banner daniela marszałka

Archiwum dla Czerwiec, 2019

Isere & Hautes-Alpes

Autor: admin o 17. czerwca 2019

Alpy francuskie czyli góry, w których co najmniej od 1911 roku rozstrzygają się losy Tour de France. Po raz pierwszy miałem okazję w nich pojeździć w lipcu 2005 roku. Wybrałem się ku nim w towarzystwie Piotra Mrówczyńskiego, zaś na miejscu towarzyszyli nam Jacek Śliwicki i Tomek Wienskowski. Swoją przygodę z francuskimi wzniesieniami rozpocząłem od południowego podjazdu na legendarną przełęcz Col d’Izoard. Następnego dnia zrobiliśmy sobie poprawkę na Cime de la Bonette, po czym zawitaliśmy do stacji Les Deux Alpes. Głównym celem tamtej wycieczki był udział w wyścigu La Marmotte. Podczas tej imprezy typu cyclosportive przejechaliśmy przełęcze: Glandon, Telegraphe i Galibier finiszując w słynnej stacji L’Alpe d’Huez. Po czym w ostatnich dniach owej eskapady resztki swych sił poświęciliśmy na dotarcie do ośrodków sportów zimowych: Courchevel i La Plagne oraz na wjazd pod Col de l’Iseran, najwyższą z drogowych przełęczy Francji. Po dwunastu miesiącach wróciłem w te strony górskim szlakiem przez Italię. W nieco szerszym składzie i tym razem wyłącznie w sportowych celach. Piotr dojechał do Francji wraz z Michałem Stochem, zaś ja wespół ze Zdziśkiem Wojtyło i Darkiem Kamińskim. Oprócz drugiego występu w kultowym „Świstaku” moim celem był udział w L’Etape du Tour na trasie z Gap do L’Alpe d’Huez. Tej samej, na której wśród profesjonalistów osiem dni później triumfował Luksemburczyk Frank Schleck.

Po raz trzeci we francuskie Alpy dotarłem w lipcu 2009 roku, tym razem z Darkiem. Przyjechaliśmy na dwa tygodnie, przedzielone startem w moim trzecim już L’Etape du Tour. Tym zorganizowanym przez A.S.O. na trasie z Montelimar do Mont Ventoux, który po kolejnych pięciu dniach na „Wielkiej Pętli” padł łupem hiszpańskiego Baska Juan Manuela Garate. Poznałem wówczas 22 większe podjazdy na sporym obszarze od departamentu Haute Savoie na północy po Vaucluse na południu. Podobnie „obfite łowy” stały się moim udziałem na przełomie czerwca i lipca 2013 roku podczas jedynej w swoim rodzaju wyprawy pod szyldem Route Grandes Alpes. Do tego w formacie obustronnym czyli od jeziora Genewskiego do Morza Śródziemnego i z powrotem. Oprócz Piotra i Darka w tej śmiałej eskapadzie brali wzięli jeszcze udział Adam Kowalski i Roman Abramczyk. Nieco uproszczając program owej górskiej etapówki można powiedzieć, że jedenaście z czternastu odcinków wiodło po szosach francuskich. Na samej tylko francuskiej ziemi dorzuciłem wówczas do swej kolekcji 18 nowych podjazdów alpejskich. Poza tym przypomniałem sobie kilka innych poznanych we wcześniejszych latach. Gdy zaś wróciłem do kraju sprawdziłem ile ciekawych gór we francuskiej części Alp pozostało mi wciąż do zobaczenia. Okazało się, że warto byłoby zobaczyć jeszcze co najmniej sto.

Przy tak pokaźnej liczbie swoje śmiałe plany musiałem rozłożyć na lata. Cały obszar francuskich Alp podzieliłem sobie zatem na trzy rewiry: północny, centralny i południowy. Zacząłem owo zwiedzanie właśnie w takiej kolejności czyli od wyprawy do Sabaudii (departamentów Haute-Savoie & Savoie). W czerwcu 2017 roku wespół z Darkiem i Tomkiem Busztą, a także od piątego dnia z Romkiem i Piotrem Podgórskim „rozpracowałem” na tym obszarze w sumie 30 kolarskich wzniesień, przy czym jedno po szwajcarskiej stronie górskiej granicy. W tym roku przyszła pora na fazę drugą uzupełniania mojej franko-alpejskiej „listy życzeń”. To znaczy na poznawanie kolarskich podjazdów z departamentów Isere & Hautes-Alpes. Podobnie jak przed dwoma laty towarzyszyli mi w tej wyprawie Darek i Tomek. Dla naszych potrzeb wynająłem przez booking.com trzy bazy noclegowe. Pierwszą na osiem nocy w Echirolles pod Grenoble, skąd ruszaliśmy ku kolarskim wzniesieniom na terenie masywów: Vercors, Chartreuse i Belledonne. Drugą na cztery doby w Bourg d’Oisans, by mieć z niej ułatwiony dostęp do podjazdów wokół doliny Romanche. W końcu zaś trzecią na pięć noclegów w Embrun, aby swym zasięgiem objąć teren od doliny Queyras po miasteczko Remollon, na południowym krańcu departamentu Wysokich Alp.

Tak rozplanowana kolejność poznawcza nie była bynajmniej przypadkowa. Z kalendarzowego punktu widzenia do Francji wybraliśmy się pod koniec wiosny. Dlatego wolałem zacząć zwiedzanie środkowej części francuskich Alp od gór niższych by dać tym wyższym o tydzień więcej czasu na zrzucenie z siebie resztek zimowej pierzyny. Tymczasem przyroda sprawiła nam pogodowego psikusa. W pierwszym tygodniu czerwca, gdy kręciliśmy na wysokościach nie przekraczających 1800 metrów n.p.m. szeroko pojęte „okolice” Grenoble nawiedziła fala upałów z temperaturami grubo powyżej 30 stopni. Darek z Tomkiem w tych warunkach jakoś dawali radę. Ja na drugich górach dnia przez pierwsze pięć dni padałem z odwodnienia i do swych kolejnych celów docierałem resztkami sił. Po czym gdy na półmetku wyprawy ruszyliśmy się na wschód by zaatakować pierwsze „dwutysięczniki” jak na złość spotkało nas załamanie pogody. Przez pierwsze trzy dni wokół Le Bourg d’Oisans musieliśmy sobie radzić z chłodem i wilgocią. Tym niemniej obyło się bez odwołanych etapów i zawsze na przekór najgorszym nawet warunkom byliśmy w stanie pokonać przynajmniej jeden poważny podjazd. Ja zaliczyłem ich w sumie 29. Moi dwaj koledzy „zgarnęli” po 30 górskich premii, bowiem dotarli do swych celów również na feralnym dla mnie, przymusowo skróconym etapie 12b.

Choć mój dorobek był odrobinę mniejszy niż obu kompanów to wciąż mogę go uznać za całkiem okazały. Kolejne siedem razy miałem okazje wjechać na wysokość ponad 2000 metrów n.p.m. W tym na tak wysokie przełęcze jak: Agnel (2744 metrów), Galibier (2642 metry) oraz Parpaillon (2637 metrów). Dwie pierwsze odwiedziłem ponownie, lecz docierając na nie z przeciwnej strony niż przy poprzednich próbach. Trzecią osiągnąłem wraz z Tomkiem w stylu iście trekkingowym tzn. podskakując na kamieniach, a nawet przedzierając się przez zaspy śnieżne w samej końcówce. Osiemnaście z moich wzniesień miało amplitudę ponad 1000 metrów. Pośród nich zdecydowanie największe były: Galibier i Parpaillon, mając odpowiednio 1900 i 1835 metrów przewyższenia. Te dwa „olbrzymy” weszły do mojej pierwszej 10-tki na mojej liście „największych”. Pięć czerwcowych podjazdów miało długość ponad 20 kilometrów. Najdłuższe były szlaki z La Clapier na Col du Galibier (ponad 42 kilometry) oraz z Sassenage do Source de la Moliere (34 kilometry). Pokonanie tego pierwszego zajęło mi dwie godziny i niemal trzy kwadranse, więc zarówno pod względem dystansu jak i czasu był to mój najdłuższy podjazd w życiu. Jeśli zaś wierzyć wyliczeniom fachowców z „archivio salite” czy „cyclingcols” zdecydowanie najtrudniejszą górą owej wyprawy było ostatnie wyzwanie czyli Col du Parpaillon. Wzniesienie nie dość, że wysokie i wielkie to w swej trzeciej tercji zdecydowanie nie-szosowe.

Poniżej przedstawiam listę premii górskich, które poznałem na czerwcowym szlaku z Grenoble przez Le Bourg d’Oisans do Embrun.

Mój rozkład jazdy:

31.05 – Saint-Nizier-du-Moucherotte

1.06 – Col de Porte & Col de Palaquit

2.06 – Source de la Moliere & Col de la Charmette

3.06 – Charmant Som & La Ruchere / Chemin du Habert

4.06 – Col du Mont-Noir & Col de Preletang

5.06 – Super Collet & Chamrousse SW

6.06 – Sanctuaire de la Salette & Col du Noyer

7.06 – Pipay-les-Sept-Laux & Col du Coq

8.06 – Le Poursollet & Col du Luitel

9.06 – Lac Besson & Villard-Reymond

10.06 – Col du Galibier SW

11.06 – Col du Sabot

12.06 – Col de Sarenne & Col du Gondran

13.06 – Le Mont-Colombis & Col de Moissiere

14.06 – Vallon du Cristillan / Les Claux & Risoul

15.06 – Col Agnel & Chapelle de Clausis

16.06 – Tunnel du Parpaillon

Napisany w 2019a_Isere & Hautes Alpes | Możliwość komentowania Isere & Hautes-Alpes została wyłączona

Tunnel du Parpaillon

Autor: admin o 16. czerwca 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Le Pont Neuf (D 994d & D39)

Wysokość: 2637 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1835 metrów

Długość: 26,5 kilometra

Średnie nachylenie: 6,9 %

Maksymalne nachylenie: 12,7 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Ta góra była wisienką na moim alpejskim torcie. Od dawna chciałem ją poznać. Col du Parpaillon (a w zasadzie Tunnel du Parpaillon) to wzniesienie, które kolarskich śmiałków przenosi do epoki, gdy nasza ulubiona dyscyplina sportu dopiero raczkowała. Droga z kulminacją pod przełęczą Parpaillon powstała bowiem pod koniec XIX wieku. Wybudowano ją w latach 1891-1900. Prace inżynieryjne zaczęto za sprawą generała Henri Berge, wojskowego gubernatora Lyonu. Dokończono zaś pod nadzorem jego następcy tj. generała Zede. Miała połączyć Fort de Tournoux, znajdujący się w górnej części przygranicznej Vallee d’Ubaye z rejonem Embrun i tym samym z resztą Francji. Podjazdy prowadzące w to miejsce kończą się wjazdem do ciemnego, półkilometrowego tunelu na poziomie 2637 metrów n.p.m. po północno-zachodniej oraz 2643 metrów n.p.m. po południowo-wschodniej stronie. Przez większą część roku dostępu do tej czeluści strzegą metalowe wrota. Sama przełęcz położona jest zaś na wysokości 2783 m. n.p.m., pomiędzy szczytami Le Grand Parpaillon (2990 m.) i Le Petit Parpaillon (2881 m. n.p.m.) w masywie o tej samej nazwie. W pierwszych dekadach XX wieku, niemal do wybuchu II Wojny Światowej, była to najwyższa droga na terenie Francji. Do czasu gdy otwarto szlak przez Col de l’Iseran. Nieco starsza niż Parpaillon trasa przez Col du Galibier kończyła się wówczas w tunelu, wykutym na wysokości 2566 m. n.p.m. Natomiast ówczesne przeprawy przez Col de la Bonette czy Col Agnel nie nadawały się jeszcze do ruchu kołowego. O przyszłych losach Parpaillon przesądziło powodzenie jakie zyskała sobie młodsza przeprawa przez sąsiednią Col de Vars. Ta przełęcz leży przeszło 500 metrów niżej i również łączy Ubaye z doliną rzeki Durance. W roku 1922 po raz pierwszy trafiła na trasę Tour de France, zaś w latach powojennych została z obu stron wyasfaltowana. Tym samym droga na Parpaillon poszła w odstawkę, by nie powiedzieć w zapomnienie. Została skazana na trwanie w swej pierwotnej postaci.

Parpaillon pozostaje najtrudniej dostępnym łącznikiem między departamentami Hautes-Alpes (Wysokie Alpy) oraz Alpes-de-Haute-Provence (Alpy-Górna Prowansja). Z dwojga dróg na nią trudniejsza jest ta północna. Według „cyclingcols” ma długość 26,7 kilometra i przeciętne nachylenie 6,8%. Przy czym na ostatnich 11 kilometrach średnia ta wynosi aż 8,8%. Przewyższenie netto tego wzniesienia to 1827 metrów, zaś brutto nawet 1844. Pierwsze 17,9 kilometra owego podjazdu prowadzi po drodze asfaltowej. Natomiast segment 8,8 km powyżej Pont du Real (1858 m. n.p.m.) już tylko po szutrze. Z kolei wspinaczka południowa zaczyna się w miejscowości La Condamine-Chatelard i liczy sobie „tylko” 17,4 kilometra. Ma średnie nachylenie 7,8% i amplitudę 1352 metrów. Po tej stronie góry trzeba pokonać aż 11,5 kilometra drogi nieutwardzonej, bowiem odcinek asfaltowy kończy się we wiosce Chapelle Sainte-Anne na wysokości 1749 m. n.p.m. To właśnie na południowym zboczu w roku 1993 francuski reżyser Luc Moullet nakręcił film „Parpaillon – w poszukiwaniu człowieka przy pompie Ursusa”. Podjazd ku Tunnel de Parpaillon śmiało można porównać do Colle delle Finestre, rozsławionej występami na Giro d’Italia. Na włoskiej górze mamy bowiem blisko 1700 metrów przewyższenia, z czego ponad 10 kilometrów do przerobienia na szosie i niespełna 8 kilometrów po szutrze. W starciu tych dwóch „antycznych tytanów” wspomniana już cyclingcols.com prymat daje bardziej stromej Finestre, która wygrywa stosunkiem 1577 do 1409 punktów. Miałem nieśmiałą nadzieję na to, iż nawierzchnia drogi w górnej tercji północnego Parpaillon będzie porównywalna do tej, którą przed czterema laty zastaliśmy na piemonckiej górze. W ostatnich latach zdążyłem się jednak zorientować, że termin „gravel” ma wiele znaczeń. Może to być ładnie ubita gruntówka z niewielką ilością kamieni, dla szosowca lepsza do jazdy niż mocno zniszczony asfalt. Bywa jednak, iż za tym pojęciem kryje się kamienisty dukt, który wspinaczkę na wąskich oponach znacząco utrudniania, zaś miejscami czyni wręcz niemożliwą.

Gdybyśmy chcieli zdobyć Parpaillon z obu stron musielibyśmy przejechać 88 kilometrów z łącznym przewyższeniem 3200 metrów. Z tego w sumie 20 kilometrów byłoby szutrowym zjazdem. Uznałem, że wystarczy nam północna wersja tej góry. Tym bardziej, iż w okolicy Embrun nie brakowało szosowych podjazdów mogących nam posłużyć za drugie niedzielne wzniesienie. Dla moich kolegów wybrałem na tą okoliczność 15-kilometrową wspinaczkę ze wsi Baratier do stacji Les Orres, gdzie w roku 1973 zakończył się królewski etap „Wielkiej Pętli”, zaś w sezonie 1989 górski odcinek kobiecego Tour de France. Dla mnie nie była to jednak opcja, gdyż zaliczyłem ten podjazd już w lipcu 2009 roku. W zanadrzu miałem, więc trzy inne „sztuki” do wyboru. Pierwszą był wjazd na Col de la Coche (1791 m. n.p.m.) zaczynający się w Saint-Andre d’Embrun przy drodze D994d. Miałbym na niej do pokonania 12,3 kilometra o średniej 7% i przewyższeniu 856 metrów. Drugą, wspinaczka do stacji Reallon (1550 m. n.p.m.) od Pont de Savines na jeziorze Serre-Poncon. To jest wzniesienie o długości 11,3 kilometra i przeciętnej 6,8% z amplitudą 765 metrów. Tym niemniej zjechawszy z Parpaillon musiałbym ją poprzedzić aż 13-kilometrowym dojazdem, co niespecjalnie mi pasowało. Dlatego ostatecznie wymyśliłem sobie, że pokonam tylko 6 kilometrów do miejscowości Crots, aby z niej drogą D90 podjechać do wioski Les Gendres (1590 m. n.p.m.). W ten sposób na zakończenie całej wyprawy zaliczyłbym podjazd mający 10,9 kilometra i średnie nachylenie 7,3%. Mało komu znany, lecz niewątpliwie spełniający warunki do nazwania go „premią górską” pierwszej kategorii. Wszystkie one miały być jedynie dodatkiem do głównej atrakcji ostatniego etapu. Podobnie jak w Le Bourg d’Oisans do boju ruszyliśmy na raty. Gdy góra jest blisko i nie wymaga wspólnego transferu samochodowego Darek zaczyna działać w swej autonomicznej strefie czasowej „+1 h”. Tym razem chcąc wyjechać z bazy w pełnym składzie musielibyśmy na niego poczekać do wczesnego popołudnia.

Wyjechałem zatem z domu razem z Tomkiem. Wystartowaliśmy niecały kwadrans po godzinie jedenastej. Przez półtora kilometra kręciliśmy się po uliczkach Embrun. Następnie drogą D994d zjechaliśmy ze wzgórza, na którym stoi to miasteczko, ku dolinie Durance. Co ciekawe na swym miejskim odcinku szosa ta nosi swojsko brzmiącą nazwę Rue Edouard Przybylski. Jej patronem jest zmarły w Embrun, syn polskiego górnika, który wyróżnił się bohaterstwem podczas II Wojny Światowej. Odznaczony został m.in. Legią Honorową oraz ustanowionym przez generała De Gaulle’a tytułem Compagnion de la Liberation. Na owym zjeździe przejechaliśmy ponad drogą krajową N94 i na początku czwartego kilometra minęliśmy miejsce, w którym przespaliśmy w aucie noc ze środy na czwartek. Dwieście metrów dalej wjechaliśmy na Le Pont Neuf czyli most ponad rzeką Durance. Gdy już znaleźliśmy się na jej wschodnim brzegu mogliśmy skręcić w lewo i rozpocząć blisko 27-kilometrowy podjazd. Droga zaczęła się wznosić po 150 metrach. Po przejechaniu 900 metrów po raz pierwszy przejechaliśmy nad Torrent de Crevoux. Potok ten będzie nam towarzyszył niemal do końca owej wspinaczki. Następne półtora kilometra jechaliśmy po tzw. „Balcon de Durance”, łagodnym podjeździe z widokiem na rzekę, wykorzystywanym na trasie triathlonu Embrunman. Na tym odcinku minęliśmy osadę Les Clozards. Po przejechaniu sześciu kilometrów od domu wzięliśmy zakręt w prawo by wjechać na górską drogę D39. Zakończony w tym miejscu lekki wstęp do ciężkiego podjazdu miał długość 2,7 kilometra i średnie nachylenie 4,8%. Biało-brązowa tablica przed wspomnianym wirażem informowała, iż znajdujemy się na wysokości 935 metrów n.p.m. Przed sobą mieliśmy zaś Montee de Parpaillon czyli podjazd o długości 15,7 kilometra i średniej 5,9%. Tak nazwano bowiem szosową część całego podjazdu. Tuż za zakrętem ujrzeliśmy zaś niebieską tablicę z hasłem Tunnel de Parpaillon. Białe litery na czerwonym tle krzyczały, iż jest on „Ferme” czyli zamknięty. Później dowiedziałem się, iż zazwyczaj bywa otwierany na niespełna cztery miesiące tj. od lipca do pierwszych październikowych śniegów.

Nie przejęliśmy się zbytnio tą informacją. Już samo pokonanie szosowego wzniesienia było dla nas ciekawym wyzwaniem. Uznałem zatem, że warunkami do jazdy panującymi na szutrowej tercji Parpaillon zacznę się martwić dopiero po dotarciu na Pont du Real. Początkowo jechaliśmy po zboczu góry Mont Orel (2496 m. n.p.m.). Spoglądając w prawo widzieliśmy w oddali połyskujące w słońcu wody sztucznego jeziora Serre-Poncon. Odcinek o długości 2,4 kilometra i nachyleniu około 7% zawiódł nas do wioski La Gardiole (5,1 km). Za nią przejechaliśmy pierwszy z dwóch płaskich fragmentów tego wzniesienia. Przeszło półtorakilometrowy, kończący się po minięciu Le Villard (6,6 km). Podjazd odżył zatem pod koniec siódmego kilometra, zaś w połowie ósmego do naszego szlaku z prawej strony dobiła szosa D39a. To z niej nieco później skorzystał Dario, który w pierwszej fazie swojej wspinaczki pojechał trasą przez wioski Le Coin i Les Vebres. Na ósmym kilometrze nasza droga dwukrotnie przeskoczyła nad potokiem Crevoux. Po czym na kolejnych kilometrach niezmiennie prowadziła już wzdłuż jego prawego brzegu. Stromizna nieco wzrosła. Cztery kilometry na dojeździe do wioski Praveyral (12 km) miały średnie nachylenie 7,7%. Stąd niedaleko już było do Crevoux czyli największej miejscowości w tej okolicy. Skręt ku niej minęliśmy po przejechaniu 13,1 kilometra, na wysokości 1547 metrów n.p.m. Leży ona po przeciwnej stronie Torrent du Crevoux i aby do niej dotrzeć trzeba przejechać jeszcze kilkaset metrów boczną drogą D139a. To jedna z najstarszych stacji narciarskich w południowej części Alp Francuskich, albowiem powstała już w roku 1937. Obecnie w tym małym ośrodku sportów zimowych działa 5 wyciągów obsługujących 6 alpejskich tras o łącznej długości 20 kilometrów. Z Cervoux było nam jednak nie po drodze. Przejechaliśmy za to wkrótce przez służącą fanom narciarstwa klasycznego stację Le Chalp (14,5 km). Ta leżąca na wysokości 1660 metrów n.p.m. osada ma w swej ofercie 6 tras biegowych o łącznym zasięgu 25 kilometrów. Była ostatnim ludzkim osiedlem na tym górskim szlaku.

Według stravy segment Montee de Chalp o długości 14,85 kilometra i przewyższeniu 865 metrów przejechaliśmy w 1h 01:34 (avs. 14,5 km/h z VAM 843 m/h). W dolnej i środkowej fazie podjazdu nie szafowaliśmy siłami, zdając sobie sprawę jak trudny może być szutrowy finał tego wzniesienia. Po wyjeździe z La Chalp nasza droga zmieniła oznaczenie z D39L na D39T. Teraz mogliśmy odetchnąć, gdyż przez blisko kilometr prowadziła nas po płaskim lub nawet delikatnie opadającym terenie. Ten ostatni łatwy odcinek skończył się na Pont de Plan (15,7 km). Mostku wybudowanym na wysokości 1665 metrów n.p.m., który przeniósł nas na lewy brzeg potoku Crevoux. Po najbliższym skręcie w prawo aż do samego tunelu nie było już ani metra płaskiego. Zaczęliśmy finałowe 11 kilometrów. Najłatwiejszy z tych kilometrów miał mieć średnio 7,7%, zaś najtrudniejszy 10,1%. Pierwsze 2,3 kilometra było naszym „pożegnaniem z szosą”. Jej dwa ostatnie kilometry pokonaliśmy w 10:39 (avs. 11,4 km/h z VAM 1004 m/h). Zgodnie z oczekiwaniami asfalt skończył się na Pont du Real. Nieopodal niego stoi górski dom Cabane des Espagnoles, który swą nazwę zawdzięcza robotnikom pracującym przy remoncie owej drogi pod koniec lat 30. XX wieku. Byli nimi hiszpańscy emigranci, którzy uszli ze swej ojczyzny ogarniętej krwawą wojną domową. U kresu szosy stanęliśmy na kilka minut, chcąc się posilić przed dalszą drogą. Już pierwsze metry za mostem zrobiły na mnie niemiłe wrażenie. Szybko stało się jasne, że dalsza jazda w żadnym razie nie będzie gładka i przyjemna. Prawdę mówiąc pomyślałem nawet, że szybko poniechamy dalszych wysiłków. Na tej drodze pełno było kamieni: małych, średnich i dużych. Trzeba było walczyć o każdy metr  wzniesienia. Należało uważnie wybierać tor jazdy, by nie stracić gruntu pod kołami. Lepiej było też nie jechać bezpośrednio jeden za drugim, by nie strzelać w siebie kamyczkami. Poza tym pierwsze 2,5 kilometra tej ścieżki prowadziły przez modrzewiowy las, w którym liczne ślady po swej pracy pozostawili miejscowi drwale. Ponoć jeszcze przed kilkoma laty droga ta była w lepszym stanie. Dziś nadaje się przede wszystkim na rower górski, acz zapuszczają się tu też kierowcy samochodów 4×4 i quadów oraz motocykliści.

Zrazu pesymistycznie oceniałem nasze szanse dotarcia do sławnego tunelu. To zadanie musiałem sobie w głowie rozebrać na mniejsze kawałki. Pierwszym celem stało się przekroczenie poziomu 2000 metrów n.p.m. Na szczęście Tomek też się nie poddawał, więc miałem wiernego towarzysza w tej zgoła straceńczej misji. Po przejechaniu pierwszych 500 metrów szlak obrał zdecydowanie południowy kierunek. Tuż przed Cabane de Gouron (20,6 km) wyjechaliśmy z lasu. Niebawem, po stromym półkilometrowym odcinku z dwoma wirażami, minęliśmy Croix de Razis (21,2 km). Dotarliśmy już na wysokość 2160 metrów n.p.m., więc chciałem się teraz postarać o „zrobienie” przynajmniej 1500 metrów przewyższenia. Jechało się nam raz lepiej, raz gorzej. Tu i ówdzie błąd techniczny zmusił mnie do postawienia stopy na ziemi. Przejechaliśmy stromy sektor przez Vallon des Eyguettes (1,4 km przy średniej 9,5%) i trafiliśmy na przyjemniejszy odcinek w pobliżu Cabane des Ecuelles (24,2 km). Pomyślałem, że jeśli ten rodzaj nawierzchni utrzyma się do samej góry to będzie to właściwa nagroda za nasz wcześniejszy upór. Niestety krótko cieszyliśmy się warunkami do w miarę płynnej jazdy. Dwieście metrów dalej minęliśmy boczną dróżkę na Col de Girabeau, przy której ktoś „porzucił” Porsche. W końcu po przejechaniu 24,7 kilometra i dotarciu na poziom 2480 metrów n.p.m. musieliśmy się zatrzymać by pieszo przebrnąć przez Torrent de Cervoux. Na tej wysokości był on już tylko bystrym strumykiem, ale niemożliwym do pokonania suchą stopą, czy tym bardziej na rowerze. Pokonawszy tą przeszkodę przejechałem jeszcze tylko dwa krótkie (dwustu- lub trzystu-metrowe) odcinki. W połowie dwudziestego szóstego kilometra ostatecznie powstrzymało nas wspomnienie ostatniej zimy. To znaczy zwały śniegu, które powyżej 2560 metrów n.p.m. pokrywały już cały pozostały do szczytu odcinek drogi. Zgodnie uznaliśmy, iż jesteśmy zbyt blisko upragnionej mety by stąd zawrócić. Dystans dzielący nas od tunelu pokonaliśmy zatem „z buta”. Przeszło kilometr przeszliśmy wraz z rowerami, po czym na 150 metrów przed finałem zaparkowaliśmy je w śniegu, idąc za przykładem francuskiej pary, która dotarła tu ciut wcześniej na swych górskich „elektrykach”.

O tej porze roku nie było innej możliwości osiągnięcia tego celu. Gdybyśmy przybyli tu w środku lata, a nie pod sam koniec kalendarzowej wiosny to zastalibyśmy korzystniejsze warunki drogowe. Można się o tym przekonać czytając relację na temat wjazdu z dnia 17 sierpnia 2019 roku zamieszczoną przez pewnego Francuza na stronie „alpes4ever.com”. Niemniej nie mogliśmy narzekać na aurę. Dzień trafił nam się ciepły i słoneczny. U podnóża góry mieliśmy temperaturę 28 stopni. Na całej trasie wahała się ona na poziomie od 26 do 32. Z widokiem wokół tunelu kontrastował fakt, iż na mecie mimo sporej wysokości wciąż było 27 stopni! Po prostu trzeba było jeszcze wielu takich dni by cała ta biała pierzyna stopniała. Jak gruba warstwa śniegu tu zalegała widać na jednym z filmików. Tym gdzie Tomek zapada się w zaspach po kolana. W rejonie naszej wspinaczkowej mety spędziliśmy z grubsza pół godziny. Nie przeszliśmy na południową stronę przełęczy. Po północnej było dość słońca by w spokoju odpocząć i cieszyć oczy górskimi widokami. Po wszystkim trzeba było jednak „opracować plan ewakuacji” do Embrun. Odwrót nie był sprawą łatwą. Zjazd początkowo przybrał formę pochodu. Tam gdzie było to możliwe robiliśmy sobie skróty po zboczach góry. Po minięciu zakrętu z potokiem Cervoux wsiedliśmy na rowery i zaczęliśmy się ostrożnie toczyć. Wcześniejszy wjazd po tych kamieniach do szybkich nie należał. Pod górę jechaliśmy tu ze średnią 7 km/h. Zjazd był chyba jeszcze wolniejszy. W każdym razie na pokonanie niespełna 9 kilometrów dzielących Tunnel du Parpaillon od Pont du Real potrzebowaliśmy półtorej godziny. Szczęśliwie udało się nam do niego dotrzeć bez żadnego defektu. Dalej wszystko poszło już znacznie szybciej. Niemniej do bazy zajechaliśmy dopiero o godzinie 17:10. Po drodze nie spotkaliśmy Darka. Nasz kolega potraktował tą górę ulgowo. Przejechał jej szosową część w turystycznym tempie z VAM na poziomie 650-700 m/h. Owszem zajrzał na drugą stronę Królewskiego Mostu, ale zniechęcony tym co zobaczył zawrócił po 600 metrach. Tym samym w domu był już przed szesnastą. Zważywszy na to ile czasu zabrał nam Parpaillon nie było mowy o szukaniu drugiej góry. Tym bardziej, że umówiliśmy się na wyjazd z Embrun przed 21-wszą. Alpy opuściliśmy korzystając z Drogi Napoleona czyli biorąc kurs na Gap i Grenoble.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2455434530

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2455434530

ZDJĘCIA

20190616_001

FILMY

VID_20190616_142729

VID_20190616_144034

VID_20190616_144537

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Tunnel du Parpaillon została wyłączona

Chapelle de Clausis

Autor: admin o 15. czerwca 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Clot la Chalpe (D 5)

Wysokość: 2379 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 631 metrów

Długość: 9,9 kilometra

Średnie nachylenie: 6,4 %

Maksymalne nachylenie: 17,2 % (na szosie 11,1 %)

PROFIL

SCENA i AKCJA

W sobotę już nic nie mogło przebić wjazdu na Col Agnel. Niemniej trzeba było pozostać wiernym tradycji i zaliczyć jakąś drugą górę przed zmierzchem. Tomek po zjeździe z Ville Vieille ruszył na zachód. Po przejechaniu 4,5 kilometra drogą D947 odbił w prawo na spotkanie z kolarską legendą czyli południową wspinaczką pod Col d’Izoard (2360 metrów n.p.m.). Przede mną czy Darkiem ta góra nie miała już żadnych tajemnic. W lipcu 2005 roku to właśnie ona była moim pierwszym francuskim podjazdem. Rok później zaliczyłem ją ponownie biorąc udział w wyścigu L’Etape du Tour na trasie z Gap do L’Alpe d’Huez. Natomiast w sezonie 2013 Izoard była jedyną przełęczą na trasie Route des Grandes Alpes, którą pokonaliśmy z obu stron. Jednym słowem wjechałem na nią już czterokrotnie, trzy razy od południowej i raz od północnej strony. Dario dzielił ze mną większość z owych doświadczeń. Tym razem mogliśmy ją sobie darować. Tomek będący „świeżakiem w tych stronach” mógł czerpać z lokalnego menu bez ograniczeń. Granon, Vars i oczywiście Izoard to był jego solowy zestaw obowiązkowy. Południowy Izoard to podjazd wielokrotnie wykorzystany na trasach Tour de France. Przy zwyczajowym dojeździe od strony Guillestre zaczyna się na wysokości 1268 metrów n.p.m. i ma długość 15,8 kilometra. Niemniej Tomek jądąc z przeciwnego kierunku miał do pokonania (podobnie jak my w 2013 roku) dystans 14,1 kilometra z przewyższeniem netto 1006 metrów. Przeciętne nachylenie tego wzniesienia to 7,1%, acz wartość ta jest nieco zaniżona za sprawą kilkusetmetrowego zjazdu w „księżycowym” rejonie Casse Deserte czyli na trzecim kilometrze od końca. Podjazd ten na „Wielkiej Pętli” ma status premii górskiej najwyższej kategorii. Nie brakuje na nim ostrych segmentów. Najtrudniejszy jest odcinek 4,5 kilometra powyżej Brunissard ze stromizną aż 9,2%. Poza tym finałowe dwa kilometry o średniej 8,4% również do lekkich nie należą. Droga przez Izoard powstała w latach 1893-97 z tych samych strategicznych względów co szlak przez pobliską Col du Vars. Obie przełęcze debiutowały na Tourze w tym samym 1922 roku, na etapie do Briancon wygranym przez Belga Philippe’a Thysa.

Col du Izoard na trasach TdF pojawiała się jeszcze częściej niż jej południowa „sąsiadka”. Poza tym na ogół bywała ostatnim podjazdem górskich etapów. Na Tourze „wystąpiła” już 36 razy, z czego 26-krotnie po II Wojnie Światowej. W sumie 29 razy wspinano się na tą przełęcz od południowej i tylko 7-krotnie od północnej strony. Warto jeszcze podkreślić, iż aż 21 z 29 południowych podjazdów na Izoard znajdowało się na odcinkach, których finisz wyznaczano na ulicach Briancon. Z kolei osiemnasty etap TdF z roku 2017 zakończono na samej przełęczy. Wygrał go Francuz Warren Barguil, który o 20 sekund wyprzedził znacznie dłużej uciekającego Darwina Atapumę. Tuż za pechowym Kolumbijczykiem na metę wpadli: kolejny Francuz Romain Bardet, lider Chris Froome i wicelider Rigoberto Uran. Na liście zdobywców Izoard króluje Francuz Louison Bobet, który wjechał tu jako pierwszy trzykrotnie w latach 1950 i 1953-54. Z kolei Fausto Coppi jest do dziś jedynym kolarzem, który wygrał premie górskie na Izoard zarówno podczas Tour de France jak i Giro d’Italia. Uczynił to w sezonie 1949. Obaj ci wielcy mistrzowie zostali upamiętnieni na reliefach zamontowanych na przydrożnej skale w okolicy Casse Deserte. Coppi najszybszy w latach 1949 i 1951 jest jednym z sześciu kolarzy, którzy dwukrotnie zdobywali Izoard na Tourze. Przed nim dokonali tego: jego krajan z Piemontu Bartolomeo Aimo (1925-26), Luksemburczyk Nicolas Frantz (1924 i 1927), Belg Sylvere Maes (1936 i 1939), jego rodak i wielki rywal rodem z Toskanii Gino Bartali (1938 i 1948), zaś po nim już tylko Hiszpan Federico Bahamontes (1958 i 1962). W minionym 2019 roku Izoard przejechano na etapie do Valloire, gdy pierwszy na górze był Włoch Damiano Caruso. Na Giro przełęcz ta pojawiła się dotąd sześć razy. Na tym wyścigu za każdym razem (w latach 1949, 1964, 1982, 1994, 1996 i 2007) podjeżdżano ją od strony południowej. Nie inaczej będzie w sezonie 2020, gdy wraz z Colle dell’Agnello pojawi się ona na trasie dwudziestego etapu przyszłorocznej „La Corsa Rosa”, który wiódł będzie z Alby do Sestriere.

Tommy po „wyścigu” na Agnel rzeczoną Izoard jak sam przyznaje wjechał resztkami sił. Tym razem spinać się musiał, bo nie miał tu znajomych sobie przeciwników. Uzyskał dość przeciętny wynik 1h 11:47 (avs. 11,8 km/h z VAM 810 m/h). Co ciekawe bardzo podobny do tego, który ja zanotowałem tu przed sześcioma laty na dziewiątym etapie „Hannibala”. W towarzystwie Adama Kowalskiego podjechałem wówczas południowy Izoard w czasie brutto 1h 11:43 (netto 1h 09:41). Tomkowi podobnie jak na Vars wspinaczkę utrudniał porywisty wiatr. Poza tym na samej przełęczy zastały go ciemne, burzowe chmury. Dlatego czym prędzej zawrócił do Ville-Vieille dokąd zjechał ledwie kilka minut po mnie. W czasie gdy „Bury” przemierzał legendarny szlak rodem z Tour de France ja i Darek wzięliśmy „na celownik” Chapelle de Clausis. To kaplica wybudowana w 1846 i odnowiona w 1988 roku. Poświęcona Matce Boskiej z Mont Carmel. Czyli ze świętej góry Żydów, Chrześcijan i Muzułmanów znajdującej się nad zatoką Hajfa, w północnym Izraelu. Corocznie dnia 16 lipca odbywają się tu uroczystości maryjne, na które zjeżdżają wierni z obu stron francusko-włoskiej granicy. Dotrzeć do owego „kościółka” można tylko jedną drogą, na kilku ostatnich kilometrach szutrową. Tym niemniej mogliśmy to zrobić na dwa sposoby. Ambitniej tzn. zaczynając drugą wspinaczkę w Ville-Vieille i tym samym powtarzając przeszło 5 kilometrów z wcześniejszego podjazdu pod Col Agnel. Oszczędniej tj. startując z wysokości 1735 metrów n.p.m. czyli rozdroża poniżej Molines-en-Queyras. Tylko ta pierwsza opcja pozwalała na „zrobienie” około 1000 metrów w pionie, na czym zależało mojemu koledze. Przed czterema laty Dario zadziwił mnie powtórzeniem pierwszych 13 kilometrów wjazdu na Colle Lombarda, po to by zaliczyć pełny podjazd do sanktuarium Sant’Anna di Vinadio. Tu musiał powtórzyć tylko 5,3 kilometra z pierwszej góry. Ja nie jestem skory do tego rodzaju natychmiastowych powtórek. Poszedłem zatem „na łatwiznę” i zostawiłem sobie do przejechania niespełna 650 metrów przewyższenia na dystansie 11,5 kilometra.

Zjechawszy do rozjazdu zrobiłem sobie przeszło dłuższy postój na przebranie się i konsumpcję kieszonkowego batona. Po czym kilka minut przed piętnastą ruszyłem na południe drogą D5. Na początku nie musiałem nawet zrzucać łańcucha na małą tarczę. Pierwsze półtora kilometra wiodło po płaskim terenie, a chwilami nawet lekko w dół. Szosa zaczęła się delikatnie wznosić za małym ośrodkiem narciarskim Clot de la Chalp. Prawdziwą wspinaczkę zacząłem w połowie trzeciego kilometra tj. we wiosce La Chalp na wysokości kaplicy św. Agaty. Liczący niemal trzy kilometry górski sektor zakończył się dopiero w centrum Saint-Veran. Większej wsi, która wita podróżnych tablicami z napisem: „najwyżej położona gmina w Europie”. Poniekąd to prawda. Oficjalna wysokość St. Veran to 2042 metry n.p.m. Na Starym Kontynencie są przynajmniej dwie wyżej położone wioski tzn. szwajcarska Juf (2133 m. n.p.m.) w kantonie Gryzonia oraz włoska Trepalle (2069 m. n.p.m.) w północnej Lombardii. Niemniej są one na tyle małe, że nie są ośrodkami władz gminnych. Ta pierwsza należy do gminy Avers, zaś druga do słynnego zimowego kurortu Livigno. Na terenie Francji swego rodzaju konkurencją dla Saint-Veran mogłyby być stacje Val Thorens i Tignes w Sabaudii. Niemniej ta pierwsza wybudowana na wysokości 2300 metrów n.p.m., choć ma swych całorocznych mieszkańców nie jest siedzibą merostwa. To znajduje się bowiem w znacznie niżej położonym Saint-Martin-de-Belleville. Tignes zaś jest ośrodkiem gminnym z ratuszem na poziomie 2100 metrów. Niemniej jej oficjalna wysokość mierzona jest przy miejscowym kościele, stojącym ledwie 1790 m. n.p.m. Z tych względów St. Veran ma solidne podstawy do wspomnianej reklamy. Aczkolwiek biegli w geografii znaleźli by pewnie bliższe niebu wioski w Gruzji czy innych częściach Kaukazu. Strava na dojeździe do tej miejscowości wyróżniła segment o długości 2,4 kilometra i średnim nachyleniu 8%. Przejechałem go w 11:48 (avs. 12,3 km/h z VAM 981 m/h) czyli trochę energii po Col Agnel jeszcze mi zostało. Darek spędził na nim potem 15:13, niemniej miał w nogach te kilka kilometrów podjazdu więcej. Końcówka przejazdu przez Saint-Veran biegła już po płaskim terenie przez około 400 metrów.

Ten łatwy odcinek i zarazem cały asfalt na tym podjeździe skończył się dla mnie po przejechaniu 5,8 kilometra. Tuż za mini-rondem z oryginalnie przyozdobionym krzyżem. Za szlabanem po delikatnym zakręcie w prawo zaczęła się górna czyli szutrowa połówka wzniesienia. Na szczęście ten kamienisty szlak był zadbany i jak najbardziej przejezdny dla kolarza szosowego. Pierwsze 2,9 kilometra o średnim nachyleniu 7,7% czyli segment Serre Jean Vasserot pokonałem w 16:53 (avs. 10,5 km/h z VAM 794 m/h). Dario uzyskał na nim czas 18:48. Po przejechaniu 8,7 kilometra zaczęło się przeszło kilometrowe wypłaszczenie. Na tym odcinku minąłem kaplicę św. Elżbiety. Gdy droga znów zaczęła się wznosić po jej prawej stronie ujrzałem ruiny po osadzie górniczej (10,1 km). Do połowy jedenastego kilometra czyli przystanku Carriere de Marbre dojechałem bezproblemowo. Niemniej na ostatnich siedmiuset metrach trzeba było pokonać dwie ściany, na których stromizna dochodziła do 17%. Takie nachylenie w połączeniu z sypką nawierzchnią zmusiło mnie już do paru przystanków. Wolałem się wypiąć z pedałów niż stracić równowagę na grząskim gruncie. Robiłem krótkie spacerki, zaś przy nadarzającej okazji od razu wskakiwałem na rower. Tak nieco na raty ukończyłem tą wspinaczkę w czasie brutto 55:26 i netto 52:56 (avs. 13 km/h). Pogoda dopisała. Na mecie zanotowałem temperaturę 23 stopni. Dojechawszy do Chapelle de Clausis mogłem już tylko podziwiać majestat okolicznych gór. Jako taka droga prowadzi stąd jeszcze do Refuge de la Blanche przy Lac de l’Emblanche (2500 metrów n.p.m.). Najbliższe przejście graniczne dostępne jest jednak tylko dla górskich piechurów i znajduje się na Colle Blanchet (2897 m. n.p.m.). To jest przełęczy leżącej między szczytami Rocca Bianca (3063 m.) i Tete des Toillies / Rocidella Niera (3177 m.). Z Darkiem minąłem się w dolnej części szutrowego odcinka. Mając spory zapas czasu w Saint-Veran zatrzymałem się zatem na kawę i ciastko w Auberge CosteBelle. Do auta zjechałem i tak tuż przed Tomkiem. Dario dołączył do nas po trzech kwadransach. W samą porę. Ledwie umknęliśmy przed burzą nadciągającą z północy.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2452960327

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2452960327

ZDJĘCIA

20190615_069

FILMY

VID_20190615_155525

VID_20190615_155928

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Chapelle de Clausis została wyłączona

Col Agnel

Autor: admin o 15. czerwca 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Ville-Vieille (D 5)

Wysokość: 2744 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1365 metrów

Długość: 20,7 kilometra

Średnie nachylenie: 6,6 %

Maksymalne nachylenie: 11,9 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Historia ponoć lubi się powtarzać. Biorąc pod uwagę największe wyzwania owej podróży nasz Tour po środkowej części Alp francuskich ostatecznie przybrał schemat już niegdyś przeze mnie i Darka przerobiony. Przed czterema laty na jedynej jak dotąd wyprawie wrześniowej (Liguria & Piemont) trzy główne atrakcje mieliśmy w jej drugim tygodniu, przy czym pierwszą w poniedziałek, zaś drugą i trzecią, dzień po dniu, w ramach finałowego weekendu. Wówczas najcenniejszymi diamentami w kolekcji złożonej z około 30 wzniesień były podjazdy na: Colle dei Morti (Fauniera), Colle delle Finestre oraz Colle del Nivolet. Program tegorocznej francuskiej wycieczki ostatecznie nabrał podobnych kształtów. Mieliśmy już za sobą poniedziałkowy Col du Galibier. Trzecia sobota była dniem przeznaczonym na Col Agnel, zaś całość naszego „dzieła” zwieńczyć miał niedzielny wypad na Col du Parpaillon. Przełęcz Jagniątka (względnie Baranka) jak na polski należałoby tłumaczyć francuskie słowo Agnel czy też włoskie Agnello nie brzmi groźnie. Niewątpliwie nazwa tej górskiej przeprawy ma pasterski rodowód. Niemniej jej charakter jest wybitnie wysokogórski, by nie powiedzieć niebotyczny. Jest to druga pod względem wysokości przełęcz drogowa we Francji i zarazem najwyższe tego rodzaju przejście graniczne w całych Alpach. Z tej racji bywa ono zamykane na co najmniej pół roku czyli od listopada do maja. Od strony francuskiej na przełęcz biegnie droga D205, która na ostatnich kilometrach zowie się D205T. Natomiast od włoskiej flanki osiąga ją położona w roku 1973 szosa SP251. Pod względem geograficznym łączą one włoską dolinę Varaita z francuską Queyras. Pod kątem administracyjnym gminę Pontechianale w piemonckiej prowincji Cuneo z „komuną” Molines-en-Queyras w departamencie Wysokich Alp. Sama przełęcz leży na terenie masywu Escreins pomiędzy szczytami Pain de Sucre (3208 m. n.p.m.) i Punta dell’Alp (3031 m. n.p.m.). Jej bliską sąsiadką jest włoska Mont Viso (3841 m. n.p.m.), najwyższy szczyt w masywie Alp Kotyjskich. Imponująca góra, z której zboczy spływają źródła Padu.

Na Starym Kontynencie jest ledwie sześć wyższych wzniesień, na których ścigali się dotąd profesjonalni kolarze szosowi. Z francuskich podjazdów trzeba tu wymienić: Cime de la Bonette i Col de l’Iseran. Po włoskiej stronie wyższe było tylko Passo dello Stelvio. Natomiast w Alpach austriackich znaleziono trzy, wszystkie na tyrolskich lodowcach. Mam na myśli „dwugłowego potwora” powyżej Solden czyli Tiefenbachferner vel Rettenbachferner oraz nieco już zapomniany Kaunertaler Gletscher. Siódmą mogłaby być andaluzyjska Pico Veleta ponad Granadą, gdyby organizatorzy Vuelta a Espana wyznaczyli kiedyś finisz górskiego etapu powyżej stacji Sierra Nevada. Wówczas już nawet meta przy obserwatorium astronomicznym IRAM (2850 m. n.p.m.) wystarczyłaby im do pobicia wszelkich europejskich rekordów. Na stronach internetowych natknąć się można na rozmaite profile podjazdów na Col Agnel czy Colle dell’Agnello. Niektórzy mocno je wydłużają dodając łagodne odcinki dojazdowe w kanionie Queyras i dolinie Varaita. Francuskie wykresy zaczynają się wtedy w Guillestre, zaś włoskie w Piasco. Jednak sensowniej jest przyjąć, że północny szlak zaczyna się we wiosce Ville-Vieille (na wysokości 1379 m. n.p.m.) i liczy sobie około 20,5 kilometra. Natomiast południowy w Sampeyre (959 m. n.p.m.) lub też według ostrzejszych kryteriów w Casteldelfino (1296 m. n.p.m.). Tak czy owak wspinaczka włoskim zboczem góry jest niewątpliwie trudniejsza. Tak biorąc pod uwagę całość obu wyzwań jak i porównanie ich najtrudniejszych, zarazem finałowych segmentów. Na francuskiej drodze D205T przeciętne nachylenie ostatnich 8 kilometrów wynosi 8,2%. Natomiast na włoskiej szosie SP251 końcowe 9 kilometrów (powyżej wioski Chianale) „podcina nogi” średnią stromizną aż 10% i maxem na poziomie 15%! Tym niemniej, z której by strony owej przełęczy nie zdobywać to zawsze będzie premia górska najwyższej kategorii. Jak dotąd czterokrotnie mierzyli się z nią uczestnicy Giro d’Italia i dwa razy zawodnicy startujący w Tour de France. Przy tym za wyjątkiem „Wielkiej Pętli” z roku 2008, zawsze przekraczano włosko-francuską granicę ze wschodu na zachód.

Jednak to nie wspomniane Wielkie Toury jako pierwsze skorzystały z Colle dell’Agnello. Pierwszym wyścigiem na tym górskim szlaku był Tour de l’Avenir z sezonu 1976. Trzeci etap tej imprezy prowadził z Sampeyre do stacji narciarskiej Les Orres, nieopodal Embrun. Zdecydowano się przekroczyć granicę na owej przełęczy, choć oznaczało to zjazd po wciąż częściowo szutrowej drodze. Odcinek ten wygrał Tommy Prim, zaś całą imprezę jego rodak Sven-Akke Nilsson. Młodzi Szwedzi zawojowali ten wyścig niczym Bjorn Borg korty im. Rollanda Garrosa. W roku 1993 Giro d’Italia po raz pierwszy zajrzało w głąb Valle Varaita, ale peleton nie musiał się wspinać do jej kresu. Metę wyznaczono, bowiem w Chianale na wysokości 1815 metrów n.p.m. Najmocniejszym z grona pięciu harcowników okazał się Włoch Marco Saligari. Dopiero w sezonie 1994 Agnello połknięto na Giro w całości. Przełęcz ta była pierwszym z czterech podjazdów na etapie dwudziestym wiodącym do francuskiej stacji Les Deux Alpes. Tej samej, która cztery lata później była świadkiem wielkiej akcji Marco Pantaniego. Na „Jagniątku” tempo było umiarkowane. Na premię górską jako pierwszy wjechał, uczestniczący we wczesnej ucieczce, włoski sprinter Stefano Zanini. Dzień ten należał do Ukraińca Wladimira Pulnikowa. Rok później podjazd jako przedostatni na trasie mógł mieć większe znaczenie. Metę dziewiętnastego etapu wyznaczono bowiem w Briancon. Na przeszkodzie stanęła jednak pogoda. Dzień wcześniej w górach spadło dużo śniegu, po czym nazajutrz znacznie się ociepliło. W rejonie przełęczy zeszły trzy lawiny, które raniły dwunastu czekających na wyścig kibiców. Nie było czasu uprzątnięcie zasypanej drogi. Organizatorzy chcąc nie chcąc musieli skrócić ten odcinek, więc po dwóch latach znów zrobili finisz w Chianale, gdzie tym razem zwyciężył Szwajcar Pascal Richard. Co nie udało się w sezonie 1995 wypaliło w roku 2000. Etap do Briancon przez Agnello oraz Izoard wygrał Włoch Paolo Lanfranchi. Niemniej „Baranka” zdobył Kolumbijczyk Chepe Gonzalez, zwycięzca klasyfikacji górskich GdI z lat 1997 i 1999.

Z grubsza ten sam profil miał jeszcze etap dwunasty na Giro z roku 2007. Zanim do wielkiej gry przystąpili możni tego wyścigu na „naszej” przełęczy jako pierwszy pojawił się młody Francuz Yoann Le Boulanger. W Briancon triumfował Włoch Danilo Di Luca, który tego dnia przejął „maglia rosa” od swego kompana z Liquigasu Andrei Noe’ i nie oddał już jej do końca wyścigu. Tour de France anno domini 2008 był jak dotąd jedynym profesjonalnym wyścigiem, na którym kolarze wspinali się pod Col Agnel czyli od francuskiej strony. Piętnasty etap tej imprezy wiódł bowiem z Embrun do włoskiej stacji narciarskiej Pratonevoso, w południowym Piemoncie. Przy tej okazji premię górską w tym miejscu wygrał Bask Egoi Martinez. Niemniej na mecie nie miał on żadnych szans w sprinterskiej rozgrywce z szybkim Australijczykiem Simonem Gerransem. Na Tour przełęcz Agnello powróciła po kolejnych trzech latach. Niemniej w roku 2011 zdobywano ją od włoskiej flanki. Tym razem na pamiętnym etapie osiemnastym, którego finał wytyczono na Col du Galibier. Zanim na Col d’Izoard swój śmiały, a przy tym zwycięski, atak wyprowadził Andy Schleck tu jeszcze pewną swobodą cieszyli się uciekinierzy. Najszybszym z nich w walce o punkty na górskiej premii był Kazachstańczyk Maksim Igliński. O ostatnim kontakcie Agnello z Wielkimi Tourami zdążyłem już napomknąć przy okazji wpisu na temat Risoul. Dziewiętnasty etap Giro z roku 2016 kończył się bowiem w stacji ponad Guillestre. Niemniej już na samym „Jagniątku” wiele się działo i to zarówno po włoskiej jak i francuskiej stronie przełęczy. Najpierw na podjeździe mocne tempo forsował śp. Włoch Michele Scarponi, który pracował na rzecz swego rodaka i lidera z Astany Vincenzo Nibalego. Opłaciło się. Popularny „Scarpa” wygrał premię górską, zaś „Rekin z Messyny” skutecznie zaatakował na zjeździe. Holender Steven Kruijswijk popełnił błąd na jednym z zakrętów, wypadł z drogi i ostatecznie stracił prowadzenie w wyścigu. Nibali wygrał ten odcinek, zaś Kolumbijczyk Esteban Chaves zdobył różową koszulkę lidera. Niemniej dzień później po etapie do Sant’Anna di Vinadio również on musiał uznać wyższość Sycylijczyka.

Dla mnie i Darka nie była to pierwsza wizyta na tej przełęczy. Obaj podjechaliśmy na nią sześć lat wcześniej włoskim szlakiem startując z wioski Villar, leżącej między Sampeyre a Casteldelfino. Colle dell’Agnello w ostatnim dniu czerwca 2013 roku była naszym pierwszym wzniesieniem na trasie dziewiątego (najtrudniejszego) etapu Route des Grandes Alpes. Na tym odcinku przejechałem 129 kilometrów z przewyższeniem 4129 metrów, albowiem po „Jagniątku” musieliśmy się jeszcze uporać z podjazdami na przełęcze Izoard i Montgenevre oraz do mety we włoskiej stacji narciarskiej Sestriere. Patrząc na moją tegoroczną formę wątpię bym w sezonie 2019 przetrwał tego rodzaju „tappone”. Co innego Dario, który przed rokiem zadziwił nas wszystkich przejechaniem trasy pirenejskiego „Świstaka” z jeszcze większym dystansem i amplitudą wzniesień 5600 metrów. Ja po raz pierwszy wdrapałem się na Agnello jeszcze wcześniej, bo pod koniec czerwca 2008 roku. Wjechałem na nią wówczas w towarzystwie Piotra Mrówczyńskiego, na dwie doby przed startem w Grand Fondo Fausto Coppi. Naszą wspinaczkę zaczęliśmy w Casteldelfino. Akurat był to dzień, w którym drogowcy wylewali nowy asfalt na ostatnich kilometrach włoskiego szlaku. Prace te powodowane były zapodziewaną wizytą Tour de France i koniecznością zadbania o bezpieczeństwo jego uczestników na włoskim zjeździe. Swój przejazd, miejscami po lepkiej nawierzchni, opłaciliśmy stratami w ogumieniu, które trzeba było wymienić przed niedzielnym Granfondo. Teraz po dwóch ciężkich bojach na włoskim zboczu góry miałem w końcu okazję poznać jej łagodniejsze, francuskie oblicze. Natomiast Tomek odkrywający dopiero te przepiękne okolice na piętnastym etapie miał nie lada gratkę. Mógł jednego dnia zaliczyć dwie premie górskie najwyższej klasy. Na pierwsze danie miał razem z nami wjechać na Col Agnel, zaś potem już samemu zdobyć nieco łatwiejszą, lecz za to słynniejszą Col d’Izoard.

Tym razem nasz przedpołudniowy transfer z Embrun liczył przeszło 40 kilometrów. Po dojechaniu w rejon Ville-Veille zaparkowaliśmy nad rzeką Le Guil. Podjazd ku francusko-włoskiej granicy rozpoczęliśmy z ronda łączącego drogi D947 i D5. Wystartowaliśmy z grubsza kwadrans przed dwunastą. Darek ruszył jako pierwszy, zaś ja razem z Tomkiem w ślad za nim po upływie przeszło 5 minut. Pogoda pod każdym względem nam dopisała. Było ciepło i słonecznie. Na starcie, mimo wysokości zbliżonej do tej z Morskiego Oka, temperatura wynosiła 26 stopni. Na trasie mieliśmy ich maksymalnie 28, minimalnie 23, zaś na samej górze bardzo sympatyczne 24 stopni! Do tego jeszcze wiatr nam sprzyjał. Na dole może nie był on odczuwalny, niemniej na odkrytym terenie w górnych partiach wzniesienia, wyraźnie nas popychał. Po początkowych 200 metrach w niemal płaskim terenie podjazd zaczął się na łagodnym łuku w lewo. Pierwsze kilometry wiodły nas przez teren niezamieszkany przy umiarkowanym nachyleniu o średniej 6,9%. Dokładnych informacji w tym temacie udzielały nam ustawione co kilometr eleganckie tablice. Pod koniec piątego kilometra minąłem osadę La Rua, zaś po przejechaniu 5,3 kilometra rozstałem się z drogą D5 i niebawem przejechałem przez największą na tym szlaku wioskę Molines-en-Queyras (5,6 km). Tradycyjnie już zacząłem wspinaczkę szybciej od swych kolegów. Według stravy dolny segment długości 5,1 kilometra pokonałem w 22:37 (avs. 14,7 km/h z VAM 911 m/h). Na tym odcinku odrobiłem do Darka 1:41, zaś Tomkowi odjechałem na 40 sekund. Dalsza część wspinaczki miała już prowadzić po szosie D205. Na dojeździe do Pierre-Grosse (7,7 km) stromizna była nadal solidna. Potem zrobiło się luźniej przez dobre pięć kilometrów. Najtrudniejsze kilometry w środkowej części tego wzniesienia miały przeciętne nachylenie rzędu 5%. Pod koniec dziesiątego kilometra „zwiedziłem” jeszcze Fontgillarde (9,7 km) czyli osadę leżącą 2000 metrów n.p.m.. Powyżej niej jedynymi „stacjonarnymi” śladami cywilizacji obok samej drogi były już tylko tablice drogowe, kapliczki, rzeźby, mostki czy schronisko tzn. Refuge Agnel na wysokości 2580 metrów.

Tomek złapał mnie na lekkim zjeździe w połowie jedenastego kilometra. Wolałem nie forsować tempa, gdyż obawiałem się stromizny ostatnich ośmiu kilometrów. Tym niemniej jechaliśmy szybciej niż Dario i wkrótce ujrzeliśmy go przed sobą. Finałowy segment wzniesienia zaczął się pod koniec trzynastego kilometra. Darka ostatecznie złapaliśmy w połowie szesnastego kilometra. Na około pięć kilometrów przed przełęczą zaczęła się rozgrywka o premię Cima Coppi naszej wyprawy. Złapany właśnie uciekinier wcale nie miał zamiaru odpuszczać. Na ostatnią ćwiartkę wspinaczki zachował całkiem sporo energii. Siedemnasty kilometr należał do mnie, wyszedłem nawet na samotne prowadzenie. Jednak na osiemnastym Dario mnie doszedł, po czym skutecznie skontrował. Na początku dziewiętnastego kilometra miał już 25 sekund przewagi tak nade mną jak i Tomkiem, który w międzyczasie ponownie mnie złapał. Jak się okazało Tommy zachował najwięcej sił na tą końcówkę. Odczepił mnie na dwa kilometry przed granicą, po czym 600 metrów przed metą spokojnie doszedł Darka. Ze swego miejsca w tylnym rzędzie mogłem jedynie obserwować ostateczne rozstrzygnięcie. Na ostatnim wirażu, jakieś 300 metrów przed końcem, traciłem bowiem do swych kolegów 40 sekund. Dario próbował podkręcić tempo z pierwszej pozycji. Niemniej Tomek miał znacznie więcej pod nogą, odpalił „turbo” i nie dał starszemu koledze żadnych szans. Różnicę widać w naszych wynikach z ostatniego kilometra. Tommy przejechał go w 4:33, zaś ja czy Darek odpowiednio w 5:13 i 5:16. Tym samym na przełęcz wjechałem na trzecim miejscu ze stratą niespełna minuty do młodego triumfatora. Przyznam, iż przed wspinaczką założyłem sobie, iż pokonanie tego podjazdu zabierze mi około półtorej godziny. Chyba znam swoje możliwości, albowiem z prognozą trafiłem w punkt. Od włączenia licznika na dole do zatrzymania go na przełęczy minęła 1h 30:00 🙂 Jeśli chodzi o pomiary ze stravy to przytoczę nasze wyniki z segmentu o długości 20,65 kilometra. Tomek wykręcił na nim czas 1h 28:48, ja 1h 29:44 (avs. 13,8 km/h z VAM 907 m/h), zaś Dario 1h 34:23. Na górze było gwarno. Sporo zmęczonych, lecz zadowolonych cyklistów. Nic dziwnego. Oswojenie kolarskiego „Baranka” jest powodem do radości dla każdego amatora kolarstwa.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2452960509

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2452960509

ZDJĘCIA

20190615_001

FILMY

VID_20190615_132603

VID_20190615_134954

VID_20190615_135354

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col Agnel została wyłączona

Risoul

Autor: admin o 14. czerwca 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Guillestre (D 86 & D 186)

Wysokość: 1902 metry n.p.m.

Przewyższenie: 983 metry

Długość: 13,8 kilometra

Średnie nachylenie: 6,7 %

Maksymalne nachylenie: 9,4 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Po swym zjeździe z Vallon du Cristillan nie zastałem Tomka przy samochodzie. On ze swojej Col de Vars wrócił znacznie wcześniej, więc dla „zabicia czasu” zaczął kręcić po okolicy. W tym momencie „stacjonował” już na starówce w Guillestre. Zdzwoniliśmy się i uzgodniliśmy, że do niego dojadę. Z Darkiem wyminąłem się po czterech kilometrach zjazdu doliną Cristillan, więc stało się jasne, że przyjdzie nam na niego dłużej poczekać. Zamiast kwitnąć przy aucie lepiej było spędzić ten czas w miasteczku. To jednak wiązało się z koniecznością pokonania kilkudziesięciu metrów w pionie. Nagrodą za tą odrobinę wysiłku była kawa z ciastkiem zamówiona w barze „Le Dahu”. Po naszym „podwieczorku” wróciliśmy w rejon kempingu La Ribiere. Tam czekając na swego kolegę obserwowaliśmy jak miejscowi amatorzy spokojnej rozrywki schodzą się do klubu na popołudniową partyjkę „petanki”. Cóż to takiego, zapyta czytelnik znad Wisły. Otóż „La Petanque” to nic innego jak „gra w boule”, by nie powiedzieć „w kulki”. Sport ten jest bardzo popularny we Francji, szczególnie zaś w jej południowej części. Ponoć francuski związek tego sportu liczy aż 600 tysięcy licencjonowanych zawodników! Gdy Dario do nas dołączył to już bez zbędnej zwłoki ruszyliśmy w kierunku Risoul 1850. Z uwagi na zwycięstwo Rafała Majki przed pięcioma laty ta premia górska pierwszej kategorii była naszą „lekturą obowiązkową”. Stacja narciarska powyżej wsi Risoul zaczęła powstawać na początku lat siedemdziesiątych, acz nie bez przeszkód. Pierwszy operator miejscowych wyciągów zbankrutował już w roku 1974. Problemem był tu zawsze dojazd i klimat. W pobliże Guillestre nie dociera żadna autostrada czy linia szybkiej kolei. Z najbliższych francuskich lotnisk tj. Grenoble, Chambery i Marsylii samochodem jedzie się do niej ze trzy godziny. O dziwo szybciej można tu dotrzeć z portu lotniczego pod Turynem, górską drogą przez przełęcz Montgenevre.

Poza tym klimat też bywa kłopotliwy. Risoul to już jednak południowe Alpy i temperatura bywa tu wyższa niż choćby w Sabaudii. Trzysta słonecznych dni w roku sprzyja opalaniu się, ale niekoniecznie narciarstwu. Ponoć 30% tutejszych stoków jest sztucznie naśnieżanych. Ośrodek ten obecnie zarządzany jest przez firmę Labellemontagne i całkiem nieźle sobie radzi. Miejscowa baza hotelowa obejmuje 18.600 łóżek. Risoul wespół z sąsiednią stacją Vars tworzy teren narciarski La Foret Blanche czyli „Biały Las”. Trzynasty pod względem wielkości w całej Francji. Na amatorów „białego szaleństwa” czeka tu 119 tras o łącznej długości 185 kilometrów. Domena ta obsługiwana jest przez 42 urządzenia transportowe. To znaczy przez koleje: kabinową i gondolową, 18 wyciągów krzesełkowych i 22 orczyki zdolne przewieźć 57 tysięcy turystów na godzinę. Warto jeszcze wspomnieć, iż Vars słynie ze swego stoku Charbieres, na którym bite są rekordy świata w szybkości zjazdów. Przy tym nietylko tych narciarskie, lecz również snowboardowe czy wykonywane na rowerze górskim. Francuski kaskader Eric Barone wycisnął tu na rowerze prędkość 227,720 km/h, zaś włoscy narciarze Ivan Origone i Valentina Greggio odpowiednio: 254,958 km/h oraz 247,083 km/h! O kolarskich wydarzeniach na Col de Vars sporo napisałem w poprzednim odcinku. Sportowa historia stacji Risoul 1850 jest znacznie krótsza, acz już całkiem ciekawa. Prestiżowe wyścigi kolarskie po raz pierwszy zajrzały do tego ośrodka w sezonie 2010. Najpierw w czerwcu zakończył się tu czwarty etap Criterium du Dauphine wygrany przez Francuza Nicolasa Vogondy, który o 12 sekund wyprzedził pochodzącego z francuskiego Kraju Basków neo-pro Romaina Sicarda (zwycięzcę Tour de l’Avenir oraz MŚ U-23 z roku 2009). Ze stratą 15 sekund do zwycięzcy finiszowali tu Słoweniec Janez Brajković i Hiszpan Alberto Contador czyli dwaj kolarze walczący o zwycięstwo w klasyfikacji generalnej tego wyścigu.

Następnie we wrześniu 2010 roku na cały weekend zawitał tu Tour de l’Avenir. W stacji Risoul zakończyły się wówczas dwa ostatnie etapy 47. edycji „Touru Przyszłości”. Oba odcinki wygrał kolarz, który w kolejnej dekadzie niejednokrotnie potwierdził swój wielki talent do jazdy po górach. Kolumbijczyk Nairo Quintana dzięki dwóm etapowym wiktoriom, najpierw zdobył koszulkę lidera TdA, zaś dzień później przypieczętował swe generalne zwycięstwo. Na sobotnim etapie ze startu wspólnego wyprzedził Amerykanina Andrew Talanskiego i Baska Mikela Landę o 39 sekund. Natomiast na kończącej wyścig 13,5-kilometrowej czasówce Talansky stracił do „górala” z Andów 47 sekund, zaś trzeci w tej próbie Kolumbijczyk Jarlinson Pantano 1:17. Kolejność ta przełożyła się na generalne podium tej imprezy. W sezonie 2013 Risoul gościło finał 65. „Delfinatu”. Po swoje pierwsze zawodowe zwycięstwo sięgnął tu wówczas Alessandro De Marchi, obecnie jeżdżący w CCC Team. Włoch po śmiałej ucieczce dotarł do mety z przewagą 24 sekund nad Chrisem Froome’m i wspomnianym już Talanskym. Urodzony w Kenii Brytyjczyk odniósł wówczas pierwsze ze swych trzech generalnych zwycięstw w CdD. Po testach na dwóch wspomnianych „tygodniówkach” w sezonie 2014 A.S.O. wprowadziło Risoul do największego z kolarskich salonów. Zakończył się tu czternasty etap Tour de France, rozpoczęty w Grenoble i wiodący przez przełęcze: Lautaret oraz Izoard. Po ataku na 9 kilometrów przed metą wygrał go nasz Rafał Majka. Polak okazał się najmocniejszym zawodnikiem z licznej grupy uciekinierów. Jedynym pośród nich, który potrafił obronić niewielką u podnóża finałowej góry przewagę nad grupą liderów. „Zgred” wygrał z przewagą 24-26 sekund nad liderującym Włochem Vincenzo Nibalim oraz jadącym swój życiowy wyścig Francuzem Jean-Christophem Perraud. Poniżej minuty stracili do Majki jeszcze tylko: Thibaut Pinot i Romain Bardet oraz Amerykanin Tejay Van Garderen.

Z kolei w sezonie 2016 zakończył się tu dziewiętnasty odcinek Giro d’Italia, którego początek wyznaczono w piemonckim Pinerolo. Ten, który w dużej mierze zdecydował o losach całego wyścigu. Na zjeździe z granicznej przełęczy Agnel (wł. Agnello) groźnie wyglądające upadki zaliczyli Steven Kruijswijk oraz Ilnur Zakarin. Holender, który do tego etapu przystąpił z przewagą równo trzech minut na metę przyjechał ledwie szesnasty ze stratą aż 4:54 i spadł na trzecie miejsce w „generalce”. Dzień później wypadł zaś z podium. Natomiast rosyjski Tatar po swej kraksie musiał wycofać się z 99. wyścigu Dookoła Włoch. Etap do Risoul wygrał Nibali, który o 51 sekund wyprzedził Baska Mikela Nieve i o 53 Kolumbijczyka Estebana Chavesa. Ten ostatni na jeden dzień został posiadaczem różowej koszulki lidera. Czwarty był wówczas Włoch Diego Ulissi, zaś Rafał Majka tym razem finiszował na piątym miejscu ze stratą 2:14 do Sycylijczyka. Polak dojechał do mety na czele małej grupki, w której byli też Hiszpan Alejandro Valverde i Kolumbijczyk Rigoberto Uran. Dario choć długo kazał na siebie czekać przynajmniej nie tracił już czasu na miejscu. Jako pierwszy z nas wyruszył ku Risoul 1850. Ja wraz z Tomkiem wjechałem na D86 z minutową stratą. Szybko rozstałem się z Tomkiem, który jednak po chwili wszedł na właściwe dla siebie obroty. Dario nie zwykł mocno rozpoczynać podjazdów, dzięki czemu złapałem go już w połowie drugiego kilometra. Niebawem razem dojechaliśmy do wsi Risoul (1,7 km), gdzie na łuku drogi Tommy tracił do nas ledwie 10 sekund. Od tego miejsca ku stacji jechaliśmy już po szosie D186. Na początku trzeciego kilometra przez krótką chwilę we trzech. Tym niemniej dyktowane przeze mnie tempo wkrótce okazało się zbyt mocne dla Darka. Nieco wyżej nawet Tomek na pewien czas puścił moje koło. Tym niemniej „Bury” miał wszystko pod kontrolą. „Przeładował magazynek” i odpalił na nowo. Na początku czwartego kilometra na naszym szlaku pojawiły się pierwsze wiraże. Niżej nieliczne zmiany kierunku jazdy następowały na łagodnych łukach. Dwóch pod koniec pierwszego kilometra i trzecim w samej Risoul.

Późniejsze ciasne zakręty wzorem tych z L’Alpe d’Huez opatrzono tu tablicami. Niemniej dobór patronów na drodze do Risoul 1850 jest bardzo dowolny. O ile upamiętnienie Nairo Quintany, Rafała Majki czy Vincenzo Nibalego nie wymaga wyjaśnień. O tyle obecność Alberto Contadora czy Alejandro Valverde wydaje się już mocno naciągana. Natomiast uwiecznienie takich sław jak: Fausto Coppi, Bernard Hinault czy Marco Pantani nie ma żadnego uzasadnienia w historii tego wzniesienia. Ostatnią miejscowością na tym górskim szlaku jest Gaudissard (4,5 km). Dario tracił tu do mnie już dwie minuty, więc stało się jasne że nie włączy się do walki o pierwszeństwo na górze. Tymczasem Tomek złapał mnie przed wirażem Majki, który znajduje się tu w połowie siódmego kilometra. Po chwili sam zaczął dyktować mocne tempo. Na początku ósmego kilometra okazało się ono dla mnie zbyt ostre. Musiałem spasować, ale nie odpuściłem zupełnie. Starałem się jechać na tyle szybko na ile było mnie stać, co by koledze zanadto zadania nie ułatwiać. Niemniej nie było między nami żadnego „przeciągania liny”. Linka pękła i do samej mety różnica już tylko rosła. Po przejechaniu 9,3 kilometra dzieliło nas 27 sekund, zaś w połowie jedenastego kilometra 0:42. Następnie po przebyciu 11,2 kilometra traciłem do Tomka 48 sekund, zaś przy wjeździe do ośrodka już 1:18. Odczyty z lotnego „Flybys” znajdują potwierdzenie w wynikach ze „Stravy”. Na segmencie obejmującym dystans 12,68 kilometra Tomek wykręcił czas 52:36, zaś ja 53:56 (avs. 14,1 km/h z VAM 985 m/h). Darek uzyskał na nim wynik netto 1h 05:02. W samej stacji na wysokości dużego parkingu skręciłem w prawo i zafiniszowałem przy apartamentowcu Le Cristal. Dopiero Tomek uświadomił mi, że można tu dotrzeć wyżej. Po poprawce całą wspinaczkę ukończyłem zatem przy hotelu Le Diamant. Przed wyjazdem z Risoul 1850 stanęliśmy jeszcze na zdjęcia przed powitalnymi tablicami. Tu spotkaliśmy parę naszych rodaków od wielu lat zamieszkałą we Francji. Tymczasem niebo nad nami zaperzyło się. Dlatego pomimo obowiązkowych foto-przystanków starałem się możliwie szybko ukończyć ten zjazd, co by zdążyć do auta przed spodziewaną burzą.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2450044688

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2450044688

ZDJĘCIA

20190614_049

FILM

VID_20190614_170441

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Risoul została wyłączona

Vallon du Cristillan

Autor: admin o 14. czerwca 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Maison du Roi (D 214)

Wysokość: 2040 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 983 metry

Długość: 15,1 kilometra

Średnie nachylenie: 6,5 %

Maksymalne nachylenie: 12,3 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Etapy czternasty i piętnasty należało poprzedzić samochodowymi wycieczkami na północ. Na piątek wybrałem nam transfer krótszy, około 20-kilometrowy z finałem w Guillestre. Miasteczko to jest bramą do Combe de Queyras, malowniczego wąwozu ciągnącego się przez 17 kilometrów wzdłuż rzeki Guil, będącej lewym dopływem La Durance. Miejscowość ta ma ledwie 2314 mieszkańców i jest siedzibą władz kantonalnych w ramach departamentu Hautes-Alpes. Była moją „starą znajomą”. W lipcu 2005 roku tu właśnie spędziłem pierwsze noce pod francuskim niebem. Stąd wyprawiałem się wraz z Piotrkiem Mrówczyńskim na spotkania z Col d’Izoard i Cime de la Bonette. Osiem lat później wyznaczyłem w nim sobie i kolegom metę czwartego etapu naszej śmiałej wyprawy pod hasłem Route des Grandes Alpes. Wówczas chcąc dotrzeć do Guillestre musieliśmy pokonać dystans 135 kilometrów na górskim szlaku przez przełęcze: Telegraphe, Galibier oraz Izoard. Tym razem przyjechaliśmy tu autem czyli metodą „na leniucha”. Oszczędzając energię na wyzwania czekające nas w tym miejscu. W najbliższej okolicy Guillestre do najciekawszych kolarskich wzniesień należą podjazdy na Col du Vars (2109 m. n.p.m.) oraz do stacji narciarskiej Risoul 1850. Tomek jako człowiek niebywały dotąd w tych stronach miał się zapoznać z obiema tymi atrakcjami. Ja i Darek mieliśmy mu towarzyszyć jedynie podczas drugiej wspinaczki. Północny wjazd na Vars poznaliśmy już bowiem przed sześcioma laty, na samym początku piątego etapu RdGA aka Hannibal. Dlatego musiałem dla niego znaleźć jakieś zastępstwo. Inne spore wzniesienie, godne naszych sportowych ambicji. Najlepszym rozwiązaniem wydał mi się wypad drogą D902 w głąb kanionu Queyras. Do miejsca zwanego Maison du Roi (1057 m. n.p.m.), znajdującego się niespełna 6 km na wschód od miasta. Stąd mogliśmy zacząć podjazd szosą D60 wzdłuż potoku Cristillan. Przy czym naszą wspinaczkę mogliśmy skończyć na dwa sposoby.

Decyzję trzeba było podjąć w pobliżu Ceillac (1640 m. n.p.m.) tj. po przejechaniu pierwszych 8 kilometrów tego wzniesienia. Trzymając się dalej „60-tki” skręcilibyśmy na południowy-wschód. Pojechalibyśmy do kresu narciarskiej Vallon du Melezet kończąc „zabawę” na wysokości 1968 metrów n.p.m. To znaczy po pokonaniu 911 metrów przewyższenia. Ten podjazd ma długość 13,8 kilometra i średnie nachylenie 6,6%. Na ostatnich 4 kilometrach trzyma dość mocno, bo na poziomie 7,7%. Alternatywą był skręt w lewo ku wspomnianej wiosce i jazda na wschód cichszą doliną Cristillan. Ta końcówka jest dłuższa, acz ogólnie łagodniejsza. Niemniej wedle „cyclingcols” szosa dociera tu na wysokość aż 2012 m. n.p.m. Cały podjazd ma zaś 14,6 kilometra i średnią 6,5% przy amplitudzie netto 955 metrów. Z dwojga opcji wybrałem sobie Vallon du Cristillan. Przekonała mnie jej meta na poziomie przeszło dwóch tysięcy metrów. Dario podjął taką samą decyzję. Tak czy owak mieliśmy nieco łatwiejsze zadanie od Tomka. Nasz młodszy kolega „bawił” na szlaku, który od blisko stu lat bywa wykorzystywany na trasach Tour de France. Col du Vars leży między masywami Parpaillon i Escreins. Droga przez nią powstała już w roku 1890 ze względów strategicznych, zaś jej pomysłodawcą był generał Henri Barge. Na „Wielkiej Pętli” po raz pierwszy przetestowano ją w sezonie 1922, gdy pierwszy wjechał tu Belg Philippe Thys. Tak wówczas jak i w późniejszych latach jej losy na tym wyścigu związane były z nieco wyższą i słynniejszą Col d’Izoard. Najczęściej przez obie jeżdżono na odcinkach do Briancon. Po raz ostatni w 2000 roku, na etapie wygranym przez Kolumbijczyka Santiago Botero. Jak dotąd Vars pojawiła się na trasie Touru 35 razy, z czego 13-krotnie w okresie międzywojennym. Jeśli chodzi o lata powojenne to przełęcz była wielce popularna do końca lat sześćdziesiątych, gdy skorzystano z niej 14-krotnie na przestrzeni 23 edycji. Natomiast podczas ostatnich 50 „wcieleń” TdF kolarze zmierzyli się z nią już tylko 8 razy, w tym zaledwie dwukrotnie w XXI wieku.

Organizatorzy TdF znacznie częściej kazali kolarzom wspinać się na Col du Vars od południa. To znaczy krótszym, lecz bardziej stromym podjazdem z doliny Ubaye. Począwszy od roku 1947 wykorzystano go 14 razy. Po raz ostatni w latach 2017 i 2019 na odcinkach do Col d’Izoard oraz Valloire. Przed dwoma laty premię górską wygrał tu Kazachstańczyk Aleksiej Łucenko, zaś podczas tegorocznej edycji Touru Belg Tim Wellens. Północną stroną po raz ostatni wjechano na Vars w trakcie TdF z roku 1993, na etapie do stacji Isola 2000. Wówczas to pierwszy na tej przełęczy pojawił się obecny selekcjoner włoskiej reprezentacji Davide Cassani. Godzi się jeszcze wspomnieć, iż trzem asom udało się zwyciężyć na tej przełęczy dwukrotnie. Dokonali tego: Włoch Bartolomeo Aimo (1925-26), Luksemburczyk Nicolas Frantz (1924 i 1927) oraz Francuz Jean Robic (1947-48). Do jej najsłynniejszych zdobywców należą zaś: Gino Bartali (1938), Ferdi Kubler (1949), Louison Bobet (1950), Fausto Coppi (1951), Charly Gaul (1955) i Joop Zoetemelk (1975). Col du Vars nie jest też obca wyścigowi Dookoła Włoch. Na Giro d’Italia po raz pierwszy wykorzystaną ją w roku 1949, na legendarnym etapie Cuneo-Pinerolo zdominowanym przez Coppiego. Tak w owym roku jak i przy kolejnych okazjach z lat 1964, 1982 i 1996 peleton Giro wjechał na Vars od strony południowej. Jedyna północna szarża miała miejsce podczas „La Corsa Rosa” z sezonu 2016. Wtedy to na etapie z Guillestre do piemonckiego sanktuarium Sant’Anna di Vinadio premię górską wygrał tu Austriak Stefan Denifl. Jak widać kolarska historia tej przełęczy jest bardzo bogata. Zarazem północny szlak prowadzący na nią to nielicha góra. Oficjalnie podjazd ten ma długość 18,8 kilometra przy średniej 5,7%, co daje przewyższenie netto 1076 metrów. Jest dość nieregularny. Amplituda brutto wynosi tu 1112 metrów. Maksymalna stromizna sięga zaś 12%. W rzeczywistości Tomek miał do pokonania jeszcze większy i dłuższy podjazd, bowiem startował z poziomu 972 metrów n.p.m. czyli o 61 metrów niżej niż sugeruje teoria. Zdrowo się przy tym namęczył, bowiem w końcówce natrafił na mocny wiatr z południa. Oficjalny segment przejechał w 1h 19:57 czyli z przeciętną prędkością 14,1 km/h.

Po przybyciu do Guillestre nie podjechaliśmy autem do centrum, lecz zatrzymaliśmy się poniżej miasteczka. Na miejsce postoju wybraliśmy okolice pola kempingowego La Ribiere. Prowadząca do niego wąska dróżka zaczyna się na tym samym rondzie co droga D86, na której późniejszym popołudniem mieliśmy zacząć wspólny podjazd do stacji Risoul. Tomek na Vars ruszył kilka minut po wpół do dwunastej. Ja ku swej górze wystartowałem kwadrans przed popołudniem. Darek tego dnia nawet jak na swoje standardy mocno „zamarudził”, bowiem wsiadł na rower dopiero tuż przed wpół do pierwszą. Wspomniałem już, że nasz podjazd miał się zacząć w Maison du Roi. Tym niemniej to tylko część prawdy, albowiem już na niespełna 6-kilometrowym dojeździe do górskiej drogi D60 mieliśmy do pokonania 85 metrów przewyższenia. Wyjechawszy na szosę D902A od razu należało zrzucić łańcuch na małą tarczę. Na pierwszym kilometrze nachylenie dochodziło do 8%. W tym czasie, odpowiednio po 600 i 850 metrach, minąłem dwa ronda. Na pierwszym można było odbić w lewo ku centrum Guillestre, zaś na drugim w prawo i wzorem Tomka pognać na Col du Vars. My jednak mieliśmy wybrać północny odcinek drogi D902. Przejechałem zatem most na rzeczką Le Rif Biel i niebawem zawróciłem na północ. Podjazd trzymał, acz już znacznie łagodniej, do drugiej połowy trzeciego kilometra. Po przejechaniu 2,8 kilometra teren zrobił się płaski, a nawet lekko zjazdowy. Na początku czwartego kilometra wjechałem w granice Parc Naturel Regional du Queyras. Mogłem sobie przypomnieć początkowy fragment drogi przez ten kanion. Odcinek najbardziej spektakularny tzn. wąski, kręty i zarazem niebezpieczny. Okraszony przejazdem przez Tunnel de Roches Violettes czyli pod Fioletowymi Skałami. Po 16-minutowej rozgrzewce zatrzymałem się u podnóża góry by zrobić kilka zdjęć. Tak na wszelki przypadek, jakby w drodze powrotnej trafiły się gorsze warunki. Pogoda była niepewna. Niebo zachmurzone, zaś temperatura na umiarkowanym poziomie 21 stopni.

Pierwsza faza tej wspinaczki miała być zdecydowanie najtrudniejsza. Początkowy sektor o długości 6,6 kilometra ma tu średnie nachylenie aż 8,3%. Jego najtrudniejszy kilometrowy fragment nawet 9,7%. Na pierwszym kilometrze minąłem sześć wiraży zgrupowanych w trzy odseparowane pary, zaś na drugim sześć kolejnych zakrętów, tym razem zbitych na odcinku ledwie 400 metrów. Okolica nie przypadła mi do gustu. Szare i zwietrzałe zbocza okolicznych gór sprawiały wrażenie jakiegoś pogorzeliska. Dopiero na trzecim kilometrze, gdy droga obrała zdecydowanie wschodni kierunek jej otoczenie stało się bardziej zielone. Podjazd mocno dawał się we znaki do końca jedenastego kilometra czyli przez 5,2 kilometra od Maison du Roi. Dwunasty kilometr mojej trasy wciąż był wymagający, acz już nieco łatwiejszy. Według stravy segment Mont de Ceillac o długości 5,9 kilometra i przewyższeniu 503 metrów przejechałem w 30:26 (avs. 11,7 km/h z VAM 991 m/h). Dario zanotował tu czas 39:42. Po tej wspinaczce mogłem sobie odpocząć na wypłaszczonym dojeździe do Ceillac, gdzie przez 1700 metrów nachylenie było co najwyżej skromne. Przejechawszy 13,8 kilometra zgodnie z planem skręciłem w lewo. Niemniej zamiast już po chwili odbić w prawo na wiodącą przez sam środek wioski Grand Rue, pojechałem prosto uparcie trzymając się Route de Oches. Tym sposobem niebawem znów zacząłem się wspinać, lecz niestety w niepożądanym kierunku. Wjechałem do osady L’Ochette i jej wąskimi uliczkami przez dobry kilometr zamiast na wschód brnąłem na zachód. Podejrzewałem, że coś tu nie gra, lecz pewności nabrałem dopiero gdy dotarłem do kresu Rue de Queyras. Z przypadku zaliczyłem więc miejscową hopkę o długości 1,3 kilometra i przewyższeniu 78 metrów. Nieco sił mnie kosztowała, jako że jej stromizna dochodziła nawet do 13%. Wliczając powrót do Ceillac dodałem sobie zatem 2,6 kilometra dystansu i straciłem około 12 minut czasu.

Tymczasem gdy wróciłem na właściwy szlak tuż za wioską czekał na mnie najtrudniejszy fragment z górnej połowy tego podjazdu. Tablica z napisem „Vallee du Cristillan” mnie ucieszyła. Nieco mniej ścianka, która się za nią kryła. To znaczy 500-metrowy odcinek o średniej stromiźnie 11%, który jednak dość sprawnie pokonałem. Wyżej nie spotkałem już podobnych atrakcji. Nachylenie było zmienne, lecz ogólnie umiarkowane. Kolejne półkilometrowe sektory miały tu nachylenie od 3,4 do 7,2%. Natomiast cały 6-kilometrowy segment powyżej Ceillac średnio 6%. Droga niemal cały czas prowadziła prawym brzegiem potoku Cristillan. Początkowo w kierunku północno-wschodnim, następnie wschodnim, by na ostatnich czterech kilometrach obrać kurs na południowy-wschód. Nawierzchnia szosy była chropowata i ogólnie przeciętnej jakości. Niemniej owe niedogodności były wynagradzane pięknem przyrody. Niewątpliwie ta cicha dolina cieszy się uznaniem wśród amatorów górskich wędrówek. Piechurzy o artystycznych duszach pozostawili tu po sobie figurki stworzone na bazie miejscowych kamieni. Gdy dojechałem do końca asfaltowej drogi mojemu altimetrowi brakowało odrobinę do pułapu dwóch tysięcy metrów. Dlatego zapobiegliwie pokonałem kolejne 350 metrów po szutrze. Zatrzymałem się dopiero przy tablicach z napisem „Parking du Claux” 2040 m. n.p.m. Wedle mapy z programu „veloviewer” ta ścieżka mogła mnie doprowadzić do Cabane de la Lavine czyli na poziom 2160 metrów. Po przygodzie na Col du Gondran nie byłem jednak skłonny do kuszenia losu na kamienistym podłożu. Szybko wróciłem na rozdroże u kresu szosy czyli do parkingu „Torrent des Roussetes”. Ten wedle tabliczki znajduje się na wysokości 2009 metrów. Finałowy segment o długości 6,15 kilometra przejechałem w 26:17 (avs. 14,0 km/h). Darek spędził na nim 33:16. W teorii wspinaczka w głąb Vallon du Cristillan ma mniej niż 1000 metrów przewyższenia. Tym niemniej za sprawą startu w dolnym Guillestre, pomyłki w Ceillac jak i szutrowego dodatku na sam koniec znacząco sobie to wzniesienie powiększyłem. Przejechałem w sumie 23,3 kilometra o łącznej amplitudzie 1151 metrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2450044632

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2450044632

ZDJĘCIA

20190614_001

FILMY

VID_20190614_132944

VID_20190614_135832

VID_20190614_143548

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Vallon du Cristillan została wyłączona

Col de Moissiere

Autor: admin o 13. czerwca 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: La Batie-Neuve (D 214)

Wysokość: 1573 metry n.p.m.

Przewyższenie: 720 metrów

Długość: 9,6 kilometra

Średnie nachylenie: 7,5 %

Maksymalne nachylenie: 13,4 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Wybierając szosowe wzniesienia do programów swych wypraw kieruję się kilkoma kryteriami. Po pierwsze szukam dużych podjazdów. Takich, które zmuszają do pokonania w pionie co najmniej 1000 metrów przewyższenia. Po drugie wysokich, gdzie kres wspinaczki znajduje się na wysokości powyżej 2000 metrów n.p.m. Po trzecie sławnych czyli mających bogatą historię sportową. Najlepiej bywałych na trasach trzech Wielkich Tourów. Niekiedy magnesem dla mnie są jeszcze szczególne walory turystyczne drogi na szczyt czy też jej okolic. Z tego punktu widzenia Col de Moissiere była tu wyjątkiem od reguły. Wjazd na tą przełęcz nie spełniał bowiem żadnego z wyżej wymienionych warunków. Załapała się na moją „listę życzeń” niejako przy okazji. Skorzystała z faktu, iż zwykłem przejeżdżać dwie premie górskie dziennie. Niekiedy bywa zaś tak, iż góra którą koniecznie chcę zaliczyć stoi w odosobnieniu tj. nie ma w swym pobliżu równie godnej „sąsiadki”. Wówczas „biorę na warsztat” wzniesienie mniej wyraziste, lecz znajdujące się przy trasie naszego samochodowego przejazdu. W takiej sytuacji wystarcza, iż owa przygodna premia górska ma minimum 500 metrów amplitudy. Dario tego typu podjazdy ochrzcił kiedyś mianem „zaliczaka”. Przed rokiem we włoskim regionie Veneto „wpadł mi pod nogi” południowy wjazd na Passo di San Antonio, wykonany w drodze powrotnej z Tre Cime di Lavaredo. Z kolei na trzynastym etapie tegorocznego Touru po środkowej części Alp francuskich w tej roli miała wystąpić południowa wspinaczka na przełęcz Moissiere. Niespełna 10-kilometrowy podjazd o przewyższeniu około 700 metrów. Zaczyna się on w La Batie-Neuve, położonym 10 kilometrów na wschód od miasta Gap (stolicy departamentu Hautes-Alpes) czyli w rejonie Gapencais. Miejscowość ta leży przy drodze krajowej N94 i wedle ostatniego spisu ludności ma 2506 mieszkańców. Tym samym ledwo spełnia francuskie warunki do nazwania jej „miasteczkiem”.

Nie musieliśmy go długo szukać. Z Remollon udaliśmy się w drogę powrotną do Embrun, po czym tuż przed skończeniem odcinka na drodze D111 odbiliśmy w boczną D11. Po dotarciu do Avenue Francois Mitterand skręciliśmy w prawo. Podjazd na Col de Moissiere zaczyna się bowiem przy rondzie, na którym stykają się drogi D14 i D214. Wspomniałem już, że nie ma on za sobą większej kolarskiej historii. Można wręcz powiedzieć, że dopiero co został odkryty przez możnych panów z Amaury Sport Organisation. W sezonie 2016 pojawił się na trasie ostatniego etapu Criterium du Dauphine prowadzącego z Le Pont-de-Claix do stacji Superdevoluy. Premię górską pierwszej kategorii usytuowaną na tej przełęczy wygrał wówczas Stephen Cummings. Podobnie zresztą jak kolejną na Col du Noyer. Do mety Anglik dotarł samotnie z przewagą blisko 4 minut nad kolarzami walczącymi o najwyższe miejsca w „generalce” tego wyścigu. Owego dnia najszybsi kolarze z profesjonalnego peletonu na pokonanie segmentu o długości 9,58 kilometra potrzebowali nieco ponad 29 minut. KOM na stravie wciąż należy do Włocha Damiano Caruso. W przyszłym roku ten sam podjazd najprawdopodobniej zadebiutuje w Tour de France. Wszystko wskazuje na to, iż znajdzie się on na trasie czwartego etapu 107. „Wielkiej Pętli” prowadzącego z Sisteron do Orcieres-Merlette. W każdym razie wydaje się być ciekawszą opcją dojazdu do Orcieres niż wykorzystywana dotąd Col de Manse. Moissiere jest od niej zarówno trudniejsza jak i dogodniej położona. Po zjeździe z „naszej” przełęczy w kierunku północno-wschodnim ku dolinie Champsaur. To znaczy przez stację narciarską Ancelle i wioskę Sant-Leger-les-Melezes do Pont-de-Fosse kolarze mają do przejechania tylko 4 kilometry płaskiego terenu, zanim z okolic Pont-de-Corbiere zaczną 11-kilometrową wspinaczkę do stacji Merlette. Przez Col de Moissiere biegnie droga D213T. Przełęcz leży już w otulinie Parku Narodowego Ecrins. Niemniej widoki nie są tu tak majestatyczne jak z drogi prowadzącej na Col du Lautaret. Okoliczne szczyty są bowiem znacznie niższe. W najbliższej okolicy Moissiere najwyższą górą jest L’Aiguille czyli „Igła” wystająca ledwie 2367 metrów n.p.m.

Tym razem jako pierwszy na górski szlak wyruszył Dario. Niespełna dwie minuty po nim wystartował Tommy, zaś ja ze stratą 2:45 do Darka. Mimo dość późnej pory na starcie mieliśmy 30 stopni. Pierwsze 300 metrów były zupełnie płaskie, zaś kolejne 800 przypominały raczej „falsopiano” niż poważny podjazd. Ten zaczął się dopiero na początku drugiego kilometra. Tomka złapałem w miejscowości Borels po przejechaniu 1,9 kilometra. Niebawem za skrzyżowaniem Saint-Pancrace (2,2 km) wjechaliśmy na drogę D214t. Darek utrzymał się na prowadzeniu przez 2700 metrów. Tomek gonił go znacznie dłużej i doszedł dopiero w połowie dziewiątego kilometra. Podjazd był już całkiem solidny. Najłatwiejszy z ośmiu ostatnich kilometrów ma tu średnio 6,7%. Wszystkie pozostałe co najmniej 7,3%. Na początku czwartego kilometra droga odbiła na zachód, zaś w połowie szóstego kilometra przyjęła zdecydowanie północny kierunek. Wkrótce wjechałem na leśny sektor przez Foret de Sapet. Pierwsze dwucyfrowe stromizny zastały mnie pod koniec siódmego kilometra. Według „cyclingcols” trzeci kilometr od końca ma średnio aż 9,2%, zaś przedostatni nawet 10,7%. Nie powiem, dało się to odczuć. Ostatni też początkowo trzymał mocno i dopiero w drugiej części zaczął stopniowo odpuszczać. Niemniej tak naprawdę dopiero finiszowe 200 metrów były z grubsza wypłaszczone. Tomek na tym odcinku popisał się skutecznym sprintem, walcząc o drugie miejsce z napotkanym po drodze grubym niemieckim turystą na „panzer-elektryku”. Cały podjazd o długości 9,42 kilometra pokonałem w 44:23 (avs. 12,7 km/h). Według stravy segment powyżej Borels czyli 7,17 kilometra przejechałem w 36:27 (avs. 11,8 km/h z VAM 985 m/h). Tommy uzyskał na nim czas 43:29, zaś Dario 46:06. Na górnej połówce tego sektora w lesie Sapet spędziłem 20:26 pokonując 3,6 kilometra z prędkością pionową 1012 m/h. Jak dla mnie był to dobry dzień, po specyficznej nocy. Dla obu moich kolegów raczej odpoczynkowy etap. Dodam jeszcze, iż cały wypad na Moisseire czyli wjazd, postój na górze i zjazd zabrał mi ledwie półtorej godziny.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2447820359

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2447820359

ZDJĘCIA

20190613_061

FILMY

VID_20190613_183348

VID_20190613_183903

VID_20190613_184056

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col de Moissiere została wyłączona

Mont Colombis

Autor: admin o 13. czerwca 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Remollon (D 53)

Wysokość: 1734 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1053 metry

Długość: 11,6 kilometra

Średnie nachylenie: 9,1 %

Maksymalne nachylenie: 15,6 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Po noclegu przymusowo spędzonym nad rzeką z samego rana wróciliśmy do Embrun. Miasta, które już sześć razy gościło uczestników Tour de France, acz nigdy nie zorganizowano w nim etapowej mety. Pierwszy etapowy start „Wielkiej Pętli” miał tu miejsce w roku 1973, gdy ruszono w kierunku Nicei. Podczas edycji z roku 2008 aż dwa odcinki zaczynały się w tym mieście. Piętnasty, na którym ścigano się do włoskiej stacji Pratonevoso i siedemnasty z finałem w L’Alpe d’Huez. W sezonie 2013 zaczynała się tu górzysta czasówka do Chorges, zaś w 2017 pagórkowaty odcinek do Salon-en-Provance. Natomiast kilka tygodni po naszej wizycie górski etap osiemnasty do wioski Valloire. W świecie sportu Embrun słynnie przede wszystkim z organizowanego od roku 1984 arcytrudnego triathlonu Embrunman. W ramach 186-kilometrowego odcinka kolarskiego tej imprezy trzeba pokonać słynną przełęcz Izoard. Na śniadanie wpadliśmy tu do kawiarni na miejscowym deptaku. Po nim wznowiliśmy poszukiwania bazy noclegowej na najbliższe cztery doby. Tym razem udało nam się odnaleźć zasugerowany przez infolinę „booking.com” lokal Les Echelettes przy Rue des Quatre Traverses. Miejscówka była całkiem fajna. Przy małym placu w starej części miasta, nieopodal katedry Notre-Dame-du-Real powstałej ma przełomie XII i XIII wieku. Co istotniejsze w domu zastaliśmy gospodarza, z którym udało nam się szybko porozumieć co do warunków wynajmu za niewygórowaną cenę 300 Euro. Parę najbliższych godzin spędziliśmy na regeneracji po trudach poprzedniego dnia jak i minionej nocy. Dopiero około wpół do drugiej opuściliśmy dom by stawić czoło wyzwaniom trzynastego etapu. W rejonie Embrun czekały nas cztery górskie odcinki. Dwa miały być poprzedzone wycieczkami na północ ku Guillestre i dolinie Queyras. Jeden z wypadem na południowe krańce departamentu Wysokich Alp. Natomiast ostatni mieliśmy „odbyć” w najbliższej okolicy naszej siedziby, aby odetchnąć od samochodu przed długą drogą powrotną do Polski. Z uwagi na późną porę uznałem, iż w czwartek najlepiej będzie pokonać stosunkowe krótkie podjazdy pod Mont Colombis i Col de Moissiere.

To oznaczało 45-kilometrowy transfer w kierunku południowo-zachodnim do wioski Remollon, która była „biegunem południowym” naszej wyprawy. Wcześniej na miano „bieguna północnego” zasłużyła miejscowość Allevard u podnóża podjazdu do stacji Super Collet. Większa część tego szlaku wiodła nas na zachód po drodze krajowej N94, której przeznaczeniem jest bardzo dobrze znane z tras TdF miasto Gap – stolica (prefektura) departamentu Wysokich Alp. Za Savines-le-Lac przemknęliśmy na północny brzeg Lac de Serre-Poncon, oddanego do użytku w maju roku 1961 za sprawą tamy o długości 630 i wysokości 124 metrów. To drugie pod względem pojemności (1,272 km3) i trzecie jeśli chodzi o powierzchnię (28,2 km2) sztuczne jezioro w Europie. Zasilane jest wodami rzek La Durance i L’Ubaye. Ma głębokość do 90 metrów i leży na pograniczu departamentów Hautes-Alpes i Alpes-de-Haute-Provence. Następnie tuż przed miejscowością La Batie-Neuve skręciliśmy na południe by spokojniejszymi drogami D942 i D900B dotrzeć na miejsce naszego przeznaczenia. W Remollon czekała na nas Le Mont-Colombis. Wzniesienie, które magazyn Le Cycle uznał niegdyś za jeden z najtrudniejszych francuskich podjazdów w kategorii dystansowej „plus 10 kilometrów”. Redaktorzy tego czasopisma zaliczyli ją do tej samej ligi co znane z Touru wspinaczki na: Grand Colombier, Col du Granon czy Mont du Chat. Punktacja rodem z „cyclingcols” zdaje się potwierdzać te spostrzeżenia. Podjazd ten liczy sobie tylko 11,5 kilometra, a mimo to zmusza do pokonania przeszło 1050 metrów w pionie. Niemal co drugi kilometrowy odcinek męczy tu przeciętnym nachyleniem na poziomie powyżej 10%. Dwukilometrowy segment powyżej wioski Theus ma średnią stromiznę 10,7%, zaś trzykilometrowy finał wzniesienia nawet 11,5%! „Mont” po francusku znaczy „góra”, „szczyt” i tu faktycznie na rowerze można wjechać na sam górski wierzchołek. Przyozdobiony wieżą telekomunikacyjną z przekaźnikiem radiowym oraz radarem służącym do wykrywania opadów atmosferycznych. Ze szczytu tego ochoczo korzystają paralotniarze, zaś turyści podziwiają widoki na góry wymienione na trzech tablicach orientacyjnych oraz jezioro Serre-Poncon.

Dzień był pieruńsko upalny. Na początku całej zabawy mój licznik zanotował 34 stopni, zaś po chwili nawet 35! Nawet na samej górze można by się jeszcze było opalać. Teoretycznie nie moje warunki, ale ostatecznie była to nasza pierwsza góra dnia. Poza tym od przeprowadzki do Le Bourg d’Oisans całkiem dobrze się wysypiałem, więc nie miałem już problemów z regeneracją. Dlatego mimo palącego słońca postanowiłem pojechać odważnie, acz nie brawurowo. Z tyłu głowy cały czas miałem bowiem myśli o stromej końcówce tej wspinaczki. W Remollon zatrzymaliśmy się na poboczu drogi D900B (Route des 3 Alpes) w bezpośrednim sąsiedztwie pierwszych metrów podjazdu zaczynającego się na D53. Na szosę wyjechaliśmy o tej samej porze, lecz zmagania z górą rozpoczynaliśmy pojedynczo. Ruszyłem jako pierwszy, Tomek drugi, zaś Darek tym razem jako ostatni. Na starcie dzieliły nas z grubsza trzy minuty. Wspomniana kolejność utrzymała się na całym szlaku, tylko „wagoniki naszej górskiej kolejki” z każdym kilometrem co raz bardziej się rozjeżdżały. Wystartowałem energicznie korzystając z umiarkowanej stromizny. Na początku drugiego kilometra minąłem drogę Route de Muriers, po czym skręciłem na północ. Pierwsze schody pojawiły się już po przejechaniu 2,3 kilometra na dojeździe do Theus. Przejazd przez tą wioskę naprawdę zabolał. To właśnie na tym odcinku trzeba się zmierzyć z maksymalną na całym wzniesieniu stromizną blisko 16%. Przez chwilę pomyślałem nawet, że cienko ze mną, skoro mocno się tu męczę. Niemniej patrząc na stravę odkryłem później, iż cisnąłem tu całkiem nieźle, bo z VAM na poziomie 1076 m/h. Na krętym odcinku powyżej wioski było wciąż stromo, acz już nieco łatwiej. Niemniej nachylenie na D53T wyraźniej odpuściło dopiero po przebyciu 4,3 kilometra. Najbliższe dwa kilometry z hakiem to była okazja do wyrównania oddechu po trudnej przeprawie na dolnej ścianie, jak również na odpowiednie przygotowanie się do walki z obiektywnie jeszcze trudniejszym finałem.

Dla mnie korzystną okolicznością był fakt, iż góra ta w drugiej połówce stopniowo „przykręcała śrubę”. Nie było gwałtownego przejścia ze środkowego sektora o umiarkowanym nachyleniu od razu w bardzo stromy finał o dwucyfrowych wartościach. Skorzystałem z „przejściówki”. Piąty kilometr od końca miał średnio 8,5%. Natomiast czwarty już 9,5%. Po przejechaniu 7,2 kilometra minąłem ścieżkę do punktu widokowego na Demoisselles Coiffes tj. formacje skalne o stożkowatych kształtach. Tak zwane „bajeczne kominy” powstające na skutek specyficznej erozji. Finałowy sektor na drodze D53A rozpoczął się po minięciu bocznej Route de l’Oratoire. Wkrótce miało się okazać czy zostawiłem sobie dość sił na ładne wykończenie wcześniejszej pracy, czy też może będę tu „cienko śpiewał”. Zrazu można tu było złapać nieco cienia, ale gdy w połowie dziesiątego kilometra droga skręciła na wschód znów jechałem w pełnym słońcu. Wąska dróżka prowadziła teraz trawersem wzdłuż południowego zbocza góry. Przy tym z ładnym widokiem na prawo w kierunku doliny, z której przyjechaliśmy. Przydrożna tablica postraszyła niemal 13%-ową stromizną kolejnego (przedostatniego) kilometra. Na 1300 metrów przed końcem minąłem bramę strzegącą wierzchołka góry, zaś po przejechaniu 10,6 kilometra kapliczkę pod wezwaniem św. Jana. Ostatni kilometr był chyba nieco łatwiejszy niż na profilu, acz na finałowej ściance ku masztom i nadajnikom trzeba się było mocno sprężyć. Choć wspinaczka zgodnie z planem skończyła się w połowie dwunastego kilometra to droga wiodła jeszcze przez dalsze 200 metrów, lecz już po płaskim terenie. Widok u kresu szosy zapierał dech w piersiach, nawet po wyrównaniu oddechu. Według stravy segment o długości 12,06 kilometra pokonałem w 1h 04:20 (avs. 11,2 km/h z VAM 989 m/h). Tommy uzyskał na nim czas netto 1h 13:27, zaś Dario 1h 21:37. Mimo dzielącej nas różnicy kilkunastu kilogramów udało mi się szybciej od kolegów pokonać finałowy sektor o długości 2,66 kilometra i średniej 12%. Spędziłem na nim 17:50 (avs. 9 km/h z VAM 1044 m/h) tj. o 59 sekund mniej od Tomka. Ogólnie poszło mi całkiem nieźle, chyba nawet lepiej niż mogłem zakładać.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2447820386

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2447820386

ZDJĘCIA

20190613_001

FILMY

VID_20190613_154803

VID_20190613_160826

VID_20190613_162759

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Mont Colombis została wyłączona

Col du Gondran

Autor: admin o 12. czerwca 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Briancon (D 902)

Wysokość: 2347 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1137 metrów

Długość: 16,2 kilometra

Średnie nachylenie: 7,0 %

Maksymalne nachylenie: 11,5 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Zjechawszy z Sarenne mieliśmy przed sobą 55 kilometrów na szlaku do Briancon. Górska trasa po drodze D1091 z przejazdem przez Col du Lautaret. Nie śpieszyliśmy się zbytnio. Na kilka kilometrów przed przełęczą zrobiliśmy sobie przystanek foto-video. Powietrze tego dnia było nadzwyczaj przejrzyste. Mogliśmy zatem podziwiać ośnieżone szczyty gór w masywie Ecrins. Przepiękne widoki, których aura poskąpiła nam w niedzielę i poniedziałek. Potem zatrzymaliśmy się jeszcze raz na samej Lautaret, gdzie spotkaliśmy znajomego kelnera z restauracji Hotel des Glaciers. Po zjeździe straciliśmy nieco czasu na ulicach Briancon. W końcu znalazłem jednak miejsce, o którym myślałem. Postój nr 2 wyznaczyłem nam bowiem przy rondzie za rzeką Durance. Na samym początku drogi D902, prowadzącej na Col d’Izoard. Briancon to miasto ciekawe pod kilkoma względami. Słynie z licznych fortyfikacji jakie na początku XVIII wieku wybudował w jego granicach jak i okolicach Sebastien Le Preste de Vauban, architekt i inżynier wojskowy na usługach Króla-Słońce czyli Ludwika XIV. Ze swą starówką na wysokości 1326 metrów n.p.m. uchodzi ono za najwyżej położone miasto we Francji. Tym mianem określane są wszystkie miejscowości mające co najmniej dwa tysiące mieszkańców. Wedle ostatniego spisu Briancon ma ich 12.270, zaś każdej zimy nawet trzykrotnie więcej za sprawą turystów przybywających do ośrodka narciarskiego Serre Chevalier. W mieście tym urodził się Luc Alphand specjalista od narciarskich zjazdów i supergigantów, zwycięzca alpejskiego Pucharu Świata z sezonu 1996/97. Przede wszystkim jednak Briancon to bardzo popularna meta etapowa na trasach Tour de France. Zresztą nie ma się co temu dziwić skoro leży pomiędzy tak legendarnymi przełęczami jak Galibier oraz Izoard. Jak dotąd 33 razy organizowano w tym mieście etapowe finisze „Wielkiej Pętli”. Po raz pierwszy w roku 1922, gdy po inauguracyjnej w dziejach TdF wspinaczce na Izoard wygrał tu znakomity Belg Philippe Thys. Po raz ostatni w sezonie 2007, gdy po solowej akcji przez Galibier triumfował tu Kolumbijczyk Mauricio Soler. Dwa lata wcześniej oglądałem w tym mieście dwójkowy finisz, na którym Kazachstańczyk Aleksander Winokurow ograł Kolumbijczyka Santiago Botero.

Trzykrotnie kończyły się w nim również górskie odcinki Giro d’Italia. W roku 1996 wygrał tu Szwajcar Pascal Richard (siedem lat po podobnym zwycięstwie na etapie Touru), zaś w latach 2000 i 2007 Włosi: Paolo Lanfranchi i Danilo Di Luca. Ostatnie francuskie etapy kończyły się na płaskim terenie w dolnej części miasta, zaś wszystkie włoskie „tappone” w położonej przeszło sto metrów wyżej cytadeli. Podobnie zresztą jak etap TdF z roku 2000 wygrany przez wspomnianego już Santiago Botero czy liczne odcinki Criterium du Dauphine (Libere), w tym ostatni z sezonu 2009 wygrany przez Francuza Pierricka Fedrigo. W Briancon rozdzieliśmy się, bowiem Tomka czekał „lot na księżyc”. To znaczy stroma wspinaczka na Col du Granon (2413 metrów n.p.m.) wiodącą wąską drogą przez skaliste i ogołocone z roślinności pustkowia. Musiał tylko wyjechać z miasta w kierunku północnym i przejechać jakieś 6 kilometrów do podnóża owego podjazdu, przy drodze D234 między miejscowościami Saint-Chaffrey i Chantemerle. Zadanie miał z gatunku trudnych. Sztywne wzniesienie o długości 11,5 kilometra i średnim nachyleniu co najmniej 9%. Wypróbowane na Tour de France tylko raz, bo na siedemnastym etapie z roku 1986. Ten odcinek wygrał Hiszpan Eduardo Chozas z przewagą 6:26 nad Szwajcarem Ursem Zimmermann’em i Amerykaninem Gregiem Lemond’em. To tutaj pożegnał się z trykotem lidera i nadziejami na swą szóstą wiktorię sławny Bernard Hinault. Granon zyskała zaś na kolejne ćwierćwiecze miano najwyższej etapowej mety w historii Touru. To jest do czasu wytyczenia finiszu na Col du Galbier podczas TdF 2011. Tommy na Granon spisał się bardzo dobrze. W drodze na szczyt połknął pewnego francuskiego amatora, któremu nie pomogła nawet asysta wozu technicznego. Nasz kolega na dystansie 11,29 kilometra uzyskał czas 1h 01:35 (avs. 11,3 km.h z VAM 1041 m/h). Z ciekawości spojrzałem w „archiwa” jak mi i Darkowi się tu powiodło przed dziesięcioma laty. Ja wykręciłem czas 55:43 z VAM na nieosiągalnym dziś poziomie 1133 m/h, zaś Dario też ładny wynik 58:52. Tommy miał jednak nieco trudniej, bowiem czuł w nogach Col de Sarenne, podczas gdy my ową wspinaczkę poprzedziliśmy znacznie łatwiejszym wjazdem na Col de Montgenevre.

Dla siebie i Darka wyszukałem w „archivio salite” wspinaczkę na Col du Gondran (2347 m. n.p.m.). Niemniej nie mogłem być pewien czy jest to podjazd szosowy. Pozytywną odpowiedź znalazłem jednak w artykule ze strony „alpes4ever.com”. Zapewniano tam, iż jedna z trzech dróg, a mianowicie zachodnia, wiedzie po asfalcie choć nie najlepszej jakości. Czekało nas 16-kilometrowe wzniesienie o przewyższeniu 1135 metrów to jest o średnim nachyleniu 7,1 i maksymalnym 11,5%. Kilka minut przed siedemnastą ruszyliśmy w górę D902, jako że pierwsze kilometry tej wspinaczki pokrywają się z północnym Col d’Izoard. Wystartowałem całkiem mocno. W przeciwieństwie do Darka, który tego dnia obie góry brał na spokojnie. Po przejechaniu 3,3 kilometra czyli segmentu po gładkim asfalcie miałem już nad nim przewagę 4:25. Niestety szosa na drodze wojskowej „Route strategique de la Cerveyrette” bardziej straszyła niż umożliwiała płynną jazdę. Miejscami była kiepska, innym razem fatalna, a gdzieniegdzie jedynie wspomnieniem. W najsłabszych miejscach był to po prostu kamienisty dukt. Po przejechaniu 6,2 kilometra i zrobieniu 424 metrów w pionie, na odcinku przed Fort d’Anjou, przeciąłem oponę i usłyszałem wystrzał dętki. Co prawda miałem drugą w zapasie, ale biorąc pod uwagę stan opony musiałem zrezygnować z dalszej wspinaczki. Poczekałem na Darka, który dotarł w to miejsce po ośmiu minutach. Przejąłem od niego klucze do samochodu, po czym po zmianie ogumienia jak najostrożniej zjechałem do Briancon. Udało mi się dotrzeć do auta o wpół do siódmej, bez żadnych złych przygód. Tym samym w naszym przypadku sprawdziło się rosyjskie przysłowie: „tiszej jediesz, dalsze budiesz”. Dario nieśpiesznie, acz uparcie zmęczył całą górę. Ba, nie poprzestał na dojechaniu na Col de Gondran. Pociągnął aż do Fortu Gondran przy Sommet des Anges. Zatrzymał się dopiero na wysokości około 2440 metrów n.p.m. Ogólny dystans 16,8 kilometra pokonał w 1h 47:26 (avs. 9,4 km/h). Na szczycie zrobił ponoć wiele ślicznych zdjęć. Niestety te obrazy pozostaną tylko w jego pamięci, bowiem jak wszystkie fotki kolegi z pierwszych 12 dni tej wyprawy przepadły „na amen” po awarii karty Darkowym Samsungu.

Czekając na przyjazd kolegów przeglądałem w komórce wieści z internetu. Był to akurat dzień, w którym fatalny upadek na rozgrzewce przed czasówką Delfinatu zaliczył Chris Froome. Tommy nadjechał całkiem szybko, bo kwadrans po dziewiętnastej. Na Darka czekałem znacznie dłużej, ale wiedząc z czym na zjeździe będzie miał do czynienia wiedziałem, iż musimy się uzbroić w cierpliwość. Ostatecznie Dario dotarł do Briancon około wpół do dziewiątej. Czym prędzej zapakowaliśmy się do samochodu, by ruszyć w dalszą drogę do bazy nr 3 w Embrun. Mieliśmy do przejechania kolejne 47 kilometrów czyli było więcej niż pewne, iż „wylądujemy” tam po godzinie 21-wszej. Na miejscu czekały nas same niemiłe niespodzianki. Najpierw ciężko było odnaleźć wskazany adres na mapce z „booking.com”. Dzięki wskazówkom pewnej niewiasty udało mi się namierzyć właściwy blok. Gdy dostaliśmy się na jego klatkę schodową i namierzyliśmy mieszkanie okazało się, iż przed kilkoma miesiącami zmienili się jego właściciele. Nowi nie wystawili zaś tego lokalu do wynajmu na holenderskim serwisie. Natomiast  „booking” najwyraźniej zapomniał zdjąć tą ofertę ze swego „afisza” i ten sposób wpakował nas na minę. Zacząłem dzwonić na ich infolinię. Jej polska wersja językowa już dawno „poszła spać”, więc trzeba było się dogadywać z anglojęzyczną centralą. Skasowali trefną rezerwację, zaś wpłaconą „kasę” zwrócili po paru dniach. Niemniej nie mieli dla nas w zanadrzu jakieś sensownej alternatywy. Pierwsza propozycją był apartament w Risoul czyli za daleko i za wysoko by miało sens się fatygować. Druga dotyczyła lokalu na starym mieście w Embrun. Niemniej po nocy mimo długiego biegania po okolicy nie udało nam się go znaleźć. Koniec końców około drugiej w nocy zmęczeni, głodni, wkurzeni i zniechęceni postanowiliśmy zawiesić nasze poszukiwania do rana. Wyjechaliśmy z miasta i zjechaliśmy ku dolinie w poszukiwaniu cichej miejscówki na noc. Spędziliśmy ją w samochodzie, szybko uśpieni tak trudami dnia jak i szumem bystrego nurtu rzeki Durance. Przyznam, że pomimo niewygód tego noclegu lepiej się tu wyspałem niż przez niektóre noce w gorącym Echirolles.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2447820293

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2447820293

ZDJĘCIA

20190612_057

FILMY

Col du Lautaret

VID_20190612_153255

VID_20190612_154221

Col du Gondran

VID_20190612_175152

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col du Gondran została wyłączona

Col de Sarenne

Autor: admin o 12. czerwca 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Le Freney-d’Oisans (D 1091 & D25)

Wysokość: 1999 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1072 metry

Długość: 15,6 kilometra

Średnie nachylenie: 6,9 %

Maksymalne nachylenie: 14,7 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Środa była dniem naszej drugiej przeprowadzki. Z Le Bourg d’Oisans przenosiliśmy się do Embrun. Czekał nas transfer znacznie dłuższy, a przy tym bardziej skomplikowany niż w minioną sobotę. Do przejechania samochodem mieliśmy 113 kilometrów. Po drodze zaś nie jeden, lecz dwa kolarskie przystanki. Mój oryginalny plan zakładał postoje w słynnym Briancon oraz położonej nieco dalej na południowy-zachód Vallouise. To pierwsze miasto miało być linią startu do wspinaczki na „tajemniczą” Col du Gondran (2347 m. n.p.m.). Natomiast druga miejscowość punktem wypadowym do tolerancyjnego dla nóg i szczodrego dla oczu 13-kilometrowego podjazdu Pre de Madame Carle z finałem przy Refuge Cezanne. Z tej mety mieliśmy podziwiać najwyższe szczyty masywu Ecrins, przede wszystkim Barre des Ecrins i Mont Pelvoux. Tym niemniej kiepska tak w poniedziałek jak i wtorek pogoda w rejonie Bourg d’Oisans „pomieszała mi szyki”. Nie dane nam było w tych dniach zaliczyć wjazdu na Col de Sarenne. Stromego podjazdu o niezaprzeczalnym uroku, który w ostatniej dekadzie w końcu pokazał się kolarskiemu światu. Nie chcąc pominąć tego punktu naszego programu uznałem, że warto będzie wykonać tą wspinaczkę jako pierwszą na trasie dwunastego etapu naszej podróży. Tym samym trzeba było z czegoś zrezygnować w dalszej części owego przejazdu. Padło na podjazd pod Pre Madame Carle. Poniekąd z uwagi na fakt, iż był poza głównym szlakiem transferu czyli wymagał dodatkowych kilometrów w aucie. Poza tym miał mieć ledwie 700 metrów amplitudy podczas gdy znajdujące się w pobliżu Gondran (dla mnie i Darka) oraz Col du Granon (dla Tomka) na pewno przeszło 1000 metrów przewyższenia. Tym samym pierwszy przystanek na naszej środowej trasie zrobiliśmy sobie już po 12 kilometrach. Wschodni podjazd na Col e Sarenne zazwyczaj liczony jest z poziomu 1045 m. n.p.m. przy sztucznym Lac de Chambon. Niemniej dojeżdżając w te okolice od zachodu siłą rzeczy całą wspinaczkę zaczyna się przeszło 300 metrów niżej, a mianowicie w Le Clapier d’Auris. To znaczy w tym samym miejscu co południowo-zachodni wjazd na Col du Galibier.

My poszliśmy na kompromis z tymi okolicznościami. Zaproponowałem kolegom start w leżącej na wysokości blisko 930 metrów n.p.m. miejscowości Le Freney d’Oisans. Tym sposobem mogliśmy uniknąć kilku kilometrów wspinaczki na ruchliwej drodze D1091, lecz wciąż „zrobić” wzniesienie o amplitudzie ponad 1000 metrów. Tak to klasyczny podjazd na Col de Sarenne wydłużyliśmy sobie o 2,7 kilometra oraz jakieś 115 metrów przewyższenia. Owa „klasyka” liczy zaś 12,8 kilometra i prowadzi na przełęcz drogami D25 oraz D25A przez miejscowości Mizoen, Clavans-le-Bas i Clavans-le-Haut. Istnieje rzecz jasna przeciwległa droga dostępu. Zachodnia, znajdująca się niejako na „zapleczu” słynnego podjazdu do stacji L’Alpe d’Huez. To jednak krótki podjazd o długości zaledwie 3,2 kilometra przy średniej 7,8% i max. 9,8%. Na wielkich wyścigach kolarskich Sarenne zadebiutowała w sezonie 2013. W owym roku zdobyto ją dwukrotnie od łatwiejszej zachodniej strony. Najpierw w trakcie czerwcowego Criterium du Dauphine, na etapie siódmym do stacji Superdevoluy wygranym przez Hiszpana Samuela Sancheza. Na premii górskiej pierwszy był tu Belg Kevin Seeldraeyers. Przeszło miesiąc później na trasie jubileuszowej 100. edycji Tour de France „zahaczenie” o Sarenne umożliwiło organizatorom przeprowadzenie etapu z dwoma wspinaczkami pod L’Alpe jednego dnia! Pierwsza kończyła się nieco przedwcześnie, bo na wysokości 1765 m. n.p.m., zaś druga blisko sto metrów wyżej, na dobrze znanej finiszowej prostej. Pomiędzy nimi był zaś wspomniany 3-kilometrowy dodatek w postaci zachodniej Sarenne. Premia górska drugiej kategorii, którą wygrał Amerykanin Tejay Van Garderen. Jednak to nie on został bohaterem dnia. Podczas finałowej rozgrywki niespodziewanie ograł go Francuz Christophe Riblon. Faworyt gospodarzy zdystansował „Yankesa” o 59 sekund i Włocha Moreno Mosera o 1:27. Wschodni podjazd na Sarenne czyli ten „nasz” przetestowano na Dauphine dopiero z roku 2017. Na etapie siódmym do L’Alpe d’Huez. Pierwszy tak na premii jak i zlokalizowanej 14 kilometrów dalej mecie był zawodnik Team Sky Peter Kennaugh.

Po dojechaniu do Le Freney zatrzymaliśmy się nieco na uboczu. Przy drodze D211a, nad brzegiem La Romanche, w miejscu gdzie zaczyna się nieregularny około 12-kilometrowy podjazd do stacji narciarskiej Auris d’Oisans (1595 m. n.p.m.). Naszą „mokrą robotę” na drodze D1091 niczym bohaterowie westernu zaczęliśmy w samo południe. Razem, lecz tylko przez chwilę. Tradycyjnie już ruszyłem mocniej niż moi koledzy. Tomek też zaczął dość żwawo, ale pogubił się dojechawszy do jeziora. O mały włos nie ruszył do Les Deux Alpes. Ostatecznie spadł na trzecie miejsce za spokojnie jadącego Darka. U progu właściwej wspinaczki na przełęcz Sarenne miałem nad każdym z nich blisko dwie minuty przewagi. Pierwszy kilometr na drodze D25 zrobił na mnie niemiłe wrażenie. Kawał stromej ściany o średnim nachyleniu 10,5%. Nieźle mnie przyhamował, acz ponoć pokonałem go z VAM na poziomie 1122 m/h. Dwieście metrów dalej (pod koniec czwartego kilometra całej wspinaczki) byłem już we wsi Mizoen, za którą teren znacznie złagodniał. W połowie piątego kilometra trafił się nawet dość ostry zjazd o długości 400 metrów, a za nim drastyczne przejście w kolejną stromą ściankę. Przy rozjeździe do Besse (6,2 km) przegoniłem grupkę anglojęzycznych amatorów. Po przejechaniu 7 kilometrów byłem już w Clavans-le-Bas, gdzie minąłem przydrożną biblioteczkę. Ot ciekawy wynalazek kulturalny. Tymczasem za moimi plecami korzystając ze słonecznej aury Tommy wszedł na wysokie obroty. Szybko zgubił Darka i rozpoczął zdecydowany pościg za mną. Dodam, że na starcie pod w końcu błękitnym niebem mieliśmy tu 21, w trakcie wspinaczki maksymalnie 25, zaś na mecie wciąż 23 stopni! Druga faza wspinaczki skończyła się na wirażu w lewo przed Clavans-le-Haut (8,4 km). „Bury” tracił tu do mnie 1:45, zaś Dario już 8:40. Do przełęczy brakowało nam siedmiu kilometrów. Cały ten segment miał mieć średnio 8,5%, zaś ostatnie 4000 metrów nawet 9,2%. Dla Tomka był to wymarzony teren do skutecznej pogoni. Moja przewaga z dolnego odcinka szybko topniała, co widać dopiero po wglądzie w Strava Flybys.

Niemniej nawet wiedząc o tym pościgu raczej nie byłbym w stanie przyśpieszyć. Starałem się trzymać równe tempo, no i podziwiałem okoliczności przyrody. Spodobał mi się elegancki lasek na szóstym kilometrze od końca. Potem na jednym z wiraży moją uwagę przykuł dom z kamienia wybudowany w cieniu wielkiego głazu. Natomiast na finałowym odcinku warto było rzucić okiem na wiecznie białe szczyty masywu Ecrins widoczne po lewej stronie. Tommy dopadł mnie niespełna trzy kilometry przed końcem. Tuż po zakończeniu najbardziej krętego odcinka. Sektora z dziewięcioma zakrętami na przestrzeni ledwie 1800 metrów. Na chłodnym Sabot mogłem dyktować swoje warunki. Za to na ciepłej Sarenne byłem w stanie tylko przez kilkaset metrów wytrwać na kole młodszego kolegi. Pod koniec trzymastego kilometra dałem za wygraną. Po czternastu traciłem do niego już 40 sekund, zaś na przełęcz wjechałem ze stratą 1:10. Dariusz „sprężył się” dopiero na ostatnich kilometrach wzniesienia, więc na jego przyjazd czekaliśmy niemal kwadrans. Całą naszą trasę przejechałem w 1h 11:24 ze średnią prędkością 13 km/h. Na segmencie obejmującym 12,92 kilometra powyżej Lac de Chambon Tomek uzyskał czas 58:16. Ja potrzebowałem na to 1h 01:24, zaś Darek 1h 14:24. Na stravie KOM należy do Niemca Emmanuela Buchmanna z Bora-Hansgrohe, który podczas CdD 2017 pokonał ten dystans w 39:11. Cztery finałowe kilometry Tommy pokonał w 21:10, ja w 23:04 (avs. 10,5 km/h z VAM 967 m/h), zaś Dario w 25:36. Ogólnie na siedmiu kilometrach powyżej Clavans-le-Haut straciłem do Tomka trzy minuty. Na przełęczy zastaliśmy całkiem sporą grupę amatorów dwóch kółek. Podobnie jak my korzystających z wybornej pogody i nie palących się do opuszczenia tej ciepłej miejscówki. Zjazd, którego bali się niektórzy uczestnicy TdF 2013 nie wyglądał na jakoś szczególnie niebezpieczny. Niemniej to być może tylko moja turystyczna perspektywa. Do auta dotarłem o 14:42. Tymczasem do przejechania na jego pokładzie zostało nam przeszło 100 kilometrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2447820422

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2447820422

ZDJĘCIA

20190612_001

FILMY

VID_20190612_131942

VID_20190612_132416

VID_20190612_143307

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col de Sarenne została wyłączona