banner daniela marszałka

Super Collet

Autor: admin o środa 5. Czerwiec 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Allevard (D 525A & D109)

Wysokość: 1635 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1170 metrów

Długość: 15,3 kilometra

Średnie nachylenie: 7,6 %

Maksymalne nachylenie: 12,1 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Po przeszło czterech dniach kręcenia się po alpejskim przedgórzu w końcu wjechaliśmy w teren, który geografowie nazywają Alpami właściwymi. Na piątym etapie mieliśmy bowiem poznać dwa podjazdy w paśmie Belledonne należącym do Alp Delfinackich. Tutejsze góry z najwyższym szczytem Gran Pic de Belledonne (2977 m. n.p.m.) sięgają niemal trzech tysięcy metrów. Natomiast wierzchołki w masywach Vercors i Chartreuse, które zwiedzaliśmy od piątku do wtorku co najwyżej nieznacznie przekraczają wysokość dwóch tysięcy. W naszych warunkach byłyby równe tatrzańskim szczytom. Niemniej w Alpach ich rozmiar nie robi wrażenia i tym samym oba pasma otaczające Grenoble zaliczane są do grup górskich z kategorii Prealpes. Tym niemniej z naszego (szosowego) punktu widzenia niewiele się zmieniło. Okoliczne góry może i były wyższe, ale nasze oba środowe wzniesienia kończyły się na wysokości podobnej do tej z Source de la Moliere czy Charmant Som. Na pierwszy ogień poszła wspinaczka do stacji Super Collet, rozpoczynająca się w miasteczku Allevard położonym z grubsza w połowie drogi z Grenoble do Chambery. Natomiast w drodze powrotnej do bazy zatrzymaliśmy się w pobliżu Uriage-les-Bains, by pokonać jeden z dwóch tamtejszych podjazdów do znanego z tras Tour de France ośrodka narciarskiego Chamrousse. To drugie wzniesienie było dłuższe i większe, więc nieco zaryzykowałem proponując swym kolegom taką właśnie kolejność zwiedzania. Od razu dodam, iż słono zapłaciłem za swój wybór, ale na szczegóły przyjdzie czas w kolejnym odcinku tej opowieści. Jak dotąd niewiele miałem okazji do kolarskiej wspinaczki w masywie Belledonne, z czego po zachodniej stronie tego pasma poznałem tylko jedno wzniesienie. Przed dwoma laty na wyprawie po Sabaudii zaliczyłem przeszło 16-kilometrowy wjazd z La Rochette do upadłej stacji Val Pelouse. Podjazd ten „zrobiłem” w towarzystwie Romka Abramczyka. Niemniej Dario i Tommy też pokonali wtedy tą ciężką górę. Wszystkim nam najbardziej dał się jednak wówczas we znaki chłodny zjazd w ulewnym deszczu.

Tym razem prognozy były słoneczne. Martwić się mogłem jedynie o to by nie było zbyt ciepło. Przeszło 15-kilometrowy podjazd do Super-Collet jest niewątpliwie wymagający, szczególnie w środkowej fazie, gdzie trzeba pokonać 7-kilometrowy odcinek ze średnim nachyleniem aż 9%. Stacja Collet d’Allevard powstała już w roku 1955, ale swe aktualne rozmiary wraz z ośrodkiem Super-Collet osiągnęła dwadzieścia lat później. W przeciwieństwie do La Ruchere służy fanom narciarstwa alpejskiego. Jest tu w sumie 28 tras zjazdowych o łącznej długości ponad 35 kilometrów. Teren obsługują 4 linie kolei krzesełkowej, 6 orczyków, zaś w budowie jest kolejka gondolowa. Szusować można na wysokościach od 1450 do niemal 2078 metrów n.p.m. Tour de France nigdy nie testował tej góry. Niemniej do poziomu Collet d’Allevard ścigano się tak na Tour de l’Avenir jak i przede wszystkim Criterium du Dauphine Libere. Na „Tourze Przyszłości” w roku 1976 zorganizowano tu 12-kilometrową czasówkę, którą z czasem 35:19 wygrał Francuz Gilbert Chaumaz. Natomiast popularny „Delfinat”, będący dziś najbardziej prestiżową tygodniową etapówką, wizytował to wzniesienie aż trzy razy. Dwa razy w pierwszej połowie lat 90-tych i po raz trzeci u progu aktualnej dekady. W roku 1992 etap do Collet d’Allevard wygrał Kolumbijczyk Martin Farfan, który na finiszu wyprzedził Francuzów Luka Leblanca i Charliego Motteta. Ten drugi wygrał potem cały ów wyścig po raz trzeci w swej karierze. Z kolei w sezonie 1994 najszybciej do mety dotarł tu po solowej akcji 30-letni „neo-profi” Francuz Pascal Herve. Wyprzedził on swych rodaków: Ronana Penseca oraz Richarda Virenque’a. Na szóstym miejscu finiszował późniejszy triumfator wyścigu Szwajcar Laurent Dufaux. W końcu zaś w 2011 roku nie było mocnych na Katalończyka Joaquina Rodrigueza. „Purito” o 31 sekund wyprzedził Holendra Roberta Gesinka i o 39 Belga Jurgena Van den Broecka. Tymczasem lider Bradley Wiggins przyjechał szósty, ale zadowolony bo o 15 sekund powiększył przewagę nad swym najgroźniejszym rywalem Cadelem Evansem.

Ciekawostkę stanowi fakt, iż wspomniany etap CdDL z roku 1994 rozpoczynał się w naszym Echirolles. Dzień wcześniej etap do miasta pełniącego rolę naszego gospodarza wygrał Francuz Emmanuel Magnien przed takimi sławami jak Sean Kelly i Greg Lemond, zaś piąty finiszował nasz Cezary Zamana. Po dojechaniu do Allevard zatrzymaliśmy się na samym początku podjazdu. W zatoczce przylegającej do pierwszego zakrętu na drodze D525a. Tym niemniej start wspinaczki wyznaczyliśmy sobie nieco niżej, bo na moście ponad rzeczką Le Breda. Dla odmiany od scenariusza z dwóch poprzednich dni tym razem to ja ruszyłem pierwszy. Wystartowałem niemal kwadrans po jedenastej, przy niezbyt przyjemnej dla mnie temperaturze 30 stopni. Tomek początkowo chciał pognać za mną po kolejnych 3 minutach, ale ostatecznie poczekał na Darka. Tym samym obaj ruszyli niespełna 10 minut po mnie. Pierwsze 1400 metrów tego podjazdu prowadzi po szosie 525a. Następnie na wysokości dokładnie 555 metrów n.p.m. dojeżdża się do rozjazdu. Wspomniana droga wiedzie dalej prosto (opcja prawa) do stacji narciarskiej Le Pleynet – les Sept Laux (1445 m. n.p.m.). To długi, lecz łagodny podjazd o długości 22,3 kilometra i średnim nachyleniu ledwie 4,4%. Zdecydowanie łatwiejszy od naszego „faworyta”. Niemniej to właśnie on z dwojga zaczynających się w Allevard ma chrzest na TdF za sobą. W 1981 roku w owej stacji zakończył się etap osiemnasty, wygrany podobnie jak i cały ten wyścig, przez dominatora Bernarda Hinault. Przymierzając się do tej wyprawy uznałem jednak, iż na Le Pleynet przyjdzie jeszcze czas w dalszej przyszłości. Na razie trzeba zaś sobie stawiać ambitniejsze cele. Chcąc dotrzeć do Super-Collet należało tu odbić w lewo na szosę D109. Warto przy tym było rzucić okiem na pierwszą z serii zielonych tablic informujących co nas czeka na kolejnych 14 kilometrach. Droga wiła się po dość rzadko rozrzuconych wirażach. Na dojeździe do Collet d’Allevard było ich łącznie jedenaście. W połowie trzeciego kilometra minąłem boczną dróżkę do osady Le Guillet, zaś kilkaset metrów dalej wjechałem w teren zalesiony.

Na piątym kilometrze miał się zacząć najbardziej wymagający, środkowy segment tego wzniesienia. Stromizna tego sektora z pewnością nie zawiodła. W praktyce było jeszcze trudniej niż w teorii, bowiem pech chciał, iż trafiliśmy na remont drogi. Otóż na okres od 4 do 17 czerwca czyli dzień przed naszym przybyciem wysypano grys, mający przyszłościowo wzmocnić tą szosę. Na razie jednak był on luźny, więc wspinaczka po takiej nawierzchni bardziej przypominała jazdę po szutrze niż asfalcie. Jednym słowem jechało się tu ostrożniej i co za tym idzie wolniej, z uwagi na słabszą przyczepność opon do nawierzchni. Tego rodzaju kamyczkami potraktowano aż 4-kilometrowy odcinek drogi od połowy piątego do połowy dziewiątego kilometra. Przetrwałem tą niemiłą niespodziankę i w niezłym rytmie po około godzinie jazdy dotarłem do Collet d’Allevard (11,3 km). Według stravy ten segment pokonałem w czasie 1h 00:13. Tomek, który w połowie drugiego kilometra zaczął odjeżdżać Darkowi potrzebował na dotarcie w to miejsce 59:14, zaś Dario który dość szybko odpuścił uzyskał tu wynik 1h 13:00. Pod koniec dwunastego kilometra na wylocie z owej stacji można było odsapnąć na 400 metrach łatwiejszego terenu. Wraz z początkiem trzynastego kilometra podjazd odżył. Najpierw przez półtora kilometra nachylenie było umiarkowane rzędu 6%, by w końcówce po minięciu drogi do małej stacji Pre Rond przez kolejny kilometr trzymać już na poziomie 7,8%. Ostatnią kwartę tego wzniesienia pojechałem już spokojniej by nieco energii zachować na drugi z podjazdów. Wszelkie wymagania skończyły się pod koniec piętnastego kilometra. Finałowe 400 metrów prowadziło już po płaskim, a miejscami nawet lekko w dół. Na dotarcie do Super-Collet potrzebowałem 1h 18:17 (avs. 11,8 km/h). Tomek dojechał na górę po sześciu minutach czyli odrobił do mnie blisko cztery, większość z tego na ostatnich 4 kilometrach. Na Darka czekałem przeszło 24 minuty, więc de facto nadrobiłem niemal kwadrans. Niemniej Dario wyraźnie oszczędzał tu siły, by swą ripostę zaprezentować nam podjeździe do Chamrousse.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2426596864

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2426596864

ZDJĘCIA

20190605_001

FILMY

VID_20190605_111204

VID_20190605_130200