banner daniela marszałka

Lac de Moiry

Autor: admin o wtorek 8. Sierpień 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 2249 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1690 metrów

Długość: 28,6 kilometra

Średnie nachylenie: 5,9 %

Maksymalne nachylenie: 12,4 %

PROFIL

SCENA

Początek nieopodal Sierre vel Siders (Valais). Podjazd zaczyna się przy drodze krajowej B9, na wysokości zjazdu nr 29 z Autoroute de Rhone, niespełna 3 kilometry na południowy-wschód od centrum tego miasta. Sierre ma przeszło 16,8 tysiąca mieszkańców i jest czwartym co wielkości miastem w kantonie Valais. Podobnie jak Fribourg (Freiburg) jest to miasto oficjalnie dwujęzyczne, acz ze zdecydowaną przewagą użytkowników języka francuskiego. Granica językowa przebiega kilka kilometrów na wschód od tej miejscowości na zalesionym terenie Foret de Finges. Najbardziej znani kolarze pochodzący z tych stron to: Alexandre Moos (rocznik 1972) zwycięzca etapów TdS i TdR w latach 2002-2004 oraz urodzony w pobliskiej wsi Miege Johan Tschopp (rocznik 1982) triumfator etapu Giro d’Italia 2010 z metą na Passo del Tonale. W Sierre ma swój początek najdłuższa na świecie trasa kolejki linowo-terenowej (funiculaire). Łączy ona miasto ze stacją narciarską Crans Montana i na dystansie 4191 metrów pokonuje przewyższenie aż 927 metrów w zaledwie 12 minut z sześcioma przystankami po drodze. W swym herbie Sierre ma słońce i uchodzi też za najbardziej nasłonecznione miasto Szwajcarii. Niemniej moje osobiste doświadczenia z lat 2009 i 2017 nie potwierdziły owej reguły. W mieście tym sześciokrotnie kończyły się etapy Tour de Suisse, zaś siedem razy walczono o zwycięstwo etapowe podczas Tour de Romandie. Wyścig Dookoła Szwajcarii po raz pierwszy zawitał tu w roku 1938 gdy wygrał Włoch Giovanni Valetti. Rok później najlepszy był Szwajcar Robert Lang. Następni na liście miejscowych triumfatorów są: Belg Desire Keteleer (1958) i Hiszpan Gregorio San Miguel (1968). Natomiast w bliższych nam czasach zwyciężali: na 30-kilometrowej czasówce z roku 2000 Łotysz Raivis Belohvosciks oraz w sezonie 2010 Niemiec Heinrich Haussler po finiszu z grupy. Z kolei wyścig Dookoła Romandii przyjechał do Sierre już pierwszego dnia swej pierwszej edycji. Zakończył się tu bowiem etap 1b z roku 1947. Wygrał go wspomniany już Keteleer, który to na tyle upodobał sobie to miasto że wygrał w nim również analogiczny odcinek TdR z roku 1950. Później triumfowali tu jeszcze: Szwajcar Adolfo Grosso (1956), Belgowie: Walter Godefroot (1967) i Valere Van Sweevelt (1968) oraz Włosi: Gianni Motta (1971) i Giovanni Lombardi (2002).

Najbardziej znaną szosową wspinaczką z okolic Sierre jest ta do stacji narciarskiej Crans-Montana. W historii tak Tour de Suisse jak i Tour de Romandie po siedem razy służyła ona za finałowy podjazd. W roku 1984 przyjechał do niej nawet Tour de France. Jeden ze swych pięciu etapów wygrał tu będący w życiowej formie Francuz Laurent Fignon. Tym niemniej to słynne wzniesienie nie umywa się do wyzwania jakie czeka na kolarskich śmiałków po przeciwległej stronie Rodanu. Podjazd do zapory na Lac de Moiry to pod każdym względem premia górska najwyższej kategorii. Bez trudu wytrzymuje on porównanie z gigantami takimi jak: Croix de Coeur czy Sanetsch, zaś pod względem amplitudy brutto nawet je przewyższa. Strona „cyclingcols” podaje trzy warianty trasy ku tej tamie. Zachodnia ma 32,3 kilometra o średniej 5,3% i jest najtrudniejsza. Zaczyna się we wiosce Chalais i początkowo wiedzie przez stację Vercorin. Z uwagi na ponad 4-kilometrowy zjazd około półmetka w drugiej części owej wspinaczki trzeba odzyskać sporo metrów utraconej wysokości. Tym samym choć przewyższenie netto wynosi na niej 1719 metrów to de facto trzeba pokonać w pionie aż 2045 metrów. Wygląda zatem podobnie wjazd na Col du Galibier przez przełęcz Telegraphe. Opcje środkowa (północna) oraz wschodnia zaczynają się przy drodze B9 i mają wspólne pierwsze 13 kilometrów do miejscowości Vissoie. Różnią się swą trzecią kwartą. Trasa północna na tym odcinku wiedzie przez Mayoux (gdzie łączy się z zachodnią) i Saint-Jean. Natomiast wschodnia prowadzi drogą do Zinal przez wioski Mission i Ayer. Ponownie łączą się one w miejscowości Grimentz na wysokości około 1570 metrów n.p.m. Ostatnie 8 kilometrów przed zaporą jest już wspólne dla wszystkich trzech wersji tego wzniesienia. Podstawowe dane wybranej przeze mnie północnej drogi podałem na wstępie. Natomiast jej wschodnia „sąsiadka” liczy sobie 32 kilometry o średniej 5,3% i ma przewyższenie brutto 1762 metry. Dodać jeszcze można, iż ta górska szosa dociera nawet wyżej niż korona zapory. Dojechawszy na ten poziom można bowiem ciągnąć dalej wzdłuż wschodniego brzegu jeziora i po przejechaniu jeszcze czterech stosunkowo łatwych kilometrów skończyć wszystko u kresu drogi na wysokości 2350 metrów n.p.m!

W detalach północny szlak do Lac de Moiry prezentuje się następująco. Najpierw solidne 5,3 kilometra o nachyleniu 7-8%. Na trzecim kilometrze efektowna seria serpentyn (sześć wiraży). Natomiast pod koniec piątego kilometra przejazd przez wioskę Niouc, która słynie z blisko stuletniego już mostu wiszącego 190 metrów nad kanionem potoku La Navisence. Obecnie ta lekka konstrukcja służy miłośnikom bungee-jumping. Potem łatwiejszy kilometr i stosunkowo trudne półtora kilometra w okolicy osady Le Pontis. Natomiast od dziewiątego kilometra najpierw łatwe 3500 metrów i umiarkowanie wymagające 1800 metrów na dojeździe do Vissoie. W tej wiosce mamy do wyboru trzy alternatywy dalszej wspinaczki. Droga w lewo prowadzi do stacji Chandolin, prosto jedziemy ku Zinal, zaś w prawo do Saint-Jean i Grimentz. Wybieramy bramkę nr 3 i zrazu trafiamy na ponad kilometrowy zjazd do Mayoux. Dalej mamy solidny, przeszło 6-kilometrowy kawałek podjazdu do Grimentz. Do końca siedemnastego kilometra dość stromy, lecz dalej już tylko umiarkowanie trudny. Na ulicach Grimentz łatwiejszy kilometr, zaś za ostatnim parkingiem w tej miejscowości wjazd na węższą górską drogę. Stąd do sztucznego jeziora pozostaje nam jeszcze 7,5 kilometra o średniej blisko 9%. Do podnóża zapory dojeżdża się na 1300 metrów przed finałem. Trzeba jeszcze pokonać ciężki kilometr na świeżym powietrzu i finałowe 300 metrów w mokrym, wąskim tunelu gdzie stromizna oscyluje w pobliżu 12%. Na mecie tama długa na 610 i wysoka na 148 metrów. Wybudowana w roku 1958. Natomiast jezioro ma powierzchnię 1,4 km2 i głębokość do 120 metrów. Wyścigi kolarskie dość rzadko zaglądają na szosy Val d’Anniviers. Spośród tych najbardziej prestiżowych bywał tu jedynie Tour de Romandie. W 1972 roku górski etap tej imprezy z metą w Grimentz wygrał Włoch Emanuele Bergamo. Najciekawiej było jednak w sezonie 1987. Na okolicznych drogach rozegrano trzy ostatnie etapy Romandii. Najpierw w Grimentz etap 4 wygrał Szwajcar Beat Breu, zaś drugi na mecie Irlandczyk Stephen Roche wywalczył koszulkę lidera. Następnego dnia Roche wygrał zarówno krótki etap 5a do Zinal jak i czasówkę 5b do Chandolin. Tym samym triumfował w całym wyścigu, zaś w kolejnych miesiącach także na Giro d’Italia, Tour de France i Mistrzostwach Świata w austriackim Villach. Ostatni raz peleton TdR zawitał w te strony w 2008 roku, gdy do mety w Zinal najszybciej dojechał Włoch Francesco De Bonis.

AKCJA

Wtorek nie przywitał nas miło. Od rana padało. Do tego temperatura na poziomie kilkunastu stopni i to na naszej wysokości nieznacznie przekraczającej 1300 metrów n.p.m. Tymczasem w planach był podjazd kończący się jakiś tysiąc metrów wyżej. Zazwyczaj staraliśmy się opuszczać bazę w Nendaz około godziny 9:30. Tym razem mogliśmy sobie pozwolić na spokojniejsze przedpołudnie. Wobec fatalnej aury swoje plany postanowiłem ograniczyć do jednego, ale za to wielkiego podjazdu. Piotr i Sławek uznali, że czas na regeneracje po Croix de Coeur i Sanetsch. Tym bardziej, że za rogiem czaił się kolejny olbrzym czyli wyznaczony na środę podjazd pod Barrage de Grand-Dixence. Darek skłonny był jechać na Lac de Moiry, więc początkowo ustaliliśmy iż ruszamy z domu o godzinie jedenastej. Potem jednak nieustający deszcz osłabił wolę mojego kolegi i zaczął sugerować wyjazd dopiero o trzynastej-czternastej. Ja uznałem jednak, iż trzeba trzymać się wcześniejszych ustaleń. W ostateczności wolałem czekać na korzystne „okienko pogodowe” przy trasie wspinaczki niż tracić kolejne godziny na siedzenie pod dachem. Jako, że nie doszliśmy w tej sprawie do porozumienia ruszyłem do Sierre samemu około wpół do dwunastej. Przy okazji zrobiłem sobie kurs jazdy autem znacznie większym od mojego na krętych, górskich drogach. Po tradycyjnym zjeździe do Sionu tym razem trzeba było odbić na wschód. Po płaskim terenie miałem do przejechania w sumie 17 kilometrów, w czego 15 po Autoroute de Rhone. Dojechawszy do miejsca gdzie autostrada ta zmienia się w drogę krajową nr 9 musiałem podjąć ważką decyzję. Zatrzymać się w tym miejscu i jak co dzień startować na rowerze od samego dołu wybranego wzniesienia czy też z uwagi na niekorzystne warunki atmosferyczne opracować jakiś cwany plan B. Lata doświadczeń nauczyły mnie, iż nawet na bardzo wysoką górę da się wjechać w niemal każdych warunkach. W końcu śnieg czy temperatura bliska zeru nie powstrzymały mnie przed zdobyciem Albulapass w sierpniu 2008 czy Edelweissspitze w czerwcu 2010 roku. Prawdziwym problemem jest dopiero długi zjazd w chłodnych i deszczowych okolicznościach przyrody. Tymczasem tu niezależnie od wybranej opcji trasy miałem do pokonania w obie strony po około 30 kilometrów.

Postanowiłem wypróbować fortel jaki trzy lata wcześniej zastosowaliśmy wraz z Darkiem na Monte Penice w północnych Apeninach. Uznałem, iż najbezpieczniej będzie pojechać autem dość wysoko tzn. co najmniej do poziomu Vissoie i dopiero tam lub jeszcze wyżej poczekać na poprawę pogody. Chciałem wystartować gdy tylko przestanie padać lub też gdy ulewa zamieni się w ledwie mżawkę. Gdybym przy takiej poprawie aury ruszył od samego dołu to musiałbym liczyć na to, iż okres lepszej pogody nie tylko utrzyma się przez najbliższe trzy godziny, ale też nie miałbym żadnej gwarancji jaka pogoda jest na górze w chwili startu no i najważniejsze mokry i spocony musiałbym po wspinaczce zjeżdżać do samochodu około 30 kilometrów. Tymczasem robiąc sobie „bazę wypadową” na półmetku czy też w górnej części wzniesienia miałbym lepsze rozeznanie co do tego jakie warunki panują na ostatnich kilometrach wspinaczki. Przede wszystkim jednak mógłbym zacząć zjazd na sucho, ubrany tak ciepło na ile uznam to za konieczne. W końcu zaś nie do przecenienia była ta korzyść, iż po całym podjeździe zostałoby mi do zjechania 10, max. 15 kilometrów. Pojechałem zatem w górę Val d’Anniviers. Przy okazji mogłem sobie zobaczyć jak wygląda pierwsza połowa tego podjazdu. Po dojechaniu do Vissoie postanowiłem podjechać jeszcze wyżej. Niemniej przeoczyłem drogę w prawo i pojechałem prosto szosą nr 210.1. Gdy zdałem sobie sprawę, że wiedzie ona do Zinal musiałem znaleźć sposób by z niej zjechać. Na szczęście za wioską Ayer można było skręcić w prawo do Grimentz. Gdy dojechałem do tej drugiej miejscowości uznałem, iż najwyższy już czas się zatrzymać. Zaparkowałem na parkingu przy Route de Moiry i siedząc w aucie oczekiwałem na zlitowanie się niebios. Tymczasem lało, padało i znów lało. W końcu po półtoragodzinnym postoju uznałem, że można spróbować szczęścia. Ubrałem się ciepło i o godzinie 14:05 rozpocząłem długi zjazd ku Dolinie Rodanu. Z ostrożności postanowiłem zjechać znanym sobie szlakiem przez Ayer czyli wykorzystując wschodni wariant podjazdu. Zjechawszy do Vissoie spostrzegłem, gdzie w trakcie podjazdu trzeba będzie skręcić tak aby do Grimentz dotrzeć wybranym szlakiem przez Mayoux i Saint-Jean. Około piętnastej cały i zdrowy mimo jazdy po mokrym, a niekiedy w deszczu przejechawszy 24,6 kilometra dotarłem do podnóża wzniesienia. Po drodze zrobiłem nieco zdjęć, ale rzecz jasna nie tyle i nie tak dobrych jakościowo co przy dobrej pogodzie. Teraz nie było już odwrotu. Trzeba było zawrócić i zdobyć tą zapłakaną górę, zaś w najgorszym razie co najmniej dotrzeć do samochodu zostawionego tysiąc metrów wyżej.

Na starcie temperatura w sam raz do podjeżdżania (17 stopni), acz nie mogłem oczekiwać, że długo się utrzyma. Gorzej, że trzeba było wieźć z sobą wszystkie mokre ciuchy, wszak miały się jeszcze przydać na samej górze. Wspinaczkę zacząłem o 15:05 i chcąc się rozgrzać zacząłem całkiem żwawo jak na swe możliwości. Przejechałem serpentyny na trzecim kilometrze i niebawem byłem już w Niouc. Segment o długości 4,7 kilometra i średniej 7% pokonałem w 20:57 (avs. 13,4 km/h z VAM na poziomie 940 m/h). Duże wrażenie zrobił na mnie dojazd dojazd do Les Pontis (7,1 km) od połowy szóstego kilometra prowadzący wąską szosą, z wysoką ścianą góry po lewej ręce i głęboką przepaścią w kanion rzeczki La Navisence po prawicy. Na kolejnych kilometrach mocniej się rozpadało, ale przynajmniej kolejne kilometry uciekały szybciej, bowiem teren był łatwiejszy. Sektor o długości 9,4 kilometra i średniej 3,9% między Niouc a Vissoie (13,2 km) przejechałem w 32:16 (avs. 17,5 km/h z VAM ledwie 685 m/h). Na tej wysokości było już tylko 13 stopni. Ostrożnie zjechałem ku La Navisence, gdzie zaraz po zjeździe czekał mnie stromy odcinek pod górę. Na dojeździe do Saint-Jean stromizna utrzymywała się powyżej 8%, zaś maksymalnie sięgnęła poziomu 9,7%. Za wioską św. Jana deszcz się wzmógł, więc w strugach deszczu, przez 6 wiraży na dziewiętnastym i dwudziestym kilometrze brnąłem dalej, acz już przy umiarkowanym nachyleniu. Segment z Mayoux do Grimentz o długości 5,4 kilometra i średniej 6,6% przejechałem w 24:15 (avs. 13,3 km/h z VAM 873 m/h). Po około godzinie i 20 minutach jazdy minąłem stanowisko naszego Renault Traffica i wkrótce dojechałem do dużego parkingu na południowym skraju Grimentz. Warto dodać, że miejscowość ta znajduje się na liście najpiękniejszych szwajcarskich wiosek czyli „Le plus beaux villages de Suisse”, obejmującej 32 wsie, tym trzy z kantonu Valais. Nie było jednak czasu i warunków na zwiedzanie, mój cel znajdował się wyżej. Do przejechania została mi ostatnia, a przy tym najtrudniejsza kwarta podjazdu do Lac de Moiry. Najpierw trudne 4 kilometry na których stromizna w paru miejscach przekraczała 11% z max. 11,8. Ten odcinek do połowy 25-tego kilometra prowadził przez las, po czym na wysokości 1900 metrów n.p.m. wyjechałem na otwarty teren. Pod koniec 26-tego kilometra zbliżyłem się do potoku Gougra. Do  nieustannie towarzyszącego mi deszczu dołączył szum wartko płynącej wody, zaś z oddali przedzierały się błysi piorunów i złowrogie pomruki burzy.

W oddali zobaczyłem zaporę, od której dzielił mnie jeszcze 2-kilometrowy odcinek o nieregularnym nachyleniu. Było na nim wszystko: od wypłaszczenia na poziomie 1,2% do stromizny rzędu 11,6%. W końcu po przejechaniu 27,8 kilometra dotarłem do podstawy Barrage de Moiry. Jednak od jej korony dzieliło mnie wciąż blisko 150 metrów. Z przewyższeniem tym trzeba było się uporać na dystansie zaledwie 1,25 kilometra. Najpierw delikatny łuk w lewo, potem stroma prosta z nachyleniem do 11,9% i wiraż w prawo. Za nim jeszcze jeden prosty odcinek, przez pierwsze 300 metrów w terenie, zaś przez kolejne 300 w ciasnym i mokrym tunelu ze stromizną nawet 12,1%. Finisz w pewnym sensie podobny do tego z Barrage de Mauvoisin, lecz niewątpliwie bardziej stromy. Ostatnie metry mijały mi powoli, gdyż byłem w stanie jechać 8-9 km/h. Gdy wydobyłem się na powierzchnię uznałem swe zadanie za wykonane. Zatrzymałem się po przejechaniu 29,12 kilometra w czasie 2h 05:58 (avs. 13,9 km/h). Całkiem dobrze wytrzymałem ten długi i ciężki podjazd. Na segmencie nr 4 z Grimentz do Moiry byłem w stanie wspinać się z prędkość pionową około 1000 m/h. Natomiast cały sektor o długości 7,45 km i średniej 9,2% pokonałem w 43:23 (avs. 10,3 km/h z VAM 953 m/h). Przy dobrej pogodzie zapewne pojechałbym dalej czyli do kresu szosy na wysokości 2350 metrów n.p.m. Rzuciłbym okiem na okoliczne szczyty przekraczające – niekiedy znacznie – pułap 3000 metrów n.p.m. Mógłbym zobaczyć czoło długiego na ponad 5 kilometrów lodowca Glacier de Moiry, który schodzi z wysokości 3800 na poziom 2400 metrów n.p.m. Pewnie też przejechałbym się tam i z powrotem po koronie zapory. Jednak tego dnia było tu tylko 9 stopni, zaś ja byłem zmęczony i na dodatek zmoczony do przysłowiowej suchej nitki. Na moje szczęście na zaporze Moiry funkcjonuje restauracjo-kawiarnia. Czym prędzej udałem się do niej. Najpierw osuszyłem się w łazience, potem zamówiłem sobie gorącą czekoladę na rozgrzanie plus kawę na pobudzenie. Dopiero po 30-minutowym wypoczynku w tej strefie bufetu niechętnie wsiadłem na rower by zjechać do auta. Znów trzeba było się borykać z chłodem i deszczem. Niemniej za sprawą swego chytrego planu musiałem wytrzymać to wszystko jedynie na odcinku 7,7 kilometra. Do samochodu dotarłem o 18:13 mając w nogach 61,5 kilometra z łącznym przewyższeniem 1843 metrów. Na samym podjeździe zrobiłem w pionie 1763 metry, o 20 więcej niż dzień wcześniej na słonecznym Col du Sanetsch.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/11238łaski97825

http://veloviewer.com/activities/1123897825

ZDJĘCIA

20170808_025