banner daniela marszałka

Col de Mantet

Autor: admin o środa 8. czerwca 2022

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Villefranche-de-Conflent (N116, D6)

Wysokość: 1760 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1311 metrów

Długość: 21,1 kilometra

Średnie nachylenie: 6,2 %

Maksymalne nachylenie: 16 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Prognozy pogodowe na drugą środę tej wyprawy były dość nieciekawe. Przewidywały deszcz, a nawet burzę około południa. To skłoniło mnie do definitywnej rezygnacji z długiej wycieczki na szlaku z Olette do Ur i z powrotem. Zdecydowaliśmy się trzymać bliżej domu. Na ten dzień wyznaczając sobie spotkanie z Col de Mantet. Jednym z dwóch najtrudniejszych podjazdów w całym departamencie Pyrenees-Orientales. Na pewno zaś najcięższym ze wszystkich znajdujących się w granicach krainy historycznej Conflent. Czekała nas wspinaczka o długości aż 21 kilometrów i przewyższeniu przeszło 1300 metrów. Ze wszystkich wzniesień jakie poznaliśmy w trakcie owych dwunastu pirenejskich etapów jedynie zachodnia strona Port de Pailheres była porównywalnym (acz ciut większym) wyzwaniem. Wedle klasyfikacji rodem ze strony „cyclingcols” Mantet ex-aequo z podjazdem do jeziora Cap de Long jest dziesiątą najtrudniejszą premią górską w całym regionie Oksytania. W tym zestawieniu całe podium zajęte jest przez wzniesienia z departamentu Hautes-Pyrenees. Pierwsze miejsce „okupuje” Col de Portet, zaś drugie i trzecie lokaty należą do obu stron słynnej Col du Tourmalet. Wspomniana strona oprócz szczegółowej prezentacji profilu danego podjazdu zwykła też porównywać go z innym (podobnym) ujętym w swej bazie. Dla Mantet takim wytypowanym „bliźniakiem” jest alpejska Col de Pierre-Carree z okolic miasta Cluses. Nie da się ukryć, iż obie mają podobną wysokość oraz podstawowe wymiary. Inaczej rozkładają się na nich wartości nachylenia. Na sabaudzkiej górze są one równiej rozłożone, zaś na Mantet stromizna stopniowo narasta.

Jest jeszcze jedna okoliczność, która sprawia iż porównanie Mantet z Pierre-Carree wydaje się być trafione. Gdy mówimy o przełęczy drogowej mamy zapewne na myśli górską przeprawę, na którą można wjechać co najmniej z dwóch stron. Szosę łączącą ze sobą dwie doliny usytuowane po przeciwległych stronach jakiegoś pasma górskiego. Z tego punktu widzenia zarówno Mantet jak i jej bliźniaczka z Górnej Sabaudii są „fałszywymi” przełęczami. Owszem z jednej ich strony mamy przeszło 20-kilometrowy podjazd, lecz z drugiej jedynie około 3-kilometrowy odcinek „ślepej drogi” kończący się w pewnej ukrytej pośród gór lokalizacji. Przy czym jednak za Pierre-Carree skrywa się Flaine, słynący ze świetnych warunków śniegowych ośrodek narciarski będący częścią wielkiej domeny Grand Massif. Natomiast za Col de Mantet schowana jest jedynie skromna wioska o tej samej nazwie, w której na stałe mieszka ledwie 31 osób. Alpejski ośrodek niewątpliwie żyje ze śniegu. Tymczasem dla pirenejskiej osady obfite opady białego puchu są zmorą, gdyż skutkują jej autentycznym odcięciem od świata. Zresztą jeszcze jakieś pół wieku temu nawet latem spełniała ona baśniowe kryteria wsi „za górami, za lasami”. To jest do czasu, gdy w roku 1969 dociągnięto do niej szosę D6. Aby z przełęczy Mantet dotrzeć do owej „zagubionej” osady trzeba stracić ze zdobytej wcześniej wysokości przeszło 200 metrów. Tym samym w ramach powrotu do cywilizacji trzeba później pokonać całkiem solidną górkę o długości 2,7 kilometra przy średnim nachyleniu 7,8% i max. 13%. Żaden z nas się na to nie zdecydował. Chmury ponad przełęczą skutecznie zniechęcały do przedłużania naszych przedpołudniowych wycieczek.

Użyłem w tym miejscu liczby mnogiej, bowiem na podbój Mantet wybraliśmy się osobno. Wobec takiej, a nie innej prognozy najlepiej było załatwić sprawę przed południem. Dla Piotra przywykłego do porannych treningów na basenie wyjazd z bazy kwadrans po ósmej nie stanowił żadnego problemu. Ja zgodnie ze swoim „zegarem biologicznym” ruszyłem z domu równo godzinę później. Wyjeżdżając z Vernet-les-Bains trzeba było przejechać przez centrum uzdrowiska. Potem czekał nas przeszło 4-kilometrowy zjazd ku drodze N116. W połowie tego odcinka minąłem miejscowość Corneilla-de-Conflent, w której swego czasu swą główną rezydencję mieli hrabiowie Cerdanii i Conflent. Po dotarciu do głównej doliny za rondem należało skręcić w lewo. Do przejechania po wspomnianej „krajówce” było tylko 800 metrów, z czego połowa wzdłuż zabytkowych murów Villefranche-de-Conflent. Owa rozgrzewka skończyła się po około sześciu kilometrach. Teraz trzeba już było wskoczyć na drogę D6 czyli ponownie odbić w lewo. Tym razem jakby zawracając na południe. Podjazd na Col de Mantet wiedzie bowiem doliną rzeczki La Rotja biegnącej niemal równolegle względem Le Cady, która przepływa przez Vernet. Wspomniałem już, że podczas owej wspinaczki stromizna rośnie wraz z upływem kilometrów. W dużym skrócie można powiedzieć, iż mamy tu łagodny początek wzniesienia, umiarkowanie wymagający środek i na deser stromą końcówkę. Przez pierwsze 8 kilometrów nachylenie trzyma się na poziomie od 3 do 5% przy przeciętnej ledwie 3,7%. Potem przez 4 kilometry oscyluje ono pomiędzy wartościami 5,5 a 7% przy średniej 6,2%. Natomiast ostatnie 9 kilometrów to już spore wyzwanie. Stromizna poszczególnych kilometrów waha się między 7,5 a 9,5 %. Całość tego długiego segmentu ma średnio 8,5%, zaś max. sięga 15%!

W przeciwieństwie do wtorkowych podjazdów na przełęcze Creu i Llose ta wspinaczka wiedzie przez tereny zamieszkane. Na trzecim i czwartym kilometrze minąłem trzy części wioski Fuilla (cat. Fulla) rozlokowanej na wysokościach od 516 do 571 metrów n.p.m. Przy okazji miałem szybki kurs języka katalońskiego. Dolna znaczy Avall, środkowa Mitg, zaś górna to Amunt. Nieco dalej tuż przed wjazdem do Sahorre dostrzegłem za ogrodzeniem wylegującego się w cieniu drzew osła. Trzeba dodać, iż jest to zwierzę będące współcześnie symbolem Katalonii. Niejako w opozycji do hiszpańskiego byka. Kataloński osioł jako zwierzę zagrożone wyginięciem, ma symbolizować opiekę, jakiej wymagają do przetrwania kataloński język i kultura. Ponadto ma uosabiać katalońskie cechy takie jak: upór, wytrzymałość i pracowitość. W połowie siódmego kilometra podjazdu byłem już w centrum wspomnianej miejscowości mijając drogę D27, która stanowi najkrótszy łącznik pomiędzy nią a „naszym” Vernet. Powyżej Sahorre szosa D6 biegnie już prawym brzegiem La Rotja. Niebawem nachylenie wzrosło, zaś nasz górski szlak zaczął się wić wzdłuż rzeczki pokonując malowniczy wąwóz. To na tym wąskim odcinku minąłem się z Piotrem, który zjeżdżał już z Mantet. Dopóki moja droga trzymała się wspomnianej rzeczki nachylenie było co najwyżej umiarkowane. Charakter podjazdu zmienił się pod koniec dwunastego kilometra, gdy szosa wróciła na lewy brzeg La Rotja i tym razem odbiła już wyraźnie w kierunku zachodnim. Od tego momentu zaczęły się mocniejsze procenty, zaś droga zaczęła śmielej zdobywać kolejne metry w pionie pnąc się ku przełęczy zakosami. Jeszcze przed wjazdem do Py (cat. Pi de Conflent) minąłem dwa pierwsze wiraże. Powyżej tej wioski napotkałem zaś dwanaście kolejnych.

Przed wiekami Py skazano na zagładę. W latach 60. XVII wieku mieszkańcy krain Vallespir i Conflent zbuntowali się przeciwko nowej francuskiej władzy. Jedną z siedzib powstańców była właśnie owa wioska. Powstanie Cherubinów stłumiono, zaś Pi miała być zrównana z ziemią, zaś jej ruiny posypane solą. Wioska jednak przetrwała. Obecnie żyje w niej 80 osób. Natomiast potężna niegdyś dynastia Burbonów przestała władać Francją po Wiośnie Ludów z roku 1848. Na wylocie z Py po raz pierwszy trzeba się zmierzyć z dwucyfrową stromizną. Na ostatnich 10 kilometrach podjazdu pod Mantet musiałem pokonać więcej metrów w pionie niż na całym podjeździe pod Col d’Agnes, który tydzień wcześniej nieźle dał mi się we znaki. Tym razem łatwiej poszło. Kolejne dni górskiej zaprawy przyniosły pozytywne efekty. Żadnej wielkiej formy oczywiście nie złapałem, ale pod koniec tej wyprawy kręciłem już przynajmniej na przyzwoitym poziomie. Według stravy najdłuższy segment z Col de Mantet czyli dystans 20,82 kilometra pokonałem w 1h 31:05 (avs. 13,7 km/h). Piotrek potrzebował na to 1h 27:55. Tym razem straciłem więc do niego 3:10, z czego połowę tej różnicy bynajmniej nie na trudnej końcówce, lecz na środkowym odcinku pomiędzy Sahorre a Py. Mantet nigdy nie gościła na trasach ważnych imprez kolarskich i zapewne nigdy się na nich nie pojawi. Nie przeszkadza to jednak profesjonalistom trenować w tej okolicy. KOM z całej „naszej” góry należy do Baska Mikela Bizkarry. Natomiast najlepsze czasy na sektorach środkowym i górnym wykręcił tu Estończyk Rein Tarramae. Kolarz mający na swym koncie dwa wygrane etapy Vuelty i jeden w Giro.

Na górze spotkałem jedynie starszego jegomościa z brzuszkiem dosiadającego elektrycznego górala. Chwilę porozmawialiśmy. Mocno się zdziwił, iż w te strony zawiało kogoś z dalekiej Polski. Do Mantet nie zjechałem. Swoją drogą ciekawe czy wioska ta częściej gości ambitnych amatorów kolarstwa czy też może najwytrwalszych górskich piechurów. Leży wszak na trasie GR10. To znaczy na pirenejskim szlaku łączącym baskijskie Hendaye znad Atlantyku z katalońskim Banyuls-sur-Mer nad Morzem Śródziemnym. Ta mega-marszruta liczy aż 916 kilometrów i biegnie przez pięć francuskich departamentów. Jej pokonanie w tempie dostosowanym do możliwości zwykłego śmiertelnika obliczone jest na 52 dni. Śmiałkowie muszą tu pokonać „z buta” 48.000 metrów przewyższenia, wchodząc maksymalnie na wysokość 2734 metrów n.p.m. Po nawrotce i długim zjeździe do drogi N116 musiałem jeszcze zaliczyć 5-kilometrową wspinaczkę do Vernet. Piotr dojechawszy tam wcześniej dodał sobie jeszcze 8 kilometrów na szlaku do Sahorre i z powrotem. Przed trzynastą byliśmy już obaj w bazie, zaś aura wcale nam się nie zbiesiła. O ile tego dnia na starcie w miałem ledwie 19 stopni to na mecie już 27. Skoro zaś pogoda pozytywnie nas zaskoczyła warto było sobie znaleźć na dworze jakieś ciekawe zajęcie poza-kolarskie. Sporą atrakcję turystyczną mieliśmy w najbliższej okolicy. Dlatego po obiedzie zjechaliśmy ku głównej dolinie, by tam już pieszo pozwiedzać otoczone średniowiecznymi murami Villefranche-de-Conflent. To historyczne miasteczko bardzo nam się spodobało. Na tyle, że wróciliśmy do niego dzień później, choć już w celach nieco komercyjnych. Na krótki opis tego miejsca pozwolę sobie zatem w relacji z dwunastego dnia naszych pirenejskich wojaży.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/7274394079

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/7274394079

COL DE MANTET by PIERRE

https://www.strava.com/activities/7274126119

ZDJĘCIA

Mantet_01

FILM