banner daniela marszałka

Maddalena & San Bernolfo

Autor: admin o sobota 12. Wrzesień 2015

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/390711420

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/390711427

Po dwóch wycieczkach na północ prowincji Cuneo nie miałem ochoty trzeci raz z rzędu ruszać autem w tą samą stronę. Zresztą jedynym powodem do kolejnego takiego wyjazdu z naszej bazy noclegowej w Borgo San Dalmazzo byłaby wyprawa na Faunierę (alias Colle dei Morti). Niemniej do udanej wycieczki z tą przełęczą w roli głównej potrzebowaliśmy wybornej pogody. Czekałaby nas bowiem wspinaczka na wysokość niemal 2500 metrów n.p.m. Sobotnia aura była już całkiem przyzwoita, lecz do ideału jeszcze sporo jej brakowało. Dlatego też uznałem, że będzie to właściwy dzień na zmierzenie się z premiami górskimi w dolinie Valle Stura di Demonte. Dla mnie głównym daniem miał być przeszło 30-kilometrowy podjazd na graniczną przełęcz Colle della Maddalena (1991 m. n.p.m.). Natomiast w ramach dokładki chciałem podjechać do górskiej osady San Bernolfo (1702 m. n.p.m.) powyżej uzdrowiska Bagni di Vinadio. Normalnie wzniesieniem tego typu co piemoncka „Magdalena” raczej bym się nie zainteresował. Podjazd ten ma marne średnie nachylenie rzędu 3,5%. Tym niemniej były trzy ważkie powody aby uczynić wyjątek od reguł swej selekcji. Argumenty natury sportowej, geograficznej jak i historycznej. Po pierwsze choć jest on bardzo łagodny to ma w ofercie przeszło 1000 metrów przewyższenia. Po drugie chciałem zdobyć kolejną przełęcz na granicy włosko-francuskiej. Tym bardziej, że od włoskiej strony wdrapałem się już niemal na wszystkie. Rozpocząłem to zwiedzanie w czerwcu 2008 roku „lepką” wspinaczką pod Colle dell’Agnello. Następnie w lipcu 2010 roku wjechałem na Piccolo San Bernardo, Colle della Lombarda i Colle di Tenda, zaś w sezonie 2013 na dziesiątym etapie Route des Grandes Alpes opuściłem Italię szlakiem przez Colle del Moncenisio. Do kompletu brakowało mi więc tylko Maddaleny oraz najłatwiejszej ze wszystkich siedmiu dróg ku owej granicy czyli Colle del Monginevro. Na tej ostatniej byłem jednak dwukrotnie tyle że podjechawszy od strony francuskiej. A zatem jedynie „Magdalena” była mi dotąd kompletnie nieznana. Trzecim i najważniejszym powodem aby ją w końcu odwiedzić był motyw historyczny. Ta góra ma swoje ważne miejsce w historii włoskiego kolarstwa. Stało się tak za sprawą wyczynu „Campionissimo” Fausto Coppiego.

Jak wiadomo największy z włoskich mistrzów w ciągu swej 20-letniej kariery zawodowej wygrał wiele prestiżowych wyścigów. Niemniej jego legendę zbudowała nie tyle ich ilość co jakość. Wrażenie robił przede wszystkim styl w jakim potrafił zwyciężać. Dla przykładu Milano – San Remo 1946 zwyciężył po blisko 150-kilometrowym rajdzie z przewagą równo 14 minut na drugim zawodnikiem. Tour de France z roku 1952 wygrał z przewagą ponad 28 minut nad Belgiem Stanem Ockersem. Natomiast po swój jedyny tytuł mistrza świata na szosie sięgnął w sezonie 1953 gdy na trasie wokół Lugano zdystansował najbliższego ze swych rywali o ponad 6 minut. Niemniej nawet te wyczyny bledną przy tym czego „L’Airone” dokonał 10 czerwca 1949 roku na trasie 254-kilometrowego etapu Giro d’Italia z Cuneo do Pinerolo. Na odcinku tym trzeba było pokonać aż pięć premii górskich czyli przełęcze: Maddalena, Vars, Izoard, Montgenevre i Sestriere. Coppi zaatakował już pod koniec pierwszego podjazdu podczas przejazdu przez miejscowość Argentera. I tyle go rywale widzieli. Po solowej ucieczce na dystansie 192 kilometrów dotarł do mety z przewagą 11:52 nad wielkim Gino Bartalim! Jako trzeci finiszował Alfredo Martini (przyszły selekcjoner włoskiej kadry), który wraz z trzema innymi zawodnikami stracił aż 19:14! Natomiast dotychczasowy lider wyścigu czyli Adolfo Leoni dotarł do mety na ósmym miejscu z bagażem 23:37! To tego dnia Mario Ferretti sprawozdawca z radia RAI wypowiedział słynne słowa „Samotny człowiek na prowadzeniu, jego koszulka biało-błękitna, nazywa się Fausto Coppi”. W późniejszych latach organizatorzy Giro jeszcze dwukrotnie zorganizowali górskie etapy na identycznej trasie. W 1964 roku wygrał go Franco Bitossi z przewagą 1:58 nad 6-osobową grupą z Vittorio Adornim i Giannim Mottą na czele. Przy tej okazji jako pierwszy ma przełęcz Maddalena wjechał Italo Zillioli. Natomiast podczas edycji z roku 1982 do mety w Pinerolo dojechała 13-osobowa grupka. Na finiszu Giuseppe Saronni wyprzedził Bernarda Hinault i Szweda Tommy Prima. Początek etapu musiał być leniwy, skoro na premii górskiej pierwszy pojawił się szwajcarski sprinter Urs Freuler. Dodam, że Coppiemu przejechanie tego maratońskiego odcinka zajęło 9h 19:55. Bitossi wyrobił się już w czasie 8h 22:09, zaś Saronni finiszował po upływie 7h 35:49. Ciekawe co bardziej sprzyjało coraz szybszej jeździe peletonu: lepsze metody treningowe, postęp techniczny w zakresie sprzętu czy też lepsza jakość drogowej nawierzchni?

Po raz czwarty i ostatni jak dotąd Maddalena pojawiła się na trasie wyścigu Dookoła Włoch w roku 1996 na znacznie krótszym etapie z Santuario di Vicoforte do francuskiego Briancon. Na przełęczy jako pierwszy zameldował się wtedy Mariano Piccoli, zaś etap wygrał Szwajcar Pascal Richard. Późniejszy mistrz olimpijski z Atlanty o przeszło 40 sekund wyprzedził Claudio Chiappuciego i Baska Abrahama Olano. A zatem umówiłem się na spotkanie z Maddaleną ze względu na jej ciekawą przeszłość. Zdawałem sobie jednak sprawę, że to co mnie mogło przekonać tej wycieczki pomimo oczywistych niedostatków tej góry niekoniecznie musiało przemawiać do Darka. Na szczęście miałem dla swego wspólnika do przerobienia bardzo ciekawy temat zastępczy w postaci bardziej stromych podjazdów pod Colle della Lombarda (2350 m. n.p.m.) i Sant’Anna di Vinadio (2010 m. n.p.m.). Tym samym tego dnia mieliśmy dwa zupełnie rozbieżne plany zajęć, acz ze wspólnym miejscem startu na rozdrożu jakiś kilometr za Vinadio. Miejscowości słynącej z fortu Albertino wybudowanego w pierwszej połowie XX wieku za czasów Królestwa Sardynii. Aby dotrzeć na start naszego siódmego etapu musieliśmy przejechać blisko 30 kilometrów w kierunku zachodnim niemal cały czas po „krajówce” SS21. Po drodze minęliśmy m.in. miasteczko Demonte, w którym zaczyna się południowy podjazd pod słynną Faunierę prowadzący przez pośrednią przełęcz Valcavera. Z tym wielkim wzniesieniem poradziliśmy sobie już dwa lata wcześniej na ósmym etapie naszej Route des Grandes Alpes. Tym razem zadania mieliśmy łatwiejsze. Moja pierwsza premia górska czyli Maddalena miała mieć długość 31,4 kilometra o średnim nachyleniu 3,5% i przewyższeniu 1110 metrów. Przełęcz, która była moim celem stanowi naturalną granicę pomiędzy położonymi na południu Alpami Nadmorskimi (Alpi Marittime) oraz biegnącymi na północ Alpami Kotyjskimi (Alpi Cozie). Natomiast w ujęciu wschód-zachód łączy ona włoską dolinę Valle Stura di Demonte z francuską Val d’Ubaye. Warto przy tym dodać, że Francuzi swoją „Magdalenę” mają w Sabaudii pomiędzy dolinami Tarentaise i Maurienne, zaś tą przełęcz na granicy z Italią znają pod nazwą Col de Larche. Dojechawszy na miejsce zatrzymaliśmy się na małym parkingu w pobliżu mostku nad Sturą. Jako pierwszy do boju ruszył Dario wjeżdżając na drogę SP255 prowadzącą ku wiosce Pratolungo i wyżej ku granicy francuskiej lub wspomnianego sanktuarium.

Ja wystartowałem o godzinie 11:49 przy temperaturze 21 stopni. Pierwsze trzy kilometry były niemal płaskie tzn. z nachyleniem zaledwie 1,8%. Dalej podobne odcinki „falsopiano” przeplatały się z segmentami o umiarkowanej stromiźnie. Długo nie miałem powodu do tego by zrzucić łańcuch na małą tarczę. Po przejechaniu 3,9 kilometra minąłem Pianche, gdzie miałem się zatrzymać w drodze powrotnej. Tu droga krajowa nr 21 skręca na północ. Na szóstym kilometrze pokonałem pierwszy solidny fragment wspinaczki czyli 700 metrów o średniej 5,7%. O tym jak łagodna to góra najlepiej niech świadczy fakt, że na pierwszych 25 kilometrach podjazdu był to najbardziej „stromy” odcinek. Zresztą maksymalna stromizna na tym wzniesieniu to tylko 9%. Jechałem więc szybko mijając Sambuco (8,2 km) i Pietraporzio (12,4 km). Na piętnastym kilometrze zataczając szeroki łuk objechałem miejscowość Pontebernardo, w której urodziła się słynna narciarka Stefania Belmondo. Ta filigranowa biegaczka podczas kilkunastoletniej kariery zawodowej zdobyła dwa złote medale olimpijskie, z czego pierwszy w Albertville, zaś drugi dziesięć lat później w Salt Lake City. Poza tym wywalczyła cztery tytuły mistrzyni świata oraz wygrała 21 biegów pucharowych. Na półmetku czyli po przebyciu 15,7 kilometra wjechałem do tunelu o długości 830 metrów. Tuż za nim przejechałem przez dwa wiraże, zaś tuż przed Bersezio (21,1 km) przez cztery kolejne. Na tych krętych odcinkach nachylenie znów nieznacznie przekroczyło 5%. Minąłem wyciągi stacji Pie del Beu i wkrótce miałem już przed sobą Argenterę (24,6 km), na terenie której wprowadzono ruch wahadłowy. Dopiero powyżej tej wioski zaczyna się ciekawsza wspinaczka. Na kolejnych pięciu kilometrach średnie nachylenie wynosi bowiem 5,5%. Na tym odcinku trzeba pokonać 14 ze wszystkich 21 serpentyn. Spokojnie zrobiło się znów na wysokości Lago dell’Argentera. Na koniec pozostał mi jeszcze delikatny podjazd na ostatnich 400 metrach. Ostatecznie dotarłem na przełęcz po przejechaniu 31 kilometrów w czasie 1h 27:55 (avs. 21,2 km/h). Na stravie moje wyniki wyglądają całkiem nieźle. Dolny odcinek o długości 14,4 kilometra od startu do Pontebernardo przejechałem w 38:51 (avs. 22,3 km/h i VAM 693 m/h) co jest 33 wynikiem pośród 254 zarejestrowanych. W górnej partii było jeszcze lepiej. Na segmencie liczącym 14,2 km od wyjazdu z tunelu do samej przełęczy uzyskałem wynik 42:38 (avs. 20,1 km/h i VAM 804 m/h) co daje mi 6 miejsce na 300 osób. To się nazywa finisz.

Na górze było 16 stopni. Po lewej stronie drogi stoi tu włoskie Rifugio della Pace, zaś po prawej dla równowagi francuski sklep z pamiątkami. Nieco niżej znajduje się kamienny pomnik poświęcony Coppiemu wraz z nieśmiertelną frazą wypowiedzianą przez włoskiego radiowca. Na przełęczy spędziłem ledwie 10 minut. Na nieco dłuższą chwilę zatrzymałem się dopiero w Ristorante del Lago. To znaczy niewielkim barze położonym jakieś 700 metrów przed granicą. Zamówiłem tam ciastko i kawę aby posilić się przed długim zjazdem. Zważywszy na łagodny profil tego wzniesienia w drodze powrotnej musiałem częściej niż zwykle przekręcić korbami. Jechałem jednak spokojnie by jak najwięcej sił zostawić sobie na drugi z sobotnich podjazdów. Wielokrotnie zatrzymywałem się aby zrobić pamiątkowe zdjęcia. Szczególnie na krętym odcinku powyżej Argentery było ku temu wiele okazji. Na tym wysokogórskim odcinku udało mi się dojrzeć kilka świstaków. Zazwyczaj te płochliwe zwierzaki tylko słychać, a nie widać. Niemniej tu czuły się na tyle pewnie, że można je było spotkać nawet przemykające po szosie. Po przeszło 27-kilometrowym zjeździe kilka minut przed piętnastą zatrzymałem się w Pianche. Tu miałem zacząć podjazd pod drugą ze swych premii górskich. Na pustym przystanku autobusowym przy drodze SS21 przygotowałem się do tej wspinaczki. To znaczy zdjąłem warstwy odzienia przydatne jedynie na odcinku zjazdowym. Czekał mnie teraz przeszło 10-kilometrowy podjazd do górskiej wioski San Bernolfo (1657 m. n.p.m.). Według danych z „Passi e Valli in Bicicletta – Piemonte 2” ma on długość 10,6 kilometra przy średnim nachyleniu 6,5% i max. 12%. Do pokonania miałem mieć co najmniej 701 metrów przewyższenia. Na miejscu okazało się jednak, że ten podjazd kończy się na wysokości 1702 metrów n.p.m. Niemniej moja nadwyżka nie ograniczyła się wyłącznie do owych 45 metrów o czym za chwilę. Wystartowałem o godzinie 15:02. Na pierwszych kilometrach nie jechało mi się dobrze. Czułem, że długi i przejechany mocno (na twardym przełożeniu) podjazd pod Maddalenę wszedł mi w nogi. Poza tym co tu dużo mówić początek wspinaczki do San Bernolfo do łatwych nie należy. Pierwsze półtora kilometra na drodze SP238 ma bowiem średnie nachylenie na poziomie 8%. Odpocząć mogłem w końcówce drugiego kilometra, gdzie rozpoczyna się kilkusetmetrowy odcinek „falsopiano”. W początkach trzeciego i czwartego kilometra droga dwukrotnie przeskoczyła nad wodami potoku Corborant.

Pod koniec trzeciego kilometra musiałem pokonać 600-metrowy segment o nachyleniu 9%. Wkrótce przejechałem pod czterema galeriami osłaniającymi drogę przed zimowymi lawinami i przebiłem się przez dwa krótkie, acz nieoświetlone tunele. W połowie piątego kilometra minąłem budynek uzdrowiska Terme di Vinadio, zaś dwieście metrów dalej dojechałem do rozdroża. Wydawało mi się naturalne, że powinien tu odbić w prawo. Po pierwsze był to szlak prowadzący do centrum Bagni di Vinadio, a po drugie w przeciwieństwie do alternatywnej drogi na wprost wiodła ona pod górę. Ten wybór okazał się jednak błędem. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Do prawdziwego podjazdu pod San Bernolfo dodałem sobie blisko trzy kilometry ostrej wspinaczki ku wiosce Besmorello i wyżej aż do końca asfaltowej drogi na wysokości niemal 1550 metrów n.p.m. Wróciwszy do rozdroża wiedziałem już gdzie muszę jechać. Pierwsze 200 metrów prowadziło w dół, zaś kolejne 500 tylko delikatnie pod górę. Po minięciu Strepeis do przejechania pozostało mi jeszcze 5,5 kilometra. Ten finałowy odcinek można podzielić na dwa segmenty. Pierwszy to umiarkowane 2,7 kilometra o średnim nachyleniu 5,7% kończący się na wysokości osady Callieri. Drugi to już bardzo wymagające 2,8 kilometra o stromiźnie 9,5%. Na czterysta metrów przed finałem skręciłem w prawo ku zabudowaniom San Bernolfo. W lewo z tego miejsca odchodzi gruntowa ścieżka ku Rifugio De Alexandris Foches znajdującego się na wysokości 1910 m. n.p.m. Po dotarciu do wioski skręciłem jeszcze w lewo by dotrzeć do ostatnich metrów asfaltu. Zatrzymałem się po przejechaniu 16,8 kilometra w czasie netto 1h 06:41 (avs. 15,2 km/h). Niemniej to mniej istotne bo obejmuje także 3-kilometrowy zjazd. Ustaliłem swój wynik na San Bernolfo z połączenia dwóch połówek właściwego wzniesienia. Wyszło mi, że dystans 10,9 kilometra przejechałem w czasie 44:34 (avs. 14,7 km/h). Natomiast na stravie znalazłem segment od Pianche do Bagni di Vinadio czyli 4,3 kilometra przejechane w 17:40 (avs. 14,9 km/h i VAM 925 m/h) co jest 22 wynikiem na liście obejmującej 84 pozycje oraz odcinek 4,7 kilometra od Strepeis do rozdroża tuż przed wioską pokonany w czasie 21:23 (avs. 13,3 km/h i VAM 1024 m/h). Na tym górnym odcinku „prowadzi” profi z Team Sky Ian Boswell. Ja jestem trzeci pośród 30 osób. Co ciekawe dopiero ósmy na tym segmencie jest Joe Dombrowski z Cannondale-Garmin, który najwyraźniej kręcił na tej górze tylko jedną nogą.

Po blisko 11-kilometrowym zjeździe i niemal 4-kilometrowy odcinku w dolinie dotarłem do naszego parkingu jakiś kwadrans po siedemnastej. W tym samym czasie Darek zwiedzał jeszcze sanktuarium Sant’Anna di Vinadio. Czekając na swego kompana cieszyłem się z wiadomości otrzymywanych z kraju. To znaczy z sms-ów od Iwony i Jurka Plietha, a także telefonu mojej siostry Karoliny. Wszyscy oni donosili mi o ciekawym przebiegu przedostatniego etapu Vuelty. Wszystko wskazywało na to, że Rafał Majka wskoczy jednak na generalne podium hiszpańskiego touru i to być może nawet na drugi jego stopień. Na mego wspólnika przyszło mi czekać równo godzinę, albowiem Dario zagrał Vabank. Zaproponowałem mu ostrożny plan czyli podjazd na graniczną przełęcz Colle della Lombarda (2350 m. n.p.m.) oraz następnie po 8-kilometrowym zjeździe skręt ku Sant’Anna di Vinadio (2017 m. n.p.m.) i pokonanie odcinka 2,3 kilometra o średnim nachyleniu 8,3%. Niemniej mój przyjaciel nie zadowolił się takimi półśrodkami. Pomimo, że droga na przełęcz Lombarda i ku wspomnianemu Santuario jest wspólna przez pierwsze 13 kilometrów to postanowił on pokonać oba te wzniesienia w pełnej wersji. Tym samym dwukrotnie jednego dnia pokonał ten sam kawał góry i to za drugim razem znacznie szybciej niż na rozpoznaniu terenu. Poniekąd powtórzył ubiegłoroczny wyczyn Adama Kowalskiego i Tomka Buszty na drodze z Sondrio do Chiareggio i Diga di Campomoro. Zaliczył najpierw podjazd o długości 20,9 kilometra przy średnim nachyleniu 7% i przewyższeniu 1453 metrów przetestowany na Tour de France w 2008 roku. Następnie zmierzył się z wzniesieniem o długości 15,3 kilometra przy średniej 7,5% i amplitudzie 1148 metrów. Co więcej dojechawszy do Sant’Anna di Vinadio dotarł jeszcze do końca obu asfaltowych dróg ponad tą miejscowością tzn. północnej na wysokość 2049 m. n.p.m. i południowej na 2068 m. n.p.m. W sumie na siódmym etapie przejechał 73,5 kilometra o łącznym przewyższeniu ponad 2600 metrów. Ja tego dnia pokonałem co prawda dystans 89,5 kilometra, lecz o amplitudzie „tylko” 2096 metrów. Kilka tygodni po naszej wizycie w tych stronach organizatorzy Giro d’Italia ogłosili, że przedostatni etap 99. edycji tego wyścigu prowadził będzie z francuskiego Guillestre do Sant’Anna di Vinadio m.in. przez przełęcz Lombarda, acz pokonywaną od zachodniej strony. Warto dodać, że to najwyżej położone sanktuarium Starego Kontynentu miało już gościć uczestników Giro w roku 2001. Niemniej w rozegraniu owego etapu przeszkodził nocny nalot służb antydopingowych na hotelowe pokoje kolarzy w San Remo.

20150912_134549

20150912_142533

20150912_172655