banner daniela marszałka

Val Martello & San Martino

Autor: admin o wtorek 18. Sierpień 2015

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/376584971

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/376584956

We wtorek ponownie obraliśmy kurs na Merano. Jednak tym razem po dojechaniu do miasta dalej trzymaliśmy się drogi krajowej SS38. Tym samym skręciliśmy na zachód ku Val Venosta (niem. Vinschgau) jednej z najwcześniej zasiedlonych alpejskich dolin. Rzymianie zdobyli te tereny w 15 roku p.n.e. i wkrótce wytyczyli przez nią pierwszą drogę przez Alpy czyli Via Claudia Augusta. Dla amatorów kolarstwa największą atrakcją tego rejonu jest jednak znacznie nowsza, bo wytyczona w latach 1820-25 droga na Passo dello Stelvio vel Stilfserjoch. Historii tego szlaku po raz wtóry opisywać nie będę. Po pierwsze dlatego, że ze szczegółami zrobiłem to choćby przed rokiem we wpisie na temat naszego wjazdu od strony Bormio. Po drugie ponieważ tym razem darowałem sobie kolejną wycieczkę na tą legendarną przełęcz. W latach 2003-2011 wjechałem na nią trzykrotnie wschodnim tzn. tyrolskim szlakiem ze słynnymi 48 wirażami. Obejrzałem ją sobie również po jednym razie od zachodniej (lombardzkiej) i północnej (szwajcarskiej) strony. Przy trzech z owych pięciu wspinaczek towarzyszył mi Darek Kamiński. Uznaliśmy więc, że tym razem nie mamy już czego szukać na Stelvio. Zadanie zdobycia tej najwyższej z włoskich przełęczy drogowych pozostawiliśmy szóstce naszych kolegów. My dwaj nastawiliśmy się na wyprawę w górę Val Martello (2068 m. n.p.m.). Organizatorzy Giro d’Italia chcieli pokazać światu ten wymagający podjazd już w 2013 roku, lecz ze względu na zimowe warunki pogodowe dziewiętnasty etap tej edycji wyścigu musieli ostatecznie odwołać. Nie zrażeni tym faktem rok później ponownie „zaproponowali” kolarzom ten sam „wysokogórski” odcinek z Ponte di Legno przez Gavię i Stelvio do Martelltal. Aura na szesnastym etapie Giro 2014 była niewiele lepsza niż 12 miesięcy wcześniej. Z tego względu na zjeździe ze Stelvio próbowano wprowadzić neutralizację, ale ten pomysł okazał się niewypałem i doprowadził do pewnego „zafałszowania” wyników całego wyścigu. Etap wygrał późniejszy triumfator całej imprezy Kolumbijczyk Nairo Quintana, który o 8 sekund wyprzedził Kanadyjczyka Rydera Hesjedala i o 1:13 Francuza Pierre’a Rollanda. Pozostali liderzy wyścigu stracili co najmniej trzy i pół minuty. Nasz Rafał Majka finiszował tego dnia siódmy ze stratą 4:08 do górala rodem z Andów.

Aby dotrzeć do podnóża tego podjazdu musieliśmy przejechać samochodami aż 84 kilometry. Dojazd do Coldrano miał nam zająć godzinę i kilkanaście minut. W jego końcówce zjechaliśmy z krajówki na boczną szosę prowadzącą przez miasteczko Laces (Latsch). Ostatecznie zatrzymaliśmy się przy rondzie na skrzyżowaniu SP90 i SP2 nieopodal biegnącej doliną linii kolejowej. Gdy dotarliśmy w to miejsce okazało się, że jeden z członków Moto-2 jest „ledwie żywy”. Tomek był blady jak ściana cierpiąc na problemy żołądkowe. Nie nadawał się do jazdy, więc postanowił zostać i odpocząć w tym miejscu. Pożegnaliśmy zatem Adama, Artura, Daniela, Rafała i Romka, którzy mieli jeszcze do przejechania ponad 20 kilometrów ku własnej bazie wypadowej w Prato allo Stelvio. Tymczasem mnie i Darka czekało wzniesienie o wymiarach podobnych do poniedziałkowego Monte Giovo. Według „cyclingcols” do przejechania mieliśmy 22,6 kilometra o średnim nachyleniu 6,2 % i przewyższeniu netto 1407 metrów (brutto nawet 1450). Były jednak wyraźne różnice między tymi dwoma wzniesieniami. Przede wszystkimi Val Martello było nieregularne. Na Jaufenpass było równiutko. Każdy kilometr na poziomie od 7 do 8,5 % i max. 10 %. Natomiast tu liczne zmiany rytmu. Nie zbrakło niczego. Mieliśmy tu zjazdy i odcinki falsopiano, lecz również fragmenty solidnej wspinaczki czy nawet stromizny dochodzące do 15 %. Z jednej z strony długie proste odcinki, zaś z drugiej serpentyny tak pokręcone, że z jednego wirażu nieomal przechodziło się w drugi. Ale o wszystkim po kolei. Wystartowaliśmy bardzo późno, bo tuż przed godziną trzynastą. Na dole było 27 stopni, więc zimy na górze nie musieliśmy się obawiać. Na łatwym początku droga wiodła prosto na południe. Na drugim kilometrze ominęliśmy od wschodu miejscowość Morter. Dopiero wraz z początkiem trzeciego zaczęła się solidna wspinaczka. Każdy z najbliższych czterech kilometrów trzymał na poziomie 9 lub 10 %. Do połowy piątego jechaliśmy równolegle do rzeczki Plima pośród sadów jabłkowych. Następnie na odcinku 1200 metrów zaliczyliśmy siedem zakrętów bądź klasycznych wiraży. Pierwszy stromy fragment tego wzniesienia zakończył się po przejechaniu 6,7 kilometra na wysokości drewnianego mostu w Bagni di Salto (niem. Bad Salt). Potem przyszła pora na 600-metrowy zjazd w kierunku Ośrodka Sportu i Rekreacji Trattla (7,6 km).

Wkrótce zgodnie z nurtem wspomnianej rzeczki szosa ponownie skręciła na południe by przez kolejne dwa kilometry z hakiem prowadzić przez teren zabudowany. W tym czasie minąłem trzy wioski tzn. Transacqua / Ennewasser (8,6 km), Gluder (9,2 km) i największą z nich Ganda / Gand (9,8 km). Pod koniec dwunastego kilometra na wysokości osady Ronahof przejechałem pod pierwszą galerią. Dwa kilometry dalej mój wzrok przykuł przydrożny kościółek w Santa Maria in der Schmelz (13,9 km). Na początku szesnastego kilometra musiałem pokonać dwa strome wiraże, zaś po przejechaniu 15,7 kilometra wyjechałem na tętniącą życiem polanę. Pełno tu było drewnianych chatek, a nie brakowało nawet indiańskich wigwamów. Osiołki skubały sobie spokojnie trawkę, zaś ludzie uwijali się przy pracy na grządkach truskawek. Nie spodziewałem się ujrzeć tego rodzaju upraw na wysokości niemal 1700 metrów n.p.m! Ten „rolniczy” teren o pofałdowanym profilu ciągnął się przez 1200 metrów tj. niemal do końca siedemnastego kilometra. Z kolei następny stromy kilometr to była istna karuzela. W sumie dziesięć wiraży w dwóch ratach tzn. najpierw cztery i za chwilę jeszcze sześć. Potem jeszcze kilkaset metrów, w tym przejazd przez 80-metrowy tunel i po przebyciu 18,3 kilometra byłem już przy zaporze na Lago di Gioveretto. Teraz w końcu można było odpocząć. Płaska szosa przez równo dwa kilometry ciągnęła się nad zachodnim brzegiem jeziorka, a potem jeszcze przez trzysta metrów w dół do mostku przy pierwszym z miejscowych parkingów. Niemniej ta góra miała jeszcze dla nas jedną niespodziankę. Ostatnie dwa kilometry trzymają tu na średnim poziomie 9 %. W pierwszej połowie 23-ciego kilometra trzeba pokonać kolejny stromy i bardzo zakręcony segment czyli siedem wiraży na odcinku ledwie 570 metrów. Trudna wspinaczka kończy się na wysokości Alpengasthof Enzian (22,8 km). Stąd do końca asfaltowej drogi pozostało mi już tylko czterysta metrów. Według stravy przejechałem na tej górze w sumie 23,2 kilometra w czasie 1h 36:04 (avs. 14,5 km/h). Z kolei Darkowi licznik naliczył czas 1h 41:57 na dystansie 22,7 kilometra. Nie znalazłem segmentu obejmującego całe wzniesienie. Najdłuższy fragment ma 12,1 kilometra i obejmuje dolny odcinek od Morter do Santa Maria. Przejechałem go w czasie 52:40 (avs. 13,8 km/h i VAM 948 m/h) co daje 106 wynik na 627 osób. Dla porównania kolarze z ubiegłorocznego etapu Giro potrzebowali na to samo od 35 do 46 minut i to w końcówce bardzo ciężkiego etapu.

20150818_145447

20150818_151514

20150818_154913

20150818_155807

Gdy my dwaj podjeżdżaliśmy pod Val Martello piątka naszych kompanów miała ustawkę z jej wysokością Stelvio (2758 m. n.p.m.). Daniel jak na razie nie ma szczęścia do tej góry. Przed rokiem wjechał na nią na miękko, nieomalże jedną nogą, po tym jak przypomniała mu się kontuzja kolana. Tym razem jak sam twierdzi zaatakował go ten sam „wirus”, który dopadł Tomka. Początkowo jechał na czele stawki wespół z Romkiem z niewielką przewagą nad Adamem. Jednak w połowie wzniesienia zaczął się zmagać z problemami żołądkowymi, które na tyle go męczyły, iż znów na przełęcz dotarł przede wszystkim siłą woli. Najszybciej na górze zameldowali się Romek i Adam. Strava nie daje tu jasnej odpowiedzi na pytanie w jakim dokładnie czasie tam dotarli, albowiem każdemu z piątki mych kolegów zarejestrowała różną ilość i to nie zawsze tych segmentów. Dla przypomnienia według danych z „cyclingcols” ten podjazd ma 24,6 kilometra długości przy średnim nachyleniu 7,5 i max. 12 % oraz przewyższeniu 1837 metrów. Romek i Adam pokonali go w czasie około 2 godzin i 3 minuty. Rafał i Daniel wspinali się m/w przez 2h 18 / 2h 20 minut. Najwięcej czasu po tej stronie wzniesienia spędził Artur, ale na własne życzenie. Po przejechaniu 7 kilometrów czyli na wysokości niespełna 1300 metrów n.p.m. zjechał z drogi SS38 i odbił w kierunku północnym zasugerowawszy się znakami drogowymi na Stelvio Paese (niem. Stilf Dorf). Tym samym dokręcił poza trasą nieco ponad 5 kilometrów w łatwiejszym terenie, tracąc na tym jakieś 14 minut. Na przełęcz dotarł po 2h 31 minutach czyli samą wspinaczkę wykonał w czasie około 2h i 17 minut. Przełęcz tego dnia była opanowana nie tylko przez kolarzy, ale i dziesiątki polskich kierowców uczestniczących w charytatywnej akcji Złombol 2015, którzy to wjazdem na Stelvio od strony Bormio zakończyli swą czterodniową wyprawę. Daniel i Rafał poprzestali na wjechaniu na Stilfserjoch od najtrudniejszej z trzech stron. Natomiast Adam, Artur i Romek zjechali do Santa Maria in Munstair aby pokonać także ponad 16-kilometrowy podjazd od szwajcarskiej strony czyli szlakiem przez Umbrailpass. Tego dnia zrobili sobie zatem przeszło 80-kilometrowy etap z przewyższeniem powyżej 3200 metrów. Czapki z głów. Adam dzięki temu, że przed rokiem zdobył tą przełęcz od strony Bormio tym samym „przerobił” już Stelvio w każdej możliwej wersji.

O świetną relację ze Stelvio postarał się Artur (czytelników zachęcam do lektury, zaś kolegę będę musiał chyba poprosić o podobne wstawki na temat wrażeń z Rombo, Palade i Selli) > Stelvio by Arturro

Natomiast filmiki kręcił Romek:

Stelvio_1

Stelvio_2

Stelvio_3

Tymczasem my u kresu Val Martello ubraliśmy się cieplej, po czym zrobiliśmy sobie sesję zdjęciową w pobliżu Alpengasthof Schonblick (Hotel Bellavista). Zjeżdżaliśmy nieśpiesznie, albowiem było co fotografować. Dario wjechał nawet na wspomnianą tamę i nakręcił z niej parę krótkich filmów. Jakieś sześć kilometrów przed końcem zjazdu tj. na wysokości Burgauner Hof spotkałem Tomka, który nieco odżył i wsiadł na rower. Sił starczyło mu na te kilka niełatwych kilometrów. Do Citroena, którego zostawił nam Daniel zjechaliśmy kilka minut przed 16:30. Teraz musieliśmy podjechać do Castelbello i przed drugą górą znaleźć w tym miasteczku jakiś lokal gastronomiczny. Przejechaliśmy zatem siedem kilometrów w kierunku powrotnym tzn. na wschód. Tam znaleźliśmy uliczkę Winkelweg / Via al Tre Canti prowadzącą w kierunku podjazdu pod San Martino (1736 m. n.p.m.). Następnie wybraliśmy się na przymusowy spacer po miasteczku, nad którym góruje zamek z pierwszej połowy XIII wieku. Poszukiwania strefy bufetowej zaprowadziły nas na przeciwległy czyli południowy brzeg Adygi. To wszystko zabrało nam trochę czasu, ale jeszcze dłużej czekaliśmy na posiłek zamówiony w gospodzie Angerguterkeller, której historia sięga roku 1583. Za sprawą wszystkich poślizgów czasowych na drugą premię górską wyruszyliśmy dopiero o godzinie 18:27. Rzec można o całą minutkę szybciej niż dzień wcześniej udało nam się wystartować pod Caurię. Co ciekawe oba te podjazdy były bardzo podobne do siebie. Tyrolski św. Marcin jest co prawda znacznie wyższy, ale to z racji znacznie wyżej położonego miejsca startu. Natomiast z praktycznego punktu widzenia podjazd ten był tylko o 500 metrów dłuższy i 53 metry większy. Do pokonania w tej kolejnej sesji wieczornej mieliśmy 11,9 kilometra o średnim nachyleniu 9,8 % i przewyższeniu 1161 metrów. Nie byle jaka kolacja. Od startu było jasne, że znów czeka nas walka nie tylko ze stromizną, ale i z czasem by wrócić do auta przed zmierzchem. Tym razem praktycznie całą górę przejechaliśmy razem. Bark w bark niczym Anquetil i Poulidor na Puy de Dome w 1964 roku. Zapewne tylko tempo jazdy się nie zgadzało, no i zabrakło nam tłumów kibiców. Już początkowa ścianka doprowadzająca do wirażu nr 1 robiła wrażenie. Natomiast pierwsze 2,2 kilometra na tej górze miało średnie nachylenie 10,9 %. Po tym odcinku można było chwilę odpocząć na 300-metrowym zjeździe, który jednak od razu przechodził w kolejną stromiznę.

Podjazd początkowo prowadził po Trumsberger Weg / Via Monte Trumes. Po pięciu serpentynach na pierwszych dwóch kilometrach droga wiodła dalej raczej długimi prostymi odcinkami wzdłuż zbocza góry. Wiraż szósty przejechaliśmy po 3,2 kilometra od startu, zaś dziesiąty dopiero trzy kilometry dalej. Na zakręcie jedenastym minęliśmy skręt ku miejscowości Trumsberg / Montetrumes (7,4 km). Jechaliśmy cały czas w kontakcie, co najwyżej jeden drugiemu odjeżdżał na kilkanaście metrów. Tym razem nie miałem kryzysu. Za sprawą posiłku zjedzonego w Angerguterkeller obyło się bez „klątwy siódmego kilometra”. Przepychałem swoje 34/27 z kadencją w okolicach 50-60 rpm. Spokój jazdy zakłóciło nam jedynie wydarzenie z połowy dziesiątego kilometra. Dario łapiąc oddech złapał muchę w rozmiarze „kingsajz”. Takiego posiłku oczywiście nikt z nas sobie nie życzy. Tym bardziej podczas forsownej wspinaczki. Musieliśmy się zatrzymać na niespełna dwie minuty by mógł ją wykrztusić i dojść do siebie. Po ponownym starcie zostało nam do przejechania 2,5 kilometra. Na przełomie dziesiątego i jedenastego pokonaliśmy kręty odcinek z czterema wirażami. Natomiast po przejechaniu 10,8 kilometra wyjechaliśmy w końcu spośród drzew na odkryty teren. W połowie dwunastego kilometra minęliśmy osadę składającą się z kilku domostw, zaś po 11,8 kilometra od startu pokonaliśmy ostatni osiemnasty zakręt. Wspinaczkę zakończyliśmy po przejechaniu 12 km i 160 metrów w czasie netto 1h 13:36 (avs. 9,9 km/h). Na stravie zaznaczono 12-kilometrowy segment z przewyższeniem 1124 metrów. Pokonaliśmy go w czasie brutto 1h 15:22 (bez postoju 1h 13:35). Wypadliśmy całkiem nieźle. Oficjalny czas daje nam 22-23 miejsce, zaś realny 20-21 pośród 144 zarejestrowanych osób. Na górze ujrzeliśmy: kościół, szkołę podstawową i górną stację kolejki linowej. Stał tam też krzyż z Chrystusem o obliczu równie zmęczonym co twarze cykloamatorów docierających w to miejsce. Swój pobyt na niej ograniczyliśmy do dwunastu minut rozpoczynając zjazd o godzinie 19:55. Niespełna pół godziny później byliśmy na dole. Tym niemniej finisz o 20:24 okazał się i tak swego rodzaju „rekordem” podczas moich tegorocznych wojaży. Oczywiście znów nie udało się uwiecznić na zdjęciach uroków wzniesienia. Trzeba będzie coś zrobić z tym faktem. Plan na sezon 2016 mam taki by zaczynać podjazd nr 1 najpóźniej o godzinie 11:00, zaś drugi o 15:00. Tym samym o osiemnastej bylibyśmy już po wszystkim, mając przy okazji więcej czasu na regenerację przed kolejnym dniem zabawy.

20150818_195000

20150818_195510