banner daniela marszałka

Cauterets / Pont d’Espagne

Autor: admin o wtorek 11. Grudzień 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1496 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1006 metrów

Długość: 18,1 kilometra

Średnie nachylenie: 5,6 %

Maksymalne nachylenie: 13,6 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Prognozy pogodowe na środę były nie lepsze niż mokra i szara rzeczywistość wtorkowa. Nie miałem więc żadnych powodów ku temu by zmienić swój wstępny plan na ten dzień trzeci. Rozsądek podpowiadał pozostanie na niskim pułapie czyli zaliczenie wzniesień nie wyrastających ponad 1500 metrów n.p.m. Wspinaczki na Cauterets-Pont d’Espagne i Col de Couraduque w sam raz pasowały do tej ostrożnej koncepcji. Podjazdy na najwyższe górskie premie w okolicy Argeles-Gazost pozostały zatem celami na czwartek i piątek. Na trasę trzeciego etapu wyjechałem o wpół do dziesiątej. Podobnie jak we wtorkowe popołudnie towarzyszyli mi tylko Krzysztof i Rafał. Dwaj nieobecni byli usprawiedliwieni. Piotr już pierwszego dnia odwiedził okolice Cauterets, więc w środę dla odmiany wybrał się do Lac d’Estaing. Wrócił szlakiem przez Col de Borderes i Arrens pokonując w sumie 45 kilometrów o przewyższeniu 1340 metrów. Z kolei Dario liczył na ważny telefon z Lourdes. Przed południem dostał cynk, iż hak tylnej przerzutki czeka już na niego w sklepie Huberta Arbesa. Po odbiorze towaru i szybkim montażu wczesnym popołudniem pojechał zdobyć pobliską Hautacam-Tramassel. Przejechał tego dnia niespełna 40 kilometrów, ale na na górze znanej z pięciu edycji Tour de France mimo deszczu spisał się bardzo dobrze. Na poziom Hautacam wjechał w 1h 02:35 z VAM 1040 m/h. Nasz podjazd zaczynał się niespełna siedem kilometrów od bazy. Dlatego również ruszyliśmy z domu na rowerach. Jadąc na południe drogą D921 już po kwadransie byliśmy na ulicach Pierrefitte-Nestalas. Tu przed dojechaniem do mostu nad Gave du Cauterets należało skręcić w prawo. Przed nami pojawił się podjazd po szosie D920, już czterokrotnie wykorzystany na trasach Tour de France. Poza tym raz przetestowany na szlaku Vuelta a Espana.

„Wielka Pętla” po raz pierwszy zajrzała w te strony już w sezonie 1953. Zatem ledwie rok po tym jak L’Alpe d’Huez, Sestriere i Puy de Dome stały się pierwszymi górskimi finiszami w dziejach Touru. Podjazd do Cauterets był od nich znacznie skromniejszy, bowiem metę wyznaczono w miasteczku na wysokości 920 metrów n.p.m. Etap ten wygrał Bask Jesus Lorono, który na tym wyścigu zwyciężył też w klasyfikacji górskiej. Po solowym rajdzie przez Aubisque dotarł on do Cauterets z przewagą blisko sześciu minut nad grupką, którą przyprowadził triumfator TdF 1947 Francuz Jean Robic. Po raz drugi Tour przyjechał tu w roku 1989 i znów etap wygrał kolarz baskijski. Tym razem najszybciej finiszował pochodzący z Nawarry Miguel Indurain, dla którego było to pierwsze z dwunastu etapowych zwycięstw na trasach TdF. Przy tej okazji finisz wyznaczono już w górskiej stacji Cambasque na wysokości 1320 metrów n.p.m. Tak samo było na tragicznym etapie z roku 1995. Na dojeździe do linii mety ze zwycięstwa jak dziecko cieszył się Francuz Richard Virenque, choć kolarski świat pogrążył się już w żałobie. Kolarz Festiny ponoć nie zdawał sobie sprawy z tego, iż na zjeździe z Portet d’Aspet (pierwszej z sześciu premii górskich) śmierć poniósł Włoch Fabio Casartelli z ekipy Motorola. Hiszpańska Vuelta odwiedziła Cambasque w roku 2003 na etapie z Hueski. Wygrał go Duńczyk Michael Rasmussen, który o niespełna minutę wyprzedził Kolumbijczyka Felixa Cardenasa i Hiszpana Manuela Beltrana. Jednak dla polskich kibiców kolarstwa najważniejsze są wydarzenia z lipca 2015 roku. Jedenasty etap 102. edycji TdF prowadził z Pau do Cauterets (z finiszem znów na poziomie miasteczka) przez przełęcze Aspin i Tourmalet. Po wspaniałym 50-kilometrowym rajdzie na solo triumfował Rafał Majka, który równo o minutę wyprzedził Irlandczyka Daniela Martina oraz o 1:23 Niemca Emanuela Buchmanna.

Nas w to miejsce nie zwabił bynajmniej ledwie 10-kilometrowy dojazd do Cauterets. Stacja Cambasque z końcem podjazdu na wysokości 1358 metrów n.p.m. byłaby już lepszą przynętą. Tym niemniej największym wyzwaniem w tej okolicy jest wjazd przez Val de Jeret do schroniska stojącego przy kamiennym moście Pont d’Espagne. W to miejsce wyścigi kolarskie raczej nigdy nie dotrą, gdyż w przeciwieństwie do Cambasque finał tej doliny znajduje się na terenie utworzonego w 1967 roku Parc National de Pyrenees. Pierwsza połowa tej wspinaczki jest łagodna. Na dojeździe do centrum Cauterets średnie nachylenie wynosi tylko 4,2%. Podjazd biegnie wzdłuż wspomnianego już Gave de Cauterets, przy czym na początku czwartego kilometra droga przeskakuje z lewego na prawy brzeg owego potoku. Jedyny trudniejszy fragment w tej części wzniesienia to odcinek kilkuset metrów na początku siódmego kilometra. Tu pośród efektownych serpentyn nachylenie sięga nawet 11%. Podjazd zacząłem dość mocno, więc już po pierwszym kilometrze do towarzystwa został mi tylko Chris. Rafa od początku jechał swoje i do Cauterets dotarł ze stratą ponad trzech minut. Według stravy dolny segment o długości 9,83 kilometra pokonaliśmy w 32:22 (avs. 18,2 km/h z VAM 766 m/h), zaś Rafał wykręcił na nim czas 35:57. W miasteczku wróciliśmy na lewy brzeg potoku uparcie trzymając się drogi D920. Jakieś 800 metrów za centrum miejscowości minęliśmy szosę skręcającą w prawo ku stacji Cambasque. Następnie w połowie dwunastego kilometra pojechaliśmy prosto, pomimo robót drogowych na naszym szlaku. Jak wynika z aplikacji Flyby Rafał początkowo poszedł w nasze ślady, ale następnie zawrócił by po moście Pont de la Russe przejechać na prawy brzeg rzeczki. To oczywiście kosztowało go nieco czasu. Tymczasem my w połowie trzynastego kilometra dojechaliśmy już do turystycznej osady L’Arraillere, gdzie naszym oczom okazały się pierwsze wodne kaskady, z których słyną te okolice. Następnie pokonaliśmy most nad potokiem Gave du Marcadau i minęliśmy okazały budynek Thermes des Griffons.

Wjeżdżając w widełki potoków Cauterets i Marcadau rozpoczęliśmy najtrudniejszą fazę całej wspinaczki. To znaczy 4,5 kilometra o średnim nachyleniu 8,8% i maximum ponad 13%. Tu już każdy radził sobie na miarę możliwości. Krzyśka przytrzymały nadmiarowe kilogramy. Jak sam przyznał przywiózł ich tu 85. Ja miałem ich o 5-7 mniej od kolegi. Finałowy odcinek wiódł nas prawym brzegiem Gave du Marcadau, w czterech miejscach wijąc się po serpentynach. Górskie powietrze było tu przesiąknięte wilgocią. W dole szumiał górski potok, na górskich zboczach huczały mini-wodospady i do tego wszystkiego deszcz lał soczyście. Wspinaliśmy się zatem pod prąd cieknących szosą strumieni. Mimo to z tym trudnym odcinkiem uwinąłem się dość sprawnie. Segment o długości 4,58 km pokonałem w 21:39 (avs. 12,7 km/h z VAM 1057 m/h). Wynik Rafała to 28:32. Jakiś kilometr przed finałem droga wypłaszczyła się. Teraz trzeba było przejechać przez wielki Parking du Puntas. Na jego końcu należało przemknąć po lewej stronie budynku (mimo zakazu). Potem nie zważając na zdziwione oblicza spacerowiczów trzeba było pokonać ostatnie 400 metrów dzielące nas od schroniska. Na nasze szczęście było otwarte. Dzięki temu mogliśmy schować się przed ulewą i chłodem (temperatura tylko 8 stopni), zamówić coś ciepłego do picia i w spokoju poczekać na Rafała. Ten zjawił się po około kwadransie i z rozpędu objechał budynek schroniska, jakby miał zamiar dojechać do kresu szosy przy Chalet de Clot (1520 m. n.p.m.). Jednak po chwili ku nam zawrócił. Na górze spędziliśmy razem dobre pół godziny. Na pierwszych kilometrach zjazdu ponownie zlał nas deszcz. Na mokrym Rafał uciekł do przodu. Ja z Krzyśkiem spokojniej odmierzaliśmy kilometry dzielące nas od Argeles-Gazost. Zrobiliśmy sobie przystanek pod Carrefour poniżej Cauterets. Natomiast przez Pierrefitte-Nestalas przebyliśmy się inną niż uprzednio, bardziej okrężną trasą. Po dotarciu do bazy na liczniku miałem 50,5 kilometra i niestety na tym skończyła się moja zabawa. Na więcej nie pozwoliła pogoda. Wypad na Col de Couraduque odłożyłem na sobotnie przedpołudnie.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1620678438

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1620678438

ZDJĘCIA

20180606_001