banner daniela marszałka

Col des Spandelles

Autor: admin o środa 5. Grudzień 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1378 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 853 metry

Długość: 10,2 kilometra

Średnie nachylenie: 8,4 %

Maksymalne nachylenie: 11,9 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Zdobywszy Col du Soulor zapakowaliśmy się do samochodów i ruszyliśmy w dół, dobrze nam już znaną drogą D126. Zatrzymaliśmy się w Ferrieres znajdując dogodne miejsce do zaparkowania naszych „wozów technicznych” przed miejscowym kościołem. Z tego miejsca do początku drugiej z poniedziałkowych wspinaczek mieliśmy ledwie 1200 metrów. Dojazd prowadził lekko w dół, po czy na widzianym już wcześniej rozjeździe należało odbić w prawo. Krzysiek z Rafałem wyszykowali się szybciej i ostatecznie ruszyli pod górę z przewagą około 8 minut. Tym samym biorąc za punkt odniesienia nasze wyniki z podjazdu na przełęcz Soulor można było zakładać, że na Col des Spandelles dotrzemy wszyscy m/w o tej samej porze. Mając nieco czasu do odrobienia zaczęliśmy z Darkiem całkiem żwawo. Tym niemniej nasza wspólna jazda zakończyła się już po czterystu metrach. Jadąc z przodu nawet się zorientowałem, w którym dokładnie momencie Dario musiał zejść z roweru po poważnym defekcie. Kiedy pod koniec pierwszego kilometra obejrzałem się do tyłu ze zdziwieniem odnotowałem, że nie mam kolegi za plecami.

Darek szczegółowo zrelacjonował nam później historię tego zdarzenia. Wszystko zaczęło się, gdy na pierwszej stromiźnie Dario wrzucił łańcuch na wyższy tryb. Najprawdopodobniej w trakcie naszej długiej samochodowej podróży skrzywił mu się hak przerzutki, przez co teraz jej wózek zawadził o szprychy, co z kolei uruchomiło serię kolejnych nieszczęść. Hak wygiął się jeszcze bardziej, zaś w samej przerzutce ułamał się niewielki element odpowiedzialny za jej napinanie (utrzymywanie w dolnej pozycji). Ja w tej sytuacji zjechałbym pewnie prosto do samochodu, ale mechanik tej klasy co Dariusz się nie poddał. Dotarł do najbliższego gospodarstwa i za przyzwoleniem jego właściciela w rolniczym warsztacie rozpoczął reanimację swego karbonowego rumaka. Jak sam stwierdził za pomocą narzędzi pamiętających być może wiek XIX zdołał na tyle „wyprostować” feralny hak i ustawić przerzutkę, że po trzech kwadransach mógł kontynuować jazdę pod górę, acz tylko na jednym (najlżejszym) przełożeniu. W żartach stwierdziłem, że choć nie dotarł do kuźni to być może używał tych samych narzędzi co Eugene Christophe podczas swej legendarnej naprawy przedniego widelca po defekcie na Col du Tourmalet w roku 1913. Darek odparł zaś, że podobnie jak Francuz na Tourze, on też w jednej chwili stracił szansę na sukces w klasyfikacji generalnej naszej wyprawy.

Gdy Dario walczył ze swym problemem technicznym ja nieświadom tego dramatu starałem się jak najszybciej dotrzeć na przełęcz. Z jednej strony chciałem dogonić naszych kolegów z Gorzowa, zaś z drugiej strony odeprzeć ewentualny kontratak Darka. Wszak ten stosunkowo stromy podjazd powinien był mu lepiej odpowiadać niż mi. Rafała i Krzyśka złapałem w połowie ósmego kilometra, po czym przez ponad kilometr jechaliśmy razem. Pod koniec dziewiątego kilometra koledzy puścili jednak koło, więc na szczyt dojechałem samotnie. Według stravy odcinek o długości 10,45 km przejechałem w czasie 48:55 (avs. 12,8 km/h i VAM 1039 m/h). Rafał z Krzysztofem wykręcili tu czas 58:27. Darek dotarł na górę z niemal godzinnym poślizgiem i czasem netto (czyli samej jazdy) 58:54. Niemniej ten wynik trudno uznać za reprezentatywny. Skoro drogę na Soulor uznałem za spokojną to zachodni szlak prowadzący na Col des Spandelles muszę nazwać cichym czy wręcz głuchym. Na pierwszych trzech kilometrach minęliśmy co prawda kilka gospodarstw, lecz wyżej napotkaliśmy już tylko pojedyncze stadka owiec i krów. Ruch samochodowy był praktycznie zerowy. Droga wąska i kręta. Na mapie w programie veloviewer naliczyłem w sumie 16 ciasnych zakrętów. Podjazd ten choć niedługi jest wymagający. Można powiedzieć, że to teren świetny do spokojnego treningu na „stoku” o solidnym nachyleniu. Wymarzony dla tych, którzy chcą się nieco oddalić od cywilizacji i podczas wspinaczki usłyszeć rytm własnego serca lub głębie swego oddechu. Pewnym minusem jest tu tylko przeciętnej jakości szosa o szorstkiej nawierzchni, a także brak efektownych górskich pejzaży, za sprawą drzew i krzewów okalających tą wąską dróżkę.

Col de Spandelles jak dotąd nigdy nie znalazła się na trasie Tour de France. A szkoda, bo mogłaby na „Wielkiej Pętli” pełnić rolę zmiennika popularnego Col du Soulor. Najnowsza historia TdF zna taki przypadek. Wykorzystywany od roku 1910 Col d’Aspin w ostatniej dekadzie już trzykrotnie ustąpił pola nowemu wynalazkowi w postaci podjazdu na Hourquette d’Ancizan. Tu również nie byłoby problemów z wprowadzeniem swoistego „płodozmianu”, skoro ze Spandelles można zjechać po asfalcie do oddalonego o 16 kilometrów Argeles-Gazost. Zachodni podjazd i wschodni zjazd ze Spandelles zostały już zresztą przetestowane przez profesjonalny peleton. Miało to miejsce na trzecim etapie Route du Sud (obecnie Route d’Occitanie) z roku 2012. Na liczącym aż 209 kilometrów etapie kolarze musieli pokonać wschodni Tourmalet i wschodni Soulor, zanim dotarli pod Spandelles. Po naszym podjeździe był wówczas jeszcze kilkunasto-kilometrowy zjazd i krótki podjazd do mety we wiosce Arras-en-Lavedan. Na tym królewskim odcinku zaledwie 22-letni Nairo Quintana wprost znokautował „drugi garnitur” francuskich górali. Tylko Hubert Dupont z Ag2R próbował nawiązać walkę z młodziutkim Kolumbijczykiem, ale ostatecznie przegrał z nim o 1:11. Pozostali rywale stracili do Nairo co najmniej kilka minut. Z opisanych już wyżej powodów my na Darka musieliśmy czekać przeszło pół godziny. Na szczęście znaleźliśmy sobie ciekawe zajęcie. Przy samochodach Krzysiek wdał się w rozmowę ze starszym jegomościem. Ten zaś okazał się właścicielem starego domu sąsiadującego z kościołem. Według własnego oświadczenia był potomkiem Rosjan, którzy porzucili swą ojczyznę gdy Bolszewicy doszli tam do władzy. Zaprosił nas do swego wiekowego domostwa, ciemnego i „zagraconego” mnóstwem starych przedmiotów. Ponoć wszystkie te precjoza zwiózł w Pireneje po sprzedaży swej podparyskiej rezydencji. Na miejscu poczęstował nas kawą z mlekiem. Chrisowi na tyle spodobały się widziane antyki, iż zakupił od naszego gospodarza dwa imbryki.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1616868508

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1616868508

ZDJĘCIA

20180604_037

FILMY

VID_20180604_06

VID_20180604_07