banner daniela marszałka

Archiwum dla Czerwiec, 2012

Les 3 Ballons

Autor: admin o 9. czerwca 2012

Sobota 9 czerwca jak przystało na dzień wyścigu z gatunku Gran Fondo zaczęła się dla nas bardzo wcześnie. Start „Trzech Balonów” przewidziano na godzinę 7:15, a że czekał nas kilkudziesięcio-kilometrowy dojazd trzeba było opuścić Burnhaupt-le-Haut co na najmniej godzinę przed wystrzałem startera. Udało nam się dotrzeć na miejsce jakieś 15-20 minut przed startem i znaleźć jakąś miejscówkę na dzikim parkingu powstałym ad hoc na obrzeżach Champagney. Do linii startu nieopodal miejscowego kościoła, gdzie gromadził się kilkutysięczny peleton amatorów kolarstwa w każdym wieku i o bardzo różnych możliwościach, mieliśmy stamtąd niecały kilometr. Podjeżdżając na miejsce każdy z nas starał się o znaleźć dogodne miejsca do startu. W miarę możliwości w pierwszej części kolorowego roju cyklistów, acz bez zbytniego stresu i napięcia bo nie przyjechaliśmy tam walczyć. Szczęśliwie zapowiadał się pogodny dzień. Mimo wczesnej pory już na starcie było 17 stopni Celsjusza. Pierwsze kilometry po starcie jak zwykle szybkie i chaotyczne. Każdy gna przed siebie zależnie od swych fizycznych możliwości i taktycznych założeń. Niektórzy liczą na dobry czy choćby lepszy od ubiegłorocznego wynik stąd cisną się do przodu nie tylko lewą stroną, a że pierwsze 5 kilometrów do Plancher Bas prowadzi po płaskim terenie tempo wielkiej grupy wyraźnie przekracza 40 km/h. Dojechawszy do tego miasteczka cała chmara ludzi na rondzie wybiera trzeci zjazd i skręca na północ w kierunku Plancher-les-Mines (na 11 km) położonego u stóp finałowego podjazdu. Owe jedenaście kilometrów ma walor zapoznawczy. Za ładnych kilka godzin (sześć–osiem-dziesięć zależnie od indywidualnych możliwości) trzeba będzie je pokonać ponownie na odcinku między ostatnim bufetem a podnóżem La Planche de Belles Filles.

Tymczasem jednak na rozjeździe za Plancher-les-Mines jedziemy drogą w lewo i kierujemy się na pierwszy z balonów czyli Ballon de Servance (1138 m. n.p.m.). Pierwszy z sześciu zasadniczych podjazdów okazał się trudnym wyzwaniem i to pod kilkoma względami. Liczył sobie 11,7 kilometra przy średniej 5,6 %, ale momentami był nadspodziewanie stromy. Maksymalna stromizna sięgała tu 14 %. Gorzej że droga była wąska, nawierzchnia kiepska, zaś pobocze nieregularne. Mało było tu miejsca na wyprzedzanie słabszych konkurentów, zaś objeżdżanie ich wąskim skrawkiem skraju drogi należało do ryzykownych zadań. Owszem można było zyskać nieco pozycji, lecz nie tak wiele jak mogłoby to mieć miejsce w bardziej dogodnych warunkach czyli na drodze o większej „przepustowości”. Skoro tak wyglądał podjazd to i zjazd musiał być techniczny i niebezpieczny, tak ze względu na wąską i krętą drogę jak i sam jej stan. Nie martwiłem się jednak stratami poniesionymi na zjeździe. Odetchnąłem gdy cało i zdrowo dotarłem na dół. Na moje szczęście organizatorzy postanowili sprawiedliwie dzielić drogi publiczne między uczestników wyścigu oraz kierowców samochodów. Dzięki temu u kresu dwóch czy trzech zjazdów nadziałem się na grzecznie czekających na włączenie się do ruchu bezpośrednio wyprzedzających mnie rywali dzięki czemu kolejny płaski odcinek mogłem zaczynać w licznym towarzystwie. Pierwszy taki przypadek miał miejsce w Le Thillot na 36 kilometrze. Jeszcze w tej samej miejscowości moja grupa nieco schudła, po tym jak część uczestników skręciła w stronę Saint-Maurice-sur-Moselle tj. na trasę ledwie 104-kilometrowego Les 3 Ballons Senior.

Tymczasem podobni mi śmiałkowie gnali dalej na północ. Na 45 kilometrze skończyło się przeszło 3-kilometrowe „falsopiano” szumnie nazywane Col du Menil, zaś za miejscowością Cornimont zaczął się drugi podjazd dnia czyli Col d’Oderen (884 m. n.p.m.). Niewysoki i mało wymagający, tym bardziej że wszyscy mieli jeszcze spory zasób sił. Początkowo łatwy, dalej o umiarkowanym nachyleniu, a w sumie liczący 8,3 kilometra o średniej stromiźnie 3,8 i max. 9 %. Po nim 6-kilometrowy zjazd do Kurth i podobnej długości płaski odcinek wzdłuż jeziora do miejscowości Wildenstein (547 m. n.p.m.). W tym miejscu zaczynał się nominalnie ponad 30-kilometrowy podjazd na „dach wyścigu” czyli przełęcz Grand Ballon (1343 m. n.p.m.). Faktycznie jednak ów wjazd na najwyższą przełęcz całego pasma Wogezów można podzielić na kilka niezależnych sektorów. Najpierw czekał nas stosunkowo trudny podjazd na Col de Bramont (956 m. n.p.m.) czyli 7,3 kilometra przy średniej 5,3 i max. 10 %. Dojechawszy na tą przełęcz miałem za sobą m/w połowę przewyższenia między Wildenstein a Grand Ballon, lecz zarazem niespełna ćwiartkę dzielącego te miejsca dystansu. Za przełęczą krótka chwila wytchnienia czyli 900 metrów szybkiego zjazdu, po czym skręt w prawo w boczną drogę tzw. Route de Americans. Na niej zaś wspinaczkowa poprawka czyli kolejny solidny podjazd o długości 5 kilometrów przy średniej 6,8 % i max. 12 % kończący się powyżej granicy lasu na wysokości około 1240 metrów n.p.m. Wraz z końcem tego wzniesienia zaczął bzikować mój licznik, który raz to odmawiał współpracy w pomiarze prędkości i dystansu by następnie ożywać i wracać do akcji. Ostatecznie przespał jakieś 40 kilometrów, gdyż całego dystansu zanotował mi dane ze 165 kilometrów trasy.

Do dotarciu na wysokość ponad 1200 metrów n.p.m. następne kilkanaście kilometrów miało wieść płaskowyżem po terenie ledwie pofałdowanym. W takim terenie trwała niezła gonitwa i akcja łączenia grupek. Trochę udzielając się w tej pogoni można też było dłuższy czas odpocząć na kole swych chwilowych współpracowników. Po dwunastu kilometrach na drodze D430  minęliśmy skrzyżowanie wysokogórskich dróg przy osadzie Le Markstein i pojechaliśmy dalej na południową-wschód tym razem szosą D-431 już bezpośrednio na spotkanie „Wielkiego Balona”. Tym niemniej z pozostałych nam do przełęczy siedmiu kilometrów ledwie piąta część okazała się podjazdem. Rzecz by można z dużej chmury mały deszcz. Taka wysokość, a ledwie 1,4 kilometra wspinaczki choć o solidnym nachyleniu 8,1 %. Jeśli bowiem ktoś chce zażyć prawdziwej wspinaczki pod Grand Ballon to musi to wzniesienie zaatakować od strony południowej (Willer-sur-Thur lub Uffholz co było mi dane w 2007 roku) lub od wschodniej (z początkiem w Soultz). Premia górska na Grand Ballon oznaczała 99 kilometr wyścigu, więc stanąłem na minutkę by uzupełnić bidony i przekąsić „małe co nieco” ze skromnego menu moich kieszonek. Czekał mnie teraz przeszło 16-kilometrowy zjazd do położonego przeszło 900 metrów niżej Willer-sur-Thur. W górnej części wietrzny. W środkowej części z niespodzianką czyli odcinkiem kostki a’la Walim na wirażach przed Col d’Amic (825 metrów n.p.m.). Potem chwila wspomnień w locie czyli szybki przelot przez Goldbach-Altenbach gdzie pięć lat wcześniej zatrzymaliśmy się wraz z Piotrkiem Mrówczyńskim na jedną dobę w naszej drodze przez Masyw Centralny ku Pirenejom.

Bezpośrednio po zjeździe organizatorzy przygotowali nam niespodziankę w postaci objazdu robót drogowych takimi zakamarkami miasteczka, iż można było się zastawiać czy droga może być jeszcze węższa i czy to jest jeszcze oficjalna trasa wyścigu. Następnie po ledwie dwóch kilometrach na drodze krajowej N66 trzeba było skręcić w prawo i zacząć podjazd numer cztery czyli z pozoru niegroźny Col du Hundsruck (748 m. n.p.m. – 123 km). Okazuje się jednak, że wysokość bezwzględna podjazdu potrafi być myląca. Na leśnej drodze im. marszałka Joffre trzeba się było trochę sprężyć. Podjazd miał tylko 6,1 kilometra, ale o solidnym nachyleniu 6,3 i max. 13 %, więc po blisko pięciu godzinach jazdy skłonny byłem w paru miejscach wrzucić bardziej miękkie niż dotąd przełożenie. Na dziewięciu kilometrach zjazdu do Maseveaux trzeba było pokonać kolejny brukowany odcinek, nawet trochę popracować na hopkach będących niemiłym przerywnikiem. We wspomnianym miasteczku należało skręcić w prawo tzn. na zachód i wjechać na drogę D-466 prowadzącą do Sewen gdzie zaczyna się wschodni podjazd na Ballon d’Alsace. Na dojeździe do Sewen walczyłem o złapanie się do grupki wysokich gości, którzy sprawiali wrażenie mocnych ludzi w płaskim terenie. Minęło już południe, temperatura sięgała 26 stopni Celsjusza i czas było pomyśleć o lepszym zaopatrzeniu się w wodę i suchy prowiant na pozostałe 60 kilometrów trasy. Dlatego w tym bufecie wyjątkowo zabawiłem kilka ładnych minut, zaś po zaspokojeniu głodu i pragnienia zdjąłem bluzę zbędną przy letniej aurze i owinąłem ją wokół sztycy podsiodłowej.

Kolejnym wyzwaniem, acz w zasadzie nie przedostatnim jak się okazało był podjazd pod Ballon d’Alsace czy gwoli ścisłości większa część wschodniej strony tego wzniesienia. W trakcie wyścigu Les 3 Ballons kończy się on na wysokości około 1090 metrów n.p.m. czyli pomija ostatnie dwa kilometry, wspólne z poznanym przez mnie dzień wcześniej południowym wariantem. Wschodni podjazd pod Ballon d’Alsace bez owej końcówki (La Gentiane – 153 km) to 9,2 kilometra o średniej 6,3 % i max. 15 %. To na nim udaną szarżę po zwycięstwo etapowe w Belfort przeprowadził w 1997 roku Francuz Didier Rous. Działo się to na etapie podczas którego kolarze niesławnej rok później Festiny próbowali zaskoczyć i zgubić lidera wyścigu Niemca Jana Ullricha. Zjazd z niepełnego „Balona Alzackiego” nie stanowił dla mnie zaskoczenia. Poznałem go dzień wcześniej, acz zza kółka samochodu. Najważniejszym zadaniem jakie sobie postawiłem było dojechać do Malvaux (163 km) czy Giromagny (167,5 km) w jakimś towarzystwie, aby nie być zmuszonym do samotnej jazdy na około 20-kilometrowym dojeździe do Champagney. Znalazłem się z razu w kilkuosobowej grupce, która na płaskim odcinku do Errevet (179,5 km) urosła do rozmiarów około 30-osobowego peletoniku. Cały czas miałem w głowie słowa Piotra, który przejechał ten wyścig w 2009 roku, iż poza zasadniczymi podjazdami najbardziej dał mu w kość trudny, pagórkowaty odcinek na dojeździe do Champagney. Tymczasem jechało mi się całkiem miło i swobodnie w środku czy na końcu mojej grupy. Za Errevet przyszła jednak w końcu pora na sektor a’la słynne „schody Kapitonowa” czyli kilka góra-dół po wąskich, bocznych drogach z krótkimi, acz sztywnymi podjazdami oraz technicznymi zjazdami. Walczyłem o przetrwanie by w dotychczasowym towarzystwie, cały i zdrów dojechać do ostatniego bufetu przed metą.

Nie odmówiłem sobie tej chwili wytchnienia oraz okazji do uzupełnienia gasnących zasobów energii. Powtórny dojazd do Plancher-les-Mines odbywał się w zgoła innej od porannej atmosferze. Po wyruszeniu ze strefy bufetu z okolicy Plancher-Bas złapałem koło dwóch-trzech starszych jegomości. Po blisko dwustu kilometrach trasy nasz mega-peleton rozciągnął się na tyle, że o asystę innego uczestnika trzeba było się postarać doganiając go lub czekając na takiego pomocnika. Podwiozłem się trochę do podnóża finałowego podjazdu, dalej pojechałem już swoim tempem do samego końca zyskując nieco pozycji. Już podczas porannej „inspekcji” widziałem jak stromy jest początek tego pojazdu. Po przejechaniu tej góry ochrzciłem ją mianem małego „L’Alpe d’Huez” tak ze względu na stromy początek, długą pierwszą prostą jak i pierwszy wiraż po niej w prawo plus nieco łatwiejszą końcówkę. Po dwustu kilometrach niełatwej trasy każda stromizna robi wrażenia. Tym bardziej całe kilometry. Tymczasem La Planche de Belles Filles miało 5,3 kilometra przy średnim nachyleniu 8,5 % i max. 20 % po pokonaniu 750 metrów od rozjazdu. O stromiźnie tego podjazdu co kilometr informowały nas stosowne tabliczki. Ponadto co trzysta metrów niczym na każdym wirażu słynnej L’Alpe rozstawione też były tabliczki z nazwiskami wszystkich poprzednich zwycięzców tej imprezy począwszy od roku 1997. Pierwszy kilometr tego wzniesienia miał średnio 11,3 %. Drugi tylko 8 % ze względu na wywłaszczenia około 1700 metrów od startu. Następnie trzeci i czwarty kilometr odpowiednio 10,8 i 10 %. Wszystkie przy max. około 14-16 %. Dopiero ostatnie 1300 metrów było znacznie łatwiejsze czyli 6,7 % przy max. zaledwie 12 %, głownie z uwagi na wywłaszczenia na odcinku między 500 a 350 metrów przed metą.

Finisz wyścigu pewnie ze względu na względy organizacyjno-logistyczne związane z koniecznością kilku tysięcy uczestników tej imprezy wyznaczono jest przy wjeździe na okazały plac położony na wysokości 985 metrów n.p.m. Tym samym amatorom zaoszczędza się konieczności pokonania stromej rampy, na której miesiąc po naszym wyścigu Chris Froome udanie skontrował atak Cadela Evansa po zwycięstwo na pierwszym górskim etapie Tour de France 2012. Do mety dotarłem w czasie 8h 20 minut i 44 sekund na 871 miejscu w gronie 2403 zawodników, którzy ukończyli dłuższą z dwóch tras. W mojej kategorii wiekowej (30-39 lat) dało mi to 296 pozycję pośród 705 osób. Jednym słowem bez rewelacji. Do zwycięzcy czyli Niemca Bernda Hornetza (6h 25m 47s) straciłem blisko dwie godziny. W starych, dobrych czasach czyli w pełni formy nie dałbym sobie wbić na takiej trasie więcej niż półtorej godziny. Apropos trasy trzeba powiedzieć, iż była ona naprawdę wymagająca i to nie tylko ze względu na spory dystans. Łączne przewyższenie sześciu czy ośmiu zasadniczych podjazdów oraz pomniejszych pagórków na trasie wyniosło 4197 metrów. W mojej prywatnej punktacji najtrudniejszych Gran Fondo impreza ta co prawda wyraźnie ustępuje tylko „hardcorowym” wyścigom typu: GF Campagnolo, Alpenbrevet Gold czy La Marmotte, lecz plasuje się dość wysoko gdzieś między austriackimi Highlanderem i Dreilanderem. Po zdaniu chipa, odebraniu pamiątkowego medalu i dyplomu (o dziwo „brevet d’or”) oraz chwili odpoczynku rozpocząłem zjazd do Champagney. Już na pierwszym kilometrze złapałem gumę. Szczęście w nieszczęściu, że już za metą. Bliżej podnóża wzniesienia minąłem się z Darkiem, który resztkami sił ambitnie podążał ku mecie. Mój kolega dotarł do mety w czasie 10h 17 minut i 20 sekund. Telefonicznie umówiliśmy się, że zabiorę samochód z Champagney i podjadę go odebrać u podnóża finałowego wzniesienia. Następnie pomimo zmęczenia wielogodzinnym wyścigiem zdecydowaliśmy się bez noclegu we Francji ruszyć w drogę powrotną via Belfort do granicy niemieckiej i dalej do Ojczyzny.

Napisany w Gran Fondo | Możliwość komentowania Les 3 Ballons została wyłączona

Ballon d’Alsace x 2

Autor: admin o 8. czerwca 2012

W przedostatnim dniu naszej czerwcowej wycieczki mieliśmy do wykonania trzy zadania. Po pierwsze trzeba było się przenieść na południowy kraniec Wogezów, w rejon położony bliżej miasteczka Champagney gdzie w sobotni poranek zacząć miał Les 3 Ballons. Po drugie musieliśmy załatwić formalności przedstartowe w biurze wyścigu. Po trzecie warto było zahaczyć o kolejną górkę w okolicy i to nie byle jaką, gdyż na mojej liście życzeń pozostał legendarny Ballon d’Alsace (1178 m. n.p.m.). wzniesienie to nie jest najwyższe, największe ani też najtrudniejsze w całym paśmie Wogezów. Z pewnością jednak pośród wszystkich kolarskich gór tego regionu jest najsłynniejsze za sprawą roli jaką odgrywało w historii Tour de France. Kronikarze tego wyścigu w pewnym uproszczeniu nazywają go nawet pierwszym prawdziwie górskim podjazdem w historii „Wielkiej Pętli”. Tytani zakurzonych dróg z początku ubiegłego stulecia po raz pierwszy zmierzyli się z nim już na drugim etapie trzeciej edycji TdF tzn. 11 lipca 1905 roku. Zapomina się często, iż już w programach dwóch pierwszych edycji TdF były przyzwoitej wielkości wzniesienia tzn. Col du Pin-Bouchin w okolicy Lyonu i Col du Grand Bois (Republique) ponad Saint-Etienne, lecz oba były na tyle łagodne, iż to właśnie do Ballon d’Alsace przybrnęło miano pierwszej wspinaczki w dziejach Touru. Pierwszy zdobywca tego wzniesienia Francuz Rene Pottier, choć popełnił samobójstwo w styczniu 1907 roku, mimo swego krótkiego żywota stał się nieśmiertelny i po dziś dzień jest pamiętany nie tylko jako triumfator TdF z 1906 roku, ale też jako pierwszy król gór w dziejach kolarstwa.

Ballon d’Alsace aż 23 razy pojawił się na trasie Tour de France. Po raz pierwszy we wspomnianym 1905 roku na etapie z Nancy do Besancon, zaś rok później na odcinku z Nancy do Dijon i w obu przypadkach był świadkiem supremacji Rene Pottier. Do wybuchu Wielkiej Wojny uczestnicy Touru przemierzyli ta przełęcz jeszcze siedmiokrotnie, omijając ja jedynie w roku 1911. W ślady Pottier poszedł jego rodak Emile Georget, który również dwukrotnie zdołał wjechać jako pierwszy na tą górę w latach 1907 i 1910. W okresie międzywojennym o Ballon d’Alsace przypomniano sobie dopiero na początku lat trzydziestych i przełęczy tej użyto pięciokrotnie w latach 1933-37. Kolejnym dwukrotnym zdobywcą został Belg Felicien Vervaecke w latach 1934-35. Po II Wojnie Światowej kolarze mieli jeszcze dziewięć okazji do pojawienia się w tych stronach, w tym cztery razy etapy kończyły się podjazdem z Saint-Maurice-sur-Moselle na Ballon d’Alsace czyli północnym zboczem góry. W 1967 roku odcinek z takim finałem wygrał Francuz Lucien Amar. Dwa lata później nie miał sobie równych wielki Eddy Merckx. W 1972 roku po zwycięstwo etapowe sięgnął późniejszy pogromca „Kanibala” Francuz Bernard Thevenet, zaś w 1979 roku kolejny kolarz znad Loary Pierre-Raymond Villemiane. Na opisywaną przeze mnie przełęcz prowadzą trzy drogi: północna, południowa i wschodnia. Ta pierwsza cieszyła się od początku największym uznaniem włodarzy TdF. Od tej strony zdobywano przełęcz aż 19-krotnie (pozostałe dwie opcje testowano po dwa razy), po raz ostatni w 2005 roku gdy premię górską, w drodze etapowy sukces w Miluzie i koszulkę górala na mecie w Paryżu, wygrał Duńczyk Michael Rassmussen.

Ze względu na bogatą historię tego wzniesienia zdecydowałem się je zdobyć od każdej możliwej strony. Aby tego dokonać musiałem w piątek przejechać górski szlak z Malvaux do Saint-Maurice-sur-Moselle w obie strony, zaś w sobotę stanąć na starcie Les 3 Ballons i w końcówce tego wyścigu przebyć wschodnią wersję tego wzniesienia zaczynającą się w miasteczku Sewen. Ruszając z Munster do podnóża Ballon d’Alsace mieliśmy przeszło 90 kilometrów. Najpierw na wschód drogą D417 do Colmar, później na południe szosą D83 w okolice Cernay, następnie po D483 na wschód w rejon Giromagny i na koniec lokalnymi dróżkami m.in. D465 do wspomnianego Malvaux. Na miejscu byliśmy dobrze po trzynastej. Pogoda była nieciekawa. Niebo zachmurzone przy temperaturze max. 18 stopni. Darek zdecydował się nie wystawiać swego chorego kolana na pojedynek ze słynna górą i kaprysami pogody. Umówiliśmy się, że pojadę sam z Malvaux na przełęcz, następnie zjadę na do Saint-Maurice-sur-Moselle i wjadę ponownie na przełęcz od klasycznej, północnej strony gdzie będzie już na mnie czekał mój dyrektor sportowy. Postanowiłem, że odpuszczę sobie następnie zjazd rowerem do Malvaux i prosto z przełęczy ruszymy autem do Champagney. Tym sposobem zaliczę słynny podjazd od dwóch stron, lecz jednocześnie na kilkanaście godzin przed czekającym nas przeszło 200-kilometrowym wyścigiem zmęczę się najmniej jak to tylko możliwe.

Południowy podjazd na Ballon d’Alsace jest łagodny. Liczy sobie 12,2 kilometra przy średnim nachyleniu 5,3 %. Pierwsze trzy kilometry do wysokości hostelu Sault de la Truite prowadzą wzdłuż górskiego potoku niemal prosto na północ. Później zaczynają się serpentyny, zaś droga na dłuższy czas chowa się w lesie. Na kolejnych siedmiu kilometrach jest osiem pięknych wiraży w prawdziwie alpejskim stylu, acz nachylenie szosy po tej stronie przełęczy jest na tyle spokojne, że owe „patelnie” nie przydają się tak jak na trudniejszych podjazdach. Po przejechaniu 10 kilometrów od Malvaux, na wysokości 1090 metrów n.p.m. południowy szlak łączy się ze wschodnim czyli drogą Tete de Redoutes będącą przedłużeniem szosy D466. Stąd do szczytu pozostaje niewiele ponad dwa kilometry. Po przejechaniu 11 kilometrów wyjeżdża się poza granicę lasu. Zaczyna się dość wymagający finałowy odcinek wśród górskich hal. Na około czterysta metrów przed przełęczą stromizna podjazdu jedyny raz sięga poziomu 10 %. Na górze jest kilka budynków: oberża, hotel-restauracja, sklep z pamiątkami oraz biuro informacji turystycznej. Jest i pomnik Rene Pottier, na tle którego pamiątkowe zdjęcie zrobił mi pewien kolarz amator z Belgii. Podjazd to niezbyt trudny, na którym umiarkowane i równe nachylenie pozwala na jazdę w dobrym rytmie. Pierwsze cztery kilometry mają średnio 5,2 % przy max. 9 %. Kolejne cztery średnią wartość 5,6 % przy max. znów 9 %, zaś finałowa tercja 4,8 %, ale ze wspomnianym fragmentem 10 %. Ponieważ w trakcie jazdy przeskakiwał mi łańcuch na trybach 17 i 19 jechałem bardziej miękko niż mógłbym w tych warunkach czyli na przełożeniu 39-21. Do tego jeszcze „strzeliła” mi jedna szprycha w tylnym kole. Stąd całe wzniesienie pokonałem niezbyt szybko, bo w czasie około 42 minut przy średniej prędkości 17,4 km/h.

Na przełęczy całkiem zdrowo wiało i było tylko 12 stopni stąd dość szybko postanowiłem przenieść się w cieplejsze czyli niższe rejony. Zjechałem do Saint-Maurice-sur-Moselle po drodze robiąc kilkanaście przystanków celem zrobienia zdjęć do prywatnej dokumentacji niejako awansem przed wykonaniem samego podjazdu. Na zjeździe mijałem nie jednego amatora dwóch kółek. O dziwo po północnej stronie przełęczy przy nadal zachmurzonym niebie było nieco cieplej. Na dole było nawet 21 stopni Celsjusza. Północny podjazd na Ballon d’Alsace jest najkrótszy z całej trójki, ale za to najbardziej stromy. Liczy sobie 9,1 kilometra przy średniej 6,8 %, więc nic dziwnego że kolarzom z początku XX wieku jeżdżącym na kilkunastokilogramowych rowerach jawić się mógł jako trudna wspinaczka. Jak głosi legenda Pottier pokonał go ze średnią prędkością 20 km/h, dodajmy w trakcie blisko 300-kilometrowego etapu. Od początku jest bardziej wymagający niż jego południowy sąsiad. Pierwsze zakręty wyprowadzają drogę z doliny Mozeli przez osady Le Brochot (0,9 km) i Le Braqueux (1,6 km) do dolnej granicy lasu po przebyciu 2,3 kilometra. Pomiędzy polaną Le Champ de Fete (4,1 km) a schroniskiem La Jumentaire (7,6 km), które poprzedza niedługie wywłaszczenie terenu jest sześć typowych serpentyn. Podjazd choć bardziej stromy od południowego jest bardzo równy. Pierwsze trzy kilometry mają średnio 6,7 % przy max. 9 %. Kolejne trzy mają 6,8 % przy takim samym maksimum. Natomiast ostatnia tercja to też 6,8 %, ale maxem dwukrotnie sięgającym 10 %. Najpierw w połowie ósmego kilometra i ponownie kilkadziesiąt metrów przed finałem. Od tej strony ze zrozumiałych względów jechałem krócej, acz wolniej czyli w czasie 37 ½ minuty, przy przeciętnej prędkości 14,5 km/h.

Po zrobieniu paru zdjęć na przełęczy i przebraniu się w „cywilne” ciuchy ruszyliśmy z powrotem do Malvaux i dalej na południowy-zachód do Champagney. Cała gmina skupiona wokół tego miasteczka w departamencie Górna Saona i regionie Franche-Comte liczy sobie 3800 mieszkańców. Zważywszy, że na starcie wyścigów Les 3 Ballons Master i Senior stanęło w tym roku niemal 3500 osób łatwo policzyć, iż miejscowość ta przeżywa prawdziwe oblężenie. Rejestracja poszła nam szybko i sprawnie. Przed budynkiem biura wyścigu jak zwykle przy takich okazjach wyrósł kolarski rynek z towarami przeróżnej wartości. Od rowerów i kół z górnej półki poprzez odzież we wszelkich rozmiarach aż po gadżety w stylu figurki kolarzy wielkości żołnierzyków, którymi zwykliśmy się bawić w czasach przedszkola. Po załatwieniu przedstartowych formalności, zaczerpnięciu atmosfery wyścigu oraz zerknięciu zazdrosnym okiem na cuda rowerowej techniki musieliśmy wrócić na wschód i odnaleźć upatrzone przez mnie lokum. Niestety z uwagi na wielką popularność tej imprezy najbliższy nocleg znalazłem dopiero w hotelu Au Lion d’Or w Burnhaupt-le-Haut przy drodze D83 czyli dobre 50 kilometrów od Champagney. Wieczorem obejrzeliśmy tam mecz naszych piłkarzy z Grecją, a po kolacji sprawdziliśmy stan naszych rowerów. Nie byłem przygotowany na wymianę kasety czy zamontowanie brakującej szprychy. Musiałem zdecydować czy chcę jechać jutro na w pełni sprawnym kole Mavic Aksium z kasetą o trybach od 12 do 23 czy z lżejszym, acz „wybrakowanym” kołem FSA RD-400 z kasetą w zakresie 12 do 27. Z uwagi na długość wyścigu jak i stromiznę finałowego podjazdu wybrałem tą drugą opcję. Była ona bardziej ryzykowna, acz dawała nadzieje na to, iż po dwustu kilometrach dystansu i około ośmiu godzinach wysiłku na metę w La Planche de Belles Filles będę mógł dojechać, a nie dojść „z buta”.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Ballon d’Alsace x 2 została wyłączona

Schlucht, Petit Ballon & Calvaire

Autor: admin o 7. czerwca 2012

Na czwartek zaplanowałem pokonanie trzech podjazdów. W programie były Col de la Schlucht (1139 m. n.p.m.) i Petit Ballon (1163 m. n.p.m.) w ramach wycieczki ze startem i metą w Munster. Natomiast na późne popołudnie szykowałem nam samochodowy wypad do Orbey i z tego miejsca zdobycie Col du Calvaire (1144 m. n.p.m.). Ze względu na dwie pomyłki w nawigacji z trzech wzniesień zrobiło się pięć, aczkolwiek to ostatnie z braku czasu   musiało zostać okrojone o kilka kilometrów. Ale po kolei. Na pierwszy rzut poszedł bardzo długi jak na tej wielkości góry, lecz łagodny podjazd na przełęcz Schlucht – 18 km przy średnim nachyleniu 4,2 %. Przełęcz ta w sumie 9-krotnie pojawiła się na trasie Tour de France. Po raz pierwszy już w 1931 roku na etapie z Belfort do Colmar. W ostatniej dekadzie pokonywano ją w latach 2005 i 2009. Za przedostatnim razem od naszej tzn. wschodniej strony na odcinku z Pforzheim do Gerardmer wygranym przez Holendra Pietera Weeninga. Na premii górskiej pierwszy był Niemiec Andreas Kloden. Co ciekawie na tak niepozornej górze ekipie T-Mobile udało się zajechać rywali z Discovery Channel i odizolować Lance’a Armstronga od jego pomocników. W świetle ostatnich wydarzeń rzec by można, iż podopieczni Johana Bruyneela tego dnia nie trafili z apteką. Tym niemniej w następnych dniach tak w Alpach jak i Pirenejach wszystko wróciło do znanej od 1999 roku normy i Teksańczyk po raz siódmy wygrał „Wielką Pętlę”.

Wycieczkę pod Schlucht podobnie jak podjazdy pod Platzerwasel i Linge rozpoczęliśmy w centrum Munster. Podjazd w całości prowadzi po drodze D417 i na pierwszych dwóch kilometrach jest zbieżny z drogą na Collet du Linge. Chwilę później dotarłem do pierwszej wioski na tym szlaku tzn. Steinmauer (2,2 km od startu). Następne w kolejności są: Stosswihr (3,4 km) i Soultzeren (4,6 km). Pomiędzy wirażami na wysokości tej drugiej miejscowości minąłem zjazd w prawo ku naszej niedoszłej górskiej bazie noclegowej w Le Londenbach. Po przejechaniu 6,1 km w prawo od naszej drogi odbija droga D48 prowadzą do Orbey a przy okazji na przełęcze Wettstein i Linge. Pierwsza 6-kilometrowa tercja tego wzniesienia ma średnio 3,4 % przy max. 6,4 %. Przy drodze co kilometr ustawiona jest tabliczka informacyjna podająca wysokość bezwzględna oraz liczbę kilometrów pozostałych nam do przełęczy. Po przebyciu 7,7 kilometra mijamy hotel Belle Vue, a niespełna kilometr dalej droga chowa się w lesie tzn. Foret Communale de Soultzeren. Miałem pewien problem z tylną przerzutką, ale na szczęście profil trasy pozwalał na jazdę na dużej tarczy, więc wrzuciłem na nie sprawiającymi problemów mojemu łańcuchowi tryb 21 i cały czas cisnąłem na  nietypowym przełożeniu 53×21. na dziesiątym kilometrze pewnym utrudnieniem była zryta (chropowata) nawierzchnia drogi, najwyraźniej dopiero szykowana do remontu. Druga część wzniesienia między 6 a 12 kilometrem miała średnio 4,5 % przy max. jak wcześniej 6,4 %. Jednym słowem teren nadal był łatwy, a przy tym bardzo równy.

Ostatnia tercja była niewiele trudniejsza średnio 4,7 % przy max. 7 % najpierw półtora kilometra przed szczytem, a potem w zasadzie na ostatniej prostej by 150 metrów przed przełęczą. W końcówce szosa prowadzi po półce skalnej, dzięki z ładnym widokiem po lewej stronie drogi. Na kilkaset metrów przed finałem droga przechodzi też pod wykutą w skale bramą. Jako się rzekło podjazd jest łagodny. Wytrzymałem go w całości na dość twardym przełożeniu. Dzięki temu wjechałem z przeciętną prędkością 20,6 km/h tj. w czasie  niespełna 52 ½ minuty. Na górze przy drodze ku Gerardmer ujrzałem restaurację tłumnie nawiedzoną przez motocyklistów. Na przeciw niej znajdują się stoki narciarskie. Z kolei w prawo od przełęczy odchodzi droga D61, którą po kilkunastu kilometrach jazdy po pofałdowanym terenie na płaskowyżu można dotrzeć na przełęcz Calvaire. Na górze było 16 stopni, ale z uwagi na wiatr i przelotne opady deszczu dość nieprzyjemnie. Dłuższy czas przyszło mi czekać na Darka, który zmagał się z bólem kolana i przez to kręcił ostrożnie, a zatem miękko i co za tym idzie wolno. Zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie przy kamieniu wyznaczającym granicę departamentów Haut-Rhin i Vosges po czym wróciliśmy ta samą drogą do Munster, gdzie zastaliśmy słoneczna i wręcz upalną pogodę czyli 31 stopni Celsjusza. Dario nie chcąc ryzykować kontuzji przed sobotnim wyścigiem postanowił na tym zakończyć szósty etap naszej wyprawy. Ja natomiast po ledwie kilkudziesięcio-minutowej sjeście wróciłem na ulice miasta poszukać drogi na Petit Ballon.

Wydawało mi się, że wiem jak dotrzeć na to wzniesienie. W trakcie pokonywanej już kilkakrotnie drogi z centrum Munster do naszego apartamentu jakieś 800 metrów od domu widziałem znaki drogowe wskazujące drogę na Petit Ballon przez wioskę Eschbach-au-Val. Szybko zjechałem więc z drogi D417 i nie dojeżdżając do centrum miasteczka odbiłem w lewo na wcześniej upatrzony przez siebie szlak. Z początku wyszło wydawało się iść zgodnie planem. Pierwszy kilometr średnio 4,9 % przy max. 8 % doprowadził mnie do Eschbach. Drugi kilometr był nieco trudniejszy 6,4 % przy max. 9 %. Po przejechaniu 1,7 km od startu minąłem osadę Hutschengut, zaś 400 metrów ostatnie domostwa i wjechałem do lasu. Tu zaczęły się już większe schody. Droga nadal była przyzwoitej jakości, lecz za to nad wyraz stroma. Cały trzeci kilometr miał średnio 11,2 % przy max.18 %. Przyznam się, że Az tak wielkich atrakcji się nie spodziewałem. Na czwartym kilometrze było nieco łatwiej przy średniej 7,9 i max. 13 %, lecz dopiero piąty pozwolił mi nieco odsapnąć mając średnio 6,9 i max. 10 %. Gorzej, że w międzyczasie leśna dróżka z asfaltowej zmieniła się w szutrową i to co raz gorszej jakości tak, iż co raz trudniej było utrzymać równowagę. W końcu zszedłem z roweru i po krótkim spacerku dotarłem do Auberge Obersolberg, gdzie zapytałem o właściwą drogę na Petit Ballon. Okazało się, że muszę zawrócić jakieś 700 metrów do dróżki Chemin des Chalets i pojechać nią kolejne kilkaset metrów aby dotrzeć do Route du Petit Ballon. Tak też zrobiłem i po kilku minutach znalazłem się na wirażu jakieś 670 metrów n.p.m., blisko trzy kilometry drogi powyżej podnóża podjazdu.

Stwierdziłem, że nie pójdę na łatwiznę w ramach „pokuty” za swa pomyłkę zjadę do Luttenbach-pres-Munster i zacznę podjazd pod Petit Ballon raz jeszcze, tym razem już właściwym szlakiem. Nadprogramowa wspinaczka do wspomnianej oberży liczyła sobie w 5,1 km przy średniej 7,4 % i przewyższeniu 376 metrów. Zjechałem do mostku nad rzeczką i w tym miejscu zawróciłem z powrotem na górę. Na początku było bardzo stromo. Już po czterystu metrach wzniesienia stromizna sięgnęła 13 %. Cały początkowy odcinek do wirażu z tablicą na Obersolberg (2,9 km od startu) miał średnio 8,5 %. Ten podjazd w niczym nie przypominał więc rytmicznej wycieczki na Schlucht. Kiepskiej jakości droga w dolnej i środkowej części podjazdu niemal cały czas schowana była w lesie. Po przejechaniu 6,2 km dojechałem do polany przy Auberge Ried gdzie przy drodze pasło się stadko mułów. Następnie droga raz jeszcze schowała się w lesie by po przebyciu 7,7 kilometra od startu na dobre go opuścić. Niespełna 5-kilometrowy środek wzniesienia miał nachylenie 7,4 % przy max. 11 % pod koniec siódmego kilometra. Na górskim rozdrożu trzeba było teraz skręcić w prawo wjeżdżając w teren jako żywo przypominający alpejskie hale. Po przejechaniu 8,4 kilometra minąłem ciesząca się dużym powodzeniem wśród turystów Auberge Kahlenwasen. Do przełęczy pozostało już tylko 1200 metrów, lecz na tym odcinku stromizna znów sięgnęła 13 % i to dwukrotnie tuż po minięciu oberży. Cały podjazd miał zaś 9,6 kilometra przy średnim nachyleniu 7,75 %. Jego zdobycie zajęło mi około 45 minut i 6 sekund przy przeciętnej 12,8 km/h. Do domu zjechałem kwadrans po szesnastej. Tym razem na blisko dwugodzinny odpoczynek.

Na szczęście dzień był długi, zaś od Orbey dzieliło mnie dwadzieścia-kilka kilometrów szlakiem przez zdobytą wczoraj na rowerze przełęcz Linge. Niestety kapryśna pogoda znów się popsuła, po upale przyszła burza, więc pierwszą część trasy przyszło mi pokonać w strugach deszczu. Na szczęście po północnej stronie tej przełęczy już nie lało. Po dotarciu do Orbey zaparkowałem w pobliżu miejscowego dworca kolejowego i nie tracąc czasu ruszyłem na południowy-zachód. Niestety na rozdrożu 1,7 km od startu zamiast pojechać na zachód w kierunku wioski Pairis zboczyłem bardziej na południe. Mój błąd, ale też nie do końca moja wina. Mogłem się lepiej przygotować do tej wycieczki. Ale z drugiej strony co to za francuska logika aby zamiast znaków na Calvaire wszędzie pisać tylko o położonej dalej na zachód i w sumie niższej przełęczy Bonhomme. No cóż zrazu przekonany, że jadę dobrze po przejechaniu 4,4 km od startu minąłem wioskę Les Basses Huttes. Z czasem zacząłem jednak nabierać podejrzeń, że znów się pogubiłem. Po przebyciu 6,5 kilometra o średnim nachyleniu 4,2 % i max. niespełna 8 % pojawił się kolejny dylemat. Jechać na wprost i lekko w dół czy skręcić w prawo i kontynuować jazdę pod górę na drodze D48. Później okazało się, że gdybym ruszył prosto mógł wrócić na szlaku ku Col du Calvaire niechcący omijając najtrudniejszy fragment wzniesienia na wysokości Pairis. Tymczasem mając większe zaufanie do drogi wiodącej ku górze, acz coraz mniej stanowczo pojechałem na przełęcz Wettstein (884 m. n.p.m.), do której dotarłem po pokonaniu dalszych 3,3 kilometra o średniej 2,9 i max. 5,5 %. Podsumowując ten nie planowany podjazd miał w sumie 9,8 kilometra przy średniej 3,8 %.

Na przełęczy zlokalizowany jest cmentarz żołnierzy francuskich, którzy polegli w 1915 roku podczas zażartych walk wokół Collet du Linge. Było już kilka minut po dwudziestej, więc uznałem iż przed zmrokiem nie dam rady podjechać Calvaire od samego dołu. Jedyną szansą było skorzystanie z tego prowadzącego w dół łącznika między drogami na Wettstein oraz Calvaire i przekonanie się co ów manewr mi przyniesie. Zjechałem więc owe 3,3 kilometra do miejsca mych wcześniejszych rozterek i skręciłem w lewo. Po przejechaniu 1200 metrów wyjechałem na drogę przy której stały znaki wskazujące szlak na Col du Bonhomme. Skręciłem raz jeszcze w lewo i z poziomu około 770 metrów n.p.m. kontynuowałem wspinaczkę mając nadzieję, że jednak jest to przy okazji droga na Calvaire. Po przejechaniu 3,3 kilometra minąłem zjazd w lewo ku Lac Noir. Uparcie trzymałem się jednak głównej drogi. Dopiero niespełna półtora kilometra dalej tj. w okolicy Lac Blanc i Auberge Les Mille Metres (4,7 km od re-startu), na wysokości około 1050 m. n.p.m. pojawił się pierwszy znak drogowy potwierdzający słuszność mych podejrzeń. Ostatecznie dojechałem na przełęcz w czasie 23 minut przy średniej 16,3 km/h i pokonaniu 6,3 kilometra o średnim nachyleniu 5,8 i max. 11,4 %. Dotarłem tam kwadrans przed 21-wszą w asyście ostatnich promieni zachodzącego słońca. Pozostało mi już tylko czym prędzej zjechać do Orbey i ciemną nocą wrócić do Munster zaliczając samochodem nocny odcinek specjalny niczym na rajdzie Monte Carlo. Podsumowując ten bogaty w wydarzenia dzień mogę powiedzieć, że jak się nie miało mapy w głowie to trzeba było mieć parę w nogach czyli wzmożonym wysiłkiem zapłacić za swe błędy w nawigacji. Tym sposobem w trzech ratach zrobiłem łącznie 103,5 kilometra dystansu i 2638 metrów przewyższenia.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Schlucht, Petit Ballon & Calvaire została wyłączona

Platzerwasel & Linge

Autor: admin o 6. czerwca 2012

Środę rozpoczęliśmy od przeprowadzki z górskich ostępów do położonego w dolinie i na styku kilku szlaków Munster. W szybkim znalezieniu nowego lokum pomogły nam turystyczne ulotki znalezione w Le Londenbach. Za niewielkiego pieniądze trafił nam się nieduży, acz nowocześnie wyposażony apartament znajdujący się na pierwszym piętrze szeregowca we wschodniej części tej miejscowości. Pogoda była nieciekawa, więc nie spieszyliśmy się z rozpakowaniem bagaży i zagospodarowaniem nowego miejsca. Ostatecznie na rowery wsiedliśmy dopiero około wpół drugiej. Naszym pierwszym celem była położona na południowy-zachód od miasta przełęcz Platzerwasel (1193 m. n.p.m.), która dwukrotnie pojawiła się na trasie Tour de France. Po raz pierwszy w 1967 roku gdy zdobył ją Hiszpan Jesus Aranzabal. Odcinek ze Strasburga do Ballon d’Alsace wygrał triumfator TdF z roku 1966 Francuz Lucien Aimara. Etap ten dał koszulkę lidera późniejszemu zwycięzcy Rogerowi Pingeon oraz był sceną klęski głównego faworyta tej imprezy Raymonda Poulidora. Słynny „Poupou” stracił tego dnia jedenaście minut do swych rywali i zarazem życiową szansę na wygranie „Wielkiej Pęli”, w krótkim okresie bezkrólewia pomiędzy panowaniem Anquetila i Merckxa. Tour zawitał tu ponownie po przeszło czterech dekadach, gdy w 2009 roku premię górską zgarnął Sylvain Chavanel, na etapie z Vittel do Colmar wygranym przez Heinricha Hausslera.

Suche liczby nie świadczą o tej górze najlepiej, ale dane te są mylące. Teoretycznie wzniesienie jest długie, ale za to niezbyt strome tzn. ma około 17 kilometrów przy średnim nachyleniu niespełna 5 %. Tym niemniej faktycznie składa się z dwóch skrajnie różnych połówek. W zasadzie można rzec, że zaczyna się nie w Munster, lecz dopiero po przejechaniu pierwszych 8-9 kilometrów w okolicy Sondernach. Ruszyliśmy w drogę przy temperaturze 20 stopni, lecz z szarym niebem nad głowami zwiastującym deszcz. Pierwsze kilometry i kolejno przejeżdżane miejscowości mijały szybko. Najpierw Luttenbach (2,1 km), potem Tiefenbach (3,3 km) oraz Muhlbach-sur-Munster (4,8 km). Cały czas niemal płasko, a na tablicach nazwy czysto germańskie. Za Muhlbach droga D10 skręca bardziej na południe, lecz nadal nie zmusza do większego wysiłku. Przejechałem Metzeral (6,5 km) i dotarłem do Sondernach (8,3 km), w którym miał zakończyć się ów delikatny wstęp do podjazdu. Dość powiedzieć, że pierwsze 8 kilometrów od startu w centrum Munster miało średnie nachylenie 2 % przy max. 5,5 % po przejechaniu 7,4 kilometra. Za Sondernach po prawej stronie drogi pojawił się pierwszy kamień odliczający kolejne kilometry i wysokość bezwzględną, lecz na diametralną zmianę ukształtowania terenu trzeba było poczekać jeszcze dobry kilometr. Obraz zmienia się na wirażu w prawo (jakieś 9,4 km po starcie), na którym droga opuszcza Valle de Sondernach i zmienia się w górski szlak pod nazwą D27.

Na kolejnych 7 kilometrach można się było zagotować. Góry tego typu potrafią być podstępne, zaś konieczna zmiana rytmu trudna do przełknięcia. Do tej pory jechałem na blacie i przełożeniach 53×19, względnie 53×21. Teraz musiałem zrzucić łańcuch na małą tarczę i jak długo się da korzystać z układu 39×21. Na wysokości 1040 metrów n.p.m. niespełna dwa kilometry przed przełęczą zamiast wziąć wiraż w prawo omyłkowo pojechałem prosto i po przejechaniu około siedmiuset metrów dotarłem do ośrodka narciarskiego Schnepfenriedwasen. Zdawszy sobie sprawę ze swego błędu po chwili zawróciłem i po dojeździe do wspomnianego zakrętu kontynuowałem wspinaczkę na Platzerwasel. Przeszło 6-kilometrowy odcinek od Sondernach do owego zakrętu miał średnio 7,6 % przy max. 13,3 % po przejechaniu 12,1 kilometra. Aczkolwiek jeszcze w dziesięciu innych miejscach wykres z licznika pokazał mi co najmniej 10 %. Najtrudniejszy czternasty kilometra miał średnie nachylenie 9,3 %. Końcówka podjazdu czyli ostatnie 1800 metrów po re-starcie bynajmniej nie była łatwiejsza. Stromizna 9,1 % przy max. 14 % na 400 metrów przed finałem i 13,3 % w ostatnim wirażu przed przełęczą zmusiła mnie do skorzystania z trybu 24. Dodatkowo życie uprzykrzał chłód (temperatura spadła do 10 stopni) i coraz mocniejszy deszcz. Pomimo osłony lasu we znaki dawał się też przenikliwy wiatr. Na górę wjechałem w czasie ponad 58 minut (odliczywszy straty z Schnepfenried) czyli ze średnią prędkością 17,2 km/h. Na przełęczy nie było się gdzie schować przed „urokami” pogody. Jedyna chatka postawiona obok leśnej zatoczki parkingowej była zamknięta.

Po zjechaniu do Munster nie od razu pojechaliśmy na kolejną górę, lecz na przeszło godzinkę wróciliśmy do domu. Szczęśliwie niebo nieco się przejaśniło. Około wpół do szóstej znów podjechaliśmy do centrum Munster, skąd tym razem mieliśmy udać się na północ by zdobyć Collet du Linge (987 m. n.p.m.). Góra niepozorna, lecz dość solidna – 11,3 km przy średniej 5,3 %. Jako, że mieliśmy ją praktycznie pod nosem tym bardziej żal byłoby ją przegapić. Trzykrotnie pojawiła się ona na trasie Tour de France. Dawnymi czasy w latach 1957 i 1967 gdy zdobywali ją Louis Bergaud i wspomniany już Aranzabal, na opisanym już powyżej etapie. Natomiast bardziej współcześnie tj. w 2001 roku najszybciej zameldował się na niej Laurent Jalabert, na wygranym przez siebie odcinku ze Strasburga do Colmar. Tym niemniej za każdy razem uczestnicy Touru podjeżdżali na Linge od łatwiejszej zachodniej strony, więc nasz szlak na ta przełęcz występował podczas „Wielkiej Pętli” jedynie w roli zjazdu. Pierwsze dwa kilometry wiodące po drodze D417 okazały się równie łatwe co łagodny wstęp do Platzerwasel. Są one zbieżne z początkiem podjazdu pod lepiej znaną przełęcz Schlucht, której zdobycie zaplanowałem na czwartek. Po przejechaniu 1,9 kilometra o śmiesznej średniej 1,9 % zasadniczy podjazd zaczyna się po zjeździe w prawo na szosę Route de Weier. Po pokonaniu kolejnego kilometra dojeżdża się do wioski Hohrod (2,9 km). Przy drodze wita podróżnych niewielki budynek w kolorze lawendowym, będący siedziba lokalnego merostwa.

Podjazd jest kręty i w dolnej części poprowadzony w terenie odsłoniętym. Nawierzchnia drogi chropowata co jest dość charakterystyczne dla bocznych dróg we francuskich górach. Po przejechaniu 6,2 km od Munster dojechałem do serii ciasnych zakrętów na wysokości hotelu Panorama. Ponad 4-kilometrowy odcinek przejechany od zjazdu z głównej drogi miał średnio 6,5 % przy max. 9 % trzykrotnie pojawiającym się na czwartym kilometrze wzniesienia. Niespełna kilometr dalej we wiosce Hohrodberg na wysokości około 800 metrów n.p.m. stoi hotel o nazwie Roess (7,1 km). Półtora kilometra następujące po nim uznać można za najtrudniejsze na tym podjeździe. Stromizna sięga tu 10 % po przejechaniu 7,7 kilometra i po raz kolejny dokładnie kilometr dalej. Pozostałe do szczytu dwa i pół kilometra prowadzą przez gęsty las – Foret Communale d’Hohrod. Pierwsze dwa kilometry są całkiem solidne i kończą się na rozdrożu dróg przy cmentarzu żołnierzy niemieckich Baerenstall (10,7 km). Ogółem 4,5 kilometra od hotelu Panorama ma średnio 6,2 %. Aby dotrzeć na Collet Linge należy jeszcze skręcić w lewo. Do pokonania pozostaje już tylko łatwe 600 metrów o nachyleniu 2%. W końcówce mogłem się rozkręcić do 25 km/h, zaś całe wzniesienie wjechałem w czasie 40 minut przy średniej 16,9 km/h.

Podjazd kończy się w miejscu szczególnym tj. przy muzeum, na świeżym powietrzu, które otwarto w 1981 roku dla upamiętnienia wydarzeń sprzed blisko stu lat. W dniach od 20 lipca do 15 października 1915 roku przebiegał tędy jeden z odcinków linii frontu. Na przełęczy Linge zachowano wijący się wokół tutejszego pagórka jak wąż fragment okopów z zasiekami i pozycjami dla strzelców. Nie brak tu krzyży i pomników ku czci poległych. Zginęło w tych stronach dziesięć tysięcy żołnierzy francuskich. Jak miałem się następnego dnia przekonać wielu z nich pochowano na cmentarzu przy pobliskiej przełęczy Wettstein. Zatrzymaliśmy się w tym miejscu na dobry kwadrans, po czym wróciliśmy do Munster kończąc przejażdżkę około wpół do ósmej. Godzinę później wyszliśmy jeszcze na miasto, a w zasadzie podjechaliśmy autem do centrum, bo Darkowi po jeździe w deszczu zaczęło dokuczać kolano. Francuskie Munster okazało się miasteczkiem dumnym nie tylko ze swych słynnych serów oraz majowego festiwalu jazzowego. Jego chlubą są również bociany tłumnie nawiedzające to miejsce. Na dachu jednego tylko budynku naliczyłem sześć gniazd. Na wszystkich budynkach wokół głównego placu miasta jest ich lekko licząc kilkanaście. Skrzydlaci goście z Afryki zagospodarowali sobie nawet gmach tutejszej katedry.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Platzerwasel & Linge została wyłączona

Kandel & Le Champ du Feu

Autor: admin o 5. czerwca 2012

Zaledwie po trzech dniach od naszego przyjazdu do Schwarzwaldu przyszedł czas na pożegnanie z niemieckimi górami i przeprawę na zachodni brzeg Renu. Niemniej przed podróżą do Alzacji mielimy jeszcze jedno zadanie do wykonania na terenie Badenii. Godnym finałem naszej krótkiej wizyty w Czarnym Lesie miała być wspinaczka na Kandel (1202 m. n.p.m.), bodaj najtrudniejszy kolarski podjazd w tym paśmie górskim. Przeszło 900 metrów przewyższenia na przestrzeni niespełna 12 kilometrów. Wzniesienie praktycznie nie dające okazji do wytchnienia i złapania głębszego oddechu. Do podnóża tej góry nie mieliśmy daleko. Jakieś pół godziny jazdy samochodem i szykowaliśmy swe rowery do jazdy na parkingu przed marketem Norma w północnej części Waldkirch. Jako, że zatrzymaliśmy się niemal na wysokości płynącej przez to miasto rzeczki Etz start wypadł nam z niższego poziomu niż na załączonym profilu tzn. z około 280 metrów n.p.m. Ruszyliśmy jakiś kwadrans przed trzynastą, tym razem przy słonecznej pogodzie i temperaturze aż 27 stopni. Pierwsze kilkaset metrów po szerokiej ulicy Am den Brunnenwiesen będącej początkiem drogi L186. Na pierwszym kilometrze nachylenie dochodziło do 7 %. Po krótkim wypłaszczeniu i pokonaniu 1,2 kilometra od startu należało skręcić w prawo, gdzie L186 łączyła się z Kandelstrasse.

Po kolejnych dwustu metrach szosa schowała się w lesie i po raz pierwszy wystrzeliła mocno w górę. Stromizna sięgnęła najpierw 11,2 %, zaś w połowie trzeciego kilometra 11,4 %. Tym niemniej pierwsze 3,2 kilometra kończące się na wysokości Gasthaus Altersbach i tak jest najłatwiejszą „tercją” tego wzniesienia. Ten odcinek ma bowiem średnie nachylenie rzędu tylko 6,7 %. Najgorsze miało dopiero nadejść i to dość prędko. Najtrudniejsza jest tu bowiem środkowa faza podjazdu. W szczególności kilometr mieszczący się między 4,5 a 5,5 kilometra od startu. Ma on średnio 10,7 %, z czego sama pierwsza połówka szóstego kilometra aż 11,6 %. W dodatku nawierzchnia szosy w środkowej i górnej części podjazdu jest raczej kiepska co dodatkowo utrudnia wspinaczkę. Jakby nie dość  tego, że sam profil górki jest iście alpejski. Szlak cały czas wiedzie przez las. Za wspomnianą gospodą mija się po drodze tylko jedną chatkę z przystankiem autobusowym. Brak efektownych widoków przynajmniej nie rozprasza, co pozwala skupić się na walce z własną słabością. A jest gdzie pocierpieć. Środek podjazdu między 3,2 a 7,5 kilometra ma średnio 9,1 % przy max. aż 16 % w połowie tego odcinka. Wyżej jest już nieco łatwiej, choć może to nie najszczęśliwsze słowo. Wciąż trzeba się zmagać ze stromizną porównywalną z tą na słynnym L’Alpe d’Huez. Ostatnie 4,3 kilometra ma bowiem średnio 8,1 % przy max. dwukrotnie sięgającym 11,4 % m.in. po przejechaniu 10,2 kilometra od startu.

Podjazd kończy się na niedługim płaskowyżu będącym dość zgrabnie zagospodarowanym. Jest tu niemały parking, górski hotel z piwnym ogródkiem i przede wszystkim trawiaste pole startowe dla paralotniarzy, którzy tego dnia w dużej liczbie korzystali z dobrych warunków noszenia. Wjazd o długości 11,85 kilometra zajął mi 53 minuty i 15 sekund co daje przeciętną 13,3 km/h. Na liczniku pokazało mi się nawet 939 metrów przewyższenia co oznaczałoby VAM rzędu 1058 m/h – w sumie jednak dość skromny jak na tak stromą górę. Najlepszy dowód tego, iż nie odrobiłem jeszcze wiosennych zaległości treningowych. Po przyjeździe Darka poszliśmy razem do hotelowej restauracji na cappuccino i kakao. Następnie przeszliśmy się jeszcze na zachodnią stronę przełęczy gdzie zrobiliśmy zdjęcia na skałkach oraz rzuciliśmy okiem na szutrowy szlak prowadzący na sam wierzchołek góry Kandel (1241 m. n.p.m.). Na zjeździe należało co nieco uważać z uwagi na wspomnianą jakość drogi, acz z drugiej strony zważywszy na stromiznę bez trudno można się było rozpędzić do 65 km/h. Na dole byliśmy około piętnastej. Teraz czekała nas blisko półtoragodzinna podróż do Ville w północnej części Wogezów, gdzie przed dotarciem na nocleg w okolicach Munster, chcieliśmy zdobyć bywałą na Tour de France górę Le Champ du Feu (1099 m. n.p.m.).

Ku francuskiej ziemi prowadziła nas droga L113. Przez Ren przeprawiliśmy się na przejściu między miejscowościami Sasbach a Wahl am Kiaserstuhl. Pierwszą miasteczkiem po francuskiej stronie rzeki było Markolsheim. Zresztą po tablicach drogowych trudno było zrazu poznać, iż wyjechaliśmy już z Niemiec, jako że każda z mijanych przez nas osad miała nazwę kończąca się na germańsko brzmiące „-heim”. W okolicy Selestat pozwoliliśmy sobie na krótki postój, do którego skłoniła nas oferta przydrożnych sprzedawców czereśni. Do Ville, w którym mieliśmy zacząć drugi tego dnia podjazd przybyliśmy przed siedemnastą, ale nie bardzo było widać miejsce gdzie moglibyśmy zaparkować. Przejechaliśmy główne skrzyżowanie i wkrótce byliśmy poza ta mieściną. Ostatecznie zatrzymaliśmy się w Saint-Martin tuż przed zjazdem z  drogi D424. Darek stwierdził, że wystartuje z tego miejsca i pominie delikatny wstęp do tego wzniesienia. Ja ruszyłem i kilka minut później, a że postanowiłem się trzymać wskazówki rodem z wydrukowanego profilu najpierw cofnąłem się półtora kilometra do wspomnianego Ville. W tej miejscowości zawróciłem i z poziomu około 265 metrów n.p.m. wyruszyłem na szlak, który w latach osiemdziesiątych dwukrotnie pokonali uczestnicy „Wielkiej Pętli”.  Za pierwszym razem w 1985 roku pierwszy na górze był słynny Kolumbijczyk Luis Herdera, za drugim dwa lata później mniej znany Belg Hendrik Devos – w obu przypadkach metę etapu wyznaczano w Epinal na terenie Lotaryngii.

Pierwsze 1,6 kilometra do skrętu na północ tj. w drogę D425 to w zasadzie „falsopiano” czyli jazda szybka i przyjemna, na rozgrzewkę przed właściwym podjazdem. Na Route du Hochwald było już nieco trudniej, ale w sumie 3,7 kilometra od startu do miasteczka Breitenbach miało średnio tylko 3,9 %, acz z max. 11,4 % w połowie czwartego kilometra. Środkowa część wzniesienia nie miała aż tak stromej niespodzianki, acz ogólnie droga bardziej trzymała, nie rzadko na poziomie 8-9 %. W sumie odcinek między Breitenbach a znajdującym się 8,4 kilometra od startu rozjazdem, gdzie D425 gna dalej na północ w kierunku przełęczy Kreuzweg, miała średnio 6,9 przy max. 10 %. W tym miejscu chcąc dotrzeć na szczyt najtrudniejszego podjazdu w północnej części Wogezów należy pojechać na zachód po drodze, która od tego momentu nosi oznaczenie D57. Na tym odcinku droga wiedzie przez las, lecz na tyle rzadki że bez trudu przez korony drzew przebijało się słońce. Po przebyciu 11,6 kilometra dojechałem na Col du Charbonniere (961 m. n.p.m.), kolejny ważny punkt na tym szlaku, z którego rozchodzą się drogi na cztery strony świata. Chcąc dotrzeć do swego celu musiałem skręcić w prawo i wjechać na drogę D214. Z rozdroża do szczytu pozostawały już tylko dwa kilometry. Ostatnie kilkaset metrów na długiej prostej zwieńczonej rondem, na którym budowla swym kształtem przypominająca morską latarnię.

Licząca sobie 5,3 kilometra trzecia tercja podjazdu okazała się być najtrudniejszą tj. ze  średnim nachyleniem 7,4 i max. 11,4 % niespełna trzy kilometry przed finałem. Ten liczący sobie 13,7 kilometra podjazd zdobyłem w 51 minut i 50 sekund przy średniej prędkości 15,8 km/h. Nie udało mi się odrobić 10-15 minut straty na starcie jakie miałem do swego kolegi. Darek okazał się nieuchwytnym zającem. Było już godzina osiemnasta, więc na płaskowyżu mimo słoneczka było tylko 12 stopni. Po sesji fotograficznej czekał nas przyjemny 12-kilometrowy zjazd do Saint-Martin, a potem około 60-kilometrowy transfer. Częściowo drogą krajową N58 (alias A35) do Colmar i dalej na zachód drogą D417 w rejon Munster, będącego idealnym miejscem startowym do wypadu na co najmniej cztery z czekających nas wzniesień. Okazało się, że wybierając na naszą drugą przystań schronisko Le Londenbach, położone wysoko ponad wioską Soultzeren zaserwowałem sobie na koniec dnia niezły odcinek specjalny po krętych i bardzo wąskich górskich dróżkach. Dodatkowo też mały kurs z samochodowej nawigacji. Wątpliwą „nagrodą” było lokum w nazbyt jak na nasze gusta i potrzeby surowych warunkach, wiec postanowiliśmy skrócić sobie pobyt w tym miejscu do jednego noclegu i jutro przed południem znaleźć w dolinie coś lepszego, a przy tym położonego bliżej dróg , które mieliśmy zamiar przemierzać na dwóch kółkach.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Kandel & Le Champ du Feu została wyłączona

Feldberg, Belchen & Blauen

Autor: admin o 4. czerwca 2012

Trzeci dzień w Schwarzwaldzie miał być tym najtrudniejszym. Przede wszystkim chcieliśmy się wdrapać na najwyższe – nie tylko pod względem kolarskim – szczyty Czarnego Lasu czyli Feldberg (1481 m. n.p.m.) oraz Belchen (1359 m. n.p.m.). Poza tym pragnąłem nadrobić zaległość z pierwszego dnia i na dobicie zdobyć wieczorem Hochblauen (1151 m. n.p.m.). Aby dostać się do najlepszej bazy wypadowej pod dwa pierwsze wzniesienia tego etapu musieliśmy przejechać na wschodnią stronę pasma górskiego do miasteczka Todtnau położonego ponad 50 kilometrów na południowy-wschód od Bahlingen. Nie mogąc się jakoś otrząsnąć z naszego porannego lenistwa znów ruszyliśmy z domu około południa. Na miejscu byliśmy po godzinie trzynastej w drodze do Todtnau forsując znaną nam z dnia wczorajszego przełęcz Notschrei. Zaparkowaliśmy na Carl Otto Keller Strasse i wskoczyliśmy na swe rowery w pierwszej kolejności kierując się na północny-wschód ku Feldbergowi, bywałemu na trasach „wymarłego” Deutschland Rundfahrt. W trakcie dziesięciu edycji odrodzonego pod koniec XX wieku wyścigu Dookoła Niemiec dwa etapy kończyły się na tej górze, acz nie na samym szczycie, lecz w położonej na wysokości 1270 metrów n.p.m. stacji Feldberghof.

W 2003 roku etap zdominowali kolarze ONCE, których pięciu przyjechało w pierwszej szóstce. Wygrał Portugalczyk Jose Azevedo przed Baskiem Igorem Gonzalezem de Galdeano. Ze stratą dwudziestu-kilku sekund przyjechali kolejny Bask Isidro Nozal i Niemiec Jorg Jaksche, zaś szósty był niejaki Alberto Contador – kilka miesięcy przed swym pierwszym profesjonalnym zwycięstwem na Orlinku. Podopiecznych Manolo Sainza przedzielił tylko Australijczyk Michael Rogers, który zmiażdżył „hiszpańską armadę” w dniu następnym na 40-kilometrowej czasówce wokół Bretten, dzięki czemu wygrał cały wyścig. Dwa lata później sam etap należał do innego Australijczyka, a mianowicie Cadela Evansa. Wygrał on ten górski odcinek z przewagą kilkunastu sekund nad Szwajcarem Fabianem Jekerem i wspomnianym już Jakschem, zaś czwarty był lider i ostatecznie zwycięzca tego wyścigu Amerykanin Levi Leipheimer. My na spotkanie z Feldbergiem wystartowaliśmy na wylocie z Friedrich Strasse tj. z poziomu około 650 metrów n.p.m. Kilka pierwszych kilometrów na drodze nr 317 nie sprawia większych trudności. Przejechałem przez Brandenberg (2,8 km od startu) oraz Fahl (3,9 km) cały czas przy umiarkowanym nachyleniu – średnio 4,3 %, zaś max. 8 %. Dopiero po minięciu masywnej sylwetki Akzent Hotel Lawine (5,2 km) droga staje się mniej przyjazna. Natomiast jakiś kilometr dalej wraz z wirażem w lewo zaczyna się najtrudniejszy 3,5–kilometrowy fragment tego podjazdu. Wspinaczka na głównej drodze kończy się na wysokości 1233 metrów n.p.m  po przejechaniu 9,7 km od Todtnau. W sumie owe 4,5 kilometra z początkiem na wysokości wspomnianego hotelu ma średnie nachylenie 8 % przy maximum 11,4.

Wjechawszy na ta wysokość mamy dwie opcje. Trzymając się szosy nr 317 po około 1700 metrach płaskiego odcinka można pognać w dół ku Titisee lub Hinterzarten mijając przez rozpoczęciem zjazdu okazały hotel Carlton Haus Feldberg. Natomiast ambitniejszym amatorom kolarstwa po przejechaniu 1200 „odpoczynkowych” metrów skręcić w lewo i pokonać jeszcze przynajmniej 800 metrów podjazdu do Feldberghof o max. stromiźnie rzędu 9 %. Do stacji tej dotarłem po przejechaniu 12 kilometrów w czasie niespełna 40 minut przy średniej prędkości 18,1 km/h i zacząłem się zastanawiać co dalej począć. Na pierwszy rzut oka wbrew znanym mi profilom tego podjazdu szosa kończyła się już w tym miejscu. Dopiero po kilku minutach rozglądania się po okolicy, na krótko przez przyjazdem Darka za parkingiem obok budynku Naturhaus dostrzegłem naszą drogę ku górskiemu szczytowi. Okazała się nią wąska asfaltowa alejka o nazwie Franz Klanmeyer Weg. Aby się do niej dostać trzeba było najpierw pokonać kilkadziesiąt metrów po żwirowej nawierzchni. Do szczytu było jeszcze 3,6 kilometra o średnim nachyleniu 6,5 %, ale z paroma stromymi fragmentami tzn. 13 % odcinkiem niespełna trzy kilometry przed finałem i aż 16 %-ową stromizną na początku ostatniego kilometra. Nagrodą była świadomość wjechania najwyżej jak tylko się da w tym regionie Niemiec. Szczyt tej góry „ozdabiają” maszty oraz wieże telewizyjne i telekomunikacyjne. Ponadto z myślą o wrażeniach i edukacji turystów przygotowano krąg widokowy z kilkoma tablicami informacyjnymi. Na tej wysokości było tylko 13 stopni Celsjusza i mocno wiało. Na tyle porywiście, iż w trakcie podjazdu obawiałem się czy uda mi się utrzymać równowagę na owej 16 %-owej ściance. Na szczęście udało nam się wjechać oraz zjechać w jednym kawałku i dosłownie po chwili odpoczynku około godziny szesnastej byliśmy już gotowi do wyprawy na Belchen.

Na początku trzeba było wrócić na drogę nr 317 i pokonać 5,6 kilometra najpierw w kierunku najpierw południowym, a następnie zachodnim jadąc przez Geschwend do Utzenfeld. Przejechawszy przez środek tej drugiej miejscowość dojechałem do ronda na którym schodzą się drogi nr 317, L123 i L142. W tym miejscu z poziomu niespełna 550 metrów n.p.m. zaczyna się podjazd na Belchen. Po przejechaniu 700 metrów dotarłem do Aitern, pierwszej miejscowości na tym górskim szlaku. Jadąc z początku dość twardo, bo na przełożeniu 39×19 w połowie trzeciego kilometra przegoniłem Darka, który wystartowałem z Todtnau chwilę przede mną. Po przejechaniu 3,3 kilometra minąłem wiraż na wysokości wioski Holzinshaus. Do tego miejsca średnie nachylenie podjazdu wynosiło 6,6 % przy max. 10 %. Dalej droga wiodła cały czas w kierunku północno-zachodnim i po przebyciu 6,2 kilometra doprowadziła mnie do hotelu Gasthof Belchen – Mutten. Kilkaset metrów dalej, dokładnie 6,8 km od wyjazdu z Utzenfeld trzeba było zachować czujność i zjechać z drogi L142 w lewo tj. na Belchenbahn. Po kilkuset następnych metrach dojechałem do dolnej stacji kolejki linowej na Belchen i zarazem placu przez hotelem Belchen-Jagerstuble (1094 m. n.p.m. – 7,5 kilometra od startu). Przeszło 4-kilometrowy odcinek za Holzinshaus miał średnio 7,6 % przy max. 11,7 % na początku szóstego kilometra. Niestety przed sobą nie widziałem szosy, która mogłaby mnie zawieść dalej, na sam szczyt tego wzniesienia. Asfaltowa szosa skręcała w lewo i leciała lekko w dół, zaś na wprost widać było tylko kamienisty dukt. Na moje szczęście otwarte były jeszcze kasy kolejki linowej. Pracownik kolei poinformował mnie, że widziana po prawej stronie budynku droga gruntowa to ledwie 100-metrowy przerywnik między dwoma odcinkami asfaltu. Cóż było robić. Pokonałem ów nieprzyjazny szosowcom fragment drogi i z poziomu około 1110 metrów n.p.m. kontynuowałem dalszą jazdę ku górze.

Do szczytu pozostało jeszcze 3,6 kilometra czyli m/w tyle samo jak na finałowym odcinku Feldbergu. Trzecia tercja Belchen miała średnio 6,9 %, przy czym aż w sześciu miejscach stromizna dobiegała do 10 %, z czego trzykrotnie na ostatnim kilometrze m.in. w ostatnim wirażu przed budynkiem schroniska. Na górę dojechałem w czasie 48 minut i 40 sekund przy średniej 14,3 km./h.  Odliczywszy półtorej minuty stracone na poszukiwaniu dalszej drogi przy Jagerstuble faktycznie potrzebowałem około 47 minut na pokonanie 11,5 kilometra o średnim nachyleniu 7,1 %. Na szczycie przyjrzałem się górnej stacji kolejki, która zdążyła już zakończyć swój dzień pracy. Dłuższy czas czekałem na przyjazd Darka. Po czym w rozmowie telefonicznej wyjaśniliśmy sobie, iż Dario na rozjeździe kilkaset metrów za Mutten pojechał prosto w kierunku Wiedener Eck, a nie w kierunku stacji kolejki linowej. W przeszłości niejednokrotnie znaki drogowe kierujące nas ku stacjom kolei linowej okazywały się zwodnicze. Tak było w drodze na Avoriaz czy Alpe di Siusi. Tym razem były jednak pomocne i właśnie im należało zaufać. Umówiliśmy się na spotkanie przed Talstation. Tym sposobem asystując Darkowi w pokonaniu ostatnich kilometrów tego wzniesienia zrobiłem sobie powtórkę trzeciej tercji i do poniedziałkowej dawki wspinaczek dorzuciłem sobie nadprogramowe 3,7 kilometra o przewyższeniu 262 metrów. Poz jeździe do Todtnau, mimo późnej pory (dochodziła godzina dziewiętnasta) przed wyruszeniem w dalszą drogę udaliśmy się na pizzę do miejscowej restauracji. Wciąż miałem w planach zdobycie Hochblauen. Uznałem jednak, że najpierw muszę naładować akumulatory jakąś ciepłą strawą. Wszak od zjedzonego późnym przedpołudniem śniadania obaj byliśmy na głodzie.

Po włoskim obiedzie czekał nas kilkudziesięciu minutowy transfer do Niederweiler. W teorii tylko 35 kilometrów dystansu, lecz za to w górskim terenie, na ogół po wąskich drogach a przy tym jeszcze łapały nas przelotne opady deszczu. Jadąc przez Schonau im Schwarzwald, Bollen, Hinterheubronn i przełęcz Sirnitz dojechaliśmy na miejsce jakiś kwadrans po dwudziestej. Zanim wyszykowałem się na wyjazd był już wpół do dziewiątej zapowiadał się wyścig z czasem, aby zdążyć na górę przed zmrokiem. Na szczęście dla mnie Darek poprzestał tego dnia na dwóch wzniesieniach, więc mogłem liczyć na to, iż podczas podjazdu będzie mi asystował niczym dyrektor sportowy za kierownica auta. Taki układ miał jeszcze tą zaletę, iż dojechawszy na szczyt nie musiałem następnie zjeżdżać w chłodzie i mroku, lecz mogłem wskoczyć do samochodu i dotrzeć na dół w wygodniejszy i bezpieczniejszy sposób. Z miasteczka wyprowadziła mnie OlbergStrasse. Pierwsze 3,4 kilometra w całości wiodące po szosie L132 miały umiarkowane nachylenie o średniej 6 %, ale przy max. dwukrotnie sięgającym 11,7 % na kilkusetmetrowej prostej na przełomie trzeciego i czwartego kilometra. Ten odcinek przejechałem na przełożeniu 39×19, za wyjątkiem wspomnianej stromizny gdzie wrzuciłem tryb 21. Wkrótce jednak trzeba było się na dobre pogodzić z przełożeniem 39×21, a następnie 39×24, bowiem im dalej w las (tak w przenośni jak i dosłownie) to góra ta stawiała coraz wyższe wymagania.

W połowie czwartego kilometra trzeba było skręcić w lewo i wjechać na szosę L140. Po tej drodze podjazd przez kolejne pięć kilometrów i za wyjątkiem początku szóstego kilometra ani na chwilę nie odpuszcza. Dość powiedzieć, że fragment między 3,4 a 8,2 kilometra od startu z centrum Niederweiler ma średnie nachylenie 9 %. Nie dziwi więc, że na wykresie z licznika w kilkunastu miejscach pokazała mi się wartość co najmniej 10 %, w tym max. 13,3 % pod koniec piątego i w połowie siódmego kilometra. Na początku dziewiątego kilometra trzeba było opuścić tą drogę skręcając tym razem w prawo by wjechać jeszcze głębiej w las na boczną dróżkę prowadząca już na sam szczyt góry. Robiło się co raz ciemniej i chłodniej. O ile na starcie było jeszcze 18 stopni Celsjusza to na trzy kilometry przed finałem było już tylko 11. W dodatku im bliżej wierzchołka tym bardziej wzmagał się wiatr, zaś nastrój grozy budowały nie tylko zalegające ciemności, ale i co raz gęstsza mgła czy też mogła schodzące niżej chmury. Trzykilometrowa końcówka również nie należała do łatwych – średnio 8,1 %, przy max. 11,7 % pod koniec dziewiątego kilometra i następnie jakiś kilometr przed finałem. Dojechałem na szczyt w blasku długich świateł swego samochodu, które przezornie włączył śledzący mnie Darek. Na wjazd potrzebowałem około 52 minut przy średniej prędkości 13 km/h. Na górze było już tylko 9 stopni, mocno wiało, zaś kiepska widoczność skutecznie uniemożliwiła nam zrobienie wyraźnych zdjęć. Przy placu, na którym zakończyłem swą jazdę znajduje się górski hotel Hochblauen. Na przeciwko niego stoi mniejszy budynek, być może schronisko, za którym we mgle tonęła jeszcze sylwetka wieży widokowej. W takiej scenerii zakończyłem ów trzyczęściowy etap trzeci naszej wycieczki. Pokonując na dystansie 86,5 kilometra aż 2859 metrów przewyższenia.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Feldberg, Belchen & Blauen została wyłączona

Notschrei & Schauinsland

Autor: admin o 3. czerwca 2012

Jako się rzekło nasz sobotni rekonesans nie był nazbyt wymagający. Ograniczył się do zdobycia tylko jednej nieszczególnie trudnej przełęczy. Tym niemniej długa samochodowa podróż na zachodnie krańce Niemiec dać nam się musiała we znaki bardziej niż przypuszczaliśmy. Nie nastawiając budzika na niedzielny poranek spaliśmy jak zabici do dziesiątej. Zanim zjedliśmy śniadanie i wyszykowaliśmy się w drogę było już południe. Szczęśliwie na spotkanie z kolejnymi górami nie musieliśmy jechać daleko. Gorzej, że niebo nie zwiastowało na ten dzień dobrej pogody. Drugi etap naszego Schwarzwald Rundfahrt mieliśmy zacząć w Kirchzarten położonym niespełna 10 kilometrów na wschód od Freiburga. Ponad 30-kilometrowy dojazd z Bahlingen miał nam zająć około pół godziny. Wyszło nieco więcej z uwagi na przymusowe tankowanie. Położone u podnóża Schwarzwaldu Kirchzarten jest miasteczkiem z kolarskimi tradycjami. Od 1997 roku gości uczestników jednego z najtrudniejszych maratonów w światku kolarzy MTB, a mianowicie Black Forest Ultra Bike Maraton. W tym roku na starcie tej imprezy stanąć miało blisko 5.000 uczestników, dla których przygotowano pięć wersji trasy – w tym najtrudniejszą o długości 116 km i łącznym przewyższeniem 3150 metrów. Nas na dwa tygodnie przed wielkim świętem górali czekało znacznie prostsze zadanie.

Oryginalny plan zakładał zrobienie dwóch podjazdów z jednej bazy wypadowej. Mieliśmy podjechać z Kichrzarten do stacji narciarskiej Notschrei (1119 m. n.p.m.) i dalej pokonawszy kilka kilometrów po płaskowyżu dotrzeć do przełęczy Schauinsland (1182 m. n.p.m.), po czym zjechać do Freiburga. W mieście tym zawrócić i znaną nam już trasą wrócić do Kirchzarten przy okazji zaliczając bardzo solidny podjazd pod Schauinsland. Kiepska pogoda zweryfikowała te plany, ale i tak przy sporej dozie samozaparcie udało się wziąć oba wzniesienia. Po znalezieniu parkingu w centrum sennego Kirchzarten ruszyliśmy na Notschrei zjeżdżając z Freiburger Strasse. Z tej głównej ulicy skręciliśmy w Oberrieder Strasse przejeżdżając między polem kempingowym a miejscowym stadionem piłkarskim. Po przejechaniu 1,1 km wjechaliśmy na prowadzącą w góry szosę nr L126. Na drugim kilometrze po lewej ręce mieliśmy miejscowe lotnisko, zaś przed nami w górze niestety co raz bardziej stalowoszare chmurzyska. Po przejechaniu 2,9 kilometra minęliśmy zjazd w drogę K4960, zaś kilometr dalej miasteczko Oberried. Podjazd jeszcze na dobre się nie zaczął. Na pierwszych czterech kilometrach średnie nachylenie podjazdu wyniosło bowiem ledwie 1,9 % przy max. 3,9 %. Notschrei (13,7 km przy średniej 5,4 %) to niewątpliwie podjazd o dwóch obliczach tzn. łagodnym w pierwszej części i znacznie bardziej surowym w drugiej fazie. Przy tym to jedyny z największych podjazdów Schwarzwaldu, który pokazał się na trasie Tour de France. Uczestnicy Touru przemknęli tędy podczas drugiej tercji trzyczęściowego pierwszego etapu „Wielkiej Pętli” z roku 1971. Pierwszy na szczycie był słynny Holender Joop Zoetemelk.

Na piątym i szóstym kilometrze wciąż jeszcze jechaliśmy wśród porozrzucanych wzdłuż drogi domostw, acz najbardziej przykuł nasza uwagę rodzaj akweduktu wybudowany po prawej stronie szosy, który minęliśmy jakieś 5,2 kilometra od centrum Kirchzarten. Środkowa część podjazdu była już solidniejsza, lecz wciąż nie zmuszała do większego wysiłku. Odcinek między 4 a 7,6 km od startu miał średnie nachylenie 4,4 % przy max. 7,8 %. Żarty skończyły się z chwilą gdy przyszło nam minąć boczną drogę K4959 wiodąca ku wiosce Sankt Wilhelm. Trzeba było trzymać się głównego szlaku czyli L126, lecz znak drogowy z góry ostrzegał iż wkrótce trzeba się będzie zmierzyć z 14%-ową stromizną. Droga weszła w las i zaczęła się piąć w górę pod mniej przyjemnym kątem. Dość powiedzieć że ostatnie sześć kilometrów tego wzniesienia miało średnio 8 %, a max. 13,3 % – czyli z grubsza zgodnie z drogowym ostrzeżeniem. Najmniej przyjemne było pierwsze półtora kilometra tej stromizny kończące się w okolicy parku rozrywki Steinwasen (9,3 km). Do tego czasu można się już było oswoić z czekającymi nas trudami i w właściwymi sobie rytmie uporać się z pozostałym do szczytu dystansem. Przejechanie tego niespełna 14-kilometrowego podjazdu zajęło mi przeszło 46 minut przy średniej prędkości 17,7 km/h. Około 10 minut przyszło mi czekać na Darka, po czym jak zwykle chwila dla fotoreporterów i przygotowanie do zjazdu. Na górze zaczęło mżyć i było tylko 15 stopni Celsjusza. Zgodnie podjęliśmy decyzję by od razu zjechać do Kirchzarten i przeczekać w dolinie nieuchronnie zbliżający się deszcz, a potem podjechać samochodem do Freiburga i stamtąd zaatakować Schauinsland jeśli aura pozwoli.

Pogoda była jednak dla nas mocno niełaskawa. Już na zjeździe z Notschrei nieźle nas zlało co widać po zdjęciach w załączonej galerii, które tradycyjnie robiłem w drodze powrotnej. Fotki bardziej „suche” są autorstwa Darka i zostały zrobione jeszcze podczas drogi na górę. W trakcie dwóch godzin między naszym powrotem do Kirchzarten, a nieśmiałym wyjściem z auta zaparkowanego na jednej z bocznych uliczek Wiehre, południowej dzielnicy Freiburga lało w zasadzie bez przerwy. Momentami tak mocno, iż zacząłem powątpiewać w sens dalszego czekania na zmiłowanie się niebios. Realizacja nawet zmienionej wersji niedzielnego programu stała pod znakiem zapytania. Jednak chcąc podczas tych trzech-czterech dni zdobyć całą siódemkę najciekawszych podjazdów w południowej części Schwarzwaldu nie mieliśmy wielkiego wyboru. W niedzielę musieliśmy zaliczyć co najmniej dwa wzniesienia. Gdy po siedemnastej deszcz nieco zelżał ubrani w nowe stroje zaczęliśmy szykować się do „mokrej roboty”. Ostatecznie ruszyliśmy około 17:40. Czekał nas 17-kilometrowy podjazd o średnim nachyleniu 5,3 %. W sumie dość podobny do pierwszego, że również łatwy na pierwszych kilometrach. O tyle zaś różny, iż nieco dłuższy i przede wszystkim najtrudniejszy w swej środkowej, a nie końcowej fazie.

Przez pierwsze kilometry na ulicy Gunstertal Strasse towarzyszyły nam biegnące na terenie miasta po ulicy, zaś później wzdłuż szosy, po lewej jej stronie tory tramwajowe. Swego rodzaju atrakcją turystyczną była niewątpliwie wąska brama wjazdowa do miasteczka Gunstertal (2,2 km od startu). Podjazd do zjazdu na miejscowość Horben (5,4 km) był łagodny, bo ze średnim nachyleniem 2,9 % i max. 8 % w połowie piątego kilometra. Dopiero po rozejściu się dróg zaczęła się prawdziwa wspinaczka. Nasza szosa L124 odbiła w lewo, prosto w gęsty i mokry las by już na początku siódmego kilometra zaskoczyć nas blisko 13 %-ową stromizną. Potem jeszcze dwa razy nachylenie skoczyło do 10 % na początku dziewiątego i pod koniec jedenastego kilometra. Ogółem środkowa część wzniesienia (między 5,4 a 11 km od startu) miała średnio 7,1 %. Korzystałem w tych chwilach z przełożenia 39×21. Podjazd cały czas szedł przez las. W końcowej fazie było nieco łatwiej od strony technicznej. Ostatnie sześć kilometrów o średniej 5,9 % i max. niespełna 9 %. Jednak z drugiej strony jazdę utrudniał nasilający się deszcz i temperatura, malejąca wraz z nadchodzącym wieczorem i wzrastającą wysokością. Gdy po niespełna 59 minutach dotarłem na przełęcz na górze mocno wiało i było tylko 11 stopni Celsjusza.

Na piękne widoki, które zwiastuje nazwa tej góry nie miałem co liczyć. Zważywszy na chłodną, wietrzną i „zapłakaną” aurę nie w głowie było mi też szukać znajdującego się w pobliżu muzeum górnictwa. Skwapliwie skorzystałem z ochrony przed wiatrem jakie oferowała wybudowana na pobliskim pagórku wiata i tam poczekałem na przyjazd Darka. Korzystając z tej osłony przyszykowaliśmy się do drogi powrotnej. Zjazd w takich warunkach rzecz jasna nie należał do przyjemności. Niemniej mogliśmy być z siebie zadowoleni, że mimo przeciwności losu zdobyliśmy i ten podjazd o niebagatelnym przewyższeniu blisko 900 metrów. W drodze powrotnej do naszej bazy noclegowej zatrzymaliśmy się po dwudziestej na ponad godzinny spacer po centrum Freiburga. Doszliśmy do miejscowej starówki, na której głównym placu dominuje okazała rzymskokatolicka Katedra Najświętszej Marii Panny (Münster Unserer Lieben Frau) – arcydzieło gotyku z XIII wieku. Zajrzeliśmy do środka, gdzie tak nam się spodobał klimat tego miejsca, iż zostaliśmy już do końca celebrowanej właśnie mszy. Mieliśmy okazje pomodlić się do Stwórcy m.in. o lepszą pogodę na kolejne sześć dni naszej wyprawy.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Notschrei & Schauinsland została wyłączona

Sirnitz Sattel

Autor: admin o 2. czerwca 2012

Głównym celem sezonu 2012 miała być dwutygodniowa wyprawa w Alpy – tym razem do Słowenii i włoskiego regionu Friuli-Venezia Giulia. Niemniej w tym roku nie od razu porwałem się na największe i najtrudniejsze wzniesienia. Jeszcze zimą zdecydowałem, iż najpierw sprawdzę się na nieco łatwiejszych podjazdach. Tym sposobem wiosną mając nieco mniej czasu na treningi niż w poprzednich latach mogłem być spokojny, iż przyzwoita forma z czasem przyjdzie, zaś w jej wypracowaniu pomoże wcześniejszy średnio-górski rekonesans. Dlatego na przetarcie przed kolejną alpejską wyprawą przygotowałem sobie krótszą, bo tygodniową wycieczkę w góry niższe, acz wcale niełatwe.  Idealnie do tej próby generalnej nadały się dwa masywy górskie na niemiecko-francuskim pograniczu tzn. Schwarzwald i Wogezy. Nie da się w nich co prawda wjechać powyżej 1500 metrów n.p.m., lecz kilkunasto-kilometrowych podjazdów po obu stronach Renu nie brakuje. Ciekawego materiału do przerobienia czyli wzniesień o amplitudach (wysokościach względnych) między 700 a 900 metrów wystarczy tu na pełen tydzień kolarskiej zabawy. Ponadto jadąc w ten region w pierwszej połowie czerwca mogłem zakończyć nasz wypad udziałem w kolarskim maratonie szosowym Les 3 Ballons Master. Przeszło 200-kilometrowym wyścigu dla amatorów kończącym się stromym podjazdem na La Planche de Belles Filles. Była, więc okazja poznać i to od najgorszej strony (bo na sporym zmęczeniu) wzniesienie, które miesiąc później miało zadebiutować na trasie Tour de France.

Jak za każdym razem w ostatnich trzech latach na kompana do kolejnej przygody wybrałem Darka Kamińskiego. Wyruszyliśmy z Trójmiasta nocą z 1 na 2 czerwca (z piątku na sobotę). Celem naszej długiej samochodowej eskapady było niewielkie miasteczko Bahlingen am Kaiserstuhl położone jakieś 20 kilometrów na północny-zachód od Freiburga, będącego bramą do kolarsko najciekawszej tzn. południowej części Schwarzwaldu. Na miejsce dotarliśmy około szesnastej, więc zanim się rozpakowaliśmy, nieco odpoczęliśmy i zjedliśmy pierwszy od doby gorący posiłek było już późne południe. Dlatego też już na starcie wątpliwe stało się zdobycie jeszcze tego dnia dwóch pierwszych wzniesień w badeńskim czarnym Lesie. Pomimo tego po godzinie osiemnastej wsiedliśmy znów do samochodu i udaliśmy się do Niederweiler, niewielkiej mieściny na wschodnich rubieżach Mullheim. Po trwając m/w trzy kwadranse, przeszło 50-kilometrowej podróży zatrzymaliśmy się na parkingu przed miejscowym boiskiem piłkarskim tuż przy drodze L-131, na której mieliśmy zmierzyć swe siły z podjazdem pod Sirnitz Sattel (1064 m. n.p.m.). Z innej części tego samego miasteczka można też zacząć podjazd pod trudniejszy, choć niewiele wyższy Blauen. Niemniej na pierwszy rzut wybraliśmy sobie łatwiejszego przeciwnika, zaś z trudniejszym sąsiadem postanowiliśmy się uporać przy najbliższej sposobności.

W trasę ruszyliśmy około 19:10. Czekał nas 13-kilometrowy podjazd o średnim nachyleniu 5,8 %. Zgodnie z profilem dostępnym na stronach zanibike.net (archivio salite) czy też cyclingcols.com pierwsze cztery kilometry nie nastręczały większych problemów. Prosta droga pod wezwaniem „drang nach osten” nieśmiało tylko pnąca się do góry – średnio 3,4 % przy max. 6,4 %. Przejechałem przez Badenweiler (1,6 km od startu), a następnie Schweighof (3,5 km) i dopiero po minięciu osobliwej drogowej zatoczki (4,2 km) zostawiłem za plecami ostatnie zabudowania całego kompleksu miejskiego. Cały początek mogłem jechać na dużej tarczy z 53 zębami wrzuciwszy tryb 19. Dopiero tutaj na wysokości około 500 metrów n.p.m. droga wchodzi w las i zaczyna się piąć ku przełęczy nieco śmielej, z rzadka wijąc się po serpentynach. Na kolejnych czterech kilometrach podjazdu nachylenie ani przez moment nie spadło poniżej 5 %, zaś pod koniec ósmego kilometra dwukrotnie skoczyło nawet do poziomu 10 %. W związku z powyższym porzuciłem blat na rzecz małej tarczy 39, w zależności od chwilowego nachylenia korzystając z trybów 19 i 21. Okazję do złapania głębszego oddechu dał jednak znacznie łatwiejszy dziewiąty kilometr, na którym skorzystałem z przełożenia 39×17.

W połowie dziesiątego kilometra, droga ogólnie nie najlepszej jakości, raz jeszcze wyjeżdża z lasu by po przejechaniu 10,2 km od Niederweiler dotrzeć do osady Sirnitz, którą poprzedza kolejny fragment trasy o 10% stromiźnie. Pozostałe dwa kilometry z hakiem mają średnie nachylenie 7,1 %. Podjazd trzyma więc do samego końca. Na szczycie licznik pokazał mi dystans około 12,5 kilometra przejechany w czasie niespełna 44 minut czyli przy średniej 16,9 km/h. Wyrobiłem się więc przed dwudziestą, ale dzień był ładny, wysokość mimo solidnego przewyższenia niewielka i na temperaturę nie mogłem narzekać. Na dole pełnia lata czyli 27 stopni, na górze koniec wiosny i 17 stopni Celsjusza. Na przełęczy niewiele jest do zobaczenia. Po lewej stronie drogi jakaś mała chatka. Po prawej parking dla kierowców chcących zatrzymać się w podróży i zerknąć na wschód ku wyższym szczytom tego pasma górskiego. Na północnym-wschodzie bez trudu dostrzec można wierzchołek Belchen (1414 m. n.p.m.). Przy parkingu jest też wiata przy której można spożyć piknikowy posiłek, zaś bliżej szosy tablica przy której zwyczajowo zrobiliśmy sobie zdjęcia. Co ciekawe widnieje na niej informacja, iż przełęcz jest położona 15 metrów wyżej niż wynikało z moich źródeł co dawałoby temu wzniesieniu dokładnie 770 metrów przewyższenia.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Sirnitz Sattel została wyłączona