banner daniela marszałka

Archiwum: '2018b_Veneto' Kategorie

Giro del Veneto (Vicenza – Treviso – Belluno)

Autor: admin o 16. sierpnia 2018

W swych podróżach rzadko zdarzało mi się pomijać kierunek włoski. Od roku 2003 odwiedzałem Italię już siedemnaście razy. Niekiedy bawiłem w niej przeszło dwa tygodnie, innym razem wpadałem na kilka dni lub też zgoła okazjonalnie na parę godzin jak w czerwcu 2011 roku w trakcie wyścigu Dreilander Giro. Jedynie w latach 2005, 2009 i 2017 nie dane mi było zahaczyć rowerem o włoskie szosy. Tym bardziej nie mogło ich zatem zabraknąć w moim programie na sezon 2018. Tym razem celem było Veneto czyli po naszemu Wenecja Euganejska. To region o wielkiej różnorodności terenu. Od plaż Adriatyku po najwyższy szczyt Dolomitów czyli słynną Marmoladę (3343 m. n.p.m.). Kolarskiej Italii dał on trzech szosowych mistrzów świata: Marino Basso (1972), Moreno Argentin (1986) i Alessandro Ballan (2008) oraz dwóch zwycięzców Giro d’Italia: Giovanni Battaglin (1981) i Damiano Cunego (2004). Obecnie największym tutejszym asem jest znakomity sprinter Elia Viviani. Synem tej ziemi jest też „wiecznie żywy” Davide Rebellin. Bynajmniej nie była to moja pierwsza wizyta w krainie, której stolicą jest magiczna Wenecja. Jednak przez pierwsze dziesięć lat swych górskich podróży skupiałem się na najbardziej znanych podjazdach lub szukałem wyzwań w postaci najtrudniejszych wyścigów w typie Gran Fondo. Dlatego choć w owym czasie poznałem już kilkanaście „weneckich” podjazdów to prawie wszystkie z nich w Dolomitach i na terenie prowincji Belluno. Tak było podczas pierwszej wycieczki z lipca 2003 roku, gdy wjechałem na przełęcze: Fedaia, Falzarego-Valparola i Tre Croci. Nie inaczej w latach następnych, gdy zdobyłem: Pordoi, San Pellegrino, Duran, Staulanza, Giau, Valles, Croce d’Aune i Tre Cime di Lavaredo. Na południe od zjawiskowych Dolomitów poznałem zaś tylko Monte Grappę (od strony Romano d’Ezzelino), Nevegal-La Casera i Cima Campo. Przed kilkoma laty, po powrocie z niezapomnianej eskapady pod szyldem Route des Grandes Alpes (alias „Hannibal”) uznałem, iż kolejne podboje górskich zakątków Europy będę prowadził według innych założeń.

Rozebrałem zatem najbardziej interesujące mnie kraje Starego Kontynentu (Włochy, Francję, Hiszpanię, Szwajcarię i Austrię) na mniejsze strefy geograficzne. Po czym we współpracy z Darkiem Kamińskim przystąpiłem do realizacji śmiałego planu jakim jest poznanie niemal wszystkich najtrudniejszych podjazdów kolarskiej Europy. Na odcinku włoskim taki pomysł przełożył się jak dotąd na cztery regionalne wycieczki. Na przełomie czerwca i lipca 2014 roku przemierzałem północne i środkowe Apeniny. Po czym w sierpniu udałem się do północnej Lombardii czyli prowincji Sondrio z licznymi wzniesienia na terenie Valtelliny. Następnie w sezonie 2015 wybrałem się do Południowego Tyrolu (prowincja Sud Tirol-Alto Adige), zaś w 2016 roku do Trydentu (prowincja Trentino). Teraz przyszła pora na Veneto, przyłączone do świeżo zjednoczonej Italii w roku 1866. Jak na włoskie warunki to region dość duży i gęsto zaludniony. Na powierzchni 18.345 km2 żyje tu 4.903.722 mieszkańców co daje 267 osób na km2. A zatem zagęszczenie przeszło dwukrotnie wyższe niż w naszej ojczyźnie. Region ten podzielony jest na 7 prowincji i 565 gmin. A w zasadzie na sześć prowincji tzn. Rovigo, Padova, Verona, Vicenza, Treviso i Belluno oraz jeden obszar metropolitalny Venezia. Biorąc pod uwagę ukształtowanie terenu tylko cztery z nich mogły nas interesować. Skąpana w wodach Adriatyku citta metropolitana Venezia oraz położona na płaskiej jak stół Nizinie Padańskiej provincia di Rovigo odpadły w przedbiegach. Podobnie ledwie pagórkowata Padwa. Teoretycznie zostały nam cztery prowincje do zobaczenia. Niemniej tak ze względów osobistych jak i logistycznych wykluczyłem jeszcze Weronę. Przede wszystkim dlatego, że najciekawsze wzniesienia wokół miasta Romea i Julii takie jak: Prada Alta, Monte Baldo, Malga Lessinia i Valico Branchetto oraz ekstremalnie stromą Punta Veleno zdążyłem już poznać w latach 2015-16. Poza tym wycieczki ku zachodnim kresom weneckiego regionu wymagałyby znalezienia trzeciej bazy noclegowej.

Na szosach trzech pozostałych weneckich prowincji: Vicenza, Treviso i Belluno znalazłem wystarczająco dużo trudnych podjazdów byśmy mieli tu ciekawe zajęcie przez co najmniej dziesięć dni. Do nich mogłem zaś jeszcze dorzucić kilka wzniesień z południowo-wschodniej części Trentino. Na podstawie takich założeń opracowałem program z prologiem i 12 etapami pod roboczą nazwą Giro del Veneto. Na wyprawę tą udało mi się zebrać liczną, bo aż 7-osobową ekipę. Większą drużynę miałem tylko trzy lata wcześniej w Południowym Tyrolu, gdzie było nas ośmiu. Z Gdańska ku Wenecji Euganejskiej wyjechali ze mną Darek Kamiński (wspólnik z blisko 10-letnim stażem) oraz Tomek Buszta (uczestnik trzech wypraw, który debiutował w Lombardii-2014). Natomiast z Warszawy wyruszyli: Romek Abramczyk (cztery, począwszy od Route des Grandes Alpes-2013), Piotr Podgórski (cztery z rzędu od Trentino-2016) oraz Artur Rykowski (uczestnik wyprawy Sud Tirol-2015). Na miejscu dołączył do nas jeszcze Adam Kowalski: ultramaratończyk, pogromca kolarskich Everestów i „honorowy obywatel” Teneryfy, który brał udział w pięciu organizowanych przeze mnie wycieczkach z lat 2012-16 czyli od Słowenii po Trentino. Tym razem Adam z ziemi polskiej do włoskiej dotarł na rowerze szlakiem przez Czechy, Bawarię i Tyrol. Do Italii wjechał już 29 lipca, więc jeszcze przed spotkaniem z nami zażył sporą dawkę miejscowych wzniesień. Na sześciu długich etapach przejeżdżając m.in. przez przełęcze: Stelvio, Forcola di Livigno, Mortirolo, Gavia, Tonale, Fedaia, Giau, Pordoi i w końcu zachodnie Passo Rolle. Miałem nadzieję, że w tak mocnym i zgranym dotychczas składzie będziemy się razem dobrze bawić. Rzeczywistość okazała się inna, z czego wypada mi wyciągnąć wnioski na przyszłość. W każdym razie dla całej naszej siódemki zarezerwowałem na booking.com dwie bazy noclegowe. Pierwszą przeznaczoną na osiem dób była Casa Alba we wiosce Borso del Grappa. Drugą wynajętą na pięć pozostałych dni były dwa lokale spod szyldu Apartamenti Vacanza tra Venezia e la Dolomiti w mieście Vittorio Veneto.

W kontraście do czerwcowych deszczy we francuskich Pirenejach pod weneckim niebem dopadły nas iście afrykańskie upały. Szczególnie dokuczliwe w pierwszym tygodniu naszego pobytu, gdy niektóre podjazdy przyszło nam zaczynać przy temperaturze przekraczającej 35 stopni Celsjusza. Na domiar złego po zmierzchu było wciąż ciepło przez co nocami spałem mało lub prawie wcale. Przede wszystkim jednak nasza drużyna szybko rozpadła się na dwa niezależne pododdziały. To znaczy już nazajutrz po tropikalnym prologu na Monte Cogolin. Koledzy z Mazowsza pod wodzą Piotra postanowili jeździć we wcześniejszych godzinach i niekiedy też po innych trasach. Tym samym na kolejnych etapach tej wyprawy mogłem liczyć tylko na towarzystwo Darka i Tomka. Niemniej na wyczerpujący „dwumecz” z Monte Grappą oraz krótki wypad do św. Antoniego ruszyłem sam. W tych przypadkach moi gdańscy kompani woleli bądź to dłużej pospać lub też szybciej odpocząć po trudnej wspinaczce na Tre Cime di Lavaredo. W dniach od 3 do 15 sierpnia zaliczyłem w sumie 25 premii górskich, z czego 21 na szosach regionu Veneto i 4 na drogach prowincji Trentino. Jeśli chodzi o moje weneckie „oczko” to m/w równo rozłożyłem akcenty pomiędzy trzy wspomniane prowincje. Najpierw pokonałem wraz z kolegami 7 wzniesień w okolicy Vicenzy, po czym dodałem jeszcze 8 podjazdów z rejonu Treviso i 6 z obszaru Belluno. Ponieważ gór do zdobycia miałem dokładnie tyle samo co w czerwcu łatwo mogę porównać obydwie wyprawy z sezonu 2018. Suche dane przemawiają na korzyść weneckich Alp. Przejechałem tu w sumie 895 kilometrów, zaś w pionie pokonałem aż 30.059 metrów! To dało dystans o 11% dłuższy i przewyższenie o 14% większe niż we francuskich Pirenejach. Udało mi się to zrobić pomimo upałów, których nie lubię. W dodatku po kilku nieprzespanych nocach.

Celowałem w najtrudniejsze spośród dotąd niepoznanych kolarskich podjazdów Veneto. Wyjątek zrobiłem tylko dla dwóch znajomych legend tego regionu. To znaczy dla Monte Grappy i Tre Cime di Lavaredo. Niemniej nie było tu mowy o zwykłych powtórkach moich podjazdów z czerwca 2008 roku. Tym razem posmakowałem dwóch innych gatunków Grappy, gdyż wjechałem na tą górę trudniejszymi drogami z Semonzo i Caupo. Natomiast strzeliste Drei Zinnen ujrzałem dopiero po przeszło 20-kilometrowej wspinaczce rozpoczętej prawie 1300 metrów niżej w dolinie Cadore. Wspomniane Tre Cime z metą przy Rifugio di Auronzo (2320 metrów n.p.m.) było zdecydowanie najwyższym wzniesieniem tej wyprawy. Przy tym jedynym wyrastającym ponad 2000 metrów, jako że druga na tej liście przełęcz Rolle niemal 350 metrów niżej. Pod tym względem czerwcowe Pireneje, w których spotkaliśmy aż pięć dwutysięczników górowały nad sierpniowymi Alpami. Pomimo to tytuł „mojej najwyższej w sezonie 2018” i tak przypadł górze włoskiej. Największa na tym wyjeździe była Monte Toraro czyli przedłużony podjazd na Valico Valbona. Nie mogło być inaczej skoro te wzniesienie o przewyższeniu 1592 metrów jest pod tym względem numer jeden w regionie Veneto. Niewiele mniejsza była południowa Monte Grappa, zaś co najmniej 1400 metrów amplitudy miały jeszcze Monte Pizzoc i północna Monte Grappa. Ten ostatni podjazd był z kolei moim najdłuższym na tej wyprawie, gdyż liczył aż 28,5 kilometra. Niemniej był on nieco krótszy od pirenejskich rekordzistów Aubisque i Tentes. Kolejne miejsca w tym zestawieniu zajęły ponad 24-kilometrowe wspinaczki na wspomnianą już Monte Toraro i do schroniska Rifugio Verenetta. Zważywszy na to, iż oba te wzniesienia musieliśmy pokonać w ten sam upalny dzień owa „kombinacja” dała mi się we znaki nie mniej niż podwójna Grappa. Według punktacji z „archivio salite” najtrudniejszym podjazdem była zaś Monte Grappa od Semonzo (1455 punktów), a zaraz potem przeraźliwie stroma Bocca di Forca (1422 punkty). Poza tym jeszcze kolejna czwórka czyli: Monte Grappa da Caupo, Col Visentin-Forcella Zoppei, Vedetta d’Archeson-Salto della Capra oraz Monte Toraro została oceniona wyżej niż najtrudniejsza w czerwcu Col de Portet.

Poniżej przedstawiam listę wzniesień, które w te gorące sierpniowe dni udało mi się obejrzeć. Natomiast w kolejnych tygodniach postaram się napisać coś więcej o nich samych jak i moich wrażeniach z ich zdobycia. Tym razem potrwa to pewnie nieco dłużej niż dwa miesiące, które potrzebowałem na opisanie czerwcowych Pirenejów. Niebawem nadejdzie wszak upragniona wiosna i więcej czasu będę mógł poświęcić na budowanie kondycji potrzebnej do realizacji kolejnych górskich wyzwań. W 2019 roku czeka mnie: prolog i 16 etapów w Centralnych Alpach francuskich (dep. Isere i Hautes Alpes) oraz 12 etapów na stromych podjazdach południowej Austrii (przede wszystkim w kraju związkowym Karyntia).

Mój rozkład jazdy:

3.08 – Monte Cogolin

4.08 – Rifugio Valmaron & Foza

5.08 – Monte Toraro & Rifugio Verenetta

6.08 – Pian delle Fugazze / Ponte Avis & Passo di Campogrosso

7.08 – Monte Grappa (Semonzo) & Monte Grappa (Caupo)

8.08 – Passo Brocon (Grigno) & Passo Brocon (Canal San Bovo)

9.08 – Passo Rolle & Lago di Calaita

10.08 – Vedetta dell’Archeson / Salto della Capra & Bocca di Forca

11.08 – Monte Cesen / Malga Mariech & Malga Budui

12.08 – Sella Ciampigotto & Pian de Buoi

13.08 – Tre Cime di Lavaredo / Rifugio Auronzo & Passo di Sant’Antonio

14.08 – Monte Pizzoc & Rifugio Dolomieu al Monte Dolada

15.08 – Monte Frascone / Pian delle Femene & Col Visentin / Forcella Zoppei

 

Napisany w 2018b_Veneto | Możliwość komentowania Giro del Veneto (Vicenza – Treviso – Belluno) została wyłączona

Col Visentin / Forcella Zoppei

Autor: admin o 15. sierpnia 2018

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Longhere

Wysokość: 1420 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1227 metrów

Długość: 14 kilometrów

Średnie nachylenie: 8,8 %

Maksymalne nachylenie: 15,9 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Na sam koniec tej przygody ustawiłem sobie Col Visentin (1764 m. n.p.m.). Górę na terenie Prealpi Bellunesi i pograniczu weneckich prowincji Treviso oraz Belluno, będącą najwyższym wierzchołkiem masywu Monte Cesen & Col Visentin. Już sześć lat wcześniej miałem okazję się jej przyjrzeć, acz od przeciwnej strony. Na dwa dni przed zakończeniem ówczesnej słoweńsko-włoskiej wyprawy zwieńczonej startem w GF Leggendaria-Charly Gaul. Ruszyłem na nią wraz z Adamem Kowalskim z parkingu pod Belluno. Naszym pośrednim celem była stacja narciarska Nevegal. Czterokrotnie wykorzystana jako etapowa meta na trasach Giro d’Italia, w tym po raz ostatni dosłownie rok wcześniej, kiedy to najlepszy wynik na trasie górskiej czasówki wykręcił Hiszpan Alberto Contador. Tym niemniej nie zadowolił nas ledwie 11-kilometrowy podjazd do samego ośrodka sportów zimowych leżącego 1047 metrów n.p.m. Postanowiliśmy dojechać do końca asfaltowej drogi, która ciągnęła się jeszcze przez ponad 5 kilometrów. Naszą wspinaczkę północno-zachodnim szlakiem zakończyliśmy przy Rifugio La Casera na wysokości 1396 metrów. Jednym słowem do szczytu zabrakło nam 367 metrów w pionie. W tym miejscu warto dodać, że po północnej stronie podjazd ku Col Visentin można też rozpocząć w położonej bardziej na wschód miejscowości Cadola (nieopodal Ponte nelle Alpi). Obie te drogi łączą się w pobliżu Nevegal, jakieś 6 kilometrów przed finałem tej szosowej wspinaczki. Skoro nie dało się wjechać na Visentin od północy to teraz chciałem spróbować tam dotrzeć od południa. Co więcej tym razem byłem gotów się bardziej poświęcić i przebrnąć finałowy odcinek po szutrze, o ile tylko okazałby się przejezdny dla szosowych kół z oponami o szerokości 23mm. Zastanawiałem się przeto czy górny segment tej góry będzie równie przyjazny jak Colle delle Finestre lub Croix de Couer czy też zdecydowanie wrogi szosowcom niczym Kronplatz kilka lat po ostatniej wizycie Giro.

Podglądałem nawet te końcowe kilometry w Google-Street View i przyznam, że owe kamieniste odcinki wyglądały całkiem obiecująco. Miałem zatem nadzieję, iż uda nam się dotrzeć do szczytu, na którym stoi Rifugio 5′ V Artigliera Alpina. Południowe zbocza masywu Monte Cesen & Col Visentin uchodzą za bardziej strome od tych północnych. Niemniej to właśnie po nich prowadzą najciekawsze kolarskie podjazdy w tej okolicy. Trzy z nich czyli: Monte Cesen, Casere Budui oraz Pian delle Femene miałem już w nogach. Na deser pozostawiłem sobie ten najwyższy, największy i najtrudniejszy. Zagadką pozostawało jednak czy uda się go „przerobić” w pełnym wymiarze. Na bazie dostępnych mi źródeł mogłem odnieść wrażenie, iż szosowy podjazd na Col Visentin wydłuża się z biegiem lat, nieśpiesznie niczym sieć polskich autostrad. Wspominana przeze mnie książka z cyklu „Passi e Valli in Bicicletta” nr 10 czyli „Prealpi Venete – 1″z została wydana w listopadzie 2000 roku. W niej to podjazd zaczynający się we wiosce Longhere kończy się już po przejechaniu 5,5 kilometra nieopodal osady Menegon, na wysokości ledwie 671 metrów n.p.m. Przy czym autor owego przewodnika dodaje, iż asfalt ciągnie się jeszcze przez 1,4 kilometra za miejscem, na którym skończono opis i załączony do niego profil wzniesienia. W każdym razie nawet przy takim założeniu oznaczało to, że u progu XXI wieku ów szosowy podjazd miał niespełna 7 kilometrów i kończył się na wysokości około 800 metrów n.p.m. Tym niemniej w bazie podjazdów „archivio salite” ze strony www.zanibike.net można już od paru lat znaleźć profil całej wspinaczki o długości 17,5 kilometra i przewyższeniu 1571 metrów, na którym wyraźnie zaznaczono, iż koniec asfaltu jest na wysokości 1224 metrów po pokonaniu 11,6 kilometra tego wzniesienia. To już przynajmniej dawało pewność, iż nawet jeśli nie uda nam się dotrzeć na sam szczyt to nasz wysiłek zostanie nagrodzony zaliczeniem kolejnej premii górskiej o amplitudzie przeszło 1000 metrów.

Rzeczywistość okazała się nieco bardziej optymistyczna. Otóż od czasu publikacji owego profilu w internecie „ludzka cywilizacja” połknęła kolejny kawałek tego wzniesienia umożliwiając kolarzom szosowym bezproblemowe dotarcie do Forcella Zoppei czyli na wysokość 1420 metrów n.p.m. Atak szczytowy przy użyciu „bici da strada” okazał się niemożliwy. Niemniej owego dnia około południa nie wiedzieliśmy jeszcze jak wysoko nas ta droga zawiedzie. Nie ulegało wszakże wątpliwości, iż czeka nas tu niełatwa przeprawa. Postanowiliśmy się do niej zabrać na spokojnie. Po pierwsze obiecałem sobie jak i koledze, iż tym razem pojadę tempem odpowiednim dla Tomka. Przede wszystkim na „do widzenia” z weneckimi Alpami chciałem zgarnąć swój 50 górski skalp w tym sezonie, mniejsza o tym w jakim stylu. W przeszłości, a dokładnie w latach 2014-2016 miewałem już „bogatsze” zbiory. Rekordowy pod tym względem był dla mnie rok 2014, w którym na trasach od San Marino po stację Bormio-2000 zaliczyłem w sumie 55 apenińskich i alpejskich podjazdów. Zupełnym przypadkiem wówczas też ostatnią górę drugiej wyprawy poznawałem w towarzystwie „Burego”. Tym razem po zjeździe z Pian delle Femene nie od razu zabraliśmy się do drugiej roboty. Cofnęliśmy się do Vittorio Veneto, ale nie do centrum czy też na odpoczynek do naszej bazy, lecz jedynie na północne obrzeża miasta. Tamże u styku dróg SP35 i SS51 zatrzymaliśmy się na jakieś dwadzieścia minut w miejscowej Gelateria Rosetta. W ramach osobiście przyznanych sobie nagród za zdobycie pierwszej góry zamówiliśmy po pucharze wyśmienitych lodów, z których wszak słynie Italia. Tego nam było trzeba, skoro temperatura o tej porze dnia oscylowała w okolicy 35 stopni. Po zasłużonym deserze m/w kwadrans przed trzynastą zawróciliśmy w kierunku Longhere na spotkanie z Col Visentin. Od wspomnianej lodziarni do podnóża naszej finałowej góry dzielił nas ledwie kilometr.

Przejechawszy ten krótki odcinek na wysokości Chiesa della Beata Vergine di Loreto należało skręcić w prawo i wjechać na via Longhere, z której szybko odbiliśmy na Via del Landro. Od razu dało się poznać charakter tego wzniesienia. Na pierwszym kilometrze podjazdu średnie nachylenie wynosi bowiem 9,1%. Jeszcze ciekawiej było na kolejnych 400 metrach o średniej 14%, kończących się przy bocznej drodze do wioski Vizza. Ustawiony obok drogi znak straszył tam nawet nachyleniem rzędu 20%. Niemniej aż tak stromo to tam nie było. Mój licznik zanotował maxa na poziomie 15,2%. Przejechawszy nad potokiem Zuccotti pod koniec drugiego kilometra byliśmy już w osadzie Previda. Droga niekiedy kręta, innym razem prosta, wiodła nas zdecydowanie do góry przy stałym nachyleniu około 9-10%. Dopiero po przejechaniu 4,7 kilometra w okolicy Borgo Olivi można było przez chwilę odpocząć na krótkim zjeździe do osady Borgo Menegon. Podjazd odżył na początku szóstego i następnie solidnie trzymał nas do końca ósmego kilometra. Na tym sektorze droga wyraźnie skręciła na zachód. Kolejna okazja do wytchnienia nadarzyła się na początku dziewiątego kilometra. Niemniej był to odcinek ledwie 300 metrów, który szybko przeszedł w stromiznę rzędu 11,5%, a potem nawet 13,5%. Na początku jedenastego kilometra trzeba się było uporać ze ścianką o nachyleniu aż 14,5%. Niebawem śmignął nam z naprzeciwka Darek, który dla odmiany Visentin pojechał w pierwszej kolejności. Jeśli dobrze pamiętam Dario krzyknął nam w przelocie, iż do końca wspinaczki mamy jeszcze trzy kilometry. Teoretycznie już za kilometr miał się zacząć 6-kilometrowy szutrowy odcinek. Tym niemniej gdy dojechaliśmy do wirażu nr 19 (ze znakami na Malga Cor) szosa wcale się nie skończyła. Owszem stan nawierzchni uległ pewnemu pogorszeniu. Stała się ona bardziej chropowata. Można nawet powiedzieć, że była posypana drobnymi kamyczkami, które z biegiem czasu pewnie wbiją się w tutejszy świeży asfalt. Na podjeździe nie miało to większego znaczenia. Jedynie w początkowej fazie zjazdu należało potem bardziej uważać.

Nasza przygoda zakończyła się na wysokości 1420 metrów n.p.m. W miejscu zwanym Forcella Zoppei. Doskonale było stąd widać wierzchołek Col Visentin. Do szczytu owej góry brakowało nam jeszcze 3,3 kilometra dystansu i jakieś 344 metry w pionie. Jednym słowem pozostał nam do pokonania odcinek o średnim nachyleniu aż 10,4%, lecz po nawierzchni na tyle kamienistej, że przejechanie jej rowerem szosowym nie wydawało się możliwe. To nie było tylko moje i Tomka zdanie. Tuż przed nami z tej samej okolicy zawrócił Darek, zaś cztery dni wcześniej również tu swój odwrót rozpoczął Adam Kowalski. Według stravy segment o długości 14,27 kilometra oraz przewyższeniu 1208 metrów (chyba nieco zaniżonym) pokonaliśmy w 1h 21:10 (avs. 10,6 km/h z VAM 893 m/h). Nieco wolniej niż Dario, który wdrapał się na Zoppei w czasie 1h 18:56, ale szybciej niż Adam, który na to samo potrzebował 1h 24:29. W górnej fazie zjazdu mogliśmy sobie po raz ostatni spojrzeć na wenecki fragment Pianura Padana. Kilka minut przed wpół do czwartą zjechaliśmy do Serravalle, gdzie pod dachem naszego apartamentu zastaliśmy Darka pochłaniającego swój obiad przed wyprawą na Pian delle Femene. Dario ze spotkania z „Panią Partyzantką” wrócił po godzinie osiemnastej. Tym niemniej zdążyliśmy jeszcze zrobić wypad na miejską starówkę i zjeść obiad w Pizzeria Galium. Na tym zakończyliśmy nasze górskie Giro del Veneto, wbrew moim planom przejechane w wąskim 3-osobowym składzie. Około 21-wszej skończyliśmy się pakować, zdaliśmy apartament gospodarzom i rozpoczęliśmy około 15-godzinną podróż przez Wenecję Julijską, Austrię, Czechy (a w zasadzie Morawy) i całą Polskę do naszego Gdańska. Towarzysko ta wyprawa niespecjalnie mi się udała. Na kilku osobach się zawiodłem. Niemniej pod kątem sportowym zrealizowałem swoje plany, nawet jeśli moja forma pozostawiała nieco do życzenia. Niemal każdego dnia mogłem liczyć na wsparcie Darka i Tomka. Zatem już dziś cieszę się na kolejną wycieczkę z nimi. Tym razem we francuskie Alpy na najtrudniejsze podjazdy departamentów Isere i Hautes-Alpes.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1773999728

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1773999728

ZDJĘCIA

Col Visentin / Forcella Zoppei_001

FILM

Napisany w 2018b_Veneto | Możliwość komentowania Col Visentin / Forcella Zoppei została wyłączona

Monte Frascone / Pian delle Femene

Autor: admin o 15. sierpnia 2018

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Revine

Wysokość: 1126 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 893 metry

Długość: 8,8 kilometra

Średnie nachylenie: 10,1 %

Maksymalne nachylenie: 14,6 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Na sam koniec dwa podjazdy blisko domu. Wygodnie czyli bez żadnych transferów samochodowych. Niemniej wcale nie łatwo, bo oba wzniesienia z przewyższeniem około tysiąca metrów i średnim nachyleniem na poziomie 9-10%. Pierwsza wspinaczka czyli Pian delle Femene wyglądała na krótką, lecz bardzo konkretną. Druga czyli podjazd ku Col Visentin stanowiła pewną zagadkę. Wiedziałem bowiem, że na sam szczyt tej góry nie można wjechać po drodze asfaltowej. Otwartym pozostawało jednak pytanie na jaką wysokość doprowadzi nas szosa oraz jak wygląda szutrowa ścieżka będąca końcowym odcinkiem tego górskiego szlaku. Właśnie z powodu owej niepewności w swych planach ów podjazd zostawiłem sobie na sam koniec. Normalnie większe z dwojga codziennych wzniesień wolałbym pokonać w pierwszej kolejności. Niemniej w tym przypadku wolałem najpierw zaliczyć „cywilizowaną od stóp do czubka głowy” Femene by następnie pozostały czas poświęcić na przejechanie możliwie najdłuższego kawałka z Col Visentin. Oba podjazdy wybrane przeze mnie na pożegnanie z regionem Veneto mieliśmy w zasięgu kilku kilometrów od bazy noclegowej w Serravalle, dzielnicy Vittorio Veneto. Pierwszy mieliśmy zacząć w oddalonym o ledwie cztery kilometry miasteczku Revine, zaś drugi jeszcze bliżej we wiosce Longhere. Wystarczyło ruszyć z miasta w kierunku północnym i po przejechaniu niespełna kilometra skręcić w lewo (na zachód) by prowadzącą nieco pod górę drogą SP35 wkrótce dotrzeć do każdej z tych miejscowości. Oczywiście kolejność pokonania obu tych wzniesień była dowolna. Ja wybrałem wyżej opisane rozwiązanie i do wspólnej eskapady namówiłem Tomka. Nasze ostatnie zmagania z weneckimi górami i miejscowym upałem rozpoczęliśmy o godzinie dziesiątej. Darek, któremu czas do południa płynie dwa razy wolniej niż większości znanych mi ludzi, wybrał się ku tej ostatniej przygodzie w samo południe. Tym razem narzucane przez dyrektoriat wyprawy zasady grupowej solidarności nie obowiązywały. Każdy mógł we właściwym sobie rytmie dobowym zmierzyć się z finałowymi odcinkami naszego Giro del Veneto.

Zatem dla nas pierwszym celem był Pian de le Femene. Płaskowyż na terenie Prealpi Bellunesi, przez który przechodzi górski szlak łączący Nizinę Padańską (Pianura Padana) na południu z doliną Valbelluna na południu. Niestety tylko jego pierwsza część przebiega po drodze asfaltowej, zaś na północ ku miejscowości Limana schodzi jedynie gruntowa ścieżka. Najwyższy punkt tej drogi znajduje się pomiędzy szczytami Il Monte Cor (1322 m. n.p.m.) na północnym-wschodzie oraz Il Monte Boral (1245 m. n.p.m.) na południowym-zachodzie. Oryginalna nazwa tej górskiej mety pochodzi z dialektu weneckiego, zaś w literackim języku włoskim brzmi Pian delle Donne. Tak czy owak miejsce to upamiętnia Waleczne Kobiety, uczestniczki włoskiego ruchu oporu z końcowych lat II Wojny Światowej. U kresu owej szosy stoi zresztą pomnik przedstawiający Bohaterską Niewiastę, zaś nieco dalej budynek, w którym mieści się Museo della Resistenza. Co ciekawe w tych stronach oprócz dwóch odmian kolarstwa uprawia się też jeździectwo oraz łucznictwo, co pasuje do wyobrażeń na temat mitycznych Amazonek. Przeszło 9-kilometrowy podjazd na Monte Frascone zasadniczo prowadzi po drodze SP159. To znaczy po Via San Francesco, przy czym owym patronem jest nie ów słynny święty rodem z Asyżu, lecz młodszy o blisko 190 lat jego imiennik rodem z miasteczka Paola w Kalabrii. Przyjechawszy do Revine można go zacząć na co najmniej na trzech różnych ulicach. Niemniej wszystkie te opcje łączą się w jedną już po kilkuset metrach. Wspinaczka jest stroma od samego początku do końca i daje doprawdy niewiele miejsce na złapanie oddechu. Na pierwszych 4 kilometrach średnie nachylenie wynosi 9,3%, a byłoby jeszcze gdyby nie 200-metrowe falsopiano pod koniec drugiego kilometra. Najtrudniejszy na tym wzniesieniu jest środkowy sektor o długości 2 kilometrów i średniej aż 11,8%, zakończony 500-metrowy odcinkiem ze stromizną 13,4%. Trzecia tercja ma nachylenie zbliżone do pierwszej. Na dystansie 3,12 kilometra średnia stromizna to niespełna 9,2%. Dopiero finałowe 100 metrów z hakiem to już zupełnie płaski teren.

Ostatnimi czasy na trasach Tour de France niezłą karierę robi góra o pokrewnej nazwie tzn. La Planche des Belles Filles. Już trzykrotnie, bo w latach 2012, 2014 i 2017 wyznaczano na niej etapowe finisze, które to wygrywali: Chris Froome, Vincenzo Nibali i Fabio Aru. Za dwa miesiące najlepsi górale światowego peletonu będą się na niej pojedynkować już po raz czwarty tzn. na szóstym odcinku tegorocznej „Wielkiej Pętli”. Nasza „włoska niewiasta” raczej nigdy nie dostąpi podobnego zaszczytu na Giro d’Italia. Trochę szkoda, bo pod każdym względem jest atrakcyjniejsza od swej francuskiej koleżanki. Wszak podjazd w Wogezach to tylko 5,8 kilometra przy średniej 8,6% co daje przewyższenie ledwie 505 metrów. Mnie i Tomka, a nieco później także Artura i w końcu Darka czekało tego dnia poważniejsze wyzwanie. Po opuszczeniu Vittorio Veneto skręciliśmy w drogę SP35. Następnie przejechaliśmy pod wiaduktem, po którym biegnie Autostrada d’Alemagna czyli A27. Po 2 kilometrach jazdy byliśmy już w Longhere, gdzie zobaczyliśmy skąd będziemy zaczynać późniejszy podjazd na Col Visentin. Niemal drugie tyle dystansu trzeba było pokonać by dotrzeć do Revine. Dojechawszy do tego miasteczka na startowy odcinek naszej wspinaczki wybraliśmy „bramkę środkową” czyli Via Cal di Brussa. Plany na ten podjazd mieliśmy odmienne. Mając na uwadze, że Pian delle Femene jest wspinaczką stromą, ale dość krótką chciałem się na niej sprawdzić. Natomiast Tommy wolał ją przejechać oszczędniej, by zostawić sobie zapas energii konieczny do sprawnego pokonania jej większego sąsiada. Nie wystartowałem jednak zbyt szybko. Początkowy odcinek prowadzący po terenie zabudowanym z nachyleniem do 11,7% przejechaliśmy razem. Po około 600 metrach przecięliśmy Via Crusis czyli znaczoną kapliczkami Drogę Krzyżową pnącą się ku Santuario San Francesco da Paola. Pod koniec pierwszego kilometra odjechałem koledze i nieco szybciej niż dotąd zacząłem się wspinać tą krętą drogą, po obu stronach potoku Borrai.

Od czasu do czasu mijałem pojedyncze gospodarstwa oraz opuszczone domki z kamienia. Słońce przypiekało, ale nie był to szczególnie dokuczliwy upał. Tu trzeba było sobie radzić z temperaturą w przedziale od 24 do 28 stopni. Po czterech kilometrach wspinaczki minąłem kościółek Lama delle Crode. Tomek pojawił się w tym miejscu ze stratą tylko 1:20, więc nie można powiedzieć by jechał na „pół gwizdka”, bardziej w „takcie na trzy-czwarte”. Największą stromiznę czyli 14,6% zanotowałem w połowie szóstego kilometra. Naliczyłem tu bodaj dziewiętnaście wiraży. Ostatni z nich znajdował się na początku siódmego kilometra. Kilkaset metrów dalej droga zmieniła kierunek z północnego na zachodni. Na tym odcinku maksymalna stromizna wyniosła 11,9%. Zgodnie z opisem sam końcówka była płaska. Meta znajdowała się tuż za zakrętem w prawo na wysokości Casera Togo. Dzień był świąteczny, pogoda wyśmienita, więc nie brakowało tu innych turystów. Na pokonanie tego wzniesienia potrzebowałem około 52 minut. Według stravy segment „Monte Frascone” o długości 8,41 kilometra przejechałem zaś w 48:54 (avs. 10,3 km/h z VAM 1014 m/h). Jednym słowem nie poszalałem, acz wstydu też nie było. Tomek uzyskał tu czas 54:27. Na górze spędziliśmy przeszło pół godziny. Najpierw wpadliśmy na kawę do miejscowego Rifugio Alpino. Potem przyszła pora na zdjęcia, w tym najważniejsze na tle Partyzantki. Tego dnia jeszcze co najmniej dwa polscy „cicloturisti” wpadli złożyć jej wizytę. Artur dotarł tu przed piętnastą, przy czym przejechał jeszcze spory odcinek szutrowej drogi ku osadzie La Posa. Na naszym segmencie wykręcił zaś wynik 51:37. Wszystkich nas „zmiażdżył” jednak późno-południowy Dario. Ku owej górze ruszył po godzinie szesnastej, zaliczywszy w pierwszej kolejności Col Visentin-Forcella Zoppei. Odpowiednio zregenerowany i odżywiony w porze sjesty „połknął” wspomniany segment z Pian delle Femene w czasie ledwie 45:11 (avs. 11,2 km/h z VAM 1097 m/h). Jednym słowem wrzucił mi tu blisko 4 minuty. Szkoda, że nie zanotowałem co zjadł na ten obiad.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1773999659

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1773999659

ZDJĘCIA

Pian delle Femene_001

FILMY

Napisany w 2018b_Veneto | Możliwość komentowania Monte Frascone / Pian delle Femene została wyłączona