banner daniela marszałka

Archiwum dla Sierpień, 2015

Lago di Neves & Riva di Tures

Autor: admin o 23. sierpnia 2015

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/376586426

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/376586433

Po dziesięciu dniach każdy z nas miał już co najmniej tuzin sporych gór w nogach. Wszystkie najważniejsze cele tej wyprawy zostały osiągnięte. Tymczasem za rogiem czaiła się perspektywa wielogodzinnej podróży powrotnej do Gorzowa, Warszawy czy Trójmiasta. Stąd przed ostatnim odcinkiem Giro dell’Alto Adige zapanowało pewne rozprężenie. Połowa członków naszej ekipy zastanawiała się czy ruszać na trasę jedenastego etapu. Ostatecznie wystartowało nas siedmiu tzn. wszyscy poza Arturem. Niemniej tylko trzech z myślą o zrobieniu pełnego programu czyli dwóch podjazdów. Niemal do końca zastanawiałem się co nam tu jeszcze pozostało do zrobienia. W ostatnich dwóch dekadach wyścig Dookoła Włoch trzykrotnie bywał w tych okolicach. Za każdym razem etapową metę Giro d’Italia wyznaczano w Falzes (niem. Pfalzen), niewielkim miasteczku położonym jakieś 7 kilometrów na północny-zachód od Brunico. Etap z roku 1997 wygrał Hiszpan Jose Luis Rubiera, zaś odcinek z sezonu 2004 Włoch Damiano Cunego. Przy ostatniej okazji czyli w 2012 roku najszybciej linię mety minął tu Bask Jon Izagirre, zwycięzca ubiegłorocznego Tour de Pologne. Tym niemniej w bezpośrednim sąsiedztwie tej miejscowości brak jest gór, które mogły zaspokoić nasze ambicje poznawcze. W 1997 roku ostatnią premią górską przed metą w Falzes było Montassilone (podjazd o długości 7,1 km przy średniej 8%), zaś siedem lat później nieco łatwiejsze Terento (8,4 km przy średniej 6%). Z kolei na etapie sprzed trzech lat premii górskich w ogóle zabrakło i najtrudniejszy był niespełna 5-kilometrowy łagodny podjazd do mety. To wszystko nie były wzniesienia godne naszej uwagi. Ostatnich wyzwań musieliśmy poszukać nieco dalej od domu. Gdyby stać nas było na mocne kończące uderzenie to udalibyśmy się na zachód do oddalonego o 22 kilometry Rio di Pusteria. Wybierając to miasteczko za punkt startu moglibyśmy w ramach około 90-kilometrowego etapu zaliczyć trzy solidne wzniesienia. To znaczy: Kieneralm (14 km przy średniej 6,9%), Val di Valles (14 km x 6,8%) oraz Alpe di Rodengo (11,7 km x 8,2%). Każdy z nich kończący się na wysokości ponad 1700 metrów n.p.m. po pokonaniu niemal tysiąca metrów przewyższenia.

Jednak na tak hardcorowe akcje nie było nas już stać. Dlatego wybrałem opcję nieco krótszej, bo 16-kilometrowej wycieczki w kierunku północnym ku Valle Aurina. To dolina sięgająca północnych kresów Italii. Kraina długich i mroźnych zim, w której mało kto mówi po włosku. Nie musieliśmy jednak jechać do końca drogi SS621 czyli na wysokości około 1600 metrów n.p.m. Interesowały nas podjazdy zaczynające się w tej dolinie, lecz wytyczone na bocznych drogach. Zachodni pod Lago di Neves (1856 m. n.p.m.) oraz wschodni do Riva di Tures (1675 m. n.p.m.). W tym celu podjechaliśmy do Molini di Tures (niem. Muhlen di Taufers) – miejscowości położonej u podnóża pierwszego z wybranych podjazdów i oddalonej ledwie dwa kilometry od początku drugiego z tych wzniesień. Wystartowaliśmy kilka minut przed dwunastą. W ramach krótkiej rozgrzewki przejechaliśmy płaski kilometr po wspomnianej krajówce. Następnie skręciliśmy w lewo i tu na drodze SP42 czekał już na nas podjazd o długości 17,8 kilometra i średnim nachyleniu 5,6%. Co ciekawe wedle wszelkich dostępnych danych mający przewyższenie równo 1000 metrów. Ta dość długa i nierówna wspinaczka kończy się przy sztucznym jeziorze Neves Stausee, powstałym wśród szczytów Alp Zillertalskich za sprawą tamy wybudowanej w latach 1960-64. Cały podjazd streścić można w następujący sposób: solidny początek, długi i łatwy środek oraz bardzo trudna końcówka. Już na pierwszym kilometrze, gdzie chwilowe nachylenie przekraczało 12% podzieliliśmy się na dwa pododdziały czyli sekcję sportową i turystyczną. Czułem się dobrze, więc pociągnąłem żwawiej i ze mną zabrali Romek, Tomek oraz Adam. Pozostali czyli Daniel, Darek i Rafał spasowali niejako z założenia chcąc na zakończenie tej wycieczki raczej zwiedzać niż się ścigać. Pierwsza faza wspinaczki skończyła się już w połowie trzeciego kilometra. Potem droga się wypłaszczyła, więc nasza prędkość znacząco wzrosła. Najmocniejsze zmiany dawał Adam, na płaskich odcinkach podkręcając tempo naszej grupki do 36 km/h.

Na początku siódmego kilometra minęliśmy urocze jeziorko, przy którym nasi koledzy-turyści urządzili sobie później sesję zdjęciową. W tle widać już było wioskę Selva di Molini (niem. Muhlwald), której centrum minęliśmy po przejechaniu 7,3 kilometra. Nasz szlak przybrał nazwę SP156, acz wciąż jeszcze prowadził nas prosto w kierunku zachodnim. Dopiero po przejechaniu 11,1 kilometra odbiliśmy na północ wciąż jednak pozostając na lewym brzegu miejscowej rzeki. Tym niemniej na pierwszy trudniejszy odcinek przyszło nam jeszcze poczekać do połowy trzynastego kilometra. Jakieś 5 kilometrów przed szczytem zaczęła się decydująca rozgrywka. Na czele pozostałem razem z Tomkiem. Po przebyciu 13,9 kilometra dotarliśmy do Lappago (niem. Lappach), gdzie w dużym namiocie trwał właśnie w najlepsze wiejski festyn w prawdziwie tyrolskim stylu. W okolicy tej wioski trzeba było pokonać dwa tunele. Po wyjechaniu z drugiego do przejechania pozostało nam 3500 metrów. Pod koniec piętnastego kilometra jeszcze na terenie zabudowanym przyszło nam się zmierzyć ze stromizną sięgającą 17%. Na dwa kilometry przed finałem minęliśmy symboliczne rondo i budkę ze szlabanem przy, której kierowcy samochodów musieli zapewne uiszczać myto. Stroma końcówka, na której wedle prognoz maksymalne nachylenie miało wynieść 20% to był teren w sam raz dla ważącego niewiele ponad 60 kilogramów Tomka. Wąska dróżka ze stromym górskim zboczem po lewej stronie i wysokim na dwa metry murem po naszej prawicy. Na stravie jako finałowy zaznaczono segment o długości 2,7 kilometra i przewyższeniu 302 metrów czyli ze średnią 11%. Przejechałem ten odcinek z prędkością VAM na poziomie 1117 m/h, a mimo to nie dałem rady utrzymać koła swemu młodszemu koledze. Cały podjazd o długości 18,2 kilometra pokonałem zaś w czasie 1h 06:13 (avs. 16,5 km/h). „Bury” był ode mnie szybszy o 18 sekund. Romek stracił do zwycięzcy 1:41, zaś Adam 2:11. Na samej górze wjechaliśmy na tamę, co na swych zdjęciach i filmach uwiecznił Romano.

Neves_1

Neves_2

Neves_3

Przy Lago di Neves spędziliśmy około dwudziestu minut. Jako pierwszy w dół popędził Romek, któremu cały zjazd zajął 25 minut. Dla niego było to już ostatnie wzniesienie, albowiem umówił się z Arturem na szybszy powrót do kraju. Nasi koledzy z Mazowsza chcieli ruszyć jeszcze w niedzielne popołudnie. Ja zjeżdżałem tradycyjnie zjeżdżałem najwolniej, zatrzymując się na zdjęcia w co ciekawszych dla oka miejscach. Na drugim kilometrze zjazdu minąłem się z Danielem, Darkiem i Rafałem nieśpiesznie zdążającymi do swej ostatniej premii górskiej. Do drogi krajowej dotarłem kwadrans po czternastej. Następnie odbiłem w lewo czyli w górę Valle Aurina. Przejechałem jakiś kilometr w kierunku Campo Tures (niem. Sand in Taufers). Tu od razu skręciłem w Via Wiesenhof, ale Adama i Tomka nie spotkałem. W rozmowie telefonicznej wyjaśniło się, że obaj wrócili na chwilę do samochodów. Podjechałem więc dalsze kilkaset metrów do centrum tej miejscowości i tu postanowiłem zaczekać na moich wspólników w ostatniej akcji. Wspólną jazdę rozpoczęliśmy od przejechania mostku nad potokiem Aurina (niem. Ahr). Następnie musieliśmy skręcić w prawo na drogę SP43. Do pokonania mieliśmy podjazd o długości 12,1 kilometra przy średnim nachyleniu 6,7% z przewyższeniem 808 metrów. Całkiem solidna premia górska na koniec całej zabawy. W odróżnieniu od wspinaczki pod Lago di Neves tu największe wrażenie robiły pierwsze kilometry. Znak drogowy u skraju szosy straszył nawet stromizną na poziomie 17%, ale to była drobna przesada. Wedle danych odczytanych z Garmina maksymalne nachylenie sięgnęło tu kilkakrotnie 15 % na pierwszych siedmiu kilometrach podjazdu. Przez dwa pierwsze kilometry jechaliśmy w cieniu gęstego lasu. Po przejechaniu trzech kilometrów minęliśmy drogę odchodzącą w lewo ku wiosce Acereto (niem. Ahornach). Czterysta metrów dalej „przeskoczyliśmy” na południowy brzeg potoku Reinbach, którego szum miał nam towarzyszyć niemal do końca dziewiątego kilometra. Na szóstym i siódmym kilometrze przejechaliśmy pod trzema galeriami, z których najdłuższa była druga.

Podczas tej wspinaczki dość szybko wyszło na jaw, że pierwszy podjazd najwięcej sił wyssał z Tomka. Ja czułem się nadspodziewanie dobrze i mogłem dyktować znacznie szybsze tempo. Z czasem okazało się ono za mocne także dla Adama. Mimo to miarkowałem swe siły, chcąc zachować kontakt wzrokowy z kolegami jadącymi za mną. Gdy po przejechaniu 7,4 kilometra skończyła się najtrudniejsza część tego wzniesienia zwolniłem tak by dojechałem do mnie Adam. Od wjazdu do Riva di Tures (10,4 km) dzieliły nas niemal płaskie trzy kilometry. Na tym łatwym odcinku jechaliśmy bardzo spokojnie, aby i Tomek złapał z nami kontakt. Wiedziałem, że przed samą miejscowością droga się rozjeżdża i trzeba będzie odbić w prawo. Dojeżdżając razem do tego miejsca miałem przynajmniej pewność, że się tu nie rozjedziemy w różnych kierunkach. Do końca wspinaczki mieliśmy jeszcze 2100 metrów o średnim nachyleniu 7,6%. Na początek dwa wiraże przy przejeździe przez Riva di Tures, z czego ten drugi przy typowym tyrolskim kościele ze strzelistą wieżą. Znowu nieco podkręciłem tempo przejeżdżając finałowy segment z prędkością ponad 15 km/h. Jak można było się spodziewać „ugotowany” Tomek szybko odpadł. Adam trzymał się blisko, więc do końca asfaltowej drogi dojechaliśmy praktycznie razem. Zatrzymaliśmy się przy parkingu na początku drogi szutrowej biegnącej ku Passo Gola (niem. Klammljoch). To przełęcz na granicy z Austrią położona na wysokości 2291 metrów n.p.m. Gdybyśmy chcieli na nią dotrzeć musielibyśmy jeszcze przejechać odcinek 6,9 kilometra o średnim nachyleniu 8,9%. Początek tej „strada bianca” wyglądał całkiem zachęcająco, ale nie mieliśmy czasu i ochoty na podjęcie tego ryzyka. Zakończyłem więc swój ostatni podjazd po przejechaniu 12,5 kilometra w czasie 54:51 (avs. 13,7 km/h). Jakimś dziwnym zrządzeniem losu zajął mi on co do sekundy tyle samo czasu co Passo San Lugano zdobyte na samym początku tej wyprawy. Gdy staliśmy na górze zgasł mi Garmin, którego zapomniałem podładować. Z kolei Adamowi już na samym dole zepsuł się „bębenek”, więc do naszego parku maszynowego dojechał holowany przez Tomka. To były już chyba znaki od niebios, iż czas kończyć naszą przygodę w Południowym Tyrolu. Ja wraz z Danielem i Darkiem opuściłem gościnne progi Hausstatterhof jeszcze wieczorem czyli po godzinie 20-tej. Jedynie Rafał i spółka przed powrotem do Polski spędzili jeszcze jedną noc na swej stancji pod San Martino in Badia.

Spisaliśmy się bardzo dzielnie na przekór nie zawsze uprzejmej dla nas pogodzie. Ja dodałem do swej kolekcji 20 premii górskich, z czego 15 o przewyższeniu przynajmniej 1000 metrów! W tej liczbie 19 zupełnie nowych podjazdów. Plus „stara znajoma” czyli Costalunga, którą poznałem jedenaście lat wcześniej, acz wtedy w niepełnym wymiarze. Tym razem wespół z siedmioma kolegami przejechałem ją w pełnej 26-kilometrowej wersji od tunelu w Cardano. W sumie podczas tych jedenastu etapów przejechałem 729 kilometrów, z czego 355 pod górę. Łączne przewyższenie moich wszystkich premii górskich wyniosło 22.726 metrów. Tym samym moja „przeciętna góra” na tym wyjeździe miała długość niespełna 17,8 kilometra i amplitudę 1136 metrów. Koledzy też nie próżnowali. Nasze codzienne trasy nie zawsze się pokrywały. W miarę logistycznych możliwości działaliśmy bowiem wedle zasady: „każdemu wedle potrzeb”. Po to by każdy z nas wyniósł z tego wyjazdu maksimum satysfakcji z własnych odkryć i dokonań. Jeśli dobrze policzyłem Adam również przejechał 20 podjazdów o przewyższeniu co najmniej 500 metrów. Darek zrobił ich 19, Romek 18, Artur i Tomek po 16, Rafał 14 i Daniel 13. Członkom tej drużyny nie straszne było niebotyczne Stelvio, zimne Rombo, deszczowa Sella, strome Pampeago czy kamienisty Kronplatz. Najważniejsze jednak, że potrafiliśmy ze sobą współpracować, a nawet poratować się w potrzebie czego przykładem była akcja-ewakuacja spod Arabby. W tym składzie możemy zawojować niejeden region Europy. Na koniec pozostaje mi tylko dodać: „Grazie Ragazzi & Ci vediamo a Trentino”. Z większością tej ekipy spotkam się, bowiem w sierpniu 2016 roku na szosach Trydentu. Wcześniej bo na przełomie maja i czerwca zamierzam się sprawdzić na górskich drogach Katalonii i Andory w towarzystwie Darka i Rafała.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Lago di Neves & Riva di Tures została wyłączona

Kronplatz (Plan de Corones) & Erbe NE

Autor: admin o 22. sierpnia 2015

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/376586437

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/376586425

W końcu przyszła pora na Kronplatz lub Plan de Corones jak mawiają Włosi. Ta góra pochodzenia wulkanicznego wznosi się na wysokość 2275 metrów n.p.m. czyli niemal półtora tysiąca metrów powyżej Brunico oraz innymi miejscowościami tej części Val Pusteria. W pierwszej połowie lat sześćdziesiątych górę tą „oswojono” na potrzeby narciarstwa alpejskiego. Dziś działają na niej 32 wyciągi różnego typu służące amatorom „białego szaleństwa”, którzy mogą się sprawdzić na 49 różnych trasach o łącznej długości 116 kilometrów. Dla kolarstwa górę tą odkryto dopiero w pierwszej dekadzie XXI wieku. Górskie drogi najczęściej prowadzą na przełęcze lub do stacji narciarskich. Niekiedy wiodą ku zagubionym w górskiej głuszy: wioskom, gospodarstwom, schroniskom czy sanktuariom. Natomiast rzadko kiedy ubita droga (acz niekoniecznie asfaltowa) dociera na sam wierzchołek górskiego szczytu. Kronplatz jest jednak oryginalnym okazem pośród alpejskich szczytów. To znaczy takim, który przy odpowiedniej dawce samozaparcia do walki ze stromizną oraz zdradliwym podłożem zdobyć można na rowerze. W sprzyjających okolicznościach nawet na szosowym. Przed około dziesięciu laty tą górą zainteresował się ówczesny dyrektor Giro d’Italia czyli Angelo Zomegnan. Człowiek słynący z zamiłowania do odkrywania ekstremalnych tras dla „swego” wyścigu. Zanim tak się stało uczestnicy „La Corsa Rosa” już czterokrotnie śmigali po południowym zboczu tej góry. To znaczy ku premiom górskim wytyczonym na Passo di Furcia vel Furkel Sattel (1759 m. n.p.m.). Przy dwóch pierwszych okazjach w 1981 i 1994 roku peleton podjeżdżał od strony północno-wschodniej z początkiem wspinaczki w Valdaora (niem. Olang) czyli z doliny Pusteria. Natomiast w latach 1997 i 2004 wspinano się od strony południowo-zachodniej ze startem we wiosce Longega leżącej na skraju Val Badia. Dwa spośród tych etapów zadecydowały o wynikach całego wyścigu.

W 1981 roku na odcinku do San Vigilio di Marebbe zaatakował Giovanni Battaglin. Włoch był pierwszy na premii, po czym po krótkim zjeździe wygrał też etap. Dzień później zdobył koszulkę lidera i ostatecznie wygrał całe Giro niespełna miesiąc po swym triumfie w Vuelta a Espana. Natomiast podczas edycji z 2004 roku pierwszy na tej premii był Szwajcar Niki Aebersold, lecz co ważniejsze wielokilometrową akcję zainicjował tu Damiano Cunego. „Mały Książę” zgubił lidera czyli Ukraińca Jarosława Popowicza i ze sporą przewagą wygrał etap do Falzes. Odzyskał „maglia rosa” i przy okazji „zaszachował” nominalnego szefa swej drużyny czyli Gilberto Simoniego z Saeco. Siedem lat wcześniej na podobnej trasie punkty na owej premii zgarnął Kolumbijczyk Chepe Gonzalez, zaś po etapowe zwycięstwo w Falzes sięgnął Hiszpan Jose Luis Rubiera. Z kolei w 1994 roku pierwszy na tej premii górskiej był Szwajcar Pascal Richard, lecz wiele kilometrów dalej na mecie w Merano triumfował Marco Pantani. W sezonie 2006 przełęcz Furcia to było już za mało dla Signore Zomegnana i spółki. Organizatorzy Giro postanowili, że etap z Termeno (niem. Tramin) zakończy się na Kronplatz. Kibice ostrzyli sobie zęby na stromy finał tego odcinka. Walka bark w bark na wąskim kawałku drogi, w dodatku po szutrowej nawierzchni przypominającej czasy Bartalego i Coppiego rozpalała wyobraźnię. Do takiej rozgrywki jednak nie doszło. W ludzkie plany wmieszała się natura. Warunki atmosferyczne były na tyle złe, że szefostwo wyścigu „skasowało” wcześniejsze premie górskie, zaś finisz tego odcinka przeniesiono ze szczytu góry na przełęcz Furcia. Na mecie jako pierwsi zjawili się Włosi: triumfujący Leonardo Piepoli i tuż za nim rządzący niepodzielnie w tym wyścigu Ivan Basso. Trzeci ze stratą 16 sekund był niespodziewany wicelider Hiszpan Jose-Enrique Gutierrez. Po tych problemach z aurą włodarze Giro zmienili koncepcję. Gdy w latach 2008 i 2010 znów zaproponowali kolarzom wizytę na Kronplatzu, zaprojektowali ją w bezpieczniejszej dla przebiegu rywalizacji formule górskiej czasówki. Start do obu tych „etapów prawdy” wyznaczono przy tym nie na samym początku podjazdu, lecz w miasteczku San Vigilio di Marebbe. Znacznie lepiej przystosowanym do goszczenia kolumny wyścigu niż malutka Longega.

Obie próby czasowe miały jednakową długość tzn. 12 kilometrów i 850 metrów. Na tej trasie tylko pierwsze 7,6 kilometra biegnie po asfalcie, zaś pozostałe 5250 metrów już po drodze gruntowej. Wspinaczkę z roku 2008 wygrał Franco Pellizotti z czasem 40:26. „Delfin z Bibbione” wyprzedził o 6 i 17 sekund swych rodaków: Emanuele Sellę i Gilberto Simoniego. Liderujący w tym wyścigu Hiszpan Alberto Contador był czwarty tracąc do Pellizottiego 22 sekundy. Cronoscalata z 2010 roku jeszcze bardziej zaskoczyła wynikami. Ponoć wpływ na nie miał zmienny kierunek wiatru. Zdecydowanie najlepszy czas czyli 41:28 uzyskał Stefano Garzelli, który jednak z tym wynikiem dwa lata wcześniej byłby ledwie siódmy. Włoch o 42 sekundy wyprzedził Australijczyka Cadela Evansa i o 54 Francuza Johna Gadret. Niespodziewany lider wyścigu Hiszpan Daniel Arroyo był ledwie szesnasty (+ 2:16), zaś późniejszy triumfator tego Giro czyli Ivan Basso szósty (+ 1:10). W obu tych próbach dobrze spisał się nasz Sylwek Szmyd. W 2008 roku jeszcze jako kolarz Lampre uplasował się na szesnastej pozycji (strata 2:37, czas 43:03), zaś dwa lata później jadąc w barwach Liquigasu zajął piętnaste miejsce (strata 2:02, czas 43:30). Tą drugą czasówkę obejrzałem na żywo i na miejscu. Najpierw stanęliśmy z Darkiem na wirażu przy przejściu z asfaltu na odcinek szutrowy. Potem przenieśliśmy się na stromą prostą za zakrętem Belloniego, gdzie lepiej było usiąść lub się położyć by „pod jakimś takim dziwnym kątem” oglądać przebieg wypadków. Owego dnia aby dojechać w rejon wielkich wydarzeń wspięliśmy się na Furcię od strony północno-wschodniej. To znaczy pokonaliśmy podjazd o długości 10,1 kilometra ze średnim nachyleniem 7,1 % (max. 14,3 %) i przewyższeniem 722 metrów. Przeciwległy podjazd południowo-zachodni poznałem jeszcze wcześniej. To znaczy w 2007 roku, gdy wraz z Piotrkiem Mrówczyńskim wybrałem się na długą przejażdżkę w przeddzień startu w słynnym Maratona dles Dolomites. W ramach specyficznego „przetarcia nogi” zafundowaliśmy sobie tą 12-kilometrową wspinaczkę o średnim nachyleniu 6,2 % (max. 15,5 %) i przewyższeniu 752 metrów. Tamten wysiłek z pewnością nie pomógł mi w uzyskaniu dobrego wyniku we wspomnianym Gran Fondo, lecz przynajmniej „oswoił” mnie z większą częścią czekającego nas teraz wzniesienia.

Do podnóża tej góry mieliśmy blisko. Longega (niem. Zwischenwasser) leżała mniej więcej w połowie drogi między naszymi bazami noclegowymi. Moja piątka ze Santo Stefano musiała przebyć 12,5 kilometra, w dużej mierze po drodze krajowej SS244. Dojazd ten prowadził lekko pod górę, po dość ruchliwej szosie, w dodatku z paroma tunelami. Dlatego mimo umiarkowanego dystansu zdecydowaliśmy się raz jeszcze skorzystać z samochodów. Dla odmiany Adam, Rafał i Tomek pomieszkujący w Ties nieopodal San Martino in Badia dojechali do Longegi rowerami. Od miejsca zbiórki dzieliło ich 11 kilometrów i to głównie z górki. Spotkaliśmy się w punkcie zbornym około wpół do dwunastej. Rozpoczęliśmy ostatnie przygotowania. Dario na tak szczególną okazję wystroił się bodaj po raz pierwszy w tęczowy trykot spod znaku Etixx-Quick Step. Można by sparafrazować Mikołaja Reja: „A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi swego mistrza świata mają”. Ruszyliśmy do boju dokładnie o godzinie 11:52. Według danych z cyclingcols czekał nas podjazd długi na 16,8 kilometra o średnim nachyleniu 7,5% i przewyższeniu 1268 metrów. Wyceniony na 1144 punkty. Zaczęliśmy spokojnie i solidarnie czyli wespół w zespół. Wiedzieliśmy, że pierwsza tercja tego wzniesienia jest stosunkowo łatwa, przeto była okazja do wspólnej jazdy przez kilka kilometrów. Początkowo podjazd prowadzi w kierunku południowo-wschodnim ku San Vigilio di Marebbe vel Sankt Vigil in Enneberg. Jedynie czwarty kilometr o średniej 7% zmusza do umiarkowanego wysiłku. Po przebyciu czterech kilometrów droga SP43 skręca na północ. Dario ściął tu zakręt w iście pirackim stylu czyli jadąc pod prąd. Zrobił kilkadziesiąt metrów przewagi, lecz nie zamierzał tego wykorzystywać. Wkrótce przemknęliśmy obok Miary czyli dolnej stacji kolejki linowej na Kronplatz. Na wyjeździe z miasteczka ponownie jechaliśmy razem czyli całą ósemką. Największą ochotę do podkręcania tempa przejawiał tu Rafał. Łatwiejszy fragment podjazdu skończył się w połowie siódmego kilometra tuż za szerokim łukiem przy osadzie Curt (6,4 km). Droga się tu rozjeżdżała. Wariant lewy wiedzie ku wiosce Pieve di Marebbe. Nasza SP43 zbaczała w prawo ku Olang (Valdaora) czyli na Passo di Furcia. Do końca ósmego kilometra nachylenie jeszcze nie podcinało nóg, acz stopniowo stawiało coraz większy opór.

Pierwsze stromizny tuż przed półmetkiem wzniesienia dokonały naturalnej selekcji w naszym gronie. Wspólnie z Romkiem znaleźliśmy się na przedzie. Za nami samotnie kręcił Adam, a niedaleko za nim Darek z Tomkiem. Potem z nieco większą stratą jechali Daniel i Artur, a za nimi jeszcze Rafał. Na stromym dojeździe do wioski Costamesana (9,2 km) przejechaliśmy przez cztery wiraże. Starałem się dotrzymać tempa mojemu kompanowi i jednocześnie zachować nieco sił na jeszcze trudniejsze następne dwa kilometry. Im bliżej było przełęczy tym pewniej się czułem i mogłem dyktować tempo w naszym duecie. Być może tylko dlatego, że Romano na najbardziej stromych odcinkach musiał przepychać swoje twardsze przełożenie z tarczą 39 na przodku. Po przejechaniu 11,4 kilometra minęliśmy Ruis czyli pośrednią stację kolejki linowej, po czym na chwilę zniknęliśmy w krótkim tunelu pod wiaduktem. Po jego drugiej stronie mieliśmy dwieście metrów płaskiego terenu na złapanie oddechu przed spodziewanym szutrowym piekłem. Jak wynika ze stravy odcinek od Longegi do tunelu przed Furcią przejechaliśmy w czasie 48:12 ze średnią prędkością 14 km/h. W tym miejscu Adam tracił do nas 1:05, zaś Tomek z Darkiem 1:15-1:20. Daniel dotarł tu w czasie 51:53, Artur potrzebował na to 52:13, zaś Rafał 54:06. Po drugiej stronie tunelu mieliśmy dwieście metrów płaskiego terenu. Jednym słowem chwilę czasu na złapanie oddechu przed szutrowym piekłem. W oddali po lewej stronie drogi tuż za przystankiem autobusowym przy kapliczce spostrzegłem go. Mam na myśli zakręt, na którym kończy się asfalt i zaczyna kamienisty dukt ku wierzchołkowi góry. Mając w pamięci dwie czasówki z wyścigu Dookoła Włoch obawiałem się raczej stromizny dochodzącej do 24% niż stanu drogowej nawierzchni. Tymczasem w ciągu pięciu lat dzielących nas od ostatniej wizyty Giro w tym miejscu „strada bianca” na Kronplatz uległa znaczącej degradacji. Pokonaliśmy sprawnie pierwsze 150 metrów do zakrętu z Bellonim, po czym wyrosła przed nami ściana o nachyleniu 20%. Jednak pal licho tą stromiznę. Byłaby do przeżycia, gdyby tylko podłoże dostosowane było do potrzeb kolarza szosowego. Tymczasem był to jakiś popękany szlak pełen luźnych kamyków. Romek mający bogate doświadczenia z wyścigów MTB organizowanych przez Grzegorza Golonko, Czesława Langa i Cezarego Zamanę czuł się tu jak ryba w wodzie.

20150822_153202

20150822_152218

Ja szybko pozbyłem się wiary w możliwość sprawnego pokonania tego odcinka. Straciłem równowagę i musiałem się wypiąć. Gdy się zatrzymałem to nie mogłem ponownie ruszyć na tej stromej ścianie. Postanowiłem się przespacerować do najbliższego wirażu i tam spróbować szczęścia. Tymczasem za moimi plecami już nadciągał pościg. Tercet Adama stracił nieco sekund z rozpędu przejechawszy zakręt ku Kronplatz, ale teraz widziałem już ich na początku tej stromej prostej. Każdy walczył z nią na swój sposób. Tomek radził sobie całkiem zgrabnie, Darek niewiele gorzej, zaś Adam ratował się zjechaniem na trawiaste pobocze. Pierwsze 1600 metrów tego odcinka to był dla mnie istny koszmar. Zanim dotarłem do wirażu nr 8 musiałem się zatrzymać sześć razy, aby następnie przejść krótszy lub dłuższy odcinek drogi. Straciłem kontakt wzrokowy tak z prowadzącą trójką jak i będącym za moimi plecami Adamem. Apropos zakrętów na tym ponad 5-kilometrowym odcinku jest ich trzynaście. Numerowanych od góry niczym na L’Alpe d’Huez. Patroni owych wiraży to niemal wyłącznie sławy z zamierzchłej historii światowego kolarstwa. Najstarsi wiekiem na początku, zaś najmłodsza legenda włoskiego kolarstwa na samym końcu. Z tablicy przy nr 13 spogląda Gaetano Belloni, nr 12 to Costante Girardengo, nr 11 Giovanni Brunero, nr 10 Alfredo Binda, nr 9 Learco Guerra, nr 8 Giovanni Valetti, nr 7 Gino Bartali, nr 6 Hugo Koblet, nr 5 Fausto Coppi, nr 4 Gastone Nencini, nr 3 Charly Gaul, nr 2 Jacques Anquetil i w końcu nr 1 to o kilka dekad od nich młodszy Marco Pantani. Jak dla mnie w pełni przejezdny okazał się jedynie odcinek od Bartalego (13,2 km) do Pantaniego (15,9 km). Na zdecydowanie najłatwiejszym, przedostatnim kilometrze jazda zaczynała być znów przyjemnością. Niestety pozostałe do szczytu 1200 metrów okazało się kolejnym „polem minowym”. Tuż za wirażem nr 1 kryła się maksymalna na całej górze stromizna o nachyleniu 24%. Nie miałem sposobu na przejechanie takiej przeszkody po tym gruncie. Z tego co widziałem na filmie nagranym przez „Burego” tylko Romano dał tu jakoś radę po chwili zastanowienia. Niemniej nawet on w innym miejscu musiał postawić buta na gruncie. Heroicznie walczący Tomek do pokonania tego zakrętu zabierał się parę razy. Dał za wygraną dopiero gdy przy czwartej próbie poleciał na plecy. Tymczasem ja między wirażem Pantaniego a metą przy dzwonnicy Concordia 2000 wypiąłem się jeszcze cztery razy. Za to dość gładko uporałem się z pasterską bramką pod napięciem.

Szutrowy szlak pod Kronplatz dociera na wysokości 2273 metrów n.p.m. Według danych z Garmina moja droga krzyżowa z Longegi na Plan de Corones miała długość 17,1 kilometra. Ten dystans przejechałem, a poniekąd przeszedłem w czasie brutto 1h 33:12 (netto 1h 29:39). Oczywiście najszybciej na szczyt dotarli Romek i Tomek. Ten pierwszy nieco lepiej radził sobie z podstępną nawierzchnią. Drugi był mocniejszy na stromych odcinkach. Na dojeździe do Pantaniego Tommy był nawet samotnym liderem. Dario stracił do nich około półtorej minuty, zaś ja dalsze cztery. Na stravie znalazłem tylko nasze czasy z „oficjalnego” odcinka 12,8 kilometra od zakrętu w San Vigilio di Marebbe. Tomek uzyskał na nim łączny czas 1h 12:30 (avs. 10,7 km/h), Romek 1h 12:34, Darek 1h 14:02, zaś ja 1h 18:00 (avs. 9,9 km/h). Co ciekawe najniższy czas samej jazdy miał Dario tzn. 1h 09:36. W cieniu dzwonnicy mieliśmy czas na odpoczynek, przebranie się i przede wszystkim snucie opowieści na temat swych osobistych przygód na tej górze. Wspomniana Concordia 2000 została otwarta w lipcu 2003 roku. Dzwon jest wysoki na przeszło trzy metry i waży 18 ton, będąc drugim największym w całych Alpach. Ponoć dzwoni każdego dnia w południe oraz wtedy gdy gdzieś na świecie kończy się wojna lub zniesiona zostaje kara śmierci. Z kolei w tym roku na Kronplatz otwarto kolejny oddział Górskiego Muzeum Reinholda Messnera, pierwszego zdobywcy Korony Himalajów. Jakieś 20 minut po mnie do mety dotarł zdegustowany jakością drogi Adam. Arturro i Rafaello zobaczywszy stan nawierzchni na finałowym segmencie poprzestali na dotarciu do Passo di Furcia. Natomiast Daniel dotarł na szczyt pieszo alternatywnym szlakiem południowym, po tym jak dwa kilometry przed finałem (między wirażami nr 4 i nr 3) niepotrzebnie skręcił w lewo ku schroniskom Panorama i Graziani. Gdy dotarł na górę poszliśmy całą szóstką do tutejszej restauracji. Mało komu uśmiechała się perspektywa zjazdu po zapoznanym właśnie żwirowym szlaku. Tylko nieustraszony Romek się na to zdecydował, dzięki czemu nie zabrakło nam zdjęć z tego piekielnego odcinka. Natomiast my zwykli „śmiertelnicy” postanowiliśmy skorzystać z usług kolei linowej i kosztem 5 Euro od osoby wygodnie zjechać sobie na poziom Furkel Sattel. Tam czekał już na nas Rafał. Nareszcie byliśmy w swoim asfaltowym środowisku. Do parku maszynowego w Longedze zjechałem o 15:40. Na szczęście nie musieliśmy się nigdzie przenosić, gdyż kolejny podjazd mieliśmy w najbliższej okolicy.

20150822_133759

Zatrzymawszy się przy samochodach nadal wymienialiśmy się wrażeniami z wizyty na Kronplatzu. Równo pół godziny zbieraliśmy się do rozpoczęcia drugiej części dziesiątego etapu. Ostatecznie na Passo delle Erbe (2004 m. n.p.m.) ruszyliśmy w sześciu tzn. bez Daniela i Rafała. Z parkingu do podnóża tej góry mieliśmy ledwie pół kilometra. Dwa dni wcześniej dotarłem na Wurzjoch wraz z Adamem południowo-zachodnim szlakiem przez Val di Funes. Z kolei w sobotę postanowiłem wypróbować drogę północno-wschodnią przetestowaną na Giro d’Italia w roku 1994. Tym samym miałbym już na swym koncie trzy z pięciu sposobów dotarcia na tą przełęcz. Warto podkreślić, że żadna z tych dróg do łatwych nie należy. Według cyclingcols najtrudniejszy jest nieregularny podjazd północno-zachodni przez Luson, który wyceniono tu aż na 1194 punkty czyli wyżej niż Plan de Corones. Czy słusznie nie miałem jeszcze okazji sprawdzić. Tymczasem podjazd od Longegi zajmuje w tym zestawieniu drugie miejsce i wart jest 1081 punktów. Pozornie nie wygląda na aż tak wymagający. Do przejechania mieliśmy mieć do przejechania 14 kilometrów o średnim nachyleniu 7,2% i przewyższeniu netto 1001 metrów. Niemniej suche dane nie zawsze oddają wiernie to z czym mamy faktycznie do czynienia. Po pierwsze ogólna stromizna wzniesienia bywa znacząco zaniżona za sprawą płaskich czy nawet zjazdowych „przerywników” pomiędzy kolejnymi fazami wspinaczki. To realia każdej z pięciu dróg ku Ju de Furcia. Na północno-wschodnim szlaku pod przełęcz Erbe tego rodzaju „pusty” odcinek ma długość aż 2600 metrów. Po drugie utraconą wysokość trzeba potem odzyskać co oznacza, iż de facto do pokonania w pionie jest znacznie więcej metrów niż wynika to z różnicy pomiędzy wysokością mety i startu. Stąd gdy wyciśniemy z tej góry same odcinki wspinaczkowe okaże się, że podjazd ma 11,9 kilometra i przewyższenie brutto 1102 metry. Takie dane dają zaś już średnie nachylenie na poziomie 9,3%. Pomimo ciężkiej przeprawy na Kronplatz wspinaczkę pod Erbe zaczęliśmy na wysokich obrotach. Głównie ze sprawą Darka, który od czasu środowego Passo delle Palade pragnął się zrewanżować Romkowi za tą minimalną porażkę. W specyficznych warunkach panujących na Plan de Corones to mu się nie udało. Wymagający podjazd pod Erbe był dla niego niemal ostatnią okazją do „wyrównania rachunków”.

Ruszyli ostro do przodu i już po przejechaniu pierwszego kilometra byłem jedynym, który utrzymał się w ich towarzystwie. Pierwsze cztery kilometry mają tu średnie nachylenie 10,7%. Tymczasem na trzecim kilometrze moi kompani zaczęli się atakować niczym autentyczni „profi”. Ostra jazda na wyczerpanie przeciwnika. Nie było mi łatwo reagować na te góralskie skoki. Z najwyższym trudem utrzymałem się z nimi na dojeździe do wioski Rina (niem. Welschellen). Według stravy początkowy segment o długości 3,8 kilometra przejechaliśmy w 20:46 tzn. z przeciętną prędkością 11 km/h i VAM 1101 m/h. Za nami ze stratą 34 sekund jechał Tomek, który jednak wkrótce spasował. Droga wznosiła się, acz lżej jeszcze do połowy piątego kilometra. Potem zaczął się odcinek „lekko zjazdowy”. Tu nie podjąłem ryzyka na wąskiej ścieżce o nie najlepszej jakości. „Charty” pognały naprzód. Na mostku przed osadą Ru (7,4 km) traciłem do nich kilkanaście sekund. Dario od razu poszedł za ciosem i Romano „zagotował się” zmianą rytmu czyli nagłym przejściem do kolejnej fazy wspinaczki. Dlatego już po chwili złapałem Romka. Postanowiłem mądrze rozłożyć siły i nie gonić Darka za wszelką cenę. W końcu byliśmy kolegami z zespołu Moto-1. Pod koniec dziewiątego kilometra nasz podjazd zbiegł się z drogą SP29 czyli szlakiem południowo-wschodnim od Piccolino. Po przejechaniu 9,5 kilometra byliśmy już w Antermoia (niem. Untermoia). Jechało mi się dobrze. Miałem rezerwy i wiedziałem, że jestem w stanie dojść Darka. Tymczasem Romek z coraz większym trudem dotrzymywał mi kroku i w końcu odpadł. Teraz mogłem nieco przyśpieszyć i złapać swego kolegę z drużyny. Stało się to pod koniec jedenastego kilometra na wysokości osady Biei. Dario powiedział żebym jechał swoje. Na wiodących przez las ostatnich czterech kilometrach po lewicy miałem ładny widok na szczyt Sass de Putia (2875 m. n.p.m.). Do samego końca kręciłem mocno. Drugą połowę podjazdu czyli odcinek 7,3 kilometra pokonałem z prędkością VAM 1092 m/h. Segment Wurzjoch o długości 14,3 kilometra przejechałem w czasie 1h 04:16 (avs. 13,4 km/h) co obecnie jest szóstym wynikiem na liście obejmującej 63 nazwiska. Darek ukończył wspinaczkę w 1h 05:22, zaś Romek dotarł na przełęcz w 1h 06:50. Niespodziewanie jako czwarty zjawił się czyniący stałe postępy Arturro z czasem 1h 10:12. Po trzech dalszych minutach przyjechali Tomek (1h 13:10) i Adam (1h 13:22). No i jak tu nie wierzyć w przysłowie: „Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”.

20150822_173749

20150822_172200

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Kronplatz (Plan de Corones) & Erbe NE została wyłączona

Stalle & Prato Piazza

Autor: admin o 21. sierpnia 2015

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/376586373

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/376586383

Ostatnie trzy doby mieliśmy spędzić na włoskich kresach północnych. Na szosach wokół Brunico, do którego bardziej pasuje niemiecka nazwa Bruneck. W rejonie, który od blisko stulecia jest formalnie włoskim lecz kulturowo pozostaje germański. Dość powiedzieć, że około 80% miejscowej ludności uważa język niemiecki za swój ojczysty. To zresztą lingwistyczna reguła na terenie Południowego Tyrolu, za wyjątkiem stolicy prowincji oraz paru gmin na południe od Bolzano. Brunico dało Italii wielu mistrzów w sportach zimowych, w tym czterech braci Huberów – medalistów IO i MŚ w saneczkarstwie. Urodził się tu również Hubert Pallhuber – mistrz świata MTB w wyścigu cross-country z roku 1997. Jeśli chodzi o kolarskie atrakcje to wokół nas było z czego wybierać. W zasięgu godzinnego dojazdu samochodem mieliśmy przynajmniej tuzin ciekawych podjazdów. Pośród nich kilka przełęczy położonych 2000 i więcej metrów n.p.m. Tym niemniej z uwagi na ograniczony czas naszego pobytu w tym miejscu nie mogliśmy odwiedzić ich wszystkich. Trzeba było się zdecydować na sześć spośród nich. Odpuściliśmy sobie dojazdy do Vipiteno czy Rio di Pusteria na zachodzie tego rejonu. Wybór padł na góry komunikacyjnie najbliższe naszym bazom noclegowym w Santo Stefano i San Martino in Badia. Oznaczało to dla nas dwie wycieczki na północ i północny-wschód od Brunico oraz jedną wyprawę na południe od tego miasta. Najtrudniejszy z finałowych etapów – ten z wspinaczką na Kronplatz – wpisaliśmy do naszego grafiku na sobotę. Przede wszystkim dlatego by w piątek nie zarzynać się na drugi dzień po ciężkim dla wszystkich odcinku czwartkowym. Z drugiej zaś strony nie chcieliśmy się przesadnie zmęczyć w niedzielę, bezpośrednio przed długą drogą powrotną do ojczystego kraju. Z dwojga północnych wypraw w piątek postawiliśmy na tą z dłuższymi dojazdami. Wynikiem tego rodzaju „strategicznych” kalkulacji do programu dziewiątego etapu weszły podjazdy pod Passo Stalle vel Staller Sattel (2052 m. n.p.m.) i Prato Piazza alias Platzwiesen (1993 m. n.p.m.). Wspinaczkę pod pierwsze z owych wzniesień można zacząć w Bagni di Salomone (niem. Bad Salomonsbrunn) na wysokości 1105 metrów n.p.m. lub nieco wyżej w Anterselva di Mezzo (niem. Antholz Mittertal) leżącej jakieś 1230 m. n.p.m.

Ponieważ ruszyliśmy w drogę dopiero wczesnym popołudniem wybraliśmy to drugie rozwiązanie. Od miejsca zbiórki w San Lorenzo di Sebato mieliśmy jeszcze do przejechania 24 kilometry. Najpierw na wschód wzdłuż Val Pusteria (niem. Pustertal) po krajówce SS49, a potem w górę Valle di Anterselva na drodze SP44. Na miejsce dotarliśmy kwadrans po trzynastej. Zatrzymaliśmy się u wrót do królestwa włoskiego biathlonu. Na terenie tej doliny co roku odbywają się zawody o Puchar Świata w tzw. dwuboju zimowym. Co więcej w minionych czterdziestu latach Anterselva aż sześciokrotnie organizowała Mistrzostwa Świata w tej profesji. Po raz ostatni miało to miejsce w 2007 roku. Warto przy tej okazji wspomnieć, że podczas czempionatu rozegranego w 1995 roku złoty medal w biegu indywidualnym na 20 kilometrów wywalczył tu nasz Tomasz Sikora, będący wtedy u progu swej długiej i bogatej kariery. Passo Stalle jak dotąd tylko raz została wykorzystana na trasie wyścigu Dookoła Włoch. W dodatku zdobyta została od wschodniej czyli austriackiej strony. Stało się tak na czternastym etapie Giro z roku 1994. Ten wspominany już przeze mnie górski odcinek miał długość aż 235 kilometrów i wiódł z austriackiego Lienz przez przełęcze Stalle, Furcia, Erbe i Monte Giovo do mety w Merano. Etap wygrał Marco Pantani, zaś na pierwszej tego dnia premii górskiej najszybciej zameldował się jego starszy kolega z ekipy Carrera tzn. Claudio „Il Diablo” Chiappucci. Podjazd od włoskiej czyli południowo-zachodniej strony jest krótszy niż austriacki z Huben przez dolinę Defereggen, lecz wydaje się być trudniejszym z dwóch dróg na tą graniczną przełęcz. Według danych z „cyclingcols” startując z poziomu Anterselva di Mezzo mieliśmy do przejechania 12 kilometrów o średnim nachyleniu 6,7% i przewyższeniu 806 metrów. Przy tym ostatnie cztery kilometry o stromiźnie średnio 9, zaś maksymalnie ponad 13%. Ruszyliśmy kilka minut po wpół do drugiej. Początkowe 1600 metrów posłużyło nam za rozgrzewkę. Po tym łatwym wstępie trzeba się było zmierzyć z około 4-kilometrowym odcinkiem o średnim nachyleniu niemal 9 %. Podjazd prowadził tu szeroką doliną z długimi prostymi odcinkami lub co najwyżej szerokimi łukami. Dlatego owej stromizny gołym okiem nie było widać, acz dało się ją odczuć w nogach. Dokładnie po trzech kilometrach od startu minęliśmy wioskę Anterselva di Sopra. Nasz oddział dość szybko stopniał i na czele pozostało nas pięciu.

Na dojeździe do Biathlon Center Antholz (5,7 km) dwa mocne skoki oddał Adam. Czułem się na tyle dobrze, że mogłem poprowadzić pościg. Na wysokości Huber Alm prowadził Signore Kolarski z przewagą 5-10 sekund nad 4-osobową grupką, w której oprócz mnie byli jeszcze: Artur, Daniel i Darek. Rafał tracił do nas już przeszło trzy minuty, zaś Romek i Tomek niemal pięć. Na początku siódmego kilometra wjechaliśmy na płaski odcinek o długości 1900 metrów. Pełen turystów, którzy zawitali nad Lago di Anterselva. Drugi i zarazem finałowy segment wspinaczki zaczął się po przebyciu 7,9 kilometra. Stąd do przełęczy pozostawało nam jeszcze 4,5 kilometra po szosie o szerokości ledwie 2,5 metra. Ze względów bezpieczeństwa wprowadzono tu ruch wahadłowy. Przejazd dozwolony jest tylko w godzinach od 6:00 do 22:00 i to na szczególnych zasadach. Otóż w pierwszej kwarcie każdej godziny można rozpocząć zjazd ku Valle di Anterselva, zaś w trzeciej podjazd ku przełęczy. Niemniej z tych regulacji zdaliśmy sobie sprawę dopiero na górze. Walka rozgorzała na całego, gdy na samym początku stromego odcinka ostro zaatakował Dario. Nikt nie był w stanie siąść mu na koło. Przyśpieszyłem na tyle by dogonić Daniela, który próbował złapać kontakt z Darkiem. Wkrótce jechałem już jako drugi kontrolując dystans dzielący mnie od lidera. Na finałowym odcinku było w sumie dziesięć wiraży i jeden krótki tunel o długości 45 metrów. W końcu na około kilometr przed finałem dogoniłem Darka. Do nas z kolei zaczął się zbliżać kontratakujący Adam. Dario rzucił hasło by odeprzeć ten atak. Ostatkiem sił jeszcze przyśpieszyłem i przez kilkaset metrów byłem nawet samotnym liderem. W samej końcówce minimalnie zwolniłem abyśmy razem dotarli do premii górskiej. Od startu do granicznej przełęczy przejechaliśmy 12,3 kilometra w czasie 51:31 czyli przy średniej prędkości 14,4 km/h. Na stravie znalazłem za to segment o długości 11,4 kilometra, który „przerobiliśmy” w 49 minut (avs. 14,0 km/h) z VAM na poziomie 962 m/h. Ten wynik daje nam obecnie 25-26 miejsce pośród 232 zarejestrowanych osób. Adam uzyskał czas 49:41 (poz. 32), Daniel 50:49 (poz. 39), zaś Artur 51:11 (poz. 41). Rafał zakończył swoją wspinaczkę w czasie 1h 00:51. Tymczasem Romka i Tomka spotkaliśmy dopiero na początku swego zjazdu. Koledzy wspinali się co prawda w czasie netto 1h 04:45. Niemniej dodatkowe 20 minut stracili jeszcze na „bramce” grzecznie czekając na włączenie się do ruchu.

Stalle_1

Stalle_2

Stalle_3

Około wpół do czwartej byliśmy już z powrotem przy naszych autach. Od podnóża drugiego wzniesienia dzieliły nas 23 kilometry. Zapakowaliśmy się do samochodów tylko w siedmiu. Tomek miał swój drugi słabszy dzień i zrezygnował z forsowania drugiej premii górskiej. W ramach rozjazdu zdecydował się przejechać wspomniany odcinek dojazdowy na rowerze by następnie zaczekać na nasz powrót u podnóża góry. Po zjechaniu do Rasun skręciliśmy na wschód by tuż za Monguelfo-Tesido (niem. Wasberg-Taisten) odbić na południe wybrawszy drogę SP47 ku wiosce Braies (niem. Prags). Przed południem moi koledzy poważnie rozważali wyprawę na legendarne Tre Cime di Lavaredo (2362 m. n.p.m.) w sąsiednim regionie Veneto. Na tym stromym wzniesieniu już siedmiokrotnie wyznaczano finisze górskich etapów Giro d’Italia. Po raz ostatni w 2013 roku gdy triumfował Vincenzo Nibali. Przed nim na szlaku do miejscowego Rifugio Auronzo rządzili m.in. Eddy Merckx, Jose-Manuel Fuente czy Lucho Herrera. Ja byłem w tym miejscu już dwukrotnie. Najpierw w maju 2007 roku w roli kibica, gdy na trasie Giro triumfował „niesławny” Riccardo Ricco. Następnie w czerwcu 2008 roku gdy na przekór zimnu i wilgoci przejechałem ostatnie 7,5 kilometra od Lago di Misurina. Z tej przyczyny na swe piątkowe drugie danie i tak wybrałbym sobie Prato Piazza. Niemniej moi kompani mogli pognać dalej do Dobbiacco (niem. Toblach), po czym skręcić w SS51 i już niebawem byliby w Carbonin u podnóża słynnych Tre Cime. Z sobie wiadomych względów jednak zrezygnowali z tej ambitniejszej wycieczki. Ja nie miałem powodów do narzekania. Dzięki ich bardziej racjonalnej niż romantycznej decyzji mogłem liczyć na dobre towarzystwo podczas wspinaczki pod Platzwiesen. Zatrzymaliśmy się na rozjeździe przy punkcie informacji turystycznej. Szosa SP skręca tu w prawo nad niewielkie Lago di Braies vel Prags Wildsee. My jednak musieliśmy ruszyć prosto na południe. Przed nami było wzniesienie o długości 12 kilometrów, średnim nachyleniu 6,5% (max. 14%) i przewyższeniu 784 metrów. Można powiedzieć, że w teorii był to nieomal brat-bliźniak dopiero co zdobytej przez nas Passo Stalle.

Na tej górze można się rozgrzać na dojeździe do Ponticello (niem. Bruckele). Ten fragment trasy to długie proste odcinki przez górskie łąki. W sumie 5,7 kilometra o średnim nachyleniu 5,3 %. Z kolei druga faza to już kręta droga przez iglasty las. Trudniejszy segment o długości 6,3 kilometra i średniej 7,5 %. Jednak prawdziwy deser to ostatni kilometr. Najpierw 600 metrów o średnim nachyleniu ponad 12%, a potem znacznie łatwiejsze 400 metrów prowadzące po drodze szutrowej. Wystartowaliśmy o wpół do piątej. Nastawienie w grupie było zrazu bardzo pokojowe. Na pierwszym kilometrze aby „utrzymać” się w grupie musiałem nawet zawrócić. Z czasem ożywił się Adam i przede wszystkim Arturro, starający się wykorzystać łatwiejsze odcinki pod koniec trzeciego i piątego kilometra podjazdu. Za drugim razem skoczył za samochodem. Sędziowie przymknęli oko na to cwaniactwo i nasz kolega wypracował sobie m/w 20 sekund przewagi. To był akcja rasowego harcownika. Tymczasem trzej górale cierpliwie czekali na drugą część wzniesienia. Począwszy od siódmego kilometra wspólnie z Adamem zaczęliśmy stopniowo niwelować zyski Artura. Towarzyszył nam Romek, którego z racji miejsca pochodzenia można uznać za klubowego kolegę naszego uciekiniera. Romano był świeższy od nas po ulgowym potraktowaniu Passo Stalle i potrafił wykorzystał pracę swego „gregario di lusso”. Po złapaniu Artura jakiś czas jechaliśmy w czwórkę. Po wzmocnieniu tempa najpierw odpadł Arturro, zaś na przedostatnim kilometrze również mi zabrakło sił do dalszej jazdy w czołówce. Ostatni kilometr rzeczywiście zmusił wszystkich do największego wysiłku. Zgodnie z planem łatwiej zrobiło się dopiero za parkingiem czyli po wjeździe na drogę gruntową. Z dwojga moich pogromców silniejszy okazał się Romek. O ile? Tego nie jestem w stanie stwierdzić, albowiem na stravie nie znalazłem jego czasu. W sumie przejechałem tu 12,3 kilometra w czasie 52:19 (avs. 14,1 km/h). Najdłuższy segment ze stravy obejmuje 11,2 kilometra pokonane w 48:55 (avs. 13,8 km/h i VAM 890 m/h). Do Adama straciłem na nim 1:10, zaś nad Arturem nadrobiłem 1:15. Za naszymi plecami toczyła się ponoć równie ciekawa rozgrywka o piątą lokatę. Rafał dzielnie atakował, ale ostatecznie górę wzięło doświadczenie Darka i moc Daniela. Na stromej końcówce wyprzedzili „Rafę” o jakieś 40-45 sekund. Na mecie mogliśmy sobie wynagrodzić wysiłek kawą i pokaźną porcją ciasta. Nasz nadworny fotograf czyli Dario strzelił świetne zdjęcie wszystkich zdobywców tej góry. Do kompletu zabrakło nam tu tylko Tomka. Na szczycie w miłej atmosferze spędziliśmy aż 40 minut.

Prato Piazza_1

Prato Piazza_2

Prato Piazza_3

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Stalle & Prato Piazza została wyłączona

Erbe-Val di Funes & Pinei

Autor: admin o 20. sierpnia 2015

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/376586417

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/376586369

Ten czwartek zapowiadał się na bodaj najciekawszy dzień całej wyprawy do włoskiej części Tyrolu. Dla większości naszej ekipy etap ósmy miał być zarazem królewskim odcinkiem na szosach Alto-Adige. Po pierwsze tego dnia musieliśmy się przenieść z południa na północ prowincji Bolzano. To znaczy opuścić nasze lokum w Coronie nad Cortaccią na rzecz dwóch nowych przystani w San Stefano i San Martino nieopodal San Lorenzo di Sebato. Mniej więcej na półmetku tego przeszło 100-kilometrowego transferu zaplanowaliśmy sobie postój w Ponte Gardena, skąd mieliśmy ruszyć na spotkanie z kolejną kolarską przygodą. Szóstce kolegów (wszystkim poza Adamem) podsunąłem pomysł na przejechanie kultowej trasy wokół masywu Sella. Na etapie długości 103 kilometrów mieli pokonać kolejno przełęcze: Gardena (2121 m. n.p.m.), Campolongo (1875 m. n.p.m.), Pordoi (2239 m. n.p.m.) i Sella (2244 m. n.p.m.) bądź też Sella, Pordoi, Campolongo i Gardena – kolejność dowolna i zależna od decyzji, którą musieli podjąć najpóźniej na Pian de Gralba (1871 m. n.p.m.) po 25 kilometrach od startu. Tak czy owak czekała ich jazda szlakiem wielu edycji Giro d’Italia. Mieli zdobyć legendarne przełęcze wielokrotnie wykorzystane w wyścigu Dookoła Włoch. Pordoi i Sella po raz pierwszy pojawiły się na trasie „La Corsa Rosa” już w 1940 roku. Natomiast Campolongo i Gardena zadebiutowały w sezonie 1949. W ostatnim półwieczu peleton Giro przejechał przez Gardenę dwanaście razy, zaś przez Sellę i Campolongo o jeden raz więcej. Niemniej prawdziwą rekordzistką pośród wszystkich włoskich przełęczy jest Passo Pordoi. W całej historii Giro kolarze przemknęli przez nią aż 37 razy, z czego 27 wizyt miało miejsce w okresie ostatnich 50 lat. Trzynaście razy była ona najwyższym punktem na trasie wyścigu, więc wyznaczano na niej premię górską Cima Coppi. Poza tym czterokrotnie kończyły się tu etapy Giro. W 1990 roku triumfował Francuz Charly Mottet, zaś w latach 1991 i 1996 Włosi: Franco Chioccioli i Enrico Zaina. Natomiast w 2001 roku do mety na tej górze jako pierwszy dotarł Meksykanin Julio Alberto Perez Cuapio.

Oczywiście bardzo wysoko cenię sobie piękno tej części Dolomitów jak i przebogatą kolarską historię tych gór. Tym niemniej motywem przewodnim moich górskich wojaży od dłuższego czasu jest chęć poznania kolejnych czyli zupełnie nowych podjazdów. Tymczasem miałem już na swym koncie trzy pełne rundki wokół masywu Sella. Pierwszą w 2003 roku przejechałem w towarzystwie Krzyśka Żmijewskiego. Drugą rok później zrobiłem wraz z Jarkiem Chojnackim. Natomiast w 2007 roku razem z Piotrkiem Mrówczyńskim zaliczyłem kolejną Sellarondę startując w Maratona dles Dolimites. Trasa tej wielce prestiżowej imprezy dla amatorów „leci” przez każdą ze wspomnianych przełęczy, zaś Campolongo „zalicza” nawet dwukrotnie. Na dodatek w 2010 roku wspólnie z Darkiem przejechałem całą trasę od Ponte Gardena do Passo della Gardena. Z tych powodów na czwartkowe popołudnie musiałem sobie poszukać innych wyzwań. W zasadzie miałem do wyboru trzy wzniesienia. Przełęcze Erbe (2004 m. n.p.m.) i Pinei (1437 m. np.m.) na wschodnim brzegu Isarco lub jedną z dwóch opcji podjazdu do znajdującej się po zachodniej stronie doliny gospody Gasserhutte (1752 m. n.p.m.). Wybrałem wspinaczki ku obu przełęczom by poznać kolejne drogi przetestowane już na wyścigu Dookoła Włoch. Na moje szczęście Adam podczas swych długich alpejskich wakacji zdążył zaliczyć trasę Sellaronda i to zapewne nie raz. Dlatego dał się przekonać do dwójkowej wyprawy na Passo delle Erbe oraz Passo Pinei. Aby dojechać do naszej bazy wypadowej w Ponte Gardena musieliśmy pokonać samochodowy odcinek o długości 59 kilometrów. Trasa tego dojazdu była nam dobrze znana z wypadów do Prato all’Isarco, Cardano i Bolzano w końcówce ubiegłego tygodnia. To znaczy kierunek ten sam, droga czyli SS12 ta sama i tylko dystans nieco większy. Gdy późnym przedpołudniem rozbiliśmy swój obóz startowy na parkingu przy Via Paese (niem. Dorfstrasse) zapowiadał się piękny dzień na rowerową eskapadę. Temperatura 25 stopni i niebo błękitne, niemal bezchmurne. Wespół z Adamem jako pierwsi zebraliśmy się do drogi. W przeciwieństwie do naszych kolegów do podnóża swego pierwszego podjazdu mieliśmy solidny dojazd, to znaczy nie jak oni kilkaset metrów lecz kilkanaście kilometrów.

Wystartowaliśmy o godzinie 12:05 i na samym początku popełniliśmy falstart. Zamiast ruszyć z parkingu w prawo zrazu odbiliśmy w lewo. Na skutek tego już po kilkuset metrach jazdy wyrosła przed nami góra. Nadzialiśmy się na alternatywny podjazd ku Ortisei w dolinie Val Gardena czyli drogę SP82 łączącą się ze szlakiem wybranym naszych kolegów na wysokości Pontives. Szybko zorientowałem się w naszej pomyłce, więc już na drugim wirażu zawróciliśmy. Tym samym po przejechaniu 1600 metrów wróciliśmy do punktu wyjścia. Wkrótce przejechaliśmy przez most nad Isarco i nie chcąc wjeżdżać na drogę krajową SS12 postanowiliśmy przetestować fragment słynnej ścieżki rowerowej ciągnącej się wzdłuż Valle d’Isarco od Bolzano aż po przełęcz Brenner. Wytrzymaliśmy na niej przez ponad 7 kilometrów. Pod koniec tego odcinka przejechaliśmy przez Chiusę (niem. Klausen). Po wyjechaniu z tego miasteczka wbiliśmy się w końcu na krajówkę by przejechać po niej trzy następne kilometry. W końcu mając już na licznikach 12,4 kilometra skręciliśmy o 180 stopni na równoległą do autostrady szosę SP27. Przejechaliśmy na wschodni brzeg rio Isarco i czterysta metrów dalej skończył się nasz 13-kilometrowy dojazd do podnóża Passo delle Erbe – kolarskiej góry o wielu obliczach i imionach. Dróg prowadzących na tą przełęcz jest aż pięć! Trzy od strony zachodniej i dwie od flanki wschodniej. To znaczy wariant północno-zachodni z Bresanonne przez Luson, zachodni z Bresanonne przez Eores oraz południowo-zachodni czyli ten, który mieliśmy właśnie wypróbować od drogi SS12 przez Val di Funes. Wszystkie one łączą się z sobą w końcowej fazie długiej wspinaczki. Podobnie po wschodniej stronie można zacząć podjazd od północnego-wschodu w miejscowości Longega lub od południowego-wschodu w Piccolino. Te dwie wschodnie opcje łączą się z sobą na około sześć kilometrów przed szczytem. Z kolei na drogowych tablicach znajdziemy trzy różne nazwy tej przełęczy. Włoska to oczywiście Passo delle Erbe, niemiecka (tyrolska) to Wurzjoch, w końcu zwie się ją również Ju de Borz w romańskim języku miejscowych górali znanym jako ladino. Jak by tego było mało nie ma też jasności w kwestii jej wysokości. Rozpiętość danych sięga kilkunastu metrów tzn. od 1987 do 2004 metry n.p.m.

Giro d’Italia zmierzyło się z tą przełęczą tylko trzykrotnie, acz za każdym razem z innej strony. W 1993 roku na etapie z Asiago co Corvary pojechali naszym tegorocznym południowo-zachodnim szlakiem przez dolinę Funes. Pierwszy na premii górskiej był Andrew Hampsten, znakomity amerykański góral rodem z Colorado. Rok później na odcinku z austriackiego Lienz do Merano wspinano się od strony północno-wschodniej, zaś pierwszy na przełęcz dotarł Szwajcar Pascal Richard. Natomiast w 2005 roku podczas etapu z Mezzocorony do Ortisei jechano od południowego-wschodu i wówczas najwyżej zapunktował hiszpański Bask Juan Manuel Garate. Ja jak dotąd zdobyłem tą przełęcz tylko raz w maju 2010 roku od strony zachodniej czyli ze startem w Bresanonne (niem. Brixen) i przejazdem przez Eores di Sopra. Wówczas wraz z Darkiem miał do pokonania 29,9 kilometra o średnim nachyleniu 4,8 % i przewyższeniu netto 1427, zaś brutto aż 1626 metrów. Teraz do spółki z Adamem musieliśmy „przerobić” dystans 26,1 kilometra o średniej stromiźnie 5,5 % i max. niemal 16 %. Od tej strony góra ma amplitudę netto 1441 metrów, zaś łącznie trzeba pokonać w pionie 1526 metrów. Cyclingcols ten wariant podjazdu wycenia na 1042 punkty. Ruszyliśmy o godzinie 12:39 przy temperaturze 31 stopni. Po przejechaniu 1,7 kilometra minęliśmy tartak przy bocznej drodze do Gudon (niem. Gufidaun). Na pierwszych kilometrach podjazd trzymał na równym poziomie 6-7 %, by dopiero na szóstym postawić nam nieco twardsze warunki. W tej okolicy przejechaliśmy przez wioskę Pradel. Trzy następne kilometry były stosunkowo łatwe. Doliną rzeczki Funes przejechaliśmy w sumie 8,6 kilometra. Według stravy ten fragment wzniesienia pokonaliśmy w 36 minut z przeciętną prędkością 13,9 km/h. Następnie odbiliśmy w lewo zjeżdżając z drogi SP27 na SP163. Przed nami był teraz najtrudniejszy fragment całego wzniesienia czyli 6 kilometrów o średniej 8,9 %. Niemal każdy kilometr na poziomie 9-10 % i liczne ścianki na poziomie od 12 do 14 %. Już sam dojazd do San Pietro (9,1 km) zwiastował niezłą zabawę. W centrum tej wioski trzeba było pokonać ciasny wiraż przy Albergo Kabis, a potem stromy fragment drogi za miejscowym kościołem.

Podjazd trzymał mocno niemal do końca piętnastego kilometra i odpuścił tylko na krótko przy przejeździe przez Colle (12,2 km). W tym momencie jadący z tyłu Adam stanął na około trzy i pół minuty. Zanim ponownie obejrzałem się za siebie straciłem z nim kontakt wzrokowy. Ta różnica utrzymała się między nami do końca środkowej części podjazdu. Natomiast na ostatniej tercji wzniesienia straciłem połowę podarowanej zaliczki. Z początkiem siedemnastego kilometra droga wkroczyła do lasu, by po przebyciu 17,6 kilometra połączyć się z szosą SP29 rozpoczynającą się w Bresanonne. Tym samym ostatnie 8,5 kilometra mogłem przejechać po szlaku znanym mi sprzed pięciu lat. Kolejne 3700 metrów z przejazdem obok schroniska Edelweiss (19,9 km) było dość łagodną wspinaczką, chwilowo kończącą się na poziomie Passo Eores (1863 m. n.p.m.) po przejechaniu 21,3 kilometra. Potem 1600 metrów zjazdu do zbiegu wspomnianej drogi z Luson. Na tym odcinku straciliśmy 79 metrów z wcześniej zdobytej wysokości. Z tego miejsca do szczytu pozostało już tylko 3200 metrów kilometra, z czego 1200 metrów na długiej prostej po ostatnim na tej górze wirażu. Na przełęczy było całkiem tłoczno i gwarno. Zajechałem do restauracji z górskim hotelu Utia de Borz i już po chwili zjawił się tam również Adam. W sumie dystans 26,1 kilometra pokonałem w czasie h 46:20 (avs. 14,7 km/h). Na stravie znalazłem nasze wyniki z całej góry wyliczone segmencie równo 26-kilometrowym. Mój czas to 1h 46:11, zaś Adama 1h 48:01 acz samej jazdy 1h 44:10. Mój wynik jest 33-tym pośród 157 zarejestrowanych czasów. Wartość VAM wyszła teoretycznie skromna bo 825 m/h, ale wobec profilu podjazdu nie dziwi. Dodać można, że jedynie lider i wicelider tego zestawienia złamali tu „tysiaka” z czasami około 20 minut lepszymi od naszych. Na górze było tylko 15 stopni. Mimo to spędziliśmy tam około 40 minut głównie przy stole na ciastku i kawie. Dopiero ciemniejące chmury na niebie wygoniły nas stamtąd. Na zjeździe Adam pojechał swoje, zaś ja wykonałem zwyczajową foto-robotę. Umówiliśmy się, że poczeka na mnie na dole jakiś 15-20 minut. Tak się też stało dzięki czemu następne 11 kilometrów mogłem przejechać na jego kółku.

Na parking w Ponte Gardena wróciliśmy około 16:35. Niespodziewanie spotkaliśmy tam Artura i Rafała. Od nich usłyszeliśmy pierwszą część opowieści rodem z „krainy deszczowców”. Długo szykowali się do jazdy, po czym ruszyli na krótko przed wpół do pierwszą. Zdecydowali się objechać masyw Sella jadąc w kierunku odwrotnym do ruchu wskazówek zegara. To znaczy po przejechaniu 25 kilometrów skierowali się na Passo di Sella wybrawszy trudniejszą z dostępnych końcówek swego pierwszego podjazdu. Jechali spokojnie, chcąc przejechać jak najdłuższy odcinek w komplecie. Niestety eufemistycznie mówiąc nie mieli szczęścia do pogody. Słońce towarzyszyło im tylko przez pierwsze kilkanaście kilometrów. Powyżej Ortisei, gdzie przed dziesięciu laty triumfował na Giro Kolumbijczyk Ivan Parra, zaczęło się chmurzyć. Jechali dalej mijając Santa Cristinę i znaną z alpejskich zawodów o Puchar Świata Selvę di Val Gardena, zaś nad ich głowami robiło się coraz ciemniej. Apropos Selvy warto wspomnieć, że w ostatniej dekadzie XX wieku aż trzy razy gościła uczestników Giro. Wygrywali na jej ulicach Włosi: Massimiliano Lelli (1991), Giuseppe Guerini (1998) oraz Hiszpan Jose Luis Rubiera (2000). Dojechawszy na Pian de Gralba trzymali się dalej drogi SS242 tzn. odbili w prawo kierując się na południe. Tu na ostatnich 6 kilometrach wspinaczki zaczęło padać, a im bliżej przełęczy tym mocniej. Na przełęcz Sella dotarli o godzinie 14:50 po przejechan 31 kilometrów. Według oficjalnych danych to wzniesienie miało długość 30,2 kilometra o średnim nachyleniu 5,9 % i przewyższeniu aż 1777 metrów. Niebo nad całym masywem Sella było stalowoszare. Widoki na rychłą poprawę pogody mizerne. Pomimo tego większość tej ekipy czyli: Daniel, Darek, Romek i Tomek postanowiła kontynuować swoje zmagania z aurą i naturą na trasie królewskiego etapu. Co więcej zjazdu z Selli nie zamienili czym prędzej na górną część wspinaczki pod Pordoi, lecz wydłużyli sobie wcześniejszy plan o kilkanaście kilometrów. Dario namówił swych trzech kompanów na zjazd do Canazei. Chciał bowiem pokonać cały zachodni podjazd pod Passo Pordoi czyli 12 kilometrów przy średniej 6,6 % z przewyższeniem 785 metrów. Na szczęście dla dalszych losów czterech wspomnianych śmiałków, Artur i Rafał postanowili nie igrać z kapryśną górską pogodą. Po wspólnym pobycie na Selli zawrócili do naszego parku maszynowego w Ponte Gardena.

Tu ich spotkaliśmy. Dwójkę naszych „nawróconych” kolegów udało mi się namówić na podjazd z towarzystwie moim i Adama pod Passo Pinei vel Panider Sattel. To przełęcz, która jak dotąd dwukrotnie pojawiła się na trasie Giro d’Italia. Najpierw w 1991 roku wjechano tu od wschodu na początku etapu z Selva di Val Gardena do Passo Pordoi. Pierwszy na tej górze zameldował się wówczas hiszpański Bask Inaki Gaston. Natomiast w sezonie 1997 podjeżdżano pod tą przełęcz od naszej zachodniej strony kiedy to na etapie z Predazzo do Falzes na premii górskiej najwyżej zapunktował Kolumbijczyk Chepe Gonzalez. W teorii czekał nas podjazd o długości 15,3 kilometra ze średnim nachyleniem 6,3 % i przewyższeniem 968 / 989 metrów. Prawdziwej wspinaczki było tu co najmniej o kilometr mniej. Niestety zanim około 17:10 ruszyliśmy na spotkanie z tą górą wspomniane chmury znad Val Gardena zeszły już i do naszej doliny Isarco. Ledwie ruszyliśmy, a zaczęło padać. Tego było już za wiele dla Artura i Rafał, którzy mieli przecież za sobą bardzo długi i w dużej mierze deszczowy zjazd z Selli. Zawrócili do samochodów zanim jeszcze na dobre wystartowaliśmy. Można zatem powiedzieć, że opatrzność jednak czuwała nad naszymi czterema kolegami. Tymczasem deszcz jeszcze się wzmógł i po chwili również Adam spasował. Ja postanowiłem dać tej górze szanse. Stwierdziłem, że przejadę pierwsze trzy kilometry i jak nadal będzie lało to najwyżej zawrócę. Na moje szczęściu już po kilkuset metrach czyli po wyjechaniu z pierwszego tunelu padało jakby słabiej, zaś na trzecim kilometrze deszcz zupełnie ustał. Pierwsze 1800 metrów było łatwe i szybkie. Pod koniec trzeciego kilometra droga zmieniała kierunek z południowego na wschodni. Z czasem zaczęło mi się ciężej jechać, więc zastanawiałem się czy długa Erbe nie wyssała ze mnie zbyt wielu sił. Tym niemniej jeśli spojrzymy na profil tego podjazdu miałem prawo czuć większy opór pod nogą. Średnie nachylenie pięciu kolejnych kilometrów wynosi tu niemal 9,9 %. Dwa z nich mają średnio po 11,5 i 10,5 %. Zatem było co jechać. Przejechawszy 5,1 kilometra minąłem skręt ku wiosce Tisana, zaś dwieście metrów dalej raz jeszcze skręciłem na południe.

Po przebyciu 6,4 kilometra dojechałem do szerokiego wirażu, przy którym stały znaki wskazujące dwa kierunki jazdy: w lewo do Casterotto (Kastelruth) i w prawo do Alpe di Siusi (Seiser Alm). Tej jesieni ogłoszono, że na piętnastym etapie przyszłorocznego Giro d’Italia owe miasteczko i stację narciarską połączy trasa niespełna 11-kilometrowej górskiej czasówki. Alpe di Siusi gościło już zresztą Giro w 2009 roku, gdy na piątym etapie triumfował przyszły zwycięzca całego wyścigu Rosjanin Denis Mienszow. Ja wspólnie z Darkiem wjechałem do stacji w maju 2010 roku innym szlakiem od Prato all’Isarco. Tymczasem na rozdrożu zastanawiałem się chwilę jak mam dalej jechać w kierunku Passo Pinei. Ostatecznie zjechałem z drogi SP24 chcąc jak najszybciej dotrzeć do Castelrotto. Tym samym skróciłem sobie podjazd znany z profilu o 1300 metrów i zarazem wydatnie „podrasowałem” średnie nachylenie tego wzniesienia. Po przejechaniu 7,3 kilometra byłem już w centrum tej miejscowości, z powrotem na głównym szlaku ku przełęczy, którą w tym miejscu wiedzie już pod drodze SP64. Teraz do końca ósmego kilometra czekały mnie tylko krótkie zjazdy i odcinki płaskiego terenu. Jednak już po przebyciu 8,3 kilometra trzeba było się zmierzyć ze ścianką o stromiźnie sięgającej 16 %. W drugiej części jedenastego kilometra znów zrobiło się spokojniej, po czym musiałem się jeszcze sprężyć na ostatnie 2300 metrów. Niespełna dwa kilometry przed szczytem minąłem wioskę San Michele vel Sankt Michael (11,5 km). Ostatecznie moja wersja tego podjazdu miała 13,4 kilometra o średnim nachyleniu 7,2 %. Wjechałem na przełęcz w czasie 1h 03:40 (avs. 12,7 km/h). Na stravie najdłuższy segment, który znalazłem obejmował odcinek 5,4 kilometra od wyjazdu z Casterotto do samej przełęczy. Ten fragment trasy pokonałem w 24:43 przy średniej prędkości 13,3 km/h i VAM ledwie 924 m/h. Na górze o zrobienie pamiątkowego zdjęcia poprosiłem pieszych turystów. Po około dziesięciu minutach rozpocząłem zjazd. Kilka kilometrów przed Ponte Gardena napotkałem jadącego z naprzeciwka Adama. Ten opowiedział mi dalszą część mokrych przygód naszych „muszkieterów” z Sellaronda. Drużyna Dariusza utknęła w Arabbie, więc Artur i Rafał wsiedli do samochodów ruszając im na ratunek.

Okazało się, że nasi kompani po niespełna 20-minutowym zjeździe do Canazei od razu pognali na Passo Pordoi chcąc się rozgrzać na tym 12-kilometrowym podjeździe. Zadbał o to Romano, który przez całą górę dyktował mocne równe tempo zmuszając pozostałych do sporego wysiłku. Niestety w górnych partiach gór cały czas padało. Poza tym o ile na Selli było jeszcze 16 stopni to na Pordoi już tylko 10. Dlatego ledwie na chwilę stanęli przy dolnej stacji kolejki linowej na Sass Pordoi (2950 m. n.p.m.), po czym ruszyli na wenecki szlak po wschodniej stronie tej przełęczy. Chcieli czym prędzej dotrzeć do Arabby licząc, że zastaną tam lepszą pogodę. Niestety ten 9-kilometrowy zjazd okazał się dla nich traumatycznym przeżyciem. Zziębnięci, przemoczeni i roztrzęsieni zjeżdżali znacznie wolniej niż miałoby to miejsce w normalnych warunkach. Gdy dotarli na dół mieli już dość dalszej jazdy. Schronili się po dachem pewnej pizzerii, gdzie rozweseliły ich acz nie ogrzały piękne widoki rodem z Afryki. W sumie swe pierwsze w życiu podejście pod Sellarondę skończyli na przejechaniu 63,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 2459 metrów. Zrobili dystans podobny do tego jaki przejechali Artur i Rafał, acz pod względem przewyższenia wykonali aż 3/4 z założonego sobie planu. Wszystko wskazuje na to, iż okazję do rewanżu nadarzy się już w przyszłym roku. Na szóstym etapie naszego Giro del Trentino planowanego na sierpień 2016 roku mają w programie dużą rundę ze startem i metą w Canazei oraz podjazdami pod Sellę, Gardenę, Campolongo oraz Fedaia-Marmolada. Wcześniej będą mogli obejrzeć większość z tych wzniesień w Eurosporcie podczas relacji z czternastego etapu Giro 2016 (Alpago – Corvara). Ewakuacja z Arabby przebiegła sprawnie. Artur zabrał Romka i pojechali prosto do San Lorenzo di Sebato szlakiem przez Passo di Campolongo i dalej w dół Val di Badia. Natomiast Rafał zgarnął Darka, Tomka oraz Daniela (wraz z kluczykami od Citroena) i zawrócił na parking w Ponte Gardena. Dla mnie był to zdecydowanie najdłuższy etap tej podróży. Przejechałem w sumie 103 kilometry o łącznym przewyższeniu 2938 metrów. Zjechawszy na dół „zadekowałem się” w pobliskim barze. Po około godzinie dołączył do mnie Adam, któremu nie udało się dotrzeć na Alpe di Siusi przed zmierzchem. Rafał przywiózł naszych „rozbitków” około 21:30. Przepakowaliśmy się do dwóch aut i ruszyliśmy w 50-kilometrową drogę po SS12 i SS49 ku naszym nowym noclegom. Ja wraz z Danielem, Darkiem, Arturem i Romkiem miałem zarezerwowany lokal we wiosce Santo Stefano. Natomiast Adam, Rafał i Tomek zamieszkali w równie uroczej okolicy San Martino in Badia. Magnesem, który przywiódł nas w te strony był słynny Kronplatz, z którym umówiliśmy się na sobotnią ustawkę.

Sella_1

Sella_2

Pordoi_1

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Erbe-Val di Funes & Pinei została wyłączona

Val d’Ultimo

Autor: admin o 19. sierpnia 2015

PODJAZD > https://www.strava.com/activities/376586391

W środę zamierzaliśmy zdobyć dwa wzniesienia pomiędzy Bolzano a Merano. Oryginalny plan zakładał przejazd samochodem do miasteczka Lana. Z tego miejsca ja miałem się udać na zachód czyli w długą podróż ku krańcom doliny Ultimo. Natomiast reszta ekipy z tego samego miejsca miała ruszyć na południe i zdobyć bywałą na Giro d’Italia przełęcz Palade. Następnie w drodze powrotnej do naszej bazy noclegowej mieliśmy się zatrzymać w Terlano i pokonać bardzo trudny podjazd pod Il Salto (1449 m. n.p.m.) drogą przez Frassineto. Niestety tego dnia pogoda była bardzo podejrzana wobec czego realizacja drugiej części tego programu od samego początku stała pod znakiem zapytania. Do Lany było nam znacznie bliżej niż do poniedziałkowego San Leonardo in Passiria czy wtorkowych „miejscówek” w Coldrano i Prato allo Stelvio. Szlakiem przez Strada del Vino mieliśmy do pokonania ledwie 44 kilometry, których przejechanie miało nam zabrać ze trzy kwadranse. Na ulicach Lany od tego samego ronda przy Via Max Vilier rozpoczynają się dwa solidne podjazdy. Bardziej znanym jest wjazd od północnej strony na Passo delle Palade vel Gampenjoch (1512 m. n.p.m.). Liczy on sobie 18,2 kilometra przy średnim nachyleniu 6,6 % i max. 10,8 %. To wzniesienie ma 1195 metrów przewyższenia i na trasie wielkiego Giro zostało wypróbowane po raz pierwszy już w 1940 roku na etapie z Ortisei do Trento. Na premii górskiej pierwszy był wówczas słynny Gino Bartali, choć sam etap padł łupem jego rodaka Glauco Servadei. W późniejszych dekadach wyścig Dookoła Włoch przejechał przez tą przełęcz jeszcze sześciokrotnie, z czego trzy razy od „naszej” północnej strony. Po raz drugi podczas edycji z roku 1962 gdy pierwszy na górze był kolejny Włoch Armando Pellegrini. Po raz trzeci w sezonie 1978 gdy na premii górskiej najwyżej zapunktował Szwajcar Ueli Sutter i w końcu przy czwartej okazji w 2010 roku gdy na etapie do Peio Terme wygranym przez Francuza Damiena Monier najszybszy był tu Hiszpan Daniel Moreno. Jednym słowem jest to wzniesienie o niemałych walorach fizycznych, ale też ciekawej karcie w dziejach naszego sportu.

Pomimo takich atutów pominąłem to wzniesienie w swym programie na Sud Tirol 2015, albowiem poznałem je podczas jednej ze swych wcześniejszych wypraw do Italii. Zdobyłem je w trakcie wiosennej wycieczki do regionu Trentino-Alto Adige z roku 2010. Wówczas też nie miałem tu szczęścia do pogody. Tym niemniej na przekór deszczowej aurze zaliczyłem wtedy Palade w pakiecie z podjazdem do Falzeben / Merano 2000. Przyjeżdżając ponownie do Lany miałem na oku drugie z miejscowych wzniesień. Co prawda nieznane kolarskim wyścigom elity, lecz pod względem sportowym będące jeszcze większym wyzwaniem. Miał to być 37-kilometrowy podjazd ku Lago di Fontana Bianca (niem. Weissbrunnsee). To sztuczne jezioro powstało pod koniec lat pięćdziesiątych u kresu Val Ultimo (niem. Ultental). Leży ono na wysokości 1872 metrów n.p.m. w cieniu szczytów górskiej grupy Ortles-Cevedale, na południowo-wschodnim skraju Parco Nazionale dello Stelvio. Prowadząca ku niemu droga dociera nieco wyżej, bo na wysokość 1880 metrów n.p.m. Według „cyclingcols” wzniesienie to liczy sobie 36,6 kilometra o średnim nachyleniu 4,3 % i przewyższeniu netto 1565 metrów. Brutto czyli z odzyskiwaniem wysokości po niewielkich zjazdach amplituda wynosi nawet 1660 metrów. Cieszyłem się na spotkanie z tak sporym wyzwaniem. Żałowałem tylko, że owo przewyższenie nie jest zbite w jakiś konkretny 20- czy 25-kilometrowy dystans o stałym nachyleniu. Wiedziałem, że będę musiał na nim pokonać dłuższe odcinki w niemal płaskim terenie, na których trzeba będzie wrzucić łańcuch na dużą tarczę. Na załączonym profilu widać przynajmniej dwa odcinki, zasługujące co najwyżej na miano „falsopiano”. Niechaj jednak wszelakich śmiałków nie zwiodą suche liczby. Już sam przeszło 30-kilometrowy dystans potrafi zmęczyć nogi. Na domiar złego najtrudniejszym fragmentem całego wzniesienia jest ostatnie sześć kilometrów, na których stromizna momentami przekracza 13 %. Na stronie „cyclingcols” ten bardzo długi i nierówny podjazd wyceniono aż na 1117 punktów czyli wyżej niż Val Martello (1062) i Monte Giovo (1033), nie mówiąc już o pobliskim Palade (805).

Do Lany dotarliśmy wczesnym popołudniem. Niestety wtorkowe problemy żołądkowe na tyle osłabiły Daniela, że nie czuł się on na siłach by stanąć na starcie „wyścigu” pod Passo delle Palade. Z kolei u Tomka nie było już śladu po wczorajszym kryzysie zdrowotnym. „Bury” stał się wkrótce jednym z głównych rozgrywających podczas zaciętej rywalizacji na Gampenjoch. Wystartowałem kilka minut przed kolegami rozpoczynając swą długą solówkę na drodze SP9 o godzinie 12:35. Pierwsze 2100 metrów prowadziło krętym szlakiem między winnicami z pięcioma serpentynami i widokiem na Val d’Adige. Tak długi podjazd podzieliłem sobie w głowie na mniejsze kawałki za kolejne cele biorąc poszczególne miejscowości na mojej drodze. Zmagając się z pierwszymi kilometrami tego wzniesienia wolałem nie pamiętać, że do końca wspinaczki zostało ich jeszcze ze trzydzieści. Tymczasem początek podjazdu do Lago di Fontana Bianca wcale nie należał do łatwych. Do połowy siódmego kilometra nachylenie było całkiem solidne, zaś na czwartym wynosiło średnio 9,5 %. Potem góra zupełnie odpuściła i to niemal do końca dziesiątego kilometra. W zasadzie na odcinku ponad trzech kilometrów straciłem tu 55 metrów z wcześniej zdobytej wysokości. Po przejechaniu 9,6 kilometra dojechałem do San Pancrazio (niem. St. Pankraz), miejscowości która może się pochwalić najstarszym kościołem w całej tej dolinie. Na początku dwunastego kilometra rozpoczęła się druga faza podjazdu czyli ponad 7-kilometrowy odcinek pomiędzy 11,3 a 18,6 kilometra od startu. Jechałem cały czas wzdłuż rzeczki Valsura (niem. Falschauer). Po przejechaniu 15,6 kilometra minąłem odchodzącą w lewo drogę SP88 wiodącą na Passo Castrin (1785 m. n.p.m.). Ta przełęcz omal nie zadebiutowała na Giro d’Italia w 2013 roku gdy organizatorzy „La Corsa Rosa” szukali ad hoc awaryjnej drogi z Ponte di Legno do Val Martello. To znaczy szlaku z pominięciem zasypanych wówczas śniegiem Gavii i Stelvio. Trzy kilometry dalej byłem już w Santa Valburga (niem. St. Walburg), liczącej 2200 mieszkańców największej miejscowości Val d’Ultimo. Jechałem już 64 minuty pokonawszy w tym czasie 18,6 kilometra. Tymczasem byłem dopiero na półmetku wzniesienia.

Kilkanaście następnych kilometrów okazało się najłatwiejszym i tym samym najszybszym odcinkiem tego podjazdu. Najpierw pięć zupełnie płaskich kilometrów, w większej części prowadzących wzdłuż sztucznego jeziora Lago di Zoccolo alias Zoggler Stausee. Następnie niespełna osiem kilometrów delikatnego wzniesienia o średniej około 3%. Na tym segmencie przejechałem przez wioskę San Nicolo (26,8 km). Kolejne kilometry płynęły szybko, ale do czasu. W końcu po przebyciu 31,3 kilometra skończyła się sielanka. Teraz trzeba było pokonać odcinek 900 metrów o średniej 8% z przejazdem przez wioskę Santa Geltrude d’Ultimo (niem. Sankt Gertraud). Nagła zmiana terenu, a zatem rytmu jazdy potrafi podciąć nogi. Jednak z tym krótkim odcinkiem jakoś sobie poradziłem. Tym niemniej po przejechaniu 32,2 kilometra dotarłem do rozjazdu, na którym miałem małą zagadkę którędy dalej mam jechać. Trochę czasu tu niepotrzebnie straciłem, ale czym że to jest w skali przeszło dwóch godzin jakie potrzebowałem na zdobycie całego wzniesienia. Ostatecznie dokonałem prawidłowego wyboru kierując się w prawo ku widzianej w oddali stromiźnie. Do szczytu brakowało już tylko kilku kilometrów, lecz dopiero tu zaczynał się najbardziej stromy fragment całej wspinaczki czyli 5,2 kilometra o średniej 8,1 %. Jak widać na załączonym obrazku zdecydowanie najtrudniejszy był tu czwarty kilometr od końca, z maximum powyżej 13 %. Szczególnie dłużył mi się dojazd do pierwszego z czterech wiraży. W połowie 34-tego kilometra wjechałem do lasu, gdzie podjazd trzymał jeszcze przez dobre trzy kilometry. Pod koniec 37-mego na krótkim zjeździe mogłem złapać oddech na ostatnie trzysta metrów wspinaczki. Poprzestałem na dojechaniu do najwyższego punktu tej drogi rezygnując z dotarcia do schroniska na przeciwległym brzegu jeziora. Według danych z Garmina przejechałem dystans 37,4 kilometra w czasie 2h 08:17 (avs. 17,5 km/h). Na stravie znalazłem wyniki segmentu o długości 36,5 kilometra. Ten dystans pokonałem w czasie netto 2h 06:48 (avs. 17,2 km/h). Przy tak łagodnym profilu góry VAM wyszedł skromny tzn. ledwie 738 m/h. Na górze spędziłem niespełna kwadrans. Nie spodziewałem się, że największe wyzwanie dopiero przede mną. Już po kilkuset metrach zjazdu złapała mnie ostra ulewa. Stromy odcinek do Św. Gertrudy dosłownie przepłynąłem z nurtem strumieni tworzących się na asfalcie. Teoretycznie poniżej tej wsi mogłem się rozgrzać kręcąc na płaskich odcinkach, ale na to byłem już zbyt zziębnięty i przemoczony do suchej nitki. Poza tym od czasu do czasu zatrzymywałem się chcąc uwiecznić ten podjazd na zdjęciach. Do kolegów czekających na mnie od godziny piętnastej dotarłem dopiero około 16:30.

Z zainteresowaniem wysłuchałem relacji Darka z przebiegu rywalizacji na Palade. Wystartowali w niewielkich odstępach czasu, by niebawem zjechać się po tym gdy część ekipy stanęła przy drodze w wiadomym celu. Po neutralizacji jako pierwszy zaatakował Dario. Po kilku kilometrach dojechali do niego Romek i Tomek, biorąc na siebie ciężar prowadzenia. Zdaniem Darka o wyniku ich trójkowej rywalizacji zadecydowała „zmasowana akcja dezinformacji”. Tomek z regularnością szwajcarskiego zegarka przypominał kolegom, iż trzeba zachować siły na rzekomo trudny finałowy kilometr o średnim nachyleniu 11%. Zwiedziony tą informacją Darek nie zareagował na przyśpieszenie Romka około sześciu kilometrów przed końcem podjazdu. Postanowił spokojnie dokończyć konsumowany właśnie posiłek. Ufny w swoją moc na najbardziej stromych odcinkach pozwolił kolegom na zdobycie 20-30 sekundowej przewagi. Wierzył bowiem, że na zapowiadanej końcówce odrobi owe straty, może nawet z nawiązką. Bliżej szczytu zorientował się po danych ze swego licznika, iż zabraknie tu metrów przewyższenia na zapowiadany stromy finał. Przeszedł do kontrataku, lecz okazał się on spóźniony. Na przełęczy do dwójki liderów zabrakło mu ledwie 6 sekund. Nie wdając się w zbyt szczegółowe analizy niepewnych danych ze stravy dodam tylko, że tercet Dario-Romano-Tomasso pokonał ten podjazd w czasie około 1h i 17 minut. Jadący na czwartej pozycji Arturro potrzebował na to 1h i 24 minut, zaś zamykający stawkę Adam i Rafał z grubsza 1h i 31 minut. Ta minimalna porażka nie dała Darkowi spokoju. Do końca wyprawy szukał dobrej okazji do rewanżu. Na to musiał trochę poczekać, albowiem tego dnia z uwagi na stosunkowo późną porę i niepewne warunki pogodowe zrezygnowaliśmy z drugiego podjazdu. Decyzja była jednogłośna, tym bardziej że każdy z nas zmókł na swym zjeździe. Zaoszczędzony czas wykorzystaliśmy wszyscy na wizytę w sklepie rowerowym pod Appiano. Poza tym ja wraz z Danielem i Darkiem wpadłem jeszcze do dwóch winiarskich kantyn w okolicy Termeno (niem. Tramin). Na zakupy szlachetnych trunków była już bowiem niemal ostatnia okazja. Nazajutrz mieliśmy opuścić te strony by po przejechaniu trasy ósmego etapu przenieść się do nowych baz noclegowych w pobliżu Brunico.

Palade_1

Palade_2

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Val d’Ultimo została wyłączona

Val Martello & San Martino

Autor: admin o 18. sierpnia 2015

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/376584971

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/376584956

We wtorek ponownie obraliśmy kurs na Merano. Jednak tym razem po dojechaniu do miasta dalej trzymaliśmy się drogi krajowej SS38. Tym samym skręciliśmy na zachód ku Val Venosta (niem. Vinschgau) jednej z najwcześniej zasiedlonych alpejskich dolin. Rzymianie zdobyli te tereny w 15 roku p.n.e. i wkrótce wytyczyli przez nią pierwszą drogę przez Alpy czyli Via Claudia Augusta. Dla amatorów kolarstwa największą atrakcją tego rejonu jest jednak znacznie nowsza, bo wytyczona w latach 1820-25 droga na Passo dello Stelvio vel Stilfserjoch. Historii tego szlaku po raz wtóry opisywać nie będę. Po pierwsze dlatego, że ze szczegółami zrobiłem to choćby przed rokiem we wpisie na temat naszego wjazdu od strony Bormio. Po drugie ponieważ tym razem darowałem sobie kolejną wycieczkę na tą legendarną przełęcz. W latach 2003-2011 wjechałem na nią trzykrotnie wschodnim tzn. tyrolskim szlakiem ze słynnymi 48 wirażami. Obejrzałem ją sobie również po jednym razie od zachodniej (lombardzkiej) i północnej (szwajcarskiej) strony. Przy trzech z owych pięciu wspinaczek towarzyszył mi Darek Kamiński. Uznaliśmy więc, że tym razem nie mamy już czego szukać na Stelvio. Zadanie zdobycia tej najwyższej z włoskich przełęczy drogowych pozostawiliśmy szóstce naszych kolegów. My dwaj nastawiliśmy się na wyprawę w górę Val Martello (2068 m. n.p.m.). Organizatorzy Giro d’Italia chcieli pokazać światu ten wymagający podjazd już w 2013 roku, lecz ze względu na zimowe warunki pogodowe dziewiętnasty etap tej edycji wyścigu musieli ostatecznie odwołać. Nie zrażeni tym faktem rok później ponownie „zaproponowali” kolarzom ten sam „wysokogórski” odcinek z Ponte di Legno przez Gavię i Stelvio do Martelltal. Aura na szesnastym etapie Giro 2014 była niewiele lepsza niż 12 miesięcy wcześniej. Z tego względu na zjeździe ze Stelvio próbowano wprowadzić neutralizację, ale ten pomysł okazał się niewypałem i doprowadził do pewnego „zafałszowania” wyników całego wyścigu. Etap wygrał późniejszy triumfator całej imprezy Kolumbijczyk Nairo Quintana, który o 8 sekund wyprzedził Kanadyjczyka Rydera Hesjedala i o 1:13 Francuza Pierre’a Rollanda. Pozostali liderzy wyścigu stracili co najmniej trzy i pół minuty. Nasz Rafał Majka finiszował tego dnia siódmy ze stratą 4:08 do górala rodem z Andów.

Aby dotrzeć do podnóża tego podjazdu musieliśmy przejechać samochodami aż 84 kilometry. Dojazd do Coldrano miał nam zająć godzinę i kilkanaście minut. W jego końcówce zjechaliśmy z krajówki na boczną szosę prowadzącą przez miasteczko Laces (Latsch). Ostatecznie zatrzymaliśmy się przy rondzie na skrzyżowaniu SP90 i SP2 nieopodal biegnącej doliną linii kolejowej. Gdy dotarliśmy w to miejsce okazało się, że jeden z członków Moto-2 jest „ledwie żywy”. Tomek był blady jak ściana cierpiąc na problemy żołądkowe. Nie nadawał się do jazdy, więc postanowił zostać i odpocząć w tym miejscu. Pożegnaliśmy zatem Adama, Artura, Daniela, Rafała i Romka, którzy mieli jeszcze do przejechania ponad 20 kilometrów ku własnej bazie wypadowej w Prato allo Stelvio. Tymczasem mnie i Darka czekało wzniesienie o wymiarach podobnych do poniedziałkowego Monte Giovo. Według „cyclingcols” do przejechania mieliśmy 22,6 kilometra o średnim nachyleniu 6,2 % i przewyższeniu netto 1407 metrów (brutto nawet 1450). Były jednak wyraźne różnice między tymi dwoma wzniesieniami. Przede wszystkimi Val Martello było nieregularne. Na Jaufenpass było równiutko. Każdy kilometr na poziomie od 7 do 8,5 % i max. 10 %. Natomiast tu liczne zmiany rytmu. Nie zbrakło niczego. Mieliśmy tu zjazdy i odcinki falsopiano, lecz również fragmenty solidnej wspinaczki czy nawet stromizny dochodzące do 15 %. Z jednej z strony długie proste odcinki, zaś z drugiej serpentyny tak pokręcone, że z jednego wirażu nieomal przechodziło się w drugi. Ale o wszystkim po kolei. Wystartowaliśmy bardzo późno, bo tuż przed godziną trzynastą. Na dole było 27 stopni, więc zimy na górze nie musieliśmy się obawiać. Na łatwym początku droga wiodła prosto na południe. Na drugim kilometrze ominęliśmy od wschodu miejscowość Morter. Dopiero wraz z początkiem trzeciego zaczęła się solidna wspinaczka. Każdy z najbliższych czterech kilometrów trzymał na poziomie 9 lub 10 %. Do połowy piątego jechaliśmy równolegle do rzeczki Plima pośród sadów jabłkowych. Następnie na odcinku 1200 metrów zaliczyliśmy siedem zakrętów bądź klasycznych wiraży. Pierwszy stromy fragment tego wzniesienia zakończył się po przejechaniu 6,7 kilometra na wysokości drewnianego mostu w Bagni di Salto (niem. Bad Salt). Potem przyszła pora na 600-metrowy zjazd w kierunku Ośrodka Sportu i Rekreacji Trattla (7,6 km).

Wkrótce zgodnie z nurtem wspomnianej rzeczki szosa ponownie skręciła na południe by przez kolejne dwa kilometry z hakiem prowadzić przez teren zabudowany. W tym czasie minąłem trzy wioski tzn. Transacqua / Ennewasser (8,6 km), Gluder (9,2 km) i największą z nich Ganda / Gand (9,8 km). Pod koniec dwunastego kilometra na wysokości osady Ronahof przejechałem pod pierwszą galerią. Dwa kilometry dalej mój wzrok przykuł przydrożny kościółek w Santa Maria in der Schmelz (13,9 km). Na początku szesnastego kilometra musiałem pokonać dwa strome wiraże, zaś po przejechaniu 15,7 kilometra wyjechałem na tętniącą życiem polanę. Pełno tu było drewnianych chatek, a nie brakowało nawet indiańskich wigwamów. Osiołki skubały sobie spokojnie trawkę, zaś ludzie uwijali się przy pracy na grządkach truskawek. Nie spodziewałem się ujrzeć tego rodzaju upraw na wysokości niemal 1700 metrów n.p.m! Ten „rolniczy” teren o pofałdowanym profilu ciągnął się przez 1200 metrów tj. niemal do końca siedemnastego kilometra. Z kolei następny stromy kilometr to była istna karuzela. W sumie dziesięć wiraży w dwóch ratach tzn. najpierw cztery i za chwilę jeszcze sześć. Potem jeszcze kilkaset metrów, w tym przejazd przez 80-metrowy tunel i po przebyciu 18,3 kilometra byłem już przy zaporze na Lago di Gioveretto. Teraz w końcu można było odpocząć. Płaska szosa przez równo dwa kilometry ciągnęła się nad zachodnim brzegiem jeziorka, a potem jeszcze przez trzysta metrów w dół do mostku przy pierwszym z miejscowych parkingów. Niemniej ta góra miała jeszcze dla nas jedną niespodziankę. Ostatnie dwa kilometry trzymają tu na średnim poziomie 9 %. W pierwszej połowie 23-ciego kilometra trzeba pokonać kolejny stromy i bardzo zakręcony segment czyli siedem wiraży na odcinku ledwie 570 metrów. Trudna wspinaczka kończy się na wysokości Alpengasthof Enzian (22,8 km). Stąd do końca asfaltowej drogi pozostało mi już tylko czterysta metrów. Według stravy przejechałem na tej górze w sumie 23,2 kilometra w czasie 1h 36:04 (avs. 14,5 km/h). Z kolei Darkowi licznik naliczył czas 1h 41:57 na dystansie 22,7 kilometra. Nie znalazłem segmentu obejmującego całe wzniesienie. Najdłuższy fragment ma 12,1 kilometra i obejmuje dolny odcinek od Morter do Santa Maria. Przejechałem go w czasie 52:40 (avs. 13,8 km/h i VAM 948 m/h) co daje 106 wynik na 627 osób. Dla porównania kolarze z ubiegłorocznego etapu Giro potrzebowali na to samo od 35 do 46 minut i to w końcówce bardzo ciężkiego etapu.

20150818_145447

20150818_151514

20150818_154913

20150818_155807

Gdy my dwaj podjeżdżaliśmy pod Val Martello piątka naszych kompanów miała ustawkę z jej wysokością Stelvio (2758 m. n.p.m.). Daniel jak na razie nie ma szczęścia do tej góry. Przed rokiem wjechał na nią na miękko, nieomalże jedną nogą, po tym jak przypomniała mu się kontuzja kolana. Tym razem jak sam twierdzi zaatakował go ten sam „wirus”, który dopadł Tomka. Początkowo jechał na czele stawki wespół z Romkiem z niewielką przewagą nad Adamem. Jednak w połowie wzniesienia zaczął się zmagać z problemami żołądkowymi, które na tyle go męczyły, iż znów na przełęcz dotarł przede wszystkim siłą woli. Najszybciej na górze zameldowali się Romek i Adam. Strava nie daje tu jasnej odpowiedzi na pytanie w jakim dokładnie czasie tam dotarli, albowiem każdemu z piątki mych kolegów zarejestrowała różną ilość i to nie zawsze tych segmentów. Dla przypomnienia według danych z „cyclingcols” ten podjazd ma 24,6 kilometra długości przy średnim nachyleniu 7,5 i max. 12 % oraz przewyższeniu 1837 metrów. Romek i Adam pokonali go w czasie około 2 godzin i 3 minuty. Rafał i Daniel wspinali się m/w przez 2h 18 / 2h 20 minut. Najwięcej czasu po tej stronie wzniesienia spędził Artur, ale na własne życzenie. Po przejechaniu 7 kilometrów czyli na wysokości niespełna 1300 metrów n.p.m. zjechał z drogi SS38 i odbił w kierunku północnym zasugerowawszy się znakami drogowymi na Stelvio Paese (niem. Stilf Dorf). Tym samym dokręcił poza trasą nieco ponad 5 kilometrów w łatwiejszym terenie, tracąc na tym jakieś 14 minut. Na przełęcz dotarł po 2h 31 minutach czyli samą wspinaczkę wykonał w czasie około 2h i 17 minut. Przełęcz tego dnia była opanowana nie tylko przez kolarzy, ale i dziesiątki polskich kierowców uczestniczących w charytatywnej akcji Złombol 2015, którzy to wjazdem na Stelvio od strony Bormio zakończyli swą czterodniową wyprawę. Daniel i Rafał poprzestali na wjechaniu na Stilfserjoch od najtrudniejszej z trzech stron. Natomiast Adam, Artur i Romek zjechali do Santa Maria in Munstair aby pokonać także ponad 16-kilometrowy podjazd od szwajcarskiej strony czyli szlakiem przez Umbrailpass. Tego dnia zrobili sobie zatem przeszło 80-kilometrowy etap z przewyższeniem powyżej 3200 metrów. Czapki z głów. Adam dzięki temu, że przed rokiem zdobył tą przełęcz od strony Bormio tym samym „przerobił” już Stelvio w każdej możliwej wersji.

O świetną relację ze Stelvio postarał się Artur (czytelników zachęcam do lektury, zaś kolegę będę musiał chyba poprosić o podobne wstawki na temat wrażeń z Rombo, Palade i Selli) > Stelvio by Arturro

Natomiast filmiki kręcił Romek:

Stelvio_1

Stelvio_2

Stelvio_3

Tymczasem my u kresu Val Martello ubraliśmy się cieplej, po czym zrobiliśmy sobie sesję zdjęciową w pobliżu Alpengasthof Schonblick (Hotel Bellavista). Zjeżdżaliśmy nieśpiesznie, albowiem było co fotografować. Dario wjechał nawet na wspomnianą tamę i nakręcił z niej parę krótkich filmów. Jakieś sześć kilometrów przed końcem zjazdu tj. na wysokości Burgauner Hof spotkałem Tomka, który nieco odżył i wsiadł na rower. Sił starczyło mu na te kilka niełatwych kilometrów. Do Citroena, którego zostawił nam Daniel zjechaliśmy kilka minut przed 16:30. Teraz musieliśmy podjechać do Castelbello i przed drugą górą znaleźć w tym miasteczku jakiś lokal gastronomiczny. Przejechaliśmy zatem siedem kilometrów w kierunku powrotnym tzn. na wschód. Tam znaleźliśmy uliczkę Winkelweg / Via al Tre Canti prowadzącą w kierunku podjazdu pod San Martino (1736 m. n.p.m.). Następnie wybraliśmy się na przymusowy spacer po miasteczku, nad którym góruje zamek z pierwszej połowy XIII wieku. Poszukiwania strefy bufetowej zaprowadziły nas na przeciwległy czyli południowy brzeg Adygi. To wszystko zabrało nam trochę czasu, ale jeszcze dłużej czekaliśmy na posiłek zamówiony w gospodzie Angerguterkeller, której historia sięga roku 1583. Za sprawą wszystkich poślizgów czasowych na drugą premię górską wyruszyliśmy dopiero o godzinie 18:27. Rzec można o całą minutkę szybciej niż dzień wcześniej udało nam się wystartować pod Caurię. Co ciekawe oba te podjazdy były bardzo podobne do siebie. Tyrolski św. Marcin jest co prawda znacznie wyższy, ale to z racji znacznie wyżej położonego miejsca startu. Natomiast z praktycznego punktu widzenia podjazd ten był tylko o 500 metrów dłuższy i 53 metry większy. Do pokonania w tej kolejnej sesji wieczornej mieliśmy 11,9 kilometra o średnim nachyleniu 9,8 % i przewyższeniu 1161 metrów. Nie byle jaka kolacja. Od startu było jasne, że znów czeka nas walka nie tylko ze stromizną, ale i z czasem by wrócić do auta przed zmierzchem. Tym razem praktycznie całą górę przejechaliśmy razem. Bark w bark niczym Anquetil i Poulidor na Puy de Dome w 1964 roku. Zapewne tylko tempo jazdy się nie zgadzało, no i zabrakło nam tłumów kibiców. Już początkowa ścianka doprowadzająca do wirażu nr 1 robiła wrażenie. Natomiast pierwsze 2,2 kilometra na tej górze miało średnie nachylenie 10,9 %. Po tym odcinku można było chwilę odpocząć na 300-metrowym zjeździe, który jednak od razu przechodził w kolejną stromiznę.

Podjazd początkowo prowadził po Trumsberger Weg / Via Monte Trumes. Po pięciu serpentynach na pierwszych dwóch kilometrach droga wiodła dalej raczej długimi prostymi odcinkami wzdłuż zbocza góry. Wiraż szósty przejechaliśmy po 3,2 kilometra od startu, zaś dziesiąty dopiero trzy kilometry dalej. Na zakręcie jedenastym minęliśmy skręt ku miejscowości Trumsberg / Montetrumes (7,4 km). Jechaliśmy cały czas w kontakcie, co najwyżej jeden drugiemu odjeżdżał na kilkanaście metrów. Tym razem nie miałem kryzysu. Za sprawą posiłku zjedzonego w Angerguterkeller obyło się bez „klątwy siódmego kilometra”. Przepychałem swoje 34/27 z kadencją w okolicach 50-60 rpm. Spokój jazdy zakłóciło nam jedynie wydarzenie z połowy dziesiątego kilometra. Dario łapiąc oddech złapał muchę w rozmiarze „kingsajz”. Takiego posiłku oczywiście nikt z nas sobie nie życzy. Tym bardziej podczas forsownej wspinaczki. Musieliśmy się zatrzymać na niespełna dwie minuty by mógł ją wykrztusić i dojść do siebie. Po ponownym starcie zostało nam do przejechania 2,5 kilometra. Na przełomie dziesiątego i jedenastego pokonaliśmy kręty odcinek z czterema wirażami. Natomiast po przejechaniu 10,8 kilometra wyjechaliśmy w końcu spośród drzew na odkryty teren. W połowie dwunastego kilometra minęliśmy osadę składającą się z kilku domostw, zaś po 11,8 kilometra od startu pokonaliśmy ostatni osiemnasty zakręt. Wspinaczkę zakończyliśmy po przejechaniu 12 km i 160 metrów w czasie netto 1h 13:36 (avs. 9,9 km/h). Na stravie zaznaczono 12-kilometrowy segment z przewyższeniem 1124 metrów. Pokonaliśmy go w czasie brutto 1h 15:22 (bez postoju 1h 13:35). Wypadliśmy całkiem nieźle. Oficjalny czas daje nam 22-23 miejsce, zaś realny 20-21 pośród 144 zarejestrowanych osób. Na górze ujrzeliśmy: kościół, szkołę podstawową i górną stację kolejki linowej. Stał tam też krzyż z Chrystusem o obliczu równie zmęczonym co twarze cykloamatorów docierających w to miejsce. Swój pobyt na niej ograniczyliśmy do dwunastu minut rozpoczynając zjazd o godzinie 19:55. Niespełna pół godziny później byliśmy na dole. Tym niemniej finisz o 20:24 okazał się i tak swego rodzaju „rekordem” podczas moich tegorocznych wojaży. Oczywiście znów nie udało się uwiecznić na zdjęciach uroków wzniesienia. Trzeba będzie coś zrobić z tym faktem. Plan na sezon 2016 mam taki by zaczynać podjazd nr 1 najpóźniej o godzinie 11:00, zaś drugi o 15:00. Tym samym o osiemnastej bylibyśmy już po wszystkim, mając przy okazji więcej czasu na regenerację przed kolejnym dniem zabawy.

20150818_195000

20150818_195510

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Val Martello & San Martino została wyłączona

Monte Giovo & Cauria

Autor: admin o 17. sierpnia 2015

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/376584953

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/376584926

W niedzielę zamknęliśmy rozdział z wycieczkami w okolicach Bolzano. Począwszy od nowego tygodnia obraliśmy kurs na Merano czyli góry w zachodniej części sub-regionu Sud Tirol. Oznaczało to dłuższe niż dotąd dojazdy samochodowe. W poniedziałek naszą baza wypadową do górskiej wspinaczki miało być San Leonardo in Passiria. A może raczej St. Leonhard in Passeier zważywszy, że 98 % mieszkańców tej gminy za ojczysty uważa język niemiecki. Miasteczko to położone jest 21 kilometrów na północ od Meran. Co jednak najważniejsze tuż przed nim rozchodzą się drogi na dwie wysokie przełęcze. W lewo czyli na zachód odbija droga SS44bis prowadząca ku granicy z Austrią na Passo del Rombo vel Timmelsjoch (2474 metrów n.p.m.). Z kolei w prawo ku centrum miasta i dalej na północ biegnie szosa SS44 na Passo di Monte Giovo alias Jaufenpass (2099 metrów n.p.m.). Według „cyclingcols” podjazd na pierwszą z w/w przełęczy liczy sobie aż 29 kilometrów o średnim nachyleniu 6,2 % i przewyższeniem aż 1793 metrów czyli niewiele mniejszym niż na legendarnym Stelvio. Drugie ze wspomnianych wzniesień jest mniejsze i krótsze, lecz też może się pochwalić niezłymi wymiarami. Aby na nie wjechać trzeba bowiem pokonać 19,6 kilometra o średnim nachyleniu 7,2 % i przewyższeniu 1418 metrów. Tym samym śmiałek, który chciałby jednego dnia zdobyć obie te przełęcze musiałby przejechać 97 kilometrów o łącznym przewyższeniu 3211 metrów! Wyzwanie leżące w zasięgu naszych możliwości przy odpowiedniej dawce wolnego czasu. Niemniej z uwagi na długie transfery nie braliśmy tej hardcorowej opcji pod uwagę. Już aby dotrzeć do San Leonardo musieliśmy przejechać samochodem odcinek 76 kilometrów, który w teorii powinien był nam zabrać godzinę i 15 minut. W praktyce zajęło to nam ponad półtorej godziny, po tym jak zjechawszy z drogi krajowej SS38 utknęliśmy w korkach na ulicach Merano.

Jeszcze przed wyruszeniem z Graun mieliśmy skonkretyzowane plany. Podzieliliśmy się zadaniami. Ci, którzy nigdy dotąd nie byli w tych stronach czyli piątka: Artur, Daniel, Rafał, Romek i Tomek mieli ruszyć na Rombo. Pozostała trójka czyli: Adam, Dario i ja miała już na rozkładzie wschodni podjazd pod tą przełęcz. Dodam, że ja wraz z Darkiem zdobyłem Rombo przed dziewięcioma laty. Dokładnie zaś 3 lipca 2006 roku, dzień po tym jak wspólnie zdobyliśmy też północne Monte Giovo, które dla mojego przyjaciela było pierwszym w życiu podjazdem z prawdziwego zdarzenia. Dla odmiany Adam miał Rombo świeżo w pamięci. Pierwszą część swych dwumiesięcznych alpejskich wakacji spędził w Tyrolu pomieszkując w dolinie Oetz. Dzięki temu 24 czerwca pokusił się o nie lada wyczyn czyli przejechanie Timmelsjoch od obu stron w ramach 142-kilometrowego etapu ze startem i metą w Langenfeld. Żaden z nas nie miał za to okazji do obejrzenia Jaufenpass od południowej strony. Dlatego to właśnie ten podjazd stał się naszym celem na poniedziałkowe popołudnie. Nasze Monte Giovo jak dotąd trzykrotnie zostało wypróbowane na trasie Giro d’Italia. Tym niemniej za każdym razem w nieco łatwiejszej wersji północnej ze startem w Casateia koło Vipiteno, która ma długość „tylko” 15 kilometrów o średniej 7,5 % i przewyższeniu 1124 metrów. Za pierwszym razem w 1961 roku na etapie do Bormio pierwszy na tej górze był Belg Rik Van Looy. Ówczesny król klasyków na tym wyścigu miał ambicje powalczenia o jak najwyższe miejsce w klasyfikacji generalnej Giro. Skończyło się na siódmej pozycji. Następnie w latach 1994 i 1995 na etapach do Merano i Kurzas / Maso Corto premie górskie na tej przełęczy wygrywali Szwajcar Pascal Richard (późniejszy mistrz olimpijski z Atlanty) oraz Kolumbijczyk Nelson Rodriguez (znany najlepiej z wygranego etapu do Val Thorens na TdF 1994). Co ciekawe żadnemu ze zdobywców tej góry nie było dane było potem cieszyć się z etapowego sukcesu. Wygrali je bowiem: Luksemburczyk Charly Gaul, Włoch Marco Pantani i Kolumbijczyk Oliverio Rincon. Legendarny „Il Pirata” dzięki ryzyku podjętemu na mokrym zjeździe z Monte Giovo do Merano wygrał swój pierwszy w karierze etap Wielkiego Touru.

Naszą trójkową wspinaczkę pod Jaufenpass zaczęliśmy o godzinie 12:40. Parę chwilę wcześniej nieco liczniejszy oddział naszego „wojska” wyruszył na pojedynek z Timmelsjoch. Dodam, że „cyclingcols” wycenił wschodnie Rombo na 1327 punktów, zaś południowe Monte Giovo na 1033 punkty. Dla porównaniu powszechnie znane L’Alpe d’Huez zasłużyło tu sobie na 1039 punktów. Pierwsze półtora kilometra naszej wspinaczki wiodło przez ulice San Leonardo. Potem wjechaliśmy na pierwszy leśny odcinek, który poprzez pięć serpentyn doprowadził nas do końca szóstego kilometra. Wcześniej na czwartym wirażu minęliśmy Gasthof Schlossberg (5 km). Ciekawostką jest, że droga na Monte Giovo powstała w roku 1912 czyli jeszcze za korony z budżetu Cesarstwa Austriacko-Węgierskiego. Niemniej już siedem lat później na mocy traktatu z Saint-Germain przeszła w zarząd Królestwa Włoch. Adam i Darek choć ruszyli całkiem ochoczo wkrótce zluzowali. Parę razy odjechałem im na kilkanaście czy kilkadziesiąt metrów bez szczególnego przyśpieszenia. Następnie zwalniałem sądząc, że jednak nabiorą ochoty do nieco szybszej jazdy. Ostatecznie w połowie piątego kilometra uznałem, że nie ma co rwać tempa. Postanowiłem jechać swoje czyli sprawdzić na co mnie w tym dniu stać. Po przejechaniu 7,3 kilometra wyjechałem z lasu, zaś na początku dziewiątego kilometra przebiłem się przez jedyny na całym szlaku tunel. Na półmetku wzniesienia minąłem wioskę Walten / Valtina (9,6 km), zaś niespełna dwa kilometry dalej dotarłem do wirażu nr 6 tuż za gospodą Innerwalten we wiosce Bach (11,2 km). Tu zaczął się drugi leśny odcinek, kończący się pod koniec siedemnastego kilometra. W jego początkowej fazie minąłem osadę Trotter (12,5 km), zaś już po wyjechaniu między alpejskie hale gospodę Jaufenalm (17,2 km) znajdującą się na wysokości 1875 metrów n.p.m. Stąd do szczytu pozostały jeszcze trzy kilometry. Najpierw długi odcinek ku ostatniemu wirażowi na tej górze (18,5 km). Potem jeszcze dłuższy kawałek zboczem góry już do samej przełęczy. Cała wspinaczka od rozdroża miała 20,2 kilometra, które przejechałem w czasie 1h 30:10. Natomiast na stravie zmierzono nam czasy z ostatnich 19 kilometrów. Ten segment pokonałem w czasie 1h 27:10 (avs. 13,1 km/h) z VAM 978 m/h co daje mi 167 miejsce na 916 zdobywców tej góry. Na przełęczy wiał zimny wiatr, więc ubrałem się cieplej czekając na przyjazd Adama i Darka. Moi kompani jechali spokojnie rozprawiając o kolarskiej kuchni. Ostatecznie dojechali na szczyt z wynikiem 1h 39:05.

20150817_150327

20150817_151446

20150817_154028

Mogliśmy sobie pozwolić na dłuższy pobyt w Edelweisshutte. Nie śpieszyło nam się na dół. Wszak nasi koledzy mieli do przejechania o blisko dziesięć kilometrów więcej w każdą stronę, a sam wjazd na Rombo musiał im zająć co najmniej dwie godziny. To wielkie wzniesienie tylko raz pojawiło się na trasie wyścigu Dookoła Włoch. To znaczy podczas szesnastego etapu Giro z roku 1988 prowadzącego z Merano do Innsbrucku. Premię górską na tej granicznej przełęczy wygrał Szwajcar Daniel Gisiger, lecz w stolicy Tyrolu ze zwycięstwa etapowego cieszył się Włoch Franco Vona. Rombo znana jest przede wszystkim jako ostatnia góra na trasie Oetztaler Radmarathon – jednego z najtrudniejszych górskich wyścigów typu Gran Fondo. Podczas tej sierpniowej imprezy amatorzy kolarstwa na austriacko-włoskiej trasie długości 238 kilometrów mają do pokonania cztery solidne wzniesienia z łącznym przewyższeniem rzędu 5500 metrów! Gdy my siedzieliśmy przy cieście za stołem wspomnianej gospody nasi koledzy dopiero kończyli swą maratońską wspinaczkę. Dość niespodziewanie najmocniejszy w ich gronie – na przekór niedoborom treningu i bolącym plecom – okazał się Daniel. Na stravie najdłuższy segment z tej góry ma 26,5 kilometra i obejmuje odcinek niemal od początku wzniesienia do kiosku przed tunelem na wysokości około 2400 metrów n.p.m. Daniele pokonał ten dystans w czasie 2h 00:35 (avs. 13,2 km/h i VAM 871 m/h). Nad Romkiem i Tomkiem zyskał tu kilka, zaś nad Rafałem kilkanaście minut. Czasy tej trójki to odpowiednio: 2h 06:19, 2h 06:36 i 2h 14:06. Ciężkie chwile przeżywał na tej górze Artur, któremu pokonanie tego segmentu zajęło aż 2h 31:40. Niestety żaden z nich nie mógł zbyt długo cieszyć się swym sukcesem jakim niezależnie od czasu wjazdu pozostaje samo pokonanie takiego wzniesienia. Na tej przełęczy pogoda była znacznie gorsza niż na Monte Giovo. Ledwie 4 stopnie plus wilgoć z nisko położonych chmur. Na domiar złego wichura na tyle mocna, że trudniej im się jechało pod wiatr na falsopiano niż z wiatrem pod najgorszą stromiznę. W obliczu takich warunków czym prędzej zarządzili odwrót ku dolinie. Na zjeździe Daniel dał czadu. Według stravy odcinek 26,2 kilometra pokonał w 31:04 (avs. 50,8 km/h). To dało mu drugi wynik pośród 134 zarejestrowanych osób. Tomek był niewiele wolniejszy i z czasem 32:53 uplasował się w tym zestawieniu na szóstej pozycji.

Do samochodów zaparkowanych przy tablicy informacyjnej naprzeciw hotelu Wiesenhof dotarliśmy około szesnastej. Ponieważ na swojej przełęczy spędziliśmy kilkadziesiąt minut nie byliśmy pierwsi na dole. Przed wyruszeniem w drogę powrotną musieliśmy jeszcze poczekać na bezpieczny powrót Artura. Wiedzieliśmy już, że przejazd w rejon bazy noclegowej zająć nam może nawet półtorej godziny. Tymczasem naszym drugim podjazdem tego dnia miał być wjazd z poziomu Val d’Adige po drodze SP129 do położonej na wysokości 1320 metrów n.p.m. wioski Cauria (niem. Gfrill). Wspinaczka do niej zaczyna się w Salorno (niem. Salurn) – najdalej na południe położonej miejscowości w całym Południowym Tyrolu. Bliżej stąd do Trento niż Bolzano. Nie dziwi więc, że to jedna z pięciu gmin na terenie Alto-Adige, gdzie większość mieszkańców mówi po włosku, a nie niemiecku. Podczas samochodowego transferu dowiedzieliśmy się od kolegów z Moto-2 i Moto-3, że oni rezygnują z podjazdu pod Caurię. Jednak nie wszyscy pożegnali się z rowerem do dnia następnego. Adam z Rafałem zrobili sobie jeszcze przeszło 10-kilometrową przejażdżkę z Termeno do Corony. Przy tej okazji zaliczając nasz 6-kilometrowy podjazd do domu, na którym liderem ze stravy jest Moreno Moser. Tym niemniej do Salorno pojechaliśmy tylko we trójkę. Daniel dowiózł nas na miejsce przeznaczenia, lecz wzorem pozostałych kolegów darował sobie ponowne wsiadanie na rower. Miał ku temu dobry powód czyli niemal 30 kilometrów wspinaczki w nogach. Ja i Darek „przerobiliśmy” ich jak na razie tylko 20, stąd dla równego rachunku wypadało nam coś dokręcić. Stanęliśmy więc na starcie kolejnego wyzwania i to nie byle jakiego. Jeśli pominiemy łagodny początek czyli pierwsze 1600 metrów od drogi krajowej SS12 podjazd z Salorno do Caurii liczy sobie 11,3 kilometra o średnim nachyleniu 9,7 % i max. 15 % przy przewyższeniu 1100 metrów. Dojechawszy do tego miasteczka zaparkowaliśmy na miejscowym rynku. Z miejsca startu mieliśmy widok na kościół i ratusz, za którymi piętrzyły się zalesione góry, w które wkrótce mieliśmy podążyć. W końcu tuż przed wpół do siódmą Darek i ja ruszyliśmy do boju, zaś Daniel poszedł w miasto na zasłużoną obiadokolację. Po chwili delikatnego podjazdu wzdłuż Piazza Municipio zaraz za kościołem skręciliśmy w lewo pokonując płaski kilometr ulicami: Via Loreto i Via Molino.

Prawdziwy podjazd zaczął się po wyjechaniu z miasteczka, tuż za znakiem drogowym straszącym nachyleniem o wartości 14 %. Niemal do końca trzeciego kilometra jechaliśmy po stromej drodze wśród winnic. Pierwsze 2700 metrów tej góry ma średnie nachylenie na poziomie 10,4 %. Darek z wolna się rozgrzewał, więc na pierwszych kilometrach musiałem kilkakrotnie zwalniać byśmy nadal mogli jechać razem. Końcówka trzeciego i cały czwarty kilometr pozwolił mu złapać głębszy oddech na znacznie łatwym dojeździe do Pochi vel Buchholz (4,2 km). W połowie piątego kilometra wjechaliśmy do lasu, gdzie szosa już wkrótce ponownie się wypiętrzyła. Najbardziej strome na tej górze są kilometry szósty i ósmy, na których średnie nachylenie sięga niemal 12 %. Dystans biegł powoli, a mi sił jakby szybciej ubywało. Od połowy wzniesienia to Darek zaczął dyktować tempo, zaś ja spadałem z jego koła. Niemniej mając w pamięci moją koleżeńską taktykę z pierwszych kilometrów tego wzniesienia tym razem to Dario zaczął się oglądać i lekko zwalniać gdy było trzeba. Po doświadczeniach z Passo Pampeago i Prati di Kohl ukuliśmy teorię, że na tego rodzaju stromych podjazdach „prawo ciążenia” dopada mnie po przejechaniu siedmiu kilometrów. Przemęczyłem jakoś te trzy najgorsze dla mnie kilometry, zaś na finałowym zapewne zmobilizowany bliskim końcem tego cierpienia nieco odżyłem. Na ostatnich 800 metrach podjazd prowadził drogą przez łąkę będącą wysepką pośród tego gęstego górskiego lasu. Na samym końcu asfaltowej drogi znajduje się Cauria (niem. Gfrill). Wioska licząca sobie ledwie 50 mieszkańców i kilkanaście domostw wokół gotyckiego kościółka pod wezwaniem św. Małgorzaty. Przejechaliśmy przez wieś po kostce i zatrzymaliśmy się na jej końcu, tuż przed wjazdem na prowadzący dalej szutrowy dukt. W sumie przejechaliśmy 11,5 kilometra w 1h 06:20 (avs. 10,5 km/h). Gdyby nie wzajemna solidarność zapewne każdy z nas mógłby z tego czasu urwać jakąś minutę. Tym niemniej bardziej sobie cenię ten fajny przykład sportowej współpracy. Na stravie zmierzono nam czas 1h 05:59 na dystansie 11,1 kilometra (avs. 10,1 km/h i VAM 999 m/h). Po przymusowo krótkim pobycie na szczycie pozostało nam tylko bezpiecznie zjechać przed zapadnięciem zmierzchu. Nie było czasu ani warunków to zrobienia dokumentacji zdjęciowej. Dojechałem na rynek około 20:20. Byliśmy zmęczeni i głodni. Dlatego przed powrotem do Haus Belutti podjechaliśmy wszyscy do restauracji, którą Daniel odkrył podczas swego spaceru po Salorno.

20150817_193847

20150817_200633

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Monte Giovo & Cauria została wyłączona

Auna di Sopra & Rifugio Prati di Kohl

Autor: admin o 16. sierpnia 2015

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/376584909

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/376584938

Niedziela czyli trzecia wycieczka w rejon Bolzano. Tym razem nie musieliśmy nawet wyjeżdżać poza to miasto. Kolejne wspinaczki zaczynać się miały bowiem na wschodnich rogatkach Bozen. Obie premie górskie niewysokie tzn. sięgające niespełna 1400 metrów n.p.m. Bezpieczne rozwiązanie na kolejny pochmurny dzień. Zgodnie ze sprawdzonym już wcześniej sposobem na pierwsze danie zaserwowałem nam wzniesienie dłuższe czyli przeszło 20-kilometrowy podjazd do Auna di Sopra (1364 m. n.p.m.). Natomiast na drugie górę krótsze acz bardziej konkretną tzn. niespełna 11-kilometrową Prati di Kohl (1372 m. n.p.m.). Przejechawszy Bolzano zatrzymaliśmy sie w zatoczce przy Via Rencio. Stamtąd do podnóża pierwszego podjazdu mieliśmy ledwie kilkaset metrów. Niestety tego dnia nie dane nam było pojeździć w komplecie. Danielowi doskwierał silny ból pleców. Aby sobie z nim poradzić wziął przepisane przez lekarza leki. Na tyle mocne, że nie czuł się na siłach by wsiadać na rower i zdobywać alpejskie szczyty. Zrobił sobie dzień przerwy, który już następnego dnia wyszedł mu na dobre. Niemniej o tym przy kolejnej okazji. Wspomniana już Auna di Sopra (niem. Oberrinn) posiada kolarski „tytuł szlachecki”. To znaczy ma za sobą występ w Giro d’Italia. Co prawda tylko jeden, ale zawsze. Uczestnicy wyścigu Dookoła Włoch zmierzyli się z tym wzniesieniem w 1995 roku na etapie czternastym z Trento do Kurzas / Maso Corto. Wystąpiła ona jednak w roli ledwie przystawki będąc pierwszą z czterech premii górskich. Pierwszy na niej był włoski sprinter Giuseppe Citterio jeżdżący wtedy wraz z naszym Zenonem Jaskułą w ekipie AKI-Gipiemme. Następnie zjechano ku Val Sarentino (niem. Sarntal), po czym skierowano się na północ ku przełęczom Pennes i Monte Giovo. Z tej drugiej zjechano ku Merano, zaś na finałowym wzniesieniu po zwycięstwo etapowe pomknął Kolumbijczyk Oliverio Rincon. Według „cyclingcols” podjazd do Auna di Sopra liczy sobie 20,4 kilometra o średnim nachyleniu 5,1 % przy przewyższeniu netto 1043 metry. Tym niemniej faktycznie trzeba na nim pokonać w pionie aż 1142 metry. A czemu? O tym za chwilę.

Tym razem udało nam się w końcu wystartować przed południem. Dokładnie o godzinie 11:53, ale zawsze był to jakiś postęp w naszej organizacji. Początek wspinaczki na drodze SP73 wiódł wśród upraw winorośli. Do połowy drugiego kilometra trasa była kręta. Przypominało to wstęp do lombardzkiej Pra’ Campo, aczkolwiek Auna nie była tak stroma jak rzeczony podjazd w poznanej przed rokiem Valtellinie. Zaraz po starcie mocno ruszył Rafał. Niemniej już po kilku minutach uformowała się czołówka, w której oprócz mnie znaleźli się Adam i Tomek. Po przejechaniu 1,9 kilometra minęliśmy osadę Santa Giustina. Potem do końca czwartego kilometra jechaliśmy niemal prosto na wschód, mając dobry widok na biegnącą w dolinie Autostradę del Brennero. W tym miejscu powoli zacząłem odjeżdżać. Kolejną osadą na była Laste Basse (niem. Unterplatten) po 4,6 kilometra od startu. Po pięciu kolejnych serpentynach byłem już na wysokości Ramml (6,9 km). Pod koniec ósmego kilometra w Rein (7,7 km) miałem już 1:45-1:50 przewagi nad Tomkiem i Adamem. W połowie dziesiątego kilometra dojechałem w końcu do pierwszej z dwóch większych miejscowości na tym szlaku czyli Auna di Sotto (niem. Unterrinn). Dokładnie po dwunastu kilometrach minąłem drogę SP134 wiodącą ku Soprabolzano alias Oberbozen. Jakiś kilometr dalej byłem już przy lokalnym Centrum Rzemiosła, zaś po przebyciu 14,2 kilometra przejechałem przez duże rondo u wrót Collalbo (niem. Klobenstein). Trzeba było na nim odbić w lewo i wybrać szosę SP135. Następnie po przejechaniu 14,6 kilometra należało raz jeszcze skręcić w lewo ku Auna di Sopra. W tym miejscu na wysokości niemal 1200 metrów n.p.m. kończyła się zasadnicza część tego podjazdu. Według stravy pierwsze 13,8 kilometra przejechałem w czasie 54:55 czyli ze średnią prędkością 15,1 km/h i VAM 987 m/h. Na tym segmencie byłem dokładnie o trzy minuty szybszy od Tomka i Adama. Pozostała część ekipy jechała bardzo zgodnie. Kwartet w składzie: Dario, Arturro, Romano i Rafael pokonał ten odcinek w czasie 1h 03:38. Wedle wysłuchanej później relacji Darek korzystając ze spokojniejszego tempa prowadził w tej grupie profesorskie wykłady na temat skutecznej taktyki podczas jazdy w górach.

Po drugim rondzie do szczytu wzniesienia pozostało mi w teorii pozostało mi do przejechania około 6 kilometrów o skromnym przewyższeniu niespełna 200 metrów. Wkrotce minąłem parę osad składających z kilku zabudowań postawionych na górskiej łące tzn. Unterkemater (15,7 km) czy Riggermoos (16,5 km). W praktyce odcinek ten okazał się znacznie trudniejszy niż wyglądał na wykresie z komputera. Począwszy od końcówki szesnastego kilometra naliczyłem pięć krótkich zjazdów, po których za każdym razem trzeba było odzyskiwać wysokość mocując się ze stromymi hopkami. Takie ciągłe zmiany rytmu po godzinie mocnej jazdy na wcześniej regularnym podjeździe nie były przyjemną niespodzianką. Należało tu trochę popracować manetkami przerzutek. Dwudziesty kilometr wiodący już po Auna di Sopra niemal w całości składał się ze zjazdu. Tym niemniej nie można było się rozluźnić. Na sam koniec czekała nas jeszcze stroma ścianka długości 800 metrów i o maksymalnym nachyleniu sięgającym 15 %. Na szczyt przy przystanku autobusowym na wysokości ulicy Sam dotarłem po pokonaniu 20,9 kilometra w czasie 1h 17:01 czyli z przeciętną prędkością 16,3 km/h. Byłem ciekaw kto przyjedzie drugi. Zakładałem, że Adam lub Tomek. Tymczasem oczekiwanie przedłużało się. Po kilkunastu minutach pierwszy zza ostatniego zakrętu wyskoczył Dario o kilkanaście sekund przed Romkiem oraz kilkadziesiąt przed Rafałem i Arturem. Na finałowej hopce urządzili sobie ostre ściganie o punkty na premii górskiej. Zwycięsko z tej potyczki wyszedł najbardziej doświadczony w tym gronie Dario. Zagadką pozostawały losy Adama i Tomka. Założyłem, że musieli pomylić drogę na którymś z etapów wspinaczki. Nie pomyliłem się. Okazało się, że na drugim rondzie zamiast w lewo pojechali prosto w kierunku Corno del Renon i Madonnina / Gissmann. Tym niemniej nie byli z tego powodu stratni. Dotarli znacznie wyżej od nas, albowiem po kolejnych 7 kilometrach jazdy zatrzymali się dopiero na wysokości 1730 metrów n.p.m. w miejscu zwanym Obergrunwald. Tym samym nieco z przypadku zaliczyli podjazd o przewyższeniu ponad 1400 metrów. No i jak tu nie wierzyć w rosyjskie przysłowie: „wolniej jedziesz, dalej zajedziesz”.

20150816_133133

20150816_140421

20150816_144136

Na początku drogi powrotnej ku Bolzano trzeba było sporo pokręcić. W sumie na owym zjeździe uzbierało się 112 metrów przewyższenia. Na dół dotarłem po 73 minutach, z czego równo pół godziny wykorzystałem na tradycyjne przystanki fotograficzne. Po zapakowaniu się do naszych samochodów przeskoczyliśmy na południowy brzeg rzeki Isarco by pokonać krótki odcinek po drodze krajowej SS12. Jadąc w kierunku zachodnim już na pierwszym rondzie odbiliśmy w lewo i po przejeździe pod autostradowym wiaduktem znaleźliśmy się u podnóża naszego drugiego podjazdu. Wyładowaliśmy się na parkingu przed dolną stacją kolejki górskiej do Colle (niem. Kohlern). Przed nami był podjazd do Rifugio Prati di Kohl (niem. Schneiderwiesenhutte). Stromy i nie dający okazji do odpoczynku. Według „cyclingcols” wzniesienie to ma długość tylko 10,9 kilometra, lecz o średnim nachyleniu aż 10,1 %. Jednym słowem podwójny strzał w dziesiątkę. Góra w sam raz dla typowych górali o niebagatelnym przewyższeniu 1105 metrów. Przyszło nam ją zaatakować w sile sześciu ludzi. Rafał postanowił odpocząć przez poniedziałkowym etapem. Tym niemniej wraz z Danielem nie zamierzali li tylko czekać na nasz powrót. Wkrótce wsiedli do wspomnianej kolejki linowej i wjechali nią do Colle dei Contadini (niem. Bauernkohlern), wioski leżącej na wysokości około 1100 metrów n.p.m. Góra od pierwszych metrów była stroma. Prowadziła na nią droga wąska i miejscami kręta. Przez większą część trasy ukryta w lesie, acz na drugim i trzecim kilometrze przemykająca obok upraw winorośli i sadów jabłkowych. Od początku dyktowaniem mocnego tempa zajął się Dario. Po przejechaniu 1800 metrów jechaliśmy już we czwórkę. Zaczęło się ostro. Ten wstęp pokonaliśmy w 10:29 przy średniej prędkości 10,4 km/h i VAM na poziomie 1124 m/h. Artur z Romkiem też spisywali się dzielnie, tracąc do nas ledwie 21 sekund.

Darek czuł się na tej górze jak na własnym podwórku. Miał tu nad wszystkimi poza Tomkiem naturalną przewagę 10-15 kilogramów. Najwyraźniej postanowił to wykorzystać i zajechać nas wszystkim mocnym i momentami rwanym tempem. Akcja w stylu rasowej kozicy. Po przejechaniu 3,4 kilometra minęliśmy osadę Campegno (niem. Kampenn) i przynajmniej do początków piątego kilometra jechaliśmy jeszcze razem. Wkrótce uznałem, że trzymanie się Darka za wszelką cenę może się dla mnie źle skończyć. Wiadomo jazda na zbyt wysokich obrotach może przegrzać silnik. Postanowiłem jechać własnym tempem. Po przejechaniu 5,7 kilometra minąłem Bad San Isidor. Czas jakiś towarzyszył mi Tomek, zaś Adam wisiał parę sekund za nami jakby walcząc o przetrwanie. Nic bardziej mylnego. To ja powoli gasłem. Najpierw skoczył Tomek i powoli zaczął się zbliżać do będącego w zasięgu naszego wzroku Darka. Po czym gdy pogodziłem się z tym, iż ta góra przynieść może triumf tylko kolarzom wagi lekkiej swój skrywany extra-silnik odpalił Adam. Jeszcze dwa lata temu Adamo należał do grona typowych górali będąc maksymalnie wycieniowany. Jednak od tego czasu przybrał na masie i obecnie też już musi wwozić na górę przeszło 70 kilogramów. Jednak na tej górze wcale mu one nie ciążyły. W imponującym stylu mnie wyprzedził i bardzo szybko doszedł prowadzącą dwójkę. Przed przyjazdem do Włoch spodziewałem się, że nasz Mr. Everest po półtoramiesięcznym pobycie w Alpach będzie tak śmigał na każdej górze. Tymczasem Dario miał chwilowe problemy z rowerem, stąd w odjeżdżającej mi czołówce sytuacja była zmienna. Po przejechaniu 7,7 kilometra minąłem remizę strażacką w Colle, zaś około pół kilometra dalej nadziałem się na grupkę krzykliwych „tifosich”. To Daniel i Rafał wjechawszy na poziom górnej stacji postanowili się na nas zaczaić. Gromko zagrzewali mnie jak i pozostałych kolegów do walki z własnymi słabościami mając przy tym niezły obaw. Nasze wyniki z tych okolic są mocno podejrzane, więc stravy nie będę tu cytował. Z filmików nakręconych telefonem Daniela wynika, że w owej „strefie kibica” na początku dziewiątego kilometra prowadził już Adam z niewielką przewagą nad jadącymi razem Darkiem i Tomkiem.

Półtora kilometra dalej dotarłem do zbiegu naszego szlaku z alternatywną drogą na szczyt zaczynającą się w położonej na południe od Bolzano wiosce Pineta. Ta opcja wspinaczki do schroniska Schneiderwiesen jest równie trudna. Długa na 11,5 kilometra ma średnie nachylenie 9,9 % i przewyższenie 1138 metrów. Po skręcie w lewo do końca podjazdu zostało mi jeszcze półtora kilometra. Nieco łatwiejsza od reszty druga część jedenastego kilometra i sama końcówka po kiepskiej nawierzchni. Według moich danych cały podjazd miał długość 11,3 kilometra, które pokonałem w czasie 1h 04:01 z przeciętną prędkością 10,6 km/h. Na stravie najdłuższy odcinek jaki znalazłem miał 10,7 kilometra. Przejechałem go w czasie 1h 02:32 ze średnią 10,3 km/h i VAM ledwie 1006 m/h. Teoretycznie Tomek uzyskał czas 59:15, zaś Darek i Adam odpowiednio 1h 00:37 i 1h 00:45. Niemniej z relacji Darka wiem, że niemal do samego końca jechali w innej kolejności i niewielkich odstępach. Natomiast na szczyt wjechali już razem, po tym jak Adam poczekał trochę na Tomka, zaś następnie obaj nieco zwolnili by doszedł ich Dario. Zakładam, że wyprzedzili mnie o blisko dwie minuty. Ten sam dystans Romek przejechał w czasie 1h 05:01, zaś Arturro 1h 19:59. Na samej górze zaparkowaliśmy nasze karbonowe rumaki w stosownym miejscu i poszliśmy na zasłużony popas (ciastko, kawka, herbatka und piwko) pod dachem Gasthof Schneiderwiesen. Zjazd z góry choć stromy nie mógł być szybki. Na to był zbyt wąski i kręty, a do tego jeszcze mokry po najnowszej dawce deszczu. Najciekawszym wydarzeniem było zagubienie się Tomka. Okazało się, że po przejechaniu półtora kilometra Bury na rozjeździe zamiast w prawo, odbił w lewo wjeżdżając na drogę do Pinety. W swej pomyłce zorientował się zbyt późno by zawracać pod górę. To kosztowałoby go zbyt dużo sił i czasu. Dlatego też zjechał południowym szlakiem do drogi SS12 i następnie już po płaskim terenie wrócił przez Bolzano do naszej bazy wypadowej.

20150816_165203

20150816_174956

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Auna di Sopra & Rifugio Prati di Kohl została wyłączona

Costalunga & Passo di Pampeago

Autor: admin o 15. sierpnia 2015

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/376584903

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/376584892

Osiem osób to jest siła. Przy odpowiednim towarzystwie gwarancja dobrej atmosfery. Tym niemniej przy tej liczbie osób niełatwo było nam się zebrać do szybkiego wyjścia z Haus Belutti. Inna sprawa, że pogoda nie zawsze do tego zachęcała. Tak czy owak w sobotę znów ruszyliśmy w drogę dopiero około jedenastej. Tym samym do naszego obozu u podnóża kolejnej górskiej wspinaczki dotarliśmy tuż przed południem. Na ten trzeci dzień mieliśmy zaplanowane spotkania z dwoma wzniesieniami najwyższej klasy. Pierwszym miał być bardzo długi zachodni podjazd na Passo Costalunga (1752 m. n.p.m.). Drugim o połowę krótsza, lecz za to bardzo stroma północna wspinaczka na Passo Pampeago (2006 m. n.p.m.). Obie góry do pewnego stopnia poznałem przed wieloma laty. Na Costalungę wjechałem już w lipcu 2004 roku, kiedy to wraz ze swym gdyńskim kolegą Jarkiem Chojnackim przejechałem 100-kilometrową rundę ze startem i metą w Canazei. Na niej naszą pierwszą premią górską było Passo Lavaze od strony Cavalese. Po zjeździe z tej przełęczy wspinaczkę na Costalungę zaczęliśmy z poziomu Ponte Nova (niem. Birchabruck) czyli m/w połowie tego wzniesienia. Z kolei Pampeago poznałem tylko od południowej strony i to do wysokości 1740 metrów n.p.m. W czerwcu 2008 roku wespół z Piotrkiem Mrówczyńskim pokonałem kilkukrotnie wypróbowany na Giro podjazd z Tesero na Alpe di Pampeago, po wcześniejszym zdobyciu północnego Passo Manghen. Na samą przełęcz Pampeago wjechać nie próbowaliśmy, gdyż droga powyżej stacji narciarskiej była wówczas ledwie szutrowa. W owym czasie podobnie wyglądała też końcówka północnego szlaku. Brakujące kilometry asfaltu po obu stronach przełęczy wylano dopiero w listopadzie 2011 roku z myślą o dziewiętnastym etapie Giro 2012. Na wyścigu tym najpierw premię górską na Passo Pampeago wygrał Stefano Pirazzi, zaś „powtórkowy” podjazd kończony na poziomie Alpe di Pampeago okazał się szczęśliwy dla Czecha Romana Kreuzigera. Przed nim w tym miejscu triumfowali: Rosjanin Paweł Tonkow oraz trzej Włosi: Marco Pantani, Gilberto Simoni i Emanuele Sella. W sezonie 2013 również od południa wjechali na Passo Pampeago uczestnicy 70. Tour de Pologne na etapie nr 2 z Marileva / Val di Sole do Passo Pordoi.

Podobnie jak w przypadku Passo Nigra i Obergummer również nasze sobotnie wzniesienia mogliśmy zaatakować z jednego miejsca bez konieczności samochodowego transferu pomiędzy górami. Co więcej nie musieliśmy nawet zjeżdżać na parking, albowiem wspinaczka na Passo Pampeago zacząć się miała w połowie zjazdu z Costalungi tzn. we wspomnianej już Ponte Nova. Punktem wypadowym do trasy trzeciego etapu było miasteczko Cardano położone jakieś 5 kilometrów przed poznanym dzień wcześniej Prato all’Isarco. Jako się rzekło w pierwszej kolejności mieliśmy się zmierzyć z Costalungą. To podjazd o długości aż 25,9 kilometra przy średnim nachyleniu 5,6 % (max. 10,5 %) i przewyższeniu netto 1459 metrów. Costalunga była jedną z pierwszych przełęczy w Dolomitach, z którą zmierzył się wyścig Dookoła Włoch. Po raz pierwszy pojawiła się na trasie „La Corsa Rosa” już w 1937 roku na etapie z Vittorio Veneto do Merano wygranym przez Gino Bartalego. Pokonano ją wówczas od zdecydowanie łatwiejszej wschodniej strony. W całej historii tego wyścigu Costalunga została zdobyta 12 razy, w tym pięciokrotnie od naszej zachodniej strony szlakiem przez Val d’Ega. Po raz ostatni w 2005 roku na etapie z Mezzocorony do Ortisei, na którym rządzili podopieczni Gianniego Savio z Selle Italia. Kolumibjczyk Ivan Parra wygrał wtedy etap, zaś Wenezuelczyk Jose Rujano premię górską na Costalundze zmierzając po zwycięstwo w klasyfikacji górskiej. Po raz trzynasty przełęcz ta pojawić się miała na Giro w 2013 roku na etapie do Tre Cime di Lavaredo. Niemniej z uwagi za prześladujące ów wyścig zimowe warunki pogodowe odcinek ten w ostatniej chwili zmodyfikowano darując kolarzom wszystkie wspinaczki oprócz finałowej. Z parkingu w Cardano do ronda u podnóża Costalungi dojechaliśmy po drodze krajowej SS12. Już przed startem dowiedzieliśmy się, że pierwsze kilometry tego wzniesienia nie będą należeć do przyjemnych. Cały podjazd po drodze SS241 zaczynał się bowiem od długiego na 2800 metrów i przy tym dość ciemnego tunelu. W zasadzie były to dwa tunele przedzielone jedynie króciutkim wyjazdem na światło dzienne po mostku nad Rio d’Ega. Dla bezpieczeństwa na końcu naszej kolumny ustawiliśmy Rafała dysponującego najmocniejszym sygnałem świetlnym.

Umówiliśmy się, że skoro podjazd jest bardzo długi, a przy tym stosunkowo regularny to przynajmniej jego początkowe kilometry postaramy się przejechać razem. Cały czas jechaliśmy zgodnie wzdłuż wspomnianej rzeczki. Po przejechaniu 9,8 kilometra minęliśmy rondo, z którego w lewo odchodziła bardziej stroma i kręta droga ku Gummer i Obergummer. Dwa kilometry później byliśmy już w Ponte Nova, gdzie mieliśmy się zatrzymać w drodze powrotnej. Grupa topniała nam bardzo powoli i na dobre pękła dopiero po szesnastu kilometrach gdy Daniel ostro przyśpieszył na dojeździe do Nova Levante (niem. Welschnofen). Czułem się na tyle dobrze, że bez trudu do niego doskoczyłem. Niespodziewanie w moje ślady poszedł tylko Tomek. Wkrótce Daniel zapłacił za swój nagły zryw i po wyjeździe z tej miejscowości na czele zostaliśmy już tylko we dwóch. Na krętym i stosunkowo stromym dojeździe do ślicznego Lago di Carezza (22,2 km) także „Bury” miał słabsze chwile, ale gdy nieco zwolniłem wsiadł mi na koło i już do końca wzniesienia zgodnie współpracowaliśmy. Na 24-tym kilometrze przejechaliśmy przez ośrodek narciarski Carezza, by następnie na końcu długiej prostej minąć odchodzącą w lewo szosę SP65 ku Passo Nigra (25,2 km). W samej końcówce postanowiłem sprawdzić kondycję swego towarzysza. Za hotelem Latemar wyraźnie przyśpieszyłem, acz nie na pełen gaz. Tomek nie dał się zerwać z koła, więc do szczytu dotarliśmy razem. Tymczasem za naszymi plecami trwała ostra walka o miejsce na najniższym stopniu podium. Daniel dał z siebie wszystko by odeprzeć pościg Darka. Za „metą” dosłownie spadł z roweru. Na kolejnych pozycjach wjechali na przełęcz: Rafał, Adam, Artur i Romek. Cały 26-kilometrowy podjazd pokonałem w czasie 1h 36:16 (avs. 16,2 km/h). Na stravie nie znalazłem wyników z całego wzniesienia. Najdłuższy segment liczy sobie 13,7 kilometra i zaczyna się w Ponte Nova. Ten odcinek przejechaliśmy z Tomkiem w czasie 54:04 (avs. 15,3 km/h) z VAM 945 m/h, Daniel zanotował czas 56:42, Rafał 1h 02:52, zaś Artur 1h 03:27. Wyników pozostałych kolegów niestety nie znalazłem. Cóż strava miewa swoje sekrety.

20150815_141310

20150815_144030

20150815_150821

Po dłuższym pobycie na górze i przeszło 13-kilometrowym zjeździe do Ponte Nova niemal w komplecie spotkaliśmy się pod dachem restauracji Rosengarten. Jedynie Daniel nie chciał stygnąć, więc niemal z marszu pojechał w górę SS620 ku kolejnemu wyzwaniu. Ruszyliśmy jego śladem dopiero o godzinie 15:50. Przed nami był podjazd, którego czerwony profil rodem z „archivio salite” robił mocne wrażenie. Spodziewałem się ostrej wspinaczki niemal od startu. Tymczasem za sprawą błędnej decyzji na początku drugiego kilometra nieco sobie to zadanie ułatwiliśmy. Chcąc zrobić trudniejszą wersje tego podjazdu już po przejechaniu 1,2 kilometra należało skręcić w lewo i wjechać na prowadzącą przez Eggen drogę SP76. Wówczas do Obereggen (wł. San Floriano) dotarlibyśmy po przejechaniu 6,9 kilometra o średnim nachyleniu 10 % i max. 16 %. Tą drogą dojechali do tej miejscowości uczestnicy Giro d’Italia 1998. Premię górską wygrał Kolumbijczyk Chepe Gonzalez, zaś sam etap z metą w Alpe di Pampeago Rosjanin Tonkow po zaciętej walce z Pantanim. Tymczasem my na owym rozjeździe odbiliśmy w prawo trzymając się drogi SS620. Przeszło 20 minut wcześniej tak samo postąpił Daniel. Po przejechaniu 4 kilometrów minęliśmy skręt w prawo ku Monte San Pietro znane mi i Darkowi z trasy GF Marcialonga 2010. Dario prowadził naszą grupkę na pierwszych kilometrach, potem ja zmieniłem go na prowadzeniu i zacząłem dyktować swoje tempo. Wyglądałem miejsca, w którym będzie można w końcu odbić na szlak ku Obereggen. Nieświadom naszego błędu dziwiłem się, że podjazd jakkolwiek wymagający jest znacznie łatwiejszy w praktyce niż miał być w teorii. W końcu po przebyciu 5,9 kilometra na wysokości wioski Rauth (wł. Novale) skręciłem w lewo. Tym niemniej do tego czasu nasza siódemka zdążyła się na tyle rozciągnąć, że jak miało się niebawem okazać nie wszyscy dojrzeli miejsce, w którym skręcili ich poprzednicy.

Tymczasem dopiero za tym zakrętem ów podjazd odkrył swe surowe oblicze. Następne 2,5 kilometra na dojeździe do Obereggen miało średnie nachylenie 10,6 % przy max. 13 %. Na tym odcinku jechało mi się bardzo dobrze. Pokonałem go w czasie 14:35 (avs. 10,4 km/h) z VAM 1085 m/h. Zyskałem tu przeszło 43 sekundy nad Tomkiem i Adamem oraz 2:45 nad Darkiem. Dodam, że nasza południowa wersja dojazdu do Obereggen liczyła sobie w sumie 8,8 km o średnim nachyleniu 7,8 %. Na wylocie z tej miejscowości spodziewałem się znaleźć węższą boczną dróżkę odchodzącą w prawo ku Malga Laner i dalej na Passo Pampeago alias Reiterjoch. Wjechałem w pierwszą boczną uliczkę i postanowiłem poczekać na kolegów. Przede wszystkim na Adama, który podczas tych wakacji wjechał już na Pampeago od przeciwnej strony, po czym zjechał na drugą stronę czyli Obereggen. Gdy przyjechali Adam i Tomek postanowiliśmy zaczekać na pozostałych. Wkrótce przybył Darek, nieco dłużej czekaliśmy na Artura, zaś najdłużej na tych którzy wcale ku nam nie zmierzali. Ostatecznie w rozmowie telefonicznej ustaliłem, iż Romek i Rafał omyłkowo na wysokości Rauth pojechali prosto czyli ku alternatywnej „premii górskiej” na Passo Lavaze. Adam nie był pewny dalszej drogi, więc po gdy ponownie ruszyliśmy po chwili skończyliśmy w zaułku przy hotelu Obereggen Sonnalp. Musieliśmy się wycofać i po zjechaniu na SP76 wybrać kolejną ulicę w prawo, tą w kierunku placu budowy przy hotelu Royal. Ta część podjazdu zaczynała się bardzo stromo, stąd pokonanie pierwszych 1100 metrów za Obereggen o średniej 14 % zajęło mi 7:21, chociaż – jeśli wierzyć stravie – wspinałem się tu ponoć z VAM na poziomie 1321 m/h. Zyskałem tu 31 sekund nad Darkiem, 51 i 53 nad Adamem i Tomkiem oraz 1:10 nad Arturem. Niemniej Dario nie odpuścił i pokonaniu kolejnych 1300 metrów dopadł mnie na wysokości Malga Laner (1823 m. n.p.m.). Ogólnie ten segment o długości 2400 metrów i średniej stromiźnie 10,9 % to był teren dla 60-kilogramowych „kozic” typu Darek czy Tomek.

Dario szybko poszedł za ciosem i stopniowo zaczął mi odjeżdżać. Z Malga Laner do końca prawdziwej wspinaczki mieliśmy jeszcze 2,5 kilometra o „skromnym” w tych okolicach nachyleniu 6,4 %. Mimo korzystnego dla mnie terenu straciłem tu do swego kolegi kilkanaście sekund. Ile dokładnie nie sposób stwierdzić, albowiem tym razem to moich danych zabrakło na stravie. W każdym razie Dario ostatnie 2300 metrów pokonał o 17 sekund niż Adam i 1:57 szybciej od Tomka. Najwyższym punktem na całym wzniesieniu są okolice Pension Zischgalm. Do tego miejsc dojechaliśmy już razem po przejechaniu falsopiano o długości 700 metrów. Cały nasz podjazd, lecz bez owej łatwej końcówki miał 13,7 kilometra o średniej 8,3 % i przewyższeniu 1134 metry. Pokonałem go w czasie netto (czyli bez postoju i krótkiego odcinka poza właściwym szlakiem) w łącznym czasie 1h 07:20 co dało przeciętną prędkość 12,2 km/h i VAM 1010 m/h. Przy schronisku czekał już na nas Daniel, który podczas naszej nieobecności zaczął już wątpić czy aby dotarł na właściwy szczyt. Na przełęczy zrobiliśmy kilka zdjęć m.in. pod tablicą upamiętniającą wizytę jaką przed dwoma laty złożył w tych stronach nasz narodowy tour. Na zjeździe już za Obereggen złapał nas momentami ulewny deszcz. Chciałem dojechać do Cardano na rowerze. Niemniej na 5 kilometrów przed końcem zjazdu skorzystałem z propozycji Daniela, który po dotarciu na parkingu wsiadł do swego Citroena i ruszył ku nam z odsieczą. Tymczasem Darek po zjechaniu na dół pogubił się w terenie i ominął strefę parkingu. Następnie gdy zdał już sobie z tego sprawę postanowił cisnąć dalej po krajówce nie bacząc na długie tunele na odcinku za Bolzano. Ostatecznie dogoniliśmy go i zaprosiliśmy do wozu technicznego dopiero tuż przed Bronzolo. Tym samym Dario dodał sobie do sobotniego programu jakieś 18 kilometrów co wydłużyło mu trzeci etap do niemal 100 kilometrów. Tymczasem ja przejechałem „tylko” 76 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2606 metrów.

20150815_172252

20150815_174848

20150815_175723

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Costalunga & Passo di Pampeago została wyłączona

Nigra & Obergummer

Autor: admin o 14. sierpnia 2015

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/376584885

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/376584879

Czwartkowe San Lugano było zaledwie prologiem przed dziesięcioma zasadniczymi etapami naszej podróży do sub-regionu Alto-Adige (niem. Sud Tirol). Już w piątek skończyły się żarty i zaczęły schody. Odtąd już codziennie mieliśmy się mierzyć z dwoma poważnymi podjazdami i to na ogół znacznie trudniejszym niż ten pokonany na naszym wieczorku zapoznawczym. Na początek zaproponowałem kolegom dwie wycieczki ku Valle Isarco (niem. Eisacktal). Ta położona na północ od Bolzano dolina znana jest wszystkim podróżnym wjeżdżającym do Włoch od strony przełęczy Brenner. To wzdłuż niej biegnie słynna Autostrada del Brennero (A22), której asystuje droga krajowa SS12. W kierunku wschodnim od tej doliny, odchodzi kilka wielokilometrowych dróg prowadzących ku dolomickim przełęczom. Gdy na przełomie maja i czerwca 2010 roku zwiedzaliśmy wraz z Darkiem cały region Trentino-Alto Adige miałem okazję poznać trzy spośród nich. A mianowicie podjazdy: z Prato all’Isarco do stacji Alpe di Siusi, z Ponte Gardena na Passo Gardena oraz z Bressanone na Passo delle Erbe. Poza tym w zamierzchłym roku 2004 poznałem też górną część szlaku na Passo Costalunga. Teraz pojawiła się okazja by dokończyć tą „robotę” tzn. zaliczyć Costalungę w pełnym wymiarze, a przede wszystkim przyjrzeć się pozostałym (dotąd nieodkrytym) wzniesieniom z tej okolicy. Na pierwszy rzut pójść miały podjazdy na Passo Nigra (1688 m. n.p.m.) oraz Obergummer (1341 m. n.p.m.). Ta pierwsza przełęcz została przetestowana na Giro d’Italia w 1991 roku, na etapie z Selva di Val Gardena do Passo Pordoi wygranym przez Franco Chiocciolego. Niemniej na Nigrze najszybciej zameldował się Francuz Dominique Arnaud. Druga góra pozostaje jak dotąd nieodkryta. Oba podjazdy rozpoczynają się w Prato all’Isarco (niem. Blumau), dokąd musieliśmy dojechać jakieś 45 kilometrów. Najpierw ostro w dół do Cortacci, potem krótko po Strada del Vino oraz niżej położonymi alejkami wśród sadów jabłkowych. Następnie dwoma odcinkami „krajówki” SS12 przedzielonymi nieco kłopotliwym przejazdem przez centrum Bolzano. Miejsce do zaparkowania mieliśmy z góry upatrzone. To znaczy wypróbowane przed pięcioma laty podczas wypadu na Alpe di Siusi.

Przyznam, że w planach miałem pokonanie najtrudniejszej z opisanych na „cyclingcols” trzech wersji podjazdu na Passo Nigra. Dwa z nich rozpoczynają się z Prato all’Isarco, lecz wspólne mają tylko ostatnie 12 kilometrów. Ten trudniejszy liczy sobie 18,9 kilometra przy średnim nachyleniu 7,2 % i maksymalnym niemal 19 %. Prowadzi przez wioskę Brie (niem. Breien) i na siódmym kilometrze trzyma średnio na poziomie aż 16 %. Niestety mojej uwadze umknął fakt, iż zaczynał się on na pobliskiej Vecchia Strada per Tires, po drugiej stronie szumiącego obok nas potoku. My zaś skierowaliśmy się w przeciwnym kierunku tj. od razu do tunelu na drodze SP 65. Pierwsze 2100 metrów wiodły nas trasą zbieżną z początkiem podjazdu do Alpe di Siusi. Były one tyle trudne, że nasz 8-osobowy oddział szybko pękł. Jechałem jako pierwszy i tuż po zakręcie w prawo o 180 stopni postanowiłem się zatrzymać i upewnić by moi koledzy przypadkiem nie pojechali prosto ku Fie allo Sciliar. Po ponownym starcie nadal jechało mi się bardzo dobrze, więc wkrótce znów stałem się samotnym liderem w naszej stawce. Przed końcem ósmego kilometra czyli na dojeździe do Aica di Sopra miałem już 1:22 przewagi nad Darkiem, 2:22 nad Romkiem oraz blisko 3 minut nad Tomkiem, Adamem i Arturem. Po kilkusetmetrowym zjeździe zatrzymałem się na chwilę i w tym momencie minął mnie jakiś kolarz, który okazał się być miejscowym asem. Postanowiłem do niego doskoczyć. Nie było to trudne, gdyż właśnie zaczęła się najłatwiejsza faza tego wzniesienia. Zdążyłem się już wcześniej zorientować, iż omyłkowo zafundowałem nam najdłuższą bo przeszło 25-kilometrową wersję wspinaczki na Passo Nigra. Przejechaliśmy razem przez Santa Caterina (11,1 km) i Tires (14,6 km) od czasu do czasu prowadząc miłą konwersację. To znaczy taką na ile oddech mi pozwalał. Mój nowy kompan zdawał się dobrze znać tutejsze trasy.

Zgodnie współpracując dojechaliśmy do San Cipriano (17,5 km). Dojazd do tej wioski poprzedzony był zjazdem rozpoczynającym się na wysokości kościółka. To tylko dodatkowo pogłębiało wrażenie stromizny z jaką mieliśmy się wkrótce zmierzyć. Znaki drogowe straszyły tu nachyleniem rzędu 20 %. To była raczej przesada. Niemniej 16 % też potrafi zrobić wrażenie, szczególnie przy zmianie rytmu po długim łatwym odcinku. Ze stromej prostej za wioską doskonale widać było w oddali szczyty Dolomitów, w tym jak wyjaśnił mi mój przewodnik Cima del Vajolet. Co by nie mówić mój włoski towarzysz był mocniejszy ode mnie. Niemniej miał pokojowe zamiary. Nie starał się mnie zgubić. Wręcz przeciwnie parę razy zwolnił bym miał szanse złapać jego koło. Jazda jego tempem była dla mnie podróżą na granicy swych aktualnych możliwości. Tymczasem jak widać ostatnie osiem kilometrów tego wzniesienia do łatwych nie należało. Ta kręta droga z tuzinem wiraży, wiodła przez iglasty las trzymając na solidnym poziomie od 7 do 9 %. Ta wersja podjazdu na Passo Nigra miała mieć 25,4 kilometra przy średnim nachyleniu 5,4 % i przewyższeniu netto 1363 metrów, zaś brutto nawet 1393. Licznik włączony na dole już za tunelem pokazał mi na samej górze dystans 24,9 kilometra i czas jazdy 1h 30:56 (z postojem 1h 32:01). Przeszło minutę straciłem na postoju około ósmego kilometra. Najdłuższy odcinek znaleziony na stravie liczy sobie 22,6 kilometra i zaczyna się na wspomnianym wirażu z początku trzeciego kilometra. Ten dystans pokonałem w czasie 1h 22:43 (avs. 16,4 km/h) co daje mi 29 miejsce na 353 zarejestrowanych osób. Gdybym się nie zatrzymywał byłbym trzy lokaty wyżej. Niewątpliwie asysta mocnego kolarza, któremu starałem się dorównać pomogła w wykręceniu takiego wyniku. Dzięki temu różowa koszulka lidera tej wycieczki jeszcze pewniej spoczęła na moich ledwo co wyleczonych barkach. Na górze zrobiłem sobie pamiątkowe zdjęcia przy tablicy, po czym Włoch ruszył dalej by jadąc już po płaskowyżu dotrzeć na Passo Costalunga. Poczekałem na swoich kolegów. Po chwili jako drugi przejechał Dario w czasie 1h 26:30, zaś trzeci zjawił się Tomek z czasem 1h 28:20. Potem przybyli Romek razem z Adamem, choć z różnymi czasami tzn. 1h 29:53 i 1h 30:00. Szósty wjechał Daniel – 1h 31:09, siódmy Artur – 1h 35:11 i jako ósmy Rafał – 1h 42:14.

20150814_134405

20150814_140713

20150814_142204

Długi zjazd z Passo Nigra zajął mi dokładnie 77 minut. Z tego 49 spędziłem na spokojnej jeździe. Natomiast reszta tego czasu zeszła mi na zdjęciowych przystankach. Jak można się domyślić spoglądając na profil podjazdu w środkowej części zjazdu musieliśmy trochę pokręcić. Trzeba było nawet pokonać parę hopek. W sumie na tym zjeździe Garmin naliczył 79 metrów przewyższenia. W połowie zjazdy złapała nas pierwsza na tym wyjeździe ulewa. Niemniej jak wkrótce miało się okazać był to jedynie przedsmak mocniejszych atrakcji tego rodzaju. Po dotarciu do Prato all’Isarco zastałem już przy samochodach całą naszą kompanię. Dzięki inwencji Darka zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie całej drużyny. Po czym zaczęliśmy się szykować to zdobycia piątkowej góry nr 2. Podjazd pod Obergummer miał być dwukrotnie krótszy od Nigry, lecz ze względu na swą stromiznę w sumie niewiele od niej łatwiejszy. Według danych z „cyclingcols” miał on mieć długość 12,3 kilometra o średnim nachyleniu 8,3 % i przewyższeniu 1016 metrów. Przy tym maksymalne nachylenie 16 % i w sumie wart był 881 punktów w skali opracowanej przez twórcę tej strony, zaś zdobyta już przez nas Nigra zasłużyła na 980 punktów. Ruszyliśmy na Obergummer w sile sześciu ludzi tzn. wszyscy poza Danielem i Rafałem. Start wzniesienia znajdował się ledwie 200 metrów od miejsca naszego postoju. Ruszywszy z parkingu w dół SS12 wystarczyło po prostu skręcić w drugą ulicę w lewo. Od samego początku widać było jak ciężka to góra. Średnie nachylenie na pierwszych 5 kilometrach do Collepietra (niem. Dorf Steinegg) to 10 %. Ten odcinek jest nie tylko stromy, ale i bardzo kręty. Na pierwszych 4 kilometrach tego wzniesienia naliczyć można piętnaście serpentyn. To jeden wiraż na każde 270 metrów. Na Obergummer rządził Adam. Od startu ruszył ostro. Próbowałem się z nim utrzymać, ale najwidoczniej mocno przejechana Nigra wyssała ze mnie za dużo sił. Już na drugim czy trzecim kilometrze spadłem mu z koła. Według stravy nasz lider pierwsze 4,9 kilometra tej góry pokonał w czasie 24:52 (avs. 11,6 km/h) z VAM na poziomie 1120 m/h. W tym momencie traciłem do niego 38 sekund, zaś jadący na trzeciej pozycji Tomek o 20 więcej. Darek miał już stratę 2:09, Romek 2:53, zaś Artur 7:34.

Wkrótce otworzyło się nad nami niebo i lunęło z całą mocą. Począwszy od siódmego kilometra jechaliśmy w strugach deszczu. Momentami niewiele było widać, a krople deszczu niczym igły cięły po twarzy i ramionach. Ja najwidoczniej za szybko zacząłem. Dopadł mnie mały kryzys. Nie byłem w stanie uczepić się koła Tomka, który łatwo mnie przeszedł i próbował dogonić Adama. Widziałem ich obu przed sobą, ale w coraz większym dystansie. Do tego dokładnie po przejechaniu 10 kilometrów zmarnowałem około półtorej minuty kręcąc się w pobliżu bocznej drogi na Monte Larice. Nie byłem pewny czy jechać prosto, czy też może skręcić w prawo. Ostatecznie wybrałem to pierwsze rozwiązanie, które okazało się słuszne. Z tego miejsca do końca podjazdu miałem jeszcze 2600 metrów, z czego 2300 po głównej drodze czyli SP132. Natomiast ostatnie 300 metrów, już po skręcie w lewo ku gospodzie Larchenwald. Wedle mapy z programu veloviewer musiałem dobić na wysokość ponad 1350 metrów n.p.m. W tym miejscu zameldowałem się pierwszy, ale tylko dlatego że Adam z Tomkiem z rozpędu pojechali na wprost ku leżącemu nieco niżej Obergummer (wł. San Valentino di Sopra). Podobnie nieco później uczynił Darek. Na stravie najdłuższy z zaznaczonych na tej górze odcinków ma 12,2 kilometra. Adam pokonał go w czasie 56:49, zaś depczący mu po piętach Tomek w 57:09. Mi zajęło to aż 1h 02:15 i nawet gdyby odliczyć błądzenie po 10 kilometrach byłoby to tylko 1h 00:42. Jakby nie patrzeć straciłem do chłopaków niemal cztery minuty. Romek pokonał ten dystans w czasie 1h 04:08. Czasu Darka dziwnym trafem nie znalazłem. Niemniej na innym segmencie, uciętym po przejechaniu 9,9 kilometra od startu, tracił on do Romka 1:19, więc najpewniej cały odcinek na drodze SP132 pokonał w czasie około 1 godziny i 6 minut. Szósty śmiałek czyli Artur zawrócił w połowie góry, gdy zaatakowała nas wspomniana ulewa. Po rzęsistym deszczu na górze było tylko 16 stopni. Będąc przemoczony schowałem się w gospodzie. Zamówiłem ciastko i coś ciepłego do picia. Koledzy poszli za moim przykładem. Na pokonanie chłodnego i mokrego zjazdu zdecydował się tylko Romek. Mnie i Darka poratował Daniel, zaś Adama i Tomka wybawił Rafał. Po prostu wsiedli w swoje auta i zgarnęli nas na górze. Tym samym tego dnia przejechałem jedynie 62,6 kilometra, lecz o łącznym przewyższeniu około 2550 metrów.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Nigra & Obergummer została wyłączona