banner daniela marszałka

Fluela

Autor: admin o sobota 16. Sierpień 2008

Ostatnim dniem naszych górskich podbojów była sobota 16 sierpnia. Postanowiliśmy najpierw pojechać samochodem 27 kilometrów w dół doliny Ober-Engadin do Zernez. Stamtąd zaś już na rowerach wybrać się  w kierunku północno-zachodnim ku przełęczy Fluela (2383 m. n.p.m.). Natomiast po powrocie do Zernez mieliśmy jeszcze udać się na wschód ku Ofenpass czyli przełęczy Fuorn (2149 m. n.p.m.). Zernez było idealnym punktem wypadowym na tego rodzaju „ekspedycję”. Zanim w miejscowości Susch rozpoczął się na dobre podjazd pod Fluelę mogliśmy się „rozgrzać” na płaskim odcinku długości 6,5 kilometra. Podjazd na tą przełęcz prowadzi doliną Susasca przez blisko 13 kilometrów o średnim nachyleniu 7,8 %. Pierwsze trzy kilometry wymagające i pełne serpentyn. Kolejne trzy są łatwiejsze, zaś piąty kilometr daje nawet okazję do złapania głębszego oddechu. Następnie przychodzi czas na trzy najtrudniejsze kilometry, choć na sam koniec jeszcze kilometr jedenasty może się dać we znaki, zważywszy na włożony wcześniej wysiłek. W sumie szosa wielokrotnie przekracza tu poziom 10 % dochodząc maksymalnie do wartości 13 %. Na podjeździe spędziłem 51 minut i 50 sekund co dało mi średnią 14,9 km/h i rekordowy podczas całej wyprawy wskaźnik VAM 1098 metrów! Można więc powiedzieć, że swą ubiegłoroczną znajomość ze szwajcarskimi Alpami zakończyłem mocnym akcentem.

Na przełęczy było gwarno. Spotkaliśmy wielu motocyklistów oraz autobusową wycieczkę z holenderskimi turystami w podeszłym wieku. Przede wszystkimi jednak trafiliśmy na naszego rodaka-kolarza, który zdobył Fluelę z przeciwnej (północnej) strony tzn. rozpoczynając wspinaczkę w słynnym Davos. Na górze było tylko 9 stopni w cieniu, lecz w słońcu aż 27 stąd czekając na Łukasza czy pozując później do zdjęć mimo śniegu na zboczach okolicznych gór nie musiałem wciągać nogawek. Co innego na zjeździe, który pokonałem spokojnie w tempie max. 59 km/h. Po drodze mieliśmy spotkanie bliskiego stopnia z górskimi kozicami, które wstrzymały na parę minut ruch kołowy w drodze na przełęcz. Po powrocie do Zernez choć w nogach mieliśmy tylko 40 kilometrów zrezygnowaliśmy z wyprawy „Drang nach Osten” ku szwajcarskim kresom wschodnim. Akurat przełęcz Ofenpass lokowała się w dolnej części mojej prywatnej „listy życzeń”. Dlatego przystałem na sugestie Łukasza by odpuścić sobie tą część wycieczki (43 kilometry) po to by wcześniej rozpocząć odwrót do kraju.

Dzięki tej decyzji po przebraniu się, rozmontowaniu bagażników dachowych i spakowaniu wszystkich swych bagaży do samochodu około czternastej mogliśmy zacząć swą długą podróż. Na początek czekało nas 45 kilometrów po szwajcarskich „kresach wschodnich” przez dolinę Unter-Engadin. Potem przynajmniej dla mnie „dawnych wspomnień czar” bowiem jadąc przez Austrię mijaliśmy Prutz, Landeck i Imst czyli miejscowości, które poznałem w lipcu 2003 roku podczas swego pierwszego w życiu dnia w Alpach. Zresztą do Niemiec też wkroczyliśmy dawnym szlakiem Krzyśka i Wojtka czyli przez Fernpass, miejscowość Griesen oraz słynące z noworocznych skoków narciarskich Garmisch-Partenkirchen. Cała podróż prowadząca dalej przez centrum Monachium, okolice Norymbergii, Lipska, Berlina i w końcu Kołbaskowo, Koszalin, Słupsk i Wejherowo zajęła nam w sumie 17 godzin. O ile na początku było pięknie, o tyle w drugiej połowie naszej podróży było z pewnością ciekawie. Od okolic Berlina ulewny deszcz i wichura, choć na nasze szczęście nie tak mocne i tragiczne w skutkach co żywioły buszujące tej samej nocy tzn. z 16 na 17 sierpień w środkowej Polsce. Już po polskiej stronie granicy zdarzyło mi się w ciemnościach zboczyć z trasy na Nowogard, więc zamiast monotonii długiej jazdy po „krajówce” mieliśmy okazję do nocnej jazdy na orientację. Również z tego zadania wybrnęliśmy obronną ręką i około siódmej nad ranem dotarliśmy do Trójmiasta, które powitało nas iście jesienną aurą.

Podczas ośmiu dni jazdy po Szwajcarii przejechałem 622,5 kilometra pokonując łącznie 17.027 metrów przewyższeń. Obiecaliśmy sobie wrócić do tego pięknego kraju, lecz za drugim razem odwiedzić zachodnią część tamtejszych Alp czyli szosy dobrze znane z wyścigu Tour de Romandie. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem w trzecim tygodnia czerwca 2009 roku będę miał okazję wspinać się pod przełęcze Forclaz, Gran San Bernard, Croix i Simplon oraz do stacji narciarskich Crans-Montana czy Verbier. Ta ostatnia pojawi się miesiąc później na trasie Tour de France 2009.