banner daniela marszałka

Courchevel

Autor: admin o wtorek 12. Lipiec 2005

We wtorek 12 lipca pojechaliśmy z Macot przez Aime, Moutiers i Brides-les-Bains do Courchevel-Altiport (2004 m. n.p.m.) tzn. cztery kilometry powyżej głównej części tej stacji. Podjazd całkiem potężny bo o przewyższeniu ponad 1500 metrów licząc od najniższego punktu naszej trasy czyli miasteczka Moutiers. Właściwa wspinaczka oznaczała blisko 22-kilometrów podjazdu począwszy od Brides-les-Bains, o średnim nachyleniu nieco ponad 6,5 %. Do tego miejsca wspinaliśmy się w nieprzebranym tłumie kibiców-cyklistów wśród, których najliczniejsze były różowe koszulki T-Mobile. Kilka godzin później ci właśnie kibice mieli prawo czuć się bardzo zawiedzeni. W połowie wzniesienia minęliśmy też stanowisko znanego z ekranu Eurosportu czerwonego diabła, czyli żywiołowego kibica również rodem z Niemiec.

Na tle zupełnych amatorów Tomek, Piotr czy ja prezentowaliśmy się prawie jak zawodowcy. Wyprzedzaliśmy całe grupki fanów dwóch kółek. Mnie zaś minął tylko jakiś dziarski 40-latek z Włoch i chłopak z koszulce Paged Scout, który jednak nie wytrzymał tempa mastersa z Italii i po kilkunastu minutach jechał już w naszych kołach. Tuż przed południem dotarliśmy na szczyt, a przynajmniej najdalej jak się dało tzn. do miejsca 150 metrów przed metą. Bezpośrednie sąsiedztwo mety zagradzali już bowiem nieustępliwi żandarmi. Parę chwil spędziliśmy na opalaniu w górskim słońcu i robieniu zdjęć na tle mety. Potem czas było poszukać i czas dogodnych miejsc dla Tomka i Piotra do obserwacji, zaś dla mnie i Jacka do robienia zdjęć jak tylko zjawi się kolorowa karawana wyścigu.

Ostatecznie Piotr przycupnął na mostku jakieś 1000 metrów przed metą skąd zdał relację dla polskiego Eurosportu. Nasza pozostała trójka znalazła sobie miejsce 700 metrów przed metą tuż za jednym z wiraży, skąd był dobry widok na wcześniejsze 200 i późniejsze 100 metrów. Etap jak i jego finał okazał się całkiem ciekawy. Fotek strzeliłem całe mnóstwo, choć niektóre rozmazane, bowiem uczyłem się dopiero zasad współpracy ze swym Olympusem. Na szczęście wprawną ręką Jacka powstała jeszcze, druga znacznie bogatsza galeria. Ja choć przeoczyłem Michaela Rasmussena to jednak na pierwszym planie złapałem Alejandro Valverde i Lance’a Armstronga czyli dwóch głównych bohaterów dramatu, którzy do ostatnich metrów toczyli walkę o etapowe zwycięstwo.

Po etapie czekał nas zjazd wśród całej masy samochodów i rowerzystów co było również ciekawym przeżyciem. Samochody prawą, zaś rowery lewą stroną drogi, wszyscy w tym samym kierunku. Pełna kultura i zabezpieczenie ze strony pomocnej policji. Do poziomu Brides-le-Bains czyli 20-25 km poniżej mety nikt nie miał prawa pchać się autem do góry. Taka organizacja może być wzorem dla decydentów z Karpacza … mam na myśli słynne zakorkowane zjazdy po etapie Tour de Pologne do Biura prasowego w Hotelu Skalnym.  Po zjechaniu do Moutiers czekał nas jeszcze 17 kilometrowy odcinek lekko pod górę do macot-la-Plagne n, na którym należało pokonać 240 metrów róznicy wzniesień. Późnym wieczorem z mety w Courchevel do naszej bazy w Macot-la-Plagne dotarł Marek Cegliński, dziennikarz „Rzeczpospolitej”, który przyjechał do pracy podczas drugiej części Touru.