banner daniela marszałka

Gran Fondo Coppi – cz. I

Autor: admin o niedziela 29. Czerwiec 2008

W niedziele tradycyjnie już bardzo wczesna pobudka. Start Gran Fondo & Medio Fondo Coppi został wyznaczony przy wylocie z głównego placu Cuneo czyli Piazza Tancredi Duccio Galimberti w kierunku ulicy Corso Roma. W przeciwieństwie do GF Campagnolo czy GF Pantani na starcie tej imprezy nie stanęły tysiące uczestników, lecz setki. W dodatku GF Coppi nie zwabia na swe trasy gwiazd sceny Gran Fondo z pół-zawodowych ekip. Wszyscy oni tego dnia ścigali się na bodaj najsłynniejszej w włoskich imprez tego rodzaju czyli Maratona dles Dolomiti, która w tym roku doczekała się nawet kilkugodzinnej relacji live w stacji Rai Sport! Na uboczu tych wielkich wydarzeń czyli u nas w Cuneo stanęło tylko 850 amatorów kolarstwa, z czego jak się później okazało 685 ruszyło na 157-kilometrową trasę Medio Fondo, zaś 175 śmiałków odważyło się przejechać 249-kilometrowy maraton Gran Fondo. Wspomniałem, że z uwagi na zniszczenia po powodziach organizatorzy musieli niemal w ostatniej chwili zmieniać trasy wszystkich swych wyścigów. Wedle pierwotnych założeń uczestnicy Gran Fondo mieli ruszyć na północ i przez podjazd pod Montemale dojechać do Valle di Varaita, by następnie przejechać od północnej strony dwa „dwutysięczniki” czyli Sampeyre i Fauniera, a na koniec jeszcze Madonna del Colletto od północnej strony niczym na etapie Giro d’Italia 1999, który wiódł do Borgo San Dolmazzo.

Po zmianach przyszykowano dla nas w zasadzie dwie rundy. Pierwsza tzn. północna była jednocześnie pełną trasą Medio Fondo i wiodła z Cuneo przez Caraglio i Dronero do Valle di Maira. Następnie w miejscowości Stroppo należało rozpocząć podjazd pod jedynego na nowej trasie „olbrzyma” czyli południową stronę przełęczy Sampeyre (2284 m. n.p.m.). Nastepnie zjechać zeń na północ ku Valle di Varaita i dalej przez Rossanę dotrzeć ponownie do Dronero, za którym znajdował się podjazd pod Piatta Sottana (1130 m. n.p.m.) będący dłuższą wersją podjazdu pod Montemale. Potem z powrotem na płaskim teren i przez Caraglio do Cuneo gdzie dla wszystkich „masochistów” zaczynała się runda druga-południowa o długości 92 kilometrów. Na niej trzeba było z kolei pokonać trzy wzniesienia tzn. dość przyjazne Pradeboni (868 m. n.p.m.) oraz bardzo strome: Colletto del Moro (949 m. n.p.m.) i Madonna del Colletto (1304 m. n.p.m.).

Pierwsze kilometry były bardzo szybkie bo prowadziły w terenie z gruntu płaskim. Ponieważ peleton był zaledwie kilkuset osobowy to stwarzało szansę dojechania do podnóża pierwszego wzniesienia razem z najlepszymi. Jednak aby tego dokonać należało jechać uważnie i niekiedy w dobrym towarzystwie przeskoczyć z wolniejszej grupy do szybszego peletoniku. Ostatecznie 42-kilometrowy odcinek wiodący lekko pod górę do Stroppo przejechałem w pierwszej dużej grupie ze średnią prędkością nieco ponad 36 km/h. Potem zaczął się podjazd pod Sampeyre (18,3 km przy średniej 7,6 % i max. 14 %), na którym z miejsca odbyła się naturalna selekcja.

Sprzyjał temu bardzo trudny początek tego wzniesienia czyli pierwsze 5 kilometrów przy średniej 9,1 %. Chwilę oddechu przyniósł 4-kilometrowy odcinek między Cucchiales a San Martino, na którym były nawet krótkie fragmenty zjazdu. Dalej trzeba było po prostu wypracować swój własny rytm jazdy aby nie przeliczyć się z siłami na pozostałych do szczytu 9,3 kilometra o średnim nachyleniu 8,8 %. Oczywiście z biegiem czasu i pokonywaniem wysokości las ustąpił pola łąkom, ale było jeszcze zbyt wcześnie by słońce mogło nam dokuczyć w tym odkrytym terenie. Na górę wjechałem w niespełna 75 minut z całkiem niezła jak na taki podjazd średnią 14,3 km/h.

Przyszedł czas na zjazd, który okazał się niezłą szkołą przetrwania. Przyznam, że górskie drogi w Piemoncie nie mogą się równać pod względem jakości nie umywają się do eleganckich szos rodem z Dolomitów. Czegoż to nie było na tym zjeździe: dziury, garby, pęknięcia szosy podłużne i poprzeczne, łachy piachu czy żwiru, opadłe gałęzie czy w końcu strumyki wody. Do tego jeszcze w sumie wąska droga, a z naprzeciwka wyjeżdżali nam „na spotkanie” bohaterowie Super Randonnee będący w drodze od 37 godzin! Udało mi się zjechać z przełęczy do miasteczka Sampeyre całym i zdrowym. Do tego w towarzystwie paru osób co zapewniało mi szybki transfer w dół doliny Varaita przy systemie pracy zmianowej. Nasza grupka stopniowo urosła dzięki czemu coraz rzadziej musiałem wychodzić na prowadzenie i miałem okazję przekąsić „małe co-nie-co”. Lekko zjazdowy 23-kilometrowy odcinek z Sampeyre do Piasco mój pociąg przejechał w średnim tempie blisko 46 km/h.

Teraz czekało nas 60 kilometrów w kierunku południowym do Cuneo, z przejazdem przez niewielki pagórek Rossana i dość kłopotliwe wzniesienie Piatta Sottana. Pod Rossanę przyśpieszyłem i odjechałem od grupy, po to by zacząć zjazd z lekkim zapasem i nie mieć kłopotów na zjeździe. Moim celem była bowiem jazda w towarzystwie do podnóża wspomnianej Piatty. Tymczasem okazało się, iż na tyle mocno wysforowałem się do przodu iż kilka ładnych kilometrów musiałem czekać by rywale mnie dogonili. Przyszedł czas na 7-kilometrowy podjazd pod Montemale-Piatta Sottana ze średnim nachyleniem 7,3 %. To wystarczyło by porwać moją grupę. W Montemale można było uzupełnić zapasy na bufecie, ale nie była to jeszcze dobra pora na jedzenie, albowiem przed szczytem trzeba było pokonać m.in. bardzo trudne 2 kilometry przy średniej ponad 9 % i max. 14 %. Należało zacisnąć zęby i przepychać korby wyglądając łatwiejszych ostatnich kilkuset metrów tego podjazdu.

Potem zaś najlepiej było chyba zamknąć oczy i zdać się na wolę Bożą. Okazało się, że zjazd z Piatty poprowadzony jest na tyle bocznymi duktami, iż z punktu widzenia szosowca tak wąska, stroma i przy tym słaba droga uchodzić mogła co najwyżej za kozią ścieżkę. Minęło mnie na niej kilka osób, gdyż wolałem zjeżdżać ostrożnie. Każdy sobie radzi jak może. Po zjeździe mieliśmy do Cuneo jeszcze 25 kilometrów. Na szczęście nie musiałem ich przebywać samotnie. Znalazłem się w 8-osobowej grupce, która zgodnie dojechała do przedmieść tego miasta. Liczyłem, że przynajmniej część z moich kompanów wyruszy wraz ze mną w dalszą odyseję na południową rundę wyścigu. Niestety moje nadzieje okazały się płonne, albowiem gdy tylko dojechaliśmy w znajomy z poranka rewir Corso Roma wszyscy oni jak jeden mąż skręcili w prawo ku mecie Medio Fondo na Piazza Galimberti. Wtedy też w lot zrozumiałem sens ataków na pagórku pod miastem. Były one obliczone na walkę o lepsze miejsce na trasie krótszego z dwojga wyścigów. Na podstawie wyniku jaki osiągnął jadący w tej grupce kolarz niemieckiego zespołu RSV Guttersloh mogę przypuszczać, iż w Medio Fondo zająłbym miejsce na początku szóstej dziesiątki.