banner daniela marszałka

Archiwum: 'Gran Fondo' Kategorie

GF Leggendaria – Charly Gaul

Autor: admin o 22. lipca 2012

W sobotę mieliśmy zaplanowany poranny odpoczynek, rowerową przejażdżkę w godzinach południowych oraz wycieczkę do Trydentu i załatwienie w tym mieście formalności rejestracyjnych przed niedzielnym startem w GF Charly Gaul. W przededniu trudnego górskiego wyścigu rozsądnym rozwiązaniem byłby całodzienny relaks. Tym bardziej, że w nogach mieliśmy już ni mniej ni więcej trzynaście górskich etapów od Słowenii, przez Friuli po rejon Veneto. Jednym słowem potężną dawkę wspinaczek, szczególnie jak na możliwości kolarskich amatorów. Tym niemniej nie zwykłem marnować żadnego dnia w górach, więc i tym razem chciałem namówić kolegów na jakiś rowerowy rekonesans. Opcji było kilka. Najłatwiejsza zakładała zjazd z Vigolo Vattaro do Trento, po czym nawrót i niezbyt trudny podjazd z powrotem do naszej bazy. W sumie około 25 kilometrów dystansu, w tym podjazd drugiej kategorii o wymiarach 11 km przy średnim nachyleniu 4,7 %. Dodam, że przetestowany w sezonie na trasie drugiego etapu Giro del Trentino. Warto wspomnieć, że wzniesienie to zostało również sprawdzone na jedenastym etapie Giro d’Italia z roku 1990. Premię górską w Vigolo Vattaro wygrał wówczas Francuz Gerard Rue, zaś na mecie etapu w Baselga di Pine trzeci finiszował nasz nieodżałowany mistrz świata z Chambery Joachim Halupczok.

Bardziej ambitne plany na aktywne spędzenie trydenckiej soboty wiązały się z wypadem na północny-wschód do Valsugana. Z doliny tej bierze swój początek szereg trudnych podjazdów, w tym nie jeden znany organizatorom wielkiego Giro. W zasięgu niedługiej rowerowej wycieczki mieliśmy przełęcze Vezzena i Redebus oraz podjazdy do Vetriolo Terme i Rifugio Panarotta. Nieco dalej na wschód czyli z krótkim dojazdem samochodem przełęcze Brocon i Manghen oraz podjazd do Rifugio Carlettini w dolinie Campelle. Uznałem, iż w obliczu niedzielnego wyzwania rozsądnym rozwiązaniem będzie trasa nie dłuższa niż 60 kilometrów i tylko jeden, nieszczególnie trudny podjazd. Do tej wizji najlepiej pasowała mi wspinaczka z Pergine Valsugana na Passo del Redebus (1453 m. n.p.m.) czyli 16,1 km przy średniej 6 %. Tym sposobem moglibyśmy poznać podjazd, który trzy miesiące wcześniej dwukrotnie przejechali „profi” na etapie Giro del Trentino do Sant’Osola Terme. Niestety tego rodzaju plany pokrzyżowała nam pogoda. Nie było z nią jakiejś wielkiej tragedii, ale po słonecznym poranku przez kolejne aura zmieniała się jak w kalejdoskopie. Raz słońce, raz deszcz z mocniejszym akcentem na to drugie zjawisko. W dodatku momentami lało całkiem zdrowo fajerwerkami w postaci piorunów. Przy tak niepewnej atmosferze nikt z nas nie miał specjalnej ochoty męczyć się i moknąc na kilkanaście godzin przed najtrudniejszym dniem tej podróży.

Aby nie kwitnąć zbyt długo w czterech ścianach naszego hotelu uznaliśmy, iż jak tylko się przejaśni pojedziemy do Trento pozwiedzać miasto. Ja chciałem przede wszystkim odwiedzić poznane w maju 2010 roku księgarnie. Dla Adama i Piotra była to bardziej wycieczka turystyczna. Tylko Darek, który dwa lata wcześniej zwiedzał już ze mną stolicę Trydentu wolał pozostać w łóżku i zbierać siły na niedzielę. Postanowił nam towarzyszyć dopiero podczas drugiego „służbowego” wyjazdu do Trento zaplanowanego na godziny wieczorne. Dlatego też za pierwszym razem ruszyliśmy do miasta w składzie trzyosobowym. Zwiedzaliśmy miasto wczesnym popołudniem czyli w porze sjesty. Wypad na ksiązki udał się jedynie połowicznie. Niewiele było nowości o kolarskiej tematyce. Tym niemniej udało mi się kupić włoską wersję ksiązki Daniela Friebe: „Mountain High – Europe’s 50 Greatest Cycle Climbs” oraz kilka „przewodników” z serii wydawniczej „Passi e Valli in Bicicletta”. Około piętnastej wróciliśmy do Casa Vigolana. W hotelowej ofercie telewizyjnej mieliśmy Eurosport, więc mogliśmy obejrzeć „live” jak Bradley Wiggins miażdży swych rywali na kolejnej czasówce i tym samym na mecie w Chartres może się już cieszyć ze zwycięstwa w 99. Tour de France. W końcu około osiemnastej, tym razem oczywiście w komplecie, raz jeszcze zjechaliśmy do Trento. Najpierw udaliśmy się do biura wyścigu potwierdzić swój udział w GF Leggendaria i odebrać swe numery startowe, chipy oraz paczki zawierające m.in. okolicznościowe koszulki z krótkimi rękawkami. Potem ruszyliśmy na poszukiwanie obiadokolacji godnej naszych wygłodniałych żołądków. W trakcie poszukiwań nasze drogi się rozeszły i ostatecznie nasyciliśmy się w dwóch różnych miejscach. „Starszyzna” wyprawy zjadła pizzę w lokalu „3 Pontoni”.

Nazajutrz czekała nas oczywiście wczesna pobudka. Tym niemniej i tak mogliśmy mówić o względnym szczęściu, bowiem start GF Leggendaria zaplanowano dopiero na godzinę 8:00, a nie godzinę czy półtorej wcześniej jak zdarzyło mi się doświadczyć przy paru podobnych okazjach. Po zjechaniu do Trento zaparkowaliśmy nasze auta w centrum miasta, skromne dwie-trzy minuty spokojnej jazdy od Piazza Duomo gdzie wyznaczono start tej imprezy. Siódma edycja tego wyścigu znalazła się w wymyślonym przez włodarzy z Aigle cyklu UCI World Cycling Tour czyli swego rodzaju Pucharu Świata dla mastersów. Szczerze mówiąc twór to dość sztuczny jak na możliwości kolarzy amatorów, których raczej nie stać na podróże po całym świecie. Dobór imprez do tego kalendarza również jest dość przypadkowy. W samych Włoszech możnaby znaleźć kilka wyścigów bardziej prestiżowych i trudniejszych niż to skądinąd zacne Gran Fondo poświęcone pamięci Charly Gaul’a. Dziwić może nieco czemu patronem włoskiego wyścigu jest kolarz z Luksemburga skoro Trentino może się pochwalić własnymi tytanami szos by wspomnieć tylko Francesco Mosera i Gilberto Simoniego. Zagadka wyjaśnia się po bliższym zapoznaniu się ze szlakiem tego wyścigu oraz historią kolarstwa szosowego. Trasa przebiega w przeważającej mierze po zboczach masywu Monte Bondone, zaś ta nazwa kojarzy się przede wszystkim z nazwiskiem człowieka, którego nazywano niegdyś „Aniołem Gór”. Stało się tak za sprawą jego wyczynu z 8 czerwca 1956 roku.

Gaul zdaniem swych rywali nadużywający amfetaminy był kolarzem tyleż genialnym co nieobliczalnym. Podczas Wielkich Tourów miewał słabsze dni i zaskakujące kryzysy szczególnie przy upalnej pogodzie. Po czym potrafił zmiażdżyć rywali wielokilometrową ucieczką, najlepiej przeprowadzoną w zimnych i deszczowych warunkach atmosferycznych. Dwukrotnie wygrał Giro d’Italia (w latach 1956 i 1959) oraz raz Tour de France (1958) za każdym razem przechylając na swą korzyść szalę generalnego zwycięstwa solowym rajdem na miarę Fausto Coppiego. Pierwszy tego rodzaju popis dał na dwudziestym etapie Giro 1956 gdy na 242-kilometrowym etapie z Merano przez przełęcze Costalunga, Rolle i Brocon dotarł do mety ponad Trento z przewagą odpowiednio 7:44 i 12:15 (!) nad kolejnymi zawodnikami czyli Alessandro Fantinim i Fiorenzo Magnim. Ze względu na fatalną aurę czyli marznący deszcz i padający śnieg organizatorzy przenieśli metę do Vanaze czyli na wysokość około 1300 metrów n.p.m. Mimo tego na trasie wycofała się przeszło połowa peletonu, a dokładnie 46 z 89 zawodników m.in. dotychczasowy lider Pasquale Fornara. W późniejszych latach obywało się już bez takich dramatów. Monte Bondone wróciło na trasę wielkiego Giro w roku 1968 gdy pierwszy na premii górskiej był Hiszpan Julio Jimenez. W sumie podczas wyścigu Dookoła Włoch wzniesienie to wykorzystano aż dwanaście razy. Najczęściej jeżdżone było od strony północnej, a ściślej północno-wschodniej ze startem wspinaczki w Trento. Wyjątkiem był rok 1975, gdy górę zaatakowano od strony zachodniej. Pierwszym dwukrotnym zdobywcą tego wzniesienia był w latach 1972 i 1978 Wladimiro Panizza. Czternaście lat później w jego ślady poszedł Giorgio Furlan, gdy wygrał etap z dwoma podjazdami na Monte Bondone, najpierw od strony północno-wschodniej i następnie północno-zachodniej. Ostatnim zwycięzcą na tej górze był zaś Ivan Basso, który w 2006 roku o blisko półtorej minuty wyprzedził Simoniego.

0722_GF Charly Gaul_altimetria Na dzień 22 lipca 2012 roku organizatorzy przygotowali dla ponad tysiąca amatorów kolarstwa aż trzy trasy. Najkrótsza o długości 53 kilometrów i łącznym przewyższeniu 2060 metrów kończyć się miała klasycznym podjazdem z Trento do Vason. Niewiele dłuższe Medio Fondo liczyć miało 69 kilometrów o sumie amplitud „tylko” 2003 metry z identycznym początkiem, lecz finałem od strony południowej czyli podjazdem z Aldeno na Viote i następnie dojazdem do Vason już po płaskowyżu. Znacznie trudniejszym wyzwaniem miało być nasze Gran Fondo. Dystans 138 kilometrów, z pewnością nie maratoński, lecz zbliżony do bywałych na Maratona Dolomites, GF Dolomiti Stars czy Marcialonga Cycling. Większe wrażenie mogło robić anonsowane łączne przewyższenie tzn. 4014 metrów. Na tą liczbę składały się przede wszystkim dwie zasadnicze wspinaczki czyli Monte Bondone w wersjach południowej i północno-zachodniej oraz dwie-trzy mniejsze górki, w tym „na rozgrzewkę” podjazd do Palu’ di Giovo, rodzinnej miejscowości familii Moserów oraz Gibo Simoniego. Wszyscy czterej wystartowaliśmy na tej samej, najdłuższej trasie, choć z uwagi na różnice w metrykach podpadaliśmy pod różne kategorie wiekowe. Dario kwalifikował się do oddziału Masters-4, ja do Master-2, Adam do Master-1, zaś Piotrek jako jedyny w naszym gronie „młodzieżowiec” do Elite Sport. Ja wraz z młodszymi kolegami po dotarciu na główny plac trydenckiej starówki zająłem miejsce w środku wielkiego peletonu. Darek w swoim stylu przybył na miejsce w ostatniej chwili i zawadiacko rzucił wyzwanie organizatorom. Ustawił się w pierwszym rzędzie pośród faworytów wyścigu i innych VIP-ów chcąc obejrzeć początek wyścig z nowej dla siebie perspektywy. Pierwsze cztery kilometry wyścigu prowadziły ulicami Trento z paroma zakrętami i częściowo po bruku. Dlatego dbając o bezpieczeństwo uczestników zawodów organizatorzy przewidzieli jazdę przy prędkości ograniczonej do 40 km/h czyli bez wyprzedzania samochodów dyrektorskich.

Start ostry wyznaczono po przejechaniu 3,6 kilometra tzn. na wyjeździe z miasta w okolicy Gardolo. Przez następne kilka kilometrów jechaliśmy prosto na północ do miejscowości Lavis. Na tym szybkim i łatwym odcinku drogi aby nie tracić pozycji trzeba było utrzymywać prędkość w okolicy 45-50 km/h. Starałem się przynajmniej przesunąć do przodu, a przynajmniej nie stracić z pola widzenia Piotra i Adama. Darek, który wystartował ramię w ramię z najszybszymi chartami chciał na wysokiej pozycji dotrzeć do podnóża pierwszego podjazdu. Następnie stopniowo spłynąć, lecz na tyle powoli by na dłuższy odcinek w dolinie pokonać w środkowej części stawki. Jak samokrytycznie przyznał realia szybko zweryfikowały te plany. Jego sąsiedzi byli zawodnikami z zupełnie innej ligi, a on sam niewiele w tym roku trenujący nie był im w stanie nawet przytrzymać koła na płaskim terenie. Na wysokości Lavis (225 m. n.p.m.) zjechaliśmy z drogi krajowej SS12  by pokonać pierwsze tego dnia wzniesienie czyli podjazd do Palu’ di Giovo (582 m. n.p.m.). Była to szybka, lecz nieregularna wspinaczka o długości 8,3 km przy średniej 4,3 % i max. 16 %. Jako, że od startu minęło ledwie kilkanaście kilometrów grupa nie była jeszcze rozciągnięta. Tym samym na drodze było zbyt ciasno na to by można było je pokonać sobie właściwym i możliwie równym tempem. Na nerwowym zjeździe w tłoku starałem się stracić możliwie jak najmniej by wrócić do Lavis w jakiejś grupce. Udało mi się to nie najgorzej i czekający mnie teraz ponad 20-kilometrowy odcinek w dolinie Adygi rozpocząłem w towarzystwie kilku osób. Na długiej prostej z powrotem na południe grupki zaczęły się powolutku łączyć. Na szczęście znalazł się wśród nas mocarz z dużym motorem co wydatnie ułatwiło nam dojechanie do bezpośrednio poprzedzających nas konkurentów.

Wkrótce ponownie znaleźliśmy się w Trento rozpoczynając kilkukilometrowy odcinek trasy wzdłuż lewego (wschodniego) brzegu rzeki. Na 34 kilometrze wjechawszy na most San Lorenzo przeskoczyliśmy na drugą stronę Adygi. Tym samym znaleźliśmy się na drodze SP90 w cieniu masywu Monte Bondone. Moja grupa powiększona już chyba do rozmiarów 30-osobowego peletoniku gnała dalej na południe. Minęliśmy Romagnano aby po 45 kilometrach dotrzeć do Aldeno gdzie zacząć się miał bodaj najtrudniejszy podjazd tego wyścigu. Szybko okazało się podczas teoretycznej części przygotowań do wyścigu ściągnąłem sobie z „archivio salite” niewłaściwy profil południowego wariantu tego wzniesienia. Spodziewałem się więc podjazdu o stosunkowo umiarkowanym nachyleniu na pierwszych 5 kilometrów i bardzo ciężkiej przeprawy na 3 kilometrach za wioską Garniga Vecchia. Tymczasem okazało się, że prawdziwy podjazd do Viote (1563 m. n.p.m., 20,3 km przy średniej 6,7 % i max. 12,6 %) najtrudniejszy jest na samym początku. Pierwsze 2900 metrów do tunelu przed wioska Covelo ma średnio aż 10,3 %. Nieco łatwiej robi się dopiero wraz z wjazdem na drogę SP25, lecz i tu blisko 4-kilometrowy odcinek na dojeździe do Cimoneri trzyma cały czas na wysokim poziomie 8-9 %. Następnie po łatwej środkowej części wzniesienia kolejny trudny odcinek zaczyna się w połowie dwunastego kilometra po wyjechaniu z Garniga Vecchia. Mniej więcej w tym miejscu doszedł mnie Adam, więc ostatnie 8 kilometrów wspinaczki mogliśmy pokonać razem. Jechało nam się całkiem przyjemnie bo dość szybko wyprzedzaliśmy kolejnych rywali. Czułem się dobrze i nadawałem tempo naszemu duetowi. Mimo, że przez długie 6 kilometrów nachylenie nie schodziło poniżej 8 % do sprawnego kręcenia wystarczało mi przełożenie 39×24. To oznaczało, że mam jeszcze spory zasób sił.

W górnej części wzniesienia nie brakowało ciasnych serpentyn. Droga schowała się lesie, by dopiero na łatwiejszej końcówce wyskoczyć na otwarty teren w postaci górskich hal. Na górze przy słonecznej pogodzie widok był wprost olśniewający. Gdybyśmy mieli więcej wolnego czasu niż sportowych ambicji zatrzymałbym się na dłużej w strefie bufetu by popstrykać zdjęcia. W kierunku północnym roztaczał się przed nami piękny widok na masyw Paganella. W strefie napitku i popasu zagościłem tylko przez pół minuty. Adam zapewne około dwóch minut, bowiem na punkcie pomiaru czasu usytuowanym niewiele dalej zmierzono mi czas 2h 44:48, zaś jemu oraz Piotrowi, który do niego dojechał czas o 1:42 gorszy. Na 17,5-kilometrowym zjeździe do Lasino w naszym gronie doszło do przetasowań. Ja jak zwykle straciłem nieco czasu i miejsc, a jedną z osób, która wyprzedziła mnie podczas tego szusowania był Pietro. Za Lasino na drodze SP84 czekał wszystkich najpierw płaski odcinek do Cavedine, zaś następnie niewielki i dość delikatny wjazd na passo San Udalrico (556 m. n.p.m.), który jednak przy mocny przeciwnym wietrze okazał się przeszkodę kosztującą nieco zdrowia. Po jej przejechaniu za miejscowością Vigo przyszedł czas na krótki zjazd do Dreny, gdzie na 92 kilometrze wyznaczono kolejny punkt kontroli. Tu pierwszy z nas zameldował się Piotrek w czasie 3h 25:23. Ja traciłem do niego 43 sekundy, zaś Adam dokładnie półtorej minuty. Za Dreną jeszcze kawałek zjazdu kończącego się ostatecznie na wysokości niespełna 250 m. n.p.m.

Na dole skręt w prawo i jazda na północ stronę Lago de Cavedine. Wzdłuż tego jeziorka rzuciłem się w pogoń za liczniejszą grupką zawodników i po dłuższym czasie w okolicy Ponte Olivetti moje wysiłki zostały uwieńczone powodzeniem. Tym sposobem na odcinku między Sarche a Padergnone (107 km) czyli między jeziorami Lago di Toblino oraz Lago di Santa Massenza mogłem nieco odpocząć. Cos tam przegryźć i napić się na spokojnie przed trudnym finałem. Nie oznacza to bynajmniej, że migałem się od roboty zmianowej. Na płaskim terenie dałem dwie-trzy zmiany na czele naszej grupy. Za Padergnone zaczął się niewielki podjazd przed, którym przestrzegał mnie Włoch, z którym początkowo goniłem rywali będących w zasięgu wzroku. Podjazd do Lon (112,3 km) był ledwie hopką z gatunku trzeciej kategorii. Liczył on sobie w sumie 5,1 kilometra o średnim nachyleniu 5,9 %, przy czym ostatnie 2,1 kilometra za Vezzano miało 7,1 %. Bez specjalnego wysiłku zostawiłem w tyle wszystkich kompanów z mego oddziału i pod koniec podjazdu ujrzałem przed sobą w oddali Piotrka. Jednak w pofałdowanym terenie między Lon a Terlago zbliżałem się do niego bardzo powoli. Dojechawszy do tego drugiego miasteczka trzeba się było zmierzyć z technicznym odcinkiem specjalnym po wąskich uliczkach. Organizatorzy przepuścili nas po takich zakamarkach owej mieściny, że przypomniała mi się jazda po „podwórkach” Willer-sur-Thur w trakcie czerwcowego Les 3 Ballons. Piotr znikł mi na parę minut z pola widzenia. Jeszcze kilka kilometrów w dość łatwym terenie, przejazd przez wioskę Travolt i Cadine, po czym na 122 kilometrze, za rondem  na drodze SP45 bis rozpoczął się finałowy podjazd do Vason.

Przeszło 16-kilometrowy, północno-zachodni wariant wjazdu na masyw Monte Bondone jest nieco łatwiejszy od klasycznej wersji z początkiem w Trento. Podstawowa różnica polega na tym, iż w tym przypadku wspinaczka zaczyna się jakieś 250 metrów wyżej tj. na wysokości około 440 metrów n.p.m. Obie opcje północnego podjazdu łączą się ze sobą w Candriai na wysokości 965 metrów n.p.m. Górna część tego wzniesienia była mi więc znana z czerwcowej wycieczki roku 2008. Obie „połówki” są do siebie dość podobne. Pierwsze 7,2 kilometra ma średnie nachylenie 7,3 %, zaś wspólne 9,1 kilometra ma przeciętna 7,6 %. Na trzecim kilometrze wspinaczki minęliśmy miasteczko Sopramonte, lecz wbrew nazwie było to dopiero początek góry. Niewiele później czyli jakieś 13 kilometrów przed finałem w końcu dogoniłem Piotrka i zaproponowałem koledze holowanie. Pietro debiutujący w tego rodzaju imprezie nieco osłabł, ale wciąż trzymał się dzielnie, więc był w stanie skorzystać z mojej propozycji i trzymać się na kole. Razem dojechaliśmy do Candriai od czasu do czasu mijając jakiegoś konkurenta. Tymczasem na 7 kilometrów przed metą dopadł nas Adam. Nasz kolega mający w nogach niejeden szosowy maraton wyglądał z nas najlepiej i pewnie mógłby pomknąć do mety sobie właściwym tempem. Tym niemniej zgodnie uznaliśmy, iż skoro po 130 kilometrach trasy nic nas nie dzieli zacnie będzie wspólnie dotrzeć na szczyt, zamiast kierować się egoizmem i przekraczać linię mety w niewielkich odstępach czasowych. Ja na zmianę z Adamem nadawałem tempo, zaś Piotr starał się dotrzymać nam kroku i w miarę możliwości nie spowalniać swych starszych kolegów. Na każdym kilometrze do samego końca wyścigu udawało nam się przy tym wyprzedzać po dwóch, a niekiedy nawet trzech rywali. Przejechaliśmy przez Vaneze, następnie Norge i dobiliśmy do Vason. Na ostatnich 100 metrach trzeba było odbić z drogi SP85 w prawo by osiągnąć metę w pobliżu nasłonecznionej polany na której ustawiono miasteczko wyścigowe.

Zawody ukończyliśmy w czasie 5 godzin 34 minut i 42 sekund (przeciętna prędkość 24,47 km/h) zajmując miejsca od 212 do 214 w gronie około pięciuset zawodników, którzy przejechali trasę Gran Fondo. Wyprzedziło nas 203 dżentelmenów i trzeba uczciwie przyznać także osiem dzielnych niewiast. Nasz realny czas był o 3 minuty i 40 sekund lepszy od oficjalnego. Nasza trojka zajęła miejsca w czwartych dziesiątkach swych kategorii wiekowych, więc oczywiście nie mieliśmy się co zgłaszać na podium po odbiór nagród które wręczał m.in. gość honorowy imprezy „Gibo” Simoni. Wyścig wygrał Włoch Mateo Cappe z Team Maggi-FRW w czasie 4 godzin 25 minut i 1 sekundy, który na finiszu wyprzedził swego rodaka Alfonso Falzanaro. Włoskie podium uzupełnił Allessandro Bertuola, który stracił do powyższej dwójki 1:42. W czołowej dziesiątce znalazło się tylko dwóch „stranierich” tzn. Hiszpan na piątym oraz Francuz na szóstym miejscu. Z kolei drugą dziesiątkę klasyfikacji otwierało i zamykało dwóch Słoweńców. Darek ukończył ściganie w czasie 6 godzin 56 minut i 39 sekund zajmując 455 miejsce. Czekając na przyjazd naszego kolegi udaliśmy się do wielkiego namiotu po zasłużony poczęstunek. Po kilkugodzinnym wysiłku nawet nie wyszukana strawa na bazie makaronu potrafi przypaść do gustu. Około piętnastej niebo zaczęło się chmurzyć, więc gdy tylko Darek zdał swego chipa organizatorom rozpoczęliśmy odwrót czyli przeszło 20-kilometrowy zjazd do Trento. Na szczęście niebo okazało się łaskawe i wraz z Darkiem mogliśmy sobie pozwolić na liczne postoje by dorzucić sporą dawkę zdjęć do albumu z wyprawy. Zjechawszy do centrum Trydentu, przebraliśmy się przy samochodach i niemal z marszu ruszyliśmy z powrotem do kraju. Na jedyny dłuższy postój pozwoliliśmy sobie w południowej Bawarii stając na kolacji przy okazji tankowanie w Irschenbergu. Po owym posiłku podziękowaliśmy sobie za dwutygodniową współpracę i każdy z samochód ruszył w dalszą drogę do Ojczyzny właściwym sobie tempem i szlakiem.

Napisany w Gran Fondo | Możliwość komentowania GF Leggendaria – Charly Gaul została wyłączona

Les 3 Ballons

Autor: admin o 9. czerwca 2012

Sobota 9 czerwca jak przystało na dzień wyścigu z gatunku Gran Fondo zaczęła się dla nas bardzo wcześnie. Start „Trzech Balonów” przewidziano na godzinę 7:15, a że czekał nas kilkudziesięcio-kilometrowy dojazd trzeba było opuścić Burnhaupt-le-Haut co na najmniej godzinę przed wystrzałem startera. Udało nam się dotrzeć na miejsce jakieś 15-20 minut przed startem i znaleźć jakąś miejscówkę na dzikim parkingu powstałym ad hoc na obrzeżach Champagney. Do linii startu nieopodal miejscowego kościoła, gdzie gromadził się kilkutysięczny peleton amatorów kolarstwa w każdym wieku i o bardzo różnych możliwościach, mieliśmy stamtąd niecały kilometr. Podjeżdżając na miejsce każdy z nas starał się o znaleźć dogodne miejsca do startu. W miarę możliwości w pierwszej części kolorowego roju cyklistów, acz bez zbytniego stresu i napięcia bo nie przyjechaliśmy tam walczyć. Szczęśliwie zapowiadał się pogodny dzień. Mimo wczesnej pory już na starcie było 17 stopni Celsjusza. Pierwsze kilometry po starcie jak zwykle szybkie i chaotyczne. Każdy gna przed siebie zależnie od swych fizycznych możliwości i taktycznych założeń. Niektórzy liczą na dobry czy choćby lepszy od ubiegłorocznego wynik stąd cisną się do przodu nie tylko lewą stroną, a że pierwsze 5 kilometrów do Plancher Bas prowadzi po płaskim terenie tempo wielkiej grupy wyraźnie przekracza 40 km/h. Dojechawszy do tego miasteczka cała chmara ludzi na rondzie wybiera trzeci zjazd i skręca na północ w kierunku Plancher-les-Mines (na 11 km) położonego u stóp finałowego podjazdu. Owe jedenaście kilometrów ma walor zapoznawczy. Za ładnych kilka godzin (sześć–osiem-dziesięć zależnie od indywidualnych możliwości) trzeba będzie je pokonać ponownie na odcinku między ostatnim bufetem a podnóżem La Planche de Belles Filles.

Tymczasem jednak na rozjeździe za Plancher-les-Mines jedziemy drogą w lewo i kierujemy się na pierwszy z balonów czyli Ballon de Servance (1138 m. n.p.m.). Pierwszy z sześciu zasadniczych podjazdów okazał się trudnym wyzwaniem i to pod kilkoma względami. Liczył sobie 11,7 kilometra przy średniej 5,6 %, ale momentami był nadspodziewanie stromy. Maksymalna stromizna sięgała tu 14 %. Gorzej że droga była wąska, nawierzchnia kiepska, zaś pobocze nieregularne. Mało było tu miejsca na wyprzedzanie słabszych konkurentów, zaś objeżdżanie ich wąskim skrawkiem skraju drogi należało do ryzykownych zadań. Owszem można było zyskać nieco pozycji, lecz nie tak wiele jak mogłoby to mieć miejsce w bardziej dogodnych warunkach czyli na drodze o większej „przepustowości”. Skoro tak wyglądał podjazd to i zjazd musiał być techniczny i niebezpieczny, tak ze względu na wąską i krętą drogę jak i sam jej stan. Nie martwiłem się jednak stratami poniesionymi na zjeździe. Odetchnąłem gdy cało i zdrowo dotarłem na dół. Na moje szczęście organizatorzy postanowili sprawiedliwie dzielić drogi publiczne między uczestników wyścigu oraz kierowców samochodów. Dzięki temu u kresu dwóch czy trzech zjazdów nadziałem się na grzecznie czekających na włączenie się do ruchu bezpośrednio wyprzedzających mnie rywali dzięki czemu kolejny płaski odcinek mogłem zaczynać w licznym towarzystwie. Pierwszy taki przypadek miał miejsce w Le Thillot na 36 kilometrze. Jeszcze w tej samej miejscowości moja grupa nieco schudła, po tym jak część uczestników skręciła w stronę Saint-Maurice-sur-Moselle tj. na trasę ledwie 104-kilometrowego Les 3 Ballons Senior.

Tymczasem podobni mi śmiałkowie gnali dalej na północ. Na 45 kilometrze skończyło się przeszło 3-kilometrowe „falsopiano” szumnie nazywane Col du Menil, zaś za miejscowością Cornimont zaczął się drugi podjazd dnia czyli Col d’Oderen (884 m. n.p.m.). Niewysoki i mało wymagający, tym bardziej że wszyscy mieli jeszcze spory zasób sił. Początkowo łatwy, dalej o umiarkowanym nachyleniu, a w sumie liczący 8,3 kilometra o średniej stromiźnie 3,8 i max. 9 %. Po nim 6-kilometrowy zjazd do Kurth i podobnej długości płaski odcinek wzdłuż jeziora do miejscowości Wildenstein (547 m. n.p.m.). W tym miejscu zaczynał się nominalnie ponad 30-kilometrowy podjazd na „dach wyścigu” czyli przełęcz Grand Ballon (1343 m. n.p.m.). Faktycznie jednak ów wjazd na najwyższą przełęcz całego pasma Wogezów można podzielić na kilka niezależnych sektorów. Najpierw czekał nas stosunkowo trudny podjazd na Col de Bramont (956 m. n.p.m.) czyli 7,3 kilometra przy średniej 5,3 i max. 10 %. Dojechawszy na tą przełęcz miałem za sobą m/w połowę przewyższenia między Wildenstein a Grand Ballon, lecz zarazem niespełna ćwiartkę dzielącego te miejsca dystansu. Za przełęczą krótka chwila wytchnienia czyli 900 metrów szybkiego zjazdu, po czym skręt w prawo w boczną drogę tzw. Route de Americans. Na niej zaś wspinaczkowa poprawka czyli kolejny solidny podjazd o długości 5 kilometrów przy średniej 6,8 % i max. 12 % kończący się powyżej granicy lasu na wysokości około 1240 metrów n.p.m. Wraz z końcem tego wzniesienia zaczął bzikować mój licznik, który raz to odmawiał współpracy w pomiarze prędkości i dystansu by następnie ożywać i wracać do akcji. Ostatecznie przespał jakieś 40 kilometrów, gdyż całego dystansu zanotował mi dane ze 165 kilometrów trasy.

Do dotarciu na wysokość ponad 1200 metrów n.p.m. następne kilkanaście kilometrów miało wieść płaskowyżem po terenie ledwie pofałdowanym. W takim terenie trwała niezła gonitwa i akcja łączenia grupek. Trochę udzielając się w tej pogoni można też było dłuższy czas odpocząć na kole swych chwilowych współpracowników. Po dwunastu kilometrach na drodze D430  minęliśmy skrzyżowanie wysokogórskich dróg przy osadzie Le Markstein i pojechaliśmy dalej na południową-wschód tym razem szosą D-431 już bezpośrednio na spotkanie „Wielkiego Balona”. Tym niemniej z pozostałych nam do przełęczy siedmiu kilometrów ledwie piąta część okazała się podjazdem. Rzecz by można z dużej chmury mały deszcz. Taka wysokość, a ledwie 1,4 kilometra wspinaczki choć o solidnym nachyleniu 8,1 %. Jeśli bowiem ktoś chce zażyć prawdziwej wspinaczki pod Grand Ballon to musi to wzniesienie zaatakować od strony południowej (Willer-sur-Thur lub Uffholz co było mi dane w 2007 roku) lub od wschodniej (z początkiem w Soultz). Premia górska na Grand Ballon oznaczała 99 kilometr wyścigu, więc stanąłem na minutkę by uzupełnić bidony i przekąsić „małe co nieco” ze skromnego menu moich kieszonek. Czekał mnie teraz przeszło 16-kilometrowy zjazd do położonego przeszło 900 metrów niżej Willer-sur-Thur. W górnej części wietrzny. W środkowej części z niespodzianką czyli odcinkiem kostki a’la Walim na wirażach przed Col d’Amic (825 metrów n.p.m.). Potem chwila wspomnień w locie czyli szybki przelot przez Goldbach-Altenbach gdzie pięć lat wcześniej zatrzymaliśmy się wraz z Piotrkiem Mrówczyńskim na jedną dobę w naszej drodze przez Masyw Centralny ku Pirenejom.

Bezpośrednio po zjeździe organizatorzy przygotowali nam niespodziankę w postaci objazdu robót drogowych takimi zakamarkami miasteczka, iż można było się zastawiać czy droga może być jeszcze węższa i czy to jest jeszcze oficjalna trasa wyścigu. Następnie po ledwie dwóch kilometrach na drodze krajowej N66 trzeba było skręcić w prawo i zacząć podjazd numer cztery czyli z pozoru niegroźny Col du Hundsruck (748 m. n.p.m. – 123 km). Okazuje się jednak, że wysokość bezwzględna podjazdu potrafi być myląca. Na leśnej drodze im. marszałka Joffre trzeba się było trochę sprężyć. Podjazd miał tylko 6,1 kilometra, ale o solidnym nachyleniu 6,3 i max. 13 %, więc po blisko pięciu godzinach jazdy skłonny byłem w paru miejscach wrzucić bardziej miękkie niż dotąd przełożenie. Na dziewięciu kilometrach zjazdu do Maseveaux trzeba było pokonać kolejny brukowany odcinek, nawet trochę popracować na hopkach będących niemiłym przerywnikiem. We wspomnianym miasteczku należało skręcić w prawo tzn. na zachód i wjechać na drogę D-466 prowadzącą do Sewen gdzie zaczyna się wschodni podjazd na Ballon d’Alsace. Na dojeździe do Sewen walczyłem o złapanie się do grupki wysokich gości, którzy sprawiali wrażenie mocnych ludzi w płaskim terenie. Minęło już południe, temperatura sięgała 26 stopni Celsjusza i czas było pomyśleć o lepszym zaopatrzeniu się w wodę i suchy prowiant na pozostałe 60 kilometrów trasy. Dlatego w tym bufecie wyjątkowo zabawiłem kilka ładnych minut, zaś po zaspokojeniu głodu i pragnienia zdjąłem bluzę zbędną przy letniej aurze i owinąłem ją wokół sztycy podsiodłowej.

Kolejnym wyzwaniem, acz w zasadzie nie przedostatnim jak się okazało był podjazd pod Ballon d’Alsace czy gwoli ścisłości większa część wschodniej strony tego wzniesienia. W trakcie wyścigu Les 3 Ballons kończy się on na wysokości około 1090 metrów n.p.m. czyli pomija ostatnie dwa kilometry, wspólne z poznanym przez mnie dzień wcześniej południowym wariantem. Wschodni podjazd pod Ballon d’Alsace bez owej końcówki (La Gentiane – 153 km) to 9,2 kilometra o średniej 6,3 % i max. 15 %. To na nim udaną szarżę po zwycięstwo etapowe w Belfort przeprowadził w 1997 roku Francuz Didier Rous. Działo się to na etapie podczas którego kolarze niesławnej rok później Festiny próbowali zaskoczyć i zgubić lidera wyścigu Niemca Jana Ullricha. Zjazd z niepełnego „Balona Alzackiego” nie stanowił dla mnie zaskoczenia. Poznałem go dzień wcześniej, acz zza kółka samochodu. Najważniejszym zadaniem jakie sobie postawiłem było dojechać do Malvaux (163 km) czy Giromagny (167,5 km) w jakimś towarzystwie, aby nie być zmuszonym do samotnej jazdy na około 20-kilometrowym dojeździe do Champagney. Znalazłem się z razu w kilkuosobowej grupce, która na płaskim odcinku do Errevet (179,5 km) urosła do rozmiarów około 30-osobowego peletoniku. Cały czas miałem w głowie słowa Piotra, który przejechał ten wyścig w 2009 roku, iż poza zasadniczymi podjazdami najbardziej dał mu w kość trudny, pagórkowaty odcinek na dojeździe do Champagney. Tymczasem jechało mi się całkiem miło i swobodnie w środku czy na końcu mojej grupy. Za Errevet przyszła jednak w końcu pora na sektor a’la słynne „schody Kapitonowa” czyli kilka góra-dół po wąskich, bocznych drogach z krótkimi, acz sztywnymi podjazdami oraz technicznymi zjazdami. Walczyłem o przetrwanie by w dotychczasowym towarzystwie, cały i zdrów dojechać do ostatniego bufetu przed metą.

Nie odmówiłem sobie tej chwili wytchnienia oraz okazji do uzupełnienia gasnących zasobów energii. Powtórny dojazd do Plancher-les-Mines odbywał się w zgoła innej od porannej atmosferze. Po wyruszeniu ze strefy bufetu z okolicy Plancher-Bas złapałem koło dwóch-trzech starszych jegomości. Po blisko dwustu kilometrach trasy nasz mega-peleton rozciągnął się na tyle, że o asystę innego uczestnika trzeba było się postarać doganiając go lub czekając na takiego pomocnika. Podwiozłem się trochę do podnóża finałowego podjazdu, dalej pojechałem już swoim tempem do samego końca zyskując nieco pozycji. Już podczas porannej „inspekcji” widziałem jak stromy jest początek tego pojazdu. Po przejechaniu tej góry ochrzciłem ją mianem małego „L’Alpe d’Huez” tak ze względu na stromy początek, długą pierwszą prostą jak i pierwszy wiraż po niej w prawo plus nieco łatwiejszą końcówkę. Po dwustu kilometrach niełatwej trasy każda stromizna robi wrażenia. Tym bardziej całe kilometry. Tymczasem La Planche de Belles Filles miało 5,3 kilometra przy średnim nachyleniu 8,5 % i max. 20 % po pokonaniu 750 metrów od rozjazdu. O stromiźnie tego podjazdu co kilometr informowały nas stosowne tabliczki. Ponadto co trzysta metrów niczym na każdym wirażu słynnej L’Alpe rozstawione też były tabliczki z nazwiskami wszystkich poprzednich zwycięzców tej imprezy począwszy od roku 1997. Pierwszy kilometr tego wzniesienia miał średnio 11,3 %. Drugi tylko 8 % ze względu na wywłaszczenia około 1700 metrów od startu. Następnie trzeci i czwarty kilometr odpowiednio 10,8 i 10 %. Wszystkie przy max. około 14-16 %. Dopiero ostatnie 1300 metrów było znacznie łatwiejsze czyli 6,7 % przy max. zaledwie 12 %, głownie z uwagi na wywłaszczenia na odcinku między 500 a 350 metrów przed metą.

Finisz wyścigu pewnie ze względu na względy organizacyjno-logistyczne związane z koniecznością kilku tysięcy uczestników tej imprezy wyznaczono jest przy wjeździe na okazały plac położony na wysokości 985 metrów n.p.m. Tym samym amatorom zaoszczędza się konieczności pokonania stromej rampy, na której miesiąc po naszym wyścigu Chris Froome udanie skontrował atak Cadela Evansa po zwycięstwo na pierwszym górskim etapie Tour de France 2012. Do mety dotarłem w czasie 8h 20 minut i 44 sekund na 871 miejscu w gronie 2403 zawodników, którzy ukończyli dłuższą z dwóch tras. W mojej kategorii wiekowej (30-39 lat) dało mi to 296 pozycję pośród 705 osób. Jednym słowem bez rewelacji. Do zwycięzcy czyli Niemca Bernda Hornetza (6h 25m 47s) straciłem blisko dwie godziny. W starych, dobrych czasach czyli w pełni formy nie dałbym sobie wbić na takiej trasie więcej niż półtorej godziny. Apropos trasy trzeba powiedzieć, iż była ona naprawdę wymagająca i to nie tylko ze względu na spory dystans. Łączne przewyższenie sześciu czy ośmiu zasadniczych podjazdów oraz pomniejszych pagórków na trasie wyniosło 4197 metrów. W mojej prywatnej punktacji najtrudniejszych Gran Fondo impreza ta co prawda wyraźnie ustępuje tylko „hardcorowym” wyścigom typu: GF Campagnolo, Alpenbrevet Gold czy La Marmotte, lecz plasuje się dość wysoko gdzieś między austriackimi Highlanderem i Dreilanderem. Po zdaniu chipa, odebraniu pamiątkowego medalu i dyplomu (o dziwo „brevet d’or”) oraz chwili odpoczynku rozpocząłem zjazd do Champagney. Już na pierwszym kilometrze złapałem gumę. Szczęście w nieszczęściu, że już za metą. Bliżej podnóża wzniesienia minąłem się z Darkiem, który resztkami sił ambitnie podążał ku mecie. Mój kolega dotarł do mety w czasie 10h 17 minut i 20 sekund. Telefonicznie umówiliśmy się, że zabiorę samochód z Champagney i podjadę go odebrać u podnóża finałowego wzniesienia. Następnie pomimo zmęczenia wielogodzinnym wyścigiem zdecydowaliśmy się bez noclegu we Francji ruszyć w drogę powrotną via Belfort do granicy niemieckiej i dalej do Ojczyzny.

Napisany w Gran Fondo | Możliwość komentowania Les 3 Ballons została wyłączona

Highlander Radmarathon

Autor: admin o 14. sierpnia 2011

Po dziewięciu dniach podróży przez cztery alpejskie kraje przyszła w końcu pora na zwieńczenia naszej sierpniowej wyprawy. Podobnie jak w czerwcu na deser przygotowałem sobie udział w maratonie szosowym. Highlander Radmarathon z dystansem 187 kilometrów i 4040 metrów łącznego przewyższenia zapowiadał się na ciężki wyścig. Nie tak ekstremalnie trudny jak francuski La Marmotte, szwajcarski Alpenbrevet czy włoskie GF Campagnolo, ale wyraźnie trudniejszym od swego austriackiego „konkurenta” czyli Dreilander Giro. To znaczy dłuższym o blisko 20 kilometrów i cięższym o przeszło 700 metrów do pokonania w pionie. Przy założeniu średniej prędkości około 25 km/h spodziewałem się pokonać jego trasę w czasie około siedmiu i pół godziny. Jak to zwykle bywa przy okazji tego typu imprez pierwszym wyzwaniem owego dnia była bardzo wczesne wstanie z łóżek. Start wyścigu zaplanowano na godzinę 7:00, więc aby z sensownym wyprzedzeniem zjeść porządne śniadanie zaplanowałem sobie pobudkę już na 4:30. Nasza gospodyni była na tyle uprzejma, że również zarwała noc aby ugotować dla nas makaron. Około 6:30 wyruszyliśmy z domu by zaledwie sześciu minutach jazdy zameldować się w centrum Hohenems. Zaparkowaliśmy na Marktstrasse, jakieś 400 metrów od linii startu gdzie poczyniliśmy ostatnie przygotowania do wyjazdu. Następnie znaleźliśmy sobie miejsce w tylnych szeregach około 700-osobowego peletonu. Ja startowałem z numerem 555. Darek jako, że zapisał się nieco później dostał numer 634. Zawodnicy, którzy zapisali się na wyścig z odpowiednim wyprzedzeniem mieli niższe numery startowe ze swoimi imionami.

Pierwsze metry wyścigu szły lekko z górki, w dół Marktstrasse ku drodze nr 190 czyli Radetzkystrasse, stąd peleton szybko nabrał sporej prędkości. Na pierwszych kilometrach w naszej wielkiej i dość zwartej grupie trwało nieustanne tasowanie. Aby zyskać nieco pozycji momentami musiałem się rozpędzać do 50 km/h. Nie gnałem jednak na pełen gaz chcąc dojechać do podnóża pierwszej góry bez zapieku w udach i umiarkowanym pulsem. Po niespełna 10 minutach jazdy byliśmy już na ulicach Dornbirn. Chociaż stolicą Vorarlbergu jest położona nad Jeziorem Bodeńskim Bregencja (Bregenz) to właśnie Dornbirn z populacją około 45.000 mieszkańców jest obecnie największym miastem tego kraju związkowego. Niewielkiego landu na zachodzie Austrii, którego większą część mieliśmy przemierzyć w ową niedzielę na swych rowerach. Po przekroczeniu rzeczki Dornbirner Ach musieliśmy skręcić w prawo w ulice: Sagerstrasse i Sebastianstrasse aby na drodze L48 rozpocząć podjazd pod pierwszą premię górską czyli Bodele (1139 m. n.p.m. – 15,5 km). Górka niewysoka, ale bardzo treściwa o długości 8,45 kilometra przy średnim nachyleniu 8,3 % i max. 13,3 % jakieś 350 metrów przed kulminacją wzniesienia. Wykres z mego licznika pokazuje, że w 19 punktach tego podjazdu nachylenie drogi przekroczyło poziom 10 %. Według „cyclingcols” tego rodzaju stromizna utrzymuje się na tym wzniesieniu przez 2,5 kilometra. Na ostatnich trzech nie schodzi ani na moment poniżej 7 %. Na podjeździe tym zyskiwałem pozycje, ale powolutku. Nie czułem się najlepiej. Przyznam, że jeszcze na drugiej górze przypominać mi się będzie nasze obfite śniadanie. Na pokonanie tego wzniesienia potrzebowałem 37 minut i 42 sekund przy jeździe ze średnią prędkością 13,7 km/h. Na górze zameldowałem się przed ósmą rano, więc było tam jeszcze dość rześko czyli 16 stopni Celsjusza. Niemniej zapowiadał się ładny dzień.

Po drugiej stronie przełęczy czekał nas niespełna 6-kilometrowy zjazd do Schwarzenbergu. Dość stromy i momentami kręty, z pięknymi widokami na alpejskie łączki. Niemniej wrażenia miałem nienajlepsze. Jak zwykle na początku wyścigu zjeżdżałem słabo i nazbyt ostrożnie, maksymalnie tylko 64,8 km/h. Naturalnie zostałem wyprzedzony przez pokaźne grono swych rywali. Za Schwarzenbergiem należało skręcić na południe i wybrać drogę nr 200. Tu czekało nas 20 kilometrów łatwiejszego terenu z przejazdem przez wioski: Hof, Mellau i Au. Odcinek w dolinie warto było przejechać w liczniejszym towarzystwie. Dlatego po zjeździe rozpaczliwie usiłowałem złapać kontakt z jakąś „ekipą”. Najpierw sam, potem w dwójkę czy w piątkę. Niemniej niektórzy z moich tymczasowych sprzymierzeńców okazują się dla mnie za mocni na płaskim terenie. Ostatecznie dojechała do nas następna grupka i dzięki temu wsparciu przez następne 10-15 kilometrów trzymamy dystans do wyprzedzającego nas oddziału. U podnóża Hochtannbergu (1685 m. n.p.m. – 58,9 km) tuż przed Schoppernau wciąż tracimy do nich około 20 sekund. Drugie wzniesienie zaczęło się dość niepozornie. Przez pierwsze 5,4 kilometra nachylenie ani na moment nie przekroczyło 5 %. W pierwszej połowie wzniesienia przejeżdżamy przez wiele tuneli. W środkowej części stromizna sięga już momentami 9 %. Niemniej zdecydowanie najtrudniej było na sześciu kilometrach przed znacznie łatwiejszym ostatnim. Cała góra miała 17,02 kilometra przy średniej 6 % i max. 16 % na 1600 metrów przed finałem. Stopniowo odrabiałem wcześniejsze straty, zaś na górze zamieniłem kilka słów z innym uczestnikiem tegorocznego Dreilander Giro, który podobnie jak jaj jechał ubrany w charakterystyczny czerwony trykot. Na przełęcz wjechałem w czasie 58 minut i 44 sekund przy średniej 17,6 km/h. Dochodziła godzina 9:30 i mimo wysokości wyższej o przeszło 500 metrów niż na Bodele było tu już 19 stopni.

Na 6-kilometrowym zjeździe do Warth jadę już nieco szybciej max. 68,4 km/h, lecz znów tracę nieco miejsc. We wiosce na 63 kilometrze stanąłem w bufecie na około minutę. Uzupełniłem bidony, łyknąłem kubek coli i zjadłem dwa kawałki banana. Następnie musiałem uważać by nie przegapić wjazdu na drogę nr 198. Następnie trzeba było pokonać 5 kilometrów dojazdu do słynnego ośrodka narciarskiego o jakże piastowskiej nazwie Lech. Na nim po raz pierwszy minął mnie starszawy jegomość z numerem 327 jadący na rowerze Simplon, którym okazał się Niemiec Karl Eisenkolb rocznik 1950! W Lech am Arlberg zaczynał się trzeci podjazd prowadzący na Flexenpass (1773 m. n.p.m. – 77 km). Na przełęcz tą wjechałem już w czerwcu, lecz od przeciwnej, znacznie trudniejszej strony. Tymczasem północna Flexen, przynajmniej na papierze była najłatwiejszym z sześciu wzniesień tego wyścigu. Ledwie 6,59 kilometra przy umiarkowanym średnim nachyleniu 5,2 % przy max. 10 % na początku drugiego i pod koniec szóstego kilometra. Podjazd ten zacząłem w grupce składającej się m/w z tuzina kolarzy, z których większość zostawiłem wkrótce za plecami. Po drodze trzeba było pokonać dwa tunele. Ten drugi bardzo długi czyli 1300 metrów z prześwitami. Pod koniec tej wspinaczki przejechałem przez wioskę Zurs, która w deszczu i mgle podczas mojej czerwcowej wizyty na pobliskiej przełęczy była zupełnie niewidoczna. To wzniesienie pokonałem w 23 minuty i 15 sekund z przeciętną 17m4 km/h, pod koniec wciągając na górę wspomnianego Niemca. Flexenpass jest najwyższym punktem na trasie Highlander Radmarathon – mimo to około 10:10 w ten słoneczny dzień było tu już całkiem przyjemnie. Temperaturka 22 stopnie. Mieliśmy za sobą połowę zaplanowanych podjazdów, lecz do mety brakowało nam jeszcze 110 kilometrów.

Wiedziałem, że na pierwszych kilometrach zjazdu będzie dość niebezpiecznie. Już na dojeździe do Arlbergstrasse czyli drogi nr 197 trzeba było przebrnąć przez stary i ciemny, a w dodatku mokry i kręty tunel o długości 1300 metrów. Odpuściłem sobie jazdę z lepszym technicznie Karlem. Za tunelem było trochę płaskiego terenu, a na rozjeździe trzeba było skręcić w prawo i dalej ostro zjeżdżać sunąć w kierunku Bludenz. Na stromym przed Stuben straciłem kilka pozycji. We wsi zerwano dwa kawałki asfaltu. W jedno z takich zaskakujących obniżeń nawierzchni dość mocno „przygrzałem” i to przy prędkości 60 km/h. Na szczęście nie straciłem kontroli nad rowerem, zaś obręcz (czyli odkurzona po latach solidna Rigida DPX) też wytrzymała impet uderzenia. Ba, nawet dętki nie dobiłem czego też się obawiałem. Ogólnie zjazd był znacznie przyjemniejszy niż w czerwcu, gdy było tu dobre 10 stopni mniej i przez kilkanaście kilometrów mocno zacinał deszcz. Za Stuben kolejne  tunele, lecz tym razem szybkie bo z łagodnymi łukami. Pierwszy 1800 metrów, zaś drugi kolejne 800 metrów w ukryciu przed słońcem. Jechałem dłuższy czas sam, po czym na wysokości Klosterle złapał mnie jakiś gość i oda razu próbował urwać, choć zjazd robi się już znacznie lżejszy i rozsądniej było w takim terenie współpracować. Nie chciałem się z nim dłużej szarpać, iż przy przejeździe przez Wald odpuściłem. Słusznie zrobiłem bowiem już w Dallas, gdzie dwa miesiące zrobiłem sobie nawrót i początek powrotnego podjazdu, złapało mnie trzech mocnych zawodników, a nieco niżej jeszcze dwóch kolejnych. W takim składzie szybko doszliśmy wspomnianego „asa”. W początkowej fazie zjazdu „rozwinąłem się” do 72 km/h, lecz teraz mimo łagodniejszego terenu nadal jechało się szybko przy średniej powyżej 40 km/h, zaś momentami prawie 60 km/h. Najmocniejsze zmiany wśród nas dawał Erwin Steiner, wysoki Szwajcar z numerem 515. Po analizie wyników odnalazłem go jednak na 92 miejscu z czasem blisko 5 minut gorszym od mojego.

Widać było, że niektórzy moi towarzysze znają trasę na pamięć czyli ze swoich poprzednich występów w tej imprezie. Na przejeździe przez Bludenz (111 km) było dość niebezpiecznie. Wpadliśmy w regularny ruch samochodowy. Na krętych uliczkach nasza grupka na chwilę się rozpadła. Trzeba też było pokonać kilkusetmetrowy pagórek o przewyższeniu ponad 36 metrów. Tym niemniej do mającego strategiczne znaczenie miasteczka Ludesch dojechaliśmy zgodnie. Kolarze mniej ufni w swe możliwości, którzy zapisali się na Rund um Vorarlberg musieli pozostać na drodze nr 193, zaś następnie kontynuować swą jazdę po L50 już do końca wyścigu pozostając w dolinie Renu. Natomiast uczestnicy Highlandera na wyjeździe z tej miejscowości mieli skręcić w prawo na drogę L88 by rozpocząć czwarty podjazd na trasie tego wyścigu czyli Raggal (978 m. n.p.m.). To miał być początek najtrudniejszej części tej imprezy. Na kolejnych 31 kilometrach czekały nas bowiem trzy wzniesienia o łącznej długości 23,4 kilometra i przewyższeniu około 1600 metrów. Jedna wspinaczka po drugiej przedzielone jedynie dwoma krótkimi zjazdami. Dlatego też w Ludesch (117,3 km) zdecydowałem się stanąć na kolejną minutkę by po raz drugi skorzystać ze strefy bufetu. Uzupełniłem bidony, napiłem się coca-coli i tym razem również red bulla, po czym wziąłem do ssania kostkę Dextrozy, którą dostałem od Darka jako szybki zastrzyk cukru na czarną godzinę. Nie miałem kryzysu, ale wolałem uprzedzić jego nadejście. Po tankowaniu na bufecie podjazd pod Raggal (124,5 km) zacząłem z animuszem i szybko złapałem tych swoich rywali, których na początku wzniesienia miałem w zasięgu wzroku. W połowie podjazdu przegoniłem zawodnika z „sąsiednim” numerem 556. Wspinaczka była relatywnie krótka, ale dość treściwa tzn. 6,35 kilometra przy średniej 6,8 %. Najtrudniejsza na początku, szczególnie na drugim kilometrze, gdzie stromizna czterokrotnie skoczyła do poziomu 11,7 %. Odsapnąć można było tylko na łatwiejszym czwartym kilometrze. Całą górkę pokonałem w 26 minut i 18 sekund przy średniej prędkości 14,7 km/h.

Do końca podjazdu zyskiwałem pozycje, zaś na 5-kilometrowym zjeździe do Garselli rozgrzany wyścigiem radziłem sobie już znacznie pewniej niż o poranku. Nie oznacza to jednak, że w pełni obroniłem swe wcześniejsze zyski. Za mostem nad rzeczką Marulbach trafił się też łagodny, kilkusetmetrowy podjazd przed osadą Plazera. Na końcu zjazdu skręciliśmy w prawo wracając na drogę nr 193 by już po kilkuset metrach płaskiego zacząć podjazd pod Faschinajoch (1485 m. n.p.m. – 139,4 km). Biorąc pod uwagę jego profil tzn. 9,44 km przy średniej 8,2 % jak i usytuowanie na trasie zapowiadał się on na najtrudniejsze wzniesienie wyścigu. Już pod koniec pierwszego kilometra tej wspinaczki chwilowa stromizna sięgnęła 12 %. Minąłem tu słabnącego rywala, zaś od przydrożnego kibica złapałem w locie kubek z wodą. Przed wioską Sonntag teren nieco się uspokoił. Przez prawie trzy kilometry nachylenie nie przekroczyło 8,5 %. Potem jednak przyszła pora na trudne półtora kilometra po serpentynach z Bucholz do Fontanelli. Na jego początku czyli po pokonaniu 3,8 kilometra podjazdu stromizna sięgnęła nawet 16 %. Powoli wyprzedzałem następnych konkurentów m.in. w połowie wzniesienia na wirażu podpartym wysokim filarem dogoniłem wspominanego Karla. Kryzys dopadł mnie na ostatnich trzech kilometrach wzniesienia, które miały średnie nachylenie 9,6 % i max. 16 % jakieś 2100 metrów przed przełęczą. Jechałem z prędkością oscylującą między 9 a 11 km/h. Jednak nie tylko ja miałem tu problemy. Tak po lewej jak i prawej stronie drogi widziałem odpoczywających kolarzy, którzy chwilowo nie mieli sił na dalszą jazdę. Z wielkim mozołem dogoniłem zawodnika z numerem 333, jadącego w koszulce wręczanej uczestnikom słynnej etapówki Transalp. Okazał się nim kolejny Niemiec Thomas Fechtig rocznik 1968, a więc liczony tak jak Darek do kategorii wiekowej bis 55. Odrobinę odpoczynku dał mi 400-metrowy tunel kończący się niespełna kilometr przed finałem. Przepychając przełożenie 39/24 wjechałem na górę w czasie 47 minut i 16 sekund w tempie 12,2 km/h.

Na przełęczy podobnie jak w Raggal było 26 stopni, więc będąc wyczerpany pokonanym właśnie podjazdem podobnie jak kilku moich rywali zatrzymałem się sto metrów przed przełęczą przy korytku ze źródłem życiodajnej wody. Przepłukałem sobie twarz i napełniłem jeden z bidonów tracąc kolejna minutę. Dwukilometrowy zjazd do Damuls, choc o maksymalnym spadku tylko 9 % okazał się bardzo szybki. Na jego początku przy przelocie przez dobrze oświetloną galerię pobiłem swój tegoroczny rekord prędkość. Licznik wyświetlił mi 81,8 km/h. Po zjechaniu do Damuls i pokonaniu czterystu płaskich metrów skręciłem w lewo na Furkajoch (1760 m. n.p.m. – 149,6 km). Na samym początku wzniesienia stanąłem po raz czwarty i ostatni na kolejnym bufecie (142,1 km) chcąc się dobrze przygotować od ostatniej wspinaczki. Ponownie napiłem się coli i zjadłem dwa kawałeczki arbuza, ten soczysty owoc zasmakował mi tu jak nigdy. Pierwszy kilometr wzniesienia okazał się łatwy. Znacznie trudniej było na drugim o średniej 8,9 % i max. 15 %. Potem nie najłatwiejszy trzeci czyli 7,4 % przy max. 10 % i najtrudniejsze było już za mną. Tymczasem już na pięć kilometrów przed finałem wspinaczki w oddali po lewej stronie widać przełęcz.  W środkowej fazie wzniesienia można było odpocząć, gdyż nachylenie nie przekraczało tu 5 %. Do kolejnego wysiłku zmuszały dopiero dwa ostatnie kilometry o średniej 5,7 % przy max. 8,6 %. Nie daję się dojść Thomasowi, łapię dwóch kolarzy przede mną ponownie witając się z Karlem, zostawiam ich z tyłu, zaś na ostatnich kilkuset metrach wyprzedzam też zawodnika z nr 324 Austriaka Klausa Drexlera. Ze wspomnianą trójką przyjdzie mi się ścigać oraz współpracować na ostatnich 33 kilometrach wyścigu. Ostatni podjazd pokonałem w czasie 31 minut i 55 sekund w tempie 14,8 km/h. W sumie około 4 godziny i 15 minut spędziłem tego dnia na podjazdach. Teraz pozostał mi już tylko do przejechania niespełna 21-kilometrowy zjazd oraz ostatnie 12 kilometrów już raczej po płaskim do mety w Hohenems.

Na zjeździe jechałem szybko (momentami + 70 km/h) i pewnie, nawet na stromym i trudnym technicznie odcinku w lesie przed Bad Laterns. Przez chwilę zrobiło się bardzo niebezpiecznie, gdy przy prędkości około 60 km/h po wyjeździe zza jednego z zakrętów przed sobą ujrzałem blokadę. To znaczy stojące naprzeciwko siebie samochody, które na wąskiej drodze miały problem by się minąć. Na szczęście udało mi się znaleźć lukę między tym zjeżdżającym a murkiem wzmacniającym zbocze góry. Przebrnąłem cały i zdrowy, podobnie jak jadący bezpośrednio za moimi plecami Klaus. Uciekł mi on na ostatnich zakrętach przed wywłaszczeniem, więc wymagający więcej wysiłku niż koncentracji odcinek do Laterns pokonałem samemu. Przed ostatnią tercją zjazdu doszedł mnie Karl i po chwili zostawił w tyle mimo, że chwilowo spowolnił go startujący z tamtejszego przystanku autobus. Około 5 kilometrów przed końcem zjazdu czyli w okolicy dwóch długich tuneli dopada mnie Thomas z numerem 333. Niemniej jedzie dość ostrożnie i nie ucieka mi wśród asystujących nam samochodów. Tymczasem ja dobrze składam się w zakrętach na wysokości Zwischenwasser i na końcu zjazdu tracę do niego tylko 20 metrów. Trasa nie wiedzie dalej przez most do centrum Rankweil, albowiem tuż przed rzeczką Frutz należało zjechać z drogi L51 i skręcić w boczną ulicę Arkenstrasse ku Muntlix. Już po chwili jechaliśmy razem i wspólnymi siłami szybko doszliśmy Karla i Klausa. Po przejechaniu półtora kilometra od końca zjazdu byliśmy już na Walgaustrasse czyli wiodącej prosto do mety drodze L50. Wyprzedzamy znacznie słabszy od nas uczestników Rund um Vorarlberg. Na wyjeździe z terenu zabudowanego jakieś 7,5 kilometra przed metą trafiła się nam niespełna kilometrowa hopka o nachyleniu dochodzącym do 9 %. Tu najpierw zgubiliśmy Klausa, a następnie sam odjechałem Karlowi i Thomasowi. Niemniej nie miałem sił na solową akcję i jadąc dalej z małą rezerwą pozwoliłem im się dojść.

Tymczasem na wyjeździe z Gotzis jakieś 3,5 kilometra przed metą zamiast za rondem jechać dalej po naszej drodze nr 190 (czyli L50) zawierzając Karlowi wybieramy drogę nr 203 (L47). Nasz weteran szybko koryguje swój błąd, więc na skróty przez teren stacji benzynowej wracamy na właściwy szlak. Tracimy na tym kilkanaście sekund, więc chwilowo wyprzedza nas Klaus. Niemniej goni on resztkami sił, więc go szybko dochodzimy i pracujemy w zasadzie w trójkę, przy czym najmocniejsze zmiany daje Thomas. W końcówce droga delikatnie się wznosi (max. 3,3 %). Wygląda to trochę jak „falsopiano” na ulicach Roubaix. Niby nic wielkiego, ale wystarczyło by zamęczyć zjechanego Klausa. Tuż przed końcem wyścigu moi kompani z radością stwierdzają, że wyrobi się w czasie poniżej 7 godzin. Dla mnie to również sukces. Na finiszu przy Schlossplatz było minimalnie z górki, lecz tylko minimalnie przyśpieszyliśmy. Jako pierwszy i zarazem 87 w „generalce” mija metę Thomas, potem ja i na końcu Karl. Klaus traci do nas 22 sekundy. Mój oficjalny czas to 6 godzin 55 minut i 8 sekund. Jestem 88. i przy okazji 30. w najmłodszej kategorii wiekowej bis-35. Trasę Highlander RM pokonało w sumie 313 osób. Odejmując sekundowe straty na starcie jechałem przez 6 godzin 54 minuty i 25 sekund przy średniej 26,422 km/h. Licznik pokazał mi dystans 182,5 kilometra i łączne przewyższenie „tylko” 3803 metrów. Do zwycięzcy wyścigu 21-letniego Szwajcara Remo Schulera straciłem niespełna półtorej godziny. Wygrał on w czasie 5 godzin 26 minut i 20 sekund wyprzedzając o minutę i 53 sekundy Austriaka Philippa Gotsch’a. Schuler zapewnił sobie kontrakt na sezon 2012 z kontynentalną ekipą Team Vorarlberg. Tymczasem „mój dobry znajomy” Karl zajął czwarte miejsce z najstarszej kategorii uber-55. Co więcej dwa tygodnie później ukończy jeszcze trudniejszy Oetztaler Radmarathon w czasie około 9 godzin i zajmie wśród „staruszków” wyśmienite trzecie miejsce.

Po dotarciu na metę oddałem chipa, odzyskałem kaucję 20 Euro i odebrałem pamiątkowy medal. Niestety inaczej niż na Dreilander Giro nie rozdawano tu koszulek. Potem zjechałem do samochodu, przebrałem się i wróciłem „po cywilnemu” w rejon miasteczka startowego coś wypić, przekąsić i przede wszystkim aby poczekać na przyjazd Darka. Na mecie panuje prawdziwie piknikowa atmosfera. Sprzyja temu pogoda czyli słoneczko i 31 stopni. Funduje sobie owocowe lody w nagrodę za udany występ. Dostałem sms-a od bardzo zadowolonego Kuby, który po alpejskim treningu rządził tej niedzieli w gdańskim peletonie zbierającym się w Osowej. W końcu przyjechał Darek zmęczony, ale w dobrym nastroju. Na początku ciężko mu się jechało, ale z biegiem czasu złapał właściwy rytm jazdy na jaki stać go było przy braku odpowiednich przygotowań. Tym razem nie miał żadnych problemów ze sprzętem co było jego zmorą na czerwcowym wyścigu. Mój kolega uzyskał czas 8 godzin 40 minut i 39 sekund co dało mu 245 miejsce. Zszedłem wraz z nim do samochodu po czym wróciliśmy w rejon mety załatwić po wyścigowe formalności. Dario robi jeszcze zdjęcia zabytkowym autom stojącym na Kirchplatz, po czym szybko wracamy na stancję do Dornbirn. Na miejscu myjemy się, odpoczywamy i zapada decyzja. Czujemy się na tyle dobrze by rozpocząć powrót do kraju jeszcze tego samego dnia. Skracamy więc pobyt i wyjeżdżamy do domu około 19:30. Nasza gospodyni zwraca nam większą część zapłaty za drugi nocleg. Tym sposobem zaoszczędzamy po 20 Euro. Przyda się na obfitą kolację przed długą podróżą przez Niemcy. Jeszcze w Austrii zatrzymujemy się na stosunkowo tanie tankowanie i przede wszystkim na starówce w Bregencji jemy pizzę w prowadzonej przez włoską rodzinę restauracji „San Giacomo”. Miejscu doprawdy godnym polecenia.

A potem już rutyna czyli noc na niemieckich autostradach i na wysokości Kołbaskowa wjazd do kraju wąskich dróg i niezliczonych fotoradarów. Tak skończyła się moja trzecia i ostatnia wyprawa w sezonie 2011. Podobnie jak dwie poprzednie zakończona pełnym sukcesem. Wiele pięknych miejsc widzianych po drodze. Wszystkie zaplanowane podjazdy wzięte i to pomimo kiepskiej pogody w pierwszych dniach tej wycieczki. W sumie dziewiętnaście wzniesień, w tym tak wielkie „smoki” jak: San Bernardino, Spluga czy Maloja. Finałowe góry rodem z Giro d’Italia (Cascata del Toce i Macugnaga) oraz Tour de Suisse (Bosco Gurin, Flumserberg i książęcy Malbun). Poza tym słabiej znane, ale bardzo trudne wspinaczki pod Alpe di Neggia czy Furkajoch. Program miałem bogatszy niż w czerwcu czy lipcu. W ciągu 10 dni przejechałem 785 kilometrów o łącznym przewyższeniu 20.055 metrów. Po powrocie do kraju pozostały mi już tylko kaszubskie pagórki. Natomiast ostatnim celem na rok 2011 było przejechanie po raz trzeci w życiu dziesięciu tysięcy kilometrów w sezonie. Udało mi się dzięki własnej upartości, cierpliwości Iwony, treningowej asyście Marka Rosińskiego, a także ciepłej jesieni i późnemu nadejściu zimy. Licznik stanął na liczbie 10.110 kilometrów. Tymczasem czas już kończyć kolarski sen zimowy spędzony na snuciu górskich opowieści z minionego lata. Pora wziąć się za pierwsze treningi przed kolejnym sezonem. Pomysłów na rok 2012 nie brakuje. Niemniej ich ostateczny kształt oraz możliwość realizacji zależeć będzie jak zwykle od ilości czasu wolnego, dostępnego budżetu oraz ludzi chętnych do współpracy.

Napisany w Gran Fondo | Możliwość komentowania Highlander Radmarathon została wyłączona

Dreilander Giro

Autor: admin o 26. czerwca 2011

Start wyścigu szlakiem trzech krajów wyznaczono o nieludzko wczesnej porze czyli godzinie 6:30. Dzięki sobotniej wycieczce do doliny Mustair wiedzieliśmy, że potrzebujemy około pół godziny na dojechanie z Prutz do Nauders, które w ostatni weekend czerwca staje się prawdziwą stolicą austriackiego kolarstwa szosowego w amatorskim wydaniu. Poza tym przed opuszczeniem domu Państwa Sailer musieliśmy jeszcze zjeść szybkie śniadanie. Natomiast po dojechaniu do Nauders zakładałem, iż potrzebny będzie nam kwadrans na znalezienie parkingu, spokojne wypakowanie się i sam dojazd w rejon startu, gdzie mieliśmy się wtopić w nieprzebraną rzeszę gotowych do startu cyklistów. Dlatego też chcąc nie chcąc musieliśmy być „na nogach” już przed godziną 5:00. Główną atrakcją Dreilander Giro jest nie skala trudności, lecz specyfika tego wyścigu tj. okoliczność, iż poprowadzony jest on górskimi drogami aż trzech alpejskich państw: Austrii, Włoch i Szwajcarii. Nadaje mu to niemal unikalny charakter w skali europejskiej. Podczas wcześniejszych startów w tego typu zawodach zdarzyło mi się przekraczać granicę państwową jedynie w lipcu 2006 roku na słowacko-polskim maratonie Około Vysokich Tatier. Natomiast spośród innych znanych mi imprez Starego Kontynentu podobny trans-graniczny rys ma tylko trasa pirenejskiego maratonu Quebrantahuesos. Aczkolwiek i ona  ogranicza się do terytoriów tylko dwóch krajów tzn. Hiszpanii i Francji. Co innego ultra-maratony takie jak wspominany przez mnie: Race Across the Alps czy lipcowy Le Tour du Mont Blanc, które ze względu na znacznie większy dystans mogą sobie łatwiej pozwolić na wizytę w aż trzech sąsiadujących z sobą państwach.

Natomiast jeśli chodzi o skalę trudności Dreilander Giro nie wyróżnia się spośród najbardziej prestiżowych imprez z kategorii Gran Fondo. Na tle tuzina przejechanych przeze mnie dotąd wyścigów tak pod względem dystansu jak i profilu musiałbym go zaliczyć do grona łatwiejszych. Niemniej zawsze wybierałem sobie imprezy możliwie najtrudniejsze, więc ma on pozycję niską, acz w doborowym gronie.  W „menu” przygotowanym przez organizatorów z Nauders znajdują się dwie opcje trasy. Dłuższa o długości 168 kilometrów, zawiera trzy zasadnicze podjazdy tzn. Stelvio, Fuorn (niem. Ofen) oraz Norbertshohe o łącznym przewyższeniu 3300 metrów. Ze względu na główny punktu swego programu ochrzczono ją z niemiecka Stilfserjoch. Wersja krótsza liczy sobie 134 kilometrów o łącznej amplitudzie 2020 metrów, gdyż od północy omija przełęcz Stelvio. Zamiast tego przemierza jednak całą dolinę Mustair czyli oferuje pełny podjazd pod przełęcz Fuorn z początkiem w Glorenzy. Bez żadnych wahań wybraliśmy dłuższą wersję trasy, jako że z wyżej opisanych względów była ona jak najbardziej w zasięgu naszych możliwości. Dlatego też w przeddzień wyścigu „na odprawie” otrzymaliśmy białe numery startowe: ja 2176, zaś Darek znacznie niższy 704. Niemniej nie miało to najmniejszego znaczenia dla naszych pozycji startowych. Owszem faworyci wyścigu jak zawsze mieli zapewnione pozycje w pierwszych rzędach wielkiego peletonu. Niemniej za nimi nie było podziału na sektory, więc pozostali uczestnicy zajęli miejsca na starcie wedle kolejności przybycia w rejon startu, aczkolwiek bliżej czoła kilkutysięcznego mrowiska można się  było nieco przepchać.

Wobec bardzo wczesnej pory na starcie było rześko, ale bynajmniej nie zimno tzn. 13 stopni Celsjusza. Niemniej niebo mimo wcześniejszych optymistycznych prognoz było jeszcze zachmurzone. Ubrałem się w krótkie spodenki, nogawki ¾, dwie koszulki z krótkimi rękawami, wiatrówkę i rękawki – strój w sam raz na start, lecz z biegiem czasu część tej odzieży przestała mi być przydatna i niepotrzebnie wiozłem ją na sobie, zamiast to i owo schować do kieszeni. Stanąłem mniej więcej w środku peletonu, więc na przekroczenie linii startu po strzale startera czekałem dobrą minutę. Zaraz po przejechaniu pod bramą startową należało skręcić w lewo na drogę nr 180 i przeciskać się do przodu na długiej prostej prowadzącej ku Reschenpass (1504 m. n.p.m.). Od startu do włoskiej granicy było ledwie 4,5 kilometra, lecz po wjechaniu do Italii jeszcze przez kilka minut trzeba było jechać po delikatnie wznoszącym się terenie. Ogółem na pierwszych siedmiu kilometrach do pierwszej włoskiej wsi o nazwie Resia musieliśmy pokonać 178 metrów przewyższenia. Z kolei kolejne siedem kilometrów prowadziło po płaskowyżu, wzdłuż sztucznego jeziora o tej samej co wieś nazwie. Minęliśmy wioskę Curon Venosta, zatopiony kościół i serię krótkich galerii na południowo-wschodnim brzegu Lago di Resia. Chwilę później przemknęliśmy przez San Valentino alla Muta i zostawiwszy za plecami kolejne jeziorko Lago di Muta tj. po przejechaniu 19 kilometrów rozpoczęliśmy na dobre szybki zjazd ku dolinie Venosta.

Niestety w moim przypadku tradycji stało się tu zadość. Zazwyczaj na pierwszym zjeździe w trakcie tego typu wyścigu czuję się niepewnie. Jadę bojaźliwie i popełniam błędy techniczne. Cóż, niczym Pan Zagłoba nie lubię tłoku w tego rodzaju sytuacjach. Później bywa już znacznie lepiej tzn. z biegiem kilometrów rozgrzany przebiegiem rywalizacji przy rozrzedzonej stawce uczestników potrafię lepiej oszacować ryzyko i wybierać właściwy tor jazdy. Tymczasem w porannym tłoku gdy ludzkie torpedy co chwilę wyskakują mi zza placów dbam tylko o to by bezpiecznie zjechać na sam dół. Tym razem rozpędziłem się tylko do prędkości 67 km/h i miałem wrażenie, że „biorą mnie” wszyscy, chciałoby się rzec: dzieci, starcy i kobiety. Zjazd nie był stromy, liczył sobie niespełna 10 kilometrów o średnim nachyleniu 5,4 %. Niemniej niemal na całej swej długości prowadził szeroką szosą z długimi prostymi i łagodnymi wirażami, więc można się było mocno rozpędzić i zarazem umiejętnie składając się w zakrętach niewiele stracić z nabranej prędkości. Moje obawy na tym zjeździe potęgowane były jeszcze dźwiękami dochodzącymi z tylnego koła. Po tygodniach spokoju odezwał się irytujący efekt uboczny usterki w moim kole Mavic Aksium. Na ile pojąłem fachowe wywody Czarka Fabijańskiego (szefa serwisu z MT Bike w Gdyni) wewnątrz piasty ułamały się wypustki od zapadki, która przez to nie trzymała się  prawidłowo i gdy na zjeździe nie pedałowałem klinowała się między piastą a korpusem bębna wydając z siebie ów donośny zgrzyt. Z głównej drogi czyli „krajówki” SS-40 zjechaliśmy za miasteczkiem Malles Venosta (1051 m. n.p.m.) na dwukilometrową lokalną dróżkę prowadzącą ku Glorenzy (908 m. n.p.m.), gdzie przez starą bramę wpadliśmy na „kocie łby” tamtejszej starówki.

Potem czekało nas jeszcze siedem kilometrów po lekko pofałdowanym terenie na lokalnej drodze biegnącej równolegle do Adygi tj. rzeki, która za włoskich rządów dała nazwę całemu temu regionowi. Na końcu tego docinka ostry zakręt w prawo wprowadzał nas na prowadzącą ku Lombardii drogę krajową SS-38. Bramą do tej krainy jest najwyższa z włoskich przełęczy drogowych czyli Stelvio (2758 metrów n.p.m.). Prawdziwa legenda tak w historii światowego kolarstwa jak i arcydzieło w dziedzinie drogowej architektury. Oryginalna droga przez tą niebotyczną przełęcz została wytyczona już w latach 1822-1825 za sprawą cesarza Ferdynanda I Habsburga, który w owym czasie rządził również Lombardią i zażyczył sobie krótszej dotąd istniejących drogi z Tyrolu do Mediolanu. Zlecenie na zaprojektowanie i wybudowanie drogi, która połączy tyrolską Val Venosta i lombardzką Valtellinę otrzymał Carlo Donegani, inżynier rodem z Brescii, który wcześniej wykonał już podobną robotę na przełęczy Spluga. Minęły niespełna cztery dekady i Włosi pod przywództwem Giuseppe Garibaldiego zjednoczyli swe ziemie. Tym samym teren po południowo-zachodniej stronie tej przełęczy przeszedł pod panowanie Króla Włoch. Co więcej po zakończeniu I Wojny Światowej Italia przejęła również rządy nad rdzennie „niemieckim” Południowym Tyrolem i Stelvio vel Stilfserjoch znów przybrała postać granicy wewnętrznej, lecz tym razem między włoskimi regionami.

Na karty kolarskiej historii Passo dello Stelvio trafiła dopiero kilka lat po II Wojnie Światowej. Dokładnie 1 czerwca 1953 roku na przedostatnim etapie 36. Giro d’Italia. Po odcinku do Bolzano wszystko wskazywało na to, iż wyścig ten podobnie jak w 1950 roku wygra Szwajcar Hugo Koblet. Tymczasem włoski „mistrz nad mistrzami” Fausto Coppi zgubił Helweta po tyrolskiej stronie Stelvio i dotarł do mety w Bormio z przewagą niemal trzech i pół minuty, dzięki czemu po raz piąty i ostatni wygrał wyścig Dookoła Włoch. W późniejszych latach Stelvio zagościło na trasie Giro tylko siedmiokrotnie. Zazwyczaj wspinano się od dobrze mi znanej północno-wschodniej strony. W 1961 roku zwyciężył tu jak i na dole w Bormio słynny „Anioł Gór” czyli Charly Gaul. Jednak ten sukces dał Luksemburczykowi tylko czwarte miejsce w „generalce”, zaś wyścig wygrał Włoch Arnaldo Pambianco. Cztery lata później przełęcz jedyny raz była forsowana od południowego-zachodu, lecz ze względu na lawinę wspinaczkę zakończono na poziomie 1908 metrów n.p.m., zaś wygrał Włoch Graziano Battistini, drugi kolarz Tour de France 1960. W latach siedemdziesiątych na Stelvio dwukrotnie wyznaczono etapowe finisze, w tym raz metę całego wyścigu! W 1972 roku Hiszpan Jose Manuel Fuente nieznacznie wyprzedził Baska Francisco Galdosa, lecz przede wszystkim zdystansował prowadzącego Eddy Merckx’a o ponad dwie minuty. Trzy lata później kończące się na Stelvio Giro d’Italia zdominowali dwaj kolarze.  Wspomniany już Galdos odniósł „pyrrusowe zwycięstwo” tzn. wygrał ów ostatni etap, lecz nie zdołał zgubić niespodziewanego lidera czyli Włocha Fausto Bertoglio i przegrał cały wyścig o skromne 41 sekund.

W ostatnich trzech dekadach Stelvio pojawiło się szlaku Giro tylko trzykrotnie i za każdym razem z dala od etapowej mety, którą wyznaczano w Sondrio (rok 1980), w Aprice (1994) i Livigno (2005). W 1980 roku zjazd i długi płaski odcinek do mety nie okazał się przeszkodą dla Francuza Bernarda Hinault, który z pomocą swego rodaka i kolegi z drużyny Jean’a-Rene Bernaudeau zadał nokautujący cios prowadzącemu w wyścigu Włochowi Wladimirowi Panizzy. Obecny dyrektor sportowy ekipy Europcar wygrał premię górską i etap, zaś sławny „Borsuk” zapewnił sobie pierwsze ze swych trzech generalnych zwycięstw w Giro. W 1994 roku na Stelvio pierwszy wjechał Włoch Franco Vona, lecz po kolejnych wspinaczkach, pod Mortirolo i San Cristina bohaterem dnia został młodziutki Marco Pantani. Natomiast w 2005 roku premię „Cima Coppi” wygrał Wenezuelczyk Jose Rujano, etap padł łupem Kolumbijczyka Ivana Parry, lecz wydarzeniem dnia był wielki kryzys głównego faworyta wyścigu czyli Ivana Basso, który do Livigno dojechał ostatkiem sił ze stratą 42 minut. W przyszłym roku na Stelvio powinno być znacznie ciekawiej. Na przełęczy po raz trzeci wyznaczono metę etapu i to przedostatniego, więc mogą się tu rozstrzygnąć losy zwycięstwa w 85. Giro d’Italia. Tym razem sceną owej batalii będzie jednak ciut łatwiejsza lombardzka strona tej przełęczy. W 2010 roku przetestowały ją panie uczestniczące w 21. Giro Donne, zaś najszybciej wspinała się Amerykanka Mara Abbott, która dzięki zwycięstwom w Livigno i na Stelvio wygrała ten wyścig.

Tyrolskie oblicze włoskiego Olbrzyma miałem okazję poznać przed laty. Ba, była to jedna z pierwszych gór (dokładnie trzecia po Pillerhohe i Kaunertal), którą dane mi było zdobyć w trakcie swej pierwszej alpejskiej wyprawy z lipca 2003 roku. Trzy lata później powtórzyłem ten wyczyn w towarzystwie m.in. Darka, więc również dla mego kolegi wjazd na Stelvio był „powtórką z rozrywki”. Do Prato allo Stelvio (na 37 kilometrze) dojechałem w czasie 55 minut. Pomny dawnych doświadczeń wiedziałem, że około 24-kilometrowa wspinaczka pod Stilfserjoch zajmie mi najbliższe dwie godziny. Po wjeździe na drogę SS-38 czekało nas „na dzień dobry” kilkaset metrów niemal płaskiego terenu, a dalej już sam podjazd, stopniowo rozkręcający się. Na pierwszych kilometrach minęliśmy kolorowe stoisko miejscowego rzemieślnika. Wśród jego dzieł najbardziej przykuwały wzrok wysokie na trzy metry indiańskie totemy. Po przejechaniu 3,7 kilometra przeskoczyliśmy na lewy brzeg potoku w miejscu zwanym Ponte Stelvio, zaś po przebyciu 5,9 kilometra wjechaliśmy do wioski Gomagoi, gdzie minęliśmy odchodzącą w lewo drogę ku wiosce Solda. Przejechawszy 7,1 kilometra schowaliśmy się pod dachem około 300-metrowej galerii. Dopiero w tej okolicy stromizna stała się bardziej odczuwalna, lecz wciąż jeszcze droga wiodła do góry po długich prostych odcinkach. To miało się zmienić dopiero po przejechaniu 9,8 kilometra czyli po wyjechaniu z wioski Trafoi i minięciu hotelu o stosownej dla tego miejsca nazwie „Bellavista”. To tu na wysokości około 1540 metrów n.p.m. zaczęło się odliczanie serpentyn. Niech się schowa L’Alpe d’Huez i jego słynne 21 wiraży. Po tyrolskiej stronie Stelvio tego typu zakrętów jest aż 48, zaś po lombardzkiej „tylko” 36.

Z tego miejsca do przełęczy pozostało jeszcze 14 kilometrów i 1220 metrów przewyższenia czyli bardzo wymagający odcinek o średnim nachyleniu 8,6 %. Na trzynastym kilometrze pierwsza bardzo gęsta seria serpentyn. Tymczasem po przejechaniu 15,3 kilometra i dotarciu na wysokość około 2000 metrów n.p.m. powoli otwierał się przed nami bajeczny widok na Passo dello Stelvio i liczne serpentyny, które na ostatnich kilometrach miały nam ułatwić zdobycie tej przełęczy. Na zakręcie nr 24 cel naszej wspinaczki mieliśmy już „na widelcu”, lecz do szczytu pozostawało jeszcze niemal siedem kilometrów. W zasadzie na całej długości podjazdu zyskiwałem pozycje. Oczywiście nie stać mnie było na żadne szarże, musiałem jechać ostrożnie i dbać o to by nie przeliczyć się z własnymi siłami. Jak to zwykle bywa uwagę skupiłem na osobie jednego z konkurentów jadących w podobnym do mojego tempie i tak wedle odległości od starszego jegomościa w koszulce z napisem Otztal oceniałem swoją jazdę. Po przejechaniu 17,4 kilometra na zakręcie nr 22 minęliśmy zjazd ku górskiemu hotelowi Franzenshohe. Tymczasem na ostatnich kilometrach firmy współpracujące z organizatorami wyścigu przygotowały sobie kilka foto-punktów, gdzie nasz wysiłek mógł zostać uchwycony w kadrze przez fotografów z „Sportograf” czy „First Foto Factory”. Zgodnie z oczekiwaniami wjechałem na Stelvio w czasie poniżej dwóch godzin. Pokonanie 24,9 kilometra od zakrętu w Prato allo Stelvio zajęło mi 1 godzinę i 56 minut. Na szczycie było 13 stopni Celsjusza i jak zwykle dość gwarno. Nie brakowało stoisk z ciepłą odzieżą, w tym ze stricte kolarskimi ciuchami.

Miałem za sobą 62 kilometry wyścigu, lecz zarazem przeszło 2000 metrów przewyższenia czyli dobrze ponad połowę z ogólnej skali trudności tej imprezy. Teraz czekał mnie blisko 17-kilometrowy zjazd do Santa Maria in Val Mustair, którego większą część zdążyłem sobie obejrzeć podczas sobotniej wycieczki na przełęcz Umbrail. Najpierw kręte 3,2 kilometra z 10 wirażami do poziomu 2490 metrów n.p.m. przy skręcie ku Giogo di Santa Maria. Potem mały przerywnik do pokonania z rozpędu czyli 200-metrowy hopek do samej granicy szwajcarskiej. Dalej zaś znane mi z dnia wczorajszego 13,4 kilometra z Umbrail ku dolinie Mustair. Najpierw kręte cztery kilometry do Alp Muraunza. Niespełna dwa kilometry później po przeskoczeniu na lewy brzeg potoku Muranzina wjechałem na odcinek, którego szczerze się obawiałem. Jakim cudem Coppi, Bartali, Magni i kolarze jeszcze starszej daty mogli sobie sprawnie radzić, czy nawet atakować ze zjazdu na takiej nawierzchni? Półtorakilometrowy odcinek szutru niemal mnie sparaliżował. Zwolniłem nawet do 20-30 km/h, momentami asekurancko wypinając jedną nogę z pedału. Do tego usztywniłem się na tyle, iż w prawym udzie chwycił mnie lekki skurcz. Odetchnąłem z ulgą jak tylko opuściłem podstępny odcinek „białej drogi”. Oczywiście i na tym zjeździe poniosłem pewne straty. Mogłem tylko pozazdrościć mijającym mnie asom „downhillu” jakości sprzętu oraz techniki jazdy. Dopiero na dole poczułem się jakoś raźniej gdy dopędził mnie gość, w którego rowerze piasta wydawała skowyt jeszcze bardziej doniosły niż wydobywający się z mojego tylnego koła. Na ostatniej prostej rozpędziłem się do 58 km/h nie chcąc zaczynać podjazdu pod Fuorn w samotności.

Na końcu zjazdu skręciliśmy w lewo czyli na zachód w ten sposób łącząc się z trasą przemierzaną przez uczestników wyścigu spod szyldu Munstertal. Od razu czekał nas podjazd pod przełęcz, którą Retowie nazywają Pass dal Fuorn (2149 m. n.p.m.), zaś mieszkający po drugiej stronie „Niemcy” znają jako Ofenpass. Leży ona na „Kresach Wschodnich” Szwajcarskiej Konfederacji i zapewne z tego powodu jak dotąd ani razu nie została wykorzystana przez organizatorów Tour de Suisse! Pojawiła się za to dwukrotnie na trasie Giro d’Italia. W 1972 roku na krótkim etapie z Livigno do Passo dello Stelvio. Przejechano wówczas tylko końcówkę jej zachodniej strony, zaś premię górską wygrał Szwajcar Joseph Fuchs. Od naszej wschodniej strony i to w pełnym wymiarze przebyto ją w 1995 roku na etapie do Lenzerheide-Valbella. Premię górską jak i sam etap wygrał Włoch Mariano Piccoli, który na tym wyścigu wygrał klasyfikację górską, zaś kilka miesięcy później również dwa etapy Tour de Pologne do Zakopanego i Warszawy. W dolinie było 20 stopni Celsjusza, więc powinienem był zdjąć wiatrówkę, czego nie uczyniłem niepotrzebnie przegrzewając się w dalszej części wyścigu. Na początku mieliśmy do pokonania stosunkowo łatwe dwa kilometry do wioski Valchava. Potem podobnej długości, lecz znacznie trudniejszy odcinek przed osadą Furom i znów względny odpoczynek na niespełna 4-kilometrowym odcinku między wioskami Fuldera i Tschierv. W tym czasie załapałem się do m/w 8-osobowej grupki, w której tempo było mocne, acz rwane.

Nasz oddział rozpadł się gdy tylko zaczęliśmy ostatni, zdecydowanie najtrudniejszy fragment podjazdu. Podjazd od Santa Maria ma długość 13,7 kilometra przy średnim nachyleniu 5,65 %, lecz ostatnie pięć kilometrów wzniesienia stanowi niczego sobie wyzwanie. Ten końcowy fragment podjazdu ma średnie nachylenie 8,7 % przy maximum kilkakrotnie sięgającym 12 %. Zmagając się z własną słabością od czasu do czasu mijałem cierpiących znacznie bardziej outsiderów uczestniczących wyścigu Medio Fondo. Pokonanie całego wzniesienia zajęło mi prawie 58 minut. Rzecz jasna mimo narastającego zmęczenia poszło mi sprawniej niż na Stelvio. Olbrzyma przejechałem ze średnią prędkością 12,9 km/h, zaś tą przełęcz w tempie 14,3 km/h. Gdy dotarłem na przełęcz miałem już za sobą 4 godziny i 16 minut wyścigu. Postanowiłem przekąsić co nieco tj. skorzystać z menu przygotowanego w tym miejscu bufetu. Na ten stacjonarny posiłek poświęciłem jakieś półtorej minuty. Byłem już za półmetkiem wyścigu i dwa największe wyzwania miałem też za sobą. Wydawało mi się, że dalej wszystko pójdzie jak z płatka. Pozornie czekał mnie teraz blisko 22-kilometrowy zjazd do Zernez (1472 m. n.p.m.) w Dolnej Engadynie. Najważniejsze było zjechanie do tego miasteczka w jakiejś grupce. Dalej czekał nas bowiem 45-kilometrowy odcinek ku austriackiej granicy, najpierw po płaskim, zaś następnie lekko w dół. Samotna jazda w takim terenie byłaby taktycznym samobójstwem.

Zjazd z Ofenpass do Zernez trudno było jednak nazwać swobodnym lotem ku dolinie. Na miano szybkiego zjazdu zasługiwały tylko pierwsze dwa kilometry. Potem było znacznie łagodniej, zaś po przebyciu niespełna 10 kilometrów i zjechaniu do Punt de la Drossa (1717 m. n.p.m.) droga prowadząca na zachód zaczęła się ponownie wznosić. Zamiast zjazdu czekał mnie teraz liczący 5,1 kilometra i stosunkowo łatwy podjazd pod Ova Spin (1880 m. n.p.m.) o średnim nachyleniu 3,4 %, lecz na ostatnim kilometrze sięgający niemal 9 %. Załapałem się tu, czy też raczej „złowiono mnie” do kilkunastoosobowej grupki, która łagodną część owej górki pokonywała ze średnią prędkością około 22 km/h. Niestety ponownie zaczęły mnie chwytać skurcze i aby jakoś przetrwać ten kryzys w ruchu musiałem wrzucić lżejsze przełożenie i niestety pożegnać się z większością towarzystwa. Po kwadransie ten mini-podjazd miałem za sobą i pozostało mi jeszcze siedem kilometrów drugiej części zjazdu. Na nim też straciłem kilka pozycji, ale ostatecznie udało mi się zjechać do Zernez (114 km) w kilkuosobowej kompanii. W dolinie pomniejsze grupki zaczęły się łączyć i tak już po kilku kilometrach spędzonych na szlaku z Zernez do Susch (120 km), gdzie zaczyna się południowy podjazd pod znana z TdS przełęcz Fluela, jechałem w co najmniej 30-osobowym peletoniku. Jako, że nie czułem się najlepiej miałem nadzieję przetrwać w tej grupie długi odcinek prowadzący doliną Innu do samej Martiny. Chciałem w ten sposób zaoszczędzić nieco sił przed finałowym podjazdem pod Norbertshohe.

Grupa jechała ze średnią prędkością niespełna 40 km/h, lecz nie czułem się w niej komfortowo. W zasadzie walczyłem o przetrwanie. Być może moje wysiłki by się powiodły gdyby nie drogowe pułapki. W dwóch miejscach na odcinku stu-dwustu metrów zerwano asfalt i gotowano się do remontu nawierzchni. Widząc przed sobą tego typu szutrowo-kamienistą niespodziankę zwalnialiśmy, przy czym jedni mniej, inni bardziej i po drugiej takiej przeszkodzie gdzieś nieopodal Giarsun (127 km) straciłem kontakt z moim „pociągiem”. Zostałem sam na polu walki, zaś do Martiny miałem przeszło 30 kilometrów. Na domiar złego przez cały czas wiał mocny przeciwny wiatr ze wschodu. Nieco łatwiej zrobiło się między 130 a 138 kilometrem czyli na łagodnym zjeździe podczas, którego zjechałem z poziomu 1490 na 1240 metrów n.p.m. Jednak na dojeździe do Scuol (140,5 km) znów czekało mnie nieco wspinaczki, co na tym etapie wyścigu, przy niekorzystnym wietrze i temperaturze sięgającej już 32 stopni delikatnie mówiąc nie należało do przyjemności. W dalszej części trasy dogoniłem paru ludzi z trasy Medio Fondo, ale byłem już tak ujechany, że na lekkim zjeździe jeden z nich bez trudu mnie urwał. Moje męki skończyły się 10, może 15 kilometrów przed końcem doliny gdy złapała mnie kolejna grupka rywali. Tym razem nie puściłem już koła i w około 20-osobowym oddziale dojechałem do Martiny (159 km). Przejechanie odcinka z Zernez do Martiny zajęło mi w sumie 1 godzinę i 15 minut przy średniej prędkości 37 km/h.

Po zakręcie w prawo przejechałem mostek nad Innem i tym sposobem po około sześciu godzinach we Włoszech i Szwajcarii wróciłem do Austrii, gdzie o poranku zaczęła się ta przygoda. Z granicznego mostu pozostało nam jeszcze do mety 7,6 kilometra, z czego 5,9 kilometra podjazdu pod Norbertshohe (1405 m. n.p.m.) o średnim nachyleniu 6,4 % oraz końcowe 1700 metrów zjazdu do mety w Nauders na ulicy Muhlenweg. Podjazd okazał się dość wymagający i kręty tj. z 11 wirażami. Pierwsza połowa wzniesienia trzymała na poziomie około 7 %. Zostawiłem za sobą niemal wszystkich rywali z mojej grupki, zaś w samej końcówce wzniesienia złapałem jeszcze kilka osób, które musiały mi odjechać jeszcze na terenie Dolnej Engadyny. Niemal na samym szczycie złapałem i minąłem gościa koszulce Team Leopard. Przejechanie tego podjazdu zajęło mi niespełna 25 minut przy średniej prędkości 14,3 km/h. Na krótkim zjeździe straciłem jedną pozycję, ale nie dałem się złapać sympatykowi Wielkich Kotów z Luksemburga. Pod koniec zjazdu nie dojeżdżając do Reschen Strasse należało skręcić pod kątem 90 stopni w boczną uliczkę, przejechać pod wiaduktem i wpaść na metę wyznaczoną pod dmuchaną, zieloną bramą z napisem Fohrenburger. Gdy zatrzymałem się za metą licznik pokazał mi czas jazdy 6 godzin i 34 minuty i 46 sekund oraz przejechany dystans 166,5 kilometra czyli jakieś półtora kilometra mniej niż podali organizatorzy na stronie wyścigu. Jestem jednak skłonny uwierzyć, że to oni mieli rację. Dodając z lekka opóźniony start i postój na Pass dal Fuorn oficjalny czas był nieco gorszy tzn. 6 godzin 36 minut i 53 sekundy przy średniej prędkości 25,397 km/h.  To wystarczyło do zajęcia 377 pozycji w gronie 2107 mężczyzn, którzy pokonali trasę Gran Fondo. Co ciekawe licznik mi pokazał nieco wyższe od zapowiadanego łączne przewyższenie czyli 3480 metrów

Wyścig wygrał triumfator deszczowego Kaunertaler Gletscherkaiser czyli 30-letni Austriak Klaus Steinkeller, który tym razem dołożył mi przeszło półtorej godziny uzyskując czas 5 godzin 5 minut i 38 sekund. Tuż za nim z czasem 5 godzin i 6 minut finiszował jego rodak Armin Neurauter. Dłuższą trasę przejechały też 132 kobiety, z których najszybsza okazała się Szwajcarka Petra Schwegler. Na pokonanie 168 kilometrów potrzebowała ona tylko 6 godzin 16 minut i 20 sekund. Czas lepszy od mojego uzyskały jeszcze cztery panie, w tym finiszująca na czwartym miejscu Niemka Michaela Mattheis, która trzy dni wcześniej wygrała wśród kobiet wspinaczkę w Kaunertal. Dość niespodziewanie trasa Gran Fondo okazała się być znacznie popularniejsza od krótszej i łatwiejszej Medio. Do mety w Nauders dotarło w sumie 2760 uczestników tych zawodów, z czego 2239 osób przejechało wyścig w wersji „Stilfserjoch”, zaś tylko 521 w opcji „Munstertal”. W łącznej klasyfikacji pucharowej obejmującej wyniki czwartkowego Kaunertaler Gletscherkaiser i niedzielnego Dreilander Giro zająłem 45 miejsce pośród 130 sklasyfikowanych osób. Po krótkim odpoczynku zdałem chipa, zatrzymawszy na pamiątkę swój numer startowy i odebrałem należną mi za ukończeniu wyścigu okolicznościową czerwon-białą koszulkę z napisem Dreilander Giro. Następnie zjadłem i wypiłem małe co-nieco w stojącym obok mety wielkim białym namiocie, po czym przejechałem się do samochodu, schowałem rower, ubrałem wygodniejsze buty i podjechałem autem w pobliże mety wyścigu. Dopiero wtedy stanąłem wśród kibiców w bezpośrednim sąsiedztwie finiszowej „kreski” czekając na przyjazd Darka.

Z braku treningów mój kolega był daleki od swej formy z sezonu 2006 czy nawet 2009 roku, ale sądziłem że wyrobi się w czasie poniżej 8 godzin. Musiałem się jednak uzbroić w nieco większą cierpliwość. Dario spędził na trasie 8 godzin 12 minut i 52 sekundy. Niemniej biorąc pod wagą braki w przygotowaniach i przede wszystkim wszystkie przygody, które spotkały go na trasie Dreilandera jego wyczyn i tak zasługiwał na spore uznanie. Los płatał mu jednego figla za drugim i rzucał kłody pod nogi niemal na każdym etapie zawodów. Najpierw na płaskowyżu koło Lago di Resia poluzowało mu się jedno z kółeczek w nowej przerzutce Campagnolo, więc czekał 11 minut obok drogi aż zatrzymał się kierowca jednego z samochodów i pożyczył mu imbus do naprawienia usterki. W tym czasie przed nosem przejechali mu wszyscy uczestnicy wyścigu. Gdy na początku podjazdu pod Stelvio złapał ogon wielkiego peletonu obsunął mu się magnes do pomiaru kadencji i niepokojąco stukał tak, iż Darek podejrzewał nawet defekt osi w korbie. Z kolei na zjeździe z tej przełęczy współpracy odmówiła mu chwilowo klamkomanetka odpowiedzialna za obsługę przedniej przerzutki, więc ku dolinie Mustair sunął bez pedałowania, bo na małej tarczy. Do tego na ostatniej prostej przed Santa Maria in Val Mustair przebił dętkę w tylnym kole i niemal kwadrans spędził na wymianie ogumienia, o co nie było łatwo w sytuacji gdy po długim zjeździe obręcz tego koła rozgrzała się na tyle, iż chwycić je można było jedynie zimowymi rękawiczkami. W końcu na dokładkę na początku podjazdu pod Norbertshohe pękła mu szprycha w feralnym tylnym kole, więc już tylko siłą woli dobrnął do mety na 1331 pozycji w naszej kategorii, co dało mu 113 miejsce w pucharowej rywalizacji. Bez tych wszystkich „przygód” mógł się pokusić o czas w granicach 7 godzin i 30-40 minut.

Do Prutz wróciliśmy około szesnastej. W drodze powrotnej ustaliliśmy, że z powrotem do Trójmiasta nie będziemy czekać do poniedziałkowego poranka. Zamiast tego wyruszymy około drugiej-trzeciej w nocy dzięki czemu w domu czy też w pracy (Darek miał do załatwienia kilka spraw zawodowych) będziemy w popołudnie, a nie późnym wieczorem. Zanim jednak udaliśmy na krótką drzemkę przed podróżą uregulowaliśmy nasz rachunek u Pana Sailera. Następnie około 18:30 poszliśmy na spacer by poznać miasteczko, goszczące nas przez dobry tydzień, którego nie mieliśmy okazji dobrze poznać z powodu codziennych wyjazdów. Zgodnie z nakazem nowej świeckiej tradycji, która narodziła się przed rokiem w Zell am See naszą przechadzkę zakończyliśmy na kolacji w miejscowej restauracji. Padło na położoną po drugiej stronie Innu pizzerii Felsenburg, do której jak przystało na Tyrol mieliśmy pod górkę i to całkiem sztywną. Niemniej zaserwowane nam pizze i mrożone herbaty warte były tego ostatniego podejścia. Podobnie jak widok na okoliczne góry w wieczornym letnim słońcu. Mimo kłopotów z pogodą mogliśmy być zadowoleni z efektów tej wyprawy. Poznaliśmy kilkanaście nowych podjazdów, w tym należący do najtrudniejszych w kolarskim światku Rettenbachferner. Poza tym na przekór aurze, problemom ze sprzętem i niedostatkom kondycji przetrwaliśmy oba wyścigi, o co szczególnie Darek musiał ciężko zawalczyć sięgając do granic swej fizycznej i psychicznej wytrzymałości. Jeśli o mnie chodzi to w ciągu ośmiu dni przejechałem 540 kilometrów z łącznym przewyższeniem blisko 15.700 metrów.

Napisany w Gran Fondo | Możliwość komentowania Dreilander Giro została wyłączona

Kaunertaler Gletscherkaiser

Autor: admin o 23. czerwca 2011

Po czterech dniach jazdy po tyrolskich drogach miałem w nogach blisko 250 kilometrów i niemal 8000 metrów przewyższenia „połkniętych” za sprawą ośmiu pokonanych w tym czasie podjazdów. Od niedzieli do środy męczyliśmy się z Darkiem poniekąd wspólnie, acz raczej osobno, każdy w tempie właściwym swej aktualnej formie. W górskiej ciszy zmagaliśmy się z wyzwaniami stawianymi nam przez kolejne podjazdy. Były to dni samotnej walki z niedostatkami swej kondycji jak również z trudnościami piętrzonymi przez drogowe dzieła austriackich architektów. Piątego dnia nadarzyła się okazja ku temu by spróbować swych sił na tle innych amatorów kolarstwa. Wśród ludzi o bardzo różnym stopniu przygotowania do rowerowej wspinaczki, acz połączonych wspólną pasją do zwiedzania wysokich gór i uprawiania kolarstwa. Jednym zdaniem mogliśmy sprawdzić swe miejsce w szyku. Za pole doświadczalne posłużyła nam impreza z kategorii „hill climb” czyli krótki wyścig górski polegający na ściganiu się ze startu wspólnego pod tylko jedno, acz nierzadko bardzo solidne wzniesienie. Coś na kształt etapu jeżdżonego niegdyś przez „profich” w trakcie szwajcarskich zawodów pod nazwą A Travers Lausanne. Tego rodzaju zawody są bardzo popularne w austriackim światku kolarskim. Dość powiedzieć, że w tym roku na terenie Austrii odbyło się ponad dwadzieścia imprez tego typu!

Wybrałem dla nas Kaunetaler Gletscherkaiser i to nie tylko z racji sentymentu jakim darzyłem ten podjazd od lipca 2003 roku. Równie ważnym powodem był fakt, iż wyścig ten organizowany jest przez tego samego organizatora co maraton DreilanderGiro, który w najbliższą niedzielę miał być docelowym punktem naszej czerwcowej wyprawy. Zapisaliśmy się na obie imprezy w pakiecie jeszcze pod koniec kalendarzowej zimy wpłacając tytułem łącznego wpisowego po 70 Euro (z osobna start w DreilanderGiro kosztuje 50, zaś w Kaunertaler Gletscherkaiser 25 Euro). Dzięki temu niejako przy okazji mogliśmy wziąć udział w pucharowej rywalizacji polegającej na zsumowaniu wyników z obu tych wyścigów. Spodziewałem się, że dzięki startowi w Kaunertaler Gletscherkaiser będę mógł tym razem pokonać to wzniesienie w jego całej, niemal 38,5 kilometrowej rozciągłości. Pod względem długości i przewyższenia byłby to zatem podjazd porównywalny z największymi wzniesieniami dotąd przeze mnie przejechanymi. Takimi olbrzymami jak włoska Gavia (od Edolo) czy francuskie Iseran (od Viclaire) oraz Val Thorens (od Moutiers). W oryginalnym programie zawodów stało powiem jak byk, że po starcie Feichten zjedziemy do Prutz na wysokość 871 metrów n.p.m. by na dwunastym kilometrze zawrócić i rozpocząć wspinaczkę w głąb Kaunertal aż po sam koniec drogi zlokalizowany pod lodowcem na wysokości 2751 metrów n.p.m. Tymczasem osiem lat wcześniej pokonawszy wcześniej Pillerhohe zacząłem podjazd w dolinie Kaunera w okolicach Kauns czyli na wysokości około 1004 metrów n.p.m.

Niestety po środowej wycieczce do biura w Feichten stało się jasne, że i tym razem początek wzniesienia mnie ominie. Powodem był remont drogi jaki przeprowadzano właśnie na odcinku pomiędzy Kauns a Feichten. Zwężenie, drewniane kładki, generalnie szutrowa nawierzchnia oraz liczne dziury na kilkusetmetrowym fragmencie drogi wykluczały możliwość poprowadzenia w tym miejscu trasy wyścigu. Podjechać może i jeszcze by się dało, ale trzeba by więcej niż cudu by cały kilkusetosobowy peleton przeleciał tędy bez szwanku dla zdrowia i życia kolarzy na pierwszych kilometrach wyścigu, w trakcie zjazdu do Prutz. Nie mając wielkiego wyboru organizatorzy zdecydowali, że tym razem po starcie w Feichten (na wysokości 1289 metrów n.p.m.) uczestnicy zawodów skierują się od razu na południe w kierunku mety. Aby jednak nie skracać dystansu o blisko połowę dodano do programu dodatkową rundę wokół Gepatsch-Stausee czyli sztucznego jeziora powstałego na wysokości około 1770 metrów n.p.m., co miało wydłużyć trasę wyścigu do 42 kilometrów czyli długości bliższej oryginalnym założeniom. Tak czy owak nawet w skróconej wersji mieliśmy do pokonania blisko półtora tysiąca metrów przewyższenia na podjeździe bywałym niegdyś na trasie Osterreich Rundfahrt. Uczestnicy wyścigu Dookoła Austrii wspinali się bowiem pod Kaunertaler Gletscher czterokrotnie w ostatniej dekadzie XX wieku. Choć wyścig ten podobnie jak nasz Tour de Pologne miał do roku 1995 zaledwie status „open”, zaś następnie dopiero raczkował w gronie profesjonalnych imprez z kategorię piątą i czwartą to akurat ten etap miał szczęście do zwycięzców o ciekawej zawodowej przyszłości lub też przeszłości.

W 1993 roku na lodowcu Kaunertaler wygrał lokalny faworyt Georg Totschnig. Wtedy kolarz ledwie 22-letni będący u progu kariery zawodowej w trakcie, której trzykrotnie zajmie miejsce w pierwszej „10” Giro d’Italia, zaś w Tour de France będzie siódmy w 2004 roku by rok później święcić etapowy triumf na pirenejskim etapie do Plateau de Bonascre (Ax 3 Domaines). W sezonie 1994 jako pierwszy na Kaunertaler Gletscher wjechał Amerykanin Kevin Livingston, który rok później zadebiutuje wśród profich w barwach Motoroli, zaś w latach 1997-2002 będzie nieocenionym górskim „gregario” w szeregach Cofidisu, US Postal i Telekomu, pracującym na rzecz Bobby Julicha, Lance’a Armstronga i Jana Ullricha. Wyścig w roku 1996 należał do dwójki Belgów. W generalce zdecydowanie triumfował wielce utalentowany i szalenie kontrowersyjny śp. Frank Vandenbroucke, lecz sam królewski odcinek z metą Kaunertaler Gletscher za przyzwoleniem VdB padł łupem o dziesięć lat starszego Luca Roosena, którego życiowym sukcesem było generalne zwycięstwo w Tour de Suisse z roku 1991. Po raz czwarty i ostatni ścigano się tu w 1999 roku gdy wygrał 35-letni „amator” z Włoch Maurizio Vandelli. To może najmniej znana postać z grona wielkich zdobywców Kaunertalera, acz bardzo interesująca. Vandelli urodzony podobnie jak Roosen w roku 1964 był zawodowcem w latach 1986-1992 i zajął nawet 10 miejsce w klasyfikacji generalnej Giro d’Italia w 1988 roku. Potem przez siedem lat ścigał się bez profesjonalnego kontraktu, by po generalnym zwycięstwie w Osterreich Rundfahrt 1999 na trzy lata znaleźć zatrudnienie w austriackich grupach zawodowych. Po definitywnym zakończeniu kariery zawodowej nadal śmigał po górach jak młodzieniaszek wygrywając w latach 2003 oraz 2008-2010 ultra-maraton Race Across the Alps tzn. wyścig non-stop na dystansie 525 km z przejazdem przez tuzin wzniesień o sumie przewyższenia 13.000 metrów!

Początek wyścigu z uwagi na skromny dystans tych zawodów wyznaczono na bardzo przyjazną porę dnia czyli godzinę 13:30. Przynajmniej raz w życiu nie musiałem się zrywać z łóżka o brzasku by zdążyć na start tego typu imprezy. Wyjechaliśmy z naszej bazy noclegowej jeszcze przed południem, by na spokojnie z dużym zapasem czasu załatwić wszystkie formalności przedstartowe. W szybkim opuszczeniu Prutz odrobinę przeszkodziła nam blokująca ulice miasteczka świąteczna procesja z okazji Bożego Ciała. W mieście jeszcze nie padało, ale gdy tylko zapuściliśmy się nieco głębiej w dolinę Kaunera powitała nas ulewa. Na start dojeżdżaliśmy samochodem, więc i tak nie zmokliśmy w przeciwieństwie do tych uczestników którzy dojeżdżali do Feichten na rowerach i którym zmienna aura zrobiła zimny prysznic już w trakcie przedwyścigowej rozgrzewki. W biurze zawodów na rozwieszonej liście startowej składającej się z ośmiu kartkach formatu A-4 doliczyć się można było nazwisk około 400 uczestników z 9 krajów (Austrii, Niemiec, Szwajcarii, Holandii, Belgii, Hiszpanii, Polski, Węgier i Czech). Jak się potem okazało w obliczu późno-jesiennej pogody na starcie stanęło ostatecznie znacznie mniej osób, zaś do mety dotarło tylko 199 ścigantów, w tym 9 dzielnych niewiast.

Na starcie zawodów nie padało, lecz chwilę później znów zdrowo lunęło. Jak większość osób oczekujących na wyścig, z uwagi na panujące warunki pogodowe nie zrobiliśmy sobie żadnej rozgrzewki. Podeszliśmy do tego startu bez większego napięcia. Ja stanąłem w ostatnich szeregach peletonu, zaś Darek nawet nieco spóźnił się na wystrzał startera i zaczął ściganie z pozycji „czerwonej latarni”. Z początku jechało mi się bardzo ciężko, nogi miałem jakby ubite. Kilkaset metrów po starcie wjechaliśmy na płatną dla samochodów Kaunertaler Gletscher – Panoramastrasse. Pierwsze osiem kilometrów prowadziło prosto na południe, na przemian przez pola i lasy mijając kilka malutkich osad: Kupphof, Rifen i Am See. Na półtora kilometra przed Gepatsch-Stausee droga zrobiła się bardziej kręta. Zaczęło się odliczanie wiraży od nr 29 począwszy czyli od tyłu w stylu znanym z numeracji brukowanych sektorów na Paryż – Roubaix. Pomimo średniej około 5 % na dojeździe do sztucznego jeziora znalazło się kilka trudnych ścianek, z powodu których zapiekło mnie w nogach i płucach. Najpierw stromizna rzędu 11 % na początku trzeciego kilometra, następnie 13 % fragment w połowie piątego kilometra i w końcu ostatnie 2300 metrów przed jeziorem o średniej 9,2 % i  dwukrotnym maximum na poziomie 14 %. Tu też męczyłem się najbardziej, mając przy tym świadomość ile metrów w pionie zostało nam jeszcze do mety wyścigu. Do jeziora na wysokości Sperrenhaus dotarłem w czasie 32 minut i 37 sekund pokonawszy odcinek 9,74 kilometra ze średnią prędkością 17,9 km/h.

Padało już w najlepsze, zaś temperatura z 16 stopni na starcie spadła do 10. Teraz czekało nas niespełna sześć kilometrów wzdłuż wschodniego brzegu Gepatsch-Stausee. Na szczęście tylko tyle gdyż w obliczu pogarszającej się aury organizatorzy wyścigu ad hoc podjęli decyzje o darowaniu nam rundki wokół jeziora. Pozostało nam wjechać na szczyt wzniesienia najkrótszą z drogowych opcji. Teren wzdłuż jeziora był lekko pofałdowany, momentami kręty, a przy zastanych warunkach drogowych i atmosferycznych czyli mokrym i pociętym od mrozów asfalcie ogólnie dość niebezpieczny. Przejechałem ten odcinek trasy ze średnią 30,4 km/h i wyprzedziło mnie na nim jakieś sześć-osiem osób o lepszych umiejętnościach technicznych czy też większej skłonności do podjęcia ryzyka. Po minięciu jeziora do mety pozostawało jeszcze blisko 12 kilometrów dystansu i niemal 1000 metrów przewyższenia. Najpierw niejako na rozgrzewkę odcinek 1300 metrów na dojeździe do Gepatschhaus o średnim nachyleniu 9,4 %. Tu nareszcie poczułem się lepiej. Po 15 kilometrach jazdy w końcu „przepaliłem nogę” i mogłem kręcić bez większego wysiłku na przełożeniu 39×24, zabierając się do odrabiania poniesionych wcześniej strat. Za Gepatschhaus czekał nas lżejszy odcinek tzn. 1200 metrów o średniej 3 %, bynajmniej nie monotonne „falsopiano”, lecz faktycznie dwa fragmenty zjazdów przedzielone ścianką o stromiźnie ponad 11 %.

Na drugim z owych zjazdów przejechaliśmy nad potokiem Fagge i pozostała nam już tylko długa, zimna i mokra wspinaczka do krainy wiecznego śniegu czyli ostatnie 9340 metrów o średnim nachyleniu 9,2 %. Jeśli miałbym wierzyć odczytowi z licznika w trzech miejscach maksymalna stromizna sięgnęła nawet 24, 22 i 20 %, lecz skłonny jestem raczej przyjąć, że chłód i deszcz zakłócały prawidłową pracę mojego „komputera pokładowego”. Tym niemniej ścianek o nachyleniu do 16-17 % z pewnością tu nie brakowało. Odsapnąć można było jedynie na krótkim wypłaszczeniu 7 kilometrów przed metą oraz na mini-zjeździe jakieś 4400 metrów przed finałem. Owa trzecia tercja trasy zaczęła się od serii gęsto zawiązanych serpentyn, malowniczo poprowadzonych wśród skalnych górskich zboczy. Dla amatorów arytmetyki wznowienie zabawy w odliczanie wiraży rozpoczęło się tu od numeru 23. Jedenaście tablic minęliśmy na przestrzeni ledwie 2100 metrów. Gdy wyjechaliśmy ponad granicę ostatnich drzew trzeba się już było wspinać po dłuższych prostych w odsłoniętym terenie. Deszcz nadal lał jak z cebra, temperatura wciąż spadała, więc nic dziwnego że na wysokości lazurowego jeziorka Weisssee (2460 m. n.p.m.) powitał nas już deszcz ze śniegiem. W tym miejscu dogoniłem swoich ostatnich rywali z grona tych, którzy wyprzedzili mnie na płaskim odcinku wzdłuż Gepatsch-Stausee. Potem udało mi się wyprzedzić jeszcze kilka osób, w tym cztery na ostatnim kilometrze. Niestety na ostatniej prostej gdy postanowiłem wrócić do twardszego przełożenia 39×24 by rozpocząć finisz „w pedałach” przeskoczył mi łańcuch, na skutek czego straciłem jedno miejsce na rzecz Martina z Niemiec.

Na mecie nie dostrzegłem tradycyjnego dywanu z fotokomórką. Pomyślałem, że być może z uwagi na ekstremalne warunki atmosferyczne zaniechano pomiaru czasu i wszyscy zostaną sklasyfikowani jedynie z podaniem zajętych miejsc. Na tak długim i ciężkim podjeździe nie było mowy o grupowych sprintach „na kreskę”, więc przynajmniej ustalenie kolejności przyjazdu zawodników nie było dla sędziów żadnym problemem. Tym niemniej z liczeniem czasu poradzili sobie nie tylko sprawnie, ale i z dokładnością do dziesiątych sekundy. Zaraz po przekroczeniu linii mety skierowano mnie do holu restauracji Weissee. Tłoczyła się tam już niemal setka osób próbujących dojść do siebie po tym co właśnie przeżyli. Organizatorzy przygotowali: koce, banany a także gorący, choć niezbyt smakowity napój. Szczególnym powodzeniem zziębniętych i przemoczonych do suchej nitki zdobywców Kaunertalera cieszyła się toaleta mająca w swej ofercie suszarki z gorącym powietrzem. Niestety nie przetrwały ona najazdu hordy cyklistów i po niedługim czasie z trzech dostępnych działała już tylko jedna. Zwycięzca zawodów Klaus Steinkeller pokonał dystans 27,6 km o przewyższeniu 1482 metrów w czasie 1 godziny 15 minut i 15 sekund. Ja potrzebowałem na to samo 1 godziny i niemal 46 minut, co dało mi średnią prędkość 15,628 km/h oraz 96 miejsce w 190-osobowym męskim gronie, zaś 97 w klasyfikacji open, gdyż o kilka minut wyprzedziła mnie również triumfująca wśród kobiet XXX. Dario zmagał się z górą oraz  pogodą, której szczerze nie cierpi przez 2 godziny 15 minut i 26 sekund. Na trasie zdołał wyprzedzić ośmiu rywali.

W normalnych warunkach po pewnym odpoczynku i posileniu się zjechalibyśmy nieśpiesznie do naszego samochodu stojącego przy linii startu. Niemniej przy temperaturze 5 stopni Celsjusza oraz ryzyku dalszych opadów warto było uniknąć tego doświadczenia. Nawet jeśli ceną takiej decyzji był brak możliwości zrobienia zdjęć do prywatnego archiwum, o czym zawsze staram się pamiętać na górskim szlaku. Znalazło się co prawda kilku twardzieli, którzy zdecydowali się pomknąć w dół Kaunertal na dwóch kółkach. Jednak zdecydowaną większość uczestników wyścigu wybawili z opresji organizatorzy przygotowując dwa autobusy celem zapewnienia transportu z mety na start. Załapałem się na pierwszy kurs autobusu nr 2 około godziny 16:50. Dzięki temu zdążyłem na dekorację zwycięzców Kaunertaler Gletscherkaiser, która odbyła się w sali konferencyjnej tamtejszego Biura Informacji Turystycznej. Darek zabawił w restauracyjnej łazience nieco dłużej, więc zjechał do Feichten następnym busem w gronie kolejnych kilkudziesięciu cyklo-amatorów „po ciężkich przejściach”.

Napisany w Gran Fondo | Możliwość komentowania Kaunertaler Gletscherkaiser została wyłączona

GF Marcialonga Cycling

Autor: admin o 30. maja 2010

W końcu nadszedł ten dzień, najdłuższy nie tylko na rowerze, ale i na nogach z uwagi na pobudkę około piątej rano. Po przebudzeniu uważne pakowanie co by nie zapomnieć żadnej z rzeczy, która może się okazać przydatna w trakcie kilkugodzinnego wysiłku. Szczególnie zaś w starciu z kapryśną górską pogodą. Potem szybkie śniadanko i wyjazd dokładnie o 5:53. Dojazd do Predazzo tak wczesną porą zajął nam mniej niż godzinę. Dzięki temu na parkingu pod skoczniami, przygotowanym z myślą o uczestnikach wyścigu, byliśmy już kwadrans przed siódmą. Na miejscu szybki skok do toalety co by na starcie stanąć lekkim od trosk wszelakich. Ponieważ na start przyjechaliśmy przyodziani w kolarskie stroje pozostało nam jeszcze tylko załadować kieszenie oraz przebrać buty. Na te ostatnio wypadało założyć ocieplacze, bowiem zimne powietrze i ciemne chmury nie wieszczyły dobrej aury na najbliższe godziny. Na koniec trzeba było jeszcze zadbać o przypięcie numeru startowego z chipami do kierownicy swego roweru i tak wyposażeni byliśmy gotowi do drogi. Czekał nas wyścig na dystansie niemal 135-kilometrów z czterema poważnymi podjazdami, mającymi swe miejsce w historii Giro d’Italia.

Pod względem własnej historii GF Marcialonga Cycling jest jeszcze dzieckiem i to najmłodszym w rodzinie Marcialonga. Patronem wszystkich imprez spod tego znaku jest bowiem bieg narciarski o sławie zbliżonej do kultowego Biegu Wazów. Pod koniec stycznia minionego roku odbył się on już po raz 37-my na dwóch maratońskich dystansach 45 i 70 kilometrów. Z kolei termin na początku września jest zarezerwowany dla zawodów pod nazwą Marcialonga Running. Jest to biegu z Moeny do Cavalese na dystansie 25,5 kilometra, który odbył się już po raz ósmy. Tymczasem wyścig kolarski miał w tym roku dopiero swą czwartą edycję. Pod względem długości trasy jest imprezą bliźniaczo podobną do rozgrywanych w okolicznych dolinach wyścigów Maratona dles Dolomites i GF Dolomiti Stars. Biorąc pod uwagę łączne przewyższenie na tych wyścigach pierwszeństwo należy się niezwykle prestiżowej Maratonie. Jednak z bagażem 3280 metrów łącznej wspinaczki kolarska Marcialonga nieznacznie tylko ustępuje drugiemu ze swych sąsiadów. Dolomiti Stars mając w swym programie podjazdy pod przełęcze Duran, Staulanzę, Giau i Falzarego zmusza bowiem do pokonania 3490 metrów.

Biorąc udział w Marcialonga Cycling podobnie jak w większości imprez tego typu można sobie wybrać wersję trasy dostosowaną do własnych upodobań i wypracowanej formy. Opcje są dwie tzn. Medio Fondo na dystansie 80 kilometrów z podjazdami pod Monte San Pietro (1400 metrów n.p.m.) i passo Lavaze (1828 m. n.p.m.) lub Gran Fondo na 134,5-kilometrowym szlaku. Na długiej trasie po pokonaniu owych 80-kilometrów trzeba minąć skocznie i pojechać na północ w głąb Val di Fassa. Tamże dojechawszy do Moeny należy następnie skręcić w prawo i sforsować dwa kolejne wzniesienia czyli passo San Pellegrino (1928 m. n.p.m.) oraz górną część podjazdu pod passo Valles (2035 m. n.p.m.), która zaczyna się bezpośrednio po zjeździe z przełęczy Pielgrzyma. Trzy z czterech czekających mnie tego dnia przełęczy już wcześniej poznałem. Niemniej gdy w 2004 roku kręciłem się po tych terenach to zarówno Lavaze jak i San Pellegrino czy Valles podjeżdżałem od przeciwnej strony niż ma to miejsce na trasie GF Marcialonga. Dlatego też moja wiedza na temat dwóch z nich była ledwie „teoretyczno-samochodowa” (San Pellegrino) bądź „przelotno-zjazdowa” (Lavaze). Jedynie stromy finał wspinaczki pod passo Valles dane mi było poczuć na własnej skórze, kiedy cały ten podjazd z początkiem Cencenighe zmęczyłem uczestnicząc w niezapomnianym GF Campagnolo z czerwca 2008 roku.

Przyjeżdżając do Predazzo nie byliśmy nastawieni na jakiś szczególny wynik. Chodziło tylko o to by ukończyć wyścig na długim dystansie, z czasem na miarę swych aktualnych możliwości i bez kryzysów po drodze. Dlatego na start o godzinie 7:30 podjechaliśmy bezstresowo, praktycznie tuż przed strzałem startera. Oczywiście tym samym zajęliśmy miejsca na szarym końcu pokaźnego peletonu, który wedle słów spikera zawodów liczył sobie około 1400 zawodników. Na początek czekały nas szybkie 22 kilometry w pofałdowanym terenie włoskiej mekki narciarstwa klasycznego czyli Val di Fiemme. Ten odcinek kończył się krótkim podjazdem pod passo San Lugano (1097 metrów n.p.m.). Po starcie nieśpiesznie przeciskałem się do przodu, gdy tymczasem po przejechaniu 15 kilometrów na bruku w Cavalese wysiadł mi licznik. Generalny strajk aparatury, akurat w takim dniu! Już kiedyś na GF Marco Pantani miałem problemy tego rodzaju, lecz wówczas kłopot wziął się z luźnego magnesu, który w trakcie wyścigu zaczął zjeżdżać po szprysze. Mogłem wtedy zdjąć magnes i wciąż odczytywać dane nie powiązane z obrotem koła czyli prędkością pokonywania dystansu. Teraz jednak przepadło wszystko tzn. czas, temperatura, altimetr i co najważniejsze odczyt z pulsometru, który miał mi pomóc we właściwym rozłożeniu sił na całej trasie. Pozostało improwizować.

Po minięciu passo San Lugano przyszedł 7-kilometrowy zjazd, który zwoził nas do poziomu 740 metrów n.p.m. W tym momencie wjechaliśmy wszyscy na teren tyrolskiej prowincji Bolzano. Oczywiście podczas pierwszego zjazdu dnia tradycyjnie już zjeżdżałem wolno i nieporadnie, przez co straciłem znaczną część nadrobionych wcześniej pozycji. Z ulgą powitałem zakręt w prawo ku Aldino (niem. Aldein), który kierował nas do podnóża pierwszego z czterech zasadniczych wzniesień. Podjazd pod Monte San Pietro jest mało znany, acz zdążył się już pojawić na trasie Giro. Miało to miejsce w 2005 roku, na samym początku etapu do Ortisei gdy podjechano go w pełnym wymiarze tj. od miejscowości Egna leżącej na poziomie 214 m. n.p.m. W trakcie GF Marcialonga należy pokonać jedynie górną połowę tego wzniesienia czyli odcinek 10,6 kilometra o średnim nachyleniu 6,3 %. Szczególnie pierwsze cztery kilometry mogą dać się we znaki. Całe kilometry przy średniej stromiźnie 10 % i maximum 12 %. Trzeba trochę czasu by przestawić się z szybkiej jazdy na twardym przełożeniu na właściwy sobie rytm kręcenia na małej tarczy. Zadanie to jest tym bardziej podchwytliwe gdy człowiek niemal od razu ze zjazdu wpada na tak stromą ściankę. Jechałem na przełożeniu 39 / 24 w dobrym tempie, szybko łykając wielu konkurentów. Po szóstym kilometrze teren niemal zupełnie odpuścił, więc można było wrzucić mniejszy tryb i szybciej pomykać do szczytu wzniesienia na 39 kilometrze.

Ponad 11-kilometrowy zjazd z Góry św. Piotra ku drodze na passo Lavaze podzielony był na dwie wyraźne części. Najpierw 3800 metrów z łagodnym spadkiem o 155 metrów. Potem niewielki podjazd ku Nova Ponente (Deutschnofen) i następnie kolejny zjazd przez Rionero (Schwarzenbach) ku drodze SS-620 łączącej Val d’Ega z passo Lavaze. Ten drugi zjazd miał tylko 3200 metrów, lecz przy spadku terenu o 285 metrów był znacznie bardziej stromy, z fragmentami dochodzącymi nawet do 13,5 %. Trzeba było zachować najwyższą koncentrację, gdyż właśnie na nim pierwsze nieśmiałe krople z nieba zamieniły się w regularny deszcz, który towarzyszyć miał nam odtąd niemal do samej mety wyścigu! Passo Lavaze po raz pierwszy pojawiła się na trasie Giro w 1966 roku podczas 100-kilometrowego etapu nr 19 z Bolzano do Moeny. Odcinek te wygrał Gianni Motta niejako przypieczętowując swój generalny sukces w tym wyścigu. Niemniej wtedy przełęcz tą zdobyto od południa na przetarcie przed passo Costalunga. Najbardziej znany przejazd peletonu Giro przez Lavaze od północy miał miejsce na etapie 18 w 1998 roku. Wtedy to premię górską wygrał Kolumbijczyk Jose Jaime Gonzalez znany lepiej jako „Chepe”, zaś na finiszu w Alpe di Pampeago Rosjanin Paweł Tonkow ograł lidera i przyszłego zwycięzcę całego wyścigu śp. Marco Pantaniego.

Pamiętając ile zdrowia kosztowało mnie przed sześciu laty pokonanie ostatnich kilometrów po południowej stronie passo Lavaze do góry tej zbliżałem się pełen respektu. W teorii od północy musiało być równie ciężko. Do przejechania było wszak 8 kilometrów o średniej 8,7 % i max. ponad 18 %! Tymczasem przyjemnie sam siebie zaskoczyłem. Udało mi się utrzymać równe i mocne tempo. Cały czas kręciłem na przełożeniu co najwyżej 39/24 i to nawet na bardzo stromym trzecim i czwartym kilometrze tego podjazdu. Podobnie jak na Monte San Pietro i tu zyskałem sporo miejsc mało komu dając się wyprzedzić. Na górze postanowiłem zrobić lepszy użytek z aparatu fotograficznego, który po raz pierwszy zabrałem ze sobą na wyścig tego rodzaju. Od czasu gdy przed latem 2005 roku kupiłem swego Olympusa 500 mju był on ze mną bodaj na każdej górze wybranej na cel tzw. prywatnej wyprawy. Niemniej nigdy nie brałem go na żaden z kilkunastu przejechanych w tym czasie wyścigów czy rajdów. Powodowany ambicją uzyskania jak najlepszego wyniku i zimną kalkulacją zaoszczędzenia tej odrobiny wagi na górskich podjazdach wolałem go nie targać ze sobą. Po latach złamałem tą zasadę dzięki czemu na przełęczy Lavaze mogłem wykonać kilka zdjęć znakomicie oddających klimat tego miejsca w zapłakane przedpołudnie 30 maja . Zrobiłem też sobie krótki postój w bufecie gdzie wypiłem małą, gorącą herbatkę z plastikowego kubeczka. Po czym przejechawszy wewnętrzną granicę regionu znalazłem się z powrotem na terenie prowincji Trento.

Teraz trzeba było się uporać z bardzo stromym i śliskim zjazdem o nachyleniu do 18 %. Nie muszę chyba dodawać, że przy całej tej wilgoci oraz temperaturze ledwie 8 stopni Celsjusza zjazd ku Val di Fiemme delikatnie rzecz ujmując nie należał do przyjemności. Trasa wyścigu nie wiodła wprost na południe czyli do Cavalese (skąd wspinałem się w 2004 roku), lecz po około czterech kilometrach należało odbić w lewo ku passo Pramadiccio (1431 m. n.p.m.). Z przełęczy tej należało następnie zjechać niespełna trzy kilometry ku dolinie Stava wpadając na drogę SP-215 w miejscu gdzie zaczyna się stromy finał podjazdu pod Alpe di Pampeago. Na koniec pozostało jeszcze trzy i pół kilometra stromej prostej w dół do miasteczka Tesero. Straciłem kilka miejsc w kolumnie wyścigu, lecz na tym etapie zawodów stawka była już na tyle przerzedzona, że bardziej niż pozycjami należało się martwić stratą czasu. Jednak celem nadrzędnym było wciąż przeżycie kolejnego zjazdu w jednym kawałku. Po zjechaniu do Val di Fiemme rzuciłem się w pogoń za gościem, którego miałem na widoku. Do nas z kolei dojechało pięciu-sześciu innych i tak na płaskim odcinku przed Predazzo znalazłem się w bodaj 8-osobowej grupce, W tak licznym gronie nie odpuszczając własnych zmian mogłem nareszcie nieco odpocząć. Korzystając z okazji przystąpiłem do konsumpcji schowanego zabranego z sobą batonu Corny. Zjadłem jego większą część, zaś resztkę zostawiłem sobie na czarną godzinę. Na bufecie w Predazzo zgarnąłem zaś małą buteleczkę 0,2 litra soli mineralnych.

Niestety prawie wszyscy ludzie z mojego oddziału mieli już dość ścigania się przy takiej pogodzie. Wciąż padało i nawet w dolinie było ledwie 10 stopni. Dlatego niemal jak jeden mąż skręcili ku mecie „percorso corto” szykując się do ostrego finiszu między sobą. Ja czułem się dobrze, wręcz świeżo więc pojechałem dalej bez żadnego wahania. Na szczęście nie zostałem zupełnie sam jak to zdarzyło mi się niegdyś w Cuneo podczas GF Fausto Coppi. Został ze mną wysoki Włoch tak na oko po czterdziestce i jadąc razem z nim ku Moenie dogoniliśmy pewnego Anglika, a chwilę później jeszcze dwóch kolejnych rywali. Tuż przed miastem nieco zamieszania w naszych szeregach zrobiła kawalkada szpanerskich kierowców spod znaku Ferrari. Wjechaliśmy na ulice Moeny i kierując się strzałkami dobiliśmy do podnóża trzeciego podjazdu. Czekał nas teraz najdłuższy i największy (przewyższenie) ze wszystkich podjazdów, lecz ogólnie rzecz biorąc niewiele trudniejszy od pozostałych. Do pokonania mieliśmy bowiem 11,6 kilometra przy średnim nachyleniu 7 % i max. niespełna 15 %. Już na początku góry odjechałem swym współtowarzyszom. Na całym wzniesieniu przy bardzo stopniałej i rozrzedzonej stawce uczestników udało mi się wyprzedzić jeszcze kilkunastu rywali. Najtrudniejszy okazał się piąty i szósty kilometr, z odcinkiem do 14 % przed wioską Fanch. Pomęczyć się trzeba było w zasadzie do końca dziewiątego kilometra, po czym za Alochet droga na czas jakiś przeszła w odpoczynkowy odcinek „falsopiano”.

Na samej górze udało mi się pstryknąć zdjęcie fotografowi z obsługującej wyścig firmy „foto studio 3”. Moja amatorska kontra nieźle ubawiła stojącą wzdłuż drogi garstkę najzagorzalszych kibiców. Na samej przełęczy wypiłem drugą herbatkę, dojadłem resztki wspomnianego batonu i nie tracąc zbędnego czasu ruszyłem w dół przekroczywszy matę z pomiarem cząstkowego czasu wyścigu. Wiedziałem jak stromy zjazd mnie czeka. Latem 2004 roku dwukrotnie postawiłem stopę na tej szosie podczas podjazdu pod San Pellegrino od południowej strony, będąc wykończonym tak przez upał jak i wcześniejsze podjazdy pod passo Rolle i passo Valles. Zjazd ze św. Pielgrzyma ku Falcade jest nie tylko stromy (momentami 18 % jak na Lavaze), lecz w swej dolnej części także bardzo kręty. Do tego doszła mgła i minimalna na całej trasie wyścigu temperatura 6 stopni. Tu i ówdzie trzeba hamować, ale wobec śliskiej drogi dużym wyczuciem. Lecz jak to czynić gdy ręce z zimna grabieją? Z wyrazem współczucia minąłem gościa, który na poboczu drogi rozgrzewał swe dłonie,  aby dopiero przystąpić do wymiany gumy po defekcie. Dbając o swe bezpieczeństwo jechałem ostrożnie przez co wyprzedziło mnie trzech rywali. Rachunki z nimi postanowiłem uregulować na passo Valles.

Stromy zjazd z San Pellegrino na początku 105 kilometra wyścigu z miejsca przechodzi w równie stromy początek podjazdu pod passo Valles. Oba wzniesienia są tak bliskimi sąsiadami, że na Giro d’Italia częstokroć występują wspólnie w tej lub odwrotnej kolejności. Po raz pierwszy znalazły się w jego programie „różowego wyścigu” na czternastym etapie Giro z 1962 roku, ale … kolarze do nich nie dojechali! Tego dnia pogoda w Dolomitach na tyle się popsuła, iż dyrekcja wyścigu uznała, że zawodnikom wystarczy 160 kilometrów jazdy w iście zimowych warunkach. Etap postanowiono skrócić i przenieść finisz z Moeny na passo Rolle. Łatwo i tak nie było bowiem oprócz Rolle trzeba było wcześniej przejechać przełęcze Duran, Staulanza i Cereda. Wygrał wówczas całkiem niespodziewanie dzielny uciekinier Vincenzo Meco, dla którego załamanie pogody okazało się darem od niebios. Rok później organizatorzy dopięli swego i zawodnicy musieli się ścigać na pełnej 198-kilometrowej trasie dokładnie takiego samego etapu. Wszystkie sześć premii górskich wygrał Vito Taccone, który na metę w Moenie dotarł z przewagą ponad czterech minut nad najbliższymi rywalami dzięki czemu mógł świętować swe piąte zwycięstwo etapowe w Giro 1963.

W opcji rodem z Marcialongi pokonywana od północy passo Valles miała mieć tylko 7,1 kilometra długości, ale przy średnim nachyleniu 8,6 % i max. 19 %! Wjechawszy na przeciwstok ostatniego podjazdu bardzo szybko odrobiłem stratę do trzech szybszych ode mnie zjazdowców. Teoretycznie najtrudniejszy był pierwszy kilometr, lecz równie wiele sił kosztowało mnie pokonanie każdego z kolejnych czterech. W tym czasie minąłem jeszcze dwóch czy trzech konkurentów. Męczyłem się, lecz do końca wyprzedzałem innych i ta okoliczność dodatkowo mobilizowała mnie do pracy na granicy swych możliwości. Dopiero szósty czyli przedostatni kilometr pozwolił na chwilę wytchnienia. Szybko jednak należało porzucić nadzieję, iż najgorsze już minęło. Po 110 kilometrach wyścigu, przeszło trzech godzinach jazdy w deszczu oraz wcześniejszych stromiznach i przewyższeniach na dobicie wszystkich śmiałków umordowanych acz niepokonanych czekał jeszcze ostatni sztywny kilometr przed samą przełęczą. Goniłem resztkami sił, ale nie ja jeden. Właśnie na ostatnim kilometrze przegoniłem jeszcze dwóch rywali, zaś trzeciego złapałem na samej przełęczy. Nie dbałem o zachowanie status quo. Zrobiłem sobie krótki stop na kolejne zdjęcia (moja twarz na jednym z nich mówi chyba wszystko) oraz dla kurażu rozgrzałem się herbatką nr 3.

Rozpoczynając 21-kilometrowy zjazd z passo Valles miałem uczucie „dejavu”. Byłem tu już niemal o tej samej porze roku i przy równie pieskiej pogodzie. To właśnie na tej przełęczy nastąpiło przecież załamanie pogody podczas GF Campagnolo z 15 czerwca 2008 roku. Znów początek zjazdu z strugach deszczu niczym na spływie kajakowym. Strefa opadów znikła dopiero po przebyciu najbardziej stromego odcinka czyli za Paneveggio. Po raz pierwszy od paru godzin ujrzałem suchą szosę. To tylko dodało mi odwagi, której jakoś nigdy mi nie brak na ostatnich zjazdach wyścigów. Czyżby wtedy było mi już wszystko jedno? Chyba rozgrzanym będąc lepiej panuje nad rowerem. A może  bliskość mety skutecznie mobilizuje mnie do śmielszych harców. W każdym razie udało mi się przegonić starszego jegomościa w niebieskiej koszulce. Gdy dziś spojrzałem w wyniki wyścigu okazał się on być zwycięzcą Gran Fondo w najstarszej kategorii wiekowej czyli Super-Gentelman dla kolarzy od 60 lat w górę. Po zjeździe pozostało już tylko przejechać przez ulice Predazzo i pokonać około kilometrowy podjazd do mety pod skoczniami. Wyścig ukończyłem w czasie 5 godzin 32 minut i 0,8 sekundy. Według oficjalnych wyników jechałem z przeciętną prędkością 24,036 km/h co sugerowałoby, iż trasa miała  jednak 133 kilometry. Realnie czas miałem zapewne nieco lepszy, lecz ile do pierwszych szeregów peletonu straciłem już na starcie tego nigdy się nie dowiem.

Szczerze powiedziawszy po wyścigu, na którym od początku do końca – jak mało kiedy – zyskiwałem pozycje spodziewałem się lepszej lokaty na mecie. Okazało się, zaś że zająłem 60 miejsce w klasyfikacji generalnej obejmującej imiona i nazwiska 172 zawodników i zawodniczek, którzy na przekór fatalnej pogodzie pokonali pełen dystans wyścigu. W swej kategorii wiekowej Masters-1 byłem siedemnasty, wśród wszystkich mężczyzn pięćdziesiąty ósmy czyli pokonały mnie też dwie „supermenki”. Wśród kobiet z czasem 5h 11:51,1 wygrała 46-letnia Monica Bandini – prawdziwy „kanibal” na scenie włoskich wyścigów Gran Fondo. Wśród mężczyzn wygrał Michele Maccanti z kosmicznym czasem 4h 15:24,9 ex-zawodowiec w ekipie LPR. Ten sam zawodnik wygrał następnie w czerwcu GF Sportful (niegdyś Campagnolo) oraz w lipcu Maratona dles Dolomites – czyli primo najtrudniejszy, secundo najbardziej prestiżowy pośród włoskich Gran Fondo. Szkopuł w tym, że ów „mistrz” wpadł na EPO podczas kontroli przeprowadzonej już 15 maja! To jakim cudem mógł startować w późniejszych wyścigach i odbierać radość zwycięstwa uczciwszym zawodnikom pozostanie słodką tajemnicą organów sportowej „sprawiedliwości” przy FCI lub CONI.

W obliczu takich faktów wydaje się, że zwycięstwo należało się raczej drugiemu na mecie Jarno Varesco (czas 4h 23:28,4). Darek na metę dotarł w czasie 6h 18:00,9 co dało mojemu koledze 119 miejsce w „generalce” i 29 w kategorii Veteran-1. O tym jak ciężkie były warunki, w których odbyła się czwarta edycja Marcialonga Cycling najlepiej świadczy fakt, iż tylko 27 (na 172) zawodników przejechało trasę Gran Fondo w czasie poniżej pięciu godzin. Przed rokiem udało się to aż 55 osobom, choć peleton na dłuższym dystansie był ledwie 140-osobowy. Ogółem tegoroczny wyścig na obu dystansach przejechało 1104 kolarzy, z czego jednak blisko 85 % wybrało trasę Medio Fondo.

Napisany w Gran Fondo | Możliwość komentowania GF Marcialonga Cycling została wyłączona

L’Etape du Tour – cz. II

Autor: admin o 20. lipca 2009

Oczywiście zdawałem sobie sprawę jak trudną góra jest Mont Ventoux. Nie jedną historię o niej czytałem, nie jeden etap Touru czy Dauphine z jej udziałem widziałem. Profil podjazdu znałem na pamięć. Teraz trzeba było teorię przełożyć na praktykę. Jakieś 700 metrów za bufetem minąłem matę z punktem pomiaru czasu. Z tego miejsca oficjalnie zaczynał się podjazd, na którym każdemu uczestnikowi liczono czas cząstkowy, publikowany potem tak na stronie internetowej jak i okolicznościowym dyplomie. Początek wzniesienia łatwy i nie zdradzający skali trudności całego wzniesienia. Pierwsze 5,5 kilometra ma średnie nachylenie tylko 4,1 % przez co nie wyróżniało się na tle owych kilku górek, które miałem już w nogach. Przejechałem ten odcinek dość szybko bo w 16 minut i 19 sekund przy średniej prędkości 20,6 km/h. Do szczytu pozostawało jednak jeszcze 16 kilometrów i każdy z nich trudniejszy niż łagodny wstęp, będący podstępnym zaproszeniem do pojedynku z Prowansalskim Olbrzymem. Od poziomu 560 metrów n.p.m. zaczęła się kolarska „Golgota”, dłuższa niż cały L’Alpe d’Huez – najsłynniejszy z alpejskich podjazdów. Wjechaliśmy w suchy sosnowy las i zaczęło się piekło. Szybkość od razu mi siadła i to niemal dwukrotnie. Każdy kilometr na poziomie 9, 10, a nawet 11 %. Z początku jechałem jeszcze na przełożeniu 39×24, ale prędko wyczułem że jedyną nadzieją na przetrwanie będzie tryb 27. Wszyscy wokół mnie walczyli z własnymi słabościami. Niektórzy o przetrwanie. Ci co nie mogli już dłużej przepychać korb robili sobie przystanki na poboczu drogi.

Męcząc się niemiłosiernie pod morderczym słońcem z zazdrością spoglądałem na biwakujących obok drogi turystów. Oni siedzieli sobie z rodzinami jedząc i wino pijąc. Ja zaś i mi podobni „szaleńcy” porywałem się z motyką na słońce, dobywałem resztek sił z najgłębszych pokładów swej energii. Minąłem niewiastę, która tak ochoczo hasała u podnóża Mont Ventoux. W polu widzenia miałem też gościa o zbliżonym do mojego numerze startowym, więc zastanawiałem się czy to przypadkiem nie ktoś z „polskiego obozu”. Niemniej w tak ciężkich chwilach nie warto wzorować swej jazdę na rytmie któregoś z sąsiadów. Trzeba znaleźć swój własny sposób na przeżycie kryzysowych momentów. Przyznaję, iż myślałem o tym by przystanąć na minutkę lub dwie, jak czyniłem to niegdyś podczas wspinaczki pod L’Alpe d’Huez. Myśli o chwilowej kapitulacji kłóciły się z ideą obronną, która zakładała wytrwanie przynajmniej do Chalet Reynard. Tam czekać miał na nas bufet z bezcenną w tych warunkach wodą oraz nieco łatwiejszy odcinek trasy,  pozwalający na złapanie właściwszego rytmu jazdy. Realizacja tego planu łatwa nie była. Przy jeździe z prędkością 10 km/h każdy kilometr to sześć minut męki, zaś 5 kilometrów oznaczało, iż do swej wymarzonej oazy miałem jeszcze pół godziny drogi. Tymczasem na niespełna 9,9 kilometra przed szczytem stromizna sięgnęła przez chwilę 15 %, by po 350 metrach skoczyć raz jeszcze do 13 %. W takich momentach mój licznik przechodził na tryb „jednocyferkowy” wskazując prędkość 8-9 km/h. Mimo wszystko udało mi się bez przystanków, w tempie jednostajnie-spowolnionym dotrzeć do wodopoju przy Chalet Reynard.  Pokonany właśnie morderczy środek podjazdu miał 9,5 kilometra przy średnim nachyleniu 9 %. Bardzo ciężki, ale sam w sobie bynajmniej nie trudniejszy od Mont du Chat czy czekającej mnie w najbliższą środę przełęczy Granon. Jednak jako się rzekło finałowy podjazd w ramach długiego wyścigu to zupełnie inna bajka niż podobne wzniesienie na pełnej świeżości. Ten arcy-trudny środek przebyłem w dużej mierze siłą woli w 56 minut i 10 sekund przy średniej prędkości 10,2 km/h.

Na szerokim łuku drogi przy Chalet Reynard zjechałem na lewo by z rąk wolontariuszki vel anioła miłosierdzia dostać życiodajny napój. Pół litra do bidonu. Trochę wody „z gwinta”, a reszta litrowej butelki na czoło i kark. Na całym tym zabiegu zmarnotrawiłem 45 sekund czyli wszystkie tego dnia przystanki na trasie zabrały mi około trzech minut. Dłużej odpoczywać nie zamierzałem, jako że ostateczny cel mej podróży widać już było w oddali po lewej stronie widnokręgu. Napojony i ożywiony przez kolejne półtora kilometra byłem w stanie jechać z prędkością przynajmniej 12 km/h. Potem jednak szosa  stała się nieco bardziej stroma, acz nie tak uciążliwa jak w sosnowym gaju. Znów zacząłem przepychać, lecz tym razem bliskość mety dodawała mi skrzydeł. Do szczytu brakowało niespełna pięć, cztery, trzy kilometry i najgorsze było już za mną. Mistral z uwagi na swą porywczość owiany w tym miejscu złą sławą, akurat tego dnia był naszym sprzymierzeńcem. Dmuchał łagodnie i raczej w plecy niż w czoło. Wiedziałem już, że bez kłopotów dojadę do mety w niezłym czasie, acz Bóg jeden raczy wiedzieć na jakim miejscu. O tym, że przeliczyć się można z siłami nawet u samych bram kolarskiego Olimpu przypomniała mi skulona sylwetka pewnego młodzieńca, który na kilometr przed obserwatorium siedział bezsilny przy swym rowerze, niezdolny do dalszej jazdy. Ostatnie półtora kilometra z uwagi na swą stromiznę mogło obudzić ledwie minione złe wspomnienia,. Niemniej bliskość mety dodawała mi sił i entuzjazmu do dalszej jazdy na granicy swych możliwości. Poza tym owa najsłynniejsza tercja wzniesienia okazała się być znacznie łatwiejsza od „piekielnego lasu” poniżej Chalet Reynard. Trzeba tu było pokonać odcinek 6,25 km przy średnim nachyleniu „tylko” 7,3 %. Wspinaczka w księżycowej scenerii zajęła mi 35 minut i 4 sekundy przy prędkości 10,6 km/h. Na ostatnich stu metrach zdobyłem się jeszcze na przyśpieszenie by po stromym zakręcie wyprzedzić pewnego Francuza.

Dotarłem do miejsca przeznaczenia. Zdobyłem Mont Ventoux po 1 godzinie 48 minutach i 14 sekund ciężkiej walki. Zanotowałem średnia prędkość 11,9 km/h na górze o długości 21,24 km i stromiźnie 7,8 %. Wskaźnik VAM skromny niczym zapas mych sił u kresu wspinaczki czyli 882 m/h. Patrzyłem teraz w dół na długą wstęgę drogi, a na niej ludzkie mrówki mozolnie pnące się ku mecie wyścigu. Na szczycie było kilkadziesiąt osób, między nimi VIP czyli sensacyjny zwycięzca Tour de Suisse z 1997 roku Christophe Agnolutto. Odsapnąłem kilka minut i udałem się na drugą stronę góry. Czekał mnie teraz 6-kilometrowy zjazd do Mont Serein, gdzie na wszystkich uczestników czekał bufet, zaś dla asów przewidziane były dekoracje oraz owacje publiczności. Wykonałem dwa-trzy telefony do kraju, poszukałem sobie zacienionego miejsca do odpoczynku. Bufet okazał się kompletną porażką, stąd też postanowiłem poszukać szczęścia na małych stoiskach z prowansalskimi specjałami.  Najbardziej przypadł mi do gustu naturalny sok śliwkowy sprzedawany w dużych butlach. Wróciłem do rozdroża przy wjeździe na teren Mont Serein by spotkać Darka, lecz okazało się że zaczął on już zjeżdżać ku Malaucene. Ze znajomych twarzy rozpoznałem tylko sławnego Erika Zabela, który przejechał trasę całego wyścigu w towarzystwie swego niemieckiego kolegi. Zbyt dużo osób kręciło się jednak wokół ostatniego „Księcia San Remo” bym i jemu mógł strzelić dobrą fotkę. Pozostało mi tylko zjechać do parkingu, co z butelką po soku w dłoni i mnóstwem samochodów wokół nie należało do łatwych zadań. Obyło się jednak bez złych przygód i jakiś kwadrans po piętnastej byłem już przy samochodzie. Darek krążył od jakiegoś czasu po miasteczku i po krótkiej rozmowie telefonicznej namierzył miejsce postoju. Zadowoleni ze swego występu i bogatsi o moc wrażeń ruszyliśmy w drogę powrotną.  Do naszej „przystani” wróciliśmy około osiemnastej, po drodze tankując do pełna z myślą o poniedziałkowej podróży. Nazajutrz czekał nas bowiem przeszło 200-kilometrowy transfer w nieznane do naszej trzeciej bazy noclegowej. W Gite Chenavari odpoczęliśmy ledwie godzinkę i już o dziewiętnastej zjechaliśmy do Rochemaure. Przede wszystkim chcieliśmy zażyć trochę francuskiej kuchni, a przy tej okazji poznać uroki owego miasteczka. Darkowi potrawy z restauracji nie wystarczyły i zaserwował sobie jeszcze ryżową dokładkę w wietnamskim barze, aby odzyskać kalorie stracone podczas niemal 7-godzinnego wyścigu.

Dokładne wyniki 17. L’Etape du Tour poznałem dopiero po powrocie do kraju, acz z cennymi informacjami zadzwonił do mnie jeszcze podczas pobytu we Francji Piotrek Mrówczyński. Z kolei Jurek Plieth pogratulował mi „zwycięstwa” nad Zabelem. Rzecz jasna między bajki można włożyć teorię, iż młody-emeryt z Berlina, tak mocno podupadł kondycyji, iż 649 miejsce na mecie było szczytem jego aktualnych możliwości. Tym bardziej, że starsi od niego ex-profi potrafili ukończyć te zawody w pierwszej czy drugiej setce klasyfikacji generalnej. Jak się okazało w wyścigu zająłem 460 pozycję z czasem 6 godzin 36 minut i 17 sekund, lecz faktycznie przebywałem na trasie „tylko” 6 godzin 23 minuty i 49 sekund, z czego 1 godzinę 48 minut i 14 sekund zajęło mi pokonanie Mont Ventoux. Obiektywnie czyli według realnego czasu byłem na 405 miejscu. Zanotowałem średnią prędkość 26,606 km/h, jeśli wziąć pod uwagę oficjalny dystans 170,2 kilometra. Mój licznik oszacował bowiem odległość między Place Max Dormoy w Montelimar a Obserwatorium Mont Ventoux bardziej optymistycznie tzn. na 171,6 kilometra. Wypadłem lepiej niż w swym alpejskim debiucie z 2006 roku, lecz zarazem nieco słabiej niż na pirenejskim maratonie sprzed dwóch lat. Darek przebywał na trasie 6 godzin 52 minuty i 40 sekund. Niemniej pod Mont Ventoux wspinał się przez 1 godzinę 46 minut i 33 sekund czyli blisko dwie minuty szybciej ode mnie. Co więcej dokonał tego pomimo kłopotliwego defektu w postaci pękniętej szprychy na zjeździe z Col du Notre Dame-de-Abeilles. Wyścig wygrał zaś Dimitri Champion w czasie 5 godzin 11 minut i 30 sekund, który z finałowym podjazdem zmagał się jedynie przez 1 godzinę 9 minut i 26 sekund. Wygrał nie byle kto. Albowiem ten 26-letni zawodowiec z kontynentalnej grupy Bretagne-Schuler trzy tygodnie wcześniej dokonał znacznie większego wyczynu. Na trasie w bretońskim Saint-Brieuc niespodziewanie wygrał bowiem wyścig o Mistrzostwo Francji zawodowców. Niemniej będąc członkiem słabiutkiej ekipy nie mógł liczyć na start w wielkim Tour de France. Być może dostanie na to szansę już w 2010 roku, gdyż tej zimy podpisał kontrakt z drużyną Ag2R.

Wśród pań zwyciężyła Magdalena Saint Jean, która na pokonanie 170-kilometrowej trasy i 3572 metrów przewyższenia potrzebowała tylko 5 godzin 47 minut i 35 sekund, co w klasyfikacji open dało jej 74 lokatę! W sumie szybciej ode mnie pojechały trzy niewiasty, dwie kolejne uzyskały czasy minimalnie powyżej 6 godzin. Dwanaście lat temu wyścig ten wygrał w kategorii A (18-29 lat) nasz Grzegorz Gwiazdowski. Tym razem polskie nazwisko trafiło w poczet zwycięzców za sprawą Zbigniewa Kraśniaka, który ścigał się po polskim szosach wraz z pokoleniem Czesława Langa. W 1979 roku ukończył na piątym miejscu wyścig Dookoła Polski, zaś już na emigracji tzn. w sezonie 1983 wygrał cenioną w amatorskim świecie etapówkę Circuit de Mines. Jego córka Julie Krasniak kontynuuje tradycje rodzinne, z powodzeniem ściga się na rowerach górskich i szosowych będąc dwukrotną mistrzynią Francji w jeździe indywidualnej na czas. Tymczasem 52-letni senior rodu Kraśniak na trasie L’Etape zajął 39 miejsce, będąc najlepszym w kategorii D (czyli 50-59 lat) z czasem wyścigu 5 godzin 37 minut i 24 sekundy. Z grona byłych profesjonalistów poza Zabelem w oceanie anonimowych amatorów pokazali się: Laurent Brochard (16 miejsce w czasie 5h 44m 31s), Steven Rooks (142 miejsce – 6h 2m 48s) oraz wspomniany już przez mnie Agnolutto (165 miejsce – 6h 6m 21s). Na trasie nie zabrakło jak co roku 54-letniego ex-arcymistrza Formuły 1 Alaina Prosta, który przyjechał do mety na 257 miejscu z czasem 6h 17m 25s. Gdyby dane mi było wystartować z sektora „pole position” to w końcu dałbym pewnie radę wyprzedzić tego asa nie tylko czterech kółek. Do mety dotarli też moi znajomi czyli: Bogdan, Konrad i Zdzisiek. Ta sztuka nie udała się tylko Alainowi, który dał za wygraną w połowie finałowego wzniesienia. Z trasy wycofało się około dwóch tysięcy osób, jak można wnosić z faktu, iż linię mety przejechało 7396 uczestników tej imprezy. Ostatni kolarz-turysta dotarł na Mont Ventoux 11 godzin 5 minut i 38 sekund po porannym starcie w Montelimar.

Napisany w Gran Fondo | Możliwość komentowania L’Etape du Tour – cz. II została wyłączona

L’Etape du Tour – cz. I

Autor: admin o 20. lipca 2009

Nadszedł w końcu dzień, którego oczekiwaliśmy od tygodnia. Dla mnie trzeci, zaś dla Darka drugi start w L’Etape du Tour – razem jechaliśmy przed trzema laty w alpejskiej edycji na trasie z Gap do L’Alpe d’Huez. Jak przystało na imprezę tego typu poranny start zmusił na nas do pobudki o godzinie piątej. O wpół do szóstej śniadanie przygotowane przez naszą gospodynię dla czterech kolarzy, którzy zalęgli się tego weekendu pod jej dachem. Oprócz naszej dwójki do startu w L’Etape szykowali się tu również dwaj starsi panowie m.in. Belg przybyły do Prowansji w ramach wakacyjnej podróży z małżonką. Kilka minut po szóstej ruszyłem do Montelimar. Darek nie martwiący się o miejsce startowe podążył moim śladem po kwadransie. Na krętym zjeździe do Rochemaure, który w półmroku prowadził po chropowatej szosie, tu i ówdzie przyprószonej żwirem modliłem się tylko by nie przebić dętki. Po dojechaniu do mostu nad Rodanem dostrzegłem pierwszego kolarza, który zmierzał w tym samym co ja kierunku. Wkrótce pojedynczo i grupkami z bocznych dróg zaczęli się dołączać inni tak, iż jeszcze przed wjazdem do miasta stanowiliśmy około 20-osobową grupę. Organizator przewidział wystrzał startera o godzinie siódmej. Oczywiście była to realna pora wylotu tylko dla stojących w pierwszych rzędach faworytów imprezy oraz różnej maści VIP-ów jak ex-profi, przedstawiciele sponsorów lub ludzie sławni z innych dziedzin życia. Do wyścigu zapisała się rekordowa liczba aż 9500 uczestników z 50 krajów, w tym 3230 osób spoza Francji. Cały ów mega-peleton został podzielony na osiem sektorów, z których każdy liczył sobie od 600 do 1500 kolarzy. Sektory zamykano już około wpół do siódmej. Na szczęście Montelimar leżące na wysokości 120 metrów n.p.m. należy do najcieplejszych miast we Francji, dzięki czemu bezczynnie oczekując na swój start mimo poranka mogliśmy cieszyć się przyjazną temperaturą 17 stopni.

Podobnie jak dwunastu innych Polaków spośród 28-osobowej grupy zapisanej na wyścig za pośrednictwem agencji „cycling holidays” mego kolegi Konrada Kucharskiego znalazłem się na starcie w sektorze piątym (przewidzianym dla numerów od 3001 do 4500). Przybywszy na zlot dość wcześnie znalazłem sobie miejsce z przodu naszej „czerwonej strefy”, więc faktycznie miałem przed sobą kilkaset osób mniej niż mógłby na to wskazywać mój numer startowy 3938. Niestety w tak nieprzebranej masie amatorów kolarstwa mimo kontaktu telefonicznego nie udało mi się odszukać Konrada. Na starcie ani też na trasie nie miałem kontaktu z żadnym z paru znanych mi osobiście członków „polskiej drużyny”. Z daleko posuniętej ostrożności procesowej organizatorzy zarezerwowali na start całego roju cyklistów aż 40 minut i w sumie niewiele się pomylili, bowiem „straż tylna” tego wojska otrzymała pozwolenie na wymarsz po upływie pół godziny. Mój sektor otwarto o godzinie 7:11, zaś po dwóch dalszych minutach przekroczyłem linię startu. Zgodnie z harmonogramem wyścigu czołówka w tym samym momencie była już zapewne w miejscowości Espeluche na ósmym kilometrze trasy. Wszystkich nas czekało teraz 170 kilometrów jazdy po drogach departamentów Drome i Vaucluse z siedmioma dającymi się wyróżnić podjazdami. Sześć pierwszych wzniesień można by śmiało przenieść w polskie Beskidy czy Sudety i na tle naszych gór niczym szczególnym by się one nie wyróżniły. Podobnego zdania byli zapewne włodarze z ASO bowiem tylko cztery z nich postanowili sklasyfikować, w trzech przypadkach przyznając status premii trzeciej kategorii. Cała szóstka razem wzięta nie była równie ciężka jak jedyna w swoim rodzaju, mająca nas dobić na koniec „Góra Wiatrów”. Na trasie przewidziano trzy bufety. Dwa pełne czyli strawa & napitek w Buis-les-Baronnies (na 76 km) i Bedoin (148,5 km) oraz oferujący tylko napoje mały bufet przy Chalet de Reynard (164 km). Z kolei ambicjom „maruderów” zagrażały dwie strefy eliminacji. Pierwsza w Sault (113 km) gdzie trzeba było dotrzeć do 13:00, zaś druga u podnóża Mont Ventoux we wspomnianym Bedoin, którą należało minąć przed godziną 14:50.

Analizując trasę wyścigu przed startem oceniałem ją jako łatwiejszą i dzięki temu szybszą niż dwie poprzednie edycje L’Etape du Tour, w których miałem dotąd okazje wystąpić. Swoje możliwości na takim szlaku oceniałem na sześć do sześciu i pół godziny jazdy. Mając na karku 33 wiosny zaliczony byłem do kategorii B (zawodnicy w wieku do 30 do 39 lat) co oznaczało, iż chcąc sobie zasłużyć na złoty dyplom muszę uzyskać czas max. 6 godzin i 5 minut, zaś do dyplomu srebrnego wystarczy mi czas nawet o trzy kwadranse gorszy. Począwszy od sezonu 2005 przejechałem tuzin podobnych imprez, niekiedy docierając od mety ostatkiem sił. Dlatego będąc dobrego zdania o swych możliwościach po tygodniu spędzonym w Sabaudii, lecz jednocześnie „wiedząc” jak trudne zadanie czeka na mnie na ostatnich 20 kilometrach założyłem sobie realizacje taktyki ambitnej, lecz bez napadów ułańskiej fantazji. Dysponując znacznie wyższym numerem startowym niż w 2007 roku zakładałem, iż niemożliwe będzie osiągnięcie tak wysokie miejsca jak w Pirenejach kiedy to sklasyfikowany zostałem na 313 miejscu, z 325-tym czasem wyścigu. Tym razem celem maximum było dla mnie przedarcie się do strefy top-500, zaś planem minimum miejsce w pierwszym „tysiaku” startujących. Założyłem sobie mocną jazdę tak pod górę jak i na płaskim tzn. przeskoczenie możliwie największej liczby konkurentów na pierwszych 50 kilometrach. Potem zaś włączyć chciałbym tryb oszczędny czyli mocne tempo na podjazdach, lecz raczej chowanie się w peletonach podczas równinnych odcinków i przeskoki między grupkami tylko w dogodnych okolicznościach czyli w jakimś godnym towarzystwie, a więc bez większego nadwątlenia sił własnych.

Na początek kilka zakrętów na ulicach miasta i po chwili wyjazd w kierunku południowo-wschodnim na prowincję. Podczas tego rodzaju masowych imprez trzeba nad wyraz uważnie dbać o swe bezpieczeństwo. Ruch jak w mrowisku. Wielokilometrowy peleton przypomina rzekę, której nurty szybsze i wolniejsze stanowią grupy zawodników jadących z bardzo różną prędkością. Co do zasady ci mocniejsi zgodnie z zasadami ruchu drogowego szukają swej okazji do awansu po lewej stronie szosy, stąd i ja nie raz podłączałem się do takiego pociągu, okazjonalnie występując w roli maszynisty. Najszybciej nadrabianie pozycji szło mi na podjazdach, zaś pierwszy ze wspomnianych sześciu „maluchów” wyrósł przed nami już po kilkunastu kilometrach. Na dzień dobry należało pokonać Cote de Citelle (428 m. n.p.m., na 18 km) – górkę trzeciej kategorii o długości 5,23 km przy średnim nachyleniu 3,9 %. Uporałem się z nią w 13 minut i 12 sekund przy prędkości 24,2 km/h. Potem dość łatwy zjazd, na którym rozwinąłem prędkość do 54 km/h i kolejny mały podjazd – tym razem niesklasyfikowany – w okolicy wioski Rousset-les-Vignes (447 m. n.p.m., na 36 km). Wymiary podobne do Citelle czyli 5,37 km przy średniej 3,1 %. Hopka do pokonania w mocnym tempie i na dość twardym obrocie o czym świadczy moja średnia 29,2 km/h. Pagórek połknięty w 11 minut i 14 sekund.

Wszystko to „przedbiegi”, ale po godzinie jazdy można już się zorientować, który z sąsiadów prezentuje zbliżony do naszego poziomu. To pozwala wziąć paru tego typu „delikwentów” pod lupę, mając ich koszulki za swego rodzaju wyznacznik, w którym miejscu większej grupy warto przebywać by nie znaleźć się po złej stronie w razie pęknięcia naszego oddziału. Do Nyons czyli pierwszego miasteczka na trasie wyścigu dotarliśmy po pokonaniu 44 kilometrów. A jako, że zajęło mi to niespełna blisko 78 minut moja średnia prędkość na odcinku otwarcia wyniosła 34 km/h. Za miastem należało skręcić w lewo by wjechać na 10-kilometrowy odcinek po drodze N-94 w górę rzeki Eygues. Po odbiciu na południe ku wiosce Sainte-Jalle szosa nadal bardzo delikatnie się wznosiła tak, iż jazda w grupie z prędkością ponad 36 km/h nie stanowiła większego problemu. Okazję do kolejnego awansu w wyścigowej hierarchii dała mi druga premia górska trzeciej kategorii czyli Col d’Ey (718 m. n.p.m., na 70 km). Podjazd nieco poważniejszy od dwóch pierwszych. Zbliżony do nich pod względem długości tzn. 6,01 km, lecz bardziej stromy tzn. z przyzwoitą średnią 5,1 i max. 8,2 %. Stąd też wspinaczka choć płynna to nieco wolniejsza czyli 17 minut i 8 sekund przy przeciętnej 21,2 km/h. Zgodnie z ostrzeżeniem podanym przez organizatorów na zjeździe z tej przełęczy trzeba było bardziej uważać. Kilka technicznych, ciasnych zakrętów na wąskiej i nie najlepszej jakości szosie. Straciłem trochę pozycji nie przekraczając w tym miejscu prędkości 49 km/h. Zaraz po zjeździe minąłem pierwszy bufet w Buis-les-Baronnies bez postoju, łapiąc tylko w locie małą butelkę wody.

Po krótkim odcinku na z grubsza płaskim terenie dotarłem do wioski Eygaliers gdzie zaczynał się czwarty tego dnia, acz trzeci klasyfikowany podjazd. Była to Col de Fontaube (635 m. n.p.m., na 92 km) czyli jedyna na trasie premia górska czwartej kategorii. Nieco dłuższa, acz łagodniejsza od Citelle i d’Ey miała bowiem 7,63 km przy średniej 3,4 %. Znowu atak lewą stroną, a gdzie trzeba mały slalom. W sumie 17 minut i 53 sekundy jazdy pod górę przy prędkości 25,9 km/h. Na szczycie Fontaube po raz pierwszy tego dnia można było dojrzeć w oddali ogołocony z drzew wierzchołek Mont Ventoux. Na zjeździe straciłem kontakt ze swoją grupką przez co kilka kolejnych kilometrów na pograniczu Drome i Vaucluse upłynęło mi na desperackiej pogoni pod hasłem „siła złego na jednego”. Jak by tego było mało w tym samym czasie dziabnęła mnie w palec prawej dłoni jakaś osa przysiadła na kierownicy, najpewniej znęcona w to miejsce kroplami słodkiej zawartości bidonu. Koniec końców udało mi się dopaść mój peletonie i wraz z nim rozpocząć piąty podjazd, który prowadził do wioski Aurel (769 m. n.p.m., na 110 km) położonej na płaskowyż przed miasteczkiem Sault. Wzniesienie to nie doczekało się kategoryzacji podczas tegorocznego TdF, choć przewyższenie miało nieco większe niż Citelle, zaś średnie nachylenie wyższe od Fontaube. Jego wymiary to 6,11 km przy średniej 3,6 %. Jego pokonanie zajęło mi 15 minut i 13 sekund przy przeciętnej 24,5 km/h.

Było już wpół do jedenastej i powietrze zdążyło się rozgrzać do 26 stopni (minimalną temperaturę tzn. 14 zanotowałem na Citelle). Upał zaczynał dokuczać i skończyły mi się zapasy wody w bidonie. Dlatego w Sault zatrzymałem się dosłownie na 20 sekund by uzupełnić zapasy. Co ciekawe w miejscowości tej rozpoczyna się trzecie, najmniej znane i nigdy nie wykorzystane na „Wielkiej Pętli” podejście pod Mont Ventoux. Mało atrakcyjne, bo znacznie łatwiejsze od obu zachodnich opcji. Oczywiście wzorem zawodowców z TdF również uczestnicy L’Etape du Tour mieli pogardzić wschodnim obliczem „Góry Wiatrów” i zmierzyć się z Prowansalskim Olbrzymem w jego najbardziej klasycznej postaci. Zanim jednak mogłem przystąpić do tej niezrównanej walki musiałem pokonać ostatniego z sześciu karłów. Parę kilometrów za Sault wśród fioletowych pól lawendy zaczynał się bowiem trzeci podjazd trzeciej kategorii, a mianowicie Col du Notre Dame-de-Abeilles (996 m. n.p.m., na 127 km). Dziwna to góra. Stromy kilometr niemal na dzień dobry, z fragmentem przekraczającym nawet 11 %. Potem zaś pięć na ogół bardzo łatwych kilometrów i na koniec gdy już się wydaje, że wjechaliśmy na szczyt mały „roller-coaster” czyli po kilkaset metrów interwału: dół-góra, dół-góra. W sumie zaś 8,2 km długości przy średnim nachyleniu 4,5 %. Jednym słowem trochę zabawy z przełożeniami. Jak dla mnie 22 minut i 6 sekund wspinaczki przy średniej 22,4 km/h.

Znacznie trudniej byłoby od przeciwnej strony, gdyż zjazd do Villes–sur-Auzon okazał się być bardzo szybki, a niekiedy wręcz niebezpieczny. W sumie blisko 11,5 kilometra „na łeb na szyję”, ze stratą 680 metrów w pionie. W dodatku w kompletnie odsłoniętym, a przez to bardzo wietrznym terenie. Tutaj też osiągnąłem maksymalną prędkość na całym wyścigu czyli 66,6 km/h. Dochodziło południe, więc i temperatura pikowała do 31 stopni Celsjusza. Stąd 12-kilometrowy pagórkowaty odcinek przed Bedoin nie należał do przyjemnych, tym bardziej że znaleźli się harcownicy (a pośród nich niespokojna niewiasta) gotowi zburzyć spokój w grupie, której większość członków niczego bardziej nie pragnęła jak zaoszczędzić odrobinę energii przed tym co miało dopiero nastąpić. Na bufecie w Bedoin postanowiłem nie oszczędzać. Zjadłem ile trzeba, zabrałem zapasy wody – w sumie postój kosztował mnie dwie minuty. Do punktu pomiaru czasu przed finałowym podjazdem dojechałem w czasie 4 godzin 35 minut i 31 sekund czyli ze średnią prędkością 32,729 km/h. Biorąc pod uwagę wynik uzyskany na „siostrzanym” (z uwagi na długość i przewyższenie) wobec Mont Ventoux podjeździe pod Madeleine tego rodzaju górę mógłby pokonać w półtorej godziny. Czyli tym sposobem złamać „złotą barierę” 6 godzin i 5 minut. Jednak jazda na świeżości przy umiarkowanej temperaturze to jedno, zaś podobna wspinaczka po 150 kilometrach wyścigu, w dodatku przy coraz mocniej piekącym słońcu to już zupełnie inna historia.

Napisany w Gran Fondo | Możliwość komentowania L’Etape du Tour – cz. I została wyłączona

Alpenbrevet – San Gottardo & Susten

Autor: admin o 9. sierpnia 2008

W samym Airolo niejako na półmetku Gold-Strecke był usytuowany kolejny bufet. Dotarłem do tego miejsca w czasie 4 godziny 11 minut i 30 sekund. Piotr potrzebował na to 3 godzin 55 minut i 58 sekund co oznaczało, iż od dobrego kwadransa poznawał już wielce specyficzne uroki trzeciego wzniesienia w ciężkostrawnym menu dnia. Jednak wcześniej o mały włos nie pomyliłem drogi i nie zacząłem trzeciego wzniesienia w innym miejscu niż zakłada to program zawodów. Czekał nas teraz kultowy podjazd pod strategiczną oraz bardzo ważną w dziejach państwowości szwajcarskiej przełęcz świętego Gottharda (2091 m. n.p.m.). We Włoszech wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, zaś w Szwajcarii wszystkie alpejskie zdają się prowadzić na tą właśnie przełęcz.

Zarówno od południa (Airolo) jak i od północy (Hospental) prowadzą na nią po dwie momentami przeplatające się drogi. Nowa asfaltowa zbudowana na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku oraz stara w dużej części brukowana via Tremolo wybudowana w latach 1827-1830! Jak by tego było mało dla tych, którzy się śpieszą i w nosie mają przepiękne górskie pejzaże dostępny jest też tunel pod przełęczą łączący Airolo z Goschenen. W Airolo był dobry moment na to by przez kolejnym podjazdem zdjąć z siebie część ciuchów i dać skórze lepiej pooddychać. Pomny swych niedawnych trudnych chwil zatrzymałem się profilaktycznie na bufecie, choć tym razem na skromne półtorej minuty. Jakieś dwieście metrów za bufetem wyznaczony został rozjazd pomiędzy trasami złotą a platynową. Walczący na trasie Gold-Strecke musieli skręcić w lewo i rozpocząć z początku asfaltowy podjazd pod San Gotthard, zaś maratończyków z Platin-Strecke czekał od tego momentu 37-kilometrowy łagodny zjazd aż do miejscowości Biasca.

Podjazd pod San Gottardo przez via Tremola na papierze nie robi większego wrażenia i w teorii musiałby uchodzić za najłatwiejszy z całej czwórki w programie Gold-Strecke. Długość 14 kilometrów przy średnim nachyleniu 6,7 % i max. 14 % to po prostu standardowe wymiary premii górskiej pierwszej kategorii. Podjazd owszem znaczący, lecz na dobrą sprawę niczym z pozoru nie wyróżniający się pośród setek alpejskich wzniesień. W tym miejscu należy jednak od razu dodać, iż swój dość przeciętny wzrost nadrabia trudnym charakterem, bowiem z grubsza 60-70 % podjazdu prowadzi po bruku! Szczęśliwie nie są to kocie łby na miarę Paryż – Roubaix, lecz raczej dość równo ułożona kostka. Niemniej w żadnym razie nie daje ona komfortu jazdy jaki przydałby się podczas przeszło godzinnej wspinaczki. W normalnych okolicznościach wspinałbym się pewnie pod tego typu górę w tempie 14-15 km/h, zaś „na świeżo” i 16 km/h nie powinno by stanowić problemu. Tymczasem będąc umęczony dwoma wcześniejszymi podjazdami i jadąc po nawierzchni przeznaczonej raczej dla kolarzy górskich niż szosowych cała zabawa zajęła mi 74 minuty przy marnym VAM 759 m/h. Niemniej blisko trzy minuty straciłem na walkę ze skurczem w prawym udzie, który złapał mnie w okolicy czwartego kilometra. Widać moje mięśnie miały z początku pewien problem z przystosowaniem się do pracy na takim trzęsawisku. Licznik zanotował średnią prędkość z samej jazdy jako skromne 11,8 km/h czyli jak przypuszczam dobre 2-3 km/h wolniej niż mogłoby to mieć miejsce na asfalcie.

Podjazd do samego końca prowadził po bruku i kończył się pomiędzy hotelem a schroniskiem wybudowanymi na samej przełęczy. Przed pomnikiem w trzema orłami należało skręcić w lewo i wzdłuż brzegów małego jeziorka dojechać do wspomnianej przeze mnie nowszej drogi na San Gottardo. Na szczęście sam zjazd wyznaczono nam po asfalcie. Trzeba przyznać, iż jego pierwszy 9,5-kilometrowy fragment był dość łatwy technicznie przez co zachęcający do szybkiej jazdy. Jedynie obecność sporej liczby samochodów nakazywała pewna ostrożność i sprawiła, że rozpędziłem się maksymalnie do 67 km/h. Pierwsza faza zjazdu kończyła się w Hospental gdzie droga wchodziła na płaskowyż by przez kolejne trzy kilometry lekko opadać ku Andermatt. Właśnie przed tą miejscowością wyznaczono kolejny bufet. Zapobiegliwie stanąłem w nim na ponad pięć minut, gdyż miała to być dla mnie ostatnia „strefa tankowania”. Tymczasem do mety były jeszcze 63 kilometry. Dwa kilometry za bufetem droga rozpoczynał się drugi odcinek zjazdu, tym razem 8,5-kilometrowy. W początkowej fazie był on techniczny tzn. kręty i w sporej części poprowadzony tunelami, a przy tym przy sporym ruchu samochodowym. Zjeżdżałem z podobną prędkością co na pierwszym odcinku i po drodze zacząłem mijać małe grupki swych „konkurentów”. Przypuszczam jednak, że niektórzy byli „turystami” z tylnej straży peletonu pod wezwaniem Silber-Strecke, albowiem trasy obu rajdów zbiegły się nieco wcześniej tzn. we wspomnianym już Hospental. Zjazd kończył się w Wassen na wysokości 917 metrów n.p.m. i od razu skręcał w lewo przechodząc w ostatni dla wszystkich uczestników Alpenbrevet podjazd tzn. Sustenpass (2224 m. n.p.m.). Na trzecim punkcie pomiaru czasu zameldowałem się w czasie 6 godzin 2 minut i 8 sekund. Tymczasem Piotrek był szybszy ode mnie również na tej ćwiartce, bowiem na dotarcie do Wassen potrzebował tylko 5 godzin 38 minut 11 sekund.

Niemniej najgorsze, kryzysowe chwile miałem już dawno za sobą i z optymistycznym nastawieniem rozpocząłem podjazd pod Susten. Morale rosło wraz z mijaniem kolejnych zawodników. Wydawało mi się, że odzyskałem siły, złapałem swój rytm i jadę na tyle na ile bym od siebie oczekiwał. Owa teorię postawiła pod znakiem zapytania pewna niewiasta, która nie będąc uczestnikiem rajdu przyjechała sobie tu potrenować przed dalsza częścią swego zawodniczego sezonu. Otóż lokalna kozica dogoniwszy moją grupkę, wyjechała na jej czoło i dyktowanym przez siebie tempem dokumentnie ja rozbiła. Początkowo byłem jednym z dwóch gości, którzy zaciskając zęby byli wstanie dotrzymać jej kroku lecz po jakiś dwóch-trzech kilometrach wolałem dać za wygraną by raz jeszcze nie przegrzać swego silnika. Tymczasem trzeba było jakimś sposobem pokonać i te wzniesienie. Trudne nie tylko z powodu suchych danych technicznych czyli 17,6 km przy średnim nachyleniu 7,4 i max. 12 %. Nikt spośród uczestników rajdu nie brał się z nim z bary na świeżości. Do tego jeszcze niewiele było na nim serpentyn, bowiem spora część podjazdu poprowadzona była górskim trawersem, zrazu w kierunku północno-zachodnim, a następnie stricte zachodnim. Jedyny plus tej sytuacji to przepiękne szerokie panoramy alpejskich łąk i szczytów, lecz gdy człowiek jest u kresu swych sił to i mniej skory do podziwiania piękna przyrody. Ku temu miałem okazję w kolejnych dwóch dniach gdy przyszło mi pokonywać tą przełęcz jeszcze trzykrotnie, acz już tylko samochodem. Sam podjazd kończy się w 200-metrowym tunelu i godzi się przypomnieć, iż w 2002 roku na etapie TdS do Meiringen jako pierwszy zdobył go mój krajan z Pomorza – Piotr Wadecki. Mojej skromnej osobie walka z tą górą zajęła blisko 94 minuty przy średniej prędkości 11,3 km/h i VAM 823 m/h czyli wciąż sporo poniżej mych włoskich osiągów.

Po dotarciu na szczyt pozostawało już tylko 35 kilometrów niemal samych zjazdów do mety. Ściślej rzecz ujmując dokładnie 28,3 kilometra momentami bardzo szybkiego zjazdu do Innertkirchen. Wabiony bliskością mety rozwinąłem się nawet do 70 km/h, acz do poskromienia swej fantazji zmuszała obecność tuneli przed którymi wypadało nieco wyhamować. Natomiast po dojechaniu do Innertkirchen należało jeszcze przebyć lustrzane odbicie porannego wstępu do całej zabawy czyli odcinek 6,5 kilometra zawierający w sobie niewielki podjazd do Kirchet o długości 1,6 km przy średniej 5 %. Z pozoru żadne straszydło, lecz po 500 minutach na rowerze od samego rana, w tym ostatnich 40 minutach szybkiego zjazdu na twardym obrocie nawet taki „hopek” przy koniecznej zmianie rytmu może zaboleć. Udało się go jednak przebyć bezproblemowo i do upragnionej mety zostało mi już tylko 3300 metrów zjazdu i 1500 metrów po płaskim, a żeby nie było łatwo sam finał prowadził pod wiatr. Na mecie licznik pokazał mi dystans dnia 176 kilometrów i przewyższenie nieco niższe od zapowiedzianego przez organizatorów czyli 5096 metrów. Ostatecznie na pokonanie złotej trasy potrzebowałem 8 godzin 27 minut i 22 sekund. Jak się później okazało uzyskałem dwudziesty piąty czas pośród 481 osób, które ukończyły Gold-Strecke. Przyznam, że tak wysokie „miejsce” było dla mnie miłym zaskoczeniem wobec wspomnianych słabości. Piotr spisał się jeszcze lepiej, ukończywszy rajd w czasie 8 godzin 7 minut i 46 sekund tzn. z dwunastym czasem. Bezkonkurencyjny  był Austriak Frank Haun, który męczył się na tej trasie jedynie przez 6 godzin 33 minut i 40 sekund  tzn. o jakieś trzy kwadranse krócej niż „wicelider” Szwajcar Martin Duss. W sumie zaś tylko siedmiu uczestników naszej wersji rajdu przebywało na trasie mniej niż osiem godzin! Dodam jeszcze tylko, że trasę srebrną przejechało 466 osób, zaś platynowy maraton 184 ludzi z żelaza.

Napisany w Gran Fondo | Możliwość komentowania Alpenbrevet – San Gottardo & Susten została wyłączona

Alpenbrevet – Grimsel & Nufenen

Autor: admin o 9. sierpnia 2008

Jak przystało na imprezę tego rodzaju na początku czekała nas jazda w tłoku czyli w grupie liczącej bez mało sześć pełnowymiarowych peletonów. W grupie takiej niczym w rzece są nurty szybsze i rwące do przodu, jak i te spokojniejsze co bardziej zamulają. Kto chce się wydobyć z wnętrza wielkiego stada od startu musi jechać szybko i co najwyżej by nie tracić zbyt wielu sił podłączać się pod pociągi jemu podobnych ścigantów pragnących przedrzeć się na pozycje frontowe. Należy niemniej od razu zaznaczyć, iż jakkolwiek podczas Alpenbrevet czas jest mierzony i publikowany na stronie internetowej wyścigu to jednak impreza ta jest rozgrywana w formule co oznacza, iż nie ma oficjalnej klasyfikacji wyścigu jak podczas włoskich Gran Fondo czy francuskich Cyclosportive. Dzięki temu atmosfera na pierwszych kilometrach była spokojniejsza, a poza tym pierwsze cztery kilometry do Kirchet prowadziły cały czas lekko pod górę (z poziomu 596 do 712 m n.p.m.) co sprzyjało naturalnej selekcji. Oczywiście był to jednak zbyt krótki odcinek by rozbić całą grupę na mniejsze. Dlatego niespełna półtorakilometrowy zjazd przed Innertkirchen (625 m. n.p.m.) trzeba było pokonać w wielkim roju na podobieństwo pszczelego. Innertkirchen jest strategicznym miejscem na trasie całego rajdu, bowiem otwiera się tu i zamyka ów magiczny kwadrat dróg w samym sercu szwajcarskich Alp. W naszym przypadku oznaczało to, iż w centrum tego miasteczka musieliśmy skręcić w prawo ku Grimselpass by po blisko 160 kilometrach zmagań z górami i własnymi słabościami powrócić w to samo miejsce ukończywszy zjazd z Sustenpass.

Jako się rzekło na pierwszy ogień szedł Grimsel (2165 metrów n.p.m.). Podjazd bardzo długi, dość nierówny lecz z solidnym średnim nachyleniem tzn. 6,8 % przy długości aż 25,1 km. Jednym słowem pomiędzy Innertkrchen a przełęczą trzeba pokonać różnice wzniesień rzędu 1540 metrów. Górę tą jak dotąd dziewięciokrotnie przejeżdżali uczestnicy Tour de Suisse. Po raz ostatni w 2007 roku gdy po solowej akcji wygrał etap Rosjanin Władimir Gusiew. Podobnie jak jemu rok wcześniej tak i nam przyszło się piąć pod górę w fatalnych warunkach atmosferycznych. Im wyżej tym oczywiście zimniej tzn. na dole 12, zaś u góry już tylko 5 stopni. Do tego nieustający deszcz zmieniający jedynie swa intensywność. Po szesnastu kilometrach niezbyt stromej wspinaczki drobna atrakcja dla wyrwania nas z monotonii. Musimy odbyć w prawo przed jednym z tuneli i okrążyć go zboczem góry, wąską droga po kostce tuż nad przepaścią. Od tego miejsca pomijając dwa krótkie fragmenty (w tym jeden obok sztucznego jeziora Raterichbodensee) podjazd już nie odpuszczał trzymając dość równo na wymagającym poziomie 8 %. Już wcześniej znalazłem swe miejsce w 6-osobowej grupce gdzie nie brakowało ludzi mocniejszych ode mnie, lecz dłuższy czas udało mi się dotrzymać im tempa. Ostatecznie podjazd pokonałem w 91 i pół minuty przy średniej prędkości 16,5 km/h oraz VAM 980 m/h. Czułem się nieźle i zważywszy, iż był to dopiero 33 kilometry nie uznałem za stosowne zatrzymać się choć na chwilę by wypić coś cieplejszego albo przegryźć coś innego niż miałem w kieszonkach.

Taka nonszalancja okazała się później zgubna w skutkach. Przekroczywszy przełęcz wjechaliśmy wszyscy do kantonu Wallis – trzeciego pod względem wielkości, w którym najpopularniejszym językiem jest francuski i który na swych zachodnich krańcach dotyka Francji oraz jeziora Genewskiego. My jednak przełknąć mieliśmy jedynie przez jego teutońskie wschodnie kresy w drodze do miasteczka Ullrichen i dalej na przełęcz Nufenen – najwyższą pośród wszystkich przemierzanych w historii Tour de Suisse. Wcześniej czekał nas jednak blisko 12-kilometrowy zjazd do Oberwald i następnie 5-kilometrowy płaski odcinek do samego Ulrichen. Początek zjazdu mokry i dość specyficzny. Co serpentyna to zmiana „klimatu”. Zakręt w prawo i prosta wiodąca ku gęstej mgle. Zakręt w lewo i prosta ku nieśmiało przebijającemu się słońcu. I tak kilka razy. Po niespełna sześciu kilometrach zjazdu docieramy do miejscowości Gletsch (1757 m. n.p.m.) gdzie zwolennicy Silber-Strecke mogą odbić w lewo i niedługo potem rozpocząć podjazd pod przełęcz Furka (2431 m n.p.m.). Ja skręciłem w prawo by kontynuować zjazd do Oberwald. Po chwili włos zjeżył mi się głowie, albowiem przy prędkości ponad 50 km/h w ostatniej chwili spostrzegłem, iż przez czekającym mnie tunelem zamiast asfaltu leży 150-metrowy odcinek starej kostki pięknie wymytej przez deszczyk. Nie było czasu na hamowanie. Zresztą na tym podłożu lepiej nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Pozostaje się modlić o przeżycie. Ręce daleko od hamulców, serce podchodzi do gardła, zaś w głowie tli się nadzieja że jakoś to będzie wszak nie jadę tu jako pierwszy. Udało mi się nie wpaść w żaden niebezpieczny poślizg i reszta zjazdu była już zwykłą formalnością. Z kolei na płaskim odcinku przed Ulrichen przyszła pora na spawanie i tym sposobem w małej grupce dotarłem do podnóża Nufenenpass (2478 m. n.p.m.).

Początkowo nic nie zapowiadało czekającej mnie Golgoty. Podjazd zacząłem dość żwawo z przodu grupki. Po chwili jeszcze nieco przyspieszyłem z lekka podirytowany zachowaniem pewnego młodziana, który przepychał na tyle twardy obrót, iż na szosie kręcił ósemki i wybijał tym z rytmu swych sąsiadów. Trzeba przyznać , że Nufenen jest bardzo ciężkim wzniesieniem. Od zachodniej strony bardziej stromym niż długim, lecz 13 km przy średnim nachyleniu 8,9 % i max. 17,5 % musi robić wrażenie. W zasadzie na całym podjeździe jest tylko jeden kilkusetmetrowy odcinek w okolicy czwartego kilometra, na którym można nieco odsapnąć. Pierwsze osiem kilometrów pokonałem dość sprawnie czyli przy średniej prędkości 12,5 km/h. Jednak im wyżej tym czułem się gorzej. Najwyraźniej moje baterie wysiadły znacznie prędzej niż się spodziewałem tzn. już około 60 kilometra trasy. Niby niewiele dystansu było za nami, lecz po długim chłodnym i mokrym podjeździe pod Grimsel zapasy energetyczne zostały mocno nadwątlone i po około trzech godzinach jazdy niewiele zostało mi sił witalnych. Ostatnie pięć kilometrów przejechałem przeto przy mizernej średniej 8,7 km/h nęcony chyba tylko nadzieją dłuższej wizyty w czekającym mnie na górze bufecie. Świadectwem tego jak bardzo uszło ze mnie powietrze niech będzie fakt, iż kilkaset metrów przed przełęczą dojechał do mnie Piotr, który jeszcze na punkcie kontrolnym w Gletsch miał czas gorszy o ponad siedem minut. Piotrek doholował mnie na górę i razem stanęliśmy na wspomnianym bufecie. Wspinaczka pod Nufenen zajęła mi 73 i pół minuty przy średniej prędkości 10,7 km/h i raczej skromnym VAM 897 m/h. Niemniej mój kolega rozsądnie rozłożywszy swe siły nie ma miał potrzeby zostawać tam na dłużej. Ja postanowiłem w tym pięknym miejscu zabawić znacznie dłużej. Musiałem się rozgrzać i posilić. Wypiłem dwa kubki życiodajnego rosołu i zjadłem nieco owoców czy ciastek oraz uzupełniłem bidony. Ruszyłem po ośmiu minutach. Czekał nas teraz wszystkich zjazd do Airolo przez dolinę Bedretto. Te włosko brzmiące nazwy słusznie sugerują, iż po minięciu przełęczy Nufenen uczestnicy rajdu wjeżdżali na szosy włoskojęzycznego kantonu Ticino. Zjazd był bardzo przyjemny. Powoli odzyskiwałem siły. Wschodnia droga na przełęcz nie jest tak stroma jak zachodnia, lecz z drugiej strony ma mniej serpentyn, co pozwalało momentami nieźle się rozpędzić. Mój licznik na tym odcinku pochwalił się prędkością 72 km/h.

Napisany w Gran Fondo | Możliwość komentowania Alpenbrevet – Grimsel & Nufenen została wyłączona