banner daniela marszałka

Turtmanntal / Gruben

Autor: admin o niedziela 13. Sierpień 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1901 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1273 metry

Długość: 21,8 kilometra

Średnie nachylenie: 5,8 %

Maksymalne nachylenie: 10,2 %

PROFIL

SCENA

Początek w Turtmann (Wallis). To miejscowość na lewym brzegu Rodanu, położona 31 kilometrów na wschód Sionu. Z drugiej strony do najbliższych miast na wschodzie czyli Visp i Brig mamy stąd odpowiednio 14 i 23 kilometry. Turtmann od 1 stycznia 2013 roku wraz z położoną na wysokości 1003 metrów n.p.m. wsią Unterems tworzy gminę Turtmann-Unterems. Należy ona do dystryktu Leuk i wedle ostatnich danych mieszka w niej około 1100 osób. Turtmanntal to najkrótsza ze szwajcarskich dolin w Alpach Pennińskich. Leży pomiędzy Val d’Anniviers (na zachodzie) i Vispertal (na wschodzie). Natomiast na południu ograniczona jest obecnością lodowca Turtmanngletscher, który ma długość 5,1 kilometra i schodzi na poziom 2240 metrów n.p.m. Co ciekawe w dolinie tej drzewa rosną powyżej 2200 metrów n.p.m., co sprawia iż jest najwyższej położona granica lasu w całej Europie. Podjazd do kresu Turtmanntal, acz podobnej długości co pobliskie wspinaczki do Alpe Galm, Bachalp, Untere Feselalp czy Weritzalp z pewnością jest nieco łatwiejszy niż owe wzniesienia w Alpach Berneńskich. Zaczyna się w samym centrum wsi, przy Kantonstrasse czyli szosie nr 9. Rusza się prosto na południe, lecz już po 200 metrach skręcamy na wschód i wyjeżdżamy z Turtmann. Droga biegnie na wschód przez równo kilometr. Po 1200 metrów zawraca na zachód i jeszcze przez 500 metrów trzyma na początkowo wysokim poziomie 8-9%. Na przełomie drugiego i trzeciego kilometra nachylenie spada niemal do zera, zaś my tracimy widok na dolinę Rodanu. W miejscu, gdzie zaczyna się to wypłaszczenie mijamy boczną drogę, która poprzez wsie Eischoll i Burchen doprowadzić by nas mogła do podjazdu na Moosalp. Tymczasem nasza droga niebawem skręca na południe i trzyma ten kierunek przez blisko dwa kilometry. Na dojeździe do mostu nad rzeczką Turtmanna (3,8 km) nachylenie jest zróżnicowane, od 4,1 do 9,7%. Potem kolejne 1100 metrów prowadzi na północny-zachód i doprowadza do zakrętu przed wsią Unterems (5,2 km). Na tym odcinku maksymalne nachylenie to 8,9%.

Po nieco łatwiejszym szóstym kilometrze, następny dość trudny odcinek to segment między 6,1 a 8,4 kilometra od startu. Droga biegnie tu najpierw prosto przez las, zaś następnie trzema serpentynami pośród górskich łąk. Stromizna trzyma na poziomie 7-8%, zaś maksymalnie sięga 9%. Potem na dojeździe do Oberems nachylenie stopniowo siada i w trakcie przejazdu przez tą wieś wynosi już tylko od 3 do 5%. Na tym poziomie utrzymuje się następnie do końca dwunastego kilometra. Wcześniej w połowie jedenastego kilometra szosa chowa się w lesie i pozostaje zacieniona przez kolejne trzy kilometry. Na początku trzynastego kilometra wraca solidna wspinaczka z nachyleniem 6-7%. Po chwili mijamy restaurację Hubschweidi (12,3 km). Cały czas jedziemy lewym brzegiem Turtmanny. W połowie piętnastego kilometra zaczyna się najtrudniejszy fragment całego wzniesienia. To tylko kilometr, acz na poziomie od 8 do 10,2%. Po przejechaniu 15,7 kilometra tą ściankę mamy już za sobą i w zasadzie na tym kończy się prawdziwa kolarska wspinaczka przez Turtmanntal. Według „cyclingcols” najtrudniejszy z sześciu pozostałych kilometrów ma średnie nachylenie tylko 4,1%. Mój licznik pokazał na tym segmencie maksymalną stromizną rzędu ledwie 6,5%. Na takim finale nic już nie może nas zatrzymać. Możemy się cieszyć górskimi widokami dość szybko zmierzając do kresu asfaltowej drogi. Po przejechaniu 17,4 kilometra przejeżdżamy na prawy brzeg wspominanej rzeczki, zaś przeszło kilometr dalej wjeżdżamy do wsi Gruben (18,7 km). Tym niemniej do końca podjazdu pozostają jeszcze trzy łatwe kilometry. Na ostatnim kilometrze mijamy jeszcze maleńką osadę Hungerli Unnerstafel (21,3 km). Zatrzymujemy się po kolejnych 500 metrach w miejscu zwanym Vorders Sanntum, tuż przed kolejnym mostem nad Turtmanną. Za mostem zaczyna się szutrowa droga, która omija dwa sztucznie powstałe jeziorka i dociera na wysokość 2280 metrów n.p.m.

AKCJA

Do Turtmann przyjechałem kilka minut przed czternastą. Nie chciałem jednak od razu rzucać się na drugi podjazd. Wolałem wcześniej coś zjeść i wypić, tym bardziej że w dolinie było gorąco. Na dojeździe do tej miejscowości licznik pokazywał temperaturę 31 stopni. Szczęśliwie na swojej drodze znalazłem piekarnię Wernera Moreillon. Oferta sklepu nie ograniczała się tylko pieczywa. Były też ciastka i napoje chłodzące. Tym samym orzeźwiony i naładowany świeżą dawką cukru o godzinie 14:22 stanąłem u podnóża Turtmanntal. Miejsca startu przy Hotel Post nie można było przegapić. Za najbliższym rondem droga zaczęła się wznosić. Tablica informacyjna zapewniała, iż wszystkie górskie szlaki są otwarte. O tej porze roku i przy tej pogodzie nie mogło być inaczej. Niebawem skręciłem w lewo i tym samym wjechałem na Turtmannstrasse. Przez pierwsze 1700 metrów nachylenie było więcej niż solidne. Potem jednak na rozdrożu trzeba było wybrać prawą „bramkę” i tym samym przez kolejne 600 metrów jechałem niemal po płaskim terenie. Jeszcze w rejonie ostatnich sadów jabłkowych podjazd odżył, więc znów musiałem mocniej popracować na docinku do mostku nad Turtmanną. Za przeprawą nie było wcale łatwiej, ale byłem na to przygotowany. Znałem profil wzniesienia. Wiedziałem, że większość przewyższenia trzeba będzie pokonać do półmetka podjazdu. Poza tym początkowo żwawszą jazdę utrudniał też upał. Na pierwszych czterech kilometrach temperatura utrzymywała się powyżej 30 stopni. Potem dopiero zaczęła dość szybko spadać by pod koniec ósmego kilometra ustabilizować się na czas jakiś na przyjemnym poziomie 23 stopni. Do Unterems (5,2 km) dojechałem w niespełna 23 minuty jadąc ze średnią prędkością 13,6 km/h. Za wsią czekała mnie długa prosta do końca siódmego kilometra, a potem trzy wiraże co 500 metrów. Za nimi kolejny prosty odcinek, tym razem na wschód, po czym na początku dziesiątego kilometra szosa zaczęła delikatnie skręcać na południe w kierunku Oberems. Na tarasie przed hotelikiem Ermshorn gościom przygrywała ludowa kapela, zaś prowadzący imprezę wodzirej widząc mój przejazd zachęcił biesiadników do oklasków dla „sportowca”.

Strava podaje, iż dojazd do Oberems ma długość 9,55 kilometra ze średnim nachyleniem 7%. Pokonałem ten segment w 42:23 (avs. 13,5 km/h z VAM 949 m/h). Kilkaset metrów za tą miejscowością wjechałem do lasu. Nachylenie przez dwa kolejne kilometry trzymało się poniżej 5%, więc bez trudu mogłem jechać z prędkością około 18 km/h. Zrobiło się już nawet rześko, bowiem na tym zacienionym odcinku temperaturka spadła do 20 stopni. Na kilometrze trzynastym, czternastym i w pierwszej połowie piętnastego zrobiło się nieco trudniej. Przy stałym nachyleniu na poziomie 6-7% byłem w stanie jechać 14 km/h. Jednak prawdziwa wspinaczka czekała mnie dopiero na przełomie piętnastego i szesnastego kilometra. Tu przez cały kilometr normą było 9%, zaś momentami stromizna przekraczała nawet 10%. Przebrnąłem ten odcinek w tempie 10-12 km/h i to już był tego dnia ostatni taki wysiłek. Pod koniec szesnastego kilometra droga już na dobre stała się łagodniejsza. Ostatnie kilometry zleciały szybciej. Na takim płaskowyżu mogłem jechać z prędkością 25 km/h, zaś momentami podkręcać do 28-30 km/h. W drugiej połowie dziewiętnastego kilometra przejechałem przez Gruben, lecz zatrzymałem się dopiero trzy kilometry dalej, na samym końcu asfaltowej drogi. Wzdłuż jej końcowego odcinka amatorzy pieszych górskich wędrówek urządzili sobie dziki parking, więc finiszując wolałem mieć baczenie na to czy ktoś akurat nie rusza z postoju. Zatrzymałem się po przejechaniu 21,84 kilometra w czasie 1h 24:13 (avs. 15,6 km/h). Według stravy segment od skrzyżowania w Turtmann po kapliczkę w Gruben czyli dystans 18,33 kilometra pokonałem w 1h 16:06 (avs. 14,5 km/h z VAM 912 m/h). Prędkość pionowa niby skromna, ale nie poszło mi chyba najgorzej zważywszy na fakt, że to na razie ósmy czas pośród 73 dotąd odnotowanych wyników. Na dalszą jazdę po szutrze się nie zdecydowałem. U kresu szosy nie było specjalnie czego podziwiać, więc już po niespełna 10 minutach rozpocząłem spokojny odwrót ku dolinie Rodanu. Lepsze zdjęcia mogłem zrobić w trakcie zjazdu. Po kilku kilometrach zrobiłem sobie przystanek kawowy w przydrożnym barze.

Po zjechaniu do Turtmann ponownie nawiedziłem znajomą ciastkarnię. Na moje szczęście, choć to niedziela ten „słodki lokal” był otwarty nawet po 17-tej. Tym razem nie żałowałem sobie nawet lodów. Tym razem strefę bufetu wyznaczyłem sobie nie pod samym sklepem, lecz w cieniu drzew na miejscowym Kirchplatz. Gdy już się stosownie pożywiłem zacząłem rozmyślać na tym jak mam spędzić kolejne godziny. Dochodziła dopiero godzina 17:30. Chłopacy byli jeszcze daleko od swej mety w Oberwald. Zakładałem, że swój „królewski etap” skończą najwcześniej dziewiętnastej, po czym przynajmniej godzinę zajmie im przejazd do miejsca naszej przedpołudniowej rozłąki. Na początek bardzo powoli postanowiłem się przemieścić cichymi, bocznymi drogami do Susten. Gdy już tam dotarłem stwierdziłem, że niewiele to zmienia to moją sytuację, bowiem i tak musiałbym tu tkwić najbliższe dwie godziny z hakiem. Przy tym byłem chyba zanadto ujechany by przyszło mi do głowy, iż mam dość wolnego czasu na zaliczenie trzeciego podjazdu. Z pewnością zdążyłbym odwiedzić Leukerbad. Niemniej kondycyjnie i psychicznie nie byłem chyba na to gotowy. Postanowiłem jednak nie siedzieć bezczynnie. Niespełna 9 kilometrów dzieliło mnie od Sierre, więc na początek postanowiłem dotrzeć do tego miasta. Poszło szybko, tym bardziej, że na tym odcinku droga prowadziła lekko w dół. Gdy już się tam znalazłem, poszedłem za ciosem i drogą nr 9 przez Saint-Leonard wróciłem do Sionu. Zatrzymałem się dopiero u podnóża Val du Nendaz by poczekać na swą ekipę przez hotelem Chateau Constellation. Przejechałem tego dnia aż 129 kilometrów z przewyższeniem 2989 metrów. Taki dystans po górach ostatni raz zrobiłem w lipcu 2013 roku. Na miejscu byłem kwadrans pod 19-tej. Potem i tak czekałem na kompanów przeszło dwie godziny. Z nudów wykręciłem niezliczoną liczbę ósemek przed wspomnianym hotelem. Pojechałem też na miasto by zrobić małe zakupy na pobliskiej stacji benzynowej. Odwiedziłem jedną z kawiarni. Na koniec podjechałem do drugiego wirażu na Route de Fontaines by ze wzgórza za hotelem oglądać jak Sion pogrąża się w mroku nocy.

Moi koledzy skończyli „pracę” około dwudziestej. Sławek debiutował na trasie z trzema premiami górskimi. Pedro zaliczył dwie podobne rundy już podczas wyprawy z sierpnia 2016 roku. Obaj stanęli na wysokości zadania i przejechali szwajcarski szlak legend w czasie brutto 7 godzin i 37 minut, jadąc ze średnią prędkością niemal 17 km/h. Piotra ten wyczyn wiele kosztował. Świadczy o tym jego wpis na stravie: „Nufenen – guma i pierwsze liczenie, Gotthard – nokaut na rzymskim bruku, Furka – między niebem a piekłem”. Z kolei Dario tego dnia czuł się wyśmienicie. Dlatego też nie tylko nieco wydłużył sobie podjazd pod św. Gotarda, lecz przede wszystkim wjechał na Furkapass z obu stron. Na trzech pierwszych podjazdach nadrobił sporo czasu nad kolegami. Po zjechaniu do Oberwald pokusił się jeszcze o wjazd na Furkę od strony zachodniej. Tym samym przejechał w sumie aż 139 kilometrów z łącznym przewyższeniem 4009 metrów! Wszystko to w tempie 18,4 km/h! Tego na moich „imprezach” dawno nie grano. Chapeau bas!

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1132341603

http://veloviewer.com/activities/1132341603

ZDJĘCIA

20170813_063

FILM

MAH04300