banner daniela marszałka

Archiwum dla listopad, 2023

Andalucia & Este

Autor: admin o 24. listopada 2023

Ubiegłoroczną wyprawą do austriackiej Karyntii domknąłem drugą dekadę kolarskich wojaży po szosowych górach Europy. Niestety w trakcie minionych dwudziestu sezonów tylko raz wybrałem się z kolegami do dalekiej Hiszpanii. Szkoda, bo jak wiadomo gorąca Espana to kraj o bogatych tradycjach kolarskich i ciekawej geografii z punktów widzenia amatorów rowerowych wspinaczek. Niemniej potężny dystans dzielący wybrzeże Morza Bałtyckiego od Półwyspu Iberyjskiego skutecznie powstrzymywał mnie od realizacji śmiałych pomysłów dotyczących eksploracji górskich dróg Królestwa z południowo-zachodnich rubieży Starego Kontynentu. Zacnym wyjątkiem w mej wieloletniej praktyce nie przekraczania głównego grzbietu Pirenejów była jedynie wyprawa do Katalonii i Andory z końca wiosny 2016 roku. Tą 16-dniową wycieczkę odbyłem w towarzystwie Darka Kamińskiego i Rafała Wanata. Podróż była trudna zarówno pod względem sportowym jak i organizacyjnym. Pomiędzy końcem maja a połową czerwca pomieszkiwaliśmy tam w sześciu bazach lokalowych. W trzech z nich zatrzymując się tylko na jedną noc. Przemierzyliśmy Katalonię ze wschodu na zachód (od Figueras po Vielhę) po drodze niemal zahaczając o Barcelonę by zobaczyć Monestir de Montserrat. Przejechałem wówczas na rowerze blisko 1050 kilometrów robiąc w pionie przeszło 31.500 metrów. Zaliczyłem aż 30 górskich premii, przy czym osiem w granicach Księstwa Andory, zaś jedną na ziemi aragońskiej u podnóża Pico de Aneto, najwyższego szczytu Pirenejów. Na liście moich ówczesnych zdobyczy pojawiło się 17 wzniesień o przewyższeniu ponad 1000 metrów, 10 gór o wysokości przeszło 2000 metrów n.p.m. i zarazem 6 co najmniej 20-kilometrowych podjazdów.

Jednak siłą rzeczy był to jedynie wstęp do całego planu poznania możliwie jak największej liczby szosowych gór z obszaru całej Hiszpanii. Podobnie jak w przypadku Włoch i Francji chciałbym bowiem „zaliczyć” niemal każdy znaczniejszy podjazd znany kolarskim kibicom z tras miejscowego Wielkiego Touru. Niemniej to wymaga zorganizowania nie jednej, a co najmniej czterech dwutygodniowych wypraw do tego kraju. Opracowałem zatem projekty 15-dniowych podróży również po północno-zachodnich, centralnych oraz południowych regionach Espanii czyli foldery o roboczych tytułach: Asturia & Kantabria, Kastylia i Andaluzja. Przy tym od razu założyłem, iż dalsze „kolekcjonowanie” górskich skarbów Iberii rozpocznę od wyprawy do krainy Słońca i Światła czyli Al-Andalus. Bynajmniej nie jej klimat skłaniał mnie do dokonania takiego wyboru. Tym magnesem były wyniosłe Góry Betyckie, które tak swą wysokością jak i jakością kolarskich wzniesień w niczym nie ustępują Pirenejom. Mając plany gotowe pozostało mi czekać na właściwy moment do rozpoczęcia ich realizacji. W tym roku zamieniłem starego Ceed’a na młodszą o piętnaście lat Kia Xceed. Do tego mogłem liczyć na towarzystwo w dalekiej podróży dwóch wypróbowanych, w niejednej podróży, kolarskich przyjaciół. Trzeba było zatem skorzystać z wybornej okazji i w końcu ruszyć na drugi kraniec Europy. Zdawałem sobie sprawę, iż pod każdym względem będzie to zadanie trudniejsze do wykonania niż wyprawa katalońska sprzed siedmiu lat. Niemniej wielką nagrodą za podjęcie śmiałego wyzwania miał być zapewne jedyny w naszym życiu wjazd rowerem na wysokość ponad 3000 metrów n.p.m. To jest pokonanie Pico Veleta, zdecydowanie najwyższej kolarskiej góry Starego Kontynentu.

Andaluzja była głównym celem naszej dalekosiężnej podróży, lecz bynajmniej nie jedynym regionem poznawczym. Nie miałem zamiaru bić swego rekordu życiowego w jeździe samochodem bez przystanku na nocleg. Tymczasem bezpośredni przejazd na szlaku Sopot – Gorzów – Almeria zabrałby nam blisko półtorej doby. Przede wszystkim jednak spokojniejszy dojazd do Andaluzji stwarzał możliwość zahaczenia o kilka ciekawych górek znanych z tras Vuelta a Espana oraz regionalnych etapówek. Wzniesień rozrzuconych wzdłuż śródziemnomorskiego wybrzeża wschodniej części Hiszpanii. Dlatego nasz najdłuższy etap w aucie podobnie jak w 2016 roku miał się zakończyć niespełna godzinę po przekroczeniu granicy francusko-hiszpańskiej. Tym samym pierwszą górę tej wyprawy zaliczyliśmy jeszcze w Pirenejach, zaś następną na drugim krańcu Katalonii w rejonie delty rzeki Ebro. Przez pierwsze cztery doby spędzone na półwyspie Iberyjskim codziennie nocowaliśmy w innym miejscu by nazajutrz zaliczać dwie premie górskie w kolejnym regionie Hiszpanii. Po pierwszym etapie na terenie Katalonii, drugi spędziliśmy w południowej Aragonii, trzeci w Walencji (prowincja Alicante), zaś czwarty w Murcii. Na szosowe góry Andaluzji przeznaczyłem nam tylko i aż jedenaście dni. Dużo w porównaniu z czasem poświęconym na podjazdy w „przelotowych” regionach wschodniej Hiszpanii. Jednocześnie mało biorąc pod uwagę ilość dużych wzniesień czyhających na kolarzy w Górach Betyckich. Na zebranie wszystkich górskich diamentów Al-Andalus trzeba byłoby przeznaczać nawet całe trzy tygodnie czyli zrobić sobie prywatną Ruta de Sol w wymiarze czasowym godnym Wielkiego Touru.

W drodze na południe wpadaliśmy zatem tylko na szybkie noclegi do miejscowości tak anonimowych jak: Peralada, El Lligallo del Ganguil, Benaguacil czy osiedle Naranjos nieopodal Alhama de Murcia. Dopiero po dotarciu do Andaluzji mogliśmy nieco dłużej odsapnąć w jednym miejscu. Jednak z uwagi na wielkość tego regionu nie sposób było obskoczyć wszystkie wybrane podjazdy z jednej bazy noclegowej. Dlatego za punkty wypadowe ku górom etapów od piątego do piętnastego posłużyły nam lokale w trzech miastach. Noce od 5-tej do 7-mej przespaliśmy w Roquetas de Mar (prov. Almeria) na wybrzeżu Costa Almeria, od 8-mej do 10-tej w Fuengiroli (prov. Malaga) na Costa del Sol, zaś od 11-tej do 15-tej w ostatniej stolicy Maurów czyli Grenadzie. Mieście leżącym u podnóża pasma Sierra Nevada, najwyższego nie tylko w Górach Betyckich, ale i całej kontynentalnej Hiszpanii. Na potrzeby tej podróży musiałem złożyć w sumie aż dziewięć „zamówień” na stronie booking.com jako, że przeszło 30-godzinną trasę powrotną z Cortijos Nuevos do Gorzowa i Sopotu rozbiliśmy sobie na trzy odcinki. Po wyjeździe z Andaluzji w drodze do domu zatrzymaliśmy się na noclegi w Oropesa del Mar (reg. Walencja, prov. Castellon) oraz Weisweil (Badenia-Wirtembergia, rej. Fryburg). Mój nowy samochód został poddany ciężkiej próbie. Pomiędzy popołudniem 8 września i wieczorem 26 września musiał pokonać łączny dystans aż 8900 – nie zawsze płaskich – kilometrów. Moje szczęście, że w tej maratońskiej podróży mogłem liczyć na wsparcie Adriana Zdrojewskiego i wspomnianego już na wstępie Rafała. Adek czwarty rok z rzędu towarzyszył mi w późno-letniej wyprawie. Natomiast Rafa po raz szósty zawierzył w „plan Marshalla”. Poznaliśmy się w Południowym Tyrolu (2015), a ostatnio kręciliśmy razem w górach Aosty i Piemontu (2021).

Układając szczegółowy program naszej podróży musiałem pominąć niejeden ciekawy podjazd. Od razu założyłem, iż pierwsze „do odstrzału” są podjazdy najkrótsze. Dlatego pominąłem znane z Vuelty strome wspinaczki pod Mas de la Costa, Cumbre del Sol czy Xorret Cati. Na mojej oficjalnej „liście życzeń” pozostało 29 wzniesień, przy czym wypad na Cumbres Verdes, tuż po zjeździe z Pico Veleta, był w moich oczach jedynie „lekturą fakultatywną”. Jak zawsze generalne założenie przewidywało dwa podjazdy dziennie. Za wyjątkiem piętnastego etapu, który miał być już początkiem naszego odwrotu spod Grenady. Dlatego na szlaku do Oropesy mieliśmy już tylko jeden przystanek i z niego na pożegnanie z górami Andaluzji wypad na El Yelmo. Znacznie wcześniej, bo trzeciego dnia wyprawy chciałem pokonać bywały na VaE podjazd pod Alto de Aitana, najwyższy w regionie Walencji. Jednak na zboczach tej góry ogólnodostępny jest tylko dojazd do przełęczy Tudons. Na pokonanie kolejnych 500 metrów w pionie trzeba zdobyć „przepustkę” od dowództwa miejscowej bazy lotniczej. Także to nam się udało za sprawą talentów językowych i negocjacyjnych „Prezesa” Rafała. Dojechawszy do Andaluzji wiedziałem, iż nie będziemy kręcić po całym tym regionie. Szukając najciekawszych podjazdów dalekiego południa Hiszpanii wystarczyło się skupić na pięciu z ośmiu andaluzyjskich prowincji. Huelva i Sevilla nie miały nam nic ciekawego do zaoferowania. Po dłuższym namyśle zrezygnowałem też z widzianej na Ruta de Sol wspinaczki pod Santuario de la Virgen de la Sierra (gm. Cabra) w prowincji Cordoba. Ostatecznie w granicach Andaluzji zaliczyłem 20 premii górskich, z czego aż 9 w ramach prowincji Grenada, 4 w Almerii, 3 w Maladze oraz po 2 w Kadyksie i Jaen.

Dodając osiem gór zdobytych podczas 4-dniowego transferu z Pirenejów na Costa de Almeria w sumie przejechałem 28 solidnych podjazdów, w tym 14 o przewyższeniu przeszło tysiąca metrów. Tyle samo wzniesień podjechał Adrian, acz niektóre z nich w zauważalnie szybszym tempie. Rafał uzbierał zaś 27 „skalpów”, bowiem na półmetku wyprawy pozwolił sobie na jedno wolne popołudnie. Zamiast ciężkiego pojedynku z Pico de los Reales wybrał wówczas smakowite ośmiorniczki serwowane na przystani we Fuengiroli. Górą o największej amplitudzie była rzecz jasna Pico de Veleta z wynikiem aż 2631 metrów! Szutrowa końcówka Capileiry zawiodła nas 1833 metry ponad poziom startu, zaś na Sierra de Lujar i Puerto de la Ragua musieliśmy pokonać w pionie przeszło 1500 metrów. W całej kolekcji naszych zdobyczy znalazło się siedem gór o wysokości przeszło 2000 metrów n.p.m., w tym niebotyczna MEGA-Veleta z finałem grubo powyżej poziomu 3000 metrów. Kolejna szóstka czyli: Sabinas, Calar Alto, Capileira, Bacares, Ragua i Escullar miały mety poniżej 2200 metrów n.p.m. Na naszym szlaku nie zabrakło też długich podjazdów. Osiem miało ponad 20 kilometrów, z czego maratońska Veleta 42,5 kilometra, zaś Capileira-Hoya de Portillo 31,4 km. Apropos olbrzymiej Pico Velety. Ta wielka góra z finałowym odcinkiem w iście księżycowej scenerii „rozbiła system” w moich statystykach. O kilka długości czyli przeszło 500-600 metrów wyprzedziła dotychczasowe liderki w kategoriach „najwyższa” i „największa”, którymi były: Cime de la Bonette oraz Colle delle Nivolet. Poza tym niewiele jej zabrakło do miana „najdłuższego” z moich podjazdów. Okazała się o 0,2 kilometra krótsza od zachodniego Col du Galibier. Veleta nie stała się też najtrudniejszym wzniesieniem w moim dorobku, a to z uwagi na równe i na ogół umiarkowane nachylenie.

Według moich wyliczeń – pomijając wieczorny wypad do centrum Grenady – w ciągu owych 15 dni przejechałem na rowerze 1019,3 kilometra o łącznym przewyższeniu 33.173 metrów. Porównując te wrześniowe osiągi z tym co siedem lat wcześniej udało mi się zrobić na szosach Katalonii i Andory jedna rzecz rzuciła mi się w oczy. Wtedy niby wszystkiego było więcej. Przede wszystkim 16 etapów i 30 gór. Także więcej wjazdów na wysokość ponad 2000 metrów n.p.m. oraz wzniesień z przewyższeniami + 1000 metrów. Mimo to „Andaluzja” i tak przebiła „Katalonię” pod względem łącznej amplitudy wszystkich podjazdów i to o dobre 1600 metrów! W sumie nic dziwnego, skoro na wyprawie z roku 2016 największą premią górską było Turo de l’Home z przewyższeniem 1491 metrów. Natomiast na tegorocznym hiszpańskim szlaku znalazły się aż cztery wzniesienia o amplitudzie przeszło 1500 metrów. Wśród nich „Szosowa Królowa Europy” o wielkości równej dwóm premiom najwyższej kategorii czy trzem klasy pierwszej!

Poniżej przedstawiam listę premii górskich, które poznałem we wrześniu 2023 roku na szlaku od Cabanelles po Cortijos Nuevos.

Mój rozkład jazdy:

10.09 – Santuari de la Mare de Deu del Mont & Mont Caro

11.09 – Estacion de Esqui de Valdelinares & Pico del Buitre

12.09 – Alto de Aitana & Alto de las Antenas de Maigmo

13.09 – Morron de Espuna & Collado Bermejo

14.09 – Calar Alto & Tetica de Bacares

15.09 – Puerto de la Ragua & Puerto de Escullar

16.09 – El Marchal de Enix & Haza del Lino

17.09 – Cerro del Moro & Pico de los Reales

18.09 – Puerto de las Palomas & Puerto de El Boyar

19.09 – Torcal de Antequera & La Alfaguara

20.09 – Capileira / Hoya del Portillo & Sierra de Lujar

21.09 – Sierra de la Pandera & Collado del Muerto

22.09 – Collado de las Sabinas & Collado del Alguacil

23.09 – Pico Veleta

24.09 – El Yelmo

Napisany w 2023c_Andalucia & Este | Możliwość komentowania Andalucia & Este została wyłączona

Tirol (Zillertal)

Autor: admin o 10. listopada 2023

Dwie przeszło dwutygodniowe wyprawy w letnim sezonie stały się moją normą. Taka „świecka tradycja”, którą staram się odpowiednio celebrować. Jakby nie patrzeć co roku mam dobry miesiąc na realizację swych górskich celów. Z rzadka trafiają mi się jednak sezony, w których z rowerem w roli głównej lub drugoplanowej dane mogę zrobić nawet trzy zagraniczne wycieczki. Dotychczas dwukrotnie mi się to udało. Mianowicie wtedy, gdy pomiędzy dwoma wyprawami kolarskimi w moim kalendarzu pojawiały się jeszcze rodzinne wakacje we Włoszech. Dzięki nim w lipcu 2011 roku zahaczyłem rowerem o Rossfeld w Bawarii, Passo Ghiffi w Ligurii oraz osiem gór na terenie Toskanii. Natomiast na przełomie lipca i sierpnia 2015 roku podczas wczasów nad Lago di Garda udało mi się poznać cztery podjazdy w weneckiej prowincji Werona oraz dwa w lombardzkiej Brescii. W minionym roku taka okazja trafiła mi się po raz trzeci. Otóż na miejsce swych letnich wakacji wybraliśmy z Iwoną Austrię, a ściślej tyrolską Zillertal. Początkowo mieliśmy wyjechać na pełne dwa tygodnie i podzielić ów czas na turystyczne atrakcje zarówno Tyrolu jak i Karyntii. Ostatecznie te śmiałe plany musieliśmy zredukować do „grubego tygodnia” dając sobie osiem dni na poznanie uroków doliny rzeki Ziller oraz jej najbliższych okolic. W środku lata nie mogłem sobie pozwolić na dłuższy rozbrat z rowerem mając w planach na wrzesień ambitny tak logistycznie jak i sportowo wypad do dalekiej Andaluzji. Dlatego do Tyrolu zabrałem Scotta, aby choć co drugi dzień się na nim przejechać. Założyłem więc sobie, że w tym czasie zaliczę przynajmniej cztery szosowe wzniesienia.

Musiałem zatem dokonać wyboru spośród z grubsza tuzina ciekawych podjazdów, które zaczynają się w promieniu kilkunastu kilometrów od wioski Aschau in Zillertal. Wioski goszczącej nas w dniach od 5 do 14 sierpnia. Niektóre górki szybko odrzuciłem. Dłużej brałem pod uwagę 8, góra 9 kandydatur. Po pierwsze mogłem skorzystać z dróg biegnących w głąb każdej z czterech dolin zaczynających się na południe od Mayrhofen. Miejscowości, w której kończy się główna część doliny Ziller. Co ciekawe miasteczko to gościło uczestników Giro d’Italia z 2009 roku, a ja miałem przyjemność komentować w Eurosporcie ów etap wygrany przez ś.p. Michele Scarponiego. We wspomnianych czterech dolinach tzn. Tuxertal, Zamsergrund, Stilluppgrund i Zillergrund czekały na mnie długie podjazdy o zmiennym nachyleniu. Patrząc z zachodu na wschód. Najpierw Hintertux (1499 m. n.p.m.) czyli 18,1 kilometra o średniej 4,7%. Następnie Schlegeisspeicher (1784 m. n.p.n.) to jest 23 km o przeciętnej 5%. Potem Grune Wand Hutte (1438 m. n.p.m.) czyli 15,5 kilometra o średniej 5%. No i w końcu Speicher Zillegrundl (1850 m. n.p.m.) to jest 21,4 kilometra o przeciętnej 5,7%. Tym niemniej bliżej naszego domu miałem do dyspozycji cztery nieco krótsze, lecz za to znacznie bardziej strome, wspinaczki na oddanej do użytku w roku 1978 wysokogórskiej drodze Zillertaler Hohenstrasse. Na odcinku 12 kilometrów pomiędzy miejscowościami Ried i Hippach miałem kilka miejsc, z których mogłem zacząć mordercze podjazdy do: Melchboden vel Arbiskopf (2022 m. n.p.m.) bądź Zirmstadl alias Mizunalm (1799 m. n.p.m.). Poza nimi wszystkimi brałem jeszcze pod uwagę położoną bardziej na północ wspinaczkę do stacji Hochfugen (1475 m. n.p.m.) czyli 13,6 kilometra o średniej 6,8% wykorzystane na Deutschland Tour w 2008 roku.

Po dłuższym namyśle zagrałem va banque czyli wybrałem najtrudniejsze premie górskie w tej okolicy. To znaczy dwa podjazdy do parkingu Melchboden (z początkami w Hippach oraz Zell am Ziller) oraz dwie wspinaczki ku restauracji Zirmstadl (od Ried oraz z Aschau). Zdecydowały względy praktyczne, choć nieco ryzykowałem, iż okażą się to wyzwania ponad moje siły. Uznałem jednak, że lepiej będzie zmierzyć się z tymi „Tyrolskimi Potworami” w wieku 47 lat, a nie w przyszłości gdzieś po 50-tce. Poza tym akurat te wzniesienia miałem na tyle blisko domu, że wprost należało ruszać z domu rowerem. W końcu zaś na trudnej technicznie, a przy tym płatnej dla pojazdów zmotoryzowanych Zillertaler Hohenstrasse spodziewałem się co najwyżej umiarkowanego ruchu samochodowego. Natomiast we wspomnianych dolinach, szczególnie zaś w Tuxertal i Zamsergrund nie mógłbym liczyć na podobny spokój w szczycie letniego sezonu. Ostatecznie tak się jakoś ułożyło, iż ku Melchboden wyprawiałem się z rana (8 i 12 sierpnia), zaś do Zirmstadl popołudniami (10 i 13 sierpnia). Niemniej to nie moje kolarskie podboje były w owych dniach najważniejsze. Na szczycie naszej listy mieliśmy rozmaite miejsca na wschód od Innsbrucku. Jedno nawet poza granicami Tyrolu. Poznaliśmy zatem zamek Tratzberg. Kopalnię srebra w Schwaz oraz wąwóz Wolfsklamm. Muzeum Kryształów Svarowskiego w Wattens oraz miasteczko Hall in Tirol. Jezioro Achensee i góry Karwendel. Kolejkę na Hintertux Gletscher oraz Eis Palast czyli lodową jaskinię w szczytowej partii tego lodowca. Schronisko Olpererhutte zdobyte z buta od jeziora Schlegeis. Mayrhofen i kolejka Ahornbahn wiodąca ku górskim halom. W końcu zaś górska ścieżka wiodąca wzdłuż trzech kaskad wodospadu Krimml. Mocny program. Rzekłbym nie mniej ambitny niż moje kolarskie wypady.

Z przeraźliwymi stromiznami Melchboden oraz Zirmstadl poradziłem sobie lepiej niż mogłem przypuszczać. Niewątpliwie przydała mi się „mocna zaprawa” z pierwszych tygodni tego lata wypracowana na szosach Ticino, Grigioni oraz Lombardii. Każdy z przejechanych na Zillertaler Hohenstrasse podjazdów był nie lada wyzwaniem. Wspinaczką w typie „double-double” czyli o średnim nachyleniu minimum 10% na odcinku co najmniej 10 kilometrów. Mimo tego tylko raz (przy pierwszej próbie) postawiłem stopę na jezdni by dać sobie ponad minutę na zaczerpnięcie powietrza przed dalszą częścią ekstremalnej wspinaczki. Wszystkie cztery przetrwałem w całkiem dobrym stylu. Potrafiłem tu kręcić z VAM na poziomie powyżej 1050 m/h. Kilka tygodni wcześniej nie miałbym najmniejszych szans na tego typu osiągi. Obie wspinaczki pod Melchboden wymagały pokonania w pionie przeszło 1400 metrów, przy czym wersja z Zell am Ziller miała amplitudę brutto niemal 1500 metrów za sprawą terenowej sinusoidy na finałowym odcinku. Niższe podjazdy ku Zirmstadl miały przewyższenia około 1230 metrów, ale na trasie w niczym nie ustępowały swoim wynioślejszym sąsiadom. Co więcej mój „przydomowy” wariant ze startem w Aschau wręcz porażał stromizną o średniej ponad 12%. Tym samym nie może dziwić, iż każde z tych wzniesień zajęło wysokie miejsce w rankingu najtrudniejszych podjazdów z mojej kolekcji. Według strony „climbfinder” najcięższą z tej czwórki była zaś wspinaczka na Melchboden od Zell am Ziller warta aż 1813 punktów. To obecnie premia górska nr 7 na owej liście. Notowana ciut wyżej niż tego typu „grube sztuki” co Monte Zoncolan, Prato Maslino czy Monte Varagna.

Poniżej krótka lista moich premii górskich rodem z wysokogórskiej trasy Zillertaler Hochenstrasse.

Mój rozkład jazdy:

8.08 – Melchboden (from Hippach)

10.08 – Zirmstadl (from Ried im Zillertal)

12.08 – Melchboden (from Zell am Ziller)

13.08 – Zirmstadl (from Aschau im Zillertal)

Napisany w 2023b_Tirol (Zillertal) | Możliwość komentowania Tirol (Zillertal) została wyłączona