banner daniela marszałka

Coll de la Creueta & Coll de Pradell

Autor: admin o piątek 3. Czerwiec 2016

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/597377750

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/597377744

Piątek był dla nas ostatnim dniem na drogach wokół Bagi. Dopiero co odbyliśmy długą wycieczkę do Sant Llorenc de Morunys i z powrotem. Z kolei nazajutrz czekał nas blisko 80-kilometrowy dojazd do Encamp w Andorze. Dlatego projektując trasę siódmego etapu naszej Volty samochodowe transfery chciałem ograniczyć do minimum.

20160603_104756

Na szczęście w pobliżu naszego tymczasowego domostwa pozostały jeszcze do zaliczenia dwa bardzo ciekawe podjazdy. To znaczy przeszło 20-kilometrowa wspinaczka na Coll de la Creueta (1923 m. n.p.m.) oraz ponad 15-kilometrowa na Coll de Pradell (1732 m. n.p.m.). Ta pierwsza długa i o umiarkowanym nachyleniu. Ogólnie dość regularna, mimo paru dwucyfrowych stromizn. Ta druga z pozoru tylko nieco bardziej stroma od pierwszej. W rzeczywistości będąca górą o dwóch skrajnie różnych obliczach. Z początku łagodna, zaś pod koniec bardzo ostra. Z dwojga owych wzniesień jedynie Creueta dostąpiła dotąd zaszczytu goszczenia wyścigów z profesjonalnego kalendarza. Vuelta a Espana już pięciokrotnie przemierzała tą przełęcz. Z jednym wyjątkiem zawsze pierwsi meldowali się na niej Hiszpanie. W roku 1982 najszybciej wjechał tu Pedro Munoz. Rok później po maksimum punktów na premii górskiej sięgnął Jose Luis Laguia, skutecznie walczący o kolejną koszulkę najlepszego górala Vuelty. Następnie w roku 1998 jako pierwszy wspiął się tu Francisco Cerezo. Na przełomie wieków Creueta znalazła się na trasach etapów VaE do Super Molina bądź La Molina. W obu przypadkach zawodnik pierwszy na naszej przełęczy niedługo później triumfował też na mecie we wspomnianych stacjach narciarskich. W 2000 roku dokonał tego Kolumbijczyk Felix Cardenas, zaś rok później Hiszpan Santiago Blanco. Ale to koniec kolarskiej historii związanej z tą górą. W pół drogi na przełęcz leży mająca mniej niż 200 mieszkańców wioska Castellar de N’Hug. W pierwszej połowie lat 80. gościła ona zarówno uczestników Tygodnia Katalońskiego jak i wielkiej Vuelty. Najpierw w sezonie 1982 kończyła się tu górska czasówka wyścigu Semana Catalana. Na 11-kilometrowej trasie ze startem w miasteczku Pobla de Lillet najlepszy okazał się Hiszpan Alvaro Pino. Ten późniejszy zwycięzca VaE 1986 uzyskał na tej trasie czas 25:34 (avs. 25,8 km/h) wyprzedzając swych rodaków Alberto Fernandeza i Pedro Munoza.

Z kolei w 1983 roku na ulicach Castellar de n’Hug zakończył się piąty etap Vuelta a Espana. Różnice na mecie były niewielkie. Piętnastu czołowych zawodników na kresce dzieliło ledwie 9 sekund. Triumfował Alberto Fernandez, który o 2 sekundy wyprzedził Bernarda Hinault, Marino Lejarretę, Raimunda Dietzena i Munoza. Słynny „Borsuk” odebrał tego dnia koszulkę lidera swemu rodakowi Dominikowi Gaigne by następnego dnia po maratońskim etapie do Vielhy stracić ją na rzecz Lejarrety. Ostatecznie jednak Bretończyk znalazł sposób na faworytów gospodarzy i po raz drugi w karierze wygrał wyścig Dookoła Hiszpanii. Od La Pobla de Lillet dzieliło nas raptem 12 kilometrów. Mimo to podjechaliśmy tam samochodem. Droga szybka i nieskomplikowana. Najpierw na południe do Guardiola de Bergueda, a potem już prosto na wschód po drodze B-402. Zatrzymaliśmy się w górnej części miasteczka, więc na start wspinaczki trzeba było zjechać do położonego niżej centrum. Start wyznaczyłem sobie na moście nad rzeką El Llobregat. Tym razem każdy z nas wystartował w sobie właściwym momencie. Rafał jak zwykle pierwszy, bo o godzinie 11:28. Ja 9 minut później, zaś Darek 4 minuty po mnie. Jedynie pierwsze 400 metrów podjazdu prowadziło po wspomnianej szosie B-402. Po tym krótkim wstępie trzeba było skręcić w lewo na drogę BV-4031. Pierwsze dwa kilometry było niezbyt trudne, zaś trzeci niemal płaski. Wkrótce po prawej stronie dostrzec mogłem okazałe zabudowania dawnej cementowni zamienionej na Museu del Ciment (2,8 km). Po przejechaniu 3,4 kilometra minąłem boczną drogę do Clot del Moro. Następny kilometr ze średnią około 8,5 % i max. 13 % był bodaj najtrudniejszym na całym podjeździe. Niemniej już w drugiej połowie piątego kilometra stromizna znacząco odpuściła. Natomiast na szóstym droga nawet delikatnie zjechała. Potem przez trzy kolejne kilometry nachylenie trzymało na stałym poziomie około 6 %. Pod koniec tego odcinka minąłem Hostal les Fonts (8,4 km), który swą nazwę zawdzięcza bliskości źródeł rzeki Llobregat. Na kilometrze dziesiątym i początku jedenastego podjazd stał się nieco lżejszy, po czym w okolicy półmetka stromizna skoczyła do poziomu 6,5-7 %. W końcu na początku dwunastego kilometra ujrzałem przed sobą zabudowania Castellar de N’Hug, acz nasza wspinaczka nie prowadziła przez tą miejscowość.

20160603_001

20160603_142453

20160603_141800

Po przejechaniu 11,2 kilometra trzeba było odbić w prawo i ominąć wioskę szerokim łukiem. Tuż za tym zakrętem na stromiźnie sięgającej 11 % złapałem Rafała. Ten jechał całkiem dobrze tracąc dotąd mniej niż minutę na każdym kilometrze. Niemniej do przełęczy brakowało nam jeszcze 10 kilometrów, więc Rafa nie próbował siadać mi na kole. Rozsądnie wybrał jazdę swoim równym tempem. Tymczasem w drugiej połowie wspinaczki nie brakowało trudniejszych odcinków. Najpierw fragment od 13,5 do 15 kilometra i następnie dłuższy kawałek od 16 do 18,5 kilometra. Dopiero w połowie dziewiętnastego kilometra gdy szosa zmieniła kierunek z północnego na zachodni nachylenie na dobre odpuściło. Końcówka była łatwa zaś 400-metrowy finisz niemal płaski. Tą wspinaczkę spokojnie można kończyć na dużej tarczy. Przydrożne tablice wieściły, że przełęcz leży na wysokości „ledwie” 1888 metrów n.p.m. Niemniej wszystkie znane mi mapy jak i dane z naszych liczników zdają się potwierdzać wysokość wskazaną przez profil wzniesienia ze strony www.rocobike.com. Na ostatnich kilometrach podjazdu uwagę zwracały wszechobecne tyczki przydrożne. Niektóre z nich były nawet 4-metrowej wysokości co daje pewne pojęcie o możliwej skali opadów śniegu w tych stronach. Nam trafiła się jednak letnia aura. Na przełęczy było 21 stopni Celsjusza. Wspinaczkę o długości 21,7 kilometra i przewyższeniu 1097 metrów zakończyłem w czasie 1h 17:57 (avs. 16,7 km/h). Po kilku minutach nadjechał Rafał, zaś po kilkunastu Darek. Tym razem na stravie udało mi się znaleźć segment z niemal całego wzniesienia, bo o długości 21,2 kilometra. Ja przejechałem go w czasie 1h 16:36 (avs. 16,6 km/h i VAM 807 m/h). Dario wykręcił na nim wynik 1h 28:09, zaś Rafa 1h 33:21. Z ciekawości podejrzałem też nasze czasy na segmencie z grubsza pokrywającym się z czasówką na Semana Catalana 1982. Ten odcinek o długości 11,3 kilometra przejechałem w czasie 39:56. Darek miał tu 48:54, zaś Rafał 49:03. Mogło być nieco lepiej, ale trzeba było przecież rozłożyć swe wątłe siły na dwa razy dłuższy dystans. W każdym razie do asów starej daty sporo nam zabrakło. A propos zawodowców: dwójkę współczesnych „profich” z Etixx-Quick Step – w tym Katalończyka Davida de la Cruza – spotkaliśmy na zjeździe. Dario swe spotkanie z nimi uwiecznił na filmie.

20160603_021

20160603_134120

20160603_131759

Przy aucie spotkaliśmy się o wpół do trzeciej. Mogliśmy teraz od razu podjechać do podnóża Coll de Pradell bądź też wrócić do naszego apartamentu na sjestę. Wybraliśmy to drugie, nie da się ukryć, bardziej leniwe rozwiązanie. Następnie po dwugodzinnej przerwie obiadowej opuściliśmy swą bazę około siedemnastej. Dojazd był króciutki, bo ledwie 5-kilometrowy. Bodaj więcej czasu niż na drodze C-16 spędziliśmy na stacji benzynowej Cepsa tankując paliwo na kilka kolejnych dni wyprawy. Dojechawszy na miejsce zatrzymaliśmy w zatoczce naprzeciwko Restauracji Collet. Do podnóża podjazdu czyli początku lokalnej szosy B-400 wystarczyło zjechać 200 metrów. Przed sobą mieliśmy wzniesienie o podwójnej naturze. Składające się jak gdyby z dwóch odrębnych podjazdów przedzielonych siodełkiem. Najpierw 7,5-kilometrowy odcinek o umiarkowanym nachyleniu 5,4 %. Następnie blisko kilometrowy zjazd i podobnej długość dojazd lekko pod górę do wioski Vallcebre. W końcu zaś hardcorowa końcówka czyli 5,5 kilometra o średniej stromiźnie 11 %, na której pokonać mieliśmy ścianki z prawdziwego zdarzenia. Teoretycznie na takie przeszkody terenowe byliśmy dobrze przygotowani. Przynajmniej od strony technicznej. Każdy z nas miał w swym rowerze kompakt z przodu oraz 10- lub 11-rzędową kasetę o zasięgu do 28 lub nawet 29 ząbków. Tradycyjnie Rafa jako pierwszy usłyszał wystrzał startera i pożegnał nas o 17:20. Ja tym razem wystartowałem razem z Darkiem jakieś 6 minut po naszym młodszym koledze. Na stosunkowo łatwych pierwszych kilometrach wystartowałem szybciej od swego kompana. Tym razem nie specjalnie oglądałem się za siebie. Zakładałem, że zyskam nad nim nieco czasu do półmetka wzniesienia, by mieć później z czego tracić na stromej końcówce. Zważywszy, że na wadze dzieli nas dobre kilkanaście kilogramów nasze role w tym spektaklu były z góry rozpisane. Wiem, że zaprzeczyć prawu ciążenia na kilkunastoprocentowej stromiźnie mogę jedynie będąc w szczytowej formie. Tak stało się choćby na Rifugio Barbara Lowrie we wrześniu 2015 roku. Niemniej w pierwszym tygodniu naszych wojaży po Katalonii nie czułem się jeszcze do tego powołany.

Przez pierwsze dwa kilometry z hakiem szosa wiodła niemal równolegle do rzeczki Riu de Saldes. W połowie czwartego kilometra minąłem Camping El Bergueda znajdujący się na wysokości Carretera del Jou. Po przejechaniu 4,4 kilometra pokonałem most nad Torrent de Bossoms, który to potok w okolicznych skałach wyrzeźbił sobie elegancki kanion. Od tego miejsca droga skręciła na północ. Jadąc w tym kierunku pod koniec szóstego kilometra ujrzałem po swej prawej stronie kościółek Sant Julia de Freixens (5,8 km). Po przejechaniu kolejnego kilometra musiałem zjechać ze wiodącej dalej na zachód drogi B-400. Odbiłem w lewo na prowadzącą do Vallcebre szosę B-401, która początkowo okazała się dość stroma. To na tym odcinku wyprzedziłem Rafała. Jednak już po 800 metrach na nowym szlaku zaczął się zjazd. Następne dwa kilometry to była przysłowiowa cisza przed burzą, która zacząć się miała na wylocie z Vallcebre (9,5 km). Tu szosa od razu poszybowała. Zaczęło się od sektora o długości 1800 metrów ze stromiznami sięgającymi 16 %. Potem krótki odpoczynek na złapanie głębszego oddechu czyli płaskie 400 metrów na płaskowyżu w pobliżu gospody Cal Barni. Ten fragment skończył się na wysokości bocznej drogi biegnącej na południe w kierunku Coll de Fumanya. Do szczytu pozostawało stąd jeszcze 3,5 kilometra w poziomie i przeszło 370 metrów w pionie. Najpierw 1100 metrów na dojeździe do Llac de Tomi (12,9 km), gdzie maksymalne nachylenie dochodziło do 15 %. Zbliżając się do tego jeziorka co raz wyraźniej widziałem na prawo od niego niemożliwie stromą „rampę”, która wkrótce miała przetestować moje nogi, płuca, serce i Bóg wie co jeszcze. Z pewnością także głowę, bowiem w trudnych chwilach psychika też ogrywa niebagatelną rolę. Zwątpiłem czy będę to w stanie przejechać. Stromizna zaczęła się na asfalcie, ale wkrótce przeniosła się na nawierzchnię gorszej jakości. Jakiś drogowy „malarz” zasugerował, że trzeba tu mieć przełożenie 34×30. Nie bez powodu, gdyż betonowy odcinek o długości blisko 350 metrów miał średnio 19 % przy max. 23 %! Nie dałem rady. Postawiłem nogę na ziemi. Szczęśliwie akurat na wysokości zatoczki, która wkrótce ułatwiła mi ponowny start w poprzek drogi. Postanowiłem chwilkę odpocząć i poczekać na dojazd ścigającego mnie Darka. Ten nie dał się pokonać stromej ścianie. Tym samym pozwolił mi tylko na 40 sekund postoju.

20160603_041

Zabrałem się dalej razem z nim. Po chwili wróciliśmy na asfalt. Po kolejnych 200 metrach dotarliśmy do dwóch ciasnych zakrętów przy torach dawnej kolejki górniczej. Tu nachylenie sięgało „tylko” 16 %. Stromizna odpuściła jednak dopiero po przejechaniu 14,2 kilometra. Tym niemniej na ostatnim kilometrze czekała nas jeszcze jedna stroma niespodzianka. To znaczy 300-metrowy odcinek z maxem na poziomie 20 %. Na gładkim asfalcie nie stanowiło to już dużego problemu. Natomiast sama końcówka to już była łatwizna. Mój licznik pokazał na mecie 15,3 kilometra dystansu i 1030 metrów przewyższenia, zaś na stravie najdłuższy tutejszy segment ma 14,9 kilometra oraz amplitudę 1019 metrów. Dario przejechał go w czasie 1h 09:26 (avs. 12,9 km/h i VAM 881 m/h), choć mógł jakieś 50 sekund szybciej gdyby się nie pogubił u zbiegu dróg B-400 i B-401. Ja uzyskałem czas brutto 1h 09:27, z czego samej jazdy miałem 1h 08:45. Czekając na przyjazd Rafała zastanawialiśmy się czy zachowa olimpijski spokój przepychając swoje 34×28 na betonowym poligonie. Ostatecznie Rafa wykręcił wynik brutto 1h 27:04 (avs. 10,3 km/h i VAM 702 m/h). Netto wyszło mu zaś 1h 23:27, bowiem musiał dłuższą chwilkę odsapnąć na piekielnym sektorze zwanym „Taxuela cemento Pradell”. Zgodnie z oczekiwaniami do mnie należała pierwsza połowa góry, zaś do Darka druga. Według stravy na dolnym segmencie o długości 6,4 kilometra uzyskałem czas 23:59 (avs. 16,2 km/h i VAM 857 m.h). Dario miał tu 26:02, zaś Rafa 30:25. Z kolei górny sektor zdecydowanie najszybciej pokonał Darek na swym ultralekkim Simplonie. Uwinął się tu w czasie 34:27 (avs. 9,9 km/h i VAM 1075 m/h). Ja na przejechanie owych 5,6 kilometra potrzebowałem 37:24, zaś Rafał 47:42. Rafał zjechał do auta bez zbędnych ceregieli. Natomiast ja i Darek igraliśmy z losem. Często zatrzymywaliśmy się na foto-przystanki. Niebiosa były co raz bardziej granatowe. Mimo to przez chmury przebijały się promienie zachodzącego słońca co dawało niesamowite światło do zdjęć. Szykowała się niezła pompa. Ostatecznie na sam dół dotarliśmy kilka minut przed dwudziestą. Mieliśmy przy tym sporo szczęścia. Ledwie wsadziliśmy rowery na dach i wsiedliśmy do samochodu jak rozpętała się wichura, zaś z nieba lunęło jak z cebra. Takimi oto fajerwerkami zakończył się siódmy etap, na którym przejechaliśmy 74 kilometry o łącznym przewyższeniu 2238 metrów.

20160603_061

20160603_191801

20160603_190410

20160603_185748