banner daniela marszałka

Franz-Josefs Hohe

Autor: admin o środa 7. września 2022

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Rojach (B107)

Wysokość: 2369 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1262 metry

Długość: 19,5 kilometrów

Średnie nachylenie: 6,5 %

Maksymalne nachylenie: 14 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Z Großsee na spokojnie zjechałem do Döllach po wpół do pierwszej. Pogoda była jeszcze przyzwoita. Temperatura 20 stopni i zachmurzenie umiarkowane. Niemniej późniejszym popołudniem mogliśmy już nie mieć korzystnych warunków do jazdy. Tymczasem mieliśmy do zrobienia jeden z dłuższych podjazdów tej wyprawy. Trzeba było czym prędzej przenieść się do Rojach na start drugiej wspinaczki. Tym razem mieliśmy się wspinać w głównej dolinie czyli na szlaku prowadzącym przez Mölltal. Po dwunastu latach wróciłem na Großglockner Hochalpenstrasse, zaś po blisko dwóch dekadach na jej południową stronę. W Austrii ładnych i zarazem wymagających szosowych dróg jest bez liku. Panoramiczne trasy: Villacher, Malta czy Goldeck bezsprzecznie warte są zobaczenia i co więcej przejechania. Szlaki biegnące ku Grosser Speikkogel czy Hochwurtenspeicher są piekielnie trudne. Natomiast szosy wiodące pod lodowce Tiefenbach i Rettenbach (ponad Solden) oraz Gepatsch (doliną Kaunertal) docierają na wysokość aż 2750-2800 metrów n.p.m. Tym niemniej nikt w tym kraju nie ma wątpliwości, iż królową wszystkich austriackich dróg alpejskich jest wspomniana już Grossglockner Hochalpenstrasse. To wysokogórska szosa o długości niemal 48 kilometrów łącząca miejscowość Bruck an der Großglocknerstrasse w landzie Salzburg z Heiligenblut am Großglockner w Karyntii. Przy czym odcinek pomiędzy bramkami poboru opłat jest znacząco krótszy. Północna stoi bowiem w Ferleiten (1151 metrów n.p.m.), zaś południowa 4 kilometry za Heiligenblut na wysokości aż 1691 metrów n.p.m.

Wybudowanie tej drogi stało się dla Austriaków koniecznością po przegranej I Wojnie Światowej. Nowo powstała Republika była państwem 7-krotnie mniejszym od dawnego Cesarstwa. Poza jej granicami znalazł się nawet germański Południowy Tyrol. Tym samym Górna Karyntia oraz Tyrol Wschodni utraciły swe połączenie z północnymi landami prowadzące przez stosunkowo nisko położoną przełęcz Brenner. Zlecenie na projekt nowej drogi otrzymał inżynier Franz Wallack, który już w 1924 roku przedstawił swój pomysł karynckim władzom. Sprawa na jakiś czas przycichła, ale pod koniec lat 20. temat podjął gubernator Salzburga Franz Rehrl, ponoć zapalony kierowca samochodowy. Dzięki niemu w roku 1930 prace w końcu ruszyły. Drogę oficjalnie oddano do użytku 3 sierpnia 1935 roku. Budowa kosztowała 910 milionów ówczesnych szylingów. Ponoć nieco mniej niż się spodziewano. Po otwarciu w latach 1967 i 1975 tunelu Felbertauern (na zachodzie) i autostrady Tauern A10 (na wschodzie) to drogowe połączenie południa z północą straciło swe strategiczne znaczenie. Tym niemniej pozostało wielką atrakcją turystyczną. Choć dostępną jedynie przez cieplejszą połowę roku od początku maja do końca października. Za przejazd po „królewskiej” drodze płaci się słono. Firma Großglockner Hochalpenstraßen AG za jednorazowy przejazd pobiera tu od kierowców samochodów 40 Euro, zaś od motocyklistów 30 „Ojro”. Główny szlak owej drogi swój najwyższy punkt osiąga w tunelu na przełęczy Hochtor 2504 metry n.p.m. Przy czym po północnej stronie najtrudniejsza faza podjazdu kończy się już 6 kilometrów wcześniej na Fuscher Törl (2428 m). Po obu stronach wspomnianej przełęczy są też „autonomiczne” końcówki. Na północy to Edelweißspitze (2571 m. n.p.m.), zaś na południu Kaiser-Franz-Josefs-Höhe (2369 m. n.p.m.).

Na rozgrywanym od 1947 roku wyścigu Dookoła Austrii (Österreich-Rundfahrt) podjazd na Hochtor szybko stał się stałym punktem trasy. W roku 1949 jako pierwszy na tej przełęczy pojawił się Austriak Richard Manapace. W ciągu kolejnych siedmiu dekad uczestnicy tych zawodów aż 64 razy wspinali się ku premii górskiej, rzadziej mecie na zboczach Großglocknera. W sezonie 2000 wjechano na ten kolarski szczyt nawet dwukrotnie tj. z obu stron niczym na Col du Galibier podczas TdF 2011. Pierwsi na górze zyskiwali zaszczytne miano „Glocknerkonig”. Tytuł niemal równie ważny co wygranie całego wyścigu. Kilku asów zdobyło go dwukrotnie, w tym m.in. Luksemburczyk Charly Gaul (1951-52), który w drugiej połowie lat 50. wygrał dwie edycje Giro d’Italia oraz Tour de France z roku 1958. Jednak rekordzistą na tym polu został kolarz, który zawodowego peletonu nigdy nie zawojował. To znaczy trzykrotny zwycięzca całego wyścigu Austriak Rudolf Mitteregger. On zgarnął tą premię aż czterokrotnie, bo w latach 1970-71 oraz 1973-74. W bliższych nam czasach tytuł ten przyznawano również za wygranie etapów kończących się w rozmaitych miejscach przy Grossglockner Hochalpenstrasse. W 2010 roku trzeba było być pierwszym na Franz-Josefs-Höhe (Riccardo Ricco), w 2016 na Edelweißspitze (Jan Hirt), zaś w 2018 roku na Fuscher Törl (Pieter Weening). W XXI wieku królami Glocknera zostawali tej klasy profi co: Ivan Basso (2001), Juan-Miguel Mercado (2005) czy Jakob Fuglsang (2012). Dodać trzeba, iż w czasach słusznie minionych, gdy Österreich-Rundfahrt miał status wyścigu open ta góra była dla „amatorów” zza żelaznej kurtyny de facto najtrudniejszym wzniesieniem z jakim mogli się zderzyć w całym sezonie. Jedynym polskim kolarzem, który wygrał tą premię górską pozostaje Mieczysław Korycki, który uczynił to w 1984 roku na etapie z Döllach do Söll, wygranym zresztą przez Andrzeja Mierzejewskiego.

Ja swoje spotkania z Großglocknerem czyli po polsku „Wielkim Dzwonnikiem” rozłożyłem na lata, by nie powiedzieć na dekady. Najpierw 20 lipca 2003 roku w ostatnim dniu pierwszej alpejskiej wycieczki podjechałem z Rojach na Hochtora. Potem 3 czerwca 2010 roku wspiąłem się z Bruck czy raczej od Embachkapelle na Edelweißspitze. Teraz zaś 7 września 2022 roku mogłem w końcu poznać trzecią metę w tym rejonie czyli Franz-Jozefs-Höhe. Można powiedzieć, że na koniec zostawiłem sobie najłatwiejszą z trzech wspinaczek. Niemniej od razu uprzedzając fakty dodam, że i tak bolało, nawet bardziej niż się spodziewałem. Co ciekawe za każdym razem na Großglocknerze miałem zupełnie inną pogodę. Za pierwszym razem wspinałem się w upalny letni dzień. Za drugim zacząłem w deszczu, zaś kończyłem w iście zimowej scenerii przy temperaturze około zera. Teraz warunki były jakby neutralne. Przynajmniej przez większą część trasy, bowiem w rejonie mety zrobiło się już nieciekawie. Cóż zatem mnie i Adriana czekało w te popołudnie? Przede wszystkim to długi podjazd. Na tej wyprawie najdłuższy z dotychczasowych, zaś ostatecznie drugi pod tym względem. Z pozoru stosunkowo łagodny. Przynajmniej jak standardy karynckie. Suche dane oznajmiały 19,5 kilometra z przeciętnym nachyleniem 6,5%. Jednak gdy z dystansu odejmie się niemal 2 kilometry zjazdu między Kasereck i Guttal plus doda te kilkadziesiąt metrów przewyższenia, które trzeba po nim odzyskać to wychodzi już 17,6 kilometra z solidną średnią 7,6%. Mamy tu dwa około 9-kilometrowe segmenty wspinaczki przedzielone wspomnianym obniżeniem terenu. Zdecydowanie najtrudniejszym sektorem jest zaś druga część dolnego segmentu czyli przeszło 6-kilometrowy odcinek między Heiligenblut a Kasereck o średniej niemal 10%.

„Cyclingcols” to wzniesienie wycenił na 1100 punktów, acz to wartość obliczona dla podjazdu obejmującego także 20-kilometrowy odcinek „falsopiano” między Reintal a Rojach. W każdym razie wszystko co najciekawsze i tak czeka tu cyklistów na kolejnych 20 kilometrach. To powyżej Rojach trzeba pokonać najtrudniejszy kilometr ze średnią 12,6% oraz 5-kilometrowy segment z przeciętnym nachyleniem 9,8%. Po drodze zaś 5,9 kilometra dystansu z dwucyfrową stromizną. Franz-Josefs-Höhe jest jedną z zaledwie pięciu austriackich lokalizacji, które gościły u siebie etapową metę Giro d’Italia. W latach 1971 i 2011 kończyły się tu bowiem górskie odcinki „La Corsa Rosa”. Swoją drogą to zadziwiające, że jedynie na trasach 7 ze wszystkich 105 edycji wyścigu Dookoła Włoch pojawiły się etapy z finałem na austriackiej ziemi. Tego zaszczytu oprócz Franza-Josefa dostąpiły bowiem jeszcze tylko cztery miasta i miasteczka tzn. Innsbruck (w roku 1988), Klagenfurt (1990), Lienz (1994 i 2007) oraz Mayrhofen (2009). Meta na Franz-Josefs-Höhe z 1971 roku była więc pierwszym etapowym finiszem Giro na terenie Austrii. Przy okazji góra ta stała się pierwszą zagraniczną premią rangi Cima Coppi. Od tego czasu minęło przeszło pół wieku i w tym czasie jeszcze tylko dwa inne wzniesienia spoza Italii uzyskały ów status: francuska Col d’Izoard (1982) oraz szwajcarski Simplonpass (1985). Tamten górski odcinek wygrał Włoch Pierfranco Vianelli, który o 1:09 i 1:37 wyprzedził swych dwóch rodaków. Drugi finiszował Primo Mori, zaś trzeci był Giancarlo Polidori. Za ich plecami 6-osobową grupkę asów ze stratą 4:31 przyprowadził Szwed Gosta Pettersson. Triumfator Giro-1971 nadrobił tego dnia przeszło półtorej minuty nad liderującym jeszcze Włochem Claudio Michelotto.

Z kolei w trakcie Giro z 2011 roku ówczesny lider wystąpił na Franz-Josefs-Höhe w roli głównej, lecz ostatecznie cały wyścig wygrał jedynie de facto. Mowa o Hiszpanie Alberto Contadorze. „El Pistolero” podobnie jak kilka dni wcześniej na Etnie odjechał rywalom wespół z filigranowym Jose Rujano. Tym razem jednak inaczej niż na Sycylii pozwolił wygrać Wenezuelczykowi. Obaj nadrobili nad kolejnymi zawodnikami niemal półtorej minuty. Jako trzeci finiszował Francuz John Gardet ze stratą 1:27. Natomiast śp. Michele Scarponi, którego po dyskwalifikacji Contadora za grzechy rodem z TdF-2010, ogłoszono oficjalnym zwycięzcą całej imprezy stracił do najmocniejszej dwójki 1:36. W tym samym miejscu dwukrotnie wyznaczano też mety etapów Österreich-Rundfahrt. Za pierwszym razem czyli w 1977 roku wygrał tu mało znany Włoch Luca Olivetto. Przy drugiej okazji również triumfował kolarz rodem z Italii. To znaczy sławny-niesławny Riccardo Ricco, który w drodze po generalne zwycięstwo w edycji z 2010 roku wyprzedził na tej górze o 41 sekund Hiszpana Sergio Pardillę i swego rodaka Emanuela Sellę. Jak łatwo się domyślić ta kolarska góra zawdzięcza swą nazwę cesarzowi Austrii Franciszkowi Józefowi, który rządził tym krajem niemal przez siedem dekad od 1848 do 1916 roku. W początkach swego panowania tj. w 1856 roku odwiedził on ten punkt widokowy wraz ze swą małżonką Elżbietą Bawarską (popularną „Sisi”) by podziwiać Großglockner (3798 m. n.p.m.) jak i najdłuższy lodowiec Alp Wschodnich czyli Pasterze. Jęzor lodu schodzący ze szczytu Johannisberg (3453 m. n.p.m.), który w połowie XIX wieku zajmował powierzchnię 30km2. Dziś ma on już tylko 17,3 km2 i długość 8,3 kilometra.

Jadąc autem w górę Mölltal zatrzymaliśmy się na wysokości Pockhorn, gdy ujrzeliśmy po lewej stronie szosy mały parking, na którym można było się swobodnie wypakować. Tym samym po wskoczeniu na rowery na start wspinaczki musieliśmy się cofnąć jakieś 800 metrów. Ta wyraźnie zaczyna się po minięciu stacji benzynowej Socar. My zjechaliśmy ciut dalej, bo do centrum Rojach. Adrian wyszalał się na Großsee i uznał, że na Franza-Josefa może wjechać razem ze mną. Ucieszyłem się z tej propozycji, acz jednocześnie wiedziałem, że trzeba będzie się postarać by nie znużyć kolegi swoim tempem. Zakładałem, że kluczowe będzie utrzymanie dobrego rytmu jazdy na najtrudniejszym odcinku pomiędzy Heiligenblut i Kasereck. Tymczasem na sam początek trzeba było pokonać luźniejszy sektor o długości 3,1 kilometra i przeciętnym nachyleniu 6,1%. Jednak nawet na nim nie brakowało solidniejszych fragmentów ze stromizną do 9%. W połowie trzeciego kilometra teren na krótko się wypłaszczył. Następnie odcinek z umiarkowanym nachyleniem zawiódł nas do centrum Heiligenblut. To gmina z niespełna tysiącem mieszkańców. Pierwsze wzmianki o niej pochodzą z 1271 roku. Jak głosi legenda jej nazwa czyli Święta Krew wzięła się od kaplicy, w której przechowywano relikwię z krwią Chrystusa. Tą rzekomo miał tu przywieźć z Konstantynopola w początkach X wieku pewien duński rycerz o imieniu Briccius. W miejscowości tej nie tylko zaczyna się lub kończy Großglockner Hochalpenstrasse, lecz również rusza stąd kolej gondolowa na pobliski szczyt Schareck (2606 m. n.p.m.). My dojechawszy do Heligenblut musieliśmy zawinąć w prawo na pierwszym wirażu wzniesienia. Kolejny zakręt mieliśmy zobaczyć przeszło dwa kilometry dalej. Dokładnie zaś w miejscu, gdzie do drogi panoramicznej drogi dochodzi ze wschodu lokalna L20 z Döllach i Apriach.

Za tym drugim zakrętem droga odzyskała swój zasadniczy północno-zachodni kierunek. Pod koniec siódmego kilometra minęła dwa kolejne wiraże, za którymi stromizna chwilowo odpuściła na dojeździe do punktu poboru opłat. Bramkę minęliśmy po przebyciu 7,3 kilometra od startu. Kilkaset metrów dalej przejechaliśmy pod stacją przesiadkową między dolnym a górnym odcinkiem Panoramabahn „lecącej” na Schareck. Podjazd nadal mocno trzymał, więc nie jechało się łatwo. Trzeba było jednak wytrzymać do połowy dziesiątego kilometra. Obiecywałem sobie, że dalej będzie już łatwiej. Przynajmniej tak miało być w teorii. Za Kasereck można było odsapnąć przez około trzy minuty na łagodnym zjeździe do rozdroża w Guttal. Na tutejszym rondzie musieliśmy wybrać drugi zjazd czyli biegnącą zrazu na południe, a potem na zachód Gletscherstraße. Do mety na Franz-Josefs-Höhe brakowało jeszcze 8,5 kilometra. Myślałem, że najgorsze już za mną. Wszak najwyższe procenty pokonaliśmy poniżej Kasereck. Tu w ogólności miało być najpierw 5%, zaś wyżej średnio 7%. W praktyce jednak nie były to równe sektory o regularnym nachyleniu drogi. Pomiędzy łatwiejszymi odcinkami co rusz pojawiały się ścianki ze stromizną 9-10, a nawet 12%. Tymczasem dopadło mnie zmęczenie skumulowane z wcześniejszym wysiłkiem na Großsee. Co gorsza w pewnym momencie dopadła nas prawdziwa chmara motocyklistów. Nie kilka czy nawet kilkanaście, lecz przeszło sto maszyn z rzędu śmignęło obok nas mocno przy tym hałasując. Wszystkie prowadzone przez policjantów. Najwidoczniej tego dnia na Franz-Josefs-Höhe był jakiś ważny zlot karynckiej drogówki.

Pod koniec trzynastego kilometra minęliśmy Rasthof Schöneck, za którym otworzyły się już widoki na rejon Großglocknera. W połowie piętnastego kilometra przejechaliśmy nad potokiem Fensterbach, zaś pod koniec szesnastego byliśmy już pod Karl-Volker-Haus. W dole po lewej stronie mieliśmy sztuczne jezioro Margaritzenstausee, które czerpie wodę z lodowca Pasterze. Zaczął się delikatny zjazd, na którym po 300 metrach minęliśmy Glocknerhaus (2132 m. n.p.m.). Schronisko wybudowane ledwie 20 lat po wspomnianej wizycie cesarza Franz Josefa. Za nim przejechaliśmy przez szeroki plac. Teren nadal był płaski czy nawet delikatnie opadający. Ta przerwa we wspinaczce zakończyła się dopiero na wirażu w lewo oznaczonym jako „Kehre 1”. Droga przechodziła tu nad kanałem łączącym wyżej położone Naßfeldspeicher ze wspomnianym jeziorkiem Margaritzen. W tym miejscu zaczęliśmy finałową fazę podjazdu. Do mety pozostało niespełna 2,5 kilometra. Z czego pierwsze 600 metrów zakosami po dwóch serpentynach. Tymczasem nad naszymi głowami zrobiło się już szaro-buro. Zaczęło siąpić, zaś mocniejszy deszcz był tylko kwestią czasu. Lunęło tuż przed tym jak dane nam było skryć się pod dachem kilkusetmetrowej galerii. Każdy z nas chciał być już czym prędzej na mecie by schować się gdzieś przed tą ulewą. Nie miałem więc nic przeciwko temu by Adek dokończył tą wspinaczkę własnym tempem. Galeria skończyła się tuż przed zjazdem na parking dla autobusów. Tym samym na ostatnich kilkuset metrach znów mieliśmy zimny prysznic. Wjechawszy na górę pociągnęliśmy do samego końca wielkiego kompleksu turystycznego, który w minionych czterech dekadach rozbudowano wokół Franz-Josefs-Höhe.

Na zaliczenie tej premii górskiej potrzebowałem przeszło półtorej godziny. Dystans 19,4 kilometra pokonałem w 1h 31:34 (avs. 12,7 km/h). Na stravie najdłuższy znaleziony segment ma tylko 16,37 kilometra i kończy się przy Glocknerhaus. Zapewne to wina długiej galerii tuż przed końcem wspinaczki, w której zgubił nam się sygnał z Garmina. Z ciekawości sprawdziłem jeszcze w jakim tempie pokonaliśmy „sztywny” dolny sektor między Heiligenblut i Kasereck. Otóż te 6,3 kilometra przejechaliśmy w 37:35 ze średnią 10,1 km/h. Będąc już na mecie przejechaliśmy Europaplatz i zatrzymaliśmy się dopiero pod Gletscherrestaurant Freiwandeck. Postanowiliśmy się w niej „zadekować” do poprawy pogody. Weszliśmy więc na pierwsze piętro budynku zostawiając nasze rowery na półpiętrze. Zamówiliśmy z grubsza ten sam słodki zestaw co zwykle. Tutejszego sernika jednak nie polecam. Nie umywał się do ciast, które ze smakiem pochłanialiśmy w rozmaitych górskich chatach. Wielką atrakcją jest zapewne widok na Großglocknera i Pasterze jaki roztacza się w słoneczny dzień z restauracyjnego tarasu. Rzecz jasna w tym momencie wszyscy goście jak jeden mąż posiłkowali się w jej wnętrzu. My wyszliśmy z niej na parę minut, by spojrzeć co z owej miejscówki można dojrzeć w podlejszych warunkach atmosferycznych. Gdy już przeczekaliśmy w środku najgorszy deszcz zeszliśmy na dół strzelić kilka kolejnych zdjęć. Następnie przy temperaturze 13 stopni rozpoczęliśmy długi zjazd do Pockhorn. Mokry na pierwszych kilometrach, zaś niżej śliski już tylko miejscami. Jak miało się okazać to był ostatni pełnowymiarowy etap tej wyprawy. W kolejnych dniach chcąc nie chcąc poprzestawaliśmy na ledwie jednej wspinaczce.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/7770483468

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/7770483468

FRANZ JOZEFS HOHE by ADRIANO

https://www.strava.com/activities/7770178183

ZDJĘCIA

Franz-Josef_48

FILM