trzeci ze stratą półtorej minuty finiszował kolejny Włoch Gianni Bugno. Podobna była kolejność na mecie w Paryżu tzn. Indurain, Bugno i Chiappucci. Przegrani byli starzy mistrzowie. Francuz Laurent Fignon przyjechał do mety czwarty, ale ze stratą już 2:50. Znacznie więcej stracił zwycięzca dwóch poprzednich edycji TdF czyli Amerykanin Greg Lemond. Na mecie tylko dziewiąty z bagażem 7:18. Wśród młodych też były ofiary. Poległ jednodniowy lider Francuz Luc Leblanc, który stracił aż 12:36.

Gdy w roku 1997 kolarze pierwszy raz pokonywali pełnowymiarową Col d’Azet to prowadzenia bronił inny Francuz. Harcownik Cedric Vasseur w Pireneje dotarł z przewagą około 3 minut nad faworytami. Mało kto dawał mu szansę na etapie z Pau do Loudenvielle, gdyż nasza zachodnia Azet poprzedzona była wjazdami na Soulor, Tourmalet i Aspin. Pierwszy na premii górskiej był odbudowany po strasznej kontuzji z jesieni 1995 roku Włoch Marco Pantani. Niemniej na zjeździe swoją przewagę liczebną wykorzystali zawodnicy Festiny. Skutecznie zaatakował Laurent Brochard, przyszły mistrz świata z San Sebastian. Długowłosy Francuz dotarł do mety z przewagą 14 sekund nad swym rodakiem i liderem Richardem Virenque oraz Pantanim i Niemcem Janem Ullrichem. Vasseur walczył do upadłego. Finiszował na dwudziestym miejscu ze stratą 2:57 do zwycięzcy. Pozostało mu 13 sekund zapasu nad Ullrichem. Dzięki temu w świątecznym dla Francuzów dniu 14 lipca jeszcze raz przywdział trykot lidera. Nazajutrz młody Niemiec z Rostocka pozamiatał wszystko na przeszło 250-kilometrowym maratonie z Luchon do Andorra-Arcalis. Debiut z roku 1997 był zarazem jedynym przypadkiem, gdy Azet na Tourze wystąpiła w roli ostatniej premii górskiej. Później bywała już zawsze przedostatnia. Przy tym znacznie częściej wykorzystywano krótszy i mniejszy pod względem przewyższenia podjazd wschodni. W sumie sześć razy. Najpierw w roku 1999 na etapie do stacji Piau-Engaly, gdy premię górską na Azet jak i etap wygrał Hiszpan Fernando Escartin. Na etapach z lat 2001, 2005 i 2014 kończących się w Pla d’Adet najszybciej na tej przełęczy meldowali się Francuzi o imieniu Laurent czyli Jalabert i Brochard oraz Katalończyk Joaquim Rodriguez. W sezonie 2013 na etapie do Bagneres-de-Bigorre premia ta padła łupem Australijczyka Simona Clarke’a. Natomiast w roku 2018 na odcinku prowadzącym na Col du Portet pierwszy wjechał tu Francuz Julian Alaphillipe. Zachodnia wspinaczka na Azet po raz drugi została wykorzystana zaś w sezonie 2016 na etapie do Bagneres-de-Luchon. Dominowali na nim kolarze Team Sky. Holender Wout Poels był pierwszy na premii, zaś Chris Froome na mecie w Luchon.

Zachodni podjazd na Col d’Azet można zacząć co najmniej w dwóch miejscach. Po pierwsze na południowym krańcu Saint-Lary-Soulan, gdzie należałoby znaleźć drogę D25 w kierunku Sailhan. Ewentualnie na północ od miasta w pobliżu wioski Bourisp. Wybraliśmy tą drugą opcję, bowiem ten dojazd był nieco krótszy i mniej skomplikowany. Przejazd przez całe uzdrowisko i tak czekał nas w piątek, gdyż na ostatnim etapie mieliśmy zaplanowane wspinaczki do stacji Piau-Engaly oraz górskich jezior Cap de Long i Aumar. Parking za sklepem Sarrat Sport opuściliśmy kilka minut po piętnastej. Wjechawszy na szosę D929 przejechaliśmy dystans 900 metrów dzielący nas od ronda za sklepem Carrefour Market. Na tym skrzyżowaniu trzeba było skręcić w prawo by rozpocząć podjazd szosą D116. W moim wykonaniu ta wspinaczka miała wyglądać inaczej niż wszystkie pozostałe. W swych planach nie miałem przecież powrotnego zjazdu z przełęczy Azet. Tym samym jeśli chciałem uwiecznić to wzniesienie na zdjęciach musiałem je robić w trakcie podjazdu. Przy tym wolałem ich nie pstrykać „w locie” czyli podczas jazdy, by potem nie zżymać się na ich słabą ostrość czy złe wykadrowanie. Musiałem się zatem pogodzić z koniecznością stawania co kilkaset metrów lub wtedy gdy tylko coś ładniejszego przykuję moją uwagę. Ruszyłem pod górę z nastawieniem, iż tym razem to ja będę strażą tylną naszego górskiego regimentu. Tym niemniej szybko okazało się, iż Rafał z Krzyśkiem postanowili przejechać oba zbocza Azet w tempie pełnym dostojeństwa i olimpijskiego spokoju. Dlatego też jadąc dość szybko pomiędzy swoimi licznymi przystankami mogłem przez dłuższy czas pozostawać z nimi w kontakcie wzrokowym lub nawet werbalnym. Chłopaki załapali się zatem na niejedno zdjęcie w akcji. Można więc powiedzieć, iż na pierwszych siedmiu kilometrach tej wspinaczki byłem wszędobylskim fotoreporterem dokumentującym pirenejską wycieczkę dwójki Gorzowian.

Zgodnie z nową świecką tradycją zarzuciłem na plecy swój tobołek z cieplejszą odzieżą. Ta jednak na Col d’Azet nie przydała mi się zbytnio. Przez cały czas mieliśmy tu temperaturę powyżej 20 stopni. Na starcie 25, w trakcie wspinaczki maksymalnie aż 29, zaś na przełęczy wciąż komfortowe 21. Podjazd bardzo mi się spodobał. To był kawał solidnej wspinaczki biegnącej spokojnym szlakiem wśród sielankowych krajobrazów. Po drodze minęliśmy trzy ładne wioski: Sailhan (1,8 km), Estensan (3,8 km) oraz największą Azet (5,6 km). W każdej był kościółek i stare domy z szarego kamienia. Pod koniec drugiego kilometra trzeba było „wskoczyć” na szosę D25, bowiem nasza 116-tka odbiła tu w prawo ku wiosce Ens. Na całym podjeździe było trzynaście wiraży. Tuzin na pierwszych siedmiu kilometrach, zaś ostatni już na samej przełęczy. Dario pojechał dość mocno i segment ze stravy o długości 10,71 kilometra pokonał w czasie 46:31 (avs. 13,8 km/h z VAM 1012 m/h). Ja spędziłem na tym podjeździe nieco ponad godzinę. Wdrapałem się na przełęcz w czasie brutto 1h 00:11. Wykres ze stravy zdradza, iż zrobiłem aż 23 foto-przystanki, na których straciłem co najmniej 12:20. Jadąc w normalnym trybie swój wynik netto czyli 47:51 mógłbym pewnie znacząco poprawić. W końcu przed każdym postojem musiałem wyhamować, zaś po przerwie od nowa się rozpędzić. To każdorazowo oznaczało stratę kilku sekund oraz ubytek energii wynikający z rwanego stylu jazdy. Wychodzi na to, że stać mnie było na wynik lepszy niż uzyskany przez Darka. Czy mógłbym urwać kolegę? Nie wiem. Przypuszczam jednak, że jadąc razem i wzajemnie się mobilizując stać by nas było na czas w pobliżu 45 minut. Tymczasem Rafa & Chris do końca kręcili na pół gwizdka i wjechali na przełęcz w czasie 1h 07:08 (avs. 9,6 km/h z VAM 701 m/h). Przy dobrej pogodzie z przełęczy dało się dostrzec w oddali Saint-Lary-Soulan i Pla d’Adet. Za to po przeciwnej stronie mieliśmy widoczną jak na dłoni wspomnianą już stację Val-Louron. O wpół do piątej zaczęliśmy wszyscy stromy i kręty zjazd do Genos. Technicznie ciekawy, lecz wizualnie rozczarowujący. Szczególnie po tym co zobaczyliśmy na zachodnim zboczu tej góry.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1639415143

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1639415143

ZDJĘCIA

20180614_061

FILMY

VID_20180614_007

VID_20180614_008

VID_20180614_009

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col d’Azet została wyłączona

Col de Portet

Autor: admin o 19. stycznia 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 2215 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1405 metrów

Długość: 16,3 kilometra

Średnie nachylenie: 8,6 %

Maksymalne nachylenie: 11,8 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Start dwóch ostatnich etapów naszego pirenejskiego Touru zaplanowałem w Saint-Lary-Soulan. Miasteczku w dolinie Aure, nad rzeczką Neste d’Aure mającym niespełna 850 stałych mieszkańców. To uzdrowisko i zarazem ośrodek narciarski jest położone przy drodze D929 w odległości 20 kilometrów od granicy hiszpańskiej przecinającej tunel Aragnouet-Bielsa. Można w nim zacząć aż siedem trudnych szosowych podjazdów ruszając z miasta w trzech różnych kierunkach. Dlatego podobnie jak w przypadku Luz-Saint-Sauveur również do tej miejscowości warto było się wybrać dwukrotnie. Dojechawszy do Saint-Lary-Soulan zatrzymaliśmy się na parkingu za restauracją Sarrat Sport, na północnym krańcu miasteczka. Z tego miejsca mieliśmy ładny widok na najbardziej stromy fragment naszego pierwszego podjazdu. W czwartek mieliśmy w planach aż trzy wspinaczki. Przede wszystkim chcieliśmy pokonać bardzo trudną i częściowo szutrową Col de Portet. Poza tym miałem na oku dwie krótsze wspinaczki: na przełęcz Azet oraz do stacji narciarskiej Peyragudes. Jako że Portet miała wkrótce zadebiutować na Tour de France, nasza pierwsza „wycieczka” była pod każdym względem wyprawą w nieznane. Moje plany na czwartek były w pełni zbieżne z poglądami Darka i bardzo podobne do pomysłu Rafała i Krzyśka. Jedynie Piotr obrócił się plecami do najbardziej polskiej ze wszystkich gór na historycznej mapie Tour de France. Zamiast stromej wspinaczki na Portet czy choćby Pla d’Adet zaprojektował sobie rundę ze startem i metą w Saint-Lary-Soulan. Znalazły się na niej dwie premie pierwszej i jedna drugiej kategorii tzn. zachodni Azet, wschodni Aspin i niepełny-zachodni Ancizan. Wedle własnych słów: Azet pojechał mocno (czas 54:16), pod Aspin „rzeźbił” w końcówce (56:40), zaś na Ancizan już umierał (42:28). Pedro w trakcie swej sześciogodzinnej wyprawy przejechał ponad 77 kilometrów z łącznym przewyższeniem 2672 metrów w czasie netto 4h 01:04 (avs. 19,2 km/h).

Wspomniana Pla d’Adet (1683 m. n.p.m.) bezpośrednio góruje nad Saint-Lary-Soulan. W linii prostej odległość między nią a miasteczkiem jest taka mała, iż z Vallee d’Aure dobrze widać budynki stacji znajdujące się przeszło 800 metrów wyżej. Niemniej jest to tylko jeden z trzech sektorów terenu narciarskiego Saint-Lary-Soulan. Wyżej mamy jeszcze: Espiaube (1900 m. n.p.m.) oraz Saint-Lary 2400 znane też pod nazwą Vallon du Portet. Całość leży na południowych zboczach masywu Arbizon. Jak można wyczytać we francuskiej wikipedii ośrodek ten obsługiwany jest przez kolej linową, dwie linie kolei gondolowej, 11 wyciągów kolei krzesełkowej, 18 orczyków i 1 ruchomy chodnik. Ta cała maszyneria może obsłużyć w ciągu godziny aż 36.640 turystów czyli przeszło dwa razy więcej niż w wiekowym Superbagneres. Dostępnych jest tu 56 tras zjazdowych o łącznej długości 100 kilometrów. Tym niemniej w świecie sportu zawodowego Saint-Lary-Soulan znane jest przede wszystkim dzięki kolarstwu szosowemu. Pla d’Adet to trzecia najbardziej popularna górska meta etapowa w historii „Wielkiej Pętli”. Uczestnicy TdF już 10-krotnie wspinali się do mety w stacji Saint-Lary 1700. Większym uznaniem cieszyły się dotąd jedynie: alpejski podjazd pod Alpe d’Huez (30 wizyt) oraz wyłączona już z kolarskiego użytku wspinaczka na Puy de Dome (13), wygasły wulkan w Masywie Centralnym. Wyścig Dookoła Francji odkrył to wzniesienie 15 lipca 1974 roku, na szesnastym etapie swej 61. edycji. Kolarze ścigali się wtedy na 209-kilometrowej trasie ze startem w katalońskim Seo de Urgell. Zanim wjechali do Francji pokonali przełęcze: Canto, Bonaigua i Portillon, a następnie jeszcze Peyresourde. Co ciekawe ten sam zestaw podjazdów znalazł się 19 lat później na trasie 230-kilometrowego odcinka, również nr 16, wygranego przez Zenona Jaskułę. Jedyna różnica polegała na tym, iż w 1993 roku peleton wystartował ze stolicy pirenejskiego Księstwa czyli z Andorra La Vella.

W 1974 roku najszybciej na górę wjechał 38-letni już Raymond Poulidor. Ulubieniec francuskich kibiców zaatakował na początku podjazdu i na metę dotarł 41 sekund przed Hiszpanem Vicente Lopezem-Carrilem i 1:02 przed Belgiem Michelem Pollentierem. Jadący po swe piąte zwycięstwo w Tourze Eddy Merckx był ledwie piąty finiszując ze stratą 1:49 do Francuza, ale spokojnie utrzymał się na prowadzeniu. „Poupou” wygrał tego dnia siódmy i ostatni w swej karierze etap Touru. Co ciekawe tego samego popołudnia nieco z przypadku zadebiutował w roli spikera TdF słynny Daniel Mangeas. Rok później najmocniejszy na tej górze okazał się Holender Joop Zoetemelk. Drugi na tym odcinku był Bernard Thevenet. Francuz zyskał tu 49 sekund nad Merckxem, zaś później „zdetronizował” go w Alpach. Los bywa przewrotny. W sezonie 1976 zwycięski rok wcześniej Zoetemelk przegrał w tym miejscu szansę na swój pierwszy generalny triumf w TdF. Za namową swego dyrektora sportowego Cyrille’a Guimard z dala od mety etapu zaatakował bowiem znakomity góral Lucien Van Impe. Z pomocą Hiszpana Luisa Ocany wypracował on sobie spory zapas, którego nie roztrwonił na finałowym podjeździe. Belg wygrał z przewagą aż 3:12 nad Zoetemelkiem i odebrał koszulkę lidera Francuzowi Raymondowi Delisle, który do Belga stracił ponad 12 minut. Dzięki temu Van Impe na mecie w Paryżu zamiast z tradycyjnego zwycięstwa w klasyfikacji górskiej cieszył się z unikalnego w swej karierze triumfu w klasyfikacji generalnej. W sezonie 1978 wygrał tu Francuz z hiszpańskim rodowodem czyli urodzony w Burgos Mariano Martinez, ojciec Miguela – mistrza olimpijskiego w MTB z Igrzysk w Sydney. Następnie na piątym etapie z roku 1981 swój sukces sprzed pięciu lat powtórzył Van Impe. Tym razem wygrał z przewagą 27 sekund nad Bernardem Hinault, Australijczykiem Philem Andersonem i Hiszpanem Alberto Fernandezem. Tego dnia Anderson został pierwszym w dziejach TdF liderem rodem z Antypodów. Natomiast w sezonie 1982 wygrał na tej górze Szwajcar Beat Breu, który zwykł odchudzać swój rower do minimum, np. rezygnując z owijki.

Po tych pierwszych sześciu wizytach Tour zapomniał o Pla d’Adet na całą dekadę. Przypomniał sobie o tej górskiej mecie dopiero w sezonie 1993. Wspomniany już górski maraton wygrał nasz Zenon Jaskuła, który w trójkowym finiszu ograł Szwajcara Tony Romingera i Baska z Nawarry Miguela Induraina. Ostatnie trzy wizyty „Wielkiej Pętli” w Saint-Lary 1700 to już wiek XXI. W latach 2001 i 2005 wygrywali tu przyjaciele z US Postal i Discovery Channel: Lance Armstrong i George Hincapie. Ten pierwszy wygrał w swoim stylu, gubiąc wszystkich rywali i przekraczając linię mety z przewagą równo minuty nad Niemcem Janem Ullrichem. Ten drugi wygrał zaś z ucieczki, na finiszu dystansując Hiszpana z Galicji Oscara Pereiro, niespodziewanego zwycięzcę TdF 2006. Takie rozstrzygnięcia zapadły na trasach obu etapów. W archiwach wyścigu wygląda to inaczej, bo obaj Amerykanie zostali później skreśleni z list zwycięzców za swe dopingowe praktyki. Na koniec w sezonie 2014 po swój drugi etapowy sukces na trasie 101. edycji Touru sięgnął tu Rafał Majka. Polak wygrał etap siedemnasty o długości 124,5 kilometra, który zaczął się w Saint-Gaudens i prowadził przez premie górskie na Col du Portillon, Col de Peyresourde i Col d’Azet. „Zgred” na finałowym podjeździe zgubił wszystkich współtowarzyszy ucieczki i jednocześnie odparł pościg liderów. Zwyciężył z przewagą 29 sekund nad Włochem Giovannim Viscontim i 46 nad jego rodakiem Vincenzo Nibalim, który zrobił tu kolejny duży krok do najwyższego stopnia paryskiego podium. Organizatorzy TdF najwyraźniej jednak pozazdrościli inwencji szefom Giro d’Italia. W odpowiedzi na włoskie Colle delle Finestre postanowili pokazać kolarskiemu światu swoją Col de Portet. Przeszło 16-kilometrowy podjazd, który w górnej połowie ma liczne odcinki o szutrowej nawierzchni. Choć Pla d’Adet uchodzi za jeden z najtrudniejszych górskich finiszy w dziejach Tour de France to w porównaniu z Portet wygląda owszem na mocne, lecz mimo wszystko małe piwo.

Oba wzniesienia dzielą drogę D123 na dystansie aż 7,8 kilometra. To znaczy cały odcinek między startem wspinaczki we wiosce Vignec (810 metrów n.p.m.) a rozjazdem poniżej stacji Espiaube (1485 m. n.p.m.). Zmierzając ku Saint-Lary 1700 trzeba stąd jechać dalej prosto by dotrzeć do mety już po niespełna trzech kilometrach. Natomiast wybierając przełęcz Portet trzeba tu skręcić w prawo i pokonać jeszcze 8,5 kilometra o średnim nachyleniu 8,4%. W dodatku nie po gładkim asfalcie. Dlatego też właśnie ten podjazd był największym wyzwaniem w programie naszej 12-dniowej podróży. Jak również najtrudniejszą premią górską na trasie Tour de France 2018. Z geograficznego punktu widzenia Portet jest przełęczą, lecz w oczach kolarza szosowego to wyłącznie finałowy podjazd. Na drugą stronę schodzi bowiem gorszej jakości droga gruntowa, biegnąca w stronę sztucznego Lac de l’Oule. Jeziorko to przylega do utworzonego w roku 1968 Narodowego Rezerwatu Przyrody Neouvielle, który my odwiedziliśmy nazajutrz podjeżdżając do Lac d’Aumar. 105. Tour de France poznał Portet na etapie siedemnastym rozpoczętym w Bagneres-de-Luchon. Szutrowa końcówka nie była jedynym eksperymentem szefów „La Grande Boucle”. Był to też najkrótszy od 22 lat etap TdF ze startu wspólnego. Finałowy podjazd został poprzedzony wspinaczkami na Montee de Peyragudes i Col d’Azet. Aktywnie jechali nasi obaj mistrzowie. Michał Kwiatkowski na pierwszych kilometrach Portet harował na rzecz swych „niebiańskich” liderów. Natomiast Rafał Majka zabrał się w ucieczkę i długo walczył o zwycięstwo etapowe. Ostatecznie nie utrzymał koła Nairo Quintany, po czym dał się wyprzedzić jeszcze dziewięciu zawodnikom walczącym o czołowe miejsca w „generalce” wyścigu. Kolumbijczyk z ekipy Movistar wygrał ten dynamiczny, 65-kilometrowy odcinek. Na mecie miał 28 sekund przewagi nad Danielem Martinem i 47 nad liderującym Gerraintem Thomasem. Czwarty Primoz Roglić i piąty Tom Dumoulina stracili do zwycięzcy 0:52, ledwie dziewiąty Chris Froome już 1:35, zaś nasz Rafał 2:20.

My zapoznaliśmy się z tym ciężkim podjazdem niespełna siedem tygodni przed widowiskiem stworzonym przez największych asów światowego peletonu. Wystartowaliśmy tuż przed jedenastą, ruszając z ronda przy drodze D929 w kierunku zachodnim. Pogoda w końcu zdawała się być naszym sprzymierzeńcem. Niebo z przewagą błękitu i temperatura 23 stopni na starcie i nawet 25 na drugim kilometrze wspinaczki. Niemniej nad górami, ku którym się wybieraliśmy, kłębiły się szare chmury. Początek był zupełnie płaski. Szosa zaczęła się delikatnie wznosić, gdy przejechaliśmy na lewy brzeg La Neste d’Aure. Jadąc dalej wzdłuż strumienia św. Jakuba (Ruisseau Saint-Jacques) wkrótce dotarliśmy do ronda na skraju Vignec. Na nim trzeba było odbić w prawo. Po przejechaniu równo kilometra rozpoczęliśmy słynną wspinaczkę na drodze D123. Najpierw czekała nas długa prosta, biegnąca przez 1300 metrów w kierunku północnym. Z respektu przed trudną górą nie wystartowałem zbyt mocno. Nasze tempo było jednak na tyle solidne, iż po kilometrze wspólnej jazdy za grupką został Rafał. Na początku drugiego kilometra nachylenie sięgnęło 11,8%, zaś na ciasnym wirażu w lewo szosa zmieniła kierunek na południowo-zachodni. Na tym wzniesieniu brak przesadnie stromych ścianek. O skali trudności stanowi wysoka stromizna utrzymująca się na długich odcinkach. Najtrudniej jest na czterech kilometrach przed wioską Soulan, gdzie średnie nachylenie trzyma na poziomie od 9 do 10,6%. Na tym trudnym segmencie dodatkowo przeszkadzać mogą warunki atmosferyczne. W ciepły słoneczny dzień temperaturę podgrzewają skały ciągnące się wzdłuż pierwszych kilometrów drogi. Poza tym potrafi tu też dokuczać mocny wiatr przeciwny. W połowie drugiego kilometra minęliśmy zamontowaną na przydrożnym murze tablicę upamiętniającą wyczyn Poulidora. Droga prowadziła po półce skalnej. Po lewej ręce mieliśmy zieloną Vallee d’Aure, zaś przed nami otwierał się niekiedy widok na zabudowania stacji Pla d’Adet.

Nasze obroty wzrosły, gdy do „pracy na przodku” włączył się Darek. Mój „lekki jak piórko” przyjaciel na tym stromym odcinku mógł się wykazać. Na czwartym kilometrze minęliśmy dwa kolejne wiraże. Do Soulan dojechaliśmy już we dwóch, po tym jak tempa nie wytrzymał Krzysiek. Ta wioska z wieloma domami z kamienia spodobała mi się już w 2007 roku. Muszę przyznać, iż przez kolejną dekadę nic nie straciła ze swego uroku. Pierwszy kilometr za Soulan był wyraźnie lżejszy od kilku wcześniejszych. Średnie nachylenie wynosi tu bowiem „tylko” 7,5%. Niemniej na kolejnym odcinku podjazd przypomniał swe twarde warunki. Przez 1300 metrów stromizna ani na moment nie zeszła poniżej 9%, zaś cały kilometr miał średnio 10%. Dario dyktował swoje warunki i pod koniec siódmego kilometra jego rytm także dla mnie okazał się zbyt mocny. Oczywiście nie zamierzałem się poddać bez walki. Na rozjeździe przed Espiaube traciłem do niego kilkanaście sekund, zaś na terenie stacji ponownie udało mi się złapać z nim kontakt. Według stravy początkowe 7,12 kilometra pokonałem w czasie 36:59 (avs. 11,6 km/h z VAM 1035 m/h). Darek był szybszy o 12 sekund, zaś Rafał tracił tu do nas 10 minut. Na początku dziewiątego kilometra wjechaliśmy na węższą Route du Col de Portet. Formalnie była ona w tym dniu zamknięta, ale nikomu z nas nie przyszło do głowy by zawrócić. Jak można było przypuszczać natknęliśmy się tu na robotników drogowych, którzy z drobnymi wyjątkami obojętnie przyjęli nasz wybryk. Przez pierwsze 5 kilometrów ta górska droga trzymała na średnim poziomie 8-9%. Darek jechał swoje, zaś ja starałem się za nim utrzymać. Niemniej straciłem kontakt już przed pierwszym wirażem. Segment powyżej Espiaube nie okazał się bynajmniej w pełni szutrowy. Był raczej mieszanką starego zniszczonego asfaltu i drogi gruntowej z dodatkiem szutru. Podłoże do ogarnięcia nawet na rowerze szosowym, choć miejscami bywało nieciekawie ze względu na wcześniejsze wielodniowe opady.

Na dziesiątym i jedenastym kilometrze pokonaliśmy efektowną serię serpentyn. Napotkaliśmy stado owiec oznakowanych na niebiesko. Na jednym z wiraży minęliśmy też przedstawicieli francuskich mediów, którzy najwyraźniej przyjechali tu nakręcić materiał o największej atrakcji najbliższego Touru. Przyszło mi na myśl, iż nasz występek zostanie nagrany, co ułatwi zadanie organom ścigania. Na początku trzynastego kilometra droga przestała się kręcić i zdecydowanie skierowała się na zachód. Darek stopniowo powiększał swą przewagę. Po 9 kilometrach wspinaczki dzieliło nas tylko 10 sekund, w połowie jedenastego kilometra około 40, zaś na początku trzynastego już 1:10. Na tej wysokości zrobiło się już chłodniej i bardziej ponuro. Dojechaliśmy bowiem do chmur, które widać było z doliny. Pod koniec piętnastego kilometra trzeba było pokonać ciemny tunel z błotnistym podłożem. Potem zaś jeszcze finałowy kilometr o średniej 9,2%. Dziwi mnie zatem niebieski kolor tego odcinka na załączonym profilu. Wjechawszy na górę pojechałem na wprost. Na szczycie było już tylko 11 stopni. Darka nie od razu spotkałem, bo mój ambitny kompan odbił jeszcze w lewo ku szczytowi Soum de Terre Nere. Zawrócił gdy gruntowa droga stała się definitywnie nieprzejezdna. Na segmencie o długości 16,19 kilometra strava zmierzyła mu czas 1h 22:48 (avs. 11,7 km/h z VAM 995 m/h). Ja uzyskałem tu wynik 1h 25:06 (avs. 11,4 km/h z VAM 968 m/h), zaś Rafał najwyraźniej zmęczony środowym etapem wykręcił czas netto 1h 55:15. Krzysiek wjechał jako trzeci, lecz przyszło nam na niego czekać dłużej niż zwykle, gdyż w połowie „szutrowego” odcinka złapał gumę. Na szczycie spędziłem aż 50 minut. W drodze powrotnej też nie musiałem się śpieszyć, bowiem moi mieli się jeszcze wybrać do stacji Pla d’Adet. Poniżej Espiaube spotkaliśmy rzeszę kolarzy-amatorów jadących w jednakowych błękitnych koszulkach. Okazali się nimi Duńczycy w sile 300 osób, uczestniczący w jakiejś imprezie masowej. Powyżej Soulan widziałem też na poboczu spore stado sępów kłębiących się wokół cielęcej padliny.

Dzień później na tej samej górze zjawił się Michał Kwiatkowski. „Kwiato” przyjechał tu na trzydniowy górski rekonesans parę dni po ukończeniu Criterium du Dauphine. W piątek po rozgrzewce na podwójnym Portillon przetestował całą trasę 17 etapu TdF i swym treningowym tempem dotarł na Col du Portet w 1h 06:44. Co ciekawe na lipcowym wyścigu te przeszło 16-kilometrowe wzniesienie przejechał o dwie minuty wolniej. Niemniej mógł sobie na to pozwolić, gdyż swoją ciężką pracę wykonał na dwóch wcześniejszych premiach górskich oraz pierwszej ćwiartce finałowego podjazdu. Jak zostało już wspomniane na mecie triumfował Nairo Quintana. Niemniej na stravie królem jest Steven Kruijswijk z czasem 50:26 (avs. 19,3 km/h z VAM 1633 m/h). Holender na etapie z 25 lipca 2018 roku finiszował szósty, ze stratą 1:05 do Kolumbijczyka. Cóż, nie wszyscy zawarli pakt ze stravą. Drugie i trzecie miejsca w jej tabeli zajmują zatem Francuzi: Romain Bardet i David Gaudu, którzy na Tourze finiszowali za Rafałem Majką – na trzynastym i czternastym miejscu. Ciekawostką tego zestawienia jest siódmy wynik „emerytowanej” legendy czyli Alberto Contadora. „El Pistolero” tego samego dnia co „profi” ruszył na Portet prosto z Saint-Lary-Soulan i wjechał na tą górę w 55:41 (avs. 17,4 km/h). Tak jakby na nasz sposób, acz o pół godzinki szybciej 🙂

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1639407880

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1639407880

ZDJĘCIA

20180614_001

FILMY

VID_20180614_001

VID_20180614_002

VID_20180614_003

VID_20180614_004

VID_20180614_005

VID_20180614_006

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col de Portet została wyłączona

Col de Beyrede

Autor: admin o 16. stycznia 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1417 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 767 metrów

Długość: 10,7 kilometra

Średnie nachylenie: 7,2 %

Maksymalne nachylenie: 15,4 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Po zjeździe z Col d’Aspin odbyliśmy krótką naradę na temat naszych dalszych planów na środowe popołudnie. Ja chciałem zahaczyć jeszcze o Col de Beyrede, choć raczej nie upierałbym się przy tym pomyśle gdyby przyszło mi ją zdobywać samotnie. Darek nie chciał się przemęczać przed dwoma ostatnimi etapami naszej podróży. „Szczwany lis” postanowił zaoszczędzić nieco energii na podjazdy zaplanowane na czwartek i piątek, w tym tak trudne jak: Col de Portet czy Col de la Cap de Long & Lac d’Aumar. Krzysiek czyli nasz zaskakująco mocny górski debiutant zaliczył kolejny dobry występ na pirenejskim szlaku. Niemniej na trzeci podjazd w ciągu jednego dnia nie był jeszcze gotowy mentalnie. Swoją normę dzienną już zrobił i na tym w środę postanowił poprzestać. Na moje szczęście chęć do dalszej jazdy przejawiał Rafał, choć to właśnie on z naszej czwórki zostawił pewnie najwięcej zdrowia na dwóch pierwszych wzniesieniach. Niemniej dobrze znałem charakter Rafy, który ewentualnie niedostatki formy fizycznej potrafi przezwyciężać swą mocną psychiką. Skoro mocna głowa i mężne serce pozwoliły mu przed dwoma laty w Andorze pokonać za jednym zamachem Rabassę i obie strony Galliny to skromniejszy tryptyk w układzie: Hourquette-Aspin-Beyrede tym bardziej nie mógł go złamać. Tym samym na wyjeździe z Arreau postanowiliśmy się rozdzielić. Dario i Chris przejęli w posiadanie auto wynajęte przez Piotra, którym pojechali prosto do naszej bazy noclegowej w Aneres. Natomiast ja przesiadłem się do samochodu Rafała. Tak jak nasi koledzy ruszyliśmy na północ drogą D929, lecz już po ośmiu kilometrach jazdy zatrzymaliśmy się w Sarrancolin. Ta założona w średniowieczu wioska rozwinęła się wokół klasztoru Benedyktynów. Niegdyś słynęła z wydobycia marmuru. Dziś żyje w niej niespełna 600 mieszkańców. Dojechawszy na miejsce zaparkowaliśmy nieopodal sklepu spożywczego sieci SPAR. Dzięki temu mogliśmy zrobić małe zakupy, by uzupełnić kalorie przed trzecią wspinaczką.

Warto dopowiedzieć, iż Col de Beyrede nie jest jedynym ciekawym podjazdem, który można zacząć w tej miejscowości. Wyjeżdżając z Sarrancolin w kierunku wschodnim można podjechać na nieco niższą Col d’Estivere (1217 metrów n.p.m.). W drodze na tą przełęcz trzeba pokonać 8,3 kilometra o średnim nachyleniu 7,1%. Oba wzniesienia nie zostały dotąd wypróbowane na Tour de France. Tym niemniej przy odpowiednim nakładzie prac drogowych mogłyby dać organizatorom wielkiego Touru jak i czerwcowej Route d’Occitanie (Route du Sud) okazję do wytyczenia nowych, całkiem treściwych odcinków na górskich szosach departamentu Hautes-Pyrenees. Dla przykładu zachodnie podjazdy pod Beyrede i Estivere byłyby świetną „przygrywką” przed finałowym podjazdem do stacji Nistos-Cap Nestes. Taki układ trasy to zresztą jedyna możliwość by uniknąć płaskiego dojazdu do wioski Bas Nistos u podnóża tej góry. Z kolei wybrana przeze mnie wschodnia wspinaczka na Beyrede otwiera jeszcze ciekawsze perspektywy. Po 3,3 kilometra stromego zjazdu na zachód docieramy do osady Espiadet, gdzie można zacząć zachodni podjazd pod Aspin, ograniczony do 5 najtrudniejszych kilometrów tego wzniesienia. Przedłużając sobie ów zjazd o kolejny kilometr docieramy do szosy D113, która poprzez okolice Lac de Payolle zawiedzie nas zachodnim szlakiem na Hourquette d’Ancizan. Natomiast zjeżdżając całe 11 kilometrów wjedziemy do wsi Sainte-Marie-de-Campan, w której zaczyna się wschodni podjazd na Col du Tourmalet. Można sobie zatem wyobrazić górski odcinek TdF z następującą sekwencją premii górskich: wschodnia Beyrede, zachodnie 10 km pod Hourquette d’Ancizan, wschodni Aspin i wschodni Tourmalet. Po czym na sam koniec – wedle uznania – finałowy podjazd do Luz-Ardiden, Hautacam, Cauterets-Cambasque lub też do nie widzianej jeszcze na Tourze stacji Gavarnie-Gedre (poniżej Col des Tentes). Już tylko na 101 kilometrach pomiędzy Sarrancolin i Luz-Saint-Sauveur dałoby to w 3400 metrów pionie. A na deser byłoby jeszcze od 900 do 1100 metrów przewyższenia finałowej wspinaczki.

My dwaj na spotkanie z Beyrede ruszyliśmy kwadrans po siedemnastej. Wyjechaliśmy z Place du Vivier na Route d’Espagne (D929) kierując się nią na południe. Zaraz po starcie minęliśmy miejscowy kościół pod wezwaniem św. Piotra i św. Stefana. Następnie po przejechaniu 700 metrów, na skraju Sarrancolin, skręciliśmy w prawo na drogę D107. Ta jedynie na samym początku była płaska. Gdy po dwustu metrach przejechaliśmy na południową stronę strumienia Beyrede zaczęła się stroma wspinaczka. Rafał szybko przeszedł na tryb „eko”. Ja postanowiłem sprawdzić ile sił mi jeszcze zostało. Tymczasem nachylenie bardzo szybko przekroczyło 10%, by na dojeździe do wioski Beyrede dojść już do poziomu 11,8%. Niemniej to nie był jeszcze koniec owych wczesnych atrakcji. Na początku drugiego kilometra trzeba było sobie poradzić z nachyleniem sięgającym aż 13,2%. Tuż za pierwszym wirażem dojechałem do rozdroża. Jedna ścieżka biegła stąd w lewo i to nawet bardziej stromo niż dotychczas. Natomiast druga początkowo szła w dół dając szansę na złapanie oddechu. Z ulgą przyjąłem werdykt znaków drogowych, iż opcja prawa to nasza Route Forestiere de Bignec. Według książki „Profils des Cols des Pyrenees” tom. 1 wydawnictwa Altigraph, którą jakiś tydzień wcześniej zakupiłem w Argeles-Gazost, na przełęcz Beyrede dojechać można każdą z tych dróg. Tym niemniej lewa oznaczona jako Route Forestiere de l’Areouse jest krótsza o półtora kilometra, bardziej nieregularna, a przy tym bardzo stroma na kolejnych trzech kilometrach. Prawdopodobnie też nadaje się ona raczej dla użytkowników rowerów górskich. Wybierając przyjazną dla kolarzy szosowych dróżkę prawą mogłem być pewien, że przez kilka następnych kilometrów nic szczególnie stromego mnie nie czeka. Już na początku trzeciego kilometra podjazd odżył, lecz przez trzy kolejne kilometry jego nachylenie było umiarkowane. Nawierzchnia drogi była co najwyżej średniej jakości. Asfalt bywał miejscami popękany czy zabrudzony błotem, ale dało się po nim jechać bez większych kłopotów.

Na szóstym kilometrze trafiły się dwa trudniejsze odcinki, gdzie stromizna przekraczała 10 i 11%. Niemniej najtrudniejszy odcinek na leśnej drodze Bignec był dopiero przede mną. Złowroga ściana pojawiła się w połowie siódmego kilometra na wysokości gospodarstwa Granges d’Estupo. Przez kolejne 1500 metrów stromizna ani razu nie zeszła poniżej 9%, zaś w najbardziej stromym miejscu sięgnęła aż 15,4%! Na tym odcinku ów górski szlak mijał kolejne gospodarstwa hodowlane (Les Sugnaleres i Tragnes). Rafał zwierzył mi się potem, iż na początku ósmego kilometra jego przejazd został chwilowo zablokowany przez miejscowy „krowi gang”. Chociaż najgorsza stromizna skończyła się po przejechaniu ośmiu kilometrów to wyżej nadal było nielekko. Solidne nachylenie trzymało tak naprawdę do połowy dziesiątego kilometra, wciąż momentami przekraczając 10%. Dopiero po minięciu ostatniego wirażu mogłem sobie gratulować ustrzelenia środowego hat-tricku. Na ostatnim kilometrze nachylenie sięgało już co najwyżej 6%, zaś po wyjechaniu z lasu na łąkę spadło do zera. Zatrzymałem się na wysokości źródeł Ruisseau de Beyrede. Według stravy segment o długości 10,36 kilometra przejechałem w 47:32 (avs. 13,1 km/h z VAM 910 m/h). Na przełęczy Beyrede zbiegały się aż cztery drogi. Dwie wschodnie i dwie zachodnie, z każdej strony jedna szosowa i jedna gruntowa. Na górze warunki były niezbyt przyjemne. Choć na dole temperatura dochodziła do 23, to na przełęczy było już tylko 15 stopni. Do tego pochmurno, wietrznie i z dodatkiem mżawki. Mimo to nie szukałem zadaszonej kryjówki w pobliskiej Auberge de Col de Beyrede. Postanowiłem zaczekać na Rafała pod gołym niebem, aby dojeżdżając do mety widział mnie z daleka. Stanąłem przy tablicy drogowej, na miejscu z widokiem na najwyższy w tej okolicy szczyt Signal de Bassia (1921 m. n.p.m.). Mój kompan wjechał na przełęcz w czasie netto 1h 05:59 czyli stracił przeszło 18 minut. W normalnych warunkach różnica ta byłaby dwukrotnie niższa. To świadczy zaś o tym, iż Rafa zdecydował się mnie wesprzeć w trzeciej środowej batalii pomimo „ran poniesionych” na polach dwóch wcześniejszych bitew. Merci Mon Ami.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1637429289

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1637429289

ZDJĘCIA

20180613_076

FILMY

VID_20180613_009

VID_20180613_010

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col de Beyrede została wyłączona

Col d’Aspin

Autor: admin o 13. stycznia 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1489 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 781 metrów

Długość: 12 kilometrów

Średnie nachylenie: 6,5 %

Maksymalne nachylenie: 11,7 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Po powrocie do Arreau pozwoliliśmy sobie na 10-minutowy postój przy samochodach. Czekał nas teraz rozpoczynany w tym miasteczku podjazd na Col d’Aspin. Przełęcz będącą jedną z geograficznych legend Tour de France. Nie poraża ona wysokością czy też przewyższeniem, acz wschodnia wspinaczka jest trudniejsza od tej zaczynanej na zachodzie w dolinie Adour. Z pewnością spełnia warunki mianowania na premię górską pierwszej kategorii. Niezależnie od jej historycznych zasług. Znajomość Aspin z wyścigiem Dookoła Francji jest bardzo długa i zażyła. Sięga roku 1910 i słynnego etapu nr 10 z Luchon do Bayonne, na którym uczestnicy TdF po raz pierwszy zmierzyli się z podjazdami w Wysokich Pirenejach. Tak wtedy jak i wielokrotnie później stała ona na szlaku kolarzy w pakiecie z trzema innymi, wyższymi wzniesieniami czyli: Peyresourde, Tourmalet i Aubisque. W Pirenejach mniej rozległych niż Alpy organizatorzy „Wielkiej Pętli” zawsze mieli mniej alternatyw przy wyborze trasy. Dlatego szczególnie dawnymi czasy przejazd przez zachodnie Pireneje oznaczał dla zawodników konieczność zmierzania się z owym „Gangiem Czworga”. Nie było wyjścia, każdy uczestnik chcący dojechać do Paryża musiał uporać się z tym kwartetem i to najczęściej w ciągu jednego dnia. Aspin zawsze postrzegany był jako najłatwiejsza z tych czterech przeszkód. Niemniej występując w towarzystwie swych „większych braci” również potrafił pozbawić złudzeń niejednego śmiałka łaknącego sławy i zaszczytów. Pierwszym zdobywcą tego wzniesienia został Francuz Octave Lapize, który wygrał wówczas tak etap do Bayonne jak i cały wyścig. Na przełęcz podjeżdżano od strony wschodniej, podobnie jak w dwóch kolejnych sezonach. Następnie w latach 1913-14 wykorzystano zachodni podjazd na etapach do Luchon, po tym jak kolarze zaczęli się kręcić wokół Francji także w kierunku odwrotnym do ruchu wskazówek zegara.

Tak czy owak Col d’Aspin stała się niemal stałym punktem na trasie Touru. Zabrakło jej tylko na trasach z lat 1928-32. Niemniej gdy wróciła w sezonie 1933 to utrzymała się w programie wyścigu już do roku 1939 włącznie. Przed wybuchem II Wojny Światowej pojawiła się na TdF w sumie 21 razy. Z kolei podczas 72 powojennych edycji aż 53 razy skorzystano z wiodącej przez Aspin drogi D918. W tym przez dwanaście lat z rzędu między rokiem 1969 a 1980. W sumie Tour de France aż 74 razy wizytował Aspin, co daje tej niepozornej przełęczy drugie miejsce pośród najczęściej odwiedzanych wzniesień. Większy staż ma jedynie sławny Col du Tourmalet, zaś trzecie miejsce w tym zestawieniu zajmuje Aubisque. Na długiej liście zwycięzców tej premii górskiej jest tylko jeden, który uczynił to trzykrotnie. Francuz Jean Robic, zwycięzca TdF z roku 1947. Filigranowy Bretończyk jako pierwszy meldował się na tej przełęczy w latach 1947, 1948 i 1953. Przy tej pierwszej okazji uczynił tu duży krok w stronę swego generalnego zwycięstwa. Pomimo zwycięstw etapowych w Strasbourgu i Grenoble, po przejechaniu Alp czyli na półmetku wyścigu Robic był piąty ze stratą ponad 25 minut do cieszącego się sympatią kibiców Rene Vietto. Zaatakował jednak na etapie piętnastym z Luchon do Pau i ostatniego ze swych rywali Włocha Pierre’a Brambillę „odhaczył” właśnie na wschodnim podjeździe pod Aspin. Choć z przełęczy do mety pozostawało mu jeszcze 150 kilometrów ze wspinaczkami na Tourmalet i Aubisque kontynuował swą akcję. Ostatecznie finiszował z przewagą blisko 11 minut nad Vietto, który przyprowadził 6-osobową grupkę pościgową. Wliczając wszystkie bonifikaty Robic zyskał zaś nad liderem aż 17 minut. Resztę strat odrobił potem na etapach 19 i 21. Najpierw na 139-kilometrowej czasówce Vannes – Saint-Brieuc z gry wypadł Vietto, zaś nowy lider Brambilla dał się zaskoczyć na etapie do Paryża. Tym samym Robic wygrał wyścig, ani jeden dzień nie jadąc w koszulce lidera. Bez śmiałej akcji na Aspin ten sukces nie byłby możliwy.

Trzy lata później wydarzenia na Aspin również miały wpływ na ostateczne wyniki Touru. Tym razem z przyczyn pozasportowych. Gdy na odcinku jedenastym podjeżdżano na przełęcz od strony zachodniej włoscy kolarze zostali zaatakowani przez francuskich kibiców. Kilka lat po wojnie stosunki między obu narodami były nadal napięte. Miejscowym fanom kolarstwa nie w smak była dominacja kolarzy z Italii, którzy wygrali dwie poprzednie edycje „Wielkiej Pętli”, zaś w roku 1950 zdążyli już zgarnąć pięć etapów. Przydrożni chuligani swym wybrykiem nie zapobiegli wprawdzie szóstej włoskiej wiktorii, bowiem na mecie w Saint-Gaudens triumfował Gino Bartali. Co więcej koszulkę lidera zdobył Fiorenzo Magni. Niemniej na tyle rozgrzali około-wyścigową atmosferę, iż obie reprezentacje Włoch wycofały się z tej imprezy przed startem do kolejnego etapu. Koniec końców TdF 1950 wygrał Ferdi Kubler z „neutralnej” Szwajcarii. Oprócz Robica jeszcze sześciu asów zdobyło Aspin więcej niż raz: Belg Firmin Lambot (w latach 1914 i 1920), Hiszpan Federico Bahamontes (1958 i 1962), Belg Lucien Van Impe (1971 i 1975), Francuzi Michel Laurent (1978 i 1982) & Richard Virenque (1994-95) oraz Włoch Claudio Chiappucci (1990-91). W XXI wieku Aspin pojawiła się na Tourze 11 razy, przy czym 9-krotnie jechano od naszej wschodniej strony. W obecnej dekadzie peleton TdF gościł tu 4 razy. W 2012 roku od zachodniej strony jako pierwszy wjechał na nią Francuz Thomas Voeckler. Natomiast w latach 2015, 2016 i 2018 wspinano się od wschodu i najwyżej punktowali tu: Irlandczyk Daniel Martin (na etapie do Cauterets wygranym przez Rafała Majkę), Anglik Steve Cummings oraz Francuz Julian Alaphilippe. Aspin rzadko bywa ostatnią, decydującą o losach etapu, premią górską. W ostatnich kilkunastu latach w tej roli pokazała się dwukrotnie. To znaczy w sezonie 2008 na odcinku do Bagneres-de-Bigorre, wygranym przez zdyskwalifikowanego niebawem Włocha Riccardo Ricco oraz w 2016 roku na etapie do Lac de Payolle, gdy triumfował wspomniany już Cummings.

Ja miałem już okazję poznać tą przełęcz w lipcu 2007 roku, gdy przyjechałem w Pireneje by wystartować w swoim drugim L’Etape du Tour. Dotarłem do nich wraz z Piotrem Mrówczyńskim, po długiej podróży z przystankami w Wogezach i Masywie Centralnym. Nazajutrz po pierwszym noclegu w Bagneres-de-Bigorre wybraliśmy się na Col du Tourmalet i Col d’Aspin. Pomimo, że trafiła mi się wówczas łatwiejsza strona tej przełęczy poczułem ją mocno w nogach i płucach. Zbyt szybko pojechałem pierwsze siedem kilometrów tego wzniesienia i na ostatnich pięciu kilometrach nieco „zabolała” mnie zmiana nachylenia. Natomiast na samej górze dostępu do przełęczy „broniło” wielkie stado swobodnie pasących się tam krów. Tym razem nie miałem zamiaru wjeżdżać na tą przełęcz w jak najkrótszym czasie. Gotów byłem przystać na tempo moich kolegów czyli Krzyśka i Rafała. Pocisnąłem już mocniej na Hourquette d’Ancizan, zaś na koniec dnia czekał mnie jeszcze wymagający podjazd na Col de Beyrede. Jazda pod Aspin na 80-90% aktualnych możliwości była najlepszym rozwiązaniem, tym bardziej że nie byłem w optymalnej formie. Z parkingu przy Place Houssens do podnóża naszego drugiego podjazdu musieliśmy dojechać przez mosty nad La Neste du Louron i La Neste d’Aure. Te dwa górskie potoki właśnie w Arreau łączą się w rzekę La Neste, która na swej drodze do ujścia w Garonnie przepływa m.in. przez wieś Aneres, w której wypoczywaliśmy po trudach kolejnych górskich etapów. Po kilkudniowych opadach ich poziom był na tyle wysoki, iż doprawdy niewiele brakowało by wzburzona woda wystąpiła z koryt i uczyniła spustoszenie w tym ładnym miasteczku. Po dotarciu do drogi D929 trzeba było nią przejechać trzysta metrów w kierunku północnym, by znaleźć początek wiodącej na Aspin szosy D918.

W przeciwieństwie do wschodniego Hourquette d’Ancizan początek orientalnego Aspin jest najłatwiejszym fragmentem wzniesienia. Przydrożne tablice podawały, iż średnie nachylenie pierwszych dwóch kilometrów to odpowiednio: 4% i 3%. Dopiero po przejechaniu nad strumieniem Le Berlan wjechaliśmy na znacznie trudniejszy trzeci kilometr o średnim nachyleniu 8,1% i max. 9,8%. Na początku tego odcinka minęliśmy boczną drogę D110 ku wiosce Aspin-Aure, która to ponownie łączy się z głównym szlakiem pod koniec szóstego kilometra. Na czwartym kilometrze zrobiło się luźniej, acz nie tak łatwo jak na samym początku. Przez kolejne cztery kilometry nachylenie było umiarkowane i jedynie na przełomie piątego i szóstego stromizna na chwilę wyskoczyła ponad 8%. Chcieliśmy cały podjazd przejechać razem, więc musieliśmy się dostosować do tempa najsłabszego. Po kilku kilometrach wyjaśniło się, że będziemy dbać o Rafała. Kolega walczył jednak dzielnie i nie spowalniał nas zanadto. Niebo przejaśniło się i momentami nawet słoneczko przygrzewało. Między trzecim a szóstym kilometrem mój komputer pokładowy zanotował rzadko ostatnio widywane 20 stopni! Podjazd niemal cały czas wiódł przez łąki, co kontrastowało z ukrytym między drzewami szlakiem na Hourquette. Droga z rzadka zmieniała kierunek. Na całym podjeździe było tylko pięć ciasnych wiraży i kilka łagodniejszych łuków. Pierwsze 6 kilometrów pokonaliśmy w czasie 24:07 jadąc ze średnią prędkością 15,1 km/h. Druga połowa wspinaczki musiała być wolniejsza, gdyż jest wyraźnie trudniejsza. Ostatnie 5 kilometrów ma tu średnio 7,9%, zaś kilometr ósmy nawet 8,9% przy max. 11,7%. Pokonanie górnej połówki zabrało nam zatem około pół godziny. Rafa choć w drodze na szczyt miał chwile kryzysu zachował rezerwę na finisz i powalczył ze mną zażarcie o „punkty na górskiej premii”. Według stravy cały ten podjazd przejechaliśmy w 54:08 (avs. 13,4 km/h z VAM 853 m/h). Gdy byliśmy już na przełęczy od przeciwnej strony dojechał do nas Dario, który tego dnia zaliczał „rewersy” wzniesień poznanych przez siebie w zeszły piątek. Stosunkowo łatwe 13 kilometrów na zachodnim Aspin pokonał w 50:43 (avs. 16,7 km/h).

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1637429310

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1637429310

ZDJĘCIA

20180613_041

FILMY

VID_20180613_004

VID_20180613_005

VID_20180613_006

VID_20180613_007

VID_20180613_008

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col d’Aspin została wyłączona

Hourquette d’Ancizan

Autor: admin o 11. stycznia 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1564 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 803 metry

Długość: 10,4 kilometra

Średnie nachylenie: 7,7 %

Maksymalne nachylenie: 12,8 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Na dziesiątym etapie tej wyprawy przede wszystkim chciałem poznać wschodnie oblicza Hourquette d’Ancizan oraz Col d’Aspin. Zważywszy na to, że obie przełęcze nie są szczególnie wysokie, zaś podjazdy prowadzące na nie niezbyt długie ani też ciężkie od samego początku myślałem by dorzucić do nich jeszcze trzecie wzniesienie. Początkowo zakładałem, że w tej roli wystąpi podjazd z Avajan do stacji Peyragudes. Niemniej wydarzenia z pierwszej części tego wyjazdu skłoniły mnie do drobnej korekty planów. Col de Couraduque zdobyłem dopiero na szóstym etapie (planowałem na trzecim). Tym samym „z sieci” wypadła mi wspinaczka na Col de Beyrede. Postanowiłem ją złowić na etapie dziesiątym, bo była ku temu najlepsza okazja. W końcu do Arreau będącego punktem wypadowym do dwóch pierwszych wzniesień mieliśmy jechać przez Sarrancolin czyli miasteczko u podnóża wjazdu na Beyrede. Tym samym wracając do bazy po zaliczeniu dwóch pierwszych podjazdów mogliśmy spokojnie zahaczyć również o ten trzeci. Przy tym z wypadu na Peyragudes również nie rezygnowałem, a jedynie przesunąłem ten cel ze środy na czwartek. Cała trójka czyli wschodnie wersje: Hourquette, Aspin i Beyrede to podjazdy o długości rzędu 10-12 kilometrów z przewyższeniami m/w 800 metrów. Tym samym można je było wszystkie zaliczyć przejeżdżając około 75 kilometrów i robiąc w pionie niespełna 2500 metrów. Przy założeniu, że odległości między Arreau i Ancizan pokonam rowerem, zaś do Sarrancolin dojadę już samochodem. Taka wersja etapu dziesiątego wydawała się wymagająca, lecz jak najbardziej w zasięgu moich możliwości. Liczyłem na to, że w środowe popołudnie starczy mi czasu na wszystkie trzy wspinaczki. Miałem też nadzieję, iż uda mi się namówić przynajmniej jednego kolegę na tego typu hat-trick. Liczyć mogłem na towarzystwo trzech kompanów. Piotr po zaciętej batalii na Superbagneres wolał się zregenerować przed dwoma ostatnimi etapami. Podobnie jak w poniedziałek wczesnym popołudniem wybrał się na spacer po terenach na południe od Aneres. Tym razem na krótszy, bo 9-kilometrowy.

Do Arreau pojechaliśmy zatem dwoma autami, lecz tylko w 4-osobowym składzie. Dla wszystkich pierwszym podjazdem miał być Hourquette d’Ancizan. Tym niemniej ja, Krzysiek i Rafał mieliśmy po niej wrócić do Arreau, by na Col d’Aspin też wjechać od wschodniej strony. Natomiast Darek z pierwszej przełęczy miał zjechać na zachód aż do Saint-Marie-de-Campan, aby stamtąd zaatakować Aspin od zachodu. W jego przypadku było to najsensowniejsze rozwiązanie. Pięć dni wcześniej w ramach mega-Świstaka pokonał Hourquette od zachodu i Aspin od wschodu. Teraz robiąc mini-rundę w przeciwnym kierunku mógł mieć obydwie te przełęcze zaliczonej od każdej ze stron. Hourquette d’Ancizan całkiem niedawno wkroczył na kolarskie salony. Najpierw w latach 2004 i 2007 został wypróbowany na Route du Sud. Przez sto lat jedynym łącznikiem między Col du Tourmalet a Col de Peyresourde był Aspin, aż tu nagle na początku obecnej dekady wyrosła mu pod bokiem groźna konkurencja. Peleton TdF po raz pierwszy zmierzył się z Hourquette w 2011 roku na etapie dwunastym z Cugnaux do Luz Ardiden wygranym przez Hiszpana Samuela Sancheza (mistrza olimpijskiego z Pekinu). Pierwszy na tą przełęcz wjechał wówczas Francuz Laurent Mangel. Debiut nie wypadł okazale, bowiem do mety było jeszcze daleko i wszystko rozstrzygnąć się miało na Col du Tourmalet oraz finałowym podjeździe. Znacznie większe znaczenie wschodni podjazd pod Hourquette d’Ancizan miał na dziewiątym odcinku TdF 2013. Metę wyznaczono w Bagneres-de-Bigorre, więc owa przełęcz była tego dnia piątym i ostatnim wzniesieniem. Premię górską jak i sam etap wygrał Irlandczyk Daniel Martin, który w dwójkowym sprincie ograł Duńczyka Jakoba Fuglsanga. Trzeci ze stratą 20 sekund na czele 21-osobowej grupy asów finiszował 23-letni Michał Kwiatkowski. Przy trzeciej okazji w 2016 roku na Hourquette (po gaskońsku: Widelec) podjeżdżano dla odmiany od zachodu. Na odcinku ósmym z metą w Bagneres-de-Luchon. Na przełęcz pierwszy wjechał Francuz Thibaut Pinot, lecz etap wygrał Chris Froome po brawurowym ataku na zjeździe z Peyresourde.

Do Arreau dojechaliśmy po godzinie jedenastej. Ta niewielka miejscowość u zbiegu dolin Aure i Louron widziała peleton Tour de France przeszło 70 razy. Niemniej jest to znajomość tyleż częsta co przelotna, bowiem nigdy nie zorganizowano w niej etapowej mety czy choćby miasteczka startowego. Dojechawszy na miejsce zatrzymaliśmy się na parkingu przy Place Houssens, w bezpiecznej odległości od wezbranej La Neste. Oczywiście było pochmurno i zanosiło się na kolejny deszcz. Niemniej nie rozpadało się jakoś mocniej, więc z pewnym poślizgiem ruszyliśmy do akcji. Zaczęło się od małego falstartu, bowiem najpierw pojechaliśmy na południe szosą D618. Po kilkuset metrach zdałem sobie jednak sprawę, iż nie tędy droga. Był to bowiem szlak do Borderes-Louron i dalej na Col de Peyresourde. Zawróciliśmy zatem do centrum miasteczka, przejechaliśmy przez most nad La Neste d’Aure i wjechaliśmy na trakt D929. Na kolejnych kilometrach konsekwentnie jechaliśmy lewym brzegiem tej rzeczki. Po drodze minęliśmy wioskę Cadeac. Ten odcinek poznałem już w lipcu 2007 roku, gdy przed startem w L’Etape du Tour wybrałem się z Piotrkiem Mrówczyńskim na rundę wokół Arreau z podjazdami pod Azet i Pla d’Adet. Po przejechaniu 5,6 kilometra – i tak nieco za wcześnie – zjechaliśmy z głównej drogi zaczynając naszą wspinaczkę na Rue de Minjot. Tym samym do centrum Ancizan dotarliśmy po 600 metrach delikatnego podjazdu. Oficjalny i bardziej stromy 300-metrowy wstęp do tego wzniesienia wiedzie po Rue Salcedo. Co więcej wspinaczkę tą zacząć można jeszcze dalej na południe we wiosce Guchen. Wszystko to jednak detale, bowiem już na wysokości 880 metrów n.p.m. drogi D30 i D113 łączą się, więc do samego szczytu prowadzi już tylko jeden wschodni szlak. Na wylocie z Ancizan, powyżej kościoła Saint-Blaise powitała nas stroma ściana. Jak się okazało najtrudniejszy fragment całego wzniesienia, ze stromizną blisko 13%. Ten odcinek przejechałem najszybciej, lecz stanąłem wkrótce na wysokości cmentarza by poczekać na kolegów.

Po reaktywacji wróciłem do swego wcześniejszego rytmu. Szybko okazało się, że nikt z moich kompanów nie ma ochoty na szybszą jazdę. W połowie drugiego kilometra czyli na wspomnianym styku dróg miałem już 45 sekund przewagi. Czułem się dobrze, więc podobnie jak na Luz Ardiden chciałem się tu sprawdzić. Ten podjazd nadawał się do testu. Miał tylko 10,5 kilometra długości, był dość stromy i ogólnie równy. Przy tym na pierwszych trzech kilometrach średnie nachylenie miało wynieść 9,2%. Zatem najtrudniejszy jego fragment można było pokonać na pełnej świeżości. Droga niemal cały czas prowadziła przez las. Na trzecim kilometrze i przez większą część czwartego wzdłuż strumienia Erabat. Byliśmy w departamencie Hautes-Pyrenees, więc na poboczu stały eleganckie białe tablice podające aktualną wysokość, dystans do przełęczy i średnie nachylenie kolejnego kilometra. Jedyne wypłaszczenie trafiło się pod koniec piątego kilometra. Praktycznie do połowy podjazdu mieliśmy kontakt wzrokowy z Vallee d’Aure. Do czasu gdy na początku siódmego kilometra droga D113 bardziej zdecydowanie skręciła na zachód. Druga połowa wzniesienia była nieco łatwiejsza od pierwszej, acz wciąż na wysokim poziomie ze średnią stromizną 7,7% i max. 9,6%. Górną połówkę przejechałem z prędkością 13,2 km.h. Natomiast cały podjazd o długości 10,55 kilometra – według stravy – pokonałem w 49:38 (avs. 12,8 km/h z VAM 988 m/h). Gdybym na dole się nie zatrzymał zszedłbym minimalnie poniżej 49 minut. Tak czy owak formy nie miałem, skoro ciężko mi było złamać niegdyś łatwo-osiągalne 1000 m/h. Jako drugi na tą przełęcz wjechał Chris. Natomiast Dario i Rafa pojechali spokojnie, kończąc wjazd w czasie 58:42 (avs. 10,8 km/h). Meta znajdowała się w pobliżu gospodarstwa pasterskiego. Dokładnie zaś w przekopie między dwoma wałami ziemi pokrytej soczystą zielenią górskiej łąki. Na przełęczy było wietrznie, mgliście i chłodno. Mój Garmin zanotował tu ledwie 10 stopni Celsjusza. Po drugiej stronie teren wyglądał na bardziej otwarty. Tam właśnie, do krainy drapieżnych ptaków, pognał Darek. Nasza trójka wróciła zaś do Arreau, przetartym wcześniej szlakiem.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1637427681

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1637427681

ZDJĘCIA

20180613_001

FILMY

VID_20180613_001

VID_20180613_002

VID_20180613_003

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Hourquette d’Ancizan została wyłączona

Col du Portillon

Autor: admin o 9. stycznia 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1293 metry n.p.m.

Przewyższenie: 656 metrów

Długość: 8,7 kilometra

Średnie nachylenie: 7,5 %

Maksymalne nachylenie: 13,1 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Po przeszło czterdziestu minutach od wyjechania z chłodnego i pochmurnego Superbagneres wróciłem do Bagneres-de-Luchon. Nie zamierzałem jednak od razu jechać do samochodu stojącego w północno-zachodniej części miasta. Podczas mokrego zjazdu podjąłem decyzję, że nie skończę go na parkingu. Wolałem niemal z marszu ruszyć na swą drugą wtorkową górę. Tym bardziej, że podjazd ów zaczynał się u południowych kresów uzdrowiska. Na towarzystwo tym razem nie mogłem liczyć. Większość moich kolegów planowała teraz wypad na Col de Peyresourde. To znaczy na przełęcz, którą ja poznałem już przed wielu laty. Zamiast niej miałem chrapkę na niższą Col du Portillon. Dwa lata wcześniej niewiele brakowało bym zahaczył o nią pod koniec 16-etapowej wyprawy z Darkiem i Rafałem po Katalonii i Andorze. Ostatecznie zabrakło mi na to czasu w obliczu innych, wyższych i większych celów. Teraz pojawiła się jeszcze lepsza szansa by na nią wjechać, acz od przeciwnej strony. Takiej okazji nie mogłem już zmarnować. Kilka dni wcześniej nie udało mi się dotrzeć na Port de Boucharo. Tym samym Portillon miało być jedyną graniczną przełęczą podczas tej 12-dniowej wycieczki. Ta górska przeprawa zapewnia najkrótszą z możliwych dróg między Luchon (Vallee de la Pique) a miasteczkiem Bossost (Val d’Aran). Jednocześnie oddziela francuską Oksytanię i departament Haute-Garonne od hiszpańskiej Katalonii i prowincji Lleida. Oba światy łączy zaś: płynąca do Atlantyku rzeka Garonna oraz regionalny język oksytański w swej gaskońskiej wersji. Col du Portillon w sumie 20 razy pojawiła się w programie Tour de France. Poza tym dwukrotnie wykorzystaną ją na trasach hiszpańskiej Vuelty. Podobnie jak w przypadku pobliskiej Col de Mente na przełęcz tą niemal zawsze podjeżdżano od strony wschodniej.

Trudniejszy zachodni podjazd przetestowano tylko dwa razy. W obu przypadkach na odcinkach kończących się w katalońskiej stacji Pla de Beret. Najpierw na ósmym etapie VaE 2003 wygranym przez Katalończyka Joaquina Rodrigueza. Jako pierwszy Portillon przejechał wówczas Joan Horrach, kolarz z Majorki. Natomiast na jedenastym odcinku TdF 2006 wygranym przez Rosjanina Denisa Mienszowa, najwyżej na premii punktował Hiszpan David de la Fuente. Tymczasem wschodni podjazd na tą przełęcz „Wielka Pętla” przetestowała już w 1957 roku. Na etapie siedemnastym prowadzącym z Ax-les-Thermes do Saint-Gaudens. Tego dnia Portillon była ostatnią górą, lecz usytuowaną na dobre 50 kilometrów przed metą. To zmieniło się już przy kolejnej okazji czyli w roku 1961, bowiem finisz podobnego odcinka wyznaczono w Luchon. Taki układ trasy czyli ze wschodnim Portillon w samej końcówce górskiego etapu stał się regułą w latach 60. oraz bywał też wykorzystywany w kolejnej dekadzie. Po wielu latach przerwy, wrócono do tego rozwiązania dopiero w 2018 roku, na etapie szesnastym rozpoczętym w średniowiecznym Carcassonne. W sumie w Bagneres-de-Luchon zakończyło się aż 10 etapów TdF prowadzących przez tą przełęcz. Rzecz jasna Portillon traciło na znaczeniu gdy finisze wytyczano dalej na zachód tzn. w Piau-Engaly, Loudenvielle czy na Pla d’Adet. Do tej ostatniej stacji aż sześć razy zmierzano przez Portillon. Choćby na etapach z lat 1993 i 2014 wygranych przez Zenona Jaskułę i Rafała Majkę. Co ciekawe w trakcie wspomnianych 22 objawień Portillon na trasach obu Wielkich Tourów żadnemu zawodnikowi nie udało się dwukrotnie wygrać premii górskiej na tej przełęczy. Na TdF zdobywali tą górę m.in. Włoch Imerio Massignan (1961), Francuz Raymond Poulidor (1964), Hiszpanie: Jose-Manuel Fuente (1971) i Luis Ocana (1973), Szwajcar Tony Rominger (1993), kolejni Francuzi: Laurent Jalabert (2001) i Richard Virenque (2003) czy wspomniany już „Purito” Rodriguez (2014).

Podczas TdF 2018 jako pierwszy na przełęczy zameldował się Adam Yates, lecz na zjeździe Anglik upadł. Tym samym w Luchon triumfował Julian Alaphilippe z przewagą 15 sekund nad Baskiem Gorką Izagirre, Yates’em i Holendrem Bauke Mollemą. Trudno powiedzieć by Portillon mogło zaimponować swymi walorami fizycznymi. Owszem podjazd jest raczej stromy. Niemniej nawet jak na Pireneje nie imponuje wysokością czy przewyższeniem. Poza tym każdy z dwóch podjazdów na tą przełęcz ma długość około ośmiu kilometrów. Tym niemniej bogata kolarska historia tego wzniesienia była dla mnie wystarczającym argumentem do poznania go w praktyczny sposób. Wszystko wskazywało na to, iż swój pomysł okupię kolejnym laniem ze strony pochmurnego nieba. Zjechawszy do Bagneres-de-Luchon przebrałem się, coś tam zjadłem i czym prędzej ruszyłem na wschód drogą D618. Już po stu metrach przejechałem most nad La Pique i tym samym wjechałem do sąsiadującej z Luchon wsi Saint-Mamet. Tu po 350 metrach od startu trzeba było skręcić w prawo by wjechać na prowadzącą w kierunku południowym Avenue des Pyrenees. Początkowo aleja ta prowadziła po płaskim, lecz gdy tylko skończył się teren zabudowany szosa zaczęła się powoli wznosić. Na drugim kilometrze za Luchon stromizna była jeszcze umiarkowana, co najwyżej 7,6%. Pojawiły się pierwsze delikatne zakręty, a między nimi dostrzegłem charakterystyczną dla wzniesień Haute-Garonne zieloną tablicę z danymi podjazdu. Podobne widziałem wcześniej na Port de Bales i Col de Mente. Można też było dostrzec zbudowany na wzgórzu po drugiej stronie rzeki zamek Tour de Castel-Vielh.

Na początku trzeciego kilometra droga znów skręciła na wschód i tym razem postawiła już wyższe wymagania. Nachylenie – na razie jeszcze nieśmiało – zaczęło przekraczać 10%. W połowie czwartego kilometra pokonałem kręty odcinek z czterema wirażami. Potem na przełomie czwartego i piątego stromizna szarpnęła mocniej, wskakując na pułap aż 13%. Ten trudny fragment niebawem jednak przeszedł w półkilometrowe wypłaszczenie. Podjazd ponownie odżył na początku szóstego kilometra, zaś kilkaset metrów dalej szosa znów schowała się w leśnym otoczeniu. Stromizna była więcej niż solidna, acz nie raziła jakoś przesadnie. Maksymalnie sięgała 10,5% w połowie siódmego oraz 11,3% na początku ósmego kilometra. Najtrudniejszy okazał się kilometr dziewiąty, na którym nachylenie wahało się na poziomie między 8,5 a 11,8%. Dopiero na kilkadziesiąt metrów przed granicą droga wypłaszczyła się umożliwiając szybsze pokonanie ostatnich metrów. Zatrzymałem się po przejechaniu 9,07 kilometra w czasie 41:48. Jednak konkretny podjazd jest tu krótszy. Według stravy segment obejmujący dystans 7,84 kilometra pokonałem w 38:26 (avs. 12,2 km/h z VAM 951 m/h). Niemniej przyjęte w tym zestawieniu przewyższenie wydaje mi się zaniżone. Wiarygodniej i zarazem optymistyczniej wyglądają dane z górnego odcinka o długości 3,39 kilometra. Przejechałem go bowiem w 17:54 (avs. 11,2 km.h z VAM 1022 m/h). Ten fragment podjazdu przejechałem już w ulewie i takie też warunki pogodowe zastały mnie na szczycie. Ponieważ na przełęczy nie było żadnych zabudowań nie mogłem się tam schronić przed deszczem. Tymczasem temperatura była tu równie niska co dwie godziny wcześniej w znacznie wyżej położonej Superbagneres.

Na górze spotkałem jedynie dwóch motocyklistów, którzy nadjechali od hiszpańskiej strony. Zwróciła moją uwagę katalońska tablica z napisem Eth Portilhon podająca, iż wysokość tej przełęczy wynosi dokładnie 1291,8 metra. Ponieważ podobny „wynalazek” widziałem dotąd tylko dwa lata wcześniej na Port del Canto nasuwa się pytanie: skąd zamiłowanie do tak aptekarskiej precyzji w narodzie katalońskim? Po całym zjeździe w rzęsistym deszczu na naszym parkingu zameldowałem się kwadrans przed trzecią. Zastałem tam tylko Piotra, bowiem pozostali koledzy byli już w drodze na Col de Peyresourde. Bez zbędnej zwłoki ruszyliśmy autem ich śladem. Rafała i Krzyśka minęliśmy, gdy w ścianie deszczu zjeżdżali już do Luchon. Dario ruszył niemal godzinę po nich, więc spodziewaliśmy się przegonić go po drodze i tym samym oszczędzić mu nieprzyjemnego zjazdu. Wyprzedziliśmy go na cztery kilometry przed szczytem. Był tym faktem przyjemnie zaskoczony. Zatrzymaliśmy się zatem na Peyresourde i czekając na finisz Darka weszliśmy do miejscowego baru. Można się było w nim posilić naleśnikami z cukrem w cenie 12 sztuk za 6 Euro, a także obejrzeć pokaz regionalnych zabawek z drewna, który dawał pewien starszy jegomość. Dario ukończył swoją wspinaczkę w czasie 1h 01:55 (avs. 12,8 km/h). Rafa uzyskał tu wcześniej wynik 1h 06:49 (avs. 11,8 km/h). Gdy po przyjeździe Darka załadowaliśmy się wszyscy do samochodu wybraliśmy zjazd na zachód. Tym samym do naszej bazy w Aneres dotarliśmy szlakiem przez Avajan, Arreau, Sarrancolin i La Barthe-de-Neste. Można powiedzieć, że zrobiliśmy rozpoznanie terenu przed dojazdami czekającymi nas w środę, czwartek i piątek. Wszak trzy ostatnie etapy tej podróży mieliśmy wyznaczone na górskich szosach wokół doliny Vallee d’Aure.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1634007759

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1634007759

ZDJĘCIA

20180612_041

FILM

VID_20180612_004

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col du Portillon została wyłączona

Superbagneres

Autor: admin o 6. stycznia 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1804 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1174 metry

Długość: 17,2 kilometra

Średnie nachylenie: 6,8 %

Maksymalne nachylenie: 12,5 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

We wtorek 12 czerwca po raz drugi udaliśmy się do Bagneres-de-Luchon. W planach mieliśmy wspólny podjazd do stacji Superbagneres, a następnie wjazd na Col de Peyresourde. To drugie zadanie było jednak tylko dla większości, bowiem mnie kusiła krótsza wspinaczka na graniczną przełęcz Portillon. Dojazd do Luchon mieliśmy przetestowany, miejscówkę na porzucenie samochodów oswojoną. Tym samym tak w drodze jak i na miejscu nie traciliśmy zbędnego czasu. Szkoda tylko, że ów znajomy Lucek oblicze miał równie pochmurne co w niedzielę. Prawdę mówiąc pomstując wcześniej na aurę w okolicy Argeles-Gazost zakładałem, że po przenosinach na wschód (nieco dalej od Atlantyku) będziemy mieli mniej do czynienia z deszczem. Tymczasem tu, z początku przynajmniej, było jeszcze gorzej. Pierwszy z naszych wtorkowych celów był na tyle ciekawy, że dziewiątego dnia wyprawy wreszcie udało się nam wszystkim mniej-więcej o jednej porze ruszyć w tym samym kierunku. Piszę m/w, bowiem między startem 3-osobowej kompanii lubusko-mazowieckiej, moim oraz na końcu Darka upłynęło równo 20 minut. Niemniej była szansa na to byśmy spotkali się w komplecie na górze czyli w Superbagneres. To bardzo wiekowa stacja narciarska. Została otwarta w początkach XX wieku, na górze piętrzącej się po południowo-zachodniej stronie Luchon. Już w 1911 roku uzdrowisko połączono z Superbagneres za pomocą tzw. kolei zębatej, która pokonywała przewyższenie blisko 1200 metrów na dystansie ledwie 5,65 kilometra. Linia ta została jednak zamknięta w roku 1966, kilka lat po otwarciu szosy do tej stacji. Współcześnie z miasta na górę dojechać można w linii prostej za sprawą uruchomionej w 1993 roku kolejki gondolowej. Obecnie na terenie ośrodka funkcjonuje też 5 linii kolei krzesełkowej oraz 9 orczyków. Cała ta maszyneria jest w stanie obsłużyć niemal 16,5 tysiąca turystów na godzinę.

Szosowa droga z Bagneres-de-Luchon do Superbagneres jest rzecz jasna znacznie dłuższa niż bardziej bezpośrednie (dawne i nowe) połączenia kolejowe. Na pierwszych ośmiu kilometrach wykorzystuje ona dwie górskie doliny tzn. Pique i Lys, objeżdżając na tym odcinku masyw górski od wschodu i południa. Dopiero od wysokości 1085 metrów n.p.m. na dziewięciu kilometrach bardziej zdecydowanie zaczyna się wspinać ku szczytowi po południowym zboczu góry. Z punktu widzenia mieszkańców Luchon można powiedzieć, że droga atakuje ją nie frontalnie, lecz manewrem oskrzydlającym od zaplecza. Podjazd ten został jak dotąd 6-krotnie wykorzystany na trasach Tour de France. Po raz pierwszy w roku 1961 co czyni z niej najstarszy górski finisz z prawdziwego zdarzenia w Pirenejach. O ile odmówimy tego tytułu skromnemu podjazdowi do stacji Cauterets na Tourze z roku 1953. Sześć występów w wyścigu Dookoła Francji oznacza też, iż pośród pirenejskich stacji Superbagneres zajmuje trzecie miejsce (ex-aequo z młodszą Plateau de Beille) pod względem popularności. Większe branie miały jedynie Pla d’Adet i Luz-Ardiden. Pamiętając jednak, że wszystkie wizyty Touru u bram Superbagneres miały miejsce do roku 1989 możemy dodać, iż do końca lat 80. tylko Pla d’Adet dorównywała jej popularnością. Trzeba przy tym powiedzieć, że każdy etap z metą w stacji powyżej Luchon miał ciekawą historię, a nierzadko znaczący wpływ na losy danej edycji TdF. Poza tym wygrywali tu jedynie kolarze znakomici lub wręcz wybitni. Wśród sześciu triumfatorów z Superbagneres znajdziemy trzech zwycięzców klasyfikacji generalnej „Wielkiej Pętli”, którzy łącznie wygrali dziewięć odsłon tej imprez. Natomiast pozostali trzej też stawali na podium w Paryżu, albo kończąc ten wyścig w pierwszej trójce lub też dzięki zwycięstwu w klasyfikacji górskiej.

„Ojcem chrzestnym” tej góry został kolarz z Włoch. Był nim Imerio Massignan z okolic Vicenzy. W latach 1960-61 wygrał on dwukrotnie klasyfikację górską Touru, zaś w 1962 roku zajął drugie miejsce w „generalce” Giro d’Italia. Na szesnastym etapie TdF 1961 prowadzącym z Tuluzy przez przełęcze Ares i Portillon „wenecjanin” Massignan o 8 sekund wyprzedził swego rodaka Guido Carlesiego i o 14 Niemca Hansa Junkermanna. Czwarty na mecie był wielki Jacques Anquetil, który tym samym spokojnie utrzymał się na pozycji lidera wyścigu. Rok później na etapie trzynastym, między Luchon a Superbagneres zorganizowano górską czasówkę na dystansie 18,5 kilometra. Wygrał ją wybitny hiszpański góral Federico Bahamontes. Triumfator Touru z roku 1959 i aż sześciokrotny zwycięzca klasyfikacji górskiej TdF wykręcił czas 47:23 co dało średnią prędkość 23,4 km/h. Do jego wyniku nikt się nie zbliżył. Drugi Belg Joseph Planckaert stracił 1:25, Anquetil 1:28, zaś inny legendarny wspinacz Luksemburczyk Charly Gaul 1:29. Około dwie i pół minuty stracili do Bahamontesa dwaj Niemcy: Junkermann i Rolf Wolfshohl, zaś pozostali uczestnicy już ponad trzy. Pierwszy w dziejach TdF brytyjski lider czyli Tom Simpson (ten który sześć lat później umarł na Mont Ventoux) był ledwie 31. z czasem o 5:40 gorszym od kolarza rodem z Toledo. Simpson stracił koszulkę lidera na rzecz Planckaerta, lecz cały wyścig ostatecznie i tak wygrał Anquetil (po raz trzeci). Po pewnej przerwie Tour wrócił do Superbagneres w sezonie 1971. Piętnasty etap tej edycji rozegrano dzień po dramatycznym etapie do Luchon, na którym wycofał się lider Luis Ocana. Podobnie jak w 1962 roku ruszano z Luchon, przy czym nie była to czasówka, lecz najkrótszy w historii TdF etap ze startu wspólnego. Co ciekawe w peletonie brakowało żółtej koszulki lidera, bowiem Eddy Merckx uznał, iż stanie się jej godny dopiero gdy obroni prowadzenie na kolejnym odcinku. Po ataku na 7 kilometrów przed szczytem triumfował pochodzący z Asturii Hiszpan Jose-Manuel Fuente, który o 26 sekund wyprzedził Belga Luciena Van Impe i o 28 Francuza Bernarda Thevenet. Merckx finiszował czwarty ze stratą równo minuty i przywdział żółty trykot na mecie w Superbagneres.

Tour de France z roku 1979 zaczął się nietypowo, bowiem już na pierwszym etapie dotarł do Luchon, zaś na drugim odcinku zarządzono górską czasówkę do Superbagneres. Tym razem dystans był większy, bowiem liczył 23,9 kilometra. Należy zakładać, że po prostu wydłużono o ponad 5 kilometrów płaski odcinek na otwarcie tej próby. Wygrał najlepszy kolarz tamtych czasów Francuz Bernard Hinault z czasem 53:59 (avs. 26,5 km/h). Bretończyk o 11 sekund wyprzedził Portugalczyka Joaquina Agostinho oraz o 53 sekundy Holendra Joopa Zoetemelka. Kolejni stracili już przynajmniej półtorej minuty, zaś początkowy lider Jean-Rene Bernaudeau 3:59 zajmując 23 miejsce. Niemniej żółta koszulka została w ekipie Renault-Gitane, bowiem Bernaudeau był pomocnikiem słynnego „Borsuka”. Siedem lat później Hinault znów wystąpił na etapie do Superbagneres w ważnej roli. O zwycięstwo (szóste już) rywalizował ze swym młodszym kolegą z drużyny Amerykaninem Gregiem Lemondem. Po etapie dwunastym do Pau miał nad nim nawet 5:25 przewagi. Mimo to na kolejnym odcinku znów zaatakował i na przełęczy Peyresourde jeszcze prowadził. Niemniej przeliczył się z siłami i na finałowym podjeździe bardzo osłabł. Etap trzynasty wygrał zaś Lemond o 1:12 przed Szkotem Robertem Millarem i 1:15 przed Szwajcarem Ursem Zimmermanem. Różnice tego dnia były spore. Kolumbijczyk Lucho Herrera stracił 1:51, Amerykanin Andy Hampsten 2:20, zaś kolarze od szóstego wzwyż co najmniej 3:43. Hinault finiszował ledwie jedenasty ze stratą 4:39. Utrzymał się na prowadzeniu, ale z zapasem już tylko 40 sekund. W Alpach po etapie na Col du Granon definitywnie oddał koszulkę lidera Lemondowi. Po raz ostatni Tour zawitał do Superbagneres w roku 1989 podczas jednej z najbardziej emocjonujących edycji. Tym razem przegranym był tu Lemond. Etap wygrał wspomniany już Millar (dziś Philippa York), który na finiszu ograł Hiszpana Pedro Delgado. Trzeci ze stratą 19 sekund przyjechał Francuz Charly Mottet. Wszyscy oni na około trzy minuty odjechali pozostałym asom. Na stromej końcówce do mety Francuz Laurent Fignon urwał Lemonda, nadrobił nad nim 12 sekund i wyszedł na prowadzenie. Tak to Paryżanin 7 sekund straty zamienił w 5 sekund przewagi. Ostatecznie jednak przegrał wyścig po czasówce z Wersalu na Pola Elizejskie o drobne 8 sekund. Potem  do Superbagneres zajrzał już tylko Route du Sud. W 2008 roku trzeci etap tej imprezy wygrał tu Przemysław Niemiec.

Jako pierwsi wystartowali Krzysiek, Piotr i Rafał. Dokładnie o wpół do jedenastej. Ja ruszyłem ich śladem po około trzech minutach. Darek zaś na tyle późno, iż mógł z nami toczyć co najwyżej pojedynek korespondencyjny. Na tym szlaku dla mnie i Chrisa nie wszystko było nowością. Dzięki naszej niedzielnej wspinaczce do Hospice de France poznaliśmy pierwsze 4,5 kilometra tego wzniesienia. To znaczy cały odcinek na drodze D125. Tym razem włączyłem licznik niemal natychmiast po wyjechaniu z parkingu. Dzięki temu dowiedziałem, iż płaski przejazd przez Luchon do południowej granicy miasta liczy sobie 1300 metrów. Dopiero po minięciu drogi do Saint-Mamet teren zaczął się delikatnie wznosić. Rozpocząłem podjazd dość mocno chcąc złapać wszystkich trzech uciekinierów. Pierwsza faza wspinaczki była nierówna. Generalnie dość łatwa, acz z trudnym kilometrem drugim i początkiem trzeciego. Kolejny luźniejszy odcinek zaprowadził mnie na Pont de Lapade (3,7 km), na którym szosa przeskoczyła na prawy brzeg La Pique. Według stravy pierwsze 3,63 kilometra podjazdu przejechałem w 12:11 (avs. 17,9 km/h z VAM 976 m/h) odrabiając do swych kolegów przeszło 1:20 czyli niemal połowę straty. Kilkaset metrów za tym mostem pokonawszy krótką stromiznę dotarłem do rozjazdu. Droga D125 odbija tu w lewo i zmierza do Hospice de France. Chcąc dotrzeć do Superbagneres skręciłem w prawo na szosę D46. Niebawem na wysokości elektrowni wodnej Pique Superieure przejechałem przez ostatni już most nad tą rzeczką. Natomiast 150 metrów dalej następny nad jej dopływem potokiem Le Lis. Na końcu tego płaskiego odcinka, pod koniec piątego kilometra wspinaczki, nasz górski szlak zamienił bowiem dolinę Pique na Vallee de Lys. Podjazd prowadził teraz zdecydowanie w kierunku zachodnim, długimi prostymi odcinkami, zaś nachylenie stopniowo rosło. Według cyclingcols szósty kilometr tego wzniesienia ma średnio 7,1%, zaś siódmy nawet 8,3%. Niebawem daleko przed sobą ujrzałem trzy znajome sylwetki. Nie bez trudu udało mi się dojechać do kolegów przez końcem tego trudnego odcinka.

Ten skuteczny pościg ugotował mnie jednak na tyle, że nie miałem już sił na porwanie solidarnie jadącej dotąd grupki. W pełni zadowoliłem się jej solidnym tempem, chcąc złapać oddech na łatwiejszym kilometrze ósmym. Trudna druga połowa była dopiero przed nami. Po przejechaniu 9,4 kilometra (8,1 km samego podjazdu) skończyła się jazda dolinami. Według stravy do tego miejsca dojechałem w czasie 30:53 (avs. 16,4 km/h z VAM 851 m/h). Moi trzej kompani potrzebowali na to 33:42, zaś Dario nawet 36:34. Teraz trzeba było skręcić w prawo by zacząć wspinaczkę po stromym zboczu góry. Jazda na wprost do kresu doliny Lys oznaczałaby rychły koniec zabawy na skromnej wysokości 1149 metrów n.p.m. Natomiast za pierwszym z tuzina wiraży czekało nas jeszcze 9 kilometrów podjazdu o średnim nachyleniu prawie 8%. Wyżej jechało mi się jednak dość ciężko. Najwidoczniej zbyt dużo sił zostawiłem na dole. Na dziesiątym kilometrze wspinaczki przy przejeździe przez Bois du Mont du Lys kłopoty zaczął mieć Rafał i po walce ostatecznie odpadł pod koniec tego leśnego odcinka. Trzy kilometry dalej, na stromym odcinku La Carriere (2 kilometry przy średniej 9%) ten sam los spotkał Piotra. Ten jednak w przeciwieństwie do Rafała nadal trzymał się blisko mnie i Krzyśka. Przez dłuższy czas nie tracił więcej jak 20-30 sekund. Na przedostatnim kilometrze wydawało się nawet, iż może do nas dojechać. Jednak wówczas Krzychu na tyle przyśpieszył, iż nawet ja zacząłem się zastanawiać czy wytrzymam kolejny taki zryw. Nie byłem już panem sytuacji jak na Port de Bales. To wszystko działo się w pobliżu dolnych parkingów i pierwszych wyciągów (orczyków) należących do stacji Superbagneres. W oddali widać już było naszą metę czyli szczyt wzniesienia, który od roku 1922 „zdobi” doprawdy okazały Grand Hotel.

Aby do niego dotrzeć trzeba było jeszcze pokonać finałową ścianę czyli 1200 metrów o średniej 9%, prowadzącą na wprost do naszego celu. Na wszelki wypadek wyszedłem na prowadzenie i podyktowałem najmocniejsze tempo na jakie było mnie jeszcze stać. Chris już nie poprawiał, ale utrzymał mi się na kole. Jeśli wierzyć stravie ten krótki odcinek przejechaliśmy w 6:02 z VAM na poziomie 1088 m/h. Co oznacza, że stać nas było jeszcze na całkiem niezły finisz. Pedro stracił tu do nas tylko 25 sekund. Ostatecznie podobnie jak na Port de Bales na szczyt wjechałem razem z Krzyśkiem. Po chwili dołączył do nas Piotrek, który dał się z siebie wszystko. W każdym razie pojechał jeszcze lepiej niż na Luz-Ardiden. Tam na niespełna 14 kilometrach stracił do mnie około sześć minut, tu na 17 kilometrach niespełna cztery. Na segmencie obejmującym cały podjazd o długości 17,14 kilometra uzyskałem czas 1h 13:42 (avs. 14,0 km/h z VAM 914 m/h). Krzysiek był nieco ponad minutę szybszy od Piotra, zaś Pedro wykręcił tu czas 1h 17:39. Darek nieco ożywił się w drugiej części podjazdu. Ostatnie 9 kilometrów pojechał nieco wolniej od czołowej trójki, lecz z nawiązką odrobił swą stratę do Rafała. Strava zmierzyła Darkowi czas 1h 21:44, zaś Rafałowi 1h 24:47. Superbagneres zrobiło na mnie ponure wrażenie. Skądinąd w czerwcu wiele ośrodków narciarskich wygląda jak wymarłe osiedla. Niemniej to miejsce wyglądało jakby najlepsze lata miało już za sobą. Nawet reprezentacyjny Grand Hotel, który ze swą olbrzymią bryłą wygląda na hotel rodem z miejskiej metropolii niż miejsce górskiego odpoczynku zdawał się być budynkiem po przejściach. Przyszło mi nawet na myśl, iż można by w nim nakręcić remake horroru „Lśnienie”. W powietrzu krążyły zresztą jakieś dziwne fluidy, przez które zgłupiał mój Garmin. Na ostatnich 5 kilometrach przewyższenie naliczał niemal z podwójną szybkością. Tym samym chwilowe stromizny windował nawet do 20% i ostatecznie zatrzymał się na wysokości 2052 metrów n.p.m. Na górze oprócz dystansu zgadzała mu się tylko temperatura czyli podszyte wilgocią 12 stopni.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1633996629

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1633996629

ZDJĘCIA

20180612_001

FILMY

VID_20180612_001

VID_20180612_002

VID_20180612_003

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Superbagneres została wyłączona

Station du Mourtis (Col de Mente)

Autor: admin o 4. stycznia 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1450 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 945 metrów

Długość: 10,8 kilometra

Średnie nachylenie: 8,7 %

Maksymalne nachylenie: 13,6 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Z Artigaux do samochodu zjechałem dziesięć minut po czternastej. Tymczasem na Col du Mente ruszyłem dopiero tuż przed wpół do piątej. Ta różnica czasu może dziwić biorąc pod uwagę, iż Fos oraz Saint-Beat na drodze krajowej N125 dzieli ledwie siedem kilometrów. Jak zatem „zmarnowaliśmy” dwie godziny między pierwszym zjazdem a drugim podjazdem? Na miejsce dojechaliśmy bez zbędnej zwłoki, m/w kwadrans przed godziną trzecią. Tak jak przed południem zatrzymaliśmy się na bulwarze po prawej stronie Garonny. Po kilkudniowych opadach jej poziom był bardzo wysoki. Szara, głośna i wartka wstęga wody zdawała się podmywać domy ustawione w szeregu na przeciwległym brzegu rzeki. Przed wspinaczką do Station du Mourtis poszliśmy na spacer po Saint-Beat aby znaleźć restaurację lub choćby bar. Srodze się zawiedliśmy. Miasteczko okazało się niemal wymarłe. Dawnymi czasy miało pewne strategiczne znaczenie, o czym świadczy zamek, którego budowę rozpoczęto już w XII wieku. Według francuskiej wersji wikipedii w połowie XIX stulecia miało ono blisko półtora tysiąca mieszkańców. Dziś ma ich niespełna 350, przy czym przez ostatnie 50 lat straciło ponad 400 dusz. Najwidoczniej tego dnia większość jego obywateli wyjechała jednak do pracy, bowiem na ulicach ciężko było kogokolwiek spotkać. Jedynym otwartym lokalem okazał się być niewielki salonik prasowy. Na żaden posiłek nie było co liczyć. Spotkaliśmy za to trzech Japończyków widzianych już wcześniej na drodze N125. Jeden dzielny „Samuraj” biegł ciągnąc ze sobą rikszę, zaś dwaj koledzy jechali z wolna na rowerach (damce i trekkingowym) służąc mu za straż przednią i tylną. Zapytani wyjaśnili, że chcą w ten sposób pokonać dystans z Barcelony do Paryża. W Saint-Beat chcieli sobie zrobić krótki postój by napić się kawy. My za podszeptem napotkanego Francuza podjechaliśmy do gospody nad Lac de Gery. Tam jednak swój głód mogłem ledwie przytłumić nędznymi naleśnikami.

Po szesnastej rozczarowani i głodni wróciliśmy do Saint-Beat. Tym razem przejechaliśmy na wschodni brzeg Garonny po drodze D44e. Zaparkowaliśmy na wylocie z miasteczka, w bocznej uliczce u podnóża podjazdu pod Col du Mente. Czekał nas trudniejszy z dwojga podjazdów na tą przełęcz. Niedługi, lecz w pełni zasługujący na swój status premii górskiej pierwszej kategorii. To znaczy mający niemal 850 metrów przewyższenia na dystansie niespełna 10 kilometrów. W naszym przypadku nawet nieco „wzmocniony”, bo przedłużony o półtora kilometra i ekstra 100 metrów w pionie na dojeździe do Station du Mourtis. Peleton Tour de France już 21 razy meldował się na tej niewysokiej przełęczy. Jednak wybrana przez nas strona rzadko występowała w roli podjazdu. Od wschodu podjeżdżano na nią aż osiemnaście razy, zaś od zachodu tylko przy trzech okazjach. Col du Mente zadebiutowała na trasie Touru w sezonie 1966, na odcinku z Pau do Bagneres-de-Luchon. Jej pierwszym zdobywcą został kolarz, który już w samo nazwisko miał wpisany wzmożony wysiłek. Mianowicie Hiszpan Joaquim Galera z ekipy Kas-Kaskol. Rok później inny Hiszpan Fernando Manzaneque zwyciężył nie tylko na owej premii górskiej, lecz również na mecie w Luchon. Jak dotąd trzem kolarzom udało się podczas TdF dwukrotnie wygrać premię górską na Mente. Najpierw w latach 1971 i 1973 dokonał tego znakomity hiszpański góral Jose-Manuel Fuente. Potem w jego ślady poszli jeszcze: Włoch Alberto Elli (1998-99) oraz Francuz Richard Virenque (1995 i 2003). Jako, że zachodni podjazd na Mente został wypróbowany tylko w latach 1998, 2002 i 2012 stwierdzić można, iż jedynie Elli zdołał na Tourze zdobyć tą górę od obu stron. Z kronik Tour de France wynika, iż trzykrotnie wspinano się na Col du Mente-Le Mourtis. Nie oznacza to jednak, że wyścig z roku 1979, 1988 czy 1995 zbaczał do pobliskiej stacji narciarskiej. Tak rozbudowane nazwa była jedynie chwytem marketingowym. Złota dekada Col du Mente na TdF to lata 70., gdyż przełęcz tą przejechano wtedy sześciokrotnie.

Ostatnimi czasy najszybciej meldowali się tu: Francuz Thomas Voeckler (2012), Amerykanin Tom Danielson (2013), Australijczyk Michael Matthews (2017) i Julian Alaphilippe (2018), który niczym Manzaneque i Fuente swój mały sukces z premii górskiej przekuł na zwycięstwo etapowe w Luchon. Przełęcz ta rzadko odgrywała decydującą rolę na trasach pirenejskich etapów. Zazwyczaj znajdowała się bowiem w środkowej fazie tych górskich odcinków. W najlepszym razie jako przedostatnia premia górska dnia, poprzedzająca kluczowy na etapach do Luchon wschodni podjazd pod Col du Portillon. Jednak w jednym przypadku odmieniła ona losy Touru. Miało to miejsce na czternastym etapie TdF 1971 wiodącym z Revel do Luchon. Na czele wyścigu z wielominutową przewagą jechał nie liczący się w „generalce” Fuente. Za jego plecami walczyli lider Luis Ocana i obrońca tytułu Eddy Merckx. Belg nie był w swej najlepszej formie, zaś Hiszpan wyczuł jego słabość. Zyskał nad nim nieco czasu na etapach do Puy-de-Dome i Grenoble, po czym jak się wydawało zadał decydujący cios na niepozornym etapie przez Cote de Laffrey i Col du Noyer do stacji Orcieres-Merlette. To były ledwie 134 kilometry z dwoma premiami drugiej i jedną pierwszej kategorii. Mimo to Ocana zaatakował już na Laffrey i do mety dojechał z przewagą aż 5:52 nad Lucienem Van Impe oraz 8:42 nad grupką Merckxa! „Kanibal” wydawał się być znokautowany. Co prawda skontrował na długim etapie do Marsylii odrabiając niemal dwie minuty, lecz do wspomnianego etapu w Pirenejach przystąpił ze stratą aż 7:23. Wszystko zmieniła gwałtowna burza i pech Ocany na niebezpiecznym przy tej pogodzie zjeździe z Mente. Gdy Hiszpan po upadku na jednym z wiraży zbierał się do dalszej jazdy to z prędkością około 40 km/h wpadł na niego Holender Joop Zoetemelk, który również nie wyrobił się na tym zakręcie. Po tym uderzeniu Ocana już się nie podniósł i skończył dzień w szpitalu w Saint-Gaudens. Natomiast Merckx ostatecznie wygrał trzeci Tour z rzędu, acz nie na swoich warunkach.

Nas też czekał pojedynek w deszczu. Liczyłem na rewanż za porażkę na Col d’Artigaux. Ruszyliśmy osobno. Ja wystartowałem od tablicy na granicy miasta. Dario cofnął się aż do mostu nad Garonną. Na starcie wspinaczki przy kamieniołomach w Lez dzieliły nas ponad cztery minuty. Różnica ta szybko urosła na początkowym odcinku. Pierwsze 2,1 kilometra przed Boutx przejechałem bowiem w niespełna 11 minut, z VAM na poziomie 1068 m/h. Darek stracił tu aż 1:50. Potem jednak poziom się wyrównał i to nawet bardzo, Na pozostałym do szczytu dystansie 8,7 kilometra Dario odrobił 13 sekund. Podjazd tylko dwukrotnie odpuścił i to na krótkie chwile. Pierwszy raz na początku trzeciego kilometra we wspomnianej wiosce i drugi raz na przełęczy przy skręcie do Le Mourtis. Z kolei miejsc, gdzie chwilowa stromizna przybrała wartość dwucyfrową było tyle, że nie sposób je wszystkie wymienić. Warto jedynie wspomnieć, iż zdecydowanie najtrudniej zrobiło się pod koniec piątego kilometra. Droga na przełęcz miała siedemnaście wiraży, z czego ostatnich dwanaście na przestrzeni ledwie dwóch kilometrów. Na Col du Mente wjechałem w czasie 47:32 (avs. 11,7 km/h z VAM 1025 m/h). Darek ten sam segment o długości 9,26 kilometra pokonał w 49:09. Dojazd do stacji narciarskiej był już wyraźnie łagodniejszy. Średnie nachylenie tego odcinka wyniosło 7%, przy max. 10%. Bardziej przeszkadzał tu ulewny deszcz, dokazujący przy temperaturze ledwie 11 stopni. Po przejechaniu 10 kilometrów minąłem przełęcz Col de Lagues na styku z drogą D44L biegnącą w kierunku Artigascou i Artigaux. Dalej trzeba było jeszcze pokonać delikatny łuk w prawo i zafiniszować na placu przed Holiday Center – Les Pierre Blanches. Od razu skryłem się w tym budynku. Wkrótce dołączył do mnie Darek. Później na początku zjazdu zatrzymaliśmy się jeszcze przez kilka minut na przełęczy. Niżej miałem jeszcze jeden, ostatni cel – odnaleźć wiraż Luisa Ocany. Nie było to trudne, gdyż na szosie widniał stosowny napis, zaś na skale 20 lat po tym dramatycznym wydarzeniu wmurowano tablicę pamiątkową.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1632414486

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1632414486

ZDJĘCIA

20180611_036

FILMY

VID_20180611_003

VID_20180611_004

VID_20180611_005

VID_20180611_006

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Station du Mourtis (Col de Mente) została wyłączona

Col d’Artigaux

Autor: admin o 2. stycznia 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1383 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 826 metrów

Długość: 9,4 kilometra

Średnie nachylenie: 8,8 %

Maksymalne nachylenie: 13,1 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Dwie wycieczki do Bagneres-de-Luchon postanowiłem przedzielić wyjazdem w rejon Saint-Beat, miasteczka nad młodą tu jeszcze rzeką Garonną. Aura była nadal deszczowa, więc drugi poniedziałek naszej wyprawy lepiej było spędzić na wysokości około 1400 niż 1800 metrów n.p.m. Tym samym naszym głównym celem na etapie ósmym miał być podjazd na Col du Mente, przełęcz znaną z wielu edycji Tour de France. Przy tym odrobinę „podrasowany”, bo przedłużony o dojazd do wyrosłej nieopodal stacji narciarskiej Station du Mourtis. Był też drugi powód takiej decyzji. Piotr wolał tego dnia nieco odpocząć od kolarstwa. Zależało mu jednak na zdobyciu Superbagneres. Dlatego postanowiliśmy wrócić w nieco wyższe partie Pirenejów dopiero we wtorek. W miesiącach poprzedzających nasz wyjazd do południowo-zachodniej Francji drobiazgowo planowałem każdy z etapów tej podróży. Będąc przekonany co do tego, iż warto zahaczyć o Col du Mente musiałem znaleźć jeszcze inny, solidny podjazd w pobliżu owej przełęczy. Wszystko po to by bez większych komplikacji komunikacyjnych (czytaj: dłuższych przejazdów samochodami) sprawnie zaliczyć kolejne dwa wzniesienia na miarę naszych sportowych ambicji. Do tej koncepcji najlepiej pasowała mi niespełna 10-kilometrowa wspinaczka z Fos na Col d’Artigaux, zaczynająca się w bezpośrednim sąsiedztwie hiszpańskiej granicy. Mieliśmy na niej pokonać przeszło 800 metrów w pionie. Zatem zarówno pod względem dystansu jak i przewyższenia była ona podobna do Mente. Niemniej w przeciwieństwie do swej sąsiadki była mało znana, więc zagadką pozostawał stan drogi prowadzący na tą przełęcz. Podejrzewałem, że nawierzchnia niektórych jej fragmentów może być kiepska. Niemniej miałem nadzieję, że okaże się ona przejezdna dla naszych szosowych opon. A przy tym, iż obędzie się bez uszczerbku dla ultralekkich kół Darka i Rafała.

Z Aneres wyjechaliśmy jak zwykle po dziesiątej. W czteroosobowym składzie, bowiem Pedro został w bazie. Tym niemniej nasz kolega też nie leniuchował. Wczesnym popołudniem wybrał się na trwający blisko trzy godziny, przeszło 12-kilometrowy deszczowo-błotny trekking po okolicznych wzgórzach. Tym razem do szosy N125 postanowiliśmy dojechać bardziej północnym szlakiem przez Saint-Laurent-de-Neste i Montrejeau. Wstępnie planowałem zacząć ósmy etap podjazdem na Col du Mente, lecz wobec podobnej trudności obu podjazdów było to z grubsza obojętne. Dlatego gdy po dotarciu do Saint-Beat powitał nas deszcz zdecydowaliśmy się nie czekać bezczynnie na zlitowanie niebios. Zapakowaliśmy się do samochodów i pojechaliśmy dalej na południe. W drodze rozglądaliśmy się za stacją benzynową, bowiem czas był już po temu by zatankować oba auta. Ostatecznie uznaliśmy, iż skoro jest ku temu okazja możemy to taniej zrobić po hiszpańskiej stronie granicy. Wyjechaliśmy zatem z Francji zapuszczając się w głąb Katalonii. Nie trwało to jednak długo, bowiem przy szosie N-230 już po dwóch kilometrach natknęliśmy się na stację firmy Repsol. Rafa poczuł się jak u siebie w domu. Wszak wiele lat mieszkał w Mostoles pod Madrytem. Właśnie w Hiszpanii kończył wszystkie szkoły i studia, więc kraj za Pirenejami jest jego drugą ojczyzną. Teraz zaczerpnąwszy iberyjskiego powietrza zapragnął czym prędzej udać się na wycieczkę do najbliższego „hiszpańskiego” miasta. Tym zaś była znana nam z czerwca 2016 roku Vielha, stolica katalońskiej comarki Valle de Aran. Ustaliliśmy zatem, że po powrocie do Francji przejedziemy razem tylko pierwszą górę, którą będzie tajemnicza Col d’Artigaux. Potem zaś Rafał z Krzysztofem pojadą w celach turystycznych do Vielhy, zaś ja z Darkiem wrócę do Saint-Beat by stamtąd podjechać do Station du Mourtis via Col du Mente.

Wróciwszy z Królestwa do Republiki zatrzymaliśmy się w pobliżu dawnego posterunku celnego La Seriail, skąd widać było początek podjazdu na Col d’Artigaux. Wystarczyło kilka razy przekręcić korbą by wjechać do wioski Fos. Tu na wysokości ruiny będącej niegdyś hotelem należało skręcić w prawo by wjechać na prowadzącą do Melles drogę D44h. Żadna z przydrożnych tablic drogowych nie wskazywała, iż szlak ten prowadzi do naszego celu. Niemniej jedna z nich informowała, iż dojedziemy tędy na Col d’Artigascou czyli przełęcz położoną nieco niżej (1349 m. n.p.m.), ale jakieś 1100 metrów za górską przeprawą, do której my chcieliśmy dotrzeć. Krzysiek z Rafałem byli szybsi w przygotowaniach i ruszyli na trasę tuż przed dwunastą. Ja z Darkiem zacząłem wspinaczkę niespełna sześć minut po naszych kolegach. Pierwszy odcinek tej wspinaczki prowadzący do wspomnianej wioski okazał się nie tylko stromy, lecz przede wszystkim bardzo kręty. Na dystansie 1400 metrów trzeba było przejechać aż 9 wiraży. Do tego droga była wąska, bo o szerokości ledwie 2,2 metra. Dario zaczął na tyle mocno, iż wytrzymałem z nim tylko przez pół kilometra. Pierwsze 1800 metrów miało średnio 9,3 % przy max. 13,1 %. Na tym segmencie mój kompan wykręcił VAM na poziomie 1172 lub 1197 m/h (w zależności od tego, któremu wskazaniu stravy mielibyśmy wierzyć). Moje osiągi rzędu 1090-1121 m/h oznaczały 35 sekund straty na tym odcinku. Po minięciu kościoła św. Pankracego i budynku lokalnego merostwa mieliśmy króciutki zjazd, zaś po nim 400 metrów łagodnego podjazdu do zakrętu nr 10. Skręcając tu w lewo porzuciliśmy szosę D44h wjeżdżając na drogę leśniczych. Ta również pięła się po serpentynach, lecz już nie tak gęstych jak wiraże na samym początku wzniesienia. Na kolejnych 5 kilometrach było bowiem jeszcze jedenaście zakrętów. Niektóre w odległości 200-300 metrów od siebie, inne rozdzielone przez długie 800 metrów.

Jeśli chodzi o jakość drogi to niemal do końca szóstego kilometra asfalt trzymał klasę. Potem było już tylko gorzej. Jechaliśmy po zniszczonej szosie lub po resztkach asfaltu, zaś w najgorszym razie po kamienistym szutrze. Na ostatnich czterech kilometrach podjazdu nawierzchnia była więc naszym dodatkowym przeciwnikiem. Nie bez powodu segment ze stravy nazwany „Artigaux Climb (Asfalto) – GSP” ma długość tylko 5,77 kilometra. Darek wykręcił na nim czas 28:21 (avs. 12,2 km/h z VAM 1043 m/h), zaś ja wynik 29:46 (avs. 11,6 km/h z VAM 994 m/h). Rafał uwolniony od myśli na temat drugiej góry trzymał się bardzo dzielnie. Do tego miejsca dotarł w 33:21 (avs. 10,4 km/h z VAM 887 m/h). Wyżej nie dało się już jednak jechać w takim tempie. Dwieście metrów za ostatnim czyli 21-wszym wirażem droga wpadła do lasu. To jednak nie dało ochrony przed deszczem, który pojawił się w trakcie naszej wspinaczki i do tego momentu znacznie się nasilił. Na niezbyt normalnym dla kół szosowych podłożu moi koledzy radzili sobie lepiej ode mnie. W każdym razie ani razu nie postawili stopy na ziemi. Mi zdarzyło się to zrobić dwukrotnie. Pierwszy raz po przejechaniu 6,6 kilometra. Drugi raz półtora kilometra dalej. W sumie kosztowało mnie to nieco ponad minutę. Tym samym na górnym odcinku byłem najsłabszy. Do Rafała straciłem 7 sekund, zaś do Darka przeszło 2 minuty. Całą górę przejechałem w 50:59 (netto 49:50) ze średnią 11,4 km/h i VAM 929 m/h. Dario uzyskał tu czas 47:22, zaś Rafa 54:27. Nasz lider okazał się być najszybszym spośród 43 zdobywców Artigaux zarejestrowanych na stravie w całym sezonie 2018. Ja dojechawszy do kolegów pojechałem jeszcze dalej by upewnić się, że stanęliśmy w najwyższym punkcie drogi. Przez dalsze 500 metrów napotkałem tylko delikatny spadek terenu, więc zawróciłem. Przy tej pogodzie (mokro, mgliście i tylko 12 stopni) odpuściłem sobie wizytę na Col d’Artigascou. W połowie zjazdu do Fos złapała nas kolejna ulewa. Na kwadrans schroniłem się zatem pod daszkiem przydrożnego garażu. Krzysiek miał gorzej, bowiem w tych warunkach musiał zmienić przebitą dętkę.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1632414455

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1632414455

ZDJĘCIA

20180611_001

FILMY

VID_20180611_001

VID_20180611_002

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col d’Artigaux została wyłączona

Hospice de France

Autor: admin o 30. grudnia 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1385 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 755 metrów

Długość: 10,6 kilometra

Średnie nachylenie: 7,1 %

Maksymalne nachylenie: 14,6 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Bagneres-de-Luchon, którego bogatą historię kolarską przedstawiłem w poprzednim odcinku, z każdej strony otoczone jest podjazdami znanymi z tras Tour de France. Na zachód od miasta mamy Col de Peyresourde, na wschodzie graniczną Col du Portillon. Na północy opisaną już przeze mnie Port de Bales, zaś na południe od uzdrowiska stację narciarską Superbagneres. Wszystkie cztery na miarę premii górskich pierwszej lub najwyższej kategorii. Biorąc pod uwagę moje sportowe ambicje jak i fizyczne możliwości był to materiał z pozoru idealny na dwa dni kręcenia po górskich szosach wokół Luchon. Tym niemniej był w tym wszystkim pewien haczyk. Na przełęcz Peyresourde wjechałem już w lipcu 2007 roku pod koniec wyścigu L’Etape du Tour z metą w Loudenvielle. Co prawda zaliczyłem ów w podjazd w jego niepełnej 10-kilometrowej wersji, lecz brakujący do całości 4-kilometrowy fragment i tak miałem teraz poznać w ramach wspinaczki na Port de Bales. Dlatego musiałem sobie jednak znaleźć jakiś dodatkowy podjazd do programu na niedzielę bądź wtorek. Na szczęście w bezpośredniej okolicy Luchon są jeszcze trzy inne wymagające wzniesienia. Dodajmy od razu niewypróbowane na trasach „Wielkiej Pętli”. Patrząc od północy są to wspinaczki: z Juzet-de-Luchon do Artigue (6,7 km przy średniej 8,9%), z Montauban-de-Luchon do Abri de Herran (8,9 km ze średnią 9,3%) oraz z Bagneres-de-Luchon do Hospice de France. Ta ostatnia, choć nie najtrudniejsza z trojga, wydała mi się najciekawsza. Zaczyna się ona na południowym skraju miasta, przy drodze biegnącej na wschód do wioski Saint-Mamet. Podjazd w całości prowadzi po szosie D125. Przez pierwsze 4,5 kilometra jest to zarazem szlak wiodący do Superbagneres. Za to na ostatnich 3 kilometrach zmusza ona do pokonania „ściany” o średnim nachyleniu 10,9%.

Hospice de France to górskie schronisko położone na polanie Campsaure-Couradilles et Pesson. Pierwsza historyczna wzmianka o tych okolicach pochodzi z przełomu XII i XIII wieku. W 1200 roku ziemie te nadano Rycerskiemu Zakonowi Joannitów, którzy mieli strzec bezpieczeństwa pielgrzymów i kupców zmierzających na słynny szlak do Santiago de Compostela. Pierwszą ubitą drogę w te górskie okolice doprowadzono w roku 1858. Jeszcze przed końcem XIX wieku wybudowano tu karczmę. Odrestaurowana w 1938 roku gospoda na cztery dekady trafiła w ręce Odona Haurillon, słynnego w tych stronach przewodnika jak i wojennego przemytnika. Niestety w 1976 roku stara droga dojazdowa do Hospice de France została trwale zablokowana przez osuwisko, co przyczyniło się do upadku schroniska. Ponownie otwarto je dopiero w lipcu 2009 roku, po tym jak na lewym brzegu rzeczki La Pique ukończono budowę nowej drogi na polanę. Obecnie poza zakwaterowaniem i wyżywieniem jest ono również siedzibą małego regionalnego muzeum. W sezonie zimowym schronisko jest zamykane, po czym „wraca do życia” co roku 15 kwietnia. Stanowi ono bazę wypadową do ambitnych pieszych wędrówek. W trzy godziny z przystankiem w Refuge Venasque (2239 m. n.p.m.) dojść można na graniczną przełęcz o tej samej nazwie (2444 m. n.p.m.). Po aragońskiej stronie granicy jest zaś całkiem niedaleko do masywu Maladeta (3312 m. n.p.m.) oraz najwyższego szczytu całych Pirenejów czyli Pico de Aneto (3404 m. n.p.m.). Szukając w sieci jakiegokolwiek związku Hospice de France z kolarstwem szosowym ustaliłem, iż w maju 2017 roku przed schroniskiem tym wyznaczono finisz drugiego etapu Ronde de l’Isard d’Ariege. To wyścig dla kolarzy do lat 23, równie prestiżowy co jego alpejski odpowiednik Tour de Savoie Mont Blanc.

Etap ten zdecydowanie wygrał Paweł Siwakow, który o 1:17 wyprzedził Bjorga Lambrechta oraz o 1:25 trio: Steff Kras, James Knox i Harm Vanhoucke. Według stravy Rosjanin wcale nie uzyskał lepszego czasu od swych rywali na tym podjeździe, więc należy podejrzewać, iż przewagę wyrobił sobie jeszcze na dojeździe do Luchon. Cały wyścig wygrał z przewagą ponad dwóch minut nad Lambrechtem i przeszło trzech nad Crasem, Vanhoucke i Knoxem. Dziś cała piątka jeździ już w ekipach z World Touru. Rosjanin w Team Sky, dwaj Belgowie w Lotto-Soudal i trzeci w Katiuszy, zaś Anglik w Deceuninck-Quick Step. Siwakow to bardzo ciekawa postać. Oboje jego rodzice czyli: Aleksandra Koliaseva i Alexei Sivakov ścigali się na szosie, ich dokonania sprawdzić można na portalu ProCyclingStats. Chłopak urodził się we Włoszech, lecz wychował się i nadal mieszka we Francji. W sezonie 2017 Paweł rządził młodzieżowym peletonem. Po majowym Ronde de l’Isard, w czerwcu wygrał młode Giro d’Italia, zaś w lipcu Giro della Valle d’Aosta. Słabiej spisał się jedynie na sierpniowym Tour de l’Avenir, gdzie generalną klęskę osłodził sobie wygraniem ostatniego etapu. W 2018 roku już jako profesjonalista skutecznie pomagał Michałowi Kwiatkowskiemu na trasie 75. Tour de Pologne. Na górski szlak „ochrzczony” przez Siwakowa wyruszyłem dopiero o wpół do czwartej. Co prawda z Port de Bales do miasta zjechałem kwadrans przed trzecią, lecz musiałem jeszcze poczekać na przyjazd Piotra. Nie było bowiem mowy o tym byśmy wyrobili się z naszym drugim podjazdem zanim Pedro ukończy swą górską rundę. Wystartowaliśmy zgodnie z planem czyli we trzech. Najpierw kierując się w stronę kościoła Wniebowzięcia Matki Boskiej, a następnie prosto na południe Aleją d’Etigny. Niestety po niedawnych przejaśnieniach nie było już śladu w niebiosach. Lało w najlepsze, więc nasza górska wyprawa wyglądała na nieco szalone przedsięwzięcie.

Po krótkiej naradzie u granic miasta postanowiliśmy spróbować szczęścia. Tym niemniej intensywność deszczu szybko nas zastopowała. Już po 600 metrach jazdy schowaliśmy się pod przydrożną wiatą przystankową. Rafał postanowił zawrócić do Luchon. Ja wraz z Krzyśkiem po przeszło 3-minutowej przerwie udałem się w dalszą drogę. Wcześniej jednak ubraliśmy się cieplej, by choć w ten sposób chronić się przed ulewą. W tych warunkach jak i ciepłych strojach nie było mowy o szybszej jeździe. Chodziło tylko o przetrwanie w drodze do naszego celu. Po łatwym pierwszym kilometrze, na drugim było już znacznie trudniej. Pod koniec tego odcinka stromizna przekroczyła nawet 12%. W połowie trzeciego kilometra podjazd odpuścił i to na dłuższy czas. Stromiej zrobiło się dopiero tuż przed miejscem, gdzie nasz szlak rozstawał się z tym prowadzącym do Superbagneres. W tej okolicy nachylenie sięgnęło nawet 13%. Na rozjeździe odbiliśmy w lewo wjeżdżając na ostatnie 6 kilometrów tej wspinaczki. Po przejechaniu niespełna 5 kilometrów od granicy Luchon minęliśmy odchodzącą bardziej w lewo, zamkniętą obecnie, starą drogę do Hospice de France. Dwieście metrów dalej przejechaliśmy na zachodni brzeg La Pique. Szósty kilometr okazał się stosunkowo łatwy, lecz w połowie siódmego musieliśmy pokonać kilkusetmetrową ściankę o nachyleniu rzędu 11-13%. Tymczasem dawna ulewa stopniowo zmieniła się w ledwie mżawkę. Dlatego po pokonaniu owego odcinka zatrzymałem się na wysokości Camino de la Emperatriz czyli Ścieżki Cesarzowej (6,9 km). Zarządziłem ponowną zmianę odzienia, nie chcąc „ugotować się” na stromej 3-kilometrowej ścianie do mety. Krzyśkowi takie „przegrzanie systemu” groziło bardziej niż mi, bowiem dojechał tu ubrany w nieprzemakalną kurtkę. Ja przed deszczem ratowałem się jedynie bluzą oraz lekką kamizelką przeciwwiatrową. Ten postój kosztował nas niespełna dwie minuty.

Stromy finał zaczął się po przejechaniu 7,3 kilometra. Na ósmym kilometrze lekkim znieczuleniem okazały się dwa pierwsze wiraże. Na dziewiątym nachylenie już przez cały czas było dwucyfrowe, z maksimum sięgającym niemal 15%. Każdy musiał znaleźć swój sposób na pokonanie tej ciężkiej końcówki. Odjechałem Krzyśkowi, gdyż „kilka kilogramów kolarza mniej” zrobiło swoją różnicę. Niemniej mój kolega też dzielnie stawał na wysokości zadania, choć takiej stromizny na górze o tej długości wcześniej nigdy nie doświadczył. Na dziesiątym kilometrze było parę luźniejszych momentów przy okazji dwóch kolejnych zakrętów. Niemniej na początku jedenastego – tuż przed wodospadem Cascade du Parisien – stromizna znów poszybowała powyżej 14%. Trzeba było wytrzymać trudy wspinaczki jeszcze do połowy kilometra dwunastego, po czym na ostatnich 100 metrach można już było odetchnąć. Przez most wjechałem na parking, po czym skręciłem w stronę szlabanu strzegącego dostępu do schroniska. Nie dałem rady go ominąć więc zszedłem z roweru i już na pieszo dotarłem do budynku. Na segmencie o długości 10,6 kilometra strava zmierzyła mi czas 54:48 (netto 49:41, bowiem przeszło pięć minut kosztowały nas dwa przymusowe postoje). Stroma końcówka wyszła mi nie najgorzej czyli 3,27 kilometra w 19:37 (avs. 10,0 km/h z VAM 1053 m/h). Na górze spędziliśmy przeszło 40 minut, bowiem znów się rozpadało. Na szczęście lokal był otwarty, więc można było się schować pod dachem, zjeść ciastko i wypić kawę. Z suchej kryjówki mogliśmy obserwować kaprysy górskiej pogody. Ta nie ulegała większej poprawie. Nie mogliśmy jednak czekać bez końca. Kwadrans po piątej rozpoczęliśmy zjazd do Luchon, gdzie czekali już nasi trzej kompani. Darek tuż przed siedemnastą ukończył swój siódmy etap. Na pokonanie północnego Port de Bales potrzebował 1h 22:33 (avs. 14,1 km/h). W sumie przejechał niemal 79 kilometrów z łącznym przewyższeniem ponad 2600 metrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1630541932

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1630541932

ZDJĘCIA

20180610_051

FILM

VID_20180610_004

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Hospice de France została wyłączona