banner daniela marszałka

Archiwum dla Lipiec, 2011

Abetone

Autor: admin o 15. lipca 2011

Na sam koniec swojego Giro della Toscana zostawiłem sobie przełęcz z pewnością nie najtrudniejszą, lecz ważną z racji długiej i zażyłej historii jej kontaktów z wyścigiem Giro d’Italia. Passo dell’Abetone (1388 metrów n.p.m.) leży na słynnej drodze krajowej SS12 czyli Strada Statale dell’Abetone e del Brennero. Szlak ten ma aż 523 kilometry długości i łączy Pizę w Toskanii z obecną granicą włosko-austriacką. Oryginalną drogę przez przełęcz Abetone wybudowano już w latach 1766-81, aby połączyć tereny Wielkiego Księstwa Toskanii z ziemiami jej północnego sąsiada Księstwa Modeny i Reggio. Na początku XX wieku stoki wokół Abetone odkryli narciarze i po z górą trzydziestu latach wokół przełęczy powstał ośrodek sportów zimowych o tej samej nazwie. Na przełomie lat 60. i 70. odbywały się tu nawet zawody kobiecego Pucharu Świata. Organizatorzy Giro d’Italia również szybko docenili strategiczne położenie jak i walory techniczne przejazdu przez to miejsce. Mało która kolarska góra występowała w „różowym wyścigu” tak często jak Abetone czyli aż 18 razy. Pośród apenińskich podjazdów to z pewnością jeden z najbliższych znajomych wielkiego Giro. Włodarze wyścigu niemal równie chętnie wykorzystywali dotąd obie wersje tego wzniesienia. Trudniejszy jest podjazd południowy z początkiem we wiosce La Lima. Ma on 17,3 kilometra długości o średnim nachyleniu 5,4 % i w całej swej rozciągłości wiedzie po terenie Toskanii. Z kolei podjazd północny zaczyna się w miasteczku Pievepelago w regionie Emilia-Romania i liczy sobie tylko 11,4 kilometra przy średniej stromiźnie 5,5 %, z czego ostatnie 2600 metrów biegnie już po ziemi toskańskiej. Jak dotąd kolarze 10 razy wspinali się od strony La Lima i 8-krotnie od strony Pievepelago.

Po raz pierwszy peleton zmierzył się z tą przełęczą w roku 1928 podjeżdżając od strony południowej na etapie z Pistoi do Modeny. Premię górską jak i cały etap wygrał Domenico Piemontesi, który przy obu okazjach zagrał na nosie liderowi wyścigu, wielkiemu Alfredo Bindzie. Wzniesienie to pokonano ponownie w roku 1940 na bardzo podobnym etapie z Florencji do Modeny. Tym razem na szczycie pierwszy był Ezio Cecchi, lecz cały etap należał do Fausto Coppiego. Przyszły „Campionissimo” wygrał ten odcinek z przewagą 3:45 nad najbliższymi ze swych rywali i po raz pierwszy w życiu założył „maglia rosa”. Tego dnia narodziła się kolarska legenda, zaś Coppi nie oddał prowadzenia do końca wyścigu. Po zakończeniu działań wojennych Abetone wróciło na trasę Giro w roku 1947, po raz pierwszy prezentując swe północne oblicze. Etap do Prato wygrał Coppi, lecz na przełęczy najszybszy był jego wielki rywal Gino Bartali. Rok później „Ginetaccio” jako pierwszy wspiął się na nią od strony południowej w drodze do Bolonii. Tym samym do dziś pozostaje jedynym uczestnikiem Giro, który dwukrotnie wygrał premię górską na Passo del’Abetone, a przy tym zrobił to od obu stron. Kolejny raz z przełęczy tej skorzystano w latach 1949 oraz 1952-53, by w końcu przy ósmej okazji tj. w sezonie 1954 po raz pierwszy wyznaczyć w tym miejscu metę etapu. Odcinek ze startem w Cesenatico i finałem na południowych zboczach Abetone wygrał mało znany Włoch Mauro Gianneschi, który na finiszu o dwie sekundy wyprzedził dwóch współtowarzyszy ucieczki, podczas gdy wielcy tego wyścigu przyjechali z minutową stratą.

W 1959 roku na Abetone znów wyznaczono finisz, tym razem z podjazdem od północnej strony po starcie etapu w Salsomaggiore. Etap jak i cały wyścig wygrał wówczas słynny Luksemburczyk Charly Gaul, który zdystansował Belgów Josepha Hoevenaersa (+ 0:21) i Rika Van Looya (+ 0:42). W następnych trzech dekadach przełęcz ta pojawiła się na Giro jeszcze sześciokrotnie, po trzy razy w każdym z wariantów. Od strony południowej zdobyli ją: Włoch Vito Taccone w 1961, Hiszpan Andres Oliva w 1976 oraz Francuz Laurent Fignon w 1989 roku. Natomiast od północnej flanki najszybciej dobili do szczytu: niedościgniony Belg Eddy Merckx w 1969 roku oraz Hiszpanie Aurelio Gonzalez i Jose Luis Navarro w latach 1967 i 1985. Po raz ostatni stała się popularna na przełomie XX i XXI wieku. Podczas edycji z 2000 roku wykorzystano ją nawet dwukrotnie. Po raz trzeci w historii posłużyła ona wtedy za etapową metę. Odcinek dziewiąty ze startem w Prato, przejazdem przez morderczy podjazd pod San Pellegrino in Alpe i finałem po północnej stronie Abetone wygrał Francesco Casagrande z przewagą aż 1:39 nad swymi rodakami Stefano Garzellim i Dario Frigo. Dzień później wspinano się na przełęcz od strony południowej tuż po starcie w San Marcello Pistoiese, na długim etapie który zakończył się popisem sprinterów na ulicach Padwy. Niemniej na premii górskiej rządzili jeszcze górale, zaś najszybszy był Kolumbijczyk Felix Cardenas. Ostatnim razem tj. w sezonie 2001 na tym samym podjeździe błysnął inny kolarz rodem z Andów, a mianowicie Fredy Gonzalez.

Od tego czasu ta kolarska góra należy przede wszystkim do amatorów uczestniczących w lipcowym wyścigu Gran Fondo Prato – Abetone. Prawdę mówiąc miałem nadzieję, wziąć udział w tej imprezie podczas tego wyjazdu. Niemniej już wczesną wiosną dowiedziałem się, że organizatorzy przyśpieszyli jej termin o tydzień w porównaniu z rokiem 2010 i tym samym musiałem zrewidować swe oryginalne plany. Zamiast od północy na zakończenie masowych zawodów postanowiłem ją pokonać od strony południowej w formie prywatnej górskiej czasówki. Tak było mi zresztą wygodniej, gdyż chcąc dojechać z naszego lokum w Borgo a Cascia do bliższego podnóża Abetone w La Lima i tak miałem do pokonania całkiem spory dystans tzn. 106 kilometrów i jakieś półtorej godziny jazdy samochodem. Postanowiłem się zerwać z łóżka z samego rana by załatwić sprawę jeszcze przed południem. Iwona mogła się dłużej wyspać, nie chciałem jej męczyć niezbyt z jej punktu widzenia atrakcyjną wyprawą ku północnym rubieżom Toskanii. Wyruszyłem z domu około siódmej. Zjechałem ku dolinie Valdarno i wskoczyłem na Autostradę Słońca czyli A1. Objechałem Florencję od południa i zachodu, po czym wskoczyłem na Autostradę A11, którą wykorzystałem na odcinku do Pistoi. Na jej wysokości wjechałem na drogę krajową SS66 i skręciłem w kierunku północnym objeżdżając to miasto obwodnicą od strony zachodniej. Na jej końcu musiałem rozpocząć podjazd do Le Piastre (751 m. n.p.m.), następnie zjechać do Pontepetri i znów wspiąć się tym razem na Monte Oppio (833 m. n.p.m.). Nie muszę chyba dodawać, że w tak górzystym i krętym terenie kolejne kilometry nawet za kółkiem samochodu nie mijały zbyt szybko. Na szczęście z tej ostatniej górki pozostało mi już tylko zjechać przez San Marcello Pistoiese do maleńkiej La Limy, którą niepostrzeżenie „udało mi się” przejechać, więc po chwili musiał zawrócić z drogi do Lukki.

Stanąłem na małym parkingu przed niewielkim sklepem spożywczym skąd miałem widok na początek podjazdu w sąsiedztwie małego kościółka z szarego kamienia. W drogę ruszyłem dokładnie o dziewiątej.Pomimo tak wczesnej pory, było już bardzo ciepło, gdyż na starcie licznik pokazał mi 29 stopni Celsjusza. Pierwsze pół kilometra wiodło jeszcze wśród wiejskich zabudowań. Po przebyciu 1,3 kilometra minąłem odchodzący w prawo zjazdu ku wiosce Lizzano. Na drugim kilometrze przejechałem wzdłuż sztucznego zbiornika należącego do firmy energetycznej Enel, w którym woda miała barwę lazurową. Do pierwszej wioski na moim szlaku czyli Casotti (4,5 km) dojechałem wraz z końcem kilkusetmetrowego zjazdu. Przez ozdobiony flagami kamienny most nad rzeczką Lima odchodziła tu w prawo droga ku wsi Cutigliano. W miejscowości w tej bierze swój początek podjazd pod jedno z najwyższych toskańskich wzniesień czyli Passo della Croce Arcana (1669 m. n.p.m.). Może kiedyś będę mógł się z nim zmierzyć. Tymczasem jednak musiałem jechać prosto przed siebie. Za sobą miałem już pierwszą ćwiartkę wspinaczki. Rozgrzewkowe 4,5 kilometra miało średnie nachylenie tylko 3,2 %, przy max. 8 % na początku drugiego kilometra. Ten łatwy odcinek pokonałem ze średnią prędkością 22,8 km/h jadąc głównie na przełożeniu 39/19. Wkrótce jednak zrobiło się trudniej, zaś od połowy szóstego kilometra na wysokości Ponte Sestaione zaczęło się pierwsze odliczanie wiraży. Co 1000 metrów na poboczu stały biało-niebieskie tablice odmierzające kolejne kilometry drogi SS12 i przy okazji dystans, który dzieli podróżnych od przełęczy Abetone.

Od połowy szóstego do początków dziewiątego kilometra stromizna cały czas trzymała się na solidnym poziomie od 5 do 9 %. Dopiero na wysokości osady Pian de Sisi (8,6 km) nachylenie spadło na krótko do poziomu 3,5 %. Na jednym z wiraży, które znów zaczęto liczyć od początku minąłem niewielki domek jakby żywcem przeniesiony z jakiejś bajki dla dzieci. Kilometr dalej byłem już w Pianosinatico (9,7 km) dość dużej wsi, gdzie mieszkańcy wystawili pomnik swym krajanom poległym na frontach I Wojny Światowej. W tym miejscu byłem już za połową podjazdu. Odcinek 5,2 km od Casotti pokonałem w tempie 17,9 km/h, lecz nie bez powodu jako, że ten fragment wzniesienia miał już średnie nachylenie 6,6 % przy max. 10 % tuż przed wspomnianą wioską. Mimo tego jazda w dobrym rytmie na przełożeniu 39/21 przychodziła mi łatwiej niż dzień wcześniej na Passo della Consuma. Podjazd był wymagający jeszcze przez ponad trzy kilometry. Droga odpuściła do poziomu 2,5 %, dopiero gdy z kolejnego schowanego w lesie odcinka wjechałem do osady Cecchetto (13,1 km). Liczący 3,4 kilometra fragment podjazdu powyżej Pianosinatico był najtrudniejszy na całej górze miał średnio 7,5 %, przy max. 11,4 % na samym początku trzynastego kilometra. Troszkę mnie przyhamował, lecz i tak pokonałem go w średnim tempie 15,7 km/h. W międzyczasie po przejechaniu 11,2 kilometra od startu wjechałem na teren gminy Abetone, zaś na poboczu zaczęły się pojawiać tablice reklamujące ten ośrodek narciarski. Na ostatnich kilometrach wzniesienia chwile średnio-trudnego podjazdu przeplatały się z fragmentami wypłaszczeń. Najłatwiejszy okazał się piętnasty kilometr o średnim nachyleniu tylko 2,9 %, z niemal płaskim kilkusetmetrowym odcinkiem przed wioską Le Regine.

W końcówce najczęściej korzystałem z przełożenia 39/19, acz w dogodnych chwilach zdarzało mi się próbować jeszcze twardszych rozwiązań tzn. 39/17 a nawet 53/19. Im bliżej szczytu tym wokół drogi rosło więcej drzew. Nie miałem jednak szczególnej potrzeby chowania się w lesie przed słońcem, gdyż w miarę moich postępów temperatura otoczenia spadła do rześkich 18 stopni. Po przejechaniu 16,2 kilometra minąłem zabudowania ostatniej osady przed przełęczą o całkiem znajomej nazwie Consuma. Potem zaś niemal na wjeździe do Abetone po lewej stronie kościół, zaś po prawej hotel Albergo Abetone e Piramidi. Na ostatnich trzystu metrach spadła z poziomu 5 % do zera, gdy kończąc wspinaczkę w tempie około 23 km/h mijałem stację benzynową, spory parking i liczne w tym miejscu hotele. Ostatnie 4,3 kilometra miały średnie nachylenie 4,3 %, przy max. 8,9 % na 1300 metrów przed finałem. Finałowy fragment wzniesienia przejechałem w tempie 21 km/h. Przełęcz znajduje się na zakręcie pomiędzy dwoma piramidami z kamienia. Zachodnia stoi przed pubem Ciuste’, zaś wschodnia pod restauracja Regina przy bocznej drodze Via dell’Uccelliera. Do pokonania całego wzniesienia o długości 17,48 kilometra potrzebowałem 54 minuty i 57 sekund przy średniej prędkości 19,086 km/h i VAM 980 m/h według licznika i 1019 m/h według bardziej oficjalnych danych. Na przełęczy spędziłem tylko dziesięć minut, zaś zjazd wobec licznych przystanków zabrał mi więcej czasu niż wcześniejszy podjazd! Bardzo opornie żegnałem się z toskańskimi górami, tak iż do samochodu dotarłem kilka minut przed wpół do dwunastą.

Tym samym do naszej cichej przystani w Borgo a Cascia dotarłem około trzynastej. O tej poprzez dnia lepiej było się schować przed słońcem. Już w La Limie po zjeździe z Abetone zastałem temperaturę 32 stopni. Tymczasem na niżej położonych terenach w prowincji florenckiej upał był jeszcze bardziej dokuczliwy. Nasze ostatnie popołudnie w Toskanii postanowiliśmy spędzić na spokojnie i raczej leniwie. Zrezygnowaliśmy nawet ze skromnej wycieczki na piknik do Vallombrosy. Udaliśmy się za to na większe zakupy spożywczo-prezentowe do najbliższego hipermarketu tzn. sklepu sieci Coop w Figline Valdarno. Skorzystaliśmy też z zaproszenia Erosa do jego pomieszczeń gospodarczych. Celem degustacji i poniekąd na pamiątkę zakupiliśmy od gospodarza dwie butelki wina (białe i czerwone), oliwę z oliwek oraz nieco miodu. W międzyczasie udało mi się obejrzeć spory fragment dwunastego etapu Tour de France. Prawdziwy popis efektownej i skutecznej jazdy dał na nim mistrz świata Thor Hushovd. Przyznam, że dotąd niewiele miałem okazji do zerkania na przebieg „Wielkiej Pętli”. Aczkolwiek widziałem wypadek z udziałem Johnn’ego Hoogerlanda, wiedziałem o wycofaniu się kilku faworytów oraz o tym, iż cała Francja znów trzyma kciuki za jadącego w żółtym trykocie Thomasa Voecklera. Przede wszystkim jednak udało mi się we czwartek obejrzeć końcówkę pierwszego z pirenejskich odcinków, gdzie na podjeździe pod Luz Ardiden kawał dobrej roboty wykonał Sylwek Szmyd. Tym niemniej w pozostałe dni uroki Bawarii, Ligurii, Toskanii jak i moje własne sportowe cele skutecznie pochłaniały nasz wolny czas. W trakcie całej dwutygodniowej podróży na rowerze przejechałem tylko 336 kilometrów, ale liczyła się jakość nie ilość czyli pokonanie 11 ciekawych podjazdów o łącznym przewyższeniu co najmniej 10119 metrów. Wśród nich znalazły się tak trudne „sztuki” jak Rossfeld, Ghiffi, Monte Amiata i oczywiście Pradaccio (via San Pellegrino in Alpe).

Nazajutrz czekała nas wielogodzinna podróż do Polski. Od Trójmiasta dzieliło nas niemal 1800 kilometrów. Niewiele bliżej mieliśmy do Ustki, gdzie w domu rodziców Iwony planowaliśmy spędzić niedzielne przedpołudnie. Tak czy owak co najmniej 17 godzin mieliśmy spędzić w samochodzie. Ten śmiały plan niemal nam się powiódł. Na początek przeszło 160 kilometrów po słonecznej A1 z objazdem Florencji, przejazdem przez Apeniny i widokiem na sanktuarium San Luca pod Bolonią. W okolicy Modeny wskoczyliśmy na autostradę Brennero czyli A22. Dobry los opuścił nas na wysokości Lago di Garda, gdzie straciliśmy dobrą godzinę stojąc w korkach. Na górnym odcinku tej drogi obyło się już jednak bez podobnych problemów. Potem czekał nas przejazd austriacką A13 przez Innsbruck po Kufstein. W końcu zaś bezkresny odcinek po niemieckich autostradach. Najpierw A93, A8 i obwodnica Monachium czyli A99. Następnie bardzo długi odcinek po drodze A9, kończącej się wjazdem na okalającą Berlin szosę A10. Jeszcze na terenie dawnych Niemiec Zachodnich zatrzymaliśmy się przed jednym z przydrożnych lokali, gdzie trafiliśmy na relacje z czternastego etapu Tour de France. Na Plateau de Beille zatriumfował, który dwa dni wcześniej musiał uznać wyższość mistrza olimpijskiego Samuela Sancheza. Takim oto zbiegiem okoliczności udało mi się zobaczyć bezpośrednie relacje ze wszystkich pirenejskich odcinków. Zmierzch dopadł nas na zjeździe z berlińskiej obwodnicy. Zapanowały egipskie ciemności, albowiem dopiero teraz zorientowaliśmy się, iż wysiadły mi światła mijania. Z duszą na ramieniu przejechaliśmy autostradę A11 docierając do Polski około północy. Chcąc nie chcąc musieliśmy się zatrzymać na nocleg w Szczecinie i poradzić sobie z usterką już na ojczystej ziemi.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Abetone została wyłączona

Consuma

Autor: admin o 14. lipca 2011

W środę 13 lipca przyszedł czas na zmierzenie się z królewskim etapem naszej turystycznej pielgrzymki czyli wypad do Florencji, stolicy europejskiego renesansu. Za namową Erosa i Stefano zrezygnowaliśmy z dojazdu samochodem i podobnie jak rok wcześniej na wycieczce z Werony do Wenecji skorzystaliśmy z usług włoskich kolei. Bilety na przejazd do Florencji kupiliśmy dzień wcześniej na dworcu w Figline Valdarno wracając z Montepulciano. W obawie przed upałem chcieliśmy rozpocząć środowe zwiedzanie jak najwcześniej. Dlatego wstaliśmy już około szóstej i zaraz po śniadaniu podjechaliśmy kilkanaście kilometrów do wspomnianej miejscowości. Porzuciliśmy samochód na bezpłatnym parkingu pod dworcem i kwadrans po siódmej siedzieliśmy już w pociągu. Miał on do pokonania trasę około 40 kilometrów przez Rignano sull’Arno, San Ellero, Pontassieve i Sieci. Kwadrans przed ósmą byliśmy już na głównym dworcu Florencji – Santa Maria Novella. Pierwszym miejscem, które chcieliśmy odwiedzić była słynna Galleria Uffizi, w której zgromadzono malarskie arcydzieła z okresu od końca XIII do początków XVII wieku. Ponieważ spodziewaliśmy sporej kolejki nasz pierwszy spacer po florenckich placach i ulicach przypominał raczej marszobieg. Dotarliśmy do bram Galerii około ósmej, lecz i tak powitał nas tam wężyk złożony z kilkudziesięciu osób. Gości wpuszczano w niewielkich grupkach co kwadrans, więc na swój czas musieliśmy poczekać do 8:45. Spędziliśmy w jej wnętrzu przeszło dwie godziny, co starczyło na ledwie przelotną lustrację zgromadzonej tam kolekcji. Największe skarby tej galerii znajdują się na II piętrze, gdzie w 45 salach umieszczono arcydzieła takich mistrzów jak: Giotto, Botticelli, da Vinci, Durer, Michelangelo, Raffaello, Tycjan, Rubens, van Dyck, Rembrandt czy Caravaggio oraz wielu innych o których jako laik w tej dziedzinie nigdy wcześniej nie słyszałem.

Po wyjściu z galerii poszliśmy nad rzekę i skręciliśmy w prawo w nabrzeżną uliczkę Lungarno degli Archibusieri. Przeciskając się przez tłum turystów doszliśmy do słynnego mostu złotników czyli Ponte Vecchio. Powstał on w 1345 roku jako już czwarta przeprawa w tym miejscu rzeki, ale dopiero w 1593 roku decyzją Księcia Ferdynand I oddano go we władanie złotników i jubilerów. Po przejściu na południowy brzeg Arno poszliśmy prosto w kierunku okazałego pałacu – Palazzo Pitti. Jego budowę rozpoczął w 1458 roku florencki bankier Luca Pitti, lecz po jego śmierci prace przerwano. W 1550 roku budynek ten kupili Medyceusze, dokończyli budowę i uczynili zeń swą książęcą rezydencję. Poprzestaliśmy na spacerze po Piazza de’Pitti i zdjęciach pod wyeksponowanymi na placu rzeźbami. Z powodu napiętego programu wycieczki nie weszliśmy do pałacowych galerii oraz powstałych na jego zapleczu reprezentacyjnych ogrodów Giardino di Boboli. Następnie przeszliśmy utartym szlakiem przez Ponte Vecchio w kierunku Piazzale degli Ufizzi, skąd przedostaliśmy się na pobliski Piazza della Signoria. Pośród wielu rzeźb stojących na tym placu najsłynniejszych Dawid dłuta Michała Anioła, acz ten widziany pod gołym niebem jest tylko kopią, zaś oryginał od XIX wieku znajduje się w Galleria dell’Academia. Najważniejszym budynkiem na tym placu jest wybudowany w latach 1299-1314 według projektu Arnolfo di Cambio Palazzo Vecchio, przed którym od roku 1565 roku stoi Fontanna Neptuna. Z tego miejsca poprzez uliczkę Borgo de’Greci udaliśmy się w kierunku kolejnego placu – Piazza di Santa Croce. Stoi tu franciszkańska Basilica d Santa Croce, której budowa trwała półtora stulecia od 1294 do 1443 roku. Kościół ten bywa nazywany florenckim Panteonem, gdyż spoczęli w nim m.in. Michał Anioł, Niccolo Machiavelli czy Galileusz.

Słońce było już w zenicie, więc warto było się poruszać wąskimi uliczkami korzystając z cienia dawanego przez kamienice. Nie od razu znaleźliśmy szlak ku słynnej świątyni będącej kolejnym celem naszej wycieczki. Ostatecznie idąc przez Via dell’Orulio znaleźliśmy się na tyłach okazałej katedry Matki Boskiej Kwietnej czyli Cattedrale del Santa Maria del Fiore. Ten piąty co wielkości kościół Europy powstał w latach 1294-1436 na miejscu katedry Santa Reparta z IV wieku. Pomimo trwającej budowy liturgię sprawowano tu do roku 1375. Olbrzymią kopułę nad nową katedrą zaprojektował Filippo Brunelleschi. Do budowy tego kościoła wykorzystano trzy rodzaje marmuru: biały z Carrary, zielony z Prato i różowy z Maremmy. Po prawej stronie katedry stoi wysoka na 85 metrów Campanile di Giotto. Dzwonnicę tą budowano w latach 1334-59, z czego tylko przez trzy lata pod okiem jej projektanta Giotto di Bondone. Z kolei naprzeciw katedry pomiędzy Piazza del Duomo i Piazza San Giovanni wzrok przyciąga Battisterio di San Giovanni czyli Baptysterium św. Jana Chrzciciela, który jest patronem tego miasta. Budowla w romańskim stylu powstała na miejscu innej z okresu wczesnego chrześcijaństwa. Do jego wnętrza prowadzi troje drzwi, w tym od wschodniej strony pozłacane Porta del Paradiso autorstwa Lorenzo Ghibertiego przedstawiające 10 scen ze Starego Testamentu. Pod koniec naszej wędrówki skierowaliśmy się jeszcze na Piazza San Lorenzo, gdzie stoi XV-wieczna Basilica d San Lorenzo, powstała na miejscu świątyni powstałej już w 393 roku, która była pierwszą florencką katedrą. Na jej tyłach znajduje się La Cappella dei Principi (Kaplica Medyceuszów), którą zaprojektował Michał Anioł, zaś budowę ukończył Georgio Vasari z Arezzo. Tyle udało nam się zobaczyć przez sześć gorących godzin, choć zapewne sporo nam umknęło. Tym samym będzie ku czemu wrócić – choć lepiej wiosną lub wczesną jesienią.

Nazajutrz znów ruszyliśmy w trasę o poranku według sprawdzonego programu czyli o szóstej pobudka i o siódmej wyjazd. Czekał nas dwugodzinny dojazd do oddalonego o przeszło 150 kilometrów Asyżu. Najpierw spory kawałek po autostradzie A1. Potem na zjeździe Valdichiana wjazd na „superstradę” Perugia-A1 z przejazdem wzdłuż północnego brzegu Lago di Trasimeno. W końcówce niepotrzebnie wbiliśmy się na krajówkę SS318, więc do miasta św. Franciszka dojechaliśmy od strony Pianello. Zatrzymaliśmy się na wielopiętrowym, podziemnym parkingu, z którego wychodzi się wprost na prowadzącą ku centrum uliczkę Via delle Fonti dei Moiano. Po kilku minutach byliśmy już na Piazza del Comune gdzie stoi Ratusz i Chiesa Santa Maria sopra Minerva, kościół z koryncka fasadą pozostałą po starożytnej świątyni z I wieku n.e. Nieopodal tego miejsca znajduje się też barokowy kościół Chiesa Nuova z początku XVII wieku. Z placu udaliśmy się na północ  ulicami: Via San Paolo, Via Metastasio i Via San Giacomo w kierunku Bazyliki św. Franciszka. Powstała ona na dawnym miejscu egzekucji zwanym Placem Piekielnym. Dzień po kanonizacji Franciszka w lipcu 1228 roku papież Grzegorz IX przemianował to miejsce na Plac Rajski. Pracę nad wznoszeniem Bazyliki, konwentu i dzwonnicy ukończono w roku 1239, lecz Dolny Kościół zaczął funkcjonować już w 1230 roku i wtedy też w krypcie pod jego głównym ołtarzem spoczęło ciało Świętego. Po drobnych zakupach w sklepach z dewocjonaliami wróciliśmy do Piazza del Comune, aby przez wiodącą pod górę Via San Rufino przejść na plac przy którym stoi miejscowa katedra czyli Cattedrale di San Rufino z połowy XII wieku. W drodze powrotnej do parkingu zahaczyliśmy jeszcze o kościół poświęcony św. Klarze czyli Basilica di Santa Chiara. Była już godzina jedenasta i na placu przed tą świątynią zaczęło się gromadzić co raz więcej wycieczek. Bardzo byliśmy dumni ze swego sprytu, który pozwolił nam obejrzeć to przepiękne miasto zanim słońce stanęło w zenicie, zaś uliczki opanowane zostały przez przybierającą na sile falę turystów.

W drodze powrotnej do Borgo a Cascia postanowiliśmy zatrzymać się w umbryjskiej stolicy. Pojechaliśmy drogą krajową SS75, by na wysokości miasteczka Ferriera odbić ku położonemu niemal trzysta metrów wyżej Perugii. Do miasta wjechaliśmy po Via San Girolano, następnie skorzystaliśmy z Galleria Kennedy czyli tunelu pod tamtejszą starówką i zatrzymaliśmy się na parkingu przy Via Pompeo Pellini. Na Stare Miasto mieliśmy oczywiście pod górkę, ale wybawieniem dla naszych nóg okazały się  niewidziane w innych miejscach ruchome schody. Zeszliśmy z nich w pobliżu Chiesa dei Santi Stefano e Valentino. Następnie idąc w górę Via Priori przez bramę w południowej części Palazzo dei Priori weszliśmy na deptak Corso Vannucci łączący pobliski Piazza IV Novembre z położonym po zachodniej stronie starówki Piazza Italia. Ulica ta zawdzięcza swą nazwę Pietro Vannuciemu alias „Perugino”, malarzowi który był nauczycielem słynniejszego Raffaela. Zanim skorzystaliśmy ze spaceru tą główną arterią starówki poszliśmy na małe zakupy spożywcze przy Piazza Giacomo Matteotti, gdzie niejako przy okazji ujrzeliśmy budynek Universita Vecchia, uczelni powstałej w 1308 roku. W mieście tym funkcjonuje od 1925 roku jeden z dwóch włoskich uniwersytetów dla obcokrajowców, w którym swego czasu studiował też znany widzom Eurosportu, mój gdański kolega Piotr Ejsmont. Za przyzwoleniem Iwony zrobiłem mały rekonesans po tamtejszych księgarniach chcąc kupić kilka książek z bogatej listy, którą przed wyjazdem do Włoch podrzucił mi Piotrek. Wróciwszy na Corso Vannucci natknęliśmy się na szereg scen świadczących o trwaniu festiwalu muzycznego Umbria Jazz. Do samochodu wróciliśmy tym samym szlakiem zatrzymując się tylko przed świątynią Chiesa San Filippo Neri i wspomnianym wcześniej kościółkiem Dwojga Świętych. Do domu wróciliśmy około wpół do czwartej. Dałem sobie dwie godziny na odpoczynek przed sportową końcówką dnia.

Czekała mnie wieczorna randka z przełęczą Passo della Consuma (1060 metrów n.p.m.) w masywie Pratomagno. Przełęcz ta siedmiokrotnie pojawiła się na trasie Giro d’Italia. Po raz pierwszy jeszcze przed II Wojną Światową w 1934 roku. Tak wówczas jak i sześć lat później kolarze wspinali się na nią od wschodniej strony na etapach do Florencji. Za pierwszym razem premię górską wygrał Francesco Camusso, zaś za drugim jego rodak Primo Volpi. Od wybranej przez mnie trudniejszej tzn. zachodniej strony kolarze pokonali ją w latach 1959 i 1978. Trzecim zdobywcą Consumy został Armando Pellegrini, zaś czwartym Szwajcar Ueli Sutter. W ostatnich trzech dekadach przełęcz atakowano wyłącznie od wschodu. W 1983 roku dopisał ją do swego bogatego dorobku Belg Lucien Van Impe, w 1996 padła ona łupem Włocha Marco Della Vedova, zaś przy ostatniej okazji tzn. w 2000 roku jako pierwszy przemknął przez nią Kolumbijczyk Chepe Gonzales. Działo się to na maratońskim, bo przeszło 260-kilometrowym etapie z Corinaldo do Prato. Odcinek ten po solowym ataku z 8-osobowej grupki uciekinierów wygrał Axel Merckx. Do Pontassieve skąd miałem zacząć ten podjazd podjechałem drogą SS69 (Via Aretina) przez Leccio i San Ellero. Zatrzymałem się na miejskim parkingu przy Via della Fortuna. Poniżej placu miałem rondo na biegnącej ku miasteczku San Francesco drodze Via Forlivese, zaś od starego mostu nad rzeczką Sieve dzieliło mnie tylko trzysta metrów. Na początek zjechałem do ronda by zacząć podjazd na samym początku drogi SS69. W ten sposób wspinaczkę rozpocząłem od zdecydowanie niższej niż na profilu wysokości 97 metrów n.p.m.

Gdy kilka minut przed wpół do siódmą ruszałem do boju licznik pokazywał mi temperaturę aż 32 stopni. Dlatego mogłem być pewien, że o ile po drodze nie złapie mnie letnia burza to zjazd pomimo późnej pory na zjazd nie będę musiał dobierać żadnych ciuchów. Zacząłem mocno tj. na przełożeniach 39/19, a nawet 39/17 gdyż pozwalały na to warunki terenowe. Pierwszy kilometr miał średnie nachylenie tylko 3,8 %. W tym czasie po czterystu metrach przejechałem pod wiaduktem po której poprowadzono drogę SS67, zaś pół kilometra później dojechałem do styku dróg SS69 i SS70. Ta pierwsza skręcała w tym miejscu w prawo biegnąc w dół ku dolinie rzeki Arno, zaś druga wiodła na wprost pod górę ku oddalonej o przeszło 15 kilometrów Passo della Consuma. Za rozdrożem zaczął się bardziej solidny podjazd, wiec wrzuciłem tryb 21. Po przejechaniu niespełna dwóch kilometrów od ronda minąłem wioskę La Palaie (1,9 km). Jechałem po ruchliwej szosie przez pola uprawne. Po mojej lewej ręce królowała uprawa winorośli, zaś po prawej rosły drzewka oliwne. Droga szła w kierunku północno-wschodnim przeplatając delikatne zakręty w prawo i lewo. Po trzech kilometrach minąłem zjazd w prawo ku osadzie Pogginano, by przed końcem szóstego dotrzeć do pierwszej większej wioski nad swym szlaku czyli Diacceto (5,8 km). Pierwsze 6 kilometrów miało średnie nachylenie 6,3 % przy max. 10 % w połowie piątego kilometra. Jednym słowem solidny podjazd, ale dający okazję do jazdy w mocnym rytmie. Ten odcinek udało mi się pokonać ze średnią prędkością 18,5 km/h.

Powyżej Diacceto pobocze drogi porastały już tylko drzewa i krzewy. Od połowy ósmego kilometra jazda na przełożeniu 39/21 stała się dość męcząca. Nie bez przyczyny, albowiem na odcinku 1400 metrów do końca dziewiątego kilometra aż sześciokrotnie stromizna sięgnęła tu 10 %. Przetrzymałem ten ciężki fragment mijając zjazd w prawo ku osadzie Podere Lucignano (8,3 km). Tuż przed końcem dziesiątego kilometra wjechałem rozpędzony do Borselli (9,9 km), korzystając z tego, że nachylenie drogi na ostatnich kilkuset metrach przed wioską spadło niemal do zera. Środkowa część podjazdu tzn. odcinek między 6 a 10 kilometrem, miała dzięki temu wypłaszczeniu średnie nachylenie porównywalne z pierwszą tercją czyli 6,4 %. Udało mi się utrzymać tempo na poziomie 18,1 km/h. Między dziesiątym a trzynastym kilometrem było dość luźno. W zasadzie tylko w dwóch miejscach, za każdym razem na jakieś 250-300 metrów stromizna skoczyła ponad niewygórowany przecież poziom 6 %. W połowie trzynastego kilometra minąłem kilka zabudowań osady Castelnuovo (12,4 km). W przejechaniu 14,4 kilometra w czasie około 47 minut dojechałem do pierwszych zabudowań we wiosce Consuma. Tu na wysokości około 1020 metrów n.p.m. stromizna sięgnęła maksymalnej na całym podjeździe wartości 11,4 %. Zarazem w prawo od krajówki SS70 odchodziła droga lokalna ku San Miniato in Alpe, prowadząca dalej ku Opactwu Vallombrosa. Kolejny kilometr prowadzący do centrum wioski był niemal płaski mając średnie nachylenie tylko 0,8 %.

Dopiero ostatnie pięćset metrów przypomniało mi, iż wciąż mam do czynienia z podjazdem. Finał rozpoczynający się na wysokości zdewastowanego boiska był całkiem stromy tj. z nachyleniem do 10 % jakieś 170 metrów przed przełęczą. Ostatnią tercję wzniesienia pokonałem z tempie 19,8 km/h wobec średniego nachylenia tego odcinka na poziomie tylko 5,5 %. Natomiast na pokonanie całego podjazdu o długości 16,26 kilometra i przewyższeniu 912 metrów potrzebowałem 51 minut i 57 sekund. Oznaczało to, iż przejechałem go z przeciętną prędkością 18,779 km/h i VAM 1053 m/h. Tyle licznik, ale według map amplituda wyniosła tu 963 metry, więc rzeczony wskaźnik prędkości w pionie byłby wyższy tj. na poziomie 1112 m/h. Całkiem wysoki według moich standardów zważywszy, iż góra ta miała średnie nachylenie poniżej 6 %. Na przełęczy po prawej stronie drogi był parking z miejscem widokowym, więc nie miałem problemu ze znalezieniem pomocnych rąk do strzelenia mi fotki na tle tablicy. Na początku zjazdu tylko przez chwilę postraszyły mnie nieśmiałe krople deszczu. Na samym dole zjechałem z ronda na kamienny mostek nad rzeczką Sieve, która kilkaset metrów dalej wpada do płynącej ku Florencji rzece Arno. Drogę powrotną nieco sobie urozmaiciłem gdy na wysokości San Ellero skręciłem ku Donnini, aby krętymi ścieżkami przez pagórki wokół San Donato Fronzano i Reggello dotrzeć do domu.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Consuma została wyłączona

Monte Amiata

Autor: admin o 12. lipca 2011

Wtorek rozpoczęliśmy od długiej i nieco męczącej jazdy samochodem do Castel del Piano, niewielkim miasteczku w południowej Toskanii na terenie prowincji Grosseto. Ponieważ czekały nas co najmniej dwie godziny jazdy wyruszyliśmy z Borgo a Cascia dobrze przed godziną dziewiątą. Do pokonania mieliśmy w sumie 129 kilometrów, z czego 65 km po przetestowanej dzień wcześniej autostradzie A1. Niemniej trudy tej podróży wynagrodziły nam przecudnej urody widoki w drugiej części tej trasy. Po zjechaniu z Autostrady Słońca na zjeździe Valdichiana musieliśmy najpierw wybrać kierunek na Bettole-Sinalunga, a zaraz potem na Pienza-Montepulciano. Potem drogą SP327 dojechaliśmy do Torrita di Siena i dalej po SP15 i SP146 w okolice Pienzy. Następnie drogami SP53 i SS323 podjechaliśmy do Castiglione d’Orcia, gdzie nasz pokładowy GPS zaserwował nam niezły odcinek specjalny wąską dróżką ku murom tamtejszej warowni. Gdy wróciliśmy na właściwy szlak pozostało nam jeszcze około 20 kilometrów do celu tej przejażdżki u podnóża wygasłego wulkanu Monte Amiata. Ten szczyt o wysokości 1738 metrów n.p.m. wyrasta jakieś 1000-1200 metrów powyżej otaczającej go wyżyny górując nad swą okolicą niczym słynny Mont Ventoux nad krajobrazem Prowansji. Masyw górski rozdziela prowincje Sieny i Grosseto, zaś ziemie wokół niego znajdują się na terenie aż sześciu gmin tzn. Abbadia San Salvatore, Arcidosso, Castel del Piano, Piancastagnaio, Santa Flora i Seggiano. Sam podjazd pod Monte Amiata, choć używany na Giro d’Italia nie pozostawił w annałach tego wyścigu równie mocnego śladu jak Mont Ventoux w dziejach Tour de France. Jest nieco niższy, krótszy i ogólnie łatwiejszy od swego francuskiego wzorca, lecz w przewyższa go pod względem liczby możliwych opcji zdobycia tej góry. Dość powiedzieć, że na holenderskiej stronie „cyclingcols” znaleźć można dane pięciu wersji tego wzniesienia, zaś na włoskiej „zanibike” nawet siedem różnych jej wersji.

Tym niemniej na Giro d’Italia Monte Amiata pokazała się tylko trzykrotnie. Raz od strony wschodniej z początkiem podjazdu w Abbadia San Salvatore i dwa razy od strony zachodniej ze startem w Castel del Piano. Właśnie ten drugi wariant podjazdu wybrałem dla siebie. Został on wykorzystany na wielkim Giro w latach 1980 i 1983. Wcześniej jednak, bo już w 1968 roku kolarze podjechali pod Monte Amiata od wschodu na osiemnastym etapie wyścigu, który cztery dni później kończył się w Neapolu. Odcinek ten kończył się w Abbadia San Salvatore po wykonaniu przeszło 50-kilometrowej rundy wokół tego miasteczka. Na premii górskiej pierwszy zameldował się Hiszpan Mariano Diaz, lecz na mecie etapu uprzedził go sławniejszy rodak Julio Jimenez. Po dwunastu latach pierwszy na szczycie zameldował się Francuz Jean-Rene Bernaudeau, lecz etap siódmy z metą w Orvieto wygrał Włoch Silvano Contimi. Sukces gospodarzy był tego dnia kompletny, gdyż liderem został Roberto Visentini, który prowadzenie w wyścigu odebrał samemu Bernardowi Hinault. Po raz ostatni toskańskie Mont Ventoux wystąpiło w „różowym wyścigu” na dziesiątym etapie Giro z 1983 roku. Górę tą zdobył wówczas jeden z najlepszych górali wszechczasów tzn. Belg Lucien Van Impe, lecz na mecie w Bibbienie ze zwycięstwa znów cieszył się ktoś inny. Tym szczęściarzem był Palmiro Masciarelli, wówczas wierny „gregario” Francesco Mosera, dziś menadżer ekipy Acqua e Sapone. Gwoli ścisłości muszę dodać, iż przy każdej z trzech okazji kolarze dojeżdżali do wysokości 1581 metrów n.p.m., gdyż jest to najwyższy punkt, w którym można zbliżyć się do szczytu góry i zarazem rozpocząć zjazd na drugą stronę masywu. Ja mogłem się nie przejmować się tego typu ograniczeniami, więc wyznaczyłem sobie metę nieco dalej – na końcu ślepej asfaltowej drogi, tuż za Albergo Sella na poziomie 1669 metrów n.p.m. Według „cyclingcols” finał miał mieć miejsce nawet nieco wyżej, bo na wysokości 1683 metrów po przejechaniu 14,5 kilometra o średnim nachyleniu 7,4 %.

Po dojechaniu do Castel del Piano zatrzymaliśmy na Via Pozzo Stella w pobliżu niewielkiego parku ze stawkiem, gdzie Iwona przez najbliższe dwie godziny mogła się schować przed niemiłosiernie prażącym słońcem. Gdy zaczynałem swą górską czasówkę około godziny jedenastej termometr na moim liczniku pokazywał ni mniej ni więcej 38 stopni Celsjusza! Parę chwil przede mną rozpoczęła ów podjazd 5-osobowa grupka amatorów, w tym jedna białogłowa w towarzystwie czterech jegomościów. Pierwszy kilometr wzniesienia znajdował się jeszcze granicach miasteczka. Po pokonaniu tego odcinka ujrzałem w oddali po swej prawej stronie zalesiony wierzchołek Monte Amiata. Przez kilka następnych kilometrów czekała mnie jazda w pełnym słońcu, wśród sadów i gajów oliwnych po drodze krętej o chropowatej nawierzchni. Na początku trzeciego kilometra tuż przed Azienda Agricola Caporelli (2,4 km) dogoniłem wspomniana dziewczynę i asystującego jej kolegę w niebieskim trykocie. Po przebyciu 3 kilometrów złapałem kolejne dwie osoby tzn. „młodego” i „łysego” z tej samej drużyny co wcześniejsza para. Po przejechaniu dokładnie 4,9 kilometra dojechałem do tablicy informującej mnie że dotarłem już na wysokość 1000 metrów n.p.m. Odtąd oprócz niebieskich znaków odliczających kolejne kilometry pokonanego dystansu miały mi towarzyszyć brązowe tabliczki poświadczające zdobycie następnych 100 metrów pionie. Ta pierwsza 5-kilometrowa tercja podjazdu miała średnie nachylenie 7,7 % przy max. 12,9 % tuż przed jej zakończeniem oraz czteroma innymi momentami o ponad 10 % stromiźnie. Początek niczego sobie, lecz zacząłem całkiem sprawnie pokonawszy ten odcinek ze średnią prędkością 14,7 km/h. Od piątego kilometra wokół drogi rosło co raz więcej drzew co dawało mi nadzieję na schowanie się przed słońcem.

Leśne wybawienie przyszło po siedmiu kilometrach. Na poboczu drogi mój wzrok przykuwały potężne głazy narzutowe, zaś przy ławeczkach ludzie odpoczywali sobie w iście piknikowej atmosferze. Kilometr dalej wraz z końcem nieco łatwiejszego odcinka złapałem swojego ostatniego „zająca”. Pozostał mi jeszcze do pokonania stromy kilometr z hakiem przed Prato delle Macinaie (9,3 km), na którym musiałem użyć przełożenia 39/24. Kończąca się tu środkowa faza podjazdu miała średnie nachylenie 8,5 %, przy max. 14 % na początku ósmego kilometra. Ten fragment wzniesienia pokonałem ze średnią prędkością całkiem niezłą jak na tą stromiznę czyli 13,9 km/h. Odpocząć mogłem dopiero na niespełna dwukilometrowym odcinku przed Prato della Contessa (11 km) gdzie mogłem wrzucić twardsze przełożenie: 39/19, a nawet 39/17. W tym miejscu od obranego przez mnie szlaku odbiegały w dół dwie drogi tzn. Strada della Montagna na zachód w kierunku Arcidosso oraz Strada dei Valloni na południe w kierunku Santa Flora. Ja jednak skręciłem w lewo tj. w kierunku północno-wschodnim i do szczytu mi jeszcze trzy i pół kilometra. Na szczęście cały czas w cieniu drzew, acz początkowo po nie najlepszej nawierzchni. Na poboczu drogi kolejna sekwencja głazów. Po przejechaniu 13,3 kilometra od startu dojechałem do kolejnego zjazdu. Tym razem wiodącego na wschód ku Abbadia San Salvatore. To od tej strony przed ponad 40 laty szturmowali tą górę dwaj kolarze z Iberii. Tymczasem mi do przejechania zostało jeszcze około 1200 metrów po drodze lokalnej SP81A. Na niespełna kilometr przed finałem przegoniłem jeszcze jednego amatora, który wyglądał m/w na mojego rówieśnika. Po paru minutach dojechałem hotelu „Stella”. Nie zatrzymałem się jednak w tym miejscu. Podjechałem nieco wyżej wykonując lekki łuk w lewo po obrzeżach placu parkingowego, a następnie pokonując kawałek prostej do ostatnich metrów asfaltowej drogi przechodzącej w kamienistej ścieżkę, która ginęła w leśnych ostępach. Ostatnia tercja długości 5,2 kilometra była najłatwiejsza, gdyż miała średnie nachylenie 5,8 % przy max. 10 % jakieś czterysta metrów przed końcem.

Adekwatnie do okoliczności ten odcinek pokonałem najszybciej, bo ze średnią 17,2 km/h. W tym miejscu zawróciłem w stronę hotelu i stanąłem przy tablicy z nazwą wzniesienia. Stąd miałem ładny widok na prawo ku schronisku „Vetta” oraz na lewo ku wierzchołkowi góry. Na szczyt Monte Amiata wiódł chodnik przez łąkę, możliwy do pokonania na rowerze górskim z użyciem bardzo miękkich przełożeń. Stojąc przy tablicy zagadnąłem o zrobienie zdjęcia prę włoskich piechurów, których wcześniej minąłem kilkaset metrów przed Albergo „Sella”. Z tego kontaktu wywiązała się kilkuminutowa rozmowa i parę komplementów pod adresem mojej znajomości języka włoskiego. Moim zdaniem nieco na wyrost, acz zawsze miło podbudować się zachwytem tubylców. Wracając do technicznej strony mej eskapady to według licznika podjazd liczył sobie dokładnie 14,57 kilometra o przewyższeniu „tylko” 999 metrów. Pokonałem go w czasie 56 minut i 56 sekund czyli z przeciętna prędkością 15,350 km/h co dało mi wartość VAM na poziomie 1054 m/h. Biorąc jednak za punkt odniesienia 1067 metrów ze strony „cyclingcols” wyszłoby mi 1124 m/h. Na górze zabawiłem jakiś kwadrans w całkiem przyjemnej temperaturze 23 stopni. Natomiast na początku zjazdu tj. przy drodze ku Abbadia San Salvatore spotkałem kilku kolarzy, w tym dziewczynę widzianą w męskim gronie u podnóża podjazdu. Z naprzeciwka pod górę wjeżdżali tez inni amatorzy na eleganckich rowerkach: Carrera, Cervelo, Litespeed i Trek,. asekurowani przez kierowcę białego Vana, który to samochód napotkaliśmy później pod murami Montepulciano. Po zjechaniu do Castel del Piano na liczniku miałem zaledwie 29 kilometrów. Niemniej dla mnie liczyła się ilość, lecz jakość tych kilometrów czyli co najmniej 1004 metry pokonane w pionie.

W drodze powrotnej zaplanowaliśmy sobie dwa przystanki chcąc obejrzeć polecane przez przewodniki miasteczka Pienza i Montepulciano. Blisko 40-kilometrowy dojazd do tej pierwszej miejscowości wykonaliśmy z grubsza po tej samej drodze co przed południem, acz z lekką korektą w końcówce, gdy zahaczyliśmy o miasteczko San Quirico d’Orcia. Od czasu do czasu z bocznych ścieżek włączały się do ruchu zakurzone auta, których kierowcy właśnie pokonali odcinek słynnych „strade bianche” od swych wiejskich posesji. Po dojechaniu do Pienzy zatrzymaliśmy się na parkingu przy Via Marco Mencatelli, po północnej stronie wioski. Historia tej miejscowości nierozerwalnie wiąże się z osobą Eneasza Silvio Piccoliminiego, który urodził się w tym miejscu w 1405 roku, gdy stała tu jeszcze wieś Corsignano. W wieku 53 lat ów humanista oraz poeta został papieżem i przybrał imię Piusa II, zaś w miejscu swego urodzenia zapragnął stworzyć idealne miasteczko mające być jego letnią rezydencją. Realizację tego zadania powierzył florenckiemu architektowi Bernardo Gambarellemu (alias Rossellino). Prace zaczęły się w roku 1459 i trwały trzy lata. Papież zmarł w 1464 roku, gdy w Ankonie formował krucjatę przeciwko Turkom. Niemniej zostawił po sobie Pienzę, uważaną przez wielu za wzorzec włoskiej architektury renesansowej. Osada ta leży na wzgórzu o wysokości 491 metrów n.p.m. i ze wschodu na zachód wzdłuż Corso il Rossellino rozciąga się na długości niespełna 300 metrów. Najcenniejsze jej zabytki koncentrują się wokół Piazza Pio II, gdzie w centrum stoi Concattedrale di Santa Maria Assunta. Po jej prawej stronie wybudowano Palazzo Piccolomini, zaś naprzeciwko katedry wzniesiono Palazzo Comunale. Z tarasów przy południowych murach Pienzy rozciąga się przepiękny widok na Val d’Orcia, zaś wzrokiem sięgnąć można do wyniosłej Monte Amiata. Ponieważ gród ten przeszliśmy wszerz i wzdłuż w niecałe pół godzinki, pozostały nam czas postanowiliśmy spędzić przed jednym z lokali na degustacji toskańskich wędlin.

Około piętnastej opuściliśmy ładniutką Pienzę i udaliśmy na wschód w kierunku oddalonego o niespełna 15 kilometrów Montepulciano. Miejscowość tą zbudowano na wąskiej grani wzgórza, które sięga wysokości 605 metrów n.p.m. Leżące pomiędzy Val d’Orcia na zachodzie i Val di Chiana na wschodzie Montepulciano należy do najwyżej położonych miast w Toskanii. Jechaliśmy ku niemu drogą SP146, zaś w końcówce objechaliśmy miasto od wschodniej flanki drogą SP17. Zatrzymaliśmy się po północnej stronie miasteczka na parkingu przy Viale del Sangallo. Z pobliżu mieliśmy jedną z bram do średniowiecznego miasta. Mury wybudowano na początku XVI wieku z polecenia Kosmy I Medyceusza, gdyż w wiekowym sporze między Florencją a Sieną Montepulciano stało po stronie dzisiejszej stolicy regionu. Czekał nas kilometrowy szlak pod górkę, który zaczynał się na Via di Gracciano nel Corso. Na końcu pierwszej prostej stoi Colonna Marzocco. Po około dwustu metrach ujrzeliśmy po prawej stronie biały Chiesa di Sant’Agostino z końca XII wieku oraz stojącą w pobliżu wieżę Torre del Pulcinella. Wzdłuż obranej przez nas drogi otwartych było wiele sklepików z pamiątkami oraz dziełami lokalnego rzemiosła, stąd nasz spacer tylko chwilami odbywał się po linii prostej. Podejście zakończyłem na Via del Poliziano, skąd miałem widok na Chiesa di Santa Maria de Servi wzniesiony na przełomie XII i XIII wieku. Zabrakło nam już sił i chęci na wycieczkę do położonego poniżej miasta sanktuarium San Biagio. Wróciliśmy do samochodu ta samą droga, tym razem mając z górki. Poza murami starego miasta w obiektywnie uchwyciłem jeszcze stojący nieopodal kościół św. Agnieszki (Chiesa di Sant’Agnese) z charakterystyczną pasiastą fasadą. Potem pozostało nam już tylko zjechać do autostrady A1 i udać się na odpoczynek do Villa Tanini. Następnego dnia czekała nas wczesna pobudka i najbardziej intensywny etap kulturalnej części tych wakacji.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Monte Amiata została wyłączona

Vallombrosa x 2

Autor: admin o 11. lipca 2011

Po czterech dniach z kolarskimi wstawkami w niedzielę 10 lipca postanowiłem odpocząć od roweru. Nie oznacza to jednak, iż nasz pierwszy dzień w Borgo a Cascia spędziliśmy pasywnie. Wręcz przeciwne wyjechaliśmy z Villa Tanini już około dziewiątej aby najbliższe siedem-osiem godzin spędzić na turystycznym szlaku. Tego dnia pragnęliśmy obejrzeć aż trzy perły z toskańskiej kolekcji tzn. Sienę, Monteriggioni i San Gimignano. Zwiedzanie postanowiliśmy zacząć od największej i zarazem najdalej od nas położonej miejscowości czyli nam Sieny. To miasto o bogatej przeszłości obecnie jest tylko stolicą jednej z toskańskich prowincji. Według legendy założone zostało przez braci Senio i Aschio, bratanków Romulusa, któremu swą oryginalną nazwę zawdzięcza Rzym. Na przełomie XII i XII wieku należała do najbogatszych miast całej Europy. To w tym mieście powstał najstarszy bank na naszym kontynencie, istniejący do dziś Monte Paschi di Siena. O prymat w Toskanii długo rywalizowała z Florencją, lecz  kres jej rozkwitowi położyła dżuma z 1348 roku, w której śmierć poniosło 2/3 mieszkańców. Utraciła niezależność w 1555 roku gdy zdobyli ją Hiszpanie Karola V, który następnie oddał ją florenckim Medyceuszom. Przez następne trzy stulecia tj. do czasu zjednoczenia Włoch wchodziła w skład Wielkiego Księstwa Toskanii. Aby dojechać do Sieny musieliśmy pokonać jakieś 95 kilometrów. Niemniej w przeważającej mierze po szybkich drogach. Najpierw trzeba było wskoczyć na autostradę A1, po czym na zjeździe Firenze-Certosa opuścić ją i wjechać na tzw. Raccordo Autostradale Siena-Firenze. Tego typu droga w skrócie nazywana jest „superstradą” i wygląda jak autostrada nieco gorszej jakości. Szosa jest jakby węższa, nawierzchnia trochę gorsza, limity prędkości nieco niższe i wokół szlaku mniej infrastruktury, lecz ma jeden zasadniczy plus tzn. w odróżnieniu od prawdziwych włoskich autostrad jest bezpłatna.

Opuściliśmy ją na zjeździe Siena Nord i wjechaliśmy do centrum miasta. Tu zaparkowaliśmy pod murami XVI-wiecznej warowni otaczającej Piazza della Liberta, a następnie idąc wzdłuż Viale Vittorio Veneto, Viale 25 Aprile i Viale del Mille doszliśmy do starówki, na której już w 1966 roku wprowadzono zakaz ruchu samochodowego. Zwiedzanie zaczęliśmy od wizyty w XIII-wiecznym kościele Basilica Cateriniana di San Domenico. Następnie wzdłuż Via della Sapienza doszliśmy do Piazza Salimbeni, placu przy którym mieści się siedziba wspomnianego banku. Potem idąc po Via Banchi di Sopra skierowaliśmy się ku dwóm najcenniejszym zabytkom Sieny. Tak doszliśmy w rejon słynnego  Piazza del Campo, na którym dwa razy w roku tzn. 2 lipca i 16 sierpnia organizowano jest Palio czyli festyn ku czci Matki Boskiej. Kulminacyjnym punktem tego święta jest sławny wyścig konny, w którym rywalizują jeźdźcy reprezentujący 10 z 17 dzielnic (contrade) miasta. Jednak zanim udaliśmy się na plac poszliśmy w przeciwnym kierunku aby przez Via dei Pellegrini dotrzeć do sieneńskiej Duomo (Santa Maria Assunta) czyli pięknej katedry z białego i czarnego marmuru wybudowanej w latach 1215-1263. Na tej ulicy natknęliśmy się na głośny i barwny pochód kontrady Bruco (Gąsienica). Protoplaści tej zielono-żółtej „drużyny” w średniowieczu zajmowali się handlem jedwabiem. Na koniec półtoragodzinnego spaceru po Sienie poszliśmy na spalony słońcem Piazza del Campo. Do najważniejszych zabytków tego miejsca należą Palazzo Publico z przełomu XII i XIII wieku oraz nieco młodsza, aż 102-metrowa dzwonnica Torre del Mangia. Na placu tym w pierwszej dekadzie marca finiszują zawodnicy ścigający się w wyścigu Montepaschi Strade Bianche. W drodze powrotnej do samochodu zatrzymaliśmy się jeszcze na Piazza Tolomei przed kościołem św. Krzysztofa.

Około południa wyjechaliśmy ze Sieny udając się z powrotem na znaną nam superstradę. Jednak tym razem przejechaliśmy po niej ledwie 10 kilometrów, gdyż wznoszącym się po lewej stronie drogi wzgórzu Ala dojrzeliśmy warowny gród opiewany już przez Dantego w „Boskiej Komedii”. Zjechaliśmy na drogę SR2 i podjechaliśmy w pobliże warowni zatrzymując się na płatnym parkingu przygotowanym dla turystów. Sieneńczycy wybudowali tą warownię w latach 1214-1219 i przez ponad trzy wieki służyła im ona do kontrolowania dolin Elsa i Staggia oraz obrony przez ataki Florentczyków oraz wojsk biskupa z Volterry. Leżała na słynnej trasie pielgrzymkowej Via Francigena. Wewnątrz murów o obwodzie 570 metrów mieści się maleńka osada, której dwie przeciwległe bramy oddalone są od siebie zaledwie o 172 metry. My weszliśmy do środka przez Porta Franca (alias Romea). Głównym punktem tej średniowiecznej wioski jest Piazza Roma, przy której znajduje się m.in. romański kościółek Santa Maria Assunta. Poza tym nie brak tu sklepików i restauracji, gdzie płacić trzeba lokalną walutą „grossi”, którą można kupić za euro po kursie 1 do 1. Twierdza ta miała niegdyś piętnaście wież wyrastających 6,5 metra powyżej poziomu murów. Do dnia dzisiejszego ostało się ich jedenaście. Przez 340 lat pozostała nie zdobyta, aż w końcu przeszła pod władanie Medyceuszy za sprawą zdrady dowódcy tutejszego garnizonu, który po prostu oddał klucze do warowni wojskom z Florencji. Nasza wizyta w Monteriggioni trwała około pół godziny, po czym udaliśmy się w dalszą drogę na północny-zachód. Znów czekał nas krótki odcinek na superstradzie, z której zjechaliśmy tuż przed Colle di Val d’Elsa. Miasteczko to prezentowało się na tyle efektownie, że zrobiliśmy sobie krótki postój przy słonecznikowym polu, aby nacieszyć swe oczy widokiem owej miejscowości wyrastającej na pobliskim wzgórzu. Niemniej nie mieliśmy czasu aby zatrzymać się tu na dłuższą chwilę.

Trzecim i ostatnim celem niedzielnej wycieczki było bowiem San Gimignano nazywane „Manhattanem Średniowiecza”. Miasteczko to zawdzięcza swą świętemu biskupowi Modeny Geminianusowi II, który w V wieku miał obronić tą wioskę przez atakiem Hunów. Słynie jednak przede wszystkim ze średniowiecznych wież, które w celach tak obronnych jak i dla podkreślenia swego znaczenia w okresie od XIII do XV wieku budowały najbogatsze familie tego grodu. Niegdyś było ich aż 72, zaś do dziś przetrwało tylko 14 – z których najwyższa jest Torre del Podesta (Grossa) mająca 54 metry, zaś najstarsza Torre Rognosa wybudowana około 1200 roku. Na starówkę weszliśmy od strony południowej przez Porta San Giovanni. Poszliśmy główną alejką na północ mijając po lewej stronie wejście do osobliwego Museo Torture e la Pena di Morte. Po przejściu 350 metrów doszliśmy do Piazza della Cisterna, placu który swą nazwę wziął od stojącej na nim średniowiecznej studni gdzie trwał właśnie targ, na którym można było nabyć lub choćby tylko spróbować lokalne specjały tzn. różne rodzaje sera, wędlin czy oliwek. Potem poszliśmy na pobliski Piazza del Duomo, którego nazwa pochodzi od dawnej katedry, a dziś kolegiaty pod wezwaniem jakże by inaczej – Santa Maria Assunta, którą wzniesiono już w połowie XI wieku, zaś konsekrowano w 1148 roku. W drodze powrotnej zajrzeliśmy jeszcze do miejscowej winiarni – San Gimignano słynie z produkcji białego wina La Vernaccia. Miasto opuściliśmy po godzinie piętnastej. Teoretycznie mogliśmy się pokusić o wypad do odległej o 40 minut jazdy Volterry. Niemniej tego byłoby już za wiele jak na ten gorący dzień. Dlatego wyjechaliśmy z San Gimignano w przeciwnym kierunku by w okolicy Poggibonsi wrócić na „superstradę” i tą samą trasą co przed południem wrócić do Borgo a Cascia. Tymczasem Volterra pozostanie jednym z powodów, dla których będziemy chcieli rychło wrócić do pięknej Toskanii.

W poniedziałek ponownie wsiadłem na rower. Do kolejnej góry na swej liście nie miałem daleko. Praktycznie pod nosem miałem bowiem początek podjazdu do Opactwa Benedyktynów w Vallombrosa, który na trasie Giro d’Italia zagościł tylko raz na szóstym etapie edycji z 1990 roku. Niemniej postanowiłem mu się przyjrzeć z uwagi na osobę Joachima Halupczoka, naszego nieodżałowanego mistrza świata amatorów z Chamery. „Achim” jako zaledwie 22-letni neo-profi rewelacyjnie poczynał sobie na trasie tego Giro. Na mecie tego odcinka był szósty, lecz jednocześnie wskoczył na pozycje wicelidera wyścigu. Etap jak i cały wyścig wygrał Włoch Gianni Bugno, który w tej imprezie był klasą sam dla siebie, bowiem prowadził nieprzerwanie od prologu w Bari po metę w Mediolanie. Na finiszu nieopodal opactwa wyprzedził Piotra Ugriumowa reprezentującego chylący się ku upadkowi ZSRR oraz Francuza Charly Mottet. Przed przyjazdem do Toskanii zastanawiałem się, z której strony podjechać do Vallombrosy. Aczkolwiek nie miałem stuprocentowej pewności to wiele wskazywało na to, iż kolarze na Giro wspinali się od łatwiejszej południowej strony czyli z poziomu Reggello (384 m. n.p.m.). Mogłem też skorzystać z trudniejszej zachodniej wersji wzniesienia czyli rozpocząć wspinaczkę w położonym we Valdarno miasteczku San Ellero (108 m. n.p.m.). Ostatecznie mając do dyspozycji całe przedpołudnie zdecydowałem się wjechać od obu stron. Dopiero po powrocie z Toskanii na podstawie 15-minutowego filmiku jaki może znaleźć w serwisie „You Tube” ustaliłem, iż owszem generalnie podjeżdżano od Reggello, ale na wysokości Saltino kolarzy skierowano w kierunku końcówki zachodniego podjazdu i od tej strony pokonano ostatnie 1200 metrów do mety usytuowanej jakieś 300 metrów za budynkiem Opactwa.

Wyjechałem z domu około 8:50 i mimo tak wczesnej pory było już całkiem ciepło czyli 27 stopni Celsjusza. Według załączonego do tej opowieści profilu południowy podjazd do Vallombrosy zaczyna się w Reggello. Niemniej ja wystartowałem z Borgo a Cascia na wysokości 295 metrów n.p.m. i muszę przyznać, że od startu miałem pod górkę. Na początkowych dwóch kilometrach szosa wznosiła się przy umiarkowanym nachyleniu między 3 a 5 %. Po pięciuset metrach dojechałem do centrum Borgo a Cascia. Natomiast pokonawszy 1,3 kilometra byłem już we wiosce Cascia, gdzie wjechałem na drogę prowincjonalną SP87. Po przebyciu kolejnego kilometra byłem już w centrum Reggello, gdzie musiałem skręcić w lewo i zjechać jakieś 150 metrów, po czym odbić w prawo biorąc kierunek na miejscowość Pietrapiana. Podjazd nadal był łagodny, jedynie pod koniec trzeciego kilometra stromizna na chwilę sięgnęła 8 %. Wzdłuż drogi rosły przede wszystkim oliwki. Dokładnie po 5 kilometrach od startu dojechałem do sąsiadującej z Pietrapianą wioski Poggiolini. Do tego momentu średnie nachylenie wzniesienia wyniosło tylko 3,5 %, więc udało mi się przebyć tą pierwszą tercję wspinaczki z przeciętną prędkością 20,8 km/h. Potem było już znacznie trudniej. Wbiłem sobie do głowy, że podjazd od strony Reggello jest stosunkowo łagodny i nieco zlekceważyłem środkowe 6,5 kilometra. Tymczasem stromizna okazała się na tyle dokuczliwa, iż chcąc nadal jechać na przełożeniu 39/21 musiałem zmusić się do większego wysiłku. Po przejechaniu 7,7 kilometra minąłem wiraż na wysokości restauracji Il Parco di Stroncapane. Na tej wysokości mogłem się już momentami schować przed słońcem w cieniu dawanym przez rosnący tu las bukowo-jodłowy. Środkowe 5 kilometrów miało już całkiem solidne średnie nachylenie 6,7 %, przy max. 10 % po 8,9 kilometra od startu. Ten odcinek przejechałem ze średnią prędkością 17 km/h.

Droga trzymała niemal do końca dwunastego kilometra czyli zjazdu z drogi Via Cascina Nuova. Dojazd do Saltino (12,9 km) był już znacznie łatwiejszy. W tym miejscu popełniłem błąd taktyczny, albowiem wpuściłem przed siebie ociężałą ciężarówkę, która jak się okazało wiozła jakieś meble do Opactwa i na wzniesieniu nie była w stanie mi odjechać, zaś na płaskiej końcówce blokowała mnie i nie pozwalała nabrać właściwej prędkości. W międzyczasie tj. po przejechaniu 13,44 kilometra od startu dobiłem do najwyższego punktu z tej strony Vallombrosy czyli poziomu około 1000 metrów n.p.m. Jako, że kilometr z haczykiem pozostały mi do Opactwa prowadził lekko w dół można powiedzieć, że podjazd zakończył się właśnie tutaj czyli na wylocie z Saltino. Ostatnia 3,5-kilometrowa tercja miała średnio 5,1 %, przy max. niespełna 9 % na początku jedenastego kilometra. Dzięki temu finiszowałem z przeciętną 18,5 km/h. Natomiast cały podjazd pokonałem w czasie 43 minut i 21 sekund czyli ze średnią prędkością 18,602 km/h. Dość szybko, acz tylko w teorii bowiem wzniesienie to miało średnie nachylenie około 5 %. Wyjechawszy z Saltino przejechałem przez strefę piknikową gdzie na przekór palącemu słońcu gęsty las dawał dużo cienia i stwarzał tu przybyłym przyjemne warunki do wypoczynku. Po przejechaniu 14,5 kilometra od startu minąłem odchodzącą w prawo Via del Paradisino, która prowadzi na odległy o ponad osiem kilometrów od tego miejsca szczyt Monte Secchieta (1435 m. n.p.m.). W sumie mogłem się pokusić o jego zdobycie, ale wtedy musiałbym zrezygnować z poznania drugiego oblicza Vallombrosy. Dlatego pojechałem prosto i po przebyciu następnych stu metrów znalazłem się na Via San Benedetto. Tu stoi główna siedziba Opactwa powstała w latach 1038-1058 za sprawą Giovanniego Gualberto i następnie rozbudowana w II połowie XV wieku.

Zatrzymałem się tam na kilka minut przyglądając się remontowemu zamieszaniu. Następnie nieśpiesznie zjechałem na drugą stronę aż do biegnącej wzdłuż rzeki Arno drogi krajowej SS69. Na dole około wpół do jedenastej było już 31 stopni. Pierwsze dwa kilometry, na których szosa była schowana w lesie były całkiem solidne. Potem zrobiło się lżej, lecz zarazem wyjechałem na otwarty teren, na którym pod palącym słońcem temperatura wzrosła aż do 34 stopni. Wokół gaje oliwne, rosnące wzdłuż drogi cyprysy, zaś tu i ówdzie samotne rezydencje w typowym toskańskim stylu. Po przejechaniu 3,6 kilometra dotarłem do pierwszej wioski na tym szlaku czyli Donnini. Gdybym skręcił tu w prawo mógłbym poprzez San Donato Fronzano dojechać na skróty do Reggello. Czułem się jednak całkiem dobrze, więc nie było takiej opcji. Pojechałem prosto w kierunku na Tosi. Początkowe cztery kilometry miały średnie nachylenie 6,2 %, przy max. 11,4 % w połowie czwartego kilometra. Wraz z końcem piątego kilometra mogłem się znowu schować w cieniu drzew, zaś po chwili również droga znacznie odpuściła. Przez kolejne 2700 metrów nachylenie tego podjazdu, ani razu nie skoczyło powyżej 5 %. Z drugiej strony nie było tu żadnego zjazdu – ot typowe „falsopiano”. Zamiast używać przełożenia 39/21 mogłem skorzystać nawet z trybu 17. Za sprawą tego łatwego odcinka środkowe cztery kilometry miały średnie nachylenie tylko 4,2 %, przy max. niespełna 9 %, na początku piątego kilometra. Pod koniec ósmego kilometra byłem już w Tosi pokonawszy środkową część wzniesienia w tempie 20,8 km/h.

Wkrótce miały się zacząć prawdziwe schody. We wiosce skręciłem w prawo ku Vallombrosie. Jazda prosto i w lewo oznaczałaby wycieczkę do Pelago i dalej w dół do Pontassieve lub w górę na przełęcz Consuma. Na zwiedzanie tych okolic miałem jeszcze czas. Tymczasem po przejechaniu 8,7 kilometra dotarłem do Pian di Melosa i tuż przed wjazdem do lasu rozpocząłem walkę z dwukilometrową stromizną. Wrzuciłem przełożenie 39/24 by sprawniej sobie poradzić w tym ciężkim terenie. Ostatnie 5,5 kilometra miało mieć średnie nachylenie 7,7 %. Na szczęście stromizna pozostała moim jednym zmartwieniem, gdyż korony drzew dawały mi wystarczającą ochronę przed słońcem. Po przejechaniu 12,4 kilometra dotarłem w końcu do miejsca gdzie mój szlak łączył się z wykorzystaną przez uczestników Giro 1990 drogą z Saltino. Do Abbazia di Vallombrosa pozostało mi tylko 900 metrów, w tym 350-metrowa prosta rozpoczynająca się przy budynkach należących do Państwowej Służby Leśnej (Corpo Forestale dello Stato) i kończąca się na wysokości niewielkiego stawu przy Via del Lago di Vallombrosa. Po lekkim zakręcie w prawo byłem już pod murami Opactwa, by po kolejnym wirażu zakończyć podjazd na wysokości około 970 metrów n.p.m. na styku ze wspomnianą wcześniej drogą Via del Paradisino. Trudną trzecią tercję pokonałem w tempie 15,2 km/h. Cały podjazd od San Ellero liczący sobie 13,55 kilometra przejechałem w czasie 47 minut i 20 sekund ze średnią prędkością 17,176 km/h. Według licznika miał on przewyższenie 810 metrów, więc ten wynik dałby mi wartość VAM 1026 m/h. Na bazie danych „google-maps” byłoby to nawet 1090 m/h przy amplitudzie 860 metrów – całkiem nieźle jak na podjazd o umiarkowanym średnim nachyleniu niespełna 6,5 %. Na zjeździe do Borgo a Cascia strzeliłem jeszcze ze trzydzieści fotek, lecz mimo to udało mi się wrócić do Villa Tanini w samo południe. Przejechałem w sumie 56,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 1505 metrów. Po powrocie umyłem się oraz zjadłem by nabrać sił na drugą część poniedziałkowego programu.

Około wpół do drugiej wsiedliśmy do samochodu by ruszyć na kolejne spotkanie ze skarbami Toskanii. Plan na to popołudnie mieliśmy raczej minimalistyczny. Chcieliśmy zobaczyć Arezzo, miasto w którym na początku XIV wieku urodził się słynny poeta Francesco Petrarca. Cały przejazd zajął nam może trzy kwadranse, gdyż 39 z 55 kilometrów trasy mogliśmy pokonać po Autostradzie Słońca (A1). Wjechaliśmy do centrum miasta drogą SP21 i zaparkowaliśmy możliwie najbliżej tamtejszej starówki. Ruszyliśmy w górę wąskimi i stromymi uliczkami ku najstarszej części miasta. Na początku nawinęła nam się pod oczy Bazylikę św. Franciszka. Potem weszliśmy na ulicę Corso Italia i idąc nią dalej pod górę doszliśmy do pochodzącego z początków XI wieku Chiesa di Santa Maria della Pieve. Prawa ściana tej świątyni z racji położenia była o kilka metrów wyższa niż lewa. Po wyjściu z tego kościoła skierowaliśmy się wzdłuż Logge del Vasari na główny plac miasta czyli Piazza Grande. Przyznam, że to miejsce zrobiło na mnie duże wrażenie. Podobnie jak pobliskie ulice opada on zdecydowanie w kierunku południowym. Otaczają go kamienice udekorowane wielobarwnymi herbami, zaś w jego dolnej części stoi efektowna fontanna. Po zachodniej stronie obok wspomnianego kościoła św. Marii stoi barokowy Palazzo del Tribunale. Plac ten jest sceną efektownego pokazu sztuki rycerskiej Giostra del Saracino. Ten festyn podobnie jak sieneńskie Palio organizowany jest dwa razy w roku tzn. w przedostatnią sobotę czerwca i pierwszą niedzielę września. Po opuszczeniu placu poszliśmy jeszcze wyżej ku Piazza Duomo, na którym wzniesiono gotycką katedrę San Donato. Z kolei na pobliskim Piazza della Liberta w budynku Palazzo Comunale urzędują władze miasta. Godzinny spacer w pełnym słońcu pomimo wielu pozytywnych wrażeń dał nam do myślenia. Zdecydowaliśmy, iż przy takiej pogodzie kolejne miasta najlepiej będzie zwiedzać przed południem.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Vallombrosa x 2 została wyłączona

Pradaccio (San Pellegrino in Alpe) & Il Ciocco

Autor: admin o 9. lipca 2011

W sobotę 9 lipca mieliśmy się przenieść z Cinque Terre do naszej nowej przystani na cichej toskańskiej prowincji pod Reggello. Przy okazji miał to być mój najtrudniejszy dzień na rowerze podczas całej lipcowej wycieczki. W trakcie przejazdu z Volastry do Borgo a Cascia zaplanowałem sobie bowiem dwa przystanki celem „zrobienia” znanych z Giro d’Italia podjazdów pod Passo di Pradaccio (1617 m. n.p.m.) i Il Ciocco (685 m. n.p.m.). Z tego względu planując nasz samochodowy transfer musiałem zrezygnować z najkrótszej 200-kilometrowej drogi po autostradach A15, A11, A12 i A1, której pokonanie zajęłoby nam niewiele ponad dwie godziny. Musieliśmy zboczyć w głąb półwyspu, przemierzając bardziej górzysty teren by wjechać do interesującej mnie doliny Garfagnana. B&B Niria opuściliśmy około dziewiątej tj. zaraz po śniadaniu. Nasi gospodarze Andrea i Maria Franca zdobyli się na miły gest wystawiając rachunek na 280 Euro za cztery doby (zamiast 300 wynikających z cennika). Co więcej Pan Domu zaoferował się bezpiecznie wydobyć nasz samochód z ciasnego zaułka służącego za parking na jego posesji. Początek podróży wiódł nas po trasie, z której skorzystałem trzy dni wcześniej przy dojeździe do podnóża Passo del Lagastrello tzn. najpierw zjazd do La Spezii, potem niedługi odcinek po A15 i SP62 do położonej na rozdrożu kilku dróg Aulli. Dopiero w tym miasteczku musieliśmy skręcić na wschód czyli w drogę SS63, zaś przed wioską Gassano wybrać SS445 ku Casola in Lunigiana. Za tą miejscowością zaczęliśmy podjazd pod Foce Carpinelli (842 m. n.p.m.). Przełęcz ta łączy doliny Lunigiana oraz Garfagnana i już siedmiokrotnie była wykorzystana na Giro, zaś po raz ostatni w 2004 roku.

Po drugiej stronie przełęczy nadal jechaliśmy po drodze SS445 by po minięciu Piazza al Serchio oraz Camporgiano około wpół do dwunastej dotrzeć do pierwszego przystanku w Castelnuovo di Garfagnana. Zaparkowaliśmy pod dachem, bo na krytym parkingu należącym do supermarketu CONAD. Kwadrans później ruszyłem na podbój jednej z najtrudniejszych kolarskich gór w całych Apeninach. Podjazd pod Passo di Pradaccio znany jest lepiej jako San Pellegrino in Alpe za sprawą wioski leżącej na wysokości 1524 m. n.p.m., w miejscu gdzie kończy się najtrudniejszy odcinek całego wzniesienia, jakieś półtora kilometra przed samą przełęczą. Podjazd ten trzykrotnie znalazł się na trasie wielkiego Giro, zaś od niedawna jest też w programie organizowanej na początku lipca imprezy dla amatorów Gran Fondo Prato – Abetone. Profesjonaliści musieli się z nim zmierzyć po raz pierwszy w 1989 roku na przedostatnim, aż 220-kilometrowym odcinku z La Spezii do Prato. Premię górską zdobył wówczas Belg Claude Criqueilion (mistrz świata z roku 1984), lecz sam etap wygrał inny czempion Włoch Gianni Bugno, który dotarł do mety z przewagą 46 sekund na 7-osobową grupką, którą przyprowadził wspomniany Walon. Sześć lat później na etapie z Pietrasanta do Il Ciocco tak premia górska na przełęczy Pradaccio jak i zwycięstwo etapowe przypadło temu samemu kolarzowi tzn. Włochowi Enrico Zainie. Podobnie było w 2000 roku gdy swój solowy atak na stromiźnie przed San Pellegrino rozpoczął jego rodak Francesco Casagrande. Wygrał on premię górską, po czym kontynuował swój rajd i do mety usytuowanej 29 kilometrów dalej na Passo dell’Abetone dotarł z przewagą aż minuty i 39 sekund nad najbliższymi rywalami. Dzięki temu zdobył koszulkę lidera, którą oddał dopiero jedenaście dni później, gdy w przeddzień zakończenia wyścigu wyraźnie przegrał czasówkę do Sestriere ze Stefano Garzellim.

Przeszło dziesięć lat minęło od tego czasu. Niemniej wciąż miałem w pamięci sceny z dwóch ostatnich spotkań Giro ze stromizną pod San Pellegrino in Alpe. Swoją drogą niezła zmyłka w nazwie tego miejsca, wynikająca stąd iż ta część Apenin to tzw. Alpy Apuańskie. Przed wyjazdem w trasę nie zmieniłem koła Ritchey DS Pro na Mavica Aksium z górską kasetą 12-32, więc do pojedynku z czekającą mnie 18-20 % stromizną miałem do dyspozycji co najwyżej przełożenie 39 / 27. Na początek zjechałem z parkingu w kierunku miejskiego parku, w którym trwała właśnie  wystawa starych samochodów. Następnie skręciłem w lewo, przejechałem przez wiadukt, skręciłem w prawo i pokonałem most na skromną w środku lata rzeką Serchio. Dotarłem do industrialnych obrzeży miasteczka, przeciąłem tory kolejowe, skręciłem raz jeszcze w prawo by po przejechaniu około 1300 metrów dotrzeć do Via Guglielmo Marconi czyli drogi SP72. W tym miejscu na wysokości około 290 metrów n.p.m. zacząłem swoją wspinaczkę. Pierwsze trzy kilometry miały być stosunkowo łatwe, lecz już po chwili musiałem pokonać dwa-trzy wiraże, gdzie przez trzysta metrów stromizna trzymała na solidnym poziomie 7 %. Potem było znacznie łatwiej czyli przez ponad dwa kilometry cały czas poniżej 5 %. W tym czasie minąłem miasteczko Pieve Fosciana. Na razie jedynym problemem był 30-stopniowy upał. Pokonawszy 2,9 kilometra dojechałem do zjazdu na Campori. Do tego momentu wzniesienie miało średnio 3,7 %, więc jechałem z przeciętna prędkością 21,3 km/h. Aby spotkać się ze słynnym Giro del Diavolo musiałem odbić w prawo i wjechać na drogę SP71. Pozostając na głównej szosie też dojechałbym wysoko, ale znacznie dłuższym i łagodniejszym podjazdem pod Passo delle Radici (1529 m. n.p.m.). Ta przełęcz również była testowana na Giro i to nawet czterokrotnie, ale ostatni raz 35 lat temu.

Już dwieście metrów dalej wjechałem do Campori, gdzie przez chwilę jechałem delikatnymi serpentynami wśród willowych zabudowań. Wkrótce wjechałem do lasu, który tylko momentami ustępował miejsca polom i łąkom wokół pojedynczych gospodarstw rolnych. Nieco gęstszą zabudowę ujrzałem dopiero po przejechaniu 7,3 kilometra dojechawszy do osady Pellizzana. Do największej miejscowości na tym szlaku miałem jeszcze blisko dwa kilometry. Była nią Chiozza, leżąca na wysokości około 940 metrów n.p.m., jakieś 9,2 kilometra od początku wzniesienia. Przed wjazdem do tej wsi stromizna na chwilę odpuściła tzn. spadła do niespełna 6 %. Ogółem jednak odcinek 6,3 kilometra od rozjazdu miał średnie nachylenie 8,3 %, przy max. 13 %. Co godne podkreślenia aż 15 razy wykres z licznika pokazał mi tu wartość powyżej 10 %. Jak na te warunki i swoje możliwości ten fragment przejechałem całkiem szybko, bo z  przeciętną 14,7 km/h.  Coś mi się w głowie pomieszało i za Chiozzą spodziewałem się napotkać nieco łatwiejszy teren, który miał mi pozwolić na złapanie głębszego oddechu i zaoszczędzenie odrobiny sił przed piekielnym finałem. Tymczasem kolejne 3300 metrów miało średnie nachylenie 8,4 %, zaś stromizna dwukrotnie przekroczyła poziom 13 %. Nie miałem wyboru musiałem w końcu wrzucić tryb 24. Dlatego też odcinek ten pokonałem z nieco niższą przeciętną 13,6 km/h. Nieubłaganie zbliżała się chwila prawdy czyli próba sił na morderczej końcówce wzniesienia. Nieduże napisy „scalata” wymalowane na szosie białą farbą zwiastowały prawdziwą wspinaczkę. Zanim jednak do tego doszło przed osadą Boccaia czekało mnie jeszcze 530 metrów zjazdu.

Ostatnia część podjazdu zaczęła się dla mnie dokładnie po przejechaniu 13 kilometrów. Do przełęczy pozostało stąd jeszcze 3800 metrów, w tym najbliższe 2500 o średnim nachyleniu blisko 13 %. Od razu wrzuciłem tryb 27 i czekałem na najgorsze. Znaki drogowe ostrzegały o stromiźnie sięgającej 18 %, ale z początku nie było aż tak źle. Pierwsze 750 metrów połknąłem jeszcze dość gładko, po czym doczekałem się głównej atrakcji dnia. Kilka bardzo stromych serpentyn, w tym dwa fragmenty o maksymalnym nachyleniu aż 20 % – dokładnie 14,6 oraz 15,5 kilometra od początku wzniesienia. Ten drugi w zasadzie tuż przed wjazdem do San Pellegrino in Alpe, wioską która powstała wokół sanktuarium wybudowanego ku czci świętego, który żył w VII wieku i pochodził ponoć z dalekiej Szkocji. Mając najgorsze za sobą nie spocząłem na laurach i z rozpędu pojechałem dalej ku przełęczy. Jeszcze w kilku miejscach musiałem pokonać przeszło 10 % stromiznę, w tym na 800 metrów przed finałem ściankę o nachyleniu 16 %. W każdym razie ostatnie 3,8 kilometra o średnim nachyleniu 11,2 % pokonałem w tempie 11,5 km/h, z czego mogłem być więcej niż zadowolony. Okazało się, że nawet taką stromiznę będąc dobrze przygotowany mogę pokonać bez kompaktu z przodu czy górskiej kasety w tyle. Całe wzniesienie o długości 16,8 kilometra i przewyższeniu 1273 metrów (według licznika) czy też raczej 1327 metrów (według google-maps) pokonałem w 1 godzinę 9 minut i 38 sekund przy średniej prędkości 14,458 km/h i VAM 1096 czy nawet 1143 m/h. Niestety na przełęczy dopadło mnie stado wrednych much, od których nie mogłem się opędzić. Strzeliłem więc tylko kilka fotek i zjechałem do San Pellegrino, gdzie zatrzymałem się nieco dłużej. Do Castelnuovo di Garfagnana zjechałem o czternastej pokonawszy 36,2 kilometra o przewyższeniu 1319 metrów. Słońce było niemal w zenicie, temperatura 37 stopni Celsjusza mówi sama za siebie.

Po daniu głównym zażyczyłem sobie deseru. W tym celu wyjeżdżając z miasta wróciliśmy na drogę SS435 i przejechaliśmy około osiem kilometrów w kierunku południowym. Następnie odbiliśmy w boczną drogę w kierunku na Albiano / Barga. Tu przejechawszy przez wioskę Conti znaleźliśmy się na Via Giovanni Pascoli. Zacząłem wyglądać zjazdu ku ścieżce na Il Ciocco. Nie wykryłem jej od razu. Za pierwszą próbą pojechałem za daleko na wschód. Tknięty przeczuciem zawróciłem i znalazłem właściwy zakręt przy którym rosło kilka cyprysów. Udało nam się znaleźć parking po lewej stronie alejki już kilkadziesiąt metrów dalej. Należał do pobliskiej restauracji, lecz o tej porze dnia nie było w niej żadnych gości. Co ważne był mocno zacieniony dzięki czemu można było się na nim schować przez palącym słońcem, zaś wjazd do Il Ciocco był w najbliższym sąsiedztwie. To wzniesienie skromne pod względem wysokości bezwzględnej oraz przewyższenia, ale z uwagi na swą stromiznę (4 km przy średnim nachyleniu 10,3 %) naprawdę wymagające. Przede wszystkim jednak zainteresowało mnie z uwagi na historię swych występów w Giro d’Italia. Na górę wiedzie droga prywatna należąca do ośrodka zdrowia. W połowie lat siedemdziesiątych dyrektor Vincenzo Torriani nie wyobrażał sobie Giro bez wizyty w tym miejscu. Po raz pierwszy zaprosił tu kolarzy w 1974 roku na etapie z Modeny, który wiódł m.in. przez przełęcz Radici. Odcinek ten zdecydowanie wygrał Hiszpan Juan Manuel Fuente, który o 41 sekund wyprzedził Eddy Merckxa i Włocha Tino Contiego. Fuente umocnił się wówczas na prowadzeniu w wyścigu, które wywalczył już na trzecim etapie. Jednak dwa dni po triumfie na Il Ciocco poniósł ciężkie straty na deszczowym etapie do Pietra Ligure i w konsekwencji mimo aż pięciu sukcesów etapowych nie zmieścił się nawet na podium tej imprezy.

Rok później Il Ciocco namaściło innego kolarza na zwycięzcę całego wyścigu. Co ciekawe Torriani zafundował wówczas uczestnikom Giro dwie czasówki dzień po dniu. Po płaskiej 38-kilometrowej próbie wokół nadmorskiego Forte dei Marmi prowadził Giovanni Battaglin, lecz nazajutrz na 13-kilometrowej czasówce ze startem w Piano di Coreglia i górskim finałem na Il Ciocco nie zmieścił się nawet w „10”. Ten dzień należał do jego kolegi z ekipy Jollyceramica. Był nim Fausto Bertoglio, który nie tylko wygrał ten odcinek z przewagą 43 sekund nad Giuseppe Perletto i 59 sekund nad Gianbattista Baronchellim, ale też objął prowadzenie w wyścigu i nie oddał go do mety wyścigu, którą wyznaczono na przełęczy Stelvio. Minął kolejny rok i Giro zawitało tu po raz trzeci. Kolarze wyjechali z Prunetta Terme i przed finałowym wzniesieniem mieli do pokonania przełęcze: Prunetta, Abetone i Radici. W końcówce etapu liczyło się ich czterech. Wygrał Belg Ronald De Witte, który o 2 sekundy wyprzedził Włochów Wladimiro Panizzę i GB Baronchellego, zaś czwarty ze stratą 3 sekund finiszował ubiegłoroczny bohater czyli Bertoglio. Lider wyścigu, słynny Felice Gimondi był ledwie dziesiąty i stracił 37 sekund, ale utrzymał się na prowadzeniu. Z kolei na czwarty i ostatni jak dotychczas udział Il Ciocco w Giro trzeba było czekać do roku 1995. Etap ze startem w Pietrasanta prowadził przez Foce Carpinelli i San Pellegrino in Alpe (Pradaccio). Cały wyścig zdominował Szwajcar Toni Rominger, który na tej górze odparł ataki dwóch kolarzy Gewissu: Piotra Ugriumowa i Jewgienija Bierzina. Liderzy zajęci swoją walką dali się wyhasać dobrym góralom. Wygrał Enrico Zaina, który w dwójkowym finiszu na bieżni wokół stadionu pokonał maleńkiego Kolumbijczyka Nelsona Rodrigueza. Natomiast trzeci ze stratą 22 sekund był niespełna 24-letni wówczas Gilberto Simoni.

Można powiedzieć, że dojechałem pod Il Ciocco szlakiem bardzo podobnym do tego sprzed szesnastu lat. Niemniej ja w nogach miałem „tylko” Passo di Pradaccio. Zacząłem swoją wspinaczkę kilka minut po wpół do trzeciej przy temperaturze 32 stopni. Ruszyłem z wysokości parkingu i już po chwili minąłem bramkę, na której pobiera się opłaty za wjazd od kierowców samochodów. Il Ciocco to świetne miejsce do różnego rodzaju wypoczynku. Można tu odpocząć nie tylko na terenie luksusowego hotelu z sieci Marriott, ale też popływać w krytych i otwartych basenach, zaś spacerując po łąkach i lasach podziwiać widok ze wzgórza na leżące w pobliżu średniowieczne miasteczko Barga. W górnej części podjazdu na amatorów sportu czekają korty tenisowe, kryta ujeżdżalnia, a nawet pełnowymiarowy stadion do piłki nożnej. Cały ośrodek zajmuje ponoć teren około 2000 hektarów. Już po przejechaniu 240 metrów musiałem się zmierzyć z pierwszą nie lada stromizną czyli ścianką o nachyleniu 16,7 %. Minąłem zbudowane na wyniosłym zboczu wille osady Caprona i skręciłem w prawo. Początkowo jechałem stosunkowo szeroką drogą w szpalerze drzew oliwkowych. Teren był odsłonięty, więc upał dawał się we znaki. Pierwszy kilometr podjazdu miał średnie nachylenie 9,7 %. Przejechałem go ze średnią prędkością tylko 11,9 km/h. Potrzebowałem chwilę czasu by złapać właściwy rytm jazdy. Na początku drugiego kilometra skręciłem w lewo i schowałem się przed słońcem w cieniu drzew. Jeszcze przed tym zakrętem ujrzałem przed sobą różowe mury hotelu. W połowie drugiego kilometra moja droga połączyła się z zachodnią wersją tego podjazdu. Druga kwarta wzniesienia była najłatwiejsza mając średnie nachylenie 7,5 % i max. tylko 10 %. Dlatego przejechałem ją z przeciętną prędkością 15,2 km/h.

W strefie piknikowej na początku trzeciego kilometra nachylenie na moment spadło do poziomu 2-3 %, lecz już za chwilę ujrzałem stromiznę, wyrastającą na wysokości największego z hoteli kompleksu Kedrion Spa. Licznik po 2340 metrach od startu pokazał mi wartość 18 %. Teraz przez blisko 600 metrów musiałem się zmagać z nachyleniem 10 % lub więcej. Trzysta metrów za hotelem ponownie schowałem się w lesie, lecz zyskując nieco cienia musiałem się pogodzić z gorszą nawierzchnią drogi. Trzeci kilometr miał średnie nachylenie 10,5 %, lecz pokonałem go sprawniej niż sam początek tzn. ze średnią prędkością 12,5 km/h. Na ostatnich 840 metrach stromizna już tylko na moment spadła poniżej 10 % (do poziomu 8,4 %). Ostatnia kwarta miała średnie nachylenie 11,8 %, przy max. 18,3 % po 3040 metrach od startu. Ten odcinek przejechałem, więc najwolniej bo z przeciętną 11 km/h. Jadąc kierowałem się strzałkami „stadio” i „centro sportivo”. Przy drodze stały też tablice ostrzegające o obecności dzieci, które w sezonie letnim przyjeżdżają tu na kolonie. W końcówce musiałem się zdecydować czy wybrać szlak do stadionu czy też do centrum sportowego. Mając w pamięci relacje z Giro 1995 wybrałem tą pierwszą opcję skręcając w lewo. Na jednym z ostatnich stromych wiraży na nierównej nawierzchni wypięła mi się prawa noga z pedału przez co na krótko zostałem wybity z rytmu. Na ostatnich metrach przejechałem obok wjazdu do ujeżdżalni i po chwili zakończyłem wspinaczkę przy bramie piłkarskiego stadionu. Całe wzniesienie o długości 3,84 kilometra pokonałem w czasie 18 minut i 30 sekund czyli ze średnią prędkością 12,454 km/h. Przekłada się to na wartość VAM 1212 m/h biorąc za podstawę obliczeń 374 metry przewyższenia jakie pokazał mi licznik. Według profilu z „archivio salite” miało to być aż 412 metrów co dałoby mi VAM 1336 m/h. Rekord jak się patrzy, ale wyniku na tego typu stromej i krótkiej górce nie sposób porównywać z osiągnięciami na pełnowymiarowych wzniesieniach, na które wspinać się trzeba przez około godzinę.

Na Il Ciocco również mógłbym się wspinać przynajmniej przez 45-50 minut gdybym za stojącą obok stadionu restauracją nie tylko wjechał na węższą leśną dróżkę, ale zechciał dojechać do jej najwyższego punktu. Dotarłbym do wysokości 1180 metrów n.p.m. po pokonaniu kolejnych sześciu kilometrów. Nie miałem na to czasu, ani specjalnej ochoty. Z ciekawości podjechałem tylko niespełna pół kilometra wjeżdżając 25 metrów powyżej poziomu, na którym zbudowano stadion. Następnie zjechałem do Castelvecchio Pascoli i kwadrans po piętnastej zameldowałem się przy samochodzie gotów do dalszej drogi. Po chwili wróciliśmy na drogę SS445 i wybraliśmy kierunek na Lukkę. Przed Borgo a Mozzano wskoczyliśmy na drogę krajową SS12, a następnie prowincjonalną SP29 by w okolicy Capannori wjechać na Autostradę Firenze – Mare czyli na A11, łączącą stolicę Toskanii z wybrzeżem Morza Tyrreńskiego. Stąd pomknęliśmy już znacznie szybciej w stronę Florencji mijając po drodze zjazdy na Montecatini Terme, Pistoię i Prato. Na zjeździe Firenze Nord przeskoczyliśmy na Autostradę del Sole czyli słynną A1, która łączy Mediolan z Neapolem przejeżdżając w pobliżu Bolonii, Florencji i Rzymu. Stolicę renesansu objechaliśmy szerokim łukiem od zachodu i południa, lecz pomimo tego i tak z odległości kilkunastu kilometrów widzieliśmy imponującą katedrę Santa Maria del Fiore. Autostradę Słońca musieliśmy opuścić na zjeździe Incisa w dolinie rzeki Arno, skąd do celu pozostało nam już tylko osiem kilometrów lokalnymi drogami przez Ciliegi, Prulli di Sopra i Montanino. W pobliżu tej ostatniej miejscowości przykuły naszą uwagę tzw. balze, czyli niesamowite formacje skalne w kształcie stożków przypominające podobne dziwy natury rodem z Kapadocji.

Na sam koniec czekał nas kilometrowy podjazd o nachyleniu sięgającym 10 %, co zmusiło mnie do redukcji biegu. Około osiemnastej byliśmy na miejscu tzn. na terenie sporej posiadłości ziemskiej Villa Tanini pod adresem Borgo a Cascia  213. Bardzo ładne miejsce w prawdziwie toskańskim stylu należące do braci Tanini. Starszy Eros wraz z żoną i córką zamieszkuje w wiekowej rezydencji, na co dzień zajmując się rolnictwem tj. uprawą winorośli, oliwek i produkcją miodu. Natomiast młodszy Stefano wraz z żoną i synem mieszka w mniejszym domu dobudowany w późniejszym okresie i pracuje we Florencji jako taksówkarz. Niemniej to właśnie on zarządza działem turystycznym rodzinnej gospodarki. Stojący na tyłach Villa Tanini dom wakacyjny (casa vacanze) to kompleks czterech apartamentów zaadaptowany na potrzeby turystów na bazie dawnego budynku gospodarczego. W jego podziemiach do dziś funkcjonuje piwniczka, w której Eros przechowuje produkowane przez siebie wino. Na nasze potrzeby zarezerwowałem najmniejszy, 2-osobowy apartament Ginevra, składający się z sypialni, łazienki oraz jadalni z kuchnią o powierzchni 48 metrów kwadratowych. Wszystko za niewygórowaną cenę 420 Euro za tydzień. Pozostałe apartamenty były większe tzn. jeden 55-metrowy dla 4 osób oraz dwa 85-metrowe dwupiętrowe przeznaczone aż dla 5 osób czyli de facto dla rodziców z dziećmi. Podczas naszego pobytu były one „okupowane” przez całe rodziny z Niemiec i Holandii. Do dyspozycji gości, a przede wszystkim dzieciaków w ogrodzie był też basen o wymiarach 14×7 metrów, z którego i nam zdarzało się korzystać, gdy tylko mieliśmy ochotę się schłodzić w ten bodaj najgorętszy tydzień toskańskiego lata anno domini 2011.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Pradaccio (San Pellegrino in Alpe) & Il Ciocco została wyłączona

Ghiffi

Autor: admin o 8. lipca 2011

Po czwartkowym wypadzie do Toskanii w piątek mieliśmy zwiedzić południową część Ligurii. Ściślej mówiąc pas liguryjskiego wybrzeża od naszego Cinque Terre po stolicę regionu czyli Genuę. Niemniej już na miejscu dokonaliśmy kilku korekt w naszym hurraoptymistycznym i przesadnie ambitnym planie podróży. Między innymi zdecydowaliśmy się pominąć rodzinne miasto Kolumba  Uznaliśmy, iż z szeroko pojętych względów logistycznych (ponad 110-kilometrowy dojazd i blisko 600-tysięczne miasto do oswojenia) wyprawa do Genui będzie zbyt ryzykowna. Dojechanie do tego miasta po krętych nadmorskich dróżkach zajęłoby nam blisko trzy godziny, zaś na miejscu stracilibyśmy jeszcze nieco czasu na zatłoczonych ulicach tak dużego miasta. Z drugiej strony przy tak czasochłonnym dojeździe nie mielibyśmy zbyt wielu czasu na zwiedzanie. Tymczasem miastu z tak bogatą historią na pewno warto poświęcić choć kilka godzin. Dlatego też głównym celem naszej piątkowej przejażdżki po liguryjskiej riwierze stało się Portofino. Malutka wioska rybacka położona nad Zatoką Tigullio, jakieś 35 kilometrów na południowy-wschód od Genui.

Ruszyliśmy z Volastry około dziewiątej i z początku czekała nas jazda góra-dół, prawo-lewo po wąskich regionalnych drogach, na których śmiało można by rozgrywać odcinki specjalne rajdów z serii WRC. Cały czas po naszej lewej stronie mieliśmy błękitne wody Morza Liguryjskiego. Szybko zrobiliśmy pierwszy przystanek aby z wysokości drogi SP51 zrobić zdjęcia dwóm wioskom z Cinque Terre. Mieliśmy stąd piękny widok na w lewo na Manarolę i w prawo na Corniglię. Następnie jadąc drogami SP38, SS370 i SP43 po raz pierwszy zjechaliśmy na poziom morza wjeżdżając na ulice Levanto. Następnie musieliśmy odbić w głąb lądu i drogą SS566dir dojechać do wioski Carrodano. Tu mogliśmy w końcu wskoczyć na nieco szerszą i mniej krętą drogę SP-1 czyli słynną Via Aurelia, która przez przełęcz Bracco (615 m. n.p.m.) miała nas zawieść do kolejnej nadmorskiej miejscowość czyli Sestri Levante. To właśnie w tym mieście wyznaczono start 60-kilometrowej, górzystej czasówki podczas Giro d’Italia z 2009 roku. Dalej jechaliśmy już niemal cały czas wzdłuż nadmorskiej plaży co chwilę wpadając do mniejszej lub większej miejscowości. Minęliśmy Lavagnę i Chiavarii czyli dwa miasta oddzielone ujściem rzeki Entella.

Następnie po minięciu Zoagli dotarliśmy do Rapallo, które zasłynęło jako miejsce podpisania dwóch ważnych traktatów. W listopadzie 1920 roku swój spór terytorialny rozwiązały Włochy oraz Królestwo SHS (późniejsza Jugosławia). Natomiast w kwietniu 1922 roku potencjalnie groźny dla Polski układ dyplomatyczny zawarły Niemcy (Republika Weimarska) i Rosja Radziecka (RFSRR). W tym mieście musieliśmy zjechać z Via Aurelia by jadąc zakorkowaną drogą regionalną SP227 poprzez urocze miasteczko San Margherita Ligure dotrzeć w końcu do Portofino. Prowadząca do tej osady Via Paraggi a Monte była na tyle wąska i kręta, iż niejednokrotnie trzeba się było zatrzymać by przepuścić pojazd jadący z naprzeciwka. Na miejscu ciężko było liczyć na miejsce parkingowe na świeżym powietrzu. Portofino zajmuje obszar ledwie 2,6 kilometra kwadratowego, zaś od czasu gdy pod koniec XIX wieku upatrzyli je sobie angielscy arystokraci stało się nie tylko przystanią dla bogaczy, ale i ważnym punktem na turystycznej mapie Włoch. Zostawiliśmy samochód na wielopiętrowym parkingu pod dachem (za „skromne” 5,50 Euro za godzinę) i około wpół do pierwszej udaliśmy się na spacer po słynnej wiosce de luxe. Zeszliśmy do placu nad zatoką, po czym przeszliśmy się wzdłuż nabrzeża oglądając zawartość tamtejszej mariny od skromnych łódeczek po warte wiele milionów olbrzymie jachty. Na tle poznanych w środę wiosek Cinque Terre ekskluzywne Portofino nie zachwyciło nas jakoś szczególnie. Większe wrażenie zrobiła na nas chyba mijana nieco wcześniej Santa Margherita. W drodze powrotnej z początku jechaliśmy jakby lustrzanym odbiciem przedpołudniowej trasy. Jednak na wysokości Chiavari zjechaliśmy w głąb lądu.

Iwona zgodziła się bowiem na to abym na włoskiej ziemi powetował sobie poniedziałkową stratę czyli wymuszoną rezygnację ze wspinaczki pod Kehlstein. Szansa na to pojawiła się po rezygnacji z wyprawy do Genui. Nieopodal szlaku łączącego Volastrę z Portofino leży Passo del Ghiffi. Przełęcz, która tylko raz zagościła na trasie Giro d’Italia, ale za to wywarła duży wpływ na końcowy wynik wyścigu z 1994 roku. Wtedy to na osiemnastym etapie zaplanowano górską czasówkę ze startem w nadmorskim Chiavari i metą na Passo del Bocco. Niemniej trasa tego etapu nie wiodła do mety najkrótszym możliwym odcinkiem czyli z końcówką na stosunkowo łagodnej drodze SP26bis. Pierwsze 14 kilometrów owszem prowadziło do Borgonovo Ligure po terenie zrazu zupełnie płaskim, a następnie tzw. „falsopiano”. Tu jednak zamiast zacząć podjazd pod Passo del Bocco kolarze wjeżdżali na drogę SP586 ku Borzonasce. Dopiero w tej miejscowości po przebyciu 17,5 kilometra zaczynała się prawdziwie górska część owej czasówki czyli 13,5-kilometrowe wzniesienie o średnim nachyleniu 6,7 %. W zasadzie jest ono krótsza acz bardziej strome, gdyż wspinaczka kończy się na wysokości 1090 metrów n.p.m., lecz sama przełęcz znajduje się kilkaset metrów dalej, na poziomie 1068 metrów n.p.m. Ot taki układ, na podobieństwo tego z którym dotąd spotkałem się chyba tylko na szwajcarskiej przełęczy Lukmanier (Lucomagno). Na koniec wspomnianej czasówki trzeba było zjechać jeszcze niżej, gdyż Passo del Bocco leży na wysokości 956 metrów n.p.m. Próbę tą wygrał prowadzący od czwartego etapu wyścigu Rosjanin Jewgienij Bierzin. Drugie i trzecie miejsca zajęli jego najgroźniejsi rywale. Ówczesny król wieloetapówek Bask Miguel Indurain stracił do kolarza rodem z Karelii 20 sekund, zaś nowy faworyt gospodarzy Marco Pantani aż minutę i 37 sekund.

Nie miałem czasu na przejechanie całej trasy tego etapu prawdy. Wybrałem to co było w nim najciekawsze czyli odcinek z Borzonaski na Passo del Ghiffi. Do mojej bazy wypadowej na tą górę dotarliśmy około wpół do trzeciej. Na szczęście udało nam się schować samochód przed 33-stopniowym upałem. Dzięki czemu Iwona mogła oddać się lekturze w cieniu drzew. Ruszyłem w stronę centrum miejscowości trzymając się drogi SP586. Niestety stanowczo zbyt długo. Przejechałem kilometr, dwa, zacząłem trzeci jadąc cały czas w kierunku północno-zachodnim. Droga prowadziła cały czas lekko pod górę, lecz coś mi się zaczęło nie zgadzać. Ogarnięty niepewnością dojechałem do wioski Brizzolara, gdzie zatrzymałem się po przejechaniu 3,25 kilometra oraz pokonaniu 166 metrów jak się okazało zbędnego przewyższenia. Zapytałem o drogę na Passo del Ghiffi najpierw stojące na przystanku dwie starsze panie, zaś następnie kierowcę autobusu, który właśnie nadjechał i zmierzał w dół do Borzonaski. Ów dobry człowiek kazał mi zawrócić i niczym pilot sprowadził mnie z powrotem do miasteczka. Co więcej wskazał mi nawet ręką przez otwarte okno szlak na Prato Sopralacroce. W ten sposób skręcając w Via Giacomo Massa, dokładnie po 18 minutach niezamierzonej rozgrzewki zacząłem podjazd pod przełęcz Ghiffi. Na początek czekało mnie 550 metrów do mostku nad potokiem Penna, przed którym w prawo odchodzi droga ku opactwu Borzone. Przejechawszy 2,2 kilometra minąłem zjazd w lewo ku osadzie Caroso. Na czwartym kilometrze przejechałem przez swoisty wąwóz wśród ciekawych formacji skalnych. Ogółem pierwsza 4-kilometrowa część tego podjazdu miała średnie nachylenie 6,2 % przy max. 11,3 % w połowie czwartego kilometra. Cały ten odcinek przejechałem ze średnią prędkością 18 km/h.

Kolejne cztery kilometry okazały się najłatwiejszą częścią tego wzniesienia – średnia tylko 3,9 % przy max. 8 %. Po przejechaniu 5,2 kilometra minąłem drogę wiodąca ku Perlezzi, zaś półtora kilometra dalej dojechałem m/w do półmetka podjazdu w Prato Sopralacroce, gdzie kilkadziesiąt domostw skupia się wokół kościoła z wyniosłą wieżą w różowo-żółtych barwach. Do tego momentu wspinałem się używając przełożeń 39×19 i 39×21. Za tą wioską czekał mnie nawet lekki zjazd na przełomie siódmego i ósmego kilometra (km 6,8 – 7,3). Spodziewałem się trudnej wspinaczki a tymczasem jechało się stosunkowo łatwo i do tego jeszcze ten mini-zjazd. Aby upewnić się, że jestem na właściwej drodze nijako w locie zapytałem o to pracującego przy drodze rolnika. Okazało się, że tym razem niczego nie pomieszałem. Pozostało mi do pokonania jeszcze 540 metrów  w pionie i wszystko to miało skupić się na ostatnich sześciu kilometrach wzniesienia. Tymczasem lekką drugą część podjazdu pokonałem z przeciętną 20,4 km/h. W połowie dziewiątego kilometra minąłem nieco zrujnowany kościółek przy osadzie Vallepiana. W dalszej części wspinaczki mijałem pojedyncze domy oraz stosy drzewa przygotowanego na zimowy opał zanim po przejechaniu 10,2 kilometra dotarłem do wioski Belvedere na wysokości około 760 metrów n.p.m. W sumie 2,5-kilometrowa trzecia część podjazdu (od km 8 do 10,5) miała średnie nachylenie 7,6 %, przy max. 11,4 % pod koniec dziewiątego kilometra. Poprzeczka została podniesiona, lecz trzymałem się całkiem dzielnie jadąc ze średnią prędkością 16 km/h.

Za Belvedere zaczęły się prawdziwe schody. Oglądając niegdyś profil tego podjazdu pamiętałem, że w końcówce zrobi się czerwono. Pomyślałem więc sobie teraz, że będzie to dla mnie dobry test przed sobotnim podjazdem pod San Pellegrino in Alpe, którego  obawiałem się najbardziej z całej włoskiej listy. A to ze względu na ponad dwukilometrowy odcinek o stromiźnie powyżej 14 %. Niewiele łatwiejsza końcówka podjazdu pod Passo del Ghiffi mogła mi udzielić odpowiedzi na pytanie czy poradzę sobie z takim wyzwaniem. Szczególnie czy mam na to szansę korzystając z zamontowanej na używanym aktualnie kole Ritchey’a kasecie z 27 ząbkami. Stroma prosta za Belvedere, potem kilka sztywnych serpentyn. Po drodze minąłem tylko parę zabudowań gospodarskich. Niebo się zachmurzyło, temperatura spadła do 23 stopni, zaś w powietrzu czuło się wilgoć. Dlatego zacząłem się obawiać ataku letniej burzy. Ostatnie trzy kilometry miały średnie nachylenie aż 10,3 % przy max. 18 % na początku dwunastego kilometra. Poradziłem sobie z tą trudną końcówką w stylu więcej niż dobrym tzn. jadąc w średnim tempie 12,4 km/h. Całe 13,66 kilometra podjazdu pokonałem w czasie 50 minut i 18 sekund czyli z przeciętną prędkością 16,294 km/h. Wedle danych z licznika (896 metrów przewyższenia) taki czas dałby mi wartość VAM 1068 m/h, zaś biorąc pod uwagę oficjalne dane z profilu (932 metry) nawet 1111 m/h.

Na ostatnich metrach podjazdu wzdłuż drogi ustawiona słupki służące zima do pomiaru grubości pokrywy śnieżnej. Widomy znak, iż mimo bliskości włoskiej riwiery terenom tym nie obca jest obecność białego puchu. Wjechawszy na sam szczyt nie zatrzymałem się, lecz zjechałem ku przełęczy położonej dokładnie 650 metrów za kulminacją wzniesienia. Droga przez przełęcz Ghiffi jest częścią Alta Via dei Monti Liguri, leży na terenie Regionalnego Parku Naturalnego „Aveto” i przebiega praktycznie wzdłuż granicy Ligurii z regionem Emilia-Romagna. Jeśli wierzyć jednemu ze znaków drogowych od Passo del Bocco dzieli nas tylko 2,8 kilometra. Teoretycznie mogłem tam podskoczyć, zjechać w dół do Borgonovo Ligure i dojechać do Borzonaski doliną. Tym samym mógłbym obejrzeć miejsce tragicznego wypadku Woutera Weylandta. Biorąc pod uwagę ile respektu mam górskich zjazdów i jak ograniczone zaufanie do własnych umiejętności byłoby to rozwiązanie całkiem bezpieczne. Niemniej dałem słowo Mojej Miłej, że na ten przeklęty szlak nie wjadę. Poza tym miałem do wykonania swą tradycyjną robotę na drugim etacie czyli pracę fotografa dokumentalisty. Ostatecznie zjechałem do samochodu około 16:30 przejechawszy 51 kilometrów o łącznym przewyższeniu 1131 metrów.

W drodze powrotnej do Volastry liczyła się już tylko szybkość. Dlatego na wysokości Lavagny wskoczyliśmy na autostradę A12 by pokonać przeszło 50-kilometrowy odcinek do La Spezii. Przejazd Lazurową Autostradą kosztował nieco więcej niż na wcześniej poznanych drogach szybkiego ruchu. Stwierdziliśmy, że droga musi na siebie zarobić.  Okoliczności wskazywały za, iż jej budowa była drogą inwestycją. Pokonywany przez nas odcinek A12 w przeważającej części składał się bowiem z tuneli i mostów. W tym górzystym terenie budowniczowie raz to musieli się przebić przez masyw górski, zaś po chwili przeskoczyć nad rzeczną doliną. Po powrocie do B&B Niria postanowiliśmy w ostatni wieczór naszego pobytu skosztować regionalnej kuchni w pobliskiej restauracji „Gli Ulivi”. Iwona zdążyła mi jeszcze pokazać najcenniejszy zabytek tego miasteczka czyli romański kościółek z XII wieku Santuario di Nostra Signora della Salute. Miała okazję dokładnie go obejrzeć już dwa dni wcześniej gdy ja pojechałem na przełęcz Lagastrello.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Ghiffi została wyłączona

Monte Serra

Autor: admin o 7. lipca 2011

Zwiedzanie cudów Toskanii postanowiliśmy rozpocząć już w czwartek, choć do sobotniego poranka mieliśmy jeszcze nocować w Cinque Terre. Na naszej turystycznej „liście życzeń” wysokie miejsca zajmowały Lukka i Piza. Dwa starożytne miasta założone jeszcze przez Etrusków, które w 180 roku p.n.e. zostały podbite przez Imperium Rzymskie. Do obu mieliśmy stosunkowo blisko. W każdym razie z Volastry mogliśmy do nich łatwiej dotrzeć niż z naszej kolejnej bazy noclegowej w Borgo a Cascia pod Reggello, gdzie mieliśmy się zatrzymać na cały drugi tydzień naszych wakacji. Dojazd do Lukki miał nam zająć m/w 1 godzinę i 20 minut. Najpierw zjazd do La Spezii. Potem kawałeczek po autostradzie A15 i ponad 40-kilometrowy odcinek na drodze A12. Już po chwili przemknęliśmy obok Carrary widząc z oddali zniszczone zbocza górskie tzw. Alp Apuańskich. Znajdują się tu kamieniołomy, w których od czasów etruskich pozyskuje się biały marmur, który posłużył do budowy wielu toskańskich rzeźb i budowli. Przed Viarreggio A12 zamieniliśmy na A11 skręcając w kierunku wschodnim. Na miejscu zatrzymaliśmy się po północnej stronie renesansowych murów okalających najstarszą część Lukki. Zaparkowaliśmy przy Piazzale Martiri di Liberta nieopodal bramy św. Marii (Porta Santa Maria). Na zwiedzanie starówki daliśmy sobie dwie godziny. Jako się rzekło historia Lukki sięga starożytności. To tutaj w 56 roku p.n.e. czyli u schyłku ery Republiki Pompejusz, Krassus i Cezar odnowili umowę w sprawie triumwiratu. We wczesnym średniowieczu władali nią kolejno: Goci, Bizancjum i Longobardowie. Na przełomie IX i X wieku Lucca uchodziła nawet za najważniejsze miasto Toskanii, lecz potem uzależniła się od rosnącej w siłę Florencji.

Niemniej aż do 1799 roku cieszyła się niepodległością i statusem republiki. Wtedy to zajęły ją wojska Napoleona Bonaparte. Po kongresie wiedeńskim rządy nad nią przejęli hiszpańscy Burbonowie. Następnie w 1847 roku weszła w skład Wielkiego Księstwa Toskanii, zaś trzynaście lat później stała się częścią Zjednoczonego Królestwa Włoch. W 1858 roku urodził się tu Giacomo Puccini, najsłynniejszy z włoskich kompozytorów muzyki operowej, autor „Toski” i „Madame Butterfly”. Z kolei na przełomie XX i XXI wieku imię tego miasta na polu sportowym rozsławiał kolarz Mario Cipollini. Niezrównany sprinter, zwycięzca 42 etapów Giro d’Italia, 12 odcinków Tour de France, wyścigu klasycznego Mediolan – San Remo i przede wszystkim mistrz świata w wyścigu ze startu wspólnego. Tytuł ten wywalczył w 2002 roku na płaskiej trasie wokół belgijskiego Zolder. Zgodnie z poradą naszego przewodnika trzymaliśmy się głównej ulicy czyli Via Fillungo, od czasu do czasu umykając w boczną uliczkę by zobaczyć coś szczególnie godnego uwagi. Na początku naszego spaceru ujrzeliśmy Bazylikę San Frediano, następnie Kościół św. Krzysztofa (Chiesa San Cristoforo). Potem przeszliśmy na plac św. Michała, na którym znajduje się okazały kościół San Michele in Foro oraz pomnik Francesco Burlamacchiego. Potem skierowaliśmy się ku południowej części starówki i znaleźliśmy się na tyłach Katedy św. Marcina (Duomo San Martino). W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o spieczony słońcem Piazza dell’Amfiteatro, gdzie kamieniczki postawiano na miejscu murów rzymskiego amfiteatru z II wieku naszej ery.

Naszą przechadzkę skończyliśmy kilka minut po trzynastej i następnie nie bez trudu wobec robót drogowych i objazdów wyjechaliśmy z Lukki w stronę Pizy. Zamiast jazdy autostradą wybraliśmy ciekawszy krajobrazowo szlak drogą SS12r przez San Giuliano Terme na obrzeżach Monte Pisani. Co ciekawe Piza dziś leżąca 12 kilometrów od Morza Liguryjskiego w średniowieczu był aportem, w dodatku jedną z czterech najważniejszych tzw. Włoskich Republik Morskich. Rozkwitła w XI wieku gdy wspólnie z Genuą wygoniła Saracenów z Korsyki i Sardynii oraz pobiła muzułmańskich piratów z Palermo. Miała nawet swoje kolonie w południowej Hiszpanii i północnej Afryce. Potem skłóciła się ze swym sojusznikiem i po przegranej bitwie z 1284 roku straciła na znaczeniu, zaś w 1406 roku została podbita przez Florencję. Co gorsza na skutek postępującego zamulania ujścia rzeki Arno miasto straciło kontakt z morzem. Cóż jeszcze? W 1564 roku urodził się w nim Galileusz – słynny fizyk, filozof, astronom i matematyk. Odkrywca księżyców Jowisza i zwolennik kopernikańskiej teorii heliocentrycznej. Upał tego dnia był niemiłosierny, więc postanowiliśmy ć  na obejrzeniu zabytków skupionych na Campo dei Miracolo. Najsłynniejszym z nich jest odwiedzana przez 10 milionów turystów rocznie Krzywa Wieża, której budowę rozpoczęto w 1173 roku i zakończono w roku 1350, choć już po dojściu do poziomu trzeciego piętra na skutek osiadania terenu ta dzwonnica zaczęła się niebezpiecznie przechylać. Dziś ma ona 56 metrów wysokości, osiem kondygnacji i jest o blisko 4 stopnie odchylona od pionu. Obok wieży w centralnej części placu stoi Katedra Santa Maria Assunta budowana w latach 1063-1118 dzięki łupom zdobytym na wspomnianych piratach z Sycylii. Natomiast za katedrą wzniesiono największe Baptysterium na terenie całej Italii. Budowa rozpoczęta w 1152 roku trwała ponad dwa stulecia, więc siłą rzeczy łączy ono w sobie cechy romańskie oraz gotyckie.

Po zwiedzaniu udaliśmy się do centrum handlowego na obrzeżach miasta. W Carrefourze zrobiliśmy zakupy spożywcze i zjedliśmy po kawałku pizzy. Około szesnastej pojechaliśmy do Calci. Moim celem była Monte Serra (917 metrów n.p.m.), najwyższa góra w paśmie Monte Pisano. Nieduże, lecz pod względem przewyższenia całkiem wymagające wzniesienie. Zdobyć je można na trzy sposoby tzn. zaczynając podjazd na północy w Pieve di Compito, względnie na południowym-wschodzie w Cascina di Buti czy też jak sam wybrałem w Calci po południowo-zachodniej stronie góry. W każdym przypadku startuje się z poziomu zaledwie 20-40 metrów n.p.m. Pierwszy podjazd ma 12,7 kilometra długości przy średnim nachyleniu 7 %. Drugi jest nieco dłuższy, lecz łagodniejszy tzn. 14,7 kilometra przy przeciętnej 6,1 %. Natomiast moja wersja miała mieć 12,2 kilometra o średniej 7,2 %. Monte Serra zasłynęła w ostatnich latach jako testowy podjazd podopiecznych Bjarne Riisa z ekipy Team CSC. Niemniej w latach siedemdziesiątych dwukrotnie była też pokonywana podczas Giro d’Italia. Na trasie wielkiego Giro pojawiła się bowiem w latach 1971 i 1978. W obydwu przypadkach na etapach z metą w Cascina Terme, przy czym za każdym razem kolarze wspinali się tylko do poziomu 635 metrów n.p.m. To znaczy na wysokość Prato a Ceragiola, przełęczy pomiędzy Calci a Buti. Za pierwszym razem premię górską wygrał Włoch Lino Farisato, lecz sam etap wziął jego rodak Romano Tumellero z drużyny Molteni, który mógł błysnąć pod nieobecność swego wielkiego lidera czyli Eddy Merckxa. Siedem lat później góra ta dla Johana De Muyncka stała się trampoliną do podjęcia solowej akcji, która dała mu nie tylko zwycięstwo etapowe, ale i koszulkę lidera. Co ciekawe Belg, który dwa lata wcześniej przegrał Giro w samej końcówce, tym razem zdobył prowadzenie w wyścigu już na trzecim etapie i utrzymał je do samego końca czyli przez siedemnaście dni.

Jednak największą popularnością Monte Serra cieszyła się na kobiecym wyścigu Dookoła Włoch czyli Giro Donne. Między innymi aż pięć razy posłużyła za miejsce do wyznaczenia etapowej mety. Ostatnimi czasy w latach 2007-2009. Cztery lata temu zorganizowano tu górską czasówkę z Buti na Prato a Calci na dystansie 10,2 kilometra. Próbę tą wygrała Litwinka Edita Pucinskaite, acz z przewagą tylko 49 setnych sekundy nad Hiszpanką Mirabel Moreno. Natomiast w kolejnych sezonach przebiegały tędy etapy ze startu wspólnego. W obu przypadkach panie musiały sobie poradzić z podjazdem z Calci na Prato a Ceragiola (35 km przed metą), potem zjeżdżały do Buti i na koniec wspinały się z Pieve di Compito do Prato a Calci tj. na wysokość 814 metrów n.p.m. W sezonie 2008 triumfowała słynna Włoszka Fabiana Luperini z przewagą 54 sekund nad Pucinskaite, zaś rok później zwyciężyła tu Amerykanka Mara Abbott, która na finiszu wyprzedziła Angielkę Emmę Pooley. Dla Litwinki i Włoszki triumf na Monte Serra okazał się przepustką do generalnego sukcesu. Pizę od Calci dzieli ledwie 12 kilometrów, więc już około 16:30 przed marketem Ipercoop szykowałem się do swojej czasówki. Aczkolwiek wobec panującego wciąż upału, aż strach było wychodzić z cienia drzew. Licznik pokazywał mi temperaturę 35 stopni Celsjusza! Iwona podśmiewała się, że jadę zrobić przegląd techniczny masztów postawionych na szczycie tej góry. Na początku musiałem cofnąć się około trzystu metrów do małego ronda u zbiegu ulic Via O. Broggioti i Via Calzeziane. Tym samym wspinaczkę zacząłem nieco niżej niż to podano na znanych mi profilach tego podjazdu tzn. od poziomu około 25 metrów n.p.m.

Pierwszy kilometr szybki, łatwy i przyjemny po głównej alei miasteczka. Po wyjechaniu z Calci zrobiło się węziej, ale nachylenie podjazdu nadal było umiarkowane. Przejechałem przez wioskę Villa (1,4 km), lecz stromizna wyraźniej skoczyła dopiero na początku trzeciego kilometra gdy znalazłem się już na Via Don Minzoni. Trzeci i czwarty kilometr były już całkiem wymagające z nachyleniem trzykrotnie przekraczającym 10 % i maximum sięgającym 11,4 %. Cały czas jechałem w mocnym rytmie i na stosunkowo twardym przełożeniu 39×21. Pierwsza 4-kilometrowa „kwarta” tego wzniesienia miała średnie nachylenie 6,8 %, przy czym na pierwszych dwóch kilometrach ledwie 4,1 %, zaś na kolejnych dwóch już 8,7 %. Cały ten odcinek pokonałem ze średnią prędkością 18,2 km/h. Po minięciu wioski Tricella (3,2 km) wjechałem na tereny niezamieszkane. Jedynie gdzieniegdzie można się było schować przed słońcem w cieniu rosnących wzdłuż szosy sosen nadmorskich. Druga kwarta między czwartym a siódmym kilometrem miała średnie nachylenie tylko 5,9 %, więc owe 3000 metrów przejechałem nieco szybciej tj. z przeciętną prędkością 18,5 km/h. Najgorsze miało dopiero nadejść. Miałem nadzieję utrzymać dobry rytm jazdy korzystając ze wspomnianego trybu 21. Jednak na kilkaset metrów przed Prato a Ceragiola (8,7 km) musiałem spasować i wrzucić lepiej pasujący do blisko 12 %-owej stromizny tryb 24.

Po dojechaniu do tej przełęczy na wprost przed sobą miałem zjazd do Buti. Po prawej ręce drogę na Sacrario Monte Serra oraz restaurację „I Cristalli”. Natomiast skręcając w lewo mogłem kontynuować wspinaczkę ku Prato a Calci i dalej na sam szczyt Monte Serra. Odbiłem więc w tym kierunku, gdzie droga trzymała mocno jeszcze przez 1400 metrów czyli do początku jedenastego kilometra. Przed sobą coraz wyraźniej widziałem liczne maszty radiowo-telewizyjne postawione na szczycie tej góry. Urządzenia te obejmują swym zasięgiem większą część Toskanii, kawałek Ligurii i kilka gmin w Umbrii. Na poboczu wspomniane sosny zostały zastąpione przez kasztan jadalny, który jako drzewo liściaste dawał więcej cienia. Temperatura zdążyła już spaść do bardziej akceptowalnego poziomu 28 stopni. W sumie tą najtrudniejszą, trzecią kwartę wzniesienia (między siódmym a dziesiątym kilometrem) pokonałem ze średnią tylko 13,9 km/h. Niemniej miałem ku temu dobry powód, jako że średnie nachylenie tego odcinka wyniosło aż 8,9 %. Ostatni kilometr przed Prato a Calci (11,25 km) miał skromne nachylenie tylko 4 %, stąd mogłem się rozpędzić nawet do 27 km/h. Jednak gdy po 40 minutach wspinaczki dojechałem do tego miejsca, to nie miałem większego pojęcia co dalej robić. Wiedziałem, że to jeszcze nie koniec podjazdu, lecz przed sobą miałem aż trzy opcje co do wyboru dalszej drogi. Dwie po lewej stronie małego placu na tzw. godzinie dziewiątej i jedenastej, oraz trzecią po mej prawej ręce.

Na główny szlak wyglądała ta pierwsza, lecz gdy tylko w nią skręciłem okazało się, że jest płaska i raczej nie wygląda na finał wzniesienia. Dlatego po przejechaniu 150 metrów zawróciłem i na placu zapytałem starszego jegomościa o drogę do najwyższego miejsca na tej górze. On wskazał mi opcję nr 3 czyli jazdę wąską ścieżką w kierunku na prawo od placu. Droga była schowana w leśnej gęstwinie i jak się wkrótce okazało należała do włoskiej telewizji publicznej. Pozostało mi do pokonania półtora kilometra o średnim nachyleniu 7 %. Cała ostatnia kwarta (wydłużona o 300 metrów na skutek mojej pomyłki) miała średnio 5,7 %, ale z momentami 10 % w samej końcówce. Ten fragment wzniesienia przejechałem z przeciętną 16,7 km/h. Ogółem wspinaczka zajęła mi równo 47 minut przy średniej prędkości 16,736 km/h, acz zważywszy, iż około 1:20 straciłem kręcąc się wokół Prato a Calci to faktycznie wspinałem się tylko przez około 45 minut i 40 sekund. Taki lepszy czas przy licznikowej amplitudzie 850 metrów dałby mi wartość VAM 1116 m/h czy nawet 1170 m/h biorąc pod uwagę, że bliższe prawdy było wynikające z map przewyższenie 891 metrów. Jednym słowem krótki, intensywny podjazd w tropikalnych warunkach atmosferycznych – w moim wykonaniu 13,1 kilometra (czy też 12,8 km bez zbędnego dodatku). Niemało potu z siebie wylałem, co dobrze widać na jednym z załączonych zdjęć. Na zjeździe minąłem czterech czy pięciu kolarzy-amatorów na różnym poziomie kondycyjnym. Zatrzymywałem się wielokrotnie z wiadomych foto-względów. Na jednym z takich postojów zaskoczył mnie złoty Fiat 126p, który ciężko „dysząc” wyskoczył zza jednego z wiraży. Udało mi się go „złapać” niemal w pełnej krasie. Po zjechaniu do samochodu było już nieco chłodniej niż na starcie tzn. 28 stopni, ale w końcu mieliśmy już kwadrans po osiemnastej. Czas było udać się w przeszło półtoragodzinną drogę powrotną do Volastry. Nie śpieszyło nam się jednak jakoś szczególnie. Na podjeździe do Cinque Terre zrobiliśmy sobie jeszcze mały przystanek na wzgórzu ponad La Spezią.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Monte Serra została wyłączona

Lagastrello

Autor: admin o 6. lipca 2011

We wtorkowy poranek opuściliśmy Gasthaus Alpina jeszcze przed śniadaniem. Czekał nas blisko 700-kilometrowy transfer do Cinque Terre, który wedle wszelkich założeń miał nam zająć przeszło siedem godzin. Tymczasem chcieliśmy dojechać do Volastry w porze obiadowej, by po odrobinie odpoczynku udać się na rekonesans po liguryjskim wybrzeżu jeszcze tego samego dnia. Dlatego też wyjechaliśmy z Berchtesgaden kilka minut po godzinie  siódmej. Ruszyliśmy na zachód drogą lokalną nr 305, która na odcinku do Schneizlreuth w pełni zasługiwała na miano Alpenstrasse. Następnie skręciliśmy w drogę nr 21 by na wysokości Melleck wjechać do Austrii. Jeszcze przed Unken korzystając z niższych cen paliwa w tym kraju niż w Niemczech zatankowaliśmy do pełna. Dalej pojechaliśmy drogą nr 178 przez Lofer, Sankt Johann in Tirol (w którym co roku rozgrywane są kolarskie Mistrzostwa Świata mastersów) do Worgl. Tu wskoczyliśmy na autostradę A-12, którą na wysokości Innsbrucku zamieniliśmy na wiodącą ku przełęczy Brenner A-13. Potem przemierzyliśmy znany nam odcinek A-22 od austriacko-włoskiej granicy po okolice Werony. Tym razem nie zatrzymaliśmy się jednak w mieście Romea i Julii, lecz przez płaską jak stół dolinę Padu podążyliśmy do południowego krańca tej drogi na przedmieściach Modeny. W tym miejscu musieliśmy wjechać na A-1 (Autostrada del Sole) i przejechać kilkadziesiąt kilometrów mijając Reggio nell’Emilia i Parmę. Za tą drugą miejscowością musieliśmy skręcić na autostradę A-15 ku Apeninom. Jadąc w górę doliny Taro wdrapaliśmy się na przełęcz Cisa, naszą bramę wjazdową do Toskanii. Następnie zjechaliśmy doliną Lunigiana ku Ligurii, gdzie czekał nas jeszcze przejazd przez portowe miasto La Spezia oraz ostatnie 15 kilometrów na krętej drodze SP-370 do Volastry.

Na naszą bazę noclegową w rejonie Cinque Terre wybraliśmy Bed & Breakfast Niria znajdujące się w willi przy Via Montello no. 335. Gospodarze tego przybytku do dyspozycji turystów oddają trzy pokoje (il Mare, il Poggio, il Colle), każdy z łóżkiem dla dwojga i prywatną łazienką. Poza tym do wspólnego użytku wszystkich gości: salonik, kuchnia i ogród, w którym co dnia serwowano nam pyszne śniadanie z obowiązkową kawą. Do tego widok z góry na błękitne wody Morza Liguryjskiego, które zdawało się być niemal na wyciągnięcie ręki, acz dzieliło nas od niego przeszło 300 metrów w pionie. Do naszej dyspozycji mieliśmy też miejsce parkingowe, z którego wyjazd z racji minimalnej przestrzeni nastręczał mi nie lada problemów. Rozpakowaliśmy swój dobytek, zjedliśmy małe co-nieco na bazie prowiantu przywiezionego z Polski i kilka minut po siedemnastej ruszyliśmy na pierwsze spotkanie z Cinque Terre. Chcąc lepiej poczuć atmosferę tego miejsca wybraliśmy się na dół pieszo. Najkrótszą drogę tego rodzaju wskazał nam Andrea. Przez pierwszy kilometr czy półtora prowadziła ona na przełaj po stromych schodkach m.in. przez gaj oliwny. Następnie należało przejść krotki odcinek wzdłuż drogi SP-370 i dalej od ronda jeszcze kilkaset metrów droga biegnąca w dół do płatnego parkingu usytuowanego powyżej Manaroli. Trzeba bowiem wiedzieć, iż prawo wjazdu do tej miejscowości mają tylko specjalne autobusy i małe samochody dostawcze. Minęliśmy wybudowany w pierwszej połowie XIV wieku kościół San Lorenzo i stromą uliczką zeszliśmy w kierunku zatoczki. Tego dnia nie mieliśmy sił ani czasu na długie zwiedzanie, tym bardziej że czekał nas jeszcze powrót pod całkiem niezłą górkę. Ten wypad służył jednak przede wszystkim rozpoznaniu terenu przed główną wycieczką po Cinque Terre, którą zaplanowaliśmy na środowe popołudnie. Na uliczkach Manaroli spędziliśmy ledwie godzinę. W tym czasie odszukaliśmy wejście na słynną Via dell’Amore, sprawdziliśmy gdzie stoi dworzec kolejowy i zapytaliśmy w kasie biletowej jak najdogodniej zwiedzić cały rejon Pięciu Ziem. Potem pozostało nam już „tylko” odbyć niełatwą pielgrzymkę do Volastry.

Nazajutrz w środowe przedpołudnie wybrałem się na swą pierwszą w życiu przejażdżkę po Apeninach. Wiedziałem, że rezydując w Cinque Terre w swoim zasięgu będę miał do wyboru kilka niezłej jakości podjazdów rodem z Giro d’Italia czyli przełęcze: Cerreto (1259 m. n.p.m.), Lagastrello (1200 m. n.p.m.), Cisa (1039 m. n.p.m.) i Bratello (953 m. n.p.m.). Względnie parę mniej znanych wznisień, będących do niedawna w treningowym menu Sylwka Szmyda tzn. Campo Cecina (1300 m. n.p.m.), Vestito (1061 m. n.p.m.) czy Pasquillo (827 m. n.p.m.). Wszystkie położone na terenie toskańskiej prowincji Massa-Carrara. Wybrałem wycieczkę śladami Giro. Odrzuciłem Cisę i Bratello jako zbyt łatwe, więc pozostał mi wybór między Cerreto i Lagastrello. Ostatecznie wybrałem ten drugi podjazd, jako wytyczony na pośledniejszej czyli prawdopodobnie mniej uczęszczanej przez samochody drodze. Kolarze uczestniczący w „La Corsa Rosa” przetestowali go dwukrotnie na początku lat dziewięćdziesiątych. Dwukrotnie premię górską na tej przełęczy wygrał słynny „Il Diablo” czyli Claudio Chiappucci. Za pierwszym razem w sezonie 1990 na etapie ósmym z La Spezii do Langhirano, wygranym przez Wladimira Pulnikowa reprezentującego jeszcze Związek Radziecki. Następnie w 1991 roku na dziewiątym odcinku z Prato do Felino, który padł łupem znanego włoskiego harcownika Massimo Ghirotto. W obydwu przypadkach kolarze podjeżdżali od najtrudniejszej, południowej strony z początkiem wzniesienia w miasteczku Licciana Nardi.

Aby do niego dojechać musiałem pokonać samochodem 46 kilometrów przez La Spezię i Aullę po drogach SP370, A15, SS62 i w końcu SS665. Wyjechałem z Volastry około dziewiątej. W teorii taki dojazd powinien był mi zająć niespełna godzinę. Niemniej przez korek na jednopasmowej „krajówce” jak i własną pomyłkę spędziłem za kółkiem ponad półtorej godziny. Sam się do tego przyczyniłem, gdyż na wysokości Aulli za wcześnie skręciłem w prawo, przez co zamiast na Liccianę Nardi i Passo Lagastrello wjechałem na prowadzącą ku Fivizzano i Passo Cerreto drogę SS63. Zawróciłem po kilku kilometrach i następnie już bez przeszkód dotarłem do miejsca przeznaczenia. Zaparkowałem na małym parkingu tuż przed wjazdem do starej części miasteczka. Zaraz po starcie musiałem się cofnąć do zbiegu Piazza Anacarsi Nardi z prowadzącą na przełęcz Via Caneva. Początek wzniesienia był nieporównanie łatwiejszy od pierwszych kilometrów na Rossfeld. Warunki atmosferyczne były również skrajnie odmienne czyli 30 stopni Celsjusza w pełnym słońcu. Pierwsze 5 kilometrów miało średnie nachylenie ledwie 2,5 %, wiec jechałem całkiem szybko jak na podjazd tzn. ze średnią prędkością 25,7 km/h. Na tym odcinku zwanym Via Ariella minąłem osadę Maestra dei Soldi (3,7 km) i zaraz po niej boczną dróżkę prowadzącą ku Varano (3,9 km). Druga piątka zaczęła się na wysokości położonej nieopodal osady La Greta (5,1 km), lecz w cień kolejnych domostw wjechałem dopiero półtora kilometra dalej docierając do Tavernelle (6,6 km). Kilkaset metrów za tą wioską tj. na początku ósmego kilometra napotkałem pierwsze serpentyny. Wraz z nimi skończyło się rozgrzewkowe „falsopiano”. Odtąd każdy z pozostałych mi do przejechania dwunastu kilometrów miał średnie nachylenie na poziomie od 5,5 do 7,5 %.

W połowie dziewiątego kilometra barierka postawiona na lewym pasie drogi poinformowała mnie o niebezpieczeństwie, do którego się zbliżałem. Tuż za kolejnym zakrętem zobaczyłem, że pomimo siatki zabezpieczającej ze zbocza oderwał się spory kawałek skały, który zatarasował niemal całą szerokość drogi. Żaden samochód nie miał szansy tędy przejechać. Co innego motocyklista czy odpowiednio zmotywowany rowerzysta. Pojechałem, więc dalej będąc pewien, że droga do celu wieść mnie będzie przez teren niemal nieskażony rykiem silników. Druga kwarta wzniesienia miała średnie nachylenie 5,1 % i pokonałem ją w tempie 20,8 km/h. W międzyczasie nawierzchnia drogi stała się chropowata i w ogóle była co raz gorszej jakości. Pod koniec dwunastego kilometra wjechałem pod niedługą galerię, a zaraz za nią pokonałem most, który przeprowadził mnie na lewy brzeg przecinającego dolinę potoku Taverone. Przeczekał na mnie tam 4-kilometrowy kręty odcinek, na którym szosa była ukryta w lesie. Dodałbym skutecznie schowana przed okiem włoskiej administracji, gdyż pełna pęknięć i dziur nawierzchnia wyglądała tak jakby przez całe dziesięciolecia nie zaglądał tu nikt ze służb odpowiedzialnych za stan miejscowych dróg. Tymczasem góra spokojnie, acz konsekwentnie podkręcała mi śrubę, albowiem trzecia kwarta miała już średnie nachylenie rzędu 6,2 %, więc pokonałem ją z prędkością 17,7 km/h. W połowie osiemnastego kilometra wyjechałem z lasu i ujrzałem przed sobą dwie klasyczne serpentyny zawinięte pośród zielonej łąki w otoczeniu pozostałości po osadzie Linari i pamiętającej jej mieszkańców kapliczki ku czci św. Bartłomieja. Przedostatni kilometr należał do dwóch najtrudniejszych na całej górze. Miał średnie nachylenie 7,5 %, zaś na 1900 metrów przed przełęczą jedyny raz na całym wzniesieniu chwilowa stromizna poszybowała powyżej 10 % tj. do poziomu 11,3 %. Ostatnia kwarta podjazdu miała średnio 6,9 % i spowolniła mnie do prędkości 16,1 km/h.

W samej końcówce szosa znów wiodła w cieniu drzew, zaś tuż przed finałem minąłem odchodzącą w prawo drogę do Comano. Według danych z mojego licznika podjazd liczył sobie 19,4 kilometra. Według „zani.bike / archivio salite” ma on przewyższenie 991 metrów na dystansie dokładnie 20 kilometrów. Natomiast „cyclingcols” oszacował amplitudę tego wzniesienia na 1001 metrów ze startem na wysokości 201 i finiszem na poziomie 1202 metrów n.p.m. Zakładałem, że na tej stosunkowo łagodnej górze będę w stanie jechać z prędkością około 20 km/h i mam szansę wyrobić się w niespełna godzinę. Udało się. Wdrapałem się na szczyt w czasie 59 minut i 17 sekund jadąc ze średnią prędkością 19,634 km/h. Na górze nie zatrzymałem się od razu. Przejechałem jeszcze jakieś 1100 metrów delikatnego zjazdu na drugą stronę przełęczy, jadąc wzdłuż zachodniego brzegu Lago Paduli. Po zrobieniu zdjęcia temu jeziorku zawróciłem, tym samym nie dojeżdżając do pobliskiej granicy Toskanii z regionem Emilia-Romagna. Wróciwszy na przełęcz zrobiłem autoportret na tle tablicy równie podniszczonej co droga na ostatnich kilometrach wspinaczki. W tym czasie od północnej strony nadjechał motocyklista, który zapytał mnie o drogę ku Licciana Nardi. Nie miałem dla niego dobrych wieści i zasugerowałem zjazd przez Comano. Sam zresztą musiałem uważać na zjeździe na wszystkie dziury i inne drogowe pułapki. Z kolei w dolnej części dopadł mnie upał sięgający 33 stopni. W samej końcówce nie odmówiłem, więc sobie przyjemności przejechania przez wąskie uliczki tamtejszej starówki. Przy samochodzie zameldowałem się około 12:50 po przejechaniu 41,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 1008 metrów. Wracałem nieco inną drogą i tylko przez godzinę, więc już około czternastej byłem z powrotem w B&B Niria gotów na romantyczną część środowego programu.

Po obiedzie około piętnastej ruszyliśmy na podbój Cinque Terre. Z wykorzystaniem pociągu chcieliśmy zobaczyć hurtem wszystkie pięć wiosek wschodzących w skład tej krainy, która w 1997 roku została wpisana na listę światowego dziedzictwa kulturalnego i przyrodniczego UNESCO. Podobnie jak dzień wcześniej zeszliśmy pieszo do Manaroli. Tu wiedzieliśmy już dokładnie co chcemy zrobić. Cały nabrzeżny odcinek z Riomaggiore na południu do Monterosso al Mare na północy liczy sobie tylko 9 kilometrów. Nazywany jest niebieskim szlakiem „sentiero azzurro”. Momentami jest on naprawdę górzysty, więc jego spokojne pokonanie zajmuje wedle oficjalnych danych aż pięć godzin. Na szczęście biegnie też tędy trasa kolejowa z Pisy do Genui, a ściślej z La Spezii do Levanto i pociągiem z jednego na drugi kraniec Cinque Terre można się przedostać w zaledwie 19 minut. Kolei jest wielce przydatna od strony praktycznej, lecz walor turystyczny tej podróży jest prawie żaden. Tory kolejowe wiodą bowiem w dużej części wykutymi w nadmorskiej skale tunelami, przez co krajobrazy za oknem są zbliżone do tych z metra. Postanowiliśmy przejść najłatwiejszy i zarazem najkrótszy czasowo kilometrowy odcinek z Manaroli do Riomaggiore czyli słynną Via dell’Amore. Natomiast w dalszym zwiedzaniu tej okolicy postanowiliśmy się zdać na pomoc włoskich kolei. Tak więc odcinek z Manaroli do Riomaggiore pokonaliśmy pieszo po półce skalnej nad samym morzem. Riomaggiore jest stolicą gminy do której należą też Manarola, Groppo i Volastra. Miejscowość ta gościła finisz górzystej czasówki rodem z Giro d’Italia 2009. Ów przeszło 60-kilometrowy etap prawdy wygrał Rosjanin Denis Mienszow, dzięki czemu zdobył różową koszulkę lidera, której nie oddał już do samej mety wyścigu pomimo wściekłych ataków Danilo Di Luki. Oczywiście ze względów logistycznych metę tej próby wyznaczono nie w samym miasteczku, lecz na biegnącej ponad nim Via Litoranea czyli drodze SP370. Spędziliśmy w tym miasteczku około 40 minut, głównie w nadmorskiej jego części, po czym udaliśmy się na dworzec.

Po dłuższym oczekiwaniu na pociąg i krótkiej, acz ciemnej przejażdżce wysiedliśmy w Monterosso al Mare około siedemnastej. Monterosso jest największą obok Riomaggiore miejscowością na terenie Cinque Terre. Usytuowane w naturalnej zatoce jako jedyne spośród pięciu miejscowości na tym terenie może pochwalić się porządnych rozmiarów plażą. Pokręciliśmy się po tej mieścinie dobrą godzinę. Obejrzeliśmy kościół parafialny św. Jana Chrzciciela (San Giovanni Battista) z przełomu XIII i XIV wieku, po czym skierowaliśmy się ku niebieskiemu szlakowi by podjąć próbę przejścia lądem do Vernazzy. Niestety szlak okazał się być zamknięty z powodu remontu. Wróciliśmy więc na dworzec i pojechaliśmy do Vernazzy. W tej miejscowości spędziliśmy kolejną godzinkę. Najdłużej zabawiliśmy na nadmorskim placu z widokiem na skrawek plaży, na której wypoczywała setka osób. Wśród charakterystycznych dla tego rejonu kolorowych domów wyróżniał się wybudowany na początku XIV wieku kościół parafialny św. Małgorzaty (Santa Margharita) z wieżą w kremowym kolorze. Około wpół do ósmej wsiedliśmy do pociągu, który zawiózł nas do punktu wyjścia. Tym samym odpuściliśmy sobie zwiedzanie Cornigli mając nadzieję, że znajdziemy się w Manaroli na tyle szybko by zdążyć na ostatni autobus wyruszający z tego miasteczka około 19:40. Niestety nieznacznie się spóźniliśmy i „w nagrodę” po raz drugi mogliśmy odbyć naszą drogę pokutną przez gaj oliwny do położonej na wzgórzach Volastry.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Lagastrello została wyłączona

Rossfeld

Autor: admin o 3. lipca 2011

Po powrocie z Tyrolu miałem niewiele czasu na odpoczynek … od wakacji. Poszedłem do pracy tylko na cztery dni, jednocześnie szykując się do kolejnej podróży. Jej głównym celem była Toskania i położony w pobliskiej Ligurii rejon Cinque Terre. Wybierałem się w te piękne strony z Iwoną, więc w przygotowaniach do wyjazdu mogłem polegać na nieprzeciętnych zdolnościach aprowizacyjnych mojej dziewczyny. W środę udało mi się nawet wyskoczyć na spokojny 60-kilometrowy trening po leśnych rundkach leżących na terenie Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, na pograniczu Sopotu i Gdyni. Jak wiadomo najprostsza droga z ziemi polskiej do włoskiej przebiega przez Niemcy. Od czasu wyprawy na Mistrzostwa Świata do belgijskiego Zolder na bezpłatnych niemieckich autostradach spędziłem przeszło dwieście godzin w trakcie kilkunastu wypraw do Włoch, Francji, Szwajcarii i Austrii. Nigdy jednak nie zatrzymałem się u naszych zachodnich sąsiadów na dłuższą chwilę czy to celem zwiedzania niemieckich miast i miasteczek czy też poznania któregoś z kolarskich podjazdów w tym kraju. Iwona bardzo chciała zobaczyć baśniowy zamek Neuschwanstein w południowo-zachodniej Bawarii. Mogliśmy sobie pozwolić na pełne dwa tygodnie urlopu. Na Toskanię przeznaczyliśmy tydzień, na Cinque Terre cztery dni, więc mieliśmy jeszcze parę dni do dyspozycji i było nam po drodze. Dlatego jeszcze wiosną uzgodniliśmy szczegóły bawarskiego wstępu do naszych włoskich wakacji.

Postanowiliśmy spędzić na niemieckiej ziemi w sumie trzy noce i tyleż dni. Pierwszą dobę w Schwangau gdzie mogliśmy obejrzeć zamek Neuschwanstein i w miarę możliwości nieco starszy Hohenschwangau. Następne dwie w okolicach Berchtesgaden, gdzie ja chciałem zdobyć uchodzące za najtrudniejsze w Niemczech wzniesienia Rossfeld i Kehlstein, zaś magnesem dla oczu Iwony miały być: Orle Gniazdo na górze Kehlstein, polodowcowe jezioro Konigssee oraz starówka w samym Berchtesgaden. Myśleliśmy też o wypadzie do miasta Mozarta, czyli oddalonego o zaledwie 35 kilometrów Salzburga, ale ostatecznie odpuściliśmy sobie ten punkt programu. Wyruszyliśmy w drogę w noc z piątku na sobotę około wpół do pierwszej. Mieliśmy do przebycia m/w 1260 kilometrów przez Niemcy, aż pod samą austriacką granicę. Zgodnie z planem dojazd do Schwangau miał nam zająć ponad 13 godzin. Trasa dobrze znana w swej zasadniczej części czyli nasza krajowa „6-tka”, potem niemieckie: A11, A10 (obwodnica Berlina), A9 i dopiero za Norymbergą odstępstwo od tradycyjnego szlaku na przełęcz Brenner czyli zjazd na A-6, a potem A7 przez Memmingen i Kempten aż po ładniutkie miasteczko Fussen, a za nim ostatnie kilometry na lokalnej drodze B-310. Zarezerwowałem dla nas apartament w domu Casa Patrizia na ulicy Am Winkelacker, skąd do Podzamcza mieliśmy ledwie 2,5 kilometra. Przyjechaliśmy na miejsce w porze obiadu, więc do wieczora było jeszcze kilka ładnych godzin. Dlatego po krótkim odpoczynku wybrałem się na rozpoznanie terenu do pobliskiego biura informacji turystycznej. Okazało się, że mamy szansę załapać się na wycieczkę do jednego z zamków jeszcze dziś, więc kupiłem dwa bilety na wycieczkę po Neuschwanstein w cenie 12 Euro za sztukę.

Wróciłem do Schwangau po Iwonę i około wpół do piątej byliśmy już gotowi na zwiedzanie. Za cenę 5 Euro zostawiliśmy samochód na strzeżonym parkingu przy jeziorze i poszliśmy na przystanek autobusowy, skąd wyruszał specjalny autokar zawożący turystów na przystanek przez Marienbrucke, w bezpośrednie sąsiedztwo sławnego zamku. Dojazd na górę był kręty i stromy, aż dziw brało jak sprawnie pokonywał go nasz kierowca. Resztę drogi trzeba było odbyć na pieszo, zaś na miejscu poczekać dłuższą chwilę na dziedzińcu zamku aż przyjdzie czas na zwiedzanie dla naszej grupy. Budowę Neuschwanstein rozpoczęto w roku 1869 za sprawą kontrowersyjnego Ludwika II Wittelsbacha. Ten władca Bawarii nazywany Szalonym Ludwikiem lub w najlepszym razie Bajkowym Królem był ekscentrykiem, którego za życia uznano niepoczytalnym i zdetronizowano w czerwcu 1886 roku. Uwięziony w zamku Berg zmarł kilka dni później w niejasnych okolicznościach. Choć za jego czasów budowa Neuschwanstein niemal zrujnowała budżet włączonej już do Bawarii to ostatecznie zamek ten już dawno zarobił na siebie – obecnie odwiedza go ponoć aż 1.300.000 turystów rocznie. Ludwik II zaczytywał się w baśniach, więc nie dziwi iż w największą z zamkowych komnat zdobią freski przedstawiające legendarnego Parsifala, zaś w dawnej sypialni króla ze ścian spoglądają Tristan i Izolda. Cała przechadzka trwa około 35 minut. Obejrzawszy zamek, który stał się inspiracją dla Walta Disneya ruszyliśmy w dół do samochodu.  Zeszliśmy idąc z początku wąską asfaltową dróżką alternatywną do trasy autobusu, zaś następnie na skróty gruntową ścieżką przez las. Na dole byliśmy około wpół do ósmej, więc nie było nam już dane zwiedzić Hohenschwangau. Starszy z dwojga skarbów Schwangau został zbudowany w latach 1833-1837 z inspiracji ojca Ludwika, Maksymiliana II Bawarskiego. Przed powrotem do Casa Patrizia podeszliśmy jednak z parkingu do murów tego zamku aby naocznie przekonać się, że brama wejściowa została już zamknięta na noc.

Nazajutrz po śniadaniu spakowaliśmy się i około wpół do jedenastej byliśmy już gotowi do trzygodzinnej drogi na wschód ku Berchtesgaden. Pierwsza część blisko 240-kilometrowego przejazdu prowadziła nas lokalnymi drogami nr 17, 472 i 13, w tym na samym początku szlakiem słynnej Romantische Strasse z Wurzburga do Fussen. Mijaliśmy bawarskie wsie i miasteczka z charakterystycznymi domkami, ozdobionymi kolorowymi malunkami lub też ukwieconymi balkonami. Jechaliśmy po urozmaiconym pagórkowatym terenie, raz w górę i to znów w dół. Dopiero tuż za Holzkirchen wjechaliśmy na wiodącą do austriackiego Salzburga autostradę nr 8 i tu droga stała się szybsza, lecz zarazem o wiele nudniejsza. Na wysokości miasteczka Piding zjechaliśmy na drogę lokalną nr 20 aby przez Bad Reichenhall i Bischofswiesen dostać się na zachodnie obrzeża Berchtesgaden, gdzie mieliśmy zamówiony pokój w Gasthaus Alpina przy Ramsauer Strasse. Na miejscu byliśmy około czternastej i choć pogoda niespecjalnie zachęcała do jazdy rowerem uznałem, że warto będzie zgodnie z wcześniejszym planem czym prędzej pojechać na Rossfeld (1541 m. n.p.m.). Tym samym poświęciłem okazję obejrzenia bezpośredniej relacji z drużynówki na Tour de France, lecz ostatecznie nie po to wyruszyłem na wakacje by za dnia siedzieć przed telewizorem. Rossfeld warta była grzechu. To jedna z zaledwie paru kolarskich gór na ternie Niemiec „mogących się pochwalić” przewyższeniem o wartości ponad 1000 metrów, lecz mimo to nie była dotąd testowana w profesjonalnych wyścigach typu Deutschland Tour czy Bayern Rundfahrt. Była natomiast główną atrakcją amatorskiego wyścigu Berchtesgadener Land Radmarathon, rozgrywanego w latach 2005-2010 około połowy czerwca. Ten szosowy maraton był wtedy jedną z trzech eliminacji międzynarodowej serii pod szyldem „Alpencup” do spółki z majowym Amade Radmarathon (Austria) i lipcowym Engadin Radmarathon (Szwajcaria).

Rossfeld zdobyć można zasadniczo na trzy sposoby. Od strony północnej ze startem w austriackim miasteczku Hallein, od północnego-zachodu z początkiem u zbiegu dróg nr 305 i 319 na ulicy Auerstrasse bądź też od południowego-zachodu zaczynając wspinaczkę w samym Berchtesgaden na prowadzącej do Obersalzbergu ulicy Salzbergstrasse. W każdym przypadku musimy pokonać przeszło 1000 metrów przewyższenia. Wybrałem dla siebie opcję drugą, która zdaniem autora strony internetowej www.cyclingcols.com jest najtrudniejsza, aczkolwiek na podjeździe trzecim zmierzyć się trzeba z największą chwilową stromizną rzędu aż 21,5 %! Na swój dziewiczy rejs po niemieckich górach wyruszyłem kilka minut po godzinie szesnastej. Na początku musiałem zjechać około kilometra po Ramsauer Strasse do dużego ronda w centrum dolnej części miasta. Następnie skręciłem w kierunku północnym wjeżdżając na drogę nr 305. Po przejechaniu kolejnych 700 metrów minąłem zamkniętą z uwagi na prowadzone roboty drogowe ulicę Salzbergstrasse. W tym momencie wiedziałem już, że zaplanowany na poniedziałek podjazd pod Kehlstein będę musiał zacząć od innej strony. Rozgrzewkę na płaskim terenie skończyłem po przebyciu 5,3 kilometra. W tym miejscu musiałem skręcić w prawo i wjechać na Auerstrasse. Podjazd od samego początku był stromy. Wedle danych z mego licznika pierwszy kilometr miał średnie nachylenie 9,9 %, zaś drugi nawet 10,4 %. Po przejechaniu zaledwie 700 metrów natknąłem się na zatrzymany w korku sznur samochodów. Okazało się, że na skutek interwencji straży pożarnej wprowadzono tu ruch wahadłowy. Wstrzymano pojazdy jadące do góry i tym samym ja też zostałem zastopowany na dwie i pół minuty. Niespełna kilometr dalej historia ta się powtórzyła i tym razem musiałem stanąć na blisko trzy i pół minuty. Co gorsza po odblokowaniu drogi ciężko mi było ruszyć z miejsca w terenie o blisko 14 % stromiźnie.

Luźniej zrobiło się dopiero na ostatnich czterystu metrach przed Unterau. W tym miejscu większość towarzyszących mi samochodów skręciła w prawo na Obersalzbergstrasse, która łączy drugą i trzecią z wyżej wspomnianych wersji podjazdów pod Rossfeld. Ja pojechałem prosto czyli drogą D-999 ku Oberau, gdzie druga wersja wzniesienia łączy się z pierwszą w połowie czwartego kilometra wybranej przez mnie opcji. Kilometry trzeci, czwarty i piąty należały do łatwiejszych, lecz średnie 7,9 % – 8,2 % – 7 %, lecz i tu nie brakowało długich prostych o znaczącej stromiźnie. Po przejechaniu 4,4 kilometra minąłem zjazd ku wiosce Gmerk. Od poziomu 1000 metrów n.p.m. co sto metrów w pionie mijałem brązową tablicę informującą mnie o wysokości bezwzględnej, na której się w danym momencie znajdowałem. Na szóstym kilometrze średnie nachylenie wyniosło 9,9 %, zaś na siódmym nawet 11,1 %. Zostawiwszy za plecami osadę Thannlehen i po przebyciu 6,8 kilometra od zjazdu z drogi nr 305, na wysokości 1180 metrów n.p.m. dojechałem do punktu poboru opłat za wjazd na Rossfeld Hohenringstrasse. Trzeba przyznać, iż ta wysokogórska droga panoramiczna jest stosunkowo tania. Gdybyśmy wybrali się tu we dwójkę to zapłacilibyśmy tylko 6,50 Euro (4,60 za samochód osobowy z kierowcą + dodatkowe 1,90 za osobę towarzyszącą). Na ósmym i dziewiątym kilometrze podjazd wcale nie odpuszczał. Średnie nachylenie tych odcinków według moich pomiarów wyniosło odpowiednio 9,9 % i 10,4 %. Co gorsza po przejechaniu ośmiu kilometrów wzniesienia natrafiłem na roboty drogowe prowadzone przez Strabag. Wyznaczony objazd rozkopanej drogi zmusił mnie do pokonania stromej rampy o nachyleniu blisko 17 %. Ta sztuczna przeszkoda była największą stromizną na całym podjeździe, którego największe nachylenie w normalnych warunkach sięga 14 %. Męcząca stromizna skończyła się po dotarciu na wysokość około 1400 metrów n.p.m.

Wyżej czekała mnie chwila względnego luzu, zaś na ostatnich dwóch kilometrach o średnim nachyleniu 7,3 % i 9,2 % droga do szczytu wiodła po kilku serpentynach. Minąłem wyciągi narciarskie oraz budynek szkółki narciarskiej i zakończyłem wspinaczkę w miejscu zwanym Hennenkopfl, na wysokości 1541 metrów n.p.m. po przejechaniu 11,06 kilometra (choć według „cyclingcols” ten podjazd ma 10,9 km przy średnim nachyleniu 9,5 %). Białego puchu wokół drogi nie widziałem, lecz warunki atmosferyczne były co najmniej jesienne. Na górze było ledwie 7 stopni Celsjusza. Dodatkowo chłodziła mnie mżawka. Widok na okolice był żaden, gdyż nadciągnęły gęste chmury skutecznie zasłaniające horyzont tak w kierunku wschodnim (ku Salzburgowi) jak i na zachodnim (ku Berchtesgaden). Pokonanie całego wzniesienia zajęło mi dokładnie 55 minut i 57 sekund, lecz zważywszy, iż blisko 6 minut straciłem stojąc w korkach na pierwszych dwóch kilometrach tego podjazdu to faktycznie wjechałem na górę w czasie 50 minut i 2 sekundy. Taki czas oznacza, iż wspinałem się w rekordowym jak na swoje umiejętności tempie. Osiągając wartość VAM 1211 m/h czy nawet 1236 m/h biorąc za podstawę obliczeń przewyższenie podane na stronie „cyclingcols”, a nie informacje pochodzące z mojego licznika. Dla porównania w sezonie 2010 moimi najlepszymi osiągnięciami było 1209 m/h na 47-minutowym i mimo wszystko znacznie bardziej stromym Kitzbuheler Horn oraz 1219 m/h na krótszym, bo ledwie 38,5-minutowym Passo Cuvignone. Na płaskowyżu przejechałem jeszcze około 1200 metrów w kierunku południowym, wzdłuż niemiecko-austriackiej granicy, po czym zawróciłem do Hannenkopfl. Na zjeździe było zimno, mokro i ogólnie rzecz biorąc nieprzyjemnie. Temperatura wzrosła maksymalnie do 13 stopni Celsjusza, więc jechałem bardzo ostrożnie na ogół z prędkością między 25 a 35 km/h. Padało również w dolinie, więc gdy około 18:40 dojechałem do Gasthaus Alpina byłem nieźle przemoczony. Tego dnia przejechałem tylko 35 kilometrów o łącznym przewyższeniu 1044 metrów.

Nazajutrz czyli w poniedziałek mieliśmy do wykonania strasznie ambitny program turystyczny. Przed południem góry czyli wjazd na Kehlesteinhaus, wczesnym popołudniem woda tj. wycieczka nad Konigssee, zaś wieczorem cywilizacja tzn. spacer po starej części Berchtesagden. Do tego wszystkiego chciałem jeszcze dodać rowerową wspinaczkę na górę Kehlstein (1720 metrów n.p.m.). Zaczęliśmy ten bogaty dzień około godziny dziesiątej od samochodowej wycieczki do Obersalzbergu. Tam zaparkowaliśmy na dużym parkingu i poszliśmy do centrum turystycznego kupić bilety autobusowe niezbędne nam do wjazdu pod Kehlstein. Niestety już w tym momencie dowiedziałem się, że mój ambitny plan wjechania na nią również rowerem z racji obowiązujących przepisów drogowych pozostanie jedynie w sferze marzeń. Droga z Obersalzbergu na parking poniżej Kehlsteinhaus jest zamknięta dla ruchu publicznego i co najwyżej można się pokusić o jej pokonanie poza sezonem turystycznym, ze względu na warunki pogodowe pogodę wchodzi w grę chyba tylko końcówka kwietnia. Od maja do października szlak ten przemierza jedynie sześć specjalnie przystosowanych autokarów, które na trasie mogą się wyminąć tylko w jednym miejscu z wykorzystaniem przygotowanej na taką okazję zatoczki. Na odcinku 6,5 kilometra droga pokonuje 756 metrów co daje temu wzniesieniu średnie nachylenie 11,6 %. Podjazd jest bez wątpienia bardzo trudny, lecz przynajmniej „na papierze” nieco łatwiejszy od znanego mi Kitzbuheler Horn-Alpenhaus. Wjechawszy na górę należało się od razu zapisać na konkretną godzinę powrotu w zależności od ilości czasu potrzebnego nam na zwiedzanie tego miejsca.

Następnie skierowaliśmy swe kroki do tunelu wykutego w górze Kehlstein. Tuż przed wejściem do niego dostrzegłem po swej lewicy końcówkę alternatywnej drogi na szczyt, która bierze swój początek w Ofnenboden i na dystansie ledwie 4,8 kilometra pokonuje 618 metrów różnicy wzniesień. Niemniej jest to droga jeszcze węższa i bardziej stroma niż Kehlsteinstrasse, a do tego o gorszej nawierzchni, więc lepiej przystosowana wspinaczki na rowerze górskim. Wspomniany tunel zaprowadził nas do windy, która w szybkim tempie pokonuje 142 metry w pionie do Kehlsteinhaus (1834 m. n.p.m.). Ten budynek to herbaciarnia, którą sekretarz NSDAP Martin Bormann kazał wybudować na 50-te urodziny swego szefa Adolfa Hitlera. Budowa drogi, windy jak i „gniazda” trwała tylko 13 miesięcy i pochłonęła w sumie 30 milionów reichsmarek. Fuhrer ponoć nieszczególnie docenił ów dar partii i narodu, gdyż odwiedził to miejsce tylko kilka razy, zaś znacznie częściej rezydował i podejmował swych współpracowników oraz zagranicznych gości w Berghofie na terenie Obersalzbergu. Wjechawszy na poziom Orlego Gniazda niemal od razu wyszliśmy z tego budynku, gdyż  znacznie ciekawsze dla oka rzeczy czekały nas na zewnątrz. Kręta droga powrotna na autobusowy parking miała w swej ofercie szereg zachwycających widoków na co najmniej trzy strony świata. Ku Austrii i Salzburgowi na wschodzie i północy, ku Berchtesgaden na północnym-zachodzie i przede wszystkim ku Konigssee na południowym-zachodzie.

Właśnie to jezioro stało się kolejnym punktem naszej trzydniowej wycieczki po południowej Bawarii. Załapaliśmy się do autobusu na kurs powrotny około godziny trzynastej. Po dotarciu do naszego samochodu pojechaliśmy bezpośrednio z Obersalzbergu do Schonau am Konigssee. Tam też czekał na nas wielki parking, więc nie było problemów ze znalezieniem miejsca, nadającego się do porzucenia auta. Udaliśmy się na spacer ku wodom ponoć najczystszego jeziora w Niemczech. Deptak wiodący do Konigssee pełen był sklepików i stoisk z pamiątkami oraz restauracji i pomniejszych punktów gastronomicznych. Jak można dowiedzieć się z wikipedii jeziorko to ma powierzchnię 5,218 km kwadratowych, maksymalną głębokość 190 metrów i linię brzegową o długości 19,96 kilometra. Ten polodowcowy akwen z trzech stron otaczają imponujące góry, w tym od strony zachodniej słynny masyw Watzmanna, którego najwyższy wierzchołek sięga 2713 m. n.p.m. Jezioro jest na tyle ciasno wciśnięte w górski krajobraz, iż wokół niego nie wybudowano żadnej drogi, stąd w głąb kotliny można dotrzeć tylko pieszo lub łódką czy stateczkiem pływającym po jego chłodnych wodach. Z takiego środka transportu trzeba skorzystać chcąc dotrzeć do barokowego kościółka Sankt Bartholoma, który wybudowano na południowo-zachodnim brzegu jeziora. My przez całą godzinę pozostaliśmy na północnym brzegu skąd mieliśmy dobry widok na pobliski tor saneczkowo-bobslejowy, na którym wychował się m.in. Georg Hackl. Ten urodzony w Berchtesgaden legendarny saneczkarz niemiecki przywoził medale z pięciu kolejnych Igrzysk Olimpijskich od Calgary (1988) po Salt Lake City (2002), w tym trzykrotnie zdobywał złoto, na zawodach w Albertville, Lillehammer i Nagano.

Po tej wycieczce wróciliśmy do Gasthaus Alpina na około trzy godziny aby odpocząć i przekąsić małe co nieco. Na wieczorny spacer po Berchtesgaden wyszliśmy kilka minut przed osiemnastą. Pogoda tego dnia nadal nam dopisywała. Musieliśmy zejść wzdłuż rzeczki do budynku dworca aby przez oryginalne przejście nad torami kolejowymi dostać się najkrótszą drogą do górnej, starej części miasta. Pierwsze wzmianki o tej dziś niespełna 8-tysięcznej miejscowości o statusie miasta powiatowego pochodzą z roku 1102. Swój rozwój zawdzięczało ono kopalniom soli, które rozpoczęły swą działalność w 1517 roku. Przez długie lata cieszyło się statusem wolnego miasta, zaś w erze napoleońskiej weszło w skład najpierw Austrii, a kilka lat później Bawarii. Komu spodobało się w latach 30-tych XX wieku to jeszcze inna historia. Na wąskich uliczkach tamtejszej starówki czuć było bawarski klimat tego miejsca – gwar, muzyka, pełne klientów restauracyjne ogródki, w powietrzu czuć było zapach piwa i smażonych kiełbasek. Nie brakowało ludzi spacerujących w tradycyjnych strojach ludowych. Nieśpiesznie udaliśmy się w kierunku Schlossplatz (Plac Zamkowy), na przy którym oprócz zamku będącego niegdyś siedzibą królów Bawarii godny uwagi był również przytulony do niego kościół z dwoma wieżami oraz stojąca naprzeciwko kamieniczka z malowidłami przedstawiającymi sceny z okresu obu wojen światowych. Nasz spacer zakończyliśmy krótko przed dwudziestą. Następnego dnia czekała nas od rana co najmniej 7-godzinna podróż do Volastry, miasteczka w południowej Ligurii, które miało być naszą cichą przystanią na kolejne cztery noce i zarazem bazą wypadową do wycieczek po Cinque Terre oraz nieco dalszych wypraw do Lukki, Pizy i Portofino.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Rossfeld została wyłączona