banner daniela marszałka

Prolog: Route des Grandes Alpes

Autor: admin o piątek 21. Czerwiec 2013

W poprzednich dziesięciu latach moje górskie wyprawy miały raczej stacjonarny charakter. To znaczy niezależnie od tego czy wycieczka trwać miała kilka dni czy dwa tygodnie z hakiem działałem wedle zasady: namierzyć ciekawy kolarsko region, znaleźć dogodnie zlokalizowany nocleg i objechać wszystkie najciekawsze podjazdy w wybranej okolicy. W przypadku dłuższych eskapad po kilku dniach zwiedzania danego regionu robiłem przeprowadzkę do kolejnej bazy noclegowej by z nowego punktu wyjścia powtórzyć ten sam schemat działania. W realizacji wybranych celów na ogół pomocny był samochód służący dojazdowi do podnóży wybranych podjazdów, bowiem z bazy na rowerze wyjeżdżałem tylko na podbój tych najbliżej położonych wzniesień. Z grubsza powiedzieć można, iż wyprawy te przybierały postać od kilkunastu do około trzydziestu górskich czasówek, niekiedy okraszonych startem w jednym, dwóch max. trzech wyścigach z gatunku Gran Fondo. Taki format górskiej eskapady mam już gruntownie przetestowany i zakładam, że nie raz jeszcze z niego skorzystam.

Tym niemniej od pewnego czasu kusiło – nie tylko mnie zresztą – by spróbować czegoś innego, większego, śmielszego. Co najmniej od dwóch lat w rozmowach z Piotrkiem Mrówczyńskim, moim wypróbowanym kompanem w podróżach z lat 2005-2008, powracał temat zorganizowania wyprawy szlakiem Drogi Wielkich Alp czyli Route des Grandes Alpes. Marzyło nam się przemierzenie słynnej trasy z Thonon-les-Bains nad Jeziorem Genewskim do Menton na Lazurowym Wybrzeżu. Drogi, która powstała w latach 1909-1937 z inicjatywy stowarzyszenia Touring Club de France. Ostatnim akordem prac nad jej stworzeniem było otwarcie przeprawy przez przełęcz Iseran (2770 m. n.p.m.) w sabaudzkiej części Alp Graickich. Trasa ma swoje rozmaite warianty, lecz w najbardziej klasycznej wersji liczy sobie 684 kilometrów i 15.713 metry przewyższenia za sprawą szesnastu przełęczy, z których pięć znajduje się na wysokości ponad 2000 metrów n.p.m. Aby przebyć ów szlak teoretycznie mogliśmy pójść na łatwiznę tj. zgłosić się do udziału w organizowanym od roku 2011 wyścigu etapowym Haute Route Alps. Imprezie, która w krótkim czasie stała się w Alpach Zachodnim tym czym we wschodniej części najwyższych gór naszego kontynentu jest transgraniczny Tour Transalp. Tym niemniej owa wygoda organizacyjna wiązałaby się z drożyzną niestrawną dla naszych portfeli, albowiem organizatorzy tego wyścigu dla amatorskich drużyn różnej wielkości winszują sobie tytułem wpisowego 1500 Euro od łebka za ledwie siedem dni zabawy. Zgodnie uznaliśmy, iż z moją pomysłowością w zakresie kolarskiej geografii oraz Piotra znajomością języka francuskiego oraz szerzej kultury tego kraju możemy się pokusić o zorganizowanie dwa razy dłuższej wyprawy za raptem dwie-trzecie owych kosztów czyli kwotę około 4000-4500 złotych od uczestnika.

Niemniej warunkiem koniecznym do tego byśmy w ogóle mogli czynić przymiarki do takiej wyprawy było zapewnienie sobie odpowiedniej obstawy. W odróżnieniu od poprzednich wycieczek w trakcie tej codziennie mieliśmy się przecież przemieszczać z punktu A do punktu B, następnie z punktu B do C itd. Niezbędny był nam Dobry Samarytanin tzn. kolega, który w tym samym czasie przewiózłby nasz samochód wraz z bagażami ze startu na metę danego etapu. Trzeba było znaleźć osobę chętną do odbycia górskiej wycieczki w takiej właśnie roli, choćby w zamian za wpisowe niższe o połowę. Mógł to być zarówno zwykły turysta jak i kolarz-amator taki jak my, w tym drugim przypadku miałby on czas na zaliczenie około połowy spośród wszystkich zaplanowanych podjazdów. Zimą 2011/2012 ta sztuka nam się nie udała. Rok później znaleźliśmy właściwego człowieka i zabraliśmy się do opracowania szczegółów całego projektu. Najpierw uznaliśmy, iż nie warto jechać w Alpy tylko na tydzień. Postanowiliśmy zagrać vabank tzn. przejechać trasę z Thonon-les-Bains do Menton i z powrotem nad Lac Leman. Przy tym drogę z północy na południe mieliśmy przemierzyć w sześć dni m/w po klasycznej trasie RGA, zaś odcinek z południa na północ pokonać w osiem dni, innym, bardziej krętym i dłuższym szlakiem, prowadzącym również szosami Włoch i Szwajcarii. Na bazie takich założeń opracowałem trasy czternastu etapów i mogliśmy przystąpić do rezerwacji 14 lokali na 15 noclegów dla 5 osób. Zdecydowaliśmy się bowiem że pojechać do Francji dwoma samochodami tzn. jednym z Trójmiasta (3 osoby) i drugim z Mazowsza (2 osoby). Większa część pracy nad rezerwacjami przypadła Piotrowi, bowiem 10 z 14 „przystani” znajdować się miało na terenie Francji, względnie frankońskiej części Szwajcarii. Ja zadbałem jedynie o punkty wypoczynku po włoskiej stronie granicy.

W lutym wszystko było już gotowe i pozostało nam jedynie szlifować formę na miarę górskich wyzwań. Tymczasem z uwagi na zawirowania na rynku pracy zawodowej u progu wiosny wycofało nam się dwóch niedoszłych uczestników wycieczki, w tym kolega-kierowca. Czas płynął nieubłaganie, kolejni znajomi i godni zaufania „kandydaci” do zastępstwa za kółkiem nie byli w stanie przejąć sterów wyprawy. Zacząłem już myśleć, iż nad tym śmiałym projektem wisi jakieś fatum. Daliśmy sobie z Piotrem czas do połowy maja na znalezienie człowieka gotowego do pełnienia owej strategicznej funkcji w naszym zespole. W końcu gdy już niemal pogodziłem się z myślą, że pomysł trzeba będzie odłożyć „ad acta” na kolejny sezon, uratował nas Roman Abramczyk. Kolega z Płochocina na co dzień startujący w serii zawodów Powerade Volvo MTB i mający pod nogą dość mocy by pokonać całą trasę w naszym towarzystwie. Tym niemniej Romek uznał, iż zadowoli go w tym dziele rola kolarza na pół-etatu. Tym samym przede mną, Piotrem, a także naszymi kolegami z Gdańska tzn. Darkiem Kamińskim i Adamem Kowalskim wrota do Wielkich Alp stanęły otworem.

Wyjazd zaplanowaliśmy na czwartkowy wieczór 20 czerwca. Zanim udaliśmy się w drogę trzeba było zamontować bagażnik na klapę, który okazyjnie w ostatniej chwili kupił Darek.  Mieliśmy też bagażnik dwumiejscowy dach samochodu, więc w ostateczności moja Kia była gotowa przyjąć na pokład rowery wszystkich członków ekipy. Przed nami było około 16 godzin czystej jazdy przez okolice Poznania, Berlina, Lipska, Norymbergi, Karlsruhe, Bazylei i Berna. Mazowszanie ruszyli dobre dwie godziny wcześniej, w dodatku z wykorzystaniem otwartej przed Euro 2012 autostrady A-2, więc znacznie wyprzedzili nas na trasie dojazdu. Dlatego już w drodze uznaliśmy, iż spotkamy się dopiero na miejscu czyli na pierwszej stancji w Armoy na wzgórzach ponad Lac Leman. Co ciekawe oba pododdziały naszej drużyny Hanibala – jak ze względu na okoliczność forsowania Alp się przezwaliśmy – przy przejeździe przez Kraj Helwetów skorzystały z nadarzającej się okazji i nawiedziły siedzibę władz światowego kolarstwa w cichutkim Aigle. Między innymi za sprawą tego przystanku my Pomorzanie dotarliśmy do naszej bazy wypadowej dopiero około 19:30 w piątek 21 czerwca. Jak się nazajutrz okazało nie tylko nasza piątka szykowała się w tym miejscu na spotkanie z wielką przygodą. Byli tu również Brytyjczycy spod znaku Rapha, którzy dla swych klientów mieli przygotowany pełen zestaw rowerów Pinarello i samochód techniczny marki Jaguar. Na tle takiego sprzętu nasza Kia Cee’d i każdy rower z innej parafii wyglądały nader skromnie. Niemniej pomysł na Alpy mieliśmy ambitniejszy i serca do walki z własnymi słabościami z pewnością trzy razy większe!