banner daniela marszałka

Archiwum dla Lipiec, 2009

Bayard & Orcieres-Merlette

Autor: admin o 25. lipca 2009

Na zakończenie wakacji z francuskimi Alpami zechciałem zwiedzić dwie góry nieszczególnej wielkości, lecz o istotnej roli w dziejach Tour de France. Przeto w „menu” na sobotę 25 lipca znalazły się: przełęcz Bayard oraz podjazd do stacji górskiej Orcieres-Merlette. Bayard zainteresowała mnie przede wszystkim z uwagi na swą niemal „antyczną” historię. W 1905 roku do spółki ze wzniesieniem Cote de Laffrey pojawiła się na trasie pierwszego alpejskiego etapu w całych dziejach Touru z Grenoble do Toulonu. W programie „Wielkiej Pętli” z lat 1903-04 jedynym solidnym podjazdem była przełęcz Col de la Republique w Masywie Centralnym. Natomiast już w trakcie trzeciej edycji, pięć dni przed Alpami przejechano jeszcze tylko Ballon d’Alsace w Wogezach. W sumie przez Bayard śmigano 25-krotnie, acz tylko dwa razy po II Wojnie Światowej. Z kolei położony u bram do Parku Narodowego Ecrins kurort Orcieres-Merlette był sceną czterech batalii o zwycięstwo etapowe w latach 1971-89. Pierwsza z nich przeszła do legendy wyścigu, zaś ostatnia przyniosła zmianę lidera podczas najbardziej dramatycznej ze wszystkich edycji Touru. W 1971 roku Hiszpan Luis Ocana wprost znokautował tu wszystkich swych rywali. Drugiego na mecie Belga Lucien’a Van Impe wyprzedził o niemal sześć, zaś grupę lidera Holendra Joop’a Zoetemelka i głównego faworyta Eddy Merckxa o prawie dziewięć minut! Wygrałby najpewniej i cały ten wyścig gdyby nie pechowy wypadek w Pirenejach.

Z kolei w 1989 roku na trasie z Gap do Orcieres-Merlette, szlakiem przez przełęcz Manse poprowadzono górską czasówkę, którą wygrał Holender Steven Rooks przez Baskami Marino Lejarretą i Miguelem Indurainem. Tego dnia słabiej kręcili liderzy wyścigu, albowiem Greg Lemond był tylko piąty, zaś Laurent Fignon ledwie dziesiąty. Amerykanin był przy tym lepszy od Francuza o 47 sekund i na dwa dni przechwycił żółtą koszulkę lidera. Tyle wielkiej historii. Bazą wypadową do wszystkich tych wspinaczek miało być znane z dziewiętnastu występów w TdF miasto Gap, stolica departamentu Hautes-Alpes. Dojazd do niego czekał nas niezbyt długi czy też skomplikowany. Ot po prostu zjazd do krajówki N-94 i jazda ciągle na zachód przez Embrun, Savines-le-Lac, Chorges i La Batie-Neuve. W sumie tylko 46 kilometrów, lecz z uwagi na wzmożony ruch weekendowy transfer zajął nam około godziny. Zaparkowaliśmy w zacienionym miejscu przy Avenue Emile Didier, nieopodal ronda Point du Cedre, na którym krzyżują się wszystkie główne drogi przez to miasto. W trasę ruszyliśmy o godzinie 11:25 tzn. z półgodzinnym poślizgiem w stosunku do planu, który zakładał koniec jazdy przed piętnastą. Tego dnia chciałem bowiem wrócić do Saint-Marcellin na ostatnią godzinę telewizyjnej relacji Tour de France, gdyż był to „nasz etap” z finałem na Mont Ventoux. Na wspomnianym rondzie należało skręcić w prawo na Avenue du Commandant Dumont gdzie po przejechaniu linii kolejowej i ledwie 400 metrów od naszego startu zaczęła się wspinaczka pod Col du Bayard (1246 m. n.p.m.).

Na początku jechaliśmy wzdłuż sznura zakorkowanych samochodów chcących wydostać się z miasta na północ przez słynną Route Napoleon czyli drogę krajową N-85. Podjazd od samego początku był całkiem solidny, tym trudniejszy iż przystąpiliśmy do niego nie rozgrzani. Pierwsze 2770 metrów o średnim nachyleniu 5,5 % przejechałem z przeciętną prędkością 17 km/h. Schody zaczęły się pod koniec trzeciego kilometra i trzymały już niemal do końca wzniesienia. Po w miarę przyjaznym wstępie kolejne 3910 metrów potrafiło już nieźle przytkać, tym bardziej że na niektórych odcinkach mocno wiało nam w nos. Ten fragment podjazdu miał długość 3910 metrów i średnie nachylenie 7,9 %, zaś maksymalna stromizna dwukrotnie skoczyła do 15 % na szóstym kilometrze. Męki skończyły się na wysokości osady Chauvet. Potem za którą pozostało już tylko pokonać łatwiutkie 910 metrów o średnim nachyleniu 3 % w linii prostej ku przełęczy. Mimo takiej końcówki to była doprawdy ostra jazda na sam początek ostatniego etapu. Cały podjazd miał 7,59 kilometra o średnim nachyleniu 6,7 % i przewyższenie 513 metrów. Jego pokonanie przy pełnym zasobie sił, lecz bez stosownej rozgrzewki zajęło mi 27 minut i 57 sekund. Wspinałem się więc ze średnią prędkością 16,293 km/h, przy wartości VAM 1101 m/h. Darek w swoim stylu rozpoczął jazdę znacznie spokojniej, a przy tym przyznawał się do zmęczenia dwoma tygodniami wojaży i arcytrudnym piątkowym odcinkiem. Zdobycie przełęczy Bayard zajęło memu koledze 35 minut i 17 sekund przy skromnej średniej 12,906 km/h.

Po tradycyjnych fotkach przy tablicy ruszyliśmy w dalszą drogę „Napoleonką” by pokonać kolejne 5,2 kilometra w kierunku północnym. Wiało nie tylko mocno ale i porywiście, więc szczególnie na odcinkach zjazdu trzeba się było mocno trzymać kierownicy. Po zjechaniu na wysokości 1050 metrów n.p.m. przyszło nam skręcić w prawo na drogę regionalną biegnącą doliną rzeki Le Drac. Najpierw trochę pagórków na szosie D-114. Potem niby płaski, lecz stale wznoszący się teren na drodze D-944. Jadąc zgodnie i na ogół z wiatrem w plecy minęliśmy wioski: Le Cros, Forest-Saint Julien, La Plaine i Pont du Fosse. Nie forsowaliśmy tempa osiągając na tym odcinku średnią 28 km/h. Na chwilę minął nas nawet ambitny turysta na rowerze trekkingowym. Cały ten odcinek miał 17,7 kilometra i kończył się u zbiegu dwóch smoczych potoków tzn. płynącego od wschodu Le Drac Noir i schodzącego z północy doliną Champoleon Le Drac Blanc. Na poboczu drogi stała drewniana rzeźba starego pasterza o fizjonomii Alberta Einsteina wraz z jego wiernym psim pomocnikiem. Tu też zaczynał się podjazd do Orcieres-Merlette (1840 m. n.p.m.). Pierwsza część wzniesienia biegła nadal drogą D-944 wzdłuż wód Drac Noir momentami dając szanse na naprawdę szybką jazdę. Dopiero po dojechaniu do poziomu 1400 metrów n.p.m. i wykonaniu skrętu na północ ku Orcieres podjazd zmienił swój początkowo łagodny charakter. Jeszcze bowiem przed dojechaniem do centrum owej wioski zaczęły się regularne serpentyny. W porównaniu do pierwszych 5,5 kilometra o średnim nachyleniu tylko 5,1 %, teraz na kolejnych 4,5 kilometrach droga prawie w ogóle nie odpuszczała. Na odcinku między Orcieres a Merlette średnia stromizna wyniosła 6,9 %, zaś na ósmym kilometrze wzniesienia trzykrotnie wzbiła się do maksymalnego poziomu 10 %.

Finisz wspinaczki wyznaczyłem sobie na rozjeździe dróg u wjazdu do Merlette. Lewa odnoga drogi prowadziła stąd do centrum kurortu, zaś prawa po lekkim zjeździe ku hotelom we wschodniej, najwyżej położonej części stacji. Dojechałem więc do wysokości 1807 metrów n.p.m. po pokonaniu 10,08 kilometra o średnim nachyleniu 6 % i przewyższeniu 621 metrów. Potrzebowałem na to 35 minut i 4 sekundy, uzyskawszy średnią prędkością 17,247 km/h i całkiem dobry VAM 1062 m/h. Po chwili ruszyłem ku najwyższym partiom kurortu i po przejechaniu dokładnie 1550 metrów dotarłem do parkingu położonego na wysokości 1840 metrów n.p.m. Dalej były już tyle gołe zbocza szczytów sięgających trzech tysięcy metrów, z których zbiegały trasy narciarskie i downhillowe. Następnie skierowałem się ku centrum i tym sposobem mijałem się z Darkiem. Mój kolega na dotarcie do parkingu potrzebował aż 51 minut i 9 sekund, przy czym w punkcie „1807” pojawił się po 48 minutach i 3 sekundach. Spotkaliśmy się ostatecznie właśnie w tym miejscu, po tym jak każdy z nas zrobił sobie mały rekonesans po ulicach Merlette. Dwadzieścia minut odpoczynku na tamtejszej ławeczce pozwoliło mi jeszcze nacieszyć oczy ostatnimi alpejskimi widokami. Aczkolwiek na zjeździe zatrzymaliśmy się jeszcze w paru ciekawszych miejscach dla celów foto-dokumentacyjnych. Mi chyba nieco trudniej było się rozstać z Wielkimi Alpami, gdyż zrobiłem sobie więcej tego rodzaju przystanków niż Darek wobec czego ostatnie 30 kilometrów również przejechaliśmy z osobna.

Po zjeździe czekało nas jeszcze około 11 kilometrów jazdy w dolinie. Tym razem raczej pod wiatr, lecz za to lekko w dół przy wysokiej temperaturze 27 stopni. Obaj przejechaliśmy ten odcinek z prędkością około 32 km/h tak, iż nie miałem szansy dogonić Darka, który najwyraźniej odzyskał wigor. Nie chcieliśmy wracać do Gap przez 13-kilometrowy odcinek „Napoleonki” cieszący się zbyt dużym jak na nasz gust powodzeniem wśród kierowców samochodów. Dlatego tuż przed Forest-Saint Julien każdy z nas wybrał dalszą jazdę po drodze D-994, na południe ku przełęczy Manse. Podjazd pod Col de Manse (1268 m. n.p.m.) był ledwie deserem przy dwóch głównych daniach dnia. Równie łatwym jak którakolwiek z zapoznawczych premii trzeciej i czwartej kategorii na trasie tegorocznego L’Etape du Tour. Podjeżdżaliśmy tylko przez 5,93 kilometra przy skromnym średnim nachyleniu 3,7 %. Na drugim i trzecim kilometrze wzniesienia mieliśmy trochę poważniejszej wspinaczki o średniej stromiźnie 5 %. Z kolei finałowe dwa kilometry były znacznie łatwiejsze o średniej 2,6 %. W sumie ostatnie 15 minut i 18 sekund alpejskiej wspinaczki przy przeciętnej prędkości 23,254 km/h i z konieczności niskim VAM 811 m/h. Darek przemknął tędy w równo 17 minut, lecz na zjeździe do Gap pędził szybciej ode mnie, osiągając maksymalną prędkości 68,4 km/h. Po niespełna sześciu kilometrach zjazdu wbiliśmy się z powrotem na Drogę Napoleona, po której przyszło nam pokonać ostatnie 4,5 kilometra zjazdu. Dopiero około 15:20 „wylądowaliśmy” przy samochodzie po pokonaniu 81,9 kilometra dystansu i 1530 metrów przewyższenia.

Dlatego na relację live z dwudziestego etapu TdF udało mi się zerknąć jedynie przelotem przechodząc obok baru w supermarkecie Champion. Gdy dojechaliśmy do Saint-Marcellin to najciekawsze akcje finałowej rozgrywki na Mont Ventoux mogliśmy jednak obejrzeć na TF2 w programie będącym podsumowaniem etapu. Za sprawą Basi zjedliśmy małe co-nie-co przed wielogodzinną podróżą, spakowaliśmy się, uregulowaliśmy rachunek u żony naszego gospodarza i około 19:30 ruszyliśmy w długą drogę powrotną. Pierwsze półtorej godziny jeszcze przy dziennym świetle znanym sobie szlakiem przez Briancon i do Włoch przez Col de Montgenevre. Potem przez Cesana Torinese, Oulx i Susę po autostradzie A32 do Turynu. Następnie po włoskiej A4 do okolic Mediolanu i po A-9 do szwajcarskiej granicy na przejściu Como-Chiasso. Jednym słowem drogą przy Mendrisio, które dwa miesiące później gościło uczestników szosowych Mistrzostw Świata. Niemal całą Szwajcarię przejechaliśmy po autostradzie N-13 tzn. przez: Lugano, Bellinzonę, passo San Bernardino, Chur i okolice Liechtensteinu. Potem na chwilę wjechaliśmy do Austrii by przez Bregenz objechać Jezioro Bodeńskie (Bodensee). Po niemieckiej stronie nie od razu można było wbić się na jedną z autostrad. Co gorsza prowadzone roboty drogowe sprowokowały nas do nocnej jazdy na orientację zanim znaleźliśmy się na autostradzie A-7. Potem czekała nas jazda po A-6 i A-9 gdzie niemal wszystko poszło jak z płatka. Straciliśmy tylko nieco czasu okrążając niemiecką stolicę po jej zachodniej obwodnicy. Natomiast ostatnie chwile na obczyźnie spędziliśmy na autostradzie A-11. Do Polski wjechaliśmy w niedziele przedpołudnie, oczywiście przez Kołbaskowo jak na ludzi z Trójmiasto przystało.

Mimo utraty jednego dnia na samym starcie nasza wyprawa zakończyła się pełnym sukcesem. Pogoda dopisała, a nawet gdy „zamarudziła” to starczyło nam silnej woli by pokonać takowe przeciwności aury. Udało się wypełnić nakreślony przez mnie program pełen wyzwań i atrakcji. Zaliczyliśmy udany występ w wyścigu i nie zważywszy na rzadkie chłody czy częste upały spędziliśmy aż dwanaście innych dni w trasie podczas prywatnych odcinków specjalnych. Przebyłem aż 30 klasyfikowanych podjazdów, z czego 22 o amplitudzie przynajmniej 500 metrów. Według danych z mego licznika przejechałem w sumie 1135 kilometrów o łącznym przewyższeniu aż 27.656 metrów! Darek zdziałał niewiele mniej, zważywszy na to, że odpuścił sobie jedynie wspinaczki pod Mont Revard i Les Orres. Natomiast cztery inne „moje wzniesienia” zamienił na dwa giganty w postaci najwyższych przełęczy Francji tzn. Col de l’Iseran i Cime de la Bonette. Dziękując Darkowi za cenne i sympatyczne towarzystwo na alpejskich szlakach muszę również wyrazić swój podziw dla Basi za jej cierpliwość i wyrozumiałość dla naszych kolarskich wyczynów oraz kunszt kulinarny, który sprawił iż mogliśmy się porwać na te wszystkie szczyty odpowiednio „naładowani” energią.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Bayard & Orcieres-Merlette została wyłączona

Cayolle, Champs & Allos

Autor: admin o 24. lipca 2009

„Mocne uderzenie na sam koniec”. Tak nazwał ten dzień Piotrek Mrówczyński gdy zimą przedstawiłem mu szczegóły swego planu na lipiec 2009. Wtedy jeszcze myślałem, że tak jak w poprzednich czterech latach będę zwiedzał kolejne górskie przełęcze w jego towarzystwie. Podczas poprzednich wypraw francuskie Alpy poznałem od Bourg-Saint-Maurice na północy po Gap na południu. Rzec by można, iż koncentrując  swą uwagę na podjazdach w północnej i środkowej części tych gór działałem w zgodzie ze współczesną polityką organizatorów Tour de France. Jedynym wyjątkiem od tak zakrojonego terenu poznawczego był wypad na Cime de la Bonette w 2005 roku. Podczas tegorocznej wyprawy i tak musiałem zjechać daleko na południe w związku ze startem w L’Etape du Tour. Dlatego będąc na tej szerokości geograficznej postanowiłem poświęcić kilka dni na poznanie przełęczy w zapomnianym przez wielkie wyścigi południowym zakątku Alp. Niestety nie miałem do dyspozycji tyle czasu ile by tylko dusza zapragnęła. Dlatego musiałem sobie odpuścić wypad na najgłębsze południe i poznanie podjazdów pod: Isola 2000, Col Saint-Martin i Col de Turini. Tym bardziej poza naszym zasięgiem były mniejsze, acz słynniejsze wzniesienia nadmorskie: Col d’Eze (Nicea) i Mont Faron (Toulon). Niemniej przy wykrzesaniu z siebie resztek zapału i fantazji można było się pokusić o ustrzelenie hat-tricku „dwutysięczników” w granicach i okolicach Parku Narodowego Mercantour.

Pod względem tak dystansu jak i przewyższenia miał to być najtrudniejszy z prywatnych odcinków tej wyprawy. Wyraźnie krótszy, lecz tylko nieznacznie łatwiejszy od  poniedziałkowego wyścigu z metą na Mont Ventoux. Mój śmiały plan na 24 lipca zakładał zdobycie przełęczy: Cayolle, Champs i Allos w ramach około 120-kilometrowej pętli po drogach na południe od rzeki Ubaye. Kosztować nas to miało sześć, zaś z przystankami nawet siedem godzin czasu. Dlatego też piątek był ostatnim dniem, w którym mogliśmy tego dokonać. W sobotnie popołudnie chcieliśmy bowiem, najpierw obejrzeć starcie „Tytanów Szos” z Prowansalskim Olbrzymem, zaś wieczorem rozpocząć odwrót do Polski. Dlatego też 25 lipca w grę wchodziła co najwyżej czterogodzinna trasa. Oczywistą bazą wypadową do piątkowego etapu było miasteczko Barcelonnette. Pozostawało jeszcze tylko wybrać w jakiej kolejności będziemy przemierzać czekające nas trzy wzniesienia. Ponieważ w historii Tour de France najwięcej do powiedzenia miała Allos i to na ogół w swej południowej wersji zdecydowałem, iż pojedziemy zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Oznaczało to, że weźmiemy Col de la Cayolle od północy, Col des Champs od wschodu i wspomnianą już Col d’Allos od klasycznej, południowej strony. Na dzień dobry jak zwykle transfer samochodowy i swego rodzaju „dejavu”. To znaczy pojechaliśmy najpierw na zachód „z nurtem” rzeki Durance, potem pokonaliśmy górski odcinek nad brzegami Lac de Serre-Poncon i zaś w końcówce skierowaliśmy się na wschód „pod prąd” rzeki Ubaye.

Zaparkowaliśmy na zatłoczonym parkingu przy jednym z supermarketów. W trakcie szykowania się do drogi spotkała mnie niemiła niespodzianka. Przy bliższej inspekcji sprzętu spostrzegłem, iż moje oponki „Michelin Pro-3” dobiegają kresu swej żywotności. W perspektywie czekających nas trzech długich zjazdów obawiałem się, że mogą one nie przetrwać tego dnia. W dodatku jechać mieliśmy przez odludne tereny, więc na zakup nowej opony po drodze nie mogłem specjalnie liczyć. Cóż, popełniłem błąd zaniedbania i musiałem teraz zdać się na łaskawość losu. Wyruszyliśmy z Barcelonette dokładnie o 10:55 w pełnym słońcu na niebieskim niebie i przy temperaturze 31 stopni! Jednym słowem bez obaw co do załamania pogody, lecz jednocześnie świadomi tego, iż trudy wielogodzinnej trasy potęgować będzie upał. Po pokonaniu niespełna trzech kilometrów rozpoczęliśmy delikatny podjazd pod Col de la Cayolle (2326 m. n.p.m.) na drodze D-902 będącej kontynuacją wychodzącej z miasta Avenue Emile Aubert. W chwili krótkiego postoju minął nas jadący w tym samym kierunku wysoki młodzieniec w fioletowej koszulce. Darek rozpoznał w nim swego wczorajszego pogromcę z podjazdu pod Cime de la Bonette. Ruszyliśmy jego śladem, lecz bez szczególnych intencji pogoni za nim. Minęliśmy wioskę Uvernet Fours i … wjechaliśmy do raju. Wiele pięknych okolic widziałem podczas swych górskich eskapad, lecz chyba niczym jeszcze – nawet we włoskich Dolomitach – nie zachwyciłem się tak jak przełomem rzeczki Bachelard (Gorges du Bachelard). Droga wiła się tu wąziutką pasmem wśród skał i przepaści. Wokół intensywna zieleń roślinności, po obu stronach wysokie skalne ściany, zaś w dole to z lewej, to z prawej strony mały, lecz pełen impetu potok. Początkowo bardzo łagodny podjazd stał się nieco trudniejszy za największym z mostków na Bachelard. Niemniej cały czas jadąc z pewną rezerwą, piąłem się całkiem szybko i nieskrępowany podziwiałem piękno tutejszej natury.

Wyraźnie trudniej zrobiło się dopiero po minięciu Refuge de Bayasse i wkroczeniu na teren wspomnianego Parc National du Mercantour. Dotychczasowe 18,3 kilometra miało średnie nachylenie tylko 3,6 % i max. niespełna 9 %. Tymczasem pozostała część wzniesienia tzn. 8,8 kilometra mimo paru łatwiejszych fragmentów miała solidną stromiznę 5,8 %. Zaraz po wjechaniu do Parku trzeba było nawet pokonać odcinek o stromiźnie 11 %. Najwięcej zdrowia musiałem włożyć jednak w pokonanie ostatnich pięciu kilometrów. Tym bardziej, że przed sobą ujrzałem znajomą fioletową sylwetkę. Postanowiłem pomścić Darka i złapać tego gościa, co sporym nakładem sił udało mi się około dwa kilometry przed szczytem. Nasz rywal okazał się holenderskim studentem z Bredy, startującym w wyścigach kategorii U-23. Jak sam jednak przyznał w życiu postawił na naukę, co nie pozwala mu na poważniejsze treningi i nie daje szans na sportowe sukcesy. Taka też była zapewne tajemnica mojego sukcesu. Dowiozłem go do przełęczy zadowalając się podyktowaniem możliwie silnego, acz równego tempa do samego końca. Całe wzniesienie miało długość 27,19 kilometra i przewyższenie 1188 metrów czyli średnie nachylenie tylko 4,36 %. Jego zdobycie zajęło mi 1 godzinę 25 minut i 48 sekund przy prędkości 19,013 km/h oraz VAM 830 m/h. Na Darka przyszło mi czekać niespełna osiem minut. Mój kolega wspinał się przez 1 godzinę 33 minuty i 38 sekund. Na górze mimo przeszło 2300 metrów n.p.m. było 25 stopni i praktycznie ani jednej chmurki na niebie. Student pomógł nam przy okolicznościowych zdjęciach i przyznał, że również jedzie w tym dniu na Allos, acz od północnej strony. Teoretycznie istniała więc szansa na kolejne spotkanie, lecz wobec długości naszej trasy skromna.

Rozpoczynając zjazd wkroczyliśmy na drogi departamentu Alpes-Maritimes. Czekało nas tu najpierw strome 15 kilometrów do Entraunes. Potem łagodniejsze 5,5 kilometra przed Saint-Martin-d’Entraunes, gdzie po przebyciu 50 kilometrów zacząć mieliśmy podjazd pod Col des Champs (2087 m. n.p.m.). Pokonywanie kolejnych kilometrów szło opornie, gdyż piękno tych okolic zachęcało nas co chwila do postoju i robienia kolejnych fotek do „albumu” z podróży. Wspaniałe górskie panoramy, ciekawe formacje skalne oraz tunele w nich przebite. Do tego górskie jeziorka, rwąca rzeka Var, a nawet zbocza czarne niczym zastygła wulkaniczna lawa to wszystko dodawało uroku naszej jeździe. Za sprawą licznych przystanków cały zjazd zajął nam aż 50 minut, więc do podnóża przełęczy Champs dotarliśmy o 13:40. Powietrze rozgrzane do 34 stopni stało się uciążliwe. Tymczasem nam zostało do pokonania jeszcze 70 kilometrów i dwa poważne wzniesienia. Może i krótsze, ale za to bardziej strome niż Cayolle. Wspinaczka pod Champs w tych warunkach okazała się trudna. Szczególnie w pierwszej połowie wzniesienia należało zachować wiarę we własne możliwości. Pierwsze 7,8 kilometra miało średnie nachylenie 6,8 % i kończyło się stromym kilkusetmetrowym odcinkiem na wprost, gdzie stromizna przekroczyła nawet 13 %. Na szczęście zaraz po nim można było złapać więcej oddechu na niemal płaskim półtorakilometrowym odcinku w dolince – Val Pelens. Po szybszych trzech minutkach na twardszym przełożeniu do pokonania zostało jeszcze 6,4 kilometra wspinaczki. Dokładnie zaś około trzykilometrowe odcinki przedzielone półkilometrowym wypłaszczeniem. Pierwszy z nich miał średnie nachylenie 7,2 %, zaś drugi bardziej stromy nawet 8,1 i max. ponad 13 %. W dodatku na owej końcówce mocno wiało w otwartym terenie, stąd stać mnie było na jazdę z prędkością 12 km/h.

Na samej górze jest mini płaskowyż przez co od miejsca gdzie kończy się prawdziwa wspinaczka do tablicy wyznaczającej przełęcz brakowało jeszcze 450 metrów. Cały podjazd z wyłączeniem owego płaskiego finału miał długość 15,7 kilometra o średnim nachyleniu 6,65 % przy przewyższeniu 1045 metrów. Jego pokonanie zajęło mi 1 godzinę 4 minuty i 50 sekund przy średniej prędkości 14,699 km/h oraz VAM 978 m/h. Średni puls na całej górze 156 bpm, przy maximum 170. Darek pominąwszy trzyminutowy postój u podnóża góry wspinał się przez 1 godzinę 13 minut i 41 sekund. Dzięki temu zdążyłem zawrócić i obejrzeć ostatni kilometr jego wspinaczki pośród finezyjnie wijących się serpentyn drogi. Na przełęczy zrobiliśmy sobie zdjęcia pod tablicą z mocno sfatygowanym napisem, na którym jakiś żartowniś dodał wzniesieniu tysiąc metrów wysokości. Wkrótce okazało się też, że przełęcz nie była najwyższym punktem na tej drodze. Zanim zaczęliśmy zjeżdżać trzeba było jeszcze przebyć 650 metrów w terenie pagórkowatym z kulminacją na wysokości 2100 metrów n.p.m. Starszy jegomość z nielicznego grona turystów spacerujących po przełęczy uprzedził nas, że zjazd po zachodniej stronie Champs ma kiepską nawierzchnię i trzeba uważać na swe bezpieczeństwo. Jego słowa rychło okazały się prorocze. To był najgorszy zjazd jaki widziałem podczas swych francuskich wojaży. Wąska droga w górnej partii położona na skalnej półce, zaś w środkowej i dolnej części lawirująca krętym szlakiem przez las, fragmentami przetrzebiony równie mocno jak ten z Gór Izerskich czy słowackich Tatr. Do tego mnóstwo dziur i garbów w nawierzchni oraz niezliczona ilość kanalików melioracyjnych do odprowadzania wody schodzącej górskim zboczem. Mimo solidnej stromizny nie sposób było się na nim bezpiecznie rozpędzić. Cały czas dłonie trzymałem na hamulcach co przy wyjściowym stanie mojej tylnej opony wręcz wróżyło nieszczęście. Dość powiedzieć, że na tym blisko 11-kilometrowym „odcinku specjalnej troski” miałem średnią prędkość tylko 26,5 km/h, zaś max. ledwie 37,8 km/h.

Udało nam się zjechać w jednym kawałku. Wyjechaliśmy wprost na przedmurze Fortu Sabaudzkiego (Fort de Savoie) spoglądającego z góry na miasteczko Colmars, położone nad rzeczką Verdon – słynną z przecudnej urody kanionu, który wyryła w swym dolnym biegu. Zatrzymaliśmy się tu na kilka minut, po czym rozpoczęliśmy zrazu łagodny podjazd w kierunku przełęczy Allos. Siedem kilometrów przed wioską Allos było jeszcze luźnym odcinkiem o średnim nachyleniu 2,4 %. W dolinie powietrze wciąż było rozgrzane do 30 stopni. Postanowiłem skorzystać z ostatniej okazji do napełnienia bidonów. Zatrzymałem się aby zrobić małe zakupy w przydrożnym sklepie. Darek nie skorzystał z moich zapasów, gdyż w walce z upałem wolał zaufać ożywczej mocy górskiej wody. Czekało nas wzniesienie w dziejach Touru legendarne. O ile Cayolle wystąpił w TdF tylko trzykrotnie, zaś Champs zaledwie raz, o tyle Col d’Allos (2240 m. n.p.m.) przemierzana była przez uczestników „Wielkiej Pętli” aż 33 razy. Pojawiła się na trasie Touru już w 1911 roku, gdy po raz pierwszy wjechano w Wielkie Alpy (w tym samym roku debiutował słynny Galibier). W latach 1911-14 i 1919-39 była stałym punktem wyścigowego programu. Jednak po II Wojnie Światowej odnalazła na trasie TdF już tylko osiem razy. Przedostatni raz w 1975 roku na pamiętnym etapie do Pra-Loup, zaś po raz ostatni w 2000 roku, gdy na odcinku do Briancon wśród uciekinierów śmiało poczynał sobie nasz Dariusz Baranowski. Wzniesienie zaczęła się na dobre jakieś półtora kilometra za wspomnianym sklepem. Darek, który pierwszy ruszył sprzed sklepu po około czterech kilometrach zjechał na pobocze by napełnić swe bukłaki. W ten sposób minąłem go, nieświadomie wychodząc na czoło naszego skromnego „peletonu”, co wyjaśniliśmy sobie niebawem w krótkiej rozmowie telefonicznej.

Całą wspinaczkę można podzielić na dwie „połówki” z granicą wyznaczoną przez stację górską La Faux d’Allos, przypominającą mi tak wyglądałem jak i położeniem La Mongie na pirenejskiej przełęczy Col du Tourmalet. W dolnej części o wymiarach 6,8 km przy średnim nachyleniu 4,7 % podjazd momentami odpuszczał, stąd przejechałem ten fragment trasy z dość wysoką przeciętną 17,1 km/h. W górnej „połówce” liczącej sobie 6,5 km przy średniej 6,6 i max. 10 % pokonywanie kolejnych setek metrów szło już nieco oporniej, co widać to zresztą po wykręconej w tym miejscu przeciętnej tzn. 14,4 km/h. Na osłodę trudniejszy teren wynagradzany był piękniejszymi widokami. Natomiast zwiększony wysiłek łagodziły liczne serpentyny i na ogół sprzyjający wiatr. Na przełęcz dotarłem dokładnie o siedemnastej. Mimo sporej wysokości temperatura panowała tam wręcz idealna tzn. 24 stopnie. Obiektywnie rzecz biorąc Allos był chyba najłatwiejszą z owych trzech premii górskich. W sumie „tylko” 13,36 kilometra o średnim nachyleniu 5,89 % i przewyższeniu 788 metrów, które przebyłem w 51 minut i 26 sekund przy średniej prędkości 15,585 km/h i VAM 919 m/h. Darek wspinał się zaś przez 55 minut i 8 sekund, więc już po kilku minutach mogliśmy sobie pogratulować realizacji wielce śmiałego planu. Jeśli wierzyć dokładności pomiaru mocy na liczniku Ciclo-Hac4 to wszystkie podjazdy wytrzymałem w podobnym stylu tzn. na Cayolle miałem średnią moc 244 wat, na Champs 248, zaś na Allos 245.

Pozostał nam już tylko 17,5-kilometrowy zjazd do rzeczki Bachelard oraz ostatnie 2,5 kilometra płaskiego dojazdu do Barcelonnette. Zadowolony z własnej postawy mogłem cieszyć oczy pięknymi widokami. Na początku zjazdu uwagę przykuwała imponująca górska panorama, zaś w środkowej fazie prowadząca po skalnym trawersie droga pod kołami naszych rowerów. Ostatecznie po pokonaniu 121 kilometrów trasy i 3091 metrów łącznego przewyższenia dotarliśmy do parkingu około godziny 17:45. Korzystając z okazji ruszyliśmy jeszcze na zakupy do pobliskiego supermarketu. Dopiero po nich zmęczeni, acz spełnieni udaliśmy się w drogę powrotną do Saint-Marcellin, która tego dnia była lustrzanym odbiciem porannego transferu.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Cayolle, Champs & Allos została wyłączona

Vars & Pra-Loup

Autor: admin o 23. lipca 2009

Na 23 i 24 lipca zaplanowałem wycieczki ku południowym rejonom Alp. W tych dwóch dniach nasze rowerowe wysiłki skoncentrować się miały na drogach departamentu Alpes-de-Haute-Provence. Czekały nas wyskoki w okolice dziksze, mniej „skażone” wszechobecnym we francuskich Alpach przemysłem turystycznym. Naszą bazą wypadową do wszystkich trzech tras miała być dolina górskiej rzeki Ubaye. Dla Basi i Darka była to „terra incognita”. Ja zaś byłem tu tylko raz, drugiego dnia swej pierwszej wyprawy do Francji. Pojechałem wówczas wraz z Piotrkiem do Barcelonnette, aby zdobyć najwyższą kolarską górę Europy czyli Cime de la Bonette (2802 m. n.p.m.). Dlatego też wybierając się w ten rewir ponownie, wobec jak zwykle ograniczonego czasu działania, nie byłem już zainteresowany największą atrakcją tych stron. Niemniej nie omieszkałem zareklamować tego wzniesienia swemu koledze. Dlatego też w czwartek 23 lipca podobnie jak osiem dni wcześniej w Bourg-Saint-Maurice postanowiliśmy rozdzielić swe siły i ruszyć na podbój okolicznych gór niezależnie od siebie. Jeden start i jedna meta, lecz dwie zupełnie różne trasy. Darek za moją namową miał zdobyć niebotyczną Bonette, ja zaś chciałem poznać dwa znacznie krótsze podjazdy tzn. pod przełęcz Vars oraz do stacji górskiej Pra-Loup.

Opcje dojazdu do Jausiers mieliśmy dwie. Niezależnie od wybranego wariantu trasy przejazd samochodem do tej miejscowości na wspólną linię startu miał nam zająć przeszło godzinę. Dlatego musieliśmy opuścić Chateauroux-les-Alpes stosunkowo wcześnie. Na dojazd wybrałem znany mi sprzed lat wariant zachodni tzn. szlak wiodący wzdłuż brzegów rzeki Durance, jeziora Serre-Poncon i wspomnianej Ubaye. Wersja wschodnia była krótsza, lecz prowadziła w terenie bardziej górskim bo przez przełęcz Vars, przez co czasowo nie mieliśmy tu nic do zyskania. Na postój wybraliśmy parking tuż za rzeką, położony w pobliżu ośrodka wypoczynkowego i zarazem u samego podnóża wspinaczki pod Col del la Bonette. Darek mógł więc niejako z miejsca przystąpić do realizacji swego celu. Czekał go etap relatywnie krótki, ale za to niewątpliwie intensywny. Ja miałem do przejechania dystans niemal dwukrotnie dłuższy, choć w sumie nieco łatwiejszy. Oba czekające mnie wzniesienia dzielił bowiem dłuższy, płaski odcinek na terenie Vallee de l’Ubaye, który musiałem pokonać w obie strony. Dlatego ruszyłem jako pierwszy około godziny jedenastej. Na starcie miałem przyjazną temperaturę 26 stopni, acz szare chmury na niebie zdawały się grozić załamaniem pogody i przynajmniej przelotnymi opadami deszczu.

Ponieważ moim pierwszym celem była przełęcz Vars zacząłem swój wyjazd od skrętu w prawo tzn. w górę wspomnianej doliny. Pierwsze osiem kilometrów było niemal płaskie. Po drodze minąłem wioskę La Condamine-Chatelard i po siedemnastu minutach dotarłem na rozdroże Les Gleizolles. Tu musiałem skręcić w lewo i zjechać z drogi D-900. Gdybym pojechał prosto to już po chwili rozpocząłbym 16-kilometrowy podjazd pod graniczną przełęcz Col de Larche (po włoskiej stronie zwany Maddaleną). Z uwagi na bliskość włoskiej granicy nie brak tu było zaczepionych na skałach fortyfikacji czy też położonych w dolinach grodów warownych. Dziś są one niemymi świadkami niespokojnej historii tych stron. Gdy byłem jeszcze na drodze D-900 to podnosząc swój wzrok ku niebo po swej lewicy widziałem Fort Tournoux. Natomiast gdy wjechaniu na prowadzącą ku Vars szosę D-902 po swej prawicy ujrzałem Redutę Berwick. Podjazd pod Vars od południowej strony jest krótszy i mimo paru niespodzianek nieco łatwiejszy od swego północnego oponenta. W sumie jednak to podstępna góra, której nie sposób lekceważyć. Mierząc owo wzniesienie nieco na wyrost czyli od wspomnianego rozdroża cały dystans 14,1 kilometra można by podzielić na cztery fragmenty, z których każda kwarta jest wyraźnie trudniejsza od poprzedniej. Im dalej w las tym więcej drzew. Bardzo łatwo można dać się zwieść łagodnym początkiem, przeliczyć z siłami i zapłacić za to na bardzo trudnej końcówce. Col de Vars (2108 m. n.p.m.) ma też bogatą historię występów w Tour de France. Pojawił się na trasie tego wyścigu już w 1922 roku i został wykorzystany aż 33 razy, w tym 13-krotnie przed II Wojną Światową. Zazwyczaj utrudniał on życie kolarzom do wespół z Izoard na etapach do Briancon.

Pierwsze 3600 metrów za rozjazdem trudno uznać za początek prawdziwej wspinaczki. Droga wznosi się tu przy skromnym nachyleniu 1,9 %. Dzięki temu mimo oszczędnej jazdy przebyłem ów odcinek ze średnią prędkością 26,6 km/h. Podjazd zaczyna się na dobre dopiero przed pierwszym tunelem i poprzedzającym go mostkiem nad rzeką Ubaye. Przez kolejne 2200 metrów wciąż jechałem dość szybko, bo z przeciętną 22,2 km/h, lecz wymagało to większego niż wcześniej nakładu sił. Co prawda stromizna szosy dwukrotnie wzbiła się tu na poziom 8 %, lecz średnie nachylenie nadal było łagodne mierząc tylko 3,6 %. Po minięciu wioski Saint-Paul-sur-Ubaye żarty się skończyły. Najpierw 2800 metrów o średnim nachyleniu 6,3 % przejechane w przyjemnym tempie 17,1 km/h. Potem 750 metrów płaskiego terenu. W sam raz na złapanie ostatniego oddechu przed stromym finałem. Schody do nieba zaczynają się za osadą Melezen, gdzie droga wspina się tak stromym zboczem, iż stojący przy drodze kościół po chwili znajduje się poniżej poziomu barierek. W sumie 4800 metrów o średnim nachyleniu 8,6 i max. ponad 13 %. W pobliżu szczytu zadanie utrudniał mi dodatkowo mocny wiatr. Mimo wszystko finiszował całkiem dziarsko ze średnią 13,2 km/h. Zasadnicza część wzniesienia począwszy od tunelu przy Pas de la Reyssole liczyła sobie 10,54 km o przewyższeniu 721 metrów i średnim nachyleniu 6,84 %. Pokonanie tego odcinka zajęło mi 39 minut i 57 sekund co oznacza, iż „kręciłem” ze średnią prędkością 15,829 km/h. Wskaźnik VAM bardziej obiektywny od pomiaru prędkości był też całkiem wysoki tzn. 1082 m/h.

Jak wspomniałem na górze ostro wiało. Jak mocno to widać najlepiej po mej „fryzurze” na wykonanym w tym miejscu zdjęciu. Na szczęście było dość ciepło tzn. 21 stopni i nie padało. Dość szybko zabrałem się do powrotu mając do przejechania jeszcze około 60 kilometrów. Nie chciałem by Darek czekał na mnie zbyt długo po tym jak skończy swoje godzinki z Bonette. Na zjeździe zatrzymałem się kilkakrotnie m.in. w Saint-Paul gdzie jednak nie udało mi się strzelić ładnej fotki. Po dojechaniu do Les Gleizolles czekał mnie teraz 20-kilometrowy odcinek szybszej jazdy w dolinie. Jadąc ze średnią prędkością około 32 km/h minąłem La Condamine-Chatelard, Jausiers (nawet nie zaglądając na nasz parking) i wjechałem do Barcelonnette. Przez ostatnie 40 minut temperatura wzrosła z 25 do 30 stopni. Nad naszym Bałtykiem taka temperatura byłaby dla mnie nie do zniesienia. Tymczasem w tutejszym suchym górskim powietrzu i przy utrzymującym się zachmurzeniu nie miałem nawet wrażenia, iż jest tak ciepło. Po kilkunastu dniach spędzonych we Francji zdążyłem się też chyba zaaklimatyzować do jazdy w takich warunkach. Po dotarciu Barcelonnette musiałem przejechać na południowy brzeg śledzącej me poczynania rzeki Ubaye i poszukać drogi ku podnóżu Pra-Loup. Rozeznanie to miało się przydać również w perspektywie jutrzejszego startu. Wyjechałem z miasta przez Avenue Emile Aubert, która przez pierwsze dwa kilometry prowadziła ku dwóm znaczącym przełęczom tzn. Col de la Cayolle jak i Col d’Allos. Chcąc dotrzeć do Pra-Loup musiałem obrać kierunek na Allos czyli zjechać w prawo na drogę D-908.

Wzniesienie tych rozmiarów co Pra-Loup (1630 m. n.p.m.) czyli mające przewyższenie poniżej 500 metrów w normalnych okolicznościach nie byłoby przedmiotem mego zainteresowania. Dlaczego postąpiłem wbrew swym regułom? Po pierwsze pojawiłem się w jego bliskiej okolicy aż na dwa dni, acz z powodu innych przełęczy. Po drugie to ważna góra w dziejach Tour de France, albowiem to na niej z nadziejami na swe szóste zwycięstwo w „Wielkiej Pętli” rozstał się największy z kolarskich mistrzów. Eddy Merckx poniósł tu sromotną klęskę podczas Touru z 1975 roku. Można rzec, iż Dawid wśród gór pokonał Goliata pośród ludzi. Ten pamiętny etap jak i cały wyścig wygrał wówczas Francuz Bernard Thevenet. Pięć lat później ze zwycięstwa na tej górze cieszył się ex-pomocnik Merckxa Belg Jos De Schoenmacker. Zanim zacząłem się wspinać śladami wielkiej kolarskiej historii musiałem sobie zrobić przymusowy postój. Raz jeszcze dała o sobie znać złośliwość najmniejszych przedstawicieli alpejskiej fauny. Tuż przed podjazdem jakiś owad użądlił mnie w prawą dłoń, a ja chcąc go strącić walnąłem w licznik na tyle mocno, że spadł on do rowu na poboczu drogi. Na szczęście szybko go odnalazłem. Nie ukrywam, że stanowi on dla mnie bardzo cenne źródło informacji o warunkach jakie w lipcu napotkałem na swej drodze. Po pięciu miesiącach od opisywanych wydarzeń pamięć zaczyna nieco szwankować, więc warto się podeprzeć danymi wyciągniętymi zawczasu z tego małego pudełka. Tym bardziej, że opublikowany na stronie „archivio salite” profil tego wzniesienia niezbyt wiernie oddaje zastaną przez mnie rzeczywistość. W praktyce podjazd ten jest dłuższy, lecz łagodniejszy niż na załączonym tu obrazku. Liczył sobie 7,35 kilometra co przy przewyższeniu 484 metrów daje mu średnie nachylenie rzędu 6,58 %.

Pierwsze 1100 metrów jest wspólne dla Pra-Loup jak i północnej wersji wspinaczki pod Col d’Allos. Odcinek ten ma średnie nachylenie 6,3 %. Potem chcąc udać się śladami Merckxa i Thevenet trzeba było skręcić w prawo i po długich serpentynach zdążać ku Molanes, stacji pośredniej względem mojego celu podróży. Kolejne 2400 metrów było nieco trudniejsze tzn. miało średnie nachylenie 6,6 %. Największa w tym zasługa trzeciego kilometra, będącego najtrudniejszym fragmentem całego wzniesienie wobec średniej 7,3 % i max. ponad 11 %. Jak z tego widać nie był żaden ekstremalnie trudny podjazd, acz po 60 kilometrach jazdy i przy wciąż rosnącej temperaturze – 31 stopni na samej górze – można było się nieco napocić. Dwa kilometry przed Molanes były nieco wypoczynkowe wobec bardzo umiarkowanego średniego nachylenia 5,3 %. Potem pozostało mi już tylko pokonać ostatnie 1900 metrów, gdzie stromizna szosy przy średniej odcinka 6,6 dwukrotnie sięgnęła 10 %. Wytrzymałem to wszystko bardzo dobrze. Uzyskałem czas 26 minut i 40 sekund kończąc podjazd przy motelu Les Melezes. Wyszła mi z tego całkiem żwawa średnia prędkość 16,537 km/h i VAM nawet ciut lepszy niż na Vars tzn. 1089 m/h. Potem czekał mnie jeszcze tylko ostrożny zjazd, chwilami po nie najlepszej nawierzchni i 12-kilometrowy odcinek w dolinie gdzie powietrze rozgrzało się już do 35 stopni! Gdy około piętnastej dotarłem wróciłem do samochodu licznik pokazał mi łączny dystans 83,6 kilometra oraz przewyższenie 1427 metrów.

Darek w górskim słońcu i przy porywistym wietrze bawił się na rowerze o godzinę krócej, acz przezornie ruszył w trasę dopiero o wpół do dwunastej dzięki czemu nie musiał na mnie zbyt długo czekać. Blisko 23-kilometrowy podjazd pod Cime de la Bonette zabrał mu 1 godzinę 44 minuty i 54 sekund przy średniej prędkości 13,132 km/h i VAM 904 m/h. Oglądając nakręcone przez Darka filmy bardzo-krótkometrażowe na „dachu kolarskiej Europy” mocno wiało. Na szczęście mimo znacznej wysokości temperatura była znośna tzn. 18 stopni. Długi zjazd do Jausiers mój kolega rozpoczął po południowym zboczu słynnego „kapelusza”, wróciwszy na północną stronę przez Col de la Bonette (2715 m. n.p.m.). Do Chateauroux-les-Alpes wróciliśmy wschodnim wariantem drogi dojazdowej czyli przez Col de Vars. Na zjeździe do Guillestre prowadzono zakrojone na szeroką skalę roboty drogowe. To zapewne był powód dla którego zabrakło przełęczy Vars na tegorocznym etapie CdDL do Briancon. Wróciwszy do bazy około wpół do piątej mogliśmy „na żywo” zobaczyć jak Alberto Contador przypieczętowuje swój drugi triumf w Tourze zwycięstwem na czasówce wokół Annecy. Wieczór spędziliśmy na spacerze po sennym Saint-Marcellin. Nazajutrz czekać nas miał najtrudniejszy z „prywatnych” etapów tej wyprawy.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Vars & Pra-Loup została wyłączona

Montgenevre & Granon

Autor: admin o 22. lipca 2009

Po relatywnie lekkim wtorku nie zamierzałem się już więcej oszczędzać. Tym bardziej, że 22 lipca mieliśmy pełen dzień do naszej dyspozycji. Wykorzystanie samochodu na niedługi dojazd otwierało zaś przed nami kilka ciekawych alternatyw przy wyborze trasy dziesiątego etapu naszej letniej przygody. Podobnie jak w Sabaudii zwiedzanie rejonu postanowiłem zacząć od wypadu na północ. W tych okolicach interesowały mnie dwa wzniesienia. Na przystawkę podjazd pod przełęcz Montgenevre, zaś jako danie główne znacznie trudniejsza wspinaczka na przełęcz Granon. Pierwsza niższa i „cywilizowana”, będąca częścią popularnego szlaku z Grenoble do Turynu. Druga wyższa i „dzika”, położona na uboczu głównych traktów, u kresu drogi donikąd. Naszą bramą do obu podjazdów miało być Briancon, dobrze znane kibicom kolarskim z wielu relacji w Eurosporcie. Historyczne centrum tej miejscowości leży na wysokości 1326 metrów n.p.m. co czyni zeń najwyżej położone miasto we Francji. Natomiast w całej Europie tylko szwajcarskie Davos może spoglądać nań „z poczuciem wyższości”. Gościłem w tym miasteczku już kilkakrotnie m.in. jako widz na mecie etapu Tour de France 2005 czy też przelotnie jako uczestnik L’Etape du Tour 2006. Jednak dopiero teraz dostałem szansę wjechania do serca tej silnie ufortyfikowanej miejscowości.

Z bazy w Saint-Marcellin wyruszyliśmy około dziesiątej. Po 41 kilometrach szybkiej podróży drogą N-94 dotarliśmy do Briancon, gdzie zaparkowaliśmy w dolnej części miasta, na ulicy Ludwika Pasteura. Nieopodal tego miejsca zaczyna się podjazd pod słynną Col d’Izoard. To wzniesienie nie było jednak na mej „liście życzeń”, gdyż zwiedziłem podczas swych pierwszych wypraw do Francji. Cały dzień mieliśmy spędzić na drogach departamentu o wiele mówiącej nazwie Hautes Alpes czyli Wysokie Alpy. Pod paroma względami był to etap „tylko dla orłów”. Nie chodzi mi przy tym o skalę trudności środowego programu, lecz pułap na którym miała się odbyć nasza przejażdżka. Cała trasa powyżej 1200 metrów n.p.m., zaś Col du Granon miała być dla mnie najwyższym punktem podczas tej wyprawy. Przełęcz ta mimo przelotnej znajomości z „Wielką Pętlą” zajmuje poczesne miejsce w historii Touru. O tym z jakiego powodu będę miał jeszcze okazję wspomnieć. Około godziny jedenastej byliśmy już gotowi do drogi, a naszym pierwszym zadaniem było znalezienie drogi wylotowej z miasta ku włoskiej granicy. Na początek jadąc drogą D-902 przejechaliśmy most nad rzeką Durance i jadąc przez Rue de General Barbot dotarliśmy do znanej nam dobrze szosy N-94. Ta wiła się w górę pod postacią trzech kolejno po sobie następujących miejskich alei aż po Champ de Mars (Pola Marsowe) gdzie przybrała wreszcie nie budzącą wątpliwości nazwę Route d’Italie. Tym sposobem wyjechaliśmy z miasta pokonawszy od startu przewyższenie około 120 metrów. Po trzech kilometrach lekkiego podjazdu czekał nas teraz niemal równie długi, lecz prawie płaski odcinek przed wioską La Vachette.

Dopiero w tym miejscu zaczyna się prawdziwa wspinaczka pod Col du Montgenevre (1854 m. n.p.m.). Góra to niezbyt imponująca jak na alpejskie warunki, lecz mająca swój udział w niejednej historii rodem z Tour de France czy Giro d’Italia. Zazwyczaj występowała w roli przedostatniej premii górskiej na etapach z finiszem we włoskim Sestriere. Z jednym wyjątkiem kiedy zakończył się tu górski odcinek TdF 1976, na którym triumfował Holender Joop Zoetemelk. Na niej też podczas skróconego etapu Touru z 1996 roku swój skuteczny atak po żółtą koszulkę rozpoczął „gęsto-krwisty” Duńczyk Bjarne Riis. Wzniesienie to jest regularne czyli bez znaczących różnic między poszczególnymi kilometrami wspinaczki. W środkowej części podjazdu droga wiedzie po gęsto usianych serpentynach. Nieco trudniejszy od reszty wzniesienia jest ostatni kilometr o średnim nachyleniu 7,3 i maximum 10% na 500 metrów przed rondem gdzie zakończyłem swoją wspinaczkę. Jednym zdaniem: premia górska na miarę drugiej kategorii. Dlatego ruszyłem na nią bardzo energicznie tzn. z mniejszym respektem niż zwykłem mieć wobec alpejskich wzniesień. Wbrew pozorom łatwo nie było, ale trzymałem się dzielnie z równym pulsem na poziomie do 160 bpm. W naszym wydaniu podjazd ten miał 7,34 kilometra przy średnim nachyleniu 6 % czyli 440 metrów przewyższenia. Jego pokonanie zajęło mi tylko 25 minut i 22 sekundy – co oznaczało średnią prędkość 17,361 km/h i VAM 1040 m/h. Darek potraktował to wzniesienie bardzo ulgowo i ten sam odcinek przejechał w ledwie 34 minuty i 31 sekund. Mój kolega postanowił zaoszczędzić jak najwięcej sił na groźnie wyglądający Granon.

Na zjeździe zaskoczył nas deszcz. Z początku ledwie kapuśniaczek, lecz w okolicy La Vachette padało już całkiem obficie. Temperatura spadła momentalnie. Na przełęczy było jeszcze 26 stopni, zaś po kilkunastu minutach u podnóża wzniesienia już tylko 18. Byłem pełen obaw co do tego czy w tych warunkach atmosferycznych uda nam się zdobyć bardzo wysoko położony Granon (2413 m. n.p.m.). Jak wiadomo pogoda w górach bywa kapryśna, na co mieliśmy właśnie najświeższy przykład. Natomiast im wyżej teren jest położony, tym bardziej dramatyczny wymiar potrafi przybrać nagła zmiana aury. Postanowiliśmy przeczekać to załamanie pogody. Stanęliśmy przez chwilę na Polach Marsowych w pobliżu północnej flanki murów obronnych miasta. Następnie zjechaliśmy do samochodu aby zostawić w nim mokre ciuchy. Na szczęście niebo nieco się przejaśniło, zaś temperatura wzrosła do 23 stopni. W tak korzystnych okolicznościach ruszyliśmy w drogę na Granon. Początek identyczny jak przed południem, lecz na trzecim rondzie należało zjechać z Avenue Dauphine by przez Avenue Savoie wjechać na szosę D-1091. Po paru kilometrach skręciliśmy w Rue du Pont-Levis i już byliśmy w Saint-Chaffrey. Roboty drogowe zakłóciły nam nieco poszukiwania początku podjazdu. Jednak po wykonaniu małego objazdu, wkrótce znaleźliśmy się we właściwym miejscu o czym przekonywały nas przydrożne tablice.

We Francji można znaleźć kilka kolarskich wzniesień wyższych od Granon. Mam tu na myśli przede wszystkim wielką trójkę z tradycjami czyli: Bonette, Iseran i Galibier. Przed rokiem do grona tego dołączyła również Col Agnel – na wyścigach częściej pokonywana jednak od włoskiej strony. Niemniej żadna z owych przełęczy nie wystąpiła jak dotąd w roli mety górskiego etapu TdF. Granon pojawiła się na trasie Touru tylko raz, ale od razu w najbardziej eksponowanej roli. Na liście podniebnych finiszy wyprzedza użyte w ostatniej dekadzie XX wieku górskie stacje: Val Thorens w Sabaudii i Arcalis w Andorze. Podczas „Wielkiej Pętli” z 1986 roku ze zwycięstwa etapowego cieszył się Eduardo Chozas. Będący dobrym góralem, acz niegroźnym dla liderów, Hiszpan o niemal sześć i pół minuty wyprzedził Szwajcara Ursa Zimmermanna i Amerykanina Grega Lemonda. Co istotniejsze na jej zboczach dokonał się swego rodzaju przewrót pałacowy. Lemond o przeszło trzy minuty zdystansował swego „kolegę” z ekipy La Vie Claire Bernarda Hinault odbierając mu koszulkę lidera wyścigu. Po tym co zobaczyłem na szczycie ciężko mi sobie w tej chwili wyobrazić by tak wielka machina organizacyjna jaką jest współczesny TdF mogła tu zawitać ponownie w najbliższych latach. Granon podobnie jak słynny Puy de Dome wydaje się być obecnie skazany na pełnienie roli surowego recenzenta możliwości amatorów kolarstwa.

Czekał nas teraz podjazd pod wieloma względami podobny do Mont du Chat. Długi na nieco ponad 10 kilometrów, a przy tym bardzo stromy. Wystarczy zerknąć na profil podjazdu by stwierdzić, iż nie ma tu okazji do wypoczynku. Każdy kilometr „trzyma” na poziomie przynajmniej 8 %. Zresztą nie trzeba sobie wbijać w głowę detali tego wzniesienia. Przy drodze ustawione są kamienne bloki informujące kolarskich śmiałków na jakiej wysokości aktualnie się znajdujemy oraz ile kilometrów zostało jeszcze do przejechania. Pozwala to na obliczenie stromizny pozostałego nam do szczytu odcinka. Darek zaczął wspinaczkę w bardzo nietypowy dla siebie sposób. Przejechawszy Montgenevre „na pół gwizdka” miał spory zasób energii i postanowił mocniej mnie przydusić. Na początku wzniesienia dwa-trzy razy odjechał mi na kilka sekund, więc zacząłem się zastanawiać czy nasze role „lidera” i „challengera” się nie odwrócą. Podjazd był stromy, a więc w teorii sprzyjający zawodnikom lekkim. Co prawda po dziesięciu dniach górskich wojaży ważyłem już tylko 71,5 kilograma to jednak wciąż musiałem wozić po górach blisko 15 kilogramów więcej niż Dario. Pod koniec trzeciego kilometra wróciłem na prowadzenie by nie oddać go już do końca wspinaczki. Udało mi się przy tym nie przeszarżować – na całym podjeździe miałem średni puls 154 bpm, przy maximum 162. Zdecydowanie najtrudniejszy okazał się być ósmy kilometr, rozpoczynający się rekordową stromizną rzędu 18 % i zakończony dwoma „wyskokami” na poziom 14-15 %. W samej końcówce wspinaczki co raz bardziej księżycową scenerię ożywiały eleganckie domy z kamienia.

Gdy dotarłem na szczyt mym oczom ukazało się pustkowie. Na nim tylko szutrowy parking, stos barierek i tablica informacyjna. Zdobycie „Jej Wysokości” zajęło 55 minuty i 43 sekundy po przejechaniu 11,4 kilometra dystansu oraz 1053 metrów przewyższenia. Jechałem, więc z przeciętną prędkością 12,276 km/h i jak na me możliwości wysokim VAM 1133 m/h przy średnim nachyleniu podjazdu 9,23 %. Darek nieco osłabł w samej końcówce wykręcając czas 58 minut i 52 sekundy. Pomimo wysokości blisko 2500 metrów n.p.m. oraz wcześniejszego deszczu temperatura na przełęczy była całkiem przyjemna tzn. 20 stopni. Na zjeździe nie mogliśmy się rozpędzić więcej jak do 50 km/h. Po pierwsze szosa była na to zbyt wąska. Poza tym u góry wiał mocny wiatr, zaś w dolnych partiach ochotę do szybszej jazdy odbierały liczne zakręty. Po powrocie do Briancon zachciało nam się wzorem profich podjechać do starej części miasta. Byłem już nieźle umęczony i na stromej Avenue de la Republique (max. 13 %) nie dotrzymałem kroku Darkowi. Mój kolega był pełen energii również wewnątrz warownego grodu, będącego dziełem markiza Vauban. Ze względu na dużą liczbę pieszych turystów odpuściliśmy sobie podjazd po kostce w górę Grand Rue, który zwykł wieńczyć etapy Touru, Dauphine i Giro.  Postanowiliśmy dojechać do najwyższych partii owej starówki wzdłuż prawej flanki murów. Przeszła  mi na to ochota gdy stromizna zaczęła sięgać 20 %. Darek pojechał jeszcze wyżej, zaś ja zjechałem szybciej do samochodu. Byłem wystarczająco ukontentowany swą postawą na obu górskich premiach. W sumie przemierzyłem 66 kilometrów o łącznym przewyższeniu 1917 metrów.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Montgenevre & Granon została wyłączona

Les Orres

Autor: admin o 21. lipca 2009

Wtorek 21 lipca przynajmniej z dwóch względów musiał być najłatwiejszym z trzynastu etapów naszego prywatnego Tour de France. Po pierwsze byliśmy dzień po wyczerpującym maratonie szosowym. Dystans 170 kilometrów i spektakularny finał w postaci Mont Ventoux zostawiłby ślad nawet w kondycji specjalistycznie wytrenowanego zawodowca. Tym bardziej, więc musiał odcisnąć swe piętno na zdrowiu dwóch amatorów z przerostem ambicji. Rozsądek podpowiadał wybór luźniejszego odcinka jazdy lub nawet zupełny odpoczynek. Przy moim podejściu do temat ta druga opcja nie wchodziła jednak w grę. Drugim ważnym powodem do opracowania pewnego planu minimum była konieczność odbycia kilkugodzinnego transferu samochodem. Musieliśmy wszak przed południem opuścić gościnne progi Gite Chenavari i przejechać około 215 kilometrów w kierunku wschodnim, ku Wysokim Alpom gdzie wyznaczyłem nam nocleg na trzecią część dwutygodniowej wycieczki. Gwoli ścisłości rzuciłem jedynie hasło: „okolice Embrun”, chcąc obskoczyć co ciekawsze podjazdy w rejonie Briancon, Barcelonette i Gap. Natomiast ów ogólny plan dopięła w szczegółach Basia, znajdując dla nas za pośrednictwem miejscowej koleżanki apartament nieopodal wioski Chateauroux-les-Alpes.

Ponieważ w tym terenie nie mogliśmy liczyć na luksus w postaci autostrady czekała nas kilkugodzinna podróż. Dlatego postanowiliśmy ruszyć w drogę zaraz po śniadaniu. Opuściliśmy Gite Chenavari około dziewiątej, lecz zanim zjechaliśmy do Rochemaure zatrzymaliśmy się na kilkanaście minut by z bliska przyjrzeć się imponującym ruinom tutejszego zamku. Jakkolwiek żal mi było opuszczać tak urocze okolice w duchu cieszyłem się, że po raz ostatni jadę po tej wąskiej drodze do miasta, która każdego kierowcę musiałaby kosztować odrobinę nerwów. Pięć godzin później pełen spotęgowanych wrażeń podobnego typu mogłem ją już jednak wspominać jako nieszczególnie trudny odcinek specjalny. Po raz ostatni przejechałem Rodan, który w tym roku mnie „prześladował” podczas obu górskich wypraw. Objechaliśmy Montelimar od południa i drogą nr 941 przez Valreas dotarliśmy do leżącego pośród oliwnych gajów Nyons. Poznaliśmy je z Darkiem dzień wcześniej podczas wyścigu. Tym razem mogliśmy na chwilę przystanąć i zrobić kilka zdjęć, albowiem to prowincjonale miasteczko ze wszech miar zasługiwało na odrobinę uwagi. Przez około pół godziny jechaliśmy po trasie L’Etape du Tour. Musieliśmy jednak trzymać się do końca nr 994 by przez przełęcz Saulce oraz miejscowości Serres i Veynes dojechać do Gap. Na obrzeżach tego miasta nawiedziliśmy supermarket. Przed udaniem się w górskie ostępy trzeba było kupić żywność na kilka następnych dni. Dalej zaś drogą krajową N-94 przez Chorges, Savines-le–Lac i położony na skalnym zboczu Embrun dotarliśmy w końcu do Chateauroux-les-Alpes, po drodze przejeżdżając nad lazurowymi wodami sztucznego jeziora Serre Ponton. Akurat ten odcinek francuskich Alp poznaliśmy już trzy lata wcześniej, podczas pierwszego startu w L’Etape du Tour na trasie z Gap do L’Alpe d’Huez.

Niemniej dotarcie szosą N-94 na wysokość Chateauroux-les-Alpes było łatwiejszą częścią naszego logistycznego zadania. Następnie trzeba było jeszcze znaleźć w górach po lewej stronie drogi maleńką osadę Saint-Marcellin, położoną na wysokości 1100 metrów n.p.m. Kolejny raz musiałem sobie poradzić z typowo górskim czyli wąskim i stromym odcinkiem specjalnym. W dodatku bardziej szutrowym niż ten prowadzący do Gite Chenavari. O mały włos nie zaklinowałbym się w centrum Saint-Marcellin bez możliwości odwrotu w ciasnym terenie. Jeździliśmy tu i ówdzie, w górę i dół, wypytując o drogę nielicznych mieszkańców tych stron. Okazało się, że dom naszego nowego gospodarza znajduje się dwieście metrów od centrum osady, nieopodal miejscowego cmentarza. Ostatnie metry przed upragnionym celem też miały swój smaczek. Nie można było wjechać z marszu na podwórko z uwagi na ciasny zakręt pod katem 135 stopni. Dlatego trzeba było pojechać trzysta metrów dalej pod górę, tam wykonać nawrót i dopiero zjeżdżając zajechać pod sam dom. Przynajmniej samo lokum wynagrodziło nam trudny owej podróży. Salonik z aneksem kuchennym, duża i mała sypialnia, łazienka i ubikacja – niczego tu nie brakowało, także pod względem wyposażenia w sprzęty AGD. Przed wieczorną przejażdżką pozwoliłem sobie na trzy godziny odpoczynku po męczącej podróży.

Moim celem na ten dzień była górska stacja Les Orres położona w górach Parpaillon, na południowym brzegu rzeki Durance. Nazwa ta zapewne nic nie mówi większości kolarskich kibiców. W trakcie swej ponad stuletniej historii Tour de France zawitał tu tylko raz, ale był to dzień prawdziwej „rzezi niewiniątek”. Sam w sobie nieszczególnie trudny podjazd pod Les Orres wieńczył bowiem królewski odcinek „Wielkiej Pętli” z 1973 roku. Pod nieobecność Eddy Merckxa edycję tą zdominował w stylu godnym „Kanibala” Hiszpan Luis Ocana. Na ósmym etapie z Moutiers do Les Orres kolarze musieli przejechać 237,5 kilometra i jeszcze przed finałowym wzniesieniem pokonać przełęcze: Madeleine, Telegraphe, Galibier i Izoard o łącznym przewyższeniu ponad 4700 metrów! Jadący w koszulce lidera Ocana uciekł wraz z Jose-Manuelem Fuente już na Galibierze. Swego rodaka wyprzedził na mecie o 58 sekund. Pozostałych rywali wprost znokautował. Wystarczy powiedzieć, że Francuzi: Martinez i Thevenet stracili blisko siedem, Perin ponad dwanaście, zaś reszta peletonu przynajmniej dwadzieścia minut! Zamarzyło mi się zobaczyć arenę owej demolki. Czasu miałem niewiele. Na szczęście do podnóża owego wzniesienia mogłem dotrzeć na rowerze, bez potrzeby ponownego wsiadania do auta.

Wyjechałem z domu dopiero o godzinie 18:30 i na pierwszych 15 kilometrach miałem przede wszystkim z górki. Najpierw bocznymi drogami przez Chateauroux-les-Alpes zjechałem do Embrun. Następnie po paru minutach błądzenia po starym centrum miasta wróciłem na Avenue Justine Gras i po tej ulicy zjechałem ku rzece Durance – położonej jakieś 300 metrów niżej niż Saint-Marcellin. Chwilę później minąłem rondo u zbiegu mego szlaku z „krajówką” N-94 i od tego miejsca mogłem zacząć wspinaczkę ku Les Orres (1650 m. n.p.m.). Pierwsze 1750 metrów podjazdu przed wioską Baratier okazały się bardzo przyjemne. Średnie nachylenie tylko 3,5 % czyli teren w sam raz na rozgrzewkę. Za Baratier czekał mnie solidny odcinek 3200 metrów o średniej stromiźnie 7 % i dla oddechu łatwiejszy szósty kilometr o średniej ledwie 4,6 %. Potem znów trudniejszy fragment drogi tzn. 3400 metrów o średniej 7,3 % i raz jeszcze coś łatwego czyli 1100 metrów o przeciętnej 3,8 %. Jako, że góra nie była szczególnie stroma starałem się możliwie najdłużej jechać na dość twardym przełożeniu 39×21. Nie było o to łatwo, albowiem byłem wyraźne podmęczony startem w L’Etape. Najlepiej świadczy o tym fakt, iż na całej górze mój puls osiągnął maksymalną wartość tylko 159 bpm. W sumie rozpoczęta przy rondzie przeplatanka łatwiejszych i trudniejszych odcinków miała długość 10,48 km o średnim nachyleniu 6,2 %. Tą część podjazdu pokonałem w czasie 36 minut i 45 sekund przy prędkości 17,2 km/h. W tym też miejscu mógłbym skręcić w lewo ku wiosce Les Orres, gdzie jak przypuszczam wyznaczono metę pamiętnego etapu TdF 1973. Skądinąd wiem bowiem, że finiszowano wówczas na wysokości 1496 metrów n.p.m.

Ponieważ jednak w przeciwieństwie do nieszczęsnych uczestników owej „Wielkiej Pętli” nie miałem za sobą czterech wielkich przełęczy, mogłem sobie pozwolić na przedłużenie wspinaczki aż do stacji górskiej Les Orres – Pramouton. Kolejne przeszło dwa kilometry były niemal zupełnie płaskie i przypominały „siodło” ze swym najniższym punktem przy osadzie Les Ribes. Dopiero na finałowym odcinku niespełna 2600 metrów należało się ponownie wysilić, gdyż miał on średnie nachylenie 6,8 %. Pramouton nie jest dużym ośrodkiem, lecz zrobiło na mnie lepsze wrażenie niż np. znacznie bardziej znane Avoriaz. Całe wzniesienie ma 860 metrów przewyższenia i 15,2 km długości co daje mu umiarkowane średnie nachylenie 5,65 %. Pokonałem je w 51 minut i 7 sekund czyli z przeciętną prędkością 17,841 km/h oraz VAM 1009 m/h. Gdy dotarłem na szczyt była już godzina 19:50. Temperatura utrzymywała się na poziomie 22 stopni pomimo wysokości bezwzględnej przerastającej naszą Śnieżkę. Zabawiłem tam ledwie dwie minutki, bardziej z obawy przed zmierzchem niż chłodem. Szybko rozpocząłem zjazd, na którym tradycyjnie pozwoliłem sobie jednak na kilka fotograficznych przystanków. W dolinie spory kawałek powrotnej drogi przejechałem dla zyskania czasu po szosie N-94. Gdy z niej odbiłem pozostał mi jeszcze „na dobranoc” podjazd do naszej nowej bazy tzn. finałowa wspinaczka z poziomu 930 na 1100 metrów n.p.m. Najpierw 900 metrów na wprost do Chateauroux-les-Alpes. Potem 500 metrów wytchnienia i kolejne 1400 metrów po krętej i momentami szutrowej dróżce do Saint-Marcellin. Oba odcinki krótkie, acz chwilami przekraczające nachylenie 11 %. Na początku drugiego  „schodka” dogoniłem Darka, który wyjechał na rower godzinę po mnie. Przemierzył on jedynie swe regeneracyjne 20 kilometrów do Embrun i z powrotem. Mój wieczorny dorobek był znacznie pokaźniejszy tzn. blisko 57,5 kilometra dystansu oraz 1199 metrów przewyższenia – śladami Luisa Ocany i jego ofiar.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Les Orres została wyłączona

L’Etape du Tour – cz. II

Autor: admin o 20. lipca 2009

Oczywiście zdawałem sobie sprawę jak trudną góra jest Mont Ventoux. Nie jedną historię o niej czytałem, nie jeden etap Touru czy Dauphine z jej udziałem widziałem. Profil podjazdu znałem na pamięć. Teraz trzeba było teorię przełożyć na praktykę. Jakieś 700 metrów za bufetem minąłem matę z punktem pomiaru czasu. Z tego miejsca oficjalnie zaczynał się podjazd, na którym każdemu uczestnikowi liczono czas cząstkowy, publikowany potem tak na stronie internetowej jak i okolicznościowym dyplomie. Początek wzniesienia łatwy i nie zdradzający skali trudności całego wzniesienia. Pierwsze 5,5 kilometra ma średnie nachylenie tylko 4,1 % przez co nie wyróżniało się na tle owych kilku górek, które miałem już w nogach. Przejechałem ten odcinek dość szybko bo w 16 minut i 19 sekund przy średniej prędkości 20,6 km/h. Do szczytu pozostawało jednak jeszcze 16 kilometrów i każdy z nich trudniejszy niż łagodny wstęp, będący podstępnym zaproszeniem do pojedynku z Prowansalskim Olbrzymem. Od poziomu 560 metrów n.p.m. zaczęła się kolarska „Golgota”, dłuższa niż cały L’Alpe d’Huez – najsłynniejszy z alpejskich podjazdów. Wjechaliśmy w suchy sosnowy las i zaczęło się piekło. Szybkość od razu mi siadła i to niemal dwukrotnie. Każdy kilometr na poziomie 9, 10, a nawet 11 %. Z początku jechałem jeszcze na przełożeniu 39×24, ale prędko wyczułem że jedyną nadzieją na przetrwanie będzie tryb 27. Wszyscy wokół mnie walczyli z własnymi słabościami. Niektórzy o przetrwanie. Ci co nie mogli już dłużej przepychać korb robili sobie przystanki na poboczu drogi.

Męcząc się niemiłosiernie pod morderczym słońcem z zazdrością spoglądałem na biwakujących obok drogi turystów. Oni siedzieli sobie z rodzinami jedząc i wino pijąc. Ja zaś i mi podobni „szaleńcy” porywałem się z motyką na słońce, dobywałem resztek sił z najgłębszych pokładów swej energii. Minąłem niewiastę, która tak ochoczo hasała u podnóża Mont Ventoux. W polu widzenia miałem też gościa o zbliżonym do mojego numerze startowym, więc zastanawiałem się czy to przypadkiem nie ktoś z „polskiego obozu”. Niemniej w tak ciężkich chwilach nie warto wzorować swej jazdę na rytmie któregoś z sąsiadów. Trzeba znaleźć swój własny sposób na przeżycie kryzysowych momentów. Przyznaję, iż myślałem o tym by przystanąć na minutkę lub dwie, jak czyniłem to niegdyś podczas wspinaczki pod L’Alpe d’Huez. Myśli o chwilowej kapitulacji kłóciły się z ideą obronną, która zakładała wytrwanie przynajmniej do Chalet Reynard. Tam czekać miał na nas bufet z bezcenną w tych warunkach wodą oraz nieco łatwiejszy odcinek trasy,  pozwalający na złapanie właściwszego rytmu jazdy. Realizacja tego planu łatwa nie była. Przy jeździe z prędkością 10 km/h każdy kilometr to sześć minut męki, zaś 5 kilometrów oznaczało, iż do swej wymarzonej oazy miałem jeszcze pół godziny drogi. Tymczasem na niespełna 9,9 kilometra przed szczytem stromizna sięgnęła przez chwilę 15 %, by po 350 metrach skoczyć raz jeszcze do 13 %. W takich momentach mój licznik przechodził na tryb „jednocyferkowy” wskazując prędkość 8-9 km/h. Mimo wszystko udało mi się bez przystanków, w tempie jednostajnie-spowolnionym dotrzeć do wodopoju przy Chalet Reynard.  Pokonany właśnie morderczy środek podjazdu miał 9,5 kilometra przy średnim nachyleniu 9 %. Bardzo ciężki, ale sam w sobie bynajmniej nie trudniejszy od Mont du Chat czy czekającej mnie w najbliższą środę przełęczy Granon. Jednak jako się rzekło finałowy podjazd w ramach długiego wyścigu to zupełnie inna bajka niż podobne wzniesienie na pełnej świeżości. Ten arcy-trudny środek przebyłem w dużej mierze siłą woli w 56 minut i 10 sekund przy średniej prędkości 10,2 km/h.

Na szerokim łuku drogi przy Chalet Reynard zjechałem na lewo by z rąk wolontariuszki vel anioła miłosierdzia dostać życiodajny napój. Pół litra do bidonu. Trochę wody „z gwinta”, a reszta litrowej butelki na czoło i kark. Na całym tym zabiegu zmarnotrawiłem 45 sekund czyli wszystkie tego dnia przystanki na trasie zabrały mi około trzech minut. Dłużej odpoczywać nie zamierzałem, jako że ostateczny cel mej podróży widać już było w oddali po lewej stronie widnokręgu. Napojony i ożywiony przez kolejne półtora kilometra byłem w stanie jechać z prędkością przynajmniej 12 km/h. Potem jednak szosa  stała się nieco bardziej stroma, acz nie tak uciążliwa jak w sosnowym gaju. Znów zacząłem przepychać, lecz tym razem bliskość mety dodawała mi skrzydeł. Do szczytu brakowało niespełna pięć, cztery, trzy kilometry i najgorsze było już za mną. Mistral z uwagi na swą porywczość owiany w tym miejscu złą sławą, akurat tego dnia był naszym sprzymierzeńcem. Dmuchał łagodnie i raczej w plecy niż w czoło. Wiedziałem już, że bez kłopotów dojadę do mety w niezłym czasie, acz Bóg jeden raczy wiedzieć na jakim miejscu. O tym, że przeliczyć się można z siłami nawet u samych bram kolarskiego Olimpu przypomniała mi skulona sylwetka pewnego młodzieńca, który na kilometr przed obserwatorium siedział bezsilny przy swym rowerze, niezdolny do dalszej jazdy. Ostatnie półtora kilometra z uwagi na swą stromiznę mogło obudzić ledwie minione złe wspomnienia,. Niemniej bliskość mety dodawała mi sił i entuzjazmu do dalszej jazdy na granicy swych możliwości. Poza tym owa najsłynniejsza tercja wzniesienia okazała się być znacznie łatwiejsza od „piekielnego lasu” poniżej Chalet Reynard. Trzeba tu było pokonać odcinek 6,25 km przy średnim nachyleniu „tylko” 7,3 %. Wspinaczka w księżycowej scenerii zajęła mi 35 minut i 4 sekundy przy prędkości 10,6 km/h. Na ostatnich stu metrach zdobyłem się jeszcze na przyśpieszenie by po stromym zakręcie wyprzedzić pewnego Francuza.

Dotarłem do miejsca przeznaczenia. Zdobyłem Mont Ventoux po 1 godzinie 48 minutach i 14 sekund ciężkiej walki. Zanotowałem średnia prędkość 11,9 km/h na górze o długości 21,24 km i stromiźnie 7,8 %. Wskaźnik VAM skromny niczym zapas mych sił u kresu wspinaczki czyli 882 m/h. Patrzyłem teraz w dół na długą wstęgę drogi, a na niej ludzkie mrówki mozolnie pnące się ku mecie wyścigu. Na szczycie było kilkadziesiąt osób, między nimi VIP czyli sensacyjny zwycięzca Tour de Suisse z 1997 roku Christophe Agnolutto. Odsapnąłem kilka minut i udałem się na drugą stronę góry. Czekał mnie teraz 6-kilometrowy zjazd do Mont Serein, gdzie na wszystkich uczestników czekał bufet, zaś dla asów przewidziane były dekoracje oraz owacje publiczności. Wykonałem dwa-trzy telefony do kraju, poszukałem sobie zacienionego miejsca do odpoczynku. Bufet okazał się kompletną porażką, stąd też postanowiłem poszukać szczęścia na małych stoiskach z prowansalskimi specjałami.  Najbardziej przypadł mi do gustu naturalny sok śliwkowy sprzedawany w dużych butlach. Wróciłem do rozdroża przy wjeździe na teren Mont Serein by spotkać Darka, lecz okazało się że zaczął on już zjeżdżać ku Malaucene. Ze znajomych twarzy rozpoznałem tylko sławnego Erika Zabela, który przejechał trasę całego wyścigu w towarzystwie swego niemieckiego kolegi. Zbyt dużo osób kręciło się jednak wokół ostatniego „Księcia San Remo” bym i jemu mógł strzelić dobrą fotkę. Pozostało mi tylko zjechać do parkingu, co z butelką po soku w dłoni i mnóstwem samochodów wokół nie należało do łatwych zadań. Obyło się jednak bez złych przygód i jakiś kwadrans po piętnastej byłem już przy samochodzie. Darek krążył od jakiegoś czasu po miasteczku i po krótkiej rozmowie telefonicznej namierzył miejsce postoju. Zadowoleni ze swego występu i bogatsi o moc wrażeń ruszyliśmy w drogę powrotną.  Do naszej „przystani” wróciliśmy około osiemnastej, po drodze tankując do pełna z myślą o poniedziałkowej podróży. Nazajutrz czekał nas bowiem przeszło 200-kilometrowy transfer w nieznane do naszej trzeciej bazy noclegowej. W Gite Chenavari odpoczęliśmy ledwie godzinkę i już o dziewiętnastej zjechaliśmy do Rochemaure. Przede wszystkim chcieliśmy zażyć trochę francuskiej kuchni, a przy tej okazji poznać uroki owego miasteczka. Darkowi potrawy z restauracji nie wystarczyły i zaserwował sobie jeszcze ryżową dokładkę w wietnamskim barze, aby odzyskać kalorie stracone podczas niemal 7-godzinnego wyścigu.

Dokładne wyniki 17. L’Etape du Tour poznałem dopiero po powrocie do kraju, acz z cennymi informacjami zadzwonił do mnie jeszcze podczas pobytu we Francji Piotrek Mrówczyński. Z kolei Jurek Plieth pogratulował mi „zwycięstwa” nad Zabelem. Rzecz jasna między bajki można włożyć teorię, iż młody-emeryt z Berlina, tak mocno podupadł kondycyji, iż 649 miejsce na mecie było szczytem jego aktualnych możliwości. Tym bardziej, że starsi od niego ex-profi potrafili ukończyć te zawody w pierwszej czy drugiej setce klasyfikacji generalnej. Jak się okazało w wyścigu zająłem 460 pozycję z czasem 6 godzin 36 minut i 17 sekund, lecz faktycznie przebywałem na trasie „tylko” 6 godzin 23 minuty i 49 sekund, z czego 1 godzinę 48 minut i 14 sekund zajęło mi pokonanie Mont Ventoux. Obiektywnie czyli według realnego czasu byłem na 405 miejscu. Zanotowałem średnią prędkość 26,606 km/h, jeśli wziąć pod uwagę oficjalny dystans 170,2 kilometra. Mój licznik oszacował bowiem odległość między Place Max Dormoy w Montelimar a Obserwatorium Mont Ventoux bardziej optymistycznie tzn. na 171,6 kilometra. Wypadłem lepiej niż w swym alpejskim debiucie z 2006 roku, lecz zarazem nieco słabiej niż na pirenejskim maratonie sprzed dwóch lat. Darek przebywał na trasie 6 godzin 52 minuty i 40 sekund. Niemniej pod Mont Ventoux wspinał się przez 1 godzinę 46 minut i 33 sekund czyli blisko dwie minuty szybciej ode mnie. Co więcej dokonał tego pomimo kłopotliwego defektu w postaci pękniętej szprychy na zjeździe z Col du Notre Dame-de-Abeilles. Wyścig wygrał zaś Dimitri Champion w czasie 5 godzin 11 minut i 30 sekund, który z finałowym podjazdem zmagał się jedynie przez 1 godzinę 9 minut i 26 sekund. Wygrał nie byle kto. Albowiem ten 26-letni zawodowiec z kontynentalnej grupy Bretagne-Schuler trzy tygodnie wcześniej dokonał znacznie większego wyczynu. Na trasie w bretońskim Saint-Brieuc niespodziewanie wygrał bowiem wyścig o Mistrzostwo Francji zawodowców. Niemniej będąc członkiem słabiutkiej ekipy nie mógł liczyć na start w wielkim Tour de France. Być może dostanie na to szansę już w 2010 roku, gdyż tej zimy podpisał kontrakt z drużyną Ag2R.

Wśród pań zwyciężyła Magdalena Saint Jean, która na pokonanie 170-kilometrowej trasy i 3572 metrów przewyższenia potrzebowała tylko 5 godzin 47 minut i 35 sekund, co w klasyfikacji open dało jej 74 lokatę! W sumie szybciej ode mnie pojechały trzy niewiasty, dwie kolejne uzyskały czasy minimalnie powyżej 6 godzin. Dwanaście lat temu wyścig ten wygrał w kategorii A (18-29 lat) nasz Grzegorz Gwiazdowski. Tym razem polskie nazwisko trafiło w poczet zwycięzców za sprawą Zbigniewa Kraśniaka, który ścigał się po polskim szosach wraz z pokoleniem Czesława Langa. W 1979 roku ukończył na piątym miejscu wyścig Dookoła Polski, zaś już na emigracji tzn. w sezonie 1983 wygrał cenioną w amatorskim świecie etapówkę Circuit de Mines. Jego córka Julie Krasniak kontynuuje tradycje rodzinne, z powodzeniem ściga się na rowerach górskich i szosowych będąc dwukrotną mistrzynią Francji w jeździe indywidualnej na czas. Tymczasem 52-letni senior rodu Kraśniak na trasie L’Etape zajął 39 miejsce, będąc najlepszym w kategorii D (czyli 50-59 lat) z czasem wyścigu 5 godzin 37 minut i 24 sekundy. Z grona byłych profesjonalistów poza Zabelem w oceanie anonimowych amatorów pokazali się: Laurent Brochard (16 miejsce w czasie 5h 44m 31s), Steven Rooks (142 miejsce – 6h 2m 48s) oraz wspomniany już przez mnie Agnolutto (165 miejsce – 6h 6m 21s). Na trasie nie zabrakło jak co roku 54-letniego ex-arcymistrza Formuły 1 Alaina Prosta, który przyjechał do mety na 257 miejscu z czasem 6h 17m 25s. Gdyby dane mi było wystartować z sektora „pole position” to w końcu dałbym pewnie radę wyprzedzić tego asa nie tylko czterech kółek. Do mety dotarli też moi znajomi czyli: Bogdan, Konrad i Zdzisiek. Ta sztuka nie udała się tylko Alainowi, który dał za wygraną w połowie finałowego wzniesienia. Z trasy wycofało się około dwóch tysięcy osób, jak można wnosić z faktu, iż linię mety przejechało 7396 uczestników tej imprezy. Ostatni kolarz-turysta dotarł na Mont Ventoux 11 godzin 5 minut i 38 sekund po porannym starcie w Montelimar.

Napisany w Gran Fondo | Możliwość komentowania L’Etape du Tour – cz. II została wyłączona

L’Etape du Tour – cz. I

Autor: admin o 20. lipca 2009

Nadszedł w końcu dzień, którego oczekiwaliśmy od tygodnia. Dla mnie trzeci, zaś dla Darka drugi start w L’Etape du Tour – razem jechaliśmy przed trzema laty w alpejskiej edycji na trasie z Gap do L’Alpe d’Huez. Jak przystało na imprezę tego typu poranny start zmusił na nas do pobudki o godzinie piątej. O wpół do szóstej śniadanie przygotowane przez naszą gospodynię dla czterech kolarzy, którzy zalęgli się tego weekendu pod jej dachem. Oprócz naszej dwójki do startu w L’Etape szykowali się tu również dwaj starsi panowie m.in. Belg przybyły do Prowansji w ramach wakacyjnej podróży z małżonką. Kilka minut po szóstej ruszyłem do Montelimar. Darek nie martwiący się o miejsce startowe podążył moim śladem po kwadransie. Na krętym zjeździe do Rochemaure, który w półmroku prowadził po chropowatej szosie, tu i ówdzie przyprószonej żwirem modliłem się tylko by nie przebić dętki. Po dojechaniu do mostu nad Rodanem dostrzegłem pierwszego kolarza, który zmierzał w tym samym co ja kierunku. Wkrótce pojedynczo i grupkami z bocznych dróg zaczęli się dołączać inni tak, iż jeszcze przed wjazdem do miasta stanowiliśmy około 20-osobową grupę. Organizator przewidział wystrzał startera o godzinie siódmej. Oczywiście była to realna pora wylotu tylko dla stojących w pierwszych rzędach faworytów imprezy oraz różnej maści VIP-ów jak ex-profi, przedstawiciele sponsorów lub ludzie sławni z innych dziedzin życia. Do wyścigu zapisała się rekordowa liczba aż 9500 uczestników z 50 krajów, w tym 3230 osób spoza Francji. Cały ów mega-peleton został podzielony na osiem sektorów, z których każdy liczył sobie od 600 do 1500 kolarzy. Sektory zamykano już około wpół do siódmej. Na szczęście Montelimar leżące na wysokości 120 metrów n.p.m. należy do najcieplejszych miast we Francji, dzięki czemu bezczynnie oczekując na swój start mimo poranka mogliśmy cieszyć się przyjazną temperaturą 17 stopni.

Podobnie jak dwunastu innych Polaków spośród 28-osobowej grupy zapisanej na wyścig za pośrednictwem agencji „cycling holidays” mego kolegi Konrada Kucharskiego znalazłem się na starcie w sektorze piątym (przewidzianym dla numerów od 3001 do 4500). Przybywszy na zlot dość wcześnie znalazłem sobie miejsce z przodu naszej „czerwonej strefy”, więc faktycznie miałem przed sobą kilkaset osób mniej niż mógłby na to wskazywać mój numer startowy 3938. Niestety w tak nieprzebranej masie amatorów kolarstwa mimo kontaktu telefonicznego nie udało mi się odszukać Konrada. Na starcie ani też na trasie nie miałem kontaktu z żadnym z paru znanych mi osobiście członków „polskiej drużyny”. Z daleko posuniętej ostrożności procesowej organizatorzy zarezerwowali na start całego roju cyklistów aż 40 minut i w sumie niewiele się pomylili, bowiem „straż tylna” tego wojska otrzymała pozwolenie na wymarsz po upływie pół godziny. Mój sektor otwarto o godzinie 7:11, zaś po dwóch dalszych minutach przekroczyłem linię startu. Zgodnie z harmonogramem wyścigu czołówka w tym samym momencie była już zapewne w miejscowości Espeluche na ósmym kilometrze trasy. Wszystkich nas czekało teraz 170 kilometrów jazdy po drogach departamentów Drome i Vaucluse z siedmioma dającymi się wyróżnić podjazdami. Sześć pierwszych wzniesień można by śmiało przenieść w polskie Beskidy czy Sudety i na tle naszych gór niczym szczególnym by się one nie wyróżniły. Podobnego zdania byli zapewne włodarze z ASO bowiem tylko cztery z nich postanowili sklasyfikować, w trzech przypadkach przyznając status premii trzeciej kategorii. Cała szóstka razem wzięta nie była równie ciężka jak jedyna w swoim rodzaju, mająca nas dobić na koniec „Góra Wiatrów”. Na trasie przewidziano trzy bufety. Dwa pełne czyli strawa & napitek w Buis-les-Baronnies (na 76 km) i Bedoin (148,5 km) oraz oferujący tylko napoje mały bufet przy Chalet de Reynard (164 km). Z kolei ambicjom „maruderów” zagrażały dwie strefy eliminacji. Pierwsza w Sault (113 km) gdzie trzeba było dotrzeć do 13:00, zaś druga u podnóża Mont Ventoux we wspomnianym Bedoin, którą należało minąć przed godziną 14:50.

Analizując trasę wyścigu przed startem oceniałem ją jako łatwiejszą i dzięki temu szybszą niż dwie poprzednie edycje L’Etape du Tour, w których miałem dotąd okazje wystąpić. Swoje możliwości na takim szlaku oceniałem na sześć do sześciu i pół godziny jazdy. Mając na karku 33 wiosny zaliczony byłem do kategorii B (zawodnicy w wieku do 30 do 39 lat) co oznaczało, iż chcąc sobie zasłużyć na złoty dyplom muszę uzyskać czas max. 6 godzin i 5 minut, zaś do dyplomu srebrnego wystarczy mi czas nawet o trzy kwadranse gorszy. Począwszy od sezonu 2005 przejechałem tuzin podobnych imprez, niekiedy docierając od mety ostatkiem sił. Dlatego będąc dobrego zdania o swych możliwościach po tygodniu spędzonym w Sabaudii, lecz jednocześnie „wiedząc” jak trudne zadanie czeka na mnie na ostatnich 20 kilometrach założyłem sobie realizacje taktyki ambitnej, lecz bez napadów ułańskiej fantazji. Dysponując znacznie wyższym numerem startowym niż w 2007 roku zakładałem, iż niemożliwe będzie osiągnięcie tak wysokie miejsca jak w Pirenejach kiedy to sklasyfikowany zostałem na 313 miejscu, z 325-tym czasem wyścigu. Tym razem celem maximum było dla mnie przedarcie się do strefy top-500, zaś planem minimum miejsce w pierwszym „tysiaku” startujących. Założyłem sobie mocną jazdę tak pod górę jak i na płaskim tzn. przeskoczenie możliwie największej liczby konkurentów na pierwszych 50 kilometrach. Potem zaś włączyć chciałbym tryb oszczędny czyli mocne tempo na podjazdach, lecz raczej chowanie się w peletonach podczas równinnych odcinków i przeskoki między grupkami tylko w dogodnych okolicznościach czyli w jakimś godnym towarzystwie, a więc bez większego nadwątlenia sił własnych.

Na początek kilka zakrętów na ulicach miasta i po chwili wyjazd w kierunku południowo-wschodnim na prowincję. Podczas tego rodzaju masowych imprez trzeba nad wyraz uważnie dbać o swe bezpieczeństwo. Ruch jak w mrowisku. Wielokilometrowy peleton przypomina rzekę, której nurty szybsze i wolniejsze stanowią grupy zawodników jadących z bardzo różną prędkością. Co do zasady ci mocniejsi zgodnie z zasadami ruchu drogowego szukają swej okazji do awansu po lewej stronie szosy, stąd i ja nie raz podłączałem się do takiego pociągu, okazjonalnie występując w roli maszynisty. Najszybciej nadrabianie pozycji szło mi na podjazdach, zaś pierwszy ze wspomnianych sześciu „maluchów” wyrósł przed nami już po kilkunastu kilometrach. Na dzień dobry należało pokonać Cote de Citelle (428 m. n.p.m., na 18 km) – górkę trzeciej kategorii o długości 5,23 km przy średnim nachyleniu 3,9 %. Uporałem się z nią w 13 minut i 12 sekund przy prędkości 24,2 km/h. Potem dość łatwy zjazd, na którym rozwinąłem prędkość do 54 km/h i kolejny mały podjazd – tym razem niesklasyfikowany – w okolicy wioski Rousset-les-Vignes (447 m. n.p.m., na 36 km). Wymiary podobne do Citelle czyli 5,37 km przy średniej 3,1 %. Hopka do pokonania w mocnym tempie i na dość twardym obrocie o czym świadczy moja średnia 29,2 km/h. Pagórek połknięty w 11 minut i 14 sekund.

Wszystko to „przedbiegi”, ale po godzinie jazdy można już się zorientować, który z sąsiadów prezentuje zbliżony do naszego poziomu. To pozwala wziąć paru tego typu „delikwentów” pod lupę, mając ich koszulki za swego rodzaju wyznacznik, w którym miejscu większej grupy warto przebywać by nie znaleźć się po złej stronie w razie pęknięcia naszego oddziału. Do Nyons czyli pierwszego miasteczka na trasie wyścigu dotarliśmy po pokonaniu 44 kilometrów. A jako, że zajęło mi to niespełna blisko 78 minut moja średnia prędkość na odcinku otwarcia wyniosła 34 km/h. Za miastem należało skręcić w lewo by wjechać na 10-kilometrowy odcinek po drodze N-94 w górę rzeki Eygues. Po odbiciu na południe ku wiosce Sainte-Jalle szosa nadal bardzo delikatnie się wznosiła tak, iż jazda w grupie z prędkością ponad 36 km/h nie stanowiła większego problemu. Okazję do kolejnego awansu w wyścigowej hierarchii dała mi druga premia górska trzeciej kategorii czyli Col d’Ey (718 m. n.p.m., na 70 km). Podjazd nieco poważniejszy od dwóch pierwszych. Zbliżony do nich pod względem długości tzn. 6,01 km, lecz bardziej stromy tzn. z przyzwoitą średnią 5,1 i max. 8,2 %. Stąd też wspinaczka choć płynna to nieco wolniejsza czyli 17 minut i 8 sekund przy przeciętnej 21,2 km/h. Zgodnie z ostrzeżeniem podanym przez organizatorów na zjeździe z tej przełęczy trzeba było bardziej uważać. Kilka technicznych, ciasnych zakrętów na wąskiej i nie najlepszej jakości szosie. Straciłem trochę pozycji nie przekraczając w tym miejscu prędkości 49 km/h. Zaraz po zjeździe minąłem pierwszy bufet w Buis-les-Baronnies bez postoju, łapiąc tylko w locie małą butelkę wody.

Po krótkim odcinku na z grubsza płaskim terenie dotarłem do wioski Eygaliers gdzie zaczynał się czwarty tego dnia, acz trzeci klasyfikowany podjazd. Była to Col de Fontaube (635 m. n.p.m., na 92 km) czyli jedyna na trasie premia górska czwartej kategorii. Nieco dłuższa, acz łagodniejsza od Citelle i d’Ey miała bowiem 7,63 km przy średniej 3,4 %. Znowu atak lewą stroną, a gdzie trzeba mały slalom. W sumie 17 minut i 53 sekundy jazdy pod górę przy prędkości 25,9 km/h. Na szczycie Fontaube po raz pierwszy tego dnia można było dojrzeć w oddali ogołocony z drzew wierzchołek Mont Ventoux. Na zjeździe straciłem kontakt ze swoją grupką przez co kilka kolejnych kilometrów na pograniczu Drome i Vaucluse upłynęło mi na desperackiej pogoni pod hasłem „siła złego na jednego”. Jak by tego było mało w tym samym czasie dziabnęła mnie w palec prawej dłoni jakaś osa przysiadła na kierownicy, najpewniej znęcona w to miejsce kroplami słodkiej zawartości bidonu. Koniec końców udało mi się dopaść mój peletonie i wraz z nim rozpocząć piąty podjazd, który prowadził do wioski Aurel (769 m. n.p.m., na 110 km) położonej na płaskowyż przed miasteczkiem Sault. Wzniesienie to nie doczekało się kategoryzacji podczas tegorocznego TdF, choć przewyższenie miało nieco większe niż Citelle, zaś średnie nachylenie wyższe od Fontaube. Jego wymiary to 6,11 km przy średniej 3,6 %. Jego pokonanie zajęło mi 15 minut i 13 sekund przy przeciętnej 24,5 km/h.

Było już wpół do jedenastej i powietrze zdążyło się rozgrzać do 26 stopni (minimalną temperaturę tzn. 14 zanotowałem na Citelle). Upał zaczynał dokuczać i skończyły mi się zapasy wody w bidonie. Dlatego w Sault zatrzymałem się dosłownie na 20 sekund by uzupełnić zapasy. Co ciekawe w miejscowości tej rozpoczyna się trzecie, najmniej znane i nigdy nie wykorzystane na „Wielkiej Pętli” podejście pod Mont Ventoux. Mało atrakcyjne, bo znacznie łatwiejsze od obu zachodnich opcji. Oczywiście wzorem zawodowców z TdF również uczestnicy L’Etape du Tour mieli pogardzić wschodnim obliczem „Góry Wiatrów” i zmierzyć się z Prowansalskim Olbrzymem w jego najbardziej klasycznej postaci. Zanim jednak mogłem przystąpić do tej niezrównanej walki musiałem pokonać ostatniego z sześciu karłów. Parę kilometrów za Sault wśród fioletowych pól lawendy zaczynał się bowiem trzeci podjazd trzeciej kategorii, a mianowicie Col du Notre Dame-de-Abeilles (996 m. n.p.m., na 127 km). Dziwna to góra. Stromy kilometr niemal na dzień dobry, z fragmentem przekraczającym nawet 11 %. Potem zaś pięć na ogół bardzo łatwych kilometrów i na koniec gdy już się wydaje, że wjechaliśmy na szczyt mały „roller-coaster” czyli po kilkaset metrów interwału: dół-góra, dół-góra. W sumie zaś 8,2 km długości przy średnim nachyleniu 4,5 %. Jednym słowem trochę zabawy z przełożeniami. Jak dla mnie 22 minut i 6 sekund wspinaczki przy średniej 22,4 km/h.

Znacznie trudniej byłoby od przeciwnej strony, gdyż zjazd do Villes–sur-Auzon okazał się być bardzo szybki, a niekiedy wręcz niebezpieczny. W sumie blisko 11,5 kilometra „na łeb na szyję”, ze stratą 680 metrów w pionie. W dodatku w kompletnie odsłoniętym, a przez to bardzo wietrznym terenie. Tutaj też osiągnąłem maksymalną prędkość na całym wyścigu czyli 66,6 km/h. Dochodziło południe, więc i temperatura pikowała do 31 stopni Celsjusza. Stąd 12-kilometrowy pagórkowaty odcinek przed Bedoin nie należał do przyjemnych, tym bardziej że znaleźli się harcownicy (a pośród nich niespokojna niewiasta) gotowi zburzyć spokój w grupie, której większość członków niczego bardziej nie pragnęła jak zaoszczędzić odrobinę energii przed tym co miało dopiero nastąpić. Na bufecie w Bedoin postanowiłem nie oszczędzać. Zjadłem ile trzeba, zabrałem zapasy wody – w sumie postój kosztował mnie dwie minuty. Do punktu pomiaru czasu przed finałowym podjazdem dojechałem w czasie 4 godzin 35 minut i 31 sekund czyli ze średnią prędkością 32,729 km/h. Biorąc pod uwagę wynik uzyskany na „siostrzanym” (z uwagi na długość i przewyższenie) wobec Mont Ventoux podjeździe pod Madeleine tego rodzaju górę mógłby pokonać w półtorej godziny. Czyli tym sposobem złamać „złotą barierę” 6 godzin i 5 minut. Jednak jazda na świeżości przy umiarkowanej temperaturze to jedno, zaś podobna wspinaczka po 150 kilometrach wyścigu, w dodatku przy coraz mocniej piekącym słońcu to już zupełnie inna historia.

Napisany w Gran Fondo | Możliwość komentowania L’Etape du Tour – cz. I została wyłączona

Wycieczka do Awinionu

Autor: admin o 19. lipca 2009

W piątkowe popołudnie opuściliśmy chłodną dolinę Maurienne by po trzygodzinnej podróży w cieplejsze strony dotrzeć do naszej drugiej bazy noclegowej nieopodal Montelimar. Jak się okazało wybrana jeszcze przez Piotra Gite Chenavari położona była na przeciwległym względem tego miasta brzegu Rodanu. Jednak o ile przeprawa przez rzekę poszła gładko o tyle odnalezienie gospody ukrytej na wzgórzach ponad Rochemaure nie było już łatwym zadaniem. Nie odbyło się bez wskazówek ze strony mieszkańców owego miasteczka. Gdy już ustaliśmy kierunek finałowych kilometrów trzeba było jeszcze zmierzyć się z samochodowym górskim odcinkiem specjalnym, przy którym wcale niełatwy dojazd do osady La Palaz na terenie Saint-Helene-sur-Isere był błahostką. Tutaj bowiem przez trzy kilometry musieliśmy wspinać się drogą szeroką na półtora samochodu gdzie wymijać inny pojazd można było jedynie w przewidzianych na ten manewr strefach z mini-zatoczkami. Po drodze dodatkową atrakcję stanowił dwukrotny przejazd przez bramę w murach XII-wiecznego kompleksu zamkowego Chateau de Rochemaure. Nasza nowa gospodyni okazała się osobą tyleż cierpliwą, co wyrozumiałą. Po pierwsze czekała na nas niemal do dwudziestej, a po drugie za niewielką dopłatą ad hoc zorganizowała nam dostawkę, albowiem przyjechaliśmy w składzie 3-osobowym, zaś rezerwacja zgodnie możliwościami lokalowym była 2-osobowa. Z podwórza przed Gite Chenavari mieliśmy piękny widok na wijącą się w kierunku południowym niebieską wstęgę Rodanu, zaś w kierunku zachodnim na wzgórze Pic de Chenavari (507 m. n.p.m.). Za nim kryły się zapewne rozliczne wzniesienia departamentu Ardeche – znane mi i Darkowi z przygód na trasie trzydniowego rajdu Ardechoise, który w szerszym gronie przejechaliśmy w czerwcu 2006 roku.

Niedziela 19 lipca była dla nas obowiązkowym dniem przerwy w rowerowych podbojach. Po tygodniu spędzonym w górach Sabaudii miałem już w nogach 570 kilometrów wykręconych po alpejskich szosach. Darek niewiele mniej zważywszy na to, iż odpuścił sobie jedynie wyjazd na Mont Revard. Dystans może umiarkowany, lecz ów „przebieg” miał swój ciężar gatunkowy” w postaci blisko 15.000 metrów przewyższenia. Drakońska to dawka, szczególnie jak na amatora przejeżdżającego rocznie około 10.000 kilometrów. Tym bardziej w zderzeniu z faktem, iż zawodowcy – jakkolwiek w bez porównania większych tempie i stresie – „robią” podczas trzech tygodni Touru czy Giro nie więcej jak 25.000 metrów amplitudy. Rowerowa pauza była wskazana jednak nie tyle z uwagi na ciężki bagaż dotychczasowych doświadczeń, lecz z uwagi na czekające nas jeszcze wyzwania. Po pierwsze poniedziałkowy L’Etape du Tour. Teoretycznie łatwiejszy niż dwie poprzednie edycje, w których brałem udział, ale z finałem na budzącej najwyższy respekt Mont Ventoux. Po drugie po kolejnej próbie swych sił na L’Etape czekało nas jeszcze pięć dni harców i w sumie dziesięć solidnych wzniesień na drogach trzech departamentów w południowej części francuskich Alp. Rowerowa pauza nie oznaczała jednak kompletnego wypoczynku. Po pierwsze należało załatwić przedstartowe formalności w Montelimar. Po drugie w uznaniu dla cierpliwości, wyrozumiałości i kunsztu kulinarnego Basi uznałem, iż trzeba wybrać się na wycieczkę do Awinionu, z którego stuprocentowy turysta w osobie naszej Białogłowy będzie miał znacznie więcej kulturalnego pożytku niż ze zwiedzania niekoniecznie napakowanych atrakcjami górskich kurortów. Po trzecie w końcu chciałem skorzystać z przewidzianej przez organizatorów L’Etape du Tour możliwości pozostawienia samochodu w okolicy mety wyścigu i tym sposobem zapewnić nam możliwie najwygodniejszy powrót do bazy po trudach poniedziałkowej imprezy.

Tym samym teoretycznie wypoczynkowa niedziela została wypełniona od rana do wczesnego wieczora bogatym programem zajęć wszelakich. Po śniadaniu w Gite Chenavari zjechaliśmy do Rochemaure i by przez most na Rodanie wkroczyć na teren departamentu Drome. Jadąc do Montelimar mieliśmy okazję poznać dojazd na start L’Etape du Tour. Szlak do powielenia o brzasku dnia następnego. We wiosce stawiliśmy się około dziewiątej. Na początek załatwiliśmy formalności startowe. Organizacja jak co roku bez zarzutu. Lista startowa podzielona na szereg boxów. Odbiór okolicznościowych plecaków z paroma gadżetami, numerami startowymi oraz przede wszystkim chipami, które należało następnie zarejestrować na odrębnym stanowisku. Kilka minut i po sprawie. Można było zacząć zwiedzać teren. Poranny przyjazd miał swoje plusy i minusy. Z jednej strony umiarkowana liczba spacerowiczów i łatwiejszy wgląd czy dostęp do dóbr wszelakich. Z drugiej strony jednak nie wszystkie punkty sprzedaży ruszyły jeszcze ze sprzedażą czy prezentacją swych towarów. Rynek pełen dóbr rozmaitych dla kolarskiego praktyka. Od rzeczy tanich jak bidony i odżywki poprzez szeroki wybór strojów na artykułach luksusowych jak koła i pełne rowery Looka, Specialized czy Treka skończywszy. Darek po długich przymiarkach zdecydował się na zakup nowego kasku, który swój chrzest bojowy miał przejść na szosach Prowansji. Ja na stoisku przy wylocie z owej wioski nabyłem książką cenną nie tylko z uwagi na treściowo-fotograficzną zawartość, a mianowicie „Tour de France. Le Ventoux. Sommet de la Folie” – autorstwa dziennikarzy z „L’Equipe”. Swój poranny pobyt we francuskiej stolicy nugatów (słodkości produkowanych na bazie cukru, miodu, orzechów włoskich i piany z białek) ograniczyliśmy do ledwie godziny. Około dziesiątej wróciliśmy do samochodu by szlakiem wzdłuż Rodanu wyruszyć ku dawnej siedzibie papieży.

Najkrótsza, 83-kilometrowa trasa z Montelimar do Awinionu prowadzi w dużej mierze po Autostradzie Słońca (Autoroute du Soleil) czyli A-7 łączącej dwa największe – po Paryżu – francuskie miasta: Lyon i Marsylię. Adekwatnie do nazwy tej drogi jechaliśmy w niemal 30-stopniowym upale. U celu przegapiłem zjazd Avignon-Nord wjechaliśmy do miasta od strony południowej. Ponieważ jednak pierwszym punktem naszej wizyty miało być znalezienie dworca kolejowego nie zrobiło to nam większej różnicy. Aby ze spokojną duszą chłonąć atmosferę miasta o przebogatej historii Darek i Basia musieli wcześniej ułożyć sobie plan na swą najbliższą przyszłość tzn. ustalić: czym, za ile i przede wszystkim o której mogą wrócić do Montelimar. Dopiero o tym dworcowym rozpoznaniu udaliśmy się ku centrum, znajdując płatny parking w podziemiach wewnątrz okazałych murów obronnych okalających Stare Miasto. Wyszliśmy z niego w samo południe, niemal od razu na wielki plac znajdujący się przed katedrą Notre-Dame des Doms i Pałacem Papieskim (Palais des Papes) – ponoć największą gotycką budowlą Europy. Awinion stał się tymczasową siedzibą papieży w 1309 roku, choć wtedy jeszcze należał do Królestwa Sycylii znajdującego się we władaniu potężnej dynastii andegaweńskiej – tej samej która w owym czasie rządziła również na Węgrzech, zaś po śmierci Kazimierza Wielkiego chwilowo panowała i nad Wisłą. Dopiero w roku 1348 papież Klemens VI kupił tą posiadłość za 80.000 florenów od sycylijskiej królowej Joanny I. Awinion pozostał własnością Stolicy Apostolskiej na długo po wyprowadzce papieży tzn. aż do roku 1791 kiedy to włączono go do ogarniętej Rewolucją Francji. Z placu udaliśmy się na spacer wąskimi uliczkami starówki. Tłoczno i gwarno było niczym o tej samej porze roku na „Monciaku”, zaś kolorytu atmosferze historycznego centrum dodawały jeszcze występy i pochody trup teatralnych. Trafiliśmy akurat na czas słynnego Festival d’Avignon, organizowanego od 1947 roku, który obecnie trwa trzy lipcowe tygodnie, podczas których prezentowanych blisko tysiąc przedstawień! Na koniec mojej małej rundki do Awinionie zawędrowaliśmy przez słynny z piosenki XII-wieczny most Saint-Benezet. Z tej niegdyś 900-metrowej konstrukcja dziś zostały cztery przęsła i romańska kaplica. Na drugą stronę Rodanu nie sposób po nim się przedostać, ale właśnie ów defekt wynikły z licznych powodzi przyniósł sławę tej budowli jak i poniekąd miastu – w czym widać pewne podobieństwo do losów innej „wpadki architektów”, tej rodem z włoskiej Pizy.

Tej i innym atrakcjom miasta Basia i Darek mogli się przyglądać jeszcze bez mała przez dwie godziny. Ja zaś około trzynastej musiałem wrócić do samochodu, nie bez kłopotów wydobyć się ze wspomnianego parkingu i wyjechać z Awinionu ku Mont Ventoux. Goły wierzchołek tej góry dobrze widziałem z prowadzącej do Carpentras i przerabianej obecnie na autostradę drogi D-942. W mieście tym, acz niewielkim trochę się pogubiłem szukając zjazdu na Bedoin. Po dotarciu do najsłynniejszego z trzech miasteczek u podnóża „Góry Wiatrów” zrobiłem sobie krótki postój na pamiątkowe zdjęcia. Następnie przez położoną na wzgórzu wioskę la Madeleine dotarłem do Malaucene. Tu zaczyna się północno-zachodni podjazd pod Mont Ventoux, mniej znany lecz równie trudny co ten południowo-zachodni od Bedoin. Asy światowego peletonu przerobiły go ostatnio, acz w wersji na trzy-czwarte podczas Paryż – Nicea z 2008 roku na mecie w Mont Serein Cadel Evans ograł Robert Gesinka. Wedle informacji podanej na stronie internetowej tu miał znajdować się parking dla uczestników L’Etape du Tour. Na miejscu okazało się jednak, iż parking jest i owszem, ale w Malaucene! Jednym słowem musiałem zawrócić i zjechać na sam dół, nadrabiając po 15 kilometrów w obie strony i tracąc kilkadziesiąt minut wolnego czasu. Zostawiwszy samochód przyszło mi jeszcze kolejne pół godziny czekać na odjazd przygotowanego przez organizatorów autobusu do Montelimar. Podróż bocznymi dróżkami, może i ciekawa od strony turystycznej, lecz dość mecząca zajęła naszemu kierowcy blisko półtorej godziny.

Przynajmniej Basia z Darkiem mieli szybszy i wygodniejszy powrót. Po spacerze ulicami średniowiecznej metropolii dane im było poznać cud francuskiej techniki – pociągiem TGV dystans dzielący Awinion od Montelimar pokonali w około 40 minut. Ja natomiast potwornie głodny, a więc i zły (zgodnie z przysłowiem) wróciłem na umówione miejsce w Montelimar około wpół do szóstej. Nie mogąc liczyć na posiłek w dopiero co otwieranych na wieczór restauracjach zadowoliłem się kebabem w jednym z arabskich barów. Tam w oczekiwaniu na wymarzony, acz nie wyszukany posiłek zerkałem sobie na wydarzenia kluczowego etapu Tour de France. Alberto Contador wygrał w szwajcarskim Verbier gubiąc Andy Schlecka i nokautując Lance’a Armstronga. Około osiemnastej udało nam się odnaleźć i wspólnie poszliśmy na bardziej treściwy obiad z lodowym deserem. Syci, acz zmęczeni musieliśmy jeszcze opracować jakiś plan powrotu do Gite Chenavari. Chociaż Montelimar dzieli od Rochemaure tylko 6,5 kilometra to między oboma miejscowościami nie było żadnego połączenia kolejowego czy autobusowego. Niby blisko, a jednak tak daleko. Tu departament Drome, tam Ardeche i jedyny szybki środek transportu to samochód. Niestety nasz został na noc w Malaucene. Cóż począć? Trzeba było wziąć taksówkę, która kosztem około 25 Euro (za niespełna 10 km trasy) zawiozła nas pod samą gospodę. Darowaliśmy sobie spacer z Rochemaure do Gite Chenavari. Po całym dniu na nogach nikt z nas nie miał ochoty na trzykilometrowy spacer i pokonanie prawie 200 metrów różnicy wzniesień. Nazajutrz tego typu atrakcji mieliśmy mieć pod dostatkiem.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Wycieczka do Awinionu została wyłączona

Croix de Fer

Autor: admin o 18. lipca 2009

Atmosfera w Sabaudii zdecydowanie się przegrzała. W piątkowe popołudnie nie było już śladu po czwartkowym ukropie. Przez całą noc z piątku na sobotę padał deszcz , a nad ranem wcale nie było lepiej. Ciężkie grafitowe chmury, mgiełka i w najlepszym razie „kapuśniak” z nieba. Nasi gospodarze, z którymi przyszło nam się około godziny jedenastej pożegnać wspomnieli nawet, iż w górach całego regionu na wysokości powyżej 2000 metrów n.p.m. leży świeży śnieg. Zacząłem się poważnie zastanawiać czy  będziemy mogli pokonać ostatni etap pierwszej części mego ambitnego programu. Nie mając specjalnych nadziei na łaskawość niebios zwlekaliśmy z opuszczeniem Saint-Helene-sur-Isere do ostatniej możliwej chwili. Zgodnie z planem chcieliśmy tego dnia ponownie udać się do Saint-Jean-de-Maurienne i wystartować stamtąd na podbój Col de la Croix-de-Fer (2068 m. n.p.m.). Na tym nie koniec. Po zdobyciu przełęczy Żelaznego Krzyża mieliśmy wydostać się z Doliny Maurienne i udać się w długą drogę na południe do naszego kolejnego lokum w pobliżu Montelimar. Tam w poniedziałek czekał nas start w L’Etape du Tour, wyznaczonym na trasie dwudziestego etapu TdF tj. z metą na legendarnej Mont Ventoux. W sumie tego dnia musieliśmy przejechać ponad trzysta kilometrów. Szczęśliwie na rowerach tylko piątą część tej dawki.

Jakkolwiek załamanie pogody mnie zmartwiło to nie miałem zamiaru rezygnować z realizacji swego celu. Skoro przed rokiem nie pokonała mnie burza i śnieg na szwajcarskiej przełęczy Albula, to postanowiłem przynajmniej spróbować szczęścia i w tych było-niebyło lepszych warunkach. Zawsze uważałem, że nie po to decyduje się na pokonanie męczących 1500-2000 km w samochodzie by wycofywać się z podjęcia zaplanowanej próby u samego podnóży tej czy owej góry. Poza tym z Croix-de-Fer miałem swój prywatny rachunek do wyrównania za zimny prysznic z 6 lipca 2006 roku. Wtedy to pomieszkując w Envesin d’Oz na dwa dni przed swym drugim startem w La Marmotte wybrałem się ze Zdziśkiem Wojtyło na popołudniowy trening. W jego trakcie powzięlismy zamiar zdobycia Żelaznego Krzyża od strony południowej tj. po trasie w dużej mierze zbieżnej z pokonywaną na „Świstaku” wspinaczką pod Glandon. Niestety gwałtowna ulewa skłoniła nas do zawrócenia ze szlaku na wysokości około 1600 metrów n.p.m. Teraz miałem wyborną okazję do rewanżu, tym bardziej, że do forsowania Croix-de-Fer mogłem się zabrać od klasycznej tzn. częściej używanej na Tourze północnej strony. Przełęcz ta była w końcu jednym z punktów obwiązkowych na moim wieloletnim planie podboju kolarskich Alp. Na trasie „Wielkiej Pętli” debiutowała już w 1947 roku i jak dotąd  została użyta w tym wyscigu 15-krotnie. Pomimo zbliżonego przewyższenia góra ta w niewielkim stopniu przypomina przerabianą dzień wcześniej stromą 20-kilometrową „Magdalenkę”. Na „Żelaznym Krzyżu” podobna amplituda rozłożona jest na dystansie blisko 30-kilometrów. Cały ten podjazd śmiało można podzielić na trzy-cztery fazy wspinaczki oddzielone od siebie m.in. za sprawą dwóch odcinków niewielkich zjazdów. Dlatego też Croix-de-Fer przypominał mi raczej zaliczony cztery dni wcześniej podjazd do Val Thorens, przy czym był od niego o jakieś 20 % krótszy i mniejszy.

Mimo złych znaków na niebie raz jeszcze okazało się, że do „odważnych świat należy”. Aura nieco się nad nami zlitowała. Co prawda nadal w przestworzach królowały grube chmury, lecz przynajmniej przestało padać. Gdy ciepło ubrani o godzinie 12:10 ruszyliśmy do boju z postoju na ulicy Republikańskiej (Rue de la Republique) było 15 stopni Celsjusza. Wspinaczkę zaczęliśmy już po chwili skręcając na najbliższym skrzyżowaniu w drogę D-110 czyli Avenue de Clapeys. Następnie na drugim rondzie należało skręcić w prawo i poprzez Avenue Samuel Pasquier dostać się na wiodącą ku przełęczy drogę D-926. Pierwsza kwarta wzniesienia o długości 3,87 kilometra i średnim nachyleniu 6,1 % wiedzie nie tylko na Croix-de-Fer, ale zarazem do stacji górskiej La Toussuire znanej z wydarzeń na trasie TdF 2006 i paru najmłodszych edycji Dauphine Libere. Na tym fragmencie trasy wyprzedził mnie żwawy francuski masters w granatowym stroju Castoramy, który zachęcił mnie do wskoczenia mu na koło. Patrząc na lekki strój tego asa założyłem, że nie wybiera się tam gdzie my. Dlatego mając w perspektywie blisko dwie godziny trudów nie skorzystałem z zaproszenia i jechałem dalej swoje, tracąc do niego po 10-15 sekund na każdym kilometrze. Straciłem go z oczu po dojechaniu do Pierrepin gdzie kończy się pierwsza, najkrótsza część podjazdu. Pokonanie tego wstępu zajęło mi 15 minut i 55 sekund (ze średnią 14,6 km/h). Francuz skręcił zapewne w prawo ku Fontcouverte i być może dalej na La Toussuire, gdy tymczasem mnie jak i z wolna rozgrzewającego się Darka czekał teraz mini-zjazd o długości 2,37 kilometra kończący się na wysokości potoku Ruisseau Le Merderel.

Druga kwarta wspinaczki była dłuższa jak i trudniejsza od pierwszej. Wiodła ona krętą drogą z pięknym widokiem na Combe Berard. Skala trudności rosła, zaś temperatura dość szybko spadała. Na wysokości 1000 metrów n.p.m. było już tylko 11 stopni. Wspinaliśmy się pod górę w sumie przez 7,14 kilometra, przy czym pierwsze 5,63 km miało „trudne do przełknięcia” średnie nachylenie 8,5 % i max. ponad 13 %,  zaś kolejne 1,51 km było prawie płaskie. Pokonanie tego odcinka zajęło mi 28 minut i 23 sekundy (ze średnią 13,7 km/h na sztywnym fragmencie i 26,9 km/h gdzie droga wyraźnie odpuściła). Półtorakilometrowe „falsopiano” było zwiastunem kolejnego mini-zjazdu. Ten drugi „odpust” miał zaś długość 1,82 km i kończył się na wysokości około 1200 metrów n.p.m. Dokładnie na rozdrożu Belleville, skąd w lewo przez most nad niewielką tamą odchodzi szlak ku wykorzystywanej na CdDL przełęczy Mollard. W tym miejscu miałem już za sobą 15,2 km wspinaczki na Croix-de-Fer. Byłem na półmetku wzniesienia, pokonawszy 52 % dystansu i tylko 42 % przewyższenia. Pozostałe nam do przejechania 14 kilometrów podzielić trzeba na dwie wyraźne „połówki” z przejściem na ulicach urokliwie położonej wioski Saint Sorlin-d’Arves. Trzecia kwarta wspinaczka to 7,19 kilometra wzdłuż potoku L’Arvan. Przyjemny odcinek o średnim nachyleniu 4,4 %, który pokonałem w 21 minut i 26 sekund podróżując z prędkością 20,4 km/h. We wspomnianym Saint-Sorlin czyli na wysokości około 1500 metrów n.p.m. było już tylko 8 stopni i podnosząc wzrok można było dostrzec przyprószone nocnym śniegiem górskie łąki. Jak się wkrótce okazało biał puch przetrwał na wysokości powyżej 1900 metrów n.p.m. W górnej części owej wioski na prostej drodze otworzyły się przed moimi oczyma wrota do ostatniej kwarty naszej wspinaczki.

Po minięciu ostatnich zabudowań zwężona szosa zaczyna wić się serpentynami. To w tym miejscu przed rokiem ku zgryzocie polskich kibiców Sylwek Szmyd musiał poczekać na przegranego Damiano Cunego. Finałowa kwarta Croix-de-Fer to zdecydowanie nie przelewki, w sumie 6,71 kilometra przy średnim nachyleniu 8 i maximum prawie 12 %. Jej pokonanie zajęło mi przeszło pół godziny, a dokładnie 30 minut i 54 sekund ze średnią 13,1 km/h. Cała góra miała 1503 metry przewyższenia i długość 29,1 kilometra, a więc średnie nachylenie 5,16 %. Jej pokonanie zabrało mi 1 godzinę 44 minuty i 20 sekund  czyli jechałem z prędkością 16,734 km/h, zaś VAM miałem adekwatny do profilu wzniesienia tzn. tylko 864 m/h. Na przełęczy mimo zimowej scenerii zastałem co najmniej kilkanaście osób, choć większość z nich – co zrozumiałe wobec 7 stopni Celsjusza – „zadekowała się” w tutejszej restauracji na parterze Chalet Col de la Croix de Fer. Ja również się tam udałem na gorącą kawę i ciastko. Nadspodziewanie chłodne powietrze z pewnością nie było sprzymierzeńcem mego profesjonalnie „wycieniowanego” kolegi. Stąd też czekać przyszło mi dobry kwadrans, albowiem Darek wspinał się przez 1 godzinę 59 minut i 30 sekund. Na robieniu zdjęć i gościnie pod ciepłym dachem zeszło nam kolejnych 25 minut. Na zjeździe mimo chłodu warto było się kilka razy zatrzymać celem uwiecznienia biało-zielonej scenerii oraz co ciekawszych wytworów natury i człowieka. Dopiero gdy za Pierrepin temperatura zaczęła się zbliżać ku wyjściowym 15 stopniom Celsjusza pozwoliłem sobie na odrobinę szybszej jazdy i docisnąłem do 60 km/h. Około szesnastej było  po sprawie. W nogach mieliśmy 58 kilometrów i 1782 metry przewyższenia – ostatnie chłodne godziny na sabaudzkich szosach. Teraz czekał nas jeszcze 250-kilometrowy przejazd samochodem przez Grenoble i Valence do Gite Chenavari, położonym na wzgórzach ponad wioską Rochemaure, na zachodnim brzegu Rodanu.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Croix de Fer została wyłączona

Madeleine

Autor: admin o 17. lipca 2009

Ponieważ w przeciwieństwie do pokonanego Napoleona cieszyliśmy się niczym nieskrępowaną wolnością osobistą codziennie rano uciekaliśmy z naszej Świętej Heleny … na kolarską włóczęgę po górach Sabaudii. Przez pierwszych pięć dni poznając uroki tego regionu zdążyliśmy poznać trzy strony świata. Najpierw  zrobiliśmy dwie wycieczki na północ, potem dwie kolejne na wschód i w końcu tą najgorętszą ku zachodowi. Na zakończenie pierwszego tygodnia pozostało nam już tylko nawiedzić sabaudzkie południe. W tym celu musieliśmy zapuścić się w głąb Vallee de Maurienne, doliny ciągnącej się wzdłuż rzeki L’Arc długim łukiem od południowych zboczy przełęczy Iseran po ujście wspomnianej rzeki do Izery za miasteczkiem Aiguebelle. W dolinie tej można znaleźć wiele dróg prowadzących ku przełęczom sławnym z dziejów Tour de France. Trzy z nich poznałem już wcześniej dzięki startom w maratonie La Marmotte. Dlatego tym razem moje plany poznawcze ograniczyły się tu jedynie do dwóch, acz najwyższej kategorii wzniesień. Pierwszym z nich miała być Col de la Madeleine (2000 m. n.p.m.) zwana przeze mnie „Magdalenką”, zaś drugą Col de la Croix-de-Fer (2067 m. n.p.m.) czyli „Żelazny Krzyż”.

Dla obu wyborną bazą wypadową było miasteczko Saint-Jean-de-Maurienne, położone 55 kilometrów od naszego lokum w Sainte-Helene-sur-Isere. W zasadzie „mierząc siły na zamiary” co z różnymi skutkami zdarzało mi się w przeszłości można by się pokusić o pokonanie obu tych podjazdów jednego dnia. Niemniej zważywszy na niebagatelną długość każdego z tych wzniesień oraz 12-kilometrowy odcinek w dolinie między podnóżem Croix-de-Fer i Madeleine wymagałoby to pokonania dystansu ponad 120 kilometrów i około 3400 metrów przewyższenia. W dodatku dzień po niewiele łatwiejszym etapie nad Lac de Bourget i ledwie trzy dni przed występem w L’Etape du Tour. W przypadku realizacji tej opcji zyskałbym „wolną sobotę”, do wykorzystania na przejechanie przełęczy: Granier, Cucheron i Porte w Masywie Chartreuse. Wodzony w swych myślach na pokuszenie wybrałem jednak bardziej zdrowo-rozsądkową wersję programu na dzień szósty i siódmy. Dzięki temu w piątek znów mogliśmy sobie pozwolić na bardziej leniwy poranek. Dość powiedzieć, że do Saint-Jean-de-Maurienne dotarliśmy dopiero około południa. Natomiast w drogę ku La Chambre czyli mieściny leżącej u podnóża „Magdalenki” ruszyliśmy dopiero o godzinie 12:15. Na początku czekał nas lekki zjazd po drodze regionalnej D-906 ku autostradzie A-43, a następnie odcinek w dół doliny Maurienne, szosą D-1006 biegnącą prawym brzegiem L’Arc. Pomimo sprzyjającego terenu z uwagi na przeciwny wiatr oraz chęć spokojnej rozgrzewki jechaliśmy wolno bo w tempie 25 km/h po drodze mijając wioskę Pontamafrey-Montpascal.

W centrum La Chambre należało skręcić w prawo na ulicę św. Marcina. Swoją drogą to niezła ciekawostka skąd tylu świętych w jednym z najbardziej zlaicyzowanych państw Europy. Według „google maps” podjazd liczony od tego miejsca zaczynał się na wysokości 470 metrów n.p.m. Madeleine pojawiła się na trasie Tour de France stosunkowo późno, bo dopiero w 1969 roku. Stała się bardzo popularna, albowiem do roku 2005 wystąpiła w Tourze aż 22-krotnie. Teraz już wiemy, że w przyszłym roku po czteroletniej przerwie  powróci na trasę w swej północnej wersji na etapie z metą w Saint-Jean-de-Maurienne. Pierwsze 2900 metrów były relatywnie łatwe, prowadząc prosto w kierunku północnym drogą o średnim nachyleniu 5,4 %. Jednak tuż po minięciu wioski Saint-Martin-sur-la-Chambre góra podniosła nam poprzeczkę i trzeba było sobie poradzić ze stromizną rzędu 12,5 %. Ta chwila nie była jednak ulotna, lecz stanowiła wymowne zaproszenie do prawdziwej walki ze wzniesieniem. Odtąd bowiem za wyjątkiem krótkiego odcinka na przełomie dwunastego i trzynastego kilometra stromizna nie schodziła ani przez moment poniżej 5 %. Po lekkim wstępie kolejne 6300 metrów miało średnie nachylenie 8,4 %, z maximum sięgającym ponad 13 %. Dalej było niemal równie ciężko. Środkowy odcinek podjazdu o długości 5600 metrów miał średnie nachylenie 7,7 %, zaś finałowe 5300 metrów za Longchamp „trzymało fason” na poziomie 7,5 %. Cała wspinaczka miała zaś długości 20,07 km i budzące szacunek średnie nachylenie 7,6 %. Wytrzymałem ją w dobrym zdrowiu. Odczyt z pulsometru wyjawia, iż od momentu gdy pod koniec drugiego kilometra po raz pierwszy wszedłem na pułap ponad 150 uderzeń serca na minutę przez kolejnych 18 kilometrów jechałem z wartościami od 138 do 162 uderzeń i średnią 153 bpm.

W końcówce do nieco większego wysiłku zostałem zmuszony przez ambitnie goniącego Darka. Podobnie jak na Colombiere zapragnął on mocniej nadepnąć mi na pięty. Ostatecznie na górę wjechałem w czasie 1 godziny 28 minut i 30 sekund co dało średnią 13,606 km/h oraz wartość VAM rzędu 1037 m/h wobec przewyższenia 1530 metrów od centrum La Chambre. Darek wspinał się zaś przez 1 godzinę 29 minut i 10 sekund, przy czym licznik mego kolegi ocenił rozmiar „Magdalenki” na 19,98 km. Po kwadransie na górze z przełęczy wygonił nas zrazu lekki deszcz.  Nieśmiały zwiastun mającego dopiero nadejść załamania pogody. Zanim zjechaliśmy do Longchamp padało już całkiem mocno, zaś temperatura spadła z 23 stopni na przełęczy do 16 stopni w tejże stacji górskiej znanej z tegorocznych zmagań na trasie Criterium du Dauphine Libere. Na blisko 10 minut przerwaliśmy więc zjazd by cieplej się ubrać i przeczekać najgorsze. Gdy deszcz ucichł spokojnie zjechaliśmy do La Chambre, z uwagi na mokrą drogę nie rozpędzając się więcej jak do 50 km/h. W końcówce zjazdu zaskoczył nas porywisty wiatr z prawej strony, który na szczęście okazał się wkrótce naszym sprzymierzeńcem. Przydał się nam na pozornie płaskim odcinku w górę doliny Maurienne. Gnani silnymi podmuchami wiatru mimo terenu lekko pod górę ostatni fragment szóstego etapu przejechaliśmy znacznie szybciej niż będący jego lustrzanym odbiciem początek tzn. w tempie blisko 29 km/h. Cała zabawa na dystansie 63 kilometrów i przy łącznym przewyższeniu 1645 metrów zajęła nam nieco ponad trzy i pół godziny (wraz z postojami). Dzięki temu około szesnastej byliśmy już w samochodzie – przebrani i schowani przed kaprysami aury. Gotowi by uciec ze smaganej mocnymi porywami wiatru doliny do naszej bezpiecznej przystani pod Albertville.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Madeleine została wyłączona