banner daniela marszałka

Archiwum dla Czerwiec, 2013

9 etap: Borgata Villar – Sestriere

Autor: admin o 30. czerwca 2013

TRASA ETAPU 9 > https://www.strava.com/activities/69725249

Po ciężkim nie tylko ze względu na ciężkie podjazdy, ale przede wszystkim warunki drogowe ósmym etapie przyszedł czas na odcinek dziewiąty, który w teorii wyglądał na królewski. Podobnie jak etap siódmy miał on mieć trans-graniczny charakter, przy czym tym razem granicę między Italią a Francją przekroczyć mieliśmy dwukrotnie. Po starcie we Włoszech trzeba było przejechać około 60 % całego odcinka na ziemi francuskiej, po czym wrócić na „terra italiana” już po przejechaniu trzeciej przełęczy, Początkowo przewidywałem metę tego etapu w Cesana Torinese, lecz przy szukaniu dla nas noclegu okazało się, iż znacznie łatwiej znaleźć lokum w górskiej stacji Sestriere. W ten sposób wydłużyłem ów odcinek o ponad 10 kilometrów i lekką ręką dodałem do naszego programu blisko 700 metrów przewyższenia. Tymczasem nawet bez owej finałowej wspinaczki ów etap po Alpach Kotyjskich z łącznym przewyższeniem około 3500 metrów i przejazdem przez przełęcze: Agnello (2748 m. n.p.m.), Izoard (2361 m. n.p.m.) oraz Montgenevre (1854 m. n.p.m.) zaliczałby się do grona tych bardziej wymagających na całym naszym szlaku. Wrzucając do naszego menu dodatkowe wzniesienie stworzyłem potwora, który dał nam dawkę wspinaczek godną ciężkiego „granfondo”. Całe szczęście, że dwie najtrudniejsze przeszkody na niedzielnej trasie mieliśmy pokonać w pierwszej połowie tego ekstremalnego etapu. W zasadzie każdy z czterech podjazdów zdążyłem już poznać podczas swych wcześniejszych wypraw, więc zdawałem sobie sprawę ile sił będzie nas kosztować samo dotarcie do Briancon. Pozostało mieć nadzieję, że zostanie nam po tym jeszcze trochę mocy na wyjechanie z Francji i dobicie do Sestriere.

Darek przy asyście Adama zdołał się uporać ze swym sprzętowym problemem ostatecznie wymieniając piastę w tylnym kole swego roweru. Piotr na trasę ruszył jako pierwszy. Darek zanim, po czym około 10:30 przyszła pora na mnie i Adama. Romek stwierdził, że tego dnia podjedzie przede wszystkim legendarny czyli południowy Izoard oraz jeśli starczy czasu finałowy podjazd do Sestriere. Po krótki zjeździe do drogi SP105 ruszyliśmy w górę Valle Varaita. Przez pierwsze osiem kilometrów do Casteldelfino mieliśmy do pokonania ledwie 260 metrów przewyższenia. Był to więc jedynie delikatny wstęp do prawdziwej wspinaczki. Kilkaset metrów za tą miejscowością na wirażu należało skręcić w prawo, by opuścić dolinę Varaita i pojechać na północ w kierunku przełęczy Anielskiej. Gdybyśmy zjechali w lewo i pojechali dalej na zachód nasza przejażdżka skończyłaby się w Sant’Anna di Bellino (1842 m. n.p.m.) u kresu wspomnianej doliny. Tamże zakończył się siedemnasty etap Giro d’Italia z 1993 roku wygrany przez Marco Saligariego. W okolicy Casteldelfino, gdzie wraz z Piotrem zaczynałem pięć lat wcześniej swe pierwsze spotkanie z Colle dell’Agnello złapaliśmy Darka. Przez moment zwolniliśmy starając się wyczuć czy Dario będzie tego dnia jechać naszym tempem, choćby tylko w pierwszej, łatwiejszej fazie tego podjazdu. Cały podjazd od Villar miał mieć 29,5 kilometra o średnim nachyleniu 5,8 % czyli przy przewyższeniu 1714 metrów. Niemniej zdecydowanie najtrudniejsze są ostatnie 9,5 kilometra za wioską Chianale. Tym niemniej Dario dał nam znać, że nie czuje się najlepiej, więc uznaliśmy że pojedziemy swoje i najwyżej poczekamy na samej przełęczy lub już po francuskiej stronie Agnello w dolinie Queyras. Warto przy tej okazji wspomnieć, iż Colle dell’Agnello jest najwyższą graniczną przełęczą drogową pomiędzy Włochami a Francją. O blisko czterysta metrów przerasta ona drugą pod tym względem Colle della Lombarda.

Na wyścigu Giro d’Italia pojawiła się dotąd trzykrotnie, za każdym razem w swej południowej czyli włoskiej opcji. Po raz pierwszy w 1994 na etapie do Les Deux Alpes. Co ciekawe ojcem chrzestnym tego morderczego podjazdu został nie żaden wybitny góral, lecz wszechstronny sprinter Stefano Zanini. Następnie w latach 2000 i 2007 na etapach do Briancon jako pierwsi linię górskiej premii przekraczali tu Kolumbijczyk Chepe Gonzalez i mało znany Francuz Yoann Le Boulanger. Na swój debiut w Tour de France przełęcz ta czekała kilkanaście lat dłużej, ale za to szybko odkryła przed uczestnikami tej imprezy obie swe strony. Najpierw w 2008 roku na etapie do piemonckiego Pratonevoso jechano od północy i najszybszy był Bask Egoi Martinez. Natomiast trzy lata później na etapie do Col du Galibier, pamiętnym ze śmiałego ataku Andy Schlecka, pierwszy od południa wspiął się tu Kazach Maksim Igliński. Po pokonaniu trzech dość wymagających kilometrów dotarliśmy do sztucznego jeziora czyli Lago di Castello. Tuż za nim znajduje się miejscowość Pontechianale, w której zakończono skrócony przez lawinę etap Giro z roku 1995. Za nią jeszcze jeden trudniejszy kilometr już po drodze SP251. Następnie cztery łatwe kilometry pozwalające złapać głębszy oddech przed finałem, który stanowi o trudności tego olbrzyma. Ostatnie 9,5 kilometra tej wspinaczki ma ni mniej ni więcej 910 metrów przewyższenia. Oznacza to średnie nachylenie 9,6 %, zaś maksymalna stromizna wynosi tu aż 15,5 %. To na tym odcinku w czerwcu 2008 roku kleiłem się wraz z Piotrkiem do świeżego asfaltu wykładanego tuż przed wizytą „Wielkiej Pętli”. Nie jeden cały kilometr wznosi się tu przy średniej powyżej 10 %. Tym bardziej przyjemnym dla mnie prognostykiem był fakt, iż bez problemów byłem w stanie przejechać go w tempie swego znacznie lżejszego kolegi. Pokonanie 20,6 kilometra od Casteldelfino zajęło nam przeszło półtorej godziny, dokładnie zaś 1h 37:30 przy prędkości 12,6 km/h.

Przełęcz ta jest numerem pięć pośród najwyższych podjazdów kolarskiej Europy. Nieco wyżej kolarze wjeżdżali jedynie podczas zdobywania: Bonette, Iseran, Stelvio w trakcie Touru lub Giro oraz Kaunertaler Gletcherstrasse podczas Osterreich Rundfahrt (wyścigu Dookoła Austrii). Co ciekawe po raz pierwszy przetestowano ją nie na Wielkich Tourach, lecz podczas etapu Tour de l’Avenir z Sampeyre do Embrun / Les Orres wygranego przez Szweda Tommy Prima, który kilka lat później brylował już na trasach Giro d’Italia. Trafił nam się w tym dniu piękna, czytaj słoneczna pogoda, więc nawet na tej wysokości temperatura była przyjazna oscylując w rejonie 19 stopni Celsjusza. Na przełęczy było gwarno. Nie brakowało tu motocyklistów jak i kolarzy nadjeżdżających z obu stron. Nie doczekaliśmy się na przyjazd Darka, lecz nasz kolega znalazł sobie przyjemne towarzystwo. Do żwawszej jazdy na ostatnich kilometrach tego wzniesienia zmobilizowała go pewna włoska ragazza. W czasie gdy Dario pozował do zdjęć ze swą nową koleżanką wraz z Adamem byłem już na ponad 20-kilometrowym zjeździe do doliny Queyras. Pierwsze osiem kilometrów dość strome, później już nieco łagodniejsze. Na pierwszych 15,3 kilometra do Molines-en-Queyras mknęliśmy przez piękne górskie pustkowie. Jedyne ślady cywilizacji do Refuge Agnel 1900 metrów za przełęczą oraz Bergerie des Tioures po 6600 metrach zjazdu. Zjechawszy do samego dołu wyznaczyliśmy sobie pierwszą tego dnia strefę bufetu w przydrożnej restauracji na terenie Ville-Vieille. Postanowiliśmy poczekać w tym miejscu na Darka. Trochę czasu nam na tym zeszło, a potem jeszcze kolejnych dwadzieścia-kilka minut w towarzystwie naszego kolegi. Niemniej skoro trasa etapu była nieco na wyrost warto było zabrać się do jej pokonania z rozwagą czyli jechać w tempie na trzy-czwarte oraz jeść i odpoczywać gdy tylko nadarzy się ku temu okazja. O godzinie 14:30 ruszyliśmy w dalszą drogę do podnóża słynnego Col d’Izoard. W trakcie ponad 4-kilometrowej przejażdżki po drodze D947 minęliśmy Chateau-Queyras z pięknym widokiem na górujący ponad wioską fort powstały na bazie zamku, którego budowę rozpoczęto już w roku 1260.

Mniej więcej w tym samym czasie Piotr i Romek byli już na szczycie Izoard. Na początku naszej wspinaczki pod Izoard mocno dawał nam się we znaki przeciwny wiatr. Darek szybko od nas odpadł rozsądnie decydując się na jazdę we własnym rytmie. Po drodze spotkaliśmy zjeżdżającego z naprzeciwka Romka. Wkrótce czyli po dojeździe do Arvieux rozpoczęliśmy najtrudniejszą środkową fazę tego podjazdu czyli 8 kilometrów o średnim nachyleniu 8,2 %. Najpierw stroma 3-kilometrowa prosta do Brunisard, zaś potem 5 kilometrów po serpentynach do magicznego miejsca rodem z księżyca czyli Casse Deserte. Tu zatrzymaliśmy się na dwie minutki m.in. przed pomnikiem Coppiego i Bobeta, chcąc zrobić zdjęcia przy lepszym świetle niż udało nam się wykonać wieczorową porą na czwartym etapie. Louison Bobet, który w latach 1953-55 jako pierwszy kolarz w historii wygrał Tour de France trzy razy z rzędu jest też jednym asem, który w trakcie „Wielkiej Pętli” trzykrotnie jako pierwszy zameldował się na tej przełęczy. Tour przejeżdżał przez Izoard 33 razy, z czego 27 razy od strony południowej. Po raz pierwszy w sezonie 1922 gdy wygrał tu trzykrotny zwycięzca Touru Belg Philippe Thys. Szlak przez Izoard wiódł na ogół do mety Briancon. Etapy te w pionierskich czasach zaczynały się na francuskiej riwierze, zaś później ich start przeniesiono do Gap. Wśród dwukrotnych zdobywców tego wzniesienia są też Włosi: Bartolomeo Aymo, Gino Bartali i sam Fausto Coppi oraz słynny Hiszpan Federico Bahamontes. Natomiast ostatni jako pierwszy przejechał przez nią w 2011 roku wspomniany już przy okazji Colle dell’Agnello Kazach Maksim Igliński. Południowy Izoard w latach 1949-2007 pojawił się też siedem razy na trasie Giro d’Italia. Przy tej okazji triumfowali na niej tej klasy górale co: Coppi, Franco Bitossi, Lucien van Impe, Marco Pantani, Pascal Richard, Gilberto Simoni i odchodzący dziś w niesławie „dopingowy recydywista” Danilo Di Luca. Warto jeszcze wspomnieć, iż Coppi, Van Impe oraz Richard jako jedynie mieli fantazje wygrać na południowym Izoard zarówno podczas Touru jak i Giro.

Dla mnie było to już trzecie spotkanie z tą górą liczącą sobie 15,9 kilometra o średnim nachyleniu 6,9 % i max. 10,8 %. Była ona moim pierwszym francuskim wzniesieniem w lipcu 2005 roku, po czym zmierzyłem się ponownie rok później w pierwszej fazie wyścigu L’Etape du Tour ze startem w Gap i metą w L’Alpe d’Huez. Tym razem jej pokonanie zajęło mi blisko 70 minut tzn. 1h 09:48 przy średniej prędkości 12,5 km/h. Na przełęczy było aż 26 stopni, a jako że brak tam wszelkiej roślinności słońce bardzo mocno dawało się we znaki. W oczekiwaniu na przyjazd Darka przysiedliśmy więc na ławeczce w pobliżu sklepiku korzystając z odrobiny cienia dawanej przez ten drewniany domek. Spędziliśmy tak dobre pół godziny zbierając siły na dalszą część etapu. Nie zadbaliśmy o zrobienie większej ilości zdjęć z uwagi na fakt, iż przełęczy tej przyjrzeliśmy się już bliżej pięć dni wcześniej. Około 16:30 rozpoczęliśmy blisko 20-kilometrowy zjazd do Briancon. Zanim na dobre zabraliśmy się do śmigania zatrzymaliśmy się już po przejechaniu kilometry, aby w tamtejszym Refuge Napoleon nabrać zimnej wody do bidonów. Potem czekał nas stromy i początkowo techniczny zjazd do Cervieres. Za tą miejscowością łagodniejsze sześć kilometrów, na których trzeba było nieco pokręcić i w końcu ostatnie trzy szybkie kilometry z finałem w dolnej części Briancon. W najnowszej historii Touru, Giro czy Criterum du Dauphine kolarze uporawszy się z Izoard muszą jeszcze poradzić sobie z liczącym około 1300 metrów stromym podjazdem do górującego nad miastem fortu. My mając przed sobą jeszcze dwie premie górskie drugiej i pierwszej kategorii darowaliśmy sobie tego typu wycieczkę po zabytkach francuskiej wojskowości. Zamiast tego zatrzymaliśmy się na trzy kwadranse w barze Piccola Italia na pizzę inne przysmaki w ramach bufetu numer dwa. Traf chciał, że załapałem się tam na ostatnie kilometry relacji z drugiego etapu Tour de France. W korsykańskim Ajaccio wygrał dzielny uciekinier Belg Jan Bakelants, a tuż zanim jako pierwsi ze sporej grupy finiszowali Peter Sagan i nowy mistrz Polski Michał Kwiatkowski.

Syci i napojeni ruszyliśmy w dalszą drogę około 17:50. Do przejechania zostało nam około 350 kilometrów, w tym dwa podjazdy o łącznym przewyższeniu około 1350 metrów. Najpierw popularna brama do Italii czyli zachodnia strona Col de Montgenevre. Podjazd 8-krotnie wykorzystany na Tour de France i 7-krotnie bywały na szlaku Giro d’Italia. Na Tourze w latach 1992 i 1999 przełęcz tą zdobywano też od wschodniej czyli włoskiej strony. Tymczasem zachodnia Montgenevre została odkryta już w sezonie 1949. Najpierw na Giro podczas legendarnego etapu do zdobył ją Fausto Coppi. Niedługo później na Tourze podczas etapu z Briancon do Aosty pierwszy dojechał tu Gino Bartali. W późniejszych latach na Giro wygrywali tu m.in. Bitossi, Van Impe czy Richard. Natomiast w 2000 roku podjazd ten w trakcie czasówki z Briancon do Sestriere najszybciej przejechał Czech Jan Hruska. Na Tourze brylowali tu m.in. Coppi, Julio Jimenez, Bjarne Riis i Richard Virenque. Natomiast Holender Joop Zoetemelk w sezonie 1976 wygrał tu 24 godziny po swym triumfie na L’Alpe d’Huez. Wtedy to jedyny raz zorganizowano w tej stacji narciarskiej metę etapu, a nie tylko linię górskiej premii. Podjazd wiodący po drodze krajowej N94 składała się z trzech części. Najpierw trzykilometrowy objazd starej części miasta, potem podobnej długości płaski odcinek do La Vachette. Dopiero za tą wioską zaczyna się zasadnicza część wzniesienia czyli 7,7 kilometra o średniej 6,4 %. W sumie do przejechania jest 13,2 kilometra przy średniej 4,9 % i przewyższeniu 651 metrów, z czego 494 metry za La Vachette. Pierwszą część tego podjazdu przejechaliśmy razem. Niemniej na końcu płaskiego odcinka Darek zrobił sobie postój by zaczerpnąć wody pitnej. Ja z Adamem pojechałem dalej umawiając się na kolejnej spotkanie z Darkiem przy rondzie w centrum Montgenevre. Przejechanie około 8-kilometrowego odcinka za La Vachette w tempie 14,2 km/h zajęło nam 35 minut. Góra jest stosunkowo krótka i łatwa, więc tym razem na spokojnie jadącego Darka czekaliśmy tylko kwadrans.

Z ronda do granicy mieliśmy 2300 metrów. Na chwilę musieliśmy opuścić drogę N94 i objechać niedostępny dla kolarzy tunel jadąc przez centrum miejscowości. Po prawej stronie drogi jeszcze po francuskiej stronie granicy znajdują się dwa wysokogórskie pola golfowe: Golf de Montgenevre i Golf Club Claviere. Ta druga nazwa wzięta została od pierwszej włoskiej miejscowości jaką turysta napotyka na swej drodze wkroczywszy do Italii. Zjazd nieśmiało zaczyna się jeszcze przed przejściem granicznym. Po wjechaniu do Włoch zjeżdża się drogą krajową SS24 do Cesana Torinese. Ten szybki odcinek liczy sobie 7,3 kilometra i wiedzie przez trzy galerie. Na samym dole musieliśmy skręcić w prawo by po trzystu metrach dotrzeć do ronda w centrum tej miejscowości. Z tego miejsca do Sestriere wiodą dwie drogi. Podstawowa to via Pinerolo wiodąca przez Champlas du Col o długości 11,5 kilometra o średnim nachyleniu 5,9 %. Ta droga wykorzystana została na Giro jeszcze przed wybuchem I Wojny Światowej. Dokładnie zaś w 1914 roku podczas rozgrywanego w apokaliptycznych warunkach 468-kilometrowego etapu z Mediolanu do Cuneo. Druga opcja to łagodniejszy bo blisko 14-kilometrowy podjazd przez Bousson drogą SP215. W sumie 13,9 kilometra o średniej 5 %, bardzo popularny wśród organizatorów Giro i Touru w ostatniej dekadzie XX wieku. „Wielka Pętla” zawitała do Sestriere po raz pierwszy w sezonie 1952. Na etapie z Bourg d’Oisans przez Croix-de-Fer, Galibier i Montgenevre wielki Fausto Coppi wygrał wszystkie premie górskie i dotarł do Sestriere z przewagą ponad siedmiu minut nad drugim tego dnia Hiszpanem Bernardo Ruizem. Podczas kolejnych sześciu wizyt peleton Tour de France zatrzymywał się tu tylko trzykrotnie w latach 1992, 1996 i 1999. W pozostałych przypadkach meta etapu znajdowała się znacznie niżej tzn. w Pinerolo lub dalekim Turynie. Z etapowego sukcesu w Sestriere cieszyli się więc tylko: Claudio Chiappucci, Bjarne Riis i Lance Armstrong, zaś z kompletu punktów na górskiej premii Charly Gaul, Julio Jimenez i jako ostatni Bask Ruben Perez.

Z kolei na Giro d’Italia w ostatnim półwieczu wspinano się do Sestriere w sumie trzynaście razy, z czego siedmiokrotnie od zachodu. Po zwycięstwa etapowe tym szlakiem sięgali: Hiszpan Eduardo Chozas w 1991 oraz Pascal Richard w 1994 roku oraz wspomniany już przez mnie czeski czasowiec Jan Hruska. Na tym wyścigu po raz ostatni od zachodu podjeżdżano w 2009 roku na etapie do Pinerolo. Pierwszy na premii górskiej był Stefano Garzelli celujący w zieloną koszulkę najlepszego górala. W ostatnich latach popularniejszy stał się dojazd wschodni by wymienić tylko długą czasówkę z roku 1993 wygraną przez Miguela Indurain oraz etapy przez szutrową Colle delle Finestre wygrane w latach 2005 i 2011 przez Wenezuelczyka Jose Rujano i Białorusina Wasilija Kirijenkę. Ponieważ w lipcu 2010 roku udało mi się pokonać dwa główne podjazdy do Sestriere tym razem chciałem poznać tą trzecią czyli południowo-zachodnią przez Buosson. Tym niemniej podobnie jak moi koledzy byłem już u kresu sił, więc kusiło mnie by pojechać wraz z nimi krótszym szlakiem przez Champlas du Col. Zwyciężyła jednak we mnie dusza odkrywcy i ruszyłem wzdłuż rzeki do Bousson i Sauze di Cesana. Pierwsze 7 kilometrów o średnim nachyleniu niespełna 3 % pomimo zmęczenia nie nastręczyło mi większych problemów. Druga połówka wzniesienie to już był prawdziwy podjazd o średnim nachyleniu 7,1 %. Pokonanie całych 14 kilometrów zajęło mi niespełna 54 minut (53:54) przy średniej prędkości 15,6 km/h. Zatrzymałem się tylko na chwilę by zrobić kilka zdjęć na wysokości Grangesises. W ostatniej fazie podjazdu miałem dobry widok na via Pinerolo, na której ujrzałem swym kolegów jadących zgodnie tempem, które pasowało Darkowi. Spotkaliśmy się u zbiegu obu dróg i wjechaliśmy do Sestriere o godzinie 20:15. Kolejny kwadrans zszedł nam na znalezienie noclegu. Było to o tyle utrudnione, iż naszych przybyłych wcześniej kolegów poproszono o zameldowanie się w Chalet Edelweiss nie przy głównej Via Cesana, lecz w innym oddziale tej hotelowej sieci przy Strada Azzuri d’Italia. Do celu dobiliśmy po blisko dziesięciu godzinach, choć samej jazdy miałem 6 godzin 42 minuty i 21 sekund. Tyle czasu potrzebowałem na pokonanie 128,9 kilometra o łącznym przewyższeniu 4129 metrów przy średniej 19,2 km/h. O ile po każdym z wcześniejszych etapów byłem zmęczony to do Sestriere dotarłem naprawdę wyczerpany. Ledwie znalazłem siły na to by udać się wraz z Romkiem na obiadokolację do pobliskiej restauracji.

Napisany w Route des Grandes Alpes | Możliwość komentowania 9 etap: Borgata Villar – Sestriere została wyłączona

8 etap: Borgo San Dalmazzo – Borgata Villar

Autor: admin o 29. czerwca 2013

TRASA ETAPU 8 > https://www.strava.com/activities/69725207

Pierwszy tydzień naszej wyprawy niemal w całości spędziliśmy na francuskiej ziemi. Ósmego dnia przyszedł czas na to by naszej przygodzie nadać bardziej międzynarodowy wymiar. Czekać nas miał stosunkowo krótki, bo około 105-kilometrowy odcinek w całości poprowadzony drogami południowo-zachodniego Piemontu. Mieliśmy się zapuścić w górskie ostępy prowincji Cuneo. W wysokie góry rzadko odwiedzane przez Giro d’Italia, które pomimo swego krótkiego stażu w tej imprezie zapadły w pamięć kolarskich kibiców i szybko zyskały sobie należny im prestiż. Przyznam, iż choć w ciągu dziesięciu lat swych górskich podróży poznałem już każdy z alpejskich regionów Włoch ten zakątek Italii darzę szczególnym sentymentem. Przybyłem tu po raz pierwszy w czerwcu 2008 roku wraz z Piotrkiem. Miałem wówczas okazję pokonać podjazd do stacji Pratonevoso oraz zdobyć przełęcz Agnello. Natomiast na zakończenie całej wyprawy, którą rozpoczęliśmy przeszło dwa tygodnie wcześniej w Południowym Tyrolu wzięliśmy jeszcze udział w GF Fausto Coppi. Na blisko 250-kilometrowej trasie pokonaliśmy pięć wzniesień, w tym południowo-wschodni podjazd pod przełęcz Sampeyre. Dwa lata później gdy tym razem z moją Iwoną ponownie odwiedziłem okolice Cuneo podjechałem pod Monviso, Faunierę (od Pradleves), Lombardę i Tendę. Większość tych podjazdem to około 20-kilometrowe wspinaczki niezbyt popularne wśród samochodowych turystów, a przy tym poprowadzone przez tereny mało tknięte duchem cywilizacji. Dzięki temu można na nich w ciszy zmagać się ze sportowym wyzwaniem najwyższej klasy jak i swoimi słabościami, a przy tym podziwiać zapierające dech w piersiach górskie piękno stworzone przez Matkę Naturę.

Na sobotnim etapie mieliśmy pokonać tylko dwa wzniesienia, ale za to jakie! Najpierw Colle dei Morti (2481 m. n.p.m.), lepiej znaną jako Fauniera. Tą drugą nazwę wzięto od wierzchołka pobliskiej góry wznoszącej się na wysokość 2515 metrów. Podjazd o przewyższeniu około 1700 metrów. Następnie zjazd i niemal od razu podjazd pod Sampeyre (2284 m. n.p.m.) południowo-zachodnim szlakiem przez Vallone d’Elva czyli przeszło 1350 metrów wspinaczki. We wstępnych hurra optymistycznych planach program tego dnia zakładał również „na rozgrzewkę” podjazd po Madonna del Colletto od południa. Od Valdieri to 6 kilometrów wspinaczki o średniej 8,8 % i max. 18 %. Niemniej ostatecznie uznałem, że skoro zdobyłem już ów podjazd w końcówce wspomnianego GF Coppi to nie będę siebie i kolegów nim zamęczał w obliczu znacznie poważniejszych wyzwań w dalszej części tego etapu. Dzień wstał pogodny i znacznie bardziej słoneczny niż piątkowe popołudnie. Było to o tyle istotne, iż po dwóch dniach przerwy znów mieliśmy kręcić się na wysokościach grubo przekraczających pułap 2000 metrów n.p.m. Na starcie etapu mieliśmy temperaturę 23 stopni. Jako pierwszy kilka minut po godzinie jedenastej ruszył Darek. Wspólnie uznaliśmy, iż będzie to dobra zagrywka taktyczna, gdy najsłabszy w naszym gronie ruszy z pewnym zapasem czasu. Ja, Adam i Piotr mieliśmy ruszyć razem około południa. Natomiast Romek początkowy odcinek miał przejechać samochodem, po czym zaparkować auto w Festionie. Tam zaś poczekać na nas abyśmy razem pokonali blisko 25-kilometrowy podjazd pod Faunierę od strony Demonte.

Tym niemniej szybko okazało się, iż organizacja i zgranie nie było tego dnia naszą mocną stroną. Ruszyłem wraz z Adamem m/w kwadrans po dwunastej. Piotr odrobinę dłużej zabawił przed B&B Il Melograno niemniej miał nas dogonić na drodze SP21 wiodącej w głąb Doliny Stura. Tymczasem okazało się, że Pietro miał zakodowany w głowie mój stary plan ósmego etapu. Dlatego zamiast na zachód udał się na południe ku Valle Gesso by drogą SP22 dojechać do Valdieri i przypomnieć sobie po latach podjazd pod Madonna del Colletto. Niestety na tym krótkim, acz stromym wzniesieniu potwierdziły się jego obawy co do stanu swej kondycji i po zjechaniu do Festiony zrezygnował z ataku na Faunierę czy Sampeyre. Potrzebował luźniejszego dnia, więc w nadziei na odzyskanie utraconej świeżości do Borgata Villar pojechał ponad 70-kilometrowym, równinnym szlakiem przez Buskę. Tymczasem ja i Adam po przejechaniu pierwszych 15 kilometrów zjechaliśmy z SP21 w kierunku Festiony, gdzie na parkingu zastaliśmy nasz samochód, lecz bez Romka. Chwilę poczekaliśmy rozglądając się po najbliższej okolicy i nie widząc naszego kompana uznaliśmy, że musiał już ruszyć w stronę Demonte. Dlatego też zawróciliśmy licząc na to, iż Romano nie zacznie wspinaczki zbyt mocno i będziemy mogli go dogonić w trakcie około dwugodzinnego podjazdu. Wedle lokalnego języka oksytańskiego południowy szlak pod Faunierę zaczyna się nie w Demonte, lecz w Edmount jak nazywają to dwutysięczne miasteczko tubylcy. Co prawda Giro nie miało jeszcze okazji forsować tego podjazdu, lecz owa droga została już ochrzczona przez wyścig w roku 1999, gdy kolarze tędy zjeżdżali.

Wtedy to Fauniera zadebiutowała na trasie GdI i została zdobyta od swej najtrudniejszej strony czyli szlakiem z Pradleves w dolinie Grana. Premię górską wygrał będący w ucieczce Gabriele Missaglia. Niemniej w pamięci kibiców zapisał się przede wszystkim Marco Pantani, po ataku na ostatnich 10 kilometrach wspinaczki. Przegrany tego dnia Jose Maria Jimenez nazwał ów podjazd najtrudniejszym jaki w życiu jechał, acz działo się to na cztery miesiące przed jego zwycięstwem na debiutującym w Vuelcie Alto de Angliru. Niemniej sam etap należał wówczas do „Sokoła” czyli Paolo Savoldellego, który zaatakował właśnie na zjeździe i dojechał do mety w Borgo San Dalmazzo z przewagą 1:47 nad Pantanim, Danielem Clavero i Ivanem Gottim. Słynny „Pirat” musiał się zadowolić odzyskaniem koszulki lidera, którą odebrał Francuzowi Laurent Jalabertowi. Tym samym szlakiem w 2001 roku miał być poprowadzony etap do Sant’Anna di Vinadio, lecz plany organizatorów pokrzyżowała policja swym wieczornym nalotem na hotele kolarzy w San Remo. Południowa droga na Colle dei Morti jest tylko nieznacznie łatwiejsza od wschodniej. Bardzo surowa w swych ocenach seria wydawnicza „Passi e Valli in Bicicletta” daje temu wzniesieniu szkolną czwórką, zaś wspinaczce od Pradleves cztery z plusem. Startując z Demonte trzeba pokonać 24,5 kilometra o średnim nachyleniu 7 % i max. 13 %. Łączne przewyższenie wynosi nawet 1711 metrów za sprawą krótkiego obniżenia terenu na początku czwartego kilometra. Kilometry trzynasty, czternasty, dwudziesty oraz ostatnie osiemset metrów przed Colle Valcavera (2416 m. n.p.m.) mają średnie nachylenie na poziomie 10 % i więcej. Jak zwykle w przypadku tak długich wzniesień po drodze spotyka się co najmniej trzy pietra górskiej flory. W tym przypadku do wysokości około 1600 metrów n.p.m. łąki, trochę drzew i krzewów. Na ostatnich jedenastu kilometrach już tylko teren otwarty. Najpierw trawiaste hale, zaś w samej końcówce gołe skały czyli krajobraz niczym z księżyca. Ostatnie ludzkie zabudowania to Gias Cavera po przejechaniu 16,7 kilometra na wysokości 1880 m. n.p.m.

Jechało nam się całkiem dobrze, acz na pierwszych kilku kilometrach trudno było złapać dobry rytm jazdy z uwagi na bardzo nieregularny teren. Strome ścianki przeplatają się tu z momentami wypłaszczeń czy nawet mini-zjazdów. Ostatni taki łatwy kawałek znajduje się na dziewiątym kilometrze. Za osadą San Giacomo wspinaczka przybiera już na tyle konkretnych i regularnych kształtów, że pozwala na dobranie odpowiedniego przełożenia niejako na stałe i skupienie się na samej jeździe, w tym kontrolowaniu oddechu. Jakieś pięć kilometrów przed finałem na długiej i bardzo wietrznej prostej do nieba dojrzeliśmy przed sobą Darka. Nasz kolega spędził na tej górze w sumie trzy bite godziny. Niemniej nie z racji tego, że nie mógłby szybciej pojechać. Mając nad nami spory zapas czasu skupił się na jak najlepszym udokumentowaniu piękna tutejszej przyrody. Potem przytrafił mu się kolejny defekt roweru. Wieczorem ustalił, że tym razem rozsypało się mu łożysko w tylnej piaście. Nie znając jeszcze dokładnej przyczyny tego problemu wiedział, że musi jechać ostrożnie pedałując na miękkim przełożeniu, a przy tym rytmicznie i co ważne nie przestawać również na czekających nas później zjazdach. Złapawszy Darka na tych paru ostatnich kilometrach nieco zwolniliśmy aby mu nie odjeżdżać. Ponieważ po pewnym czasie nieco go zdystansowaliśmy zrobiliśmy sobie postój na Colle Valcavera. Z tego miejsca odchodzi w lewo bardzo już zdegenerowana droga na Colle del Mulo (2527 m. n.p.m.). My ruszyliśmy dalej przed siebie i po przejechaniu jeszcze 1700 metrów na łuku w lewo dobiliśmy do Colle dei Morti. Jak wynika z zapisu na Garminie wspinaliśmy się z Adamem niemal dwie godziny (dokładnie 1h 57:29) w średnim tempie 12,5 km/h. Przełęcz Umarłych zwana jest tak od czasu gdy w 1744 roku żołnierze sabaudzcy w tych górskich ostępach zmasakrowali połączone siły francusko-hiszpańskie.

W drodze na szczyt, ani też na samej górze nie spotkaliśmy Romka. Okazało się, że czekał na nas dłużej w Festionie, lecz poza zasięgiem naszego wzroku. Ostatecznie ruszył na górę jako ostatni z naszej czwórki i dotarł na przełęcz już po nas. My na przełęczy w cieniu pomnika, na którym uwieczniono w akcji ś.p. Marco Pantaniego spędziliśmy m/w dwadzieścia minut. Mogliśmy sobie na to pozwolić, gdyż jak na tak dużą wysokość było ciepło tzn. 18 stopni. Za plecami mieliśmy właśnie pokonany przez nas podjazd. Przed nami był zjazd ku Val Grana. Niemniej nie tam mieliśmy się udać. Po przebyciu ledwie 1400 metrów trzeba nam było odbić w lewo na Colle d’Esischie (2370 m. n.p.m.), by następnie zamiast na wschód zjechać na północ ku Valle Maira. Tymczasem jednak czekała nas niemiła niespodzianka, która hasłu „górska przeprawa” nadała dosłowne znaczenie. Otóż droga na północ została zablokowana zaspą śnieżną trzymetrowej wysokości i długą na około sto metrów. Objazd owej blokady poprzez Valle Maira i miasteczko Dronero raczej nie wchodził w grę, gdyż wydłużałby naszą trasę aż o 45 kilometrów. W tej niespodziewanej sytuacji trzeba było szukać nadzwyczajnych rozwiązań. Nadzieję dawał fakt, iż zbocza góry po obu stronach zaspy były wolne od śniegu. Postanowiłem wspiąć się na jedno z nich by z góry zobaczyć jak szeroka jest ta biała zasłona. Okazało się, że ma w głąb może ze 30 metrów i bez większego trudu można ją obejść pieszą ścieżką po zboczu góry. Nie mając innego wyjścia wzięliśmy rowery na swe barki i z buta pokonaliśmy przeszkodę. Po drugiej stronie zaspy przystanęliśmy na przełęczy Esischie, która pojawiła się na Giro w 2003 roku. Podjeżdżano wówczas tak samo jak w 1999 roku czyli od strony Pradleves. Jednak ponieważ metę etapu wyznaczono w położonej na północy prowincji wiosce Chianale wspinaczka tym razem nie dotarła na Colle dei Morti. Z ucieczki w której uczestniczył m.in. reprezentujący CCC-Polsat Dariusz Baranowski najszybciej finiszował Kolumbijczyk Fredy Gonzalez.

Czekał nas teraz ponad 20-kilometrowy zjazd do Ponte Marmora. W 2008 roku droga ta została zniszczona przez majową lawinę błotną wobec czego GF Coppi, które wraz z Piotrem ukończyliśmy z konieczności wiodło trasą inną od klasycznej. Z naszego grona północną stronę Esischie miał okazję poznać jedynie Adam, który startował w tym samym wyścigu w sezonie 2010. Na początku zjazdu minęliśmy polanę z jednym domem i kilkoma zabudowaniami gospodarskimi będącą zapewne letnią siedzibą tutejszego pasterza. Człowieka, który najwyraźniej cenił sobie kontakt z cywilizacją o czym świadczyła antena satelitarna na ścianie domostwa. Wkrótce mieliśmy sobie uświadomić, iż napotkana przed Esischie śnieżna blokada nie do końca była tworem samej natury. Najwyraźniej wiosenne deszcze ponownie dały się we znaki piemonckim drogowcom i raz jeszcze podmyły drogę. Po niespełna dwudziestu minutach ostrożnego zjazdu natknęliśmy się na rumowisko czyli wyrwę na naszym szlaku. Woda podmyła tu ziemię i asfalt runął wraz z nią po zboczu góry. Droga po kilku latach znów była więc nieprzejezdna dla samochodów i dlatego zapewne zasypano zakręt na górze by nikt nie próbował przejazdu tą szosą. Zadbano tylko o odśnieżenie drogi z Pradleves do Colle dei Morti, gdyż już 7 lipca miała tędy przemknąć kolejna edycja GF Fausto Coppi. Nas owa luka w twardej nawierzchni zmusiła jedynie do zejścia z rowerów i pokonania kolejnego krótkiego odcinka na pieszo. W dalszej części zjazdu nie było już takich niespodzianek, aczkolwiek w dwóch miejscach asfalt został przykryty nieprzyjemną dla szosowych kół chropowatą powłoką z naniesionych przez wodę kamieni. Na tej głębokiej prowincji również dachy domostw w mijanej przez nas wiosce były w kiepskiej kondycji. Starając się utrzymać kontakt z Adamem zjechałem do Ponte Marmora w dolinie Maira. Tu w barze u styku dróg SP113 i SP422 postanowiliśmy zrobić sobie jedyną na tym etapie strefę bufetu. Przede wszystkim jednak chcieliśmy poczekać na Darka, który z konieczności musiał zjeżdżać bardzo ostrożnie by utrzymać swą maszynę przy życiu.

Z tego miejsca do końca etapu pozostało nam około 35 kilometrów, przy czym połowa tego dystansu prowadziła pod górę. Już po przejechaniu niespełna kilometra na wysokości kampingu musieliśmy skręcić w lewo i wjechać na widowiskową drogę SP104. Przed nami był południowo-zachodni podjazd pod przełęcz Sampeyre. We wspomnianym już przez mnie podręczniku dla górskiego cykloturysty oceniony na piątkę! Osobiście nie jestem przekonany co do tego czy jest on trudniejszy od obu znanych mi wspinaczek pod Faunierę. Niemniej długość 16,3 kilometra przy średnim nachyleniu 8,3 % i max. 15 % musi robić wrażenie. Na całym naszym szlaku był to najbardziej stromy z wielkich podjazdów. Na trasie Giro podjazd ten pojawił się dwukrotnie. Najpierw w 1995 roku na etapie, który miał się zakończyć we francuskim Briancon, lecz z uwagi na lawinę która zeszła w okolicy Colle dell’Agnello skończył się w Chianale. Premię górską wygrał wówczas Kolumbijczyk Nelson „Cacaito” Rodriguez, zaś cały odcinek przyszły mistrz olimpijski z Atlanty Szwajcar Pascal Richard. Osiem lat później etap już zgodnie z planem zakończono w Chianale. Pierwszy na tej górze był triumfator tamtej edycji Gilberto Simoni, lecz po zwycięstwo etapowe sięgnął niesławny Dario Frigo. Dariusz Baranowski, który tego dnia jechał aktywnie stracił do niego blisko siedem minut zajmując trzynaste miejsce. Przede wszystkim jednak „Ryba” awansował wówczas w generalce z czternastej na jedenastą pozycję i przez chwilę mieliśmy nadzieję, iż zastępczy (po wycofaniu się Pawła Tonkowa) lider ekipy z Polkowic skutecznie zawalczy o top-10 w 86. Giro d’Italia. Południowe drogi na Sampeyre są dwie. Drugą zaczyna się przeszło trzy kilometry dalej na wschód we wiosce Stroppo. Ten nieco dłuższy i łagodniejszy wariant podjazdu poznałem na wyścigu Coppiego. Obie drogi łączą się z sobą na wysokości około 1940 metrów.

Na południowo-zachodnim zboczu góry największe wrażenie robi pierwsza tercja o długości 5,5 kilometra. Spora jej część prowadzi po wąskiej drodze na półce skalnej. Droga wije się raz stromo, innym razem łagodniej cały czas przytulona do górskiego zbocza. Po prawej ręce wysoka ściana, która dawałaby cień nawet w najbardziej słoneczny dzień. Po lewej barierka zabezpieczająca podróżnych przed przepaścią, której widok mógłby strwożyć osoby cierpiące na lęk wysokości. Zakładam, że Giro nigdy nie będzie tędy zjeżdżać. W razie jakiegoś fatalnego wypadku nawet wstawiennictwo miejscowej Matki Boskiej mogłoby nie uratować nieszczęśnika. Odcinek ten kończy się serią aż dziesięciu tuneli wykutych w skale. Na ogół króciutkich, za wyjątkiem pierwszego który liczy sobie 200 metrów. Po jego przejechaniu droga zrobiła się szersza. Na dojeździe do osady Serre d’Elva (1640 m. n.p.m.) trzeba pokonać sześć serpentyn. Mimo, że przy drodze nie brak drzew łatwo sobie wyobrazić, iż w ciepły letni dzień na tym wystawionym na południe zboczu góry słońce może przypiec. My nie mieliśmy tego zmartwienia. Mogliśmy się skupić na walce ze stromizną, która za osadą Gorio Subirano już niemal do końca wzniesienia trzymała się na stałym poziomie 9-10 %. Niespełna cztery kilometry przed szczytem dojechaliśmy do łącznika z drogą od Stroppo. Powyżej tego miejsca wspinaczka wiodła przez otwarty teren, tak iż złudzenie optyczne nie oddawało realnej stromizny. Prawdziwymi gospodarzami owej krainy były świstaki. O ile zazwyczaj stworzenia te znacznie łatwiej usłyszeć niż zobaczyć to tu naliczyłem ich chyba kilkanaście. Jedna para w ogóle się nami nie przejęła. Na tyle zaciekle się goniła, iż niemal wskoczyła pod przednie koło Adama. W takiej oto spokojnej i nieco dzikiej scenerii dotarliśmy na przełęcz kwadrans przed dziewiętnastą w czasie niespełna półtorej godziny (1h 29:21) przy średniej prędkości 10,9 km/h.

Na górze było tylko 12 stopni, lecz mimo tego postanowiliśmy do skutku poczekać na Darka, który odpadł od nas na pierwszych kilometrach tego wzniesienia. Wiedząc o jego problemach z rowerem mieliśmy zamiar go ubezpieczać na zjeździe do Sampeyre by upewnić się, że nie tylko dotrze, ale przede wszystkim dojedzie do mety tego etapu. Tym sposobem na owym górskim pustkowiu z kolejną figurą Matki Boskiej i paroma tablicami drogowymi spędziliśmy w oczekiwaniu na kolegę pół godziny. Niemniej Dario nie nadjeżdżał, zaś próby nawiązania z nim kontaktu telefonicznego zawodziły. W końcu zdecydowaliśmy rozpocząć zjazd w dwójkę nie tracąc nadziei, że zobaczymy naszego druha w dobrym zdrowiu pod dachem B&B „La Calendula”. Czekał nas teraz ponad 16-kilometrowy, trudny technicznie zjazd, na którym podczas Giro z 2003 roku upadli Stefano Garzelli i Marco Pantani. Dodatkowo droga była bardzo kiepskiej jakości, więc w obawie o własne bezpieczeństwo i stan roweru nie należało przekraczać prędkości 40 km/h. Można by wymienić całą listą zarzutów względem stanu nawierzchni. Nawet na dole po minięciu wioski Sant’Anna droga zaskakiwała nas coraz to nowymi pułapkami. Tym samym przyjemności z jazdy prawie nie było, zaś jedynym naszym życzeniem było aby dotrzeć do Sampeyre cało i w miarę możliwości bez żadnego defektu. Na szczęście udało się nam się przetrwać ów odcinek specjalny bez strat. Po wjechaniu do Sampeyre musieliśmy skręcić w lewo i przejechać kolejne trzy kilometry po drodze SP105. Na sam koniec czekało nas jeszcze troszkę wspinaczki do naszej kolejnej nocnej przystani. Ot 750 metrów przy średniej 9,2 % i max. 20 % tak na dobicie. Do bazy, w której czekali już na nas Piotr z Romkiem dotarliśmy około godziny dwudziestej. Darek dołączył do nas pół godziny później. Jednym słowem etap choć krótki okazał się nad wyraz ciekawy i trudny. Dystans 104,7 kilometra z przewyższeniem 3475 metrów przejechałem w czasie netto 5 godzin 43 minut i 41 sekund czyli ze średnią ledwie 18,3 km/h! Za wyjątkiem pierwszych kilkunastu kilometrów prawie nie było na nim płaskiego odcinka. Z tego względu jak i przede wszystkim za sprawą kiepskiej jakości dróg na zjazdach był to dla mnie najwolniejszy ze wszystkich czternastu etapów.

Napisany w Route des Grandes Alpes | Możliwość komentowania 8 etap: Borgo San Dalmazzo – Borgata Villar została wyłączona

7 etap: Menton – Borgo San Dalmazzo

Autor: admin o 28. czerwca 2013

TRASA ETAPU 7 > https://www.strava.com/activities/69725235

W czwartkowy wieczór po paru niespodziewanych przygodach dobrnęliśmy do brzegów Morza Śródziemnego. Trasę z Thonon-les-Bains do Menton pokonaliśmy mniej więcej wedle klasycznej wersji Route des Grandes Alpes. Dokonałem jedynie trzech jej korekt wymieniając Iseran na Madeleine oraz dodając podjazdy pod Ramaz i Glandon / Croix-de-Fer. Tymczasem droga powrotna nad Jezioro Genewskie miała być już moim oryginalnym pomysłem zbudowanym na założeniu, iż tam gdzie to tylko możliwe ominiemy przełęcze już przejechane od strony północnej. Tym samym szlak znad Cote d’Azur po Lac Leman musiał być bardziej kręty i prowadzić także przez szosy Włoch (Piemont i Dolina Aosty) oraz Szwajcarii (kanton Valais). Będąc dłuższym niż droga na południe szlak na północ został przeze mnie podzielony na osiem odcinków. Na pierwszy ogień pójść miał etap z Menton do okolic Cuneo w południowym Piemoncie. Przy projektowaniu trasy siódmego etapu długo zastanawiałem się czy nie można by wytyczyć tego odcinka po włoskiej stronie granicy. To znaczy pokonać szlak w Alpach Liguryjskich poprzez przełęcze: Langan, Teglia, Nava i Casotto. Niemniej jakbym nie sprawdzał etap ten wydłużał się na mapie ponad granice zdrowego rozsądku. Dlatego jedynym praktycznym wyjściem było wyznaczenie szlaku przez francuskie Alpy Nadmorskie i wjechanie do Italii dopiero pod koniec dnia. Zważywszy na uwarunkowania terenowe opracowałem trasę długą, lecz o stosunkowo umiarkowanym stopniu trudności. W programie siódmego etapu znalazły się przeto cztery niezbyt wysokie wzniesienia tzn. Col de la Madone (927 m. n.p.m.), Col de Braus (1002 m. n.p.m.), Col de Brious (879 m. n.p.m.) i graniczną Col de Tende (1279 m. n.p.m.). Tym samym miał to być jedyny etap podczas całej wyprawy, na którym nie wdrapiemy się na wysokość przynajmniej 1500 metrów n.p.m.

Niemniej zanim ponownie ruszyliśmy w trasę by podziwiać piękno górskich krajobrazów i walczyć z własnymi słabościami postanowiliśmy spędzić piątkowe przedpołudnie na francuskiej riwierze. Przede wszystkim jak magnes przyciągało nas pobliskie Monako. Z Menton do granic Księstwa mieliśmy ledwie osiem kilometrów. Żal byłoby nie skorzystać z okazji i nie wpaść do tego mini-państewka choćby na godzinkę. Dlatego wszyscy za wyjątkiem Romka wstaliśmy z samego rana by już około ósmej być gotowi do krótkiej przejażdżki samochodem. Z pozoru niedługi dojazd do Monako po zatłoczonych drogach D 6007 i D 6098 zajął nam około 50 minut. Już na terenie Księstwa Darek będący fanem Formuły 1 wyglądał zza okien naszego bolidu odcinki z trasy słynnego Grand Prix. W jednym z tuneli byliśmy świadkami niebywałego kunsztu kierowcy pewnego tir-a, który na wąskiej ulicy zawracał w taki sposób, iż niczym pies goniący swój ogon zawinął cały swój pojazd wokół mini-ronda. Po znalezieniu miejsca do zaparkowania w dzielnicy La Condamine swe pierwsze kroki skierowaliśmy do supermarketu Casino na małe zakupy. Następnie poszliśmy w kierunku Portu Herkulesa. Przechodząc przez przejście dla pieszych na Bulwarze Alberta I niemal otarłem się o wyjeżdżającego właśnie na trening ex-mistrza świata Thora Hushovda. Norweg po nieudanej dla siebie pierwszej części sezonu nie pojechał na Tour de France. Zamiast wybrać się na Korsykę trenował w domu przed Osterreich Rundfahrt i Tour de Pologne. W obu wyścigach sięgnął wkrótce po zwycięstwa etapowe, u nas triumfując w Rzeszowie i Zakopanym. W porcie podziwialiśmy zacumowane jachty, a także byliśmy świadkami przygotowań do zawodów hippicznych i bynajmniej nie w kategorii koników morskich. Na koniec korzystając z uprzejmości napotkanego Szkota zrobiliśmy sobie grupowe zdjęcie na tle wzgórza mieszczącego Pałac Książęcy (Palais Princier) i miejscową katedrę (Catedrale de Monaco).

Po powrocie do Menton trzeba było się spakować, a następnie wrzucić wszystkie bagaże do samochodu. Gdy krzątałem się przy swym aucie przejechał obok mnie kolarz w stroju CCC-Polsat. Jego sylwetkę ujrzałem tylko od tyłu, ale bez dwóch zdań był to włoski weteran Davide Rebellin, w tym roku niekwestionowany lider ekipy z Polkowic. Około 11:50 byliśmy gotowi do drogi. Najpierw pojechaliśmy w stronę nadmorskiego bulwaru. Zrobiliśmy sobie zdjęcia na Promenade du Soleil, zaś Piotr w naszym imieniu przeprowadził swego rodzaju zaślubiny z Morzem Śródziemnym. Następnie po przejechaniu niespełna kilometra pożegnaliśmy się z promenadą skręcając w drogę D23 tzn. Route du Val de Gorbio. W tym momencie rozpoczęliśmy z razu spokojny podjazd pod Col de la Madone. Przełęcz rozsławioną przed kilkunastu laty przez niesławnego dziś Lance’a Armstronga w czasach gdy Teksańczyk mieszkał i trenował w okolicy Nicei. Po przejechaniu około dwóch kilometrów zatrzymaliśmy się na rozstaju dróg zastanawiając się czy jechać dalej tą szosą w stronę wioski Gorbio czy odbić w prawo ku Sainte-Agnes. Miejscowi nie bardzo byli w stanie pomóc nam w wyborze właściwej drogi. Ostatecznie pojechaliśmy w prawo i to okazało się trafnym wyborem. Od tego miejsca wąska szosa wiła się w górę serpentynami przy średnim nachyleniu około 8 %. Od czasu do czasu po prawej stronie mieliśmy piękny widok na morze i „wiszącą” w powietrzu autostradę A8. Po przejechaniu siedmiu kilometrów od rozjazdu w towarzystwie Adama i Romka dotarłem do okolic wioski Sainte-Agnes. Tu trzeba było skręcić w lewo i po jeszcze węższej i słabszej jakościowo ścieżce dokręcić pozostałe do przełęczy 5200 metrów. W sumie ów podjazd o wymiarach 14,4 km przy średnim nachyleniu 6,3 % i max. 9,4 % pokonaliśmy w niespełna godzinę. Piotr i Darek w drodze na górę zabawili chwilę w Sainte-Agnes, a następnie na finałowym odcinku wzniesienia stoczyli zacięty pojedynek z dwoma Brytyjczykami.

W każdym razie dystans między nami i naszymi dwoma kolegami był na tyle duży, iż w ciągu 10-15 minutowego postoju nie doczekaliśmy się ich przyjazdu. Romek ruszył w dół jako pierwszy. Ja wraz z Adamem nieco później. Zjazd był wąski i techniczny, acz w sumie krótki. Po przejechaniu zaledwie 3700 metrów byliśmy już na Col du Saint-Pancrace, gdzie należało skręcić w prawo aby już po płaskim terenie dojechać do Peille. Tu popełniłem strategiczny błąd i zamiast trzymać się drogi D53 namówiłem Adama do jazdy w kierunku L’Escarene przez 17-kilometrową Route du Col de Blanquettes. To okazało się drogą przez mękę. Niezależnie do tego czy szlak wiódł nas w górę czy w dół nie sposób było przekroczyć prędkość 30 km/h. Krótkie, acz strome podjazdy przeplatały się z technicznymi zjazdami po wąskiej szosie o fatalnej jakości. Niezliczone zakręty sprawiały wrażenie, iż wcale nie przybliżamy się do podnóża kolejnego podjazdu. Jakimś cudem udało nam się jednak dojechać cało i zdrowo przejechać ten odcinek. W końcu dotarliśmy do drogi D21, na której jednak tylko przez chwilę cieszyliśmy się gładką szosą. Tuż po wjeździe do L’Escarene natknęliśmy się na roboty drogowe przy kładzeniu nowego asfaltu. Zatrzymaliśmy się w tej miejscowości by zrobić sobie strefę bufetu przy sklepie spożywczym. Jak się później okazało zamykaliśmy już nasz 5-osobowy peleton. Nie tylko Romek, lecz również Piotr i Darek obrawszy krótszy i lepszy odcinek drogi między Peille a L’Escarene byli już dawno przed nami. Wkrótce i my rozpoczęliśmy podjazd pod przełęcz Braus, która aż 23 razy gościła na trasie Tour de France. Co godne podkreślenia w latach 1919-1939 była ona stałym punktem programu „Wielkiej Pętli”. Dwukrotnie wygrywali na niej: Firmin Lambot, Ottavio Bottecchia i Benoit Faure, zaś jako ostatni w sezonie 1961 Włoch Imerio Massignan. Poza tym w roku 1955 zawitało tu po sąsiedzku Giro d’Italia na długim etapie z Turynu do Cannes. Podjazd to solidny o długości 10,1 kilometra przy średnim nachyleniu 6,4 % i max. 10 %. Przyznam, że w środkowej części tej wspinaczki Adam dyktował na tyle mocne tempo, że z trudem jechałem na jego kole. Niemniej przetrwałem ów lekki kryzys i razem dojechaliśmy na tą zapomnianą przez TdF przełęcz w czasie niespełna 40 minut.

Po krótkiej sesji fotograficznej śladami naszych kompanów ruszyliśmy w kierunku Sospel. Tego samego miasteczka, które dzień wcześniej przywitało nas chłodem i deszczem zmuszając do dłuższego postoju pod dachem sklepu spożywczego. Nie wszyscy jednak tam dotarliśmy. Jak się okazało Romek pokonawszy zgodnie z planem dwa pierwsze wzniesienia w połowie tego 11-kilometrowego zjazdu znalazł sobie szybszą drogę powrotną do Menton. Na wysokości Col Saint-Jean zjechał z drogi D2204 i poprzez Vallon de Saint-Quen mało uczęszczaną, acz pagórkowatą drogą D54 dotarł do Col de Castillon. Stąd do naszego samochodu miał już tylko z górki. Tymczasem my zjechawszy do miasta w dobrze nam znanej okolicy napotkaliśmy nieco zagubionego i zmarzniętego Darka. Nasz „amico” zatrzymał się tu na pół godziny i ujrzawszy nas bardzo się zdziwił, że miał jeszcze kogoś za plecami. Postanowiliśmy wesprzeć go w dalszej drodze do Borgo San Dalmazzo. Dochodziła już godzina 16:30, zaś do mety etapu brakowało nam około 80 kilometrów. Zaraz za Sospel czekał nas blisko 12-kilometrowy podjazd pod Col de Brouis. Od strony zachodniej jest on dość łagodny licząc sobie 11,6 kilometra przy średniej 4,5 %. Na Tour de France przełęcz ta pojawiła się dwukrotnie w latach 1952 i 1961. W obu przypadkach w swej krótszej i bardziej stromej wersji wschodniej. Wygrywali tu Jean Dotto i wspomniany już Massignan. Przejechaliśmy ten podjazd spokojnie w tempie około 16 km/h by nie zrywać z koła Darka. Około 17:10 byliśmy na przełęczy, a tuż za nami nadjechał Romek. Z tego faktu najbardziej ucieszył się Dario, gdyż dzięki temu mógł wziąć z naszego wozu technicznego cieplejsze ciuchy na dalszą drogę. Na przełęczy zabawiliśmy blisko 40 minut racząc się ciastkami, kawką czy sokami w tamtejszej oberży.

Po niedługim i dość szybkim zjeździe dobiliśmy do drogi D6204 tuż przed wioską La Giondola tj. na wysokości 310 metrów n.p.m. Teraz trzeba było skręcić w lewo i rozpocząć blisko 30-kilometrowy podjazd pod Col de Tende. Ponieważ na całym tym dystansie mieliśmy do pokonania w pionie tylko 970 metrów trudno byłoby cały ten odcinek nazwać podjazdem. Pierwsze siedem kilometrów prowadzące do Fontan było niemal płaskie, acz zdecydowanie najpiękniejsze pod względem scenerii. Przejeżdżaliśmy przez Gorges de Saorges czyli kanion wyrzeźbiony w skałach przez rzekę Roya. Droga zaczęła przypominać łagodny podjazd dopiero na kilka kilometrów przed Saint-Dalmas-de-Tende. Na tym odcinku zatrzymaliśmy się na chwilę aby poczekać na Darka, który dzielnie starał się nam dotrzymać kroku, acz miał nieco utrudnione zadanie jadąc z lekkim plecakiem. Po 19 kilometrach od La Giondola dotarliśmy do urokliwego miasteczka Tende ze starymi domostwami piętrzącymi się na zboczu góry. Dopiero na ostatnich sześciu kilometrach trzeba się było nieco bardziej wysilić. Około 300 metrów przed wjazdem do tunelu minęliśmy odchodzącą w lewo szutrową drogę na prawdziwą Col de Tende (1871 m. n.p.m.). Ta ścieżka liczy sobie 7,5 kilometra o dodatkowym przewyższeniu 610 metrów, lecz jest przydatna dla kolarzy spod znaku MTB. Inaczej sprawa wygląda po stronie włoskiej, gdzie po asfalcie nieco tylko zrytym w samej końcówce można dojechać na sam szczyt. W 2005 roku kończono tam, acz na wysokości 1795 metrów n.p.m. siedemnasty etap Giro d’Italia wygrany przez Ivana Basso. We wcześniejszych latach zarówno na Giro i Tourze kolarze dwukrotnie przejeżdżali Col de Tende przez tunel. Na Tourze zawsze od strony włoskiej z premią górską na wysokości 1321 m. n.p.m., zaś na Giro od obu stron czyli również od naszej francuskiej. Miało to miejsce w sezonie 1998 gdy „La Corsa Rosa” wystartowała z Nicei i jej pierwszy etap do Cuneo wygrał Mariano Piccoli, zaś na premii górskiej pierwszy był Marzio Bruseghin.

Gdy dobiliśmy do końca wzniesienia było już kilka minut po wpół do ósmej. Nie podlegało żadnej dyskusji, że przemycamy się do Włoch przez tunel. Nie rozglądałem się po znakach drogowych i nawet nie przyszło mi na myśl, że jest w nim zakaz jazdy rowerem. Tunel jest wąski i obowiązuje w nim ruch wahadłowy. Gdy wieczorem dotarliśmy na nocleg Piotrek powiedział nam, iż on przejechał przez tunel na pace samochodu dostawczego. Dotarł w to miejsce około godziny osiemnastej gdy był tu większy ruch i urzędowali jeszcze celnicy, więc nie mógł przedrzeć się przez granicę na rowerze. My nie mieliśmy z tym żadnych kłopotów, acz staraliśmy się to zrobić szybko i sprawnie by podczas liczącej niemal 3200 metrów przeprawy nie hamować ruchu samochodowego. Po drugiej stronie tunelu zrobiliśmy sobie kilkuminutowy postój aby cieplej się ubrać, gdyż o tej porze dnia było tu tylko 13 stopni. Na koniec czekał nas ponad 30-kilometrowy dojazd do Borgo San Dalmazzo po drodze SS20. Najpierw 7-kilometrowy zjazd do Limone Piemonte bardzo kręty w okolicy Tutti Mecci. Niżej coraz bardziej łagodny odcinek drogi, na którym zrobiłem sobie jedynie krótki przystanek w Vernante znanym z murali w temacie Pinokia. Ponieważ tym razem wyjątkowo zjeżdżałem szybciej od kolegów musiałem na nich poczekać w okolicy Tetto Cascina. Dojechawszy do Borgo San Dalmazzo mieliśmy kłopot z namierzeniem „B&B Il Melograno”. Po telefonicznych konsultacjach z Romkiem i Piotrem, którzy byli już na miejscu oraz przy pomocy miejscowych mieszkańców udało się to nam po dłuższej chwili. Tym sposobem dopiero około 21-wszej wylądowaliśmy na miejscu. W sumie przejechałem 145,2 kilometra przy łącznym przewyższeniu 3365 metrów w czasie netto 6 godzin 37 minut i 13 sekund (avs. 21,9 km/h). Gospodarz Pier Angelo okazał się praktykującym cyklistą z zacięciem do ambitnych eskapad na rowerze górskim. Niespodziewanie pod jego dachem zastaliśmy naszego rodaka z Kanady. Mike przyjechał do Europy ze stanu Ontario, aby na swym magicznym Cervélo zdobyć L’Alpe d’Huez oraz obejrzeć TdF na drużynówce w Nicei.

Napisany w Route des Grandes Alpes | Możliwość komentowania 7 etap: Menton – Borgo San Dalmazzo została wyłączona

6 etap: Roya – Menton

Autor: admin o 27. czerwca 2013

TRASA ETAPU 6 > https://www.strava.com/activities/69725232

W czwartek mieliśmy zrealizować pierwszy z głównych celów naszej wyprawy. Rano obudziliśmy się w Roya, cichej górskiej wiosce u bram Parku Narodowego Mercantour, zaś już popołudniu lub najdalej wieczorem mieliśmy się znaleźć w Menton, mieście na gwarnym Lazurowym Wybrzeżu. Od kresu klasycznej Route des Grandes Alpes dzielił nas dystans około 130 kilometrów i wedle mojego projektu dwa solidne wzniesienia oraz jedno znacznie mniejsze na sam deser. Po śniadaniu znalazłem jeszcze czas na krotki spacer w górę wioski do ostatnich zabudowań tej osady położonej w cieniu góry Las Donnas (2474 m. n.p.m.). Następnie zapakowaliśmy bagaże do samochodu i umówiliśmy się z Romkiem na spotkanie w okolicy Saint-Sauveur-de-Tinee by wspólnie pokonać pierwszą premię górską szóstego etapu tzn. podjazd od zachodniej strony pod przełęcz Saint-Martin (1500 m. n.p.m.). Około 9:45 ruszyliśmy w dół krętej i wąskiej Vallon de Roya by dotrzeć do D 2205, głównej drogi w dolinie rzeki Tinee. Na zjeździe naszym głównym zmartwieniem była kiepska jakość tej ścieżki. Trzeba było uważać na dziury i kamienie, aby nie przebić dętki już na samym początku przygody. Piotr z Adamem szybciej uporali się z tym zjazdem. Tym bardziej, że ja i Darek zrobiliśmy sobie parę przystanków celem uwiecznienia na zdjęcia uroków tego miejsca. Gdy dotarliśmy do Le Bourguet nasi dwaj koledzy byli już pewnie ze dwa-trzy kilometry z przodu. Na dole skręciliśmy w prawo i ruszyliśmy w pościg za nimi. Ja wcieliłem się w rolę robotnika, zaś Dario siadł mi na kole.

Do podnóża przełęczy św. Marcina mieliśmy blisko 28 kilometrów i ponad 560 metrów wysokości do stracenia. Po przejechaniu pierwszej tercji tego odcinka minęliśmy wioskę Isola. W niej zaczyna się podjazd pod Col de Lombarde (2351 m. n.p.m.) i zarazem do stacji Isola 2000, która w 1993 roku gościła uczestników Tour de France. Chociaż wiatr w dolinie był niesprzyjający to opadający teren sprawił, iż jechaliśmy całkiem żwawo tzn. ze średnią prędkością 35,7 km/h. Piotra i Adama złapaliśmy tuż przed Saint-Sauveur. Niedługo później dołączył do nas Romek i ostatnie kilometry łagodnego zjazdu pokonaliśmy już razem. Cztery kilometry za miastem skończyła się sielanka. W tym miejscu od zmierzającej na południe D 2205 odchodzi w lewo pod kątem 180 stopni droga D 2565 ku Col Saint-Martin. Czekało nas teraz 16,5 kilometra solidnego podjazdu o przewyższeniu 1018 metrów ze średnim nachyleniem 6,2 % i max. 10 %. Przełęcz św. Marcina tylko dwukrotnie znalazła się na trasie „Wielkiej Pętli”. Organizatorom TdF wpadła w oko przed czterdziestu laty. Najpierw w 1973 roku na etapie z Embrun do Nicei zdobył ją od naszej zachodniej strony Hiszpan Pedro Torres. Dwa lata później jechano od nieco łatwiejszej południowo-wschodniej flanki. Była pierwszym z pięciu wzniesień na legendarnym etapie z Nicei do Pra Loup. Na odcinku tym Francuz Bernard Thevenet znokautował wielkiego Eddy Merckxa, zaś kolarze poza Saint-Martin i podjazdem finałowym mieli do pokonania również przełęcze: Couillole, Champs i Allos. Premia górska u św. Marcina padła zaś łupem słynnego Belga Lucien’a Van Impe.

Przed ruszeniem do góry zrobiliśmy sobie kilkuminutowy postój aby zdjąć z siebie ciuchy, które były przydatne na niezbyt ciepłym zjeździe w ten pochmurny dzień. Około jedenastej sygnał do ataku dał Romek, lecz wkrótce okazało się, że nie miał w czwartek najlepszego dnia. Pierwsze dwa kilometry tego wzniesienia były w zasadzie najtrudniejsze na całej górze. Prowadziły krętą drogą po półce skalnej z pięknym widokiem na prawo przez rzekę w kierunku Col de la Sinne (1440 m. n.p.m.). Czułem się dobrze i szybko okazało się, że podczas tej wspinaczki mogę liczyć tylko na towarzystwo Adama. Droga była dobrze oznaczona. Co kilometr informacja ile kilometrów i zarazem metrów przewyższenia zostało nam do przełęczy. Według tablic miejscowość Valdeblore zdawała się nie mieć końca. Niemniej w praktyce byłą to gmina złożono z szeregu wiosek. Po kolei mijaliśmy La Bolline, La Roche, Saint-Dalmas by w końcu na samej przełęczy dotrzeć do La Colmiane. Przy przejeździe przez Bolline musiałem lekko zwolnić aby nie zerwać z koła Adama. Wolałem nie przesadzać. Moc na pierwszej górze czasami bywa złudna. Na przełęcz dojechaliśmy razem. Zastaliśmy tam kilka brzydkich hoteli, sporej wielkości parking i na nasze szczęście kilka otwartych barów. Postanowiliśmy powtórzyć wczorajszy manewr z przełęczy Vars i po zrobieniu pierwszych zdjęć zamówiliśmy sobie po kawce i ciastku. Oczekiwanie na kolegów nieco nam się dłużyło, bowiem tak Piotr, Romek jak i Darek potraktowali ten podjazd raczej ulgowo. Strzeliliśmy kolejne fotki do archiwum z podróży, po czym Romek rozpoczął zjazd do samochodu, zaś Piotr jako pierwszy ruszył na wschód w kierunku Saint-Martin-de-Vesubie.

Czekał nas przeszło 20-kilometrowy zjazd do podnóża Col de Turini (1607 m. n.p.m.). na pierwszych ośmiu kilometrach do wspomnianego miasteczka dość szybki. Z kolei na kolejnych dwunastu na tyle łagodny, iż wymagał od nas pedałowania. Ja wraz z Adamem i Darkiem rozpocząłem zjazd dopiero kilka minut przed trzynastą. Niemniej zjeżdżaliśmy bez zbędnej zwłoki, robiąc sobie po drodze jedynie parominutowy postój w Roquebiliere. Miasteczko było puste niczym po wybuchu bomby. Najwyraźniej wszyscy mieszkańcy rozpoczęli już sjestę. Tymczasem temperatura wzrosła 26 stopni, więc zasadne było zdjęcie kamizelki, rękawków czy nogawek założonych na zjazd. Cztery kilometry dalej trzeba było skręcić w lewo aby wjechać na drogę D 2566. To w tym miejscu miał się zacząć podjazd pod znaną bardziej z rajdu Monte Carlo niż Tour de France przełęcz Turini. Na „Wielkiej Pętli” pojawiała się ona tylko trzykrotnie. Dwa razy tuż po II Wojnie Światowej. W tych czasach brylowali nich idole francuskich kibiców czyli Louison Bobet i Jean Robic. Po dłuższej przerwie przypomniano sobie o niej w 1973 roku na wspomnianym już przez mnie etapie do Nicei. Jechano wówczas od czekającej i nas zachodniej strony, zaś jako pierwszy na premii górskiej pojawił się rodak Torresa – Vicente Lopez-Carill. Do pokonania mieliśmy 15,3 kilometra o średnim nachyleniu 7,2 % i max. 10 %. W sumie 1107 metrów przewyższenia. Jak nam się wydawało miała to być ostatnia większa przeszkoda przed upragnionym widokiem lazurowych wód Morza Śródziemnego.

Na początku wzniesienia spotkała nas miła niespodzianka. Darek rozpoczął wspinaczkę w wielce bojowym nastroju. Zaczął ten podjazd w stylu na jaki nie było stać w poprzednich trzech sezonach. W tym roku Dario nareszcie solidnie przepracował wiosnę. Dzięki temu był w stanie poradzić sobie z każdym etapem tej arcytrudnej wyprawy. Co więcej jak miało się okazać przy dobrym dniu, przyjaznej sobie temperaturze i odpowiednim nastawieniu był w stanie zmusić do większego wysiłku swych młodszych i na co dzień mocniejszych kompanów. Na pierwszym kilometrze Turini poszedł tak mocno, iż praktycznie zerwał nas z koła. Od razu przypomniał mi się ostatni taki atak Darek – u podnóża Col du Granon w lipcu 2009 roku. Jakkolwiek mogłem się zmobilizować by za wszelką cenę utrzymać jego tempo, ale nie byłaby to dla mnie komfortowa jazda i za tego typu zryw mogłem nieco wyżej zapłacić. Adam był najwyraźniej podobnego zdania i dotrzymywał mi kroku, nie próbując gonić za Darkiem. Na pierwszych trzech kilometrach utrzymywaliśmy kontakt wzrokowy z naszym kolegą dojeżdżając do miasteczka La Bollene-Vesubie ze stratą około 20-30 sekund. Tu spotkał mnie pewien problem na skutek mej niefrasobliwości. Ponieważ nie chciałem zapocić nogawek i rękawków zamiast do kieszonek włożyłem je pod siodełko. Te zaś na jednym z tzw. śpiących policjantów wypadły po czym wkręciły się pomiędzy łańcuch i tryby kasety. Musiałem się zatrzymać. Adam poczekał na mnie i pomógł poradzić sobie z owym kłopotem. To dało Darkowi dodatkowe dwie minuty zapasu. Dario choć przyznał się do lekkiego kryzysu w górnej partii wzniesienia do końca jechał dzielnie i w sumie równo. Choć jechaliśmy dość mocno to ponownie ujrzeliśmy go przed sobą dopiero na ostatnich dwóch kilometrach. Niemniej nie zdołaliśmy dogonić osiągając przełęcz jakieś kilkanaście sekund po nim.

Na Turini było gwarno i to nie tylko za sprawą turystów, w tym podobnych nam amatorów kolarstwa. Pewien pasterz, prowadził akurat przez przełęcz liczne niczym peleton TdF stadko owiec. Zresztą dość rozległy plac wybudowany na tej przełęczy wydaje się miejscem, które nie narzeka na brak gości. Na przełęcz wiodą w końcu nie dwie, lecz trzy drogi łączące się dopiero na samej górze. Co więcej z przełęczy tej w kierunku północno-wschodnim odchodzi jeszcze kolejna, ślepa droga w kierunku Circuit de l’Authion osiągająca maksymalny pułap 2016 metrów n.p.m. Według luźnych ustaleń na Turini mieliśmy spotkać się z Piotrem. Niemniej ponieważ nad przełęczą zbierały się coraz to gęstsze i ciemniejsze chmury Pietro najwyraźniej wolał się salwować ucieczką w dolinę ku cieplejszym klimatom. Z tego samego powodu i my nie mogliśmy tu zabawić dłużej. Przejechawszy na drugą stronę placu minęliśmy odchodzący w prawo zjazd do Luceram via Peira-Cava. Następnie w niewielkich odstępach czasu rozpoczęliśmy nasz zjazd do Sospel. Niestety w górnej części zjazdu nie udało nam się uniknąć przelotnych opadów deszczu. Taki opad w połączeniu z temperaturą ledwie 11 stopni przeszywał nas chłodem. Liczący sobie ponad 24 kilometry, kręty i trudny technicznie zjazd zdawał się nie mieć końca. Tym bardziej, że za Moulinet nie był już tak szybki i zmuszał do kręcenia. Mimo nie najlepszej pogody nie sposób było zaprzeczyć urokom tej krainy. Dlatego żałowałem, że na foto-stopa zatrzymałem się tylko raz w pobliżu kaplicy Notre-Dame de la Menour. W środkowej i dolnej części zjazdu zdążyłem wyschnąć, acz temperatura urosła tylko do skromnych na tej szerokości geograficznej 16 stopni.

Jakkolwiek podróżowaliśmy każdy w tempie sobie właściwym mieliśmy się odnaleźć w Sospel by razem pokonać ostatni pagórek na trasie do Menton i wspólnie dojechać do tej mety nad Morzem Śródziemnym. Jako pierwszy do punktu zbornego dojechał oczywiście Piotr. Potem Adam, który minął mnie na zjeździe. Mi też udało się umknąć przed deszczem, choć dojechałem do miasta z ciemnymi chmurami na karku. Gdy około 15:50 dojechał do nas Darek rozpadało się już na dobre. Do tego było tylko 14 stopni. Postanowiliśmy przeczekać załamanie pogody. Niestety aura sprzysięgła się przeciwko nam. Rozpadało się na dobre i tym sposobem utknęliśmy pod dachem gościnnego sklepu spożywczego na dobre dwie godziny. Swoją drogą cóż za ironia. Od soboty do tego miejsca przebyliśmy 654 kilometry pokonując szesnaście solidnych podjazdów, w tym pięć dwutysięczników. Tymczasem najwięcej czasu potrzebowaliśmy na pokonanie ostatnich 20 kilometrów przed Cote d’Azur. Zaskoczył nas chłód i deszcz, którego najmniej się spodziewaliśmy w miejscu kojarzonym ze słonecznym wypoczynkiem. Postanowiliśmy zawezwać telefonicznie Romka aby przybył nam z odsieczą tzn. dodatkową partią ciuchów, które mieliśmy w naszym samochodzie. Romano po zjechaniu z Col Saint-Martin wsiadł do samochodu i dojechał nad Lazurowe Wybrzeże najkrótszą możliwą drogą czyli przez D 6202. Dotarł na wybrzeże około godziny czternastej na wysokości Nicei i następnie skręcił na wschód by dobić do Menton. Oczywiście nie pozostawił nas w potrzebie i zjawił się w Sospel z koniecznym wsparciem.

Ponieważ nadal lało zaprosiliśmy kolegę pod dach i tym sposobem już w piątkę kontynuowaliśmy „okupację” sklepu spożywczego. Romek stanął na bramce wcielając się w role odźwiernego. Piotr zabawiał sprzedawców i gości konwersacjami. Adam co chwilę robił rundkę po sklepie kupując co raz to nowe zakąski. Darek jak zwykle bawił towarzystwo dowcipami. Ja zaś aby nas rozgrzać przed dalszą drogą zakupiłem mała buteleczkę Porto Cruz (0,2 litra) co by każdy łyknął sobie łyczka i rozgrzał się dla kurażu przed pozostałym nam do pokonania mokrym odcinkiem drogi. W końcu po osiemnastej przeszliśmy się pod stojący nieopodal sklepu wielki biały namiot gdzie narzuciliśmy na siebie cieplejsze i przede wszystkim suche rzeczy. Tak zaopatrzeni byliśmy w końcu gotowi dokończyć szósty etap. Ruszyliśmy w stronę Castillon (707 m. n.p.m.) podjazdu, który w odróżnieniu od Saint-Martin i Turini aż 21 razy pojawiał się na trasie Tour de France. Niemniej jego sława już dawno przeminęła. Był niemal obowiązkowym punktem na trasie „Wielkiej Pętli” w latach 1919-1936, po czym przypomniano sobie o nim jeszcze czterokrotnie tuż po II Wojnie Światowej w latach 1947-1948, 1950 i 1952. Szesnastokrotnie zdobywano go od strony północnej, najczęściej na etapach do Nicei. Wśród zdobywców tego wzniesienia mamy takich kolarzy jak: Firmin Lambot i Philippe Thys (obaj dwukrotnie) czy też inni triumfatorzy Touru jak Ottavio Botecchia, Lucien Buysse, Andre Leducq czy Louison Bobet. Ostatni zwycięzcą górskiej premii w tym miejscu był Francuz Jean Dotto. Ponieważ w ostatnich dziesięcioleciach TdF jak ognia unika wizyt na Cote d’Azur w szczycie sezonu turystycznego nie wydaje się możliwe by wyścig wrócił na ten szlak w najbliższej przyszłości. Start całego wyścigu w Monaco przed czterema laty czy tegoroczna drużynówka w Nicei to ledwie skromne wyjątki od tej wieloletniej reguły.

Wspomniany podjazd pod Castillon to od strony Sospel ledwie 6,7 kilometra wspinaczki o średnim nachyleniu 5,3 % i max. tylko 8 %. Niemniej my omyłkowo zamiast starej drogi D 2566 wybraliśmy nową D 2566A nie mając świadomości, że z miasta w stronę Menton wychodzi jeszcze jedna szosa nieco dalej na wschód. Nasza wersja Castillon okazała się podjazdem bardzo łatwym. Jechałem na dużej tarczy, używając przełożeń 50 x 19 i 21. Po przejechaniu 4,8 kilometra na wysokości około 570 metrów n.p.m. wjechaliśmy do 700-metrowego tunelu Le Muret, przebiegającego pod starą drogą do Castillon. Nasz podjazd skończył się wraz z tunelem na wysokości około 610 metrów n.p.m. Dwieście metrów dalej mieliśmy dalej nasza droga łączyła się ze starą D 2566, więc odkrywszy nasz błąd mogliśmy jeszcze dotrzeć do Castillon niejako pod prąd. Niemniej przy tej deszczowej pogodzie chcieliśmy już czym prędzej dotrzeć do naszej nadmorskiej mety. Jedynym niezłomnym twardzielem w naszym gronie okazał się Darek, który straciwszy z nami kontakt na podjeździe postanowił do końca trzymać się rozkładu jazdy i skręcił w lewo dodając sobie ponad dwa kilometry wzniesienia. My w tym czasie rozpoczęliśmy już zjazd ku Menton. Niestety nie obyło się bez złych przygód. Najpierw ja przebiłem dętkę w tylnym kole i w strugach deszczu musiałem sobie radzić z wymianą ogumienia, znajdując dach nad głową w ruderze stojącej nieopodal feralnego dla mnie wirażu. Nieco niżej Piotrek zaliczył upadek na mokrej szosie, na szczęście niegroźny. Gdy jako ostatni w naszym gronie dotarłem do Hotelu Lemon na ulicy Alberta I było już kilka minut po dwudziestej. Przejechałem w sumie 132,6 kilometra o łącznym przewyższeniu „tylko” 2380 metrów w czasie netto 5 godzin 42 minut i 10 sekund (avs. 23,3 km/h). Niemniej doliczając wszystkie dobrowolne i przymusowe przerwy na trasie spędziłem ponad 10 godzin. Po wzięciu pryszniców i przebraniu się w cywilne ciuchy po 21-wszej udaliśmy się na miasto. Zeszliśmy na kamienistą plaże aby nasz sukces przypieczętować zamoczeniem nóg w falach Morza Śródziemnego. Następnie weszliśmy do jednej z restauracji przy nadmorskim bulwarze zjeść jakże zasłużony obiad w porze kolacji.

Napisany w Route des Grandes Alpes | Możliwość komentowania 6 etap: Roya – Menton została wyłączona

5 etap: Guillestre – Le Bourguet

Autor: admin o 26. czerwca 2013

TRASA ETAPU 5 > https://www.strava.com/activities/69725248

Po długim czwartym etapie warto było dobrze odpocząć. W środę czekał nas co prawda bardzo wysokogórski, lecz w sumie dość krótki odcinek. Jak miało się okazać najkrótszy w całej dwutygodniowej wyprawie. Według planu na trasie z Guillestre ku dolinie rzeki Tinee mieliśmy do pokonania tylko dwie wzniesienia: Col du Vars (2111 m. n.p.m.) i Cime de la Bonette (2802 m. n.p.m.). Natomiast sam wybór kolejnego „miasta etapowego” był sprawą otwartą. Gdy zimą opracowywałem szczegóły trasy i dawałem Piotrowi wytyczne co do wyboru miejsca noclegowego w grę wchodziła praktycznie każda lokalizacja pomiędzy Saint-Etienne-de-Tinee a Saint-Sauveur-de-Tinee, W tym dość odludnym zakątku Francji faworytami była stacja Auron lub miasteczko Isola u podnóża podjazdu do Isola 2000, który pojawił się na trasie Tour de France 1993. Niemniej Pietro znalazł ostatecznie coś innego pośrodku tej krainy, a mianowicie górskie schronisko we wiosce Roya położonej ponad leżącą w dolinie osadą Le Bourguet. Taka meta oznaczała, że do przejechania będziemy mieli około 105 kilometrów. Dzięki temu mogliśmy sobie pozwolić na leniwe przedpołudnie. Mogliśmy wyspać się do woli, bez pośpiechu zjeść śniadanie, a nawet poświęcić dłuższą chwilę na doglądnięcie swych karbonowych rumaków przed dalszą drogą na południe. Około dziesiątej wszyscy jak jeden mąż wyprowadziliśmy swe „wierzchowce” na ganek aby im się bliżej przyjrzeć. Tam dobrą godzinę spędziliśmy na naprawie drobnych usterek i czyszczeniu rowerów. Słońce mocno grzało. Upału nie sposób było uniknąć, niezależnie od godziny startu. Ostatecznie około 12:20 jako pierwszy ruszył Darek. Startując z zapasem około pół godziny nad pozostałymi członkami naszej ekipy mógł mieć pewność, że sporą część tego odcinka przejedzie przed nami lub też później w naszym towarzystwie. W każdym razie plan był taki, żeby do mety środowego etapu dotrzeć razem lub prawie jednocześnie.

Z kolei zadaniem Romka było pokonanie samochodem całej trasy do Saint-Etienne-de-Tinee i następnie wyjechanie już rowerem na spotkanie z nami. Tym sposobem Romano jako jedyny w naszym gronie miał do „zrobienia” Col de la Bonette od strony południowej. Ja wraz z Adamem i Piotrem ruszyłem do boju około trzynastej. Jako, że Gite du Villard położone jest w dolnej części Guillestre startowaliśmy z poziomu ledwie 915 metrów n.p.m. Tym samym mieliśmy do pokonania podjazd pod Vars w wersji o dwa kilometry dłuższej niż profil zaczerpnięty z „archivio salite”. Tym sposobem na pierwsze danie trzeba było przetrawić wzniesienie 21,3 kilometra wspinaczki o średnim nachyleniu 5,6 % i max. 10,5 %. Przełęcz Vars była niegdyś popularną sceną zmagań podczas Tour de France. W sumie przejeżdżano przez nią aż 33 razy, lecz ostatni raz w roku 2000, gdy jako pierwszy na górę wjechał Niemiec Jens Heppner. Zazwyczaj bo aż 22-krotnie pojawiała się na tym wyścigu w swej wersji południowej, w pakiecie ze swą wyższą sąsiadką Izoard na etapach do Briancon. Pierwszym zdobywcą tej przełęczy był w roku 1922 trzykrotny zwycięzca „Wielkiej Pętli” Belg Philippe Thys. Czterem kolarzom udało się tu triumfować dwukrotnie. Dokonali tego Włoch Bartolomeo Aimo, Luksemburczyk Nicolas Frantz, Belg Edward Vissers i Francuz Jean Robic. Jednym słowem górale z międzywojennej i tuż powojennej ery Touru, gdy wyścig ten znacznie częściej niż obecnie zaglądał w południowe rejony francuskich Alp. Warto dodać, że południowy Vars czterokrotnie wystąpił też w Giro d’Italia. Po raz pierwszy w 1949 roku na legendarnym etapie do Pinerolo, na którym wielki Fausto Coppi zmasakrował swych rywali.

Zaczęliśmy podjazd całkiem żwawo i po pewnym czasie jechałem już tylko z Adamem. Piotr z dnia na dzień narzekał na większe zmęczenie i wolał rozpocząć kolejny dzień naszych zmagań z własnymi słabościami w spokojniejszym tempie. Jako się rzekło pogoda była wyborna, więc mimo iż był to dzień powszedni w samym środku tygodnia na drodze ku przełęczy Vars mijaliśmy całe rzesze kolarzy-amatorów. Rzecz jasna widok kolejnych kolarskich sylwetek przed nami wzmagał tylko nasze ambicje by podkręcić tempo i łyknąć kolejnego „zająca”. Policzyłem, że udało nam się wyprzedzić po drodze aż 31 takich osób, w tym hurtem całą 9-osobową drużynę na płaskim odcinku przy przejeździe przez stacje narciarską Saint-Marie–de-Vars. Dwóch „galerników” z ciężkimi sakwami do tego rachunku nie wliczyłem. Na całym podjeździe czułem się bardzo dobrze. W górnej części wzniesienia byłbym chyba nawet w stanie zerwać z koła Adama gdybyśmy się tu bili o punkty na górskiej premii. W każdym razie był to kolejny znak, iż moje lekkie nie dotrenowanie przed wyjazdem nie było problemem, lecz raczej atutem. Wychodziło na to, iż przyjechałem w Alpy na tyle świeży, że na razie jeszcze codzienny wysiłek nie robi na mnie złego wrażenia, a wręcz przeciwnie z etapu na etap nabieram mocy. Adam również radził sobie dobrze, więc do końca podjazdu zgodnie współpracowaliśmy i na przełęcz wjechaliśmy razem. Darka jednak nie zastaliśmy, zdołał umknąć przed naszą pogonią. Jakkolwiek był to ledwie dwudziesty drugi kilometr etapu postanowiliśmy skorzystać z kulinarnej oferty vars-u.

Na przełęczy wyznaczającej granicę między departamentami Haute-Alpes i Alpes-de-Haute-Provence funkcjonuje restauracja L’Igloo. Postanowiliśmy się przy niej zatrzymać. Starszy jegomość prowadzący ten przybytek zadziwił nas znajomością polskiej geografii. Gdy tylko powiedziałem, że kolega jest z Gdańska od razu wymienił dwa pozostałe grody Trójmiasta. Zakupiwszy po kawce i ciastku doczekaliśmy przyjazdu Piotra. Po obowiązkowej sesji zdjęciowej Pietro jako pierwszy ruszył w dół obierając taktykę a’la Dario czyli „czuję się słabiej, więc jadę przodem i tak mnie pewnie dojdziecie na Bonette”. Jako, że jest on świetnym zjazdowcem i dostał od nas w zapasie co najmniej 10 minut nie było na to większych szans. Zjazd z Vars składa się ze stromych 8 kilometrów do Saint-Paul i następnie łagodnych 6 kilometrów wzdłuż rzeczki Ubaye. Następnie trzeba jeszcze pokonać siedem, raczej płaskich kilometrów po szerszej drodze D900. Górują nad nią po prawej stronie wśród skał imponujące forty Tournoux i Caurres wybudowane w latach 40-tych XIX wieku. Niespodziewanie na dojeździe do Jausiers mieliśmy przymusowy przystanek. Zmurszałe przydrożne skały zagrażały bezpieczeństwu podróżnych. Dlatego miejscowi drogowcy zdecydowali się na akcję profilaktyczną. Jeden z nich musiał wspiąć się na skalną ściankę i odrąbać co bardziej niepewne jej elementy. Natomiast drugi wstrzymywał ruch na drodze, po czym kruszył opadłe odłamki za pomocą mini-walca. Na śledzeniu postępów tych prac minął nam dobry kwadrans. W tym czasie dojechało do nas jeszcze kilkunastu amatorów dwóch kołek, niejeden „znajomy” z podjazdu pod Vars czy też samej przełęczy.

Mało kto z tej grupy wybierał się jednak na spotkanie z „Jej wysokością” czyli Cime de la Bonette. Gdy tylko dojechaliśmy do Jausiers większa część naszego peletoniku pojechała prosto w kierunku Barcelonette. My dwaj zatrzymaliśmy się na chwilę przy wjeździe na drogę D64. Chcieliśmy sobie zrobić zdjęcia pod tablicą anonsującą najwyższą drogę asfaltową Europy. Nie jest to najbardziej aktualna informacja, albowiem nieco wyżej kończy się austriacka szosa na lodowiec Tiefenbachferner powyżej tyrolskiego Solden. Aczkolwiek w przeciwieństwie do Cime de la Bonette to droga jednokierunkowa. W każdym razie Bonette jest niewątpliwie najwyższym punktem, na który kiedykolwiek wjechali kolarze tak w historii samego Tour de France jak i podczas wszystkich trzech Wielkich Tourów łącznie. Co ciekawe najwyższy punkt na tej drodze prowadzi nie przez przełęcz, która wypada na wysokości 2715 metrów n.p.m., lecz 87 metrów wyżej na zachodnim zboczu Cime de la Bonette, góry której wierzchołek sięga 2860 metrów n.p.m. Szosa osiągająca wysokość 2802 m. n.p.m. to wynik ambicji i pomysłowości miejscowych władz, które koniecznie chciały mieć u siebie drogę rekordzistkę. Aby pobić wysokość sabaudzkiej Col de l’Iseran (2770 m. n.p.m.) położono więc asfalt wokół wierzchołka góry dodając do naturalnej drogi pętle długości 1900 metrów czyli m/w po kilometrze wspinaczki od każdej strony. Dodać należy, że owe dodatki należą do najbardziej stromych odcinków każdego z wariantów wzniesienia, więc załączony przeze mnie profil północnego podjazdu wydaje się niedowartościowany w końcówce.

Trzeba powiedzieć, że „Wielka Pętla” w te strony zagląda od wielkiego święta. W ostatnim półwieczu kolarze zdobywali Bonette tylko czterokrotnie, po dwakroć od każdej ze stron. Po raz pierwszy w 1962 roku gdy na etapie do Briancon górę tą od południa zdobył słynny „Orzeł z Toledo” Hiszpan Federico Bahamontes. Ten sam kolarz dwa lata później najszybciej pokonał to wzniesienie od północnej strony na etapie do Monaco. Po raz trzeci Bonette pojawiła się na trasie Touru dopiero w 1993 roku. Jechano wówczas od północnej strony mając już za plecami przełęcze Izoard i Vars. Przy tej okazji premie górską wygrał Szkot Robert Millar, zaś etap kończył się w stacji narciarskiej Isola 2000. Po raz ostatni kolarze pojawili się tu w roku 2008, gdy na etapie do Jausiers najszybciej od południa wspiął się kolarz z RPA John-Lee Augustyn, który chwilę później wyleciał z drogi na jednym z pierwszych zakrętów. Z naszej piątki w zasadzie tylko Adam i Romek byli debiutantami na tym szlaku. Dla mnie i Piotra był to powrót na północną Bonette po ośmiu latach. Byliśmy tu już bowiem w lipcu 2005 roku podczas drugiego dnia wyprawy, której główną atrakcją był nasz pierwszy start w La Marmotte oraz oglądanie etapów TdF z finiszami w Courchevel i Briancon. Natomiast Darek zdobył Bonette cztery lata później, gdy wybraliśmy się we francuskie Alpy z myślą przede wszystkim o starcie w L’Etape du Tour kończącym się na Mont Ventoux. Przy czym gdy mój kolega zmagał się wówczas z tym podjazdem ja zaliczałem południowy Col de Vars i finałowy podjazd do Pra-Loup. Tymczasem sytuacja na trasie piątego etapu ułożyła się tak, iż Piotr dogonił Darka w dolinie Ubaye, gdy ten podobnie jak my nieco później musiał przystanąć w związku ze wspomnianymi robotami na przydrożnej skale. Tym sposobem na podbój północnej Bonette rzuciliśmy w odstępie 20-30 minut dwa dwuosobowe podzespoły. Mniej więcej w tym samym czasie Romek, chwilowo zablokowany przez przemarsz owczej nawały, dojechał już do Saint-Etienne-de-Tinee i szykował się do ataku na przełęcz od jej południowej strony. Jednym słowem dach kolarskiej Europy braliśmy w dwa ognie.

Owczy peleton

Według informacji z „cyclingcols” północna Bonette to 23 kilometry o średnim nachyleniu 6,9 i max. 11,4 %. Natomiast południowa to 25,3 kilometra o średniej 6,6 % i max. 16 % w samej końcówce. Jako pierwsi do góry ruszyli Piotr z Darkiem dokumentując swój wyczyn serią wykorzystanych tu przeze mnie zdjęć z podróży. Dario starał się dotrzymać tempa Piotrowi i przez sporą część tego wzniesienia mu się to udawało. Ja jechałem cały czas z Adamem, który wydawał się być mocniejszy niż na Vars, więc momentami musiałem się sprężać by dotrzymać mu kroku. Oczywiście im wjeżdżaliśmy wyżej tym robiło się nieco chłodniej. Niemniej nawet po minięciu zabudowań wojskowych fortu Restefond (2558 m. n.p.m.) śniegu na okolicznych zboczach było niewiele, więc nic nie wskazywało na to, iż u kresu wspinaczki będziemy mieli jakikolwiek problem. Na łatwiejszym odcinku dwa-trzy kilometry przed finałem mimo, iż z racji przyjaznego profilu de facto przyspieszyliśmy w praktyce nieco odpuściliśmy szykując się na stromy finał wspinaczki. Tymczasem dojechawszy do ostatniego kilometra ujrzeliśmy tam najpierw śnieżną zaspę blokującą dojazd na wierzchołek od północnej strony, a zaraz potem trzech naszych kolegów stojących na przełęczy z informacją iż po południowej stronie również nie ma przejazdu. Oczywiście niczym niewierny Tomasz musiałem zbadać te śnieżne zawaliska z najbliższej odległości. Romek podkuszony przez Piotra i Darka również dotarł do białej ściany od każdej ze stron. Drogowcy zapewne zwieźli śnieg w te dwa miejsca aby odciąć ludziom niebezpieczną drogę na szczyt, której zagrażały śnieżne zaspy ze skrajów wierzchołka góry. Z tej przyczyny nie dane nam było osiągnąć zaplanowanego dachu naszej wyprawy. Miano to miało przypaść ostatecznie przełęczy Iseran, którą była do zdobycia w drodze powrotnej nad Lac Leman. Niemniej i tak mieliśmy niemało szczęścia, bowiem z powodu długiej zimy i kapryśnej wiosny tak ta jak i niektóre niższe przełęcze jeszcze w połowie czerwca były nieprzejezdne.

Temperatura na Bonette była jak na tą wysokość dość przyjazna tzn. 12 stopni Celsjusza. Niemniej na długi i przynajmniej z początku zimny zjazd trzeba było się odpowiednio ubrać. Najbardziej przed spodziewanym chłodem zabezpieczył się Darek, dzięki czemu z racji oryginalnego wyglądu zasłużył sobie na przydomek człowiek-rakieta. Temu zadaniu poświęciliśmy wszyscy kilka minut, po czym zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia po obu stronach przełęczy. Piotr dla żartu zabrał się nawet za odśnieżanie północnej drogi, ale była już godzina siedemnasta więc nawet jakby wytrwał w swym zapale to i tak pewnie nie skończyłby roboty przed zmierzchem. Na zjeździe chłopacy dość szybko mi odjechali. Niemniej nie starałem się koniecznie dotrzymać im tempa. Zatrzymał się też aby zrobić zdjęcia koszarom, które niegdyś wybudowano również po tej stronie przełęczy. Około 17:45 byliśmy już wszyscy w Saint-Etienne-de-Tinee. Tu postanowiliśmy poszukać restauracji i zjeść główny posiłek dnia, bowiem to była ostatnia „większa” miejscowość na naszym szlaku. Dlatego tez już w tym miejscu wyłączyłem licznik wskazujący, iż od Guillestre przejechałem 93 kilometry z łącznym przewyższeniem 2761 metrów w czasie 4 godzin 30 minut i 13 sekund (avs. 20,7 km/h). Po godzinnym przystanku gastronomicznym ruszyliśmy dalej w dół doliny. Przy czym to Piotr wcielił się na ten krótki odcinek w rolę kierowcy samochodu, zaś Romek towarzyszył nam na rowerze. Po przejechaniu pagórkowatych sześciu kilometrów dojechaliśmy do wioski Le Bourguet, gdzie musieliśmy skręcić w prawo i przejechać przez mostek nad Tinee. Gdybyśmy chcieli dojechać do leżącej poza szlakiem Route des Grandes Alpes wioski Roya (1540 m. n.p.m.) musielibyśmy z tego miejsca pokonać jeszcze podjazd wąską doliną po bardzo kiepskiej drodze. Dodatkowe 480 metrów przewyższenia na dystansie 6,5 kilometra przy średniej 7,4 %. Niemniej tak mi, Adamowi jak i Darkowi dopiero co zjedzony posiłek zbyt ciążył by decydować się na trzecią tego dnia wspinaczkę. Dlatego poprosiliśmy Piotra aby zostawił bagaże w schronisku, zjechał i zabrał nas na górę autem. Jedynie Romek mający w nogach „zaledwie” Bonette był na tyle głodny wrażeń, iż dotarł do mety na głębokiej górskiej prowincji o własnych siłach.

Napisany w Route des Grandes Alpes | Możliwość komentowania 5 etap: Guillestre – Le Bourguet została wyłączona

4 etap: Beaune / Grand Village – Guillestre

Autor: admin o 25. czerwca 2013

TRASA ETAPU 4 > https://www.strava.com/activities/69725345

Na czwartym etapie naszej wyprawy mieliśmy do pokonania kolejne trzy przełęcze. Przede wszystkim bodaj największą legendę francuskich Alp Wysokich czyli słynny Col du Galibier (2646 m. n.p.m.) jako danie główne. Poza tym skoro jechaliśmy z północy na południe to na naszej drodze niejako na przystawkę był również Col du Telegraphe (1566 m. n.p.m.), zaś na deser czy zważywszy porę dnia na podwieczorek także Col d’Izoard (2361 m. n.p.m.). W trakcie etapu do Guillestre mieliśmy opuścić Sabaudię i zarazem wyjechać z regionu Rhone-Alpes, aby po pokonaniu przełęczy Galibier wkroczyć we francuskie Alpy Południowe tj. na szosy departamentu Haute Alpes i regionu Provence-Alpes-Cote d’Azur. Zanim jednak dane nam było ruszyć w dalszą drogę musieliśmy załatwić parę spraw natury technicznej. Przede wszystkim Darek musiał znaleźć jakiś sklep rowerowy i kupić sobie nową korbę, albowiem dotychczas używane przez niego karbonowe cacko okazało się tyleż lekkie co nietrwałe i uległo rozwarstwieniu. W tym celu pojechaliśmy przed południem do Saint-Jean-de-Maurienne. Po drodze na stacji w Saint-Michel-de-Maurienne zatankowaliśmy samochód na dalsze kilkaset kilometrów tej podróży. Tymczasem wizyta w dwóch sportowych marketach u św. Jana nie przyniosła pożądanego rezultatu. Tym niemniej dostaliśmy namiar na znajdujący się na wylocie z miasta hangar, w którym znajdował się sklep o asortymencie niekoniecznie kolarskim, aczkolwiek szczęśliwie mający na zbyciu starą korbę firmy Miche, którą Dario był w stanie dopasować do swego roweru. Wróciwszy do naszej górskiej bazy w Beaune-Grand Village spakowaliśmy bagaże do samochodu, zaś Darek rozpoczął żmudne prace nad reanimacją swego roweru.

W końcu około 12:30 wraz z Piotrem jako pierwsi ruszyliśmy na trasę. Niedługo po nas wystartował również Adam. Natomiast Darek męczył się z naprawą jeszcze około godziny i ostatecznie rozpoczął czwarty etap dopiero tuż przed czternastą. Romek z ostrożności zaczekał na szczęśliwy koniec tych prac i wsiadł do samochodu dopiero gdy ostatni z czterech wojów Hanibala zaczął zjeżdżać ku Saint-Michel-de-Maurienne. Na początku czekał nas bowiem niemal 10,5-kilometrowy zjazd do centrum tego miasteczka. Uczciwie trzeba przyznać przyjemność, na którą nie zapracowaliśmy sobie minionego wieczoru. Ponieważ podjazd ten nie leży na trasie Route des Grandes Alpes postanowiliśmy go sobie darować mając już w nogach blisko 4000 metrów przewyższenia. Nikt z nas jednak nie odmówił sobie prawa do zjazdowej rozgrzewki. Oczywiście Piotr szybko zniknął mi z pola widzenia. Pozostało mi mieć nadzieję, że złapię z nim kontakt na Col du Telegraphe. Zjazd z Beaune niemal od razu przechodził w ten podjazd. Wystarczyło przejechać skrzyżowanie w centrum miasteczka, następnie most nad rzeką l’Arc oraz przemknąć pod wiaduktem kolejowym. Do pokonania było wzniesienie o długości 11,8 kilometra i średnim nachyleniu 7,2 %, przy max. 10,6 %. Jednym słowem dość trudny podjazd na miarę pierwszej kategorii, który na Tour de France zawsze bywa pokonywany w pakiecie z północnym Galibierem. Począwszy od roku 1911 Telegraphe w tej postaci pojawił się na Tourze 26 razy. Dziesięciokrotnie jako pierwszy meldował się na tej przełęczy późniejszy zdobywca Galibiera. Podobnie było w tym roku na Giro d’Italia, gdy pierwszy w obu miejscach był Włoch Giovanni Visconti, choć ze względu na zimowe warunki pogodowe kolarzom nie było dane dotrzeć na drugą z owych przełęczy.

Zacząłem podjazd pod Telegraphe energicznie i już na czwartym kilometrze dogoniłem Piotra. W tym momencie chciałem zwolnić i kontynuować jazdę w tempie swego kolegi. Niemniej Pietro stwierdził żebym jechał swoje i poczekał na niego na przełęczy. Dla nas obu było to już trzecie spotkanie z Telegrafem, gdyż w latach 2005-2006 startowaliśmy w wyścigu La Marmotte. Ponieważ Darek i Piotr też mieli za sobą po jednym występie w słynnym Świstaku można powiedzieć, że dla całej naszej czwórki był to powrót do przeszłości. Tym niemniej po raz pierwszy jechaliśmy w bardziej turystycznej niż sportowej formule, więc mogliśmy się w końcu lepiej przyjrzeć otaczającej nas przyrodzie. Tym niemniej mając zielone światło od swego kompana pojechałem dalej w dość mocno dojeżdżając na przełęcz w czasie niespełna 48 minut. Na Piotra nie musiałem długo czekać. Zrobiliśmy sobie zdjęcia pod tablicą. Poprosiliśmy przygodnego turystę o zrobienie nam wspólnych fotek. Po czym Piotr ruszył w stronę Valloire stwierdziwszy, iż nie czuje się tego dnia najlepiej, więc lepiej będzie jak zacznie podjazd pod Galibier z pewnym zapasem czasu. Zanim ja zabrałem się do tego mini-zjazdu na przełęczy pojawił się Adam, więc jemu również zrobiłem zdjęcia do albumu z podróży. Następnie ruszyliśmy w ślad za Piotrem. Na krótkim zjeździe Adam nieco mnie zdystansował, lecz dołączyłem do niego na brukowanym uliczkach Valloire, dzięki czemu ten bodaj najbardziej kultowy podjazd ze wszystkich na naszym szlaku zaczęliśmy razem.

Galibier to wielka legenda Tour de France. Przed 102 laty był pierwszym alpejskim „dwutysięcznikiem”, który przetestowano na trasie Wielkiej Pętli. Od tego czasu organizatorzy użyli go aż 58 razy w trzech różnych wariantach. Za klasyczną i zarazem najtrudniejszą uchodzi droga północna. Pozornie to tylko 18,1 kilometra o średnim nachyleniu 6,9 % i max. 11,8 %. Niemniej zważywszy na to, iż przełęcz Telegraphe od początku właściwego Galibiera dzieli niespełna 5 kilometrów powiedzieć można, że praktycznie jedno wzniesienie w dwóch aktach. Przełęcz ta jest nieco niższa od Bonette czy Iseran, lecz rzecz można największa pod względem wysokości względnej. Otóż pominąwszy stratę wysokości między Telegraphe a Valloire na 35 kilometrach dzielących Saint-Michel-de-Maurienne od Col du Galibier trzeba pokonać aż 2096 metrów przewyższenia! Ta wersja podjazdu na trasie TdF pojawiła się 26 razy. Po raz pierwszy we wspomnianym już roku 1911. Odkrywcą zarówno Telegraphe jak i Galibier został Francuz Emile Georget. Na przełęcz prowadzą też dwie drogi z południa tzn. południowo-wschodnia od Monetier-les-Bains oraz południowo-zachodnia od Les Clapiers. Obie łączą się na Col du Lautaret (2068 metrów n.p.m.). Drogą zachodnią kolarze jechali 14 razy, po raz pierwszy w 1913 roku. Natomiast wschodnią 18-krotnie, począwszy od roku 1922. Chcąc uczcić stulecie Wielkich Alp na trasach TdF kolarzom zaserwowano aż dwukrotny przejazd przez tą przełęcz. Najpierw od strony południowo-wschodniej w końcówce osiemnastego etapu i dzień później od północy na początku etapu dziewiętnastego. Wśród wielu zdobywców tej mitycznej góry wymienić należy siedmiu „recydywistów”. Swój wyczyn powtarzali jedynie: Henri Pelissier, Honore Barthelemy, Federico Ezquerra, Federico Bahamontes, Charly Gaul, Julio Jimenez i przed dwoma laty Andy Schleck. Dla mnie zaś atak Zenona Jaskuły na tej właśnie górze w trakcie TdF 1993 sprawił, iż kolarstwem szosowym przestałem się interesować i … zacząłem się nim pasjonować.

Północny Galibier sensu stricto czyli 18-kilometrowy odcinek od Valloire zaczyna się dość niewinnie. Na pierwszych dziesięciu kilometrach do większego wysiłku zmusza jedynie drugi kilometr na dojeździe do Les Verneys, a następnie kilometry: ósmy i dziewiąty. W żadnym momencie nie jest to wspinaczka trudniejsza niż przebyta wcześniej Telegraphe, acz widoki już na tej wysokości są przecudnej urody. Po pewnym czasie na długich prostych w oddali ujrzeliśmy znajomą sylwetkę Piotra. Na tej górze zabawa kończy się w miejscu zwanym Plan Lachat leżącym na wysokości około 1980 metrów n.p.m. To tu droga opuszcza alpejskie hale, skręca w prawo i pnie się dalej po półce skalnej. Każdy z pozostałych do szczytu ośmiu kilometrów ma nachylenie od 7,5 do 10 %, zaś w samej końcówce stromizna sięga blisko 12 %. Oczywiście trzeba było wrzucić bardziej miękkie przełożenia by sobie poradzić z takim wyzwaniem. Około pięciu kilometrów przed przełęczą dogoniliśmy Piotra i zdecydowaliśmy się jechać dalej w trójkę. Minęliśmy Les Granges ze szklanym pomnikiem Marco Pantaniego na wysokości około 2300 metrów n.p.m. Po drodze niczym na imprezie cyclosportive czyhali na nas profesjonalni fotografowie robiący zdjęcia i rozdający wizytówki z adresem swej strony internetowej. Niespełna kilometr przed finałem na wysokości 2566 metrów n.p.m. minęliśmy boczną drogę prowadzącą do tunelu, w którym do roku 1976 kończyła się ta wspinaczka. Na ostatnim kilometrze Adam przyśpieszył i jako pierwszy z nas przeciął linię górskiej premii. Ja do końca jechałem w towarzystwie Piotra robiąc za głównego aktora krótkometrażowego filmu, który mój kolega kręcił za pomocą swego telefonu. Dlatego na ostatniej prostej niejako „pod publiczkę” zerwałem się do sprintu aby przed szczytem dognać trzech wyraźnie wolniejszych od nas cykloturystów.

Zjazd do Lautaret

Cały podjazd przejechany tym razem w towarzyskiej atmosferze zajął mi godzinę i 23 minuty. Na przełęczy było dość gwarno tak, iż musieliśmy czekać na swą kolei do pozowania przed tablicą wyznaczającą granicę między północną i południową częścią francuskich Alp. Ze szczytu roztaczały się przepiękne widoki na obie strony góry. Niemniej szczególnie imponujące wrażenie robiła panorama południowa w kierunku Briancon. To tam mieliśmy teraz podążyć. Niemniej zanim na dobre zaczęliśmy zjeżdżać zatrzymaliśmy się już po 900 metrach przy wylocie z tunelu, w którym obowiązuje ruch wahadłowy. Zrobiliśmy tam kilka zdjęć, przede wszystkim pod stojącym nieopodal pomnikiem ku czci Henri Desgrange, pomysłodawcy i pierwszego dyrektora Tour de France. Następnie zjechaliśmy ku przełęczy Lautaret by i tu zatrzymać się na krótką chwilę. Najbardziej stromą i krętą 8,5-kilometrową część zjazdu mieliśmy już za sobą. Teraz musieliśmy skręcić w lewo i pokonać szybkie trzynaście kilometrów, prowadzące długimi prostymi odcinkami do Le Monetier-les-Bains. W górnej części tego odcinka mocno wiało. Na wylocie z jednej z dwóch tamtejszych galerii nagły podmuch wiatru niemal mnie przewrócił. Piotr i Adam czekali na mnie na obrzeżach tego miasteczka. Na dłużej zatrzymaliśmy się jednak dopiero sześć kilometrów dalej w La Salle-les-Alpes. Tu zrobiliśmy sobie strefę bufetu uzupełniając bidony po wizycie w sklepie spożywczym oraz kupując sobie coś konkretnego do zjedzenia, a mianowicie naleśniki z serem przyrządzone na słono. Pozostałą część już łagodnego zjazdu pokonaliśmy razem. Minęliśmy Chantemerle / Serre Chevalier, osadę w której kończył się wspomniany etap TdF z 1993 roku. Po chwili dotarliśmy do Braincon czyli najwyżej położonego miasta we Francji. Tym niemniej na zwiedzanie położonej wyżej starówki nie mieliśmy czasu. Natomiast przez dolne miasto tylko przemknęliśmy, gdyż skoro już wcześniej pojedliśmy i popiliśmy zabrakło nam szczególnego powodu do zatrzymywania się.

Od razu zaczęliśmy szukać drogi wylotowej z miasta w kierunku Col d’Izoard czyli D902. W tym miejscu warto wspomnieć co wczesnym popołudniem porabiali stanowiący naszą ariergardę Darek i Romek. Romano z uwagi na późny start postanowił zrezygnować z przejechania przełęczy Telegraphe i od razu pojechał do Valloire mijając Darka robiącego zdjęcia na moście w Saint-Michel-de-Maurienne. Tym samym na Col du Galibier dotarł jako czwarta osoba z naszego grona. Dario dotarł na tą przełęcz tuz przed siedemnasta, po drodze na szczyt spotykając zjeżdżającego do samochodu Romana. Ten wsiadł następnie do auta i już w roli kierowcy raz jeszcze pokonał przełęcz. Dalej podobnie jak my zjechał do Briancon, po czym wybrał drogę N94 aby najkrótszą z możliwych dróg dotrzeć do kolejnej bazy noclegowej. Nas czekało tym czasem spotkanie ze słabiej znaną stroną słynnej Izoard. O ile południowa wersja tego podjazdu pokazała się na trasie Wielkich Tourów aż 33-krotnie tzn. 27 razy na Tourze i 6 razy na Giro d’Italia, o tyle północna jej strona tylko sporadycznie trafiała do programu francuskiego wyścigu. Pojawiła się na nim tylko 6-krotnie, począwszy od roku 1936. Przed drugą wojną światową górę tą zdobyli: Antonin Magne i rok później Julian Berrendero. W trakcie pierwszej powojennej edycji pierwszy na szczycie był Jean Robic. Następnie w roku 1973 premia ta padła łupem Jose Manuela Fuente, zaś w bliskim sercu polskich kibiców TdF 1993 triumfował tu Claudio Chiappucci. W końcu na trasie etapu do Gap z 2003 roku, który przeszedł do historii z uwagi na groźny upadek Belokiego i przełajowe wyczyny Armstronga, jako pierwszy z grupy harcowników na przełęczy tej zameldował się Aitor Garmendia.

Północny Izoard to w sumie 19,1 kilometra o średnim nachyleniu 6 % i max. 9,6 %. Podjazd dość nieregularny i na pierwszych 10 kilometrach przed Cervieres dość łatwy jak na alpejskie warunki. Wyjechawszy z Briancon zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę by odpowiedzieć na tzw. zew natury. Potem ruszyliśmy z Adamem na tyle żwawo, iż Piotr włączył swój tryb oszczędny. Adam na tyle mocno się rozbujał, iż na wylocie z Cervieres urwał również mnie. Postanowiłem nie jechać za wszelką cenę jego tempem. Wolałem skupić się na równej jeździe z rytmie na który mnie stać. Okazało się to dobrym pomysłem, gdyż na dojeździe do Le Laus nie tylko go dogoniłem, ale nawet chwilowo wyprzedziłem. Niemniej nie przyjechaliśmy w Alpy aby ścigać się między nami, lecz po to by przejechać pełen dystans koleżeńskiej atmosferze. To znaczy współpracując z sobą, przynajmniej w te dni gdy forma poszczególnych członków naszej ekipy będzie zbliżona. Dlatego też ostatnie siedem kilometrów tej wspinaczki pokonaliśmy znów razem, zgodnie zmieniając się na prowadzeniu. Na przełęczy poczekaliśmy około dziesięciu minut na przyjazd Piotra. Zbliżała się godzina dziewiętnasta i było tu pustawo. Do Guillestre mieliśmy jeszcze ponad 30 kilometrów, więc czym prędzej zabraliśmy się do pokonania tego odcinka. Na 14-kilometrowym zjeździe zatrzymałem się tylko w Casse Deserte przy pomniku Fausto Coppiego i Louison Bobet. Zjazd zakończyłem w towarzystwie Adama. W przepięknym wąwozie Queyras jechałem już na rezerwie i na ogół korzystałem z koła kolegi.

Piotr czekał na nas na rondzie przy wjeździe do Guillestre. W tym miejscu wyłączyłem licznik, który wskazał mi dystans 134,8 kilometra o łącznym przewyższeniu 3363 metrów. Na pokonanie tego etapu potrzebowałem 5 godzin 57 minut i 38 sekund przy przeciętnej prędkości 22,6 km/h. Piotr telefonicznie próbował uzyskać od gospodyni wskazówki w sprawie sposobu dojazdu do Gite du Villard. Efekt przyniosła dopiero rozmowa z mężem tej miłej kobiety. Okazało się, że do pokonania mamy jeszcze 4,3 kilometra, gdyż baza noclegowa nr 5 leży przy ulicy Route de Campings w dolnej części tego miasta. Nieco ponad kilometr od biegnącej doliną rzeki Durance drogi krajowej nr 94. Nasza kolejna przystań okazała się dużym domem o wiejskim charakterze. Mieliśmy w nim do dyspozycji, poza pomieszczeniami wspólnymi dla wszystkich gości, duży pokój z sześcioma łóżkami i okradłem stołem w centralnej części tej sypialni. Po rozgoszczeniu się na miejscu trzymałem rękę na pulsie w sprawie postępów Darka. Dobiegał już zmierzch a naszego kolegi nie było jeszcze w bazie. Później okazało się na Col d’Izoard wjechał dopiero o godzinie 21:00 czyli w promieniach zachodzącego słońca. Pierwszą część zjazdu pokonał gdy na dworze robiło się już szaro. Gdy dotarł do Combe de Queyras było już niemal ciemno. Według relacji Darka najgorzej czyli najmroczniej w pierwszej fazie tego odcinka z uwagi na utrudniony dostęp resztek dziennego światła do najwęższej części tego kanionu. Gdy udało nam się nawiązać kontakt telefoniczny ustaliliśmy, iż podjadę samochodem do znanego mi ronda aby go odebrać. To było lepsze rozwiązanie niż tłumaczenie zawiłej drogi do bazy, którą musiałby przecież pokonać po ciemku.

Napisany w Route des Grandes Alpes | Możliwość komentowania 4 etap: Beaune / Grand Village – Guillestre została wyłączona

3 etap: La Lechere – Saint-Michel-de-Maurienne

Autor: admin o 24. czerwca 2013

TRASA ETAPU 3 > https://www.strava.com/activities/69725319

Niestety w poniedziałkowe przedpołudnie potwierdziły się pesymistyczne prognozy pogodowe. Niebo było całkowicie zachmurzone i niemal cały czas lżej lub mocniej padało. Z tej przyczyny nie bardzo nam się śpieszyło by ruszać na trasę trzeciego etapu. Z drugiej jednak strony w perspektywie długiego i bardzo trudnego odcinka nie mogliśmy czekać bez końca, co najwyżej do południa. Po śniadaniu spakowaliśmy bagaże do samochodu i przebrani w stroje z naszych kolekcji jesiennych zasiedliśmy w hotelowym holu. Dłuższy czas czekaliśmy na pierwsze promienie słońca lub przynajmniej koniec deszczu. W końcu kilka minut przed jedenastą jako pierwszy do boju ruszył Dario, ubrany jak zwykle w takiej okazji w najbardziej nieprzemakalną wersję swego odzienia. Po nim w drogę ruszył Adam, zaś dokładnie o 11:30 ja z Piotrem. Razem z nami wyjechał Romek, który miał za zadanie odstawić nasze bagaże na nocleg nr 4 w Beaune powyżej Saint-Michel-de-Maurienne, po czym zjechać samochodem do Saint-Jean-de-Maurienne i następnie już rowerem dojechać na spotkanie z nami w Saint-Etienne-de-Cuines. Chcieliśmy bowiem w pełnym składzie pokonać podjazdy pod Glandon z Croix de Fer oraz Mollard. Aby nie męczyć samochodu Romano wybrał przejazd dolinami, najpierw wzdłuż Izery drogą N90, a potem w górę Maurienne po szosie N6. Tym samym asystował nam autem jedynie na pierwszych czterech, płaskich kilometrach wskazując zarazem, w którym momencie mamy zjechać z głównej drogi w stronę najsłynniejszej w kolarskim światku Magdalenki.

Pierwszym podjazdem naszego trzeciego etapu była bowiem Col de la Madeleine (1993 m. n.p.m.), którą nasz kolega-kierownik przerobił już dzień wcześniej. Klasyczna wersja Route des Grandes Alpes po pokonaniu Cormet de Roselend prowadzi przez Col de l’Iseran via Val d’Isere. Z dwóch względów wybrałem dla nas niższą, acz moim zdaniem wcale nie łatwiejszą wersję owej trasy czyli z przejazdem przez Madeleine. Po pierwsze w przeciwieństwie do północnej „Magdalenki” tak ja, Piotr jak i Darek mieliśmy już okazję poznać północny podjazd na najwyższą przełęcz Sabaudii. Po drugie Iseran i tak mieliśmy jeszcze zdobyć, acz od południa na trasie jedenastego etapu całej wyprawy. Tym sposobem naszym pierwszym wyzwaniem na dzień 24 czerwca było z najtrudniejszych alpejskich wzniesień. Przy tym bardzo popularne w najnowszej historii Tour de France. Po raz pierwszy pojawiła się ona na trasie „Wielkiej Pętli” dopiero w roku 1969 i od tego czasu w ciągu 45 edycji organizatorzy TdF skorzystali z niej aż 25 razy. Trzynaście razy jechano od południa ze startem w La Chambre i dwanaście razy od naszej północnej strony z początkiem w La Lechere. Pierwszym zdobywcą północnej Madeleine został Bask Andres Gandarias. Gdy zaś w 1975 roku przełęcz ta odkryła przed kolarzami swój południowy podjazd jako pierwszy na niej pojawił się inny Bask Francisco Galdos. Ostatni triumfatorzy na tej górze to Słowak Peter Velits (północ w 2012 roku) i Francuz Pierre Rolland (południe w 2013 roku). Jednak największymi bohaterami obu szlaków pozostają: Belg Lucien Van Impe i Francuz Richard Virenque, którzy wygrywali na tej przełęczy trzykrotnie i przy tym co najmniej raz od każdej strony.

Północna Madeleine to podjazd o długości aż 25,2 kilometra o średnim nachyleniu 6,3 % i max. 11,4 %. Jednym czekała nas blisko dwugodzinna wspinaczka. Wystartowaliśmy przy temperaturze około 15 stopni Celsjusza. Na szczęście resztki deszczu towarzyszyły nam tylko na płaskim odcinku dojazdowym. Gdy tylko dotarliśmy do podnóża podjazdu niebo zaczęło się rozpogadzać. Dlatego Piotr ubrany w ciepłą kurteczkę Cofidisu już na pierwszym kilometrze podjazdu musiał ją zdjąć aby się nie zagotować. Ja ubrałem się lżej i nie miałem takich kłopotów. Z początku jechałem spokojnie w nadziei, że kolega mnie do dojdzie. Później nieco przyspieszyłem postanowiwszy niejako „korespondencyjnie” pościgać się z Romkiem, który w niedzielę zszedł kilka minut poniżej wspomnianych dwóch godzin. Jak widać na załączonym obrazku ta strona Magdalenki jest podjazdem dość nieregularnym. Rodzaj wspinaczki w trzech aktach przedzielonych dwoma niemal płaskimi odcinkami. Po drodze przejazd przez Villard-Benoit, Celliers Dessous i parę pomniejszych osad. Jakieś osiem kilometrów przed szczytem niespodziewanie dogoniłem Darka. Oczywiście nie było szans by złapać Adama. Dojechałem na przełęcz w czasie 1 godziny i 14 minut czyli ze średnią około 14,2 km/h. Uznałem to za niezły wynik i dobry omen w perspektywie dalszych wyzwań. U góry w oczekiwaniu na kolegów postanowiłem zajść do tamtejszej restauracji. Spotkałem tam Adama, zjadłem ciastko i wypiłem kawkę. Wkrótce dołączyli do nas Piotr z Darkiem. Po wyjściu na zewnątrz zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia i czym prędzej udaliśmy się na drugą stronę góry w kierunku doliny Maurienne. Na zjeździe nie mieliśmy przystanków, stąd nawet Darek nie cyknął żadnych fotek z tego odcinka naszej podróży.

Na dłużej zatrzymaliśmy się dopiero w La Chambre na końcu drogi D213. Tu nawet w cieniu było co najmniej 20 stopni, więc w końcu mogliśmy zdjąć rękawki, nogawki czy kurtki i ogrzać ręce, nogi w promieniach alpejskiego słońca. Postaliśmy w tym miejscu dobry kwadrans ustalając dalszy plan działań. Uradziliśmy, że Darek z Adamem ruszą jako pierwsi, zaś ja z Piotrem będziemy do skutku czekać na Romka z Saint-Etienne-de-Cuines. Aby tam dotrzeć musieliśmy przedostać się na drugą stronę drogi krajowej N6. Z Romkiem byliśmy w kontakcie telefonicznym. Przyjazd kolegi nieco się przeciągał, więc zrobiliśmy sobie z Piotrem przystanek kawowy w mini-barze przy drodze dojazdowej do podnóża Glandon. Mieliśmy z tego miejsca dobry punkt obserwacyjny na drogę, którą powinien był dojechać Romano. Jako, że wszyscy poza Romkiem startowaliśmy swego czasu w górskim maratonie La Marmotte dane nam było poznać południowy podjazd pod Col du Glandon (1924 m. n.p.m.). Natomiast uchodzący za trudniejszy z dwojga szlak północny zapadł nam w pamięci jako szybki i dosłownie śmiertelnie niebezpieczny zjazd. Teraz czas było się przekonać jak trudny to podjazd. Północny Glandon to na warunki francuskie stromy podjazd. Co prawda suche liczby czyli 19,8 kilometra przy średnim nachyleniu 7,2 % i max. 11 % nie robią oszałamiającego wrażenia, ale trzeba pamiętać iż średnią znacząco zaniża łatwy odcinek w okolicy Saint-Colomban-des-Villards.

Glandon jako premia górska wystąpił na Tourze trzynastokrotnie. Siedem razy zdobywano go od północnej strony. Po raz pierwszy w 1952 roku gdy najszybszy był słynny włoski „Campionissimo” Fausto Coppi, zaś ostatni w 2001 roku gdy uciekał Francuz Laurent Roux. Od południa wspinano się sześć razy. Po raz pierwszy w 1983 roku gdy wygrał Szwajcar Serge Damierre, zaś ostatni raz niespełna miesiąc po naszej wizycie gdy w tegorocznym Tourze premia ta padła łupem Kanadyjczyka Rydera Hesjedala. Już pierwsza faza północnego podjazdu jest wymagająca, zaś trzecia finałowa po prostu trudna. Przy tym najtrudniejsza w samej końcówce, gdzie stromizna nie schodzi poniżej 10 %. Piotrek zluzował po kilku kilometrach, więc większość podjazdu przejechałem w towarzystwie Romka. Będąc świeższy od nas Romek czuł się bardzo dobrze kręcąc na bardziej miękkim niż moje przełożeniu. Na ostatnich dwóch kilometrach miałem odrobinę problemów by dotrzymać mu kroku, ale nie pękłem i na przełęcz wjechaliśmy razem. Zastaliśmy tam kilka osób, ale nie było wśród nich Adama czy Darka. Postanowiliśmy poczekać na Piotra około 10 minut w międzyczasie robiąc sobie zdjęcia nie tylko na tle tablicy, ale też wbitej „maillot jaune” na patyku. Na przełęczy było słonecznie, ale niezbyt ciepło. Ponieważ nie ma niej żadnego przytułku dla „zmęczonych wędrowców” stwierdziliśmy w końcu, że nie czekając dłużej na Piotrka dokręcimy brakujące trzy kilometry do sąsiedniej przełęczy Żelaznego Krzyża i tam na niego poczekamy w razie potrzeby pod dachem miejscowej restauracji.

Odcinek między przełęczami Glandon a Col de la Croix de Fer (2068 m. n.p.m.) to zaledwie 2900 metrów, z czego pierwsze dwieście to króciutki zjazd do rozjazdu przy zamkniętej na cztery spusty restauracji. Z tego miejsca można odbić w lewo i przedłużyć sobie wspinaczkę niezbyt stromym odcinkiem na poziomie 6-7 %, albo też skręcić w prawo w kierunku doliny Romanche i leżącego u podnóża L’Alpe d’Huez miasteczka Le Bourg d’Oisans. Croix de Fer można zdobyć aż od trzech stron tzn. północno-wschodniej z Saint-Jean-de-Maurienne (czego dokonaliśmy z Darkiem w lipcu 2009 roku), południowej z Le Verney oraz od północnego-zachodu czyli właśnie z Saint-Etienne-de-Cuines via Glandon. Na trasie Touru jako premia górska przełęcz ta pojawiła się 16 razy. Po raz pierwszy w 1947 roku gdy od strony południowej najszybciej wspiął się Włoch Fermo Camelliniemu. Rok później od północnego-wschodu jako pierwszy nadjechał jego słynny rodak Gino Bartali. W sumie od południa jechano sześciokrotnie, od wschodu osiem razy, zaś naszym zachodnim szlakiem tylko dwukrotnie. W obu przypadkach wzniesienie to zdobyli Skandynawowie czyli Duńczyk Michael Rassmussen w 2006 roku i Szwed Fredrik Kessiakoff w 2012 roku. Dojechawszy do wspomnianego rozdroża widzieliśmy w oddali przełęcz Żelaznego Krzyża. Widoki w tym miejscu są nie tylko piękne, ale iście panoramiczne. Po pewnym czasie ujrzeliśmy przed sobą znajomą sylwetkę Darka, więc przyśpieszyliśmy by doszlusować do niego przed przełęczą co prawie nam się udało. Na tym odcinku wspinaczki najbardziej zapadł mi w pamięci leżący na skraju drogi pasterz. Jegomość ów czytając sobie książkę ze stoickim spokojem przy pomocy jednego pieska ogarniał pasące się w dole na hali stado kilku tysięcy owiec.

Na przełęczy w końcu byliśmy w komplecie. Piotr przyjechał jako ostatni z niewielką stratą czyli gdybyśmy poczekali jeszcze ze dwie-trzy minuty spotkalibyśmy się już na Glandon. Zbliżała się godzina osiemnasta, więc temperatura spadła już do skromnych 7 stopni. Dlatego przed zjazdem musieliśmy się cieplej ubrać. Pierwsze siedem kilometrów do Saint-Sorlin-d’Arves jest wąskie i kręte, więc choć to najbardziej stromy po tej stronie góry i tak nie można było jechać zbyt szybko. Kolejne siedem z przejazdem przez Saint-Jean d’Arves do Pont de Belleville było już łatwiejsze technicznie. Niemniej bardziej płaskie fragmenty trasy zmuszały do kręcenia. Mniej więcej w połowie typowego zjazdu do Saint-Jean-de-Maurienne musieliśmy odbić w prawo by zmierzyć się z podjazdem, który przygotowałem nam na deser. Col du Mollard (1638 m. n.p.m.) to przynajmniej od tej strony podjazd z gatunku drugiej kategorii czyli 5,9 kilometra długości przy średniej 6,8 % i max. 10,5 % około kilometr przed przełęczą. Na Tourze pojawił się jak dotąd dwukrotnie w latach 2006 i 2012. Przy obu okazjach w swej południowej wersji po wcześniejszym przebyciu przez kolarzy kombinacji Glandon & Croix de Fer. Co ciekawe zwycięzcy tej górskiej premii czyli Rasmussen i Rolland triumfowali później również na mecie etapu w stacji narciarskiej La Toussuire. Dolną część wzniesienia przejechaliśmy w czwórkę. Później Adam z Romkiem na przemian zaczęli podkręcać tempo i Piotr powiedział basta jadę swoim tempem. Przyznam, że skłaniałem się do podobnej decyzji, ale ostatecznie zwyciężyła ambicja aby do samego końca nie odpuszczać koła bardziej żwawym kompanom. Na samej przełęczy powitał nas zerwany asfalt, na szczęście tylko na odcinku około stu metrów.

Po przejechaniu półtora kilometra przemknęliśmy przez Albiez-le-Vieux i każdy z nas wybrał opcję skrętu w lewo co oznaczało, iż cały zjazd zakończymy w Saint-Jean-de-Maurienne, a nie Villargondran. Romek i tak musiał zjechać do miasteczka św. Jana by odebrać samochód z parkingu. Niemniej dla pozostałych ze względu na kierunek dalszej jazdy nieco bardziej pasowałaby wschodnia wersja zjazdu do doliny Maurienne. Na zjeździe trzeba było zignorować wywołany robotami drogowymi zakaz przejazdu. Droga była na tyle zwężona, iż stała się nieprzejezdna dla samochodów, ale nam bez trudu udało się przecisnąć. Romek z Piotrem dotarli na dół jako pierwsi następnie obaj już autem przejechali do Saint-Michel-de-Maurienne. Ja zakończyłem zjazd w towarzystwie Adama i zgodnie współpracując pokonaliśmy ostatnie trzynaście kilometrów tego etapu. Nie były one takie najłatwiejsze gdyż na dojeździe do grodu św. Michała trzeba było jeszcze pokonać 177 metrów przewyższenia. Zatrzymaliśmy się w samym centrum tej miejscowości przy skrzyżowaniu głównej drogi z górskimi drogami wiodącymi do Beaune (na północ) i na Col de Telegraphe (na południe). Poszliśmy w czwórkę do najbliższego baru by godnie się posilić po długim i ciężkim dniu w drodze. Postanowiliśmy poczekać tu na Darka, który dojechał do Saint-Michel około 20:20. Na całe szczęście mieliśmy pod ręką nasz samochód, bo nikomu nie uśmiechała się perspektywa pokonania o własnych siłach podjazdu do wybranej przez Piotra bazy noclegowej. Przejechaliśmy już 128,1 kilometra o łącznym przewyższeniu 3909 metrów. Potrzebowałem na to 6 godzin 9 minut i 54 sekund (avs. 20,8 km/h). Dlatego też po kolacji załadowaliśmy trzy rowery na klapę oraz dwa na dach samochodu aby już „na leniucha” pokonać ostatnie 630 metrów w pionie do schroniska Le Shantone. W przybytku tym musieliśmy zdjąć buty niczym przy wejściu do meczetu. Metraż mieliśmy bardzo skromny, ale też za niewygórowaną cenę 18 Euro od osoby. Spać należało we własnych śpiworach na piętrowych łóżkach. Niemniej po ciężkim dniu w trasie każdy lokal z łóżkiem nam pasował. Problem mieliśmy jedynie z wysuszeniem zawilgoconych ubrań.

Napisany w Route des Grandes Alpes | Możliwość komentowania 3 etap: La Lechere – Saint-Michel-de-Maurienne została wyłączona

2 etap: Le Chinaillon – La Lechere

Autor: admin o 23. czerwca 2013

TRASA ETAPU 2 > https://www.strava.com/activities/69725297

Niedzielny poranek 23 czerwca powitał nas kapryśną aurą. Gdy około 9:45 kończyliśmy przygotowania do drugiego etapu naszej wyprawy na dworze było ledwie 14 stopni Celsjusza. Na domiar złego było pochmurno i momentami mżyło. Uradziliśmy, iż podobnie jak dzień wcześniej Romek pokona wspólnie z nami odcinek do szczytu pierwszej premii górskiej, po czym wróci po samochód, pojedzie najkrótszą możliwą trasą na nasz kolejny nocleg i korzystając z wolnego czasu wybierze sobie po południu jakiś atrakcyjny podjazd do zdobycia w okolicy mety. Jako pierwszy w drogę ruszył Dario, ciepło odziany na okoliczność rześkiego przedpołudnia. Kilka minut za nim ruszyła pozostała czwórka. Jako, że nasz kolega tuż przed Le Grand Bornand wybrał niewłaściwą drogę po pokonaniu 8-kilometrowego zjazdu byliśmy już w komplecie, po tym jak chwilę na niego poczekaliśmy. Po chwili płaskiego terenu, jeszcze przed dojechaniem do Saint-Jean-de-Sixt, rozpoczęliśmy na wysokości około 880 metrów podjazd pod pierwsze tego dnia wzniesienie czyli Col des Aravis (1486 m. n.p.m.). Całkiem przyjemny podjazd o długości 11,8 kilometra i średnim nachyleniu 5,1 %, przy max. tylko 8,2 %. Dobry na rozgrzewkę niczym sobotnie przetarcie pod Col du Cou. Dla mnie i Darka nie było to pierwsze z nim spotkanie. Mieliśmy z nim do czynienia już w lipcu 2009 roku podczas pierwszego dnia ówczesnej wyprawy, gdy zrobiliśmy go od tej samej strony, acz w pakiecie z Croix-Fry (od Thones) i Colombiere (od Le Grand Bornand).

Podjazd pod leżącą na pograniczu Górnej Sabaudii i Sabaudii (swoją drogą ciekawe czemu nie nazywanej Dolną) przełęcz Aravis jest jednym z najstarszych i najpopularniejszych w dziejach Tour de France. Wspinali się pod nią uczestnicy już dziesiątej edycji tego wyścigu. Jako pierwszy w 1912 roku na długiej liście jej zdobywców zapisał się Francuz Eugene Christophe, słynny pechowiec któremu połamane widelce w latach 1913 i 1919 stawały na drodze do zwycięstwa w „Wielkiej Pętli”. W sumie kolarze przejeżdżali przez tą przełęcz aż 37 razy, acz tylko 10-krotnie forsowali ją od naszej północnej strony. Po raz ostatni w 2010 roku gdy na etapie do Saint-Jean-de-Maurienne jako pierwszy zameldował się na niej Francuz Jerome Pineau. Spośród wielu zdobywców tej góry wyróżnić należy Belga Josepha Demuysere, Włocha Gino Bartalego i Francuza Thierrego Claveyrolat, którzy jako jedyni wygrywali na niej dwukrotnie. Dwa ostatni mieli okazje to uczynić od każdej ze stron. Tyle wielkiej kolarskiej historii. Dla nas ta premia górska drugiej kategorii była przyjemnym wstępem jednego z najdłuższych etapów naszej podróży. Jeszcze przed Saint-Jean-de-Sixt czyli wjazdem na D-909 zgubiliśmy Darka. Tempo dyktowaliśmy dość żwawe, ale bez przesady. W każdym razie bez zbytniego męczenia się nawzajem. Niemal cały podjazd pokonaliśmy zgodnie po drodze wyprzedzając nieliczne grupki słabszych od nas amatorów kolarstwa. Na szczycie nadal było pochmurno i dość chłodno (tylko 11 stopni). Tym niemniej było tam dość tłoczno i gwarno, gdyż nadzialiśmy się tam na imprezę w typie górskiej czasówki ze startem po przeciwnej stronie przełęczy w La Giettaz. Poczekaliśmy na Darka, zrobiliśmy zdjęcia i skubnęliśmy co nieco z niespodziewanego bufetu.

Akrobata w La Giettaz

Zgodnie z planem do Sabaudii wjechaliśmy już we czwórkę. Romek zawrócił do Le Chinaillon po samochód. Natomiast nas czekał teraz ponad 11-kilometrowy zjazd. W szczegółach: najpierw siedem kilometrów szybkiego zlotu do La Giettaz, potem około trzy kilometry płaskiego terenu w okolicy Manant i na koniec jeszcze półtora kilometra w dół do Flumet. Na początku zjazdu trzeba było trochę uważać na nadjeżdżających z naprzeciwka niedobitków wspomnianej wspinaczki. Pozytywnym sygnałem był pojawiający się tu i ówdzie za szarych chmur błękit nieba. Do Flumet gdzie przywitała nas temperatura 16 stopni jako pierwsi dotarli Piotr i Adam. Gdy do nich dotarłem postanowiliśmy trochę poczekać na Darka, lecz na nic zdał się kwadrans oczekiwań. Później okazało się, że Dario robił sobie na zjeździe liczne przystanki dzięki, którym owa relacja również na tym odcinku może liczyć na lepszą oprawę fotograficzną. Nasz niedługi postój w dolinie rzeczki L’Arly wypadał u podnóża drugiego podjazdu czyli Col de Saisies (1657 m. n.p.m.). Można powiedzieć, że tego dnia mieliśmy regularne stopniowanie górskich przyjemności. Każda kolejna góra stawiać nam miała wyższe wymagania. Podjazd do centrum narciarstwa alpejskiego i klasycznego na przełęczy Saisies miał już 14,8 kilometra długości przy średniej 5 % i max. 11,4 %. Dla wyścigu Dookoła Francji odkryto go w roku 1979, gdy na etapie do stacji Les Menuires zdobył go Holender Henk Lubberding. W sumie Tour przejeżdżał tędy 11-krotnie, acz tylko 4 razy od naszej północnej strony. Po raz ostatni w 2010 roku gdy podobnie jak na Aravis pierwszy był Jerome Pineau.

Na początku naszej wspinaczki Adam podyktował na tyle mocne tempo, że zgubiliśmy Piotra. Ja czułem się dobrze i postanowiłem przetestować nogę. Umiarkowana temperatura czyli 16-20 stopni w pierwszej połowie podjazdu bardzo mi odpowiadała. Na dość stromym odcinku w trakcie przejazdu przez Le Planay mocniej nacisnąłem na pedały i niespodziewanie dla mnie zostawiłem w tyle Adama. Aby test był w pełni wiarygodny postanowiłem sprawdzić czy dam radę utrzymać solidne tempo do samego szczytu. Udało się to bez większych problemów. Tym łatwiej, iż ostatnie sześć kilometrów tego wzniesienia jest wyraźnie łatwiejsze. Jest na nim nawet półtora kilometra zupełnego luzu za osadą Arcaniere. Tym czasem im wyżej się wspinaliśmy tym mniej widać było wkoło. Gdy wjechałem na przełęcz ta spowita była nisko opadłymi chmurami. Po krótkim oczekiwaniu z tego mglistego mleka najpierw wyłonił się Adam, a niedługo po nim Piotr. Mieliśmy już za sobą dwie premie górskie, lecz ledwie 48 kilometrów trasy. Ponieważ na szczycie było tylko 13 stopni i wokół sama wilgoć nie było sensu tam dłużej bawić. Zrobiliśmy sobie zdjęcia pod tablicą. Strzeliłem jeszcze chłopakom fotkę przed rondem z pomnikiem cyklisty-zjazdowca i tyle nas widziano na tej przełęczy. Do pokonania mieliśmy około 15 kilometrów zjazdu. Pokonaliśmy go dwa różne sposoby. Piotr z Adamem wybrali wschodni szlak przez Hauteluce i zakończyli zjazd na drodze ku Cormet de Roselend (1967 m. n.p.m.). Dlatego aby dotrzeć do Beaufort musieli się cofnąć o jakiś kilometr. Ja zaś w dolnej części tego zjazdu wybrałem opcję południową. W konsekwencji do doliny rzeki Doron wpadłem na wysokości osady La Pierre, po czym dobiłem do Beaufort od zachodu.

Spotkaliśmy się w centrum tego miasteczka u zbiegu na naszej szosy D-925 z drogą D-218A prowadząca do Areches i dalej na Col de Pre. Przed nami było 20,3 kilometra o średniej 6 % i max. 8,5 %. Podjazd 10-krotnie przetestowany na Tour de France, w tym 6 razy od naszej zachodniej strony. Jako, że Roselend najczęściej bywa jeżdżony w parze z Saisies nie dziwi, iż „ojcem chrzestnym” tej góry został we wspomnianym 1979 roku Henk Lubberding. Ostatnim zdobywcą, acz od przeciwnej strony był w 2009 roku Włoch Franco Pellizotti. Okazało się jednak, że Piotr przebił gumę w tylnym kole i musiał wymienić dętkę. Niestety naszymi podręcznymi pompkami nie daliśmy rady uzyskać zadowalającego ciśnienia. Na szczęście po przejechaniu ledwie kilometra podjazdu natknęliśmy się na widziany już wcześniej van, który prowadziło dwóch starszych jegomości z okolic Zurychu zabezpieczających wycieczkę grupki amatorów ze Szwajcarii. Poprosiliśmy ich o pomoc w potrzebie. Piotr tak ochoczo zabrał się do dopompowania dętki, że po chwili rozległ się huk rozerwanej gumy. Całą operacje wymiany trzeba było więc powtórzyć. Następnie Pietro poczuł zew natury i zatrzymał się w ustronnym miejscu co by narażać się na karę finansową ze strony sędziów. Ja i Adam pojechaliśmy dalej, lecz przez parę kolejnych kilometrów kręcąc tylko 11-12 km/h, zamiast możliwych w tym miejscu 14 km/h. Mieliśmy nadzieję, że dzięki temu kolega szybko nas dogoni. Piotra długo jednak nie było widać w oddali. Ostatecznie zdecydowałem się podyktować mocniejsze tempo, acz bez specjalnego napinania się. Natomiast Adam uznał, że nadal będzie jechał wolniej czekając na Piotra.

Po dwunastu kilometrach podjazdu wjechałem na Col de Meraillet czyli na wysokość sztucznego jeziorka Lac de Roselend. Ten płaski odcinek przejechałem na spokojnie, od czasu do czasu oglądając się za kolegami. Na razie jednak nie widziałem ich za plecami. Tymczasem po minięciu jeziora do szczytu zostało mi jeszcze sześć kilometrów. Szare chmury nadal wisiały na tyle nisko, iż szczyty pobliskich gór były za nimi schowane. Po minięciu schroniska Plan de Lai ujrzałem w oddali za sobą dwie znajome sylwetki. Jechało mi się ciężej niż w pierwszej połowie podjazdu, więc uznałem że odetchnę sobie odrobinę jak lekko zwolnię i poczekam na swych współtowarzyszy. Ostatni kilometr przejechaliśmy już razem. Na przełęczy niewielu było ludzi, acz kramy ze swymi towarami rozstawili tam dla podróżnych lokalny rolnik i sprzedawca minerałów. Na wysokości bliskiej 2000 metrów n.p.m. było już tylko 9 stopni, a do tego dość mocno wiało. Pragnęliśmy czym prędzej dostać się niżej i poczuć w końcu promienie słońca na zmarzniętych grzbietach. Chłopaki na długich prostych w pierwszej fazie zjazdu rozwinęli się do ponad 80 km/h. Ja z wrodzonej ostrożności naciskałem hamulce zbliżając się już do bariery 70 km/h. Po sześciu kilometrach zjazdu minąłem skręt ku Ville des Glaciers, zaś w środkowej fazie tuż za La Bettex słynny wiraż w lewo, na którym w 1996 roku wyleciał w przepaść Johan Bruyneel. W dolnej części zjazdu przycisnąłem na tyle, iż do Bourg-Saint-Maurice zjechałem niecałą minutkę za kolegami. Piotr stwierdził, iż najwyraźniej mocno poprawił ten zjazdowy element kolarskiego rzemiosła.

Za sobą mieliśmy już 107 kilometrów, lecz do pokonania pozostało ponad trzydzieści w dół doliny Tarentaise. Teoretycznie powinna to być czysta przyjemność, lecz w początkowej fazie jazdy po drodze krajowej N-90 było trochę podcinających zmęczone nogi hopek, zaś jazdę dodatkowo utrudniał mocny, przeciwny wiatr. Niemniej im dalej na zachód tym teren stawał się zdatny do szybszej jazdy. Temperatura na dojeździe do Moutiers oscylowała w granicach 22-26 stopni, więc w końcu mogliśmy się nieco rozgrzać. Po dojechaniu do tego miasta Piotrek wypytał miejscowych o dojazd na nasza metę w Aigueblanche. Do miejscowości tej dotarliśmy już boczną dróżką. Na miejscu okazało się, że aby dotrzeć do Hotel les Clarines musimy przejechać jeszcze kilka kilometrów, gdyż nasza kolejna przystań znajduje się na wylocie z owego miasteczka, w zasadzie już na terenie sąsiedniej wioski La Lechere. Zanim udaliśmy się na dalsze poszukiwania zrobiliśmy sobie słodką strefę bufetu w miejscowej cukierni. Tymczasem Romek, który ruszył naszym śladem z Le Chinaillon przez Aravis do Flumet, następnie pojechał czym prędzej drogą D-1212 ku Albertville i pojawił się pod hotelem z dużym zapasem czasu. To umożliwiło mu wyprawę ambitniejszą niż na odkryty przez Criterium du Dauphine podjazd do Valmorel. Wybrał sobie na deser 25-kilometrową wspinaczkę pod słynną Col de la Madeleine. My zakończyliśmy drugi etap przejechawszy 140 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2987 metrów w czasie netto 5 godzin 47 minut i 50 sekund (Avs. 24,2 km/h). Na koniec trzeba było jeszcze wtargać nasze toboły na pierwsze piętro hotelu. Pod wieczór przeszliśmy się po wsi i ledwie sto metrów od hotelu znaleźliśmy restaurację, w której zjedliśmy smaczną obiadokolację. Niestety nad nami zbierały się chmury, zaś prognozy pogodowe na poniedziałek były kiepskie. Nie nastrajało nas to optymistycznie, tym bardziej że trzeciego dnia czekały nas podjazdy nie tylko bardzo długie, lecz przede wszystkim kończące się wysokości około 2000 metrów n.p.m.

Napisany w Route des Grandes Alpes | Możliwość komentowania 2 etap: Le Chinaillon – La Lechere została wyłączona

1 etap: Thonon-les-Bains > Le Chinaillon

Autor: admin o 22. czerwca 2013

TRASA ETAPU 1 > https://www.strava.com/activities/69725317

Sobotę 22 czerwca rozpoczęliśmy od solidnego śniadania. W L’Ermitage serwowano je w formie szwedzkiego stołu więc każdy z nas mógł wybrać coś miłego dla swego podniebienia i w ilości dostosowanej do możliwości zaspanego jeszcze nieco żołądka. Po śniadaniu zeszliśmy na podwórze aby spakować bagaże do samochodu i przede wszystkim przyszykować rowery do pierwszego etapu naszej wielkiej wyprawy. Około dziesiątej byliśmy gotowi do drogi. Ponieważ mieszkaliśmy na wzgórzach sto-kilkadziesiąt metrów powyżej tafli Jeziora Genewskiego aby zacząć całą przygodę w najwłaściwszym miejscu musieliśmy najpierw zjechać do Thonon-les-Bains, a ściślej na plac przed budynkiem tamtejszego merostwa. To tu właśnie w chodnik wmontowano symbol wyznaczający kilometr zero słynnej Route des Grandes Alpes. Zjechaliśmy spokojnie, lecz na dół nie dotarliśmy w komplecie. Gdzieś na tym krótkim odcinku zagubił nam się Adam. Po dłuższej chwili oczekiwań i próbie kontaktu telefonicznego postanowiliśmy zawrócić do Armoy aby go poszukać. Nasza zguba odnalazła się po chwili, jeszcze na ulicach miasta. Okazało się, że najmłodszy członek naszej ekipy już na pierwszym kilometrze zjazdu przeleciał przez wysepkę drogową i „poszlifował” się, acz niegroźnie. W wypadku tym gorzej ucierpiał jego rower, a w zasadzie przednie koło, które nie nadawało się już do dalszej jazdy. Na szczęście mieliśmy z sobą dwie pary zapasowych kół, więc Adam skorzystał z zapasu Piotra i szybko do nas dołączył. W centrum Thonon-les-Bains zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia. Najważniejszym z nich była fotka całej drużyny wokół wspomnianej rozety.

Ze startu ruszyliśmy wzdłuż brzegów jeziora w kierunku zachodnim. Dopiero po przejechaniu przeszło trzech kilometrów zorientowałem się, że nie jedziemy we właściwym kierunku. Stanęliśmy na wylocie z miasteczka w dzielnicy Morcy i uradziliśmy, iż trzeba zawrócić by bliżej centrum Thonon poszukać właściwego skrętu w prawo. W góry wyprowadzić nas bowiem miała droga D-12 czyli na tym odcinku Avenue des Allinges. Tym sposobem zaserwowaliśmy kilka kilometrów dodatkowej rozgrzewki. Gdy już znaleźliśmy się na właściwej drodze mieliśmy przed sobą 8-kilometrowe „falsopiano” do wioski Maugny (640 metrów n.p.m.). Dopiero w tym miejscu miał się zacząć podjazd pod Col du Cou (1117 m. n.p.m.) czyli pierwszy z ponad 40 podjazdów na całej trasie naszego dwutygodniowego Wielkiego Touru. Góra ta była moim wynalazkiem, albowiem uznałem iż pierwszy etap RGA w swej klasycznej wersji jest dla nas zbyt łatwy. Nie chciałem jechać do Cluses po drodze D-902 przez Morzine i Les Gets czyli niemal cały czas delikatnie pod górę, lecz bez konkretnych podjazdów. Tymczasem przy wjeździe na przełęcz Cou mogliśmy już skorzystać z małej tarczy, wejść we właściwy rytm jazdy i przy tym wszystkim niespecjalnie się zmęczyć. Podjazd ten ma bowiem 8,9 kilometra długości przy średniej 5,4 % i maximum niespełna 7 %. Jednym słowem typowa premia górska drugiej kategorii. „Wielka Pętla” przemierzała tą przełęcz 5-krotnie, lecz tylko raz zdobywano ją od naszej północnej strony. Działo się to w 1984 roku i co ciekawe jako pierwszy na szczycie zameldował się Francuz Bernard Borreau ten sam który jedenaście lat wcześniej stał obok Ryszarda Szurkowskiego i Stanisława Szozdy na podium amatorskich MŚ w Barcelonie.

Pierwsze kilka kilometrów tego podjazdu przejechaliśmy wspólnie. Romek co jakiś czas wyjeżdżał przed grupę by zrobić pozostałym zdjęcia w akcji. W drugiej części podjazdu nieco osłabł Darek. Niemniej widać było, że w odróżnieniu od poprzednich dwóch lat całkiem przyzwoicie przepracował wiosnę i powinien sobie poradzić z czekającym nas wszystkich wyzwaniem. Na przełęczy stanęliśmy na kilka minut w towarzystwie miejscowych amatorów kolarstwa. Potem rozpoczęliśmy krótki zjazd do Habere-Poche. Ogólnie pierwsze 11 kilometrów za przełęczą było mieszanką krótkich zjazdów i podjazdów, z których najbardziej wyrazisty był 2,5-kilometrowy wjazd na Col de Terramont (1094 m. n.p.m.). Odcinek na płaskowyżu skończył się dla nas dojazdem do Col du Jambaz (1027 m. n.p.m.). Do tego miejsca zdążyliśmy stracić kontakt z Darkiem, który jednak uzbrojony w automapę wgraną przed wyjazdem do swego smarfona nie potrzebował mojej pomocy w nawigacji po trasie żadnego z etapów. Jambaz było też miejscem, w którym musieliśmy się rozstać z Romkiem. Zadaniem naszego kolegi było teraz pojechać drogą D-26 na północ w kierunku Armoy, tam zaś odpalić samochód i pognać na metę w Le Chinaillon. Przy odpowiednim zgraniu czasu mieliśmy się zobaczyć ponownie na przełęczy Colombiere. Z kolei dla mnie, Piotra i Adama rozjazd w Jambaz był początkiem szybkiego i niezbyt trudnego technicznie zjazdu do Saint-Jeoire, miejscowości której nazwę nawet Piotrowi trudno było wymówić. Na tym ponad 14-kilometrowym zjeździe miałem okazję się przekonać ile dała mi przesiadka ze starego Colnago Active na nowego Ridleya Orion. Pewniej czułem się w zakrętach, zaś gdy nawet straciłem kilkanaście sekund do swych szybkich jak wiatr kompanów łatwo byłem w stanie odrobić dystans na odcinkach, na których trzeba było nieco pokręcić. Po zjeździe znaleźliśmy się na drodze D-907. Czekał nas teraz 5-kilometrowy dojazd do Mieussy, który choć prowadził doliną bynajmniej nie był zupełnie płaski.

Dojechawszy do tej miejscowości teoretycznie mogliśmy jechać prosto do Taninges, lecz to byłoby zbyt łatwe zadanie dla takich kolarskich zawadiaków jak nasz kwartet. Teraz w planach mieliśmy skręt w lewo i wymagający wjazd na Col du Ramaz (1610 m. n.p.m.). To już nie była przystawka za jaką mogła uchodzić pierwsza przełęcz. Bez dwóch zdań to było pierwsze danie w naszym sobotnim menu. Ramaz to 14-kilometrowy podjazd o średnim nachyleniu 7 % i max. 12,5 %. Najtrudniejszy kilometr tego wzniesienia ma zaś średnie nachylenie 10,8 %. Po tej drodze Tour de France przejeżdżał trzykrotnie, acz na samej przełęczy premię górską wyznaczano tylko w latach 2003 i 2010. Za pierwszym razem wygrywał tu Francuz Richard Virenque podczas rajdu po zwycięstwo etapowe i koszulkę lidera na mecie w Morzine, zaś przy drugiej okazji Belg Mario Aerts na etapie do Avoriaz wygranym przez Andy Schlecka. Podczas naszego przejazdu w dolnej części wzniesienia zadania dodatkowo utrudniał nam wysypany na drogę żwir. Niemniej niewątpliwie w gorszej od nas sytuacji znaleźli się ci amatorzy dwóch kółek, którzy ową stroną góry zjeżdżali. W środkowej części podjazdu było kilka prawdziwie wymagających kilometrów. Ten najtrudniejszy odcinek kończy się przy wjeździe do Stadion du Sommand. W tym miejscu stanąłem z Adamem na dwie minutki aby poczekać na Piotra. Gdy Pietro do nas dołączył pokonaliśmy już razem pozostałe nam do szczytu 4 kilometry, niezbyt trudne a przy tym cieszące oczy ładnymi widokami. Co ciekawe na przełęczy pomimo stosunkowo nieznacznej wysokości bezwzględnej zastaliśmy jeszcze ostatnie łachy śniegu. Ostatnie ślady długiej zimy straszącej w Alpach do późnej wiosny.

Pierwsze 9,5 kilometra zjazdu wiodło drogami D-308 i D-328. Na odcinku za La Savoliere był on szczególnie stromy i krety, a przez to trudny technicznie i niebezpieczny. Straciłem kolegów z pola widzenia, zaś odetchnąć mogłem dopiero wyjechawszy na wspomnianą drogę D-902 nieopodal osady Fry tzn. na wysokości około 980 metrów n.p.m. Pozostawało jeszcze niespełna 7 kilometrów znacznie łatwiejszego zjazdu i do Taninges udało mi się dotrzeć z niewielka stratą do chłopaków. Za sobą mieliśmy już 86 kilometrów, więc zgodnie uznaliśmy iż to dobry moment na zorganizowanie sobie strefy bufetu. W zachodniej części tego miasteczka znaleźliśmy supermarket Super U czyli zatrzymaliśmy się u sponsora ekipy dowodzonej niegdyś przez śp. Laurenta Fignona. Wzmocniwszy się udaliśmy się w drogę, na której czekał nas 2,5-kilometrowy podjazd do Chatillon-sur-Cluses (735 m. n.p.m.) i dwa razy dłuższy zjazd do Cluses. Nie mieliśmy jednak zamiaru wjeżdżać do centrum tej miejscowości. Objechaliśmy miasto od zachodu aby dostać się do Scionzier, gdzie zaczyna się bardzo popularny w dziejach wyścigu Dookoła Francji podjazd na Col de la Colombiere (1613 m. n.p.m.). Począwszy od 1960 roku na przełęczy tej peleton TdF pojawiał się aż 20 razy. Niemniej tylko 6-krotnie organizatorzy zafundowali kolarzom wjazd czekająca teraz nas północno-wschodniej strony. Ta znacznie trudniejsza z dwóch stron liczy sobie 16,2 kilometra przy średniej 6,9 % i max. 12,5 %. Średnią znacznie zaniża wypłaszczenie w środkowej fazie wzniesienia. Ostatnie 6 kilometrów to już nie przelewki, a na domiar złego najgorszy jest ostatni kilometr o średnim nachyleniu 10,7 %. W latach 2007 i 2009-2010 od tej strony górę tą zdobywali: Niemiec Linus Gerdemann, Luksemburczyk Frank Schleck i Francuz Christophe Moreau.

Podjazd ten zaczęliśmy mając już w nogach 100 kilometrów. Piotrek podobnie jak przy wjeździe pod Ramaz z lekka odpuścił. Tym niemniej jechał swoim równym tempem, więc po pokonaniu pierwszych sześciu kilometrów niewiele do nas tracił. Dlatego wraz z Adamem zdecydowaliśmy się odrobinę zwolnić na dojeździe do Le Reposoir i w ten sposób umożliwić koledze dołączenie do nas. Za wspomnianą miejscowością, w której schodzą się drogi z Scionzier i ta biegnąca od odkrytej w 2009 roku przełęczy Romme zaczęły się prawdziwe schody. Przede wszystkim dla mnie. Z naszej trójki niewątpliwie najsłabiej przepracowałem zimę i wiosnę. Do momentu wyjazdu przejechałem od marca tylko 3400 kilometrów, zaś mój najdłuższy kaszubski trening liczył sobie w ujęciu czasowym jakieś 4 godziny 45 minut. Gdy zbliżyłem się do owej bariery czasowej mój organizm powiedział stop, nie jestem na to przygotowany. Najpierw odpadłem od kolegów wśród których pierwsze skrzypce grał Adam, potem widziałem ich coraz dalej przed sobą, a jakiś kilometr przed finałem wspinaczki musiałem się po prostu zatrzymać by na spokojnie zjeść baton, dopić napój z bidonu i już na kompletnej rezerwie doczłapać się na przełęcz. U góry powitał nas Romek, który wjechał na przełęcz od przeciwnej strony. Przez kwadrans odsapnęliśmy sobie przy tamtejszej restauracji, po czym rozpoczęliśmy przyjemny zjazd do mety. Okazało się, że Piotr załatwił nam nocleg m/w w połowie zjazdu. Tym samym nasz pierwszy etap (wyjąwszy początkowy zjazd do Thonon-les-Bains) liczył sobie 124,1 kilometra przy łącznym przewyższeniu 3277 metrów. Na pokonanie takiego odcinka potrzebowałem 5 godzin 42 minuty i 55 sekund (Avs. 21,7 km/h), choć dodając wszystkie postoje w drodze byliśmy w sumie 7 godzin i 10 minut. Nasza nowa przystań schronisko L’Isalou z zewnątrz wyglądało niepozornie, lecz w środku niewiele mu brakowało. Wygodne łóżka, prysznic z ciepłą wodą – więcej do szczęścia nie było nam trzeba. Wieczorem zjechaliśmy do Le Grand Bornand na obiadokolację i krótki spacer po tym znanym kurorcie.

Napisany w Route des Grandes Alpes | Możliwość komentowania 1 etap: Thonon-les-Bains > Le Chinaillon została wyłączona

Prolog: Route des Grandes Alpes

Autor: admin o 21. czerwca 2013

W poprzednich dziesięciu latach moje górskie wyprawy miały raczej stacjonarny charakter. To znaczy niezależnie od tego czy wycieczka trwać miała kilka dni czy dwa tygodnie z hakiem działałem wedle zasady: namierzyć ciekawy kolarsko region, znaleźć dogodnie zlokalizowany nocleg i objechać wszystkie najciekawsze podjazdy w wybranej okolicy. W przypadku dłuższych eskapad po kilku dniach zwiedzania danego regionu robiłem przeprowadzkę do kolejnej bazy noclegowej by z nowego punktu wyjścia powtórzyć ten sam schemat działania. W realizacji wybranych celów na ogół pomocny był samochód służący dojazdowi do podnóży wybranych podjazdów, bowiem z bazy na rowerze wyjeżdżałem tylko na podbój tych najbliżej położonych wzniesień. Z grubsza powiedzieć można, iż wyprawy te przybierały postać od kilkunastu do około trzydziestu górskich czasówek, niekiedy okraszonych startem w jednym, dwóch max. trzech wyścigach z gatunku Gran Fondo. Taki format górskiej eskapady mam już gruntownie przetestowany i zakładam, że nie raz jeszcze z niego skorzystam.

Tym niemniej od pewnego czasu kusiło – nie tylko mnie zresztą – by spróbować czegoś innego, większego, śmielszego. Co najmniej od dwóch lat w rozmowach z Piotrkiem Mrówczyńskim, moim wypróbowanym kompanem w podróżach z lat 2005-2008, powracał temat zorganizowania wyprawy szlakiem Drogi Wielkich Alp czyli Route des Grandes Alpes. Marzyło nam się przemierzenie słynnej trasy z Thonon-les-Bains nad Jeziorem Genewskim do Menton na Lazurowym Wybrzeżu. Drogi, która powstała w latach 1909-1937 z inicjatywy stowarzyszenia Touring Club de France. Ostatnim akordem prac nad jej stworzeniem było otwarcie przeprawy przez przełęcz Iseran (2770 m. n.p.m.) w sabaudzkiej części Alp Graickich. Trasa ma swoje rozmaite warianty, lecz w najbardziej klasycznej wersji liczy sobie 684 kilometrów i 15.713 metry przewyższenia za sprawą szesnastu przełęczy, z których pięć znajduje się na wysokości ponad 2000 metrów n.p.m. Aby przebyć ów szlak teoretycznie mogliśmy pójść na łatwiznę tj. zgłosić się do udziału w organizowanym od roku 2011 wyścigu etapowym Haute Route Alps. Imprezie, która w krótkim czasie stała się w Alpach Zachodnim tym czym we wschodniej części najwyższych gór naszego kontynentu jest transgraniczny Tour Transalp. Tym niemniej owa wygoda organizacyjna wiązałaby się z drożyzną niestrawną dla naszych portfeli, albowiem organizatorzy tego wyścigu dla amatorskich drużyn różnej wielkości winszują sobie tytułem wpisowego 1500 Euro od łebka za ledwie siedem dni zabawy. Zgodnie uznaliśmy, iż z moją pomysłowością w zakresie kolarskiej geografii oraz Piotra znajomością języka francuskiego oraz szerzej kultury tego kraju możemy się pokusić o zorganizowanie dwa razy dłuższej wyprawy za raptem dwie-trzecie owych kosztów czyli kwotę około 4000-4500 złotych od uczestnika.

Niemniej warunkiem koniecznym do tego byśmy w ogóle mogli czynić przymiarki do takiej wyprawy było zapewnienie sobie odpowiedniej obstawy. W odróżnieniu od poprzednich wycieczek w trakcie tej codziennie mieliśmy się przecież przemieszczać z punktu A do punktu B, następnie z punktu B do C itd. Niezbędny był nam Dobry Samarytanin tzn. kolega, który w tym samym czasie przewiózłby nasz samochód wraz z bagażami ze startu na metę danego etapu. Trzeba było znaleźć osobę chętną do odbycia górskiej wycieczki w takiej właśnie roli, choćby w zamian za wpisowe niższe o połowę. Mógł to być zarówno zwykły turysta jak i kolarz-amator taki jak my, w tym drugim przypadku miałby on czas na zaliczenie około połowy spośród wszystkich zaplanowanych podjazdów. Zimą 2011/2012 ta sztuka nam się nie udała. Rok później znaleźliśmy właściwego człowieka i zabraliśmy się do opracowania szczegółów całego projektu. Najpierw uznaliśmy, iż nie warto jechać w Alpy tylko na tydzień. Postanowiliśmy zagrać vabank tzn. przejechać trasę z Thonon-les-Bains do Menton i z powrotem nad Lac Leman. Przy tym drogę z północy na południe mieliśmy przemierzyć w sześć dni m/w po klasycznej trasie RGA, zaś odcinek z południa na północ pokonać w osiem dni, innym, bardziej krętym i dłuższym szlakiem, prowadzącym również szosami Włoch i Szwajcarii. Na bazie takich założeń opracowałem trasy czternastu etapów i mogliśmy przystąpić do rezerwacji 14 lokali na 15 noclegów dla 5 osób. Zdecydowaliśmy się bowiem że pojechać do Francji dwoma samochodami tzn. jednym z Trójmiasta (3 osoby) i drugim z Mazowsza (2 osoby). Większa część pracy nad rezerwacjami przypadła Piotrowi, bowiem 10 z 14 „przystani” znajdować się miało na terenie Francji, względnie frankońskiej części Szwajcarii. Ja zadbałem jedynie o punkty wypoczynku po włoskiej stronie granicy.

W lutym wszystko było już gotowe i pozostało nam jedynie szlifować formę na miarę górskich wyzwań. Tymczasem z uwagi na zawirowania na rynku pracy zawodowej u progu wiosny wycofało nam się dwóch niedoszłych uczestników wycieczki, w tym kolega-kierowca. Czas płynął nieubłaganie, kolejni znajomi i godni zaufania „kandydaci” do zastępstwa za kółkiem nie byli w stanie przejąć sterów wyprawy. Zacząłem już myśleć, iż nad tym śmiałym projektem wisi jakieś fatum. Daliśmy sobie z Piotrem czas do połowy maja na znalezienie człowieka gotowego do pełnienia owej strategicznej funkcji w naszym zespole. W końcu gdy już niemal pogodziłem się z myślą, że pomysł trzeba będzie odłożyć „ad acta” na kolejny sezon, uratował nas Roman Abramczyk. Kolega z Płochocina na co dzień startujący w serii zawodów Powerade Volvo MTB i mający pod nogą dość mocy by pokonać całą trasę w naszym towarzystwie. Tym niemniej Romek uznał, iż zadowoli go w tym dziele rola kolarza na pół-etatu. Tym samym przede mną, Piotrem, a także naszymi kolegami z Gdańska tzn. Darkiem Kamińskim i Adamem Kowalskim wrota do Wielkich Alp stanęły otworem.

Wyjazd zaplanowaliśmy na czwartkowy wieczór 20 czerwca. Zanim udaliśmy się w drogę trzeba było zamontować bagażnik na klapę, który okazyjnie w ostatniej chwili kupił Darek.  Mieliśmy też bagażnik dwumiejscowy dach samochodu, więc w ostateczności moja Kia była gotowa przyjąć na pokład rowery wszystkich członków ekipy. Przed nami było około 16 godzin czystej jazdy przez okolice Poznania, Berlina, Lipska, Norymbergi, Karlsruhe, Bazylei i Berna. Mazowszanie ruszyli dobre dwie godziny wcześniej, w dodatku z wykorzystaniem otwartej przed Euro 2012 autostrady A-2, więc znacznie wyprzedzili nas na trasie dojazdu. Dlatego już w drodze uznaliśmy, iż spotkamy się dopiero na miejscu czyli na pierwszej stancji w Armoy na wzgórzach ponad Lac Leman. Co ciekawe oba pododdziały naszej drużyny Hanibala – jak ze względu na okoliczność forsowania Alp się przezwaliśmy – przy przejeździe przez Kraj Helwetów skorzystały z nadarzającej się okazji i nawiedziły siedzibę władz światowego kolarstwa w cichutkim Aigle. Między innymi za sprawą tego przystanku my Pomorzanie dotarliśmy do naszej bazy wypadowej dopiero około 19:30 w piątek 21 czerwca. Jak się nazajutrz okazało nie tylko nasza piątka szykowała się w tym miejscu na spotkanie z wielką przygodą. Byli tu również Brytyjczycy spod znaku Rapha, którzy dla swych klientów mieli przygotowany pełen zestaw rowerów Pinarello i samochód techniczny marki Jaguar. Na tle takiego sprzętu nasza Kia Cee’d i każdy rower z innej parafii wyglądały nader skromnie. Niemniej pomysł na Alpy mieliśmy ambitniejszy i serca do walki z własnymi słabościami z pewnością trzy razy większe!

Napisany w Route des Grandes Alpes | Możliwość komentowania Prolog: Route des Grandes Alpes została wyłączona