banner daniela marszałka

Archiwum dla Lipiec, 2010

Tenda

Autor: admin o 17. lipca 2010

Na zakończenie tej lipcowej wyprawy chcieliśmy dobić do południowego bieguna naszej dwutygodniowej podróży. Moim celem sportowym na 17 lipca była Colle di Tenda (1871 m. n.p.m.) czyli trzecia w ostatnich dniach przełęcz z pogranicza Włoch i Francji. Po jej zdobyciu mieliśmy zjechać ku riwierze i zanurzyć stopy w lazurowych wodach Morza Liguryjskiego. Przełęcz Tenda leży ledwie 60 kilometrów od wybrzeża tej części Morza Śródziemnego. Oddziela włoskie Alpy Liguryjskie od francuskich Alp Nadmorskich, a ściślej dolinę Vermegnana na północy od doliny Roya na południu. Już za czasów Rzymskiej Republiki rozgraniczała ona tereny Galii Przedalpejskiej i Galii Narbońskiej. W średniowieczu przeprawiali się przez nią handlarze solą zmierzający do Piemontu oraz pielgrzymi z centrum Europy wędrujący ku Santiago de Compostela. Wokół widać ślady niespokojnej historii tego pogranicza. Nad Tendą góruje Fort Central, wybudowany przez Francuzów w latach 1877-1880 na wysokości 1908 m. n.p.m. Po koniec XIX wieku kilkaset metrów poniżej przełęczy wydrążono dwa tunele. Drogowy otwarto w 1882 roku, zaś kolejowy 16 lat później. Jednak dopiero po zakończeniu II Wojny Światowej owa przełęcz zaczęła bardziej łączyć niż dzielić oba wielkie narody. Stało się tak m.in. za sprawą największych wyścigów kolarskich czyli: Tour de France i Giro d’Italia.

Na trasie „Wielkiej Pętli” Colle di Tenda pojawiła się dwukrotnie w czasach gdy na szosach Europy dominowali Włoch Fausto Coppi i nieco później Francuz Jacques Anquetil. W obu przypadkach wspinano się na nią od strony włoskiej, lecz z konieczności tylko do poziomu granicznego tunelu czyli 1321 m. n.p.m. Ma on długość 3172 metrów i opada w kierunku południowym, by po francuskiej stronie wyjść na poziomie tylko 1280 m. n.p.m. Po raz pierwszy uczestnicy Touru przejechali przezeń w 1952 roku na etapie dwunastym z Sestriere do Monaco. Jako pierwszy na tej premii górskiej zameldował się Francuz Jean Robic. Był to dzień trzech Janków, albowiem dwie kolejne premie (Brouis i Castillon) zdobył jego rodak Jean Dotto, zaś czwartą górę (La Turbie) jak i sam etap wygrał Holender Jan Nolten. Z kolei w 1961 roku jedenasty odcinek z Turynu do Juan-les-Pins należał do dwóch Włochów. Wszystkie trzy premie górskie (Tenda, Brouis i Braus) wygrał Imerio Massignan, lecz na mecie etapu najszybszy z 19-osobowej grupki asów był Guido Carlesi. Jako drugi finiszował prowadzący niemal od początku wyścigu Anquetil. Tranzytem przejeżdżano tędy również podczas Giro. W 1961 roku od włoskiej strony na drugim etapie z Turynu do San Remo, zaś w 1998 roku od francuskiej strony na pierwszym etapie z Nicei do Cuneo. Za pierwszym razem premię górską wygrał Włoch Angelo Conterno, zaś etap Katalończyk Miguel Poblet. Natomiast u schyłku XX wieku pierwszy na górze był Włoch Marzio Bruseghin, zaś na mecie sprinterów uprzedził długim finiszem Mariano Piccoli.

Gdy trzeba się było przebić z Włoch do Francji czy w przeciwną stronę tunel był nieodzowny. Po francuskiej stronie asfalt kończy się bowiem właśnie na tym poziomie, zaś wyżej wiedzie już tylko szutrowa (kamienista) dróżka, którą „oswoić” można jedynie na rowerze górskim czy motorze crossowym. Co innego po włoskiej stronie. Niemal na samą przełęcz można tu dojechać po asfalcie o przyzwoitej jakości. W ostatniej dekadzie z tej możliwości dwukrotnie skorzystali organizatorzy Giro d’Italia, przy czym za pierwszym razem w niepełnym wymiarze. W 2002 roku zakończył się w tych stronach piąty etap Giro, pierwszy na włoskiej ziemi po kilku dniach na szosach Holandii, Niemiec, Belgii, Luksemburga i Francji. Finisz tego odcinka wyznaczono w stacji narciarskiej Limone Piemonte 1400 położonej na terenie wioski Panice Soprana. Różnice na mecie były ledwie sekundowe. W odstępie minuty zmieściło się aż 29 kolarzy. Wygrał Włoch Stefano Garzelli przed Hiszpanem Santiago Perezem oraz swymi rodakami Gilberto Simonim i Francesco Casagrande. Zwycięzca kilka dni później został zdyskwalifikowany za stosowanie zakazanego środka probenecid, acz można by dodać że jego trzej rywale też nie mieli czystej karty w swym sportowym życiu. Trzy lata później na siedemnastym etapie z Varazze do Colle di Tenda ścigano się do samej granicy czyli poziomu 1795 m. n.p.m. Etap ten wygrał Ivan Basso z przewagą 1:06 nad Wenezuelczykiem Jose Rujano i Simonim. Lider Paolo Savoldelli był siódmy ze stratą 1:48. Najgorzej z grona kandydatów do generalnego podium wypadł Danilo Di Luca – szesnasty ze stratą 2:49.

Moja książkowa lektura sugerowała mi start w miejscowości Limone Piemonte, położonej na wysokości 982 m. n.p.m. Wydrukowany profil z „archivio salite” przesuwał początek tego podjazdu jakieś sześć kilometrów w dół drogi krajowej SS-20 do miasteczka Vernante. Uznałem, że skoro do pokonania będę miał tylko jedno, w dodatku nie najtrudniejsze wzniesienie to przynajmniej wystartuje z niższego pułapu by pokonać co najmniej 1000 metrów różnicy wzniesień. Okazało się, to bardzo dobrym rozwiązaniem. Iwonie bardzo spodobał się spacer po Vernante – ozdobionym malowidłami rodem z baśni o Pinokio. W miasteczku tym mieszkał niegdyś Attilio Mussino, najbardziej znany z rysowników tej postaci, nazywany nawet „wujkiem Pinokia”. Po jego śmierci żona artysty podarowała władzom miasta dzieła, na bazie których namalowano następnie 90 murales na ścianach miejskich budynków. Dojazd z Cerialdo do Vernate zajął nam pół godziny. Do pokonania mieliśmy ledwie 24 kilometry po wspomnianej krajówce. Początek jak dzień wcześniej do Borgo San Dalmazzo, zaś dalej prosto na południe przez Roccavione i Robilante. Na miejscu byliśmy około godziny dziesiątej zatrzymując się na dużym parkingu, na lewym brzegu potoku Vermegnana. W powietrzu piekarnik – 32 stopnie. Dziesięć minut później ruszyłem w górę SS-20 z poziomu przylegającej do głównej drogi uliczki Vicolo degli Orti, jakieś 785 m. n.p.m.

Pierwsze kilometry był dla mnie łatwe i szybkie. Aczkolwiek nieszczególnie przyjemne z uwagi na duży ruch samochodowy. Na tym odcinku minąłem zjazd ku osadzie Tetto Marine (1,6 km), a następnie ku San Bernardo (4,4 km). Spore wrażenie zrobił na mnie idący wzdłuż lewej strony drogi wysoki wiadukt a’la akwedukt, po którym biegnie linia kolejowa do Nicei. Przez przełęcz przebija się ona wspomnianym wyżej tunelem kolejowym, który biegnie trzysta metrów niżej od drogowego i ma aż 8099 metrów długości. Adekwatnie do łatwego terenu jechałem na relatywnie twardym przełożeniu czyli 39-17. Cały czas w tempie powyżej 20 km/h i przy średniej prędkości 23,4 km/h. Pierwsze 6200 metrów miało średnie nachylenie tylko 3 %, przy skromnym max. 6,2 %. Na terenie Limone Piemonte wrzuciłem tryb „19”, skręciłem w prawo i jadąc po obwodnicy miasteczka przeskoczyłem z Corso Torino na Corso Nizza. Tuż po wyjechaniu z Limone Piemonte wjechałem do Fantino (7,9 km), gdzie swój letni obóz w hotelu Le Ginestre mieli piłkarze AC Torino. Tym sposobem podczas swoich tegorocznych podróży przypadkiem namierzyłem ośrodki treningowe obu turyńskich klubów. Zanim droga stała się bardziej kręta skorzystałem po raz pierwszy z przełożenia 39-21. Na odcinku między Tetti Mecci (8,8 km) a Panice Sottana (10,8 km) i zjazdem ku Limonetto (11,3 km) miałem do przejechania łącznie osiem serpentyn, z czego pięć (nr 2-6) wytyczonych bardzo blisko siebie. Niektóre z nich były na tyle łagodne, iż mogłem na czas jakiś wrócić do kombinacji 39-19. Jakiś kilometr dalej wyprzedziłem dwóch starszych panów i zanim się spostrzegłem byłem na prostej drodze prowadzącej do granicznego tunelu.

Przyznam się, że znów nie odrobiłem lekcji z nawigacji i początkowo pojechałem na wprost. Niemniej kolejka samochodów stojąca na czerwonym świetle u wlotu do „czarnej dziury” wzbudziła moje podejrzenie, że coś poplątałem. Gdy po chwili zobaczyłem, że zdystansowani cykliści starszej daty skręcają w prawo zawróciłem i pojechałem ich śladem ku Panice Soprana. Odcinek 6800 metrów od Limone Piemonte do zakrętu przed tunelem mimo, że nieco trudniejszy od pierwszej tercji również należy ocenić jako łagodny. Miał on średnio 4,7 % przy max. niespełna 8 %. Ten fragment przejechałem z prędkością 19,6 km/h. Najtrudniejszym kawałkiem na całej górze był czekający mnie teraz kilometr czternasty, gdzie stromizna skoczyła powyżej 11 % po przejechaniu 13,86 km od startu w Vernante. W otoczeniu hoteli, pensjonatów i szkółek narciarskich wjechałem na obszerny plac w centrum Limone 1400, gdzie przed ośmiu laty finiszowali uczestnicy Giro d’Italia. Za Panice Soprana droga była węższa i prowadziła po czternastu serpentynach z wirażami co trzysta-czterysta metrów. Szosa była raczej kiepskiej jakości o powierzchni chropowatej, częstokroć popękanej lub wybrzuszonej. Za wyjątkiem kilku leśnych odcinków wiodła w otwartym terenie wśród alpejskiej łąki przy stromiźnie w najgorszym razie dochodzącej do 9 %. W okolicy wykutego w kamieniu znaku granicznego z 1818 roku wyprzedziłem siwego jegomościa w błękitnej koszulce. Ostatnie 7000 metrów o średnim nachyleniu 6,6 % jechałem z przeciętną prędkością 15,9 km/h. Po przejechaniu 500 metrów od ostatniego wirażu dojechałem do włosko-francuskiej granicy i położonego tuż za nią schroniska Chalet le Marmotte. W tym miejscu wyznaczono finisz etapu Giro z 2005 roku.

Około stu metrów za obecnie niewidoczną granicą pojawiły się przede mną możliwości zakończenia tego podjazdu. Wybrałem dróżkę w lewo, gdyż tylko na niej zachował się asfalt. Niestety tylko na sto kilkadziesiąt metrów. Na widok szutru zawróciłem w kierunku schroniska by spokojnie przyjrzeć się prawej alternatywie. Tuż ze mną zjechała grupka motocyklistów na maszynach do jazdy po bezdrożach. Stojąc przed schroniskiem na horyzoncie po prawej stronie miałem jakby przełęcz, lecz powątpiewałem czy mogę na nią dojechać na szosówce. Tymczasem do schroniska dojechał Antonio, wspomniany Włoch w błękitnej koszulce. Powiedział mi, że wspinaczkę na Colle di Tenda można dokończyć, lecz najbliższe trzysta metrów lepiej będzie pokonać z buta. Ostatnie sześćset metrów wiodło już po asfalcie, choć momentami dziurawym. Sama przełęcz wygląda na miejsce z innej epoki. Na dojeździe ruiny budynków. Na samej przełęczy – 21 kilometrów od Vernante – piach i kamienie, podobnie jak na krętym zjeździe ku dolinie Roya. O tym, że jesteśmy na Colle di Tenda informuje tylko skromna drewniana tabliczka. Wobec postoju przed schroniskiem za metę swojej „czasówki” przyjąłem miejsce, w którym zawróciłem gdy skończył się asfalt na lewej ścieżce od rozdroża jakieś 1814 m. n.p.m. Przy takim założeniu przejechałem 19,99 kilometra o przewyższeniu 1029 metrów w czasie 1 godziny 3 minut i 20 sekund czyli przy średniej prędkości 18,937 km/h i VAM 974 m/h. Góra ta miała średnie nachylenie 5,14 %. Przy temperaturze 25-28 stopni i niewielkiej stromiźnie zjazd był łatwy technicznie i przyjemny. Niemniej na końcowym odcinku, czyli za Limone Piemonte musiałem się zmagać z przeciwnym wiatrem. Do Vernante dojechałem kilka minut po godzinie wpół do pierwszej. Podobnie jak w poprzednich dniach przejechałem około 40 kilometrów – dokładnie zaś 42 km o przewyższeniu min. 1034 metrów.

Najbliższe godziny chcieliśmy spędzić na włoskiej riwierze. Wcześniej jednak musieliśmy przejechać blisko 70 kilometrów po górskich drogach. Ruszyliśmy w górę SS-20 aby po 13 kilometrach wjechać do klaustrofobicznego tunelu pod przełęczą Tenda. Na tyle wąskiego, że wprowadzony tam został ruch jednokierunkowy. Na terenie Francji przejechaliśmy około 40-kilometrowy odcinek szosą D6204, wśród pięknych krajobrazów Alp Nadmorskich. Na wysokości parku za miasteczkiem Tende zarządziłem krótki postój, aby Iwona po raz pierwszy w życiu postawiła swe stópki na francuskiej ziemi. Dalej minęliśmy wioski Saorge i Breil-sur-Roya, aby wrócić do Włoch tuż przed San Michele, jakieś 16 kilometrów przed nadmorską Ventimiglią. Przejazd zajął nam dwie godziny, a że była sobota straciliśmy też nieco czasu na znalezienie miejsca postojowego w sąsiedztwie plaży. Kamienista plaża nad Morzem Liguryjskim nie mogła mi zaimponować. Co innego lazurowa woda o temperaturze nie spotykanej w Zatoce Gdańskiej. Po sjeście nad morzem ruszyliśmy w dalszą drogę na wschód szosą SP-1 przez Bordigherę, San Remo i San Lorenzo al Mare. W letni weekend nie dało się po niej jechać szybko, więc z obawy przed zbyt późnym powrotem do Cerialdo wycieczkę po liguryjskiej riwierze zakończyliśmy około siedemnastej, na wysokości Imperii. Wskoczyliśmy na lecącą równolegle do wybrzeża Autostradę Kwiatów (Autostrada dei Fiori) czyli A-10. Następnie między Vado Ligure i Savona odbiliśmy w głąb lądu wjeżdżając na ginąca wśród gór autostradę A-6. Po ciężkim dniu na samochodowym szlaku dobiliśmy do Cuneo już po godzinie dziewiętnastej. W mieście widać było jeszcze reklamę 23. edycji La Fausto Coppi – wyścigu Gran Fondo, który w tym roku po raz pierwszy znalazł się w prestiżowym cyklu magazynu „Bicisport”.

Nazajutrz w niedzielę 18 lipca czekała nas najmniej przyjemna część całej wyprawy. To znaczy licząca sobie przeszło 1900 kilometrów podróż powrotna z Cerialdo do Gdańska. W teorii miała ona nam zająć blisko dwadzieścia godzin. W praktyce nawet nieco dłużej, gdyż od czasu do czasu trzeba było przystanąć na tak wyczerpującym szlaku. Z tego powodu postanowiliśmy podzielić ją na dwie nierówne części. Dłuższą zagraniczną i krótszą krajową, z nocnym przystankiem w Hotelu „Panorama” pod Szczecinem. Spod Ca d’Abel wyruszyliśmy około wpół do dziewiątej będąc długo żegnani przez sympatycznych i szczodrych gospodarzy. Maria Franca uraczyła nas bogatym śniadaniem, zaś Giacomo podarował dwie butelki z piwnic piemonckiej rodziny win Barolo: Verduno Pelaverga i Nebbiolo d’Alba – obie z 2006 roku. Na początku tej długiej drogi wskoczyliśmy na krajówkę SS-231 by przez Albę dojechać w okolice Asti. Tu wjechaliśmy na autostradę A-21 aby następnie przez Alessandrię, Piacenzę i Cremonę dotrzeć do Brescii. Dopiero w tym momencie znaleźliśmy się na drodze znanej nam z pierwszych dni tej podróży czyli autostradzie A-4 do Werony. Na koniec włoskiej przygody czekało nas blisko 230 kilometrów po autostradzie „Brennero” czyli A-22. Ponieważ tak na A-4 jak i A-22 przytrzymały nas na chwilę korki, wyjechaliśmy z Włoch dopiero około godziny piętnastej. Wcześniej na stacji benzynowej w okolicy Trento zakupiłem za niespełna 20 Euro niezwykle szczegółowy atlas drogowy Italii z serii Touring Editore wydany w skali 1:200.000. Tym sposobem tej pięknej krainie nie powiedziałem „żegnaj”, lecz „do widzenia”. Dalej pognaliśmy ku naszej ojczyźnie wielokrotnie przetartym szlakiem przez Austrię (Innsbruck, Kufstein) i Niemcy (Rosenheim, Monachium, Norymberga, Bayreuth, Lipsk, Berlin) do granicy w Kołbaskowie. Do Polski wjechaliśmy około północy, zaś podczas poniedziałkowego odcinka specjalnego po naszej SS-6 zatrzymaliśmy się na kilka godzin w Ustce, na obiedzie u rodziców Iwony.

Wieczorem 19 lipca dobiliśmy w końcu do naszej domowej przystani. Oboje bogatsi o wiele wrażeń i doświadczeń. Ja z całą masą zdjęć i notatek do spisania tej relacji w ciemne zimowe wieczory. Podczas lipcowej wyprawy udało mi się zdobyć aż 21 podjazdów – nawet o jeden więcej niż planowałem. Każdy miał przewyższenie co najmniej 600 metrów, zaś aż piętnaście z nich przeszło 1000! W trakcie czternastu dni spędzonych na rowerze przejechałem tylko 758 kilometrów, lecz zarazem pokonałem ponad 23.200 metrów w pionie. Gdy dodałem do tego dane z eskapady majowo-czerwcowej okazało się, że w 2010 roku spędziłem w Alpach aż 30 dni przejechawszy w sumie 1646 kilometrów o łącznym przewyższeniu niemal 49.800 metrów! Dzięki własnej pracy i poświęceniu, a także pomocy kilku osób, ze szczególnym wyróżnieniem Darka i Iwony po sezonie 2010 do swej listy „górskich skalpów” mogłem dopisać aż 44 wzniesienia. Wśród nich 27 podjazdów o przewyższeniu przeszło 1000 metrów oraz 10 wspinaczek zwieńczonych na wysokości ponad 2000 metrów n.p.m. Czas pokaże czy tak bogaty sezon uda się jeszcze powtórzyć. Pomysłów na kolejne wycieczki mi nie brakuje. Wystarczyłoby ich na kilkanaście najbliższych lat. Niemniej nie wykluczam, iż odrobinę poskromię swój apetyt na kolarskie góry i zwolnię tempo tego podboju. W Alpach wiele już widziałem, ale nie oznacza to, iż w 2011 roku zamierzam im odpuścić. Warto jednak szukać nowych wyzwań. Dlatego też w nadchodzącym sezonie będę chciał po raz pierwszy zajrzeć w Apeniny podczas lipcowej podróży do Toskanii.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Tenda została wyłączona

Lombarda

Autor: admin o 16. lipca 2010

W piątkowe przedpołudnie trochę sobie poleniuchowaliśmy. Wyjechaliśmy z Ca d’Abel dopiero około 10:20. Moim sportowym celem na 16 lipca był podjazd na graniczną przełęcz Colle della Lombarda (2350 metrów n.p.m.). To druga najwyżej położona przełęcz drogowa między Włochami a Francją. Góruje nad nią tylko Colle dell’Agnello (2748 m. n.p.m.) wieńcząca dolinę Varaita. Lombarda jest przełęczą bardzo rzadko odwiedzaną przez kolarskie wyścigi niemniej niewątpliwie godną zobaczenia. Cenną tak z uwagi na walory techniczne (skalę trudności wzniesienia) jak i wartość artystyczną (górskie pejzaże i sąsiedztwo sanktuarium św. Anny). W „Passi e Valli in Bicicletta” podjazd ten oceniono całkiem wysoko czyli na „cztery z minusem” W całej prowincji Cuneo na wyższe noty zasłużyły sobie tylko: Agnello, Sampeyre (od Vallone d’Elva), Fauniera (od Pradleves i od Demonte) oraz małe i krótkie lecz bardzo strome Colletto del Moro, które udało mi się przeżyć na Gran Fondo Fausto Coppi z 2008 roku. Autorzy książki na tyle docenili wartość Lombardy, iż zalecają swym czytelnikom solidną rozgrzewkę celem „rozgrzania własnego motoru”. Sugerowali start w Borgo San Dalmazzo lub Demonte tzn. miasteczkach położonych odpowiednio 28 i 11 kilometrów od podnóża podjazdu. Ja nie miałem aż tyle czasu, więc przejechaliśmy samochodem blisko 40 kilometrów, zatrzymując się dopiero w Vinadio.

Na wiodącej w głąb Valle Stura drodze krajowej SS-21 widzieliśmy banery wyrażające sprzeciw tutejszych mieszkańców wobec ciężarowemu tranzytowi w tej dolinie. Przejeżdżając przez wąskie uliczki miejscowości takich jak Demonte łatwo zrozumieć rację tego protestu. TIR niemal ocierają się tu o ściany budynków. Jednak na nieszczęście dla tubylców łagodna szosa ku Colle della Maddalena (1991 m. n.p.m.) jest najbardziej przyjazna ciężarówkom spośród kilku górskich przepraw z Piemontu do francuskiego regionu Prowansja-Alpy-Lazurowe Wybrzeże. Miejscowość, w której się zatrzymaliśmy ma status ośrodka gminnego, choć w ostatnim stuleciu mocno podupadło. Jeśli wierzyć urzędowym statystykom u progu XX wieku mieszkało w Vinadio 3701 mieszkańców, zaś dziś tylko 712! Dowodem ciekawej historii tego miejsca jest funkcjonujący do 1945 roku fort, jeden z trzech najważniejszych na terenie Piemontu. Forte Albertino wybudowany został w latach 1834-1847 za czasów Karola Alberta, króla Sardynii z dynastii Sabaudzkiej. Fort ten ma korytarze na trzech poziomach o łącznej długości 10 kilometrów oraz mury obronne o obwodzie 1200 metrów. W trakcie II Wojny Światowej był on bombardowany przez lotnictwo alianckie. Wjeżdżając do Vinadio zatrzymaliśmy się na piaszczystym placu między Via Roma a Via Guardia alla Frontiera, tuż przed wspomnianym kompleksem obronnym.

Wspomniałem już, że Colle della Lombarda nie miała dotąd szczęścia do wielkich imprez ze światka kolarskiego. W tym kontekście należy wspomnieć przede wszystkim o szesnastym etapie Tour de France z 2008 roku czyli odcinku z Cuneo do Jausiers. Dwa dni wcześniej uczestnicy Touru kończyli pierwszy z trzech alpejskich etapów w piemonckiej stacji narciarskiej Pratonevoso. Po dniu przerwy wrócili do Francji właśnie przez Lombardę. Na premii górskiej z licznej ucieczki jako pierwszy przemknął podejrzanie mocny na tym wyścigu Niemiec Stefan Schumacher. Nasz Sylwek Szmyd „grał pierwsze skrzypce” w kolejnej grupce chcąc dociągnąć do prowadzących swego lidera Damiano Cunego. Wobec słabości Włocha na niewiele się to zdało. Etap wygrał Francuz Cyril Dessel przed swym rodakiem Sandy Casarem i Hiszpanem Davidem Arroyo. Tuż za nimi przyjechał Ukrainiec Jarosław Popowicz, zaś większość faworytów wyścigu straciła niespełna półtorej minuty. Piętnaście lat wcześniej również na „Wielkiej Pętli” ścigano się po drugiej stronie tej przełęczy. Na jedenastym odcinku tej arcyciekawej dla nas edycji Touru wystartowano z Serre Chevalier by po przebyciu przełęczy Izoard, Vars i Bonette zakończyć ściganie 16,5-kilometrowym podjazdem do stacji narciarskiej Isola 2000, położonej na wysokości 2010 m. n.p.m., niespełna 5 kilometrów przed graniczną przełęczą. Etap ten wygrał Szwajcar Toni Rominger przed Baskiem Miguelem Indurainem. Trzynaście sekund za nimi przyjechał Włoch Claudio Chiappucci, zaś piętnaście stracił nasz Zenon Jaskuła i Kolumbijczyk Alvaro Mejia.

W drogę ruszyłem o 11:20 przy temperaturze 31 stopni. Nigdy nie byłem entuzjastą takich upałów, a tym bardziej podczas jazdy na rowerze. Niemniej po dwóch tygodniach niemal przywykłem do takich warunków. Pierwsze minuty spędziłem jeszcze na głównej drodze Valle Stura czyli wspomnianej SS-21. Po przejechaniu 1300 metrów teoretycznie miałem dwie opcje do wyboru. Mogłem skręcić w prawo i na moście ponad Sturą rozpocząć 21-kilometrowy podjazd na Colle della Lombarda. Jak również kontynuować jazdę na wprost by po 31 łagodniejszych kilometrach dotrzeć na Colle della Maddalena. Przełęcz bywałą na Giro d’Italia, na której w 1949 roku Fausto Coppi rozpoczął swój legendarny rajd do Pinerolo. Zgodnie z planem skręciłem w prawo czyli na drogę prowincjonalną SP-255. Po łatwych 700 metrach dojechałem do wioski Pratolungo, jedynej większej osady na szlaku do granicy. Minąłem budynek tamtejszej szkoły podstawowej, a po przebyciu kilometra od wspomnianego mostu rozpocząłem prawdziwą wspinaczkę. Czekała mnie teraz bardzo gęsta seria serpentyn – w sumie 14 wiraży na dystansie półtora kilometra. Wszystko to na wąskiej i stromej dróżce, najpierw ukrytej w lesie, zaś następnie przechodzącej przez osadę Pua. Ten odcinek skończył się po przejechaniu 2,5 kilometra przy dawnym posterunku celnym. Chwilę później minąłem maryjną kapliczkę z napisem S.Anna, zaś w połowie czwartego kilometra zjazd ku osadzie Roviera. Droga w tym miejscu cały czas biegła wschodnią stroną doliny, niemal cały czas w cieniu drzew.

Po przejechaniu 4,2 kilometra minąłem wyrzeźbioną w pniu drzewa Fontannę Biskupa (Fontana del Vescovo) podobną do tej, którą Iwona uwieczniła na spacerze w Vinadio. Natomiast tuż przed znakiem oznaczającym koniec piątego kilometra stał samotny dom z szarego kamienia. Cały ten odcinek przejechałem na ambitnym przełożeniu 39-21, choć owe 5 kilometrów mimo łatwego początku miało średnie nachylenie 7,4 % i maksymalną stromiznę, która trzykrotnie przekroczyła 11 %. Dwa razy w końcówce piątego kilometra, co skłoniło mnie do wrzucenia trybu „24” na kilka kolejnych kilometrów. Na szóstym kilometrze przejechałem dwie pary wiraży, zaś w połowie siódmego przejechałem na zachodnią stronę Vallone di Sant’Anna. Tutaj droga wyjechała z cienia i zaczęła się piąć wśród skał na średnim poziomie bliskim 9 %. Nieco opuściła na początku dziewiątego kilometra przy samotnym domku i zjeździe ku Baraccone (km 8,2). Wzdłuż drogi od czasu pojawiały się sekretne znaki dla pieszych sugerujące im drogę ku sanktuarium zboczem góry w poprzek szosy wijącej się serpentynami na odcinku od kilometra 8,8 do 9,3. Nieco dalej minąłem głaz, który pielgrzymi zwykli ozdabiać kamieniami na pamiątkę marszu do Santuario di Sant’Anna. Chwilę później minąłem kolejną kapliczkę, tym razem poświęconą bohaterom I Wojny Światowej. Ciężki odcinek skończył się po przejechaniu 9,7 kilometra. Ogółem ta druga część podjazdu o długości 4700 metrów miała średnio 8,5 %. Chwilowa stromizna aż dziewięć razy skoczyła powyżej 10 %. Przekroczyła nawet 13 % w miejscu oddalonym 8,6 kilometra od mostu nad Sturą.

Na szczęście wraz z końcem dziesiątego kilometra zrobiło się luźniej. Przyszedł czas na znacznie łatwiejszy jedenasty kilometr i niemal płaski kilometr dwunasty. Na odcinku od km 10,8 do 11,9 nachylenie podjazdu ani na moment nie przekroczyło 5 %. Następnie droga przeszła z powrotem na lewy skraj doliny i przez kolejnych 500 metrów pięła się serpentynami przy stromiźnie dochodzącej do 10 %. Potem znów czekał mnie łatwiejszy odcinek aż do rozdroża, do którego dotarłem po przejechaniu 13,2 kilometra. Poprzedzający ten rozjazd odcinek 3500 metrów miał średnio 5 %. Na tym rozdrożu można było podjąć dwie decyzje. Jechać początkowo na wprost, zaś chwilę później w prawo by po 2400 metrach o średnim nachyleniu 8,1 % dotrzeć do wspomnianego sanktuarium. Natomiast chcąc dojechać na Colle della Lombarda trzeba było odbić w lewo ku Vallone d’Orgials i kontynuować jazdę po drodze SP-255 przestawiając się na nową numerację kilometrów. Stąd do przełęczy brakowało jeszcze 8 kilometrów. Pierwszy trzy na ogół ukryte w lesie i z przejazdem przez korytarz między skałami. Kręte i trudne z ładnymi widokami m.in. na Santuario di Sant’Anna. Potem jeszcze niespełna półtora kilometra w odsłoniętym terenie po stromych prostych, gdzie jeden ze znaków drogowych pokazał nachylenie 14 % co zmusiło mnie chwilowego odnowienia znajomości z trybem „24”. W sumie 4300 metrów od rozjazdu miało średnie nachylenie 8 % i max. 13 % w połowie szesnastego kilometra.

Na tym skończyły się najtrudniejsze fragmenty podjazdu. Byłem już na wysokości niemal 2200 metrów n.p.m. zaś do szczytu zostało tylko 3600 metrów o średnim nachyleniu 4,8 % i max. ledwie 9 %. Po przejechaniu 18,8 kilometra minąłem maleńkie Laghetto di Orgials, nad którym turyści korzystający z pięknej pogody robili sobie piknik. Mi pozostała już tylko szybka jazda wśród skał i alpejskiej łąki. Nie brakowało jeszcze śladów po przejeździe Touru np. napis „Hop Tschopp”. W końcówce używałem już głównie przełożenie 39-19, za wyjątkiem trudniejszych 250 metrów na około kilometr przed przełęczą. Wspinaczkę zakończyłem po przejechaniu 21,16 kilometra od mostku nad Sturą. Wobec przewyższenia 1469 metrów wzniesienie to miało zatem średnie nachylenie 6,94 %. Na zdobycie przełęczy potrzebowałem 1 godziny 22 minut i 39 sekund czyli jechałem z przeciętną prędkością 15,361 km/h, przy wyższym niż na Monviso i Faunierze wskaźniku VAM 1066 m/h. Na górze mimo sporej wysokości było wciąż bardzo ciepło – 28 stopni. Spotkałem tam dwóch młodych kolarzy-amatorów mego pokroju. Jeden z nich w charakterystycznej czerwonej koszulce z białym krzyżem dojechał na przełęcz niemal równocześnie ze mną, lecz od francuskiej strony. Zrobił mi zdjęcie przy tablicy wśród gęsto zaparkowanych samochodów. Okazał się Szwajcarem z kantonu Valais, będącym w długiej rowerowej podróży od Jeziora Genewskiego po Alpy Nadmorskie. Tego dnia wystartował z okolic przełęczy Saint-Martin i miał zamiar dotrzeć do Cuneo. Stamtąd chciał pociągiem przejechać do Aosty by przez Colle del Gran San Bernardo wrócić do swej ojczyzny. Na granicy podobnie jak dwa lata wcześniej na Colle dell’Agnello zaczął wariować telefon komórkowy. Otrzymałem w sumie cztery sms-y od swego operatora. Dwa na temat cen usług na terenie Francji i tyleż samo na temat Włoch.

Po długim zjeździe wróciłem do Vinadio dokładnie o czternastej przejechawszy 45 kilometrów o przewyższeniu co najmniej 1416 metrów. Dwie i pół godziny jazdy upał wyssał ze mnie sporą dawkę energii. Na szczęście nieopodal samochodu mogłem się schłodzić w strumieniach ze zraszacza oraz posilić się jedną z brzoskwiń zakupionych przez Iwonę na spacerze po Vinadio. Po chwili odpoczynku czekał nas  16-kilometrowy dojazd do Santuario di Sant’Anna. W przeważającej części pokrywający się z podjazdem na przełęcz Lombarda. Kręte odcinki na górskim szlaku wymagały ode mnie sporej ostrożności, zaś moją  dziewczynę kosztowały sporo nerwów. Droga niejednokrotnie była na tyle wąska, iż aby bezpiecznie wyminąć się z innym samochodem musieliśmy zatrzymać lub cofnąć w dogodniejsze miejsce. Sant’Anna leży na wysokości od 2010 do 2035 metrów n.p.m. i jest najwyżej położonym sanktuarium Europy. Jego budowę ukończono w 1681 roku. Jest otwarte dla zwiedzających od początku czerwca do końca września. Można tu nawet przenocować w jednym z trzech schronisk. My zatrzymaliśmy się jedynie na krótki spacer, zwiedzanie głównej świątyni oraz przy okazji na kawę i ciastko w tamtejszym barze. W kościele nawet podłoga szła w górę ku ołtarzowi. Na ścianach tej świątyni zawieszone były zdobione serca ze zdjęciami osób w różnym wieku. Nie wiem czy była to forma podziękowań za cudowne ocalenie czy też sposób upamiętnienia ofiar tragicznych wypadków. Wśród wszystkich obrazów wyróżniał się pamiątkowy szalik kibica uszyty w roku 1985 na finał Klubowego Pucharu Mistrzów Europy między Juventusem Turyn i FC Liverpool, rozegrany na brukselskim stadionie Heysel. Na przestrzeni wieków sanktuarium nie ominęła zawierucha Wielkiej Francuskiej Rewolucji czy II Wojny Światowej. Miał tu się zakończyć królewski etap Giro z 2001 roku – niestety stanęły temu na przeszkodzie wydarzenia z San Remo.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Lombarda została wyłączona

Colle dei Morti (Fauniera)

Autor: admin o 15. lipca 2010

Po środowej wspinaczce na Polanę Króla, w swym programie na czwartek miałem wyprawę na Przełęcz Umarłych. Nazwa tego miejsca jakby żywcem wzięta ze stron najsłynniejszej powieści J.R.R. Tolkiena. Moim wyzwaniem na dzień 15 lipca była Colle dei Morti (2481 metrów n.p.m.), w kolarskim światku znana lepiej jako Colle della Fauniera. Przełęcz wzięła swą nazwę od krwawej potyczki, którą w XVII wieku miejscowi stoczyli z wycofującymi się wojskami francuskimi. Z kolei Fauniera to tak naprawdę wierzchołek górski wznoszący się na wysokość 2511 m. n.p.m., położony dosłownie o rzut kamieniem od szosy, której budowę ukończono dopiero w 1992 roku. Na Colle dei Morti dotrzeć można na trzy sposoby, zależnie od tego którą dolinę wybierzemy sobie jako miejsce startowe. Od północy z początkiem w Ponte Marmora (Valle Maira). Od wschodu startując w Pradleves (Val Grana). Jak również od południowego-wschodu rozpoczynając wspinaczkę w Demonte (Valle Stura). Każdy z trzech wariantów ma długość przeszło 20 kilometrów i przewyższenie powyżej 1500 metrów. Jakby nie patrzeć jest to kolarska góra najwyższej kategorii. Pierwsza droga zmusza do przejazdu przez Colle d’Esischie (2370 m. n.p.m.), trzecia do minięcia Colle Valcavera (2416 m. n.p.m.). Opcja druga wiedzie wprost na Colle dei Morti. To właśnie ona jest najtrudniejsza i ona też gościła w ostatnich latach na trasie Giro d’Italia.

Począwszy od ostatniej dekady XX wieku podjazd ten znalazł się w programie Giro trzykrotnie, lecz tylko raz kolarze dotarli na Colle dei Morti. Dlaczego tak się stało? Ot zagadka z dziedziny najnowszej historii naszego sportu jak i kolarskiej geografii. Przełęcz sforsowano tylko w 1999 roku na czternastym etapie z Bra do Borgo San Dalmazzo. Na premii górskiej jako pierwszy spośród trzech wczesnych uciekinierów pojawił się Gabriele Missaglia. Za ich plecami niedościgniony Marco Pantani zdystansował swych rywali o co najmniej minutę. Jednak na zjazdach ku Demonte faworyci zjechali się, po czym do kontrataku przeszedł Paolo Savoldelli. „Sokół” powiększył swą przewagę na Madonna del Colletto i wygrał ten odcinek z zapasem 1:47 nad Pantanim, Danielem Clavero i Gottim oraz 3:28 nad kolejną grupką zawodników, którą przyprowadził Richard Virenque. Był w niej też Laurent Jalabert, któremu Pantani odebrał koszulkę lidera. Dwa lata później podjazd ten widniał w programie królewskiego, 230-kilometrowego etapu osiemnastego z Imperii do Santuario di Sant’Anna. Jednak dzień wcześniej policja zrobiła wieczorny nalot na hotele w San Remo i po trwających do rana przeszukaniach, przesłuchaniach oraz protestach organizatorzy zdecydowali się zrezygnować z rozegrania etapu. Natomiast w 2003 roku na etapie osiemnastym z Santuario di Vicoforte do Chianale co prawda wspinano się doliną Val Grana, lecz „tylko” do poziomu Colle d’Esischie. Następnie trzeba było pokonać przełęcz Sampeyre i finał będący dolną połówką podjazdu pod Colle d’Agnello. O ironio losu odcinek ten wygrał Dario Frigo, anty-bohater nocnych wydarzeń z Giro anno domini 2001.

Od tego czasu wielkie Giro nie zaglądało w to miejsce. Jednak niespełna trzy tygodnie po mojej wizycie, na Colle dei Morti finiszowali młodzieżowcy na mecie czwartego etapu Giro delle Valli Cuneesi. Odcinek ten jak i całą pięciodniową etapówkę wygrał 21-letni Antonio Santoro, który dzięki temu podpisał swój pierwszy kontrakt zawodowy, z grupą Androni Giocattoli. W wyścigu tym jechał też Rafał Majka, który na królewskim etapie był jedenasty, zaś w „generalce” trzynasty. Do Pradleves miałem ledwie 23-kilometrowy dojazd. Sprzed Ca d’Abel wyjechałem kwadrans przed dziesiątą. Jechałem najpierw drogą SP-422 ku Caraglio, a później w głąb doliny Val Grana po drodze SP-112. Mimo chwil niepewności na wyjeździe z Cerialdo zabrało mi to niespełna 40 minut. Zaparkowałem na Piazza Roma w bezpośrednim sąsiedztwie ratusza z wieżą oraz kościoła San Ponzio. O wpół do jedenastej byłem gotów na podjęcie walki z własnymi słabościami i standardowym w tych stronach 30-stopniowym upałem. Jednak moim głównym przeciwnikiem miał być najwyższy, największy i najtrudniejszy podjazd w całym lipcowym „menu”. Najwyższy pod względem wysokości bezwzględnej, największy z uwagi na przewyższenie oraz najtrudniejszy według strony internetowej „archivio salite”, acz np. autorzy „Passi e Valli in Bicicletta” dali tej górze jako ocenę tylko „cztery z plusem”. W konkursie obejmującym 21 lipcowych wzniesień Colle dei Morti zgarnęło główną nagrodę w trzech z pięciu kategorii. Na marginesie dodam, że najdłuższy w tym gronie był podjazd do Breuil-Cervinia, zaś najbardziej stroma wspinaczka pod San Carlo.

Po starcie na starówce przez trzysta metrów zjeżdżałem po ulicy Via 4 Novembre aby po minięciu hoteliku Albergo Castello, przejechać pierwszy z serii czekających mnie mostów nad Graną i dojechać do drogi prowincjonalnej SP-112. Dopiero w tym momencie włączyłem licznik. Po chwili znów byłem na moście i wróciłem na lewy brzeg rzeczki. Po przejechaniu przeszło kilometra, na wylocie z Pradleves minąłem sporych rozmiarów tablicę z wszelkimi danymi wzniesienia. To miejsce służy amatorom kolarstwa jako punkt startowy do pomiaru swego czasu na tej górze. Według podanych w tym miejscu informacji do przełęczy miałem jeszcze 20,93 kilometra. Początkowe kilometry były bardzo łatwe i cały czas prowadziły wzdłuż rzeki. Trzykrotnie przejechałem nad jej bystrym nurtem. W połowie trzeciego kilometra minąłem zjazd ku osadzie Scaletta. Pierwsze 4350 metrów miało średnie nachylenie ledwie 2,5 %, przy niewygórowanym max. 5 %. Druga faza tego wzniesienia czyli 3700 metrów przy średnim nachyleniu 7 % i max. ponad 11 % była już na tyle trudna, że zmieniłem przełożenie z początkowego 39-19 na 39-21. Niemniej to wciąż nie była jeszcze prawdziwa Fauniera. To miało się zmienić po minięciu wioski Campomolino i wjechaniu na drogę prowincjonalną SP-333. Dwujęzyczna tablica drogowa i napis na budynku magistratu „Comune de Castelmanh” świadczył o tym, że w Val Grana podobnie jak w Dolinie Górnego Padu mówi się po okcytańsku.

Za Campomolino zaczęły się prawdziwe schody. Jakby na potwierdzenie tej jakościowej zmiany na przydrożnych tabliczkach odliczanie kilometrów zaczęło się od nowa. Czas było skorzystać z trybu „24”. Miałem nadzieję trzymać się go jak najdłużej. Jakieś 1300 metrów za Campomolino wślizgnąłem się na chwilę pod dach galerii chroniącej drogę różnorakimi osuwiskami. Kilometr dalej dojrzałem tabliczkę, która alarmowała, iż w zakręcie „Gino Bartali” stromizna liczy sobie aż 13,77 %. To mnie jeszcze nie złamało, ale po kolejnych siedmiuset metrach tuż przed kapliczka San Bernardo da Mentone podobny znak ostrzegał, iż najbliższy odcinek ma 15 %. Uznałem, że nie warto „kopać się z koniem” i postanowiłem przetrzymać najtrudniejsze momenty podjazdu na najluźniejszym dostępnym mi przełożeniu czyli 39-27. Odcinek 3400 metrów od Campomolino do osady Chiotti miał średnio 9,7 % przy maksymalnej stromiźnie sięgającej 16 %, za pierwszym razem po przejechaniu 10,76 i ponownie po 11,13 kilometra. Za Chiotti było już troszkę łatwiej, choć to słowo raczej nie na miejscu w tym terenie. Minąłem domek z kamienia należący do producentów lokalnego sera, a nieco dalej kościół pod wezwaniem św. Anny. Zakręt „Fausto Coppi” w połowie trzynastego kilometra miał niemal przyjazne nachylenie 10,04 %. Na podobnym poziomie stromizna trzymała do położonego na wysokości 1730 metrów n.p.m. sanktuarium. Odcinek 2500 metrów z Chiotti do Santuario di San Magno miał średnio 9,6 % przy max. 14 %.

Pół kilometra za tą świątynią minąłem schronisko „Tana della Marmotta” i w końcu mogłem złapać nieco oddechu. W środkowej części piętnastego kilometra nachylenie na przeszło 500 metrów spadło poniżej 5 %. Było lekko i miło, ale po minucie się skończyło. Do pokonania pozostało mi 7,5 kilometra pośród alpejskiej łąki. Droga biegła tu częściej zboczem góry po lekko zakrzywionych prostych niż na typowych serpentyn. Na początku osiemnastego kilometra napotkałem zbiorowisko głazów, tuż przed mostkiem nad niewielkim strumykiem. Odcinek 3400 metrów od Santuario di San Magno do owej przeprawy miał średnio 7,9 % przy kolejnym max. 14 %. Do szczytu brakowało jeszcze prawie pięciu kilometrów. Półtora kilometra dalej dojechałem do kilku zabudowań, fragmentu zniszczonego asfaltu i zasuszonych pozostałości po wypasie bydła w miejscu zwanym Gias Fauniera. Brązowa tabliczka tym razem informowała o stromiźnie 11,69 %. Wyżej minąłem jeszcze wojskowy hangar z dzikim boiskiem do siatkówki oraz kompozycje z kamieni w kształcie godła Piemontu. Dwa i pół kilometra przed finałem dogoniłem dzielną kolarkę i chwilę później oglądającego się za nią szosowca. Dokładnie 1400 metrów przed szczytem minąłem rozjazd Valle Stura (prosto) / Valle Maira (w prawo). W tym miejscu uczestnicy Giro 2003 z jadącym w ucieczce Darkiem Baranowskim skręcali ku linii premii górskiej na Colle d’Esischie. Na ostatnim kilometrze minąłem jeszcze parę kolarzy górskich, którzy zważywszy na zrytą nawierzchnie drogi mogli się czuć niemal jak na własnym terenie. Końcowe 4900 metrów miało średnio 9,1 % przy max. znów 14 %.

Zatrzymałem się przy dużej tablicy i końcowym punkcie pomiaru czasu. Do tego miejsca przejechałem 22,25 kilometra o przewyższeniu co najmniej 1659 metrów i średnim nachyleniu 7,45 %. Jeśli zawierzyć „google.maps” to amplituda tego podjazdu wyniosła nawet 1670 metrów. Niemniej to szczegół przy tej skali. Ze statystycznego obowiązku dodam, iż jechałem z przeciętną prędkością 13,372 km/h przy stosunkowo niskim VAM 997 m/h. Jeśli zaś wierzyć w licznikowy pomiar mocy to przez blisko sto minut miałem średnią 262 watów. Na szczycie mimo wysokości bliskiej naszym Rysom i porywistego wiatru było aż 26 stopni ciepła. Ze strony Colle Valcavera nadjechało dwóch włoskich amatorów. Jeden miał dobrze po pięćdziesiątce, drugi był o połowę młodszy. Kilka minut z nimi porozmawiałem. Starszy jegomość zaoferował, że zrobi mi zdjęcie pod pomnikiem „Pirata” z Cesenatico. Na początku zjazdu skręciłem jeszcze na chwilę w lewo by zobaczyć Colle d’Esischie. W 2007 roku przy okazji dwudziestej edycji amatorskiego maratonu La Fausto Coppi w jeden z kamieni wmurowano tu pamiątkową tablicę. Przyznam, iż zjeżdżałem z duszą na ramieniu. Na górze stwierdziłem bowiem, że tylna opona po środowych kamieniach na Pian del Re jest już nieźle przetarta i grozi przebiciem. Modliłem się po cichu by przetrwała do samego dołu. Udało się. Cało i zdrowo, a przede wszystkim na rowerze, a nie na piechotę około wpół do drugiej dotarłem na Piazza Roma w Pradleves. Przejechałem tylko 45,5 kilometra, ale z przewyższeniem 1614 metrów według jak zwykle „pesymistycznego” licznika. Podczas powrotu do Cerialdo w okolicy wioski Valgrana minąłem moich znajomych z Colle dei Morti.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Colle dei Morti (Fauniera) została wyłączona

Pian del Re (Monviso)

Autor: admin o 14. lipca 2010

W ostatnich dniach lipcowej wyprawy moją obowiązkową lekturą stała się kolejna książeczka z nieocenionej serii wydawniczej „Passi e Valli in Bicicletta”. Mianowicie niebieski tomik „Piemonte-2, Provincia di Cuneo, Versante Occidentale”, w którym zebrano opisy aż 53 kolarskich wzniesień z tych okolic. Pogrupowano je wedle kryterium geograficznego na sześć rozdziałów od L’Alta Valle del Po (Doliny Górnego Padu) na północy po Val Gesso i Val Vermenagna na południu. Cele moich rowerowych ekspedycji znajdowały się w pierwszym, czwartym, piątym i szóstym koszyku. Zgodnie z planem zacząłem swoje zwiedzanie od północy czyli wzniesienia Monviso – Pian del Re (2020 metrów n.p.m.). Znalazło się ono dwukrotnie w programie Giro d’Italia na początku lat dziewięćdziesiątych. W annałach Giro wydarzeń tych należy szukać pod hasłem „Monviso”, choć pod tą nazwą kryje się de facto wysoka na 3841 metrów n.p.m. najwyższa góra w paśmie Alp Kotyjskich. Niemniej miejscem do którego dociera szosa jest Pian del Re, górska polana położona ledwie 250 metrów od źródeł Padu, najdłuższej z włoskich rzek. Skąd królewska nazwa? Otóż ponoć właśnie w tym miejscu ćwiczył swe wojska podczas inwazji na Piemont w latach 30. XVI wieku król Francji Franciszek I Walezy, szykujący się do kolejnego etapu wojny ze słynnym cesarzem Karolem V Habsburgiem.

Uczestnicy Giro zajrzeli tu rok po roku, w latach 1991 i 1992. Pomimo wysokiej skali trudności tego wzniesienia różnice na mecie między czołowymi kolarzami były nieduże. Poniekąd dlatego, że finałowy podjazd nie był poprzedzony żadnymi premiami górskimi mogącymi zmiękczyć nogi uczestników tych edycji. Za pierwszym razem na 182-kilometrowym etapie ze startem w liguryjskiej Savonie triumfował Massimiliano Lelli, który o trzy sekundy wyprzedził trójkę: Jean-Francois Bernard, Franco Chioccioli (lider) i Marino Lejarreta oraz o 38 sekund Claudio Chiappucciego i Erica Boyera. Rok później kończył się tu 200-kilometrowy odcinek z początkiem w Vercelli we wschodnim Piemoncie. Znów w głównej roli wystąpił faworyt gospodarzy. Tym razem Marco Giovanetti, który na szczyt dotarł z przewagą 9 sekund nad Lellim. Podobnie jak rok wcześniej lider zawodów kontrolował przebieg wydarzeń docierając na metę na trzeciej pozycji. Był nim Miguel Indurain, który ze stratą 19 sekund przyprowadził grupkę kolarzy, w której byli też: Chiappucci, Franco Vona i Andy Hampsten. Czołowa „10-tka” tego etapu zmieściła się w ledwie 43 sekundach. Sądząc z tego co ujrzałem na ostatnich 9 kilometrach wzniesienia wielkie Giro nieprędko wróci w te strony. Aczkolwiek leżące za półmetkiem podjazdu Crissolo gościło w 2007 roku jeden z etapów młodzieżowego wyścigu Giro delle Valli Cuneesi.

Według książkowej informacji podjazd na Pian del Re należało zacząć nie w Calcinere, jak podawał mój profil, lecz w położonym przeszło sto metrów niżej 3-tysięcznym miasteczku Paesana. Aby tam dotrzeć musiałem przejechać 53 kilometry po drogach: SR-589 i SS-662. Wyjechałem sam startując z Cerialdo około wpół do dziesiątej. Za Buską zatankowałem samochód, na co był już czas po długim wtorkowym transferze. W Saluzzo skręciłem na zachód by przez Revello i Sanfront dotrzeć do Paesany. Nie dojechałem jednak do centrum tego miasteczka. Zatrzymałem się w strefie piknikowej przy via Roma, tuż za mostkiem nad młodziutkim jeszcze Padem. Jadąc w górę doliny znalazłem się w strefie lingua d’oc. Język okcytański jest najbliżej spokrewniony z  katalońskim i ma sześć dialektów: gaskoński, limuzyjski, owerniacki, langwedocki, prowansalski i vivaroalpejski. W średniowieczu był głównym językiem południowej Francji. Dziś włada nim tylko 3,3 miliona ludzi na terenie południowej Francji, kilkunastu dolin zachodniego Piemontu i Ligurii oraz w autonomicznej Val d’Aran (Vielha) po hiszpańskiej stronie Pirenejów. Ruszyłem ku nowej przygodzie kwadrans przed jedenastą przy temperaturze 30 stopni. Po niespełna 600 metrach dojechałem do ronda u zbiegu wychodzącej z miasteczka ulicy Via Nazionale oraz wiodącej ku Crissolo drogi prowincjonalnej SP-26, zwanej tu Via Pian Croesio.

W tym miejscu na wysokości 600 metrów n.p.m. zacząłem zrazu delikatny podjazd. Po chwili dojechałem do profesjonalnie wyglądającego młodego gościa zastanawiając się jak długo się z nim utrzymam. Na wysokości Eraski (1,1 km) mój przewodnik wziął jednak zakręt w lewo. Skręciłem za nim jako za miejscowym, ale tknięty przeczuciem zapytałem czy jedzie na Monviso. Okazało się, że wybrał on łatwiejszy 13-kilometrowy podjazd pod Pian Mune (1532 m. n.p.m.). Czym prędzej więc zawróciłem aby kontynuować jazdę w górę po SP-26. Przez pierwsze cztery kilometry wobec niewielkiej stromizny kręciłem na przełożeniu 39-19. Pominięty na internetowym profilu dojazd do Calcinere miał 3500 metrów o średnim nachyleniu 3,2 % i max. powyżej 6 %. Odcinek w sam raz na rozgrzewkę. Niemniej już za tą wioską trafiłem na długą i coraz bardziej stromą prostą, która skłoniła mnie do wrzucenia trybu „21”. W połowie piątego kilometra, który trzymał na poziomie ponad 7 % wjechałem w las, zaś droga stała się bardziej kręta. Równie wymagający był siódmy kilometr, na którym minąłem zjazd ku Oncino (6,3 km), a za nim parę klasycznych serpentyn. Niemniej aż do zjazdu ku Ciampetti (8,4 km) jechało mi się całkiem przyjemnie. Druga faza wzniesienia o długości 4900 metrów miała już całkiem przyzwoite średnie nachylenie 6,2 % i maximum ponad 11 % na wspomnianej prostej po przejechaniu 4,2 kilometra od ronda przed Paesaną.

Na tym jednak skończyły się uprzejmości. Prawdę mówiąc spodziewałem się cięższego wyzwania dopiero po minięciu Crissolo. Tymczasem już ponad trzykilometrowy odcinek przed tą miejscowością zmusił mnie do dużego wysiłku i sprawił, że miałem chwile zwątpienia we własne możliwości. Cały dziewiąty kilometr trzymał na poziomie 8,3 %, zaś dziesiąty podkręcił śrubę aż do 9,3 %. Nic dziwnego, że byłem już nieźle zdyszany gdy przejechawszy 9,7 kilometra minąłem zjazd ku Ostanie. Tymczasem do szczytu brakowało mi aż 11 kilometrów. Tablica przed wjazdem do Crissolo witała w krainie d’Oc, miejscu narodzin Padu pod zboczem Monviso. W miasteczku tym kończyła swój bieg droga SP-26. Liczący sobie 3400 metrów odcinek od bivio Ciampetti miał średnio 8,5 % i dwukrotny max. około 13 % w drugiej połowie dziesiątego kilometra. Na głównej ulicy Crissolo mogłem w końcu złapać głębszy oddech. Po prawej ręce mignął mi ładniutki kościółek San Rocco, zaś po lewej stronie hałasowały rwące jeszcze wody Padu. Skupić się jednak musiałem na znalezieniu drogi ku Pian del Re. Przejechałem Via Lungo Po i znalazłem się na Piazza Duca Abruzzi. Asfaltowa droga na wprost zdawała się ślepą uliczką. Wszelkie znaki przy drodze wskazały na to, iż chcąc dojechać na Pian del Re trzeba skręcić w prawo między dwoma budynkami. Szkopuł w tym, iż droga z asfaltowej stała się kamienista, a przy tym bardziej stroma niż we wiosce. Bojąc się upadku i defektu większość kolejnych 300 metrów przeszedłem szybkim krokiem.

Dopiero gdy dojrzałem kolejny fragment asfaltu ponownie wskoczyłem na rower. Po tej odrobinie przełaju czekała mnie jazda węższą, lecz przez przeszło kilometr niezbyt stromą drogą Po czterystu metrach wziąłem wiraż, mijając zjazd w lewo ku San Chiaffredo (12,7 km). Przyjemniejszy odcinek skończył się za osadą Serre (13,6 km). Wedle przydrożnej tablicy kolejny kilometr miał trzymać na poziomie powyżej 10,3 %, choć bliższa prawdy była raczej moja książka zapowiadająca tu stromiznę 8,5 %. Tak czy owak było ciężko, zaś stromizna skończyła się przed Serre Uberto (14,9 km). Jeszcze przed tą osadą w jednym z wiraży ujrzałem na murze hasło separatystów z Ligi Północnej czyli „Padania Stato Libero”. Przy przejeździe przez Serre Uberto natrafiłem na kolejny odcinek kamieni. Tym razem jednak tylko stumetrowy i na prawie płaskim odcinku, więc wziąłem go z rozpędu, acz wybierając sobie możliwie najbezpieczniejszy szlak przeprawy przez tą terenową pułapkę. Szybko wróciłem na twardszy grunt, lecz z wraz z nim wróciła spora stromizna. Szesnasty i siedemnasty kilometr na dojeździe do bazy turystycznej Pian della Regina (17,2 km – 1733 m. n.p.m.) miały mieć średnio: 8,4 % i 9,2 %. Ogółem odcinek 5400 metrów od centrum Crissolo po Polanę Królowej, będącą punktem startu do górskich wędrówek miał średnio 7,1 % przy dwukrotnym max. na poziomie 13 % w samej końcówce szesnastego i początku siedemnastego kilometra.

Do pokonania zostało mi jeszcze 3500 metrów o średnim nachyleniu 7,9 % i max. powyżej 12 % dwieście metrów za Pian della Regina. W zasadzie niespełna trzy ciężkie kilometry stromymi serpentynami i zboczem góry wśród alpejskiej łąki. Krajobraz wydał mi się podobny do widzianego przed dwoma laty na pobliskim gigancie Coll dell’Agnello. Trudny odcinek skończył się siedemset metrów przed Pian del Re. W końcówce stromizna nie wychylała się już ponad 7 %. Minąłem otwartą na oścież bramę oraz przedarłem się przez jeszcze jeden około stumetrowy odcinek kamieni. Zatrzymałem się przy punkcie pomiaru czasu jaki widziałem wcześniej na San Carlo. Na Pian del Re stoi schronisko i kilka pomniejszych budynków. Mimo pochmurnej aury nie brakowało turystów tak zmotoryzowanych jak i pieszych, wśród których najgłośniejsza była anglosaska młodzież. Spotkałem też grupkę amatorów kolarstwa starszej daty tzn. pięciu dżentelmenów i jedną białogłowę. W dole po lewej małe strumyki jednoczyły swe siły tworząc zalążek Padu, który po 652 kilometrach kończy swój bieg w Adriatyku. Ja zaś pokonałem 20,75 kilometra przy przewyższeniu 1420 metrów i średnim nachyleniu 6,84 %. Wspinałem się tym razem przez 1 godzinę 23 minuty i 2 sekundy, z przeciętną prędkością 14,993 km/h i VAM 1026 m/h. Gdyby nie zmyłka na dole i kamienie za Crissolo urwałbym pewnie z tego czasu jakąś minutkę. Nie da się jednak ukryć, że szczyt formy miałem już za sobą.

Na zjeździe początkowo krętym, więc i spokojnym, mogłem się nieco rozbujać na dłuższych i szerszych prostych za Crissolo. Wyjazdowego rekordu z San Carlo nie pobiłem, lecz dobiłem do poziomu 68 km/h. Na dojeździe do Paesany wcześniej zjechałem z SP-26 dzięki czemu przez via Monviso mogłem dotrzeć do centrum tego miasteczka, wiernego mowie swych przodków. Zrobiłem jeszcze zdjęcie kościoła św. Marii oraz uroczej kapliczki z religijnymi malowidłami po czym zawinąłem się do samochodu. Jazdę zakończyłem o godzinie 13:20 po przejechaniu tylko 42,4 kilometra o przewyższeniu co najmniej 1340 metrów. Tym samym około wpół do trzeciej po południu byłem w Cerialdo. Jakby nie patrzeć na zdobycie tej cennej góry do swej kolekcji mimo skromnego rowerowego przebiegu potrzebowałem aż pięciu godzin. Całe szczęście, że Iwona potrafiła znieść tego rodzaju szaleństwa.  Na późne popołudnie zaplanowałem wspólną wycieczkę do Mondovi, leżącego niespełna 30 kilometrów na wschód od Cuneo. Pierwsze wzmianki o tej miejscowości sięgają roku 1198. Ciekawostką jest fakt, iż w XVI wieku było ono największym miastem całego Piemontu i siedzibą pierwszego w tym regionie uniwersytetu. Po dojechaniu na miejsce zaparkowaliśmy nad rzeką przy Piazza Ellero. Szybko zadbaliśmy o zakupy spożywcze na kolejne dni, po czym mieliśmy się wybrać do Piazza. To znaczy położonej na wzgórzu Monte Regale najstarszej z siedmiu dzielnic tego miasta. Niemniej zamiast podjechać tam samochodem i zaparkować przy Piazza d’Armi zafundowałem nam dwu i półkilometrowy marsz przez via Sant’Agostino i Via Nino Carboneri serpentynami na miarę kolarskiej premii górskiej. Towarzyszył nam przy tym 30-stopniowy upał, więc po takiej zaprawie byliśmy już mocno „ugotowani”. Zabrakło nam sił jak i czasu na godną tego miejsca spokojną przechadzkę.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Pian del Re (Monviso) została wyłączona

Sestriere x 2

Autor: admin o 13. lipca 2010

Po wyjeździe z Doliny Aosty moim ostatnim terenem łowieckim podczas dwutygodniowego pobytu we Włoszech miały być górskie drogi w zachodniej części Piemontu. Z najważniejszych kolarskich gór tego regionu poznałem jak dotąd tylko: Pratonevoso, Colle dell’Agnello i Colle di Sampeyre. Do tej krótkiej listy chciałem jeszcze dodać pięć skalpów dużej wartości. Moimi celami były: Colle del Sestriere, Monviso – Pian del Re, Colle della Fauniera, Colle della Lombarda i Colle di Tenda. Planując podróż na miejsce noclegowe bez wahania wybrałem Ca d’Abel na przedmieściach Cuneo. To znaczy gościnę u poznanych przed dwoma laty Franki i Giacomo Marchisio. Miejsce to było dobrą bazą wypadową do niemal każdego z wybranych przeze mnie wzniesień. Wyjątkiem w tym gronie było położone poza prowincją Cuneo czyli za daleko na północ Sestriere. Do tej słynnej stacji narciarskiej najrozsądniej było zajrzeć podczas naszego wtorkowego transferu z Nus do Cerialdo. Dlatego też całą podróż samochodem podzieliliśmy na dwie części. Pierwsza miała się skończyć w miasteczku Perosa Argentina leżącym w dolnej części doliny Val Chisone. Jak zwykle wzorowo zorganizowani wyruszyliśmy z La Vieux Sapin około dziewiątej rano. Tym razem darowaliśmy sobie podziwianie górskiej z drogi krajowej SS-26 i od razu wjechaliśmy na autostradę A-5. Po niespełna 40 kilometrach wyjechaliśmy z regionu Aosty. Na wysokości Settimo Torinese przeskoczyliśmy na autostradę A-55, aby od zachodu ominąć blisko dwumilionową aglomerację Turynu. Zjechaliśmy z niej przed Pinerolo, aby po drodze regionalnej SR-23 ruszyć w górę Val Chisone do wspomnianej Perosy.

Colle delle Sestriere (2035 metrów m. p..m.) to cała historia wyścigu Dookoła Włoch, choć tylko pięć razy w wybudowanej na tej przełęczy stacji narciarskiej wyznaczono etapową metę Giro d’Italia. Poza tym zachodnie oblicze tej góry zapisało też kilka ładnych kart w bogatych dziejach wyścigu Dookoła Francji. Sestriere pojawiła się na Giro jeszcze zanim w pierwszej połowie lat trzydziestych szef FIATA-a Giovanni Agnelli zaczął tu stawiać hotele budując mekkę dla miłośników narciarstwa alpejskiego. Właśnie tej górze należy się tytuł pierwszej poważnej góry w historii Giro. Pojawiła się ona w swej wschodniej wersji ze startem w Pinerolo na piątym etapie GdI z 1911 roku. Liczący 302 kilometry odcinek z Mondovi’ do Turynu wygrał Francuz Lucien Petit-Breton, acz pierwszy na przełęczy był bolończyk Ezio Corlaita. Trzy lata później organizatorzy Giro znęcali się nad kolarzami. Zafundowali im pięć ponad 400-kilometrowych odcinków, w tym „na dzień dobry” 468 km z Mediolanu do Cuneo, z przejazdem przez Sestriere od strony północno-zachodniej czyli ze startem w Val di Susa i końcówką od Cesana Torinese. Na górę jako pierwszy wjechał Angelo Gremo, który wygrał ten etap po przeszło 17 godzinach mordęgi. Nic dziwnego, że przy tak ekstremalnym programie cały wyścig ukończyło tylko 8 spośród 81 jego uczestników! Zachodnia wersja wzniesienia pojawiła się też na legendarnym etapie siedemnastym z 1949 roku. Tego dnia na 254-kilometrowym odcinku z Cuneo do Pinerolo wielki Fausto Coppi zaatakował już na granicznej Colle della Maddalena. Po 190 kilometrach samotnej szarży przez trzy francuskie przełęcze: Vars, Izoard i Montgenevre oraz Sestriere wygrał etap z przewagą blisko dwunastu minut nad Gino Bartalim i ponad dziewiętnastu nad kolejnymi zawodnikami. Tyleż legend z heroicznych czasów kolarstwa, w których Sestriere pojawiała się jedynie jako ważny przystanek na drodze do etapowego sukcesu.

Po raz pierwszy w roli etapowego gospodarza stacja ta na Giro wystąpiła dopiero w 1991 roku. Na 192-kilometrowym odcinku z Savigliano trzeba było dwukrotnie pokonać zachodni podjazd pod Sestriere. Ostatnie słowo należało wówczas do Hiszpana Eduardo Chozasa. Dwa lata później podjeżdżano od wschodu na 55-kilometrowej górskiej czasówce ze startem w Pinerolo. Ten maratoński jak na współczesne czasy etap prawdy wygrał Bask Miguel Indurain, z którym tylko o 45 sekund przegrał rosyjski Łotysz Piotr Ugriumow. Nasz Zenon Jaskuła był w tej próbie czwarty tracąc 2:48. W 1994 roku kolarze znów musieli podjeżdżać do Sestriere dwukrotnie od strony zachodniej. Najszybciej odcinek 121 kilometrów ze startem we francuskim Les Deux Alpes pokonał późniejszy mistrz olimpijski z Atlanty czyli Szwajcar Pascal Richard. Od zachodu podjeżdżano też w ramach 34-kilometrowej czasówki ze startem we francuskim mieście Briancon. Jako jedyny barierę godziny na trasie z przejazdem przez Montgenevre złamał w tej próbie Czech Jan Hruska. Jednak najistotniejszy był fakt, iż Stefano Garzellli zdystansował wielodniowego lidera Francesco Casagrande o blisko dwie minuty i zdobył tym sposobem różową koszulkę w przeddzień zakończenia wyścigu. Jako ostatni z sukcesu w Sestriere cieszył się w 2005 roku Wenezuelczyk Jose Rujano. Na kolejnym 190-kilometrowym etapie z Savigliano znów trzeba było podjechać do tej stacji dwukrotnie, ale tym razem od wschodu. Za pierwszym w całości, zaś drugim od poziomu wioski Pourrieres. Natomiast pomiędzy oboma podjazdami czekała jeszcze na kolarzy w sporej części szutrowa wspinaczka pod Colle delle Finestre. Na stulecie znajomości bardzo podobną końcówkę ma mieć przedostatni etap Giro 2011.

Na trasie „Wielkiej Pętli” podjazd do Sestriere pojawił się sześciokrotnie i co naturalne, zawsze w swym zachodnim wariancie. Po raz pierwszy w 1952 roku na 182-kilometrowym etapie z Bourg d’Oisans przez przełęcze: Croix de Fer, Telegraphe, Galibier i Montgenevre. Fausto Coppi wywalczył żółty trykot lidera na zboczach L’Alpe d’Huez, zaś po dniu przerwy przypieczętował swój triumf na etapie do Sestriere. Zaatakował na Galibier i dotarł do mety z przewagą ponad siedmiu minut nad Hiszpanem Bernardo Ruizem oraz dziewięciu i pół nad Belgiem Stanem Ockersem. Na kolejny finał w tym miejscu Tour czekał równo czterdzieści lat. W międzyczasie przemknął przez tą przełęcz w latach 1956 i 1966 na etapach z Gap i Briancon do Turynu. Na premii górskiej triumfowali znakomici górale Luksemburczyk Charly Gaul i Hiszpan Julio Jimenez, lecz na finiszu w stolicy Piemontu triumfowali szybcy Włosi: Nino Defilippis i Franco Bitossi. W 1992 roku na maratońskim dystansie 254,5 kilometra ze startem Saint-Gervais trzeba było pokonać przełęcze: Saisies, Roselend, Iseran, Mont Cenis i na koniec północno-zachodni wariant podjazdu pod Sestriere. Włoch Claudio Chiappucci wygrał wszystkie premie górskie, od połowy trzeciego podjazdu jechał sam i przetrwał pościg głównego faworyta wyścigu czyli Induraina oraz mistrza świata Gianniego Bugno. Na mecie „Il Diablo” o ponad półtorej minuty wyprzedził swego rodaka Franko Vonę. W 1996 roku wobec śniegu na przełęczach Iseran i Galibier start etapu przeniesiono z Val d’Isere do Les Monetier les Bains. Niemniej 46 kilometrów przez przełęcz Montgenevre i tak wystarczyło do zmiany lidera. Duńczyk Bjarne Riis wygrał po solowej akcji i odebrał prowadzenie Rosjaninowi Jewgienijowi Bierzinowi. Pogoda była nieco lepsza w 1999 roku gdy 213-kilometrowy etap ze startem w Le Grand Bornand i przejazdem przez Tamie, Telegraphe, Galibier i Montgenevre wygrał Lance Armstrong.

Ze względu na tak bogatą kolarską historię tej stacji narciarskiej zależało mi na zdobyciu Sestriere od obu stron. Nie chciałem jednak porzucać swej niewiasty na długie godziny. Postanowiłem ograniczyć swój rowerowy wypad do 60 kilometrów czyli dwóch podjazdów i krótkiego zjazdu z Sestriere do Cesana Torinese. Aby zyskać na czasie umówiliśmy się, że Iwona ruszy autem w górę Val Chisone i poczeka na mnie w Sestriere, skąd rozpoczniemy drugą część naszego transferu do Cerialdo. Ponieważ zatrzymaliśmy się na parkingu przy ulicy via 28 Aprile wystartowałem z miejsca około dwudziestu metrów wyżej niż początek przyjęty na profilu wzniesienia. Ruszyłem kwadrans po jedenastej przy 31 stopniach ciepła. Jadąc po via Nazionale alias SR-23 co chwila mijałem jakąś wioskę by na pierwszych dziesięciu kilometrach wymienić tylko: Meano (3,1 km), Castel del Bosco (7,3 km) i Villaretto (9,6 km). Pierwsza ćwiartka wzniesienia czyli odcinek z Perosy do Villaretto miała średnie nachylenie 3,7 % i max. ledwie 7 %. Jechałem na przełożeniu 39-19 z przeciętną prędkością 22,6 km/h. Po przejechaniu 13,7 kilometra minałem Depot, dokąd dociera jeden ze zjazdów z przełęczy Colle delle Finestre. Niespełna dwa kilometry później byłem już na przedpolu Fenestrelle. Militarne słownictwo jest tu jak najbardziej na miejscu, gdyż nad miejscowością góruje trzykilometrowej długości kompleks trzech fortów z XVIII wieku, który Królowi Sabaudii służył do obrony przed Francuzami. Ta konstrukcja wybudowana na zboczu o różnicy wzniesień 600 metrów jest tak ogromna, iż zyskała sobie przydomek „wielki mur Piemontu”. Wjeżdżając do tego miasteczka trafiłem na krótki odcinek prowadzący po kostce z dwoma klasycznymi wirażami. Opuszczając Fenestrelle miałem za sobą 16,5 kilometra. Druga część podjazdu o długości 6,9 kilometra miała zaś średnie nachylenie 3 % i max. 7 %. Ten odcinek przejechałem w tempie 23,8 km/h.

Zaraz za Fenestrelle zaczęła się najbardziej wymagająca faza tego wzniesienia czyli 2,5 kilometry wiodące do zjazdu na Usseaux. Trzeba tu było też przejechać przez 700-metrowy tunel. Wedle odczytu z mojego licznika ten fragment podjazdu nie był aż tak trudny jak to pokazano na profilu z „archivio salite”. Niemniej i tak średnia 6,6 % z maksimum blisko 9 % zmusiła mnie do wrzucenia przełożenia 39-21. Dodam, że jedyny raz po tej stronie przełęczy. Oczywiście nie dało się tu jechać równie szybko co przed Fenestrelle, acz przetrwałem ten stromy schodek całkiem zgrabnie bo  ze średnią prędkością 17,7 km/h. Potem znów było łatwiej i to znacznie czyli skromna stromizna na dwóch kilometrach do Pourrieres i zupełnie płasko na zbliżonej długości odcinku do Fraisse (22,8 km). Wobec tego skorzystałem z przełożenia 39-17, a nawet trybu „15”, choć równie dobrze mogłem tu wrzucić dużą tarczę. W końcu po przejechaniu 27 kilometrów wjechałem do Pragelato, gdzie gości witają sporej wielkości maskotki Zimowych Igrzysk Olimpijskich z 2006 roku. Podczas Igrzysk w Turynie o medale rywalizowali tu narciarze klasyczni czyli: skoczkowie, biegacze i biegaczki oraz specjaliści od kombinacji norweskiej. Za Pragelato podjazd wciąż trzymał delikatnie na poziomie około 3 %. Ogółem trzeci dłuższy fragment wzniesienia od Usseaux (19 km) po Traverses (29,8 km) miał średnie nachylenie tylko 2,6 % i max. niespełna 8 %. Prawdziwej wspinaczki zażyłem dopiero za Traverses. Końcowe 7,3 kilometra miało bowiem średnio 5,5 % przy max. 10 % około 36 kilometra. To również nie wydaje się wielkim wyzwaniem, ale po trzydziestu wcześniejszych kilometrach, a szczególnie w finale 200-kilometrowego etapu na pewno może dać się we znaki. Mnie przyhamowało do prędkości 17,9 km/h.

Pokonując dość szybko kolejne kilometry zastawiałem się, kiedy minie mnie mój wóz techniczny ze swym uroczym kierowcą. Okazało się, że przegapiłem ten moment. Iwona dość szybko pożegnała Perosę i wyprzedziła mnie już w początkowej fazie wzniesienia. Następnie zaparkowała u wjazdu do ośrodka niemal na wysokości kwiecistego ronda z napisem Sestriere i pięcioma kołami olimpijskimi. Dokładnie tym miejscu około trzynastej zakończyłem swą górską czasówkę. Przejechałem 37,1 kilometra w czasie 1 godziny 41 minut i 37 sekund tzn. ze średnią prędkością 21,905 km/h. Zdać by się mogło, iż to szybko jak na alpejski podjazd. Niemniej wspominany „Big Mig” na pokonanie 55 kilometrów z początkiem w Pinerolo potrzebował tylko 1h 36 minut i 29 sekund. Jednym słowem nawet 18 kilometrów przewagi na starcie nie wystarczyłoby mi na ujście przed Baskiem z Pampeluny. Jeśli przyjąć za podstawę do dalszych analiz oficjalne przewyższenie czyli 1427 metrów to okaże się, że średnie nachylenie tego podjazdu wyniosło ledwie 3,84 %. Wskaźnik VAM przy tak minimalnej stromiźnie musiał być skromny – wyszły mi ledwie 842 m/h. Choć niebo w Sestriere było lekko zachmurzone powietrze było nagrzane do 30 stopni. Na górze zatrzymałem się na około 25 minut. Czego tam nie ma pasaż handlowy z najdroższymi sklepami we Włoszech, korty tenisowe, osiemnasto dołkowe pole golfowe. No i oczywiście liczne wyciągi narciarskie. Od 1967 roku Sestriere zwykło gościć alpejski Puchar Świata. W sezonie 1997 zorganizowało nawet Mistrzostwa Świata w narciarstwie alpejskim, zaś w trakcie ZIO anno domini 2006 odbywały się tu slalomy i zjazdy alpejczyków. Powolutku przejechałem przez główną arterią stacji czyli Piazza Agnelli by z okolic pomarańczowej wieży hotelowej od zakrętu ze spiralną choinką zacząć spokojny zjazd do Cesana Torinese.

Już po kilkuset metrach nabrałem podejrzeń, iż być może po tej stronie Sestriere zjawiłem się nie w porę. Na poboczu poustawiane były trójkolorowe worki oraz snopy ze słomy zabezpieczające uczestników jakiegoś rajdu samochodowego. W miejscu gdzie droga SR-23 zbiega się z alternatywną szosą przez Bousson i Sauze di Cesana ustawiona stała metalowa konstrukcja pod którą wyznaczono linię mety. Na całej długości zjazdu pojawiały się dalsze zabezpieczenia oraz inne ślady obecności wyścigu, takie jak banery sponsorującej tą imprezę firmy oponiarskiej Pirelli czy linia startu tuż przed rondem na Piazza Vittorio Amadeo. Na szczęście okazało się, że było już po zawodach. Będący jedną z eliminacji Mistrzostw Europy Górskich Wyścigów Samochodów Historycznych rajd Cesana – Sestriere odbył się właśnie w miniony weekend, między 9 a 11 lipca Na dole zatrzymałem się u wejścia na mostek i ulicę via Roma, prowadzącej ku starej części Cesana Torinese. W miasteczku tym oraz pobliskim San Sicario podczas wspomnianych Igrzysk przeprowadzono zawody w saneczkarstwie, bobslejach, skeletonie, biathlonie oraz narciarstwie alpejskim kobiet. Będąc tu miałem dwa wyjścia. Mogłem ruszyć w prawo by na alei Viale 4 Novembre zacząć 13,5-kilometrowy podjazd do Sestriere przez Bousson. Ta dłuższa bo 13,5-kilometrowa wersja wzniesienia jest nieco łatwiejsza i na dobre zaczyna się dopiero po siedmiu kilometrach w Sauze di Cesana. Właśnie tędy wspinano się do Sestriere podczas edycji Giro i Touru z lat 1991-2000. Niemniej ostatnim razem czyli na etapie GdI z 2009 roku do Pinerolo jak i zapewne w „antycznych” czasach Petit-Bretona i Coppiego obowiązywała opcja krótsza czyli 11,2 kilometra po szosie SR-23. Nie chciałem kombinować, ani ułatwiać sobie zadania i wybrałem właśnie ów klasyczny wariant wspinaczki.

Ruszyłem około 13:50 na przełożeniu 39-21, które przydało się już po przejechaniu jakiś kilkuset metrów. Czekał mnie szybko najtrudniejszy na całej górze trzeci kilometr. Głównie za jego sprawą pierwsze 3100 metrów miało średnie nachylenie 6,5 % i max. 10 %. Po przejechaniu tego odcinka mogłem wrzucić twardsze 39-19, które stało się moim podstawowym przełożeniem na dalszą część góry. Środek wzniesienia był jego najłatwiejszą tercją, acz nie mogę powiedzieć by jechało mi się szczególnie łatwo. Nie sprzyjała temu duszna atmosfera, za sprawą temperatury wahającej się na poziomie od 32 do 34 stopni. Środkowe 4100 metrów miało średnio tylko 4,7 % przy umiarkowanym max. niespełna 8 %. Trudniej zrobiło się dopiero na wyjeździe z urokliwej wioski Champlas du Col. Na dziewiątym kilometrze pokonałem parę zakrętów, zaś na 800 metrów przed finałem dotarłem do wspomnianego zbiegu obu zachodnich dróg do Sestriere. Jeszcze tylko trochę wysiłku na odcinku do pomarańczowej wieży i niemal płaski finał na Piazza Agnelli. Finałowe 4000 metrów miało średnio 6,2 % i max. ponad 11 % osiągnięte dwukrotnie: pod koniec ósmego i na samym początku dziesiątego kilometra. Iwona czekała na mnie przy strzelistym obelisku z ujęciem wody tryskającej z głowy lwa. Napisy na pomniku świadczyły, iż pierwszą drogę przez Sestriere zaczęto budować w 1814 roku za sprawą Napoleona. Zachodni podjazd pod Sestriere w wybranej przez mnie opcji miał 11,22 kilometra co przewyższeniu 681 metrów daje przyzwoitą średnią stromiznę 6,06 %. Na jego pokonanie potrzebowałem 40 minut i 45 sekund czyli wspinałem się ze średnią prędkością 16,520 km/h, przy VAM 1002 m/h. Sumując oba podjazdy i zjazd do turyńskiej Cesany przejechałem 60,5 kilometra o łącznym przewyższeniu co najmniej 1987 metrów.

Po kwadransie na odpoczynek, spokojne dotarcie do samochodu i przebranie się w „cywilne ciuchy” jeszcze przed piętnastą byliśmy gotowi do dalszej części podróży. Pozostało nam do przejechania blisko 120 kilometrów po regionalnych drogach co oznaczało co najmniej dwie i pół godziny jazdy. Zresztą na zjeździe do Pinerolo zatrzymaliśmy się jeszcze kilka razy. Przede wszystkim w Pragelato przy skoczniach narciarskich i koło ronda z pociesznymi maskotkami. Nieco niżej u wjazdu do Fenestrelle by ustrzelić do swej galerii z podróży widok sławnego fortu. Po raz ostatni stanęliśmy w dolnej części Perosa Argentina przed budynkiem tamtejszego młyna. Na wysokości Pinerolo zjechaliśmy wskoczyliśmy na drogę SR-589 by pomknąć prosto na południe przez Cavour, Saluzzo i Buskę. Pod sam koniec już na przedmieściach Cuneo miałem drobne problemy z nawigacją. Za Madonna d’Olmo przeoczyłem dobrze ukryty zjazd ku Cerialdo i musieliśmy się zatrzymać aby na spokojnie zorientować się gdzie jesteśmy i jak z tego miejsca dotrzeć do Ca d’Abel. Na szczęście nie musieliśmy kluczyć zbyt długi i około osiemnastej trafiliśmy na miejsce. Ponieważ w cenie naszej rezerwacji mieliśmy nocleg ze śniadaniem, zaś kuchnia była chwilowo niedostępna zdecydowaliśmy się po rozpakowaniu podjechać na wieczorny spacer i kolację w Cuneo. Zaparkowaliśmy na Piazza Torino we wschodniej części starego miasta. Następnie poszliśmy ku centrum po via Roma. Dwa miesiące wcześniej mknęli tędy do zwycięstwa na drużynówce kolarze Liquigasu z Sylwestrem Szmydem i Maciejem Bodnarem w składzie. Gdy doszliśmy do Piazza Galimberti naszym oczom okazał się widok rodem z ulic Neapolu. Niemniej akurat ten śmietnik był jedynie tymczasowy. Zwykł się pojawiać tylko we wtorkowe wieczory wraz z zakończeniem dnia targowego na głównym placu miasta.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Sestriere x 2 została wyłączona

San Carlo & Piccolo San Bernardo

Autor: admin o 12. lipca 2010

Na zakończenie swej osobistej wersji Giro delle Valle d’Aosta zostawiłem sobie wycieczkę ku zachodnim rubieżom tego regionu. Chciałem poznać dwa podjazdy, które w ostatnich kilku latach pojawiły się na trasach Giro d’Italia i Tour de France. Na obu przełęczach miałem pokonać przeszło tysiąc metrów przewyższenia, lecz poza tym były one do siebie podobne jak bohaterowie rodzimej kreskówki: Bolek i Lolek. Na pierwszy ogień zafundowałem sobie niezbyt długą, ale za to bardzo stromą wspinaczkę pod Colle San Carlo (1951 m. n.p.m.). Natomiast na dobicie przygotowałem dwukrotnie dłuższy, lecz nieporównanie łagodniejszy wjazd na Colle di Piccolo San Bernardo (2188 m. n.p.m.). Dlatego w poniedziałkowe przedpołudnie czekała nas przeszło 40-kilometrowa wycieczka w kierunku Mont Blanc vel Monte Bianco (4807 m. n.p.m.). Bazą wypadową do obu podjazdów miały być oddalone od siebie ledwie o 5 kilometrów miasteczka Morgex i Pre Saint-Didier. Wyruszyliśmy z Nus tuż przed dziewiątą i dobrze nam znanym szlakiem przejechaliśmy przez Aostę, Aymavilles by dalej ruszyć w nieznane. Kilka kilometrów dalej minęliśmy Arvier, gdzie w 1871 roku urodził się triumfator pierwszej edycji Tour de France czyli Maurice Garin. Tutejsi mieszkańcy w hołdzie naturalizowanemu Francuzowi postawili na rondzie w centrum wioski kamienną rzeźbę z sylwetką owego herosa szos. Po dojechaniu do Morgex zatrzymaliśmy się na parkingu przed marketem „Q & A” na styku Viale della Rimembranza i Rue de Mont Blanc.

W okolicy tego miasteczka znajdują się najwyżej położone winnice Europy, gdzie na plantacjach sięgających wysokości 1100 metrów n.p.m. uprawia się winorośl w ilości pozwalającej na produkcję 65.000 butelek białego wina rocznie. Natomiast uwagę miłośników kolarstwa przykuwa pnąca się znacznie wyżej droga przez przełęcz Colle San Carlo, łącząca Valle d’Aosta z biegnącą ku francuskiej granicy Valle Verney. Profesjonaliści z najwyższej półki walczyli na niej dwukrotnie podczas Giro d’Italia. Po raz pierwszy w 1973 roku gdy wyścig wystartował w Belgii i szlakiem przez Niemcy, Luksemburg, Francję i Szwajcarię dojechał do Włoch dopiero piątego dnia. Dokładnie przez tunel Mont Blanc na czwartym odcinku wyścigu prowadzącym z Genewy do Aosty. Wtedy jednak San Carlo pokonano od łatwiejszej strony, z początkiem w Pre Saint-Didier i przejazdem przez La Thuille. Na mecie etapu prowadzący od prologu Eddy Merckx łatwo ograł trójkę górali: Jose-Manuela Fuente, Giovanni Battaglina i Gonzalo Aję. Surowsze oblicze San Carlo uczestnicy Giro ujrzeli dopiero w 2006 roku na etapie czternastym z Alessandrii do La Thuille. Wyścig zdominował wtedy „pełnokrwisty” Ivan Basso. Niemniej tego dnia koła dotrzymał mu Leonardo Piepoli, który na mroźnym i deszczowym zjeździe zostawił ostrożnego Basso, po czym wygrał etap z przewagą 44 sekund nad liderem oraz 1:19 nad Jose-Enrique Gutierrezem i Gilberto Simonim. Pozostali zawodnicy stracili do Leo ponad dwie minuty.

Ruszyłem sprzed sklepu minutę po dziesiątej, a mimo wczesnej pory powietrze było już nagrzane do 32 stopni. Pierwsze dwieście metrów w kierunku wschodnim, a potem skręt w prawo w biegnącą wzdłuż rzeki uliczkę Viale Lungo Dora. Po przejechaniu niespełna 1100 metrów dojechałem do mostku nad Dorą Baltea, za którym rozpoczynał srogi podjazd pod przełęcz św. Karola. Zaraz za mostem minąłem rozlewnie wody mineralnej ze źródeł Courmayeur – „Sorgenti Monte Bianco”. Pierwsze 400 metrów wiodło jeszcze po terenie zabudowanym. Wraz z dojazdem do osady Pre-Villar rozpocząłem długi i ciężki odcinek leśny. Tuż przed wjazdem do lasu wyprzedziłem młodego cykloturystę. Po kilometrze podjazdu ujrzałem pierwszą z serii eleganckich drewnianych tablic, które informują amatorów dwóch kółek o stromiźnie czekającej na nich podczas kolejnego kilometra wspinaczki. Jak wynika z „google.maps” w tym samym momencie musiałem przejechać pod autostradą A-5 czyli Aosta – Monte Bianco, lecz prawdę mówiąc biegnie ona na tyle wysoko ponad drzewami, że nawet tego nie zanotowałem. Już na pierwszym kilometrze wrzuciłem przełożenie 39-24, z którym ku swemu zaskoczeniu zdołałem wytrwać do końca góry. Wedle tablic równie szczegółowych jak te z austriackiego Kitzhorn, kręty drugi kilometr na terenie osady Montrottier miał mieć średnie nachylenie 9,43 %, zaś trzeci z dłuższymi prostymi aż 10,54 %. Podzieliłem sobie wykres z owej góry na trzy równe fragmenty o długości 3,45 kilometra i wedle moich (zapewne lekko zaniżonych danych) pierwsza tercja podjazdu miała średnie nachylenie 9,4 %, przy maximum aż 15 %.

Jednak najgorsze miało dopiero nadejść. Cały czwarty kilometr miał mieć średnio 11,45 %. Nic dziwnego, że właśnie na tym odcinku mój licznik wychwycił maksymalną stromiznę na całym podjeździe czyli 16 % po przejechaniu 3810 metrów od mostku na Dorą Baltea. Na piątym kilometrze średnia stromizna wynosiła 10,05 %. Po przejechaniu 4,6 kilometra minąłem zjazd ku osadzie Kirriaz. Trudnego zadania dodatkowo nie ułatwiał wspomniany upał, lecz na szczęście do początku szóstego kilometra szosa cały czas chowała się w cieniu drzew. Dokładnie po przejechaniu pięciu kilometrów dojechałem do mostku nad rwącym górskim potokiem, który z łoskotem spadał ze zbocza góry po mojej prawej ręce. Wedle wyrytej w drewnie informacji szósty kilometr miał mieć średnie nachylenie 9,86 %. Sto metrów dalej wyjechałem z lasu. Odtąd szosa biegła już na przemian przez łąki i lasy, lecz najdłuższy zacieniony odcinek w górnej połowie wzniesienia liczył sobie tylko 900 metrów (pomiędzy km 8,3 a 9,2). Kilometr siódmy, który zaczyna się w pobliżu osady Prarion podwyższył poprzeczkę do średniej 10,49 %. Ogółem druga tercja wzniesienia miała średnie nachylenie 10 % przy wspomnianym max. 16 % i kolejnym „wystrzale” do poziomu 15,2 % po przejechaniu 6440 metrów. Trzymałem się dobrze, ale nie byłem w stanie utrzymać tempa z pierwszej tercji podjazdu tzn. 12,5 km/h.. Środek i koniec wzniesienia przejechałem ze średnią prędkością około 11 km/h. Tymczasem tablica na początku ósmego kilometra straszyła średnim nachyleniem 10,77 %. W połowie tego odcinka minąłem Arpy, w pobliżu której nad drogą głośno skwierczały linie elektryczne wysokiego napięcia.

Najgorsze miałem już za sobą. W końcówce podjazd z lekka odpuścił, bowiem kilometr dziewiąty miał średnio 9,27 %, dziesiąty 8,76 %, zaś sama końcówka „tylko” 7,73 %. Trzecia tercja miała średnią stromizną 9,4 % przy max. czterokrotnie sięgającym 14 %. W końcówce podjazdu, obok hotelu „La Genzianella” napotkałem liczne zastępy zmotoryzowanych turystów. Przełęcz leży dwadzieścia metrów niższej niż podaje to profil z „archivio salite”. Wspinaczkę zakończyłem po przejechaniu 10,35 kilometra w czasie 54 minut i 12 sekund czyli kręciłem w tempie 11,457 km/h. Wobec 1026 metrów przewyższenia wzniesienie to ma średnie nachylenie aż 9,91 %. Stąd wysoki, lecz daleki od rekordowego VAM czyli 1135 m/h zwiastował lekki spadek mojej formy. Niemniej mogłem się pocieszać, że autorzy mojej książkowej lektury założyli, iż zdolny amator na pokonanie tej góry będzie potrzebował 75 minut, zaś najzdolniejsi nie-profesjonaliści równo godzinę. Dla porównania Basso i Piepoli przed przemknęli po niej w 34 minuty i 55 sekund. Na górze zdjęcia zrobiło mi starsze włoskie małżeństwo, które dzień wcześniej było na mecie Tour de France w Avoriaz. Zapytałem o stratę Lance’a Armstronga, lecz zgody w tej kwestii nie było i otrzymałem rozbieżne informacje. Na zjeździe mimo dobrej pogody spotkałem tylko wspomnianego turystę i trzech poważniej wyglądających zawodników w dolnej partii wzniesienia. Na długiej prostej z dziewiątego kilometra wspinaczki puściłem hamulce i rozpędziłem się do rekordowej na całym wyjeździe szybkości 71 km/h. Jeżdżąc na co dzień bez kasku bardziej nie zwykłem ryzykować.

Na parking przed marketem zjechałem kwadrans przed południem. Moja mistrzyni sklepowych promocji pochwaliła się udanymi łowami m.in. nabyciem kosmetyków i regionalnych alkoholi. Zapakowaliśmy rower do auta i pojechaliśmy do Pre Saint-Didier czyli 5 kilometrów w górę doliny. Tam zatrzymaliśmy się w centrum miejscowości na parkingu przez restauracją Bellevue. Widok z tego miejsca był zaiste przepiękny. Przed naszymi oczami zerkając na zachód mieliśmy masyw Mont Blanc, dobrze widoczny w tak słoneczny dzień. Czekał mnie podjazd pod Colle Piccolo San Bernardo czyli położoną na granicy włosko-francuskiej przełęcz Małą Świętego Bernarda, który pod względem wysokości bezwzględnej o niespełna trzysta metrów ustępuje swemu wielkiemu bratu z pogranicza włosko-szwajcarskiego. Pod względem przewyższenia różnica między oboma tymi wzniesieniami jest jeszcze bardziej wyraźna. Niemniej nawet Mały Bernard to kawał solidnej kolarskiej góry czyli 1180 metrów przewyższenia od strony włoskiej i blisko 1350 metrów od strony francuskiej. Na szczęście jest to bardzo łagodny olbrzym. Na dystansie niemal 23 kilometrów tylko dwa półkilometrowe odcinki mają średnie nachylenie powyżej 8 %, zaś cztery inne 7 % lub więcej. Wiedziałem, że ta góra sama w sobie nie może mnie pokonać. Niemniej zważywszy na panujący wokół upał nie mogłem być pewny swego. Gdy wsiadałem na rower aby cofnąć się 300 metrów do początku Avenue Mont Blanc na licznikowym termometrze miałem blisko 40 stopni Celsjusza. W takich warunkach nawet spacer przestaje być przyjemnością, a co dopiero wymagająca pewnego wysiłku jazda na rowerze.

Podjazd pod Col du Petit Saint-Bernard występował już na trasach zarówno Tour de France jak i Giro d’Italia. Celowo użyłem przy tej okazji francuską nazwę tej przełęczy, gdyż częściej pokonywano ją od francuskiej strony i na ogół w trakcie „Wielkiej Pętli”. Po raz pierwszy pokazała się ona na Tourze w 1949 roku na 257-kilometrowym etapie z Briancon do Aosty. Na premii górskiej pierwszy był Gino Bartali, lecz na zjeździe miał defekt i towarzyszący mu Fausto Coppi dostał od dyrektora włoskiej ekipy Alfredo Bindy „zielone światło” do solowej jazdy. „Campionissimo” wygrał ten odcinek z przewagą 4:55 nad Bartali oraz 10:16 nad Jeanem Robikiem, Stanem Ockersem i pięcioma innymi kolarzami. Dzięki temu zwycięstwu Coppi objął prowadzenie w wyścigu. Kilka dni później jako pierwszy kolarz w historii  „ustrzelił” sezonowy dubel Giro & Tour. Dziesięć lat później francuska stronę tej przełęczy przejechano zarówno na GdI jak i TdF. Ciekawiej było na Giro podczas 296-kilometrowego etapu z Aosty do Courmayeur wokół Masywu Mont Blanc. Charly Gaul zaatakował prowadzącego w wyścigu Jacquesa Anquetila właśnie na Petit Saint-Bernard i wygrał etap z przewagą 36 sekund nad Imerio Massignanem oraz niemal czterech minut nad Graziano Battistinim i Gastone Nencinim. Francuz w przededniu zakończenia wyścigu został wręcz zmiażdżony, bowiem na metę dojechał resztkami sił ze stratą 9 minut i 48 sekund.

Na Tourze z 1959 roku 243-kilometrowy etap z Col du Lautaret do Saint-Vincent zakończył się remisem. Na premii górskiej pierwszy był Michele Gismondi, zaś na mecie najszybciej z 6-osobowej grupki finiszował Ercole Baldini. Prowadzenie w wyścigu utrzymał Federico Bahamontes skorzystawszy na kłótniach w obozie francuskim. Cztery lata później podjazd pod Małego Bernarda pojawił się z kolei w pierwszej fazie etapu z Val d’Isere do Chamonix. Wszystkie cztery premie górskie tego dnia wygrał wspomniany Bahamontes, lecz na mecie 227-kilometrowego etapu musiał i tak uznać wyższość lidera Anquetila. Po tych wydarzeniach z romantycznej epoki światowego kolarstwa na powrót tej góry na trasę Wielkich Tourów przyszło czekać aż do roku 2009. Wtedy to Mały Bernard wyrósł przed kolarzami na etapie Touru ze szwajcarskiego Martigny do Bourg Saint-Maurice w Sabaudii co oznaczało, iż po raz pierwszy przy tak poważnej okazji profesjonaliści mogli go zdobyć od strony włoskiej. Premię wygrał jadący w koszulce najlepszego górala Franco Pellizotti, lecz na mecie pierwszy był Bask Mikel Astarloza, który o 6 sekund wyprzedził 5-osobową grupkę przyprowadzoną przez Francuza Sandy Casara. Ja miałem już dwukrotnie szanse zmierzyć się z tą przełęczą od francuskiej strony, lecz podczas obu swych krótkich wizyt w Bourg Saint-Maurice miałem głowę zaprzątnięta innymi celami. W 2005 roku pojechałem wraz z Piotrkiem na Col d’Iseran. Natomiast cztery lata później wybrałem sobie podjazdy pod Cormet de Roselend i Les Arc, zaś towarzyszącemu mi Darkowi poleciłem wjazd na Iseran.

Teraz miałem w końcu czas na spotkanie z Małym Bernardem. Ruszyłem o godzinie 12:22 przy temperaturze 38 stopni, z miejsca gdzie krajówka SS-26 rozchodzi się z Route Mont Blanc. Po przejechaniu 500 metrów wyjechałem poza Pre Saint-Didier, zaś pokonawszy 1,2 kilometra dojechałem do pierwszej z siedmiu serpentyn, które do końca trzeciego kilometra trzymały górę na przyjemnym poziomie 5 %. Na czwartym kilometrze było jeszcze spokojniej, a na początku piątego niemal płasko. Przejechałem tam pod 370-metrową galerią Pian del Bosco. Od startu jechałem na przełożeniu 39-19 i na tak łagodnej górze mogłem polegać na „19” aż do szesnastego kilometra podjazdu. Po przejechaniu 5,6 kilometra minąłem osadę Elevaz, zaś kilometr dalej La Balme gdzie minąłem rzeźbę maxi-wiewiórki, całkiem pokaźny wodospad i przejechałem na prawy brzeg potoku Dora de la Thuille. Druga połowa ósmego kilometra miała średnie nachylenie 7 % i był to najtrudniejszy fragment dolnej połowy wzniesienia. W tym miejscu dogoniłem atletycznie zbudowanego cyklistę, który rozpoczął podjazd kilka minut przede mną. Na kilometr przed La Thuille droga przeszła w „falsopiano”, zaś tuż przed miasteczkiem trzeba było przejechać przez niezbyt długi, lecz ciemny tunel, w którym wprowadzono ruch wahadłowy. Pierwsza część podjazdu czyli 9,7 kilometra z Pre Saint-Didier do La Thuille miała średnie nachylenie ledwie 4,4 %, przy skromnym max. 7,8 %. Ten odcinek przejechałem w tempie 18,9 km/h.

Trzymając się drogi SS-26 na wysokości hotelu Piccolo San Bernardo musiałem skręcić w prawo by po przejechaniu 10,4 kilometra przejechać na lewy brzeg potoku Dora de Verney. Za leżąca na obrzeżach La Thuille frakcją Grande Golette czekała na mnie seria pięciu serpentyn oraz roboty drogowe, które zmuszające kierowców do dwukrotnego postoju na światłach. Na trzynastym kilometrze zrobiło się nieco trudniej, ale bez przesady tzn. średnio 6,3 %. Po przejechaniu 12,8 kilometra minąłem wioskę Pont Serrand, u wjazdu do której stał biały kościółek z dzwonnicą. Na kolejnych 1800 metrach pokonałem serię pięciu serpentyn. Na drodze pojawiły się pierwsze ślady po ubiegłorocznym Tourze czyli niebiesko-biało-czerwony napis „Kreuziger” ozdobiony czeska flagą. Piętnasty kilometr miał nachylenie identyczne jak trzynasty, lecz po raz pierwszy naprawdę ciężko zrobiło się dopiero w drugiej połowie szesnastego kilometra, który trzymał na poziomie 8,2 %. Wtedy też na około kilometr wrzuciłem przełożenie 39-21. Do trybu „19” wróciłem na luźniejszym kawałku przy gwarnej strefie piknikowej Piano del Rondet. W tym miejscu miałem już za sobą 16,5 kilometra, w tym 6800 metrów za La Thuille o średnim nachyleniu 5,7 % i max. 8,8 %. Ten odcinek przejechałem ze średnią prędkością 16,5 km/h. Tuż za Piano del Rondet wyprzedziłem rodzinny team czyli ojca z synem w wieku co najwyżej gimnazjalnym. Do pokonania pozostało mi sześć kilometrów, podjazdu który jako się rzekło z natury jest łagodny, lecz delikatnie podwyższał skalę trudności.

W połowie osiemnastego kilometra wróciłem do przełożenia 39-21, tym razem na ponad dwa kilometry. Miałem ku temu dobry powód, gdyż podjazd niemal do końca dwudziestego kilometra trzymał na poziomie od 6,5 do 8,2 %. Minąłem restaurację Maison de Neige przed którą powiewały dwie flagi: francuska i amerykańska. Nieco łatwiej zrobiło się dopiero przed obdrapanym z czerwonej farby budynkiem Casa Cantoniera, który minąłem po przejechaniu 19,9 kilometra. Klimat tego miejsca był już typowo wysokogórski. Otwarta przestrzeń, skąpa trawiasta roślinność, zaś tu i ówdzie mimo blisko 30-stopniowego upału widać było przetrwałe do lata łachy śniegu. Na kilkaset metrów wróciłem do trybu „19”, lecz w połowie 21-wszego kilometra już niemal do końca przeprosiłem się z przełożeniem 39-21. W końcówce przez dwa kilometry trzeba było sobie radzić z nachyleniem około 6 %, za wyjątkiem ostatnich czterystu metrów, które były już tylko fałszywie płaskie. Na przedostatnim kilometrze rzuciła mi się w oczy kolejna seria napisów m.in. australijski „Yell for Cadel” oraz wymalowane na asfalcie koszulki Silence-Lotto i Quick Stepu. Moją uwagę przykuły też lazurowe wody jeziorka Lac de Verney. Końcowe 6100 metrów miało średnie nachylenie 5,4 % i maksymalną stromiznę 10 % na 1300 metrów przed przełęczą. Ten finałowy odcinek przejechałem z przeciętną 15,7 km/h. Korzystając z niewielkiej stromizny, mimo wiejącego od francuskiej strony przeciwnego wiatru zafiniszowałem w tempie około 23 km/h. Zatrzymałem się przy granicznej tablicy z hasłem „witamy w Sabaudii”, przy której zdjęcie zrobiła mi francuska para w średnim wieku przemierzająca Alpy na jednym motorze. Do tego miejsca przejechałem 22,59 kilometra w czasie 1 godziny 19 minut i 4 sekund przy średniej prędkości 17,142 km/h. Na skutek niewielkiej stromizny wzniesienia czyli 5,22 % wskaźnik VAM był skromniutki czyli 895 m/h.

Na granicznym płaskowyżu po obu stronach granicy stały restauracje dla podróżnych. Po włoskiej stronie wyróżniała się futurystycznie wyglądająca stacja górskiej kolejki linowej „Piccolo San Bernardo Express”, zaś po francuskiej też pomnik mnicha z krzyżem oraz pocieszny pies bernardyn „na deskorolce”. Gdy podziwiałem te widoki na przełęcz dojechał ucieszony młodzian wraz z ojcem w roli tylnej straży. Po pięciu kilometrach zjazdu minąłem jadącego z naprzeciwka łysego asa, którego spotkałem na zjeździe z San Carlo. Nieco niżej spotkałem dwóch kolejnych amatorów kolarstwa widzianych przy tej samej okazji. Na dłuższą chwilę zatrzymałem się w La Thuille, gdzie natknąłem się na blisko 70-letniego miłośnika kolarstwa w pamiętającej poprzednią dekadę koszulce Kross-Selle Italia. Przedstawił mi się jako Giorgio z Sassuolo i co ciekawe podobnie jak Holender Friek spotkany na Mottarone również znał nasz kraj. Na sierpień miał zaplanowaną podróż do Krakowa w sprawach biznesowych związanych z ceramiką. Na całym zjeździe spotkałem przeszło dwudziestu kolarzy. Popularność tej góry wcale mnie nie zdziwiła. Wobec przyjaznej stromizny na jej pokonanie stać każdego średnio wytrenowanego amatora dwóch kółek. Do Pre Saint-Didier zjechałem kilka minut przed piętnastą. Zafundowaliśmy sobie lasagnę w goszczącej nas od trzech godzin Ristorante „Bellevue”. Po obiadku wróciliśmy do Nus jakiś kwadrans po szesnastej. Na pożegnanie z Doliną Aosty przejechałem 68,25 kilometra o łącznym przewyższeniu co najmniej 2105 metrów. Tutejsza przyroda pożegnała się z nami hucznie i wylewnie. Wczesnym wieczorem niebo nad Nus pociemniało i spod dachu naszej stancji mogliśmy obserwować pierwszą od przyjazdu do Włoch górską burzę.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania San Carlo & Piccolo San Bernardo została wyłączona

Saint-Barthelemy & Breuil-Cervinia

Autor: admin o 11. lipca 2010

W niedzielę moim najważniejszym wyzwaniem miał być blisko 30-kilometrowy podjazd do stacji narciarskiej Breuil-Cervinia – na wysokość dwóch tysięcy metrów, u podnóża Matterhornu. Ale to nie wszystko. Jak w każdy inny dzień naszego krótkiego pobytu w Valle d’Aosta między porankiem a wieczorem chciałem pokonać dwa solidne wzniesienia. Podjazd pod Breuil-Cervinia zaczyna się kilkaset metrów przed wioską Chatillon. Dokładnie zaś na rondzie, z którego od drogi krajowej SS-26 uchodzi w kierunku północnym regionalna SR-46. Opracowując plan całej wyprawy do pary z Cervinią dobrałem sobie podjazd pod przełęcz Col de Joux (1640 m. n.p.m.). Można ją zdobyć od południa rozpoczynając wspinaczkę w Verres lub od zachodu startując z Saint-Vincent, gdzie w 1987 roku zakończyło się Giro d’Italia wygrane przez Stephena Roche’a. Jednak najistotniejszy był fakt, iż to niespełna 5-tysięczne miasteczko leży ledwie 3,5 kilometra od wspomnianego ronda. Dlatego planowałem dojazd samochodem do Saint-Vincent, podjazd pod Col de Joux, zaś po zjeździe i krótkim odcinku w dolinie jako główne danie wspinaczkę do Breuil-Cervinia. Tym niemniej panująca na miejscu upalna pogoda w ostatniej chwili skłoniła mnie do rewizji tych planów. Nie miałem ochoty na kolejny kilkugodzinny etap pod piekącym włoskim słońcem.

Zdecydowałem się rozbić swą niedzielną jazdę na dwa podetapy: przedpołudniowy i wieczorny. Natomiast najgorętszą porę dnia chciałem spędzić znacznie spokojniej i przyjemniej. To znaczy w towarzystwie Iwony – najpierw pod dachem La Vieux-Sapin w Nus, zaś nieco później na zamku rodu Challant w pobliskim Fenis. Zmieniając rozkład dnia zrobiłem też podmiankę w swoim sportowym programie na niedzielę. Zrezygnowałem z odwiedzin bywałej na trasach Giro przełęczy Col de Joux. Za podszeptem swej Pani Menadżer zaserwowałem sobie w jej miejsce wspinaczkę doliną Saint-Barthelemy do strefy piknikowej Porliod (1896 m. n.p.m.). Zresztą mieszkając w Nus przez pięć dni wypadało mi zbadać atrakcyjną ofertę własnego podwórka. Wzniesienie świętego Bartłomieja brało bowiem swój początek niemal pod oknami naszego apartamentu. Podobnie jak w przypadku czwartkowej zamiany Cascata del Toce na Champorcher również ta roszada oznaczała podniesienie sobie poprzeczki wyzwania. Od autorów „Passi e Valli in Bicicletta – Valle d’Aosta”, szczegółowo analizujących trudy poszczególnych wzniesień, Col de Joux otrzymało szkolne oceny „cztery minus” w wariancie od Verres i „trzy” w wersji od Saint-Vincent. Tymczasem Saint-Barthelemy wycenione zostało na „cztery plus” przy starcie w Quart-Villefranche i aż na „pięć minus” z początkiem w naszym Nus. Dla porównania z ośmiu innych wzniesień, które przejechałem w tym regionie tylko San Carlo dostało wyższą notę, zaś dwa inne: Champorcher i Druges identyczną.

Co prawda podjazd ten nigdy nie znalazł się na trasie Giro d’Italia, ale i bez tego rodzaju „tytułu szlacheckiego” stanowi wielce ciekawe wyzwanie. Poza tym jak się wkrótce okazało pojawił się on półtora miesiąca później na trasie czwartego etapu Giro delle Valle d’Aosta. Aczkolwiek młodzi podjeżdżali na tym wyścigu tylko do poziomu Lignan tj. na wysokość 1619 metrów n.p.m., startując z Quart-Villefranche aby następnie zjechać do Nus. Ja miałem sposobność poznania tej góry w całej okazałości i to z trudniejszej strony. Zgodnie z planem wyjechałem z naszego podwórka o poranku. Na początku podobnie jak w piątek zjechałem 300 metrów do styku Via Champagne z krajówką SS-26. Tam zatrzymałem się, zrobiłem dwa zdjęcia okolic startu i jak pokazuje wykres z licznika dokładnie o 8:41 rozpocząłem podjazd pod Saint-Barthelemy. W trakcie ośmiu lat swoich podróży chyba jeszcze nigdy nie rozpoczynałem tak wcześnie swobodnej górskiej przejażdżki. Oczywiście zdarzało mi się zrywać na nogi nawet o brzasku, ale każdorazowo było to uzasadnione narzuconą przez organizatorów tego czy innego wyścigu (rajdu) wczesną porą masowego startu. Tym razem sam sobie zgotowałem ten los, chcąc przede wszystkim uniknąć południowego skwaru. Dzięki temu mogłem wystartować przy znośnej temperaturze 24 stopni. Po 220 metrach skręciłem z Via Aosta na naszą Via Saint-Barthelemy, zaś po trzystu minąłem podwórko i garaże przed Bed & Breakfast „La Vieux-Sapin”.

Dość szybko wyjechałem z naszego miasteczka wspinając drogą SR-36 w kierunku Marsan. Jeszcze przed tą wioską czyli po przejechaniu 2,3 kilometra minąłem zjazd ku Messigne. Miałem trzymać się drogi do otwartego w 2003 roku Obserwatorium Astronomicznego. Pod wieloma względami początek wzniesienia przypominał mi położony po tej samej stronie głównej doliny podjazd pod Saint Pantaleon. Rozpocząłem na przełożeniu 39-21, lecz już po dwóch kilometrach po raz pierwszy wrzuciłem umożliwiający bardziej płynne kręcenie tryb 24. Na początku szóstego kilometra przejechałem przez wioskę Petit-Fenis, zaś w połowie siódmego dotarłem do Blavy. Pierwsze 6,6 kilometra miało średnie nachylenie 7,7 %. W sumie aż pięć z trzynastu półkilometrowych odcinków pięło się przy nachyleniu minimum 9 %, a największa stromizna przekroczyła 11 %. Dalej było równie ciężko. Dla przykładu cały ósmy kilometr na tej górze nachylenie aż 9,8 %. Tego rodzaju stromizna skończyła się dopiero przy zjeździe ku Praille czyli po przejechaniu 8,2 kilometra. Na kolejnych trzech kilometrach było znacznie przyjemniej, a co za tym idzie szybciej. Mogłem wrzucić przełożenie 39-19, zaś na płaskim początku jedenastego kilometra nawet 39-17. Łatwizna skończyła się po przebyciu 11,2 kilometra, kiedy dojechałem do mostku nad potokiem Saint-Barthelemy, który w tym miejscu mknął w dół ze schodka na schodek. Mimo łatwiejszych fragmentów owe 4600 metrów za Blavy miało średnie nachylenie 6,7 % i max. ponad 11 % w połowie wspomnianego ósmego kilometra.

Przejechałem na prawy brzeg potoku i przez kolejne półtora kilometra musiałem się zmagać z bodaj najtrudniejszym fragmentem całego wzniesienia o średniej około 10 %. Minąłem turystów na trekkingowych rowerach i przejechałem przez niemal bezludne okolice Les Fabriques. Łatwiej zrobiło się dopiero na kilkaset metrów przed zjazdem ku Praz (13,1 km). Trzymając się swego szlaku wziąłem zakręt o 180 stopni, aby po łagodnej serpentynie pojechać ku Issologne (13,6 km). Tuż przed tą wioską moim oczom ukazało się rusztowanie rodem z miejskiej budowy, które zmontowano aby wykonać prace mające zabezpieczyć drogę przed osuwiskami skalnymi. Przeszło dwukilometrowy odcinek z Issologne do Lignan (15,7 km) niemal w całości sprzyjał szybszej jeździe. Przed dojazdem do tej drugiej miejscowości zawahałem się na moment nie wiedząc, którą opcje drogi wybrać na rozjeździe. Decyzje podjąłem „w locie” i jak się okazało skręt w prawo był dobrym wyborem. W wiosce tej panowało spore poruszenie. Mieszkańcy zdawali się szykować do jakiegoś festynu lub zawodów sportowych. Dzięki łatwiejszej końcówce odcinek 4500 metrów od mostu nad kaskadą do Lignan miał średnie nachylenie tylko 6,2 % i max. ponad 11 % w Les Fabriques.

Przejechawszy przez centrum Lignan skręciłem w lewo, gdzie już na wyjeździe z wioski droga stała się węższa o połowę. Po kilkuset metrach dotarłem do wioski Saquignod, gdzie minąłem pasterza z owczarkami i pokaźne stado krów pasących się na przydrożnej łące. Chwilę później zrobiło mi się nadspodziewanie ciężko. Niemniej fakt, iż początek osiemnastego kilometra miał średnie nachylenie 10,2 % i max. 15 % był tylko jednym z powodów. W pobliżu Venoz, Le Cret (17,6 km) wręcz musiałem się zatrzymać. Myślałem, że przebiłem gumę lub pękła mi szprycha w tylnym kole. Tymczasem okazało się, że zacisk za słabo trzymał, koło zaczęło chodzić na boki i ocierać się najpierw o klocki hamulcowe, zaś z biegiem czasu również o tylny widelec. Jeszcze chwila i zupełnie by się wypięło. Szczęście w nieszczęściu, że zdałem sobie z tego sprawę w takim momencie, zaś naprawa usterki zajęła ledwie pół minuty. Po ponownym starcie miałem do pokonania jeszcze tylko trudne kilkaset metrów pod koniec dziewiętnastego kilometra, lecz w sumie końcowe 4100 metrów miało umiarkowaną średnią na poziomie 6,7 %. Wspinaczkę zakończyłem na parkingu przed strefą piknikową Porliod. Kończył się tu asfalt, zaś zaczynały szlaki do pieszej wędrówki po górskich bezdrożach. Dystans 19,8 kilometra o przewyższeniu 1357 metrów i średnim nachyleniu 6,85 % przejechałem w czasie 1 godziny 17 minut i 37 sekund (odliczywszy sekundy stracone na postoju). Oznacza to, iż jechałem ze średnią prędkością 15,305 km/h i wykręciłem VAM na umiarkowanym w swojej skali poziomie 1049 m/h.

Zjazd rozpocząłem przy przyjaznej temperaturze 25 stopni i kontynuowałem przy lekko zachmurzonym niebie. Przed Saquinod natknąłem się na blokadę w postaci krowiego peletonu, zaś w Lignan na gęstniejący tłum ludzi, coraz więcej samochodów oraz nadzorujących całe to zamieszanie karabinierów. Na przystanku przy kaskadach mogłem się poczuć jak miejscowy kolarz-amator, gdy jadący ku górze kierowca zapytał mnie czyli przybysza z oddali o drogę na imprezę Lignan. Na podwórko przed La Vieux-Sapin dotarłem około 11:10. Same plusy – dzień był jeszcze młody, a jeden cel już został osiągnięty. Odpocząłem nieco ponad godzinkę i około wpół do pierwszej pojechaliśmy zwiedzać zamek w Fenis. Okazało się, że cieszy się on na tyle dużą popularnością, iż musieliśmy poczekać na naszą kolejkę. Zwiedzanie odbywa się w 25-osobowych grupach, które przechadzkę po kompleksie zamkowych ruszają co 30 minut w towarzystwie przewodnika. Listy na dwa najbliższe kursy lista były już zamknięte i na nasza kolei musieliśmy poczekać do czternastej. Spędziliśmy ten czas delektując się lodami i mrożoną kawą w pobliskim barze, a także oglądając prowadzany pod zamkiem kurs samoobrony. Pierwsza wzmianka o zamku w Fenis pochodzi z roku 1242. W przeciwieństwie do innych budowli tego rodzaju nie został on wybudowany w niedostępnym miejscu, lecz na szczycie łagodnego pagórka. Za czasów największej świetności rodu Challant w latach 1340-1420 został on rozbudowany i przybrał ostateczny kształt z podwójna linią murów obronnych i wieżami w każdym z pięciu rogów warowni. We władaniu tej hrabiowskiej rodziny (wasali Książąt Sabaudzkich) pozostał do 1716 roku. Niestety na terenie zamku zdjęcia można było robić tylko na zewnętrznym dziedzińcu, stąd obrazy tamtejszych komnat, zbrojowni, sali sądowej czy drewnianych balkonów zachować możemy tylko we własnej pamięci.

Po powrocie do Nus włączyłem telewizor aby obejrzeć relację z ósmego etapu Tour de France. Byliśmy świadkami początków końca Lance’a Armstronga. Na etapie do Morzine-Avoriaz wielki „Boss” wyraźnie nie miał swojego dnia. Brał udział w niemal każdej możliwej kraksie i jeszcze przed finałowym wzniesieniem stracił kontakt z czołową grupą. Niemniej chcąc nie tylko zdobyć, ale i dokładnie obfotografować podjazd do Breuil-Cervinia nie mogłem czekać do końca tej relacji. Kwadrans po piątej wyszliśmy z domu, aby pojechać do Cervini. Zdecydowałem się powtórzyć nasz manewr z Oropy i Cogne czyli wjazd samochodem na górę. Słynny kurort Breuil-Cervinia zdał mi się lepszym miejscem do spędzenia wolnego czasu niż położona w dolinie wioska Chatillon. Chciałem by Iwona mogła ciekawie spędzić ponad dwie godziny naszej „przymusowej” rozłąki. Z Nus pod Matterhorn mieliśmy 38 kilometrów, z czego początek po krajówce SS-26 i resztę na regionalnej drodze SR-46. Gdy za wspomnianym rondem przed Chatillon rozpoczęliśmy podjazd do Breuil-Cervinia zna przeciwka mijała nas istna rzeka różnej, niekiedy bardzo wysokiej, klasy samochodów. Ot włoska klasa średnia wracała z niedzielnego pikniku pośród alpejskich łąk. Na górę wjechaliśmy kilka minut po osiemnastej. Mimo wspomnianego odpływu gości na miejscu mieliśmy nieco kłopotów ze znalezieniem miejsca parkingowego. Ostatecznie musieliśmy się cofnąć dwieście metrów i zostawić samochód na największym z tutejszych postojów nieopodal hotelu Edelweiss. Długi zjazd, na którym rozkręcałem się do 66-68 km/h zajął mi niemal godzinę z uwagi na liczne foto-przystanki.

Zatrzymałem się przy rondzie, którego ozdoba znakomicie zdradza cel podróży każdemu z turystów, który zdecyduje się odbić w lewo i ruszyć w górę doliny Valtournenche. Jest nim makieta o charakterystycznym kształcie szczytu Matterhorn. Dwukrotnie u podstawy tej góry wyznaczano finisz etapów Giro d’Italia. Po raz pierwszy w 1960 roku na dwunastym odcinku ze startem w Asti, kiedy to podjazd ten należało zrobić w pełnym 27-kilometrowym wymiarze. Po długiej ucieczce z bezpieczną przewagą aż 3:47 wygrał wówczas harcownik Aldo Kazianka. Za jego plecami ramię w ramię finiszowała najlepsza piątka tego wyścigu tzn. Gastone Nencini (nr 2), Jacques Anquetil (nr 1), Imerio Massignan (nr 4), Joseph Hoevenaers (nr 5, lecz tego dnia jeszcze lider) oraz Charly Gaul (nr 3). Po przeszło trzech dekadach wyścig wrócił w te strony na znacznie dłuższym i trudniejszym 240-kilometrowym odcinku nr 14 ze startem w Racconigi, lecz finałowe wzniesienie liczyło sobie „tylko” 19 kilometrów. Na przetarcie kolarze musieli bowiem pokonać wspominane przeze mnie podjazdy pod Champremier i Saint Pantaleon, gdzie zaczęła się cała zabawa. Na górze triumfował Ivan Gotti z przewagą 39 sekund na Nicolą Micelim i 1:20 nad Stefano Garzellim. Pokonany „obrońca tytułu” Paweł Tonkow przejechał linię mety w towarzystwie: Jose Jaime Gonzaleza, Leonardo Piepolego, Aleksandra Szefera i Axela Merckxa ze stratą 1:46. W ten sposób stracił różową koszulkę lidera, którą zdobył trzeciego dnia wyścigu, po wygraniu czasówki do San Marino. Jest i polski akcent w kolarskiej historii tego wzniesienia. Sylwester Szmyd zapewnił tu sobie miejsce na trzecim stopniu podium Giro delle Valle d’Aosta w edycji z 2000 roku, wygranej przez Ukraińca Jarosława Popowicza.

Podjazd do Breuil-Cervinia (2006 m. n.p.m.) niewątpliwie zaliczyć należy do grona trudnych, choćby tylko przez samą długość i przewyższenie. Aczkolwiek średnie nachylenie ma ledwie umiarkowane, za sprawą kilku odcinków „falsopiano”. Na samym dole mocno kręcił wiatr. Wystartowałem na przełożeniu 39-21, nie luzując ani na moment do połowy wzniesienia. Po przejechaniu 2800 metrów minąłem zabudowania fabryczki aluminium w Champlong. Początek czyli 7,6 kilometra do miasteczka Antey-Saint-Andre trudno wyczuć. Teoretycznie stromizna jest tu umiarkowana – 6,1 %. Niemniej natknąć się tu można także na dwa półkilometrowe odcinki o nachyleniu ponad 8 % i tyleż samo powyżej 9 %, na początku drugiego i końcu piątego kilometra. Po przejechaniu ośmiu kilometrów minąłem skręt w lewo ku wiosce Torgnon i leżącej za nią przełęczą Saint Pantaleon. W tym miejscu podjazd mocno poluzował, by utrzymać się na poziomie poniżej 5 % aż do końca dwunastego kilometra. Po raz pierwszy na tej górze mogłem użyć przełożeń 39-19 i 39-17. Potem trzeba było zmienić rytm jazdy, gdyż końcówka trzynastego i cały czternasty kilometr przytrzymały na poziomie 8-9 %. Dlatego też niedługo po tym jak śmigałem z prędkością 27-30 km/h poczułem się zmuszony wrzucić miękkie przełożenie 39-24 aby zmęczyć ten odcinek w tempie 13-14 km/h. Ponownie mogłem odpocząć dopiero gdy minąłem czerwony domek pszczelarza. Po chwili dojechałem do sztucznego jeziora Mayen, z którego zasobów wodnych korzysta miejscowa elektrownia. Jadąc wzdłuż brzegów jeziora znów miałem odpust czyli bardzo łatwy piętnasty i nieco trudniejszy szesnasty kilometr. Tu mogłem nawet skorzystać z „płaskiej kombinacji” 53-15. Ta faza podjazdu skończyła się na moście ponad potokiem Marmore (15,8 km) i na dystansie 8,2 kilometra miała skromne nachylenie 4,3 %.

Na kolejny łatwy kawałek musiałem poczekać do samego końca podjazdu. Kolejne siedem kilometrów nie należało bowiem do najłatwiejszych. Zaczęło się od kolejnej serii serpentyn. Następnie czekały mnie dwa ciężkie odcinki na poziomie powyżej 9-10 % pod koniec siedemnastego i osiemnastego kilometra. Na kilometr przed dojechaniem do Valtournenche-Paquier raz jeszcze skorzystałem z przełożenia 39-24. Za miasteczkiem mogłem powrócić do zasadniczego na tej górze trybu „21”. Na nim przejechałem wymagające dwa kilometry przed Parreres o średniej od 7,4 do 8,2 %, które kończyły się trzecią i ostatnią seria zakrętów oraz wjazdem w tunel. Pięć kilometrów między Mayen a Parreres można uznać za najtrudniejszą kwartę całego wzniesienia. Miała ona średnie nachylenie 6,8 %, przy dwukrotnym maksimum + 11 % na przełomie dwudziestego drugiego i trzeciego kilometra. Do szczytu pozostały mi już ponad cztery kilometry, z czego półtora na solidnym poziomie 7,2-7,4 %. Po przejechaniu 24,5 kilometra skończyły się jakikolwiek problemy. Na ostatnich 2400 metrach stromizna ani na moment nie przekracza już 5 %. Minąłem Lago Bleu czyli małe oczko wodne o specyficznym, seledynowym kolorze. Wraz z początkiem ostatniego kilometra wjechałem w pięćsetmetrowy tunel. Końcówka na poziomie 3 % umożliwiła mi finisz z prędkością niemal 30 km/h. Skończyłem po przejechaniu via Guido Rey wyjeżdżając wprost na plac przed kościółkiem Santa Maria Regina della Valle d’Aosta. Na swoją Iwonkę znów mogłem liczyć niczym na Zawiszę, podobnie jak w Oropie czy Pili znów złapała mnie na finiszu swym Canonem.

Gdy około 20:45 dotarłem do szczytu w Breuil-Cervinia robiło się już szaro, zaś temperatura spadła do 15 stopni. Biorąc pod uwagę późną porę dnia i sporą wysokość bezwzględną było i tak relatywnie ciepło. Ten największy w programie całej wyprawy podjazd miał długość 26,98 kilometra o przewyższeniu 1477 metrów i średnim nachyleniu 5,47 %. Na jego pokonanie potrzebowałem przeszło półtorej godzinę, a dokładnie 1h 30 minut i 18 sekund. Jechałem ze średnią 17,926 km/h, zdobywając przewyższenie w tempie 981 m/h. Wysoka prędkość i niski VAM były do przewidzenia, można na górze, gdzie aż dziesięć półkilometrowych odcinków miało nachylenie nie wyższe niż 3 %. Podczas gdy ja wspinałem się na rowerze, Iwona spacerując po Cervini fotografowała uroki tego kurortu. Przede wszystkim zaś próbowała uwiecznić na zdjęciu wierzchołek Matterhorn, który jednak uparcie chował się przed nią w chmurach. Gdy spotkaliśmy się na górze w dalekim RPA zaczynał się właśnie finałowy mecz o Mistrzostwo Świata w piłce nożnej pomiędzy Hiszpanią a Holandią. Na zjeździe do Chatillon w odgłosach dobiegających z mijanych przez nas hoteli i barów dało się wyczuć atmosferę panującą wokół relacji z tego widowiska. Gdy już po zmroku wróciliśmy do naszego lokum w Nus Andres Iniesta, Arien Robben i spółka biegali po boisku już od 60 minut. Niemniej biorąc pod uwagę, iż mecz ten zakończył się dogrywką można powiedzieć, że zdążyliśmy na drugą połowę tej wielkiej rozgrywki. Tego wieczoru cała Hiszpania płakała ze szczęścia, Holandia po raz trzeci w historii obeszła się smakiem, ja zaś miałem w nogach najdłuższy i najtrudniejszy dzień lipca na rowerze czyli 93,7 kilometra o łącznym przewyższeniu 2690 metrów.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Saint-Barthelemy & Breuil-Cervinia została wyłączona

Pila & Valnontey / Gran Paradiso

Autor: admin o 10. lipca 2010

Jako się rzekło na weekend zostawiłem sobie główne dania z menu jakie miłośnikom rowerowej wspinaczki oferuje Dolina Aosty. Mam na myśli trzy wzniesienia, które w roli finałowych podjazdów znalazły się w przeszłości na trasach Giro d’Italia. Dwa z nich położone są w bezpośrednim pobliżu Aosty, więc w sobotni poranek udaliśmy się samochodem do poznanej poprzedniego wieczoru stolicy regionu. Tym razem jednak naszym celem nie była tamtejsza starówka, lecz południowa dzielnica miasta czyli Pont Suaz. Właśnie tam nad rzeką Dora Baltea stały niegdyś południowe wrota do rzymskiej twierdzy zwane Pons Suavis, zaś dziś bierze swój początek podjazd do stacji narciarskiej Pila. Wspinaczkę do tej stacji można rozpocząć również w położonej nieco dalej na zachód wiosce Gressan. Niemniej to właśnie, nieco trudniejsza z dwojga, wersja ze źródłem w Aoście gościła na Giro przy obu dotychczasowych okazjach. Mimo niewielkiego dystansu wyruszyliśmy bardzo wcześnie, a mianowicie około 8:40. Po przejechaniu 13 kilometrów byliśmy na miejscu czyli na dużym placu przy ulicy Strada Paravera, tuż przed zabudowaniami dolnej stacji kolejki górskiej na Pilę. Ustaliliśmy, że dokonamy dubeltowego ataku na tą stację. Ja w swoim stylu wybiorę się tam na rowerze, zaś Iwona korzystając z okazji spróbuje mnie uprzedzić wjeżdżając na górę w wagoniku startującej nieopodal kolejki linowej.

Wyruszyłem w drogę o godzinie 9:10 przy dość przyjemniej jeszcze temperaturze 26 stopni. Zaraz po starcie wjechałem na Strada Pont Suaz i minąłem duże rondo z wysoką rzeźbą, na którą składały się znaki przypominające litery chińskiego bądź japońskiego alfabetu. Następnie przejechałem pod autostradą A-5 Torino-Aosta i skończywszy pierwszy kilometr dotarłem do ronda z fontanną, której wody zdawały się wytryskiwać z wnętrza góry. W tym miejscu z widokiem na ładniutki kościółek i trattorię LimOnet zaczyna się przeszło 18-kilometrowy podjazd do Pili. Jak już wspomniałem dwukrotnie ścigali się na nim uczestnicy Giro d’Italia. Po raz pierwszy w 1987 roku podczas przedostatniego (21-wszego) etapu edycji wygranej przez Irlandczyka Stephena Roche’a. Ten 252-kilometrowy odcinek ze startem w Como wygrał Szkot Robert Miller, który na finiszu o trzy sekundy wyprzedził wspomnianego triumfatora całego wyścigu oraz hiszpańskiego Baska Marino Lejarretę. Niemniej kolejni na mecie Włoch Flavio Giupponi i Holender Erik Breukink stracili już ponad dwie minuty, dzięki czemu Szkot zabrał drugie miejsce w „generalce” Holendrowi. Pięć lat później na osiemnastym 260-kilometrowym etapie ze startem w Saluzzo liderzy wyścigu pojechali na remis. Tym razem w głównych rolach wystąpili górscy harcownicy. Etap wygrał Niemiec Udo Bolts z przewagą 1:38 nad Baskiem Ramonem Gonzalezem-Arrietą. Kilkanaście sekund później linię mety przekroczyli główni aktorzy tego wyścigu czyli Włosi: Franco Chiocciolli i Claudio Chiappucci (maglia verde), Bask Miguel Indurain (maglia rosa), Rosjanin Paweł Tonkow (maglia bianca) i kolejny Włoch Marco Giovanetti.

Podjazd, który mnie teraz czekał podzielić można na dwie zasadnicze części. Dolna połówka została wybudowana w okresie międzywojennym, zaś górna już w latach pięćdziesiątych. Na pierwszych dziewięciu kilometrach średnie nachylenie wynosi 7,7 %, zaś w górnej części już tylko 6,4 %. Ale po kolei. Po wyjechaniu z Pont Suaz delikatnym łukiem skręciłem w prawo i jeszcze na pierwszym kilometrze przejechałem przez wioski: Ampaillant i Girada. Nieco dalej droga stała się kręta, zaś pnącą się po serpentynach szosę przecinała w kilku miejscach linia wspomnianej kolejki górskiej. Stąd zadzierałem głowę w niebo by dojrzeć czy w którymś z wagoników nie śmiga ku górze Moja Miła. Po wyjechaniu z krótkiego leśnego odcinka wjechałem na ulice Charvensod, gdzie po przejechaniu 2800 metrów minąłem budynek magistratu. Początki trzeciego i czwartego kilometra miały średnie nachylenie ponad 9 %, więc zmieniłem startowe przełożenie 39-21 na bardziej stosowną w tak trudnych warunkach terenowych kombinację 39-24. Za Charvensod na dłuższy czas wjechałem w tereny zalesione, gdzie z początkiem piątego kilometra zaczęła się kolejna seria serpentyn. Ogółem pierwsze cztery kilometry miały średnie nachylenie 6,8 % przy maximum niespełna 12 %. Wyraźnie trudniejsza okazała się jednak druga „ćwiartka” tzn. odcinek 5200 metrów do osady Champe, który miał średnie nachylenie 8,1 % i max. dwukrotnie szybujące ponad 13 % na początku dziewiątego kilometra. Niemniej Przy niejako za całokształt za najtrudniejszy na całym podjeździe należy uznać fragment 2500 metrów od początku szóstego do połowy ósmego kilometra o średniej 9,3 %.

Za Champe droga się uspokoiła. Dziesiąty kilometr trzymał jeszcze na przyzwoitym poziomie 6,1 %, lecz na kolejnych 2500 metrów było już tylko 3,9 %. Dlatego mogłem sobie pozwolić na twardsze przełożenia tzn. 39-19, a nawet 39-17 na odcinku bezpośrednio za Peroulaz. Minąłem tu dobrze widoczną z Aosty pośrednią stację kolejki górskiej. Sielanka skończyła się na sześć kilometrów przed szczytem u zbiegu mojego szlaku z alternatywą biorącą swój początek w Gressan. Po przejechaniu jeszcze 1500 metrów dotarłem do wiaduktu nad stacją tramwajową w Eaux-Froides. Bardzo urozmaicona pod względem technicznym trzecia „ćwiartka” wzniesienia czyli 4800 metrów z Champe do Acqua Fredde miała średnie nachylenie 6,1 %, przy max. ponad 11 %. Do pokonania zostało mi jeszcze 4200 metrów solidnej wspinaczki na średnim poziomie 7,2 %. W Pili na długiej i łatwej prostej Iwona uchwyciła mnie w akcji. Wjazd na szczyt kolejką zajął Jej niespełna 40 minut. Przejechawszy przez centrum zdecydowałem się kontynuować podjazd i wjechałem w ciemny tunel prowadzący do górnej części tego ośrodka. W półmroku przejechałem trudne siedemset metrów z maksymalną stromizną powyżej 11 %. Po wydobyciu się na światło dzienne do końca asfaltowej nawierzchni miałem już tylko 150 metrów. Zatrzymałem się na placu przed nieczynną stacją kolejki górskiej po pokonaniu 18,21 kilometra. Wobec przewyższenia 1303 metrów góra ta miała średnie nachylenie 7,15 %. Na jej pokonanie potrzebowałem 1 godzinę 13 minut i 12 sekund, jadąc ze średnią prędkością 14,926 km/h przy wartości VAM 1068 m/h. Po chwili na odsapnięcie i zrobienie kilku zdjęć bardzo ostrożnie zjechałem przez tunel do centrum gdzie spotkałem Iwonkę ucieszoną kupnem okolicznościowej żabki-wieszaka. Odpocząłem przez kwadrans, po czym umówiliśmy się na spotkanie przy samochodzie za trzy kwadranse. Do Aosty dojechałem około 11:35.

Naszym pierwszym zadaniem po odpaleniu auta było jego zatankowanie, aczkolwiek nie chcieliśmy tego czynić na pierwszej-lepszej stacji samoobsługowej. Od czwartkowego popołudnia wskaźnik ilości paliwa zachowywał się mocno podejrzanie tzn. niezmiennie wskazywał, iż mamy zapas benzyny wystarczający na pokonanie 95 kilometrów. Tymczasem okazało się, iż po mieście jeździliśmy już dosłownie na oparach. Najedliśmy się strachu gdy samochód odmówił nam współpracy i zaczął sygnalizować problemy z akumulatorem. Wielkie szczęście w nieszczęściu, iż stało się to na terenie jednej ze stacji przez co skończyło się na ledwie paru metrach pchania auta. Po zatankowaniu próbnej dawki 15 litrów moja Kia odżyła i wielki kamień spadł mi z serca. Do podnóża kolejnej góry czyli miasteczka Aymavilles mieliśmy tylko osiem kilometrów wybrawszy drogę regionalną SR-20. Niemniej zdecydowaliśmy się skręcić w SR-47 i zatrzymać się 20 kilometrów dalej w Cogne u wrót najstarszego włoskiego Parku Narodowego – Parco Nazionale di Gran Paradiso. Został on ustanowiony w 1922 roku i dziś obejmuje obszar 711 km2 na terenie Doliny Aosty i Piemontu (prowincja Turyn) wokół górskiego masywu Gran Paradiso, którego najwyższy szczyt sięga aż 4061 metrów n.p.m.

Dzięki temu już w drodze mogłem sobie obejrzeć górę przed jej skosztowaniem. Gdy na kwadrans przed trzynastą zatrzymaliśmy się w Cogne termometr pokazał nam aż 37 stopni. Podjazd pod Pilę wyssał ze mnie niemało energii, a tu tymczasem drugie danie miałem przetrawić w najgorętszej porze dnia. Na moje szczęście góra ta miała być stosunkowo lekkostrawna. Na trasie Giro d’Italia podjazd do Valnontey-Gran Paradiso pojawił się tylko raz w 1985 roku. Wówczas na długo przed ubiegłorocznym etapem z Chieti na Blockhaus organizatorzy Giro wymyślili sobie ultra-krótki górski etap ze startu wspólnego. Osiemnasty odcinek tego wyścigu rozpoczął się w Saint-Vincent i liczył zaledwie 58 kilometrów. Na mecie z bezpieczną przewagą nad rywalami triumfował Amerykanin Andy Hampsten, jeżdżący w barwach debiutującej na szosach Europy grupy 7 Eleven-Hoonved. Równo minutę stracił do niego kolejny zawodnik zza Atlantyku Kolumbijczyk Reynel Montoya, zaś trzeci ze stratą 1:04 był walczący o piąte miejsce w „generalce” Bask Marino Lejarreta. Tego dnia Francuz Bernard Hinault obronił różową koszulkę lidera przed zakusami faworyta gospodarzy Francesco Mosera i mógł być już prawie pewien swego trzeciego generalnego zwycięstwa w tym wyścigu.

Zacząłem od spokojnego zjazdu do Aymavilles. Zatrzymałem się w pobliżu tamtejszego magistratu, przy rondzie u zbiegu dzielnic Chef-Lieu oraz Glassier. Wystartowałem kwadrans przed czternastą przy obezwładniającej temperaturze 36 stopni. Po przejechaniu 1100 metrów minąłem białą sylwetkę zamku z czteroma wieżami, którego historia sięga roku 1278. Pierwsze cztery kilometry okazały się ponadprzeciętnie trudne na tle całego wzniesienia, stąd już po przejechaniu półtora kilometra wrzuciłem tryb „24”. Druga połowa trzeciego kilometra, tuż przed wioską La Poyaz trzyma na poziomie 9,8 %. Natomiast żaden z pierwszych ośmiu półkilometrowych odcinków nie schodzi poniżej poziomu 6,4 %. Kolejne półtora kilometra jest już znacznie łatwiejsze, więc pierwsze 5500 metrów ma średnie nachyleniu 6,5 % i max. ponad 11 % pod koniec pierwszego kilometra. Następnie mogłem zupełnie odpocząć na kilometrowym zjeździe ku Ponte di Chevril, na którym straciłem 43 metry z wcześniej „zdobytej” wysokości. Przyznam, że na widok tego rodzaju luźnych kawałków ma zawsze mieszane uczucia. Z jednej strony to okazja do wytchnienia, lecz z drugiej taki fragment wybija z rytmu wspinaczki i zmusza do odrobienia wysokości. Poza tym taki mini-zjazd niewątpliwie fałszuje dane konkretnej wspinaczki.

Na Ponte di Chevril przejechałem na lewy brzeg rwącego potoku Grand Eyvia. Po wspomnianym zjeździe czekały mnie teraz trzy solidne kilometry do wioski Vieyes o średnim nachyleniu 6,2 %, znacznie trudniejszy w swej pierwszej części. Około dziesiątego kilometra mignął mi po prawej ręce głośny niczym wodospad potok Nomenon. W środkowej części podjazdu pokonałem serię niezbyt stromych czy długich tuneli oraz galerii, z których najdłuższa miała 350 metrów. Jedyną niedogodnością był fakt, że niektóre tunele były nieoświetlone. Po przejechaniu 13,8 kilometra dojechałem do Ponte di Laval i wróciłem na prawy brzeg Grand Eyvia. W tym miejscu podczas wcześniejszego zjazdu napotkałem trójkę amatorów raftingu szykujących się do szalonej szarży na swym pontonie. Ogółem odcinek 7300 metrów między dwoma mostami miał średnie nachylenie 5,2 %. W zasadzie najtrudniejszą część podjazdu miałem w tym momencie za sobą. Kolejne pięć kilometrów z krótkim wyjątkiem w Epinel były na tyle łatwe, iż mogłem sobie pozwolić na skorzystanie z przełożeń 39-19, 39-17, a nawet 39-15. Po przejechaniu 19 kilometrów byłem już w Cogne i minąłem rondo z narciarzami, za którym skrywał się parking, na którym zostawiliśmy nasz samochód. Pojechałem prosto przez Avenue GF Cavagnet i Rue Bourgeois ku centrum miasteczka. Tam czekała na mnie niemiła niespodzianka tzn. 400 metrów wytrącającej z rytmu kostki, przy niebagatelnym nachyleniu 7 %. Tym niemniej odcinek 5700 metrów od Ponte di Laval do centrum Cogne za sprawą skromnej stromizny 3,5 % przejechałem ze średnią prędkością 23,1 km/h.

Wyjeżdżając z Cogne, przy hotelu Sant’Orso skręciłem w prawo na Rue Grand Paradis, gdzie po chwili skończył się uprzykrzający jazdę bruk. Z tego miejsca do końca wspinaczki brakowało mi jeszcze 2800 metrów. Pierwsze półtora kilometra było łatwe i przyjemne. Do ostatniego wysiłku zmusiło mnie dopiero kolejnych 800 metrów, zaś ostatnie pół kilometra posłużyło już tylko za teren do szybkiego finiszu. W sumie cała końcówka miała mocno umiarkowane nachylenie rzędu 4,8 %. Wspinaczkę zakończyłem na drewnianym mostku w centrum Valnontey po pokonaniu 22,18 kilometra w czasie 1 godziny 9 minut i 19 sekund czyli ze średnią prędkością 19,198 km/h. Ponieważ góra ta ma 1023 metry przewyższenia przy wspomnianym dystansie przekłada się na skromną stromiznę 4,61 %. Ta wartość znakomicie tłumaczy bardzo wysokie jak na Alpy tempo tej wspinaczki. Z kolei wskaźnik VAM przy tylu łatwych odcinkach zgodnie z przewidywaniem był kiepski i wyniósł tylko 885 m/h. Na szczycie też panował upał – 32 stopnie. Po chwili oddechu przejechałem na lewy brzeg potoku i wspiąłem się do położonego na pobliskim wzgórzu hotelu Paradisia. Zawróciwszy do Valnontey wśród rzeszy pieszych turystów bez trudu znalazłem osoby chętne do strzelenia mi fotek w strategicznie wybranych miejscach. Do Cogne zjechałem kwadrans po piętnastej. Mój Anioł Cierpliwości po zwiedzeniu miasteczka próbował jakoś zabić czas kończąc lekturę „Millenium”.

Podczas zjazdu do Aymavilles napotkaliśmy pierwszy od wjazdu do Włoch, acz wciąż bardzo nieśmiały i przelotny deszczyk. Wjechawszy w dolinę postanowiliśmy odpuścić sobie wcześniej planowaną moto-wycieczkę na legendarną przełęcz Colle del Gran San Bernardo. Zdobyłem ją rok wcześniej od szwajcarskiej strony i dlatego nie znalazła się ona na mej kolarskiej „liście życzeń” podczas tegorocznej wyprawy. Do Nus wróciliśmy kwadrans po szesnastej, dzięki czemu mogliśmy obejrzeć drugie zwycięstwo etapowe Sylvaina Chavanela na trasie „Wielkiej Pętli”. Dzięki sukcesowi na jurajskim odcinku z metą w Station des Rousses Francuz z Quick Stepu odzyskał prowadzenie w Tour de France. Późnym popołudniem podjechaliśmy do pobliskiego Fenis. Niestety główna atrakcja tego miasteczka czyli zamek o tej porze był już zamknięty. Zwiedzanie na nim jest przewidziane do godziny 18:30. Dlatego musieliśmy odłożyć naszą wizytę na niedzielne popołudnie. W tej sytuacji poprzestaliśmy na spacerze po cichutkiej mieścinie, konsumpcji wyśmienitych włoskich lodów i zbiorze okazałych alpejskich szyszek. W ten sposób nareszcie spełniłem majową prośbę mojej siostry, która z owych gigantów chciała zrobić świąteczne stroiki do swego przedszkola.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Pila & Valnontey / Gran Paradiso została wyłączona

Saint Pantaleon & Druges

Autor: admin o 9. lipca 2010

Po czwartku spędzonym w podróży piątek miał być dniem znacznie bardziej stacjonarnym. Oboje chcieliśmy odpocząć od samochodu. Poza tym już w momencie układania planu całej podróży na 9 lipca przygotowałem sobie trasę ze startem i metą w Nus. Na tą okoliczność wybrałem wzniesienia położone na tyle blisko owego miasteczka by obie wspinaczki można było wpleść w profil niespełna 80-kilometrowej wycieczki. Pierwszym wyzwaniem miała być przełęcz Saint Pantaleon (1664 m. n.p.m.) ze startem w Chambave i przejazdem przez Saint-Denis. Po powrocie nad rzekę miałem przeskoczyć na południową stronę doliny i w Fenis rozpocząć drugi podjazd poprzez przełęcz Champremier (1390 m. n.p.m.) z finałem we wiosce Druges na wysokości 1586 m. n.p.m. Oczywiście najważniejszym powodem wyboru tych właśnie wzniesień był ich udział w historii Giro d’Italia. Co ciekawe oba pojawiły się na trasie tego wyścigu dwukrotnie i to przy tej samej okazji. Za pierwszym razem na 260-kilometrowym osiemnastym etapie z 1992 roku, który zakończył się w stacji narciarskiej Pila. Pięć lat później w ramach kolejnego górskiego maratonu. To znaczy na 232-kilometrowym czternastym odcinku z finałem w stacji Breuil-Cervinia. Finałowe podjazdy obu tych etapów zostawiłem sobie na weekend. Tymczasem postanowiłem zasmakować w ich przystawkach.

Z uwagi na panujące we Włoszech upały ruszyłem w drogę jak najprędzej czyli kilka minut po godzinie dziewiątej. Na początek zjechałem trzysta metrów ku drodze krajowej SS-26 gdzie stanąłem by ustawić sobie wysokość początkową i wystartować licznik. Mimo wczesnej pory powietrze było już nagrzane do 27 stopni. Czekał mnie ciepły i długi dzień na rowerze oraz końcówka etapu w najgorętszej porze dnia. Na początek miałem do pokonania 6,7 kilometra po wspomnianej „krajówce”. Ten odcinek posłużył mi za teren do swobodnej rozgrzewki w tempie około 30 km/h. Pomimo pagórka na piątym kilometrze straciłem tu ponad 50 metrów z początkowej wysokości. Z głównej drogi zjechałem na rondzie, którego ozdobą był liczący sobie ledwie trzy lata pomnik z okazałą kiścią winogron. Wjechałem na Avenue Arberaz, która na zakręcie w lewo przy żółtym budynku restauracji La Crotta di Vegneron przechodziła w świadczącą o profesji i języku miejscowych ludzi Rue de Vignerons. W Dolinie Aosty na każdym roku odczuć można wpływy francuskie. Co nie może dziwić zważywszy, że na fakt, iż przez blisko siedem wieków region ten znajdował się pod wpływem hrabiów i książąt Sabaudzkich. Dopiero w 1720 roku przeszedł pod władanie Królestwa Sardynii i wraz z nim w roku 1860 stał się częścią Królestwa, zaś dziś Republiki Włoch. Co charakterystyczne na lokalnych mapach przełęcze nazywane są z francuska „col”, a nie „passo” jak to ma miejsce w niemal całej Italii.

Col du Saint Pantaleon można zdobyć na trzy sposoby. Dwie wersje tego podjazdu zaczynają się w Chambave właśnie. Trzecia tzn. wschodnia opcja startuje z Chatillon i do miasteczka Antey-Saint-Andre jest zbieżna ze wspinaczką do Breuil-Cervinia. Oba zachodnie warianty mają ten sam początek i wspólny koniec, lecz rozdzielają się po przebyciu 2600 metrów na wysokości osady Goillaz. Tu można skręcić na zachód ku gminie Verrayes lub na wschód ku gminie Saint-Denis. Obie drogi łączą się ponownie we wiosce Del po około ośmiu kilometrach separacji. Ja wybrałem podjazd przez Saint-Denis, który jest o pół kilometra krótszy od wersji Verrayes, lecz z tego samego powodu nieco bardziej stromy. Podczas wspomnianych edycji Giro kolarze atakowali Saint Pantaleon na inne sposoby. W 1992 roku od strony Chatilllon przez Antey-Saint-Andre, po czym zjechali przez Saint-Denis do Chambave skąd udali się do Fenis na podbój wzniesienia Champremiere. Natomiast w 1997 roku zaczęli wspinaczki w Fenis podjazdem pod Champremiere, po czym zjechali do Saint-Marcel i Nus, zaś podjazd pod Saint Pantaleon zaczęli w Champagne (tuż przed Chambave) i pojechali przez Verrayes. To właśnie na tej premii górskiej Ivan Gotti skutecznie zaatakował lidera Pawła Tonkowa, po czym na finałowych kilometrach do Cervinii powiększył swą przewagę i odwrócił losy wyścigu.

Muszę przyznać, iż podjazd ten dał mi się bardziej we znaki niż oczekiwałem. Pierwsze 4400 metrów z Chambave do Saint-Denis miało średnie nachylenie 7,9 %. Maksymalna stromizna sięgnęła prawie 13 % pod koniec czwartego kilometra. Nieco wyżej można było zawiesić oko na pozostałościach wzniesionego w XIII wieku zamku Cly. Kolejne 3600 metrów od Saint-Denis do Petit Bruson również zmuszało do sporego wysiłku. Odcinek ten był niewiele łatwiejszy od pierwszej kwarty tzn. na średnim poziomie 7,4 %. Szczęśliwie przy przejeździe przez Petit Bruson na długie 900 metrów nachylenie spadło poniżej 5 % i można było odsapnąć przed górną połówka wspinaczki. Jednak tuż za wioską zaczęły się kolejne serpentyny i trzeba było wrócić do wytężonej pracy. Na odcinku 3600 metrów od rubieży Petit Bruson przez Del do Semon średnie nachylenie utrzymuje się na średnim poziomie 7 %. Jechałem tu wśród przypalanych południowym słońcem łąk, na których głośny koncert dawały świerszcze na przemian z cykadami. Dopiero kilkaset metrów dalej czyli na początku czternastego kilometra wspinaczki pojawiła się kolejna okazja do złapania głębszego oddechu czyli w sumie 1200 metrów łatwiejszego terenu. W końcu dojechałem do zakrętu w Charesoulaz skąd do szczytu zostały mi dwa kilometry, z czego 1800 metrów ukryte w lesie. Finał o średniej 8,1 % był godnym zwieńczeniem tej trudnej góry. Na przedostatnim kilometrze chwilowa stromizna trzykrotnie zbliżyła się do poziomu 12 %.

Na ostatnim zakręcie zastałem robotników drogowych przy pracy. Ci jednak inaczej niż ich koledzy po fachu z drogi do Champorcher nie wylewali tu nowego asfaltu, lecz zabezpieczali użytkowników szosy przed osuwiskami montując specjalną siatkę po wewnętrznej stronie wirażu. Zatrzymałem się dopiero jakieś dwieście metrów za przełęczą, która była praktycznie nie oznaczona. Stanąłem na małym placu służącym za punkt widokowy. Patrząc w kierunku wschodnim bez trudu można było dojrzeć Monte Zerbion (2722 m. n.p.m.). Ale nie tylko. Przy słonecznej pogodzie i przejrzystym powietrzu na dalekiej północy widać było też strzelisty wierzchołek Matterhorn (4478 m. n.p.m.). To szósty pod względem wysokości szczyt całych Alp, po włosku nazywany Monte Cervino. Według moich wyliczeń podjazd z Chambave przez Saint-Denis liczy sobie 16,38 kilometra. Przy przewyższeniu 1182 metrów dystans ten przekłada się na średnie nachyleniu rzędu 7,21 %. Na jego pokonanie potrzebowałem 1 godzinę 5 minut i 52 sekundy. Oznacza to, iż wjeżdżałem z przeciętną prędkością 14,930 km/h, przy wskaźniku VAM o wartości 1076 m/h. W porównaniu z czwartkową jazdą pod nieco trudniejszy, acz krótszy Champorcher był to niewielki regres. Niewątpliwie ta góra dała mi w kość, zaś sporą garść energii zabierało też bezlitosne słońce. Tymczasem skoro temperatura na przełęczy sięgnęła już 24 stopni, to w dolinie mogłem się obawiać najgorszego. Dlatego też zjeżdżałem bardzo spokojnie, aby zachować jak najwięcej sił na drugi, w dodatku bardziej stromy podjazd.

Gdy około wpół do dwunastej dotarłem do ronda w Chambave było tam 30 stopni ciepła. Przy takiej temperaturze nie łatwo jeździ się po płaskim terenie, a co dopiero zmusić się do maksymalnego wysiłku na poważnym alpejskim podjeździe. Tym bardziej w sytuacji gdy pierwsza góra podcięła już nogi, zaś upał wyssał z ciała niezbędne zasoby energii. Postanowiłem, że kilkukilometrowy odcinek do Fenis przejadę bardzo spokojnie. Jednak warunki terenowe i pogodowe bynajmniej nie ułatwiły mi tego zadania. W dolinie upał narastał, zaś droga wcale nie była plaska. Na przestrzeni trzech kilometrów od drogi SS-26 przez Septumian do Miseregne musiałem pokonać blisko sto metrów przewyższenia. Zacząłem delikatny zjazd do Fenis, gdzie chciałem znaleźć jakieś ujęcie wody pitnej, które pozwoliłaby mi na przetrwanie zaplanowanej trasy pomimo dokuczliwego skwaru. Przyznam, że gdybym mieszkał w tym regionie czy choćby w północnych Włoszech tzn. miał sporą szansę raz jeszcze tu przyjechać to pewnie odpuściłbym sobie tego dnia drugą wspinaczkę. Niemniej planując co roku wyprawę w inny region Alp czy szerzej Europy mam raczej tylko jedną okazję na zdobycie tego czy owego podjazdu. Co prawda czasami w trakcie podróży zmieniam swe plany to jednak raczej zastępując jeden podjazd drugim, a nie po prostu rezygnując z obranego wcześniej celu. Dlatego gdy już zaspokoiłem pragnienie i napełniłem bidon poszukałem zamku w Fenis, spod którego zgodnie z wydrukowanym profilem chciałem rozpocząć podjazd do Druges. Ostatecznie zjechałem nieco niżej, do poziomu Muzeum Tradycyjnego Rzemiosła Doliny Aosty (Museo dell’Artigianato Valdostano di tradizione) w dzielnicy Chez Sapin.

Wystartowałem z tego miejsca niemal w samo południe przy obezwładniającej temperaturze 32 stopni. Sam początek na ulicach Fenis był jeszcze całkiem przyjemny. Po dwustu metrach minąłem górujące po prawej ręce wzgórze zamkowe. Dalej jechałem główną ulicą miasteczka przez dzielnice Chez Sapin, Chez Croiset aż do Cors, gdzie należało skręcić w prawo aby po 250 metrach dojechać dzielnicy Pommier. Na tym zapoznawczym odcinku o długości 1320 metrów jechało się łatwo na przełożeniu 39-19 i 39-21. Średnie nachylenie wynosiło tu tylko 3,4 %, przy max. niespełna 7 %. Mimo tego jechałem dość wolno tzn. z przeciętną prędkością 17 km/h. Przede wszystkim bacznie rozglądałem się za miejscem, w którym będę musiał odbić na Vallone dei Pieiller, aby rozpocząć zasadniczą część podjazdu. Do Druges jak i na przełęcz Champremier można dotrzeć na dwa sposoby. Wybrałem sobie wersję trudniejszą z Fenis, nie tylko z racji przerostu sportowej ambicji. Przede wszystkim z uwagi na fakt, że tak w 1992 jak i 1997 roku uczestnicy Giro podjeżdżali pod Champremier właśnie od tej strony, by w dolinę rzeki Dora Baltea wrócić zjazdem do Saint-Marcel. Ów zachodni wariant wspinaczki jest o jakieś 2,5 kilometra dłuższy, a prze to znacznie łagodniejszy. Tymczasem na wschodzie już sam widok pierwszych metrów podjazdu przez zalesioną dolinę Pieiller może skutecznie zniechęcić kolarzy słabiej wiary … we własne możliwości. Już po przejechaniu 130 metrów stromizna skoczyła do rekordowego na całej górze poziomu niemal 17 %. Byłem na coś takiego przygotowany, bowiem przejeżdżając przez Pommier wrzuciłem tryb „24”. Postanowiłem trzymać się przełożenia 39-24 tak długo jak będzie to możliwe.

Czekało mnie teraz ponad osiem kilometrów cichej katorgi w lesie. Po drodze niemal brak żywej duszy. Jeden dom przy wjeździe do lasu, kolejne zabudowania dopiero 600 metrów wyżej w Le Plany. W leśnej głuszy jedynymi śladami cywilizacji były szałasy górskich drwali, drewniane tablice z wysokościami bezwzględnymi danego miejsca oraz rzecz jasna owa wąska dróżka, na ogół chropowatej jakości, po której przyszło mi się wspinać. Po czterech stromych kilometrach nie mogłem już oprzeć się pokusie wrzucenia trybu „27”. Miałem dobry powód, bowiem na 8510 metrach dzielących Pommier od Champremier nachylenie ma średnio aż 9,3 %. Niemniej stromizna jest tu dość nieregularna, z wieloma bardzo stromymi zakrętami. Autorzy wspominanej przeze mnie serii wydawniczej naliczyli na tym odcinku aż 22 wiraże. Ja mogę dodać, że chwilowa stromizna 15-krotnie przekracza tu poziom 12 %. To wymarzony podjazd dla 60-kilogramowych kolarzy określanych mianem górskich kozic. Ja zaś nawet w środku lata ważę 73 kilo czyli dużo za dużo by na takiej górze czuć się jak u siebie w domu. Pierwszą dwukilometrową ćwiartkę o nachyleniu 8,6 % pokonałem jeszcze z całkiem niezłą prędkością 12,8 km/h. Natomiast trzy kolejne o nieco wyższej stromiźnie czyli 9,8 % – 9,7 % – 9 % przebrnąłem na równym, ale niższym poziomie 11,1 km/h – 10,5 – 11,1 km/h. Ucieszyłem się widząc zabudowania Champremier. W tym momencie już do końca wróciłem do przełożenia 39-24. Przed wjazdem do wioski miałem nawet chwileczkę zjazdu. Po dojechaniu do rozdroża, na którym włodarze Giro mogli wyznaczać linię górskiej premii, musiałem wziąć zakręt w lewo o niemal 180 stopni i zostawić za plecami zjazd do Saint-Marcel.

Zostało mi do pokonania 2740 metrów, z czego pierwszy kilometr dość trudny bo o średniej 8,1 % i max. ponad 13 %. Po przebyciu kilkuset kolejnych metrów minąłem wioskę Layche – 1100 metrów przed finałem. Na ostatnim kilometrze minąłem zjazd ku chwalącej się torem saneczkowym osadzie Druges Basse. Niemniej finiszując w tempie blisko 18 km/h pognałem prosto do strefy piknikowej Druges Alte. Tam zastałem kilka domostw z szarego kamienia. Okna zabite dechami. Na szczęście był kranik z bieżącą wodą, przy którym mogłem schłodzić rozgrzaną głowę i przemyć usta. Nie chciałem łapczywie gasić pragnienia, nie mając pewności czy woda jest zdatna do picia. We wsi nie było żywej duszy. Nawet tablica przy której zrobiłem sobie autoportret chyliła się ku upadkowi, także musiałem ją postawić do pionu. Wspinaczkę zakończyłem po przejechaniu 12,57 kilometra. Wobec przewyższenia 1066 metrów miała ona średnie nachylenie 8,48 %. Na pokonanie drogi z Fenis do Druges Alte potrzebowałem 1 godzinę 2 minuty i 58 sekund jadąc z przeciętną prędkością 11,977 km/h. Oznacza to, iż jechałem przeszło cztery minuty dłużej niż kilka tygodni wcześniej pod niemal identyczny podjazd z Bolognano na Santa Barbarę, kiedy to w nogach zamiast Saint Pantaleon miałem wspinaczkę pod Bordalę. To nie był mój najlepszy dzień, o czym świadczył też stosunkowo niski VAM 1015 m/h. W Druges słońce niemiłosiernie piekło. Wystarczyło tylko dziesięć minut postoju by temperatura na liczniku roweru skoczyła z 29 do 35 stopni. Na zjeździe napotkałem tylko pieszych turystów w Layche. Za Champremier nie było prawie żadnego ruchu samochodowego. Niemniej w końcówce zjazdu dostałem ostrzeżenie, iż na górskich zjazdach trzeba być zawsze czujnym. Przywyknąwszy do pełnej swobody przy wyborze toru jazdy omal nie wpadłem czołowo na trójkołowiec Piaggio, który niespodziewanie wyłonił się zza zakrętu.

Po zjechaniu do Fenis musiałem już tylko pokonać trzy kilometry do drogi krajowej SS-26 i ostatnie czterysta metrów lekko w górę uliczkami Nus. W sumie przejechałem 73,1 kilometra o niebagatelnym przewyższeniu 2327 metrów. Wyczerpany ale zadowolony, iż mimo kryzysu nie dałem się złamać górom i pogodzie dobiłem do „naszej przystani” kilka minut przed czternastą. Chłodny prysznic i smaczny obiad przywróciły mnie do życia. Późnym popołudniem pojechaliśmy pozwiedzać stolicę regionu. Zatrzymaliśmy się blisko centrum na parkingu przy via Frederic Chabod. Początki Aosty sięgają 25 roku przed Chrystusem, kiedy to cesarz Oktawian August postawił w tym miejscu fort o nazwie Augusta Pretoria Salassorum. Półtoragodzinny spacer po tutejszej starówce zaczęliśmy od Łuku Augusta. Cały deptak stanowiący kręgosłup aostańskiej starówki liczy sobie 1200 metrów od via San Anzelmo (na wschodzie) po Piazza della Repubblica (na zachodzie). Po przebyciu trzystu metrów mija się fragment starożytnych murów czyli Puerta Pretoriana. Dwieście metrów dalej wchodzi się na główny plac miasta czyli Piazza Emile Chanoux, którego patronem jest lokalny polityk, działacz Akcji Katolickiej i przywódca Antyfaszystowskiego Ruchu Oporu zamordowany przez SS-manów w 1944 roku. Po przejściu głównej arterii i zajrzeniu w kilka bocznych uliczek nieśpiesznie zawróciliśmy ku Arco Augusto. Zachowanie właścicieli sklepów i licznych restauratorów sugerowało nam, iż czas już wrócić do domu na kolację.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Saint Pantaleon & Druges została wyłączona

Oropa & Champorcher

Autor: admin o 8. lipca 2010

Plan na czwartek był dość skomplikowany. Po trzech noclegach w Varese musieliśmy się przenieść do miasteczka Nus w Dolinie Aosty, położonego 13 kilometrów na wschód od stolicy najmniejszego z dwudziestu włoskich regionów. Najprostszym rozwiązaniem byłoby wykorzystanie po kolei autostrad: A-8, A-26, A-4, A-5 i przebycie dzielących oba miasta 183 kilometrów w czasie poniżej dwóch godzin. Niemniej z tej perspektywy trudno poznawać uroki Italii. Znacznie lepiej nadają się do tego drogi krajowe (SS), regionalne (SR) i prowincjalne (SP). Poza tym w drodze przez Piemont chciałem poznać dwa wzniesienia, które jako finałowe podjazdy gościły w ostatnich latach na trasach etapów Giro d’Italia. Miałem apetyt na wspinaczkę pod Cascata del Toce w dolinie Formazza, na północ od Domodossoli oraz Santuario di Oropa powyżej Bielli. Niemniej mając świeżo w pamięci tempo naszej środowej wycieczki do Orta San Giulio w ostatniej chwili zrezygnowałem z wyprawy na daleką północ ku górze, na której w 2003 roku swój ostatni (acz nieskuteczny) skok po zwycięstwo etapowe oddał ś.p. Marco Pantani. Chcąc koniecznie dotrzeć do Baceno skąd mógłbym rozpocząć ten podjazd musielibyśmy zjechać z drogi ku Oropie i Nus na wysokości Gattico, aby pokonać w sumie 165 kilometrów na północ i z powrotem. Włącznie z samą wspinaczką na rowerze kosztowałoby to nas cztery godziny czasu. Poza tym z lektury „Passi e Valli in Bicicletta – Piemonte 1” dowiedziałem się, iż wobec wykorzystywania wód Cascata del Toce na potrzeby elektrowni wodnej ten słynny wodospad można ujrzeć w pełnej krasie tylko w dni świąteczne od czerwca do września oraz codziennie między 10 a 20 sierpnia. Czwartek 8 lipca nie kwalifikował się na tą okazję, przez co odpadł nam i nie-sportowy powód do odwiedzenia tego miejsca.

W ten sposób zdrowy rozsądek zatriumfował nad moją dziką żądzą poznania jak największej ilości ciekawych miejsc w kolarskim atlasie. Postanowiłem, że nie będziemy się za bardzo oddalać od głównego szlaku ku Nus. Oropa miała stać się pierwszą wspinaczką tego dnia. Iwona wspaniałomyślnie zgodziła się bym wybrał sobie jakieś zastępstwo za Cascata del Toce. Mój wybór padł na trudniejszy od odpuszczonego podjazd w górę doliny Champorcher do wioski o tej samej nazwie. Drugie wzniesienie tego dnia miałem więc zdobyć już na terenie Valle d’Aosta, albowiem miasteczko Hone gdzie zaczyna się ten podjazd leży 7 kilometrów na północ od granicy tego regionu z Piemontem. Pokonanie blisko 100-kilometrowego odcinka z Varese (Bobbiate) do Oropy zajęło nam ponad dwie godziny. Do Piemontu podobnie jak dzień wcześniej wjechaliśmy przez most między Sesto Calende a Casteletto sopra Ticino. Dalej skierowaliśmy się na Borgomanero, po czym drogą SS-142 przez Gattinarę pognaliśmy w kierunku Bielli. Tuż przed finałem zgodziliśmy na kolejną zmianę planów. Zamiast wypakować się w mieście postanowiliśmy dojechać samochodem na samą górę. Oropa zdawała się być znacznie przyjemniejszym miejscem do spędzenia przez Iwonę wolnego czasu w trakcie mojego kolarskiego wypadu. Do parkingu na brukowanej ulicy wiodącej ku bramie do Sanktuarium dotarliśmy niemal w samo południe. Kult Matki Boskiej w tym miejscu sięga roku 369, kiedy to pomnik Czarnej Madonny postawił w tym miejscu św. Euzebiusz, pierwszy biskup miasta Vercelli. Niemniej dopiero w 1960 roku ukończono budowę Górnej Bazyliki – Basilica Superiore, która stoi w głębi trzeciego dziedzińca górując nad całym kompleksem sakralnym.

Trzy lata po tym gdy ukończono to wielkie dzieło ku chwale Matki Boskiej po raz pierwszy zajrzał tu wyścig Giro d’Italia. Na jedenastym etapie Giro z 1963 roku pierwsze skrzypce zagrali trzej najlepsi zawodnicy tego wyścigu. Podobnie jak dzień wcześniej w Asti triumfował znakomity góral Vito Taccone, który w tych dniach był wprost nie do zatrzymania. W całym wyścigu wygrał on aż pięć górskich odcinków oraz klasyfikację górską, lecz w generalce był ledwie szósty. Na mecie w Oropie o trzy sekundy wyprzedził Vittorio Adorniego oraz o osiem późniejszego zwycięzcę całej imprezy Franco Balmamiona. Po długiej przerwie wyścig wrócił w to miejsce na przedostatnim etapie Giro z 1993 roku. Tym razem o sukces etapowy powalczyli uciekinierzy, z których najlepszy okazał się Massimo Ghirotto, lecz za jego plecami działy się ciekawe rzeczy. Rosyjski Łotysz Piotr Ugriumow urwał wielkiego Miguela Induraina i odrobił do Baska 36 sekund, któremu jednak w zapasie pozostała niecała minuta. Trzecia wizyta czyli piętnasty etap z 1999 roku była spektaklem jednego aktora. Marco Pantani u podnóża góry zerwał łańcuch i musiał zacząć wspinaczkę z dalekiej pozycji. Krok po kroku wyprzedzał kolejnych rywali, aż w końcu objechał wszystkich i triumfował niezagrożony z przewagą 21 sekund nad Francuzem Laurentem Jalabertem i 35 nad Gilberto Simonim. Czar prysł sześć dni później w Madonna di Campiglio.

Dla mnie najciekawsze było jednak ostatnie spotkanie Giro z Oropą. To z 2007 roku kiedy to organizatorzy Giro wytyczyli na pielgrzymkowym szlaku z Bielli górską czasówkę o długości 12,6 kilometra. Etap prawdy wygrał Marzio Bruseghin w czasie 28:55, z przewagą ledwie sekundy nad Leonardo Piepolim i ośmiu nad Danilo Di Luką, triumfatorem całego wyścigu. Sylwek Szmyd był tego dnia 27. z czasem 31:08, zaś najgorszy wynik czyli równo 36 minut uzyskał Holender Max van Heeswijk. Miałem wyjątkową okazje ku temu by w obiektywnie zbliżonych warunkach porównać się z profesjonalnym towarzystwem. W tym celu jakiś kwadrans po dwunastej rozpocząłem swobodny zjazd ku Bielli. Wedle wydrukowanego profilu podjazd zaczyna się na alei – Via della Repubblica. Skąd startowała wspomniana czasówka nie sprawdziłem. W końcówce zjazdu nieco się pogubiłem i do centrum miasta wjechałem po zachodniej stronie miejskiego parku – Giardino Zumaglini. Musiałem więc poświęcić kilka następnych minut na znalezienie ronda przecinającego Aleję Republikańską. Niespełna 13-kilometrowy podjazd do Oropy nie jest szczególnie trudny. W zasadzie można by go podzielić na trzy zasadnicze części: łatwy początek, solidny środek i miejscami „sztywną” końcówkę. Po starcie za rondem zrazu było tak płasko, że nie mogłem się zdecydować czy to już podjazd i warto uruchamiać licznik. Włączyłem go po przejechaniu trzystu metrów. Pierwsze pięć kilometrów nie stanowiło wielkiego wyzwania. Szczególnie luźne były kilometry: pierwszy i czwarty, za miasteczkiem Cossilla San Grato. Ogółem pierwsze 5,1 kilometra do skrętu na Favaro miało średnie nachylenie 4 % i max. 9 %, stąd jechałem na dość twardym przełożeniu 39 / 19 z przeciętną prędkością 22,3 km/h.

Dopiero w połowie szóstego kilometra wrzuciłem tryb „21”. Kolejne trzy kilometry do wyjazdu poza granice Favaro były bowiem nieco trudniejsze. Odcinek ten miał średnie nachylenie 6,4 %, lecz nie było na nim żadnych przykrych niespodzianek. Maksymalna stromizna i tu dobiegała tylko do poziomu 9 %. Niemniej tak słodko nie było do samego końca. Praktycznie cały dziewiąty kilometr (o średniej 9,7 %) oraz pierwsza połowa jedenastego (o średniej 9,4 % i max. ponad 13 %) zmusiły mnie do wzmożonego wysiłku. Chwilę później podjazd przechodzi w krótkie „falsopiano”, na którym droga wkracza w chroniący przed słońcem las. Poza tym asfalt mocno zyskuje tu na jakości, więc na 1750 metrów przed finałem mogłem odetchnąć, że najgorsze już za mną. Finał trzyma na poziomie znanym ze środka podjazdu, acz szczególną atrakcją ostatnich 280 metrów jest wspomniana kostka. Na murku biegnącym wzdłuż ostatnich metrów asfaltu przy wjeździe bruk przyczaiła się z aparatem moja Iwonka dzięki czemu wzbogaciłem się o rzadkie w swej kolekcji zdjęcia w akcji. Za metę obrałem sobie bramę na pierwszy dziedziniec i w takiej wersji podjazd z miał 12,41 kilometra długości o przewyższeniu 720 metrów, gdyż zatrzymałem się najpewniej na wysokości około 1137 metrów n.p.m. Wspinaczka zajęła mi 39 minut i 56 sekund – łatwo policzyć ile czasu straciłem do najlepszych i najgorszych wspinaczy pośród „profich”. Cudu nie było, nawet w takim miejscu. Bez dwóch zdań wyleciałbym poza limit czasu. Niemniej byłem się z siebie zadowolony. Na górze o średnim nachyleniu 5,8 % wykręciłem przeciętną prędkość 18,646 km/h i VAM na poziomie 1081 m/h. Wracając do samochodu przewróciłem się na kostce przy niemal zerowej prędkości. Szczęśliwie rowerowi nic się nie stało, ja zaś na pamiątkę z Oropy dostałem drobne szlify.

Przed czternastą ruszyliśmy w dalszą drogę. Najpierw zjazd do Bielli, potem wskoczyliśmy na krajówkę SS-338 i przez Occhieppo Inferiore oraz Mongrando dojechaliśmy do drogi via Valle d’Aosta. Ta jednak prowadziła w górskim terenie, na którym trzeba było pokonać przewyższenie 400 metrów. Z płaskowyżu zjechaliśmy w dolinę do miasteczka Borgofranco d’Ivrea. Stąd pozostała nam już tylko jazda w górę owej rzeki drogą krajową SS-26. Niespełna 10 kilometrów dalej po minięciu Caremy wjechaliśmy w końcu do Doliny Aosty. Przemknęliśmy przez Pont-Saint-Martin, gdzie zaczyna się wykorzystany na Giro d’Italia z 1995 roku bardzo długi, lecz łagodny podjazd do Gressoney-Saint-Jean, na którym Siergiej Uszakow ograł Pascala Richarda. Wzniesienie, które na mnie czekało miało mieć skrajnie odmienny charakter. Minęliśmy jeszcze Donnas i po paru kilometrach zatrzymaliśmy się na parkingu, położonym na lewym brzegu rzeki Dora Baltea, oddzielającej krajówkę SS-26 od miasteczka Hone. Szczęśliwie strefa postoju wytyczona została w cieniu drzew, a poza tym dało się też czuć lekką bryzę wiejącą od rzeki. Inaczej ciężko byłoby tu wytrzymać upał, który dobiegał 40 stopni Celsjusza. Roztaczał się stąd ładny widok na pobliski Fort di Bard. Półtora miesiąca po naszej wizycie w bramie tej fortecy zakończył się jeden z etapów prestiżowej etapówki dla amatorów Giro delle Valle d’Aosta. Ruszyłem w drogę kilka minut przed wpół do czwartej. Przez pierwsze 300 metrów po starcie musiałem się trzymać przejechałem wzmiankowanej „krajówki”, po czym na rondzie z greckimi kolumnami skręciłem w lewo na ulicę via Aosta prowadzącą ku Hone.

Przejechałem przez most nad wspomnianą rzeką, po czym przeciąłem kolejne rondo, obsadzone lawendą. Pierwsze 1200 metrów było zupełnie płaskie. Droga z lekka zaczęła wypiętrzać od przejazdu pod autostradą A-5. Jadąc ulicą via Emilio Chanoux przejechałem przez Hone mając po lewej ręce budynek tutejszego Urzędu Gminy. Po 500 metrach łagodnego podjazdu (około 4 %) zaczęły się serpentyny wijące się wśród pól winorośli. Na agrafkach musiałem sobie radzić ze zmiennym wiatrem – raz w plecy, raz w twarz. Trudy wspinaczki wynagradzał piękny widok na szare dachy domów w Hone oraz górujący nad doliną Fort di Bard. Kręty odcinek skończył się na wysokości osady Charvaz, po przejechaniu około 3200 metrów. Dalej było prościej, acz niekoniecznie łatwiej. Na piątym kilometrze trafiłem na robotników kładących nowy asfalt. Przeżegnałem się, bo przypomniał mi się casus sprzed dwóch lat gdy musiałem się borykać z podobną przeszkodą na podjeździe pod Colle d’Agnello. Ponieważ było ponad 30 stopni miałem prawo się obawiać, iż przykleję się do podłoża. Robotnicy wyrozumiale przepuścili mnie wolno, a nawet z pierwszeństwem przed zjeżdżającymi z naprzeciwka samochodami. Nieco wyżej napotkałem jeszcze kilka nowych, acz nieco bardziej zastygniętych odcinków drogi. Droga prowadziła teraz długi prostymi odcinkami wzdłuż położonego w dole potoku Ayasse. Po przejechaniu około sześciu i pół kilometra dotarłem do wioski Pontbozet. Pierwsza faza wspinaczki o długości 6,55 kilometra miała średnie nachylenie 6,5 % z max. ponad 11 % na początku drugiego kilometra.

Pod koniec ósmego kilometra trzeba było pokonać dwie serpentyny efektownie ułożone na wysokim wiadukcie w Trambesere. Dopiero w tych okolicach zrezygnowałem z przełożenia 39 / 21 i wrzuciłem tryb „24”. Skala trudności tego podjazdu rosła, zaś słońce nadal dokuczało. Minąłem serpentyny we wiosce Salleret skąd do Champorcher brakowały mi niespełna czterech kilometrów. Środkowa część wzniesienia czyli 3700 metrów od Pontbozet miała średnie nachylenie 7,5 % oraz max. prawie 13 % w połowie dziewiątego kilometra. Dalej było miejscami jeszcze trudniej. Minąłem serpentyny we wiosce Salleret na cztery kilometry przed Champorcher. Pod koniec jedenastego kilometra chwilowa stromizna po raz pierwszy przekroczyła poziom 13 %. Za galerią na dwunastym kilometrze skorzystałem na chwilę z luźnego przełożenia 39 / 27. Pod koniec trzynastego kilometra jeszcze dwukrotnie nachylenie poszybowało powyżej 13 %, lecz wtedy już na stałe wróciłem do trybu „24”. Droga poluzowała dopiero na ostatnich kilkuset metrach. Końcowe 3800 metrów było najtrudniejszą częścią całego wzniesienia – średnio 8,4 %. Podjazd zakończyłem na zakręcie pomiędzy budynkiem poczty (z wielką trąbą na ścianie) a przystankiem autobusowym z ujęciem jakże cennej dla mnie wody. Poprzestałem na dojechaniu do poziomu 1417 metrów n.p.m. w centrum Champorcher. Niemniej asfaltowa droga w tej dolinie kończy się na poziomie 1743 metrów n.p.m. Chcąc tam dojechać trzeba skręcić ku wiosce Grand Mont Blanc i przedłużyć sobie wspinaczkę o jakieś 4400 metrów z finałem w osadzie La Cort.

Ja w pełni zadowoliłem się zdobyciem Champorcher po przejechaniu 14,02 kilometra o przewyższeniu 1062 metrów. Wzniesienie to miało więc bardzo poważne średnie nachylenie 7,57 %. Mimo tego oraz zmęczenia podróżą, upałem i wcześniejszą wspinaczką do Oropy udało mi się wyrobić w czasie w 56 minut i 56 sekund. W tych warunkach wjazd ze średnią prędkością 14,775 km/h (VAM 1119 m/h) był dla mnie sporym sukcesem. Postanowiłem poświęcić kwadrans na zwiedzenie okolicy. Za przystankiem odchodziła wąska, brukowana uliczka ku najstarszej części Champorcher. Nie było łatwo tam podreptać w butach szosowych z blokami. U góry zastałem placyk z widokiem na niewielki kościół, zameczek i  pomnik wystawiony ku chwale rodzimych bohaterów poległych w trakcie obu Wojen Światowych. Na zjeździe droga była tak rozgrzana, iż zaraz niemal nie najechałem na wygrzewającą się w słońcu żmiję. Po drodze mijałem kolarskich turystów, ale też poważnie wyglądających amatorów. W dolnej połowie zjazdu musiałem dodatkowo uważać na świeżutki asfalt. Około wpół do szóstej dobrnąłem do parkingu, gdzie zastałem Iwonę zaczytaną w „Millenium” Stiega Larssona. Tego dnia przejechałem w sumie 57 kilometrów o przewyższeniu co najmniej 1739 metrów. W dalszej drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w Saint-Vincent na spożywczych zakupach w markecie. Do Nus dojechaliśmy ostatecznie krótko przed dziewiętnastą. Nasza nowa gospodyni wyglądała już za nami z okna. Do swej dyspozycji dostaliśmy mały apartament o wysokim i nowoczesnym standardzie. Nieduży pokój z szerokim łożem, kącikiem kuchennym i telewizją satelitarną. Do tego elegancka łazienka z prysznicem i toaletą na wyłączność, gdyż drugi pokój w części mieszkania przeznaczonej dla gości miał zostać zasiedlony dopiero w weekend.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Oropa & Champorcher została wyłączona