banner daniela marszałka

Archiwum dla Czerwiec, 2009

Forclaz & Tour de Suisse

Autor: admin o 20. czerwca 2009

Ostatnim dniem mojej drugiej wyprawy szwajcarskiej była sobota 20 czerwca. Nasze lokum w Les Valettes musieliśmy – przynajmniej w teorii –  opuścić do godziny 10:00. Tym samym tego dnia nie mogliśmy sobie pozwolić na wycieczkę rowerową w pełnym wymiarze. Znając regulamin „Les Myosotis” od wielu miesięcy miałem jednak dość czasu by przygotować się na tą okoliczność. Należało jakoś pogodzić konieczność szybkiego wylotu z żądzami kolejnych kolarskich przygód. W jaki sposób? Po pierwsze trzeba było o  dobrą godzinę wcześniej niż zwykle zwlec się z łóżek aby być gotowym ruszenia w drogę już około ósmej rano. Po drugie nawet mimo tak wczesnego wyjazdu nie mogliśmy pojechać na więcej niż 40-kilometrową trasę. Siłą rzeczy ograniczało to nasze sobotnie podboje tylko do jednego wzniesienia i to położonego w najbliższej okolicy. Dlatego właśnie na deser zostawiłem nam podjazd pod przełęcz Forclaz (1527 metrów n.p.m.), zaczynający się na rondzie w Martigny-Croix, ledwie trzy kilometry od naszego domku. Wzniesienie to aż sześciokrotnie występowało na trasie Tour de France. Pięć razy pokonywano je właśnie od naszej wschodniej strony. Z reguły na etapach do słynnego kurortu Chamonix, położonego po francuskiej stronie granicy. Ostatni raz peleton Tour de France był tu w 1977 roku, lecz najsłynniejszy pojedynek odbył się w tych stronach czternaście lat wcześniej. W rolach głównych wystąpili Jacques „Metronom” Anquetil i Federico „Orzeł” Bahamontes. Premię górską wygrał „Baha”, lecz było to dla niego pyrrusowe zwycięstwo, albowiem Francuz wygrał w Chamonix i dzięki bonifikacie odebrał Hiszpanowi prowadzenie w wyścigu.

Ja przebyłem ją w lipcu 2005 roku, lecz z przeciwnej strony i dodatku w wygodnym fotelu pasażera. Takie doświadczenie na niewiele więc mogło mi się teraz przydać. Bardziej przydatna była tradycyjna lustracja profilu podjazdu zaczerpniętego ze znakomitej strony „archivio delle salite d’Europa”. Prowadzonej przez Szwajcarów zresztą, acz z kantonu Ticino. Żółty kolor od podnóża do samego wierzchołka świadczył o  tym, iż łatwo nie będzie. Przede wszystkim nie mogliśmy liczyć choćby na chwilę wytchnienia. Jako się rzekło wczesna pobudka, poranna mobilizacja i start zgodnie z planem o ósmej. Na początek czekały nas trzy kilometry zjazdu, te same co w środę przed wspinaczką pod Les Planches. Jednak tym razem na rondzie w Croix należało skręcić w lewo. Koledzy nieco zdystansowali mnie na zjeździe i z rozpędu rozpoczęli szturm na Forclaz. Tym samym zmobilizowali mnie do szybszego niż trzeba początku. Gdy zaś widzi się przed sobą innego kolarza (bez różnicy: przyjaciela, kolegę, znajomego czy anonima) zawsze człowieka korci by się zmierzyć z takim „zającem”. Rzuciłem się więc w pogoń za nimi, mając Łukasza i Jarka za tzw. „stacje przekaźnikowe” na drodze do najszybciej oddalającego się punktu w postaci Andrzeja. „Wicherka” dogoniłem pod koniec drugiego kilometra wspinaczki czyli w okolicy pierwszego wirażu. Tak długa prosta na samym początku wzniesienia przypomniała mi preludium do kultowej góry L’Alpe d’Huez, która trzykrotnie „podcinały mi nogi” na finiszach La Marmotte czy L’Etape du Tour.

Przez kilka następnych kilometrów jechaliśmy zmieniając się na prowadzeniu. Do czasu gdy większe doświadczenie nieznacznie zatriumfowało nad młodzieńczą fantazją. Wspinaczka zajęła mi 53 minuty i 15 sekund co przełożyło się na średnią prędkość 14,64 km/h. Wiedząc, że to równy i co istotne dość stromy podjazd liczyłem, że uda mi się może wykręcić VAM na poziomie 1200 m/h. Warunki ku temu były dogodne tzn. 1028 metrów przewyższenia na 13 kilometrach dające średnie nachylenie rzędu 7,9 %. Szybki początek, współpraca ze strony Andrzeja i koncentracja na utrzymaniu możliwie wysokiego rytmu to wszystko pomogło w uzyskaniu dobrego wyniku. Niemniej upragniona” bariera mych prywatnych możliwości nie padła. Mój wskaźnik VAM na tej górze wyniósł 1158 m/h. Aby złamać pułap „1200” musiałbym pojechać prawie dwie minuty szybciej. Co prawda udało mi się tego dokonać już na Balmbergu, lecz wówczas swe siły wystarczyło rozłożyć ledwie na pół godziny.

Na przełęczy mimo wczesnej pory wiele się działo. Niemały ruch samochodowy, grupki turystów wyruszające na piesze wycieczki po okolicznych górach i w końcu „pracowity” helikopter obniżający lot co 5-10 minut po kolejny ładunek. Nie doczekaliśmy się na przyjazd Łukasza, a chcąc nie chcąc musieliśmy szybko wracać. Na zjeździe minęliśmy chyba ze trzydziestu naszych naśladowców. Dzień dopiero się zaczynał i coraz liczniejsze grupki kolarskich amatorów korzystając ze słonecznej aury szturmowały Forclaz. Wydawało mi się, że długie proste skłonią mnie tu do szybszej jazdy, ale jakoś nie potrafiłem podjąć ryzyka przez co Jarek i Andrzej co chwilę znikali mi z oczu. Na jednym z przystanków spotkaliśmy naszych rodaków podziwiających przepiękne widoki. Przed końcem zjazdu warto było się ponownie zatrzymać by „strzelić fotki” na rozległą dolinę Rodanu. Po zjeździe czekał nas jeszcze krótki i łagodny podjazd do Les Valettes. Nasz sobotni wypad ograniczył się zatem do skromnych 34 kilometrów. Tym samym moje Tour de Romandie zamknęło się liczbą 788 kilometrów o łącznym przewyższeniu ponad 17.100 metrów – pagórków nie wliczając.

Oczywiście nie udało nam się wymknąć z „Les Myosotis” o umówionej porze. Wszak trzeba było: wziąć prysznic po treningu, zjeść drugie śniadanie przed długą podróżą, spakować się i w końcu uprzątnąć nieco „obejście” by nie pozostawić po sobie złego wrażenia. Ostatecznie opuściliśmy naszą alpejską bazę około południa. Pożegnaliśmy się z Jarkiem, który udał się na peron w Bovenier. Czekała go podróż do Genewy, a że wylot miał dopiero w niedzielę to pokręcił jeszcze trochę po szwajcarsko-francuskim pograniczu.  Nas czekało wkrótce męczące 1700 kilometrów w samochodzie. Nie od razu jednak, bowiem wcześniej postanowiliśmy wrócić do Crans-Montana. Tym razem po to by zobaczyć w akcji prawdziwych asów, na mecie przedostatniego etapu Tour de Suisse. Niebiosa dla herosów były znacznie bardziej łaskawsze niż dla nas 24 godziny wcześniej. Organizacja jak należało oczekiwać od Szwajcarów bardzo sprawna, a przy tym mimo sporej rangi zawodów atmosfera bardziej wyluzowana i familijna niż na naszym Tour de Pologne.

Od strony sportowej wyścig został zdominowany przez Team Colombia i Saxo Bank. Nie inaczej było na „naszym” etapie. W Montanie jako pierwszy finiszował Niemiec Toni Martin, zaś faworyt gospodarzy Fabian Cancellara, przy wydatnej pomocy swych kolegów z drużyny nie dał się zgubić góralom. Trzeba powiedzieć, że wyścig został ułożony pod predyspozycje „Spartakusa”. Organizatorzy wyścigu nie przygotowali żadnego prawdziwie królewskiego etapu. Najtrudniejsze premie górskie czyli św. Gottard i Lukmanier ustawiono w pierwszej części etapów. Natomiast teoretycznie najtrudniejszy z finałowych podjazdów tzn. Crans-Montana pojechano od strony Sionu przez Botyre i Vens. Prze to miał on aż 25 kilometrów i był na tyle wypłaszczony, iż trudniej było urwać tak znakomitego tempowca jak Cancellara. Na podium w Montanie żółtą koszulkę odebrał co prawda prowadzący od kilku dni Słoweniec Tadej Vajlavec, lecz wobec minimalnej przewagi, w obliczu 39-kilometrowej czasówki wokół Berna był skazany na pożarcie przez szwajcarskiego Niedźwiedzia.

Po sportowych emocjach około osiemnastej przyszło nam się ewakuować z Montany. Nie chcąc po raz wtóry przemierzać drogi do Martigny wybraliśmy wariant wschodni, poniekąd sentymentalny. Na początku czekał nas bowiem przejazd przez Ulrichen, przełęcz Grimsel, Meiringen, przełęcz Brunig – jednym słowem rewiry mi i Łukaszowi dobrze znane z ubiegłorocznej, pierwszej wyprawy szwajcarskiej. Dalej zaś drogą przez Zurych i Schaffhausen wydostaliśmy się ze Szwajcarii nie bez małej kontroli ze strony nadgorliwego niemieckiego pogranicznika. W taki oto sposób przy nieocenionej pomocy Łukasza i w zacnym towarzystwie Piotrka, Andrzeja i Jarka – w dwóch ratach (sierpień 2008 i czerwiec 2009) zdobyłem niemal każdą ciekawszą górę w Kraju Helwetów. Na swym „szwajcarskim koncie” zebrałem wrażenia z 33 wzniesień, przy okazji doświadczając trudów morderczego wyścigu Alpenbrevet Gold. Niemniej bogactwo ciekawej oferty dla amatorów rowerowej rozrywki w krajach alpejskich jest wręcz niezmierzone. Dlatego i moją listę można by znacząco poszerzyć. Po głowie chodzą mi jeszcze: Flumserberg na wschodzie, Malbun z Liechtensteinu czy Monte Generoso górujące nad Mendrisio. Jednak te atrakcje zostawiam sobie na dalszą przyszłość do ewentualnego zahaczenia podczas wypadu do zachodniej Austrii czy na szlaku do Italii.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Forclaz & Tour de Suisse została wyłączona

Crans-Montana & Veysonnaz

Autor: admin o 19. czerwca 2009

Po dniu z trzema przełęczami piątek 19 czerwca miał być dla nas dniem z dwoma podjazdami do znanych – nie tylko z kolarskich wyścigów – stacji narciarskich. Takie cele oznaczają zaś zazwyczaj większy problem z określeniem początku i końca wzniesienia, a niekiedy też ustaleniem właściwej drogi łączącej podstawę z wierzchołkiem „kolarskiej góry”. Ponieważ przedostatnimi celami naszej wyprawy miały być Crans-Montana i Veysonnaz musieliśmy po raz czwarty już wsiąść przed południem w samochód, by podobnie jak w poniedziałek udać się na wschód. Naszą bazą wypadową do obu kurortów stał się Sion – 29 tysięczne miasto, będące stolica kantonu Valais. Niestety po ośmiu dniach intensywnego słońca lub co najwyżej umiarkowanego zachmurzenia tym razem pogoda od samego rana nie nastrajała nas optymistycznie. Mimo wszystko około dziesiątej załadowaliśmy się do Toyoty w nadziei, że na wschodzi aura będzie nam bardziej przyjazna. Niestety chmury nad Sionem były ciemnoszare i nieprzeniknione, a momentami popadywał też deszcz. Dlatego też postanowiliśmy przeczekać niesprzyjające okoliczności przyrody i dla zabicia czasu ruszyliśmy na przeszło godzinny spacer do centrum. Na starówce, której większość domów pochodzi z XVI i XVII wieku był akurat dzień targowy. Dotarłem też z Andrzejem do dziedzińca XV-wiecznej katedry Notre Dome z wysoką romańską wieżą u boku. Nad miastem góruje też położony na wysokiej skale zamek z XIII wieku, ale nie mieliśmy czasu by z go z bliska obejrzeć. Około południa wraz z pierwszymi oznakami przejaśnień ruszyliśmy bowiem do samochodu by już na rowerach udać się w kierunku Sierre.

Na początek mieliśmy do pokonania 15 kilometrów po płaskim w dolinie Rodanu. Wybraliśmy regionalną drogę przez wioski Bramois, Grone, Chalais i Chippis, która w przeciwieństwie do drogi krajowej i autostrady A-9 położona jest na południe od rzeki. Niestety gdy tylko dotarliśmy do Sierre skończyły się na nasze nadzieje na dotarcie do Crans-Montana „suchą stopą”. Z niebios runęła na nas ściana wody, także zanim od wschodu dojechaliśmy do Sierre byliśmy już dokumentnie przesiąknięci. Łukasz zdecydował się zrezygnować ze wspinaczki w tych warunkach atmosferycznych i wrócić do Sionu. Naszej trójce pozostało odszukać w mieście początek podjazdu. Szukaliśmy znaków drogowych prowadzących tyleż do Montany co zarazem do wioski Veyras, która miała być punktem przelotowym na drodze do stacji. Miasteczko Sierre o połowę mniejsze od Sionu to jedno z trzech miast Szwajcarii oficjalnie dwujęzycznych (innym jest choćby poznane przed tygodniem Biel / Bienne). Nieopodal przebiega tu granica językowa, która pokonaliśmy z poniedziałek, lecz w samym mieście dominuje jeszcze lingua franca. Crans-Montana to jeden z najpopularniejszych finałowych podjazdów na szwajcarskiej ziemi. W tym roku już po raz ósmy miał się znaleźć na trasie Tour de Suisse, w tym po raz piąty jak meta etapu. Przed dwoma laty wygrał tu młody Holender Thomas Dekker, zaś w sezonie 2001 Lance Armstrong zmiażdżył swych rywali podczas górskiej czasówki. Bywa też oczywiście w programie Tour de Romandie – ostatni raz w 2006 roku, na etapie do Sionu wygranym przez Alejandro Valverde. Co ciekawe znalazł się on nawet na trasie „Wielkiej Pętli”, kiedy to Francuz Laurent Fignon wygrał jeden ze swych pięciu etapów podczas Tour de France z 1984 roku.

Są dwie klasyczne opcje pokonania tego wzniesienia. Jako się rzekło ja wybrałem dla nas start w Sierre. Alternatywą byłoby rozpoczęcie wspinaczki we wiosce Granges położonej mniej więcej w połowie drogi z e Sionu do Sierre. Oba wzniesienia pod względem skali trudności są bliźniaczo podobne. Nasze miało 13 km długości i 912 metrów przewyższenia czyli średnie nachylenie 7,01 %. Okazało się być bardzo solidnym podjazdem, lecz bez niespodzianek. Z jednej strony brak odcinków płaskich, z drugiej nie napotkaliśmy stromych ramp. Nachylenie cały czas oscyluje na przyzwoitym poziomie między 5,5 a 8 %, co w moim przypadku oznaczało jazdę na przełożeniach 39 x 21 lub 39 x 24. W środkowej części wzniesienia nieco się przejaśniło, więc miałem nadzieję, że wyschniemy i w komfortowych warunkach będziemy mogli zjechać. Niestety tuż przed Montaną lunęło jeszcze mocniej co w zderzeniu z chłodniejszą temperaturą na wysokości blisko 1500 metrów n.p.m. nie było przyjemne. Wspinaczkę wykonałem w 50 minut i 30 sekund czyli ze średnią prędkością 15,44 km/h i VAM 1083 m/h. Wynik całkiem dobry, tym bardziej w tych warunkach.

W trakcie jazdy pod górę jest się dostatecznie rozgrzanym, stąd takie „naście” stopni Celsjusza i strugi deszczu można jakoś przeżyć. Gorzej gdy to samo trzeba potem znosić stojąc na górze w oczekiwaniu na zmianę pogody. Każdy z nas chciałby przecież uniknąć kilkunastokilometrowego zjazdu w chłodzie i wilgoci. Człowiek trzęsie się od nóg po zęby, palce u dłoni mu marzną, a tu trzeba jeszcze umiejętnie dozować prędkość bo szosa śliska i niebezpieczna, zaś droga hamowania znacznie wydłużona. Zjechałem znacznie wolniej od Andrzeja i Jarka czując się bardziej jak łyżwiarz figurowy niż kolarz. Powolutku byle do samego dołu. Miałem wrażenie, że droga jest bardzo śliska, więc wolałem zachować najwyższą ostrożność – choć przed rokiem na deszczowym zjeździe z Oberalp w ogóle nie włączył mi się taki „tryb przezorności”. Jakiś kilometr przed końcem zjazdu, przy rondzie z kogutem czekał na mnie Jarek. Okazało się, że „Andrew” przebił gumę na zjeździe i trzeba było poczekać aż przywrócić swój rower do stanu używalności. Do Sionu wróciliśmy północną stroną doliny, częściowo jadąc po drodze krajowej nr 9. Pech chciał, że tym razem Jarek przebił szytkę. Szczęście w nieszczęściu, że stało się to na ostatnim kilometrze przed naszym parkingu dzięki czemu mógł przy schodzącym jeszcze powietrzu dojechać do samochodu. Byliśmy z lekka zdziesiątkowani. Łukasz już wysuszony po treningu. Pozostała trójka przemoczona, a przy tym Andrzej i Jarek bez dętkowych zapasów. Ja w nie najlepszej kondycji, lecz jak zwykle zdeterminowany by wykonać 100% zamierzonego planu. Jakby bowiem nie było ciężko zawsze wychodzę z założenia, że jak nie teraz to kiedy? Nie będę przecież w przyszłości jechał przez pół Europy po to tylko by poznać jedną ciekawą i kiedyś przeoczoną górę.

Dzięki wyrozumiałości kolegów, którzy dali mi półtorej godziny czasu na odbycie podróży do Veysonnaz, więc podjąłem się i tej próby, acz wyjątkowo w samotności. Z parkingu na obrzeżach miasta musiałem pojechać najpierw około kilometra na zachód i następnie w centrum miasta skręcić na południe w kierunku mostu nad Rodanem. Niespełna kilometr za nim zaczął się na dobre podjazd, który przez pierwsze trzy kilometry, na których mija się wioski Turin i Arvillard jest wspólny dla wspinaczki tak do Veysonnaz jak i drugiej z tutejszych stacji czyli Nendaz. Poruszając się nieco jak „dziecko we mgle” trzymałem się możliwie najdłużej drogi Route du Nendaz, gdy tymczasem chcąc pokonać typową drogę do Veysonnaz należało po owych trzech kilometrach skręcić ku Pravidondaz, by dalej przez Miseriez dotrzeć do celu mej wspinaczki od północnego-wschodu. Najprawdopodobniej tędy zmierzał po swe pierwsze duże zwycięstwo w zawodowej karierze zapomniany nieco dzisiaj Oscar „El Nino” Sevilla, który wygrał tu królewskie etap TdR w 1999 roku. Tymczasem ja jadąc konsekwentnie główną droga ku górze minąłem Brignon i dopiero we wiosce Beuson tzn. po siedmiu kilometrach podjazdu wypatrzyłem skręt w lewo i tył ku Veysonnaz. Pierwsza część wzniesienia była dość szybka, o średnim nachyleniu 6,7 %, trudniejsze chwile miały dopiero nadejść.

Nie znałem oczywiście dokładnego miejsca, w którym zwykli finiszować uczestnicy TdR. Trzymając się głównej drogi rozglądałem się za swoją metą. W końcu dojrzałem znak drogowy „Veysonnaz-Station” i postanowiłem tam dotrzeć. Okazało się, że dojechałem do górnych partii tej stacji na plac przed przystankiem kolejki górskiej, położonym na wysokości 1360 metrów n.p.m. Tym samym na ostatnich 5 kilometrach musiałem pokonać około 390 metrów przewyższenia co końcówce podjazdu dało średnią 7,8 %. Nie brakowało tu sztywnych 10 % odcinków, które skłaniały do odświeżenia znajomości z trybem „24”. Pełne wymiary „mojego” Veysonnaz to 862 metry amplitudy na 12 kilometrach czyli średnio 7,18 %. Najwyraźniej z dnia na dzień byłem mocniejszy, bowiem wdrapałem się tu w 47 minut i 30 sekund przy średniej prędkości 15,15 km/h i VAM nieco lepszym niż na Montanie czyli 1088 m/h. Niestety w końcówce podjazdu znów zaczęło siąpić, więc kurort przywitał mnie zamglony i wyludniony. Aby mieć świadectwo swego najnowszego podboju chciałem zrobić zdjęcie na stosownym tle. Gdy już znalazłem takie miejsce nie mogłem się wkoło dopatrzeć żywej duszy. W końcu zatrzymałem dostawczy samochód, którego kierowca zgodził się wcielić w rolę fotografa. Na zjeździe na szczęście nie padało. Nie miałem czasu by zbyt często się zatrzymywać. Poza tym spore zachmurzenie nie dawało szansy zrobienia zbyt wielu ciekawych fotek. Poprzestałem na dwóch zdjęciach tzn. uwiecznieniu położonego na przeciwległym (zachodnim) stoku Nendaz oraz doliny Rodanu z okolic Sionu. Kilka minut po wpół do piątej byłem już przy samochodzie, „mając w nogach” 89 kilometrów i blisko 1800 metrów przewyższenia.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Crans-Montana & Veysonnaz została wyłączona

Croix, Pillon & Mosses

Autor: admin o 18. czerwca 2009

W czwartek 18 czerwca powtórzyliśmy samochodowy manewr z wtorku tzn. wyruszyliśmy z Les Valettes na północ. Tym razem jednak poprzestaliśmy na dojechaniu do Bex, położonego ledwie 27 kilometrów od naszej bazy. Wybraliśmy to miasteczko, albowiem dawało nam okazję do przeprowadzenia kilkunastominutowej rozgrzewki przed wyruszeniem na „biblijny szlak”. Skąd to nawiązanie do Pisma Świętego? Ot po prostu przezwaliśmy później pokonywane przez nas wzniesienia mianem: Krzyża, Piłata i Mojżesza. Zaczęliśmy od sześciu kilometrów po drodze krajowej nr 9 w kierunku sławnego Aigle. Jazdę po płaskim skończyliśmy nieopodal wioski Saint-Triphon na wysokości około 400 metrów n.p.m. Tu skręciliśmy w prawo by przez spokojną, acz stromą uliczkę Route de Destillerie dotrzeć do centrum Ollon. Na pierwszy rzut wzięliśmy bowiem najtrudniejszy w całym czwartkowym zestawie podjazd pod przełęcz Col de la Croix (1778 m. n.p.m.). Wzniesienie to zapamiętałem z wydarzeń na Tour de France 1997 kiedy to Duńczyk Bjarne Riis podczas etapu z Morzine do Fribourga miał tu kryzys na tyle poważny, iż na mecie stracił ponad sześć minut i wszelkie szanse na generalne podium. Croix to z pewnością jeden z najtrudniejszych podjazdów we frankońskiej części Szwajcarii, choć ze względu na znaczną wysokość bezwzględną nad wyraz rzadko wykorzystywany na trasie kwietniowo-majowego Tour de Romandie.

Znając profil tego podjazdu wiedziałem, iż najtrudniejsza będzie jego pierwsza połowa. Już sam wstęp wybrany przez nas dość przypadkowo nie był łatwy. Następujący po nim blisko 9-kilometrowy odcinek między Ollon a Chesieres wznosił się z kolei na budzącym szacunek poziomie 7,9 %. Do tego jeszcze wspinaczkę zaczęliśmy o godzinie jedenastej, w pełnym słońcu i przy temperaturze zbliżającej się do 30 stopni Celsjusza. Wytchnienia od upału nie mieliśmy, albowiem większa część tego fragmentu trasy prowadziła wśród alpejskich łąk przez co nie mogliśmy liczyć na cień rzucany przez korony drzew. Ulgę przyniósł dopiero kilometrowy odcinek przed samym Villars-sur-Ollon, sporej stacji narciarskiej położonej na wysokości 1260 metrów n.p.m. Na jej uliczkach należało zachować czujność by nie zboczyć z właściwego szlaku ku przełęczy Krzyża. Tuż za Villars trzeba się było natomiast na chwilę sprężyć by pokonać pięćsetmetrowy odcinek o średnim nachyleniu 11 %. Przebywszy tą przeszkodę można się było w końcu nacieszyć 3,5-kilometrowym znacznie szybszym fragmentem trasy, który między trzynastym a piętnastym kilometrem przechodził w teren niemal płaski. Tu nie warto było jednak przesadzać z tempem i twardością obrotu, mając w perspektywie cztery finałowe kilometry o średnim nachyleniu 8,2 %. Udało mi się dotrzeć na szczyt w „dobrej kondycji” pokonawszy całość w godzinę 16 minut i 20 sekund ze średnią prędkością 14,93 km/h i VAM 1083 m/h. Podjazd ten z pewnością należy uznać za bardzo wymagający. Suche dane nie kłamią. Po pierwsze 19 kilometrów długości, po drugie 1378 metrów przewyższenia i w końcu średnie nachylenie 7,25 % pomimo wspomnianych przestrzeni „falsopiano”. Myślę zresztą, że tego rodzaju „arytmia podjazdu” tzn. stromo, płasko i znów stromo stanowi dodatkowe utrudnienie dla każdego amatora dwóch kółek.

Na przełęczy nie było zbyt wiele do oglądania. Jedynym zabudowanie to drewniana chatka na górskim szlaku, w której starsze małżeństwo sprzedawało rozmaite napoje chłodzące strudzonym wędrowcom i kolarzom. Spragnieni przycupnęliśmy na tarasie, mogąc się zarazem przyjrzeć rozmaitym rzeźbom wykonanym w drewnie przez właściciela owej restauracyjki. Zjazd z Col de la Croix nie należał do najbezpieczniejszych. Nachylenie stoku przez dłuższy czas utrzymywało się na poziomie 8-9 %, więc łatwo było się rozpędzić, a jednocześnie należało uważać na dziury i pęknięcia w nie najlepiej „zakonserwowanej” nawierzchni. Na samym dole czyli w Les Diablerets ktoś w końcu pomyślał o remoncie, lecz niestety świeżo położoną nawierzchnię na odcinku co najmniej kilkuset metrów przykrył grubą warstwą żwiru. Na marginesie jak tu nie wierzyć w biblijne konotacje tej trasy – wspinamy się na Krzyż, „Piłata” i „Mojżesza”, a tu jeszcze między nimi wita nas diabelska mieścina. Ze zjazdem najlepiej poradził sobie Jarek, który tym samym znikł nam z oczu. Nasza trójka musiała więc na swój sposób znaleźć początek podjazdu pod Col du Pillon (1546 metrów n.p.m.). Ponieważ w centrum natknęliśmy się na roboty drogowe obeszliśmy je na piechotę, wdrapując się po schodkach ku pierwszej serpentynie prowadzącej na przełęcz. Niemniej tym sposobem ominęliśmy też pierwsze, może trzysta metrów wzniesienia. Dlatego też aby zanadto nie ułatwiać sobie zadania postanowiłem zjechać do najbliższego ronda i zacząć „wspinaczkę” z przepisowej wysokości 1160 metrów n.p.m. Andrzej podążył moim śladem.

Pillon był oczywiście najkrótszym i przy tym najmniejszym (licząc w metrach przewyższenia, a nie wysokości bezwzględnej) wzniesieniem ze wszystkich dziewiętnastu premii górskich, które znalazły się w programie tej wyprawy. Podjazd miał tylko 4,7 kilometra długości, lecz przy różnicy wzniesień 386 metrów szacunek budziło przynajmniej jego średnie nachylenie tzn. 8,21 %. Poza tym co tu dużo mówić do konfrontacji z długim i ciężkim wzniesieniem zwykło się podchodzić z należnym respektem, a nawet odrobiną obaw. Natomiast na górce krótszej czy po prostu mniejszej znacznie łatwiej o zbytek, czasami zgubnej fantazji. Dlatego też nie mogę powiedzieć bym Pillon przejechał oszczędnie. Podjazd krótki, ale intensywny. Poza tym im wyżej tym trudniej – jak widać na załączonym obrazku ostatnie półtora kilometra na poziomie blisko 10 %. Uporałem się z nim w 20 minut i 20 sekund czyli ze średnia prędkością 13,86 km/h i VAM 1139 m/h. Niemniej Jarka i tak nie doszedłem, więc tym razem najwięcej punktów do klasyfikacji „King of the Mountains” zebrał zawodnik spod znaku BMC.

Na przełęczy znaleźliśmy restaurację, której właścicielka przegoniła jednak gości żądnych chwili relaksu, a nie przepłacanego napitku. Większą atrakcją z pewnością jest znajdująca się po sąsiedzku stacja początkowa kolejki górskiej wywożąca najbardziej leniwą część turystów na okoliczne lodowce „Diabełki” pośród których bardziej nazwą niż wymiarami wyróżnia się pewien Sex Rouge (2841 m. n.p.m.). Rozstając się z Col du Pillon skierowaliśmy się ku wiosce Gsteig na tereny kantonu Berno czyli na niemiecką stroną wewnątrz-szwajcarskiej bariery językowej. Momentami szybki, acz niezbyt stromy 7-kilometrowy przeniósł nas do doliny rzeki Saane. Począwszy od Gsteig (1184 m. n.p.m.) czekał nas teraz 13-kilometrowy odcinek prowadzący cały czas lekko w dół aż do Saanen (1010 m. n.p.m.). Pod koniec tego fragmentu trasy wyznaczyliśmy sobie strefę bufetu w słynnym kurorcie Gstaad – znanym nie tylko miłośnikom narciarstwa, ale i kibicom tenisa ziemnego. Po krótkim odpoczynku, „nalocie” na sklep sieci Coop i stosownym popasie udaliśmy się w dalszą drogę ku Chateau d’Oex. Po nazwie tej miejscowości widać, że dość szybko wróciliśmy na „francuską” stronę wkraczając ponownie do kantonu Vaud tuż przed wioską Rougemont, która zaimponowała nam pięknie zachowanym kościołem i zameczkiem w stylu romańskim wybudowanym przez zakon Benedyktynów. Na odcinku tym doświadczyliśmy też scenki jakże charakterystycznej dla szos Szwajcarii tzn. „szlaban w dół, pociąg jedzie, peleton stoi”.

Po dwunastu kilometrach od Saanen należało jednak skręcić nie w prawo ku Chateau d’Oex, lecz w lewo ku wiosce Le Berceau aby z poziomu mostu nad rzeką Sarine rozpocząć trzeci tego dnia podjazd czyli na Col des Mosses (1445 m. n.p.m.). Podjazd ten rozpoczęliśmy dokumentnie rozbici. Jarek pierwszy, Andrzej za nim, potem ja przed chwilą jeszcze łapiący w obiektyw kościółek na okolicznym wzgórzu i na końcu Łukasz, który najbardziej podkręcając tempo w dolnie przejechał moment skrętu. Szczęśliwie obejrzał się dzięki czemu mogłem go odwołać ze zbędnej wycieczki do Les Moulins. Co prawda od tej właśnie miejscowości zaatakował przełęcz Mosses peleton 96. Tour de France, lecz w naszym przypadku dokładne skopiowanie szlaku „profich” oznaczałoby niepotrzebny objazd. Poza tym na drugim kilometrze obie wersje wstępu do północnego Mosses i tak zbiegały się w okolicy wioski Les Chabloz. Pomimo zmęczenia długim etapem „Mojżesz” okazał się być najszybszym wzniesieniem podczas całej 10-dniowej wyprawy. Moja nienaturalnie – jak na Alpy – wysoka średnia prędkość czyli 20,72 km/h nie była jednak wynikiem jakiegoś nagłego przypływu sił. Raczej wykorzystaną okazją, którą dawał łagodny profil tego wzniesienia tzn. 545 metrów przewyższenia przy 13,3 kilometrach długości czyli 4,1 %. Tak jak prędkość musiała być wysoka, tak wskaźnik VAM musiał być w tych okolicznościach mizerny. Ponieważ wjeżdżałem przez 38 minut i 30 sekund wyniósł on tylko 849 m/h.

Najtrudniejsze na Mosses były trzy pierwsze kilometry. P{otem do wysiłku zmuszał jeszcze kolejny taki fragment między siódmym a dziesiątym kilometrem. Między nimi było jednak sporo terenu ledwie wznoszącego się.  Dlatego na przykład na odcinku przed L’Etivaz mogliśmy wraz z Jarkiem rozkręcić się do około 30 km/h. Wobec owych płaskich „wstawek” zatrzymałem się w La Lecherette myśląc, że to już koniec podjazdu. Dopiero nadciągający na drugiej pozycji Jarek wyprowadził mnie z błędu. Potem zgodnie dokręciliśmy pozostałe dwa kilometry. Niedługo po nas na przełęcz wjechał Andrew. Zanim dołączył do nas Łukasz natknęliśmy się raz jeszcze na starszego jegomościa z Anglii, którego mijaliśmy już wcześniej  w końcówce podjazdu pod Croix. Po krótkiej rozmowie okazało się, że ów dżentelmen również wybrał się na wycieczkę przez Croix, Pillon i Mosses, lecz ze startem i metą w Lozannie oddalonej od Aigle o 46 kilometrów. Wobec tego od rana do zmroku miał on do pokonania blisko dwieście kilometrów! Nam pozostało zaś do przejechania już tylko 19-kilometrów w dół do Aigle (zjazd częściowo znany z wtorku) i 9-kilometrowy płaski odcinek do Bex. W sumie przebyliśmy 114,5 kilometra pokonując przewyższenie ponad 2300 metrów.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Croix, Pillon & Mosses została wyłączona

Les Planches & Verbier

Autor: admin o 17. czerwca 2009

Środa 17 czerwca była drugim dniem naszej „prywatnej inspekcji” na trasie tegorocznego Tour de France. W minioną niedzielę poznaliśmy już dokładnie J.W. Grand Saint-Bernarda, który miał być pierwszą premią górską na trasie szesnastego etapu TdF z Martigny do Bourg-Saint-Maurice. W środku tygodnia przyszła zaś pora na wizytę w stacji narciarskiej Verbier i finałowy podjazd, który dla uczestników „Wielkiej Pętli” stanowić miał ostatnie wyzwanie podczas odcinka piętnastego. Wzniesienie to zwróciło moją uwagę już rok wcześniej gdy znalazło się w programie Tour de Suisse, zresztą po raz piąty od 1979 roku. Oczywiście tradycyjnie już nie miałem zamiaru zanadto ułatwiać sprawy tak sobie jak i moim dzielnym kolegom. Ponownie do „zdobycia” mieliśmy mieć dwie premie górskie, przy czym Verbier wzorem układu trasy na TdF zostawiliśmy sobie na deser. Zadecydowałem, iż wcześniej „przetrzemy się” na mało znanym, lecz bardzo trudnym podjeździe pod Col des Planches. Układając nasz program na środę musiałem jakoś pogodzić dwa cele. Z jednej strony chciałem zaserwować nam tradycyjną liczbę wspinaczek czyli minimum 1500 metrów dziennego przewyższenia, zaś z drugiej musiałem znacznie ograniczyć ilość kilometrów do przejechania. Uznałem, że środa będzie najwłaściwszym dniem na odbycie popołudniowej wycieczki do włoskiej Aosty. Kilka dni przed naszym wyjazdem do Szwajcarii dostałem bowiem „zlecenie” od znanego widzom Eurosportu Piotra Ejsmonta na mały rekonesans po włoskich księgarniach. Piotrek wyposażył mnie w bogatą „listę swych książkowych życzeń”. Niemniej szczerze przyznam, iż nawet bez jego inicjatywy sam skory byłbym sprawdzić co też ciekawego ukazało się na włoskim rynku wydawniczym w czasie gdy wyścig Giro d’Italia świętował jubileusz swego 100-lecia. Okazja była wszak wyborna gdyż z Les Valettes do Aosty mieliśmy samochodem (jadąc przez tunel) niespełna 70 kilometrów.

Czwarty etap alpejski przyszło nam rozpocząć od 3-kilometrowego zjazdu z Les Valettes do Croix czyli południowego przedmieścia znanego nam już bardzo dobrze Martigny. Po drodze mieliśmy przejazd przez krótki tunel, nad którego wlotem i wylotem zdążono już wymalować hasła reklamowe w stylu „Martigny / Verbier miastem etapowym Tour de France”. Ponieważ jako jedyny zatrzymałem się w tym miejscu celem pstryknięcia fotek. Dlatego też do podnóża Les Planches (1411 m. n.p.m.) dojechałem ze stratą minuty czy półtorej przez co następnie musiałem sobie urządzić swego rodzaju górską czasówkę na dochodzenie. Tymczasem wyzwanie czekało nas wszystkich niebłahe. Pewne wyobrażenie o stromym początku tego wzniesienia „złapaliśmy” już wcześniej, patrząc zza okien samochodu gdy w poprzednich dniach przemykaliśmy nieopodal w drodze do Visp, Vionnaz czy na zakupy w Martigny. Pierwsze 350 metrów na średnim poziomie powyżej 12 %, co ciekawe przedzielone torami górskiego tramwaju. Na trzecim kilometrze jeszcze jeden bardzo stromy odcinek tuż przed wioską Chemin-Dessous. To w tych okolicach dogoniłem Łukasza, zaś chwilę później Jarka. Na czwartym kilometrze podjazdu złapałem też kontakt z Andrzejem i przez jakiś czas jechaliśmy razem, musiałem złapać drugi oddech, albowiem odrabianie początkowych strat zdążyło nadwątlić me siły.

Większa część tej wspinaczki prowadziła wąską drogą przez zacieniony las, a jedynie miedzy szóstym a ósmym kilometrem można było się bardziej spocić pośród wystawionej na mocne słońce górskiej polanie. Po dziewięciu kilometrach bezlitośnie wymagającej wspinaczki przyszedł w końcu czas na chwilę odpoczynku na kilkuset metrowym odcinku „falsopiano” i na koniec jeszcze kilka serpentyn na poziomie 7-8 %. W obliczu tego co musieliśmy wcześniej przebyć sama końcówka nie mogła nas już niczym zatrwożyć. Wymiary tego wzniesienia mogą zrobić wrażenie tzn. 901 metrów na dystansie 10,25 km ze średnim nachyleniem 8,79 %. Kolarscy kibice mogą żałować, iż włodarze z ASO nie przewidzieli tego rodzaju „przeszkody” na trasie piętnastego odcinka TdF. W mojej ocenie mogłaby ona odegrać równie ważną rolę co Col de Romme na siedemnastym etapie do Le Grand-Bornand. Udało mi się pokonać to wzniesienie w 47 minut i 45 sekund przy średniej prędkości 12,87 km/h i VAM 1132 m/h. Przyznam, iż jeszcze pozytywniej zaskoczył mnie wynik Łukasza, który wspiął się na przełęcz w czasie poniżej godziny. To wszystko pomimo 88 kilogramów wagi, stromego profilu podjazdu i przede wszystkim skromnej ilości treningowych kilometrów. Najwyraźniej mój „szwajcarski wspólnik” rozkręcał się z dnia na dzień.

Po tradycyjnej sesji zdjęciowej rozpoczęliśmy zjazd na drugą stronę czyli przez wioskę Vens ku znanemu z wyprawy niedzielnej Sembrancher. Tym razem jednak nie dane nam było wjechać na „bernardyńską” szosę nr 21, ponieważ należało obrać kurs przez Route de Vallee, prowadzącą z lekką tendencją zwyżkową ku położonej na wysokości 820 metrów n.p.m. miejscowości Le Chable. Co tu dużo mówić 8,5-kilometrowy podjazd pod Verbier (1505 m. n.p.m.) okazał się łatwiejszy od zaatakowanej „na świeżości” Les Planches. Tą pierwszą pokonywałem na przełożeniach 39 x 24, a momentami nawet 39 x 27. Tymczasem na Verbier czując się wciąż dobrze uparłem się by jechać możliwie najdłużej z trybem 21. Założenie było ambitne zważywszy, iż mimo względnie łatwego wstępu i zakończenia góra ta „trzyma” na wymagającym poziomie 8,05 %. Udało mi się wytrzymać równe i wysokie tempo dzięki czemu różnicę wzniesień rzędu 685 metrów pokonałem 35 minut i 30 sekund (średnia 16,47 km/h przy VAM 1157 m/h). Wynik bardzo dobry i tym cenniejszy, iż raczej rzadko udaje mi się przejechać obydwie góry dnia na granicy swego maksimum, a przy tym drugą pokonać w stylu jeszcze lepszym od pierwszego „podejścia”. Jak zwykle najbliższy moich osiągów był Andrzej, zaś Łukasz najwyraźniej łapiący formę coraz śmielej zaczął „najeżdżać na pięty” Jarkowi. Po krótkim pobycie w centrum Verbier, noszącym już widoczne znaki lipcowego święta sportu czas było zawrócić o 180 stopni by przez Le Chable, Sembrancher i Bovenier możliwie szybko wrócić na prysznic i obiadek do naszej bazy. Ogółem przejechaliśmy tylko 57 kilometrów, pokonawszy jednak na tak skromnym dystansie łączne przewyższenie blisko 1600 metrów.

Po godzinie czternastej syci i umyci wyruszyliśmy w drogę do Włoch. Podjazd pod Wielkiego św. Bernarda samochodem na pewno nie robi tego samego wrażenia co pokonania tej samej trasy siłą swych mięśni. Poza tym postanowiliśmy skorzystać z dobrodziejstwa ludzkiej techniki czyli blisko 6-kilometrowego tunelu przekutego na wysokości około 1900 metrów n.p.m. Ponieważ za ten przejazd przyszło nam zapłacić blisko 30 CHF, więc od razu zdecydowaliśmy, iż wieczorem wrócimy „bez-kosztowo” czyli przez samą przełęcz. Do Aosty dotarliśmy około wpół do czwartej. Najbliższe cztery godziny spędziliśmy na zwiedzaniu tutejszej starówki, chodzeniu po sklepach i rzecz jasna kosztowaniu specjałów włoskiej kuchni. Rekonesans po księgarniach przyniósł mi połowiczny sukces. Co prawda większość książek z listy Piotra dawno już zeszła z półek, lecz udało mi się nabyć pozycje tak cenne jak: „Un secolo di passioni” – oficjalną książkę wydaną na stulecie Giro przez zespół dziennika „La Gazzetta dello Sport”, „Fausto Coppi – Un uomo solo al comando” autorstwa Paolo Alberatiego czy „100 anni di Giro” popełniona przez Piera Bergonziego i Giuseppe Castelnoviego. Tym razem jeszcze wpadłem w te strony dosłownie na moment -„niczym po ogień”. Obiecałem sobie tu jednak wrócić i to już za rok, przynajmniej na kilka dni. Dolina Aosty pozostaje bowiem jedynym z alpejskich regionów Italii, w którym nie miałem jeszcze okazji pojeździć. W drodze powrotnej do Szwajcarii zatrzymaliśmy się na kilkanaście minut w urokliwej górskiej wiosce Saint-Rhemy charakteryzującej się wąskimi uliczkami i domami z kamienia. Na ostatnich kilometrach podjazdu po włoskiej stronie trwały dopiero remonty drogi przeznaczonej na karkołomny zjazd podczas zbliżającego się wielkimi krokami Touru. Gdy o wpół do dziewiątej wjechaliśmy na przełęcz było już szaro i chłodno, stąd z samochodu wysiedliśmy tylko na parę minut. Śpieszyło się nam do bazy, gdyż po dniu pełnym wrażeń czas było odpocząć. Tym bardziej, że nazajutrz czekał nas drugi pod względem długości etap tej wyprawy, „okraszony” aż trzema wzniesieniami.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Les Planches & Verbier została wyłączona

Morgins & Leysin

Autor: admin o 16. czerwca 2009

Po zdobyciu w niedzielę niebotycznego Bernarda oraz poniedziałkowej podróży pod hasłem „drang nach osten” trzeciego dnia w Alpach przyszła pora na wyprawę ku Północy. W skrócie kierunek na Lac Leman, choć oczywiście nie celem ożywczych kąpieli. Na wtorek 16 czerwca przewidziałem wizytę w dwóch stacjach narciarskich znanych z tras wyścigu Tour de Romandie, położonych po przeciwległych stronach Doliny Rodanu. Pierwszym z nich był podjazd do położonej w pobliżu granicy z Francją stacji Morgins, bywałej na TdR w latach 2004 i 2006. Za pierwszym razem wygrał lokalny heros Alexandre Moos, za drugim Bask Igor Anton. Przed trzema laty jednym z protagonistów był nasz rodak Sylwester Szmyd, który zaatakował kilka kilometrów przed metą, lecz ostatecznie musiał zadowolić się szóstym miejscem w zacnym towarzystwie Cadela Evansa i Andy Schlecka. Z kolei Leysin w ostatniej dekadzie było aż trzykrotnie na trasie TdR. W 2000 roku triumfował tu Włoch Andrea Noe’, w 2002 słynny Szwajcar Alex Zulle, zaś 2006 obecny król wieloetapówek czyli Hiszpan Alberto Contador, zaś nasz człowiek w elicie był dziesiąty. Ponieważ tradycyjnie przed pierwszym podjazdem chcieliśmy mieć kilkanaście kilometrów rozgrzewki, zaś właściwą zabawę zacząć od wspinaczki pod Morgins najstosowniejszym miejscem do zaparkowania swego „klubowego wozu” wydało nam się ciche miasteczko Vionnaz na zachodnim brzegu Rodanu. Wobec tego do przejechania z Les Valettes mieliśmy niespełna 40 kilometrów co zajęło nam ledwie pół godzinki. Pierwsze kilometry po starcie z Vionnaz prowadziły nas drogą krajową nr 21 po niemal płaskim terenie.

Na pierwszych ośmiu kilometrach do Monthey różnica wzniesień wynosiła bowiem tylko 32 metry. W Monthey należało skręcić w prawo i zacząć wspinaczkę do Morgins. Pierwsze 5 kilometrów o średnim nachyleniu 6,8 % w praktyce stanowić może zarówno wstęp do wyprawy na Morgins jak i pierwszą tercję 12-kilometrowego łagodniejszego podjazdu do stacji Champery. Wspinaczki do obu kurortów rozchodzą się we wiosce Troistorrents. Andrzej zaczął ten podjazd na tyle mocno, iż w pełni mogłem się zadowolić utrzymaniem zaproponowanego przezeń tempa. Przez około 10 kilometrów zgodnie współpracowaliśmy co sprzyjało wykręceniu bardzo dobrego jak na nasze amatorskie możliwości czasu. Im bliżej było szczytu tym więcej wilgoci wisiało w powietrzu i ostatecznie wjechaliśmy nisko opadłe chmury. Andrzej nieznacznie osłabł w samej końcówce, na najtrudniejszym odcinku o nachyleniu ponad 10 %. Podjazd na dobre skończył się na wysokości Arche (1305 m. n.p.m.), skąd do Morgins pozostawało jeszcze dwa kilometry. Tu można było wrzucić łańcuch na dużą tarczę i pognać przed siebie ginąć w chmurach. Dwunastokilometrowy odcinek z Monthey do Arche pokonałem w 45 minut i 40 sekund czyli przy średniej prędkości 15,76 km/h. To w zderzeniu z danymi takimi jak: 881 metrów przewyższenia i średnie nachylenie 7,34 % dało wielce przyjemny dla mego oka wskaźnik VAM na poziomie 1157 m/h. Przy wjeździe do stacji zauważyłem po lewej stronie efektowną tablicę powitalną. Spostrzegłem w niej dogodne tło dla celów fotograficznych. Zaczekałem przy niej na kolegów. Po chwili z „mlecznej drogi” wyłonił się Andrew, kilka minut później Jarek i wkrótce kolejne fotki z podbojów stały się faktem. Potem już nieśpiesznie przez centrum Morgins udaliśmy się na samą przełęcz Pas de Morgins (1369 m. n.p.m.) po drodze mając do pokonania jeszcze odrobinę wzniesienia. Łukasz nie dał na siebie długo czekać.

Na górze między kolejnymi zdjęciami – tym razem zrobionymi na samej granicy – uzgodniliśmy czas zbiórki przy wozie. Na granicy przyszło nam się bowiem rozdzielić. Łukasz miał w planach wypad do Francji czyli trasę dłuższą, acz mniej górzystą, na odcinku 20 kilometrów wiodącą wzdłuż południowych brzegów Jeziora Genewskiego. Pozostali członkowie tej ekspedycji wytrwali przy wcześniejszym planie. Przed rozpoczęciem zjazdu zatrzymaliśmy się jeszcze na małą kawkę w centrum Morgins. Przy okazji chcieliśmy się nieco osuszyć w promieniach słońca, które nieśmiało zaczęło już wyglądać zza chmur. Zjazd raczej szybki i bezproblemowy z paroma przystankami. Dopiero na zjeździe zdałem sobie sprawę z tego na ile stroma była końcówka podjazdu. Po zjeździe mieliśmy do pokonania około 10-kilometrowy płaski odcinek przez Muraz i Saint-Triphon do Aigle tj. miejscowości wielu kibicom znanej z racji bycia siedzibą Międzynarodowej Unii Kolarskiej. Niemniej wizytę pałacu UCI zostawiliśmy sobie na deser. Wcześniej należało spożyć drugie danie czyli pokonać podjazd do stacji Leysin. Rozpoczynał się on nieopodal okazałego zamku i w bezpośrednim sąsiedztwie linii górskiej kolei. Przez pierwsze kilometry droga wiła się wzdłuż tarasów pokrytych uprawami winorośli, a następnie wbiła się w las. Dwa lub trzy razy musieliśmy przystanąć na czerwonym świetle w korkach sprowokowanych trwającym właśnie remontem szosy. Wprowadzeniem ruchu wahadłowego najmniej przejmował się Jarek, który śmiało szedł pod prąd. Później musieliśmy go dłuższy czas gonić, albowiem nasz „Wiking” starał się kolegom-ścigaczom jak najwyżej zawiesić poprzeczkę.

Po dziewięciu kilometrach wspinaczki aby skierować się do naszego miejsca przeznaczenia należało zjechac z drogi krajowej nr 11 tzn. na rozdrożu pojechać ze sto metrów prosto by po chwili zawrócić pod kątem niemal 180 stopni. Tymczasem trzymając się cały czas naszej „krajówki” dotarlibyśmy na przełęcz Mosses, aczkolwiek po dwóch kilometrach od wspomnianych rozstajów byłaby jeszcze opcja skrętu ku przełęczom Pillon lub Croix. Niemniej cała tą trójkę postanowiłem zaatakować dopiero czwartek i to od innej strony. We wtorek skoncentrowaliśmy swe wysiłki na jak najszybszym dotarciu do Leysin. Po zjechaniu z „11” do pokonania zostawało jeszcze 5 kilometrów. Pierwsze tysiąc metrów jeszcze dość łatwe , lecz trzy kolejne całkiem zdrowo „trzymające”, bo na średnim poziomie 8 %. Pod koniec tego trudnego odcinka dogoniłem w końcu dzielnie trzymającego się z przodu Jarka. Przy okazji mieliśmy okazję wymijać kilka żwawo jadących triathlonistek. Właściwy podjazd skończył się po niespełna 14 kilometrach – mój licznik pokazał 13,8 km pokonane w 50 minut i 15 sekund przy średniej prędkości 16,47 km/h. Niby szybciej niż na Morgins, ale w praktyce jedynie za sprawą łatwiejszego profilu wzniesienia. Na tej górze przewyższenie wynosi 835 metrów, lecz średnie nachylenie tylko 6,05 %, stąd i VAM nie wyszedł mi imponujący tzn. 997 m/h. Kilkaset ostatnich metrów przed stacją było już praktycznie płaskie. Kolejna wspinaczka zaczynała się dopiero w samym Leysin. Odpuściliśmy sobie jednak podjazd do samego końca drogi w Feyday. Poprzestaliśmy na dojechaniu do jednej ze stacji kolejki linowej, po czym dłuższy kwadrans spoczęliśmy na tarasie jednej z restauracji.

W trakcie zjazdu, przyjemnego choć bynajmniej nie łatwego technicznie zatrzymaliśmy się w kilku co ciekawszych miejscach. Moi kompani ochoczo porzucili nawet na chwilę swe karbonowe rumaki by dosiąść drewnianego byka. Po zakończeniu zjazdu nie pojechaliśmy wprost do Vionnaz, lecz na obrzeżach Aigle odszukaliśmy park z wielkim budynkiem będącym siedzibą UCI. Posąg kolarskiego czempiona i tablica informacyjna nie pozostawiały wątpliwości, iż jesteśmy we właściwym miejscu. W środku znaleźliśmy mini-biblioteczkę z książkami i czasopismami o tematyce kolarskiej napisanymi w językach wszelakich, m.in. jedno z dzieł redaktora Bogdana Tuszyńskiego na temat „Tour de Pologne”. Przede wszystkim jednak znaleźliśmy też słynny tor kolarski służący szkoleniu kolarzy z krajów kolarsko rozwijających się , czytaj egzotycznych. Trwały na nim właśnie treningi młodych specjalistów obojga płci od wyścigów na dochodzenie. Wokół toru na każdym filarze rozwieszone były płachty z wielkimi zdjęciami kolarskich herosów, wśród nich oczywiście ten największy czyli Eddy Merckx – w żółtej koszulce lidera TdF z widocznym logiem sponsora Faema. Jednym słowem „Kanibal” z roku 1969 czyli u szczytu swych sił witalnych. Po opuszczeniu kolarskiego Olimpu zostało nam do przejechania jeszcze tylko kilka kilometrów. Następnie chwila cierpliwości w oczekiwaniu na Łukasza, który miał do przejechania znacznie więcej niż nasze 87,5 kilometra. Jarek miał jeszcze na tyle animuszu, iż wybrał się na rozpoczynający się nieopodal podjazd ku wiosce Torgon. Nie sforsował go co prawda w całości, lecz i tak zaokrąglił swój dzienny przebieg w okolice setki. W tym czasie z północy nadjechał gnany sprzyjającym wiatrem Łukasz , więc w oczekiwaniu na powrót Jarka mogliśmy wysłuchać relacji naszego „Herkulesa” z przygód na krętych ścieżkach wokół Evian-les-Bains.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Morgins & Leysin została wyłączona

Simplon & Saas-Fee

Autor: admin o 15. czerwca 2009

Poniedziałek 15 czerwca podczas tej wyprawy był dniem wielu rekordów. Najdłuższa trasa do pokonania na rowerze, największe przewyższenie do przebycia i do tego najdłuższy transfer samochodowy na samo miejsce startu do tej całej zabawy. Jednym słowem niemal cały dzień poza bazą. Na początek czekało nas blisko 80 kilometrów w aucie przez Martigny i Sion, na wschód ku źródłom Rodanu. Faktycznie nie pojechaliśmy aż tak daleko, lecz i tak oddaliliśmy się od Les Valettes na tyle daleko by zmienić strefę językową. Wciąż byliśmy w kantonie Valais, lecz za miejscowością Sierre nazwy na tablicach brzmiały już z niemiecka, zaś sam region w mowie tutejszych mieszkańców nazywany jest Wallis. Na rowery chcieliśmy się przesiąść w miasteczku Visp, aby przed pierwszymi kilometrami poniedziałkowej wspinaczki mieć przynajmniej 15-20 minut cennej rozgrzewki. Leżące u wejścia do dwóch górskich dolin tzn. Mattertal i Saastal Visp jest rodzimym miastem szefa FIFA Seppa Blattera. Samochód zostawiliśmy na parkingu przy drodze ku Stalden, a sami udaliśmy się w kierunku wschodnim drogą nr 9 ku miasteczku Brig. Naszym pierwszym celem tego dnia była bowiem położona na szlaku do Italii przełęcz Simplon (2005 metrów n.p.m.). Atrakcją tego regionu jest blisko 20-kilometrowy tunel kolejowy wydrążony w masywie Monte Leone. Łączy on Brig z włoską doliną Val Divedro, będąc oddany do użytku w 1906 roku przez blisko pół wieku uchodził za najdłuższy na świecie. Tędy przebiega trasa słynnego Orient Expressu.

Przez Simplon aż 17-krotnie przebiegała trasa Tour de Suisse, acz przełęczy tej nie brakowało też w programie Giro d’Italia – po raz ostatni w 2006 roku na etapie z Aosty do Domodossoli. Zaczęliśmy podjazd zgodnie planem czyli na ulicy Neue Simplonstrasse, lecz wkrótce na skutek mojej pomyłki zbyt szybko z Andrzejem wskoczyliśmy z powrotem na główną drogę ku przełęczy czyli wspomnianą już krajową „9”. Jadący z niewielką stratą Jarek podążył naszym śladem i jedynie Łukasz jak się później okazało wybrał opcję cichszą i bardziej urokliwą przez Ried-Brig tj. w pełni zgodną z załączonym po lewej stronie tekstu profilem. Obie drogi czyli lokalna i krajowa zbiegały się dopiero za wielkim wiaduktem nieopodal osady Schallberg. Dłuższa wersja podjazdu, którą w niezamierzony sposób „odkryłem” miała w sumie 22,3 kilometra co przy przewyższeniu 1316 metrów dało średnie nachylenie 5,9 %. Muszę przyznać, iż tym razem momentami musiałem się mocno spinać by dotrzymać tempa Andrzejowi. „Wicherek” z dnia na dzień zdawał rosnąć w siłę. W górnej części wspinaczki gdy zaczęły się tunele za wioska Rothwald nogi kręciły się mi już sprawniej, lecz w uznaniu zasług kolegi w dyktowaniu wysokiego tempa oraz pamiętając o czekającym nas jeszcze drugim wzniesieniu postanowiłem nie podkręcać tempa ponad miarę. Ostatecznie dotarliśmy na przełęcz bark w bark, a ta przywitała nas niezbyt przyjaźnie bo ciemnymi i nisko zawieszonymi chmurami oraz wilgocią, którą czuć było w powietrzu. Wspinaczka zajęła mi i Andrzejowi w sumie 1 godzinę oraz 21,5 minuty co dało nam całkiem zgrabną średnią prędkość 16,41 km/h. Wskaźnik VAM czyli 968 m/h nie był co prawda imponujący, ale wynikało to raczej z nieszczególnie stromego profilu tego wzniesienia. Gdy tylko dojechał do nas Jarek przejechaliśmy w trójkę dalszy kilometr po płaskowyżu w stronę restauracji Monte Leone, w której przy ciastku i kawie chowając się przez zimnem i wiatrem poczekaliśmy na Łukasza.

Na zjeździe chcąc lepiej poznać uroki tej krainy i zarazem uniknąć większego ruchu samochodowego zdaliśmy się na doświadczenie Łukasza. To znaczy przed znanym nam już wielce efektownym wiaduktem skręciliśmy w boczną drogę. Z jednej strony spokojna droga zachęcała do harców, lecz z drugiej strony urocze widoki skłaniały ku postojom i kolejnym fotkom. Po zjeździe zatrzymaliśmy się w tym samym celu na rynku w Brig i przez kilka minut pokręciliśmy się też po starej części tego miasteczka. Następnie udaliśmy się w drogę powrotną do Visp gdzie też postanowiliśmy się przedrzeć przez starówkę. Chwilę później zupełnym przypadkiem wjechaliśmy na dziedziniec szkoły podstawowej im. Seppa Blattera. Na parkingu zrobiliśmy sobie krótki postój. Łukasz uznał, że dotychczasowe 70 kilometrów na ten dzień mu wystarczy i postanowił kolejne trzy godziny spędzić na samochodowej wycieczce do Mattertal. Tym sposobem chyba jako jedyny z nas mógł zobaczyć na własne oczy majestatyczny szczyt Matterhorn. Moim kolejnym celem był natomiast podjazd do stacji narciarskiej Saas-Fee, gdzie w 2003 roku górski etap TdS wygrał Włoch Francesco Casagrande. Na tą wycieczkę Andrzej oraz Jarek bez trudu dali się namówić. Kilka pierwszych kilometrów prowadziło jeszcze po płaskim terenie. Podjazd zaczął się na dobre jeszcze przed wioską Stalden, zaraz po przekroczeniu mostu nad rzeczką Vispa na wysokości około 720 metrów n.p.m. Z kolei na rondzie tuż za tą miejscowością trzeba było wybrać jedną z dwóch górskich dróg. W prawo odchodziła szosa ku dolinie Mattertal mająca swą kulminację w słynnej stacji Zermatt.

My jednak musieliśmy wybrać kierunek lewy czyli na Saastal. Podczas 15 kilometrów prowadzących drogami tej doliny przyszło nam pokonać przewyższenie rzędu 700 metrów co świadczy o niezbyt wyśrubowanym stopniu trudności tego wzniesienia. Nie brakowało tu co prawda odcinków bardziej wymagających, ale przedzielone były one fragmentami szybszej trasy gdzie można by wrzucić twardszy obrót, a mimo tego nieco odpocząć. Po ostatnim z nich już w Saas Grund dogonił mnie Andrzej. Wiedziałem jednak, że najtrudniejsze będą ostatnie trzy ostatnie kilometry o średnim nachyleniu blisko 8 %. Zakończyliśmy naszą wspinaczkę na wysokości 1800 metrów n.p.m. Sam podjazd o sporej długości 20,3 kilometra, lecz skromnym średnim nachyleniu 5,3 % zajął mi 1 godzinę i 12 minut przy średniej prędkości 16,91 km/h i VAM 900 m/h. Po nazwach domów i hoteli kurort Saas Fee wydał mi się opanowany przez rodzinę Zurbriggenów. Później dowiedziałem się, że merem tej miejscowości jest Felix Zurbriggen, lecz co istotniejsze w pobliskim Saas Almagell urodził się legendarny narciarz-alpejczyk Pirmin Zurbriggen. „Długi Pirmin” był czterokrotnym mistrzem świata oraz mistrzem olimpijskim w zjeździe na Igrzyskach w Calgary. Ja miałem naiwną nadzieję zobaczyć z Saas Fee wspomniany już przez mnie stromy wierzchołek Matterhorn. Tymczasem Saas Fee okazał się być otoczony przez szereg innych czterotysięczników. Wśród nich wyróżnia się Dom sięgający 4545 metrów n.p.m. tzn. trzeci najwyższy szczyt całych Alp, w Szwajcarii ustępujący wielkością jedynie górze Dufourspitze (po włosku Monte Rosa). W miasteczku naszą uwagę przykuły najstarsze, drewniane budynki mieszkalne. Potem wraz z Andrzejem zwiedzaliśmy samo centrum kurortu, na tyle zawile krążąc po jego wąskich uliczkach, iż nie udało nam się spotkać Jarka.

Ostatecznie wychodząc z założenia, iż nasz kolega zaczął już odwrót rzuciliśmy się w dół jego śladem. Na zjeździe przystanąłem oczywiście w kilku ciekawszych miejscach, przez co puściłem Andrzeja przodem i samotnie musiałem zmagać się z mocnym przeciwnym wiatrem na samym dole. Każdy z nas na tyle zawzięcie „finiszował”, iż Łukasz musiał wręcz nawoływać nas z parkingu byśmy we właściwym momencie zjechali na parking. W sumie przejechaliśmy 122,5 kilometra, pokonując około 2400 metrów przewyższenia  niczym na wyścigu o skali trudności Medio Fondo. Jako, że na koniec czekała nas jeszcze dobra godzina w samochodzie do bazy wróciliśmy przed dwudziestą. Tym samym było to jeden z tych dni, w których nie dane nam było obejrzeć „na żywo” telewizyjnej relacji z Tour de Suisse.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Simplon & Saas-Fee została wyłączona

Grand Saint-Bernard & Champex Lac

Autor: admin o 14. czerwca 2009

W Alpach wyznaczyłem sobie i kolegom wizyty na aż czternastu przełęczach usytuowanych na terenie kantonów Valais i Vaud. Aby zobaczyć i przede wszystkim poczuć je wszystkie w czterech przypadkach na siedem musieliśmy rozpocząć nasze codzienne wycieczki od zapakowania rowerów do samochodu. Następnie zaś udać się w kilkudziesięciu kilometrową podróż ku różnym miejscowościom w dolinie Rodanu – znajdującym się na północ bądź też na wschód od kluczowego dla nas miasta Martigny. Jedynie pięć najbliżej położonych podjazdów można było wyruszyć bezpośrednio z naszej bazy w Les Valettes. Aby jakoś sobie urozmaicić dzienny reżim postanowiliśmy przeplatać wyprawy na północ z tymi wschodnimi czy też stricte-rowerowymi. Poza tym jako, że w wysokich górach nawet w czerwcu nie można być 100% pewnym dobrej pogody zapobiegawczo postanowiłem, iż przy pierwszej dobrej okazji pogodowej zaatakujemy najwyższą z czekających nas przełęczy czyli mityczną Col du Grand Saint-Bernard leżącą na wysokości aż 2473 metrów n.p.m. i przez to najbardziej narażoną na ewentualne kaprysy aury. Co ciekawe ta graniczna przełęcz nigdy nie została wykorzystana w wyścigu Dookoła Szwajcarii była natomiast, choć tylko sporadycznie w programie Giro d’Italia (ostatni raz w sezonie 2006) czy Tour de France (do tego roku czterokrotnie). Niemniej sławę swą czerpie ona przede wszystkim z racji pozasportowych. To przez nią już w średniowieczu maszerowali pielgrzymi z Anglii i Francji idący do Rzymu. Na szlaku tym korzystali oni z pomocy zakonu kanoników regularnych, którzy wybudowali tu swój klasztor już w 980 roku. Wiele lat później w celach zaiste mniej pokojowych przeszły tędy również wojska napoleońskie. W końcu od tej właśnie przełęczy wzięła się nazwa potężnych, acz łagodnych i przyjacielskich psów-ratowników czyli bernardynów.

Ponieważ niedzielny poranek 14 czerwca powitał nas pogodą równie ciepłą i słoneczną co w poprzednich dwóch dniach naszą przygodę w Alpach postanowiliśmy zacząć od „polowania na najgrubszego zwierza” czyli wspomnianego Bernarda. Tego dnia mogliśmy, więc dać odpocząć Toyocie i wyruszyć spod domu na rowerach. Szczęśliwie pierwszych siedem kilometrów czyli odcinek do Sembrancher prowadził po terenie minimalnie wznoszącym się co nam wszystkim pozwoliło na m/w kwadrans wielce przydatnej rozgrzewki. Układ trasy był dla nas wręcz idealny, bowiem pierwsze sześć kilometrów podjazdu – między Sembrancher a Orsieres – miało średnie nachylenie około 3 %, dzięki czemu jadąc szybko i zgodnie mogliśmy kontynuować naszą rozgrzewkę przed prawdziwą wspinaczką. Niedaleko za Orsieres nasza grupka pękła na ćwiartki i każdy zaczął podróż ku niebiosom we właściwym sobie tempie. Kolejne piętnaście kilometrów, cały czas wiodącą doliną rzeki Drance miało średnie nachylenie około 6 %, co mi pozwoliło na jazdę w dość wysokim rytmie bez wielkiego zmęczenia. Po drodze w miejscowości Liddes moją uwagę zwróciły zawody w kolarstwie górskim. Jadąc do góry tylko rzuciłem okiem w prawą stronę, zaś w drodze powrotnej przystanąłem w tym miejscu na krótką chwilę i spostrzegłem, że wśród uczestników tej imprezy dominowała młodzież. Za Bourg-Saint-Pierre trzeba było ominąć jeden z tuneli jadąc prawą stroną. Natomiast za jeziorem Lac des Toules przyszła pora na pogrążenie się w ciemnościach czyli wjazd do granicznego tunelu św. Bernarda. To przez tą konstrukcję o długości 5,8 kilometra wiedzie najkrótsza droga ku włoskiej Aoście. O ile sama jazda w tego typu klaustrofobicznych warunkach nie należy do wielkich przyjemności to przynajmniej nachylenie wyraźnie w tunelu zelżało dając moim nogom sposobność do lekkiego wypoczynku przed najtrudniejszą częścią podjazdu.

Zostawiwszy po swej lewicy większą część ruchu samochodowego należało się kierować ku wylotowi z tunelu na wysokości wioski Bourg-Saint-Bernard. Od tego miejsca można było szybko zapomnieć o najbardziej przydatnym dotąd przełożeniu 39/21, zmienianym w dogodnych momentach na twardszy obrót 39/19. Pozostałe nam do pokonania sześć i pół kilometra trzymało już bowiem sztywno czyli na średnim poziomie 8,3 %, co jest stromizną porównywalną z przeciętną słynnego podjazdu pod L’Alpe d’Huez. Szybko wrzuciłem tryb z 24 zębami, a i takie przełożenie przyszło mi chwilami z trudem przepychać. Okazało się, iż wcześniejsze kilometry jednak „weszły mi w nogi”, zaś w głowie zaczęła kołatać mi natrętna myśl pt. czy nie lepiej będzie sięgnąć do ostatniej rezerwy tzn. koronki 27. Tymczasem na poboczu, powyżej wysokości 2000 metrów nad poziom morza zaczęły się pojawiać pierwsze łaty śniegu. Sama przełęcz przy tak pięknej pogodzie okazała się być mocno oblegana przez turystów. Pokonanie 31 kilometrów i 1756 metrów przewyższenia od Sembrancher zajęło mi około godziny i 50 minut co oznaczało średnią prędkość 16,9 km przy niezbyt imponującym VAM rzędu 957 m/h. Jak się miało okazać „Duży Bernard” był dla mnie najwyższą i zarazem największą zdobyczą w całym sezonie 2009. Trzeba przyznać, iż ugościł nas ciepło, choć ślady po ostatniej zimie były tu jeszcze całkiem dobrze widoczne – o czym świadczyła pękająca dopiero tafla lodowa na tutejszym jeziorku czy niemałe zaspy śniegu, na tle których pozowali moi koledzy. Po małym piwku czy soku (wedle upodobań) wypitym w restauracji na samej przełęczy oraz obowiązkowej sesji zdjęciowej przyszedł czas na zasłużony zjazd. Każdy mógł się wyszaleć na swój sposób. Jarek z Łukaszem pojechali przodem, zaś ja z Andrzejem przystając momentami w celach fotograficznych byliśmy tylną strażą naszego oddziału. Na ponowne spotkanie umówiliśmy się na zjeździe z drogi nr 21 ku centrum miasteczka Orsieres.

W tym miejscu nie było już najmniejszego śladu po rześkim górskim powietrzu. Na wysokości około 900 metrów n.p.m. po prostu żar lał się z nieba. Temperatura przekraczała 30 stopni Celsjusza, więc po zatrzymaniu się należało zdjąć z siebie wszystkie „wdzianka” założone z myślą o komforcie termicznym na zjeździe. Tym bardziej, że w drodze do bazy czekało nas jeszcze jedno wyzwanie. Wszyscy moi towarzysze przystali bowiem dzielnie na mą propozycję powrotu do Les Valettes przez górski kurort Champex-du-Lac położony na wysokości 1470 metrów n.p.m. Ponieważ przy przejeździe przez Orsieres zatrzymałem się samowolnie celem pstryknięcia fotki z kościołem w roli głównej przez kilka następnych minut musiałem żwawo gonić mych nieśpiesznie oddalających się ku Som la Proz kompanów. Zanim podjazd zaczął się na dobre byliśmy już na krótką chwilę razem. W początkowej fazie wzniesienia Andrzej i Jarek dotrzymywali mi kroku. Potem wszystkich nas mniej lub bardziej zmógł nieznośny upał. Trzeba sobie otwarcie powiedzieć, iż wschodnia strona podjazdu do Champex jest i tak znacznie łatwiejsza niż rozpoczynające się w naszym Les Valettes północne zbocze. Niemniej tego gorącego dnia owa niepozorna „premia górska” czyli 9,3 kilometra przy średnim nachyleniu 6,1 % kosztowała każdego z nas sporo zdrowia. Mi udało się dotrzeć na górę dokładnie w 35 minut czyli ze średnią prędkością tylko 12,39 km/h i VAM 975 m/h.

Kolejno dla mnie, Andrzeja i Jarka wielka ulgę przyniosła możliwość zanurzenia zbolałych nóg w orzeźwiających wodach Lac du Champex. Po pewnym czasie zaczęliśmy się niepokoić o los Łukasza. Krótki telefon wyjaśnił sprawę. Okazało się, iż wyczerpany palącym słońcem zatrzymał się on kilkaset metrów (dwie-trzy serpentyny) przed szczytem nieopodal basenu zbudowanego w strefie turystycznej. Wszyscy znaliśmy co prawda z wykresu długość owego podjazdu, lecz brakowało nam właściwej orientacji odkąd należy liczyć jego początek. Dlatego na dobrą sprawę nie wiedzieliśmy ile w danym momencie brakuje nam do końca wspinaczki. Łukasz tą nasza niewiedzę przypłacił dłuższym postojem, albowiem mając świadomość, iż tak niewiele brakuje mu już do szczytu wykrzesałby z siebie resztki energii by czym prędzej dotrzeć do błogosławionego jeziorka. Na górze mieliśmy czas na odpoczynek, wspólne zdjęcia i możliwość krótkiej jazdy po z lekka pofałdowanym terenie do Champex d’en-Bas. Dopiero za tą wioską rozpoczynał się dość stromy 9-kilometrowy zjazd po niezbyt dobrej jakościowo drodze. Podczas gdy na samym zjeździe należało uważać na dziury, garby i pęknięcia w górskiej szosie o tyle już na obrzeżach Les Valettes większą cześć naszej kompanii skusiły dorodne czereśnie, skwapliwie zebrane jako należny łup z tej ciężkiej wyprawy. W sumie było za nami wszystkimi 87 kilometrów jazdy po trasie o łącznym przewyższeniu znacznie przekraczającym 2300 metrów. Widocznym śladem po tych kilku godzinach spędzonych pod górskim słońcem były nasze oparzenia, które najgorzej dały się chyba we znaki Andrzejowi. Na nic krem z filtrem „35”, bowiem w kolejnych dniach i tak skóra poczęła mi schodzić z nóg oraz czoła. Bolał mnie nawet czubek głowy i nie wiedziałem już doprawdy czy to skutek uderzeń o podstępnie skośny sufit na naszym I piętrze czy też efekt zbyt intensywnego napromieniowania w niedzielne popołudnie.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Grand Saint-Bernard & Champex Lac została wyłączona

Marchairuz & Mont Tendre

Autor: admin o 13. czerwca 2009

W sobotę 13 czerwca mieliśmy do pokonania ponad trzysta kilometrów … na szczęście zdecydowaną większość tego dystansu z pomocą japońskich koni mechanicznych Łukaszowej Toyoty. Poza rowerowymi wyzwaniami czekał nas bowiem ponad 250-kilometrowy transfer z Wangen an der Aare do Les Valettes w Alpach. O poranku pożegnaliśmy więc naszą jurajską bazę noclegową i ruszyliśmy w stronę miejscowości Montricher położonej w południowej części szwajcarskiej Jury. Większą cześć trasy przyszło nam pokonać po dobrze już nam znanej drodze krajowej nr 5, która momentami nabiera walorów autostrady. Niemniej tym razem po minięciu Solothurn, Biel / Bienne, Le Landeron i Neuchatel musieliśmy pokonać cały odcinek wzdłuż Lac du Neuchatel aż do samego końca owej drogi. W tym miejscu na chwilę wskoczyliśmy na autostradę nr 1, z której zjechaliśmy w okolicy miasteczka Orbe. Stąd lokalnymi drogami przez Romainmotier, La Praz i L’Isle chcieliśmy dotrzeć do wspomnianego Montricher. Niemniej szybko pomyliliśmy drogę i zamiast skręcić w kierunku La Praz pojechaliśmy przez Vaulion na przełęcz Col du Mollendruz – poza Romandią znaną także z dziejów Tour de Suisse i Tour de France. Nie wstawiłem jej do naszego jurajskiego trzydniowego menu, gdyż wydała mi się zbyt łatwa i przez to mało interesująca w porównaniu do pięciu wzniesień wybranych w tej części Szwajcarii. Niemniej w wyniku nawigacyjnej wpadki i tak przyszło nam na nią zerknąć, po czym już właściwym szlakiem przez Mont la Ville i L’Isle około południa dostaliśmy się w końcu do sennego Montricher.

Miasteczko to leży u stóp najwyższej góry w całym masywie Jury czyli Mont Tendre wyrastającej 1679 metrów nad poziom morza. Co najistotniejsze jednak z kolarskiego punktu widzenia niemal na sam szczyt owego wzniesienia można dojechać asfaltową drogą, która po niespełna 10 kilometrach stromej wspinaczki kończy się na wysokości 1615 metrów n.p.m. Układając plan dnia trzeciego nie miałem jednak zamiaru rzucać się od startu do forsowania tak trudnego wzniesienia. Tendre postanowiłem zostawić nam na deser, by najpierw w towarzystwie ufnych w me pomysły kompanów udać się w kierunku Col du Marchairuz (1447 metrów n.p.m.). Taki wybór miał zaś tą zaletę, że przed pierwszymi wspinaczkami mogliśmy spokojnie rozgrzać swe mięśnie w ledwie pofałdowanym terenie, który dzieli Montricher od miejscowości Biere. W drodze do Biere czy tez raczej jego okolic – albowiem do samego miasteczka nie wjechaliśmy – minęliśmy wioski Mollens i Ballens powoli szykując się do pierwszego z sobotnich wyzwań. Jak widać na załączonym obrazku Marchairuz nie zaskakuje amatorów kolarstwa jakimiś nieludzkimi stromiznami, lecz raczej równo trzyma fason na poziomie od 6 do 8 %. Wzniesienie to dość często bywa „używane” w wyścigu Tour de Romandie, choćby w tym roku na ostatnim etapie do Genewy. Bywało też po trzykroć w „menu” Tour de Suisse, choć po raz ostatni przed blisko dwoma dekadami tzn. w 1991 roku. Nasza wspinaczka zaczęła się po skręcie w prawo na Route du Marchairuz i liczyła sobie 9,6 kilometra o średnim nachyleniu 7,48 %. Pierwsze kilkaset metrów wśród łąk, a potem już prawie cały czas pod osłoną lasu, który przynajmniej odrobinę chronił nas przed żarem lejącym się z niebios. Co ciekawe sam podjazd zajął mi dokładnie tyle samo czasu co piątkowe Vue des Aloes czyli 37:50 (średnia prędkość 15,22 km/h), lecz przy przewyższeniu 719 metrów dawało to wysoki jak na moje możliwość VAM czyli 1140 m/h.

Gdybyśmy tego dnia mieli więcej wolnego czasu zjechalibyśmy pewnie z owej przełęczy w kierunku północno-zachodnim tj. miejscowości Le Brassus położonej czterysta metrów niżej w dolinie Vallee de Joux. Tu po pokonaniu około 15-kilometrowego płaskiego odcinka, dużej mierze wzdłuż jeziora o tej samej nazwie można by dotrzeć do znanej nam już przełęczy Mollendruz i zjechać następnie do Montricher od przeciwnej strony robiąc w ten sposób około 60-kilometrową rundę po bodaj najpiękniejszych terenach w południowej części szwajcarskiej Jury. Niemniej będąc umówieni na spotkanie z Jarkiem w Les Valettes chcąc pogodzić nasze ambicje sportowo-turystyczne z rozkładem dnia musieliśmy na szczycie zawrócić po to by do Montricher wrócić znacznie krótszym szlakiem. Oczywiście na zjeździe zatrzymałem się dwa-trzy razy by wykonać zdjęcia w co ciekawszych miejscach. Wszyscy jak jeden mąż stanęliśmy też nieopodal szczytu przy punkcie widokowym na jezioro Genewskie (Lac du Leman) i piętrzące się tuż za jego niebieską taflą białe szczyty Alp. To był dla nas pewien przedsmak tego co czekało na nas w kolejnym tygodniu szwajcarskiej przygody. Pomimo upalnej pogody przeżyłem też na tym zjeździe jedną chwilę, która na krótko mnie zmroziła. Nie należy bowiem do przyjemności widok samochodu wyjeżdżającego z bocznej, podporządkowanej drogi w poprzek twego toru jazdy w momencie gdy na łatwym technicznie i zdawałoby się spokojnym odcinku drogi rower bez trudu pędzi około 60 km/h. Na szczęście w jednym kawałku udało mi się zjechać na sam dół gdzie czekali już na mnie Andrzej i Łukasz. Do Montricher wróciliśmy zaś najkrótszą z możliwych dróg tzn. przez wioski Berolle i Mollens, tym razem bez zahaczania o Ballens.

.

Po wkroczeniu do Montricher nie zjechaliśmy na nasz parking, lecz gdy tylko odnaleźliśmy drogę Route du Mont Tendre skręciliśmy w lewo by „skonsumować” główne danie dnia. Załączony profil podjazdu dobrze oddaje skalę trudności tej góry. Tylko pierwsze 1300 metrów wiodące wśród łąk i dość gwarnej zony turystycznej miało nachylenie przyjazne dla zmęczonych nóg. Gdy tylko zaczął się las wąska dróżka zaczęła się wić pod takim kątem, iż szukając odpowiedników w świecie węży należy ją chyba przyrównać do któregoś z nadrzewnych gatunków. Ani chwili oddechu tzn. cały czas wspinaczka na poziomie 9, 10 czy nawet 11 %. W moim osobistym odczuciu pewnym plusem był fakt jazdy w cieniu gęstego lasu i po krętej drodze, która w chwilach kryzysu zawsze może dać moment wytchnienia na wirażu czy choćby nadzieję na lekkie „wypłaszczenie” tuż za zakrętem. Niestety łatwiej nie zrobiło się nawet na 200-metrowym łąki w okolicy Pre-Anselme gdzie jeszcze dodatkowo droga była nad wyraz chropowata. Po ponownym wjeździe do lasu trzeba się było zmierzyć z niedługim, lecz nieco podcinającym nogi odcinkiem o stromiźnie 15 %. W końcówce było trochę terenu na poziomie 8 % co przy wcześniejszych atrakcjach wydało się mi pewnym ułatwieniem. Za metę służyła z lekka elektryczna bramka czyli postrach na wszechobecne na tej górskiej łące krowy. Szczęśliwie tak ja jak i Andrzej nie byliśmy zmuszeni do wykonania slalomu na ostatnich metrach, lecz nie można powiedzieć by szwajcarskiej krasule były równie wyrozumiałe wobec samochodów jadących do gospody na Mont Tendre. Ów podjazd liczący sobie 901 metrów przewyższenia tzn. 9,5 kilometra przy średnim nachyleniu 9,48 % „zdobyłem” w 46 minut czyli przy VAM aż 1175 m/h. Zważywszy, że tak zgrabnie uporałem się z tak trudnym wzniesieniem mając już w nogach premie górską pierwszej kategorii napawał mnie optymizmem przed Alpami.

Na górze postanowiliśmy z pół godzinki poczekać na Łukasza. W tym czasie Andrzej „z buta” pozwiedzał okoliczne wierzchołki. Ostatecznie nie doczekaliśmy się na naszego kompana i po zasięgnięciu języka w sprawie Łukasza u samochodowych turystów uznaliśmy, iż czas już najwyższy zjechać do wozu technicznego. Jak się okazało Łukasz odpuścił sobie ów podjazd górę mniej więcej w połowie drogi na szczyt. Trzeba przyznać, że w jego sytuacji było to rozsądne posunięcie. Na wiosnę znacznie mniej od nas trenował pod kątem roweru, zaś więcej uwagi poświęcał treningom biegowym z myślą o starcie w toruńskim maratonie. Dlatego mając w nogach jedynie kilkaset rowerowych kilometrów postanowił nie zajeżdżać się już w pierwszych dniach tej eskapady. Nawet z lekka okrojone etapy naszego Tour de Romandie były dla niego mocno przyśpieszonym kursem łapania kolarskiej formy. Tymczasem ja wspólnie z Andrzejem przejechałem tego dnia 56,5 kilometra o łącznym przewyższeniu ponad 1620 metrów. W ten sposób zakończyliśmy jurajską część naszej podróży. W przyszłości chciałbym również zahaczyć o francuską stronę tego pasma górskiego. Warto byłoby przy tej okazji „zdobyć” w szczególności: wzniesienie Grand Colombier, na którym Grzegorz Gwiazdowski i Marek Rutkiewicz wygrywali królewskie etapy wyścigu Tour de l’Ain czy też przełęcz Faucille wielokrotnie przemierzaną przez uczestników Tour de France.

Po zapakowaniu się do auta wiedzieliśmy już, iż mamy już niezły poślizg w naszym sobotnim harmonogramie. Pozostało nam zaś do przejechania około stu kilometrów szlakiem przez Cossonay, autostradę ponad Lozanną, Vevey, Montreux, Aigle (gdzie trzy ostatnie doby spędził Jarek) i Martigny. Do naszej alpejskiej bazy w Les Valettes dotarliśmy około osiemnastej. Na wjeździe do wioski powitała nas imponujących rozmiarów „osa na rowerze” oraz dobrze znany mi oraz Łukaszowi pewien kolarz-amator ze szwedzkiego Malmo, który ostatnią część swej podróży pokonał koleją na odcinku z Aigle do Bovenier.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Marchairuz & Mont Tendre została wyłączona

Le Chasseral & Vue des Alpes

Autor: admin o 12. czerwca 2009

W piątek 12 czerwca mieliśmy już cały dzień do swej dyspozycji. Wobec tego można było się przymierzyć do ambitniejszej i przede wszystkim dłuższej jazdy na jurajskim szlaku. Dlatego też na drugi etap naszej wyprawy wybrałem dwa najciekawsze wzniesienia w środkowej części szwajcarskiej Jury. W tym celu około godziny dziesiątej załadowaliśmy nasze rowery do samochodu i wyjechaliśmy z naszej bazy w Wangen an der Aare w kierunku miejscowości Le Landeron, która tego dnia miała być startem i metą naszej rowerowej trasy. Mimo, że do przejechania między obu miasteczkami mieliśmy tylko 50 kilometrów po wspomnianej już wcześniej drodze krajowej nr 5 transfer nie należał do szybkich. Po drodze mijaliśmy liczne wioski i miasteczka, a w nich delikatnie mówiąc nie wyśrubowane limity prędkości. Nie chcąc płacić mandatów kosmicznej wysokości musieliśmy jechać grzecznie czyli wolno, a przy tym jeszcze w największym mieście po drodze czyli Biel (franc. Bienne) utknęliśmy w korku. Kilka kilometrów za ta miejscowością na dobre wkroczyliśmy w strefę języka francuskiego, który dominować miał w naszym otoczeniu już do końca tej wyprawy. W Le Landeron znaleźliśmy cichy parking, jak się okazało w odległości kilkuset metrów od podnóża pierwszego z czekających nas podjazdów gdzie to przebraliśmy się i przygotowaliśmy do jazdy „nasze rumaki” ze stajni: Bianchi, Colnago i Orbea.

Na pierwszy ogień miał pójść podjazd pod Le Chasseral (1607 m. n.p.m.) będący wedle moich ustaleń największym kolarskim wzniesieniem w szwajcarskiej Jurze. Największym, acz nie najwyższym. Pod względem wysokości bezwzględnej tzn. nad poziom morza, ustępuje on nieznacznie górze Tendre. Niemniej Chasseral nad wszystkimi swymi sąsiadami góruje  wysokością względną czyli przewyższeniem. Rozpoczynając ów podjazd na wysokości jezior Bieler See i Lac du Neuchatel do pokonania mieliśmy różnicę wzniesień rzędu 1170 metrów, którą w najkrótszej wersji można przebyć na przestrzeni 17 kilometrów. Jak się okazało po tym dość wcześnie rozdzieliliśmy się, każdy z nas  dotarł na szczyt na swój własny sposób. Ja „wytyczyłem” sobie 20-kilometrową drogę na górę, której dokładnego profilu nie udało mi się znaleźć w sieci. Ów szlak zbliżony był zapewne do kompilacji dwóch spośród załączonych tu obrazków tzn. od dołu do wysokości około 900 metrów n.p.m. zawiera się w profilu górnym, zaś od miejscowości Nods do samego szczytu na profilu środkowym. Początek „sztywny” tzn. pierwsze trzy i pół kilometra na średnim poziomie przeszło 9 %. Szczególnie nieprzyjemne z uwagi na brak rozgrzewki. Potem jeszcze przed wioską Lignieres przyszła pora na cztery łatwe kilometry wśród łąk na odsłoniętym terenie. Po owej „równinie” jechało się szybko, przyjemnie i na tyle łatwo iż postanowiłem „w biegu” zadzwonić do Sylwka Szmyda by pogratulować mu wczorajszego sukcesu. Przy okazji musiałem „zmartwić” swojego sąsiada z Sopotu, iż nam pogoda zdecydowanie dopisuje. W przeciwieństwie do wczesno-majowej aury w tych okolicach znanych Sylwestrowi z wyścigu Tour de Romandie.

Zabawa skończyła się we wiosce Nods, która pożegnała mnie kilkusetmetrowym odcinkiem na poziomie 10 %. Po nim można było ustabilizować rytm i oddech na trzech stosunkowo łatwych kilometrach. Następnie chwila płaskiego i po 13 kilometrach podjazdu w bardzo zmiennym terenie przyszedł czas na najtrudniejszy trzykilometrowy odcinek o średnim nachyleniu 10 % po nie najlepszej, wąskiej drodze przez las. Skończył się on na około kilometr przez przełęczą czyli Col du Chasseral (1502 m. n.p.m.), do której dotarłem w godzinę i półtorej minuty. Na tym jednak nie koniec podjazdu, bowiem aby dojechać na sam szczyt góry czyli do Mont Le Chasseral należało jeszcze na samej przełęczy skręcić w prawo i pokonać pofałdowany odcinek 2800 metrów po samym grzbiecie góry, który pnie się dalej, acz już „nieśmiało” bo pod średnim nachyleniem 3,75 % aż do samej kulminacji przy wieży telekomunikacyjnej. Pełne 20 kilometrów zabrało mi 1h 09:30 przy średniej prędkości 17,26 km/h i VAM 980 m/h. W oczekiwaniu na kolegów zająłem się robieniem zdjęć. Miałem też czas by zadzwonić do Piotra Mrówczyńskiego, który w owym czasie był na krótkim wypadzie do wschodniej Francji. Piotr  szykował się do startu w jednej z najtrudniejszych imprez cyclosportive tzn. alzackim Trois Ballons poprzez sześć solidnych wzniesień w Wogezach. Pochwalił się przy tej okazji, iż parę dni wcześniej w Nancy miał okazję rozmawiać z Sylwkiem przed startem do prologu Dauphine Libere. Żartobliwie dodał, iż gdyby wiedział jak się akcja wyścigu rozwinie to nie omieszkałby poprosić naszego znajomego o autograf aby go następnie z wielkim zyskiem sprzedać.

Andrzej dojechał do mnie po kilkunastu minutach, gdyż jak się okazało pobłądził nieco w okolicach Nods nie biorąc we właściwym momencie zakrętu w lewo na Route de Chasseral. Wierzchołek góry Chasseral zapewniał ładny widok tak na znany nam dobrze wschód gdzie w dole błyszczały tafle jezior: Bieler See i Lac du Neuchatel jak również na nieznany zachód aż po granicę z Francją. Okazał się również miejscem popularnym dla spacerowiczów w różnym wieku, a przede wszystkim małą mekką dla środowiska paralotniarzy, którzy z tego miejsca wypuszczali się do penetracji słonecznych tego dnia przestworzy. Po kilkunastominutowym odpoczynku postanowiliśmy z Andrzejem „sturlać się” z powrotem ku przełęczy i tam poczekać na Łukasza. Po drodze natknęliśmy się na śmigłowiec z żołnierzami Szwajcarskiej Armii. Niestety po naszym koledze nie było ani widu ani słychu. Co gorsza Łukasz nie zabrał w trasę swego telefonu wobec czego nie mieliśmy z nim kontaktu. Pomijając niepokojące wizje jakiegoś wypadku za najbardziej prawdopodobne opcje jego nieobecności uznaliśmy dwie: albo przejechał już przełęcz nie skręcając na sam wierzchołek góry czyli jest przed nami lub też zagubił się w drodze na szczyt mniej więcej w miejscu gdzie problemy miał Andrzej czyli jest za nami, lecz gdzie dokładnie nie wiemy. Postanowiliśmy udać się w dalszą drogę, ufając doświadczeniu Łukasza, które w najgorszym razie powinno było mu pomóc w znalezieniu drogi powrotnej do samochodu.

My tymczasem udaliśmy się na zachodnią stronę przełęczy w kierunku miejscowości Saint-Imier. Na samym początku droga wiodła w terenie góra-dół, a później przeszła w zdecydowany zjazd na którym nie tylko musiałem spróbować nadążyć za lepszym technicznie Andrzejem, ale i wyszukać strategicznie ważny skręt w lewo tzn. w kierunku na miejscowość Le Paquier. Naszym drugim tego dnia celem była bowiem popularna w wyścigu Tour de Romandie przełęcz Vue des Alpes (1283 m. n.p.m.). Trudniejsze wschodnie oblicze tego wzniesienia zaczyna się w Neuchatel i liczy sobie około 850 metrów przewyższenia. Niemniej przy opracowywaniu trasy drugiego etapu naszej podróży postanowiłem podarować nam „przyjemność” przedzierania się przez tak dużą i ruchliwą miejscowość jak Neuchatel. Uznałem za wystarczające rozpoczęcie owej wspinaczki we wiosce Valangin. Na zjeździe za Le Paquier niewiele brakowało byśmy pomylili trasę. Na szczęście uczynna młoda niewiasta we wiosce Chezard-Saint-Martin sprowadziła nas na właściwą drogę. Ostatecznie na miejsce przeznaczenia dotarliśmy od północy jadąc przez wioski Fontaines i Engollon.

Począwszy od Valangin podjazd pod Vue des Alpes liczy sobie 9,8 kilometra o przewyższeniu 632 metrów co daje średnie nachylenie rzędu 6,44 %. Niemniej na ostatnich sześciu kilometrach góra „trzyma” już równo na wysokim poziomie od 7 do 9 %. Jako, że wiedzie tędy główna trasa z Neuchatel do La Chaux de Fonds i dalej ku granicy z Francją droga jest „testowana” przez sporą ilość samochodów. Ba, w dolnej części tego szlaku równolegle do drogi wykorzystywanej przez rowerzystów biegnie nawet autostrada. Podjazd nie należał bynajmniej do łatwych, tym bardziej że niemało energii zabrało nam już przecież sforsowanie samego Le Chasseral. Co gorsza słoneczko dziarsko prażyło podgrzewając temperaturę powietrza do blisko 30 stopni. W tych warunkach dotarcie na szczyt zajęło mi 37 minut i 50 sekund co oznaczało średnią prędkość 15,54 km/h i VAM 1002 m/h. Na przełęczy znajduje się duża restauracja, parking, baza wypadowa na okoliczne trasy MTB (we francuskiej nomenklaturze VTT) oraz wystawiony w kierunku południowo-wschodnim punkt widokowy z którego doskonale widać było oddalone o dobre 100 kilometrów ośnieżone szczyty Alp.

W drodze powrotnej postanowiliśmy zjechać do samego Neuchatel co tuż za wspomnianym już Valangin oznaczało konieczność pokonania niezbyt stromego, acz liczącego sobie dobre półtora kilometra wzniesienia. Niemniej prawdziwe problemy – natury nawigacyjnej – spotkały nas dopiero po dotarciu do miasta. Naszym celem było znalezienie możliwie płaskiej i w miarę spokojnej drogi z Neuchatel do oddalonego o jakieś 13 kilometrów Le Landeron. Tymczasem wyjeżdżając z owej „metropolii” o mało nie wjechaliśmy na autostradę. Później zaś co prawda na krótka metę znaleźliśmy ścieżkę rowerową biegnącą nieopodal kanału łączącego wody Lac du Neuchatel i Bieler See, lecz po paru kilometrach tzn. za wioską Thiele-Wavre asfalt przeszedł szuter, więc pozostawało mi już modlić się w dwóch intencjach. Primo o to aby me Micheliny „Pro Race 3” zdały ów ciężki egzamin i secundo abym ja sam na tych szwajcarskich żwirkach nie wywinął salta w stylu znanym z mazowieckich bezdroży. Szczęśliwie udało nam się dotrzeć do Le Landeron bez przykrych przygód. Przy samochodzie czekał już na nas Łukasz, który zdaje się objechał Le Chasseral z każdej możliwej strony. Natomiast w wykonaniu moim i Andrzeja ów drugi etap liczył 96 kilometrów o łącznym przewyższeniu wzniesień ponad 1800 metrów.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Le Chasseral & Vue des Alpes została wyłączona

Balmberg

Autor: admin o 11. czerwca 2009

Do Wangen an der Aare dotarliśmy wczesnym popołudniem w czwartek po 17-godzinnej podróży z Trójmiasta przez Kołbaskowo, Berlin, Lipsk, Norymbergę, Karlsruhe, Freiburg i Bazyleę. Jak się okazało po zjechaniu z ostatniej autostrady droga do upatrzonego miasteczka wiodła przez efektowny drewniany most, na którym obowiązywał ruch wahadłowy. Następne dwie godzinki przeznaczyliśmy na rozpakowanie bagaży i krótki odpoczynek w pokoju na piętrze naszej hacjendy. Położona była ona kilkaset metrów od centrum miasteczka, w bezpiecznym sąsiedztwie koszar Armii Szwajcarskiej. Wedle wstępnych założeń około siedemnastej mieliśmy wyruszyć na około 50-kilometrowy rekonesans po miejscowych górach, którego główną atrakcją miała być niewysoka, acz stroma góra Balmberg (1084 metrów n.p.m.), na której w 1993 roku Zenon Jaskuła w znakomitym stylu wygrał górską czasówkę Tour de Suisse. Tymczasem wyjście nam się nieco przedłużyło za sprawą pewnej relacji telewizyjnej. Otóż Andrzej wyszukał w świetlicowym TV relację niemieckiego Eurosportu z Dauphine Libere. W dodatku był to etap z metą na Mont Ventoux i tak naszą uwagę przykuł obraz Alejandro Valverde i Sylwestra Szmyda wyjeżdżających z lasu na czele wyścigu, na około 7-8 kilometrów przed szczytem. Co było dalej żadnemu z kolarskich kibiców nie trzeba opowiadać. Szybko rosnąca przewaga nad grupką Contadora i Evansa, rozważania czy podzielą się łupami w stylu „dla mnie koszula lidera, dla ciebie etap”, kryzys Sylwka kilkaset metrów przed metą i w końcu wspaniały zryw naszego asa oraz dżentelmeńska postawa hiszpańskiego mistrza.

Niemniej przez te wszystkie emocje na własne rowerowe podboje ruszyliśmy dopiero około osiemnastej. Na szczęście czerwiec ma w swej ofercie najdłuższe dni w roku przeto przy naszych – tego dnia umiarkowanie ekspansywnych – planach nie musieliśmy się martwić o zdążenie z powrotem przed zmrokiem. Ruszyliśmy z początku bardzo spokojną drogą w kierunku na Derendingen, na której śmignął nam z naprzeciwka kolarz w koszulce Astany nad wyraz podobny do Andrzeja Kaszeczkina. Jadąc dalej z Derendingen przez Luterbach dotarliśmy do drogi krajowej nr 5 znanej także jako Baselstrasse. Jak się później okazało z tego punktu można było rozpocząć podjazd pod Balmberg, lecz mi zamarzyło się odnalezienie oryginalnej trasy czasówki, kilkakrotnie organizowanej podczas TdS. W tym celu zjechaliśmy do Solothurn, lecz zamiast zawrócić i rozpocząć nasz podjazd od odcinka „falsopiano” na krajowej piątce sprowadziłem swych kolegów na złą drogę. Wracając na północny-wschód zaczęliśmy błądzić nieco po pośledniejszych dróżkach by ostatecznie do naszego miejsca przeznaczenie czyli Gunsbergerstrasse na wysokości wioski Hubersdorf. Po wyjechaniu na ta ulicę należało skręcić w lewo by po kilkuset względnie płaskich metrach dojechać do rozjazdu Niderwil / Gunsberg gdzie na wysokości około 500 metrów n.p.m. zaczynał się właściwy podjazd pod Balmberg.

Niebywały dotąd w tak dużych górach „Andrew” ruszył ostro, pełen entuzjazmu. Na tyle mocno iż na początku wzniesienia zastanawiałem się czy wytrzymam jego tempo. Podjazd ten jak już wspomniałem z pewnością nie imponuje swą wysokością bezwzględną ani też przewyższeniem. Jednak biorąc pod uwagę, iż przewyższenie rzędu 584 metrów należy pokonać na dystansie 6,3 kilometra staje się oczywiste że od samego początku trzeba się na nim zmagać z nie lada stromizną o średnim nachyleniu 9,26 %. A jako, że góra ta ani na moment „nie odpuszczała” to choć z pozoru niewielka dała nam w kość. Tym bardziej, że ruszyliśmy na nią bardzo śmiało jakby spragnieni górskiej przygody. Jeszcze przed połową góry odjechałem Andrzejowi i starając się następnie utrzymać swą niewielką (na górze około półminutową) przewagę musiałem sięgnąć do głębszych pokładów swej energii by jakoś godnie tzn. w równym rytmie dotrzeć na szczyt. Jak się okazało był to jedyny podjazd całej wyprawy, na którym wyprułem się na tyle by poczuć kłucie w płucach. Niejedna z późniejszych „premii górskich” była obiektywnie trudniejsza, lecz żadna chyba nie była szturmowana tak intensywnie. Wspinaczka zajęła mi w sumie 28 minut i 20 sekund przy średniej prędkości 13,34 km/h i rekordowym jak na mnie VAM 1236 m/h. Niemniej od razu trzeba przyznać, iż ten „ponadnormatywny” wynik łatwiej było uzyskać na górze stromej, lecz stosunkowo krótkiej niż na wzniesieniach w trakcie których trzeba rozłożyć swe siły na dobrą godzinę. Gdy tylko dojechał do nas Łukasz zrobiliśmy tradycyjną w takich miejscach sesję zdjęciową. Postanowiłem podarować sobie i chłopakom bardzo stromy zjazd do Welschenrorh, po którym można było jeszcze „zrobić” trudniejszy od Balmbregu podjazd pod Weissenstein od strony Gansbrunnen. Poprzestaliśmy wiec „na dzień dobry” na skromnym dystansie 44 kilometrów. Po trudach długiej podróży i wcale nie łatwym wieczorku zapoznawczym z Jurą mądrym rozwiązaniem wydał nam się szybszy zjazd do naszej bazy. Warto było lepiej wypocząć przed wyzwaniami czekającymi podczas kolejnych dziewięciu dni naszego Tour de Romandie.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Balmberg została wyłączona