banner daniela marszałka

Wycieczka do Awinionu

Autor: admin o niedziela 19. Lipiec 2009

W piątkowe popołudnie opuściliśmy chłodną dolinę Maurienne by po trzygodzinnej podróży w cieplejsze strony dotrzeć do naszej drugiej bazy noclegowej nieopodal Montelimar. Jak się okazało wybrana jeszcze przez Piotra Gite Chenavari położona była na przeciwległym względem tego miasta brzegu Rodanu. Jednak o ile przeprawa przez rzekę poszła gładko o tyle odnalezienie gospody ukrytej na wzgórzach ponad Rochemaure nie było już łatwym zadaniem. Nie odbyło się bez wskazówek ze strony mieszkańców owego miasteczka. Gdy już ustaliśmy kierunek finałowych kilometrów trzeba było jeszcze zmierzyć się z samochodowym górskim odcinkiem specjalnym, przy którym wcale niełatwy dojazd do osady La Palaz na terenie Saint-Helene-sur-Isere był błahostką. Tutaj bowiem przez trzy kilometry musieliśmy wspinać się drogą szeroką na półtora samochodu gdzie wymijać inny pojazd można było jedynie w przewidzianych na ten manewr strefach z mini-zatoczkami. Po drodze dodatkową atrakcję stanowił dwukrotny przejazd przez bramę w murach XII-wiecznego kompleksu zamkowego Chateau de Rochemaure. Nasza nowa gospodyni okazała się osobą tyleż cierpliwą, co wyrozumiałą. Po pierwsze czekała na nas niemal do dwudziestej, a po drugie za niewielką dopłatą ad hoc zorganizowała nam dostawkę, albowiem przyjechaliśmy w składzie 3-osobowym, zaś rezerwacja zgodnie możliwościami lokalowym była 2-osobowa. Z podwórza przed Gite Chenavari mieliśmy piękny widok na wijącą się w kierunku południowym niebieską wstęgę Rodanu, zaś w kierunku zachodnim na wzgórze Pic de Chenavari (507 m. n.p.m.). Za nim kryły się zapewne rozliczne wzniesienia departamentu Ardeche – znane mi i Darkowi z przygód na trasie trzydniowego rajdu Ardechoise, który w szerszym gronie przejechaliśmy w czerwcu 2006 roku.

Niedziela 19 lipca była dla nas obowiązkowym dniem przerwy w rowerowych podbojach. Po tygodniu spędzonym w górach Sabaudii miałem już w nogach 570 kilometrów wykręconych po alpejskich szosach. Darek niewiele mniej zważywszy na to, iż odpuścił sobie jedynie wyjazd na Mont Revard. Dystans może umiarkowany, lecz ów „przebieg” miał swój ciężar gatunkowy” w postaci blisko 15.000 metrów przewyższenia. Drakońska to dawka, szczególnie jak na amatora przejeżdżającego rocznie około 10.000 kilometrów. Tym bardziej w zderzeniu z faktem, iż zawodowcy – jakkolwiek w bez porównania większych tempie i stresie – „robią” podczas trzech tygodni Touru czy Giro nie więcej jak 25.000 metrów amplitudy. Rowerowa pauza była wskazana jednak nie tyle z uwagi na ciężki bagaż dotychczasowych doświadczeń, lecz z uwagi na czekające nas jeszcze wyzwania. Po pierwsze poniedziałkowy L’Etape du Tour. Teoretycznie łatwiejszy niż dwie poprzednie edycje, w których brałem udział, ale z finałem na budzącej najwyższy respekt Mont Ventoux. Po drugie po kolejnej próbie swych sił na L’Etape czekało nas jeszcze pięć dni harców i w sumie dziesięć solidnych wzniesień na drogach trzech departamentów w południowej części francuskich Alp. Rowerowa pauza nie oznaczała jednak kompletnego wypoczynku. Po pierwsze należało załatwić przedstartowe formalności w Montelimar. Po drugie w uznaniu dla cierpliwości, wyrozumiałości i kunsztu kulinarnego Basi uznałem, iż trzeba wybrać się na wycieczkę do Awinionu, z którego stuprocentowy turysta w osobie naszej Białogłowy będzie miał znacznie więcej kulturalnego pożytku niż ze zwiedzania niekoniecznie napakowanych atrakcjami górskich kurortów. Po trzecie w końcu chciałem skorzystać z przewidzianej przez organizatorów L’Etape du Tour możliwości pozostawienia samochodu w okolicy mety wyścigu i tym sposobem zapewnić nam możliwie najwygodniejszy powrót do bazy po trudach poniedziałkowej imprezy.

Tym samym teoretycznie wypoczynkowa niedziela została wypełniona od rana do wczesnego wieczora bogatym programem zajęć wszelakich. Po śniadaniu w Gite Chenavari zjechaliśmy do Rochemaure i by przez most na Rodanie wkroczyć na teren departamentu Drome. Jadąc do Montelimar mieliśmy okazję poznać dojazd na start L’Etape du Tour. Szlak do powielenia o brzasku dnia następnego. We wiosce stawiliśmy się około dziewiątej. Na początek załatwiliśmy formalności startowe. Organizacja jak co roku bez zarzutu. Lista startowa podzielona na szereg boxów. Odbiór okolicznościowych plecaków z paroma gadżetami, numerami startowymi oraz przede wszystkim chipami, które należało następnie zarejestrować na odrębnym stanowisku. Kilka minut i po sprawie. Można było zacząć zwiedzać teren. Poranny przyjazd miał swoje plusy i minusy. Z jednej strony umiarkowana liczba spacerowiczów i łatwiejszy wgląd czy dostęp do dóbr wszelakich. Z drugiej strony jednak nie wszystkie punkty sprzedaży ruszyły jeszcze ze sprzedażą czy prezentacją swych towarów. Rynek pełen dóbr rozmaitych dla kolarskiego praktyka. Od rzeczy tanich jak bidony i odżywki poprzez szeroki wybór strojów na artykułach luksusowych jak koła i pełne rowery Looka, Specialized czy Treka skończywszy. Darek po długich przymiarkach zdecydował się na zakup nowego kasku, który swój chrzest bojowy miał przejść na szosach Prowansji. Ja na stoisku przy wylocie z owej wioski nabyłem książką cenną nie tylko z uwagi na treściowo-fotograficzną zawartość, a mianowicie „Tour de France. Le Ventoux. Sommet de la Folie” – autorstwa dziennikarzy z „L’Equipe”. Swój poranny pobyt we francuskiej stolicy nugatów (słodkości produkowanych na bazie cukru, miodu, orzechów włoskich i piany z białek) ograniczyliśmy do ledwie godziny. Około dziesiątej wróciliśmy do samochodu by szlakiem wzdłuż Rodanu wyruszyć ku dawnej siedzibie papieży.

Najkrótsza, 83-kilometrowa trasa z Montelimar do Awinionu prowadzi w dużej mierze po Autostradzie Słońca (Autoroute du Soleil) czyli A-7 łączącej dwa największe – po Paryżu – francuskie miasta: Lyon i Marsylię. Adekwatnie do nazwy tej drogi jechaliśmy w niemal 30-stopniowym upale. U celu przegapiłem zjazd Avignon-Nord wjechaliśmy do miasta od strony południowej. Ponieważ jednak pierwszym punktem naszej wizyty miało być znalezienie dworca kolejowego nie zrobiło to nam większej różnicy. Aby ze spokojną duszą chłonąć atmosferę miasta o przebogatej historii Darek i Basia musieli wcześniej ułożyć sobie plan na swą najbliższą przyszłość tzn. ustalić: czym, za ile i przede wszystkim o której mogą wrócić do Montelimar. Dopiero o tym dworcowym rozpoznaniu udaliśmy się ku centrum, znajdując płatny parking w podziemiach wewnątrz okazałych murów obronnych okalających Stare Miasto. Wyszliśmy z niego w samo południe, niemal od razu na wielki plac znajdujący się przed katedrą Notre-Dame des Doms i Pałacem Papieskim (Palais des Papes) – ponoć największą gotycką budowlą Europy. Awinion stał się tymczasową siedzibą papieży w 1309 roku, choć wtedy jeszcze należał do Królestwa Sycylii znajdującego się we władaniu potężnej dynastii andegaweńskiej – tej samej która w owym czasie rządziła również na Węgrzech, zaś po śmierci Kazimierza Wielkiego chwilowo panowała i nad Wisłą. Dopiero w roku 1348 papież Klemens VI kupił tą posiadłość za 80.000 florenów od sycylijskiej królowej Joanny I. Awinion pozostał własnością Stolicy Apostolskiej na długo po wyprowadzce papieży tzn. aż do roku 1791 kiedy to włączono go do ogarniętej Rewolucją Francji. Z placu udaliśmy się na spacer wąskimi uliczkami starówki. Tłoczno i gwarno było niczym o tej samej porze roku na „Monciaku”, zaś kolorytu atmosferze historycznego centrum dodawały jeszcze występy i pochody trup teatralnych. Trafiliśmy akurat na czas słynnego Festival d’Avignon, organizowanego od 1947 roku, który obecnie trwa trzy lipcowe tygodnie, podczas których prezentowanych blisko tysiąc przedstawień! Na koniec mojej małej rundki do Awinionie zawędrowaliśmy przez słynny z piosenki XII-wieczny most Saint-Benezet. Z tej niegdyś 900-metrowej konstrukcja dziś zostały cztery przęsła i romańska kaplica. Na drugą stronę Rodanu nie sposób po nim się przedostać, ale właśnie ów defekt wynikły z licznych powodzi przyniósł sławę tej budowli jak i poniekąd miastu – w czym widać pewne podobieństwo do losów innej „wpadki architektów”, tej rodem z włoskiej Pizy.

Tej i innym atrakcjom miasta Basia i Darek mogli się przyglądać jeszcze bez mała przez dwie godziny. Ja zaś około trzynastej musiałem wrócić do samochodu, nie bez kłopotów wydobyć się ze wspomnianego parkingu i wyjechać z Awinionu ku Mont Ventoux. Goły wierzchołek tej góry dobrze widziałem z prowadzącej do Carpentras i przerabianej obecnie na autostradę drogi D-942. W mieście tym, acz niewielkim trochę się pogubiłem szukając zjazdu na Bedoin. Po dotarciu do najsłynniejszego z trzech miasteczek u podnóża „Góry Wiatrów” zrobiłem sobie krótki postój na pamiątkowe zdjęcia. Następnie przez położoną na wzgórzu wioskę la Madeleine dotarłem do Malaucene. Tu zaczyna się północno-zachodni podjazd pod Mont Ventoux, mniej znany lecz równie trudny co ten południowo-zachodni od Bedoin. Asy światowego peletonu przerobiły go ostatnio, acz w wersji na trzy-czwarte podczas Paryż – Nicea z 2008 roku na mecie w Mont Serein Cadel Evans ograł Robert Gesinka. Wedle informacji podanej na stronie internetowej tu miał znajdować się parking dla uczestników L’Etape du Tour. Na miejscu okazało się jednak, iż parking jest i owszem, ale w Malaucene! Jednym słowem musiałem zawrócić i zjechać na sam dół, nadrabiając po 15 kilometrów w obie strony i tracąc kilkadziesiąt minut wolnego czasu. Zostawiwszy samochód przyszło mi jeszcze kolejne pół godziny czekać na odjazd przygotowanego przez organizatorów autobusu do Montelimar. Podróż bocznymi dróżkami, może i ciekawa od strony turystycznej, lecz dość mecząca zajęła naszemu kierowcy blisko półtorej godziny.

Przynajmniej Basia z Darkiem mieli szybszy i wygodniejszy powrót. Po spacerze ulicami średniowiecznej metropolii dane im było poznać cud francuskiej techniki – pociągiem TGV dystans dzielący Awinion od Montelimar pokonali w około 40 minut. Ja natomiast potwornie głodny, a więc i zły (zgodnie z przysłowiem) wróciłem na umówione miejsce w Montelimar około wpół do szóstej. Nie mogąc liczyć na posiłek w dopiero co otwieranych na wieczór restauracjach zadowoliłem się kebabem w jednym z arabskich barów. Tam w oczekiwaniu na wymarzony, acz nie wyszukany posiłek zerkałem sobie na wydarzenia kluczowego etapu Tour de France. Alberto Contador wygrał w szwajcarskim Verbier gubiąc Andy Schlecka i nokautując Lance’a Armstronga. Około osiemnastej udało nam się odnaleźć i wspólnie poszliśmy na bardziej treściwy obiad z lodowym deserem. Syci, acz zmęczeni musieliśmy jeszcze opracować jakiś plan powrotu do Gite Chenavari. Chociaż Montelimar dzieli od Rochemaure tylko 6,5 kilometra to między oboma miejscowościami nie było żadnego połączenia kolejowego czy autobusowego. Niby blisko, a jednak tak daleko. Tu departament Drome, tam Ardeche i jedyny szybki środek transportu to samochód. Niestety nasz został na noc w Malaucene. Cóż począć? Trzeba było wziąć taksówkę, która kosztem około 25 Euro (za niespełna 10 km trasy) zawiozła nas pod samą gospodę. Darowaliśmy sobie spacer z Rochemaure do Gite Chenavari. Po całym dniu na nogach nikt z nas nie miał ochoty na trzykilometrowy spacer i pokonanie prawie 200 metrów różnicy wzniesień. Nazajutrz tego typu atrakcji mieliśmy mieć pod dostatkiem.