banner daniela marszałka

Alpenbrevet – Grimsel & Nufenen

Autor: admin o sobota 9. Sierpień 2008

Jak przystało na imprezę tego rodzaju na początku czekała nas jazda w tłoku czyli w grupie liczącej bez mało sześć pełnowymiarowych peletonów. W grupie takiej niczym w rzece są nurty szybsze i rwące do przodu, jak i te spokojniejsze co bardziej zamulają. Kto chce się wydobyć z wnętrza wielkiego stada od startu musi jechać szybko i co najwyżej by nie tracić zbyt wielu sił podłączać się pod pociągi jemu podobnych ścigantów pragnących przedrzeć się na pozycje frontowe. Należy niemniej od razu zaznaczyć, iż jakkolwiek podczas Alpenbrevet czas jest mierzony i publikowany na stronie internetowej wyścigu to jednak impreza ta jest rozgrywana w formule co oznacza, iż nie ma oficjalnej klasyfikacji wyścigu jak podczas włoskich Gran Fondo czy francuskich Cyclosportive. Dzięki temu atmosfera na pierwszych kilometrach była spokojniejsza, a poza tym pierwsze cztery kilometry do Kirchet prowadziły cały czas lekko pod górę (z poziomu 596 do 712 m n.p.m.) co sprzyjało naturalnej selekcji. Oczywiście był to jednak zbyt krótki odcinek by rozbić całą grupę na mniejsze. Dlatego niespełna półtorakilometrowy zjazd przed Innertkirchen (625 m. n.p.m.) trzeba było pokonać w wielkim roju na podobieństwo pszczelego. Innertkirchen jest strategicznym miejscem na trasie całego rajdu, bowiem otwiera się tu i zamyka ów magiczny kwadrat dróg w samym sercu szwajcarskich Alp. W naszym przypadku oznaczało to, iż w centrum tego miasteczka musieliśmy skręcić w prawo ku Grimselpass by po blisko 160 kilometrach zmagań z górami i własnymi słabościami powrócić w to samo miejsce ukończywszy zjazd z Sustenpass.

Jako się rzekło na pierwszy ogień szedł Grimsel (2165 metrów n.p.m.). Podjazd bardzo długi, dość nierówny lecz z solidnym średnim nachyleniem tzn. 6,8 % przy długości aż 25,1 km. Jednym słowem pomiędzy Innertkrchen a przełęczą trzeba pokonać różnice wzniesień rzędu 1540 metrów. Górę tą jak dotąd dziewięciokrotnie przejeżdżali uczestnicy Tour de Suisse. Po raz ostatni w 2007 roku gdy po solowej akcji wygrał etap Rosjanin Władimir Gusiew. Podobnie jak jemu rok wcześniej tak i nam przyszło się piąć pod górę w fatalnych warunkach atmosferycznych. Im wyżej tym oczywiście zimniej tzn. na dole 12, zaś u góry już tylko 5 stopni. Do tego nieustający deszcz zmieniający jedynie swa intensywność. Po szesnastu kilometrach niezbyt stromej wspinaczki drobna atrakcja dla wyrwania nas z monotonii. Musimy odbyć w prawo przed jednym z tuneli i okrążyć go zboczem góry, wąską droga po kostce tuż nad przepaścią. Od tego miejsca pomijając dwa krótkie fragmenty (w tym jeden obok sztucznego jeziora Raterichbodensee) podjazd już nie odpuszczał trzymając dość równo na wymagającym poziomie 8 %. Już wcześniej znalazłem swe miejsce w 6-osobowej grupce gdzie nie brakowało ludzi mocniejszych ode mnie, lecz dłuższy czas udało mi się dotrzymać im tempa. Ostatecznie podjazd pokonałem w 91 i pół minuty przy średniej prędkości 16,5 km/h oraz VAM 980 m/h. Czułem się nieźle i zważywszy, iż był to dopiero 33 kilometry nie uznałem za stosowne zatrzymać się choć na chwilę by wypić coś cieplejszego albo przegryźć coś innego niż miałem w kieszonkach.

Taka nonszalancja okazała się później zgubna w skutkach. Przekroczywszy przełęcz wjechaliśmy wszyscy do kantonu Wallis – trzeciego pod względem wielkości, w którym najpopularniejszym językiem jest francuski i który na swych zachodnich krańcach dotyka Francji oraz jeziora Genewskiego. My jednak przełknąć mieliśmy jedynie przez jego teutońskie wschodnie kresy w drodze do miasteczka Ullrichen i dalej na przełęcz Nufenen – najwyższą pośród wszystkich przemierzanych w historii Tour de Suisse. Wcześniej czekał nas jednak blisko 12-kilometrowy zjazd do Oberwald i następnie 5-kilometrowy płaski odcinek do samego Ulrichen. Początek zjazdu mokry i dość specyficzny. Co serpentyna to zmiana „klimatu”. Zakręt w prawo i prosta wiodąca ku gęstej mgle. Zakręt w lewo i prosta ku nieśmiało przebijającemu się słońcu. I tak kilka razy. Po niespełna sześciu kilometrach zjazdu docieramy do miejscowości Gletsch (1757 m. n.p.m.) gdzie zwolennicy Silber-Strecke mogą odbić w lewo i niedługo potem rozpocząć podjazd pod przełęcz Furka (2431 m n.p.m.). Ja skręciłem w prawo by kontynuować zjazd do Oberwald. Po chwili włos zjeżył mi się głowie, albowiem przy prędkości ponad 50 km/h w ostatniej chwili spostrzegłem, iż przez czekającym mnie tunelem zamiast asfaltu leży 150-metrowy odcinek starej kostki pięknie wymytej przez deszczyk. Nie było czasu na hamowanie. Zresztą na tym podłożu lepiej nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Pozostaje się modlić o przeżycie. Ręce daleko od hamulców, serce podchodzi do gardła, zaś w głowie tli się nadzieja że jakoś to będzie wszak nie jadę tu jako pierwszy. Udało mi się nie wpaść w żaden niebezpieczny poślizg i reszta zjazdu była już zwykłą formalnością. Z kolei na płaskim odcinku przed Ulrichen przyszła pora na spawanie i tym sposobem w małej grupce dotarłem do podnóża Nufenenpass (2478 m. n.p.m.).

Początkowo nic nie zapowiadało czekającej mnie Golgoty. Podjazd zacząłem dość żwawo z przodu grupki. Po chwili jeszcze nieco przyspieszyłem z lekka podirytowany zachowaniem pewnego młodziana, który przepychał na tyle twardy obrót, iż na szosie kręcił ósemki i wybijał tym z rytmu swych sąsiadów. Trzeba przyznać , że Nufenen jest bardzo ciężkim wzniesieniem. Od zachodniej strony bardziej stromym niż długim, lecz 13 km przy średnim nachyleniu 8,9 % i max. 17,5 % musi robić wrażenie. W zasadzie na całym podjeździe jest tylko jeden kilkusetmetrowy odcinek w okolicy czwartego kilometra, na którym można nieco odsapnąć. Pierwsze osiem kilometrów pokonałem dość sprawnie czyli przy średniej prędkości 12,5 km/h. Jednak im wyżej tym czułem się gorzej. Najwyraźniej moje baterie wysiadły znacznie prędzej niż się spodziewałem tzn. już około 60 kilometra trasy. Niby niewiele dystansu było za nami, lecz po długim chłodnym i mokrym podjeździe pod Grimsel zapasy energetyczne zostały mocno nadwątlone i po około trzech godzinach jazdy niewiele zostało mi sił witalnych. Ostatnie pięć kilometrów przejechałem przeto przy mizernej średniej 8,7 km/h nęcony chyba tylko nadzieją dłuższej wizyty w czekającym mnie na górze bufecie. Świadectwem tego jak bardzo uszło ze mnie powietrze niech będzie fakt, iż kilkaset metrów przed przełęczą dojechał do mnie Piotr, który jeszcze na punkcie kontrolnym w Gletsch miał czas gorszy o ponad siedem minut. Piotrek doholował mnie na górę i razem stanęliśmy na wspomnianym bufecie. Wspinaczka pod Nufenen zajęła mi 73 i pół minuty przy średniej prędkości 10,7 km/h i raczej skromnym VAM 897 m/h. Niemniej mój kolega rozsądnie rozłożywszy swe siły nie ma miał potrzeby zostawać tam na dłużej. Ja postanowiłem w tym pięknym miejscu zabawić znacznie dłużej. Musiałem się rozgrzać i posilić. Wypiłem dwa kubki życiodajnego rosołu i zjadłem nieco owoców czy ciastek oraz uzupełniłem bidony. Ruszyłem po ośmiu minutach. Czekał nas teraz wszystkich zjazd do Airolo przez dolinę Bedretto. Te włosko brzmiące nazwy słusznie sugerują, iż po minięciu przełęczy Nufenen uczestnicy rajdu wjeżdżali na szosy włoskojęzycznego kantonu Ticino. Zjazd był bardzo przyjemny. Powoli odzyskiwałem siły. Wschodnia droga na przełęcz nie jest tak stroma jak zachodnia, lecz z drugiej strony ma mniej serpentyn, co pozwalało momentami nieźle się rozpędzić. Mój licznik na tym odcinku pochwalił się prędkością 72 km/h.