banner daniela marszałka

Semnoz – Cret de Chatillon

Autor: admin o sobota 6. Lipiec 2013

PODJAZD > https://www.strava.com/activities/69725052

Po powrocie z Thonon-les-Bains powoli zaczęliśmy się pakować. Jak już wspomniałem namówiłem Darka i Adama na wycieczkę do Annecy i nocleg w Culoz celem poznania dwóch najwyższej klasy podjazdów dopiero współcześnie odkrytych przez organizatorów Tour de France. Na sobotnie popołudnie zaproponowałem wspinaczkę do stacji narciarskiej Semnoz na zboczu góry Cret de Chatillon (1699 m. n.p.m.) w alpejskim masywie Bauges. Natomiast na niedzielę zaplanowałem zdobycie Grand Colombier, wzniesienia w południowej części francuskiej Jury, leżącego na terenie departamentu Ain. Ku nowej przygodzie wyruszyliśmy z L’Ermitage-Armoy około godziny czternastej. Do pokonania samochodem mieliśmy przeszło 70 kilometrów trasy w kierunku południowo-zachodnim. Najpierw w stronę miasteczka Annemasse, potem równolegle do południowych stoków Mont Saleve, masywu który geograficznie należy do Alp i Górnej Sabaudii, acz geologicznie stanowi część Jury. Nad przepiękne Lac d’Annecy zjechaliśmy dopiero kwadrans przed szesnastą. Zaparkowaliśmy na trawniku przy Avenue d’Albigny, alei biegnącej wzdłuż północnego brzegu jeziora. Tego dnia miasto zostało opanowane przy tysiące amatorów kolarstwa i ich rodzin, bowiem na pobliskich Polach Marsowych utworzono miasteczko startowe przed niedzielnym L’Etape du Tour. Najpierw poszliśmy na krótki spacer po przyjeziornym bulwarze. Następnie zaczerpnąwszy atmosfery tego miejsca przystąpiliśmy do rzeczy czyli przebrania się i przygotowania naszych rowerów do jazdy.

Annecy to miasto o ciekawej historii i sporym znaczeniu w tym regionie Francji. Ta licząca sobie około 50 tysięcy mieszkańców miejscowość jest stolicą Górnej Sabaudii. W XVI wieku stanowiła ważny ośrodek kontrreformacji, od czasu gdy schronił się w niej przed zwolennikami Jana Kalwina katolicki biskup z pobliskiej Genewy. Jednym z jego następców u progu XVII wieku został św. Franciszek Salezy, patron Salezjanów i osób niesłyszących. W XIX wieku, dokładnie zaś w latach 1815-1860 miasto należało do Królestwa Sardynii, zaś do Francji wróciło dopiero po aneksji całej Sabaudii. Z racji urokliwej starówki, pełnej kanałów i mostków nad rzeczką Thiou bywa nazywane alpejską Wenecją. Przed paroma laty pozazdrościło ono olimpijskiej sławy takim francuskim ośrodkom jak Chamonix, Grenoble czy Albertville i stanęło do ostatecznie przegranej walki o organizację Zimowych Igrzysk roku 2018. Dziwić zatem może fakt, iż miasto o takim potencjale i ambicjach ledwie trzy razy gościło dotąd uczestników „Wielkiej Pętli” w roli gospodarza etapowej mety. Po raz pierwszy miało to miejsce w roku 1939. Kończył się tu 103-kilometrowy etap nr 16c ze startem z Bourg-Saint-Maurice, rozegrany tuż po czasówce przez przełęcz Iseran. Odcinek ten wygrał Holender Antoon Van Schendel, którym w dwójkowym finiszu zdystansował współtowarzysza ucieczki Luksemburczyka Pierre’a Clemensa. Dwadzieścia lat później kolarze znów nadjechali tu ze wschodu, tym razem po pokonaniu 251 kilometrów etapu nr 19 ze startem we włoskim Saint-Vincent. Po śmiałej szarży z przewagą ponad czterech minuty nad rywalami wygrał Szwajcar Rolf Graf, zwycięzca Tour de Suisse z roku 1956. Na trzecią wizytę Touru Annecy musiało czekać kolejne pół wieku. W 2009 roku na około 40-kilometrowej trasie wokół jeziora z podjazdem trzeciej kategorii pod Cote du Bluffy zwyciężył późniejszy triumfator całego wyścigu Alberto Contador. Hiszpan pokonał całą plejadę znakomitych czasówców z Fabianem Cancellarą na czele. Walka była zacięta. Szwajcar stracił do „El Pistolero” tylko trzy sekundy, zaś trzeci tego dnia Rosjanin Michaił Ignatiew sekund piętnaście.

Jeszcze mniej szczęścia do spotkań z Tourem miała góra będąca powodem naszego przyjazdu Annecy. Podjazd pod Cret de Chatillon do stacji narciarskiej Semnoz (1655 m. n.p.m.) zadebiutował na „Wielkiej Pętli” dopiero w 1998 roku. Tym niemniej kolarze nie mieli zamiaru ścigać się na tym wzniesieniu. Cały ów wyścig przebiegał w cieniu dopingowej afery wywołanej grzechami ekipy Festina. Francuska policja szła za ciosem i szukała dowodów zorganizowanego dopingu również w innych drużynach. Po etapie szesnastym kończącym się w Albertville zabrała na całonocne przesłuchanie kierownictwo i zawodników holenderskiego zespołu TVM. Nazajutrz kolarze mieli ścigać na trasie kolejnego górskiego etapu do Aix-les-Bains. Pomiędzy 41 a 59 kilometrem tego odcinka peleton miał pokonać podjazd do Le Semnoz, w jego najtrudniejszej północnej wersji. Tym niemniej zawodnicy TVM po nieprzespanej nocy byliby na straconej pozycji. Z tego powodu pozostali uczestnicy wyścigu w geście solidarności zadecydowali o przejechaniu całego 149-kilometrowego etapu w turystycznym tempie. Wyścig wrócił w te strony dopiero w 2013 roku. Tym razem Semnoz miało wystąpić w prominentnej roli. Na górze wyznaczono metę etapu i do tego przedostatniego ze wszystkich, więc miały tu miały zapaść ostateczne decyzje co układu klasyfikacji generalnej setnej edycji Tour de France. Ponadto ów krótki, acz treściwy etap długości 125 kilometrów wybrano na scenę 21 edycji wyścigu amatorów L’Etape du Tour. Kolejną różnicą z rokiem 1998 był fakt, iż podjazd ten zaatakowano od zachodu z miejscowości Quintal. W ten sposób wspinaczka była krótsza, lecz bardziej stroma mając 10,7 kilometra przy średnim nachyleniu 8,5 %. Najtrudniejsza z czterech dróg na szczyt czyli wybrana przez nas opcja północna ma zaś 17,4 kilometra przy średniej 6,9 %. Tym niemniej szlak północny i zachodni łączą się z sobą na wysokości około 1040 metrów n.p.m. Finałowe 7,4 kilometra jest już wspólne dla obu tych podjazdów i zawiera ich najtrudniejszy fragment o stromiźnie 11,4 %.

Tym sposobem mogliśmy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. To znaczy zdobyć tą górę od najtrudniejszej strony, a przy tym znaleźć się na szlaku, który już za dwa tygodnie przemierzą kolarscy mistrzowie. Tytułem ciekawostki dodam, iż w podobny sposób, dokładnie zaś na wysokości przełęczy Leschaux (897 m. n.p.m.) łączą się ze sobą południowy oraz wschodni wariant podjazdu do Semnoz. Z miejsca, w którym zaparkowaliśmy do podnóża wzniesienia mieliśmy ledwie 1200 metrów, acz nie znając dobrze miasta na dojeździe trochę kluczyliśmy w centrum. Początek podjazdu przebiega po ruchliwej i dość stromej Avenue du Tresum. Po pokonaniu ledwie 350 metrów musieliśmy skręcić w lewo na Boulevard de la Corniche, który jeszcze przed końcem pierwszego kilometra wspinaczki przeszedł w stosownie nazwaną drogę Route du Semnoz. Miejskie zabudowania skończyły się zaledwie po przebyciu 1,2 kilometra od startu na wysokości miejskiego kampingu „Le Belvedere”. Chwilę później droga wkroczyła pośród drzewa na granice Foret Communal d’Annecy, by pozostać w takim terenie przez wiele kilometrów. Jednym przerywnikiem w tym leśnym krajobrazie były mniejsze i większe polany w okolicy śladów ludzkiej przedsiębiorczość takich jak: Hotel Semnoz (2,2 km), Parc Animalier de la Grande Jeanne (3,2 km), Ecole de Ski Francais (4,5 km) i w końcu letnisk należące do organizacji UFOVAL (5,8 km). Na pierwszych dwóch kilometrach wspinaczki Darek zaskoczył mnie i Adama wysokim tempem. Można powiedzieć, że Dario podobnie jak wcześniej na Col du Turini nadawał ton wydarzeniom. Jak sam przyznał był to pewien blef z jego strony. Czując się dobrze postanowił sprawdzić jak długo będzie mógł pojechać w swym maksymalnym tempie, czy da radę utrzymać się z nami a może nawet zerwać nas z koła. Sił nie starczyło na zbyt długo, lecz broni nie złożył i gdy został za nami jechał dalej solidnym, równym tempem przy średniej prędkości niespełna 13 km/h.

Jak zwykle podczas tej wyprawy przez sporą część wspinaczki towarzyszył mi Adam. Jak już wspomniałem niespodziewanie dla siebie nieco lepiej od swego młodszego kolegi wytrzymałem trudy naszej długiej eskapady. Ten dzień potwierdził ową hierarchię w naszym małym stadzie. Różnica pomiędzy naszymi możliwościami była niewielka, acz ponownie na moją korzyść. Po przejechaniu łatwiejszego odcinka między czwartym a ósmym kilometrem wzniesienia poczułem, że mógłbym odjechać. Niemniej nie mieliśmy w zwyczaju się nawzajem atakować, więc postanowiłem nadal jechać mocnym tempem, acz nieco poniżej swego maksimum. Minęliśmy razem łącznik z zachodniej drogi od Balmont i Quintal. Droga przez las w górnej połowie podjazdu, ze swymi długimi prostymi o sporej stromixnie i drzewami, które prawie nie dawały cienia przypominała mi środkową część legendarnego szlaku z Bedoin na Mont Ventoux. Podobieństwo było duże, choć oba te miejsca dzieli bodaj 350 kilometrów. Być może moje wrażenia potęgowała słoneczna aura, która się nam trafiła. Na dole w mieście było wszak 32 stopni Celsjusza, zaś na szczycie przeszło 1200 metrów wyżej wciąż 23. Droga przez las skończyła się na wysokości około 1430 metrów po pokonaniu 14,6 kilometra podjazdu. W tym czasie jechałem już sam z niewielką przewagą nad Adamem, który puścił koło kilka kilometrów przed finałem. Zaczęła się droga przez alpejskie łąki. Po prawej stronie drogi mijaliśmy: krowy na pastwiskach, ludzi odpoczywających przy swych kamperach i domkach letniskowych. Na początku ostatniego kilometra wspinaczki trzeba było pokonać stromą rampę, która dla Kolumbijczyka Nairo Quintany stała się trampoliną do ataku po etapowe zwycięstwo. Kolarz z Andów już przed 20 lipca praktycznie zapewnił sobie zwycięstwo w klasyfikacji młodzieżowej Touru. Tego dnia wygrał zaś etap z przewagą 18 sekund nad Joaquinem Rodriguezem i 29 sekund na liderem Christopherem Froome, zapewniając sobie również drugie miejsce w klasyfikacji generalnej i koszulkę najlepszego górala tej imprezy. Rewelacyjny Michał Kwiatkowski wjechał na górę jako osiemnasty ze stratą 4:03 do zwycięzcy.

Uczestnicy Tour de France finiszowali nie na samym szczycie góry, lecz w miejscu znacznie dogodniejszym dla wyznaczenia mety tak wielkiego wyścigu. A mianowicie na wysokości parkingu przy Hotel Restaurant des Rochers Blancs. Nasza skromna wycieczka nie podlegała w tym względzie jakimkolwiek ograniczeniom, więc po minięciu mety przyszykowanej na L’Etape du Tour wzięliśmy jeszcze zakręt w lewo i pokonaliśmy ostatnie dwieście metrów wzniesienia. Pokonanie całej wspinaczki zajęło mi dokładnie 1 godzinę 12 minut i 2 sekundy przy średniej prędkości 14,493 km/h i VAM 1015 m/h. Adam uzyskał czas 1h 13:41, zaś Darek 1h 21:12. Można powiedzieć, że pomiędzy mną a Adamem różnica była zbliżona do tej między triumfującym Quintaną a czwartym na mecie etapu Alejandro Valverde. Aczkolwiek w naszej biało-czerwonej drużynie spod znaku RGA inaczej niż w hiszpańskiej ekipie Movistar rutyna i doświadczenie zatriumfowały nad młodością. Na szczycie zrobiliśmy sporo zdjęć. Tak fotki osobiste we wszelkich konfiguracjach personalnych (solowe, dwójkowe i kupą mości Panowie) jak również dokumentujące piękno górskich pejzaży. W dole widać było nawet błękitne wody Lac d’Annecy. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę przed Rochers Blancs. Zjechaliśmy do Annecy tą samą drogą, każdy swoim tempem. Adam najszybciej. Ja wolniej zatrzymując się kilka razy by uwiecznić to czy inne miejsce. Darek podobnie, zaś na samym dole zafundował sobie jeszcze przejażdżkę a’la Amsterdam czyli po wąskich uliczkach Starego Miasta nad kanałami tej alpejskiej Wenecji. W dalszą drogę szlakiem Christophe’a Lemaitre ruszyliśmy dopiero kilka minut po dziewiętnastej. Dlaczego przywołuje w tym miejscu postać najszybszego białego Europejczyka? Otóż ten francuski sprinter urodził się w Annecy, a wychował w Culoz u podnóża Grand Colombier. Tym niemniej gdy po półtorej godzinie jazdy dotarliśmy do tego miasteczka było tam cicho i głucho jak po przejściu zarazy. Nasze szanse na znalezienie tu jakiegoś lokum na najbliższą noc były nikłe. Na szczęście napotkana niewiasta wyratowała nas z tej opresji rezerwując nam telefonicznie pokój w Artemare przy hotelu Michallet.