banner daniela marszałka

Col du Couraduque

Autor: admin o poniedziałek 24. Grudzień 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1367 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 937 metrów

Długość: 18 kilometrów

Średnie nachylenie: 5,2 %

Maksymalne nachylenie: 13,2 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Sobota była dniem naszej jedynej przeprowadzki na tym wyjeździe. Mieliśmy się przenieść na wschód do bazy noclegowej nr 2 czyli „Gite Les Arrebourits 3 Clefs” we wiosce Aneres położonej nad rzeką Neste i zamieszkanej przez niespełna dwustu mieszkańców. Pozostając w departamencie Hautes-Pyrenees, acz już w okręgu Bagneres-de-Bigorre. We wstępnych planach na szósty etap miałem wspinaczki na Col de Beyrede oraz do stacji narciarskiej Cap Nestes. Tą pierwszą chciałem zrobić podczas przystanku na trasie naszego sobotniego transferu, zaś drugą już po zameldowaniu się w nowym lokum. Ostatecznie zdecydowałem się jednak dokonać jednej zmiany w tym programie. W środę zaliczyłem tylko jedno wzniesienie, po tym jak na skutek deszczu zrezygnowałem z popołudniowego wypadu na Col de Couraduque. Teraz uznałem, że warto wrócić do tego tematu i zobaczyć ową przełęcz w ramach pożegnania z Argeles-Gazost. Miałem przy tym nadzieję, iż odsuniętą na dalszy plan Beyrede uda mi się mimo wszystko zaliczyć na etapie dziesiątym, po wcześniejszym wjechaniu na Hourquette-Ancizan i Col d’Aspin. Wybrawszy Couraduque pozostało mi jeszcze zdecydować, którym szlakiem chcę na nią wjechać. Z Argeles-Gazost biegną na nią bowiem dwie niemal zupełnie alternatywne drogi. Południowo-wschodnia prowadzi przez miejscowość Aucun, zaś północno-wschodnia przez wioskę Gez. Obie opcje miały swoje plusy i minusy. Ta pierwsza gwarantowała dobrej jakości asfalt od startu do mety, lecz oznaczałaby konieczność przejechania aż 10 kilometrów po drodze D918. To znaczy powtórzenie sporej części wtorkowego podjazdu na Col d’Aubisque via Col du Soulor. Nowością byłaby jedynie końcówka powyżej Aucun czyli 6,2 kilometra po drodze D928. Natomiast druga poza wspólnym dla obu wersji odcinkiem startowym byłaby czymś zupełnie nowym. Tym niemniej istniało spore ryzyko, iż jakość tej szosy będzie gorsza, zaś na ostatnich kilometrach tego rodzaju nawierzchni może zupełnie zbraknąć. Mimo to, żądny nowych wrażeń, wybrałem ten drugi szlak.

Col de Couraduque podobnie jak sąsiednia Col de Spandelles nie dostąpiła dotychczas zaszczytu pokazania się na największej z kolarskiej aren czyli trasie Tour de France. Tym niemniej w 2016 roku odkrył ją dla zawodowego peletonu wyścig Route du Sud. Na przełęczy tej znajduje się centrum narciarstwa biegowego tzn. Station nordique Val d’Azun. Dlatego też możliwe było tu zorganizowanie mety czwartego etapu tej imprezy. Ten górski odcinek rozpoczęty w dalekim Saint-Gaudens prowadził przez przełęcze: Tourmalet i Borderes. Następnie po zjeździe do Arrens i płaskim odcinku do Aucun kolarze mieli do pokonania finałowy podjazd o długości 6,2 kilometra i średnim nachyleniu 8,2%. Etap wygrał Katalończyk Marc Soler, który o 4 sekundy wyprzedził lidera tego wyścigu Kolumbijczyka Nairo Quintanę oraz młodziutkiego Anglika Hugh Carthiego. W obecnych warunkach zważywszy na jakość szutru po północnej stronie przełęczy wydaje się, iż Couraduque mogłaby się pojawić na TdF jedynie jako podjazd finałowy, co nieco ogranicza jej szanse. W wypadzie na tą przełęcz towarzyszył mi nasz piątkowy bohater czyli Darek. Piotr postanowił zrobić sobie luźniejszy dzień i przed południem wybrał się na zwiedzanie pobliskiego Lourdes, największego we Francji ośrodka kultu maryjnego. Z kolei Rafał z Krzyśkiem przed wyjechaniem z Argeles-Gazost postanowili zmierzyć się z pięciokrotnie przetestowanym na Tourze podjazdem do stacji Hautacam. Wyjechali z Pyrenees Resort kwadrans po dziesiątej i z dużym animuszem zabrali się do starcia z tą premią górską najwyższej kategorii. Według stravy segment o długości 12,85 kilometra przejechali w 1h 12:04 (avs. 10,7 km/h z VAM 853 m/h). Do środowego wyniku Darka nie mogli się zbliżyć. Dario na tym samym odcinku wykręcił czas 57:32 (avs. 13,4 km/h z VAM 1069 m/h). Tym niemniej pojechali ponad cztery minuty szybciej niż Pedro, który w poniedziałek uzyskał na tej górze wynik 1h 16:17.

My wystartowaliśmy blisko godzinę po kolegach z Gorzowa. Na początek „małe dejavu” czyli te same 1500 metrów co na szlakach pod Col d’Aubisque i Col des Borderes. Dario zaczął naprawdę mocno. Dość powiedzieć, że aby utrzymać się mu na kole musiałem przejechać odcinek 700 metrów między rynkiem w Argeles a wjazdem na drogę D102 aż o 40 sekund szybciej niż we wtorek. Potem Darek przyznał mi się, iż chciał sprawdzić ile energii mu zostało po piątkowym królewskim etapie. Wyszło jednak na to, że upolowanie „Pirenejskiego Świstaka” miało swoją cenę. Na trzecim kilometrze mój kolega mocno spuścił z tonu i mogłem się zająć dyktowaniem tempa, które byłbym w stanie wytrzymać na całej długości tego podjazdu. Po przejechaniu 3 kilometrów dotarliśmy do Gez. Trzysta metrów dalej trzeba było na chwilę stanąć i pomyśleć, którą z dwóch wąskich dróg mamy dalej jechać. Szosa D102 biegła stąd w prawo ku wsi Sere-en-Lavedan. Nie mieliśmy jej na naszym profilu, więc wyszło na to, iż trzeba odbić w lewo. Po „re-starcie” Darek jechał już spokojnie, więc na dojeździe do osady Bedats (4,3 km) definitywnie straciliśmy z sobą kontakt. Na kolejnych kilometrach trzeba było sobie radzić z licznymi zmianami rytmu. Począwszy od połowy piątego do końca dziewiątego kilometra należało pokonać osiem ścianek ze stromizną rzędu 10-12%, przedzielonych łatwiejszym odcinkami na których nachylenie spadało do 5% lub też prawie do zera. Następnie przez półtora kilometra było niemal płasko, lecz od połowy jedenastego kilometra znów czekał nas trudniejszy fragment, tym razem stabilne 8-9% przez dobry kilometr. Kolejny łatwiejszy odcinek skończył się przy gospodarstwie nad strumieniem Rioutou (12,2 km). Następnie do połowy czternastego kilometra znów było trudniej czyli ze stromizną do 11%, po czym łatwiejsze kilkaset metrów doprowadziło każdego z nas do miejsca kluczowego dla dalszych losów tej historii.

Po 55 minutach jazdy dojechałem do rozdroża, na którym chcąc kontynuować wspinaczkę pod Couraduque należało skręcić ostro w lewo. Znak drogowy wskazywał, iż do przełęczy tej brakuje jeszcze 3,8 kilometra. Wyglądało na to, iż cały ten dystans trzeba będzie pokonać po drodze gruntowej. Zagadką pozostawała jej jakość. Pierwsze wrażenia były negatywne. Szlak był mocno kamienisty, a przy tym do końca piętnastego kilometra było stromo. Nachylenie momentami dochodziło nawet do 13%. Nie łatwo było wybrać bezpieczny tor jazdy. Bojąc się utraty równowagi w sumie trzy razy postawiłem stopę na tej żwirowej nawierzchni. Na szczęście na szesnastym kilometrze stromizna odpuściła, zaś grunt stał się mniej sypki. Dalsza droga przez las była już jazdą po ubitym gruncie przy znikomym nachyleniu poniżej 3%. Ostatecznie do swej mety na całkiem sporym parkingu dotarłem w godzinę i 13 minut. Według stravy asfaltowy segment o długości 13,1 kilometra pokonałem w czasie brutto 51:47 (avs. 15,2 km/h), zaś szutrowy finał w 17:44 (avs. 12,8 km/h). Spoglądając na gładki asfalt po drugiej stronie przełęczy nabrałem wątpliwości czy aby na pewno dokonałem dobrego wyboru. Tymczasem Darek, który do rozdroża dotarł ze stratą około 10 minut również spróbował szczęścia na szutrze. Dojechał do okolic Gite-Refuge du Haugarou (14,4 km). Tu jego wyrozumiałość dla podejrzanej nawierzchni i wiara w moje szaleństwo się skończyła. Zjechawszy z powrotem do rozjazdu postanowił kontynuować swą wspinaczkę po asfalcie. Tym sposobem pokonawszy kolejne 2 kilometry o średnim nachyleniu 9,4% po raz drugi w tym tygodniu zameldował się na Col des Spandelles. Spotkaliśmy się w trakcie zjazdu, na trzy kilometry przed Gez. Po dotarciu na rynek w Argeles-Gazost zatrzymaliśmy się na szybką przekąskę w miejscowej pizzerii. Potem do pokonania mieliśmy jeszcze 13-kilometrowy dojazd do Lourdes boczną drogą D921b przez Ayzac-Ost i Agos-Videlos. Swój etap 6a zakończyliśmy na olbrzymim parkingu przy Boulevard du Gave, gdzie czekał już na nas Piotrek.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1627991990

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1627991990

ZDJĘCIA

20180609_001

FILMY

VID_20180609_001

VID_20180609_002

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col du Couraduque została wyłączona

Col du Tourmalet – W

Autor: admin o piątek 21. Grudzień 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 2115 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1405 metrów

Długość: 18,7 kilometra

Średnie nachylenie: 7,5 %

Maksymalne nachylenie: 12,1 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Lepszej oprawy do uczczenia swego „górskiego jubileuszu” nie mogłem sobie wymarzyć. Col du Tourmalet to najwyższa szosowa przełęcz z prawdziwego zdarzenia we francuskiej części Pirenejów. Pomimo, że po północnej stronie granicy francusko-hiszpańskiej jest kilka asfaltowych dróg sięgających nieco wyżej to twierdzenie wydaje się być uzasadnione. Lac d’Aumar i Lac de Cap de Long są bowiem szosami wiodącymi ku wysokogórskim jeziorom. Natomiast Col de Portet czy Col de Tentes dla kolarzy szosowych są przełęczami jedynie z nazwy, bowiem na drugą stronę nie da się z nich zjechać. Tourmalet jest również najbardziej popularnym wzniesieniem w historii Tour de France. Począwszy od etapu Luchon – Bayonne z roku 1910 na przełęcz tą wjeżdżano aż 82 razy. Dlatego też jeden z przydomków tej góry to „Incontourable” czyli w tłumaczeniu na język Mickiewicza „Nie do ominięcia”. Z kolei sama nazwa tej przełęczy pochodzi z dialektu gaskońskiego języka oksytańskiego i oznacza „Odległa Góra”. Najwyraźniej ze względu na swą wysokość i przewyższenie ta górska przeprawa dawnym mieszkańcom pirenejskich dolin musiała się wydawać szczególnie daleka. Jak już wspomniałem związek Col du Tourmalet z wyścigiem Tour de France jest bardzo długi i wielce owocny. Przy tym organizatorzy „Wielkiej Pętli” dość sprawiedliwie traktowali oba zbocza tej kolarskiej góry. Jak dotychczas od strony zachodniej czyli z początkiem wspinaczki w Luz-Saint-Sauveur wjeżdżano już 43-krotnie. Natomiast po ścianie wschodniej wspinano się na przełęcz 39 razy. Poza tym trzykrotnie orientalny podjazd kończono w stacji La Mongie na wysokości 1715 metrów n.p.m., gdzie wygrywali: Francuz Bernard Thevenet (1970), niejaki Lance Armstrong z dalekiego Teksasu (2002) i Włoch Ivan Basso (2004).

Pierwszym zdobywcą tej przełęczy został Octave Lapize. Na inaugurację jak i w dwóch kolejnych latach na Tourmalet wspinano się do wschodu. Zachodni podjazd na przełęcz po raz pierwszy przetestowano w roku 1913. Na górę pierwszy wjechał Belg Philippe Thys, który podobnie jak Lapize swój wyczyn przekuł później na generalne zwycięstwo w tej edycji Touru. Tym niemniej i tak do legendy przeszedł tego dnia Francuz Eugene Christophe, któremu na pierwszych kilometrach zjazdu pękł przedni widelec. Historia jego 10-kilometrowego spaceru do Sainte-Marie-de-Campan oraz naprawy roweru w kuźni miejscowego kowala jest na tyle dobrze znana, że nie będę rozwijał owego wątku. Przed wybuchem II Wojny światowej Tourmalet zabrakło na trasie TdF jedynie w roku 1922. W tym okresie popularniejszym był podjazd zachodni, wykorzystany 17 razy. Natomiast od wschodu wspinano się tylko 8-krotnie. Pierwszym zwycięzcą premii górskiej na Tourmalet czyli w roku 1933, gdy wprowadzono klasyfikację górską został Hiszpan Vicente Trueba. Po Wojnie większe uznanie w oczach dyrekcji wyścigu zyskało wschodnie oblicze góry, które w czasach „nowożytnych” prowadzi w stosunku 31:26. Co ciekawe każdy z dwóch podjazdów na Tourmalet wystąpił już w roli etapowej mety na wyścigu Dookoła Francji. Wschodni podjazd był finałem siedemnastego etapu TdF 1974. Odcinek ten wygrał Francuz Jean-Pierre Danguillaume, skądinąd zwycięzca Wyścigu Pokoju w sezonie 1969. Z kolei zachodni został w ten sposób wyróżniony podczas edycji z roku 2010 gdy świętowano 100-lecie obecności Pirenejów na trasach TdF. Na siedemnastym etapie tego wyścigu Andy Schleck i Alberto Contador odjechali swym rywalom na ponad minutę. Tego dnia wygrał Luksemburczyk, zaś Hiszpan utrzymał prowadzenie w wyścigu. „El Pistolero” dowiózł koszulkę lidera do Paryża, lecz ostatecznie skreślono go z listy triumfatorów po pozytywnym wyniku badań antydopingowych (clebuterol).

Pośród wszystkich zdobywców Col du Tourmalet na trasach Tour de France znajdujemy czterech kolarzy, którzy trzykrotnie byli pierwsi na tej górze oraz sześciu zawodników, którzy dokonali tego dwa razy. Liderami w tym zestawieniu są: Francuz Jean Robic (1947-48 i 1953), Hiszpanie Federico Bahamontes (1954, 1962-63) & Julio Jimenez (1964-65 i 1967) oraz Belg Lucien Van Impe (1971, 1975 i 1977). Sprawcy dubletu to zaś: Belg Firmin Lambot (1914 i 1920), Francuz Benoit Faure (1930 i 1932), Belg Sylvere Maes (1935-36), słynny Fausto Coppi (1949 i 1952), Francuz Richard Virenque (1994-95) oraz Włoch Alberto Elli (1998-99). Cóż jeszcze można dodać? W roku 1969 tuż przed finałem wschodniego Tourmalet swój 120-kilometrowy solo rajd do mety w Mourenx rozpoczął wielki Eddy Merckx. „Kanibal” wygrał ten etap z przewagą blisko ośmiu minut nad następnymi kolarzami, zaś cały wyścig z zapasem prawie osiemnastu! W latach 1974 i 2010 przez Tourmalet przejeżdżano dwukrotnie. W 1993 roku nasz Zenon Jaskuła wraz ze Szwajcarem Tony Romingerem na wschodnim zboczu nadrobił 50 sekund nad liderem Miguelem Indurainem. Niemniej ostatecznie nic z tej akcji nie wyszło. W 2015 roku zwycięzcą tej premii górskiej został Rafał Majka. Kolarz Tinkoff-Saxo Bank „odczepił” kompanów z ucieczki w połowie wschodniego podjazdu i wygrał etap do Cauterets po solowej akcji na dystansie około 50 kilometrów. Ostatnimi zdobywcami Tourmalet byli dwaj efektownie jeżdżący Francuzi: Thibout Pinot (na szlaku zachodnim w 2016 roku) oraz Julian Alaphilippe (na wschodnim w roku 2018). W przyszłym roku uczestnicy Tour de France po raz 83. wjadą na tą przełęcz. Co ważne po raz trzeci w dziejach na przełęczy tej zakończy się jeden z etapów „Wielkiej Pętli”. Stanie się tak na czternastym odcinku 106. TdF. Tak jak przed dziewięciu laty w roli finałowego podjazdu wystąpi zachodni Tourmalet, tym razem poprzedzony północnym Col du Soulor.

Ja na Tourmalet wróciłem po blisko jedenastu latach. Po raz pierwszy wjechałem tam bowiem 12 lipca 2007 roku w towarzystwie Piotra Mrówczyńskiego. Tą słynną przełęcz zdobyliśmy wówczas od strony wschodniej. A w zasadzie od północno-wschodniej, bowiem startowaliśmy z Bagneres-de-Bigorre, przez co delikatną wspinaczkę zaczęliśmy już na sześć kilometrów przed Sainte-Marie-de-Campan. Tamten wschodni Tourmalet był dla mnie górą nr 44, zaś ten zachodni miał być już unikalną premią górską nr 500. Oba podjazdy są porównywalnie trudne. Zachodni jest dłuższy o blisko dwa kilometry i większy o 140 metrów przewyższenia, o ile start wschodniej wspinaczki wyznaczy się u Świętej Marii z Campan. Niemniej gdy do wschodniego podjazdu dojeżdża się z północy wówczas wzniesienie to ma aż 23 kilometry długości i amplitudę o 50 metrów większą od swego zachodniego oponenta. Tak czy owak Tourmalet na TdF to zawsze premia górska najwyższej kategorii (HC). Mimo to przed wyjazdem do Francji poważnie rozważałem możliwość dodania do 19-kilometrowej wspinaczki z Luz-Saint-Sauveur jeszcze kilku szutrowych kilometrów ze szlaku na Pic du Midi Bigorre (2877 m. n.p.m.). Do obserwatorium astronomicznego na szczycie tej góry nie sposób dojechać na rowerze. Tym niemniej na dwóch kółkach można się dostać w jego pobliże. Ponoć po całkiem przyjaznym nam szosowcom szutrze można dotrzeć przynajmniej do Col de Sencours (2378 m. n.p.m.). Dalej prowadzi już gorszej jakości „gruntówka” kończąca się na Col de Laquets (2637 m. n.p.m.). Gdyby udało mi się wjechać aż tak wysoko to zrobiłbym w pionie 1926 metrów. Więcej za jednym zamachem zrobiłem wcześniej tylko dwa razy. To znaczy wjeżdżając na Colle del Nivolet we wrześniu 2015 i na Blockhaus w czerwcu 2014 roku. Perspektywa takiego wyczynu była więc dla mnie wielce kusząca.

Na starcie w Luz stanęliśmy we trzech. Poza mną do spotkania z górą-legendą szykowali się Krzysiek i Rafał. Ruszyliśmy dokładnie o wpół do pierwszej. W tym momencie Dario od kilku minut zjeżdżał już z Tourmalet w stronę La Mongie i Sainte-Marie-de-Campan. Natomiast Pedro siedząc za kierownicą „naszego” Renault mknął już w stronę Gavarnie. Gdy spojrzy się na mapę od razu widać, że ten podjazd biegnie na wschód długimi prostymi odcinkami. To dodatkowa trudność. Znaczący dystans i ostre nachylenie pokonuje się silnymi nogami oraz zdrowymi płucami i sercem. Niemniej gdy na prostej nie widać końca pokonywanej właśnie stromizny przydaje się jeszcze mocna głowa czytaj psychika. Tymczasem tu na całym, sporym przecież, dystansie doliczyć się można ledwie czternastu ciasnych wiraży. W przeciwieństwie do wschodniej wspinaczki ten podjazd ma solidne nachylenie niemal od początku. Przez 14 kilometrów droga D918 biegnie wzdłuż potoku Le Bastan. Na pierwszym nieco łatwiejszym kilometrze przejeżdża się przez Esterre. Potem mijamy boczne dróżki do wiosek: Viella (2,1 km), Viey (3 km) i Betpouey (3,8 km). Na trzecim kilometrze straciliśmy Rafała, który zredukował tempo do bezpiecznego dla siebie rytmu. Na początku piątego kilometra zostałem już sam. W międzyczasie po przejechaniu 4 kilometrów pokonaliśmy dwa pierwsze zakręty. Kolejna podwójna serpentynka trafiła się w połowie szóstego kilometra za mostem z drogą do Sers (5,3 km). Na ósmym kilometrze trzeba było przejechać przez największą miejscowość na tym szlaku czyli Bareges. Co ciekawe droga jest tu jednokierunkowa. To znaczy do góry jedzie się przez centrum wsi, zaś w drodze powrotnej trzeba zrobić drobny objazd. Według stravy niespełna 7-kilometrowy segment na dojeździe do Bareges przejechałem niezbyt szybko, bo w czasie 31:31 (avs. 13,1 km/h z VAM 895 m/h).

Na wylocie z tej miejscowości zaczyna się trudny, półtorakilometrowy sektor, na którym nachylenie trzyma się na stałym poziomie od 8 do 10%. Następnie pod sam koniec dziesiątego kilometra można odbić w prawo na starą drogę pod Tourmalet znaną dziś jako Voie Laurent Fignon. Ta dróżka zapewnia lepsze widoki, lecz w połowie piętnastego kilometra i tak łączy się ze współczesnym szlakiem na przełęcz. Ten zaś prowadzi przez stację Tournaboup (10,7 km), za którą przejeżdża się na prawy brzeg Le Bastan. Tam mamy zaś trzy zakręty, ponad kilometrową prostą, kolejne dwa zakręty i następny kilometr na wprost, który doprowadza nas do stacji Super-Bareges (14,1 km). Jeden z tutejszych wyciągów „leci” już wprost na przełęcz. Tymczasem kolarski szlak w połowie szesnastego kilometra skręca na północ, gdzie na przedostatnim wirażu zaczyna się najtrudniejszy fragment całego wzniesienia tzn. stromy finał o długości równo dwóch kilometrów. Tenże zaczyna się od ścianki ze stromizną 11,6% i kończy jeszcze lepszą, bo o maksimum 12,1%. Pomiędzy nimi nachylenie raczej nie spada poniżej 8%. Na ostatnim zakręcie jakieś 700 metrów przed przełęczą na każdego z nas jak i innych śmiałków czekała fotograf z zakładu „Zoom-Photo”. Moje zmęczone oblicze uwieczniła na sześciu zdjęciach. Choć byłaby to ładna pamiątka z jubileuszowego wjazdu na razie nie zdecydowałem się na ich zakup przez internet, gdyż cena usługi nieco poraża. Krzychu najwyraźniej jechał tu na większym luzie, bowiem był w stanie zaprezentować w obiektywie iście „hollywoodzki uśmiech”. Ja na przełęcz dotarłem w czasie 1h 31:30 (avs. 12,4 km/h z VAM 923 m/h). Dario nieco wcześniej wykręcił tu wynik 1h 30:12, zaś Pedro w czwartek uzyskał 1h 41:26 co świadczyło o jego lepszej niż w dwóch poprzednich sezonach formie. Z kolei Rafał niebawem ukończył tą wspinaczkę w 1h 55:36. Wjechawszy na górę udałem się na podwieczorek do restauracji. Ujrzałem tam „antyczny” rower marki Le Splendid z roku 1910.

Gdy dojechali chłopacy zrobiliśmy sobie zdjęcia na tle tablicy i metalowej statui Octave’a Lapize. Ponoć na jesieni jest ona zwożona do Bagneres-de-Bigorre, by przezimować w cieplejszych warunkach, po czym wraca na przełęcz co roku w czerwcu. Na stałe za to tkwi na przełęczy popiersie Jacques’a Goddet, dyrektora TdF z lat 1936-87. Godzi się przy tym wspomnieć, iż obecnie gdy Tour wjeżdża na Tourmalet na zwycięzcę czeka bonus w postaci Souvenir Jacques Goddet. Wzorem dla tego pomysłu był zapewne fakt, iż na alpejskim Col du Galibier swój monument i nagrodę ma pierwszy szef Touru czyli Henri Desgrange. Na przełęczy temperatura była przyzwoita tj. 18 stopni. Niemniej dość mocno wiało, zaś niebo było zachmurzone. Zbierające się nad przełęczą ciemne chmury odradziły mi wypad  szutrową ścieżkę pod Pic du Midi-Bigorre. Niestety zamknięty był sklep z suwenirami. Dlatego na pamiątkę zabrałem sobie kawałek przydrożnej skały, ot niewielki kamienny łupek. Na zjeździe nie zawadzał, a zaiste można się było tu nieźle rozpędzić. Rafa złamał barierę 70 km/h. Niestety na wysokości Tournaboup zgasł mi telefon, więc fotki zrobiłem tylko w górnej części wzniesienia. Do Argeles-Gazost wróciliśmy dość wcześnie. Potem długo wyczekiwaliśmy na przyjazd Darka. Ten porwał się na coś doprawdy wielkiego. Przemierzył samotnie trasę Marmotte Granfondo Pyrenees. A zatem pokonał kolejno: zachodni Tourmalet w czasie lepszym od mojego, zachodni Hourquette-Ancizan (1h 13:17), wschodni Aspin (1h 02:57), wschodni Tourmalet (1h 38:02) oraz Luz-Ardiden (1h 02:34). Ten ostatni podjazd skończył w nieco innym miejscu niż my, acz też na wysokości około 1700 metrów n.p.m. Po tym wszystkim zjechał do Luz-Saint-Sauveur i na dobicie przejechał jeszcze 19 kilometrów w dolinie do Argeles-Gazost. Tym samym swój licznik zatrzymał po przebyciu niemal 196 kilometrów z przewyższeniem 5512 metrów (strava na tym punkcie zgłupiała). To wszystko przerobił w czasie brutto 11 godzin i 35 minut (netto 10h 28:12 – avs. 18,7 km/h). Do naszej bazy zjechał o godzinie 21:28 czyli dziesięć minut przed zachodem słońca. Po prostu IRON-MAN.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1625248990

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1625248990

ZDJĘCIA

20180608_046

FILMY

VID_20180608_004

VID_20180608_005

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col du Tourmalet – W została wyłączona

Luz-Ardiden

Autor: admin o środa 19. Grudzień 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1720 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1036 metrów

Długość: 13,4 kilometra

Średnie nachylenie: 7,7 %

Maksymalne nachylenie: 11,2 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Piątek był ostatnim pełnym dniem naszego pobytu w okręgu Argeles-Gazost. Dla większości z nas oznaczało to drugą samochodową wycieczkę do Luz-Saint-Sauveur. Pojechaliśmy tam we czterech, acz w nieco innym gronie niż dzień wcześniej. Tym razem do mnie, Krzyśka i Rafała dołączył Piotr. Przed południem w tak licznym składzie mieliśmy ruszyć do zmagań z przeszło 13-kilometrowym podjazdem do stacji Luz-Ardiden. Po południu już tylko we trzech chcieliśmy rzucić resztki swych sił do walki z jeszcze groźniejszym „przeciwnikiem” czyli blisko 19-kilometrową wspinaczką na Col du Tourmalet. Bez dwóch zdań najsłynniejszą ze wszystkich pirenejskich przełęczy. Pedro ów egzamin zdał już we czwartek, więc nie był zainteresowany powtarzaniem trudnego testu. Zamiast tego wybrał się autem do Gavarnie, aby pokonać 4-kilometrowy pieszy szlak zwieńczony przednim widokiem na Cirque de Gavarnie. Jeśli chodzi o mnie to w normalnych okolicznościach odmiennie opracowałbym sobie ten etap. Zazwyczaj na pierwszy ogień wybieram przecież trudniejszy z dwojga zaplanowanych na dany dzień podjazdów. Jednak 8 czerwca 2018 roku miałem ważny powód ku temu by nieco wstrzymać się z poznaniem zachodniego oblicza legendarnego Tourmalet. Jeszcze przed wyjazdem do Francji wyliczyłem sobie bowiem, że dziewiąte wzniesienie tej wyprawy będzie podjazdem nr 500 na mojej liście „górskich skalpów”. W tym miejscu dodam, iż wpisuje na nią tylko wspinaczki o przewyższeniu co najmniej 500 metrów oraz nie wliczam powtórnych „ataków” na tą samą górę tym samym szlakiem. Skoro więc można było tak zacny jubileusz uczcić wjazdem na jedną z najsłynniejszych premii górskich to postanowiłem nie przegapić tak wybornej okazji.

Jedynym z nas, który swój piąty etap zaczął od wspinaczki pod Tourmalet był Darek. O szczegółach jego wielkiego wyczynu wspomnę w kolejnym odcinku mego „Pamiętnika z podróży”. W tym miejscu tytułem wstępu powiem jedynie, iż Dario zdecydował się zmierzyć z ekstremalnie trudną trasą wyścigu Marmotte Granfondo Pyrenees. To zawody dla cykloamatorów organizowane od roku 2015 przez twórców znacznie starszego La Marmotte Alpes. Owego „Świstaka Alpejskiego” poznaliśmy obaj przed kilkunastu laty. Pirenejski gatunek tej imprezy ma aż pięć okazałych zębów. Na dystansie 163 kilometrów zmusza do pokonania w pionie ponad 5500 metrów! Darek wiosną próbował mnie namówić do wspólnej jazdy. Ja jednak nie czułem się na siłach by podołać tak ciężkiemu zadaniu. Uznałem, że nie stać mnie na takie wyczyny jak w roku 2008, gdy zaliczyłem swoje dwa najtrudniejsze górskie wyścigi: GF Campagnolo i Alpenbrevet Gold. Pamiętałem ile kosztowało mnie przejechanie tras z łącznym przewyższeniem ponad 5000 metrów i to w czasach, gdy byłem w znacznie lepszej formie fizycznej niż obecnie. W sezonie 2018 szansy ukończenia tak ciężkiej próby mogłem upatrywać jedynie w prawdziwie turystycznym tempie, znacznie spokojniejszym od dawnego wyścigowego rytmu. Na takich ulgowych zasadach mogłem spróbować. Ostatecznie jednak nie podjąłem tego wyzwania. Widać z upływem lat wywietrzały mi z głowy podobne fantazje. Wolałem iść dalej utartą ścieżką czyli z dnia na dzień poznawać kolejne dwa-trzy wzniesienia. Tym samym gdy Dario kilka minut przed godziną dziesiątą ruszał z Argeles-Gazost na trasę najtrudniejszego etapu w swej kolarskiej karierze, ja byłem już w Luz-Saint-Sauveur gdzie wespół z trzema pozostałymi kolegami szykowałem się do swej pierwszej piątkowej wspinaczki.

Stacja narciarska Luz-Ardiden została otwarta w styczniu 1975 roku. Nazwę zawdzięcza dwojgu swych „rodziców chrzestnych”. Pierwszy człon wspomnianemu już miasteczku, zaś drugi najwyższemu z okolicznych górskich szczytów Pic d’Ardiden (2988 m. n.p.m.). Do tego ośrodka sportów zimowych można dojechać na dwa sposoby. Droga znana kolarskim kibicom to D12, zaczynająca się na obrzeżach Luz. Alternatywa również startuje przy szosie D921, lecz około pięć kilometrów dalej na północ. Ten podjazd prowadzi drogą D149 przez wioskę Viscos. Oba szlaki łączą się na wysokości około 1410 metrów n.p.m., więc na ostatnich czterech kilometrach do celu prowadzi już tylko jeden szlak. Na wielkich wyścigach kolarskich zawsze korzystano z nieco łatwiejszej opcji rozpoczynanej w Luz-Saint-Sauveur. Tour de France po raz pierwszy zawitał w te strony w sezonie 1985. Siedemnasty etap „Wielkiej Pętli” wygrał wówczas Pedro Delgado. Hiszpan wyprzedził dwójkę Kolumbijczyków tzn. Lucho Herrerę o 25 sekund oraz Fabio Parrę o 1:29. Dwa lata później Herrera znów był drugi, bowiem przez jego pościgiem umknął Dag-Otto Lauritzen. Było to pierwsze w dziejach norweskie zwycięstwo etapowe na TdF. Jak dotąd Luz-Ardiden osiem razy pojawiło się na trasie wyścigu Dookoła Francji. Pośród wszystkich pirenejskich stacji „większe branie” ma dotychczas jedynie bliska polskim sercom góra Pla d’Adet alias Saint-Lary-Soulan. Zazwyczaj triumfowali tu kolarze z Hiszpanii. W 1988 gdy „Perico” Delgado dominował już w całym wyścigu po sukces etapowy i to z ogromną przewagą 6 minut sięgnął w tej stacji jego krajan z Kastylii-Leon Laudelino Cubino. Dwa lata później ze zwycięstwa cieszył się tu Miguel Indurain, który na ostatnich metrach zgubił ówczesnego mistrza świata Grega Lemonda. Tym niemniej Amerykanin też miał powody do zadowolenia, bowiem odrobił przeszło dwie minuty do niespodziewanego lidera Claudio Chiappucciego.

Kolejne cztery wizyty Touru to już czasy dobrze mi znane z relacji oglądanych w Eurosporcie. W 1994 roku po swój pierwszy etapowy triumf w TdF sięgnął tu Richard Virenque. Francuz zabrał się w ucieczkę, po czym zostawił swych kompanów na Col du Tourmalet. Ostatecznie wygrał w stylu a’la Cubino czyli z przewagą 4:34 nad kontratakującym z grupy liderów Marco Pantanim oraz 5:52 nad innym „harcownikiem” Oscarem Pelliciolim. Z kolei w sezonie 2001 ku radości rzesz baskijskich kibiców zwyciężył tu Roberto Laiseka z ekipy Euskaltel. Dziesięć lat później w jego ślady poszedł inny as tej drużyny czyli mistrz olimpijski z Pekinu Samuel Sanchez. W międzyczasie mieliśmy pamiętne wydarzenie na trasie TdF 2003. Prowadzący w tym wyścigu, acz z niewielką przewagą Lance Armstrong na pierwszych kilometrach wzniesienia zahaczył o torebkę trzymaną przez kibica. Lider upadł pociągając za sobą Ibana Mayo. Najgroźniejszy rywal lidera czyli Niemiec Jan Ullrich z Team Bianchi zachował się honorowo tzn. zwolnił nie chcąc korzystać na pechu Teksańczyka. Gdy czołówka się zjechała zaatakował Mayo, po czym skontrował Armstrong. Jankes wygrał ten etap zyskując nad Ullrichem drogocenne 40 sekund. Do Luz-Ardiden dwukrotnie zajrzał też dwukrotnie wyścig Vuelta a Espana. W 1992 roku ponownie triumfował tu Cubino, który o 19 sekund wyprzedził Szwajcara Tony Romingera. Helwet tego dnia mocno zbliżył się do swej pierwszej koszulki lidera Vuelty. Potem wygrał ten wyścig, zaś w kolejnych sezonach dwie dalsze edycje. Z kolei w sezonie 1995 swą dominację w pierwszej wrześniowej Vuelcie potwierdził tu Laurent Jalabert. Słynny „Jaja” o kilka sekund wyprzedził Baska Abrahama Olano i Belga Johanna Bruyneela. Cztery dni później na generalnym podium VaE w Madrycie kolejność była identyczna.

Luz-Ardiden czyli podjazd o średniej długości, solidnym nachyleniu i przewyższeniu m/w 1000 metrów uznałem za idealny do sprawdzenia poziomu swej formy. Jeszcze dwa-trzy lata temu jadąc „na świeżości” bez większego kłopotu ukończyłbym tego rodzaju wspinaczkę w czasie poniżej godziny. Taki też cel miałem na piątkowe przedpołudnie. Z tego względu wystartowałem mocno i już na pierwszych kilkuset metrach odjechałem kolegom. Na początkowych dwóch kilometrach nachylenie było umiarkowane, bowiem ani na moment nie przekroczyło 8%. Pierwszą stromiznę rzędu 10% trzeba było pokonać pod koniec trzeciego kilometra na serpentynach przed wioską Sazos. W tym miejscu miałem już półtorej minuty przewagi nad swymi kompanami. Kolejną wioską na naszym szlaku była Grust, leżąca przy ósmym wirażu w odległości 4,3 kilometra od mostu nad Gave de Gavarnie. Pod koniec piątego kilometra na odcinku między dziesiątą i jedenastą serpentyną chwilowa stromizna przekroczyła 11%. Przez pierwsze siedem kilometrów z hakiem utrzymywałem swe wspinaczkowe tempo na zakładanym poziomie + 1000 m/h. Na wysokości osady Cureille-Dessus (7,4 km) miałem już 4:15 przewagi nad Piotrem i 9:30 nad Rafałem. Pedro jechał na pełen gaz nie mając na ów dzień innych celów niż Luz-Ardiden. Rafa raczej się oszczędzał, gdyż w swym piątkowym programie miał jeszcze popołudniową wspinaczkę pod Col du Tourmalet. Między nimi, acz bliżej Piotra niż Rafała, jechał zaś „niewykrywalny dla stravy” Krzysiek. Po kolejnych dwóch kilometrach minąłem miejsce, gdzie nasz górski szlak rodem z TdF łączy się z drogą przez Viscos wykorzystaną jedynie na trzecim etapie Route du Sud 2017. Do szczytu brakowało mi zatem tylko czterech kilometrów.

Niebawem wjechałem na najbardziej efektowny fragment tego wzniesienia, na którym droga biegnie krętym szlakiem przez kilkanaście serpentyn. Dwie pierwsze mijamy przed osadą Bayesse. Dziesięć kolejnych na trzech kilometrach poprzedzających wjazd do Luz-Ardiden. Natomiast dwie ostatnie znajdujemy już na terenie stacji, tuż przed finałem całej wspinaczki. Ponieważ trzecia tercja podjazdu prowadzi przez teren odsłonięty wszystkie te szosowe zawijasy doskonale widać z dużego placu we wschodniej części ośrodka. Z tej przyczyny ów fragment wzniesienia cieszy się szczególną atencją ze strony wyścigowych fotoreporterów i kamerzystów. Mimo licznych zakrętów podjazd jest wymagający do samego końca. Na ostatnich kilometrach trzyma na średnim poziomie 7-8%, przy maksimum do 10%. Na tej malowniczej końcówce nieco zwolniłem. Według stravy ostatnie pięć kilometrów przejechałem w tempie ledwie 920 m/h. Ostatecznie wspinaczkę ukończyłem w czasie 1h 02:52 przy średniej prędkości 12,8 km/h z VAM 988 m/h. Sześć minut później do mety dotarł Piotr. Jemu również trochę zabrakło do wyznaczonego sobie celu czyli wyniku na poziomie 900 m/h. Gdy Pedro robił mi pamiątkowe zdjęcie na tle głównego budynku stacji na ostatnim wirażu pojawił się już Chris. Dłużej przyszło nam czekać tylko na Rafała. „Madrileno” stracił do mnie 20 minut. Co ciekawe na końcu podjazdu po godzinie jedenastej temperatura była taka sama jak godzinę wcześniej w dolinie. To znaczy przyjazne 21 stopni. Przed rozpoczęciem powrotnego zjazdu do Luz-Saint-Sauveur z zachodniego parkingu pod wyciągami narciarskimi przejechaliśmy na wschodni plac będący znakomitą platformą widokową. Tam podziwiając „srebrnego węża” wijącego się po trawiastym zboczu zostaliśmy zaskoczeni przyjazdem młodego zawodowca z baskijskiej ekipy Euskadi-Murias.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1625248783

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1625248783

ZDJĘCIA

20180608_001

FILMY

VID_20180608_001

VID_20180608_002

VID_20180608_003

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Luz-Ardiden została wyłączona

Cirque du Troumouse

Autor: admin o niedziela 16. Grudzień 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 2100 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1029 metrów

Długość: 15,1 kilometra

Średnie nachylenie: 6,8 %

Maksymalne nachylenie: 12,6 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Na Col de Tentes spędziłem przeszło pół godziny. Zjazd rozpocząłem w towarzystwie Rafała i Krzyśka. Niezależnie od standardowych przystanków fotograficznych, na drugim kilometrze owego szusowania zrobiliśmy sobie dodatkową sesję zdjęciową pt. „Kolarz w akcji” na tle najwyższej z przydrożnych band śnieżnych. Potem moi kompani pojechali już szybciej, zaś ja dojechałem do Darka. Ten po defekcie, który pozbawił go przyjemności z pierwszej wspinaczki teraz musiał ostrożnie zjeżdżać by bezpiecznie dotrzeć do podnóża drugiego z naszych czwartkowych podjazdów. Postanowiłem go asekurować. W sprawach technicznych niespecjalnie byłbym mu w stanie doradzić. Niemniej utrzymując z nim kontakt wiedziałem na bieżąco czy Dario będzie mógł wkrótce wyruszyć na Cirque de Troumouse. Godzina była jeszcze młoda, więc nigdzie mi się nie śpieszyło. Powolny zjazd w pięknych okolicznościach przyrody, co ważne przy dobrej pogodzie był czystą przyjemnością. Żal było opuszczać te piękne okolice, więc na pożegnanie należało je godnie uwiecznić na zdjęciach i filmikach. Ostatecznie ów ledwie 17-kilometrowy zjazd do rozdroża powyżej Gedre zajął nam godzinę i 16 minut, z czego większość stanowiły wszelakiego rodzaju postoje. Do miejsca, w którym zaczyna się droga D922 dojechaliśmy tuż po czternastej. W tym momencie nasi koledzy z Gorzowa Wielkopolskiego już od ponad 10 minut wspinali się w kierunku Cirque de Troumouse. W dodatku my nie od razu ruszyliśmy pod górę. Zmarnowaliśmy w tym miejscu kolejny kwadrans. Postanowiliśmy coś zjeść i przede wszystkim przebrać się do kolejnej wspinaczki. Tym bardziej, że na wysokości 1071 metrów n.p.m. było całkiem ciepło. Termometr w moim Garminie zanotował tu aż 24 stopnie.

Teoretycznie podjazd na Cirque de Troumouse też mogliśmy zacząć w Luz-Saint-Sauveur. Tym niemniej już zawczasu uzgodniliśmy, że nie będziemy się powtarzać. Moim zdaniem dwukrotne pokonywanie tego samego odcinka i to o długości aż 13 kilometrów byłoby stratą czasu. Na tym wyborze traciliśmy co prawda niemal 400 metrów z ogólnego przewyższenia, lecz wciąż do pokonania w pionie pozostawało nam ponad 1000 metrów. W dodatku tych najbardziej wymagających, bo rozłożonych na dystansie niespełna 15 kilometrów. Poza tym nawet tak okrojona trasa przekładała się na dystans dzienny blisko 90 kilometrów z przewyższeniem ponad 2500 metrów. Jakby nie patrzeć była to zdrowa dawka górskich wrażeń. Nasz cel nr 2 czyli Kocioł Troumouse jest zjawiskiem tego samego typu co słynny Cirque de Gavarnie. Optycznie nie jest aż tak imponujący jak jego sąsiad z zachodu. Tym niemniej dla kolarzy amatorów stanowi nie lada atrakcję. Cirque de Troumouse ma średnicę 4 kilometrów, zaś jego podstawa znajduje się na wysokości około 2200 metrów n.p.m. Jego ściany tworzą górskie szczyty wznoszące się na ponad 3000 metrów n.p.m. Wśród nich najwyższą górą jest La Munia (3133 m. n.p.m.). W tym „cyrku” wypiętrzenie górskich ścian nie sięga więc tysiąca metrów. Niemniej z kolarskiego punktu widzenia ma to swoje zalety. Droga ku Cirque de Gavarnie – tylko początkowo szosowa, zaś następnie szutrowa – dochodzi do poziomu ledwie 1570 metrów n.p.m. Natomiast tutejsza asfaltowa ścieżka wije się po serpentynach na wysokość aż 2100 metrów. Tym samym Gavarnie jest turystycznym rajem obleganym przez amatorów pieszych wędrówek, zaś leżący nieco na uboczu Troumouse stanowi wyzwanie dla ambitnych cykloturystów.

Ruszając z rozdroża o godzinie 14:17 nie mieliśmy już najmniejszych szans na dogonienie Rafała i Krzyśka. Nasi kompani w tym momencie mieli już za sobą pięć kilometrów podjazdu czyli trzecią część całej wspinaczki. Trzeba przyznać, że pierwsza tego tercja tego wzniesienia nie należy do łatwych. Nachylenie jest nieregularne i w kilku miejscach strome. Już na pierwszym kilometrze, który wiedzie krętą trasą przez teren zamieszkany stromizna zbliża się do 10%. Kolejne cztery kilometry z hakiem to przeplatanka trudniejszych i łatwiejszych odcinków. Droga obiera na dłuższy czas kierunek południowo-wschodni wytyczony przez nurt Gave de Heas. Na początku czwartego kilometra Pont de Souarrouy pozwala przejechać na prawy brzeg wspomnianego potoku. Tu szosa początkowo pnie się łagodnie, lecz gdy w nogach mamy już 4300 metrów zmienia się melodia. Teraz przez cały kolejny kilometr trzeba zmagać się z nachyleniem, które ani na moment nie spada poniżej 9%, zaś miejscami przekracza 12%. Następnie podjazd stopniowo łagodnieje od miejsca, w którym mijamy drogę D176 odchodzącą w prawo ku Lac de Gloriettes. To górskie jezioro położone na wysokości 1668 metrów n.p.m. również leży w kotle lodowcowym, znanym jako Cirque de Estaube. Tymczasem nachylenie naszego górskiego szlaku za tym rozjazdem szybko spadło poniżej 5% i na tak niskim poziomie utrzymywało się następnie przez niemal dwa kilometry. W tym czasie przejechaliśmy przez wioskę Heas, zaś następnie minęliśmy miejscowy kościółek na wzgórzu czyli Chapelle de Heas (7,4 km). Pół kilometra dalej po raz drugi przeprawiliśmy się przez Gave de Heas. Po chwili wjechaliśmy na finałowy odcinek drogi mijając nieczynny tego dnia punkt poboru opłat. Tutejsze myto nie jest wygórowane i rzecz jasna dotyczy tylko turystów zmotoryzowanych. W sezonie kierowcy samochodów osobowych płacą tu 5, motocykliści 2, zaś pasażerowie autobusów po 1 Euro od łebka. Z tego miejsca do końca wspinaczki pozostaje dokładnie siedem kilometrów.

Droga nabrała typowo górskiego charakteru. Na kolejnych trzech kilometrach naliczyłem aż 15 wiraży. Nachylenie było zmienne, lecz na ogół wymagające. W najtrudniejszych chwilach wahało się na poziomie od 9 do 10,5%. Na ten odcinek drogi wjechałem z przewagą kilkunastu sekund. Ta różnica wzrosła nawet do niespełna pół minuty. Niemniej ostatecznie Dario zmobilizował się i od połowy jedenastego kilometra znów wspinaliśmy się razem. Po przejechaniu 11,8 kilometra na małym wypłaszczeniu minęliśmy hotelik Auberge du Maillet. Według stravy dotarliśmy tu w czasie 49:06 (avs. 14,4 km/h z VAM 877 m/h). Na tej wysokości droga była już mokra, acz nam deszcz nie dawał się we znaki. Szosa ponownie zaczęła się wspinać na początku trzynastego kilometra. Widoki coraz bardziej zapierały dech w piersiach. Wkrótce musieliśmy się zatrzymać, lecz bynajmniej nie na skutek problemów z oddychaniem. Na dwa kilometry przed szczytem natknęliśmy się na wielką zaspę śnieżną, która całkowicie zakryła szosę na najbliższym wirażu. W tym miejscu czekali już na nas od dobrych 15 minut Krzysiek z Rafałem. Zaczęliśmy się zastanawiać jakie warunki drogowe są powyżej owej przeszkody. Chcąc to sprawdzić trzeba się było zdecydować na osobliwy treking. Należało wziąć rowery na swe barki i wgramolić się po stoku na wyższą półkę szosy z pominięciem zasypanego zakrętu. Przypomniało mi się doświadczenie z ósmego etapu tzw. „Hannibala”, kiedy to wraz z Darkiem i Adamem Kowalskim musieliśmy omijać „wieczne śniegi” blokujące wjazd na przełęcz Esischie. Tym razem zadanie okazało się bardziej skomplikowane. Owszem większa część pozostałej nam do szczytu drogi była przejezdna. Tym niemniej jeszcze dwa razy trzeba było schodzić z rowerów, zaś na ostatniej prostej należało się przedzierać skrajem szosy i poboczem. Koniec końców dotarliśmy do swego celu, acz sam parking na krańcu drogi też okazał się być przykryty śnieżnym kożuchem. Nagrodą za nasz upór był rzadkiej urody widok na Cirque de Troumouse.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1623624354

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1623624354

ZDJĘCIA

20180607_061

FILMY

VID_20180607_007

VID_20180607_008

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Cirque du Troumouse została wyłączona

Col de Tentes

Autor: admin o piątek 14. Grudzień 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 2208 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1524 metry

Długość: 29,2 kilometra

Średnie nachylenie: 5,2 %

Maksymalne nachylenie: 12,3 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

W czwartek się wypogodziło, dzięki czemu w przyjaznych okolicznościach przyrody mogliśmy zapolować na „grubego zwierza”. To znaczy na kolarskie szczyty położone na wysokości ponad 2000 metrów n.p.m. W rejonie Argeles-Gazost czekały na nas trzy aż tak wyniosłe sztuki. Leżąca na granicy z Hiszpanią Port de Boucharo (2270 m. n.p.m.), kultowa w kolarskim światku Col du Tourmalet (2115 m. n.p.m.) oraz zjawiskowa pod względem naturalnej urody Cirque de Troumouse (2100 m. n.p.m.). Podjazdy do każdego z tych trzech wysokogórskich celów najlepiej zacząć w miasteczku Luz-Saint-Sauveur, które jest też punktem startu do wspinaczki ku znanej z tras Tour de France stacji narciarskiej Luz-Ardiden. Dlatego zarówno w czwartek jak i piątek swój dzień zaczynałem od 19-kilometrowej podróży samochodem do Luz. Na trasę czwartego etapu wyjechałem w towarzystwie Darka, Krzyśka i Rafała. Mieliśmy zdobyć Boucharo i Troumouse. Jedynie Pedro postanowił zmierzyć się w tym dniu z Tourmalet. Nasz kolega opracował sobie dużą rundę z podjazdem na słynną przełęcz od strony zachodniej, zjazdem do Bagneres-de-Bigorre i powrotem do Argeles-Gazost przez teren pagórkowaty. Wyjechał z bazy przed dziewiątą, po czym na solo przejechał 102 kilometry z przewyższeniem 2255 metrów, w czasie netto poniżej 5 godzin. Tymczasem my do Luz dotarliśmy około dziesiątej, gdzie zatrzymaliśmy się po południowej stronie miasteczka na parkingu przeznaczonym dla gości Auberge Les Eaux Vives. Trafnie oceniliśmy, iż w dzień powszedni przed sezonem turystycznym to miejsce będzie puste do wieczora. Miejscówka była wymarzona, o krok od startu do niemal 32-kilometrowej wspinaczki pod Port de Boucharo. Największego z asfaltowych podjazdów we francuskich Pirenejach. Wzniesienia o amplitudzie blisko 1600 metrów! W tych górach większe przewyższenie można pokonać jedynie na szlaku z Ax-les-Thermes na Port d’Envalira czyli z finałem w Księstwie Andory.

Podjazd na Port de Boucharo można zacząć po obu stronach potoku Gave de Gavarnie. Wybór nie ma większego znaczenia, bowiem  drogi D921 i D12a łączą się już po 1200 metrach na XIX-wiecznym Pont Napoleon. Przez następne 18 kilometrów droga ku hiszpańskiej granicy, aż do miejscowości Gavarnie, biegnie pod szyldem D921. Potem przez kilkaset metrów trzeba skorzystać z szosy D128, zaś na sam koniec wybrać stromą i krętą D923. Przełęcz leży na styku masywów Mont Perdu i Vignemale. Drogę ku niej ukończono w roku 1969, lecz asfalt pociągnięto tylko od francuskiej strony. Poza tym w ostatnich latach wyłączono z ruchu zmechanizowanego jej dwa ostatnie kilometry, przez co autem można dziś dojechać jedynie na poziom Col des Tentes (2208 m. n.p.m.). Zastanawiałem się zatem na co warunki drogowe pozwolą nam amatorom kolarstwa. Podjazd do przełęczy Tentes czy Boucharo nigdy jeszcze nie został w pełni wykorzystany na znaczącym wyścigu kolarskim. Problem z realizacją takiej idei jest podobnej natury co w przypadku Pont d’Espagne. Końcówka tego wzniesienia leży na terenie Parku Narodowego. Co więcej w bezpośrednim pobliżu obu przełęczy znajduje się jeden z największych skarbów przyrodniczych Francji tzn. Cirque de Gavarnie. Przed ponad stu laty ochrzczony przez Victora Hugo mianem „Koloseum Natury”, zaś w roku 1997 wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. To cyrk lodowcowy o szerokości 6 kilometrów i wypiętrzeniu około półtora tysiąca metrów, którego podstawa znajduje się na wysokości 1570 metrów n.p.m. Kocioł ten zwieńczają liczne wierzchołki o wysokości ponad 3000 metrów, w tym najwyższy Pic du Marbore (3248 m. n.p.m.). Z jego skał spada najwyższy wodospad Francji czyli dwustopniowy Cascade de Gavarnie o łącznej wysokości 422 metrów. Innym dziwem natury jest położona 2807 metrów n.p.m – szeroka na 40 i głęboka na 100 metrów – przerwa w górskiej ścianie zwana La Breche de Roland. Według legendy wykuł ją mieczem Durandal wczesnośredniowieczny hrabia-rycerz Roland.

Względy środowiskowe nigdy zawiodą wyścigu tak wielkiego jak Tour de France do końca tej drogi. Niemniej nieśmiała próba w tym rejonie została uczyniona nie dalej jak przed rokiem. Trzeci etap Route du Sud 2017 zakończył się bowiem w stacji narciarskiej Les Especieres na wysokości 1830 metrów n.p.m. Dokładnie trzy kilometry przed granicą Parc National des Pyrenees. Na tym górskim odcinku nasza czwartkowy góra nr 1 została poprzedzona wschodnim podjazdem pod Tourmalet oraz wspinaczką do Refuge de Gaborisse w pobliżu stacji Luz-Ardiden. Etap ten wygrał Francuz Pierre Rolland z przewagą 42 sekund nad doborowym trio: Gianni Moscon, Richard Carapaz i Rigoberto Uran. Piąty ze stratą 55 sekund finiszował Szwajcar Sylvain Diller, który ostatecznie wygrał cały ten wyścig. Niezależnie od tego jak wysoko miała nas ostatecznie zawieść ta wspinaczka czekał nas około 30-kilometrowy podjazd z przewyższeniem znacznie większym niż na Col d’Aubisque. Z respektu dla tego dystansu i trudnej końcówki wzniesienia swą jazdę zaczęliśmy na spokojnie. Pierwsze 19 kilometrów miały być stosunkowo łatwe, bowiem między Luz-Saint-Sauveur a Gavarnie mieliśmy do pokonania tylko 700 metrów w pionie. To zaś oznacza średnie nachylenie na poziomie 3,7%. Dla odmiany ostatnie 10 kilometrów przed Col de Tentes miały trzymać całkiem ostro, bo na średnim poziomie aż 8,2%. Po sześciu kilometrach minęliśmy elektrownie wodną w Pragneres. Na jedenastym kilometrze przejechaliśmy przez dużą wieś Gedre, leżącą u ujścia Gave de Heas do Gave de Gavarnie. Powyżej niej pokonaliśmy dwa wiraże by po 12 kilometrach od startu zobaczyć początek szosy D922, która niebawem miała nas zaprowadzić do Cirque de Troumouse.

Po trzynastu kilometrach wspinaczki nasza 4-osobowa zaczęła pękać na dwa pododdziały. Darek z Rafałem mocno rozgadali się na tyłach naszego „peletonu”, nie przejawiając ochoty do żwawszej jazdy. Ja wraz z Krzyśkiem zacząłem dyktować bardziej solidne tempo i stopniowo rozstaliśmy się ze swoimi „zaspanymi” kolegami. Droga nadal wspinała się łagodnie pozostając na prawym brzegu Gave de Gavarnie. Na początku piętnastego kilometra minęliśmy głazy znane pod nazwą Chaos de Coumely. Jak wynika z aplikacji View Flybys po 17 kilometrach jazdy w końcu ożywił się Dario. Porzucił towarzystwo Rafała i w szybkim tempie zaczął odrabiać swą stratę do prowadzącej dwójki. Do Gavarnie (18,4 km) dojechałem wraz z Chrisem w niespełna 59 minut. Według stravy segment o długości 7,79 kilometra między Gedre a Gavarnie przejechaliśmy zaś w 26:35 (avs. 17,6 km/h z VAM 768 m/h). Darek w tym miejscu tracił do nas 1:15, zaś Rafa 2:45. Kolejne 800 metrów na drodze D128 były niemal płaskie. Jednak ta lekka melodia zmieniła się już na następnym wirażu. Trzeba było skręcić w lewo i wjechać na górską szosę D923. Kolejne trudne kilometry odmierzały nam drogowe tablice o wyglądzie znajomym z innych pirenejskich wzniesień. Ich oznaczenie sugerowało, że nasza wspinaczka skończy się na Col de Tentes. W połowie dwudziestego kilometra minęliśmy niewielką Cascade de Holle. Zaoszczędziwszy sporo energii na pierwszych dwóch tercjach tego podjazdu postanowiłem w końcu przyśpieszyć. Zmiana rytmu jazdy jak i nachylenia drogi nieco podcięła nogi Krzyśkowi. Zostałem sam na prowadzeniu, ale już niebawem kręcąc się po serpentynach dostrzegłem, że zawzięcie goni nas Dario. Darek wyprzedził Krzyśka i na pierwszym kilometrze stromizny zbliżył się do mnie na 40 sekund. Jednak na kolejnych trzech kilometrach ta różnica już ani drgnęła. Podjazd o równym nachyleniu 8-9% dawał nam mniej więcej równe szanse.

Niestety w połowie 23. kilometra Darka zatrzymał defekt. Tym razem pękła mu szprycha Sapim CX-Ray w przednim kole ultralekkiego Simplona. To zniweczyło wszelkie szanse mojego kolegi. Na kolejnych kilometrach musiał zrobić trzy przystanki, aby ustawić rozedrgane koło między klockami hamulca. Kosztowało go to w sumie 13 minut. Stracił kontakt ze mną i Krzyśkiem. Jakiś czas jechał wespół z Rafałem, potem nawet samotnie na końcu stawki. Ostatecznie dogonił Rafała na kilkaset metrów przed finałem i obaj dotarli na Col de Tentes ze stratą 23 minut. O szczegółach owych wydarzeń nie wiedziałem w trakcie swej jazdy. Mogłem się tylko zastanawiać czemu Dario nagle zniknął mi z pola widzenia. Dążyłem do celu podziwiając cudowne górskie pejzaże. Okolice stacji narciarskiej Les Especieres zostały opanowane przez wielkie stado owiec. Od wysokości 1900 metrów n.p.m. wkoło widać było coraz więcej śniegu. Niektóre bandy śnieżne miały całkiem imponującą wysokość. Do parkingu na Col des Tentes dojechałem w czasie 1h 49 minut i 28 sekund (avs. 15,9 km/h). Z kolei sam finałowy segment powyżej Gavarnie o długości 10,81 kilometra pokonałem w 50:33 (avs. 12,8 km/h) uzyskując VAM na poziomie 967 m/h czyli bez rewelacji. Spróbowałem pojechać jeszcze wyżej. Niestety asfaltowa droga do Port de Boucharo niemal na całej swej szerokości zasypana była zmrożonym śniegiem. Próbowałem się przeciskać dalej trawiastym poboczem, ale ostatecznie dałem za wygraną po 700 metrach takich przełajów. Wróciłem na parking, gdzie spotkałem Krzyśka. Poczekaliśmy na przyjazd Darka i Rafała. Mimo sporej wysokości warunki pogodowe były całkiem przyjemne. Zachmurzenie ledwie częściowe i temperatura 14 stopni czyli o kilka oczek więcej niż dzień wcześniej przy Pont d’Espagne. Pomimo, że wjechaliśmy przecież o ponad 700 metrów wyżej niż w środę. Można powiedzieć, że przynajmniej tego dnia aura dostosowała się do wyjątkowej okazji jaką była wizyta w tej pięknej górskiej krainie.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1623624469

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1623624469

ZDJĘCIA

20180607_001

FILMY

VID_20180607_001

VID_20180607_002

VID_20180607_003

VID_20180607_004

VID_20180607_005

VID_20180607_006

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col de Tentes została wyłączona

Cauterets / Pont d’Espagne

Autor: admin o wtorek 11. Grudzień 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1496 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1006 metrów

Długość: 18,1 kilometra

Średnie nachylenie: 5,6 %

Maksymalne nachylenie: 13,6 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Prognozy pogodowe na środę były nie lepsze niż mokra i szara rzeczywistość wtorkowa. Nie miałem więc żadnych powodów ku temu by zmienić swój wstępny plan na ten dzień trzeci. Rozsądek podpowiadał pozostanie na niskim pułapie czyli zaliczenie wzniesień nie wyrastających ponad 1500 metrów n.p.m. Wspinaczki na Cauterets-Pont d’Espagne i Col de Couraduque w sam raz pasowały do tej ostrożnej koncepcji. Podjazdy na najwyższe górskie premie w okolicy Argeles-Gazost pozostały zatem celami na czwartek i piątek. Na trasę trzeciego etapu wyjechałem o wpół do dziesiątej. Podobnie jak we wtorkowe popołudnie towarzyszyli mi tylko Krzysztof i Rafał. Dwaj nieobecni byli usprawiedliwieni. Piotr już pierwszego dnia odwiedził okolice Cauterets, więc w środę dla odmiany wybrał się do Lac d’Estaing. Wrócił szlakiem przez Col de Borderes i Arrens pokonując w sumie 45 kilometrów o przewyższeniu 1340 metrów. Z kolei Dario liczył na ważny telefon z Lourdes. Przed południem dostał cynk, iż hak tylnej przerzutki czeka już na niego w sklepie Huberta Arbesa. Po odbiorze towaru i szybkim montażu wczesnym popołudniem pojechał zdobyć pobliską Hautacam-Tramassel. Przejechał tego dnia niespełna 40 kilometrów, ale na na górze znanej z pięciu edycji Tour de France mimo deszczu spisał się bardzo dobrze. Na poziom Hautacam wjechał w 1h 02:35 z VAM 1040 m/h. Nasz podjazd zaczynał się niespełna siedem kilometrów od bazy. Dlatego również ruszyliśmy z domu na rowerach. Jadąc na południe drogą D921 już po kwadransie byliśmy na ulicach Pierrefitte-Nestalas. Tu przed dojechaniem do mostu nad Gave du Cauterets należało skręcić w prawo. Przed nami pojawił się podjazd po szosie D920, już czterokrotnie wykorzystany na trasach Tour de France. Poza tym raz przetestowany na szlaku Vuelta a Espana.

„Wielka Pętla” po raz pierwszy zajrzała w te strony już w sezonie 1953. Zatem ledwie rok po tym jak L’Alpe d’Huez, Sestriere i Puy de Dome stały się pierwszymi górskimi finiszami w dziejach Touru. Podjazd do Cauterets był od nich znacznie skromniejszy, bowiem metę wyznaczono w miasteczku na wysokości 920 metrów n.p.m. Etap ten wygrał Bask Jesus Lorono, który na tym wyścigu zwyciężył też w klasyfikacji górskiej. Po solowym rajdzie przez Aubisque dotarł on do Cauterets z przewagą blisko sześciu minut nad grupką, którą przyprowadził triumfator TdF 1947 Francuz Jean Robic. Po raz drugi Tour przyjechał tu w roku 1989 i znów etap wygrał kolarz baskijski. Tym razem najszybciej finiszował pochodzący z Nawarry Miguel Indurain, dla którego było to pierwsze z dwunastu etapowych zwycięstw na trasach TdF. Przy tej okazji finisz wyznaczono już w górskiej stacji Cambasque na wysokości 1320 metrów n.p.m. Tak samo było na tragicznym etapie z roku 1995. Na dojeździe do linii mety ze zwycięstwa jak dziecko cieszył się Francuz Richard Virenque, choć kolarski świat pogrążył się już w żałobie. Kolarz Festiny ponoć nie zdawał sobie sprawy z tego, iż na zjeździe z Portet d’Aspet (pierwszej z sześciu premii górskich) śmierć poniósł Włoch Fabio Casartelli z ekipy Motorola. Hiszpańska Vuelta odwiedziła Cambasque w roku 2003 na etapie z Hueski. Wygrał go Duńczyk Michael Rasmussen, który o niespełna minutę wyprzedził Kolumbijczyka Felixa Cardenasa i Hiszpana Manuela Beltrana. Jednak dla polskich kibiców kolarstwa najważniejsze są wydarzenia z lipca 2015 roku. Jedenasty etap 102. edycji TdF prowadził z Pau do Cauterets (z finiszem znów na poziomie miasteczka) przez przełęcze Aspin i Tourmalet. Po wspaniałym 50-kilometrowym rajdzie na solo triumfował Rafał Majka, który równo o minutę wyprzedził Irlandczyka Daniela Martina oraz o 1:23 Niemca Emanuela Buchmanna.

Nas w to miejsce nie zwabił bynajmniej ledwie 10-kilometrowy dojazd do Cauterets. Stacja Cambasque z końcem podjazdu na wysokości 1358 metrów n.p.m. byłaby już lepszą przynętą. Tym niemniej największym wyzwaniem w tej okolicy jest wjazd przez Val de Jeret do schroniska stojącego przy kamiennym moście Pont d’Espagne. W to miejsce wyścigi kolarskie raczej nigdy nie dotrą, gdyż w przeciwieństwie do Cambasque finał tej doliny znajduje się na terenie utworzonego w 1967 roku Parc National de Pyrenees. Pierwsza połowa tej wspinaczki jest łagodna. Na dojeździe do centrum Cauterets średnie nachylenie wynosi tylko 4,2%. Podjazd biegnie wzdłuż wspomnianego już Gave de Cauterets, przy czym na początku czwartego kilometra droga przeskakuje z lewego na prawy brzeg owego potoku. Jedyny trudniejszy fragment w tej części wzniesienia to odcinek kilkuset metrów na początku siódmego kilometra. Tu pośród efektownych serpentyn nachylenie sięga nawet 11%. Podjazd zacząłem dość mocno, więc już po pierwszym kilometrze do towarzystwa został mi tylko Chris. Rafa od początku jechał swoje i do Cauterets dotarł ze stratą ponad trzech minut. Według stravy dolny segment o długości 9,83 kilometra pokonaliśmy w 32:22 (avs. 18,2 km/h z VAM 766 m/h), zaś Rafał wykręcił na nim czas 35:57. W miasteczku wróciliśmy na lewy brzeg potoku uparcie trzymając się drogi D920. Jakieś 800 metrów za centrum miejscowości minęliśmy szosę skręcającą w prawo ku stacji Cambasque. Następnie w połowie dwunastego kilometra pojechaliśmy prosto, pomimo robót drogowych na naszym szlaku. Jak wynika z aplikacji Flyby Rafał początkowo poszedł w nasze ślady, ale następnie zawrócił by po moście Pont de la Russe przejechać na prawy brzeg rzeczki. To oczywiście kosztowało go nieco czasu. Tymczasem my w połowie trzynastego kilometra dojechaliśmy już do turystycznej osady L’Arraillere, gdzie naszym oczom okazały się pierwsze wodne kaskady, z których słyną te okolice. Następnie pokonaliśmy most nad potokiem Gave du Marcadau i minęliśmy okazały budynek Thermes des Griffons.

Wjeżdżając w widełki potoków Cauterets i Marcadau rozpoczęliśmy najtrudniejszą fazę całej wspinaczki. To znaczy 4,5 kilometra o średnim nachyleniu 8,8% i maximum ponad 13%. Tu już każdy radził sobie na miarę możliwości. Krzyśka przytrzymały nadmiarowe kilogramy. Jak sam przyznał przywiózł ich tu 85. Ja miałem ich o 5-7 mniej od kolegi. Finałowy odcinek wiódł nas prawym brzegiem Gave du Marcadau, w czterech miejscach wijąc się po serpentynach. Górskie powietrze było tu przesiąknięte wilgocią. W dole szumiał górski potok, na górskich zboczach huczały mini-wodospady i do tego wszystkiego deszcz lał soczyście. Wspinaliśmy się zatem pod prąd cieknących szosą strumieni. Mimo to z tym trudnym odcinkiem uwinąłem się dość sprawnie. Segment o długości 4,58 km pokonałem w 21:39 (avs. 12,7 km/h z VAM 1057 m/h). Wynik Rafała to 28:32. Jakiś kilometr przed finałem droga wypłaszczyła się. Teraz trzeba było przejechać przez wielki Parking du Puntas. Na jego końcu należało przemknąć po lewej stronie budynku (mimo zakazu). Potem nie zważając na zdziwione oblicza spacerowiczów trzeba było pokonać ostatnie 400 metrów dzielące nas od schroniska. Na nasze szczęście było otwarte. Dzięki temu mogliśmy schować się przed ulewą i chłodem (temperatura tylko 8 stopni), zamówić coś ciepłego do picia i w spokoju poczekać na Rafała. Ten zjawił się po około kwadransie i z rozpędu objechał budynek schroniska, jakby miał zamiar dojechać do kresu szosy przy Chalet de Clot (1520 m. n.p.m.). Jednak po chwili ku nam zawrócił. Na górze spędziliśmy razem dobre pół godziny. Na pierwszych kilometrach zjazdu ponownie zlał nas deszcz. Na mokrym Rafał uciekł do przodu. Ja z Krzyśkiem spokojniej odmierzaliśmy kilometry dzielące nas od Argeles-Gazost. Zrobiliśmy sobie przystanek pod Carrefour poniżej Cauterets. Natomiast przez Pierrefitte-Nestalas przebyliśmy się inną niż uprzednio, bardziej okrężną trasą. Po dotarciu do bazy na liczniku miałem 50,5 kilometra i niestety na tym skończyła się moja zabawa. Na więcej nie pozwoliła pogoda. Wypad na Col de Couraduque odłożyłem na sobotnie przedpołudnie.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1620678438

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1620678438

ZDJĘCIA

20180606_001

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Cauterets / Pont d’Espagne została wyłączona

Col de Borderes + Lac d’Estaing

Autor: admin o niedziela 9. Grudzień 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1156 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 726 metrów

Długość: 14,5 kilometra

Średnie nachylenie: 5,0 %

Maksymalne nachylenie: 13,3 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Po powrocie z Col d’Aubisque popołudnie było jeszcze młode. Dlatego wciąż była szansa zadośćuczynić ukształtowanej latami tradycji i zaliczyć dwie solidne góry między świtem a zmierzchem. Przesadą byłoby stwierdzić, że w kolejnych godzinach pogoda uległa znaczącej poprawie. Zachmurzenie wciąż było całkowite. Jedynie intensywność opadów podlegała wahaniom. Darek założył nową tylną przerzutkę, jako tako ustawił ją pomimo skrzywionego haku i tuż przed szesnastą podjął śmiałą decyzję zaliczenia Aubisque wbrew nieprzychylnej aurze. Skoro Dario w tych warunkach porwał się na długi i wysoki podjazd to nam nie wypadało siedzieć w domu. Uznałem, że możemy pojechać przynajmniej na stosunkowo niską Col des Borderes i przy okazji zobaczyć też położone na podobnej wysokości Lac d’Estaing. Zarówno przełęcz jak i górskie jezioro leżą na wysokości około 1160 metrów n.p.m. Dlatego nawet przy kiepskiej pogodzie wycieczka ku tym celom była relatywnie bezpieczna. Co najwyżej można było tylko po raz kolejny zmoknąć. Do „mokrej roboty” namówiłem Krzyśka i Rafała. Piotr musiał się zająć leczeniem swej rany oparzeniowej. Wyruszyliśmy kilka minut przed siedemnastą, w tym samym kierunku co z rana. Mieszkaliśmy ledwie 300 metrów od ronda, przy którym zaczyna się wschodnia wspinaczka na Col d’Aubisque. Col de Borderes mieliśmy zdobyć tym samym szlakiem co przeszło siedem tygodni później zawodowcy na 19 etapie tegorocznego Tour de France. To zaś oznaczało, iż po znajomych nam już drogach D101 i D918 przejedziemy najpierw początkowe 600 metrów do rynku w centrum Argeles-Gazost i następne trzy kilometry do wioski Arras-en-Lavedan. Pokonaliśmy ten cały odcinek o kilkadziesiąt sekund szybciej niż przed południem. Ja pierwsze 3,7 kilometra przejechałem w 16:21 (avs. 13,7 km/h i VAM 921 m/h), zaś Rafał wykręcił tu czas 16:44.

Dojechawszy do Arras-en-Lavedan musieliśmy zjechać z drogi D918 w lewo na szosę D103. Tu czekał nas zjazd o długości 1,4 kilometra, prowadzący początkowo po wąskich uliczkach wspomnianej wioski. Na tym odcinku straciliśmy 70 metrów ze zdobytej wcześniej wysokości. Ponieważ znowu się rozpadało odpuściłem kolegów na owym zjeździe. Następnie szybko do nich dojechałem w połowie szóstego kilometra, gdy szosa znów zaczęła się wznosić. Po sześciu kilometrach przejechaliśmy nad górskim potokiem Le Gave d’Azun. Na początku ósmego kilometra zacząłem odjeżdżać swym kompanom. Południowo-wschodni podjazd pod Borderes jest dość nierówny. Średnie nachylenie tego wzniesienia nie rzuca na kolana, ale są strome niespodzianki. Pierwszą z nich napotkałem pod koniec ósmego kilometra, gdzie chwilowa stromizna przekroczyła 13%. Jednak na kolejnych czterech kilometrach nachylenie oscylowało na poziomie 5-6%, zaś niekiedy spadało do 3%. Tym samym na dojeździe do wioski Estaing momentami mogłem przekroczyć magiczną na podjazdach prędkość 20 km/h. Dojechawszy do centrum tej miejscowości trzeba było jednak skręcić w prawo i wjechać na prowadzącą ku przełęczy drogę D603. Od owego zakrętu do Borderes brakowało nam jeszcze 2,6 kilometra, z czego półtora na wysokim poziomie od 8 do 12%. Ostatni kilometr był już znacznie łatwiejszy. Na przełęcz dotarłem w około 56 minut. Według stravy odcinek 7,64 kilometra między wspomnianym potokiem a końcówką stromego odcinka tuż przed przełęczą przejechałem w 30:37 (avs. 15,0 km/h z VAM 945 m/h). Rafa uzyskał tu czas 35:22, więc wnioskuję że na swych kolegów czekałem niespełna 5 minut.

Tour de France w 2018 roku dopiero po raz pierwszy wjechał na Col des Borderes własnie od tej właśnie strony. Nasza wtorkowa przełęcz była pierwszym z trzech stopni podczas robionego na raty podjazdu na Aubisque. Na czele była tu jeszcze dość liczna ucieczka z Romainem Bardet, Mikelem Landą, Ilnurem Zakarinem i naszym Rafałem Majką. Niemniej grupa faworytów za sprawą Roberta Gesinka pracującego na rzecz Primoza Roglicia zaczęła szybko odrabiać straty. Na premii górskiej pierwszy zameldował się zaś Estończyk Tanel Kangert. Jakieś trzy dekady przed nim jako pierwsi na Borderes meldowali się Holender Teun Van Vliet i Bask z Nawarry Miguel Indurain. Niemniej etapy TdF z lat 1987 i 1989 kończyły się w stacjach Luz-Ardiden oraz Cauterets-Cambasque, co oznacza iż pod Borderes wspinano się wówczas znacznie krócej, bo od przeciwnej strony z wioski Arrens tuż po zjazdach z Aubisque i Soulor. Nasz podjazd w ostatnich latach przetestowano jedynie na czwartym etapie Route du Sud 2016. Odcinek ten prowadził z Saint-Gaudens przez Tourmalet i Borderes ku mecie na Col du Couraduque. Wygrał go utalentowany Hiszpan Marc Soler z drużyny Movistar. Nam nie w głowach było oglądanie łatwiejszej strony Borderes. Zgodnie z planem zawróciliśmy do Estaing by stamtąd dojechać do wspomnianego już jeziora. Przejechaliśmy zatem jeszcze 5,5 kilometra do kresu szosy na zachodnim skraju Lac d’Estaing. Jeziorka o skromnej powierzchni 8,6 hektara. Dodaliśmy sobie około 180 metrów przewyższenia. Niemniej myli się ten, kto uzna iż były to łagodne kilometry o stałym nachyleniu 3-4%. Nachylenie było nieregularne. Nie brakowało ścianek sięgających 9%. Oczywiście trafiały się i łatwiejsze odcinki, w tym zupełnie płaskie finałowe 1300 metrów wzdłuż brzegów jeziora.

Dotarliśmy tam już po godzinie 18:30. Mimo to było nieco cieplej niż w samo południe na Aubisque. Licznik pokazał mi 12 stopni. Do bazy wróciliśmy już najkrótszą drogą. Tym samym choć nasz dojazd do Lac d’Estaing liczył 22,6 kilometra, to powrót liczył sobie już tylko 17,7. Pogoda do końca nas nie oszczędzała. Na zjeździe znów złapał nas deszcz. Poza tym nie cały czas mieliśmy z górki. Na dojeździe do Arras-en-Lavedan trzeba się było uporać się z krótkim podjazdem, którego maksymalne nachylenie sięgało 10%. Do bazy zjechałem jako ostatni z naszej trójki około godziny 19:40. W naszym apartamencie wciąż brakowało Darka. Zameldował się blisko godzinę później. Czemu wjazd na Aubisque i droga powrotna do Argeles-Gazost zabrały naszemu koledze aż 4 godziny i 40 minut? Wyjaśnienie okazało się wielce oryginalne. W każdym razie tego jeszcze na organizowanych przez mnie wyprawach nie grano. Dario przyznał, że po kilku kilometrach wspinaczki na wysokości wspominanego już po wielokroć Arras-en-Lavedan dopadł go intensywny deszcz. Postanowił zatem przeczekać gorsze chwile na przystanku autobusowym. Gdy tak sobie siedział, znużony opadami zasnął i w krainie Morfeusza spędził dobrą godzinę. Po przebudzeniu ruszył w dalszą drogę. Segment pod Solour pokonał całkiem żwawo w 34:50. Finał pod Aubisque już spokojniej uzyskując na nim czas 28:11. Ostatecznie na przełęcz dotarł tuż przed godziną 19:30, co w pełni tłumaczyło późny zjazd do naszej bazy.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1619389430

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1619389430

ZDJĘCIA

20180605_011

FILMY

VID_20180605_02

VID_20180605_03

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col de Borderes + Lac d’Estaing została wyłączona

Col d’Aubisque

Autor: admin o piątek 7. Grudzień 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1709 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1279 metrów

Długość: 29,6 kilometra

Średnie nachylenie: 4,3 %

Maksymalne nachylenie: 11,1 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

W drugim dniu wyprawy naszym głównym celem była Col d’Aubisque. Kolarska góra-legenda. Przełęcz, która aż 73 razy została wykorzystana w trakcie Tour de France. Popularniejszym od niej punktem na szlaku „Wielkiej Pętli” były jak dotąd tylko dwa miasta: Paryż i Bordeaux oraz jedna górska przeprawa czyli Col du Tourmalet. Aubisque w dniu 21 lipca 1910 roku znalazł się na trasie pierwszego etapu TdF poprowadzonego przez Wysokie Pireneje. Jechano wówczas od wschodu, więc ów podjazd rozpoczęty w Argeles-Gazost był ostatnim z czterech wielkich wyzwań jakie musieli pokonać uczestnicy tamtego wyścigu. Spośród 59 zawodników, którzy stanęli na stracie w Bagneres-de-Luchon tylko 46 dotarło do mety w Bayonne. Na Aubisque jako pierwszy wjechał Francuz Francois Lafourcade. Niemniej etap jak i cały wyścig wygrał jego rodak Octave Lapize. Tenże Lapize rozwścieczony trudami ekstremalnego etapu po dotarciu na tą przełęcz zwyzywał organizatorów wyścigu od morderców. Mimo tego Aubisque stał się odtąd żelaznym punktem w programie Tour de France. Po raz pierwszy zabrakło go potem dopiero podczas edycji z roku 1959. Z kolei 1985 roku podjazd ten trzeba było pokonać aż dwa razy. Za pierwszym razem na króciutkim etapie 18a, który prowadził z Luz-Saint-Sauveur na Col d’Aubisque poprzez Col du Soulor i liczył ledwie 52,5 kilometra. Irlandczyk Stephen Roche ubrał na ten odcinek swój kombinezon do czasówek i wygrał etap na solo z przewagą 1:03 nad swym rodakiem Sean’em Kelly’m.

Przeszło dwie dekady później, bo w roku 2007 na Aubisque wyznaczono kolejny finisz etapu TdF. Tym razem podjeżdżano od zachodu. Pierwszy do mety dotarł Duńczyk Michael Rassmussen, który na ostatnich kilometrach zgubił swych wszystkich najgroźniejszych rywali. Po kolei jego koło puścili: Cadel Evans, Alberto Contador i Levi Leipheimer. Wydawało się, że „Kurczak” właśnie zagwarantował sobie zwycięstwo w 94. edycji TdF. Jego radość trwała jednak krótko. Jeszcze tego samego wieczoru ekipa Rabobank wycofała swego lidera z wyścigu, gdyż co raz więcej okoliczności wskazywało na to, iż Rasmussen podczas przygotowań do Touru świadomie unikał poza-wyścigowych kontroli antydopingowych. W minionej dekadzie TdF zawitał na Aubisque tylko cztery razy. Po raz ostatni niespełna dwa miesiące po naszej wizycie. Pierwszy na premii górskiej zameldował się Rafał Majka, któremu jednak nie udało się przetrwać na czele do mety w Laruns. Poza tym godzi się jeszcze wspomnieć, iż Aubisque bywał też trzy razy na trasach Vuelta a Espana. Jako premia górska w latach 1995 i 2003 oraz jako etapowa meta w roku 2016. Miałem okazję komentować ten górski odcinek dla Eurosportu. Wygrał go Holender Robert Gesink, który o kilka sekund wyprzedził Francuza Kennego Elissonde i Rosjanina Jegora Silina.

Przełęcz Aubisque położona jest na północnym zboczu góry Pic de Ger (2613 m. n.p.m.) i leży na wschodnich kresach departamentu Pyrenees-Atlantique. Przebiega przez nią droga D918 (dawniej znana jako krajowa N618). Wybudowana ją w XIX wieku z inspiracji cesarzowej Eugenii, żony Napoleona III. Łączy ona Vallee d’Ossau na zachodzie z Gave de Pau na wschodzie czyli miasta Laruns i Argeles-Gazost. Z racji bliskości Atlantyku tereny te znane są z ponadprzeciętnej jak na francuską normę ilości opadów. Tego dnia znalazło to potwierdzenie w rzeczywistości. Z naszego lokum nad nowo otwartym sklepem rowerowym L’Etape des Pyrenees wyjechaliśmy już o 9:10. Niestety znów nie w komplecie. Tym razem w naszej „ekipie wspinaczkowej” zabrakło Darka. Po przygodzie na Spandelles musiał on sobie najpierw poradzić z naprawą roweru. Jeszcze w poniedziałkowe popołudnie udało mu się kupić w Argeles-Gazost nową przerzutkę z gamy produktów Campagnolo. Co prawda jedynie klasy Potenza (a nie Super Record), niemniej zaświtała nadzieja, że Dario wkrótce wróci do gry. Trudniej było ze znalezieniem odpowiedniego haku do owej przerzutki. W necie znaleźliśmy namiar na większy sklep w niedalekim Lourdes. Dlatego gdy my ruszyliśmy na zachód w kierunku Col d’Aubisque, Darek zaopatrzony w adres „51 Avenue Alexandre Marquis” udał się samochodem do magazynu prowadzonego przez ex-kolarza Huberta Arbes’a. Arbes w latach 1975-82 jeździł w barwach ekip: Gitane-Campagnolo, Renault-Gitane oraz Renault-Elf. Niewątpliwie nie był asem (przez osiem lat wygrał jedynie etap Tour de Limousin), lecz na pewno cenionym gregario. Stał się najbardziej zaufanym pomocnikiem sławnego Bernarda Hinault. To u niego w domu „Borsuk” schował się na kilka dni przed dziennikarzami, gdy na skutek kontuzji kolana – pomimo liderowania – niespodziewanie wycofał się z TdF 1980.

Wyprawa Darka zakończyła się połowicznym sukcesem. Haku nie udało mu się kupić, ale mógł go przynajmniej zamówić z nadzieją na szybki odbiór. Gdy Dario bratał się z Hubertem i uwieczniał na zdjęciach sportowe trofea ex-zawodowca my już od godziny wspinaliśmy na Col du Soulor. Rozpocząłem spokojnie dbając o to byśmy pierwsze 12 kilometrów przejechali razem. Podjazd był za długi na to by szarżować od samego dołu. Przyjemniej było połykać kolejne kilometry wespół z kolegami. Na pierwszych trzech kilometrach musiałem nieco się hamować, by tempo było przyjazne dla nas wszystkich. Powyżej Arras-en-Lavedan nachylenie stało się łagodniejsze, zaś po siedmiu kilometrach odpuściło zupełnie. Zgodnie ze swym planem sprawdziłem nogę dopiero powyżej Arrens-Marsous czyli na ostatnich 7 kilometrach przed Col du Soulor. To najtrudniejsza faza całej wschodniej wspinaczki pod Col d’Aubisque. Podjazd trzyma tu bowiem na średnim poziomie od 7,5 do 8,5%. Według stravy odcinek o długości 7,24 kilometra przejechałem w czasie 32:58 (avs. 13,2 km/h z VAM 1085 m/h). Rafał z Piotrem na pokonanie drogi z Arrens na Soulor potrzebowali 38:25. Niestety psuła się nam pogoda. Początkowo niebo było tylko zachmurzone. Na tej wysokości zaczęło już padać, więc na pierwszą z dwóch słynnych przełęczy dotarłem już nieźle przemoczony.

Pierwsze dwa kilometry za Col du Soulor prowadziły lekko w dół. Dlatego ten odcinek przejechałem bardzo ostrożnie tracąc nieco ze swej przeszło 5-minutowej przewagi nad kolegami. Droga była wąska, nie najlepszej jakości i oczywiście mokra, więc wolałem nie ryzykować upadku. Tym bardziej, że wkrótce znalazłem się na słynnym odcinku Cirque du Litor. To dziki teren przecudnej urody – rzecz jasna przy odpowiednio dobrej widoczności – acz niebezpieczny, gdyż po północnej stronie szosy mamy tam głębokie na co najmniej kilkadziesiąt metrów urwisko. Z tą przepaścią zapoznał się choćby lider TdF 1951 Wim Van Est. Historia wydobycia Holendra „na powierzchnię” do dziś pozostaje jedną z najsłynniejszych „akcji ratowniczych” w dziejach Touru. Pod koniec krótkiego odcinka zjazdowego wyjechaliśmy z departamentu Hautes Pyrenees. Szosa znów powoli zaczęła się wznosić. Niemniej tak naprawdę dopiero na ostatnich pięciu kilometrach trzeba było się nieco natrudzić. Blisko 30-kilometrowe wzniesienie pokonałem w 1h 48:33 (avs. 16,5 km/h). Finałowy odcinek o długości 7,03 kilometra przejechałem w 25:05 (avs. 16,8 km/h z VAM 828 m/h), zaś moi koledzy wykręcili tu czas 29:21. Na przełęcz dotarli ze stratą ledwie ośmiu minut. Warunki na górze były nieprzyjazne. Rzęsisty deszcz, mocny wiatr i tylko 10 stopni. Nie czekałem zatem na dworze, lecz schowałem się w barze należącym do miejscowego hotelu. Z jego progu wyglądałem przyjazdu całej trójki. Po chwili wszyscy już siedzieliśmy pod dachem owej gospody i zastanawialiśmy się co począć dalej.

Mój wstępny plan zakładał, iż w trakcie powrotnego zjazdu do Argeles-Gazost na wysokości niespełna 900 metrów odbiję w prawo by drogą D105 dojechać do kresu bocznej doliny Vallee d’Arrens (1505 m. n.p.m.). Tym samym na dokładkę po daniu głównym dodałbym sobie stosunkowo łatwy podjazd o długości 10,9 km i średnim nachyleniu 5,7%. Niemniej skoro na przełęczy znalazłem się już o godzinie jedenastej to do wieczora miałem masę czasu. Dlatego gdy trochę się rozjaśniło pomyślałem nawet o tym, by zjechać do Laruns i zaliczyć Aubisque od obu stron. Musiałbym przejechać 92 kilometry z łącznym przewyższeniem około 2600 metrów, co przecież nie przekraczało moich możliwości. Jednak już po chwili naszły nas deszczowe chmury i wraz z kolejnym porywem wiatru tak śmiałe pomysły wywietrzały mi z głowy. Na dobre zadekowaliśmy się zatem pod dachem Hotel d’Aubisque. Jedliśmy ciastka, piliśmy kawy i herbaty, co jakiś czas wyglądając za okno czy pogoda się klaruje. Gdy wyczuliśmy lepszą chwilę wyskoczyliśmy zrobić pamiątkowe zdjęcia pod drogowym znakiem i kamienną tablicą. Potem chcąc się nieco ogrzać i wysuszyć ciuchy zebraliśmy się w pobliżu pieca. Niemniej na tą „kozę” trzeba było uważać. Pedro zanadto zbliżył do niej kolano i dostał pamiątkę (pieczątkę) z Aubisque na kolejne tygodnie. Mijały kolejne kwadranse, lecz nikt z nas nie śmiał rozpoczynać blisko 30-kilometrowego zjazdu. Ostatecznie „rzuciliśmy ręcznik” i zadzwoniliśmy po ratunek. Na nasze szczęście w odwodzie mieliśmy Darka. Ten przyjechał po nas samochodem na przełęcz i zaoszczędził nam drogi powrotnej pod mocno spłakanym niebem. Dzięki niemu do Argeles-Gazost dotarliśmy w dobrym zdrowiu i relatywnie nie tknięci przez pogodowe żywioły. Tym niemniej żal pozostał, iż na skutek fatalnej aury tak ważny sportowo i atrakcyjny wizualnie podjazd jak Aubisque ledwie uwieczniłem na swych zdjęciach.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1618535562

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1618535562

ZDJĘCIA

20180605_001

FILMY

VID_20180605_01

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col d’Aubisque została wyłączona

Col des Spandelles

Autor: admin o środa 5. Grudzień 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1378 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 853 metry

Długość: 10,2 kilometra

Średnie nachylenie: 8,4 %

Maksymalne nachylenie: 11,9 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Zdobywszy Col du Soulor zapakowaliśmy się do samochodów i ruszyliśmy w dół, dobrze nam już znaną drogą D126. Zatrzymaliśmy się w Ferrieres znajdując dogodne miejsce do zaparkowania naszych „wozów technicznych” przed miejscowym kościołem. Z tego miejsca do początku drugiej z poniedziałkowych wspinaczek mieliśmy ledwie 1200 metrów. Dojazd prowadził lekko w dół, po czy na widzianym już wcześniej rozjeździe należało odbić w prawo. Krzysiek z Rafałem wyszykowali się szybciej i ostatecznie ruszyli pod górę z przewagą około 8 minut. Tym samym biorąc za punkt odniesienia nasze wyniki z podjazdu na przełęcz Soulor można było zakładać, że na Col des Spandelles dotrzemy wszyscy m/w o tej samej porze. Mając nieco czasu do odrobienia zaczęliśmy z Darkiem całkiem żwawo. Tym niemniej nasza wspólna jazda zakończyła się już po czterystu metrach. Jadąc z przodu nawet się zorientowałem, w którym dokładnie momencie Dario musiał zejść z roweru po poważnym defekcie. Kiedy pod koniec pierwszego kilometra obejrzałem się do tyłu ze zdziwieniem odnotowałem, że nie mam kolegi za plecami.

Darek szczegółowo zrelacjonował nam później historię tego zdarzenia. Wszystko zaczęło się, gdy na pierwszej stromiźnie Dario wrzucił łańcuch na wyższy tryb. Najprawdopodobniej w trakcie naszej długiej samochodowej podróży skrzywił mu się hak przerzutki, przez co teraz jej wózek zawadził o szprychy, co z kolei uruchomiło serię kolejnych nieszczęść. Hak wygiął się jeszcze bardziej, zaś w samej przerzutce ułamał się niewielki element odpowiedzialny za jej napinanie (utrzymywanie w dolnej pozycji). Ja w tej sytuacji zjechałbym pewnie prosto do samochodu, ale mechanik tej klasy co Dariusz się nie poddał. Dotarł do najbliższego gospodarstwa i za przyzwoleniem jego właściciela w rolniczym warsztacie rozpoczął reanimację swego karbonowego rumaka. Jak sam stwierdził za pomocą narzędzi pamiętających być może wiek XIX zdołał na tyle „wyprostować” feralny hak i ustawić przerzutkę, że po trzech kwadransach mógł kontynuować jazdę pod górę, acz tylko na jednym (najlżejszym) przełożeniu. W żartach stwierdziłem, że choć nie dotarł do kuźni to być może używał tych samych narzędzi co Eugene Christophe podczas swej legendarnej naprawy przedniego widelca po defekcie na Col du Tourmalet w roku 1913. Darek odparł zaś, że podobnie jak Francuz na Tourze, on też w jednej chwili stracił szansę na sukces w klasyfikacji generalnej naszej wyprawy.

Gdy Dario walczył ze swym problemem technicznym ja nieświadom tego dramatu starałem się jak najszybciej dotrzeć na przełęcz. Z jednej strony chciałem dogonić naszych kolegów z Gorzowa, zaś z drugiej strony odeprzeć ewentualny kontratak Darka. Wszak ten stosunkowo stromy podjazd powinien był mu lepiej odpowiadać niż mi. Rafała i Krzyśka złapałem w połowie ósmego kilometra, po czym przez ponad kilometr jechaliśmy razem. Pod koniec dziewiątego kilometra koledzy puścili jednak koło, więc na szczyt dojechałem samotnie. Według stravy odcinek o długości 10,45 km przejechałem w czasie 48:55 (avs. 12,8 km/h i VAM 1039 m/h). Rafał z Krzysztofem wykręcili tu czas 58:27. Darek dotarł na górę z niemal godzinnym poślizgiem i czasem netto (czyli samej jazdy) 58:54. Niemniej ten wynik trudno uznać za reprezentatywny. Skoro drogę na Soulor uznałem za spokojną to zachodni szlak prowadzący na Col des Spandelles muszę nazwać cichym czy wręcz głuchym. Na pierwszych trzech kilometrach minęliśmy co prawda kilka gospodarstw, lecz wyżej napotkaliśmy już tylko pojedyncze stadka owiec i krów. Ruch samochodowy był praktycznie zerowy. Droga wąska i kręta. Na mapie w programie veloviewer naliczyłem w sumie 16 ciasnych zakrętów. Podjazd ten choć niedługi jest wymagający. Można powiedzieć, że to teren świetny do spokojnego treningu na „stoku” o solidnym nachyleniu. Wymarzony dla tych, którzy chcą się nieco oddalić od cywilizacji i podczas wspinaczki usłyszeć rytm własnego serca lub głębie swego oddechu. Pewnym minusem jest tu tylko przeciętnej jakości szosa o szorstkiej nawierzchni, a także brak efektownych górskich pejzaży, za sprawą drzew i krzewów okalających tą wąską dróżkę.

Col de Spandelles jak dotąd nigdy nie znalazła się na trasie Tour de France. A szkoda, bo mogłaby na „Wielkiej Pętli” pełnić rolę zmiennika popularnego Col du Soulor. Najnowsza historia TdF zna taki przypadek. Wykorzystywany od roku 1910 Col d’Aspin w ostatniej dekadzie już trzykrotnie ustąpił pola nowemu wynalazkowi w postaci podjazdu na Hourquette d’Ancizan. Tu również nie byłoby problemów z wprowadzeniem swoistego „płodozmianu”, skoro ze Spandelles można zjechać po asfalcie do oddalonego o 16 kilometrów Argeles-Gazost. Zachodni podjazd i wschodni zjazd ze Spandelles zostały już zresztą przetestowane przez profesjonalny peleton. Miało to miejsce na trzecim etapie Route du Sud (obecnie Route d’Occitanie) z roku 2012. Na liczącym aż 209 kilometrów etapie kolarze musieli pokonać wschodni Tourmalet i wschodni Soulor, zanim dotarli pod Spandelles. Po naszym podjeździe był wówczas jeszcze kilkunasto-kilometrowy zjazd i krótki podjazd do mety we wiosce Arras-en-Lavedan. Na tym królewskim odcinku zaledwie 22-letni Nairo Quintana wprost znokautował „drugi garnitur” francuskich górali. Tylko Hubert Dupont z Ag2R próbował nawiązać walkę z młodziutkim Kolumbijczykiem, ale ostatecznie przegrał z nim o 1:11. Pozostali rywale stracili do Nairo co najmniej kilka minut. Z opisanych już wyżej powodów my na Darka musieliśmy czekać przeszło pół godziny. Na szczęście znaleźliśmy sobie ciekawe zajęcie. Przy samochodach Krzysiek wdał się w rozmowę ze starszym jegomościem. Ten zaś okazał się właścicielem starego domu sąsiadującego z kościołem. Według własnego oświadczenia był potomkiem Rosjan, którzy porzucili swą ojczyznę gdy Bolszewicy doszli tam do władzy. Zaprosił nas do swego wiekowego domostwa, ciemnego i „zagraconego” mnóstwem starych przedmiotów. Ponoć wszystkie te precjoza zwiózł w Pireneje po sprzedaży swej podparyskiej rezydencji. Na miejscu poczęstował nas kawą z mlekiem. Chrisowi na tyle spodobały się widziane antyki, iż zakupił od naszego gospodarza dwa imbryki.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1616868508

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1616868508

ZDJĘCIA

20180604_036

FILMY

VID_20180604_06

VID_20180604_07

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col des Spandelles została wyłączona

Col du Soulor

Autor: admin o niedziela 2. Grudzień 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1474 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 964 metrów

Długość: 13,6 kilometra

Średnie nachylenie: 7,1 %

Maksymalne nachylenie: 10,9 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Do Argeles-Gazost dotarliśmy popołudniem 3 czerwca po około 24 godzinach jazdy via Poznań. W stolicy Wielkopolski zostawiliśmy bowiem nasze auto u rodziny Darka i przesiedliśmy się na pokład Renault Traffica wypożyczonego dla naszej trójki przez Piotra. Rafał z Krzyśkiem ze swojego Gorzowa mieli do pokonania o kilkaset kilometrów mniej. Niemniej na terenie Francji chcieli unikać płatnych autostrad, więc spodziewaliśmy, iż na trasie odrobimy do nich sporo dystansu. Dojechawszy na miejsce klucze do naszego apartamentu na I piętrze budynku przy 12 Avenue des Pyrenees odebraliśmy na recepcji pobliskiego kempingu Sunelia 3 Vallees. Na poniedziałkowy pierwszy etap wybrałem dla siebie i innych chętnych podjazdy pod Col du Soulor i Col des Spandelles. Uznałem, iż na początek warto będzie zacząć od wzniesień o średnim stopniu trudności czyli na miarę pierwszej kategorii. Tylko Piotr zaniepokojony gorszymi prognozami na kolejne dni postanowił wykorzystać ów poniedziałek na zaliczenie czegoś bardziej atrakcyjnego. Pedro wyruszył zatem z naszej bazy na najtrudniejszą premię górską w najbliższej okolicy czyli znany z TdF od roku 1994 Hautacam (15,9 km przy średniej 7,6%). Potem na drugie danie zaserwował sobie również bywały na „Wielkiej Pętli” podjazd pod Cauterets-Cambasque (16,3 km przy średniej 5,3%).

Dario, Rafa i Chris przystali na moją propozycję i dość wcześnie, bo już przed godziną dziewiątą wsiedliśmy do naszych aut by podjechać w pobliże wybranych na ten dzień wzniesień. Najszybciej mogliśmy ku nim dotrzeć wybrawszy górski kurs wprost na przełęcz Soulor czyli drogą D918. Ponieważ ten około 20-kilometrowy odcinek mieliśmy nazajutrz pokonać w ramach podjazdu na Col du Aubisque mogliśmy zobaczyć czeka nas we wtorek. Na górze pogoda była średnia czyli 15 stopni z częściowym zachmurzeniem. Soulor na rowerach mieliśmy zdobyć od strony północnej jadąc szosą D126 przez Vallee de l’Ouzom. Teoretycznie zaczynając naszą górską zabawę od zjazdu ku wiosce Etchartes w pierwszej kolejności mogliśmy wybrać wspinaczkę pod Spandelles, zaś zjechawszy z niej wykończyć całość podjazdem na Soulor. Tym niemniej ze względu na niepewną aurę uznaliśmy, iż lepiej będzie nie oddalać się od samochodów nazbyt daleko. Wybierając Soulor na pierwszy rzut mieliśmy auta z powrotem do swej dyspozycji na półmetku etapu. To zaś w razie ewentualnego deszczu dałoby nam możliwość założenia suchych strojów przed drugim podjazdem. Dlatego też cały 12-dniowy serial podjazdowy dość nietypowo zaczęliśmy od zjazdu. Ten prawdziwy skończył się po około 12 kilometrach w miejscowości Ferrieres. My jednak postanowiliśmy dotrzeć nieco niżej, choćby po to by zobaczyć w jakim miejscu od drogi D126 umyka boczna szosa wiodąca na znacznie mniej znaną przełęcz Spandelles. Zatrzymaliśmy się zatem po przejechaniu 13,6 kilometra od przełęczy Soulor, jakieś 400 metrów za odnalezionym rozjazdem.

Punkt zerowy naszej pierwszej wspinaczki był miejscem zgoła anonimowym. Z prawej strony szosy szumiał potok Ouzum, który dał nazwę owej dolinie. Korzystając z przydrożnego murku przebraliśmy się w stroje bardziej stosowne do wysiłku podjazdowego. Warunki pogodowe nieco się poprawiły, zaś temperatura wzrosła. W dolinie było 19 stopni. Teraz naszym celem była jedna z pięciu najpopularniejszych pirenejskich przełęczy. Przez Col du Soulor peleton TdF jechał ponad 70 razy. Przełęcz ta zadebiutowała na Tourze już w 1910 roku. To znaczy na legendarnym etapie z Luchon do Bayonne, gdy „Wielka Pętla” po raz pierwszy wjechała w Wysokie Pireneje. Tym niemniej trzeba od razu powiedzieć, że Soulor znajduje się w cieniu swego większego sąsiada Col d’Aubisque. Gdy Tour de France wjeżdża na Aubisque od strony zachodniej to Soulor jest jedynie ledwie zauważalną hopką w trakcie zjazdu z tej wyższej przełęczy. Natomiast gdy Aubisque jest zdobywany od wschodu to Soulor stanowi nieklasyfikowaną stację pośrednią w drodze ku premii górskiej wytyczonej 235 metrów wyżej i blisko 10 kilometrów dalej. Tak było choćby w 2018 roku na etapie Laruns. Soulor „wybija się na niepodległość” jedynie gdy Tour omija Aubisque i najczęściej bywa tak gdy uczestnicy Touru wjeżdżają na tą przełęcz właśnie od strony północnej. W sumie tylko 20 razy wyznaczono tu premię górską, z czego 17-krotnie po II Wojnie Światowej. Pierwszym zdobywcą tej przełęczy był w 1912 roku Francuz Eugene Christophe. Ostatnim w roku 2010 nie kojarzony z górskimi harcami Niemiec Marcus Burghardt. Za rok światowa czołówka będzie miała kolejną okazję do sprawdzenia się na podjeździe po szosie D126, gdyż znajdzie się on na trasie czternastego etapu TdF 2019, który prowadził będzie z Tarbes na Col du Tourmalet.

Pierwsze dwa kilometry tego wzniesienia przejechaliśmy razem. Zaczęliśmy całkiem żwawo, lecz łatwy teren nie wprowadził wstępnej selekcji w naszej grupie. To zmieniło się, gdy na wyjeździe z niegdyś górniczej wioski Ferrieres nachylenie ostro podskoczyło, do poziomu 9-11 %. Pierwsza góra każdej wyprawy ma dla mnie zawsze szczególny smak. Po miesiącach planowania, trenowania i oczekiwań w końcu wjeżdżam do swego kolarskiego raju. Na dobrą sprawę nigdy nie mogę być pewien na co będzie mnie stać w ciężkim górskim terenie. Niemniej pchany entuzjazmem zazwyczaj jadę ją mocno. Czasem skutkuje to ponadprzeciętnym wynikiem (wysokim VAM), zaś innym razem większym niż na kolejnych górach zapiekiem w nogach i kłuciem w płucach. Tym razem również mocniej przycisnąłem i na trzecim kilometrze odjechałem Rafałowi oraz Krzyśkowi. Przez cały podjazd towarzyszył mi Darek. Scenicznie północny podjazd pod Col du Soulor napewno może się podobać. Droga jest spokojna czyli ze znikomym ruchem samochodowym. Po drodze mija się niewiele śladów ludzkiej cywilizacji. Jedyną wioską na tym szlaku jest Arbeost, którą minęliśmy pod koniec piątego kilometra wspinaczki. Powyżej tej miejscowość leśne otoczenie ustąpiło miejsca górskim łąkom i przednim widokom na okoliczne szczyty. Wierzchołki tych najwyższych wciąż jeszcze były przypruszone śniegiem. Udało mi się przejechać 12 kilometrów w niezłym rytmie, acz w końcówce miałem chwilę zwątpienia czy utrzymam tempo Darka. Najdłuższy z ujawnionych na stravie odcinków czyli 13,59 km przejechaliśmy w czasie 55:18 (14,8 km/h i VAM 1023 m/h). Rafał ten dystans pokonał w 1h 06:09. Krzysiek nie zwykł ujawniać swych dokonań na stravie. Niemniej godzi się dodać, iż jego górski debiut wypadł całkiem obiecująco, gdyż stracił do nas około 8 minut.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1616868511

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1616868511

ZDJĘCIA

20180604_001

FILMY

VID_20180604_01

VID_20180604_02

VID_20180604_03

VID_20180604_04

VID_20180604_05

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col du Soulor została wyłączona